Przejdź do zawartości

O poezyi włoskiéj w średnich wiekach jako źródle do Boskiéj Komedyi Danta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Antoine-Frédéric Ozanam
Tytuł O poezyi włoskiéj w średnich wiekach jako źródle do Boskiéj Komedyi Danta
Wydawca Antoni Józef Szabrański, Kazimierz Władysław Wójcicki
Data wyd. 1857
Druk Drukarnia "Gazety Codziennej", ul. Daniłowiczowska 617
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryna Duchińska
Tytuł orygin. Dante et la philosophie catholique au treizieme siècle
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Uwagi Opublikowane w „Bibliotece Warszawskiej“ 1857, t. 2, s. 228–254; s. 547–575; t. 3, s. 407–456; t. 4, s. 175–190
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
O POEZYI WŁOSKIÉJ W ŚREDNICH WIEKACH
JAKO ŹRÓDLE DO
BOSKIÉJ KOMEDYI DANTA.
PRZEKŁAD
z A. Fryderyka Ozanama[1].

Praca ta nie jest ściśle naukowém dziełem. Roku 1847 po spełnionéj we Włoszech missyi literackiéj, powracałem do kraju, wzbogacony mnóstwem niewydanych dokumentów, objaśniających dzieje czasów barbarzyństwa. Do drogocennych kłosów, którem znalazł na polu, kędy Muratori i jego następcy obfite zebrali plony, zerwałem niemniéj kilka kwiatów poezyi, wijących się jak powój wokoło dojrzałego zboża. Między innemi były tam i ułomki wierszy z rękopisu z XIII wieku, pieśni które przeszedłszy przez usta kilku pokoleń, popadły w niesłuszne zapomnienie. Były i zbiory legend, których uczony podróżnik nie zwykł kupować po jarmarkach, ale któremi lud zabawia się w długie godziny czuwania. Miałem jeszcze w pamięci cudne katedry włoskie, nacechowane żywotném piętnem średnich wieków, poszanowaniem ludów, a ubóstwem pielęgnujących je zakonników, ocalone przed wandalizmem nowoczesnym. Myśl jedna ożywiała w oczach moich te obrazy przeszłości: przypatrując się zblizka średnim wiekom we Włoszech, zdało mi się, że widzę wydatniejszy tu niż gdzie indziéj węzeł pomiędzy wiarą a geniuszem; dostrzegałem jaką moc natchnienia święci dawali tu wielkim artystom. Widziałem jak święty najpowszechniéj znany i czczony w téj epoce, święty Franciszek, otoczył swoje czasy urokiem poezyi; jak sam tworzył cudowne kantyki i pozostawiał po sobie całą szkołę poetów, architektów, malarzy; jak grób w Assyzie stał się ich kolebką, ich gniazdem, zkąd roje ich rozbiegło się aż do podnóża Alp i zatoki neapolitańskiéj. Chciałem więc badając początki poezyi u Franciszkanów włoskich, wsnuć do tego przedmiotu moje wrażenia i pamiątki, w chwili, gdy czuję się jeszcze pod wpływem czarownych miejsc, świeżo przezemnie zwiedzonych.
Pisarze duchowni wyświetlili Opatrznościowe posłannictwo świętego Franciszka, gdy wraz ze świętym Dominikiem przyszedł podtrzymać zachwiane mury kościoła. Historycy zaczynają rozumieć polityczne znaczenie Braci Mniejszych, tego zastępu, współczesnego rzeczompospolitym włoskim, naturalnego sprzymierzeńca słabych, wroga ciemięzców, których jako ubodzy, ani się bali, ani ich potrzebowali. Uczeni uznają już, ile duch ludzki winien doktorom szkoły Franciszkańskiéj, świętemu Bonawenturze, owemu Platonowi średnich wieków; Rogierowi Bakonowi, który przeczuciem odgadł dzisiejsze odkrycia. Co do mnie, zwrócę uwagę na przysługę, jaką Franciszkanie oddali naukom we Włoszech. Naprzód jednym rzutem oka przebiegam wieki poprzedzające wiek XIII, a od katakumb, aż do bazylik weneckiéj i pizańskiéj, szukam w pomnikach, w napisach, pierwszych śladów poezyi ludowéj i religijnéj, jeszcze uplątanéj w formy łacińskie, ale gotowéj do lotu, gdy język nowy użyczy jéj skrzydeł. Święty Franciszek pojawia się: należy go zbadać jako poetę, podejmując bacznie wszelkie okoliczności, które się przyczyniły do wykształcenia tego niepospolitego umysłu; należy dowieść autentyczność przyznawanych mu utworów; naznaczyć im miejsce pomiędzy chwilami zachwytu, w których pochłaniał ogień z nieba, i kaznodziejskiéj wymowy, mocą któréj udzielał go ludziom. Geniusz świętego założyciela przechodzi na pierwszych jego uczniów i zastępców: świętego Bonawenturę, który pod płaszczem szkolarstwa kryje liryczne natchnienie, brata Pacyfika zwanego królem wierszy; Jacomino z Werony, twórcę dwóch długo zapomnianych poematów, z których Dante wziął nie jeden ustęp do swego Piekła i Raju. Nakoniec idzie największy z tych poetów, błogosławiony Jacopone z Todi, wzgardzony jako szaleniec, ukarany jako przestępca. Z głębi więzienia ciska on gromy satyr na bezprawia duchowieństwa i ludu, i zarazem określa w wierszach najtrudniejsze punkta teologii chrześciańskiéj, a dobiegłszy do ostatecznych tajni mistycyzmu, śpiewa cudne natchnieniem pienia, przypominające mistyczne dźwięki świętéj Teressy i świętego Jana od Krzyża. W miarę jak ścigamy ślady pierwszego wieku zakonu świętego Franciszka, musimy zatrzymać oko i na kamiennych współczesnych pomnikach: tu bowiem poezya jaśnieje pełnym blaskiem w pysznych zarysach architektury i świetnym kolorycie fresków. W wędrówce mojéj zatrzymywałem się u grobu świętego Franciszka w Assyzie, u świętego Antoniego w Padwie, u świętego Krzyża we Florencyi. Na Florencyą to przedewszystkiem spływa pierwszy promień rodzącéj się sztuki; tam to znalazłem piękną legendę Fioretti di San Francesco, którą uważać można jako małą epopeę, obejmującą bohaterskie podania zakonu świętego Franciszka, a raczéj jako relikwiarz, zdobny w emalie, przedstawiające naiwnie cuda świętego i postaci jego towarzyszów. Z tych postaci, jedne zalecają się wyłącznie barwą, którąby stracić musiały w przekładzie. Innych cały wdzięk stanowi ruch i życie, te więc nie wytrzymałyby noża analizy. Inna ręka bieglejsza od mojéj wybrała i przełożyła na francuzki język najpobożniejsze, najtkliwsze, najwdzięczniejsze z tych opowieści, i usiłowała zachować ściśle starożytną ich prostotę.
Niejeden może z czytelników moich dziwić się będzie, takiemu uwielbieniu dla mistycyzmu, którego słowo nie przemawia już do naszego wieku; takiéj względności dla podań nieopartych na wierze. Ja téż nie narzucam nic wierze czytelnika: nie piszę ściśle naukowéj książki, nie tworzę religijnego dzieła. Nie mieszam bynajmniéj tych pieśni i tych podań z niewzruszonym dogmatem, jak nie mieszam kropel rosy z promieńmi zorzy, któréj zwykle towarzyszą. Zbieram je jako pierwszy plon ziemi, zapłodnionéj chrześciaństwem. Jeżeli nie mogę dotknąć bez wzruszenia owéj poezyi starych wieków, to dlatego, iż duchem przeżyłem cały dzień, w obec wypadków i ludzi, którzy im dali natchnienie. Przebyłem dzień zbyt dla mnie krótki, w starożytném mieście Assyzie. Znalazłem tam pamięć świętego tak żywą, jak gdyby wczoraj zamknął oczy, i na bramach rodzinnego miasta wycisnął piętno błogosławieństwa. Wskazywano mi miejsce, gdzie się urodził, i kaplicę gdzie poświęcił Bogu skołatane serce. Wskazywano mi krzak głogu, co zakwitnął różami w chwili, gdy Franciszek rzucił się nań, w szczerym zapale pokuty. Poznałem w nim obraz téj mowy włoskiéj, tak ostréj jeszcze i dzikiéj, która zaledwie dotknięta ascetyzmem katolickim, zakwitła tak uroczo. Nakoniec ukląkłem z pokorą na świętym grobowcu, pod tém sklepieniem lazurowém zasianem gwiazdami, zkąd odrodzona sztuka malarska pierwszy rozwinęła polot. Tam ja to powziąłem piérwszą myśl tego dzieła. Zamiar mój rozwijał się w następujących uwagach, gdy opuściwszy z nim Assyz, ogarniałem okiem białe mury Sagro Convento i miasto utulone pod jego strażą, i okoliczne wzgórza, na które spływał złoty promień zachodu.
Rozważając Włochy średniowieczne, widzimy przestrzeń obejmującą Toskanią, Ombryą, i północną dziedzinę świętego Piotra: tam w przeciągu trzech wieków jaśniał najżywszy promień uświęcenia chrześciańskiego. We Florencyi to, święty Jan Gwalbert, ojciec pustelników z Vallombrez zakłada zarazem węgielny kamień swobód publicznych, walcząc przeciw świętokupstwu biskupów. Tam święty Filip z Benizzi, i jego towarzysze, składają oręż w wieku krwawych bojów i ustanawiają miłosierne bractwo Serwitów: późniéj błogosławiony Giovanni delle Celle, i święta Magdalena z Pazzi, piszą listy, które są dotąd niewyczerpanym skarbem mądrości i wymowy. W Pizie widzimy świętego Reyniera, jak za powrotem z jerozolimskiéj pielgrzymki, rozbudza w ludzie szał bohaterski krucyat. W Siennie znajdujemy świętą Katarzynę, świętego Bernarda, i mnóstwo innych świętych od których to miasto nazwaném zostało przedsionkiem raju. Wnijdźmy oto w te odwieczne grody Gwelfów i Gibelinów, najeżone wieżami, kipiące niegdyś siłą wzburzonych namiętności. Ujrzymy tam na ołtarzu postać ubogiéj sługi, lub pokutującéj grzesznicy, zamienionéj dziś w patronkę miejsca: jak świętéj Zity w Luce, świętéj Małgorzaty w Kortone. Nie mówię już o Assyzie i o téj wielkiéj liczbie dusz, które w ślady świętego Franciszka i świętéj Klary uleciały ztamtąd ku niebu. Ale nie mogę przepomnieć ani świętego Bonawentury, który wyszedłszy z miasteczka Bagnorea stał się pochodnią kościoła i szkoły: ani świętéj Róży z Viterby, która dziewięcio-letnią będąc dzieweczką, przebiegała ulice miasta i nakłaniała lud do pokuty.
Piękna to rzecz zaprawdę widzieć na tak małéj przestrzeni, a w czasach tak ciężkich, tyle odwagi, tyle miłosierdzia, tyle poświęcenia w służeniu prawdzie wiekuistéj.
Owóż ta klassyczna ziemia świętości, staje się kolebką sztuki chrześciańskiéj. Grobowce służebników Bożych jak posiew drogocenny, przebijają ziemię i wydają plon, a tym plonem są wspaniałe pomniki. Wiara która przenosi góry, dźwiga te katedry, te góry z marmuru, pokryte w rzeźby i obrazy, brzmiące dźwiękiem uroczystych hymnów i pieśni. Gdziekolwiek wielka religijna pamiątka wyciśnie piętno świętości, natychmiast powstaje tam bazylika, rozwiera podwoje; a w tę pracownię uświęconą tajemną siłą modlitwy, garną się pracownicy, wyrabiają ducha w milczeniu, a nie goniąc za czczym oklaskiem rzeczy, otaczając sztukę religjiną cześcią, badają z poszanowaniem jéj prawa, i tworzą arcydzieła wiekowe. Wiemy już jakie pokolenie architektów i malarzy wzrastało pod świętym przysionkiem Assyzu. W owymto czasie ksiądz Bolsena, odprawiając świętą ofiarę, gdy zwątpił o przytomności Bóstwa, ujrzał jak krew wytrysnęła z hostyi, którą trzymał w ręku. Podjęto zakrwawioną bieliznę z niewysłowioną trwogą i zatwierdzono, iż to żywe świadectwo cudu zachowaném być musi w przybytku, jakiemu nie ma równego na świecie.
I około 1280 roku poczęto budować wspaniały tum w Orvieto; a przez trzysta lat pobożny lud nie szczędził kosztów ani trudu, byleby odkupić zwątpienie swego kapłana, i uczcić godnie znieważoną tajemnicę miłości. Dwustu przeszło artystów nastąpiło po sobie w téj długich lat kolei, od Jana z Pizy i uczniów jego, którzy ozdobili fasadę, aż do Luca Signorelli, który odmalował Antychrysta, Sąd i Piekło w seryi fresków godnych natchnienia Michała Anioła. Na wiele lat przedtém, roku 1186, arcybiskup z Pizy Ubaldo Lanfranchi, umyślił udarować współziomków, pełnym chwały grobowcem. Sprowadzał więc na okrętach ziemię z Bellemu i Jerozolimy; zapełnił nią przestrzeń wyżłobioną obok katedry, i założył narodowy cmentarz Pizanów. Ale ponieważ należało uczcić ziemię deptaną stopami Zbawiciela, postanowiono otoczyć ją wspaniałym murem, a ten mur pokryć obrazami, któreby w miejscu śmierci, pocieszającą zapowiadały nieśmiertelność: i przez dwieście lat najsłynniejsi mistrze toskańscy, nie wierzyli w własną chwałę, dopóki nie nakreślili kilku fresków w Campo Santo. Jeżeli nazwano Siennę przedsionkiem raju, z powodu wielkiej liczby jéj świętych, zjednała sobie niemniej to imię wspaniałemi pomnikami swemi. Oprócz wyniosłéj katedry, posiada bowiem pałac rządowy, pełen bohaterskich i religijnych obrazów, i własną szkołę malarską, tak czystą i naiwną, a tak niesłusznie zaniedbaną. Florencya, najbogatsza w pamiątki, najwięcéj téż wydała pomników. Niech nas nie trwożą owe mury cyklopów, owe ponure frontony, i najeżone zęby; przestąpmy progi pałaców i kościołów, a ujrzymy jak je pędzel w niebiańskie zaludnił wizye: ujrzymy postacie promieniejące młodością, niewinnością, słodyczą; i zapytamy sami siebie, i kędyż to w czasach wrzącej walki, artyści toskańscy znachodzili te oblicza aniołów, dziewic i świętych młodzianów? O! nie szukali ich daleko, ale spotykali je tuż obok siebie po klasztorach, o których bramy roztrącał się okrzyk domowych walk i bojów; lub téż u starych ognisk rodzinnych, których odwieczne obyczaje opisuje Villani i Ricobaldo. Tam żywot upłynął w prostocie: mężowie odziewali się niewyprawną skórą baranią, niewiasty chodziły w wązkiéj szacie ze szkarłatnego sukna, opasane skórzanym pasem, na sposób starożytny. Mąż i żona jadali z jednéj misy, pili z jednéj czary; a podczas wieczerzy, sługa przyświecał im trzymając w ręku pochodnią ze smolnego łuczywa. Ale ci co żyli w ten sposób, zachowywali uczciwość na wzajemnych stosunkach, wierni byli swéj gminie, a zachowując szorstkość i ubóstwo w obyczajach, większe spełniali dzieła, niżeli pokolenia miększe i ogładniejsze, które szły w ślad za niemi.“ Tak sobie należy wyobrazić Włochy w XIII wieku. W ten sposób zatém, powstawało pomału gniazdo, zkąd trzy wielkie orły poezyi chrześciańskiej miały wzbić się do lotu, i śmiało wybiedz pod obłoki: temi orłami byli: Dante, Petrarka i Tasso.
Niech mnie Bóg broni, abym miał tylko uważać świętych jako poprzedzicieli wielkich poetów. Widzę w nich oto służebników owéj Wszechpotężnéj Opatrzności, która mądrze każde dzieło swoje ku wielorakim przeznacza celom: zarazem czuwa nad rozwinięciem sztuki, jak rząd opiekuńczy, obmyśla ludom igrzyska, gdyby sztuka była tylko uciechą i zabawą ludów. Ale nie jestże słuszna, aby Opatrzność baczyła o niéj w swéj radzie skoro wiemy, że sztuka jest środkiem wychowania człowieka, cywilizowania społeczeństw i uczczenia Tego, który jest zarówno najwyższą pięknością jak i najwyższém dobrem i prawdą?



I.
O poezyi ludowéj we Włoszech w XIII wieku.

Zanim rozpoczniemy badania nasze nad szkołą świętego Franciszka, należy wprzód naznaczyć jéj właściwe miejsce w poezyi włoskiéj. Trzeba rozpoznać główny charakter téj poezyi, dojrzeć jak zwolna przebija przez pomrok starożytnych wieków, jak późniéj natchniona duchem św. Franciszka i jego uczniów, wpływa na szkoły mniéj religijne i głębokie zapuszcza korzenie w czasach mniejszéj łatwowierności. Ale charakter geniuszu włoskiego cechuje się tém, że wykształcając się naukowo, pozostał czysto ludowym (popularnym), że po wszystkie czasy panowania literatury włoskiéj, widzimy niezatarte źródło poezyi ludowéj, w któréj czerpie poezya uczona, a po okwitnieniu powraca do niéj znowu i zasila ją szczątkami swemi. Należy więc koniecznie zgruntować to źródło i wyśledzić przyczynę jego nadzwyczajnéj obfitości.
Nowy lud włoski odradza się w katakumbach. Tam zstąpiwszy, znajdziemy zarody tego wszystkiego, co w przyszłości tak świetnie wybujać miało: widzimy tam lud, w późniejszém znaczeniu tego słowa, tojest niewiasty, dzieci, słabych i małych, któremi gardzili starożytni dziejopisowie, o których nie raczyli nawet wspominać; widzimy tam lud nowy, zbiór niewolników i wolnych, cudzoziemców i barbarzyńców, ożywionych duchem innym od ducha starożytności. Społeczeństwo to ma już myśl własną, którą wyrazić usiłuje; ale myśl ta zanadto jest obfita, zanadto niespokojna i nowa; słowo wystarczyć jéj nie może: potrzeba współudziału wszystkich sztuk na jéj wyrażenie. W owym pierwotnym stanie, poezya nie dosyć jest wydatną i określoną, nie przywdziała jeszcze właściwéj sobie szaty. Ale za to rozlana jest wszędzie: w architekturze, w malarstwie, w rzeźbie, w napisach; wszędzie bowiem panuje symbol, przenośnia, wszędzie widzimy usiłowanie, aby uwydatnić myśl w obrazie, aby ideał odbić w rzeczywistości.
Wyobraźmy sobie katakumby, jakby długie galerye, ciagnące się podziemną siecią pod przedmieściami i okolicami Rzymu. Nietrzeba ich mieszać z wielkiemi pieczarami, z których wydobywano płyty marmuru na zbudowanie pogańskiéj Romy. Chrześcianie sami wykuli ciasne korytarze katakumb, aby w nich spełniać tajemnicze obrzędy swéj wiary, a po śmierci złożyć głowę na wiekuisty spoczynek. Te podziemne labirynty liczą niekiedy po trzy i cztery piętra; a ciągną się na ośmdziesiąt i więcéj stóp w ziemię: miejscami jeden ledwie człowiek i to z pochyloną głową, zdoła się przez nie przecisnąć i po prawéj i lewéj stronie widać otwory wykute w murze kilkoma rzędami, zarzucone wapnem, kędy spoczywają ciała zmarłych. Te podziemne galerye rozchodzą się w różnych kierunkach, znać dla zmylenia pogoni srogich prześladowców. Dotąd widzimy dzieło konieczności i trwogi, silnie przemawiające o sobie: żaden pomnik dokonany ręką człowieka nie daje większej nauki. Przebiegając stopą owe tajemne drogi, wieczną otoczone ciemnością, uczono się odrywać duchem od zmysłowego świata, od dziennego nawet blasku, przez który wszystko staje się widzialném. Cmentarz okrążał całą przestrzeń, jak wieczność okrąża czasy, a ołtarze i oratorya wykute tu i owdzie ku spełnieniu świętych tajemnic, oświecone z góry światłem dzienném, były jakoby przystanie zwiastujące nieśmiertelność, na pociechę dusz zanurzonych w pomroku ziemskiego żywota[2].
Te oratorya pokryte są obrazami grubego niekiedy pędzla, znać niewprawną kreślonemi ręką: malowali je naprędce nieświadomi prostaczkowie, przy słabym połysku lampy, przestraszeni trwogą, w oczekiwaniu nieochybnéj śmierci. Często jednak wpośród innych zdarzy się dostrzedz obraz, którego śmiałe zarysy przypominają doskonałość starożytnéj sztuki. Co więcéj w wielu z nich przebija już nowy żywioł, który miał niebawem nową siłą natchnąć sztukę, wskrzesić ją i przerodzić. Owe posągi kute z kamienia, klęczące w kornéj postawie z wyciągniętemi w górę rękoma, z oczyma wlepionemi w niebo, tchną całe żywą wiarą męczenników. Nowy żywioł chrześciańskiéj wiary odbija w duchu dokonanych dzieł, w wyborze przedmiotów, w żarliwém natchnieniu, jakie znać wiodło dłutem i pędzlem artysty. Myliłby się, ktoby mniemał, że w odludnych tych miejscach, ujrzy tylko obraz prześladowanego, ściganego społeczeństwa: przeciwnie, wchodząc pod sklepienie, widzimy podwójny wizerunek dobrego pasterza, dźwigającego na barkach tu owce, tam kozła, na znak, że gotów strzedz zarówno niewinności i pokuty. Daléj w czterech oddziałach, odznaczonych wieńcami z kwiatów i owoców, widać obrazy ze Starego i Nowego zakonu mieszczone po dwa obok siebie w sposób, że przedstawiają zarazem figurę i rzeczywistość, proroctwo i historyą. Jest tam Noe w arce, Mojżesz dobywający wodę ze skały, Job na śmiecisku, cud w Galilejskiéj Kanie, rozmnożenie chleba, Łazarz wskrzeszony z grobu; jest tam zarówno i Daniel we lwiéj jaskini, Jonasz wyratowany z wnętrzności wieloryba, troje młodzianków w ognistym piecu, żywe symbole męczeństwa przez pożarcie, ogień i wodę, ale męczeństwa tryumfującego, którego wspomnienie, krzepiąc odwagę, pocieszało w boleści. Nie masz tam śladu współczesnego prześladowania, nie widać nigdzie płonących na stosie chrześcian: słowem, nic tu nie przypomina krwi obfitym przelanéj potokiem, nic nie rozbudza nienawiści, ani zemsty, wszędzie widzimy tylko obraz przebaczenia, nadziei i miłości[3].
Jeżeli chrześcianie przebywający w katakumbach mieli czas na zdobienie swych kaplic, niemniéj i na grobowcach zmarłych pozostawiali ślady wdzięczności i żalu. Rzeźba chrześciańska poczyna się od hieroglifów, od figur narysowanych bez kształtu i bez wdzięku, których wartość stanowi tylko myśl żywotnie w nich wyrażona. Liść jest tu godłem wytrwałości życia, łódź z rozwiniętym żaglem zwiastuje przelotność chwil ziemskich, gołąbka niosąca w dziobku gałązkę, zapowiada przybycie lepszego świata; ryba przypomina wody chrztu świętego. Na grobie bez podpisu widzimy rybę i pięć bułek chleba cudownie rozmnożonych: co znaczy, że tu spoczywa człowiek odrodzony chrztem św., który wierzył w Chrystusa i który brał udział u stołu Pańskiego[4]. W miarę jak znika poganizm, dłuto chrześciańskie staje się coraz swobodniejsze i płodniejsze. Zamiast nieśmiałych symbolów, rytych z początku na cegle, widzimy coraz swobodniéj żłobiony marmur; widzimy owe cenne płaskorzeźby, rznięte na sarkofagach, które zdobią dziś muzea Rzymu i kościoły Rawenny.
Równie jak rzeźby katakumb, przedstawiają one przedmioty biblijne, z pewnemi jednak odmianami. Bogatszy i wyraźniejszy symbolizm, jaki tu dostrzegamy, zapowiada: że skończyły się czasy prześladowania; że konieczna potrzeba ostrożności nie osłania już świętych tajemnic. Grobowce Rawenny nie mówią o śmierci, wszystko raczéj przypomina tu nieśmiertelność, którą chléb żywota zapewnia chrześcianom. Widzimy oto jak ptastwo niebieskie spożywa winne grona, jak gołąbki poją się w kielichu zbawienia, jak ciche baranki kosztują palmowego owocu.
Ale gdy rysunek nie zdołał wyrazić całkowitéj myśli, przyzwał na pomoc słowo. Zaczęły się pojawiać grobowe napisy: z początku brzmiały one krótko, lecz wymownie, np.: „Oto miejsce spoczynku Philemona“. Niektóre z nich wyrażały myśl tkliwą i pocieszającą. Weźmy oto: Florentius felix agneglus (sic) Dei „Florencyusz szczęśliwy baranek Boży“; albo téż: „Padłaś przedwcześnie Konstancyo, cudzie piękności i mądrości“. Nimium cito decidisti, Constantia, mirum pulchritudinis atque idoninati (sic). Konstancya poniosła śmierć męczeńską, flaszeczka bowiem zbarwiona krwią wskazuje grób jéj pobożności wiernych; ale święta miała zaledwie lat ośmnaście, kościół przebaczył więc okrzyk boleści wyrwany z piersi ojcowskiéj. Niekiedy czujemy wyrażoną w kilku słowach trwogę boskiego sądu, jak w owéj modlitwie, którą chrześcianin Benirosus, wyrył na ojca grobie; „Nie wzywaj nas Panie, kiedy umysł nasz pełen jest ciemności“. Domine, ne quando adumbretur spiritus, veneris. Niekiedy myśl o zmartwychwstaniu jaśnieje wpośród łez i żałoby: rodzina Seweryanusa wzywa pomocy tego, który daje wzrost ziarnu posianemu na roli:

Vivere qui praestat morientia femina terrae,
Solvere qui potuit lethalia vincula mortis.

Doszliśmy więc do poezyi godnéj tego nazwiska, bo wyrażonéj wierszem. Już ona nie umilknie, a niebawem poeta Prudencyusz sławić będzie katakumby i ich męczenników rymem Wirgiliusza i Horacego. Dotąd jednak wszystko zachowało piętno wyłącznie ludowe i barbarzyńskie. W tych napisach kreślonych po łacinie, literami greckiemi, pełnych ortograficznych błędów, niemniéj usterków języka i prozodyi, chwytamy niby na gorącym uczynku prostaczków, którzy je kreślili: widzimy matki z gminu, ojców niewolników, jak przelotnie wyrażają na kamieniu boleść i nadzieję, znacząc miejsca kędy mają zasyłać szczere ku niebiosom modły. Prześladowcy, prawdziwi Rzymianie, przechadzając się po cmentarzu, z uśmiechem pogardy odczytywali zapewne te napisy kreślone ręką nieuczonych prostaczków, którzy nie znając zasad pisma, chcieli wszakże ogłaszać prawdę światu. A jednak wielki posiew miał wkrótce wydać plony: starożytna cywilizacya rzymska dążyła do upadku, a odwieczna Roma miała rychło na własne ujrzeć oczy, jak z owych podziemi, któremi była podkopaną, z owego wzgardzonego społeczeństwa chrześcian, wyjdzie nowa cywilizacya, a zarazem i nowa poezya.
Podczas gdy mury odwiecznego miasta chwieją się pod razami taranów, gdy Gotowie i Wandalowie wdzierają się przez wyłomy; podczas gdy barbarzyńcy zdzierają z gmachów ołowiane dachówki; gdy wyrywają z zawias podwoje lane z bronzu; w chwili gdy wszystko dąży do upadku: święte grobowce katakumb wyrastają niejako z łona ziemi i oblekają się w kształty przepysznych bazylik świętego Pawła, Najświętszéj Panny i tylu innych, które od IV do XIII wieku zebrały, przechowały i ocaliły wszelkie rodzaje sztuki. Zamiast poezyi szkolarskiéj, (la poesie des écoles) mamy tu plastyczną poezyą pomników.
Trudno pojąć czém była bazylika chrześciańska za czasów barbarzyństwa, gdy cała cywilizacya chroniła się poza obręb jéj murów. Ponieważ nikło ze świata starożytne społeczeństwo, bazylika musiała być niejako formą, na wzór któréj miał się ukształtować nowy byt społeczny. W jednym obrębie, gdzie myśl moralna przewodniczyła odradzającéj się ludzkości, powinni byli ludzie przywykać do ładu i reguły, uczyć się karności i posłuszeństwa; to téż kościół bywał obwarowany dwoma dziedzińcami, które dzieliły go od zewnętrznego gwaru: wpośrodku dziedzińca była fontanna, gdzie oczyszczano ręce; nakoniec podział wewnętrzny gmachu odpowiadał stopniom hierarchii katolickiéj, począwszy od kruchty, kędy płakali pokutnicy, aż do naw oddzielnych dla chrześcian obojéj płci, aż do presbiteryum, gdzie ławy kapłanów okrążały marmurowy tron biskupa. Z postępem czasu z łona kościoła wyrastały coraz nowe przedmioty: dzwonnice, chrzcielnice i cmentarze tulić się poczęły pod opiekuńcze jego skrzydła; kościół niebawem zamknął w sobie wszystko, co stanowi treść duchowego życia ludu. Dotąd widzimy w Pizie obręb zajmujący katedrę, kampanile (dzwonnicę), chrzcielnicę i campo santo (cmentarz); jestto cała duchowa ojczyzna człowieka: tu się rodzi, żyje i umiera. Snadno pojąć, że z bazylik powstawały miasta.
Z drugiéj strony, światło nauk i sztuk poczęło gasnąć widocznie; potrzeba więc było, ażeby mury bazylik zawarły w sobie pierwsze zasady nauk zdolnych rozbudzić umysł i wzruszyć wyobraźnią trzeba było, aby ludzie wychodzili z nich skąpani w uroczym promieniu światła, a powracali do nich z miłością, jako do czystego źródła piękności i prawdy.
Ażeby urzeczywistnić ideał owego czasu, kościół powinien był zawierać w sobie cały kurs teologii i cały poemat święty. Tak rozumieli ci, którzy pokryli mozajkami kościoły Rzymu, Rawenny, Medyolanu, Wenecyi, Kapui i Palermo, a pokryli niemi nietylko ołtarze, ale niemniéj nawy, przedsionki, naostatek i zewnętrzne frontony.
Tu rozwija się historya Starego i Nowego zakonu, dopełniona legendami świętych, a uwieńczona widzeniami Apokalipsy: zwykle symbol chwały niebieskiéj (Gloria) zapełnia półkole Sanctuarium. Nic nie może iść w porównanie ze wspaniałym wizerunkiem Chrystusa, który odbija na tle złotém, niby wpośród słonecznych promieni: święci składają przed obliczem Pana wysłużone na ziemi korony; powyżéj cichy baranek spoczywa na wierzchołku góry, z któréj spływają cztery rzeki: symbol czterech ewangielii. Dwanaście owieczek wychodzi z dwóch miast Jerozolimy i Betleemu: wyobrażają one owczarnią Chrystusową, która wyszła częścią z synagogi, częścią z tłumu prostaczków. Wpośród ozdób oplatających te pyszne obrazy, widzimy: jelenie i gołąbki, lilie i palmy: symboliczne znaki starożytności chrześciańskiéj, wyjaśniane na zasadzie nigdy nieprzerwanéj tradycyi; a dla okazania, że nauka była jawną i dostępną wszystkim, podawano w nauczających napisach klucz do zrozumienia symbolów. Wiersze nad każdą wyryte mozajką tłumaczyły jéj znaczenie, wydobywały z niéj treść nauczającą, przemawiały do serca czytelnika, łzę wyciskały mu z oka, serce wzruszały do modlitwy. Wielkie i poważne mury kościołów romańskich, możnaby niejako nazwać stronnicami olbrzymiéj księgi, na których czczono cuda świętego patrona, miejsca, pamięć książąt założycieli bazyliki, nakoniec wspomnienie znakomitych nieboszczyków, co spali snem wiecznym w cieniu olbrzymich jéj sklepień.
Tym sposobem powstał rodzaj poezyi, niedostatecznie zbadany przez krytyków, poezyi niejako kamiennéj, która ożywiła średniowieczne włoskie kościoły, jak niegdyś sztuka święta pokryła hieroglifami i malowaniami świątynie starożytnego Egiptu. U św. Jana Laterańskiego, podwoje, sanctuarium, a nawet tron papieski pokryte były wierszami, które w języku prostym, ale dosadnym, opiewały prawa stolicy apostolskiéj i kościoła matki kościołów. U św. Piotra napisy na grobowcach ojców świętych, stanowiły same przez się dokładne dzieje papiestwa. Mianowicie VI i VII wiek wyrył łacińskiemi zgłoski imiona, daty urodzenia i zgonu, oraz dobre czyny współczesnych papieżów. Wielka ilość tych drobnych poemacików i łatwość z jaką kreślone były, są dowodem uprawy nauk w epoce, w któréj dziejopisowie przedstawiają nam Rzym jako rozpustnice babilońską, upojoną ciemnotą i zepsuciem. Przybytek w Pizie podnosił dumne czoło, zryte opisami zwycięztw: głosiły one pierwsze krucyaty Pizanów, gdy mocą oręża wydarli niewiernym Maurom Sardynią i Balearskie wyspy, mianowicie zaś opiewały ich zwycięzką wyprawę przeciw Saracenom z Palermo. Na jéjto pamiątkę, za zdobyte na wojnie łupy, pobożni ci żeglarze zbudowali swoje katedrę. Ale nigdzie epopea pomnikowa nie przechowała się tak dokładnie, jak u świętego Marka w Wenecyi: pomińmy kopułę i wyniosły fronton, pokryty złotem i snycerskiemi ozdoby; wnijdźmy oto pod złocone sklepienia i przejrzyjmy bacznie szereg mozaik i objaśniających je napisów.
Przedsionek zawiera sceny ze Starego testamentu, wyobrażające symbolicznie Nowy zakon. Widzimy tam historyą Bożego ludu, zaczynającą się od Genezy, a kończącą z jednéj strony na Mojżeszu, który chrzci Izraelitów w morzu Czerwonem; z drugiéj na Janie, który chrzci lud w wodach Jordanu. Te obrazy sięgają czasów nieświadoméj prostoty, a jednak czuć w nich natchnienie, pełne niezrównanego wdzięku. Bóg naprzód stwarza światło; zamiast groźnego starca unoszącego się ponad chaosem, artysta przedstawił słowo wcielone, Boga Człowieka, pieknego nieśmiertelną pięknością, odzianego po królewsku, w szaty z bieli i purpury. Z pełnym spokojem wyciąga Pan rękę po nad wzburzone żywioły, bo wié że mu będą posłuszne; przed nim stoją dwa globy, jeden ciemny, drugi promieniejący światłem; pomiędzy globami, anioł, symbol pierwszego, dnia stworzenia, wyciąga ramiona i ulata w górę. Ależ te obrazy rodzącego się świata są tylko prologiem wielkiego widowiska, jakie nas czeka we wnętrzu bazyliki. Chrystus Odkupiciel wszystko tu napełnia obecnością swoją, zacząwszy od kopuły sanctuarium, kędy się pojawia w gronie proroków, jako zapowiedziany narodom i przez nie upragniony. Jego żywot, jego cuda, jego nakoniec święta męka zapełniają chór i galerye wielkiéj nawy. Wspaniały obraz ostatecznego sądu, groźno strzeże wchodowych podwoi. Na pobocznych nawach wyobrażone są dzieje żywota Najświętszéj Maryi Panny, SS. Apostołów i dwóch patronów miejscowych S. Marka i S. Klemensa, nie licząc w to wielkiéj liczby pojedyńczych wizerunków świętych, co odbijając na tle złotem, zamieniają kościół w raj widomy, albo w niebieską Jerozolimę, która niby zstąpiła chwilowo z góry, a geniusz i pobożność zatrzymały ją na ziemi. Dla objaśnienia tych mozajkowych obrazów, widzimy tu poemat złożony z dwunastu wierszy, rozsianych po wnętrzu kościoła. Tu wiersz opowiada cud spełniony, tam wyjaśnia znaczenie symbolu, niekiedy zawiera zdanie moralne, lub modlitwę. Bezwątpienia, owe barbarzyńskie hexametry obrażają częstokroć prozodyą i składnię, ale tchnie w nich za to religijny zapał, bohaterska miłość kraju, powiewa z nich geniusz kapłańsko-rycerski wieku, który ośmielił się zbudować na palach wpośród oceanu te olbrzymie kopuły. W chórze dokoła wielkiéj arkady takie czytamy wezwanie do świętego patrona miasta; „Marku! ty nauką twoją pokrywasz Włochy, grobem Afrykę, a Wenecyą Twoją obecnością: ty jak lew chronisz ją groźnym rykiem.“

Italiam, Libyam, Venetos, sicut leo, Marce,
Doctrina, timulo, requie[5] fremituque tueris.

Niekiedy poeta chciał, aby na ścianie przybytku, władcy Wenecyi, wyczytać mogli zbawienne ostrzeżenia. Gdy doża z książęcego pałacu wszedłszy do kościoła pomijał ołtarz S. Klemensa, mógł czytać owe słowa, złotemi wyryte literami na marmurze mniéj uległym skażeniu, niźli serca jego pochlebców: „Kochaj sprawiedliwość, oddaj każdemu, co mu należy. O dożo! niech ubogi i wdowa, nieletni i sierota znajdą w tobie obrońcę. Niech ani nienawiść, ani miłość, ani złoto, nie zachwieją twéj woli! O dożo! padniesz jak kwiat podcięty, rozsypiesz się jak popiół, a według twych czynów otrzymasz po śmierci nagrodę lub karę.“

Ut flos casurus, dux, es cineresque futurus,
Et, velut acturus, post mortem sic habiturus.

Nakoniec mali i ubodzy w duchu nie zostali pominięci. Dla nichto przede wszystkiem dodawano napisy do obrazów; a z obawy, żeby olśnieni blaskiem malowidła, nie przepomnieli myśli ożywiającéj obrazy nad wizerunkiem Zbawiciela, te wyryto słowa: „Obraz przedstawia Boga ale obraz nie jest Bogiem. Zważ na to i wielbij myślą tego którego widzisz tu wyobrażenie.“

Nam Deus est quod imago docet: sed non est Deus ipsa.
Hanc videas, sed mente colas quod noscis in ipsa.

