O zmierzchu (Reymont, 1903)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł O zmierzchu
Pochodzenie Z pamiętnika
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
O ZMIERZCHU

Sokół leżał umierający.

Wiele, wiele dni już tak przeleżał.
Zachorował, więc go rzucono, jak niepotrzebny kawał ścierwa.
Dobrzy ludzie nie kazali go dobijać, pomimo iż skórę miał bardzo piękną.
Dobrzy ludzie pozwolili mu zdychać zwolna, w samotności i zapomnieniu. —
Dobrzy ludzie tylko czasem go kopali, aby mu przypomnieć, że kona za długo.
A poza tem nikt się nim już nie zajmował.
Czasami odwiedzały go psy myśliwskie, z którymi kiedyś gonił „par force“.
Ale psy mają dusze spodlone życiem z ludźmi, więc na każdy głos panów uciekały od niego, — pozostawał tylko dłużej Łapa, stary i ślepy wyżeł, towarzysz najdawniejszy, ale ten drzemał pod żłobem, bo go nudził ten chory koń i przestraszały jego ogromne oczy pływające we łzach, oczy żebrzące o ratunek, oczy przesmutne —
Sokół pozostawał sam.
Odwiedzały go tylko dnie; przychodziły różowozłote, upojone żarem, rozśpiewane weselem i lizały ciepłymi językami promieni jego bok zraniony; przychodziły i szare, smutne o zielonych twarzach, po których deszcz spływał; przychodziły srogie, o bolesnych, zimnych, uwitych z wichrów i chmur głowach; przychodziły smutne, rozjątrzone i napełniały stajnię płaczem — a każdy długo patrzył w jego oczy — a każdy odchodził cicho, jakby z trwogą.
Sokół bał się tylko nocy.
Czerwcowych nocy, krótkich, a tak dusznych, tak okropnie cichych, tak pełnych strasznych niepokojów tajemnic i trwogi — czerwcowych nocy.
W takie noce wiedział, że umiera, szalał ze strachu, zrywał się z łańcuchów, rozbijał kopytami ściany, chciał uciekać, uciekać —
Pewnego dnia, po południu, zerwał się na nogi, długo patrzył w smugi słońca, które się lały przez szpary ścian i zaczął rżeć długo, żałośnie —
Żaden głos mu nie odpowiedział w tej ciężkiej i sennej ciszy upalnego dnia.
Jaskółki przelatywały ze świergotem, szczebiotały po gniazdach, uwieszały się ścian, to jak strzały pierzaste przecinały złote roje much, brzęczących w świetlistych pasach.
A od łąk dalekich, dalekich — drgał ostry, bolesny brzęk kos.
A od pól, od morza zbóż, od morza kwiatów płynęły słoneczne chrzęsty.
Tylko tutaj, dokoła niego, leżało bezmierne, przerażające milczenie — —
Zadrżał, bo jakiś głuchy, oddalony tętent, rozległ się w głębi, zbliżał się coraz bardziej, i coraz straszniej huczał w pustej stajni! — — —
Ciemna, ohydna trwoga wgryzła mu się w serce, rzucił się oszalały, zerwał łańcuch i wybiegł na dziedziniec.
Oślepiło go słońce, a ból dziki rozrywał mu pazurami wnętrzności, że stał długo ze spuszczoną głową nieprzytomny. Aże ochłonął nieco i zwolna, zwolna budziły się w nim jakieś przypomnienia, jakieś niejasne zarysy pól, łąk i lasów; wstawała w nim niezmożona tęsknota ucieczki, tęsknota przestrzeni, tęsknota życia.
Kierowany tym głuchym instynktem, zaczął szukać wyjścia.
Obszedł czworobok podwórza, z trzech stron otoczony budynkami — ale wyjścia nie było, powracał znowu, szukał niestrudzenie, aż trafił na drewniane sztachety, poza któremi stał dwór.
Patrzył na wielkie trawniki, w których spały psy, na olbrzymie bukiety róż, kwitnących w pośrodku, na dwór, błyszczący w słońcu oknami...
I rżał cicho prosząc... żałośnie.
Cierpiał coraz srożej, niepokój nim władnął, strach nim rzucał, ból go szarpał.
Więc choć słaniał się na nogach, chociaż każdy ruch sprawiał mu nieopisaną mękę, chociaż krew ciekła strumieniami z podrażnionej rany, szukał znowu wyjścia i znowu stawał, kładł głowę między sztachety i krwawemi oczami patrzał na dwór.
Jednego słowa dobrego, jednej pieszczoty ludzkiej łaknął, a byłby położył się i skonał.
Pusto było dokoła, cicho i sennie.
Zaczął rozpaczliwie gryźć drzewo, szarpać zębami bramę, łamać sobą, wyrywać, aż się otworzyła, że przeszedł i poszedł prosto do ganku.
Nikt nie usłyszał jego rżeń żałosnych, stał długo, patrzył na przysłonięte okna, próbował wejść na schody, obchodził dwór ze wszystkich stron.
A potem jakby nagle zapomniał o wszystkiem, zobaczywszy wolną przestrzeń przed sobą, roztocze zbóż i pól...
Potykał się, słaniał, a szedł niezmordowanie zahypnotyzowany ogromem przestrzeni.


