O teatrze „wesołym” i „smutnym”

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Rittner
Tytuł O teatrze „wesołym” i „smutnym”
Pochodzenie Świat R. I Nr. 17, 28 kwietnia 1906
Redaktor Stefan Krzywoszewski
Wydawca Tow. Akc. S. Orgelbranda Synów
Data wydania 1906
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
O teatrze „wesołym” i „smutnym”.

Publiczność lubi teatr wesoły „bo życie jest aż nadto smutne“. A pogoda duszy jest koniecznym warunkiem fizycznego zdrowia. Ale tylko najszczersza część publiczności nie wstydzi się tego instynktu. Mniej szczera przepada wprawdzie za sztuką wesołą, ale jej nie uważa za sztukę.
Zanim pocznę mówić o teatrze, pozwolę sobie na uwagę, że życie nie jest „smutne“. Życie jest conajwyżej niedelikatne; to znaczy, że z lubością bije tego po fizyognomii, który z jakichkolwiek powodów cierpliwie to znosi. Są jednostki, mające pod tym względem bajeczny talent... fizyognomiczny. A nie potrzebują być wcale nędzarzami w ekonomicznem lub w podobnem znaczeniu tego słowa. Tylko mają duszę nastrojoną na „smutne życie“ i zależnie od stopnia kultury, zatrudnienia i innych mniej lub więcej zewnętrznych warunków narzekają na wysokie podatki lub na niewdzięczność dzieci, na powszechny zanik moralności albo na (czysto osobisty) podagrę... To są ludzie wzdychający szczerze i wyrzekający na „ciężkie życie“.
Tej „publiczności“ wszystko przebaczam. Oni czują, że „życie jest ciężkie“, ergo — ich życie jest ciężkie. Ale są inni, którzy tak samo wzdychają z „zasady“, a nie dlatego, że tak czują. Ja tym ludziom nie przebaczam ani jednego westchnienia. Bo nie uznaję żadnego kłamstwa (prócz pięknego, czyli sztuki).
To nie prawda, że człowiek „dobrze myślący“ powinien brać życie „poważnie“. Mamy, papy, nauczyciele — nie „wychowujcie“ biednych dziatek kłamliwą sentencyą o „poważności życia“. Bezprzecznie lepiej straszyć je kominiarzem. Bo o niewinności wszelkich kominiarzy przekonają się sami, jak tylko trochę podrosną. Ale kłamstwo o „poważnem“ życiu stanie się dla nich manią prześladowczą, zabobonnym strachem, paraliżującym na zawsze ich energię i wolę.
Wasze życie nie jest ani smutne, ani wesołe. Ale czasem dyablo jest męczące. A gdy bardzo się zmęczycie, wtedy dla wypoczynku idziecie n. p. do — teatru. Na czem polega wypoczynek w teatrze? Na tem, że przez kilka godzin nie żyjecie czynnie, tylko siedząc na miękkich fotelach, przypatrujecie się czemuś bardzo podobnemu do życia. Gdyby to „coś“ na scenie było naprawdę życiem — nie byłoby wypoczynku. (W Hiszpanji przypatrują się wprawdzie rzekomi Europejczycy rzetelnie krwawej walce byków — ale nie można powiedzieć, żeby w tej walce nie brali żadnego udziału). A więc widowisko na scenie jest zawsze czemś innem jak życie.
Ale publiczność nieraz tego nie wie. Patrzy skrupulatnie (za szanowną krytyką): czy w sztuce jest t. z. „prawda życiowa“. A że według ogólnego zdania „życie jest smutne“ — więc chociaż serce publiczności woli sztukę wesołą, to jednak mózg jej tą sztuką pogardza (bo „niema w niej prawdy życiowej“).
Nie chodzi mi wcale o rehabilitacyę — „wesołej sztuki“. Tylko o sztukę. Oto, żeby przestać już raz klasyfikować dzieła sztuki na czarne i białe i jednym przyznawać prawo do nieba a drugie strącić bez pardonu do piekła! Rozumie się, że niema lepszej i gorszej, że nie ma białej i czarnej sztuki tylko jest — sztuka.
...A reszta to — „walka byków“.
Co innego, jeżeli chodzi o tę resztę. Nie będę się z nikim kłócił, czy lepsza jest „walka byków“ z prawdziwą krwią czy z imitacyą. Wszystko mi jedno, czy będzie teatralna katastrofa z trupami i z bengalskim zachodem słońca, czy teatralny żart z gryzetkami, pijącemi szampana i z kochankami, kryjącymi się w szafach. Tu jest istotnie wszystko kwestyą tego „co kto lubi“, kwestyą indywidualnego i chwilowego zapotrzebowania tego lub owego koloru tych lub innych „wrażeń“. Te „walki byków“ mogą być (i najczęściej są) wprost cynicznem kłamstwem — a jednak bliższe są t. zw. „rzeczywistości“, niż zdawałoby się na pierwszy rzut oka. Bo służą tylko na to, żeby podraźnić ten lub ów niespokojny rzeczywisty apetyt. Hiszpanie mają najzwyklejsze i najrealniejsze pragnienie krwi i dlatego patrzą, jak byki zabijają konie, a ludzie zabijają byki. Nasz „Europejczyk“ na galeryi ma najpierwotniejsze pragnienie uciech zmysłowych i dlatego patrzy, jak gryzetki piją szampańskie wino, a teatralni hrabiowie całują gryzetki. Ci ludzie nie idą do teatru na to, aby „zapomnieć o życiu“, ale przeciwnie dlatego, że im jeszcze zamało „życia“. I nie ulega wątpliwości, że naturaliści ś. p. — n. p. początkujący Hauptman — nie byli tak „prawdziwi“ — jak autorowie rozmaitych krwawych lub wesołych „walk byków“.