Tak więc sztuka chrześciańska odrzucała ponęty, jakie pogaństwo roztaczało przed oczyma tłumu. Ale po tych ostrzeżeniach ścisłéj ortodoxyi, pojmujemy, że zachwycony własném dziełem, olśniony złotem i świetnemi barwy, tenże lud, który zbudował kościół św. Marka, dał sam świadectwo, iż jego świątynia będzie królową chrześciańskich przybytków.

Historiis, auro, forma, specie tabularum,
Hoc templum Marci fore (sic) decus ecclesiarum.

Zakres dzieła nie pozwala nam przytaczać więcéj napisów: ależ skoro te napisy wiążą się z sobą tajemniczym węzłem, ściągając się zarówno do obrazów, płaskorzeźb i snycerskich ozdób, śmiało zatém rzec można, że wspaniała katedra jest księgą, poematem, i że chrześciaństwo dotrzymując swego przyrzeczenia wydobyło z głazu okrzyk chwały. „Lapides clamabunt.“

Ta poezya pomnikowa kreśloną była po łacinie; wszakże nie sądzimy, aby uczeni dla uczonych ryli te łacińskie napisy, aby tylko oświecone nauką umysły zrozumieć je mogły.
Przeciwnie, wszystko tu było czysto ludowe: tak wyrażone uczucia, jako téż forma niepoprawna i rym konieczny w utworach ludu. W XI, XII i XIII wieku język łaciński upowszechnionym był we Włoszech; po łacinie kapłani głosili ludowi słowo Boże; po łacinie objawiano mu rządowe postanowienia; po łacinie układano mu wojenne pieśni. Roku 934 mieszkańcy Modeny czuwali na murach miasta zagrożonego napadem Węgrów; rzemieślnicy i mieszczanie, uzbrojeni naprędce ku obronie domowych ognisk, na widok płonących okolicznych włości, krzepili ducha powtarzając hymn wojenny, który przetrwał aż do naszych czasów, a który mimo nowożytnego rymu, zachował wydatną cechę, starożytnéj klassycznéj epopei. „O ty! co własną piersią zasłaniasz mury miasta, nie zasypiaj, radzę ci, ale czuwaj pilnie! Dopóki czujny Hektor żył w Troi, dopóty Troja nie uległa zdradzie Greków.“

O tu qui servas armis ista moenia,
Noli dormire, quaeso; sed vigila!
Dum Hector vigil extitit in Troja,
Non eam coepit fraudulenta Graecia.

Była więc i poezya śpiewana, żyjąca w ustach ludu, nietylko po kościołach kędy brzmiały hymny Świętego Ambrożego i Grzegorza, ale i w obozie i na polu powszechnego zebrania, a nawet i pod gankiem nie jednéj ówczesnéj piękności, która z upodobaniem słuchała pochwał głoszonych na jéj cześć, dźwięczną mową Horacego i Wirgiliusza. Moglibyśmy przytoczyć tu na dowód niemało piosenek, śpiewanych u stołu, a nawet i satyr politycznych; lecz poprzestaniemy na wspomnieniu jednego tylko poematu większéj rozciągłości, w którym dostrzeżemy wierne odbicie geniuszu włoskiego. Flota pizańska poniosła płomień wojny na afrykańskie brzegi. Było to 1088 roku. Powraca obciążona łupami Sarecenów. Poeta nieznany chciał uczcić ten pamiętny czyn, ludową pieśnią. Wiersz rymowany nie zachował nawet klassycznéj prozodyi, a jednak wszystko w nim przypomina starożytne podania. Biorąc ściśle pierwsze słowa, możnaby rzec, iż Piza wszczęła na nowo odwieczne spory Rzymu i Kartaginy.

Nam extendit modo Pisa laudem admirabilem,
Quam olim recepit Roma vincendo Carthaginem.

A przecież to wyprawa krzyżowa. Chrystus sam posuwa galery, a gdy chrześcianie wylądowali na brzegach Afryki, sam apostoł Piotr św. prowadzi ich, a św. Michał trąbi w róg wojenny przed nimi. Poeta opisuje zmienne koleje wojny: liczy poległych, opłakuje młodego Hugona Visconti, najdorodniejszego i najdzielniejszego z wodzów, którego krew drogo opłaciła zwycięztwo Pizanów. Dla uczczenia bohatera porównywa go do Kodrusa, „do tego przesławnego króla, który naraził się sam na skon bohaterski, byle swoim zapewnić zwycięztwo.“ Wprawdzie są daléj słowa malujące pełną wiarę średnich wieków: A więc piekło zostało wyludnione i państwo szatana zamienione w gruzy, gdy Jezus odkupiciel skonał dobrowolnie na krzyżu. Gwoli Jego służbie, przez miłość ku niemu umierasz, o drogi! A więc w dzień ostatecznego sądu, ujrzymy cię w promieniach chwały, jako pięknego męczennika.

Pro cujus amore, care, et cujus servitio,
Martyr pulcher rutilabis venturo juditio.

Widzimy już przed końcem XI wieku to zjednoczenie świętych i ziemskich rzeczy, które tak potępiano w Dantem, Tassie i innych włoskich poetach. Nie pedantyzm jednak pisarza, ani smak pogański czasów odrodzenia, obwiniać o to należy, ale ducha włoskiego ludu, który zapamiętał wszelkie dawne podania i nic uronić nie chce z dwoistego wieńca swojéj klassycznéj i chrześciańskiéj chwały. Każde niemal włoskie miasto chlubi się, że posiada w swych murach relikwie Świętego albo li kości jakiego starożytnego bohatera lub poety. Neapol wskazuje z dumą grobowce św. Januarego i Wirgiliusza. Padwa wzniosła nieporównany przybytek św. Antoniemu, ale z niemałém także poszanowaniem zachowała kamień mający być grobem Antenora. Sienna miasto świętych nosi z dumą tytuł kolonii rzymskiéj, a poza katedrą na kolumnie, długo pielęgnowała wilczycę z bliźniętami. Owa cześć ku przeszłości, dochodziła czasami do przesady, ale źródło jéj było szlachetne: ludzie średniowieczni wierzyli, iż z wielkich wspomnień rodzą się wielkie czyny.
Wszakże owa poezya wspomnienia: ta poezya pieśni rycerskich i religijnych pomników, długo była słabém zaledwie tchnieniem. Dopóty brakło jéj właściwéj formy, dopóki zmuszoną była więzić się w spleśniałéj łacińskiéj mowie, tak nieudolnéj, gdy przychodziło jéj wyrażać na nowo rozbudzone uczucia. Starożytna bajka opowiada, jak Merkury w dzieciństwie bawiąc się ponad morzem, podniósł z piasku skorupę żółwią i utworzył z niéj pierwszą lirę. Tak też i geniusz włoski młody jeszcze i czysto-ludowy, musiał zbierać u stóp swoich potarzane w prochu narzecze, z którego miał wyrobić nieśmiertelne narzędzie swoich myśli.
Oddawna już każda okolica, każde miasto, miały tu oddzielne narzecze. Związek Lombardzki zjednoczył miasta, ludy włoskie poczęły się znosić nawzajem, a zbliżone narzecza zamieniły się w język stały, który niebawem przyjęty został na dworach, na ucztach publicznych, aż w końcu stał się narodowym. Było to dziełem drugiéj połowy XIIgo wieku. Na początku XIIIgo zjawia się Święty Franciszek, a człowiek ten głęboko rozmiłowany w ubóstwie, śpiewa tylko w mowie ludu. Improwizuje po włosku pieśni o słońcu. Pierwszy ten wykrzyk rodzinny zbudził niezliczone odgłosy. Mnich Franciszkanin z Werony, Fra Giacomino napisał w narzeczu weneckiem dwa małe poemata: Piekło i raj, i utorował autorowi Boskiéj Komedyi drogę do nieśmiertelności. Inny mnich Giacopone de Todi błąkał się po górach Ombryi, śpiewając w niewyrobioném narzeczu ludu, już nie ulotne zwrotki, ale pieśni obszerniejszych rozmiarów, w których przechodził całą mistyczną teologią św. Bonawentury, tudzież chłostał satyrą wyuzdanie ludu i słabość duchowieństwa. Ten człowiek zuchwały niemniéj przedsięwziął od Danta: poprzedził go, a można rzec z prawdą, że go natchnął.
Dante znalazł już gotowe wzory, znalazł również w starych legendach włoskich tajemne wizye niewidzialnego świata[6]. Powziął on szczęśliwą, lecz śmiałą myśl podjęcia tych ludowych pomników i wyśpiewania, ale w języku ludowym. Główna w tém jest jego zasługa, zwłaszcza, iż go niemała ponęta na przeciwną ciągnęła stronę. Zachęcony pieknością Enejdy, którą umiał napamięć, postanowił nasamprzód napisać poemat łaciński na miarę Wirgiliusza. Zaczął go nawet w te słowa:

Ultima regna canam fluido contermina mundo.

Ale w miarę jak postępował w pracy, czuł wzgardę ku uczonym swego czasu, którzy zaprzedawali się książętom, i na cześć ich najemne nucili pieśni. Nie chciał czynić jak drudzy, a nawet oświadczył się za mową ludu. „Na hańbę wieczystą tych, którzy gardzą własnym językiem, a chwalą cudzy.“
Dante uczcił z miłością język włoski: którego samogłoski tak są miękkie, budowa tak doskonała, którym tak, jak i łacińskim snadno wyrazić najwznioślejsze i najnowsze myśli.“ Takie uczucia wyraził Dante w księdze swojéj Convito; a kto wié, czyli w tém nie odbija najwydatniejszy rys jego geniuszu, iż podjął z prochu wzgardzone narzecze, właściwe ubogim prostaczkom. Nie stworzył go, jak mu to niesłusznie przyznawano, ale uwiecznił je nieśmiertelnym pomnikiem, pomimo złéj woli uczonych owego czasu.
Professor uniwersytetu bolońskiego, Giovanni del Virgilio, pisał do Danta listy łacińskie wierszem, zachęcając, aby wybierał z greckich podań przedmioty godniejsze jego muzy jak np. Porwanie Ganimedesa. Wyrzucał mu, że pisze dla nieokrzesanego tłumu, iż zaniedbuje uczonych ludzi pracy i nauki, wybladłych nad staremi księgami, którzy nie śmieli zajrzeć do jego Boskiéj Komedyi z obawy, aby sobie nie popsuli łaciny.

Tanta quid heu semper jactabis seria vulgo?
Et nos pallentes nihil ex te vate legemus!

Dante odpowiedział mu po łacinie wierszem pełnym alegoryi i figur, chcąc mu dowieść, że pod względem pedantyzmu i ciemności, może walczyć z mężem najuczeńszym swego czasu. Ale przytém dodaje, że pragnie gorąco skończyć rychło poemat ludowy, który tyle kosztował go niewczasów, poczém chce z księgą w ręku zakołatać w ojczyste bramy. Ma nadzieję, że te otworzą się przed nim, i że doczeka chwili, w któréj ozdobi czoło wieńcem poetycznym, gdy go naród ochrzci poetą.
Powrócił w rzeczy saméj do niewdzięcznéj Florencyi, ale powrócił dopiero po śmierci, uwieńczony miasto bluszczu, który rychło więdnieje, cierniem wygnania i aureolą nieśmiertelności. Rzemieślnicy przy warsztatach śpiewali jego wiersze, Bokacyusz je wykładał (jak wykładano Wirgiliusza) z katedry ustanowionéj w tym celu przez rzeczpospolitą florencką. Malarz Michelino z wyższego rozkazu przedstawił wizerunek poety, w prześlicznéj katedrze Sancta Marya del fiore; Dante przyobleczony w togę doktorską wskazuje na trzy niewidzialne światy, które się przed nim otwierają. Ze zwyczajną w ówczesném malarstwie nieświadomością perspektywy, przedstawia malarz miasto rodzinne Danta w maleńkich rozmiarach, pełzające niby u stóp jego: Dante przerasta głową najwyższe dzwonnice i wieże.
Ale podczas gdy poezya święta odradzała się w hymnach św. Franciszka i jego uczniów, poezya rycerska występowała także na widownię. W XIII wieku, miasta włoskie dumne z wywalczonéj swobody, wyprawiają turnieje, wzorem pokonanych przez siebie cesarzów. Padwa, Trewiza, Wenecya, Genua, Florencya, dają na wyścigi wspaniałe uczty. Przybywają na nie tłumy muzyków, kuglarzy i improwizatorów. Powtarzają na rynkach romantyczne powieści o rycerzach okrągłego stołu i paladynach Karola Wielkiego, śpiewają pieśni, które obiegły wokoło Europę. Wiadomo ze świadectwa Alberta Mussato, że około 1320 roku, komedyanci (les histrions) wystawiali na teatrach wyprawę Rolanda i Oliwiera. Ci dwaj paladynowie tak byli popularni, że umieszczono ich posągi w przedsionku katedry w Weronie. Czuwają obadwaj z mieczem w ręku, a dla uniknienia pomyłki, artysta wyrył na mieczu Rolandowym nazwę Durindana. Słynne to ostrze sprawiło niegdyś w Pireneach niezatartą szczerbę. Około tego czasu, historycy włoscy poczęli wspominać częściéj okres bohaterski panowania frankońskiego domu, (Reali di Francia). Dowodzą oni, że Konstantyn miał syna Klowisa, którego Karol Wielki prawym był następcą: oraz przytaczają rycerskie czyny śmiałego Beuves d’Antone i Gisberta. W tém źródle czerpali poeci dwóch następnych wieków: Altissimo, Pulci, Bojardo, od których przochodzimy do Ariosta i Tassa. Ci dwaj wielcy poeci byli niemniéj uczonemi ludźmi; badali starożytność, szukali w niéj natchnienia, odrzucili jednak klassyczne pęta. Gdy Grecy ocaleni z klęski konstantynopolitańskiéj, odbudowali tak świetnie klassyczne ołtarze wpośród literackiego pogaństwa, które złudziło tyle wielkich umysłów; gdy posuwano wzgardę pospolitéj mowy aż do zamieniania imion własnych na obce; Aryost i Tasso, na wzór Danta postanowili pisać w mowie niewiast, ludu i rycerstwa, nie dbając o poklaski uczonych, ale pragnąc, aby ich pieśń pozostała w ustach i pamięci narodu.
To téż lud, któremu poświęcili swój geniusz zapłacił im częścią nieśmiertelną. Okazał on wdzięczność nietylko wtedy gdy zgraja rozbójników padła na kolana przed Aryostem, lub gdy tłum mnogi cisnął się w bramy Rzymu za zwłokami Tassa uwieńczonego pogrobowym bluszczem; ale co więcéj, dochował im dotąd pamięć pełną poszanowania i miłości. W Neapolu śpiewak ludu powtarza dziś jeszcze zwrotki z Rolanda szalonego, w obec majtków i rybaków zebranych w porcie, którzy tłuką orzechy na zaspokojenie głodu. Są wsie w okolicach Pizy, gdzie uroczystość patrona, uświęconą bywa corocznie przedstawieniem dramatyczném ustępów z Jerozolimy wyzwolonéj, jak niegdyś w Atenach wystawiano sceny z Iliady! Wieśniacy za wspólném porozumieniem rozbierają role pomiędzy siebie; jeden z nich np. śpiewa słowa Tankreda, drugi Arganta, trzeci zaś powtarza część opisową łączącą dialogi. Lud ma prawdziwie genialne pomysły w przyswajaniu sobie arcydzieł sztuki. Cześć zatém i chwała poetom, którzy jak Aryost i Tasso, pieśnią kształcili ducha nie samych tylko wybranych, ale tłumu pasterzy i wyrobników, którzy karmiąc ich bohaterskiém podaniem, rozwijając w nich uczucie piękna, podnosili ich wyobraźnię ku uwielbieniu wiecznego dobra i miłością ogrzewali im serce.
Tym sposobem poezya powróciła do ludu, od którego wyszła pierwotnie. Lud włoski umié się obejść bez chleba i odzieży, ale nie umié żyć bez pieśni. Wiejscy improwizatorowie z okolic Sienny nie umieją czytać ani pisać, jednak wyższe mają pojęcie poetycznéj piękności, od słynnych poetów uczonych po akademiach. Tam równie, jak w wielu sycylijskich i korsykańskich wioskach, improwizator uświęca rymem radość, lub niedolę rodziny. W Rzymie nawet mieszkańcy przedmieść wiernie zachowują starożytne podania i chętnie szukają poetycznych rozrywek. Transteweranie mienią się potomkami Trojan i każą sobie opowiadać po gospodach historyą pięknéj Tarpei, jak zaprzedała kraj za klejnoty, jak za karę zarzucono ją tarczami. Zajrzyjmy oto w maleńkie książeczki, których tak pełno po jarmarkach i targach, a które wieśniak zanosi do chaty, jako miły gościniec, wraz z srebrnym klejnocikiem dla żony i wstążkę do ozdobienia rogów pracowitym wołom. Są to małe epopeje pisane w ośmiowierszach na miarę Aryosta i Tassa, liczą one od 500 do 2000 wierszy. Tylko śpiewacy z rzemiosła uczą się ich napamięć, jak w Grecyi uczyli się niegdyś rapsodów Homera. We dnie świąteczne lud z okolic Rzymu gromadzi się na wspólne posłuchanie i to najmilszą jego stanowi zabawę. Liczne są utwory tego rodzaju. Jedne z nich składają cały okres poezyi świętéj: zaczynają się zwykle od upadku Aniołów, i stworzenia świata. Występują w nich postacie: Józefa, Samsona, Judyty, najtkliwsze ustępy nowego zakonu, legendy świętych; Neron i męczeństwo ŚŚ. Apostołów, Konstanty, Atylla i Ś. Leon Wielki. Prawda historyczna podrzędną tam gra rolę i nie krępuje w niczém swobodnego polotu wyobraźni. Owa swoboda do tego dochodzi stopnia, że św. Jan Chryzostom jest w epopei ludu nawróconym hersztem rozbójników. Inne poemata składają znów okres romantyczny. Poczyna się on od podań greckich, potrąca o starożytność Rzymu, a kończy się na ulubionych średniowiecznych opowieściach. Znajdujemy tu historyą Orfeusza, oraz Pyrama i Thisbe, przygody Horacyuszów i Kuracyuszów; życie królowéj Oliwy, Florindy i Chiara Stello, Olbrzyma, Moranta i klęskę pod Roncevaux. Poznajmy bliżéj jeden z tych maleńkich poematów, obejmujący historyą papieża Alexandra III (Istoria di Papa Allessandro III. Todi 1812). Tło całe jest tu historyczne, tylko geniusz ludu przerobił historyą, chcąc jéj nadać zwrot bardziéj poetyczny i cudowny.
Poemat zaczyna się od wzniesienia myśli ku niebu, nie tyle może czyniąc zadość starożytnéj formie, jak raczéj odpowiadając zwyczajom chrześciańskiego ludu, który modlitwą uświęca czyn każdy. Wreszcie sam przedmiot budzi poszanowanie. W osobach Alexandra i Fryderyka Rudobrodego toczy się walka duchowieństwa z cesarstwem. Poeta trzyma z papieżem, jednak nie chce poniżyć i osoby cesarza. Podnosi go nawet śmiałém zmyśleniem, którém uniewinnia błąd bohatera, składając go na złowrogie przeznaczenie. Barbarossa uczynił ślub, że oswobodzi grób Chrystusa: ale nim wyprowadzi mnogie zastępy chrześcian do Palestyny, zwiedza ją sam przebrany w pielgrzyma, chcąc rozpoznać siły niewiernych. Kardynał bezimienny, który odgrywa w poemacie rolę złego geniusza, oznajmia o tém sułtanowi listem obwarowanym pieczęcią papiezką. Fryderyk wtrącony zostaje do więzienia i okuty w kajdany. Ale okupuje się na wagę złota, odpływa do Włoch, zaprzysięgając zgubę Ojcu Świętemu, którego niesłusznie obwinia o zniweczenie świetnych nadziei.
Za zbliżeniem się wojsk cesarskich, Alexander opuszcza Rzym; bramy miasta zamykają się przed dostojnym tułaczem. Zmuszony pokryć swą godność prostym habitem ubogiego zakonnika, papież z koszturem w ręku przybywa do Wenecyi. Wchodzi nocą i zasiada na wschodach przed kościołem Zbawiciela, oczekując dnia białego. Z piérwszym brzaskiem jutrzenki, stróż kościelny otwiera podwoje, a widząc obcego zakonnika wskazuje mu klasztor, w którym właśnie zgromadzenie potrzebuje kapelana. Alexander idzie do klasztoru, gdzie gościnnego doznaje przyjęcia. Żyje tam długie lata w świętém ubóstwie, odziany podartym płaszczem, zapomniany od świata, niemniéj jednak szczęśliwy z własnéj doli.
Poeta do czternastu lat przeciąga ukrycie Alexandra III. Aż nakoniec jednego poranku, podróżny jakiś w przejeździe przez Wenecyą, słucha mszy świetéj w kościele Zbawiciela, którą odprawia papież. Poznaje mniemanego kapelana, idzie do pałacu doży i oznajmia panującemu właśnie Sebastyanowi Ziani, oraz zgromadzonéj radzie, jak świetny gość przebywa w murach miasta. Tu opowieść przybiera charakter wyższy, prawdziwie bohaterski. Doża zbiera panów i duchowieństwo, sam na ich czele wstępuje do łodzi i z wielką okazałością udaje się do klasztoru. Rozkazuje, aby zakonnicy wystąpili wszyscy jeden za drugim w wojskowym porządku. Księża strwożeni tak niespodziewanemi odwiedzinami, przechodzą drząc pod przenikliwym wzrokiem doży. Alexander idzie na ostatku. Widząc go Doża, a za nim panowie i duchowieństwo padają pokornie na kolana, zarzucają płaszcz papiezki na ramiona mnicha i proszą go o błogosławieństwo. Świetny orszak wiedzie tryumfalnie papieża w podwoje św. Marka, a potém na wspaniałą ucztę w progi marmurowego pałacu. Nakoniec Ojciec Święty błogosławi lud zgromadzony wokoło pałacowych krużganków.
Ale Wenecya nie przestaje na złożeniu hołdu papieżowi: wysyła poselstwo do cesarza. Fryderyk odrzuca wszelkie przedstawienia. Żąda aby mu wydano papieża okutego w więzy i rozkazuje synowi swemu Ottonowi, aby w tym celu stanął na czele siedmdziesięciu pięciu zbrojnych galer. Wenecyanie uzbrajają się ze swéj strony. Mają oni tylko trzydzieści pięć naw, ale żeglarze weneccy świadomi wypraw morskich. Wreszcie za przeciwnikami mówi siła, za niemi słuszność sprawy.
Krwawa bitwa kończy się zwycięztwem na stronę Wenecyan. Doża wiedzie w mury miasta młodego księcia w więzach. Cesarz ulega w końcu. W dzień naznaczony papież zasiada na tronie w pośrodku placu św. Marka, u głównego wnijścia bazyliki. Niebawem pojawia się cesarz świetnym otoczony orszakiem, klęka, całuje stopy papiezkie i otrzymuje rozgrzeszenie. Do czasu téj świetnéj walki, poeta zgodnie z podaniem odnosi przywileje Wenecyi i zaślubiny doży z Adryatykiem. W chwili gdy Sebastyan Ziani powraca z boju włokąc za sobą szczątki floty cesarskiéj, papież wypływa przeciw niemu, spotyka go w Lido i tam ściągając z palca drogi pierścień, w te słowa przemawia do doży: „pragnę, aby to było ustanowione wyrokiem, że książe Wenecyi, zwany będzie odtąd książęciem morza, tak on, jak najpóźniejsi jego następcy.“ To mówiąc podał pierścień książęciu, a ten rzucił go w głębie morskie i zaślubił fale Adryatyku.

E poi l’ annello al principe ebbe date,
Che lo diè all’ acque: e’ Imar fu sposato.

Wieleby można w tym utworze przytoczyć prześlicznych ustępów pełnych życia i naiwnego wdzięku. Ale co przedewszystkiem, godne jest podziwienia, to, że walka Alexandra III z Fryderykiem Barbarossa, a zatém spór Gwelfów z Gibelinami, duchowieństwa z cesarstwem, pozostawił tak trwałą pamięć nietylko pomiędzy uczonemi, ale i w tłumie wdzięcznego ludu. Podczas gdy statyści i historycy przepomnieli po większéj części tych wielkich papieżów, obrońców swobód kościoła i ludu we Włoszech, podczas gdy ich wystawiano jako księży chciwych, czyhających jedno na zakłócenie monarchom pokoju, lud wszakże pamiętał ich zasługi. Rzeczpospolita Sieńska, nie szczędząc kosztów, poleciła malarzowi Spinello Aretino, aby ozdobił pałac rządowy freskami wyobrażającemi całą historyą Alexandra III. Wenecya rozkazała przedstawić tenże przedmiot w sali wielkiéj rady, naprzód Janowi Bellini, następnie zaś Tintoretemu, gdy pożar zniszczył dzieło starego mistrza. A podanie przechodząc z ust do ust, żyło w pamięci ludu, wraz z pieśniami opiewającemi wypadek, aż te nakoniec zebrane w małą epopeę, doczekały się druku w Todi 1812 roku. Pieśni te do dziś dnia powtarzają śpiewacy wędrowni w górach Ombryi i Sabiny.
Zarzuci kto może, iż zawiele nadajemy wagi piérwszym pojawom poezyi ludowéj, uwydatnionym w napisach kościelnych i ostatnim jéj dźwiękom wyrażonym w powyższych rapsodach. Wiemy dobrze, ile tym utworom niedostaje pod względem sztuki; ale poezya spoczywa w piersi ludu, jak chleb w łonie ziemi: można ją tylko wyrobić wytrwałą pracą i mozołem. Utwory ludu przechodząc z ust do ust, coraz bardziéj tracą poetyczną barwę i przybierają cechę pospolitości; każdy wiek odejmuje im najlepszą cząstkę i poprawiając niby, kazi je niemiłosiernie, aż nakoniec niańki nawet i żebracy nie chcą ich już powtarzać i porzucają na pastwę wiecznéj niepamięci. Gdy zaś przeciwnie artysta z wytrwałą wolą podejmuje ów żywioł drogocenny, gdy poeta przebierze umiejętnie owe pieśni i jednolitym połączy je węzłem, wtedy z mało znaczących urywków rodzą się wieczno-trwałe dzieła; szkoda tylko, iż sztuka zaciera w nich nazbyt często pełną prostoty barwę pierwotnych czasów. Poezye Franciszka Św. i jego następców, są właśnie pomnikiem owéj chwili, gdy sztuka z niezrównanym wdziękiem pochwyca natchnienie ludu, a jeżeli niezawsze umié nadać mu uroczy wdzięk formy, za to przynajmniéj nie kazi go szkolną uczonością i pozostawia mu pierwotną naiwność i prostotę.




