Obraz literatury powszechnej/Świat klasyczny/Hellenowie/Sofokles/Antygona

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sofokles
Tytuł Antygona
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Kazimierz Kaszewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
B) Antygona.
W prologu tragedyi występują córki nieszczęsnego Edypa: Antygona i Ismena. Pierwsza przedstawia siostrze zamiar pogrzebania ciała brata swego Polinika, który naprowadziwszy wrogów na Teby, zginął w pojedynku z Eteoklem, swym bratem. Z rozkazu króla tebańskiego Kreona, wuja zmarłych, Eteokles miał doznać zaszczytu pogrzebu, gdy Polinik, jako zdrajca kraju, miał się stać łupem zwierząt drapieżnych niepochowany. Antygona wyżej stawiając wiekuiste prawo rodzinne, nad prawo wydane przez władcę doczesnego, z miłości ku bratu, wiedząc, że się na karę naraża, chce uczcić ciało jego pogrzebem i namawia ku temu Ismenę, ale ta odmawia jej spółudziału i przypomina jej groźbę wuja a zarazem króla, jeśli rozkaz jego nie zostanie spełniony. Antygona, trwa w swym zamiarze, twierdząc, że chociażby los obszedł się z nią jak najsrożej, „pięknéj śmierci“ nie pozbawi jej przecież. Po ich odejściu Chór, złożony ze starców tebańskich, opiewa skutki bolesnej bratobójczej walki między synami Edypa. Wtedy występuje Kreon i wyjaśnia wobec Chóru powody znanego już rozporządzenia:

Mężowie! bóstwa, co długo kraj cały
Burzami siekły, dziś mu spokój dały.
Ja-m was dlatego wezwał przed innemi,
Bo wiem, że wyście każdej życia chwili
Dzielnem ramieniem tron Laja[1] chronili;
Póżniej Edypa, gdy władał w tej ziemi,
A później z równą wiernością i chwałą
Wspierali synów, gdy ojca nie stało.
A kiedy wspólne wywiodły ich losy
Do boju, w którym przez dwa niecne ciosy
Razem z ich życiom zginęła i zwada;
Więc tron i władza mnie, po krwi, przypada.
Nie wprzód człowieka człowiek zmierzyć umie
Po jego duszy, sercu i rozumie,
Aż się u rządów z myśli swych wygada.
Co do mnie wszakże, ja rządów sternika,
Co rad cnych ludzi w żadnej nie ma cenie,
Owszem ich usta postrachem zamyka,
Najgorszym człekiem mieniłem i mienię.
A ten, co dobro druha ma na straży
Więcej niż kraju, nic u umie nie waży.
Świadczę się Zeusem wszechwidzącym, jako
Sam pierwszy wydam przed wami wszelaką
Zdradę, grożącą ojczyźnie; jej wrogi
Nigdy do uczuć mych nie znajdą drogi.
Ja-m dobrze świadom, że dola szczęśliwa
Wszystkich nas z dobra ojczyzny wypływa,
I że, gdy szczęściem cały kraj zasłynie,
To nam na wiernej nie zbędzie drużynie.
Takie zasady państwo nasze wzmogą.
Takich ja zasad postępując drogą,
To, względem synów Edypa, ziomkowie!
Dla powszechnego pożytku stanowię:

Eteokl, który przy obronie kraju
Legł, dzielnie walcząc, śmiercią bohatera,
Niechaj ma pogrzeb, niechaj cześć odbiera
W świętych obiatach, według obyczaju.
Ale brat jego, ów Polinik srogi,
Ten zbieg z wygnania, co wyciągnął w pole,
By spalić miasto z domowemi bogi,
Wypić krew bratnią, narzucić niewolę:
Tego nie uczci ni łza, ni mogiła.
Owszem mój rozkaz miastu zapowiada,
By leżał nagi, jako zdobycz miła
Dla psów żarłocznych, dla ptaków biesiada.
Tak chcę. — I za mnie nigdy nie ujrzycie,
By zły był z dobrym porównan w zaszczycie;
Lecz prawy kraju syn, zawsze i wszędzie,
Żyw czy umarły, kochanym mi będzie.