∗             ∗

Wiosna śpiewała wszystkimi rytmami potęgi.
Wyrosłe zboża falowały płowymi kłosami, szumiały jak morze po żwirach wybrzeży i jak morze kołysały się w monotonnym rytmie. Skowronki wisiały w czystem powietrzu i dzwoniły srebrnymi hymnami. Zapachy gryk, koniczyn, zbóż — tęczowemi falami kołysały się nad ziemią. A niżej tuż przy ziemi, w trawach, kwiatach, w puszczach żytnich, śpiewał swój hymn wesela ocean stworzeń wszelkich. Wiatr miękki, ciepły, pieszczotliwy tarzał się po ziemi, otwierał kwiaty, pławił się w wodach, kołysał na młodych pękach wierzb, przewalał się w tumanach pyłów kwiatowych, huczał wesoło po lasach i dorzucał swój słodki, fletowy głos do ogólnej harmonii.
Przyroda śpiewała wszystkimi głosami, ogromną, przepotężną pieśń wesela, upojenia, życia.
A od łąk tylko dochodziły zgrzytliwe, ostre, bolesne brzęki kos.
Sokół zadrżał, przebudził go z upojenia ból, straszny, dziki ból, aż mu sierść się zjeżyła, a oczy pokryły białawą mgłą męki; dyszał ciężko, lizał trawy, chłodził nozdrza rozpalone gorączką, pić mu się chciało, a pchał go naprzód ten sam strach ciemny, ta sama niezmożona tęsknota ucieczki.
Szedł przez zboża, tylko coraz ciężej, coraz wolniej, coraz senniej — potykał się o zagony, trawy oplątywały mu nogi i ciągnęły, krzaki zagradzały przejścia, ziemia zapadała się pod nim, czasem zboża zasłaniały świat.
Jego biedna, ślepa dusza zapadała coraz głębiej w noc pełną grozy i strachu.
Nic już nie poznawał, wszystko go przerażało, szedł jak w tumanie, oślepły, nieprzytomny, oszalały trwogą.
Kuropatwa, która wiodła młode, wyrwała mu się z pod nóg z takim krzykiem, że uskoczył w bok i potem długo patrzył po zbożach i ruszyć się nie śmiał.
To zające trwożyły go śmiertelnie, że uciekał oślepły ze strachu.
To wrony przebiegały cichym lotem nad zbożami, ale gdy go spostrzegły, usiadły na gruszy i krakały długo i złowrogo —
A on drżał cały, jego aksamitną białą skórę przebiegały śmiertelne dreszcze.
Wydostał się wreszcie na łąki i śmiertelnie zmęczony upadł pod ścianą żyta, wyciągnął nogi, głowę przytulił do traw i wpatrzony w pustynię nieba jęczał żałośnie, jęczał litości —
Wrony sfrunęły z drzew, podskakiwały wśród traw, i były coraz bliżej, bliżej... bliżej...
Zboża przechylały się nad nim i patrzyły czerwonemi oczami maków i zgniłemi, przerazającemi oczami rumianków.
Wrony były coraz bliżej; ostrzyły dzióby o kretowiska, szły rozsypane, zabiegały ze wszystkich stron, podskakiwały z pazurami gotowymi do darcia, to przelatywały nad nim z cichym, łupieżczym krzykiem, a tak nizko, że widział ich straszne, okrągłe oczy i zakrzywione dzióby wpół otwarte.
Ale nie mógł uciekać, zaczął majaczyć w przedśmiertnej gorączce.
Zrywał się, bo mu się wydało, że poczuł ludzką rękę na szyi... wyciągnął język i lizał jakby czyjąś dłoń... wyprężył się... ktoś go głaskał pieszczotliwie... zaczął niecierpliwie bić nogami... zdało mu się, że idzie... że jest w polu... strzygł uszami... psy grają... wie co to znaczy... rusza z miejsca... pędzi już... wyciąga się jak struna... dotyka brzuchem ziemi... ani płoty, ani rowy go nie powstrzymają... z wichrami w zawody... dalej... szybciej... prędzej... Uczuł ostrogi w boku... wytęża wszystkie siły... Rży cicho... ta szalona rozkosz biegu ze wszystkich sił... za psami, które grają coraz ciszej... coraz dalej... coraz niewyraźniej...
Ból nim szarpał tak straszny, aż zaskowyczał dziko i porwał się na nogi.
Wrony z krzykiem odleciały.
A on nic już nie poznawał, nic nie rozumiał, patrzał tylko z przerażeniem, że wszystko się chwieje, porusza, zapada... Łąka biegła ku niemu szybko, szybko... Odskoczył kilka kroków, ale tutaj znów zboże biegło ogromną falą, zapadało, wznosiło i szło, szło wciąż z krzykiem głuchym...
Uciekał przed siebie... las stał przed nim, ogromny, czarny, straszny, zginał się, pochylał wolno, groźnie... jeszcze chwila, a runą na niego olbrzymy i zdruzgoczą.
Ogarnęło go szaleństwo, uciekł w łąki, bo usłyszał dalekie glosy ludzkie, biegł ku nim, ale coraz wolniej, bo zapadał w bagna i moczary, bo zagradzały mu drogę rowy głębokie, bo przerażały go wody rdzawe, zgnile, pełne błota i żab, które rechotały głucho, posępnie...
A potem zagrodziła mu drogę rzeka, już nie miał sił, upadł nad brzegiem i zapomniał o wszystkiem.
Już się nie bronił nawet od much. Już nie uciekał, nie zrywał się, nie szamotał, tylko położył łeb i jęczał z bólu. Dygotał tylko w sobie ohydnem, niewypowiedzianem drganiem strachu.