II.
ŚWIĘTY FRANCISZEK[7].

Poezya włoska, jak każda poezya z dwoistego wypływa źródła: zmysłowego i religijnego. Obadwa te źródła zbiegają się niekiedy w jeden strumień, wszakże ich wody nigdy się tak ściśle nie łączą, aby ich nie można było rozróżnić przy teraźniejszym poglądzie.
Na końcu XII wieku, w Sycylii, w pośród czarów przyrody ozłoconych promieniem południowego słońca, u ludu, w którego żyłach płynie krew starożytnych Greków, połączona z arabską, u ludu niepokonanego w uczuciach miłości i zemsty, widzimy ślad najpierwszych włoskich wierszy. Nowa ta sztuka zakwitła na dworze Fryderyka II, wielkiego lecz zepsutego monarchy, który przez pół wieku zdumiewał Europe, geniuszem swym i bezbożnością, a trwogą napełniał kościół. Obdarzony czynnym umysłem dzielił on czas między rozpustne zabawy, a posiedzenia akademickie, w gronie uczonych Arabów, trubadurów i kuglarzy. Sam nawet tworzył pieśni w harmonijném narzeczu swego ludu. Kanclerz jego Piotr z Vigues, tudzież dwaj synowie Enzo i Manfred, poszli za nim w ślady. I niebawem od Palermo do Messyny, brzmiały tylko niebezpieczne dzwięki światowych pieśni, łączące w sobie zalotność prowancką z południowym zapałem Wschodu. Tam wytrysnęło obfite, lecz niezbyt czyste źródło, z którego czerpał Bokacyusz, a za nim twórcy pasterskich komedyj i drammatów, starego włoskiego teatru. Ztamtąd wzięła początek owa miękka i rozkoszna literatura, która w końcu zniewieściła umysły i zwątliła ducha, ucząc młodzież włoską trawić życie u stóp uroczych dam, z przepomnieniem własnéj ojczyzny i swobód.
Ale szczęściem dla Włoch, poezya religijna popłynęła także bystrym potokiem po téj klassyczéj ziemi, zacząwszy od Boskiéj Komedyi, kończąc na Jerozolimie wyzwolonéj i pieśniach Manzoniego. Nie wszyscy jednak wiedzą z jakiéj wysokości spłynął on wspaniały strumień. Znane są wprawdzie nazwiska kilku Toskańczyków, o których Dante ze czcią wspomina, zowiąc ich poprzednikami i mistrzami swemi; ależ ani mądrość słynnych nauką Brunetto Latini i Guido Cavalcanti, ani platonizm Guido Guinicelli, ani pobożność Guittone z Arezzo, nie zdołają nam usprawiedliwić tego religijnego zapału, który wytryska z piętnastu tysięcy wierszy piekła, czysca i raju. Trzeba więc siegnąć wyżéj i szukać w innéj stronie Włoch, tego samego, cośmy przelotnie dostrzegli w Sycylii, tojest zgromadzenia ludzi natchnionych pod mistrzem potężnego słowa, trzeba szukać wielkich przyczyn, z których wypływają wielkie następstwa.
Jadąc z Rzymu ku północy, pominąwszy szerokie bagniska i pola rzymskie, przebywszy Tyber powyżéj Civita-Castellana, wjeżdżamy w kraj górzysty wznoszący się coraz wyżéj, jakby amfiteatr, od brzegów Tybru aż do Apenińskich kraterów. Ta okolica ustronna, malownicza i zdrowa, zowie się Ombryą; przypomina nieco Alpy, wielką liczbą strumieni, parowów i hucznych wodospadów. Ale klimat téj okolicy rozpuszcza śniegi na wyżynach gór, a sprzyjając roślinności, obok dębów i świerków, daje wzrost drzewom oliwnym i winnéj latorośli. Przyroda wzniosła i łagodna zarazem, budzi uwielbienie, a nie przeraża trwogą. Jeśli wszystko przemawia tu o potędze Stwórcy, wszystko niemniéj ogłasza nieprzebraną Jego dobroć. Ręka ludzka, niczem nie skaziła tego wspaniałego obrazu. Odwieczne miasta, jak Nari, Temi, Amelia, Spoleto, zawieszone na urwiskach skał, lub rozesłane w pośród dolin, obwarowane murami, pełne klassycznych lub religijnych pamiątek, pielęgnują z chlubą, relikwie świętych mężów, lub dzieła wielkich artystów, których były kołyską. Każdy niemal stromy wierzchołek góry, kryje jaką odludną pustelnią, uświęconą podaniem, do któréj pobożne odbywają dotąd pielgrzymki. W pośrodku téj okolicy otwiera się szersza nad inne dolina: widnokrąg tu rozleglejszy, góry w nadobniejsze rysują się kształty, a bystre potoki spływając z nich, żyznią ziemię starannie uprawioną. Dwie bramy wiodą do tego ziemskiego raju pod strażą dwóch odwiecznych miast: Peruzy od północy i Foligno od południa. Na zachód leży małe miasteczko Bevagna, gdzie urodził się Propercyusz, śpiewak tkliwych światowych pieśni; od wschodu zaś, na małéj wyniosłości, panuje ponad krajobrazem miasto Assyż, kędy była kolebka śpiewaka czystszéj i wznioślejszéj miłości.
Nie dosyć, aby okolica piękną była i bujną, trzeba jeszcze, aby wypadki zewnętrzne, przygotowały ją poprzednio, do wydania wielkich ludzi. Nie brakło włoskiéj krainie tego przygotowania, w końcu XII wieku. Skończyła się właśnie chlubnie, pod przewodnictwem Aleksandra III, powtórna walka duchowieństwa z cesarstwem. Włochy pozyskały swobodę, potęgę, chwałę, słowem wszystko, co dźwiga i porusza ludy, co nadaje natchnienie, potrzebę i prawo unieśmiertelnienia się wieczno-trwałemi pomnikami. Wszystkie sztuki ocknęły się nagle. Słowo miało służyć wyobrażeniom religijnym i politycznym równie wytrwale i dzielnie, jak żelazo posługiwało im w czasach stuletniéj walki. Duch kierujący sercem i umysłem ogółu, musiał zatem przyodziać się, nie w narzecze uczonych, ale raczéj w dźwięki narodowéj mowy, a utwierdziwszy posady narodu, musiał stworzyć mu literaturę. Popęd był już zewnątrz nadany: Francya miała poezyą, któréj dźwięki przedarłszy się przez Alpy krążyły po pałacach książąt i po rynkach miejskich[8]. Jeżeli można było wiele zarzucić owym wzorom, jeżeli zmyślenia Truwerów i swawolne pieśni trubadurów (sirventes) kaziły myśl, i bezrządnym zapałem ogarniały wyobraźnią, pojawiły się z drugiéj strony, pobożne pienia, jak Rambaud z Vaqueiras, tudzież bohaterskie opisy wypraw Karola Wielkiego i śmierci Rolanda, godne chrześciańskiego natchnienia.
Jakkolwiek ruch polityczny i literacki, najwyraźniéj objawił się w miastach Lombardyi, które najczynniéj podtrzymywały wojnę i zbierały najpierwsze owoce pokoju, ależ i miasta Ombryi, nie ostatnie podjęły chorągiew papieztwa i wolności. Korzystając z dokonanego zwycięztwa poczęły równie z innemi organizować się wewnętrznie, uznały własną niepodległość, wznosiły mury, zaciągały siły zbrojne. Miasteczko Assyż, miało także swoje rycerstwo i swoje milicyą, którą wysyłało przeciw Peruzie: miało również i osiadłych kupców, którzy przedzierając się poza Alpy, przynosili z obcych krajów pieniądze, a co więcéj słabe promienie światła. Ztądto handlarz suknem, niejaki Piotr Bernadon, odwiedziwszy Francyą w 1182 roku, gdy za powrotem do domu zastał nowo-narodzonego syna, nazwał go Franciszkiem, na pamiątkę kraju, w którym nie małe odniósł korzyści. Nieznany kupiec nie zgadywał, że to imię jego wymysłu, noszoném będzie przez królów, a co więcéj, stanie się chlubą kościoła[9].
Młody Franciszek powierzony zawczasu na wychowanie księżom od św. Jerzego, otrzymał od nich pierwsze zasady świeckich nauk. Wystawiano go wielokrotnie człowiekiem prostym, bez umysłowego wykształcenia; i on sam takim się odmalował. Z piérwotnych nauk, pozostało mu jednak wielkie zamiłowanie umysłowych ćwiczeń, niemniéj tyle znajomości łaciny, że mógł bez mozołu rozumieć księgi święte. Miłości nauk nie zapierał się nigdy: posuwał ją tak daleko, że gdy na ziemi dostrzegł zapisany jaki papier, podnosił go starannie z obawy, aby kto nie zdeptał imienia Zbawiciela, lub jakiego ustępu z rzeczy świętych. A gdy jeden z uczniów zapytywał go, czemu z taką czcią podnosi i pisma pogańskie: „Dlatego, synu, odrzekł Franciszek, bo widzę w nich zgłoski, z których się składa chwalebne imię Boga“, a dopełniając swéj myśli dodał: „Cokolwiek jest dobrego w tych pismach, nie należy, ani do pogaństwa, ani do ludzkości, ale tylko do Boga, który jest sprawcą wszelkiego dobra“[10]. Jakoż w rzeczy saméj czemże są pomniki literatury, tak świętéj, jak i świeckiéj? oto zgłoskami, któremi Bóg wypisuje Imię swoje w umysłach ludzkich, jak je wypisał gwiazdami na sklepieniach nieba.
Wykształcenie umysłowe św. Franciszka, nie tyle opierało się na naukach klassycznych, ile raczéj na francuzkim języku, uważanym już we Włoszech, „za najsłodszy ze wszystkich, który strzegł podań rycerskich, łagodzących szorstkość średnio-wiekową.“ Miał ś. Franciszek tajemną skłonność do kraju francuzkiego, któremu winien był imię; lubił jego język, a jakkolwiek nie mówił nim biegle, używał go przecież w rozmowach z braćmi. Lasy okoliczne powtarzały odgłos francuzkiéj jego pieśni, a w pierwszych czasach pokuty, widywano go jak żebrał po francuzku, na wschodach św. Piotra w Rzymie, również gdy pracował nad odbudowaniem kościoła św. Damiana, prosił przechodzących po francuzku, aby przyczynili się do podźwignienia Bożego domu. Język i poezya francuzka przystały mu do myśli, bo czuł w nich odbicie szlachetnych i tkliwych uczuć. Był on duszą tworzących się podówczas stowarzyszeń, (tak w mieście Assyzie, jak i w całéj włoskiéj ziemi) nazywanych Corti. Stowarzyszenia te rozpowszechniały romantyczne obyczaje Prowansalów. Częstokroć młodzi towarzysze Franciszka, zachwyceni piękną jego postawą i szlachetnością układu, obierali go za wodza uciesznych swych zabaw. Kiedy strojny bogato, z laską dowódcy w ręku, otoczony orszakiem przyjaciół, przy pochodniach i pieśni co dnia z drugiemi przebiegał ulicę miasta, lud przyglądał mu się ciekawie, i nazwał go najpiękniejszym kwiatem młodzieży[11].
On sam słuchał z upodobaniem, wieszczb pochlebnych, jakich mu nie szczędzono. Syn niezamożnego kupca, trwonił pieniądze nad miarę, w przekonaniu, że kiedyś zostanie wielkim panem. Marzyło najdziwniejszych przygodach, jakich nawet nie wymarzyły rycerskie pieśni. Postanowił z orężem w ręku zdobyć sobie świetne stanowisko, i w tym celu zaciągnął się do orszaku Gautier’a z Brienne, który szedł walczyć przeciw Fryderykowi II o piękną sycylijską koronę. W owymto czasie, miał Franciszek sen tajemniczy: ujrzał się wpośród wspaniałego pałacu, sale pełne były broni i bogatych rzędów, lśniące złotem, tarcze połyskiwały na ścianach. „Czyjżeto pałac?“ zapytał. Odpowiedziano mu, że posiądzie go kiedyś z towarzyszami swemi. W późniejszych czasach nie przepomniał tego sam, gorliwy sługa Boży. Poznał w nim ostrzeżenie niebios; mniemał, iż spełnił jego znaczenie, zakładając zakon Braci mniejszych, który w jego oczach, był także zakonem błędnych rycerzy, ustanowionym, jak i światowe owczesne rycerstwo, na powetowanie ludzkich krzywd i obronę słabych. To porównanie dziwnie mu przypadło do myśli, a gdy chciał pochwalić miłych uczniów, za gorliwość i świętość życia: „Oto są, mówił, moi Palladynowie, okrągłego stołu.“ Jak każdy prawy rycerz poszedł i on na krucyatę. R. 1220 popłynął za morze, połączył się z zastępami chrześcian pod Damiettą; śmielszy od tych wszystkich, okutych zbroją harcowników, przedarł się aż do sułtana Egiptu; głosił publicznie zasady wiary, i wyzwał kapłanów Mahometa na ogniową próbę. Wreszcie pożegnany ze czcią przez niewiernych, zostawił w świętych miejscach garstkę wiernych swoich, którzy przyjąwszy nazwę Ojców św. ziemi, pozostali w niéj dotąd, jako stróże św. grobu i miecza Godfreda. Potém cośmy powiedzieli, nie ma dziwu, że biografowie św. Franciszka przyznają mu rycerską chwałę, i że św. Bonawentura kończąc opis żywota i walk mistrza swego woła: „A teraz waleczni rycerze Chrystusa przywdziejcie zbroję tego niewidzialnego wodza, który rozprószy nieprzyjaciół waszych. Rozwińcie chorągiew tego najwyższego króla: na jéj widok odżyje dzielność walecznych rycerzy Pańskich. Spełniło się już prorocze widzenie, według którego ty wodzu Chrystusowego rycerstwa, miałeś przyoblec niebieską zbroję[12].“
Ale ponieważ każdy prawy rycerz, musiał służyć pani swojéj myśli i św. Franciszek obrał ją także sobie. Jakoż w rzeczy saméj, gdy wkrótce po nawróceniu, przyjaciele widząc go pogrążonego w myślach pytali czy pragnie poślubić małżonkę: „Tak jest, odpowiedział, chcę obrać oblubienicę, najszlachetniejszą, najbogatszą, najpiękniejszą, jakiéj dotąd świat nie zna.“ W ten sposób określał ubóstwo, które miało stać się dlań ideałem wszelkiéj doskonałości; wzorem najwyższéj, moralnéj piękności. Lubił uosabiać tę cnotę, według geniuszu symbolicznego swego czasu, wyobrażał ją sobie, jako córę niebios, panią swych myśli, oblubienicę, lub małżonkę. Przyznawał jéj potęgę, jaką trubadurowie przyznawali opiewanym przez siebie niewiastom: moc oswobodzenia zakochanéj duszy, z myśli i skłonności ziemskich, i podniesienia jéj do uczestnictwa z aniołami. Ale gdy u trubadurów te platoniczne uczucia, były prostą grą wyobraźni, niewidzialna oblubienica św. Franciszka, dobywała mu z serca szczery i szczytny głos uwielbienia. Weźmy wszystkich poetów średniowiekowych, nigdzie nie znajdziemy równie śmielszéj, gorętszéj pieśni, jak ta modlitwa pokutnika z Assyżu.
„Panie! miéj litość nademną i oblubienicą moją, świętém ubóstwem. Widzisz ją Panie, ona siedzi na śmietniku, choć jest królową cnót wszystkich. Żali się, że przyjaciele nią wzgardzili i zmienili się w zawziętych wrogów. Pomnij Panie, żeś zestąpił z dziedziny aniołów, ażeby ją zaślubić i mieć z niéj niezliczoną moc doskonałych synów.
„Ona to przyjęła Cię w stajence i żłobie, a towarzysząc Ci przez cały ciąg żywota, baczyła nad tém, abyś nie miał gdzie położyć uznojonéj głowy. Gdy rozpocząłeś walkę o nasze odkupienie, ona Cię wiernie słoniła tarczą swoją, a gdy strwożeni ucznie zbiegli z pola, ona jedna została przy Twoim boku.
„Nakoniec gdy matka Twoja, która wszakże była z Tobą do końca, i brała udział w wszelkich boleściach Twoich, gdy matka nawet Twoja, dla wysokości krzyża, nie mogła podnieść się ku Tobie: wtedy ubóstwo, ta święta oblubienica Twoja, przygarnęła Cię jeszcze w objęcia. Ona nie chciała, aby krzyż Twój wyrzeźbiony był sztucznie, aby gwoździe były gładkie, lśniące i w dostatecznéj liczbie. Przygotowała ich trzy tylko twardych, nieokrzesanych, wnikając w myśl Twojéj męki. A gdy Ty Panie umierałeś z pragnienia, za jéj sprawą odmówiono Ci kropli wody; nakoniec, oddałeś ducha w objęciu téj wiernéj małżonki. O! i któżby nie umiłował ubóstwa, nadewszystko na świecie!“[13]
Jeżeli właściwie było nosić barwy szlachetnéj pani, i chlubnie położyć za nią życie; niemniéj było zaszczytne, umieć pieśnią wysławiać jéj wdzięki. Nic nie brakło do światowego wychowania młodego panicza, skoro umiał składać wiersze, i śpiewać je z towarzyszeniem lutni. Franciszek rad się oddawał tego rodzaju rozrywkom. Lubił muzykę, a biografowie chwalą dźwięk jego czystego, giętkiego i silnego głosu. W czasach młodości, brzmiały ulice Assyżu, od wesołych jego zwrotek. Po nawróceniu, odgłos pustyni przywtarzał jego świętym hymnom. Raz wieczorem, przejęty do łez śpiewem słowika, uczuł dziwne natchnienie i zapragnął odpowiadać mu pieśnią; i długo w noc, wspólnie ze słowikiem opiewał Bożą chwałę: legenda dodaje, że Franciszek uczuł pierwszy znużenie i chwalił ptaszynę, iż go pokonała. Nigdy w czasach najcięższéj pokuty za obłąkania młodości, w chwilach największéj wzgardy ku wszelkim uciechom ziemskim, nie myślał potępiać, téj uroczystéj sztuki, którą liczył do niebiańskich rozkoszy. Mówią, że w końcu, gdy upadał na ciele pod trudami żywota ten człowiek oderwany od wszelkich ziemskich pociech, pragnął zasłyszeć nieco muzyki, aby zbudzić jak mówił radość w znękanym umyśle. A ponieważ reguła nie pozwalała, aby święty zakonnik, mógł zwyczajnym sposobem zakosztować téj uciechy, aniołowie umyślili spełnić jego chęci. Następnéj nocy, gdy czuwał na rozmyślaniu, usłyszał nagle dzwięk lutni, czysty i pełen słodyczy. Nie było widać nikogo, ale po dźwiękach, zbliżających się i oddalających naprzemiany, czuć było, że tajemniczy muzyk przechadza się pod oknami. Święty zachwycony w Bogu, tak był przejęty słodyczą tych tonów, że mniemał chwilę, iż przeszedł do lepszego żywota[14].
Syn kupca z Assyżu odebrał więc ukształcenie właściwe ówczesnym poetom, albowiem poeci za tych burzliwych czasów, nie wyrabiali się w szkole: muza nawiedzała ich wśród przygód rycerskiego życia, w pośród bitew i turniejów. Częstokroć jak Wolfram z Eschenbach, ci wymowni ludzie, czytać nawet nie umieli. Źródłem ich natchnienia były zasłyszane romanse i pieśni, lecz przede wszystkiém miłość była ich mistrzem. I téj stanowczéj cechy nie brakło powołaniu św. Franciszka, jedno, że zamiast płomienistéj wyobraźni, podnieconéj czytaniem i wspomnieniami, świętsza miłość rozpłomieniła jego serce.
Franciszek kończył zaledwie dwudziesty czwarty rok życia, gdy nagle zapadł w długą chorobę. Powracając zwolna do zdrowia, kiedy raz dla nabrania siły, wyszedł wsparty na kiju, i z wysokich tarrassów Assyżu poglądał na okoliczne doliny, uczuł, że ani barwa wiosenna pól, ani harmonijna świeżość krajobrazu, nie wywierały żadnego wpływu na jego duszę. Dziwił się takiéj zmianie, wzgardził sam sobą i odtąd w coraz większéj miał nienawiści wszystko, co dawniéj lubował na świecie[15]. Czuł niepojętą nudę poprzedzającą zwykle wybuch wielkich namiętności. Daremnie młodzian, chcąc się przed nią uchronić, rozpoczynał znowu gwarliwe życie z przyjaciołmi, daremnie rzucał się myślą w zgiełk wojny i rycerskie przygody. Nocne sny wzywały go do nowego życia, którego jeszcze nie pojmował: dziwny popęd wiódł go do samotności. Częstokroć zwracał kroki ku poblizkiéj jaskini, a zostawiając przyjaciół u wnijścia, wchodził w głąb sam jeden, pod pozorem szukania skarbów. Tam długo trawił godziny w niewypowiedzianéj trwodze umysłu, niepokojony nawałem myśli i wyrzutów. Czuł on w sercu, że nie znajdzie spoczynku, dopóki nie spełni czegoś nieznanego dotąd, ale przechodzącego ludzkie siły. I prosił Boga, aby mu wskazał drogę, i wstawał od modlitwy tak złamany i wysilony znojem ducha, że przyjaciele ledwie poznawali w nim dawnego towarzysza. Jednego dnia, gdy trwał długo na modlitwie, zdało mu się, że widzi przed sobą krzyż kalwaryjski i przybitego na nim Zbawiciela. Na ten widok mówi biograf, dusza stopiła się w nim, a męka Chrystusowa tak głęboko wniknęła w jego wnętrze, tak przejęła go do śpiku kości, że odtąd nie mógł pomyśleć o niéj bez wielkiéj boleści. Spotykano go jak błąkał się po okolicy, cały zalany łzami, jęcząc i łkając; a gdy go pytano co mu jest, odpowiadał: „O! ja opłakuję mękę, Chrystusa mego Pana, dla miłości Jego powinienbym bez sromu obiegać świat we łzach i żałobie“[16].
Takato miłość miała napełnić żywot św. Franciszka, taka iskra miała wskrzesić utajony jego geniusz. Zapyta może kto, czyli taka miłość, która tworzy pustelników i zapełnia klasztory, zdoła natchnąć poetę potęgą swoją? Prawda, że starożytność pogańska nic podobnego nie miała. Starożytność mogła poznać Boga, ależ go nigdy nie umiała kochać. Spojrzyjmy za to w czasy chrześciańskie, widzimy jak miłość staje się panią świata: onato pokonała pogaństwo w cyrkach i na stosach płomieni, ona ucywilizowała nowe ludy, podała im krzyż w dłonie i stworzyła bohaterów, jakich nie opiewały Epopeje starożytności. Ona stała się pochodnią szkół; pod jéj ożywczym płomieniem odżyły nauki w wiekach barbarzyństwa. O! i któż zwątpi o jéj wpływie na umysły, pomnąc że natchnęła wszystkich ludzi sława, od św. Pawła i Augustyna, aż do Bossueta, że natchnęła Dawidowi jego psalmy, kościołowi jego hymny, tojest najszczytniejsze pienia, jakie głos ludzki wyśpiewał, na ukojenie ziemskiéj tęsknoty.
Podczas gdy pokutnik z Assyżu rozmyślając o krzyżu Pańskim, uczył się miłości Boga, uczuł zarazem głęboką miłość ku ludzkości, owéj ludzkości, ukrzyżowanéj, cierpiącéj, ogołoconéj z ziemskiéj pociechy. Odtąd nie znalazł chwili spokoju, aż dnia jednego w obec biskupa zrzucił z siebie świetny strój, a przywdział płaszcz żebraczy. Dawni znajomi widząc go, jak chodził bosy, półnagi, po ulicach tego miasta, którego był ozdobą i chlubą, biorąc go za szaleńca, rzucali nań kamieniami i błotem; on jednak czyniąc się maluczkim, zakładając nowy zakon ubożuchnych braci, czcił tém samém stan ubóstwa, tak powszechny na ziemi, a mimo to taką otoczony pogardą. Usiłował dowieść, że w nim człowiek znajdzie pokój, godność i szczęśliwość wyższą. Tym sposobem koił zawiści biednych, godził ich w duchu z bogaczami i szczęśliwemi świata. Poskramiał tę odwieczną walkę, wydziedziczonych członków społeczeństwa z uposażonemi w ziemskie dary, i tém samém wzmacniał zachwiane węzły bratniéj chrześciańskiéj rodziny: słowem polityka tego szaleńca, dziwnie była głęboką. Sprawiedliwie znać przepowiedział sobie, że zostanie możnym władcą: albowiem gdy Platon nie znalazł pięćdziesięciu rodzin ku urzeczywistnieniu idealnéj swojéj rzeczypospolitéj, sługa Boży w przeciągu lat jedenastu, liczył zastęp złożony z pięciu tysięcy ludzi, wciągnięty jego wzorem w żywot walki i poświęcenia. Ale ów żywot twardy i pełen znoju był niemniéj swobodnym i poetycznym: cóż bowiem najwięcéj krępuje ludzką wolność? — trwoga; a ponieważ wszelka trwoga ściąga się wyłącznie do cierpienia, ten więc, który cierpienie uczynił szczęściem i chwałą nie znał trwogi i musiał być swobodnym. Uwolniony z wszelkiéj zależności, z wszelkich podrzędnych obowiązków, żył Franciszek, w rozpamiętywaniu nieśmiertelnych prawd, w ustawicznéj ofierze podnoszącéj władze jego ducha, żył na łonie przyrody, która małym i prostaczkom, najwyższe odsłania cuda. Błąkał się, żebrał, karmił się cudzym chlebem, jak Homer, jak Dante, jak Tasso i Kamoens, jak wszyscy biédni ziemi do nieśmiertelnéj przeznaczeni chwały, którym Bóg nie daje, ani dachu, ani spoczynku na tym świecie, a których jako wierne sługi swoje rozsyła między ludzi, aby im byli nauką i pocieszeniem[17].
Najwydatniejszą cechą braterstwa istniejącego pomiędzy św. Franciszkiem, a wspomnionemi geniuszami, była miłość przyrody: miłość przyrody jest właściwością wszelkiéj na ziemi poezyi. Każdy trubadur czcił pieśnią piękny miesiąc maj, barwę kwiatów, śpiew ptastwa i gwar strumieni w lesie. Ale widząc powtarzane przez wszystkich obrazy, w jednym szyku i w jednych niemal słowach poznajemy, że nie tyle szło tu o wyrażenie uczucia, ile raczéj o zadosyćuczynienie wymaganiom formy literackiéj. Bo téż nie tak łatwo, jakby się komu zdało, ukochać przyrodę, w całém znaczeniu tego słowa. Trzeba na to wyjść niejako z samego siebie, rozważać świat zewnętrzny bez samolubstwa, a z poszanowaniem szukać w nim nie uciechy, ale raczéj nauki. To téż chrześcianizm tylokrotnie posądzony o zdeptanie przyrody, sam tylko wskazał człowiekowi, jak ją ma uczcić i prawdziwą ukochać miłością, wskazując jéj myśl Bożą, która jéj przewodniczy, wspiera ją i uświęca. Przy owémto świetle Franciszek rozważał cud stworzenia, przebiegał myślą jego szczeble, szukając wszędzie śladu Boga, w wszelkiéj piękności stworzonéj widział Tego, który jest najwyższą pięknością. Nie gardził i najdrobniejszym i najbardziéj poniżonym tworem Bożéj ręki, a pomnąc na wspólny początek i na wspólnego Ojca, maluczkie nawet istoty, bratniém miłował uczuciem. Żyjąc w zgodzie z sobą i otaczającym go światem, powrócony do pierwotnéj niewinności i prostoty, czuł serce przepełnione miłością nietylko ku ludziom, ale i ku wszelkiemu stworzeniu, które pełza i chodzi po ziemi, alboli buja w powietrzu; kochał skały i lasy, niwy zasłane zbożem, pagórki zwieńczone winnicami, kochał zielone łąki i ogrody, rzeźwiące strumienie i ogień i powietrze, wzywał wszystko co żyje, aby pozostało bez skazy, aby wielbiło Boga, aby służyło ku Jego chwale. Tam, gdzie oczy drugich widziały tylko znikomą piękność, on obdarzony wyższym wzrokiem, dopatrywał nieśmiertelny związek, pomiędzy światem zmysłowym, a światem ducha, pomiędzy tajnikami stworzenia, a tajemnicą wiary. Tak więc ilekroć wielbiąc uroczy wdzięk kwiatów, napawał się ich wonią, tylekroć myślał o mistycznym kwiecie wykwitłym ze szczepu Jessego. A gdy widział wiele razem kwiatów, na łące lub w lesie, mówił im o Bogu, jakby go pojąć mogły. Trawił całe godziny na przyglądaniu się pracy niezmordowanych pszczółek, i sam jakkolwiek ubogi, dokładał wina i miodu do ula, aby nie zmarniały od zimowego chłodu. Wystawiał na wzór uczniom swoim czynność jaskółek i niewinność synogarlic. Nic jednak nie zrówna miłości jego ku barankom, które mu przypominały ubóstwo i pokorę Zbawiciela. Legenda wspomina jak pielgrzymując raz z braciszkiem zakonu, w okolicach Ankony, spotkał człowieka niosącego dwoje jagniąt uwiązanych na powrozie. Błogosławiony Franciszek usłyszawszy ich beczenie, uczuł żal niewypowiedziany, a zbliżając się do tego człowieka zapytał: „czemu dręczysz moich biédnych braci, czemuś te niewinne baranki takim skrępował powrozem?“ Właściciel odpowiedział, że nagłą przyciśnięty potrzebą niesie je na targ do miasta, kędy sprzeda je rzeźnikom. „Niechże cię Bóg uchroni od tego, zawołał święty, weź oto mój płaszcz, a daruj mi te baranki“. Ugoda stanęła, właściciel baranków wziął płaszcz, którym pobożny jakiś chrześcianin tego poranku, obdarzył był świętego. Ale św. Franciszek wziąwszy baranki na ręce, sam nie wiedział, co czynić ma z niemi, aż po chwilowéj naradzie z towarzyszem, oddał je nieznajomemu, zaklinając go, „aby ich nigdy nie sprzedawał i nie czynił im krzywdy, ale je żywił i hodował je starannie;“ Prześliczna to opowieść i nie wiedzieć co w niéj godniejsze uwielbienia, czy tkliwa słabość świętego dla niewinnych baranków, czy ufność jego położona w nieznajomym ich właścicielu[18].
Jeżeli Franciszek niewinnością i prostotą wrócił niejako do pierwotnego stanu Adama, gdy pierwszy ten ojciec widząc stworzenia ziemskie w świetle Bożém, ukochał je braterską miłością, i stworzenia wszelkie ze swéj strony, okazywały świętemu takie posłuszeństwo, jak niegdyś pierwszemu człowiekowi w raju. Rzecz godna zaprawdę uwagi, iż wielu świętych odrodziwszy się w duchu, zdołało odzyskać utraconą przez grzech władzę nad przyrodą. Lwy i kruki posługiwały ojcom Tebajdy, święty Gall rozkazywał alpejskim niedźwiedziom; gdy św. Kolomban przechodził las w Luxueil, ptastwo ulatało mu ponad głową, a wiewiórki zeskakiwały z drzew i siadały mu na ręku. Żywot św. Franciszka pełen jest cudów tego rodzaju, stwierdzonych naocznemi świadectwy. Wytłumaczyć je można, albo potęgą miłości, która prędzéj lub późniéj wywołać musi wzajemną miłość; alboli temu, że w obec prawdziwych sług Bożych, zwierzęta nie znają instynktowéj trwogi, jaką budzi w nich złość i skażenie ludzkie. Gdy pokutnik z Assyżu, złamany postem i czuwaniem, opuszczał celę i pojawiał się na dolinie Ombryi, gdy na tém pożółkłém i wychudłém obliczu, nie pozostało nic prawie ziemskiego: zwierzęta widząc wyciśnięte na nim piętno Boże, otaczały świętego i służyły mu rade. Zające i bażanty chroniły się w fałdy jego sukni; gdy przechodząc koło pastewnika, według zwyczaju witał owieczki jako siostry, one, jak mówi podanie, podnosiły głowę i biegły za nim z wielkiem podziwieniem pasterzy. Sam święty pustelnik, długo pozbawiony miłego widoku ludzi, rad był ze współczucia, jakie mu okazywały niewinne stworzenia Boże: raz gdy wstąpił na szczyt góry Alwernii na modlitwę, wielkie stado ptastwa, okrążyło go trzepocząc skrzydłami z radości; wtedy święty rzekł do towarzysza: „Widzę iż taka już wola Boża, abyśmy tu zostali, skoro ptastwo niebieskie tak uradowane z naszego tu przybycia.“ Nie byłoby końca, gdybyśmy powtarzać chcieli naiwne opowieści współczesnych; przytoczmy tylko ostatni przykład świadczący wymownie o wyższéj władzy św. Franciszka, mocą któréj umiał wszystko poruszyć i natchnąć życiem. Gdy obchodził Włochy, ze słowem o Bogu na ustach przechodząc raz doliną Spoletto niedaleko Bevagna, ujrzał na boku niezliczone mnóstwo ptaków, mianowicie: wróbli, wron i gołębi. Widząc je błogosławiony sługa Boży, przejęty miłością ku bezrozumnym nawet stworzeniom, pobiegł ku nim, pozostawiając za sobą towarzyszów podróży. W miarę jak się zbliżał, spostrzegł, że i ptastwo wstrzymywało swój polot jakby oczekując na niego. Ukłonił im się według zwyczaju, a widząc z radością że nie pierzchnęły przed nim, prosił ich uprzejmie, aby posłuchały Bożego słowa. I rzekł: „bracia, miłe ptaszęta, braciszkowie moi, jakże wy musicie kochać i czcić naszego Stwórcę? Onto odział was puchem, dał wam skrzydła do lotu: uszlachetnił was pomiędzy tworami rąk swoich, dozwala wam bowiem czystym w górnych przestrzeniach oddychać powietrzem; nie każe wam siać, ani orać, ale sam żywi was i rządzi wami, jak Ojciec!“ Na te słowa, według jego własnego i towarzyszów świadectwa, ptaszęta trzepocząc skrzydłami dotykały świętego i siadały mu na sukni: nakoniec pobłogosławił je, przeżegnał znakiem krzyża św. i dozwolił im odlecieć. Poczém błogosławiony pełen pociechy, poszedł z uczniami w dalszą drogę; ale ponieważ skutkiem łaski, napełniony był świętą prostotą, wyrzucał sobie, że dotąd przepomniał drobnych ptasząt, które tak rade słuchały Bożego słowa[19].
Nie godzi się lekce ważyć owéj naiwnéj przyjaźni świętego Franciszka, ku gołębiom i barankom: dowód w tém, jak ukochał wszystko, co biédne, słabe i maluczkie. Ów zbytek miłości wielce budującym był w kraju, gdzie podówczas kochać nawet zapomniano. W owych średniowiecznych Włoszech, które wyniszczały się uporczywą nienawiścią i nieposkromionym duchem wojny, św. Franciszek wymowny dawał przykład zapamiętałym współziomkom, posuwając tak dalece miłość stworzenia, że usuwał z drogi swojéj pełzające robaczki, z obawy aby ich nie zdeptał; że ocalał baranki od rzezi. A byłyto czasy, gdy Włochy jęczały pod okrucieństwy Fryderyka II i następcy jego Ekcelina srogiego; w czasie, który był świadkiem męczeństwa Ugolina i Sycylijskich nieszporów. Ten człowiek tak prosty, co rad przemawiał do ptasząt i kwiatów, głosił także słowo Boże Gwelfom i Gibelinom, a w obec zgromadzonego ludu na rynkach Padwy, Brescia, Kremony i Bolonii, rozpoczynał zwykle mowę, pobożném życzeniem pokoju. Potém wzywał ludy, aby koiły wzajemne nienawiści i jednały się społem. A według świadectw ówczesnych kronik, wielu z tych, co najzapalczywiéj pragnęli krwi bratniéj, poruszeni jego słowem, ściskali się szczerze, zaprzysięgając sobie miłość i zgodę. Tak więc św. Franciszek z Assyżu, wydaje się być Orfeuszem średnich wieków, zwalcza albowiem srogość dzikich zwierząt i sroższą jeszcze zawziętość ludzką. Nie dziw, że głos jego poruszał wilki apenińskie, kiedy rozbrajał nieposkromioną wściekłość Włochów.
Serce tak gorące nie mogło się wylać dostatecznie w kaznodziejskiéj wymowie; ta bowiem nie wychodzi z obrębu prozy, a proza jakkolwiek wymowna, zawsze jest głosem rozumu. Gdy rozum odda prawdę jak ją pojmuje, w formie jasnéj a dosadnéj, dosyć mu już na tém; lecz dla wyrażenia miłości nie wystarcza to jeszcze: ona musi w uroczéj i żywotnéj mowie oddać piękność, jaką się zachwyca: miłość jest niespokojna, nic ją nie zadowoli, ale téż nic jéj nie odstręczy; dodaje ona słowu rytm i śpiew, jakby dwa skrzydła, któremi porywa je w nieskończoność. Święty Franciszek widział jak kościół czci poezyą, wskazując w obrzędach swoich miejsce u stóp ołtarzy, podczas, gdy wymowie, podrzędniejsze na ambonie nadaje stanowisko, mieszcząc je bliżéj drzwi wchodowych i tłumu. Czuł wreszcie sam, że słowo zwyczajnie nie zdoła wyrazić wszystkiego, co tleje w głębi duszy. Gdy Imię Zbawiciela Jezusa zbiegło mu na usta, nie mogło przez nie wypłynąć: głos mu drzał (według wyrażenia św. Bonawentury) jakby słyszał wewnętrzną niepochwyconą jakąś melodyą. Ta jednak melodya, która go długo ścigała, musiała w końcu wypłynąć nową pieśnią: zważmy oto, co mówią współcześni Franciszka świętego.
W ośmnastym roku pokuty, sługa Boży przepędziwszy czterdzieści nocy na czuwaniu, miał zachwycenie, poczém wezwał brata Leonarda, aby wziął pióro i pisał. Wtedy wyśpiewał pieśń o słońcu (de lo frate Sole). Zaimprowizowawszy ją, prosił brata Pacyfika, znanego jako poetę, aby powiązał słowa w dokładniejszy rytm, a braciom polecił, aby ją codzień z pamięci powtarzali.[20]
Tak brzmią słowa pieśni:
„Najwyższy, wszechpotężny i dobry Panie, Tobie chwała, cześć i wszelkie błogosławieństwo. Tobie należą one jedynie, a żaden człowiek nie godzien wymowić Imienia Twego.
„Niech będzie pochwalony Bóg Pan mój, za wszystkie stworzenia, a szczególniéj za brata naszego słońce, które, daje nam dzień i światło, które promienieje tak wspaniałym blaskiem i daje świadectwo o Tobie mój Boże.
„Bądź pochwalony Panie za naszę siostrę lunę (księżyc) (per sol luna) i za gwiazdy. Tyś je stworzył na niebie tak piękne i czyste.
„Bądź pochwalony Panie, za brata mojego, wiatr, powietrze i chmury, za pogodę i burze: niemi bowiem utrzymujesz wszelkie stworzenia.
„Bądź pozdrowiony Panie, za siostrę naszę wodę, tak pożyteczną, ubogą, szacowną i czystą.
„Bądź pozdrowiony Panie za brata naszego ogień: nimto oświecasz noc, on tak piękny, tak przyjemny ludzkiemu oku, tak niepokonany i silny!
„Bądź pozdrowiony Panie, za matkę naszę ziemię, która nas utrzymuje, żywi, która wydaje wszelkie owoce, różnobarwne kwiaty i zioła!“
Wkrótce potém wielki spór wszczął się między biskupem Assyżu, a magistratem miejskim. Biskup rzucił klątwę: magistrat wyłączył biskupa z pod prawa i zabronił wszelkich związków z nim i jego stronnikami. Św. Franciszek zasmucony takim zatargiem żalił się, że nikt nie chce pośredniczyć w przywróceniu zgody. Dodał więc do pieśni wiersz następujący:
„Bądź pochwalony Panie, za tych wszystkich, którzy przebaczają dla miłości Twojéj i którzy znoszą cierpliwie ucisk i poniżenie. Szczęśliwi, którzy wytrwają w pokoju, albowiem Najwyższy uwieńczy ich chwałą.“
Potém rozkazał uczniom, aby poszli śmiało do naczelników miasta i prosili ich o stawienie się przed biskupem. Tam uczniowie na dwa głosy, mieli zaśpiewać nową dodaną zwrotkę. I tak się też stało: a na dzwięki pieśni, którą Bóg uświęcił mocą tajemnéj łaski, przeciwnicy przejęci wyrzutém, uścisnęli się i przeprosili wzajemnie.
Następnie gdy mu radzono przenieść się do Foligno, aby zmianą miejsca pokrzepić stargane zdrowie, uczuł cokolwiek ulgi; ale wkrótce miał objawienie, że cierpieć jeszcze będzie dwa lata, poczém otrzyma spoczynek wieczny: uniesiony radością, dodał następującą zwrotkę i nią zakończył pieśń całą:
„Bądź pozdrowiony Panie, za siostrę naszę, śmierć ciała, któréj żaden człowiek żyjący ujść nie może. Biada temu kto umiera w grzechu śmiertelnym! Szczęśliwi ci, co w godzinę śmierci, zgadzają się ze świętą wolą Twoją, albowiem wtóra śmierć, nie przyniesie im szkody!
„Chwalcie i błogosławcie Pana, nieście Mu dzięki i służcie Mu z wielką pokorą i poddaniem.“[21]
O téj pieśni pierwszy wspomniał Bartłomiéj z Pizy, w księdze pisanéj 1385 roku, w sto sześćdziesiąt lat po zejściu świętego a jednak pieśń ta jest bez zaprzeczenia autentyczną. Ów sposób tworzenia po cząstce, pod natchnieniem serca, stosownie do chwilowéj potrzeby, przypomina zupełnie rodzaj pisania wielkich poetów jak Dante i Kamoens, którzy w długich wędrówkach, na wygnaniu, nosili przy sobie poczęte dzieło i dodawali do niego z dnia na dzień, pod świeżém wrażeniem, słowo boleści, lub nadziei. Poemat św. Franciszka, bardzo jest krótki, a jednak w pełni odbija w nim jego dusza. Widzimy tu bratnią miłość świętego ku wszelkiemu stworzeniu, miłosierdzie, które narażało tak skromnego i pokornego człowieka na polityczne spory, nakoniec miłość nieskończoną, jaką powodowany szukał naprzód Boga w przyrodzie, służył mu w ludzkości, nakoniec pragnął połączyć się z nim w śmierci. Wieje tu, niby tchnienie raju ziemskiego, czarowny powiew Ombryi, kędy niebo tak cudnie jest uzłocone, a ziemia tak pełna kwiatów. Język zachował całą prostotę rodzącéj się mowy: rytm dowodzi nieświadomości poetycznéj formy. Niekiedy rym zastąpiony jest podobieństwem dźwięku, niekiedy zaś pojawia się dopiéro ku końcowi zwrotki. Trudno tam dopatrzeć wymaganych warunków liricznéj formy. Jest to niejako wykrzyk, ale pierwszy wykrzyk rodzącéj się poezyi, który niebawem zabrzmi głośniéj, aż w końcu, rozlegnie się szeroko po świecie.
Nie takim jest charakter innego poematu, przyznawanego Franciszkowi św. przez Bernarda z Sienny. Bernard żył o wiek cały późniéj, po błogosławionym założycielu, ale od lat najmłodszych zaciągnięty pod chorągiew zakonu Franciszkanów, może być uważanym za wiernego dziejopisa pozostałych w nim podań. Wspomniony poemat podzielony na dziesięć siedmiowierszowych strof, nader prostéj budowy, z równą liczbą zgłosek w każdym wierszu, rymowany staranniéj, musiał być biegłą poprawiony ręką. Może uczeń który, przyprowadził do ładu improwizacyą mistrza. W duchu jednak utworu, przebija śmiałość geniuszu św. Franciszka, zwykła jego treściwość, nakoniec głębokie wrażenie z wielkiego odebrane wypadku, który osobę Jego cudowném naznaczył piętnem. Mówimy tu o owém zachwyceniu świętego, kiedy sługa Boży modląc się na górze Alwernii, ujrzał zstępującą z wysokości nieba, postać o sześciu skrzydłach przybitą do krzyża. A gdy w rozmyślaniu nad tem, czuł niewysłowioną pociechę: wtedy ręce jego i nogi przebite zostały na wylot. Kto nie wierzy w nadzwyczajność, może zaprzeczyć faktu, ale nie zatrze niezliczonych świadectw, potwierdzonych przysięgą sądową, nie zniszczy obrazów Giotta, które uwieczniły pamięć cudu; ani wreszcie zaprzeczy istności poematu, utworzonego znać w płomieniach niebieskiego zachwycenia[22].
„Miłość pogrążyła mnie w ognisko, w ognisko probiercze, w probiercze ognisko miłości.
„Mój nowy oblubieniec, miłujący Baranek oddał mi pierścień ślubny, a potém wtrąciwszy mnie do więzienia, uderzył mnie ostrzem miecza i rozdarł mi serce na dwoje.
„Rozdarł mi serce, a ciało moje upadło na ziemię. Strzały wyrzucone z łuku miłości, raniły mnie pocałunkiem. Z pokoju uczynił wojnę, umieram od lubości.
„Umieram od lubości, nie dziwujcie się temu. Płomienna miłością włócznia, zadała mi te ciosy. Długieżto żelazo, a szerokie na sto sążni, przeniknęło mnie całego do głębi.
„Potém groty padały jak grad, a jam był prawie konający. I ująłem puklerz w rękę, ale ciosy tak były natarczywe, żem się zasłonić od nich nie mógł. Poszarpały mi ciało, tak silna miotała niemi ręka.
„Tak silnie miotała niemi, żem nie zdążył odbijać ciosów, a pragnąc ujść śmierci wołałem na cały głos: „przekraczasz prawo boju!“ ale on wymierzył na nowo w pierś moję i nowemi obsypywał mnie pociski.
„Pociski, które miotał z kamieni były i ołowiu, każdy z nich tysiące ważył funtów, a tak gęstym sypał je gradem, żem nie mógł ich policzyć. Żaden nie ochybił méj piersi.
„Nigdy on mnie nie chybił, tak pewną była jego ręka. Leżałem na ziemi bezwładny. Ciało miałem poszarpane i martwy byłem jak umarły.
„Umarły nie prawdziwą śmiercią, ale zbytkiem radości. A potém biorąc na nowo moc nad ciałem uczułem się tak silnym, że mogłem iść w ślad za przewodnikiem, który mnie wiódł na niebieski dworzec.
„Gdym przyszedł do siebie uzbroiłem się natychmiast, i rozpocząłem walkę z Chrystusem; wkroczyłem w Jego dziedzinę spotkałem Go, wyzwałem do boju i pomściłem się wreszcie.
„Dokonawszy zemsty zawarłem z nim przymierze, albowiem od początku Chrystus kochał mnie prawdziwą miłością. Teraz serce moje zdolném jest uczuć pociechę Chrystusową.
„Miłość pogrążyła mnie w ognisko, w ognisko probiercze, w probiercze ognisko miłości“[23].
Zapewne, że to co zaszło między Bogiem a św. Franciszkiem na górze Alwernii, nie da się wypowiedzieć ludzkiem słowem; ale gdy święty zstępując z nowego Synai, pieśnią liryczną wyśpiewał swój zachwyt, nie ma dziwu, że zwykły zwrot jego umysłu i świetna barwa wyobraźni, odbiły w natchnioném jego słowie. Poznajemy tu burzliwego młodziana z Assyżu, który porzucił Gantier’a z Brienne, aby zostać błędnym rycerzem miłości Bożéj. Poznajemy go, kiedy wyraża uniesienie swoje, jakoby szturm wojenny a polot ku niebu, jakby wtargnięcie w Chrystusową dziedzinę.
Święty Bernard z Sienny, przytacza ostatnią pieśń, nierównie szerszych rozmiarów, bo złożoną z trzystu sześćdziesięciu wierszy podzieloną na strofy dziesięcio-wierszowe, umiejętnie ozdobioną rymami. Są to już cechy późniejszego pochodzenia. Wreszcie tenże sam poemat przyznawano i błogosławionemu Jacopone z Todi zmarłemu 1306 roku, w chwili, gdy poezya włoska, ogrzana słońcem XIII wieku, dojrzałe już wydawała owoce. Wreszcie nie widzimy tu już zwięzłości i prostoty, cechujących utwory Franciszka św. Wszakże łącząc w jeden węzeł podania, możnaby przypuścić, że błogosławiony pokutnik z Todi, przerobił i rozszerzył według ducha swego wieku myśl prostą a wielką, którą wziął z jakiéj staréj pieśni św. Franciszka, jak czynią uczniowie słynnego muzyka, gdy w rozmaitych przemianach tonów, powtarzają ulubiony temat mistrza swego. Posuwając daléj to przypuszczenie, możnaby znaleźć pierwotny temat w następującym dyalogu który odłączamy od poematu[24].
Dusza czyli św. Franciszek. „Niechaj nikt mnie nie napomina, jeżeli miłość nada mi pozór szaleńca. Żadne serce nie ocaleje w obec takiéj miłości. Niebo albowiem i ziemia, wołają na mnie i powtarzają mi na głos; i wszystkie stworzenia, które winienem miłować mówią mi ukochaj miłość! Ona stworzyła nas, aby cię przygarnąć do siebie!“
Chrystus. „Jeżeli mnie miłujesz, przyprowadź twą miłość do ładu. Cnota spoczywa jedno w porządku; a wszelkie istoty jakiem stworzył, stworzyłem według liczby i miary, wszystkie urządziłem stosownie do ostatecznego ich celu... Czemuż więc przez zbytek miłości, wpadłaś w szaleństwo duszo chrześciańska? Wybiegłaś z pod praw porządku, a zapał twój nie zna wędzidła!“
Dusza czyli św. Franciszek. „O Chryste! Ty mi zabrałeś serce, a mówisz abym powrócił ład duszy mojéj? Ty sam nie umiałeś obronić się miłości! Miłość przywiodła cię z niebios na ziemię; stałeś się tak maluczki, że chodziłeś po świecie, jakoby człowiek wzgardzony! Nie żądałeś ani dachu ani kęsa ziemi, ale ubóstwo jedno, aby nas niém zbogacić. Tak w życiu jako i w śmierci, okazałeś jedno miłość bez miary, wiecznie rozdzierającą Twoje serce!“
„Częstokroć chodziłeś po ziemi, jakoby człowiek upojony: miłość wiodła cię niby niewolnika. We wszystkiém okazywałeś miłość, nie pomnąc nigdy na siebie. A jeśli milczałeś, jeśli nie szukałeś tłumaczenia przed Piłatem, to dlatego jedno, aby dokonać zbawienia naszego, na krzyżu, który wzniosła ci miłość!“
Gdyby nawet przytoczone trzy poemata, były całkowicie utworem Franciszka świętego, rzekłby kto, że tak małe dzieła, źle odpowiadają długim przygotowaniom, że to niewiele w ciągu tak pełnego żywota, wydać zbiór z pięciuset wierszy złożony. Wszakże jeżeli sługa Boży, czekał aż ośmnastego roku nawrócenia swego, aby pozwolić duszy rozpłynąć się w pieśni, nie można się dziwić małéj liczbie jego utworów. Święty Franciszek, żył potém zaledwie dwa lata, przeżył je wśród ciągłego ducha zachwytu, acz w niewysłowionych mękach ciała. Nakoniec 4 października 1226 roku czując się blizkim skonu, kazał uczniom poraz ostatni zaśpiewać chórem pieśń o słońcu i oddał Bogu ducha. Ależ to zwykły przywiléj świętych i poetów, że śmierć, nawet na ziemi, otwiera im nowe życie. Podczas gdy tłum opłakuje ich łzami, zmarli wzrastając w chwałę, wzruszają świat w posadach. Ich słowa, ich czyny przechodzą od wieku do wieku; jednają im uczniów, tłumaczów i naśladowców; tak że chcąc ich ocenić sprawiedliwie należałoby im przyznać nietylko stworzone przez nich dzieła, ale niemniéj i te, do których stali się podnietą.
Posłannictwo poetyczne św. Franciszka, przyćmione, że tak powiem, czynami jego żywota, najświetniéj dopiéro zajaśniało w wiek cały po jego zejściu. Sam naznaczył sobie grobowiec, na wzgórku sterczącym ze wschodniéj strony Assyżu, gdzie zwykle tracono winowajców, od czego miejsce to nazwano „piekielném wzgórzem.“ Ale zaledwie że go złożono w grobie, niepojęta moc, jakby wstrząsając ziemię do głębi, jęła poruszać umysły. Papiéż Grzegorz IX umieścił zmarłego w liczbie świętych i postanowił, że miejsce jego spoczynku zwane odtąd będzie „rajskim pagórkiem.“ Odtąd poczęto składać najwyższe hołdy, temu ubożuchnemu w Panu; ludy pomnąc na jego miłość pragnęły oddać mu z lichwą, to, co on dla nich opuścił. A ponieważ nie miał ani dachu, ani sługi, zbudowano mu pyszny gmach, niby czarodziejski pałac, o jakim śnił w młodości; a w służbę jego weszli najsłynniejsi pracownicy w sztuce chrześciańskiéj. Katolicyzm zwykle czci swoich świętych, mieszcząc ich relikwie w ołtarzu kościoła, ozdobionego ich imieniem. Dla ubogiego pustelnika z Assyżu, wykuto naprzód głęboką pieczarę w skale, aby uchronić ciało od kradzieży relikwii, tak pospolitéj w średnich wiekach. Na grobie zbudowano niższą bazylikę, na przyjęcie tłumów pielgrzymów, a ponad tą dopiéro wzniesiono drugą, która jakby strzelista modlitwa wybiegła łukami ku niebu. Architekt północny Jakób Niemiec, zbudował ten podwójny przybytek; połączył w nim całą piękność sztuki gotyckiéj z tradycyjnym symbolizmem chrześciańskim. Z bazyliki niższéj utworzył mocną nawę, bez ozdób, z arkadami pochyłemi ku sklepieniom i z otworami przepuszczającemi słabe zaledwie światło, jakby dla przypomnienia pokutnego żywota św. Franciszka na ziemi. Kościół za to górny, z lżejszych wzniesiony murów, o śmiałych sklepieniach, z długiemi oknami, przez które wpływa strumień światła, przedstawia nam zgodnie z myślą artysty, pełen chwały żywot św. Franciszka w niebie. Plan gmachu przypomina krzyż Zbawiciela, ściany dano z białego marmuru na pamiątkę niepokalanéj dziewicy, a dwanaście wieżyczek z czerwonego marmuru po obudwu bokach, wzniesione są na cześć dwunastu apostołów. Dzwonnica zakończona była strzałą, któréj wysokość trwogą przerażała następne pokolenia. Zniesiono ją, niemniéj jednak imię Jakóba Niemca pozostało w niemałéj sławie, a potomność uczciła go jako mistrza wielkiego Arnolfa, który późniéj zbudował dwa najsłynniejsze florenckie gmachy i nową otworzył epokę w historyi architektury[25].
Ale ludzie średnich wieków, nie przestawali na wznoszeniu kamiennych budowli; potrzeba im było, aby kamienie przemówiły do oczu, a przemówiły mową malarstwa, najlepiéj zrozumiałą od nieświadomych prostaczków: trzeba było, aby niebo objawiło się w zmysłowéj formie, aby aniołowie i święci, w żywotnych przedstawieni obrazach mogli pocieszać i nauczać zgromadzone ludy. Sklepienia obudwóch bazylik Assyżu pokrywa lazur zasiany w złote gwiazdy. Na ścianach przedstawione są tajemnice obudwóch zakonów, a żywot św. Franciszka, następuje zaraz po księdze bożych objawień. Ale w miarę jak artyści, powołani w celu ozdobienia kościoła freskami, przystępowali do cudownego grobu, czuli się ożywieni nowym duchem. Poczęli oni pojmować ideał czystszy żywotniejszy nad stare wzory bizantyjskie, które miały wprawdzie właściwą sobie wielkość, ale od ośmiu wieków, coraz bardziéj chyliły się do upadku. Bazylika Assyżu stała się kolebką odrodzenia i oglądała pierwotny jego postęp. Tamto Guido z Sienny i Giunto z Pizy, oderwali się pomału od mistrzów greckich, zmiękczyli ich ostre zarysy i porzucili starożytną sztywność. Cimabue nastąpił po nich. Przedstawił on całą historyą świętą, w długiéj seryi obrazów, zdobiących kościół wyższy, które czas znacznie już uszkodził. Wszakże przeciąg sześciuset lat, nie przyćmił blasku cudownéj głowy Chrystusa, Najświętszéj Panny i świętego Jana, wyobrażonych w pośrodku sklepienia, ani obrazów cztérech wielkich doktorów kościoła, w których majestatyczność byzantyjska jednoczy się już z wdziękiem życia i nieśmiertelnéj młodości. Nakoniec zjawił się Giotto, a dziełem jego jest tryumf św. Franciszka, oddany w cztérech obrazach pod sklepieniem wieńczącém ołtarz dolnego kościoła. Nie piękniejszego nad te słynne freski. Najcudniejszy z nich przedstawia zaślubienie sługi bożego ze świętém ubóstwem. Ubóstwo uosobione jest w postaci niewiasty dziwnie pięknéj, ale z wychudłém obliczem i w podartych szatach. Pies sczeka na nią, dwoje dzieci zarzuca ją kamieniami, a cierniem uścieła jéj drogę. Ona jednak spokojna i wesoła, podaje rękę Franciszkowi świętemu. Chrystus sam błogosławi oblubieńcom, a w obłokach jawi się Przedwieczny, otoczony, gronem aniołów, jakby ziemia i niebo uczestniczyły pospołu, w zaślubinach dwojga nędzarzy. Nic tu już nie przypomina szkoły greckiéj: wszystko tu nowe, swobodne, natchnione. Uczniowie Giotta, powołani do kończenia dzieła: Cavallini, Taddeo Gaddi, Puccio, Capanna, szli niemniéj drogą postępu. Wśród rozmaitości kompozycyj, jedność wiary, jaśnieje w ich utworach. Patrząc na cudne oblicze N. Maryi Panny, w obrazach Zwiastowania i Narodzenia, lub na wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa, w gronie aniołów płaczących pod krzyżem i zbierających krew Boską w złote czary, ktokolwiek ma serce, uczuje łzę na oku, uklęknie pokornie, uderzy pierś ze skruchą, jak owe ubogie niewiasty, i prości pastuszkowie, którzy modlą się tak gorąco u stóp żłobu i krzyża. Wtedy dopiéro czujemy, że św. Franciszek jest prawdziwym mistrzem nowéj szkoły wykołysanéj w Assyżu, czujemy, że on sam tchnął w nią taki zapał i siłę; rozumiemy nakoniec, jakim sposobem Giotto powrócił ztamtąd uzdolniony do rozpoczęcia tego apostolstwa sztuki, którém po wieki zasłynął; pojmiemy, jak wędrując z Pizy do Padwy, z Padwy do Neapolu i Awinionu, pozostawił w każdém mieście nietylko wiekowe arcydzieła, ale nadto niezliczone zastępy uczniów, którzy idąc w jego ślady, a częstokroć prześcigając mistrza, mieli otworzyć Włochom nowe powołanie, ostatnie pole ich niepożytéj sławy[26].
Natchnienie religijne stworzywszy tak płodną szkołę malarstwa i architektury, musiało się wyrazić i potęgą słowa. Zbadaliśmy z umysłu tajemnicę odrodzenia sztuki, albowiem spostrzegamy tu zapowiednie znaki wielkiego okresu literatury. Gdy widzimy naród, jak dobywa kamienie z łona ziemi, układa je w kolumny, łuki i wieżyce, jak pokrywa mury swych gmachów obrazami i mozajkami, nie zostawując próżnego miejsca, któregoby nie przyozdobił postaciami świętych i godłami religijnemi, mamy prawo sądzić, że w piersi tego narodu, gra myśl wielka, która uwydatnia się naprzód w symbolach architektury: następnie wyraża się jaśniéj w żywotnych zarysach pędzla, aż nakoniec najwydatniéj i najzupełniéj zdoła się odbić w słowie. W ślad za wielkiemi artystami co tak długim orszakiem, przesunęli się przed naszemi oczyma, ujrzymy jak z wysokości Assyżu, zestąpi cała plejada poetów.