W tem wbiega Strażnik, który pilnował ciała Polinika, donosząc z trwogą a starając się zrzucić z siebie wszelkią odpowiedzialność, że trup został pogrzebany niewiadomym sposobem. Chór lękliwie wypowiada przypuszczenie, że sprawcami są tu może sami bogowie; ale skarcony przez Kreona, milknie i słucha wywodu króla, który się domyśla, że pewnie niechętni mu w państwie straż przekupili:

Siła klęsk ciąży na ludziach, a przecie
Klęska pieniędzy najzgubniejsza w świecie!
Bo pieniądz grody i strzechy pustoszy,
Pieniądz i z prawych serc uczciwość płoszy,
Uczy podstępem osiągać złe cele,
Czynów haniebnych dopuszczać się śmiele.
Lecz sprawiedliwość takich nie prześlepi,
Których do złego widok zysku krzepi.

Zapowiada więc, że strażnicy strasznemi mękami odpowiedzą za zniknięcie trupa, jeżeli sprawcy nie odnajdą. Chór śpiewa pieśń o potędze człowieka, dopóki jest prawom bożym posłuszny i rozumem się rządzi; rozwija też w końcu motyw podany przez króla:
Strofa 1.

Wiele jest dziwów, a przecie
Człowiek - największy dziw w świecie.
On-to w siną głębię mórz
Oślep się rzuca, nie zważa,
Czy go pęd ryczących burz
Po drżących prądach wytarza.
On wielkiej bogini — Ziemi
Nieśmiertelnej, niezmęczonej
Rok w rok pługami konnemi
Pruje brzemię w różne strony.

Antystrofa 1.

W jego rozstawione sieci
Ród leciuchny ptasząt leci:
Człowieka przemyślny um
Chwyta w splątane pętlice
I leśnych zwierząt tłum
I wód łuskate dziedzice.
Człowieka wola łagodzi
Najdziksze potwory gór
W jego jarzmie milczkiem chodzi
I koń grzywiasty i tur.

Strofa 2.

Człowieka darem — słowa grom
W człowieku górnej myśli dom,
A w myślach swych badawczy człek
Przyszłości nawet odgadł bieg.

Ni on się zlęknie mrozów tchu,
Ni ciosów gradu, ani dżdżu
I sama niemoc przed nim pada;
Z śmiercią mu tylko trudna rada.

Antystrofa II.

Olbrzymia ludzkiej myśli potęga
Na podziw wielkich celów dosięga;
Lecz człek, swawolny w działaniu swem,
Chwieje się między dobrem i złem.
A kto podepcze prawa ojczyste,
Kto na domowe porwie się bogi,
Tego przekleństwo ściga wieczyste,
Tego ojczyzna rzuci za progi.
O, bodaj taki nigdy pospołu
Nie dzielił ze mną myśli, ni stołu.

Strażnik zadowolony, że kary uniknie, prowadzi Antygonę przed króla, opowiadając o jej wysiłkach, by zmieciony już przez strażników piasek z ciała Polinika na nowo na nie nagarnąć. Następuje świetna rozmowa pomiędzy Antygoną a Kreonem:

Kreon.   Jakżeś ty prawom sprzeciwić się śmiała?
Antygona.   Bo to nie Zeus mi ogłosił je przecie,
Ni Sprawiedliwość, co zasiada w świecie
Podziemnych bogów, których rzecz jedynie
Uświęcać prawa w śmiertelnych dziedzinie.
Więc nie sądziłam, ażeby uchwały
Twoje, zawarte w śmiertelnika słowie,
Tym niepisanym prawom górowały,
Którym niezłomność nadali bogowie,
Których nie od dziś, nie od wczoraj wątek:
Żyją, choć nie wie nikt, gdzie ich początek.
Miałażbym, ziemskim ulegając trwogom
Przez wzgląd na ludzi, narażać się bogom?
Nie! sama wszakże wiedziałam dokładnie,
Że i bez ciebie umrzeć mi wypadnie;
A iż przyśpieszam chwilę śmierci mojej,
To mi za rozkosz i za korzyść stoi,
Bo kogo srogi, jak mnie, ból pożera
Przez całe życie, ten wesół umiera.
A więc nie trwożę się groźby twojemi;
Lecz gdybym wspólnej matki naszej syna
Bez czci grobowej odeszła na ziemi,
Wtedy-by trwogą przejęła mię wina.
Mniemasz, że działam w szale, bezprzytomnie?
Ej, sam szalony, kto tak myśli o mnie.
Chór.   Dzielny duch ojca odrodził się w córze:
Oboje równo niebaczni na burze.
Kreon.   O! i najtrwalszy duch za czasem pęknie:
Przecież żelazo ma twardość nie lada,
A patrz, jak w ogniu kruszy się i mięknie.
Najdzikszych koni rozhukane stada
Słabe wędzidła spokojnie prowadzą.
Jak śmie być hardym ten, kto jest pod władzą!
Ona wiedziała, że mnie już znieważa

