O małżeństwie (Orzeszkowa)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł O małżeństwie
Data wydania 1911
Wydawnictwo Tygodnik Mód i Powieści
Pismo illustrowane dla kobiet R. 53, 1911, no 42
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Orzeszkowa o małżeństwie.

Co myślę o małżeństwie wogóle? Instytucya wspaniała, mająca niezmiernie wzniosłą podstawę: połączenie się związkiem ścisłym dwu dusz ludzkich i stanie na straży życia, zdrowia, wzrostu nowych pokoleń ludzkości. Ale wszystkie instytucye i idee doskonałe w samych swych podstawach, bezwyjątkowo psute są przez niedoskonałość tych, którzy wprowadzają je w życie, przez wielką niedoskonałość ludzi. Trzeba było spojrzeć, co ludzie potrafili uczynić z takich idei, jak: religia, patryotyzm i t. p. Idea małżeństwa jest mącona i psuta przez mnóstwo pierwiastków szkodliwych, które wymienić i rozebrać można tylko w obszernym traktacie. Tu uwagę zwrócę tylko na jedno. Ludzie zawiązujący małżeństwo przystępują do tego aktu z myślami — balowemi. Do życia rodzinnego wstępują, jak do sali balowej. Ma tam być samo światło jarzące, sama muzyka czarująca, samo wesele i szczęście. Niestety życie stanowczo sprzeciwia się temu pojęciu i rozbija je na drzazgi. Bańka mydlana szczęścia doskonałego pęka, bo pęknąć musi w podmuchach naszej biednej ziemi i — pozostaje znowu sam tylko zawód, samo jedno cierpienie, nieszczęście. Czy to prawidłowe? Wcale nie. Czy z tych absolutów szczęścia i nieszczęścia nie można wypośrodkować czegoś, coby czyniło życie — pomimo jego smutnych konieczności, — nietylko znośnem, ale pełnem zadowoleń, będących dla nieuniknionych cierpień zbawiennem antydotum? Naturalnie, że tak; że wyrzekając się mirażu szczęścia doskonałego, można z żywiołów życia wypośrodkować znaczną sumę szlachetnych korzyści i trwałego zadowolenia. Jakim sposobem? Trzeba zapatrywać się na małżeństwo nietylko jako na źródło szczęścia, lecz także, jako na pole do spełnienia zadania bardzo wysokiego. Zadanie to posiada stron wiele, ale ja chcę dziś wskazać jedną tylko, mianowicie: wzajemne ulepszanie się, udoskonalanie się małżonków. Bo tu, jak wszędzie na ziemi, o doskonałości marzyć nie należy. Oblubieniec bywa zwykle dla oblubienicy ideałem wszystkich przymiotów dobrych i pięknych. Ale to złudzenie. Zawsze łuski z oczu spaść muszą i oczy dostrzedz braki, przywary, to i owo złe, albo niemiłe. Albo umysł, albo charakter, albo jedno i drugie, obejście się także, przyzwyczajenia i t. d. szwankują. Cóż wtedy czynić? Załamać ręce nad grobem szczęścia? Zrazić się do istoty niedoskonałej? Jej i swoje życie napełnić rozstrojem? Cóż z tego wynika? Pchanie dalej po drodze ułomności i zła tej istoty i samej siebie — tylko. Jedyny ratunek powiedzieć sobie: „Obojeśmy ludzie biedni, ułomni, niedoskonali, obojeśmy wystawieni na złe wichry, wiejące na zewnątrz nas i z wewnątrz, istoty słabe, zmuszone do ciężkiej walki z materyą i z duszami własnemi. Los nas połączył, jesteśmy kamieniem węgielnym domu, więc jednego z ogniw społeczeństwa, dwoma skrzydłami rozpostartemi nad gniazdem, z którego wyłania się przyszłość społeczna, więc zamiast zrażać się do siebie, znienawidzać się, poić się goryczą, bądźmy sobie litościwi, pobłażliwi i nawzajem, nad wyplenieniem u siebie zła, nad rozszerzeniem roli dla dobra, pomocni. Czyli usiłujmy ulepszać się, wzmacniać się, jedno drugie, nawzajem. Jeżeli mam czegoś dobrego więcej, niż on, to się z nim dzielić będę, pilnie patrząc, czy on nie ma jakiejś zalety, cnoty, której mnie brak, a którą wziąć mogę od niego“. I pracować nad tem, aby uczynić jego lepszym czy wyższym przezemnie, a siebie lepszą czy wyższą przez niego. Zadanie cudne, pełne zasługi przed Bogiem i społeczeństwem, a w dodatku, jeżeli pełnione dobrze i skutecznie, to takie czarodziejskie, że jak różdżce Aronowej, może na niem odkwitnąć zwiędły kwiat szczęścia. Tylko warunek jeden: zadanie to inaczej pełnionem być nie powinno, jak tylko z duchem miłości i litości, skromnie i wytrwale. Pychy nie mieć, ułomności i niedostatki własne widzieć tak samo, jak strony drugiej, a ciągle mieć na myśli, że świat ten — morze, życie — burza, my, dwie jednako biedne, walczące łódki, które los związał i które przez morze, przez burzę płynąc, nawzajem dopomagają sobie, aby je otchłań nie pochłonęła. Gdy zamiast pomagać sobie, potrącać się będą — otchłań je pochłonie i co gorsza, wraz z niemi pochłonie, co one niosą, co przez morze i burzę przenieść powinny: ogniwo i gniazdo.