III.
PIERWSI UCZNIOWIE ŚWIĘTEGO FRANCISZKA.

Brat Pacyfik, święty Bonaventura, Jacomino w Werony.

Natchnienie poetyczne mogło się zrodzić w cichéj celi, a nawet i w odludnéj pustelni, kędy Franciszek święty krył swoje uniesienia; ale nie mogło inaczéj się rozrodzić, jedno przez wzajemne zbliżenie się ludzi do siebie, przez rozgłośny zapał tłumów, tudzież za pomocą świetnych uczt, które gromadząc w jeden obręb okoliczną ludność, z pospolitych ją życia wytrąciły kolei. Narodom włoskim w średnich wiekach nie były obce uciechy publiczne: one to utrzymywały w czasach zwanych barbarzyńskiemi uprawę i ogładę umysłów. Od XI i XII wieku cesarze przybywający z dalekich stron dla odebrania z rąk papiezkich korony, królowie Sycylii, margrabiowie d’Este i Montferatu, wyprawiali na dworach swoich widowiska rycerskie: gonitwy i karuzele[27]. Rycerze w świetnych zbrojach harcowali tam na koniach podkutych srebrnemi podkowami; wytryskały fontanny z wina; pysznie ozdobne sale brzmiące od dźwięków lutni, pełne były śpiewaków, mimików, improwizatorów, którym książęta bogate sypali dary[28]. Późniéj, gdy miasta lombardzkie, traktatem konstancyńskim otrzymały przywiléj samowładztwa; gdy poczęły bić monetę, zaciągać wojsko, odprawiać sądy, zaczęły także trzymać otwarte dwory, jak to czynili zwyciężeni przez nich książęta i cesarze. R. 1214 miasto Trewiza wyprawiało uczty, w czasie których wzniesiono sztuczny zamek, pokryty purpurą i gronostajami, zamknięto w nim mnóstwo pań i panien, z obowiązkiem aby go broniły, bez współudziału mężczyzn. Obległa zamek młodzież, uzbrojona w kwiaty, owoce, cukierki i flaszki pachnideł. Deputacye z miast sąsiednich obecne były walce, stojąc każda pod swoją chorągwią. Około tego czasu, Wenecya, Padwa, Genua, utrzymywały także świetne dwory: lud i szlachta zjednoczeni po bratersku, pędzili dni na ucztach i koncertach w miejscach, kędy niedawno płynęły potoki krwi bratniéj. Toskanie naśladowali te uciechy, ożywili je do tego wrodzoną zalotnością i wykwintnym smakiem. Florencya nie szczędziła kosztów, byleby uczcić po królewsku patrona swego świętego Jana Chrzciciela. Orszaki z tysiąca złożone osób, strojne w bieli, przebiegały ulice miasta przy odgłosie trąbki, pod wodzą naczelnika, zwanego książęciem miłości, (Seigneur d’amour). Damy i rycerze, wesołém kołem otaczali śpiewaków, słuchając ich pieśni i rycerskich powiastek. Uczono się od nich sztuki rymowania, rozprawiano o ustawach grzeczności, wydawano miłosne wyroki, wykonywano alegoryczne przedstawienia, którym przewodniczył zawsze mały bożek z łukiem i strzałami. Późniéj, sam nawet Rzym, odwieczny gród papieżów, składał na chwilę zwykłą powagę, chcąc godnie uczcić przejazd Karola Andegaweńskiego i Konradina. I Rzym wyprawiał wojenne uczty, wśród których, zbrojni rycerze i piękne damy odbywali wzajem tryumfalny pochód, wśród wesołych pląsów, pieśni, brzmienia fletów i tamborynów[29]. Tak więc muzyka, śpiew, a zatém i poezya, stanowiły treść każdéj uczty. Poezyą w tych wiekach przedstawiała klassa ludzi zwanych śpiewakami, kuglarzami (jongleurs, histrions, Uomini di corte) tak liczna, że teologowie zmuszeni byli zwrócić na nich uwagę. Święty Tomasz z Akwinu uznał, że ich rzemiosło nie jest naganném, jeżeli go nie znieważą niecnemi słowami, lub czynami. Ci ludzie ściągali się z Lombardyi, Toskanii, Sycylii, obiegali wszystkie dwory, powtarzali swoje i cudze wiersze słuchaczom, równie jak oni przybyłym z różnych stron świata. I na owychto zgromadzeniach, gdzie oko w oko spotykali się Włosi z różnych okolic kraju, różnych używający narzeczy, utworzył się język zupełnie odmienny od prowanckiego, szlachetny i delikatny, albowiem zrodzony na łonie uciechy: język poetyczny, przyszły język Danta, który on nazwie illustre, aulica, cortegiana, język dworski, a właściwiéj tłumacząc, język świąteczny[30].
Ale Włochy miały inne jeszcze, odmienne od tych uroczystości: inna potęga utrzymywała w téj krainie niemniéj liczne, niemniéj wpływowe dwory. Dnia 26 maja 1219 roku, w dzień Zielonych Świątek, na pięknéj dolinie u stóp Assyżu, pięć tysięcy ludzi obozowało pod cieniem drzew, lub pod szałasami ze słomy; ziemia naga była im posłaniem, kamień poduszką, wór odzieniem. Tworzyli oni małe oddziały z czterdziestu do ośmdziesięciu ludzi złożone, rozmawiali o Bogu, modlili się społem, śpiewali psalmy: oblicza wszystkich jaśniały radością. Zapał ich przenikał tłumy ludu i szlachty, przybywające z okolicznych miast, dla przyjrzenia się tak nowemu widowisku. „Zaprawdę, mówili oni, tu jest obóz Pański, tu zgromadzenie rycerstwa Bożego“. Jakoż w rzeczy saméj było to zebranie ogólne (chapitre general) Braci Mniejszych świętego Franciszka. Pieśni brzmiały uroczystemi chóry. Wiemy, jaki płomień poezyi zapalał świętego założyciela zakonu, który dotąd był duszą zgromadzenia i ożywiał je swém tchnieniem. Zrazu obrady powszechne odbywały się corok, następnie zaś co trzy lata; a gdy święty Franciszek przeszedł do lepszego życia, duch jego przewodniczył jak dawniéj na owych godach ubóstwa i miłości Bożéj, i panował wyłącznie tym rzeszom serdecznym, a wolnym od wszelkich trosk ziemskich, w których tak dzielnie kwitło i wzmagało się poetyczne natchnienie[31].
Rzućmy okiem na pierwsze czasy zakonu: geniusz pokutnika z Assyżu jaśnieje wszędzie. Duch rycerski uwydatniony w obyczajach i w słowie świętego, przeszedł w tradycyą zgromadzenia: kwiecista obrazowość jego stylu, metafory, jakich rad używał, stały się hasłem duchowéj jego rodziny. Uczniowie św. Franciszka, w litanii w cześć Jemu ułożonéj pozdrawiają poetycznie mistrza swego zwąc go: rycerzem ukrzyżowanym, chorążym Chrystusowym (le Gonfalonier du Christ) hetmanem świętych zastępów (le Conétable de l’Armée Sainte). Odtąd Bracia Mniejsi uważali się stale za rycerstwo przeznaczone do walki w szrankach wiary, na wzór Templaryuszów i Braci szpitalnych. Zapał wojenny pcha ich secinami, to do Ziemi świętéj, to znów przeciw Maurom na brzegi Afryki, kędy ich czeka męczeństwo. A gdy tłumy Saracenów, trzymane na żołdzie cesarza Fryderyka II, stawają do szturmu pod murami Assyżu, wtenczas Klara święta, nieustraszona dziewica z zakonu św. Franciszka, występuje przeciw nim trzymając eucharystyą w czystéj dłoni i cudownie rozprasza niewiernych. Ubogim jest zakon, ale otrzymał on w puściźnie troistą miłość założyciela swego: miłość ku Bogu, ku bliźnim i ku przyrodzie. Widzenia niebiańskie rozweselają ubogie celki zakonników. Bracia rozchodzą się po kraju, znoszą na barkach trędowatych, nawracają złoczyńców; żyją w miłéj zgodzie z maluczkiemi tworami Bożej ręki, miłują przyrodę po bratersku i wzajemną miłość odbierają w nagrodę. Legenda mówi o dobrym mnichu z Sokano, którego ptaszęta tak kochały, że gdy się modlił siadały mu na głowie i ręku. Mówią, iż brat Egidyusz tocząc rozprawę o czystości Niepokalanéj Maryi Dziewicy, wziął na świadectwo ziemię, a gdy ją po trzykroć uderzył laską, trzy białe lilie wykwitnęły z jej łona. Święty Antoni Padewski, widząc, że heretycy z Rimini nie chcą słuchać Bożego słowa, zbliżył się nad brzeg morski i nauczał nieme ryby[32]. W tych bohaterskich czasach zakonu św. Franciszka, poezya ożywiała wszystko; trzeba jéj tylko było uwydatnić się w ludzkiém słowie, wstąpić w serca wybranych i przemówić ich usty. W pierwszéj połowie XIII wieku zjawia się trzech poetów.
Piérwszy z nich zbiegł z pola światowéj literatury. Nieznaném jest imię, jakie nosił między ludźmi, wiadomo tylko, że go zwano królem wierszy (roi des vers); był albowiem piérwszym z poetów swego czasu, i celował w tworzeniu miłosnych pieśni tak ulubionych Włochom. Wieść niesie, że cesarz odnawiając gwoli jemu stary rzymski obyczaj, przeznaczył mu wieniec poetycki, jaki późniejszemi laty miał uwieńczyć czoło Petrarka i Tassa. Człowiek ten syty ziemskiej sławy, był raz w kościele w miasteczku San Severino, gdzie właśnie Franciszek święty miał kazanie. Ukryty w tłumie poglądał z ciekawością na mnicha żebraka, o którego szaleństwie nasłuchał się niemało. Zachwycony wymową Świętego, gdy patrzał nań z czcią i uwielbieniem, ujrzał dwa miecze przeszywające go nakrzyż. I w mgnieniu oka, mówi legenda, uczuł się sam przebitym mieczem Bożego słowa; a porzucając pychę światową, rzucił się pod stopy błogosławionego ojca, który przyodział go w wór zakonny i nadał mu imię brata Pacyfika, albowiem widział go nawróconym z niepokojów świata do pokoju w Chrystusie. Święty Franciszek rozkazał Pacyfikowi zrzucić z siebie barwę wieku, ale nie wymagał, aby poeta zaniechał pierwotnego swego zawodu. Mógłże wyłączać poetów z rzeczypospolitéj swojéj: On, który tak ukochał pieśń, że ją zawsze miał na ustach, któremu aniołowie przygrywali w nocnéj ciszy? Gdy Święty improwizował swoje hymny, prosił zazwyczaj nowonawróconego Pacyfika, aby je poprawiał i nadawał im rytm właściwy, będąc lepiéj obeznany z poetyczną formą. Dawny trubadur, ze swéj strony uczył się od św. Franciszka, kędy ma szukać czystego źródła poezyi. I na wzór mistrza znalazł ją nie w słodkich marzeniach prowanckich śpiewaków, nie w podaniach starożytnego klassycyzmu, ale w drgającéj życiem ludzkiéj piersi, w duszy przejętéj wiarą i pokutniczym żalem. Brat Pacyfik został późniéj prowincyałem zakonu we Francyi. W surowym zakonniku znać poetę po cudownych widzeniach, jakie go nieustannie ścigały. On to ujrzał raz otwarte niebiosa, a wpośród nich opuszczone miejsce i głos tajemny objawił mu, że to tron upadłego anioła, przeznaczony z woli Boskiéj ubogiemu pustelnikowi Assyżu. Jeżeli zatém nie pozostał żaden poetyczny utwór po nawróconym śpiewaku, nie obwiniajmy o to reguły klasztornéj. Zapewne dawny król wierszy, chcąc okupić światową pychę, obrócił geniusz swój na tworzenie bezimiennych kantyczek, których tyle pozostało nam z średnich wieków, i ukrył swe imię przed potomnością, jak niegdyś skrył uwieńczone czoło pod kaptur św. Franciszka[33].
Pacyfik umierając pozostawił wyższego nad siebie poetę, w osobie św. Bonawentury. Niezaprzeczoną jest biegłość w teologii tego słynnego doktora kościoła, w którym Gerson uznaje najsłynniejszego mistrza wszechnicy paryzkiéj. Rzecz dziwna, że poetyczny ów geniusz nie stracił nic na wdzięku i świetności i nie zagrząsł w pyle scholastycznych sporów. Jeżeli filozofia św. Tomasza z Akwinu rozwinięta na formułach loicznych Arystotelesa, sprowadzona do ścisłego dogmatyzmu, właściwą była dla zakonu św. Dominika, który przemawiał wyłącznie do klas oświeconych; tak znów filozofia św. Bonawentury, cała przenikniona podaniami Platona, gorejąca mistycyzmem, przystawała do zakonu św. Franciszka, który przedsięwziął działać nie na małą liczbę uczonych, ale na tłumy prostaczków, nie drogą rozumu, ale raczéj drogą miłości. Jak św. Augustyn, jak Boecyusz, jak doktorowie szkoły świętego Wiktora, równie i święty Bonawentura poznał, jakiem światłem dogmat chrzesciańskiego słowa poprawia i uzupełnia doktrynę idei Platońskiéj. Wsparty jedną ręką na ewangelii św. Jana, drugą na Timei Platona, wyprowadza z nich godną uwielbienia metafizykę. Damy jéj rys streszczony, albowiem jest ona podstawą nietylko utworów św. Bonawentury, ale niemniéj i wszystkich innych, jakiekolwiek pojawiły się w piérwszym wieku literatury Franciszkańskiéj[34].
„Wszelka umiejętność, mówi święty doktor kościoła, zawartą jest w dwóch księgach: jedna z nich wypisana na wewnątrz, jest zbiorem idei Bożych, dawniejszych niż wszelkie jestestwa, będące owych idei wyrazem; druga księga wypisana na zewnątrz, to świat widomy, w którym myśli Boże uwydatniają się, skreślone niedoskonałemi i znikomemi zgłoskami. Anioł czyta w pierwszéj, zwierzę czyta w drugiéj księdze. Dla nadania światu cechy doskonałości, potrzebną była istota, któraby zdołała czytać w obudwóch księgach, zarazem i tłumaczyć jedne przez drugą. To jest przeznaczeniem człowieka, a cała filozofia jedyne ma zadanie prowadzić go do Boga przez wszystkie szczeble stworzenia: w troisty sposób dosięga ona celu. W rzeczy saméj człowiek chwyta zewnętrzne przedmioty pojętnością, zatrzymuje się mocą upodobania; rozpoznawa je sądem. I tak pojmujemy naprzód nie samą istotę rzeczy zmysłowych, ale jéj objawy (fenomena): tojest obrazy działające na zmysły nasze. Te więc obrazy przypominają słowo Przedwieczne, obraz Boga Ojca, przez którego tylko Bóg Ojciec jest poznany. Powtóre, najwyższe upodobanie znajdujemy w rozważaniu piękności, a piękność jest tylko stosunkiem w liczbie; ale ponieważ wszelkie stworzenia piękne są w właściwy sobie sposób, liczba znajduje się wszędzie; gdy przeto liczba, rachunek, główną jest cechą intelligencyi, musimy uznać wszędzie wyciśnięte piętno Najwyższego Mistrza, który je stworzył. Nakoniec sąd nie może istnieć tylko za pośrednictwem abstrakcyi, która pomija chwilowe fenomena, uchyla warunki czasu, miejsca, przejawów, a trzyma się przymiotów wieczno-trwałych, niewzruszonych, bezwzględnych. Skoro więc Bóg sam jest niewzruszonym i bezwzględnym, wypływa ztąd, że w Nim samym leży prawidło naszéj wiedzy, jako w źródle wszelkiego bytu, i że jest sztuka Boska, która wydaje wszelką piękność stworzoną, a przy któréj świetle stanowimy sąd o niéj. Taka doktryna nie doprowadza tylko do rozumowania, ale daje popęd dwom władzom, które tworzą poetów, a któremi częstokroć gardzili filozofowie. Mówimy o wyobraźni i miłości. Z jednéj strony uważając wszelkie stworzenia, jako widome znaki, jako wyjaśnienie myśli Bożéj, oddajemy w końcu sprawiedliwość wyobraźni człowieka, która działa jak Bóg: tłumaczy również myśl figurami, porusza niejako niebo i ziemię, wszystko przybliża i porównywa, aby o ile można najdokładniéj wyrazić myśl poczętą, jakkolwiek czuje, że niepodobna jéj oddać w całéj czystości i blasku: ztąd powstał średniowiekowy symbolizm. Wzór jego pierwotny leżał w Piśmie świętém, zkąd przeszedł w pisma doktorów kościoła, w pieśni kościelne, oraz we wszelkie szczegóły architektury i malarstwa religijnego. Tam każda ozdoba jest symbolem, każda postać historyczna jest zarazem allegoryczną figurą: palma naprzykład obrazem jest żywota wiecznego, a ofiara Izaaka, wyobrażeniem ofiary Jezusa Chrystusa. Nikt nie przemawia śmieléj tą mową, jak św. Bonawentura: w swoich tak mało znanych dziełkach (opuscules), których tytuły przystałyby hymnom i dythyrambom: „sześć skrzydeł serafinów, siedm dróg wieczności, przewodnik duszy do Boga.“ Z drugiéj strony, aby poznać wiekuistą piękność, skrytą płaszczem przyrody, aby iść w ślad za nią i umiéć odchylić cieniące ją zasłony, trzeba więcéj nad intelligencyą — koniecznym tu warunkiem, miłość. Miłość jest początkiem owéj mądrości, która więcéj ufa modlitwie niźli syllogizmom. Jest zarówno jéj końcem, albowiem nie sądźmy, aby święty doktór kościoła, poprzestał na czczéj znajomości Boga i Jego przymiotów. Doszedłszy do kresu, kędy zatrzymuje się rozum ludzki, pragnie on żarliwie posunąć się daléj jeszcze; chce jak mówi, porzucić na czas pewien działanie rozumu, a całą potęgę woli zwrócić ku Bogu, aby się w Nim zupełnie przemieniła. A kto chce wiedzieć, w jaki sposób nastąpić to może, niech bada raczéj łaskę, a nie umiejętność, pragnienie, a nie myśl, głos modlitwy, a nie naukę z książek, oblubieńca, a nie mistrza, Boga, nie zaś człowieka. „Zamrzyjmy więc sobie samym, dodaje, wniknijmy w ciemności tajemnicze, każmy umilknąć zbytnim zabiegom chciwości i innym widzeniom zmysłów naszych, a na wzór ukrzyżowanego Chrystusa, przejdźmy z tego świata, do Ojca naszego w niebie[35].“
Umysł tak namiętny w poszukiwaniu prawdy, nie mógł się utrzymać w granicach filozofii: musiał koniecznie zrzucić z siebie jarzmo szkolne, uchylić drobiazgowe formuły rozpraw i dysput, w których taka potęga życia i miłości nie mogła się pomieścić. Po siedmioletniém odczytywaniu i komentowaniu Piotra Lombard’a z katedry paryzkiéj, święty Bonawentura odpoczął, pisząc legendę o świętym Franciszku. Książce téj brakuje tylko rymu, inaczéj byłaby najszczytniejszym poematem. Zatrzymajmy się chwilę nad nią, albowiem wielce się przyczyniła do utwierdzenia tradycyj Franciszkanów, legenda o ich patryarsze skreślona tak czcigodna ręką. Przedmowa zapowiada dzieło poważne, opowieść osnutą na autentycznych świadectwach, fakta stwierdzone kanonicznie. Św. Bonawentura przyłożył rękę do tego dzieła na prośby powszechnéj kapituły zakonu, przez wdzięczność ku świętemu Franciszkowi: za jego bowiem przyczyną, dzieckiem będąc, odzyskał zdrowie i życie. Zwiedził on miejsca ulubione niegdyś służebnikowi Bożemu, badał pozostałych jego przyjaciół i uczniów, poświęcił wszystko jak mówi nawet ozdobę stylu dla szczeréj miłości prawdy. Ale jeśli zanadto ukochał prawdę, aby ją miał kazić zmyśleniem, za to czerpie w niéj niewymowny zapał, żywotną moc i barwę, i od pierwszéj strony, otacza cały swój utwór, najcudniejszym urokiem poezyi: święty Franciszek występuje tu odrazu, niby tęcza pokoju, jakby nowy Eljasz. Nie dosyć jeszcze na tém: święty Jan w Apokalipsie widział anioła idącego od wschodniéj strony z Bożą pieczęcią w ręku; święty Bonawentura, poznaje w nim pokutnika z Assyżu: „owego posłannika Chrystusa, żyjącego życiem aniołów, który przyszedł, aby powołać ludzi do łez i popiołu, aby naznaczyć piętnem pokuty, skruszone żalem grzeszniki.“ W początku opowieści zachowuje on umiarkowanie, tę główną cechę dobrego historyka; ale gdy opowiada tyle czynów świętych, przejęty rozrzewnieniem, wydaje mimowoli okrzyk uwielbienia i radości. Objawia serdeczne uczucie, mówiąc o poszanowaniu mistrza ku wszelkim tworom Bożéj ręki, i jako wszelkie stworzenia dawały mu pociechę.“ Nie myśli on osłaniać dziecięcéj prostoty św. Franciszka, z któréj wypływało jego uczucie dla ptastwa niebieskiego i zwierząt, przeciwnie dzieli ją i podnosi najwyższemi pobudkami. Albowiem mówi on, w oczach Bożego sługi, wszelkie stworzone istoty były wypływem z tego źródła dobroci nieskończonéj, w którém pragnął się wiecznie napawać, a ich rozliczne przymioty tworzyły w jego duszy niebieski koncert pełen cudownéj harmonii.“ Nakoniec, gdy doszedł do kresu swego żywota, oświeconego światłem Bożych widzeń, uniesień i cudów, gdy na opisanie cudownego odbicia ran Chrystusowych, wyczerpał wszelkie zasoby chrześciańskiéj wymowy, opowiada skon świętego, i jak prawdziwy poeta zakończa rzecz ostatnim rysem pełnym prostoty i wdzięku: „Jaskółki mówi on, te ptaszęta co tak lubią światło, a trwożą się ciemności, mimo, że mrok zapadał, gdy Święty oddał Bogu ducha, zbiegły wielkiém stadem ponad dach domostwa i wesoło obiegały w kółko, oddając hołdy błogosławionemu, który je nauczał jak mają śpiewać Bożą Chwałę.“ Legenda św. Bonawentury o świętym Franciszku, pełna wzniosłéj prostoty, wielki znalazła rozgłos na świecie. Z niéjto Giotto i następcy jego wzięli pierwszy wzór postaci św. Franciszka, tylokrotnie potém przedstawionéj, a tak gorąco umiłowanéj przez wszystkie chrześciańskie ludy[36].
Gdy poezya wyłącznie opanuje duszę, dobywa z niéj pieśń nieustanna; to też i słynny teolog, historyk, prowincyał zakonu św. Franciszka, nie mógł się oprzeć miłéj ponęcie pieśni. I on także w ślady mistrza obrał sobie wyłączną panią myśli swojéj, i on uczcił ubóstwo, ale w postaci N. Panny, ubożuchnéj matki Boga zrodzonego w stajence. Cześć ku N. Maryi Pannie, upowszechniona w średnich wiekach, wpłynęła wielce na złagodzenie ówczesnych obyczajów, i przejmowała serca wielu rycerzy i poetów. Miłość taka godną była serca błogosławionego, o którém współcześni mówili, jakoby Adam w nim nie zgrzeszył“. Jak trubadurowie zwykli byli wieczorem śpiewać pieśni pod oknami ziemskich dziewic, tak Święty Bonawentura zażądał, aby we wszystkich kościołach jego zakonu, dzwon wieczorny przypominał wiernym, pozdrowienie anielskie na cześć Królowéj ziemi. Zabrzmiał Anioł Pański poraz piérwszy z franciszkańskiéj wieży, a odgłos jego rozbiegł się po szerokim świecie, niosąc zarówno pociechę w serce spracowanego na zagonie kmiotka i wędrownego pielgrzyma[37].
Wszakże święty doktor kościoła nie poprzestał na tém, aby tylko spiż martwy głosił chwałę Matki Zbawiciela; i sam ku Jéj uczczeniu poruszył wszystkie struny chrześciańskiéj liry; naśladował psalmy Dawidowe, układał pieśni wesela i żałości. Pomiędzy przyznawanemi mu utworami, widzimy poemat łaciński, złożony z ośmdziesięciu czterech rymowanych ośmiowierszowych zwrotek. Zaczyna się od anagramu: każda litera z Ave Maria rozpoczyna zwrotkę; ale pomimo tego właściwego owym wiekom naciągania, utwor cały zapowiada mistrza. Z wielkiem bogactwem wyobraźni, cechującém mistycznych poetów, przedstawia on Boga-Rodzicę, w najcudniejszych figurach, Starego i Nowego zakonu. Jestto zdrój rajski, arka Noego, drabina Jakóbowa, Judytha, Esthera, oswobodzicielka swego ludu; jestto niewiasta z Ewangelii św. Jana, cała odziana promieńmi słońca, uwieńczona w gwiazdy, z księżycem pod stopami. Z prostoty uczuć i wdzięku przeplatanych rymów, spadających jakby bujanie kołyski, znać, że to pieśń ułożona nietylko dla mnichów i zakonników, ale i dla włoskiego ludu, który nigdy zupełnie nie przepomniał łaciny. Uczeni zaprzeczali autentyczności poematu, uważając te prostą pieśń za utwor niegodny pióra wielkiego teologa. Ale czemużby i jeniusz nie miał na chwile zstąpić ze swéj wysokości, aby przemówić do maluczkich i prostych, zrozumiałą im mową? Oto pierwsze słowa pieśni[38]:

Bądź pozdrowiona lilio niebios,
Bądź pozdrowiona różo wiecznotrwała,
Bądź pozdrowiona matko pokornego.

Królowo anielskich chórów!
Spraw, aby w tę łez dolinę,
Spłynęła pomoc niebieska,
O Ty, pośredniczko grzesznika!

Wielki Kornel oceniwszy całą poezyą téj pieśni, przełożył ją na francuzki język, czyniąc w tem jako mówił zadosyć „obowiązkowi, który nakazuje każdemu z nas, użyć na chwałę Bożą choć cząstkę otrzymanych od Niego zdolności“[39].
Za nadto wielkim wystawiano zwykle odskok czasów odrodzenia od wieków średnich. Wiek Ludwika XIV w pierwszéj żywotniejszéj swojéj połowie, trzyma się jeszcze przeszłości tajemniczym węzłem. Podczas gdy cały dwór śladem pani Sevigné, czyta z upodobaniem romanse rycerskie, pełne wspomnień San Graala, (świętéj czaszy) i okrągłego stołu, podczas gdy Moliere i Lafontaine, czerpią natchnienie w starych bajkach (fabliaux), Bossuet karmi umysł scholastyczną doktryną, a Kornel pomny na zbawienie duszy, przekłada naśladowanie Chrystusa i Kantyk świętego Bonawentury. Gdy po tych mężach wielkiego umysłu, nowe delikatniejsze nastąpiło pokolenie, moda jęła potępiać „zawikłaną sztukę, starych romansierów“ i ubolewać nad czasami ciemnoty, które wydały świętego Tomasza z Akwinu i Rogera Bakona.
Jakkolwiek ludy włoskie za czasów ś. Bonawentury, rozumiały jeszcze łacinę, słysząc ją z ambony, i na obradach narodowych, przyszedł jednak czas, że mowa ludu, wyrobiona pracą wieków, miała opanować publiczne sprawy i wyobrażenia. Do upowszechnienia jéj przyczyniły się najwięcéj kazania Franciszkanów, miewane przez braci zakonu, po wsiach i miasteczkach. Przemawiali oni do nieuczonego ludu, nie według teologicznych prawideł, ale prostemi słowy na wzór ludowych mówców. Tak gdy św. Franciszek kędy go otoczyły mnogie tłumy ludu, wstąpił na pagórek, a poczynając mówić wziął za tekst dwa włoskie wiersze:

Tanto e il bene ch’io aspetto
Ch’ogni pena m’è diletto.