Lekceważeniem mojej woli prawej,
A teraz jeszcze zniewagę powtarza.
Śmiejąc się, pyszniąc z gorszącej niesławy.
To gdyby jej się zwycięstwo udało,
Ją, nie mnie mężem zwać-by można śmiało.
Ale czy ona krewna mi przez siostrę,
Czy bodaj bliższą niewiastą w rodzinie,
Zawsze jej kara przykładna nie minie.
Ja na nie obie pomsty dłoń rozpostrę,
Bo i Ismena, jej siostrzyczka miła,
Do tej się sprawy, ręczę, przyłożyła.
Wołać ją tutaj! Ja dobrze wiedziałem,
Że ona jakimś opętana szalem,
A szał, niepokój zdradza i dowodzi,
Że ktoś pociemku w zdrożne cele godzi.
Ja zaś najbardziej potępiam człowieka,
Co w piękne słówka brzydki czyn obleka.
Antygona.   Czegóż chcesz więcej! zabij! ja-m gotowa.
Kreon.   Nic nie chcę więcej, to dość... ani słowa.
Antygona.   Więc przestań mówić, bo próżna twa mowa —
I próżno drażnią zobopólne słowa.
Cokolwiek powiesz, wielka dla mnie chwała,
Żem brata ze czcią w grobie pochowała;
I każdyby mnie chwalił z mego dzieła,
Tylko że bojaźń usta im zamknęła.
Bo król przy innych i tę moc dziedziczy,
Że każdy mówi, jak on sobie życzy.
Kreon.   Jedna tak sądzisz pomiędzy Tebany.
Antygona.   Nie; ale głos ich milczy zestrachany.
Kreon.   Jak śmiesz od innych różnego być zdania?
Antygona.   Jakież to prawo brata czcić zabrania?
Kreon.   Nie również blizkim Eteokl jest tobie?
Antygona.   Z jednych rodziców był mi równie bratem.
Kreon.   Czcić jego wroga nie godzi się zatem.
Antygona.   Eteokl za to nie gniewa się w grobie.
Kreon.   Lecz ty go we czci równasz z bezbożnikiem.
Antygona.   Toż on był bratem, nie zaś niewolnikiem.
Kreon.   Ten ziemię niszczył, tamten bronił ziemi.
Antygona.   Każdemu równe śmierć nadaje prawa.
Kreon.   Zdrożna rzecz — w prawie równać złych z dobremi.
Antygona.   Kto wie, jak Hades prawo to uznawa.
Kreon.   Wróg i po śmierci druhem się nie stanie.
Antygona.   Mnie nie nienawiść modłą, lecz kochanie.
Kreon.   Kochaj zdrowa, lecz na tamtym świecie:
Ja żywy nie dam władać tu kobiecie.

Przyprowadzają Ismenę, która, chociaż poprzednio odwodziła Antygonę od sprzeciwianiu się prawu, teraz z miłości siostrzanej chce los jej podzielić, lecz zostaje przez nią trochę szorstko odsunięta.