A propos naturalistów: czytałem gdzieś niedawno feljeton, którego autor twierdził, że komedya „z natury rzeczy“ musi być nieprawdopodobną (zapewne dlatego, że „życie jest smutne“) i że z tego właśnie powodu naturaliści nie pisali nigdy komedyj. Może być, że naturaliści cenili się zanadto, aby pracować dla „wesołego teatru“ — ale z tego bynajmniej nie wynika, że ich dzieła były czystem życiem i że w komedyi musi być mniej „rzeczywistości“, niż w dramacie. Mózg autora feljetonu — a może i naturalistów przepełniony był widocznie tym samym, jednostronnym szacunkiem dla koloru czarnego, co mózg owej nieszczerej publiczności (której „serce przepada za wesołym teatrem“).
Gdyby kwitnął jeszcze naturalizm, miałby dziś może publiczność, która (nienawidząc go w duszy) kłaniałaby mu się poważnie, jak niegdyś potłuczonym greckim posągom. Bo to publiczność chcąca (rzekomo) „prawdy życiowej“ i utrzymująca (mniej lub więcej szczerze), że „życie jest smutne“ Ale wręcz przeciwną, choć niemniej banalną, prawdę wyznawała publiczność z przed laty dwudziestu, która stawiających pierwsze kroki naturalistów obrzucała zgniłemi jajami. A mianowicie prawdę, że „życie jest wesołe“.
Ta prawda jest także nieprawdą. Życie nie jest ani wesołe, ani smutne, tylko wesołe i smutne. Życie jest „tragikomedyą“. Odczuwamy to codzień, co kroku — ale nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Ściślej: dbamy także w życiu o pewną „czystość stylu“ i dlatego nie widzimy na balu suchot flecisty, grającego nam do tańca, a na pogrzebie komicznych epizodów, odgrywających się wypadkiem na ulicy. Nasze nerwy odczuwają jednocześnie wszystkie kolory, słyszą, jak wrażliwy kapelmistrz, jednocześnie płacz wiolonczeli i radosne krzyki trąb... Ale te nerwy są jak żywi chłopcy pod ciągłym nadzorem surowego mentora „mózgu“, który przypomina im co chwila „styl“ i etykietę i w „poważnych“ chwilach nie pozwala im tańczyć a przy tańcu zakazuje im płakać. I nerwy stają się z czasem obrzydliwie posłuszne, stają się, jak owe szkolne „perły“, uosobieniem tego „co wolno“. Niekiedy jednak mści się całkiem niespodzianie ich ciągle tłumiona i krępowana „żywość“ i robią nagle panu mentorowi wprost szatańskie psikusy. Zwracam n. p. uwagę na następujące, bardzo dziwne, a przecież nie tak rzadkie zjawisko: ktoś komunikuje mi, że umarł mu ojciec. Baczność! — komenderuje natychmiast „mentor“, który wie dobrze, co się w takich razach należy. Wiedzą to i nerwy, ale właśnie dlatego, że mentor krzyknął „baczność!“ napada ich nagle pusta i niewytłomaczona wesołość. I wstrzymują się z trudem, aby nie roześmiać się w oczy temu, który stoi przedemną strapiony i blady, bo umarł mu ojciec. To są skutki przemęczenia biednych, słabych nerwów ciągłem ćwiczeniem i wychowaniem.
Otóż w życiu słyszy człowiek (jak doświadczony kapelmistrz) jednocześnie dźwięki wesołe i smutne. I gdyby nieodzownym warunkiem sztuki była w istocie owa „prawda życiowa“, to nie byłoby innego teatru prócz tego, w którym jednocześnie śmieją się i płaczą. Opera jest już poniekąd dzisiaj tym teatrem. (Wogóle: muzyka z dziewiętnastego wieku jest bardziej „nowoczesną“, niż literatura z dwudziestego). Ale zresztą jest nasz teatr (z małymi wyjątkami) albo wesoły albo smutny. To znaczy, że ani komedja, ani dramat nie są tego koloru, co życie. I nie mogą być takiemi jak życie, bo są sztuką. A sztuka to „styl“. Sztuka — to konsekwencya pod względem tonu i kolorytu, podczas gdy życie składa się (przynajmniej pozornie) z ciągłych i przeróżnych niekonsekwencyj krytyki i wychowana przez nią „inteligentna“ publiczność, pogardzająca — w imieniu „prawdy“ — komedyą, powinna z tej samej racyi pogardzać dramatem. A ideałem ich powinien być teatr, w którym, jak w zwierciadle, odbijałby się kolorystyczny chaos, śmiałaby się barwna niekonsekwencya.
Mam jednak aż nadto wiele danych, że taki właśnie teatr ideałem ich nie jest. Dla tego to kolorystyczna prawda takich poetów, jak np. Wedekind i Shaw nie jest prawdą przeciętnej inteligencji.
I może kiedyś dojdzie do tego, że istotnie sztukę będzie się kochać jako piękny sen, a nie jako mniej lub więcej udatną imitacyę świata. Sztuka — to także świat, ale świat dla siebie, a nie księżyc tej podłej ziemi, na której my załatwiamy ciężko i chmurnie „nasze dzienne sprawy“. To świat, w którym zawsze jest jasno i nigdy nie zachodzi szczęście. Sztuka, moi państwo, to zawsze — „wesoły teatr“.

Tadeusz Rittner.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Rittner.