I święty Antoni Padewski jakkolwiek Portugalczyk, z taką łatwością przemawiał do Włochów ich językiem, że ciągnął za sobą, trzydziestotysiączne rzesze ludu[40]. Taki był oto początek prozy, która miała w przyszłości nabrać tyle siły i powagi, pod piórem, Danta i Machiawela. Poezya nie mogła pozostać za nią. Św. Franciszek oddał jéj równą przysługe utworzeniem pierwszéj włoskiéj pieśni. Inni poszli jego torem i poczęli w dostępnéj formie, głosić najtreściwsze dogmata, najśmielsze doktryny mistyczne, najwznioślejsze uczucia i pieśnią rozpowszechniać ją między ludem. Pracownicy téj niwy, więcéj dbali o pożytek bliźniego, aniżeli o własną chwałę.
Roczniki Franciszkanów przechowały wspomnienie brata Jacomino z Werony. Widzimy położone imię tego zakonnika na końcu poematu przechowanego w bibliotece św. Marka w Wenecyi. Jacomino pisał w drugiéj połowie XIII wieku, jak zaświadcza rękopis: nie dziwić się zatém, że blizki kolebki zakonu, zachował wielki zapał i prostotę. Wyśpiewał on dwa poemata, zrymował, jak mówi dwie historye piekła i raju. Te dwa przedmioty, żywo po wszystkie czasy zajmowały umysły chrześciańskie. Nie dosyć, że kaznodzieje ogłaszali ludowi męki i wesele wieczne: lud pragnął, aby je malowano, aby je rzeźbiono na murach kościelnych, żądał, aby mu rozpowiadano dzieje nowego żywota, w których jedno oczekiwał pokoju i sprawiedliwości. Świat niewidzialny stanowi rzec można główne to literatury średnich wieków: bywa on dwojako przedstawiany. Albo-li umysły chwytają widzenia przyszłego żywota w owych wędrówkach po niebie i piekle, tak często powtarzanych w legendach, w kronikach, w podaniach ludu, gdzie z całą poetyczną swobodą, tyle dołączono przymówek i satyr[41]. Albo-li znowu uczona pobożność poprzestaje na skazówkach Pisma Świętego, ojców i doktorów kościoła; i z ich słów niby z ostrych grotów, tworzy nie tak urozmaicony, ale prawdziwszy obraz dwoistéj wieczności. Ostatnią drogę obrał brat Jacomino. Z jego słów poznać odrazu teologa, karmionego nauką Boską i ludzką: wyznaje on z chlubą, że nic nie zaczerpnął sam z siebie, ale, że wszystko wziął tak z tekstów, jakoteż z kazań i pism świętych pańskich. Zwyczajną była w średnich wiekach kompilacya tego rodzaju. Cała samodzielność autora, polegała na przybieraniu tych utworów w poetyczną formę i na oddaniu ich w mowie ludu, który chciwie słuchał pieśni, gromadząc się w koło śpiewaków po rynkach i targowiskach. Jakoż w istocie dwa te poemata, jeden z trzystu czterdziestu, drugi z dwustu ośmdziesięciu wierszy złożony, podobne są formą do pieśni trubadorów (chanson de Geste) które w XIII wieku obiegały Europę. Powiązane w czterowierszowe zwrotki, zakończone na jeden rym, przypominają nieco aleksandryny i jednorymowe tyrady starych karolowingowskich poematów. Z początku i w końcu, uderza nas naśladownictwo: poeta na wzór starych romanso-śpiewaków, pragnie obudzić ciekawość słuchacza, przyrzeka wielkie opisy, i z lekceważeniem mówi o pracach poprzedników swoich. Gdy brat Jacomino zapewnia słuchaczy, że poemat jego nie jest ani bajką, ani farsą, przypomina tém samém bajeczne rapsody o Oliwierze i Rolandzie, które ówcześni śpiewacy przedstawiali na teatrach Medyolanu i Werony. Dziwném i pospolitém to się wydaje zrazu, ale wniknąwszy w obyczaje włoskiego ludu, poznamy, że tym sposobem tylko można było zyskać u niego wzięcie, a zatém przyczynić się do jego oświecenia [42].
Oto początek piekła: „Na cześć Chrystusa króla chwały i dla pożytku ludu, historyą wam opowiem: kto ją przypomni niekiedy, zwycięży zdradliwego nieprzyjaciela. Opowiem wam wieści o grodzie piekielnym, poznacie, jaka tam panuje przewrotność i zdrada. Zowie się imieniem: Babyllon wielki: powtórzę co o nim mówią święci. Owoż gdy się dowiecie, jak ten gród zbudowanym jest w swoich częściach, może przejęci skruchą, pozyskacie odpuszczenie grzechów[43].
Miasto złego, zbudowane w głębokości otchłani, długie jest, szerokie, wysokie i całe gorejące w płomieniach. Gdyby przelano w nie wszystkie fale oceanu, ogieńby je strawił, jakby wosk roztopiony. W pośrodku płyną mętne i zatrute wody, zarosłe po brzegach głogiem, pokrzywą i cierniem kolczystem jak żelazo. Górą roztacza się niebo, ciężkie, jakby ulane z ołowiu i bronzu, oparte na szczytach gór i skał nieprzedartych. Typhon, szatan i Mahomet, czuwają u podwoi: biada temu, kto się dostanie w ich ręce! wysoka wieża panuje ponad wnijściem, tam baczy strażnik niezmordowany, nigdy on nie zasypia i nikt oszukać go nie może. Dniem i nocą woła: „Zamykajcie drzwi, pilnujcie dróg wokoło, aby nikt wam nie uszedł! a skoro nowy gość zawita, niechaj zastanie most spuszczony, i rozwarte podwoje!“[44].
Królem tego miasta boleści jest Lucyfer. Otaczający go szatani, mają rysy, jakie im nadała trwożliwa wyobraźnia ludu. Jacomino równie jak Dante, jak Orcagna, jak Michał Anioł, wyobraża ich czarnych jak węgiel, z rogatém czołem i obrosłemi rękoma. Wyją oni jak wilcy, szczekają jak psy, jedni zbrojni są w włócznie, drudzy w widła, inni w drągi i rozpalone głownie. Zioną z siebie płomienie, ten dmucha w ogniska, tamten topi bronz albo kuje żelazo. Na taki obraz, nie dziw, że dobry zakonnik woła trwogą przejęty: Tak okropnym jest widok téj straszliwéj zgrai, że lepiejby zapewne gnanym być chłostą przez góry i bezdroża z Rzymu aż do Hiszpanii, niżeli choć jednego z nich spotkać oko w oko, na otwartém polu“[45].
Ludność piekielna jedyną zna pociechę, gdy widzi nowo przybyłego potępieńca: tłumi się cała wokoło niego, przyjmuje go pieśnią tryumfu. Ale skoro wnijdzie, wiążą mu ręce i nogi i przedstawiają go królowi śmierci; ten oddaje go w ręce swego zastępcy, z rozkazem aby go wrzucił w studnią tak głęboką, jak wysoko sklepienie niebios rozpostartém jest nad otchłanią. Woń cuchnąca rozchodzi się ze studni na tysiąc mil wokoło. Roją się w niéj, żmije, węże, bazyliszki i smoki. Wyciągnąwszy ztamtąd grzesznika, szatani rzucają go w zlodowaciałą wodę tak zimną, że dzień jeden, wydaje się w niéj rokiem; poczém zanurzają go w tak gorącym płomieniu, że potępieniec żałuje lodu, z którego dopiero go wyjęto; ten ogień cuchnący i ponury, żadnego nie wydaje światła. Wtedy przychodzi kuchmistrz nazwiskiem Belzebub, najgorszy z szatanów, porywa winowajcę i piecze go na rożnie przy ognisku. Polewa go żółcią i octem, sporządzony z niego przysmak posyła królowi piekieł. Król ugryzłszy kęs, woła w gniewie na posłańca: „Idź powiedz niegodziwemu kucharzowi, że źle sporządził potrawę: niechże ją napowrót przystawi do ognia“.
Ten ustęp bawi słuchaczy, pobudza ich do śmiechu, słowem podbija ich zupełnie i przysposabia do przyjęcia nauki. Poeta oświadczył, że tajemna myśl, kryje się pod figurą w jego słowach. Opisane przezeń męki, słabym są, jak mówi, zarysem mąk wiecznych, którychby nie wypowiedział, choćby miał pięćset, alboli tysiąc ust i nie zamykał ich dniem i nocą. Korzystając z przerażenia, jakie rzucił, nastraja pieśń do wyższego tonu i maluje moralne męki potępieńców, a nakoniec wyprowadza nauczające wnioski: „Lepiéj, mówi, byłoby złemu ponieść śmierć tysiąckrotnie, aniżeli przeżyć tak jedną godzinę: nie ma tam bowiem ani krewnego, ani przyjaciela ku pomocy. Syn spotyka ojca i co chwila szuka z nim kłótni: „Ojcze, rzecze syn, niechaj Pan co króluje w niebie, przeklnie cię na ciele i duszy! Albowiem dopóki byłem na świecie, nie karciłeś mnie, ale ośmielałeś ku złemu. Pamiętam jeszcze jakeś mię gonił z kijem w ręku, jeżelim nie oszukał sąsiada, lub przyjaciela“. Ojciec odpowie na to: „Synu przeklęty, za to oglądasz mnie w tych miejscach, że za wiele dóbr ziemskich pożądałem dla ciebie. Dla ciebie porzuciłem Boga, a zbogaciłem się łupieżą, lichwą i zdzierstwem. Dniem i nocą znosiłem ciężkie trudy, zdobywając warowne wieże, zamczyska i pałace, pagórki i doliny, lasy i winnice, bylebyś ty miał dostatki. Mój miły i piękny synu niechże cię niebo potępi! albowiem dla ciebie, nie pamiętałem o ubóstwie Bożém, które marło po ulicach z głodu i pragnienia“. I obadwaj potępieńcy rzucają się jeden na drugiego, jakby się wspólnie mordować chcieli, znać gdyby mogli, serca w piersiach pożarliby sobie nawzajem!“
Nic okropniejszego nad ostatni rys. Przepominamy poecie, wszelkie poprzednie usterki, widząc z jakim zapałem ciska gromy na spółczesnych zbrodniarzy; z jaką miłością zwraca się ku ubogim. W końcu temi słowy żegna słuchaczy: „Wiedzcie o tém, że to nie bajka, ani żadna krotochwila. Brat Jacomino z Werony, ze zgromadzenia Braci Mniejszych, ułożył tę historyą z tekstów, glossów i kazań. Błagajmy teraz wszyscy gorliwie, aby tak mnie, com tę rzecz napisał, jak i wam coście jéj pobożnie wysłuchali, Chrystus i Matka Jego chcieli użyczyć nagrody[46].
Tak dziwny utwor może być tylko sądzonym ze stanowiska wieków, które go wydały. Chcąc go ocenić, postawić go trzeba, naprzeciw ówczesnych wspomnień, obyczajów i namiętności. Pobożny pisarz mniej niżeli twierdzi, zaczerpnął z tekstów świętych. Księgi święte, jako i pisma piérwszych ojców kościoła, mówią tylko o mękach wiekuistych, mało się wdając w ich opisy. Krótkie ustępy z Apokalipsy wskazują niewyraźnie, jakby w oddaleniu studnią w otchłani i ognistą sadzawkę, ale zdaje się, że ukochany uczeń Chrystusa, odwraca wzrok coprędzéj od tych okropnych zjawisk. Późniéj, gdy upadek państwa Rzymskiego i obalenie wszelkiego porządku widomego świata, żywiéj niż kiedy popchnęły myśl ludzką ku rzeczom niewidzialnym, wówczas święty Augustyn i święty Grzegorz, usiłowali rzucić światło w otchłanie i rozjaśnić tajemnice sprawiedliwości Bożéj. W miarę jak napływa barbarzyństwo, jak tępieją umysły a kamienieją serca, kościoł musi zapanować im grozą, przemawiać do nich własnym ich językiem. Prawi im o torturach i gorejących stosach, bo je widzi wokoło. Gdy Piratowie Normadzcy, Węgrzy i Saraceni w popiół i perzynę zmieniają pół Europy, nie dziw, że łuna pożaru świeci złowrogo w obrazach piekła ówczesnych kaznodziejów. Nie wińmy ich, że czarną barwą zaprawiają tło wyobraźni ludzkiéj, widząc rozsiany wokoło przestrach, podejmują go jako broń, albowiem chcą tym bodźcem przywieść do ładu i ukoić sumienia. Takichto wzorów chwycił się brat Jacomino; zdaje się, że skreślony przezeń szkic miasta piekielnego z jego ogniem i lodami, ze złością szatanów i pożerających się wzajem potępieńców, osnuł Franciszkanin z Werony, na kompilacyi teologicznéj p. n. Fascicularius przypisywanéj powszechnie świętemu Bonawenturze[47].
Ale nie sama tragedya panuje w poetyczném piekle średnich wieków. Często napotykamy tam i komiczne obrazy. tak pod względem literackim, jak i religijnym. Z jednéj strony umysły zachowują jeszcze tę ruchliwość dziecinną, co to w jednéj chwili przechodzi z łez do śmiechu: tę naiwność co to nie umié nagiąć się pod prawidła wymagalnéj formy. To téż nie znajdziemy rycerskiego romansu, bez koniecznych ustępów, jak w Kalderonie, niéma najpoważniejszego przedstawienia (Auto sacramental) bez uciesznéj roli trefnisia; jak nie ma ani jednéj katedry, coby nie kryła w swych gzymsach, kapitelach lub rzeźbach, jakiéj śmiesznéj i wykrzywionéj postaci. Z drugiéj strony, wszyscy przewodnicy duchowni, radzili pogardą zwyciężać pokusę; a ta pogarda wyrażała się symbolicznie w kształtach dziwacznych, jakie nadawano kusicielowi i jego poplecznikom. Starożytne malowanie pokrywające Sanctuarium w kościele N. Maryi Panny w Toscanella, przedstawia szatana, jak siedzi w płomieniach i ostremi kłami ściera na miazgę dusze grzeszne, poczém rzuca je na pastwę potworu, który czatuje u stóp jego[48]. Jestto wierne przypomnienie opisu zawartego w dwóch starych legendach o Tundalu i młodym Alberyku. Dante sam, poważny wygnaniec, uczeń Arystotelesa, Wirgillego i św. Tomasza, przerywa jednostajny obraz piekieł, nie jedną śmieszną sceną wystawiając, jak potępieńcy szamoczą się wzajemnie w głębi cuchnącéj wody, lub jak szatani poruszają się na głos dziwacznéj trąbki.
Te względy usprawiedliwiają brata Jacomino, i mieszczą go w gronie śmiałych poetów, którzy utorowali autorowi Boskiéj komedyi drogę do nieśmiertelności. Ale Franciszkanin jakby nie ufny w własne siły, dąży spiesznie do kresu, nie przechodzi jak Dante przez czyscową górę, wznosząc się do raju. Stosuje on się raczéj do myśli św. Augustyna, niejako przejmuje jego wyobrażenie o dwóch miastach nieprzyjacielskich, zbudowanych przez dwoistą miłość: jedno przez miłość Boga posuniętą aż do znienawidzenia samego siebie, drugie przez miłość siebie, posuniętą aż do nienawiści Boga. Naprzeciw piekielnéj Babilonii, stawia on niebieską Jeruzalem. Tu odbija w pełni spokoju, niezmącona niczém wyobraźnia poety; słowa jego nacechowane tu dziwną słodyczą. Dajemy ów obraz w skróceniu:

„O świętym grodzie opowiem teraz słów kilka. Kto chce słuchać, niech się dowie, jak zbudowany jest wewnątrz; a kto zachowa moje słowa, temu zaprawdę nie mały ztąd spłynie pożytek. Jeruzalem niebieska (takie jego miano) miasto Boga Najwyższego, świetne i piękne, kędy Chrystus panuje, różném jest wielce od grodu zwanego miastem boleści od wielkiego Babilonu, kędy włada lucyper ze swoją czeredą... Słowa moje, jak uprzedzam, jedne są prawdziwe i niewzruszone, drugie będą figurami: ktokolwiek wzgardzi niemi, lub weźmie je ze złéj strony, ten jak mniemam nie jest przyjacielem Bożym[49].
<ref follow="s76">

D’una cita santa ki ne vol oldire
Come l’e fata dentro un poco ge vò dire:
E zò ke gen dirò, se ben vol retenire,
Gran prò ge farà, senza nexum mentire.

„Naprzód miasto obwarowaném jest ze wszech stron, zbudowane w czworokąt: mury jego równie są wysokie jak szerokie. Z każdéj strony rozwierają się potrójne bramy, wysokie, wspaniałe a promienitsze nad gwiazdy; ich sklepienia utkane są złotem i perłami, najeżone zębami z kryształu, a powyżéj nich stoi na straży Cherubin w hiacyntowym wieńcu, uzbrojony mieczem promienistym, broniący przystępu smokom, wężom i wszelkiemu szkodliwemu stworzeniu. Grzesznik żadną siłą wedrzeć się tu nie zdoła. W pośrodku, płynie piękna rzeka, otoczona dokoła w drzewa i woniejące kwiaty. Czyste jéj wody świetniejsze są nad słońce: z ich nurtem płyną perły i drogie kamienie, a każdy z nich ma własność, że odmładza starca i wskrzesza do życia zmarłego. Drzewa po brzegu rozsadzone, rodzą owoce słodsze nad miód, a tak skuteczne, że jedna kropla ich soku leczy wszelkie choroby. Nigdy drzewa te nie ronią liści, a każde z nich rozsiewa woń na tysiąc mil wokoło. Słowiki, szczygiełki i inne piękne ptaszęta, śpiewają na nich dniem i nocą, wydając dźwięki cudniejsze nad skrzypce i fujarki.

„W owychto wiecznie zielonych ogrodach, harcują błogosławieni rycerze, zajęci wyłącznie chwaleniem Przedwiecznego. Tam patryarchowie i święci prorocy, odziani w złotolite szaty, wielbią Boga natchnioném pieniem i psalmami. Błogosławieni apostołowie, chwalebni męczennicy, liczni wyznawcy i święte dziewice, zebrani w cudowny orszak, niosą chorągwie, jako godła piękności i honoru, a tak urocze śpiewają pieśni, że ktokolwiek je zasłyszy, traci obawę śmierci. Ta rzesza błogosławiona, tak radosnemi dźwięki, objawia wesele swoje, że cudowna ich harmonia spływa na cały świat Boży. W porównaniu tych głosów wszelkie melodye ziemskie, wydają się niby ryk bydlęcy. Albowiem król niebieski siedząc na majestacie swojéj chwały, zanucił im pierwsze tony owéj cudownéj pieśni.
„Ale najwyższa radość, przechodząca wszelkie inne polega na tém, że oglądają słodkie oblicze Pana. Szczęśliwy człowiek, któremu dano ujrzeć Boga w niebiesiech! Widok ten odmładza wiecznie błogosławionych piewców; serce ich rozkwita, oko promienieje, stopy unoszą się same, ręce splatają z drugiemi niby do ochoczych pląsów. A im dłużéj poglądają w Przedwiecznego oblicze, tembardziéj spragnieni jego widoku. Wszyscy przejęci są tak szczerą ku sobie miłością, że jeden przed drugim, korzy się jak przed mistrzem. Oko ich i pojęcie tak stają się przenikliwe, że wszelkie rzeczy dostrzegają od niebiosów do ziemi. Ci święci żyją w pewności, że nie umrą nigdy śmiercią, ale, że w wiekuistém pozostaną życiu, wśród niezmiennego wesela i pokoju. Najwyższa to prawda, stwierdzona pismem, że nie ma innéj chwały, ani innego raju, jedno oglądanie cudnego oblicza Przedwiecznego Boga, którego dniem i nocą otaczają zastępy Cherubinów, modląc się za nas biédnych i maluczkich ziemi.
„Ale potém com wyrzekł, serce moje nie pozwala mi przepomnieć i królewskiego tronu N. Maryi Panny. Siedzi ona po prawicy Boga, ponad chórami aniołów, od których bijąca łuna, całe rozpromienia niebo. Dziewica — królowa, tak jest piękna i wspaniała, że aniołowie i święci bezustannie ją podziwiają. Wszyscy korzą się przed nią z uwielbieniem, a przemawiają do niéj, tak cudownemi, tak śpiewnemi słowy, że ani serce ich pojąć, ani język ludzki wypowiedzieć nie może. Owoż ku czci swéj osoby, ta dostojna Dziewica, która nosi koronę w niebie, daje rycerzom swoim takie rumaki, o jakich ucho nie słyszało na ziemi. Rumaki te płowe i białe, prześcigną w locie jelenie, prześcigną i zamorskie wichry. Strzemiona, siodła i rzędy, tkane są misternie szmaragdami i złotem, a na dopełnienie rynsztunku, daje rycerzom swoim białą chorągiew, na któréj przedstawioną jest, jak zwycięża szatana, owego lwa zdradliwego. Ojciec, Syn, i Duch Święty nadali Królowéj niebios, orszak tych rycerzy, ku jéj wiernéj posłudze. Szczęśliwi ci, którzy będą spełniać święte czyny, aby żyć w uczestnictwie świętych, aby jak oni, przybrani w kwieciste korony służyć mogli téj Pani, przez całą wieczność w niebiesiech“.
Tu autor kończy opis szczęśliwości, jakiéj śmiertelny nie zdoła pojąć na ziemi. „Teraz, dodaje, prośmy wszyscy Maryą Dziewicę, aby pośredniczyła za nami, u Syna swego Jezusa Chrystusa i aby nam w końcu żywota, przygotować raczyła niebieską gospodę.“
Zapewne, że w raju brata Jacomino, uderza nas zanadto ziemski przepych, że uciechy skreślone są wyłącznie według klasztornego pojęcia. Wyobraźni dziś ludzkiéj, nie zdoła pociągnąć nadzieja wiecznéj pieśni, pod sklepieniem z pereł i złota. Wszelako poeta daje nam tylko parę zarysów, z widzeń opisanych w XXI i XXII rozdziale Apokalipsy. Tamto objawia się w pełnym blasku nowa Jeruzalem, z murami z jaspisu, ze złotemi i kryształowemi gmachami. Owoż kiedy apostoł Jan święty, najszczytniejszy ewangelista używał owych obrazów, nie chciał on zapewne na tak nędznéj podstawie warować szczęśliwości chrześcian, ludzi wyćwiczonych w pogardzie bogactw, w umartwianiu ciała, w oczekiwaniu męczeństwa. Ale według jeniuszu wschodniego i tradycyi proroków, przemawiał językiem symbolicznym, zrozumiałym wówczas powszechnie. On sam na początku księgi upoważnia do objaśniania figur, a nawet daje wzór jak przystępować do tego. Cała starożytność, a za nią średnie wieki, przyznawały kruszcom i kamieniom, tajemnicze własności i moralne wpływy, brano je zatem powszechnie jako godła. Dlategoto kościół, lubo tak ostrożny w wyborze malowideł przedstawianych oczom chrześcian, kościół, który nie prędko dozwolił wyobrażać piekło na ścianach świętych przybytków, rozpowszechniał jednak sam niebieskie widzenia starca z Patmos. Ztąd powstały przepyszne mozajki, któremi zdobiono sanctuaria tylu bazylik włoskich od V aż do XIII wieku, kędy Jeruzalem niebieska przedstawioną jest w całym blasku, nie wyłączając ani bram promienistych, ani straży aniołów, ani drzewa żywota, wyobrażonego w kształcie palmy, ani rzeki zakończającéj zwykle cały obraz. Częstokroć tu patryarchowie i apostołowie, przedstawieni są w postaci dwudziestu czterech starców w bieli: wyciągają dłonie do góry i podają Chrystusowi zdobyte na ziemi korony, podczas gdy dziewice postępują orszakiem, a męczennicy wspaniale przyodziani, niosą palmy w ręku. Mógł to widzieć brat Jacomino u św. Jana Laterańskiego i świętéj Praxedy w Rzymie, u świętego Apolinara w Rawennie, nakoniec u św. Marka w Wenecyi, lub też w innych zburzonych późniéj kościołach na téj pięknéj ziemi włoskiéj, gdzie tyle budowano, i tyle niszczono nawzajem; a słyszał téż nieraz tłumaczenie tych symbolów, z akademickich katedr i kościelnych kazalnic[50].
Ale wiara spokojna i skupiona piérwszych chrześcian, nie zdołała już zaspokoić wyobraźni wojowniczéj ludzi średnich wieków. Obraz nieśmiertelności musiał być zastosowanym do nowego rozwoju pojęć i obyczajów, księga Diaeta salutis, przyznawana świętemu Bonawenturze, opisuje zgromadzenie świętych, jakoby rycerski dwór, odpowiadający wyobrażeniom owoczesnego ludu. Chrystus panuje tam jako Pan wszechwładny, N. Panna jako królowa, otoczona świetnym orszakiem dziewic; patryarchowie i prorocy stanowią przyboczną radę; Apostołowie wyobrażeni są jako potężni hetmanowie, a męczennicy jako waleczni rycerze, którzy podbili trzy królestwa: świata, ciała i djabła[51]. Wielu krytyków, uznało ten opis za niegodny poważnego pióra św. Bonawentury, wszakże wyciśnięte na nim rycerskie piętno, dowodzi, że jest dziełem ucznia św. Franciszka i niejako zastosowaniem do owego snu, w którym święty widział ściany niebieskiego pałacu, pokryte trofeami i bronią. Brat Jacomino zaszedł daléj, przedstawia bowiem rycerzy na białych rumakach, a konie jego bojowe biją kopytem złoty piasek niebieskiéj Jeruzalem, jak te rumaki, co niegdyś w dzień Wniebowzięcia, niosąc mężów w progi katedry, postępowały pomiędzy dwoma rzędami dziewic. Do obrazu duchownego raju, który zadowalał pobożność pierwotnych chrześcian, przyłączył się teraz obraz raju rycerskiego, lepiéj odpowiadający pojęciom wojowników XII i XIII wieku.
Już ta melodya Boska, którą brat Jacomino tak uroczo opisuje, już te pieśni nieznane na ziemi, te kwiaty na skroni świętych, są piérwszym szkicem poetycznego raju, utworzonego dla nowych, ogładnieiszych umysłów. Dante uzupełni snadno ten obraz, nie ziemskiemi prawie zarysami, gdy wystawi niebo w postaci wielkiéj róży białéj, któréj liść każdy, jest tronem błogosławionego, a z któréj kielicha aniołowie jakby rój pszczoł, wzlatują ku nieśmiertelnemu słońcu. Tymto sposobem sztuka chrześciańska nagina się stopniowo według usposobienia umysłów i objawia im żywot przyszły, którego pojąć nie mogą, o którym sztuka przepomnieć im nie daje. Z tych jednak pierwszych aczkolwiek słabych zarysów, rodzi się myśl o czysto duchowéj szczęśliwości, spoczywającéj w rozmyślaniu, o nieskończonéj prawdzie, w wiekuistym postępie inteligencyi i miłości. Nie inaczéj myślał stary poeta z Werony: wszystko w jego pieśni jest figurą i przenośnią. W gruncie nie zna on innego raju nad widok oblicza Bożego, nad światło Bożéj prawdy, nad płomień Jego miłosierdzia. Najwyżéj podnosi go w oczach naszych piękny rys że wybrani miłować się będą taką miłością, iż jeden drugiego wyznawać będzie za mistrza.“ Słowa te nabierają znaczenia, gdy pomyślimy, w jakich czasach krwawych walk, nienawiści i pychy skreślonemi zostały.
Aby wypełnić obraz historyi jeniuszu franciszkańskiego, owéj drugiéj epoki, wspomnijmy pokrótce o trzech pomnikach, w których się uwydatnił nieśmiertelnemi rysy. Mówimy o kościele N. Panny Chwalebnéj (la Gloriosa) w Wenecyi, św. Antoniego w Padwie, i Ara Coeli w Rzymie.
Nie jeden podróżny, zwiedzając Wenecyą, zachwycony niezrównaną pięknością św. Marka, niesłusznie pomija inne kościoły, które jednak same przez się, mogłyby być chlubą każdego miasta. Takim jest kościół N. Panny Chwalebnéj (Gloriosa) wzniesiony przez Braci Mniejszych 1250 roku, podczas gdy bracia zakonu Kaznodziejskiego, budowali tuż obok, po drugiéj stronie kanału, kościół św. Jana i Pawła. Tam zarówno jak w Bolonii i Florencyi, widzimy dwa zastępy św. Dominika i św. Franciszka, rozłożone we dwa obozy, po dwóch stronach miasta, współzawodniczące z sobą, tak w budowie gmachów, jakotéż i w gorliwości chrześciańskiéj. Dominikanie więcéj mieli artystów w swojém gronie, Franciszkanie większy wpływ wywierali na zewnątrz. Budując przybytek swój w Wenecyi, przyzwali oni słynnego Mikołaja z Pizy, który wraz z Arnoldem di Lapo i Cimabue’m, wykołysali odradzającą się sztukę włoską. Mikołaj narysował plan kościoła, poważny i bez ozdób, jaki przystał ubogim kwestarzom; ale przystroił go przepysznym przedsionkiem, jakby zachęcając przechodnia do wstąpienia w progi przybytku. Wewnątrz wszystko było wielkie: trzy nawy wyrównywały rozmiarem katedrze, a prezbiteryum zdobne w długie różnobarwne okna, wybiegało w górę, jakby goniąc ślady N. Maryi Panny w Jéj niebieskiéj chwale. Lud włoski, trafny w pomysłach nadał kościołowi temu nazwę Gloriosa. Pod cieniem owéj czystéj, a cichéj chwały, spoczywają zwłoki najsłynniejszych Wenecyan: dożów, wodzów, uczonych i artystów, aż do Tycyana i Kanowy. Ci ludzie dumni, namiętni, ale przede wszystkiém chrześcianie, radzi szukali miejsca spoczynku pod strażą pokory i pokuty.
Padwa, równie jak Assyż zawarowała byt swój w jednę myśl, w jedno podanie i grobowiec. Wprawdzie to uczone miasto, nie przepomniało ani założyciela swego Antenora, ani Tytusa Liwiusza, którego wykołysało niegdyś, ani swojéj sześciowiekowéj akademii. Lud jednak chlubi się przede wszystkiem wspomnieniem św. Antoniego, ukochanego ucznia św. Franciszka. Antoni umarł r. 1231, w następnym roku policzonym został w poczet świętych, a w r. 1237, zaczął powstawać wspaniały kościół pod jego imieniem. Wzniesiono ponad grobowcem świętego gmach dziwnéj struktury, przypominający św. Marka w Wenecyi, we wschodnim smaku, o siedmiu kopułach i dwóch dzwonnicach, z poważnym i wybornym frontonem, rysunku Mikołaja z Pizy, i z dwoma różami na bocznych wzrębach, które przypominają najpyszniejsze północne katedry. Ale święci wiele wymagają od swych wiernych: trzeba więc było pokryć malowaniem pilastry, sklepienia i mury. W dwóch mianowicie kaplicach żywot Zbawiciela i dzieje apostolstwa śś. Filipa i Jakóba, oraz cuda św. Antoniego stanowią treść obrazów, pełnych naiwnego, a wzniosłego smaku: najciemniejsze nawet zakąty przybytku, zapełniły się dziełami sztuki. W oratoryum św. Jerzego, dwaj słynni mistrze XIVgo wieku, odmalowali legendę św. Jerzego i św. Katarzyny; a miejsce zwane Scuola di santo, pokryły freski Tycyana. Co więcéj natchnienie zaczerpnięte u grobu św. Antoniego owiało niejako całe miasto. Giotto przybył z umysłu do Padwy i pokrył obrazami ściany kościoła N. Maryi Panny dell’ Arena, zostawiając w nich najpyszniejszy pomnik swojéj sławy. Uczniowie jego w liczbie dwunastu, ozdobili kościół Kamedułów i inne gmachy miasta.
Kościół Ara Coeli starszym jest nierównie od zakonu ś. Franciszka. Za piérwszych wieków chrześciaństwa ta bazylika stanęła na gruntach świątyni Jowisza kapitolskiego, w miejscu, gdzie według podań ludu, sybilla wskazała ś. Augustynowi otwarte niebo, a w niém na ołtarzu N. Pannę Maryą z dzieciątkiem na ręku, podczas gdy głos odezwał się z góry: „Oto ołtarz Syna Bożego“.
Ztąd pochodzi nazwa Ara Coeli, oraz poszanowanie ludu dla tego przybytku, który był już szacowny starożytnością, gdy go Innocenty IV, 1252 roku powierzył straży Braci Mniejszych. Za ichto staraniem kościół przybrał pozór pełen wdzięku i powagi, który dotąd czyni go rzeczywistą ozdobą Rzymu. Zewnętrzna fasada uboga jest i naga; wewnątrz zaś dwadzieścia cztery granitowych kolumn, dzieli kościół na trzy nawy, według porządku pierwotnych bazylik i rozdzielają dwie ambony przeznaczone na czytanie ksiąg świętych. Piękna mozajka Cavallini’ego pobożnego ucznia Giotta, wyobraża proroctwo sybilli, a kaplica ś. Bernarda z Sienny, jaśnieje od fresków pędzla Pinturicchio. Nakoniec rozległy widok z bocznego przedsionka, na forum, kolizeum i pola rzymskie, dodaje uroku miejscu temu. Słowem ów kościół jest wiernym obrazem żywota, jaki zalecał Franciszek święty, żywota ubogiego z pozoru, wewnątrz zaś pełnego łaski, ze spokojnym na wieczność poglądem. Co rok w dzień Bożego Narodzenia wystawioną bywa w tym kościele betleemska stajenka. Tam przy świetle tysiąca świec, widać w żłobku na sianie postać nowonarodzonego Dzieciątka. Zwyczaj miejscowy pozwala w dniu tym małym pacholętom głosić słowo o Bogu, i wzywać tłumy do miłości i do naśladowania dziecięcia Boga, podczas gdy Pifferari tłumnie przybywający z gór Latium wygrywają na kobzach cudne melodye na cześć poblizkim Madonom. Podróżny nieprzywykły do tego rodzaju uroczystości odchodzi nieraz z uśmiechem, ale miłośnik starych legend wracając do domu, otwiera książkę o życiu ś. Franciszka skreśloną piórem ś. Bonawentury, i tam w krótkim ustępie spotyka wiadomość o powstaniu żłobka w Ara Coeli przed sześcioma wiekami. „Zdarzyło się, mówi legenda, że na trzy lata przed śmiercią ś. Franciszek, aby rozbudzić powszechną pobożność, zapragnął uczcić narodzenie Dzieciątka Jezus wspaniałą uroczystością w małem miasteczku Grecio. Otrzymawszy na to pozwolenie od Ojca świętego, kazał przygotować żłobek, przynieść siana, przyprowadzić wołu i osiołka. Bracia gromadzą się na wezwanie, lud przybiega ze wszystkich stron kraju, gaje powtarzają pobożne pienia tłumów, i owa noc pamiętna zajaśniała milionem świateł, zabrzmiała najcudniejszą melodyą. Sługa Boży stał u żłobu przejęty pobożnym zapałem, zalany łzami, z okiem rozpromienioném radością. Msza święta rozpoczęła się, a Franciszek święty jako dyakon, odśpiewał Ewangelią. Rzekł potém słowo Boże, do zgromadzonego ludu i oznajmił mu narodzenie ubogiego króla, którego on w prostocie swojéj zwał częstokroć betleemskiem Dzieciątkiem. Owóż czcigodny rycerz Jan z Grecio (który przez miłość ku Chrystusowi porzucił późniéj światowy oręż) zaświadczył, iż widział na własne oczy, jak maleńkie dziecię cudnéj piękności spało w żłobie, a błogosławiony ojciec Franciszek wziął je na ręce, jakby dla rozbudzenia[52].