Kreon.   Czyś brała udział w występnym pogrzebie?
Ismena.   Owszem, niech tylko siostra mi zezwoli,
Przyjmuję udział w jej czynie i doli.
Antygona.   Nie; Słuszność za złe wzięłaby to w niebie;
Wszak tyś nie chciała, odepchnęłam ciebie.
Ismena.   Lecz kiedy widzę cię w takiej opale,
Dzielić twej kaźni nie wstydzę się wcale.
Antygona.   Oj! wie to Hades i piekieł bogowie,
Że mi ten niczem, czyja miłość w słowie.
Ismena.   O! nie sądź, siostro, że mi braknie siły
Umrzeć wraz z tobą u brata mogiły.
Antygona.   Po co umierać? dosyć mego zgonu.
Co się domagasz nie swojego plonu!
Ismena.   Cóż, gdy cię stracę, życie mi osłodzi?
Antygona.   Ty żyj, ja-m duszą umarła za młodu;
I dziś jam tylko sługą zmarłych braci.
Kreon.   Z tych dwu-tu dziewek ta dziś rozum traci
A tamta, widzę, nie miała go z rodu.
Ismena.   Królu, gdy człowiek z losem złym się biedzi,
Najtęższy rozum w miejscu nie dosiedzi.
Kreon.   Twój odbiegł, skoro chcesz ginąć ze złemi.
Ismena.   Bez siostry, cóż mi po życiu na ziemi?
Kreon.   Trudno, od dzisiaj już jej życie kona.
Ismena.   Wszak to twojego syna narzeczona!

Kreon drwi sobie z tego, że syn jego utraci narzeczoną i coraz zacieklejszym się staje, zapominając o własnych słowach poprzednio wypowiedzianych o potrzebie radzenia się ludzi zacnych. Ma też ciężką rozprawę z synem Hemonem, który mu je w sposób dotkliwy przypomnieć widzi się zmuszonym.

Kreon.  Na to o dzieci każdy prosi bogów,
W domu wszystkiego synowi udziela,
By ten był wrogiem dla ojcowskich wrogów,
A tak jak ojciec wielbił przyjaciela.
Kto zasię dzieci niesforne napłodzi,
To sobie ukuł kajdany na nogi
I śmiech zeń wielki pójdzie między wrogi.
Niech cię więc, synu, z rozsądku nie zwodzi
Rozkoszy żądza: odpędź jej podniety.
..............
Kto dobrym rządem w domu swym zasłynie,
Temu i z rządów kraju będzie sława.
Lecz kto w uporze swoim zatwardziały,
Łamiąc swawolnie rządowe uchwały,
Jeszcze zwierzchnikom przeczyć się ośmiela;
Ten mieć nie będzie ze mnie przyjaciela.
Kogo najwyższą zaszczycono władzą,
Tego się woli niech wszyscy poddadzą,
Czy to, co każe, jest małe czy wielkie,
Słuszne, niesłuszne, jednem słowem wszelkie.

Kto tego pilnie strzeże w swym rozumie,
Ten umie władać i ulegać umie;
A gdy go rozkaz wezwie na bój krwawy,
Dotrwa w obronie sprzymierzonej sprawy.
Lecz gdzież złe większe znajdziesz od niezgody?
Ona-to niszczy rodziny i grody,
I płosząc wojska wiedzie do niesławy;
A ci, co w miejscu przebyli wytrwalej,
Przez posłuszeństwo ratunek zyskali.
Słuchajmyż władzy postanoweń raczej,
Niż tego, co się kobiecie majaczy:
Wielka-bo mężom byłaby niesława,
Gdyby niewieście rządzić miały prawa.
Hemon.  Tak, ojcze! między darami bożemi
Rozum najwyższem jest dobrem na ziemi,
Nie przeczę temu, coś mówił w tej chwili,
Ani znam takich, coby zaprzeczyli;
Lecz czemuż drugi nie ma rzec słów prawdy?
Niech co chce będzie, ty nie sięgniesz zawdy
W to, co o tobie kto myśli znienacka,
Bo nikt na ciebie nie wyrwie się słowy:
Twarz twoja trwogą przejmuje człowieka.
Ale ja chwytam ich te ciche mowy.
Słyszałem w mieście narzekania słowa:
Że najzacniejsza z wszystkich białogłowa
Nie dozwoliła, by braterskie ciało
Pastwą się ptaków, dzikich zwierząt stało.
Więc za pobożność godną złotej chluby,
Ma się stać winną kary i zaguby.
Tak oni szepczą. Mnie zaś to obchodzi
Najwięcej, co się z twym pożytkiem godzi;
Bo cóż za obraz dla dzieci wspaniały:
Widzieć rodzica w całym blasku chwały:
Więc nie trwaj, ojcze, w niewczesnym uporze,
Iż twój li rozum coś znaczy i może;
Bo i sam przyznasz, że ci, co w swej dumie
O własnym tylko trzymają rozumie,
Swoim zdolnościom hołdują i mowie,
Że ci najczęściej mają pustki w głowie.
A mąż im jaśniej spoziera w głąb rzeczy,
Tem więcej słucha i nie zawsze przeczy.
Gdy zamieć trzęsie drzewami, to owo,
Które się ugnie, przetrzyma ją zdrowo;
Inne, chcąc sprostać własnem wysileniem
Naciskom burzy, wali się z korzeniem.
A żeglarz, jeśli, choć go wicher nagli,
Nie wstrzyma biegu i nie zwinie żagli;
To łódka jego chwieje się, rozpada,