∗             ∗

Słońce zaszło, szary, ciężki zmierzch rozlewał się zwolna, szedł od lasów, czaił się pod krzewami, czołgał wśród zbóż i powiewał nad łąkami zgrzebną, wilgotną płachtą mgieł.
Ostatnie blaski, niby konające spojrzenia, drgały trwożnie, czepiały się barw, lśniły na liściach, lizały wody, przebiegały w przestrzeń i konały, rozszarpane przez zmierzch.
Stała się przerażająca cisza letniego wieczoru. Cisza pełna grozy stłumionych jęków, aromatów śmiertelnych, zduszonych krzyków, walki i mordu w przyrodzie.
Zmierzch zapanował, kontury nocy przepadły, barwy rozlały się w szarości brudnej, w mrokach przerażających.
Widma wszystkiego kołysały swoje potworne a nierozeznane kształty nad ziemią.
Sokół rzucił się nagle ostatnim, rozpaczliwym ruchem, potem przypadł na przednie nogi i oczami rozszerzonemi przez obłęd, patrzył w zmierzch; tam, gdzieś, daleko, w mrokach, galopowało straszne widmo śmierci; — świecący białością szkielet konia olbrzymiego. — Szkielet wyłaniał się z mroków, słychać było głuche tętenty i ginął na chwilę, i zjawiał się znowu, coraz bliżej, a pomiędzy jego żebrami, tysiące wron kłębiło się z dzikim krzykiem i wysuwało ostre dzioby, a na nagiej, długiej czaszce, siedział olbrzymi kruk, chwiał się, łopotał czarnemi skrzydłami i krakał złowieszczo.
Sokół rżał ostatkami sił, jęczał, gryzł ziemię, rozpłaszczał się ze strachu, wył dziko, a widmo było coraz bliżej, bliżej.
Z daleka odezwał się głos psa.
To Łapa przybiegł do przyjaciela, ale Sokół już go nie poznał.
Pies lizał go, szarpał, szczekał, potem jakby zaczął wołać ludzi, wybiegał w łąki, powracał, drapał ziemię, wył o ratunek.
A Sokół przewrócił się na wznak i konał.
Trawy cicho zaglądały mu do otwartych oczów, drzewa przybliżały się bliżej i wyciągały ostre, strzępiaste pazury gałęzi, łąka szumiała złowrogo, ptaki pomilkły, woda przycichła w bełkocie, tysiące robactwa czołgało się do niego, tysiące szczęk, ssawek, nóg, wyciągało się ku niemu; cała żywa, tryumfująca przyroda, z zapartym oddechem, w tumanie zmierzchu przyglądała się oczami gwiazd — tylko tętent był coraz wyraźniejszy, krakanie wron coraz straszniejsze, a widmo coraz bliżej, bliżej.
Pies najeżył sierść ze strachu, zaskowyczał dziko i począł wyć długo, strasznie rozpaczliwie.


Władysław Stanisław Reymont - Z pamiętnika str 222.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.