IV.
BŁOGOSŁAWIONY JACOPONE Z TODI.

Wielcy poeci nie zwykli się rodzić w czasach bohaterskich czynów. Przychodzą oni na świat wtedy, gdy czas rozproszy mgłę czepiającą się zwykle wszelkiéj ziemskiéj chwały, dopóki jednak żyje w pełni pamięć przeszłości. Iliada jawi się na schyłku pierwszych greckich monarchij, a Wirgiliusz w Enejdzie świetną wyprawia stypę wolności staréj Romy. Opatrzność upadającym społeczeństwom daje poetów, jak każe ptastwu słać gniazda w gzemsach walącego się gmachu, aby go pocieszyć na chwilę.
Ostatnie lata XIII wieku, noszą na sobie zupełną cechę upadku. Dwie wielkie sprawy, są zarazem chwałą i udręczeniem średnich wieków: krucyaty i spory duchowieństwa z Cesarstwem. Już ostatni wojenny okrzyk krucyaty, umilkł wraz ze zgonem Ludwika ś. pod murami Tunis, a zniechęcone chrześciaństwo czuło tylko klęski ściągnione przez święte wyprawy, nie mogąc jeszcze ocenić ich dobroczynnych wpływów. Z jednéj strony całe plemię bohaterskich papieżów rozpoczęte od Grzegorza VII, kończy się z Innocentym IV. Potęga cesarska pokonana w osobie Fryderyka II, wywiera już tylko resztę starganéj władzy na niesfornych wasalach niemieckich. Włochy więc doczekały się końca walki dwóch potęg, duchownéj i świeckiéj, która szarpiąc kraj, zapłodniała go nowém życiem. Zamiast doktryn, chciwość zbroiła teraz miasta przeciw miastom, szlachtę przeciw ludowi, zbogacone mieszczaństwo przeciw nędznym tłumom, a straszne imiona Gwelfów i Gibelinów nie przedstawiały już jak niegdyś dwóch idei, ale wzajemną osłaniały nienawiść. Upadek społeczeństwa oddziałał i na szkołę. Skoro postradała dwóch przewodników ś. Tomasza z Akwinu i świętego Bonawenturę, wszczął się bój zawzięty pomiędzy ich następcami, o duchową, po wielkich zmarłych, puściznę. Subtelność ontologii i dyalektyki zastąpiły potężną metafizykę, która podtrzymywała budowę wielkich pomysłów (Somme) ś. Tomasza. Zaczęto porzucać nauki wyzwolone dla zyskowniejszych nauk, a dziesięć tysięcy uczniów prawa w Bolonii pałało raczej żądzą złota, niż sprawiedliwości. Jeżeli zdolniejsze umysły wyszły niekiedy z tłumu, to widząc smutny stan rzeczy ziemskich, garnęły się do Boga: a gdy do tego w ich sercach pozostało nieco współczucia ku bliźnim, wtedy niezadowoleni z wielkich i uczonych świata, woleli się zwrócić ku nieumiejętnym, maluczkim i ubogim. Takiem było przeznaczenie najsłynniejszego poety zakonu Franciszkanów, wielkiego poprzednika Danta, błogosławionego Jacopona z Todi.
Nie łatwo dośledzić bieg życia tego człowieka nadzwyczajnego, który z murów klasztornych przeszedł do więzienia, a z więzienia w poczet błogosławionych. Ciężkie to były czasy, kościół gorzał cały w płomieniach, duchowni rozpoczęli walkę z papieżem. Idąc w ślad za poetami szkoły Franciszkańskiej, zatrzymajmy się na najwyższym jej przedstawicielu, na twórcy pieśni Stabat Mater: zbadajmy, jakie pobudki natchnęły go wieszczym prawdziwie duchem. Odkryjmy bez wahania usterki jego żywota, albowiem chwała Boża nie polega na tém, aby osłaniać błędy sprawiedliwych. Niechaj się niedowiarki radują z ich odkrycia, niech się nad niemi zdumiewają słabi. Umysły ustalone w wierze, znajdą tu nową pobudkę do ukorzenia się przed wzniosłym duchem chrześciaństwa; ten bowiem nie wymaga od świętych swoich (jak stoicy wymagali od mędrców), aby żywot ich cały wolnym był od wszelkiego zarzutu, nie zakłócony żadną namiętnością, nie splamiony słabością: chrześciaństwo pojmuje świętych w warunkach, w jakich stworzyła ich przyroda, wié, że jako ludzie skłonnymi być mogą do upadku i namiętności, ale wie także, iż w dniu jednym pokuty, żalem i poprawą, zdolni są zatrzeć wieloletnie przewinienia.
W głębi Ombryi na wzgórzu panującém nad spływem rzek Tybru i Naji, wznosi się starożytne miasto Todi z odwieczną katedrą, rynkiem i potrójnym pasem muru. Piérwszy mur sięga czasu bajecznych Cyklopów, drugi dziełem jest Rzymian, trzeci wzniesiony w średnich wiekach ogarnął ludne przedmieścia. Wtedy miasto Todi liczyło pod chorągwią swoją trzydziesto-tysięczny zastęp piechoty i dziesięć tysięcy jazdy: czternaście zamków okolicznych składało mu hołd posłuszeństwa[53]. W témto potężném mieście, wstrząśnioném burzą domowéj wojny, która niemniéj poruszyła do gruntu wszystkie ówczesne rzeczypospolite włoskie, szlachetna rodzina Benedetti, obchodziła uroczystość chrztu dziecięcia zwanego Jakóbem. On sam opisał późniéj w poemacie tkliwe starania, jakiemi otaczano go za lat dziecięcych; opowiedział jak dobra matka wstawała co noc, a trzymając w ręku zapaloną lampę z pełną miłości trwogą, pochylała głowę nad kołyską spłakanéj dzieciny. Nieco późniéj ukazuje on surową a poważną postać ojca, jak chłostą napędza niesforne pacholę do szkoły, broniąc mu ulicznych zabaw z miejskiemi chłopiętami. Wszelako Jakób rychło przebiega trzy stopnie stanowiące tak jak za rzymskich czasów, treść światowéj nauki, tojest: grammatykę, retorykę i prawnictwo. Na dalszą naukę prawa udaje się do Bolonii. Poznajemy obyczaje owéj słynnéj szkoły, gdy Jakób opowiada, jak trwonił pieniądze na stroje, zbytki, na któreby mu nie starczyło wszystko złoto Syryjskie. Wymownie opisuje on, wieczne kłótnie, konieczną potrzebę zemsty, a potém obawę odwetu. Daje wierny obraz Bolońskich uczniów, zawsze zbrojnych w ustawicznym sporze z Magistratem, w walce z pachołkami gminnemi, a tak rozmiłowanych w zbytku, że po skończonym roku, wyprawiali własnym kosztem słynne uczty i turnieje, dopóki władza surowo tego nie wzbroniła[54].
Ale gdy Jakób Benedetti zaszczycony stopniem doktora, został według zwyczaju oprowadzony po mieście konno, w czerwonéj szacie przy odgłosie czterech trąb uniwersyteckich; ważniejsze myśli poczęły go zajmować, a nowa godność dozwoliła mu jak mówi, nagrodzić krzywdę, jaką wyrządził ojcowskiéj szkatule. Doktorowie prawa wielką podówczas mieli wziętość: książęta wybierali zpomiędzy nich kanclerzy, a miejskie gminy podestów. Wreszcie u Włochów XIIIgo wieku chciwych i zamiłowanych w pieniactwie, na wzór poprzedników swoich starożytnych Rzymian, każdy słynniejszy prawnik otoczony był licznym orszakiem klientów. Jakób powróciwszy do rodzinnego miasta więcéj dbał o zysk, aniżeli o zaszczyty. Uganiał się za pieniędzmi zręcznie, nie przebierając środków ku temu: plątał się w zawiły labirynt dygestów i kodeksu, a patronując współziomkom, świetnie własny podźwignął też majątek. Do tylu pomyślności, mniemał, że i prawdziwe dołączy szczęście, gdy z pomiędzy dziewic z Todi, wybrał celującą wdziękami, majątkiem, cnotą i urodzeniem na doczesną towarzyszkę życia. Tu dopiéro czekał go los srogi z rodzaju tych, jakiemi Bóg częstokroć przypomina śmiertelnym o sobie.
W roku 1268[55] miasto Todi wyprawiało gonitwy; młoda małżonka prawnika, zaproszona wraz z drugiemi, zajęła miejsce w gronie szlachetnych niewiast, uczestnicząc w zabawie, której najpiękniejszą była ozdobą. Nagle rusztowanie załamuje się: na huk łamiących się tarcic, na krzyk potrwożonych przybiega Jakób, poznaje żonę w pośród ofiar, porywa ją na ręce jeszcze żywą, zdziera z niéj wierzchnią odzież, ale ona broni się wszelkiemi siłami. Jakób zanosi ją w miejsce ustronne, rozbiera, i pod drogą szatą, spostrzega ostrą włosiennicę: w téj chwili chora skonała.
Ta śmierć tak nagła, surowy i pokutniczy żywot młodéj kobiety wychowanéj w zbytku, wreszcie przekonanie, że grzechy jego były powodem téj pokuty, wszystko to spadło jak grom na duszę prawnika. Rozeszła się pogłoska, że zbytnia boleść pomieszała mu zmysły. Po kilku dniach zupełnego osłupienia, sprzedał dobra, a pieniądze rozdał ubogim. Spotykano go jak odziany w łachmany obiegał kościoły i ulice, a dzieci miejskie wytykały go palcem, nazywając go szalonym Jakóbem, Jacopone. Opowiadano nawet, że wezwany na wesele synowicy, pojawił się w ucztującém gronie w dziwném przybraniu; cały nastroszony był piórami jakby przez urąganie lekkomyślności świata. Rodzina wyrzucała mu to dziwactwo: „Mój brat, odrzekł Jakób, chce uświetnić imię nasze zbytkiem i przepychem, ja chcę szaleństwem do tegoż samego dojść celu“. Jakoż w rzeczy saméj ów to szaleniec miał w przyszłości unieśmiertelnić nieznany ród Benedettich. Pozorném obłąkaniem pokrył on piérwsze uniesienie ascetycznéj pokuty. Myśl o śmierci ścigała go bez spoczynku, szukał uspokojenia w księgach świętych, i odczytywał je od deski do deski. Tam uczył się, jak dobrowolném ubóstwem okupić ma rozkosze pierwszych lat żywota; jak ma znosić upokorzenie, pogardę i szyderstwo ulicznych pacholąt w zamian za oklaski, których tak niegdyś pożądał. Tam się dowiedział jak ma odpokutować chciwość, którą powodowany, obracał dar wymowy na krzywdę bliźniego. I postanowił odtąd nauczać lud, ostrzegając go na wzór proroków widomemi znakami, stokroć potężniejszemi nad słowo. Jak Jeremiasz, który na ulicach Jeruzalem ukazał się okuty w łańcuchy, na znak przyszłéj niewoli, tak i Jacopone przybył na ucztę pół nagi, wlokąc się na czworakach, osiodłany jak bydlę, a wszyscy obecni smutnie pochylili głowy na myśl do czego doszedł człowiek, któremu zazdroszczono losu i powodzenia. Innego razu krewny jego kupił na targu parę kurcząt, i prosił go, aby je odniósł do mieszkania. Jacopone poszedł prosto do kościoła ś. Fortunata, gdzie ów krewny miał grób familijny i położył kurczęta na grobowym kamieniu. W kilka godzin krewny wyrzuca mu z gniewem, że nie zastał kurcząt w domu. Czyliżeś mnie nie prosił, odpowié Jacopone, abym je odniósł do twego mieszkania? A kędyż twój dom, jeśli nie tam, gdzie zamieszkasz na wieki“? Byłyto słowa Dawida: „Ich grobowce będą na całą wieczność ich domami“[56].
W miastach włoskich średniowiekowych u ludu namietnego, naiwnego, żyjącego życiem zewnętrzném, owe przypomnienia biblijne, były na swojém miejscu, a przepowiednie tego rodzaju upoważnione były przykładem świętych. Często gdy szaleństwa Jacopona przygarniały wokoło niego tłumy ludu, on korzystając z przywileju służącego szalonym, rzucał im prawdę w oczy i śmiało zaczepiał występki współrodaków. Wszelako ten mówca długo nie miał stałego posłannictwa. Przyłączył się tylko jako tercyarz do zakonu ś. Franciszka ustanowionego dla gromadki wiernych, którzy nie opuszczając zupełnie świata, chcieli żyć pod prawem ubóstwa i miłosierdzia. Wtedyto, uwolniwszy się od wszelkich światowych względów, wolny jeszcze od obowiązków klasztornych, rzucił się namiętnie w naukę teologii, w zawiłe ciemności tajemnic, w badania niedostępne ludzkim pojęciom. Po dziesięciu latach badań poznał, że umysł jego niesforny, połączony z tak gwatłownym charakterem, potrzebuje ściślejszą skrępować się regułą. To też r. 1278 zapukał do klasztornéj furty i zażądał, aby go przyjęto do zgromadzenia Braci Mniejszych. Długo ociągali się oni z przypuszczeniem szaleńca do swego grona, aż nakoniec Jacopone dowiódł im, że posiada zdrowe zmysły, przyniósłszy dwa utwory, jeden łacińską rymowaną prozą, drugi włoskim napisany wierszem. Tekst łaciński zawierał co następuje[57].
„Czemu świat zaciąga się pod chorągwie próżnéj chwały, któréj pomyślność tak przelotna? Potęga jéj roztrąca się jakby kruche naczynie z gliny. Raczéj niżeli kłamstwu świata, wierzcie pismu skreślonemu na lodzie.... Powiedzcie czém dziś Salomon pełen chwały, i Samson wódz nieustraszony, i piękny Absalon i arcy miły Jonathas? Kędy poszedł Cezar, gdy zstąpił z wysokości swego majestatu i zły bogacz, gdy powstał od biesiady? Jakże chwała świata, krótkotrwałą jest ucztą?! jego wesele mija, niby cień człowieka. O! pastwo nędznego robactwa, o! garstko popiołu! o! kroplo rosy! o nicości, i za cóż się tak wynosisz? Nie wiesz czyli doczekasz jutra; czyń dobrze dziś, czyń dobrze wszystkim bez wyjątku, dopóki to w twojéj mocy. Nie nazywaj tego twojém, co lada chwila postradać możesz. Myśl o tém, co jest na wysokości! zaślij twoje serce ku niebu. Szczęśliwy kto umiał wzgardzić światem!“
Styl tego małego utworu, nie odznaczał się niczem, od zwykłych ćwiczeń szkolnych, ale pieśń włoska, pełną była żywotnéj barwy. Myśl śmiała i samoistna, odbijała pod prostém narzeczem, w formie zastosowanéj do smaku i pojęcia ludu. Boleść i samotność, dwie potężne dźwignie geniuszu, zamieniły prawnika w poetę[58].
„Posłuchajcie, mówi on, o nowém szaleństwie jakie mnie ogarnia. Pragnę stać się umarłym, albowiem źle żyłem na świecie. Opuszczam wesele ziemi, a przedsiębiorę prostszą i mniéj omylną drogę.... Chcę okazać się człowiekiem, chcę zaprzeć się sam siebie, pragnę nieść krzyż i tém upamiętnić moje szaleństwo.... Szał mój polega na tém: Chcę rzucić się cały w pośród ludzi prostych a bredzących, bredzących w świętém obłąkaniu.“
„Chryste, Ty znasz tajemne moje myśli, Ty wiesz w jakiéj pogardzie mam świat, w pośród którego tak długo zostawałem, chcąc się wyuczyć zasad filozofii. Mniemałem, że dosyć znam metafizykę, aby wniknąć w teologią, i pojąć jakim sposobem dusza może połączyć się z Bogiem, przechodząc przez wszelkie stopnie niebieskiéj hierarchii. Mniemałem, że przeniknę w jaki sposób Trójca jedynym jest Bogiem, czemu potrzeba było, aby słowo zstąpiło w przeczystą Dziewicę. Nauka Boska jest rzeczą, to probierz, w którym czyści się złoto; ale teologia sofistyczna, nie jednemu przyniosła szkodę. Owóż posłuchajcie com zamierzył: postanowiłem uchodzić za szaleńca, niedołęgę, dziwaka, człowieka bez zmysłów. Zostawiam wam wszelkie syllogizmy, wędki, słowa i sofizmata; zagadnienia niepodobne do rozwiązania, aforyzmy i subtelną naukę rachunków. Pozwalam wam na całe gardło, do ostatniego tchnienia, przyzywać Sokratesa i Platona; pozwalam wam zbierać wszechstronne a uczone argumenta, zanurzać się w błoto po uszy. Porzucam cudowną sztukę, któréj tajemnice odkrył Arystoteles i doktryny Platona, w których istną widzę herezyą. Inteligencya prosta i czysta, zdoła się podnieść sama i bez pomocy ich filozofii, dojdzie do pojęcia Wszechmocnego Boga.
„Oddaję wam stare księgi tak mi niegdyś ulubione i rubryki Cycerona, co tak słodką napawały mnie melodyą. Pozostawiam wam dźwięki gędźby i urocze pieśni, piękne niewiasty i nadobne dziewice, ich czarodziejskie sztuki, ich zabójcze strzały, ich subtelne obyczaje. Oddaje wam dukaty i karliny i genueńskie talary i wszelkie tego rodzaju mamidła. Pójdę w zapasy z religią tak potężną a niezłomną: jestemli spiżem lub mosiądzem, rychło próba okaże. Idę na wielki bój, na ciężki trud i na krwawą pracę. O! Chryste wspieraj mnie Twoją mocą! spraw, niech odniosę zwycięztwo! Kocham pełną miłością krzyż, którego żar ogarnia już moje serce, będę go błagał pokornie, aby mnie wskroś przeniknął swym szałem. Wyrobię duszę moję do rozpamiętywania cudów, do zwalczenia świata; w słodkim skonie znajdę spokój i wesele. Zobaczę, możnali drogą jaką przedsiębiorę, dobieżyć do raju i tam weselić się pieśnią i uśmiechem nieśmiertelnéj drużyny; Panie, naucz mnie pełnić Twą wolę na ziemi, a nie będę się troszczył, czyli zechcesz potępić mnie lub zbawić[59].“
Po przeczytaniu tych wierszy, Bracia Mniejsi otworzyli bez obawy podwoje zakonu Jacoponowi. Poznali oni, że jego szaleństwo było rodzajem zachwytu samego ś. Franciszka, gdy w pierwszych dniach pokuty przebiegał ulice Assyżu, uciekając przed dziećmi, które z urąganiem rzucały nań kamieniami, lub gdy błądząc samotnie po polu, opłakiwał mękę Zbawiciela. Tenże sam cud męki Chrystusowéj opanował teraz pokutnika z Todi, tchnął do głębi jego serce, skostniałe w prawnych badaniach i w ustawiczném ocieraniu się o doczesne sprawy: pchał go nietylko do stóp ołtarzy, ale i w pola i lasy, słowem wszędzie gdziekolwiek Stwórca objawił się oczom ludzkim w piękności stworzenia. Błąkał się śpiewając psalmy, improwizując wiersze, oblewając łzami swoje pieśni. Obejmował z rozpaczą pnie drzew, a gdy go pytano, czemu płacze, odpowiadał: „O! ja płaczę, albowiem najwyższa miłość nie dość jest umiłowaną“, a jeżeli nalegano nań, aby wytłumaczył, poczém chrześcianin poznać może, iż kocha swego Boga: „Mam ja na to, mówił, pewną próbę: kiedy proszę o co Boga, a Bóg nie spełni mojéj prośby, daje dowód, że go kocham, jeżeli potrafię bardziej go za to miłować; skoro zaś uczyni wprost przeciwnie mojéj woli, za to w dwójnasób odpłacę mu miłością[60].“
Nie były to czcze uniesienia wyobraźni, ale szczere uczucie serca. Tylko w ognisku miłości Bożéj, można było roztlić gasnący płomień miłości bliźniego, w owych wiekach niezgody i nienawiści. Ów prawnik plątany przez długie czasy w spory rodzin, podniecany wszelkiemi namiętnościami, jakie burzyły podówczas miasta włoskie, słowem, współczesny nieszporom Sycylijskim, głosił teraz wzajemne przebaczenie zniewag i jedném uczuciem ogarnął tak współziomków jak obcych. Mawiał on: „wiem, że kocham mego brata, wiem, że choć mnie obrazi i tak kochać go nie przestanę“. Mawiał także: „raduję się pomyślnością korony francuzkiéj, bardziéj niż sam król Francyi, albowiem biorę udział we wszystkiem co mu się zdarzy szczęśliwego, a nie ponoszę trudów panowania“[61]. Posuwając nakoniec miłość do najwyższego kresu dodawał: „Radbym dla miłości Chrystusa cierpieć z najzupełniejszém poddaniem, wszelkie prace żywota, wszelkie trudy trwogi i boleści, jakie tylko myśl pojąć, a usta wypowiedziéć mogą. Radbym także z całego serca, aby skoro dusza moja opuści ciało, szatani porwali ją w miejsce męki i oddali jéj słuszną karę, na jaką grzechem zasłużyła. Niechajby tam cierpiała za siebie i za drugich, aż do dnia ostatecznego sądu, a choćby i dłużéj jeszcze, według woli Boskiego Majestatu. Radbym zaś nade wszystko, aby ci za którychbym cierpiał, weszli przedemną do nieba. Niechby nawet uznali i oświadczyli, iż mi żadnéj nie winni wdzięczności“.
Jest zapewne przesada w tak zuchwałych żądaniach, ale jestto przesada Mojżesza i Pawła św., który pragnął być potępionym za zbawienie grzeszników[62].
Tak podniosłym uczuciom, zagraża częstokroć zbyteczne w nich rozmiłowanie, słowem pycha. Dlategoto Jacopone, chcąc utwierdzić stałą zasadę miłości Boga i ludzi, oparł ją na pogardzie samego siebie. Wyprawiony będąc w uciążliwém poselstwie do Rzymu, dziwił towarzyszów niezrównaną cierpliwością. „Jakże, pytano go, nie znudzisz się ojcze, pożyciem z takimi ludźmi?“ „A ja dziwię się, odpowiedział, że mnie znoszą i nie wypędzą jak szatana“. W rzeczy saméj doktryna jego, jak każdego prawdziwego mędrca, polegała na tém, że człowiek powinien dążyć usilnie do poznania samego siebie. Ale ktokolwiek siebie poznał, uznaje się złym, azatem sądzi się godnym nienawiści i wzgardy; pragnie więc aby go nienawidzono i tym sposobem wytępia w sobie zaród pychy, zawiści i gniewu. Jednakże człowiek nienawidząc złe zawarte w nim, kocha jednak własny byt, który mu przypadł od Boga, a Jacopone chciał pogodzić wszelkie sprzeczności w ten sposób: że człowiek nie powinien wpadać w występek, dla ocalenia praw natury, ale że niemniéj, nie powinien niszczyć praw natury, dla wykorzenienia z niéj występku“[63]. Tym sposobem uchyla on zarzut, niesłusznie czyniony chrześciańskiemu mistycyzmowi, iż zaciskając zbytecznie więzy przyrody, niweczy ją nakoniec w człowieku. Podczas gdy ujarzmiał zmysły, pracował gorliwie nad oswobodzeniem ducha, jak to wyraził w następującéj paraboli, gdzie odbija w pełni poetyczna jego wyobraźnia: „Młoda i piękna dziewczyna, która posiadała drogocenny klejnot, miała pięciu braci nie uposażonych w światowe dobra. Piérwszy z nich grywał na lutni, drugi był malarzem, trzeci przyprawiał wonne olejki, czwarty był kucharzem, a piąty prowadził niegodziwe rzemiosło. Owoż muzyk powodowany potrzebą, przyszedł do dziewczyny i rzekł jéj: miła siostro widzisz żem ubogi, daj mi więc twój klejnot, a ja za to nastroję lutnię i najpiękniejszą zagram ci melodyą“. Ale siostra odrzekła: „Po skończonéj muzyce, kto mi da jeść miły bracie? Nie, ja ci nie oddam klejnotu, ale zachowam go, a przy nim znajdę męża, który mi da przyzwoite utrzymanie“. Potém przyszedł malarz, a za nim inni i każdy domagał się klejnotu, przyrzekając wzajemne usługi. Siostra odprawiała wszystkich temiż samemi słowy. Nakoniec przybył potężny król i zapragnął także mieć klejnot. Dziewczyna odpowiedziała: „Wiedz o tém panie, że ten kamień całém jest mojém bogactwem na ziemi, jeżeli go dam, cóż w zamian od ciebie dostanę?“ I król przyrzekł zaślubić dziewczynę, miéć ją w wielkiem poszanowaniu i zapewnić jéj żywot wieczny, oraz wszelkie pożądane dobra: „Panie, rzecze dziewczyna, obietnice twoje tak są wielkie, że nie mogę ci odmówić daru, czynię go zatém chętnie. I to mówiąc oddała królowi drogi klejnot. Owoż ta młoda dziewczyna wyobraża duszę człowieka, klejnot jestto wolna wola, jedyne dobro jakiemi człowiek rozporządzać może. Pięciu braci wyobrażają pięć zmysłów, królem jest sam Bóg, któremu dusza oddaje się rada, a on ją za to uznaje oblubienicą swoją“.
W téj epoce bliskiéj jeszcze ustanowienia zakonu, gdy każdy klasztor św. Franciszka zachował zakonne podania, rady i przykłady ulubionych mistrzów, słowa brata Jacopona musiały się wiernie przechować w pamięci zakonników z Todi. Bracia opowiadali także, jak wprowadził w czyn, naukę pogardy samego siebie i powściągania zmysłów. Ów uczony prawnik i filozof, wybladły nad rozprawami Arystotelesa i Cycerona, tudzież nad kodeksem Justyniana, nie chciał teraz przyjąć kapłańskich nawet zaszczytów; pozostał prostym braciszkiem zakonu (frère laique) i spełniał dobrowolnie ostatnie klasztorne posługi. Zachował nawet, nadane mu przez lud szydercze przezwisko Jacopone. Przywykły do wygód zbytkowego życia, pościł o chlebie i wodzie, mieszając piołun do zwykłego posiłku. Jeżeli przypadkiem wymyślniejszy pokarm, ułudził chwilowo jego zmysły, karał się za to ciężkiém umartwieniem. Podanie dodaje ostatni rys godny wspomnienia, maluje bowiem niezłomną moc duszy tego pokutnika, dążącego usilnie, a stale do opanowania burzliwéj swéj natury.
Powiadają, że w czasie postu, przypomniał sobie wymyślne uczty, które niegdyś dzielił z przyjaciołmi. Wiedziony pokusą, zawiesił w celi sztukę surowego mięsa i trzymał ją tam, dopóki nie zgniła. „Oto jest (tak mówił do zmysłów swoich), pożądana wam strawa, używajcież jéj do woli“. Ale woń zepsutego mięsa rozeszła się po klasztorze, i wyjawiła przekroczenie reguły. Zwiedzono cele, odkryto winowajcę i zamknięto go w najohydniejszém miejscu. Wtedy pomściwszy się sam na sobie Jacopone, wyśpiewał pieśń zwycięztwa, kończącą się zwrotką: „O radość serca, przez ciebie opiewam miłość“[64].
Zdaje się, że po tak zupełném zaparciu siebie, żywot pokutnika z Todi, powinien był spokojnie dojść do kresu: przeciwnie, nowe niebawem miotają nim burze. W tajemnicy walk wewnętrznych, dzielny duch jego, przygotował się do głośnéj i otwartéj walki, w jaką nieszczęścia współczesne wtrącić go miały, w któréj miał zgrzeszyć skutkiem zbytniéj gorliwości, ale zarazem uniewinnić się czystością zamiarów i chęci.
Jacopone mniemał, że opuszczając świat, uniknie wszelkich niezgód i sporów, szarpiących ludzkość podówczas; niezgoda wszakże, dogoniła go i za klasztornym progiem. Właśnie gdy wstępował do zakonu Braci Mniejszych, zakonnicy rozdzielili się na dwa stronnictwa: z jednéj strony uchylano się od pierwotnego ubóstwa, żądano złagodzenia reguły pisanéj (jak mówiono) dla aniołów, raczéj niż dla ludzi; z drugiéj strony mała liczba gorliwych, chciała powrócić do dawnéj surowości, i uchylała zwierzchnią władzę, jako wspierającą nadużycia. Pierwsi z nich silni byli, mając w ręku najwyższe dostojeństwa zakonu: zwano ich umiarkowanemi (Conventuels, fratres de Comunitate). Drudzy zadziwiali świat szczerością pokuty, a ponieważ lepiéj dochowali ducha reguły, nazwano ich braćmi rygorystami (selatores-spirituales): ku téj stronie przechylił się spragniony pokuty Jacopone. Okoliczności sprzyjały mu zrazu[65].
Wówczas to właśnie, około 1294 roku, stolica apostolska, od dwóch lat była osieroconą. Kardynałowie umyślili oddać wodze kościoła świątobliwemu pustelnikowi, Piotrowi Morrone. Gdy surowy starzec, przywołany z pustelniczéj celi i ukoronowany tiarą papiezką pod imieniem Celestyna V, zawładnął światem chrześciańskim, obrócił całą gorliwość na obostrzenie reguł zakonnych. Bracia rygoryści otrzymali od niego przywiléj, dozwalający im żyć według pierwotnéj reguły, w osobnych klasztorach i pod osobnemi własnego wyboru zwierzchnikami. Jacopone tknięty do żywego otrzymaném dobrodziejstwem, okazał wdzięczność po swojemu, jako człowiek mniéj dbający o przypodobanie się życzliwym przyjaciołom, jak raczéj o zbawienie ich duszy. Napisał do nowego papieża list wierszem, a zawarte w nim surowe rady i ostrzeżenia, nie odpowiadały wcale przyjętym na dworach zwyczajom: „Co zamierzasz Piotrze Moronne? mówi on, rozpoczynasz więc próbę? Zobaczymy dzieło, jakie przygotowały samotne rozmyślania w pustelniczéj celi. Biada ci, jeżeli zawiedziesz oczekiwanie świata! Jak strzała prosto bieży do celu, tak świat cały spogląda na ciebie. Jeżeli nie utrzymasz prosto szali sprawiedliwości, Bóg sam rozstrzygać będzie twoje sądy. Uczułem wielką gorycz serca gdy z ust twoich wyszło słowo: „Ja tak chcę!“ Słowo to wkłada na kark twój ciężkie jarzmo, które snadno potępić cię może. Strzeż się wyższego duchowieństwa, tak chciwego zysków, nic nie zdoła ugasić ich pragnienia. Chroń się od łupiezców, oni pokażą ci białém, to co jest czarném samo z siebie. Jeżeli nie uchronisz się przed nimi, smutną zanócisz piosnkę“[66].
Okrzyk trwogi Jacopona, przypadł do serca Celestynowi, już zatrwożonemu tysiącem niebezpieczeństw, na jakie narażała go nowa godność. Stary pustelnik ujrzał z przerażeniem, iż znajduje się w samym wirze tylu sprzecznych spraw, namiętności i niezgód, szarpiących chrześciaństwo, i uczuł, że do sterowania Chrystusową łodzią, dzielniejszéj potrzeba było ręki. Po pięciu miesiącach władzy, złożył papiezką tiarę i rad powrócił do pustelniczéj celi. Kardynałowie obrali w jego miejsce Benedykta Gaetani, tak słynnego, a tak spotwarzonego, pod imieniem Bonifacego VIII. Charakter energiczny tego papieża, głęboka znajomość praw, tak kanonicznych jak cywilnych, długie lata strawione w odmęcie sporów kościelnych, wszystko to zapowiadało w nim męża stanu; ale słusznie należało się obawiać, czyli zalety świeckiego monarchy, nie staną w sprzeczności z charakterem kapłana, i czyli biegły prawnik, nie zechce czasami posuwać sprawiedliwości, aż do przepomnienia miłosierdzia. Takie były obawy Jacopona, gdy papiéż dręczony szczególnemi widzeniami, wezwał go na poradę. Widział on, jak mówił, dzwon bez serca, którego obwód miał szerokość ziemi. „Niech wasza świętobliwość wié, odparł mnich, że obwód dzwonu oznacza potęgę papiezką, co ogarnia świat cały; ale strzeż się wasza świętobliwość, bo kto wie, czyli serce dzwonu, nie oznacza dobrego przykładu, którego dać nie zdołasz[67].“
Widział Jacopone z boleścią, jak sprawdzały się smutne wróżby, gdy Bonifacy odwołał ustępstwa poprzednika, uczynione braciom rygorystom i poddał ich pod posłuszeństwo umiarkowanego stronnictwa. W chwili gdy taki cios spadł na gorliwych reformatorów zakonu św. Franciszka, szczególne pogłoski poczęły krążyć po świecie: obwiniano Bonifacego, że spowodował abdykacyą Celestyna V, trwożąc go co noc strachami; że wtrącił do więzienia świętobliwego starca i tam zamordować go kazał. Kłamliwe to były wieści, ale siała je niechęć, zbierała łatwowierność, a uwiedzeni zapytywali siebie, czyli można sumiennie uważać za Chrystusowego namiestnika mordercę świętego; czyli abdykacya Celestyna była formalną, a władza Bonifacego uprawnioną dostatecznie; takie pytania powstawały ze wszystkich stron, gdy 10 maja 1297 roku dwaj kardynałowie nieprzyjaźni papieżowi, Jakób i Piotr Colonna, zebrawszy się z nieliczném stronnictwem w zamku Lunghesza, blizko Rzymu, aktem uroczystym śmieli zaprotestować przeciw nieprawnemu wzniesieniu Bonifacego VIII na stolicę apostolską i zapozwali go przed sąd powszechnego soboru[68].
Jacopone nieszczęściem występował w akcie, jako świadek wezwany dla stwierdzenia jego autentyczności. Skutkiem tego, został wyklętym wraz z dwoma kardynałami i całém ich stronnictwem. Mieszkał on od trzech miesięcy w klasztorze, zachowanym przez braci rygorystów w mieście Palestryna, lennéj własności Colonnów i głównéj warowni. Ztamtąd więc tojest z nieprzyjacielskiego obozu, gdzie wszelkie potwarze swobodnie krążyły, poglądał Jacopone na te spory, a skutkiem ułudy jaką Bóg dopuszcza niekiedy na upokorzenie rozumów ludzkich, w tak stanowczéj sprawie, on, stary prawnik, teolog, pokutnik, omylił się jednakże. Ale byłto błąd serca gorliwego o dobro kościoła, a zakrwawionego ciągłemi jego klęskami. Smutek jaki go przejmował w tych dniach poniżenia, daje się czuć w następnym wierszu tchnącym raczéj miłością nie gniewem. „Kościół płacze, płacze i boleje, czuje bowiem nieszczęśliwe położenie swoje. O! arcy szlachetna i słodka matko! czemu ty łzy wylewasz? Znosisz jak widać wielką boleść. Powiedz mi, co pobudza twoje skargi i jęki? Synu! jeżeli płaczę, mam ku temu powody: jestem bowiem bez ojca i bez małżonka; postradałam dziatki, postradałam braci i pokrewnych: przyjaciele moi jęczą w więzach! Moi, żyli niegdyś w pokoju, teraz widzę ich w niezgodzie. Niewierni zowią mnie skażoną, albowiem dzieci moje rozsiewają zgorszenie. Widzę ubóstwo wygnane.... złoto i srebro odbiera znowu hołdy. Nieprzyjaciele moi sprawili wielką ucztę; psują się dawne obyczaje. Ztąd moje łzy i jęki!.... I kędyż patryarchowie pełni wiary i pełni nadziei prorocy? Gdzie Apostołowie napełnieni świętą miłością i męczennicy pełni mocy?... Gdzie gorliwi i sprawiedliwi prałaci, których żywot zbawiał narody? Przepych, potęga i pycha popsuły mi dostojne zgromadzenie wiernych. Gdzież doktorowie pełni mądrości? Widzę niektórych jak wzrośli w naukę, ale żywot ich nie oparty już na moich prawach. W proch mnie podeptali stopą i utrapili do głębi serca. O zakonnicy! wasza wstrzemięźliwość była niegdyś rozkoszą moją! Teraz gdy nawiedzam klasztory, mało który rozraduje mi duszę. Nikt nie bieży na moje krzyki! We wszystkich państwach widzę ukrzyżowanego Chrystusa.... O żywocie! o nadziejo! o radości moja! W głębi serc wszystkich zamarłeś widzę o Panie![69].“
Ale jeżeli miłość zawiedziona, dobywała takie skargi, polityka Colonnów chwytała je na swą korzyść. Żale pokutnika z Todi wsparte powagą jego imienia, niesione na skrzydłach rymu i pieśni, podniecały wrogów Bonifacemu po całéj włoskiéj ziemi. W owymto czasie, jak twierdzą biografowie Jacopona, zjawiła się słynna jego satyra. Tu piórem zbłąkanego Franciszkanina kieruje wyraźnie ręka ludzi stanu. Pieśń włoska przygotowywa drogę aktowi oskarżenia jurystów Filipa pięknego: „O papieżu Bonifacy! nazbyt się zabawiłeś grą tego świata, wątpię, abyś wstał zadowolony z uczty. Jak Salamandra żyje tylko w ogniu, tak ty w zgorszeniu znajdujesz tylko radość i uciechę. Szermierzysz słowem przeciw wszelkiéj religijnéj zasadzie i miotasz bluźnierstwa, z pogwałceniem praw wszelkich. Ani król, ani cesarz, ani ktokolwiek bądź inny, nie uszedł twojéj chłosty. O występna chciwości, twego nieposkromionego pragnienia, i złoto ugasić nie może!“ Słowa to godne nagany, ale pamiętajmy o tém, że Jacopone mniemał w obłędzie, iż osławia usurpatora, nie zaś prawego naczelnika kościoła. Trzeba nareszcie mieć wzgląd, że w wiekach walki, nie zawsze potężne umysły mogą się porozumieć, a nie trwoniąc sił na wzajemne utarczki, zjednoczyć je ku Bożéj służbie. Z takich przykładów, winniśmy czerpać naukę, nie zgorszenie. Przeświadczymy się ztąd, że w czasach stronniczych sporów, może cnota jaśnieć po przeciwnéj nam stronie. Niebezpieczna rzecz zatém, rzucać na oślep pociski, bo mogą dotknąć przeciwnika, godnego ze wszech miar naszéj cześci[70].
Wielkim był błąd zakonnika: okropną też była jego pokuta. Gdy we wrześniu 1298 roku Bonifacy po długiem oblężeniu zdobył Palestrynę, Jacopone musiał w więzieniu odpokutować swoje wiersze. On sam opisuje pieczarę gdzie go zamknięto jakby lwa, mówi, jak krępujące go łańcuchy dzwoniły po kamiennym bruku, jak dozorca przynosił mu w koszu codzienny kęs chleba, jak poił pierś spragnioną w nieczystym ścieku wody. Ale stary pokutnik za nic uważał te męczarnie. Niepodobna było, mówi on, tyle go dręczyć, ile sam pragnął być udręczonym. Od trzydziestu lat błagał Boga o karę, teraz więc w radości, że Bóg go wysłuchał przy brzęku kajdan wyśpiewał pieśń dziękczynienia[71].
Wszelako człowiek ten niezwyciężony w boleści, srodze jęczał pod brzemieniem klątwy. W ciszy więzienia miał czas rozważyć sprawę, dla któréj został wypartym z łona chrześciańskiéj rodziny. Widział się sam jeden w niełasce u Boga i ludzi, podczas gdy sprawcy buntu, sami Colonnowie przyodziani kirem żałobnym, z powrozami na szyi, rzucili się do stóp Bonifacego, uznanego już jednomyślnie wodzem powszechnego kościoła. Poddał się nareszcie i błagał przebaczenia wierszami, w których odbija jeszcze duma niepokonanéj duszy. Więzień wyzywa tu zwycięzcę i sędziego i podaje mu myśl nowego rodzaju walki: „Rozgrzesz, mnie rzecze, a nie folguj karze do ostatniéj godziny żywota. Chłoszcz, póki zechcesz, ja pokonam wszystko siłą miłości. Noszę albowiem na piersi dwie tarcze, one odeprą wszelkie groty: jedna z nich doświadczonego hartu, z twardego dyamentu ukuta: nienawiść samego siebie; druga z promienistego wyrobiona karbunkułu: miłość bliźniego“[72]. Bonifacy nic nie odpowiedział na to pobożne wyzwanie. Trzy miesiące upłynęło, a z rokiem 1300 otworzył się pobożny jubileusz, na który Ojciec święty wezwał wiernych z całego chrześciańskiego świata. Jacopone z głębi więzienia słyszał pieśni pielgrzymów, którzy wlekli za sobą drobne dzieci, a starych ojców dźwigali na barkach, idąc po przebaczenie na grób świętych apostołów. A podczas gdy dwakroć sto tysięcy cudzoziemców, zapełniało rzymskie bazyliki, podczas gdy skruszeni grzesznicy odzyskiwali zatracony spokój, on złamany udręczeniem, nie brał udziału, ani w radości, ani w modlitwie, ani w sakramentach chrześciańskiego ludu. Wezwał więc papieża powtórnym listem pokorniejszym i bardziéj błagalnym od pierwszego[73].
„Pasterz za moje grzechy, wyrzucił mnie z Pańskiéj owczarni i pomimo jęków moich, trzyma zawarte przedemną wrota. O pasterzu! i czemuż cię nie zbudzi głos żalu? Długo wołałem, alem nie został wysłuchany.
„Jestem jak on ślepy wołający na drodze. Gdy przechodnie gromili go, on wołał głośniéj jeszcze. O Boże! miéj litość nademną!“ „Czegóż chcesz odemnie? zapyta pan, Panie! niechaj oglądam znów światło! Niech mogę na cały głos, śpiewać znowu Hozanna, z niewinnemi dziateczkami pospołu!“
„Jam jest sługą setnika, jam nie godzien, abyś Panie spoczął pod moim dachem. Dość gdy na piśmie otrzymam rozgrzeszenie, słowo twoje wybawi mnie z pomiędzy chlewnéj trzody.“
„Za długo już leżę u przedsionka Salomona, po nad brzegiem Pisciny. Wody poruszyły się do głębi, w one dni przebaczenia. Czas ucieka, czekam aby mi powiedziano: powstań weź łoże twoje i powróć do domu twego.“
„Dzieweczka umarła w domu naczelnika synagogi. Gorzéj jęczy dusza moja, pod ciężkiém brzemieniem śmierci. Błagam cię wyciągnij ku mnie rękę, powróć mnie św. Franciszkowi, niech zasiądę miejsce u stołu w pośród moich braci.“
„Przeznaczony na pastwę piekła, już dotykam jego bramy. Religia niegdyś matka moja, wychodzi ku mnie w żałobnym orszaku. Czeka aż potężnym rzeczesz głosem: „stary człowieku powstań!“ Wtedy zamieni w pienia radosne łzy, któremi opłakiwała moje sędziwe lata.“
Tak tkliwe błagania, nie zmiękczyły wszakże surowości Bonifacego VIII. Mówią, że raz gdy przechodził koło więzienia gdzie jęczał Jacopone, pochylił się po nad kratą: „I cóż Jacopone, zapytał, rychłoż wyjdziesz z ciemnicy?“ „Ojcze święty, odparł zakonnik, wtedy wyjdę, gdy sam uwięziony zostaniesz.“ Przepowiednia spełniła się niebawem. Dnia 7 września 1303 roku, Sciarra Colonna, synowiec kardynałów tego nazwiska i Wilhelm z Nogaretu, poseł Filipa Pięknego weszli do Anagni na czele trzechset koni, wyłamali podwoje pałacu i podnieśli na papieża świętokradzką rękę. Papiéż w miesiąc potém umarł ze zgryzoty. Całe chrześciaństwo wieść tę przyjęło z oburzeniem. Nieprzyjaciele nawet polityczni Bonifacego, przypomnieli sobie, że są chrześcianinami, a Dante nieśmiertelnym wierszem, zbezcześcił tych, którzy uwięzili Chrystusa, w osobie Jego namiestnika[74].
Jacopone otrzymał rozwiązanie z klątwy, gdy Benedykt IX bullą z dnia 23 Grudnia 1303 roku zdjął karę ciążącą na Colonnach i ich poplecznikach. Znalazł on w klasztorze Braci Mniejszych w Colazone, spoczynek na ostatnie dni życia. Tu widzimy z upodobaniem, jak ów stary zapaśnik, człowiek tak burzliwy i zapalczywego umysłu, zdolnym jest jeszcze, tkliwém i szczerém uczuciem miłować nietylko Boga, ale i braci ludzi. Przyjaźń pełna słodyczy, wiązała go z bratem Janem z Alwernii, w którym rzec można, odżył duch Franciszka świętego. Raz gdy Jan złamany febrą czwartaczką osłabł na duszy i ciele, Jacomino posłał mu wiersz i upominek. Wierszem wzywał Jana aby się poddał cierpieniu, jak naczynie z kruszcu, poddaje się uderzeniom młota. Przypomina, że cierpienie, jest zadosyć uczynienie dla grzesznika, a chwałą dla człowieka bez grzechu. Upominek dołączony do tych wierszy, składał się z dwóch sentencyj łacińskich: „Uważałem zawsze i uważam za wielką rzecz umiejętność zjednoczenia się z Bogiem; dla czego? bo w tych chwilach zjednoczenia pokora wyrabia się najlepiéj. Ale uważałem także i uważam jako najwyższy dar, umieć się obejść bez obecności Boga. Dla czego? Albowiem w tych godzinach próby, wiara wyrabia się bez świadka, nadzieja bez oczekiwania nagrody, a miłość bez żadnego znaku dobrotliwości Bożéj“[75]. Jest to cała zasada ascetyzmu chrześciańskiego, a nawet w naśladowaniu Chrystusa, nie znajdziemy gruntowniejszéj nauki.
Ani pieśni świętéj Teressy, ani świętego Jana od krzyża, nie są wyższym nacechowane zapałem, od następującego poemaciku Jacopona skreślonego w późnéj starości. Jestto niejako ostatnie drgnienie struny, która niebawem zerwać się miała na zawsze. „O miłości! Boża miłości, czemużeś mnie owładła? Ogarnęłaś mnie do szaleństwa, nie dajesz mi chwili spokoju! Postawiłaś straż u pięciu bram, u pięciu zmysłów moich. Jeżeli wyjdę z siebie wzrokiem, widzę dokoła samą tylko miłość! We wszystkich kształtach widzę ciebie, ty we wszystkich jaśniejesz mi barwach. Jeżeli wyjdę przez wrota słuchu, pragnąc znaleźć spokój i cóż mi zwiastują wszelkie dźwięki? Oto Ciebie Panie! cokolwiek zasłyszę, wszystko mnie uczy jak miłować Ciebie. Którąkolwiek wyjdę drogą, spotykam twój obraz w wielkiem wyryty stworzeniu. Miłości! i czemuż szalony chciałem się chronić przed tobą? O miłości! ja uciekam, żeby nie postradać serca! Widzę, że mnie przeistaczasz całego, że mnie czynisz miłością samą, tak, że nie mieszkam już w sercu mojém, że nie umiem już znaleźć sam siebie. Jeżeli dostrzegam w człowieku jakie złe, występek, lub pokusę, przemieniam się i wnikam w niego: cały przejęty jego boleścią. Miłości bez miary! jakże nędzną ukochałaś duszę! O Chryste umęczony! dotknij mnie ręką Twoją, wyciągnij mnie na brzeg z tego morza. Tu nieustanną przejmuje mnie boleścią widok ciężkich ran Twoich. O! czemużeś je wycierpiał? Uczyniłeś to dla mojego zbawienia“[76].
W końcu roku 1306, Jacopone obarczony latami, złamany burzliwym żywotem, zachorował i uczuł zbliżającą się chwilę śmierci. Bracia nalegali nań, aby przyjął Sakramenta kościoła, ale on oświadczył: że oczekuje na brata Jana z Alwernii, z którego rąk pragnie wziąć Przenajświętsze ciało Chrystusa Pana. Na te słowa zakonnicy jęli się niepokoić, trudno było bowiem, aby brat Jan, mógł w tak krótkim przybyć czasie, niedawno będąc uprzedzony. Ale umierający, jakby ich nie słyszał, podniósł głowę z pościeli i zaintonował hymn: Anima benedetta. Zaledwie dokończył pieśni, gdy bracia ujrzeli zbliżających się dwóch mnichów: jednym z nich był Jan z Alwernii. Niepokonane przeczucie, przywiodło go do łoża śmierci starego przyjaciela: złożył na jego czole pocałunek pokoju, przystąpił do spełnienia świętéj tajemnicy. Wtedy Jacopone uniesiony radością, zaśpiewał pieśń: Jesu, nostra fidanza, poczém wezwawszy braci do dobrego żywota, podniósł ręce ku niebu i skonał. Byłoto w noc Bożego Narodzenia, w chwilę gdy kapłan odprawiając mszę pasterską, w przyległym kościele, zaśpiewał donośnie: Gloria in excelsis!
Pamięć religijnych sporów, zatarła się do reszty. Pozostało tylko po bracie Jacopone, podanie o jego pokucie, przykład miłości Bożéj, posunięty do najwyższego wysilenia natury ludzkiéj, nakoniec jego pieśni ludowe, jakby rosa z nieba, spłynęły na góry Ombryi. Ubodzy i prostaczkowie, miłowali szczerze świętego człowieka, co tak pięknie wyśpiewał im pieśni i tłumnie cisnęli się do jego grobu.
Jacopone uczczony był głosem powszechnym i policzony w poczet błogosławionych. Nie znajdujemy wprawdzie, ani aktu, ani daty jego beatyfikacyi, w rocznikach zakonu św. Franciszka. Wszakże w r. 1596, biskup Angelo Cesi wzniósł w kościele św. Fortunata w Todi wspaniały pomnik, w którym zachował zwłoki świętobliwego pokutnika, ozdobiwszy go napisem: „Tu leżą kości błogosławionego Jacopone Benedetti z Todi, brata zakonu mniejszego, który przejęty zachwytem miłości Chrystusowéj, mocą nieznanéj sztuki zwiodł świat, i zdobył niebo“[77].
Częstokroć duch odszczepieństwa szukał usprawiedliwienia w przykładach świętych, którzy ostrém słowem gromili bezprawia duchowieństwa, alboli których nieszczęścia spółczesne, wtrąciły w walkę z książętami kościoła. Niechętni kościołowi, poruszywszy dzieje do gruntu, pragnąc z łona czasów wykryć nieprzyjacioł papieztwa, nie przepomnieli i o Jacopone. Dowody jednak wymierzone przeciw katolicyzmowi, obróciły się na tém większą jego chwałę. Rzym znosił chętnie, że u bram jego, w mieście zależném od papiezkiéj władzy, składano cześć powszechną człowiekowi sprawiedliwemu, lubo uwiedzionemu. Karą doczesną, ukarał błąd chwilowy, ale dozwolił, aby wieczną chwałą, uwieńczono żywot pełen cnoty. Kościół przebaczając winy Jacopona, nowy dał dowód, iż zbadał do gruntu ludzkie serce i pojmuje panujące w niém sprzeczności: bywa bowiem niekiedy w sercu człowieka miłość surowa, zawistna, nie przebaczająca żadnéj ułomności w ukochanych. Mowa jéj ostra jest, a nieświadomi biorą ją częstokroć za głos nienawiści: bratnie tylko dusze widzą, ile tkliwych uczuć kryje się pod tą szorstką powłoką.
Znamy już poetę, otwórzmy teraz jego księgę, a znajdziemy w niéj mimo pozornego zaniedbania, najpiękniejsze słowa, jakie natchnął kiedykolwiek mistycyzm katolicki.