A on na szczątki, ratując się, siada.
Więc lepiej, ojcze, porzuć ten gniew — radzę —
I do umysłu daj przystęp rozwadze;
Bo ja tak sądzę w mym młodym rozumie:
Dobrze-to, jeśli człowiek samodzielnie
Zaradzić sobie w każdym razie umie;
Jeśli przeciwnie (a mówiąc rzetelnie,
To traf najczęstszy), więc niechaj już lepiéj
Cudzym rozumem swój rozum pokrzepi.
Chór.   I cóż ty na to, co on mówi, panie!
Zdaje się, oba słuszne macie zdanie.
Kreon.   Na starość dla mnie hańba niesłychana,
Bym miał się żywić radami młodziana.
Hemon.   Ja-ć źle nie radzę; i cóż stąd, żem młody?
Nie na wiek zważaj, ale na dowody.
Kreon.   Chcesz ze mnie zrobić złych ludzi czciciela?
Hemon.   Tej przecie rady nikt ci nie udziela.
Kreon.   Toż tej twa luba uległa chorobie.
Hemon.   Cała Teb ludność sprzeciwia się tobie.
Kreon.   Ludność mi tedy ma dawać rozkazy?
Hemon.   Widzisz, jak młode są twoje wyrazy!
Kreon.   Któż tedy prócz mnie w tej krainie włada?
Hemon.   Gdzie jeden rządzi, tam wolności biada!
Kreon.   Prawo od władcy kraj zależnym czyni.
Hemon.   Będziesz ty wkrótce władał tu... w pustyni.
Kreon.   Tak o kobietę chodzi mu: o wstydzie!
Hemon.   Czyś ty kobieta? — mnie o ciebie idzie.
Kreon.   Ojcu śmiesz przeczyć, niegodziwy synu!
Hemon.   Bo się dopuścić chcesz zdrożnego czynu.
Kreon.   Zdrożnego? strzegąc me prawa od wrogów?
Hemon.   Nie; ty je depcesz, gwałcąc prawa bogów,
Kreon.   O sługo babi! o wyrodne dziecię!
Hemon.   Sługą występku nie nazwiesz mnie przecie!
Kreon.   Słowa twe za nią więc walczą jedynie?
Hemon.   Za ciebie, za mnie, za bogi podziemne.
Kreon.   Żywą zaślubić chęci twe daremne.
Hemon.   Jeśli ma zginąć, to nie sama zginie.
Kreon.   Jeszcze śmiesz z groźbą wyjeżdżać, zuchwalcze!
Hemon.   Z groźbą?... że przeciw niesłuszności walczę?
Kreon.   Sam bezrozumny, mnie chcesz uczyć ninie?
Hemon.   Gdybyś mi nie był ojcem, rzekłbym śmiało,
Że ci rozumu dziś właśnie nie stało.
Kreon.   Sługo niewieści, męczysz mię zbyt srogo.
Hemon.   Chcesz mówić, ale nie słuchać nikogo.
Kreon.   Czy tak?... Przez Olimp! to już przeszło miarę.
Ta ci obelga nie ujdzie bezkarnie!
Zaraz mi tam tę sprowadzić poczwarę,
Niech w oczach gacha poniesie męczarnie!