A druga rzecz: strona majątkowa życia. Zabiegi i nieustanne trudy około majątkowych spraw, którym oddaje się mąż, są nieraz źródłem bólu i smutku. Tak być musi, jeżeli oddaje się on im z pominięciem wszystkich innych stron i zadań życia, egoistycznie, a, broń Boże i co już najgorsze, z krzywdą ludzką. I to właśnie jest, od czego żona towarzysza życia swego strzedz powinna, w czem ulepszać go, rozszerzać mu horyzonty, nie dopuszczać zaniku serca, uczciwości, dążeń społecznych. Bo rzecz sama w sobie: praca około zabezpieczenia bytu teraz i na przyszłość, sobie i rodzinie, jest słuszną i dobrą. Nie jestem fanatyczną zwolenniczką systemu kapitalistycznego, myślę, że w następnej ewolucyi rozwoju ludzkości zostanie on przez coś wyższego i sprawiedliwszego zastąpionym, lecz dopóki nie przeżył swego czasu i panuje, jednostka musi stosować się do jego urządzeń, czyli, pracować nietylko na dziś i na kawałek chleba fizycznego, ale na jutro, to jest, na starość, wolną od nędzy i żebraniny, swoją, na przyszłość dzieci z największą możliwie ich oświatą, z ułatwionem wstępowaniem na kolejne drogi pracy. Pomyślność majątkowa poręcza godność moralną rodziny, daje jej możność wpływania i działania na sprawy publiczne, pozwala jej domowi wzbijać się na wyższy szczebel wiedzy, społecznych czynów i dobrego smaku. Z pomyślności rodzin, jako ogniw, powstaje pomyślność społeczeństwa, jako łańcucha. Lazaroni poetyczni są na obrazach — w rzeczywistości podobno złodzieje. Więc w zasadzie mąż, dbając o majątkowe interesy rodziny, czyni słusznie, dobrze i niech mu żona będzie w tem pomocną przez rozsądne rządzenie środkami przez niego wytwarzanymi. Ale zarazem niech będzie w tem jego pochodnią i jego sumieniem; pochodnią, aby nie zapadł w ciemności fachu i rutyny, sumieniem, aby na polu swojej pracy nie zrywał krzywdy ludzkiej. Gdy żona posiada miłość męża i wyższe od niego wykształcenie, niechże więc ta miłość jego i ta oświata będą orężami, któremi ona od duszy jego odegna szatanów samolubstwa i nieprawych zysków. Zawody męskie, zawód kupiecki w szczególności, najeżone są pokusami; niech żona te pokusy zaklina, ścina jego przywiązaniem do siebie, swemi wyższemi pojęciami, nadewszystko dobrocią, tą dobrocią prawdziwą, która dla zła nieubłagana, temu, kto je popełnił, umie być wyrozumiałą i usuwa go z drogi złej — nie odtrącając od serca swego — naprawia, nie raniąc. Wiele też żona może nad mężem przez macierzyństwo, bo mężczyzna, byle trochę dobry i honorowy, zrobi zawsze wiele dla matki swoich synów.


O małżeństwie ornament.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.