V.
POEZYE JACOPONA.

Powinniśmy zbadać, jakim sposobem w duszy świętego obudził się nagle geniusz poetycki. Moda nakazuje dziś szukać w pogaństwie jedynych źródeł poetycznego natchnienia; z naszéj strony pragniemy wykazać o ile Ewangelia mogła działać na wyobraźnią: nie Ewangelia osłabiona wymysłami retorów, ujęta w formę światowéj epopei, ale Ewangelia w pełni pierwotnéj powagi, z przerażającemi tajemnicami swemi.
W chwili, gdy Jacopone porzucał majątek, wziętość i poklaski, zdawało się, że opuszcza wszystko, co utrzymywało płomień jego inteligencyi. Przyjaciele mogli przewidywać z żalem, iż tak dzielny umysł stłumi się w klasztornéj zaciszy; ale przyjaciele byli w błędzie, a on odzierając się ze wszystkiego, oswobadzał się tylko. Poezya spoczywa w duszy poety, jak posąg w bryle marmuru; jest ona uwięziona tylko, i musi wydobyć się z niej w całym blasku. Zarówno jak dłuto obciosuje pokłady kamienne, pod któremi kryje się myśl poczęta w duchu rzeźbiarza; tak pokuta, uderzając silnemi ciosami w duszę Jacopona, strącała po jednéj łupiny zmysłowości, próżności i chciwości, tamujące polot jego natchnienia. Uwolniony od światowych związków zbliżył się do przyrody, bezstronniejszą i przenikliwszą miłością ukochał idealną piękność, odbijającą z pod mglistéj zasłony we wszystkich dziełach stworzenia. W chwilach najwyższego uniesienia, wołał przejęty miłością Bożą: „Pójdę kędy mnie wzrok poniesie, zbiegnę doliny, góry i płaszczyzny; zobaczę ażali dobra moja gwiazda da mi spotkać pełną słodyczy miłość. Cokolwiek w szerokim napotykam świecie, wzywa mnie do miłości. Zwierz polny, ptastwo powietrzne, ryby w otchłani oceanu, słowem wszystko co żyje, co oddycha, wszelkie stworzenia śpiewają w obec miłości mojéj[78].“ Gdy duch zasłyszy tę pieśń wszechstworzenia, musi mu także przywtórzyć: sam rytm spłynie wtedy z ust natchnionych. Nareszcie w chwili, gdy Jacopone zamykał się w murach klasztoru, znalazł je brzmiące jeszcze pieśniami św. Bonawentury i św. Franciszka. Nie ma więc dziwu, że dośpiewał dalsze ich tony, że je uzupełnił i udoskonalił, a skąpany łzami pokuty, podniesiony modlitwą i umartwieniem, nieśmiertelne dodał do nich piękności.
Miał on do wyboru dwoiste wzory mistrzów: pieśni włoskie św. Franciszka, albo rymy łacińskie św. Bonawentury. Wiersz rymowany (zwany sequence) wielce przypadł do smaku ludu, kadencya jego miléj wpadała mu w ucho od uczonéj prozodyi starożytnych. Rym łaciński wprowadzony do obrzędów kościelnych za czasów św. Augustyna, uprawiany w szkołach średniowiecznych, doszedł w XIIIym wieku najbujniejszego rozkwitu. Obok cudownych rymów św. Tomasza na cześć Przenajświętszego Sakramentu, hymn Dies irae przypisywany papieżowi Innocentemu III, rozlegał się ponuro pod wzniosłemi sklepieniami kościołów. Jacopone przywtarzając tym pieśniom, odezwał się głosem Maryi bolejącéj u stóp krzyża, i wyśpiewał słynny hymn Stabat Mater dolorosa. Liturgia katolicka nie posiada nic tkliwszego nad tę skargę tak smutną, któréj jednostajne strofy spadają jakby łzy boleści; tak słodką, iż snadno pojąć, że tę nadziemską boleść pocieszyli już aniołowie; tak wreszcie pełną prostoty, że ją sercem pojmowały i niewiasty i dziatki, choć w niedostępnéj im napisana była łacinie[79].
Dzieło to niezrównane, samo przez się utrwaliłoby już poetyczną chwałę Jacopona; ale jednocześnie, ze Stabat Mater u stóp krzyża na Kalwaryi, ułożył Stabat u żłobu, gdzie ukazał Maryą Dziewicę w niepokalanéj radości macierzyństwa. Pieśń tę napisał na takiż sam rym i miarę. Potomność wybrała jednę z pomiędzy dwóch pereł, drugą zaś zagrzebała w prochu niepamięci. Pieśń Stabat Mater speciosa nie była dotąd wydaną. Oto jéj początek, słabo odbijający się w przekładzie, pozbawiony całego wdzięku melodyi i naiwnéj starożytnéj prostoty: „Stała Matka uradowana, stała pełna wesela przy sianku, na którém spało Dzieciątko. Dusza jéj rozpłomieniona i drżąca, przenikniona była promieniem niebieskiéj radości. Któryż człowiek nie podzieli jéj szczęśliwości, widząc Matkę Chrystusa cieszącą się miłym synem? Za grzechy swojego ludu, widziała Chrystusa w pośród bydląt, przejętego chłodem; widziała Chrystusa, słodkie dzieciątko, kwilące w lichém schronieniu, a jednak tak uwielbione. Przed Chrystusem narodzonym w żłobku, obywatele niebiescy przybyli śpiewać pienia niewysłowionéj radości. Stali u żłobu Starzec i Dziewica, stali milczący: serca ich oniemiały z podziwienia[80].“
Ta pieśń przypomina zupełnie obrazy starych mistrzów. Jeden z nich pędzla Lorenza de Credi, wyobraża na pierwszym planie Dzieciątko położone na sianku. Obok stoi św. Józef wsparty na kiju, Najświętsza Marya Panna klęczy przejęta świętą radością macierzyństwa. Obok niéj i za nią ukazują się aniołowie, zdaleka stoi wół i osioł, wierne bydlątka, które wraz z ludem dzieliły radość z Pańskiego narodzenia.
Pomiędzy dziełami Jacopona znajdujemy kilka innych jeszcze łacińskich pieśni; ale ten język uczonych i mędrców, nie przystawał do pokory nawróconego grzesznika. Pobożny pokutnik zarówno jak nie przyjął wyższych święceń, ale pozostał braciszkiem zakonu; tak téż i porzucił łacinę i począł pisać po włosku: nie owym językiem, który Dante zowie językiem dworów, lecz narzeczem ludu osiadłego w górach Ombryi, narzeczem rolników i pasterzy. Wtedyto płomień natchnienia ogarnął go całego, wypłynął na zewnątrz w nieskończonéj liczbie pieśni, dotyczących to najwyższych zagadnień metafizyki chrześciańskiéj, to sporów kościelnych, to nareszcie pełnych namaszczenia tajemnic. Zbiór poezyj Jacopona zawiera 211 pieśni zebranych w siedmiu tomach; podzielimy je na trzy oddziały: na poemata religijne, satyry i drobne utwory pisane w celu upowszechnienia świętéj myśli, lub na uczczenie kościelnych uroczystości.
Mimo, że pokutnik z Todi chciał zagrzebać w wiecznym pomroku umiejętność swoję i naukę, potomność jednak umieściła go w liczbie słynnych teologów. Przytoczyliśmy już poemat, w którym zniechęcony szkolnemi sporami, żegna doktorów i księgi, pragnąc dojść krótszą drogą do poznania prawdy. Często spotykamy podobne przykłady; jednak gdy umysł wyższy wypowiada walkę nauce, nie zawsze dotrzymuje słowa; wróci on znowu pod jéj prawa, żyć będzie nią i umrze na jéj posługach. Gdy Jacopone mniemał, że porzuca filozofią, zmieniał tylko stanowisko na jéj polu, i ze strony dogmatyzmu przechodził do obozu mistyków. Znalazł tam inną szkołę, rozpoczętą od Dyonizyusza Areopagity, do któréj należeli: Scot Erigenes, Hugo i Ryszard z St. Victor, nakoniec św. Bernard. We Włoszech, mianowicie w dolinach Avellana, Vallombrosa i Flory, natchnienie mistyczne wydało kilka pokoleń ludzi poświęconych wyłącznie rozmyślaniu. Umysły zbudzone głosem świętego Piotra Damiana, pociągnięte objawieniami księdza Joachima aż do krańców ostatecznego mistycyzmu, miały już wpaść w bezdeń odszczepieństwa; gdy święty Bonawentura zwrócił je na pewniejsze drogi i wprowadził na wysokość, zkąd mogły bezpieczniéj rozważać Boga, bez obawy upadku. Jacopone poszedł torem tych przewodników, przenikniony do głębi ich wspomnieniem, oświecony blaskiem ich nauki.
Zanim rozpoczniemy rozbiór systematu, który z wielu względów nie wytrzyma krytyki; musimy powiedzieć, że istnieje rodzaj mistycyzmu, nie ulegający najmniejszym zarzutom: mistycyzm prawdziwy, będący zasadą wszelkiéj religii. Każda bowiem religia ma za cel połączyć człowieka z Bogiem węzłem miłości, łaski i nadprzyrodzonego objawienia. Bez tego koniecznego mistycyzmu nie ma teologii chrześciańskiéj: mistycyzm dał natchnienie św. Tomaszowi z Akwinu i Bossuetowi, niedowiarstwo tylko policzyło go do rzędu doktryn, w których prawda połyska pod osłoną fałszu.
Na tém polega zasada filozofii mistycznéj, że uznajemy w sobie chwile wyższego natchnienia, które nagle pod wpływem zachwytu odkrywają nam prawdy, niedostępne czystemu rozumowaniu. Ależ te połyski wtedy tylko oświęcają duszę, gdy ta sama siebie przepomina, gdy wyższym uniesiona polotem, wyzwala się zpod władzy zmysłów i namiętności. Są więc światła ukryte ludzkiéj wiedzy, a pełnym promieniem przyświecające cnocie; jest ku osiągnieniu prawdy droga moralna, pewniejsza od logiki. Dlategoto wszyscy mistycy zaczynają od uznania niedostateczności rozumu: Jacopone idzie daléj jeszcze. Z wymową pełną zapału, daleką od umiarkowania św. Bonawentury, a przypominającą raczéj gorliwość św. Piotra Damiana, odprzysięga się zarówno nauki Arystotelesa i Platona, jak uczonych podań starożytności i wybiegów współczesnej scholastyki, a w metodzie paryzkiego uniwersytetu, która rzuciła tyle światła, widzi tylko pychę wiedzy i próżność słowa. „Paryż, mówi on, podkopał Assyż i wprowadził go na złą drogę.“ Przeciwko sporom téj słynnej szkoły, przeciwko dysputom, jakie gotowa była prowadzić z piérwszym lepszym przybyszem, ukazuje ostateczny egzamen, jaki każda dusza przejść musi, w którym wszelkie sofizmata będą niczém, stawione przeciw syllogizmom Najwyższego Sędziego. W inném miejscu, wystawia mądrość niedostępną fałszywym mędrcom: „próżno, mówi on, przychodzą uzbrojeni w klucze, próżno kołaczą w podwoje, zamknięte dla nich na wieki... Prawdziwa mądrość uczy ludzi miłością i objawia się tylko czystym sercom“[81].
Droga obrana przez mistyków, jakkolwiek śmielsza, nie jest przecież mniéj uciążliwą. Unikając wykrętów logiki, rzucają się w głębokości moralne i ztamtąd zmuszeni są dochodzić do badania człowieka. Usiłują oni przedewszystkiém rozwikłać odmęt upadłéj natury ludzkiej i porozróżniać sprzeczne namiętności, wydzierające sobie wzajemnie rządy w dziedzinie ludzkiego serca. Jak wszyscy chrześciańscy moraliści tak i Jacopone, daje siedm powodów rozprzężenia ludzkiéj woli. Pięć z nich wypływa z rozumu: pycha z czterema córkami spłodzonemi na plagę świata, zazdrością, gniewem, lenistwem i łakomstwem. Dwie ostatnie rodzą się z ciała: nieczystość i obżarstwo. Nie ma dziwu, że poeta z przerażeniem pogląda na to rozrodzenie się złego, że dusza pogrążona w grzechu wydaje mu się piekłem. Pycha, mówi on, zasiada tam na tronie; lepiéj byłoby duszy mieścić w sobie szatana. Zazdrość roztacza tam ciemną chmurę i tak grubym pomrokiem osłania wkoło serce, że nikną w niém ślady wszelkiego dobra. Tam zapala się płomień gniewu i podżega serce do złego, wstrząsa duszą do głębi, miota nią i pęta, jakoby wściekłe zwierzę. Tam lenistwo wieje lodowatym chłodem i wszelki wystudza zapał. Chciwość jak żarłoczny robak wyssysa z serca najżywotniejsze soki. Obżarstwo jak smok pochłania wszystko co napotka, nie pomnąc, że wstawszy od biesiadniczego stołu, przyjdzie zapłacić należytość. Rozpusta, jakby cuchnący płomień siarki trapi duszę, która podejmuje takich gości. Przyjdź ludu, przyjdź i podziwiaj wczoraj dusza była piekłem, dziś oto Bóg w raj ją zamienia[82].“
Ale ta przemiana nie jest dziełem dnia jednego. Odbywa się ona w trzech dobach, które doktorowie nazwali: życiem oczyszczającém, życiem oświeconém światłem Bożém, a nakoniec życiem jednoczącém człowieka z Bogiem.
Trzeba naprzód, aby dusza zatrwożyła się własnego upadku, dlategoto Jacopone stawia jéj parabolę: „Gdyby król francuzki miał córkę i w niéj jedyną dziedziczkę, chodziłaby przyodziana w białą szatę i sława jéj przyświecałaby w kraju. Lecz gdyby ta córka uwiedziona słabością serca, złączyła się z trędowatym i była mu powolną, jakżeby świat uważał taki związek? O! duszo moja! gorzéj uczyniłaś zaprzedając się zwodniczemu światu!“ Na wspomnienie niebieskiego początku swego i pierwotnéj pięknoty, na widok Boskiego obrazu, dochowanego mimo skażenia, dusza czuje żal i wylewa łzy skruchy. Poeta zna tajemną ich potęgę: „O! łzy, woła on, wy macie moc i łaskę! wam przynależy władza, wam królowanie! Wy stawacie same w obec Sędziego, a próżna trwoga nie wstrzymuje was w drodze. I nigdy nie wracacie bez owocu: pokorą zwyciężacie wielkość i zniewalacie Wszechmocnego Boga!“ Ale nie ma skutecznego żalu, bez silnéj żądzy zadosyćuczynienia, odpokutowania i wyrugowania złego do szczętu. Wola jest jak krzepki oracz, wytrwały na chłód i spiekotę: znojem pochylony ku ziemi, nie powstanie, aż ją oczyści do ostatka; nie spocznie na łożu, dopóki rola jego nie zostanie należycie uprawną. Umartwienie ma zatém powściągać i pokonywać zmysły: ukarze słuch surowemi słowy, smak wstrzemięźliwością, węch pielęgnowaniem chorych, dotykanie włosiennicą, aż ciało zwyciężone, poddając się nakoniec, zaniecha wszelkiego rokoszu i skargi[83].
Czas więc aby dusza oczyszczona, rozwinęła polot ku górze i zasługą doszła do téj wysokości, gdzie Bóg nie odmówi jéj światła. Tu mistycy mają zwyczaj ustawiać niby drabinę cnót chrześciańskich. Składają jéj szczeble z siedmiu darów Ducha św., ze czterech cnót kardynalnych, znanych filozofowi, i z trzech cnót teologicznych, przez które święci zdobywają niebo. Szczeble Jacopona przypominają drabinę jaką widział we śnie Jakób patryarcha, opartą na ziemi, a niknącą w obłokach. Lecz z téj drabiny zwilżonéj rosą z nieba, wykwitły już liście i owoce. Na piérwszym szczeblu stoi bojaźń i pokora, początek wszelkiéj doskonałości; na drugim ubóstwo i jałmużna, które pospołu gardzą znikomemi skarby; na trzecim litość i współczucie; na czwartym posłuszeństwo i zaparcie siebie; na piątym wstrzemięźliwość i sprawiedliwość z wagą i mieczem w ręku. Na szóstym szczeblu stoi rada z posiwiałym włosem, i mądrość z otwartą księgą na łonie; siódmego strzeże czystość i inteligencya; na ósmym zasiada moc i wielkoduszność, uzbrojona do boju; na dziewiątym wiara i nadzieja; na dziesiątym wytrwałość z palmą, a po nad wszystkiemi miłość z ognistém berłem w dłoni: „albowiem rzecz wielce sprawiedliwa, aby trzymała piérwsze miejsce, jako królowa ukoronowana i wszechmocna pani.” Dusza postępując po szczeblach niebieskiéj drabiny, czuje dziwną słodycz; a doszedłszy do szczytu, dostrzega z zachwyceniem Niestworzonego, od którego oblicza bijąca światłość, wszelkie ogarnia stworzenia: tam dusza odpoczywa w świętém rozmyślaniu. Wszakże nie zawsze sama cnota może doprowadzić inteligencyą na tak niedostępne wyżyny. Mistycy uznali potrzebę ujęcia w ład polotu myśli, naznaczając jéj pewne prawidła. Przeciw sztuce szkolnéj stawiają oni ćwiczenia w samotnéj dokonywane celi; a Jacopone wraz z świętym Bernardem, wskazuje cztery stopnie, po których wchodzi się w głąb sanktuarium. Pierwszym jest czytanie z czystą myślą i prostotą ducha; daléj rozmyślanie przyswaja sobie treść tekstu; potém modlitwa błaga wiekuistą prawdę, aby rozdarła ostateczne zasłony; nakoniec rozpamiętywanie (kontemplacya) cieszy się pełném uczuciem ze zdobytéj prawdy, z wynalezionéj nowéj filozofii, w obec któréj wszelkie inne mglistemi były mrzonkami[84].
Ale jeżeli z początku trzeba było więzić uczucie, aby oswobodzić inteligencyą; teraz gdy inteligencya weszła w posiadanie prawdy, uczucie pała chęcią zjednoczenia się z najwyższém dobrem. Dusza zatém o tyle łączy się z dobrem wiekuistém, o ile się odrywa od dóbr niższego rzędu. Ulata ku wysokości w miarę jak zrzuca z siebie brzemię ziemskie. Tak więc ubóstwo staje się nietylko prostą regułą zakonu św. Franciszka, ale przybiera nadto powagę prawa, władnącego światem duchów. Jacopone zna trzy stopnie zubożenia się, które porównywa do troistego nieba starożytnéj astronomii.
Gdy dusza zrzuciła z siebie namiętną chciwość zbiorów, pychę wiedzy i żądzę chwały: wtedy jaśniejąca cnotą, podobną jest do gwiazdzistego nieba. Wszakże pod świetnemi gwiazdami, wiatr wiejący ze czterech stron świata, zapełnia jeszcze przestrzeń, a i w czystéj duszy walczą nawzajem cztery sprzeczne potęgi: radość, boleść, nadzieja i trwoga. Jeżeli dusza odtrąci te uczucia, jeżeli dojdzie do punktu, kędy wola stanowi bez trwogi i bez nadziei, gdzie cnota sama sobie jest pobudką; od téj chwili staje się podobną do nieba kryształowego, wolnego od burzy, którego ruch jednostajny porusza wszystkie sfery. Nakoniec dusza przez ostatnie wysilenie może odrzucić figury i obrazy, które dopomogły jéj do odkrycia rzeczy niewidzialnych; może posunąć zaparcie aż do nieuznania własnych cnót: słowem może unicestwić się zupełnie. Wtedyto podobną będzie do niebios empirejskich, utwierdzonych po nad otchłanią, w których mieszka Bóg. Taki stan zaprawdę nie ma nazwy: miłość żyje w nim sama przez się bez słowa, bez rozumowania, bez namiętności, w wielkiem świetle, promieniejącém w pośród cieniów. Żyje, ale nie żyje sobie, jéj jestestwo nie do niéj należy; przeistoczona w Chrystusa, wolę Boga, własną uczyniła wolą. Poeta uczcił wielokrotnie cudowną tajemnicę takiego unicestwienia siebie; wié co mu zagraża, to téż doprowadziwszy duszę do szczytu, radzi, aby czuwała: „Gdy się ujrzysz na najwyższym szczeblu wysokości, wtedy duszo moja lękaj się upadku! Pozostań cicha i pokorna, spędź z myśli próżną chwałę, która pobudza naturę ludzką, aby we wszystkiem własną upatrywała korzyść. Złóż dzięki Najwyższéj potędze i powiedz: O! żywocie, błagam ciebie, zachowaj mnie jeszcze! Nie wiem, ażali nie jestem zły i przestępny, wszakże łaska wszelka spływa mi jedynie przez ciebie[85]</ref>!

Stanęliśmy tu nad przepaścią. Gdy Jacopone przeprowadza duszę przez nicestwo, wiodąc ją do Boga, wyrażenia jego przesadne przypominają panteizm judyjski, wystawiając jako kres szczęśliwości wieczną apatyą i unicestwienie ludzkiéj jednostki, w nieskończoności Boskiej. Gdy wielbi spoczynek, w którym milknie wszelka trwoga i wszelka nadzieja; gdy się nie troszczy o zbawienie i żąda piekła, z warunkiem, że tam pomieści z sobą miłość: jest wtedy blizkim kwietyzmu, który obłąkał naówczas tylu fałszywych mistyków[86]. Właśnie, gdy rozdwojenie w zakonie świętego Franciszka dało początek braciom rygorystom, wielu z nich wiedzionych duchem sprzeciwieństwa i nowatorstwa, rzuciło się w nową doktrynę, która od kilku lat niepokoiła kościół: „Jak panowanie Boga Ojca w Starym zakonie ustąpiło miejsca panowaniu Syna, który zakreślił prawa Nowemu zakonowi; tak, mówiono, przyszedł czas, w którym spełnić się miało przyjście Ducha świętego, a w którym na zwaliskach doczesnych zasad miała się ugruntować wiekuista ewangelia. W tych nowych warunkach, człowiek nie opuszczając ziemi mógł dojść do doskonałości błogosławionych, a zatém do ich wolności i bezgrzesznego stanu. Odtąd prawo nie miało go już wiązać, mógł zaniechać wykonywania cnót, aby nie mącić używanego w pełni spokoju; a rozsądek, mistrz zmysłów, mógł bez obawy pozwalać im upragnionéj uciechy.“ Takie marzenia wylęgłe w celach klasztornych, głoszone na zgromadzeniach ludu, podniecały niezliczoną moc sektarzy pod nazwiskami Fratriulów i Beggards’ów, ogarniały Włochy pożogą domowéj wojny, a chrześciaństwo w niebezpieczném stawiały położeniu[87]. Ale pokora Jacopona uchroniła go od tego rodzaju obłąkania. W najwyższym ducha zachwycie, ma on świadomość swojéj ułomności; wie, że z najwyższego podniesienia duch ludzki upaść może, że rozmyślanie nie uwalnia od zasługi czynu. Ten sługa prawdziwéj miłości, zawistnie ściga adeptów miłości skrzywionéj, a obelgi jakie na nich miota, dają nam żywotnie poznać ówczesne spory. „Miłość nie oparta na mądrości, nie umié dostrzedz nadużycia: obala prawa, ustawy i obyczaje: mniema, że doszła do takiéj podniosłości, gdzie żadne prawo zobowiązywać już nie może. Ale ty miłości, w któréj jest źródło żywota, ty nie obalasz praw, ale je zachowujesz: a tam, gdzie ich nie ma, stanowisz je sama. Tak zaiste, wszelki czyn jest dozwolonym, ale nie każdemu. Kapłanowi ofiara, małżonkom wspólne pożycie, sędziemu miecz sprawiedliwości. Kto żyje bez prawa, w bezprawiu téż zaginie. Trafi do piekła, kto drogę obrał ku piekłu. Tam nagrodzą się wszelkie nienawistne Bogu bezrządy. Ci co społem grzeszyli, społem téż odcierpią karę“[88].