Hemon.   Nie! Ja nie będę świadkiem jej męczeństwa,
I ty mnie już tu nie ujrzysz na ziemi.
Sam tu pozostań z przyjaciółmi swemi,
Co radzi znoszą twoje okrucieństwa.

Po odejściu Hemona, Kreon skazuje Antygonę na zamknięciu w podziemnej jaskini, tyle jej tylko pozostawiając pożywienia, według ustawy, ile starczyć może na dzień jeden. Chór zawodzi pieśń o potędze miłości.
Strofa.

Miłości! twoja potęga
Niezłomna wszędzie dosięga.
Urok na licach dziewicy
W wieśniaczej składasz świetlicy;
Na morskie zstępujesz tonie;
Każdego moc twa owionie:
Bóg nieśmiertelny na niebie,
Na ziemi człowiek nietrwały,
Nie ustrzegą się od ciebie:
Przeszyjesz ich swemi strzały.
A w kogo padnie twój strzał,
Tym zaraz owłada szał.

Antystrofa.

Przez cię nawet męże godni
Idą oślep drogą zbrodni.
Ot i dziś przez ciebie właśnie
W całym rodzie dzikie waśnie.
Lecz któż oprzeć się ośmieli,
Gdy weń wzrok dziewicy strzeli?
U przybytków nawet prawa,
Pośród władców, miłość stawa.
Afrodyta-to bogini
Takie z ludzi żarty czyni.
Dusza, wbrew prawu, wzburzona
Łez w oku wstrzymać nie może
Gdy widzę, jak Antygona
Na śmiertelne dąży łoże.

Wchodzi Antygona, wiedząc już o wyroku, żegna ziemię rodzinną i młodość swoją:
Strofa.

Tebańska drużyno bratnia!
Otóż ma podróż ostatnia,
Otóż na słońca promienie
Ostatnie rzucam wejrzenie.
Żywą mię Hades zabierze
Na Acheronu wybrzeże.
Nie dla mnie ślubne już stroje,
Godowe chóry - nie moje,
Tam, tam Acheron zdaleka,
Narzeczony mój mnie czeka.

Antystrofa.

Słyszałam kiedyś o córze
Tantala, która stąd słynie
Że we frygijskiej krainie,
Na Sypilowej tam górze
W zwojach niby bluszczu cała
Stoi w głazie zamartwiała[2]).
I czoło jej — wieść powiada —
Wieczystym śniegiem pokryte,
A z oczu w krople obfite
Łza po łzie na piersi spada.
Tak i mnie dłoń przeznaczenia
Uśpi w powłoce z kamienia.

Wpada Kreon wściekły, że jeszcze rozkazu jego nie wykonano; powtarza go więc z naciskiem.

Antygona.   O zimne grobowisko! podziemna tajnico!
O ślubne łoże! wieczna, więzienna strażnico!
Gdzie ja mam się połączyć z moich krewnych gronem,
Których liczba największa Persefony plonem!

Ja umieram ostatnia, nędzna męczennica
Wprzód, nim mnie Przeznaczenia wskazała prawica.
Lecz ojcze, matko, bracie! to przynajmniej tuszę,
Że wam przybyciem mojem rozraduję duszę:
Bom ja mą własną ręką myła wasze ciała,
Ja-m też czystą obiatę na wasz grób wylała,
Ja gdybym miała męża, gdybym miała dziecie,
To pogrzebać ich nigdy nie śmiałabym przecie,
Gdyby mi tego władców wzbraniały wyroki.
Dziś pochowałam brata: dlaczego, spytacie? ...
Mąż?... Znalazłby się drugi po jednego stracie.
Gdybym straciła syna, innyby się zrodził
Z innego męża, coby boleść mą osłodził;
Lecz gdy rodzice moi zeszli z tego świata;
Toć już przecie nie mogę spodziewać się brata.
A żem cię, miły bracie, pochowała godnie,
Więc mię Kreon oskarżył o okropną zbrodnię,
Samowolnym wyrokiem skazał na katusze;
I mnie z pośrodku ziomków gwałtem pochwycono,
I ja w dziewiczej szacie zejść ze świata muszę,
Nie znając, co za rozkosz być matką i żoną.
Opuszczona od wszystkich, sama, nieszczęśliwa!
Do jaskini umarłych wloką mię za żywa.
W czem ja wam przewiniłam, nieśmiertelne bogi!
Lecz i do was ja próżno wznoszę okrzyk trwogi,
Gdy mnie za czyn pobożny, tu pod waszem okiem
Karzą, jak bezbożnicę, śmiertelnym wyrokiem!
Ha! jeżeli bogowie uznają mą winę,
Więc dobrze: niech się spełni moich cierpień miara,
Lecz jeśli ja niewinnie z rąk mych katów ginę,
To życzę, by ich sroższa nie dotknęła kara...
Rodzinna ziemio, o Teby moje!
Bogi ojczyste! tebańscy woje!
Patrzcie, zaświadczcie, jak ginę marnie,
Na co mi wyszła troskliwość bratnia,
Od jakich ludzi znoszę męczarnie,
Ja, waszych królów córa ostatnia!

Zjawia się niewidomy wieszczbiarz Tyrezyasz i opowiada Kreonowi objawy gniewu bożego z powodu niepogrzebania ciała Polinikowego; lecz zacięty władca pomawia go o przekupstwo. Wówczas wieszczek przepowiada nieszczęścia, jakie spadną na Kreona, i odchodzi w gniewie. Naglony przez Chór chce w końcu Kreon odwołać swe wyroki i pośpiesza uwolnić Antygonę, niestety! zapóźno. Poseł opowiada Chórowi, jaką Kreon ujrzał scenę w jaskini:

Posłuszni rozkazowi pół-żywego króla
Idziemy w głąb pieczary: patrzym, Antygona
Wisi, wstęgą z przepaski lnianej okręcona,
A przy niej klęczy Hemon, do piersi przytula,

Zanosi się od płaczu nad zgonem swej lubéj.
Przeklina srogość ojca i nieszczęsne śluby.
Westchnął Kreon głęboko, zobaczywszy syna,
Zbliża się i w te słowa, jęcząc upomina:
„Co ty czynisz nieszczęsny! jakie masz zamiary?
Nie gub się, synu, błagam, wynijdź z tej pieczary!“
A Hemon na to dzikie wlepił weń źrenice
I nic nie odpowiedział i plunął mu w lice;
Pochwycił miecz dwusieczny; ojciec byłby nie żył,
Szczęściem w porę się cofnął; miecz w stronę uderzył.
Wtedy on już na siebie całą wściekłość zionie,
Utyka na ostrz miecza, topi go w swem łonie:
Krew bryzga, a on czując, że w nim życie kona
Pochwycił narzeczoną w mdlejące ramiona...
Leżą więc we wzajemnym uścisku ujęci,
I Hades w domu śmierci wieczny ślub ich święci.

Posłyszawszy opowiadanie, matka Hemona, Eurydyka, również sama sobie śmierć zadaje. Kreon, zrozpaczony, woła do Chóru:

Kreon.   Uprowadźcież stąd już przecie
Nieszczęsnego, co w szaleństwie
Zabił żonę, zabił dziecię!
O ja w życia dziś męczeństwie
Nie mam spojrzeć już na kogo,
Nie wiem, jaką pójść mam drogą.
Wszystko poszło tam, pod ziemię!
O zwodniczeż życia brzemię!
Nad mą głową straszne gromy
Los rozwiesił niewidomy.

Chór.   Gdy cios bólu ugodzi w człowieka,
Tem znośniejszy, im krócej dopieka.
Na toż rozum — to szczęście — ma z nieba,
By posłusznym był bogom, jak trzeba.

A kto słowem się pysznem porywa,
Za tym w ślady kaźń idzie straszliwa;
Wtedy pozna rozsądku zalety
I żałuje, lecz późno, niestety!

(K. Kaszewski).

Przypisy

  1. Władca, Teb, ojciec Edypa.
  2. Niobe, po zabiciu jej dzieci przez Apollina, skamieniała.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sofokles i tłumacza: Kazimierz Kaszewski.