  1. Tytuł dzieła: „Les poëtes Franciscains en Italie au treizième siècle, avec un choix des petites fleurs de Saint François traduites de l’Italien, suivis de recherches nouvelles sur les sources poétiques de la Divine Comédie. Paris. 1855.“ Fryderyk Ozanam urodził się d. 23 sierpnia 1813 r. umarł w saméj sile wieku 1853 r.
  2. Katakumby, na które już Bosio, d’Argincourt i Bottari rzucili wielkie światło badaniami swemi, wyjdą rzec można z głębi ziemi, pod piórem panów Marchi i Ludwika Perret. Zanim te dwa wielkie dzieła pojawią się na widownią powszechną, należy zwrócić uwagę na uczony Obraz Katakumb przez p. Raula Rochette (Tableau des Catacombes) i na książkę księdza Gaume, poświęconą im wyłącznie w dziele p. n. Rzym Troisty (Trois Romes). Chcąc jednak zebrać pierwotne tchnienie świętéj poezyi, poznać symbolizm teologiczny, pochwycić Boskie wspomnienia przechowane w owych cmentarzach, trzeba wziąć za przewodnika dzieło księdza Gerbet: p. n. Szkice Rzymu chrześciańskiego, Esquisses de Rome Chretienne T. I, str. 144, T. II, str. 104.
  3. Malowania katakumb przedstawiają niekiedy dobrego pasterza niosącego na ramieniu koźlę zamiast owcy. Archeologowie uważają to wyobrażenie jako niewolnicze naśladownictwo sztuki pogańskiéj, według któréj malowano Apollina w ubiorze pasterskim, pasącego trzody Admeta i dźwigającego na barkach młode koźlę. Można temu symbolowi nadać głębsze i prawdziwsze teologiczne znaczenie, zwracając uwagę na ówczesne spory. Gdy w drugim wieku sekta Montanistów nie przyznawała kościołowi prawa odpuszczania grzechów popełnionych przed chrztem świętym, katolicy przeciwstawili im przykład dobrego pasterza, odnoszącego do owczarni zabłąkaną owcę; ale Tertulian, który właśnie ognistą wymową jął posługiwać herezyi, wyrzucał katolikom, jakoby znieważyli ową parabolę, malując ją nawet na czaszach używanych do biesiad. „Chrystus mówił on, ocala jedno owce: dla kozłów nie zna miłosierdzia“ (De pudicit: cap: 7. 10. 13.) Kościół odpowiedział na tę przewrotną doktrynę, mieszcząc koźlę na ramionach wiekuistego pasterza. Dla usunięcia wszelkiéj wątpliwości w tym względzie S. Eucher w piątym wieku, wyjaśniając prawidła symbolizmu chrześciańskiego, oświadcza, że owce oznaczają sprawiedliwych, a kozły grzeszników. (Liber formularum spiritualis intelligentiae).
  4. Te objaśnienia nie są dowolnie podawane, ale raczéj wzięte są ze starożytności chrześciańskiéj. Klemens z Alexandryi: Paedagog III, Constitut. Apost. lib: V cap. 7., S. Augustin Epist: 48 id. De civ. Dei XVIII, 23. Optatus Milevit, Contra parmen III, 2, S. Eucher, Liber formularum spiritualis intelligentiae.
  5. Te dwa wiersze zawierają całą historyą św. Marka. Ów uczeń św. Piotra z polecenia głowy Apostołów opowiadał ewangelią w północnych Włoszech; potém został biskupem alexandryjskim: Wenecyanie uwieźli z Alexandryi jego relikwie i dali im świetny przytułek w Wenecyi.
  6. Powiem o tém obszerniéj badając źródła poetyczne Boskiéj Komedyi.
  7. Do téj pracy służyły mi następujące źródła: naprzód pisma samego Św. Franciszka, Opera Sancti Francisci; powtóre trzy biografie świętego: 1. Żywot tego opisany we dwa lata po skonie, przez Tomasza z Celano. 2. Dopełnienie téjże biografii, przez trzech uczniów świętego, którym polecono zredagować ją na nowo. 3. Żywot Św. Franciszka nakreślony późniéj przez Św. Bonawenturę, według żyjących jeszcze podań i licznych dokumentów. Zobacz także Wadding’a Annales Minorum tom 1.; Chavin z Malan, Histoire de St. François d’Assise. Guerres nakreślił także wiele uczonych i pięknych stronnic o Św. Franciszku z Assyzu trubadurze.
  8. W początkach XII wieku Donizo, który pisał wierszem historyą hrabiny Matyldy, znał francuzkie bohaterskie romanse:
    „Francorum prosa sunt edita bella sonora.“ O wędrówkach prowanckich trubadurów po Włoszech, patrz Historyą poezyi prowanckiéj przez Fauriela t. II, i trzy artykuły ogłoszone przez tegoż uczonego w dziele p. n. Biblioteque de l’Ecole des Chartes t III, IV.
  9. Vita a tribus sociis, cap. 1. 4: „Quodam tempore, guerra inter Perusium et Assisium exeunte, captus es Franciscus, cum multis suis concivibus.“ Ibid. II. „Johannes prius vocatus est a matre; a patre vero tum redeunte a Francia, in cujus absentia natus erat, Franciscus postmodum nominatus.
  10. Thomas de Celano X: „Fili, literae sunt ex quibus componitur glorisissimum Dei nomen. Bonum quoque, quod ibi est, non pertinet ad poganos, neque ad aliquos homines, sed ad solum Deum, cujus est bonum.“
  11. Vita a tribus socis t. 1. 10: „Stans in gradibus ecclesiae cum aliis pauperibus eleemosinam gallice postulabat, quia libenter lingua gallica loquebatur, licet ea recte nesciret.“ 11: „Vir sanctus alta et clara voce laudes Domini gallice cantans.“ Cf. Vita a sancto Bonaventura, cap. II Thomas de Celano, cap. III. Vita a tribus sociis cap. I „Liberalior et hilarior, datus jocis et cantibus, civitatem Assisii, die noctuque circumiens... ut filius magni principis videretur. A sociis suis eligitur in Dominum, ut secundum voluntatem suam faceret expensas. Fecit ergo sumptuosam comestionem parari, sicut multotiens fecerat. Cumque refecti de domo exissent, sociique simul eum praecederent, euntes per civitatem cantando, ipse, portans in manu baculum, quasi dominus, parum retroibat post illos.“ Vadding, Annale Minorum, 1: „Cives Assisiates eum vocabant juvenum florem.“
  12. Vita a tribus sociis 11. „Scio me magnum principem futurum“. Thomas de Celano: „Videbatur ei namque domum totam habere plenam militaribus armis, sellis scilicet, clypeis, lanceis et caeteris apparatibus... responsum ei haec arma sua fore militumque suorum.“ Vita a tribus sociis 1. Vita a sancto Bonaventura, 1. Opera Sancti Francisci. S. Bonawentur: XIII. „Eia nunc, strenuissime miles Christi, ipsius fer arma invictissime ducis... Impleta est prima visio quam vidisti, videlicet quod, dux in militia Christi futurus, armis deberes coelestibus signoque crucis insignibus decorari.“ Te myśli tak są wspólne uczniom Św. Franciszka, że w 1687 roku, franciszkanin hiszpański Gabryel de Mata wydał poemat p. n. El cavallero Assisio en el vocimiento, vida e muerte del serafico padre San Francisco, en octava rima. V. Chavin de Malan str. 16 w dodatku.
  13. Vita a tribus sociis 1. „Forsan uxorem accipere cogitasti? Verum dixistis, quia nobiliorem et ditiorem et pulchriorem sponsam quam unquam videritis, accipere cogitavi. Et desiderunt eum.“ Thomas de Celano, 1. S. Bonaventura VII: „In privilegio Pauperitatis, quam modo matrem, modo sponsam, modo dominam nominare solebat.“ Pochwała ubóstwa, Fioretti di san Francisco cap. 13. Modlitwa ś. Franciszka za święte ubóstwo, Opera Sancti Francisci.
  14. Thomas de Celano, IX. „Vox ejus, vox vehemens, vox dulcis, vox clara, voxque sonora.“ S. Bonaventura V. „Repente insonuit cithara quaedam harmoniae mirabilis et suavissimae melodiae non videbatur aliquis; sed transitum et reditum citharaedi, ipsa hinc inde auditus volubilitas innuebat.“Patrz także Fioretti di S. Francisco.
  15. Thomas de Celano 1: „Cumque jam paululum respirasset, et baculo sustentatus, causa recuperandae sanitatis, coepisset huc atque illuc per domicilium ambulare, die quodam foras exivit, et circa adjacentem planitiem coepit curiosus intueri; sed pulchritudo agrorum, amoenitas, et quidquid visu pulchrum est in valle, non potuit eum delectare.“
  16. Vita a tribus sociis 1: „Plango passionem Domini mei Jesu Christi, pro quo non deberem verecundari alta voce ire plangendo per totum mundum.“ Św. Bonawentura IX.
  17. Święty Bonawentura VII, VIII.
  18. Thomas de Celano, IX; Św. Bonaventura VIII: „Consideratione quoque primae originis, omnium abundantiori pietate repletus, creaturas quantumlibet parvas fratris vel sororis appellabat nominibus“. Id. IX. „Exultabat incunctis operibus manuum Domini, et per jucunditatis specula in vivificam consurgebat rationem et causam. Contemplabatur in pulchris pulcherrimum et per impressa, rebus vestigia prosequebatur ubique dilectum, de omnibus sibi scalam faciens in eum, qui est desiderabilis totus... Pietas... que ipsum per devotionem sursum agebat in Deum, per compassionem transformabat in Christum, per condescensionem inclinabat ad proximum, et per universalem consiliationem, ad singula refigurabat ad innocentiae statum“.
  19. Święty Bonawentura, VII, VIII, IX, XII; Thomas de Celano VII: „Cum esset autem, simplex gratia, non natura, coepit se negligentiae incusare, quod olim non praedicaverit avibus, postquam audierant cum tanta reverentia verbum Dei.“ Cf. Vita sancti Galli, Vita sancti Columbani, auctore Jona Bobbiensi apud Pertz. Monumentia Germaniae historica, tom II.
  20. Wadding, Annales ad annum 1224 Bartholomaeus Pisanus. Liber conformitatum. Pars II fol. 2 edycya medyolańska 1510. Jest tam rozprawa p. Affo, o autentyczności poezyi św. Franciszka. Cytuje ją Tiraboschi.
  21. Tekst poematu, przedstawia rodzaj prozy rymowanéj; dajemy tu urywek:

    Altissimo, omnipotente, bon Signore:
    Tue son le laude, la gloria, lo honore,
    E ogni benedictione...
    Laudato sia mio signore, per suora luna e per le stelle,
    In quale in cielo, le hai formate chciare e belle....

  22. Święty Bernard, Opera tom IV, kazanie 4. Cf. Bolland t. II oct., p. 1003.
  23. In foco l’amor mi mise.
    Znajdujemy poemat ten, pomiędzy dziełami Jacopona z Todi lib. VII c. VI, ale nie widzimy w tekscie samym powodu, czemuby wbrew podaniu zaprzeczać utworu tego Franciszkowi świętemu.
  24. Święty Bernardyn Opera. t. IV, kazanie X. W. Jacopone, t. VI c. XVI. Mowa tu o pieśni zaczynającéj się w te słowa:

    Amor di caritate
    Perchè m’ hai si ferito?
    Lo cor tutto partito,
    E arde per amore.

  25. Vasari, Vita d’Arnolfo Petrus Rudolphus Historya seraphicae religionis, lib. II p. 247. Descrizione del sanctuario Assisi, Assisi 1835 r.
  26. Vasari, Vita di Cimabue, Vita di Giotto etc. Descrisione del Sanctuario d’Assizi. Nie przepominajmy także Buffalmano, Giottino Szymona Memmi, którzy pracowali w kaplicach kościoła niższego.
  27. Takie rycerskie zabawy zwały się w Polsce maszkary.
  28. Muratori, Antiquitates Italicae, tom II dissert. 29; de Spectaculis et ludis medii aevi. Donizo, de vita comitisae Mathildis:

    Tympana cum cytharis, stivisque lirisque, sonant hic,
    Ac dedit insignis, dux praemia maxima mimis.

    Francisco du Bui, w niewydanym komentarzu o Boskiéj komedyi, takie oddaje świadectwo królowi Sycylii Wilhelmowi II: „Guglielmo fue un uomo giusto e ragionevole. In essa corte si trovava di ogni perfezione gente, quivi erano di buoni dicitori in rima d’ogni conditione; e quivi erano gli eccellentissimi cantatori, quivi erano persone d’ogni solazzo che si piò pensare vertudioso e onesto“.

  29. Muratori dissert. 20. Rolandinus ab ann. 1214“. Factum est enim ludicrum quoddam castrum, in quo positae sunt dominae cum virginibus sive domicellabus et servitricibus earundem, quae sine alicujus viri auxilio castrum prudentissime defenderunt. Expugnatum fuit hujusmodi telis et instrumentis: pomis dactilis et muscatis, tortellis, pyris et cotanis, rosis, liliis et violis, similiter et ampullis balsami.“ Ricordano Malispini, cap. CCXIX; G. Villani lib. VII. cap. LXXXIX; „Una compagnia e brigata di mille uomini o piu tutti vestiti di robe bianche, con un signore detto d’Amore“, Francesco da Barberino, del Reggimento e costume delle donne-parte V, parte XIX.
  30. Statut Boloński z 1288 roku: „Ut cantatores Francigenarum in plateis communis ad cantadum movari non possint“. Święty Tomasz, secunda secundae, quaest. 168, art. 3. „Histrionum officium non esse secundum se illicitum, dummodo moderate ludo utantur, id est non utendo aliquibus illicitis verbis vel factis ad ludum“. Dante de vulgari eloquentia lib. I, cap. XVI: „Dicimus illustre, cardinale, aulicum et curiale volgare in Latio, quod omnis Latiae civitatis est, et nullius esse videtur“.
  31. S. Bonawentura, Legenda S. Francisci, cap. IV Wadding Annal. ad ann. 1219. Fioretti di S. Francesco, cap. XIII. „Del Maraviglioso capitolo che tenne S. Francesco a S. Maria degli Angeli, dove furono oltre cinque mila frati“.
  32. Fioretti di S. Francesco cap. XL et XLVII. Vita B. Aegidi apud Bolland. Acta SS. 23 april. Vita S. Antonii ibid. 13 junii Litanies de S. François (Chavin du Malan, Histoire de S. François d’Assise, notes p. 210) S. Francesce vexillifer Jesu Christi eques Crucifixi, auriga militiae nostrae.
  33. S. Bonaventura, Legenda S. Francisci, cap. IV Tiraboschi odkrył pierwotne źródło téj opowieści w żywocie ś. Franciszka, skreślonym powtórnie przez Tomasza z Celano, a pozostałych między niewydanemi rękopismami Braci Młodszych w Assyzie. „Erat in Marchia Anconitana secularis quidam sui oblitus et Dei nescius, qui se totum prostituerat vanitati. Vocabatur nomen ejus Rex versuum, eo quod princeps foret lasciva cantantium et inventor secularium cantionum“... Cf. Wadding. ad ann. 1212 etc. 1225.
  34. Święty Bonaventura przechyla się na stronę Platona, przeciw Arystotelesowi. In magistrum sentent., lib. II, dist. 1, pars 1, quaest. 1 et sermon, 3. In Hexaemer: Aristoteles incidit in multos errores.... execratus est ideas Platonis et perperam.“
  35. S. Bonaventura, Breviloquium, lib. II, cap. XXII: „Et secundum hoc duplex est liber, unus scilicet, scriptus intus, qui est Dei aeterna ars et sapientia, et alius scriptus foris scilicet mundus sensibilis etc. Itinerarium mentis in Deum, cap. II: „Cum omnia sint pulchra et quodammodo delectabilia.... omnes creature istius sensibilis mundi animum contemplantis et sapientis ducunt in Deum aeternum, pro eo quo illius primi principii... illius, inquam artis efficientis, exemplantis et ordinantis, sunt umbrae, resonantiae et picturae, sunt vestigia et simulacra et spectacula. Cap. VII. Oportet quod relinquantur omnes intellectuales operationes et apex affectus totus transferatur et transfermetur in Deum.... Si autem quaeris quo modo haec fiant, interroga gratiam, non doctrinam, desiderium, non intellectum, gemitum orationis, non studium lectionis, sponsum, non magistrum, Deum, non hominem... Moriamur ergo et ingrediamur in caliginem; imponamus silentium sollicitudinibus, concupiscentiis et phantasmatibus; transeamus cum Christo crucifixo et hoc mundo ad Patrem.“
  36. S. Bonaventura, Legenda S. Francisci. Prologus, cap. V. „De austeritate vitae ejus, et quomodo creaturae praebant ei solatium.“ Cap. VIII. „De pietatis adfectu et quomodo ratione carentia videbantur adfici ad ipsum“. Can. XIV: „Alaudae, aves lucis amicae et crepusculorum tenebras horrentes, hora transitus sancti viri, cum jam esset nochs secuturae crepusculum, venerunt in multitudine magna, super tectum domus, et din, cum intiolita quodam jubilati ne rotantes, gloriae sancti, qui eas ad divinas laudes invitare solitus erat, tam jucundum quam evidens matrimonium perhibebant“. Jeżeli nie mówimy tu o rozmyślaniach nad żywotem Zbawiciela, gdzie możnaby wskazać tyle rysów naiwnéj poezyi, nie czynimy tego przez lekceważenie owego ślicznego utworu, ale dlatego, że nowoczesna krytyka, nie przyznaje go świętemu Bonawenturze. Wadding: Scriptores Ordinis S. Francisci, cum supplemento Sbaraleae.
  37. Acta canonisationis S. Bonaventurae, ad calcem operum t. VII Moguntiae, 1609, p. 799: Idem enim piissimus cultor gloriosae Virginis Matris Jesu, instituit ut fratres populum hortarentur ad salutandam eamdem, signo campanze, quod post Completorium datur, quod creditum sit eamdem ea hora ab angelo salutatam“.
  38. Tekst łaciński brzmi jak następuje:

    Ave, coeleste lilium!
    Ave, rosa speciosa!
    Ave, mater humilium,
    Superis imperiosa!
    Deitatis trichmium
    Hac in valle lacrimarum
    Da robur, fer auxilium
    O excusatrix culparum!

    Zresztą krytycy, którzy wyrzucili ten utwor ze zbioru dzieł świętego Bonawentury, odrzucają także i inny utwor przeplatany prozą i wierszem pod napisem: Corona B. Mariae Virginis. Są tam zwrotki pełne wdzięku i harmonii.

  39. Oto początek przekładu Kornela, w którym prostota oryginału niknie pod napuszonym stylem XVII wieku:

    Accepte notre hommage, et souffre nos louanges
    Lis tout céleste en pureté,
    Rose d’immortelle beauté,
    Vierge mère de l’humble et maîtresse des anges,
    Tabernacle vivant du Dieu de l’univers,
    Contre le der assaut de tant de maux divers.
    Donne nous de la force, et prête nous ton aide,
    Et jusqu’en ce vallon de pleurs
    Fais-en du haut du ciel descendre le remède,
    Toi qui sais excuser les fautes des pêcheurs.

  40. Chavin de Malan, Histoire de S. François, p. 125. Sigonius de Episc. Bonon., p. 113. „Non tamen ipse modum praedicantis tenuit, sed quasi concionantis“. Fioretti di S. Francesco: Della prima consideratione della sacrosante stimmate. “Vita S. Antonii de Padua apud Rolland. 13 Juni XIV: „Nec id admiratione vacat, enim in longinqua regione natus educatus longo tempore fuisset, quod Italico idiomate ita polire potuit quae voluit pronuntiare, ac si extra Italiam nunquam posuisset pedem.“
  41. Szerzéj powiemy o tém, badając źródła poetyczne Boskiéj komedyi, w ostatniéj części tego dzieła.
  42. Zobacz dzieło o formach zwyczajnych epopei z czasu Karolowingów p. n. l’Histoire de la poesie Provençale, par M. Fauriel, T. II, Chap. XXV; i o popularności pieśni trubadurów, (Chançons du Geste) w średniowiekowych Włoszech, Alberto Mussato: de Gestis Italicorum post Henricum VII, praefacio ad librum III. „Et solere etiam amplissima regum decumque gesta, quo se vulgi intelligentiis conferant, pedum syllabarumque mensuris variis, in vulgares traduci sermones et in theatris et in pulpitis cantilenarum modulatione proferri.“
  43. Oto początek pieśni o piekle Jacomina:
    A l’onor de Christo, Segnor e Re de gloria, E a terror de l’om, cuitar voio un ’ystoria; La qual spese fiae, ki ben l’avrà in memoria, Contra falso enemigo ell’a far gran victoria.
  44. Nie potrzebujemy wskazywać jak ścisły związek łączy ten utwór z miastem piekielném Danta. Zważmy nadewszystko pieśń III, VII, XIV, XVII Dantowskiego piekła.
  45. Dante, piekło, pieśń XVII, 13.

    Noi andavam con li diece demoni:
    Ahi fiera compagnia!

  46. Ke queste non è fable, ne ditti de buffon.
    Jacomin da Verona, de l’Ordeno de Minori,
    Lo copula de testo, de glose e de sermon.

  47. Apocalyps:, cap. XX. S. Augustin, de Civitate Dei, lib. XX, cap. XXII; lib. XXI, cap. XX. S. Grzegorz, Moralium, lib. XV, cap. XVII; lib. IX, cap. XXXIX. Dialog, lib. IV, cap. XLV. S. Bonawentura, Fascicularius, cap. III. „Dicitur ignis ille ad ignem nostrum tanti esse caloris quanti noster ignis est ad depictum.“ Porównajmy ten ustęp z temi wierszami Jacomina:

    E siccom’ è niente a questo teren fogo
    Quel k’è depento en carta, ne’n mur ne’n altro logo.
    Cosi seravo questo se l’a quel fogo aprovo
    De lo qual Deo ne guardo, k’el no ne possa nosro!

  48. Memorie istoriche della citta Tuscania, da Fr. Ant. Turiozzi. O widzeniach Tundala i Alberyka będą obszerniejsze szczegóły w poetycznych źródłach Boskiéj komedyi. Dante piekło, pieśń XVIII, XXI i XXII.
  49. „De Jeruzalem coelesti et pulchritudine ejus, et beatudine et gaudio sanctorum“.
  50. Apocalyps., cap. XXI i XXII. W rozdziale piérwszym, wierszu 20. Apostoł tłumaczy sam część swego objawienia: „Septem stellae angeli sunt septem Ecclesiarum; et candelabra septem, septem Ecclesiae sunt“. Patrz komentarz Andrzeja z Cezarei, w tomie V: Bibliotheca patrum maxima. Co do komentarzy świętego Wiktoryna, mniemać należy, że się w nie wcisnęło wiele dodatków z VI wieku. O mozajkach w Rzymie i Rawennie, Ciampini, Vetera monumenta, tom I i II. Fabri, Memorie sagre di Ravenna, Diaeta salutis, w tomie VI cytowanéj powyżéj edycyi dzieł S. Bonawentury, lit. X, cap. V: „Fides etiam debet esse coelestis, non terrea... et hoc signat sapphirus, qui habet coelestem colorem, sicut coelum serenum. Spes veniae figuratur per smaragdum, qui colorem habet viridem et gratiosum“.
  51. Diaeta salutis, lib. X, cap. VI: „Ibi enim est Christus, tanquam monarcha praecipuus. Ibi enim est Regina cum puellis.... Ibi sunt angeli tanquam nobilissimi regis domicelli. Ibi sunt patriarchae et prophetae... quibus, tanquam senioribus expertis, revelat mysterium consistorii sui. Ibi sunt apostoli tanquam regis senescalchi, habetes plenitu linem potestatis... Ibi sunt martyres, sicut strenuissimi regis milites.“
  52. Ś. Bonaventura, Legenda S. Francisci, cap. X.
  53. Orlandini, Corografia, fisica, storica, statistica d’Italia, tom X.
  54. Walding, Scriptores ordinis Minorum cum supplemento Sbaraleae, p. 366. Id. Annales ordinis minorum, tom V ad ann. 1298. Rader, Viridarium Sanctorum. Savigni, Histoire du droit Romain, au moyen âge. Le poesie spirituali del B. Jacopone de Todi, frate minore, con le scolie et annotazioni di Fra. Francesco Tresati, da Lugnano, Venetia, Misserini 1617, lib. I, sat. 2, stanz. 7. 13, 14, 15. Tiraboschi, Storia della Lett. Ital., tom IX, lib. I, cap. III.
  55. Piérwszato pewna data, jaką znajdujemy w życiu Jacopona. Żaden akt urzędowy nie świadczy o roku jego urodzenia. Żaden z biografów nie naznacza go stanowczo. Wiemy tylko, że w r. 1298, od dwudziestu lat obrał stan duchowny, a uczynił to w dziesięć lat po śmierci żony.
  56. Wadding, tom V. Psalm. 48, ver. 12: „Et sepulchra eorum domus illorum in aeternum.“
  57. Cur mundus militat sub vana gloria,
    Cujus prosperitas est transitoria?
    Tam cito labitur, ejus potentia,
    Quam vasa figuli quae sunt fragilia etc.
    Rader, Viridarium.

  58. Jacopone. Poesie spirituali, lib. I, sat. 1.

    Udite nova pazzia,
    Che mi viene in fantasia.
    Viemmi voglia d’esser morto,
    Perche io sono visso a torto:
    Jo lasso il mondan conforto,
    Per pigliar piu dritta via.

  59. Odsyłamy do dalszego rozbioru pism Jacopona, badanie tych uczuć na pozór przesadzonych, ale które poeta nagradza w innych ustępach najczystszą i najzdrowszą nauką.
  60. Rader, Wilding, Bartholomaeus Pisanus, Opus conformitatum vitae B. Francisci ad vitam Domini nostri Jesu Christi. Mediolani, 1513, f. 53 recto.
  61. Rader. „Nam de regno Franciae ego melius habeo quam rex Franciae, quia jucundor de suo bono, et honore, et commoditate, et ipse hanc jucunditatem habet cum multa sollicitudine et multis laboribus et augustiis, quae non habeo ego“
  62. Wadding. „Ad haec Jesu Christi amore supplitia tolerarem omnia pro daemonibus, paratus ad inferos ad diem usque supremum judicii habitare, et diutius etiam, quamdiu videcilet divinae majestati videretur necessarium“ etc.
  63. Conformitat f. 53, recto et verso. „Ordo autem odienti est ut odiatur consuetudo vitiorum et diligatur esse naturae, ita quod utrumque suos servet terminos, ut nec propter servandam naturam incidat in vitium, nec propter exterminanda vitia corrumpatur natura.“
  64. Wadding. Jacopone, Poesie spirituali, V, XXII:

    O giubilo del core,
    Che fai cantar d’amore!

  65. Epistola S. Bonaventurae, anno 1266. Wadding, Annales Minor. ad ann. 1278, 1282.
    Tosti, Storia di Bonifazio VIII, lib. III, p. 184. Przytaczamy z upodobaniem to wymowne dzieło, w którém uczony przeor z Monte Cassino, ogłosił ważne historyczne dokumenta.
  66. Wadding, ad ann. 1294. Jacopone de Todi, Poesie spirituali, lib. I, sat. 15.

    Che farai, Pier da Morrone?
    Se’ venuto al paragone.
    Vederemo il lavorato
    Che in cella hai contemplato.

  67. Wadding, tom V, ad ann. 1298.
    Pamięć Bonifacego VIII niesłusznie spotwarzona, znalazła obrońcę w p. Wiseman (Dublin Review, tom XV, n. 22) i w D. Tosti: Storia di Bonifazio VIII. Trzymamy się przedewszystkiem bezstronnego i naocznego świadectwa, kardynała Saint-George, następnie zaś sądu bezstronnych i poważnych historyków, jak Mansi i Doellinger. Mansi trafnie określa charakter Bonifacego VIII temi słowy: „Ingentes animi dotes contulit, quanquam saeculari principatui quam ecclesiastico aptiores“. Annal. eccles. ad an. 1303.
  68. Dupuy, Preuves du different de Philippe le Bel avec Boniface VIII. „Actum in castro Longetiae in territorio Romano, in domo domini Petri de Comite, praesentibus venerabilibus viris Richardo de Montenigro praeposito Remensi; et domino Tommazio de Montenigro, archidiacono Rhotomagensi; dom. Jacobo de Labro, canonico Carnutensi; magistro Alberto de Castiniate, canonico Ebredunensi; magistro Joanne de Gallicano, domini papae scriptore, canonico ecclesiae S. Reguli Silvanectensis; ac religionis viris fratre Jacobo Benedicti de Perusio, ordinis fratrum minorum, testibus ad praemissa vocatis specialiter et rogatis, sub anno Domini MCCXCVII, decima indictione, die Veneris, decima mensis mai in aurora, ante solis ortum.
    Przytoczyliśmy te podpisy, spostrzegamy bowiem między stronnikami Colonnów, pięciu archidyakonów czyli kanoników z Reims, Rouen, Chartres, Embrun i Senlis. Widać tu politykę Filipa Pięknego. Ajenci króla Francyi wchodzą już w układy z nieprzyjaciołmi Bonifacego VIII, jakkolwiek dalekim był jeszcze ostatecznie wybuch walki króla z papieżem.
  69. Wadding, ad ann. 1298. Jacopone, poesie spirituali, IV, IV.

    Piange la Ecclesia, piange e dolura,
    Sente fortura di pessimo stato.

    Co się tyczy rozprzężenia prałatów, Jacopone w najśmielszych nawet wyrażeniach nie dorównywa świętemu Bernardowi Epistol. 42; homil. 4) i świętemu Antoniemu Padewskiemu (Opera Paris 1641, p. 26).
  70. O papa Bonifazio,
    Molto hai jocato al mondo.
    Penso che jocondo
    Non te porrai partire.

    Ta satyra opuszczona w wydaniu weneckiem 1617 roku, znajduje się w edycyi Florenckiéj z 1490 roku i w dwóch rękopismach Biblioteki narodowéj. Biografowie Jacopona jemu ją przypisują. Ale wszyscy mniemają, że ułożoną była przed uwięzieniem poety, gdy tymczasem znajdujemy w niéj dwa niezaprzeczone zastosowania, do spisku w Anagni i śmierci Bonifacego VIII.

    Fu la tua invenzione,
    Subito in ruina!
    Presco eri in tua magione,
    E nullo se trovone
    A poter te garire.

    A daléj:

    Pensevari per augurio
    La vita prolungare...
    Vedemo per penato
    La vita sterminare.

    Potém następuje opis biesiady, która miała znieważyć kościół ś. Piotra w czasie świętego tygodnia. Nie widać tu ani świątobliwości Jacopona, ani świetności jego stylu.
    Sprzeczność i waryanty napotykane w tekstach drukowanych i rękopismach, naprowadzają nas na wniosek, który o ile się zdaje objaśnia wszystko. Jacopone napisał zapewne przeciwko potężnemu wówczas Bonifacemu pierwsze zwrotki piosenki, ta zaś krążąc z ust do ust pomiędzy nieprzyjaciołmi papieża, doszła z czasem do obszerniejszych rozmiarów, pomnożona coraz nowemi zarzutami i przycinkami.

  71. Jacopone, Poesie spirituali, lib. I, sat. 16.

    Che farai, fra Jacopone,
    C’or se’ giunto al paragone?
    Fui al monte Palestrina
    Anno e mezzo in disciplina:
    Pigliai quivi la malina,
    Onde n’ haggio questa prigione etc.

  72. Jacopone, Poesie spirituali, lib. I, sat. 17.

    O papa Bonifazio,
    Jo porto il tuo prefatio.

  73. Jacopone, Poesie spirituali, lib. I, sat. 19.

    Il pastor per mio peccato,
    Posto m’ha mor del’ ovilo.

  74. Dante. Purgat.: XX.

    Veggio in Alagna entrar lo fiordaliso
    E nel vicario suo Cristo esser catto.

    Wadding, Walsingham, ad ann. 1303. Kardynał Saint-George, tak opisuje ostatnie chwile Bonifacego:

    ....Lecto prostratus anhelans
    Procubuit, fassusque fidem, veramque professus,
    Romanae Ecclesiae, Christu dum redditur almus,
    Spiritus, et divi nescit jam Judicis iram.

    Proces wytoczony pamięci Bonifacego VIII na soborze w Vienne, dowodzi, że powtarzał artykuły wiary w obec ośmiu kardynałów. Obok takich świadectw, trudno pojąć czemu Sismondi i Michelet powtarzają o śmierci Bonifacego obelżywe wieści rozsiewane przez jego nieprzyjaciół. Brakuje tam tylko grzmotów, piorunów i gromady szatanów, która według słów Feretusa z Vicencii w postaci drapieżnego ptastwa, miała porwać duszę tego „nowego Faraona“.

  75. Jacopone, Poesie spirituali, lib. II, XXI.
  76. Jacopone, Poesie spirituali, lib. VI, XI.

    O amor, divino amore
    Perche m’ hai assediato?

  77. Wadding Annal., tom VI, ann. 1306. Oto tekst łaciński napisu: „Ossa B. Jacoponi de Benedictis, Tudertini, Fr. Ordinis minorum, qui stultus propter Christum, nova inundum arte delusit, et coelum rapuit“.
  78. Jacopone, Poesie spirituali, lib. VI. XXXIV.
  79. Dajemy tu wierny przekład pieśni Stabat Mater dolorosa:

    Stała Matka bolejąca
    Pod krzyżem we łzach tonąca,
    Gdy na krzyżu Syn Jéj wisiał.
    Któréj duszę tak strapioną
    I w żalu nieutuloną
    Miecz, ach! srogi miecz przenikał.
    O! jak bardzo zasmucona
    Była ta błogosławiona,
    Matka Jednorodzonego.
    O! jak drżała i cierpiała
    Czuła Matka, gdy widziała
    Mękę Boga-syna swego.
    Któryż z ludzi łez nie leje
    Patrząc na to, jak boleje
    Chrystusa Matka rodzona?
    Czyjeż serce się nie skruszy
    Widząc Matkę na katuszy,
    Jak w Synu wespół męczona?
    Za grzechy swojego ludu,
    Widzi go, wśród męki trudu
    I na bicze wydanego.
    Widzi jak Syn Jéj rodzony
    Kona, zewsząd opuszczony,
    Gdy oddaje ducha swego.
    O Matko! źródło miłości!
    Daj mi cząstkę Twéj żałości,
    Bym zapłakał z Tobą — Droga!
    Spraw, niech serce me zapłonie

    I w miłości niech zatonie,
    Twego syna, mego Boga!
    Święta Matko, spraw to, proszę,
    Niech Jezusa rany noszę
    W sercu mojém, ach, głęboko!
    Twego Syna zranionego
    I tak za mnie cierpiącego
    Mękę, postaw mi na oko.
    Spraw, niech zawsze płaczę z Tobą,
    Twoją przeniknion żałobą,
    Nad Twoim ukrzyżowanym.
    Z Tobą niech pod krzyżem stoję,
    Z Twemi zawsze niech łzy moje
    Płyną, nad Twym ukochanym.
    Święta Panno nad Pannami
    Pociesz się mojemi łzami:
    Spraw, bym z Tobą rzewnie płakał.
    Spraw, bym śmierć Chrystusa nosił,
    Bym się w mękę Jego wprosił
    Na rany Jego pamiętał!
    Niech mnie zranią Jego rany,
    Niechaj w krzyżu zakochany
    Męką się Jego upoję.
    Bym nie popadł w ogień wieczny,
    A w dzień sądu stał bezpieczny
    Niech przy Tobie Matko stoję.
    O Jezu! w śmierci godzinę
    Daj mi przez Matki przyczynę
    Osiągnąć zwycięztwa wieniec.
    A gdy ciało skrzepnie w grobie
    Daj, by dusza już przy Tobie
    Czuła, żeś Jéj Oblubieniec. Amen.

  80. Biblioteque nationale, manuscript. Nr. 7785, f. 109 verso:

    Stabat Mater speciosa
    Juxta foenum gaudiosa
    Dum jacebat parvulus.
    Cujus animam gaudentem
    Laetabundam et ferventem
    Pertransivit jubilus.
    O quam laeta et beata
    Fuit illa immaculata
    Mater unigeniti.
    Quae gaudebat, et ridebat
    Exultabat, cum videbat
    Nati partum inclyti.
    Quis est qui non gauderet (sic)
    Christi Matrem si videret
    In tanto solatio?
    Quis non posset collaetari
    Christi Matrem contemplari
    Ludentem cum filio?
    Pro peccatis suae gentis
    Christum vidit cum jumentis
    Et algori subditum.
    Vidit suum dulcem natum
    Vagientem, adoratum
    Vili diversorio.
    Nato Christo in praesepe,
    Coeli cives canunt laete
    Cum immenso gaudio.
    Stabat senex cum puella
    Non cum verbo nec loquela
    Stupescentes cordibus.
    Eia Mater, fons amoris
    Me sentire vim adorris

    Fac ut tecum sentiam!
    Fac ut ardeat cor meum
    In amando Christum Deum,
    Ut sibi complaceam.
    Sancta mater, istud agas
    Prone (sic) introducas plagas
    Cordi fixas valide.
    Tui nati coelo lapsi
    Jam dignati foeno nasci
    Poenas mecum divide.
    Fac me vere congaudere
    Jezulino cohaerere,
    Donec ego vixero.
    Im me sistat ardor tui,
    Puerino fac me frui,
    Dum sum in exilio.
    Hunc ardorem fac communem,
    Ne facias me immunem,
    Ab hoc desiderio.
    Virgo, virginum praeclara,
    Mihi jam non sis amara:
    Fac me parvum rapere.
    Fac ut portem pulchrum fantem (sic)
    Qui nascendo vicit mortem
    Volens vitam tradere.
    Fac me tecum satiari
    Nato tuo inebriari,
    Stans inter tripudia.
    Inflammatus et accensus,
    Obstupescit omnis sensus
    Tali de commercio.
    Fac me nato custodiri
    Verbo Dei praemuniri,
    Conservari gratia.
    Quando corpus morietur
    Fac ut animae donetur
    Tui nati visio.

    Tu kończy się pieśń Jacopona: obca ręka zapewne dodała następujące strofy:

    Omnes stabulum amantes
    Et pastores vigilantes
    Pernoctantes sociant.

    Per virtutem nati tui
    Ora ut electi sui
    Ad patriam veniant. Amen.

    Oto spis innych łacińskich wierszy (sequences) zamieszczonych pomiędzy utworami Jacopona:
    F. 104 verso: Ave fuit prima salus.
    F. 106 recto: Jesu dulcis memoria.
    F. 107 recto. Verbum caro factum est.
    F. 108 recto: Crux te, te volo conqueri.
    F. 108 verso: Cur mundus militat sub vana gloria.
    F. 109 recto: Ave, regis Angelorum.
    F. 111 recto: Stabat Mater dolorosa.

  81. Jacopone, Poesie spirituali, lib. I, sat. 10, sat. 18, sat. 8. Cf. Saint Pierrre Damien. Liber inscriptus Dominus vobiscum cap. 1.
  82. Jacopone, Poesie spirituali, lib. II, 9, 11.
  83. Jacopone Poesie spirituali, lib. V, 15, 23, stance 11.

    O lacrima, con grazia gran forza hai:
    Tuo e lo regno, e tua e la potenza.
    Sola davanti al giudice ne vai,
    Ne ti arresta da ciò nulla temenza, etc.

    Piękne te wiersze przypominają śliczny ustęp ś. Damiana, o potędze łez. De perfectione monachorum, cap. XII: „Lacrymarum quippe mador animam ab omni labe purificat, et ad proferenda virtutum germina nostri cordis arva fecundat. Lacrymae porro quae a Deo sunt, divinae exauditionis tribunal fiducialiter adeunt, et impetrantes praesto quod petunt de peccatorum nostrorum certa remissione confidunt. Lacrymae sunt in foederanda inter Deum et homines pace sequestres, et veraces sunt atque doctissimae in qualibet humanae ignorantiae dubietate magistrae. IV, 33.

    Udite una tenzone
    Ch’è fra l’anima e’l corpo.

  84. Jacopone, II, 31, 26; v. 23, stances. 19—22. Cf. Saint Bernard, de scala claustralium.
  85. Jacopone, II, 23—20; v. 34, VII, 19, v. 23, stance 18.

    Quando tu fossi poi piu alto salita,
    Allor ti guarda piu di non cadere.

  86. Jacopone, II, 20:

    De l’inferno non temere
    Ne del cielo speme avere.

    II, 26:

    Dimandai a Dio l’ inferno
    Lui amando e me perdendo.

    Można tu poznać wszystkie wyobrażenia o kwietyzmie, poruszone w sporze Fenelona z Bossuetem. Zważmy mianowicie Bossueta: Instructions sur les etats d’oraisons lib. III. Wyrażenia poety nie dozwalają nam rozpoznać, czyli to unicestwienie, w którém milknie trwoga i nadzieja, jest u niego stanem przemijającym, czyli téż stanem trwałym i stanowczym. Byłbyto błąd potępiony w dziele: Maximes des Saints. Wprawdzie za jego czasów pytanie to nie miało takiego znaczenia jak następnie; nie dziwmy się więc, jeżeli go nie rozstrzyga w wyrażeniach według zasad ścisłéj teologii.

  87. Raynaldus, Annales eccles. contin. ad ann. 1294, 1297, 1311, 1312. Muratori, Scriptores rer. Italic., IX Historia Dulcini heresiarchae. Wadding, Annales ad ann. 1297.
  88. Jacopone, lib. V, 23, stances. 18, 52, 54, st. 8.

    Voi l’amor che cosi sia
    Che noi stiam contenti al quia,
    Ma imperò che tutta via
    Noi ne sforziamo di fare.

    Jedno tu wyrażenie Dant naśladował.

    State contenti, umana gente, al quia.
    Purgatorio III, 37.

    Lib. V, 1:

    Amore contrafatto
    Spogliato di virtute.

    Niekiedy pieśń Jacopona przypomina najpiękniejszą stronnicę Naśladowania, np. gdy nadaje duszy dwa skrzydła, czystość serca i prostotę intelligencyi:
    „Człowiek wzbija się nad rzeczy ziemskie dwoma skrzydłami, tojest prostotą i czystością.“
    Naśladowanie, księga II, roz. IV.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Antoine-Frédéric Ozanam i tłumacza: Seweryna Duchińska.