Przejdź do zawartości

O książce — żyda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł O książce — żyda
Pochodzenie Nieśmiertelniki
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia A. Gojawiczyńskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


O KSIĄŻCE — ŻYDA.

 To rzecz dziwna.
 Chcę pisać o książce, którą przed chwilą czytać skończyłam i... pisać się boję. Dlaczego? Czy jest ona tak zdrożną? Czy porusza tematy, które zagrozić mogą równowadze społecznej, czy podlega ekskomunice? Nie — ale ja mam lęk przed temi kartkami, w których przecież są same skargi, sam smutek, same łzy. Ja się boję mówić o niej, jak o tym jęku, który w duszę każdego człowieka trafia, jak o tym rozpaczliwym krzyku, który serce każde porusza. A dlaczego się lękam?
 Bo tę książkę napisał — żyd.
 Tak — żyd, krzywdzony lat pięć, żyd, który wydarty dzieciom i żonie konał na bezludnych skałach odległej wyspy, żyd, który był głodny, którego zakuto w kajdany, którego wreszcie cieniem sprowadzono poto, aby go uwolnić, żyd, który...
 Więc tyle cierpień złożyło się na pięcioletnie istnienie człowieka, a ja przecież lękam się pisać o tych cierpieniach. Jakie to dziwne i jakie to straszne! Lękać się poruszyć całe legjony antysemitników, całe kohorty tych, którzy niemal sport albo rentę robią sobie z wzajemnego podszczuwania jednej części ludności na drugą, z odmawiania prawa bytu jednej rasie obok drugiej.
 Dzieckiem jednak ja nie wiedziałam, że są antysemici. Mówiono u nas „Polak wyznania mojżeszowego.“ To było śmieszne, romantyczne, vieux jeux — tak — ale to było głęboko ludzkie i pełne jakiejś słonecznej tolerancji.
 I to już we mnie zostało.
 Więc książkę tę napisał żyd Dreyfus, dał jej tytuł „Pięć lat mego życia.“ Czy pisał to żyd? Ja nie wiem, wiedzieć nie chcę, nie powinnam. Pisał to człowiek, dla którego świeciło słońce, dla którego rozkwitały drzewa, który miał dzieci mądre i dobre, który wypracował sobie stanowisko według wszelkich mądrych reguł, przyjętych przez społeczeństwo i który rodząc się, zajął miejsce wśród reszty ludzi, miejsce wyznaczone mu przez pewien czas, i z którego usunąć się przed terminem nikt nie ma prawa.
 A jednak tego człowieka było za dużo na świecie. Takie się wrażenie odnosi, czytając jego dziennik. Niewytłómaczonym zbiegiem okoliczności on nagle zaczął być nadto, on był niepotrzebny — śmierć jego była pożądaną. Nie dlatego, ażeby ktoś inny chciał zająć jego miejsce, lecz poprostu dlatego, że on nie powinien był istnieć. I jak sfora cała rzuciły się na niego tysiące, krocie. Jakże silny był ten duch, który przetrwał to wszystko! W kartkach jego dziennika, pisanych prosto, bez pozy i egzaltacji — z jakąś godnością, podziwiamy tę walkę ducha, która każe żyć ciału, każe mu istnieć, szarpie je w rozpaczliwym wysiłku i zamrzeć nie pozwala. Ta przewaga moralnej siły nad fizyczną częścią człowieka jest całą podstawą owej książki, którą się czyta z uczuciem jakiegoś bólu i wstydu za te lata, w których się żyło, a w których ta zagadkowa tragedja, tam na wyspie djabelskiej rozwijała się powoli, jak kirowy całun, zrywany ciągle przez siłę olbrzymią duszy tego człowieka. Dreyfus był głodzony, skazany poprostu na śmierć powolną — przykuwany na noc do łóżka, pozbawiony wiadomości o żonie, o dzieciach, o swym własnym losie. A on żył, żył ciągle — podobny do mary, do upiora, w tej klatce pod palącemi promieniami słońca. On żył, zwłócząc co rana z barłogu łachman swego ciała, ażeby jeszcze jeden dzień przetrwać w męce wiecznego milczenia i głodu. I wobec tych słów tak prostych, tych listów do dzieci i żony — wobec opisu tej chwili, gdy w przeddzień wyjazdu na djabelską wyspę dozwolono mu z żoną rozmawiać w odległości trzydziestu kroków i nawet uścisku dłoni zamienić zakazano — wobec tych tortur i tej długiej pięcioletniej skargi, ustaje w sercu każdego człowieka nienawiść rasowa, ustaje wspomnienie, że to „żyd“ — że to ten „wieczny on“ — i mimowoli myślą zwraca się ku zasadzie chrystjanizmu.
 Ogólna miłość, przebaczenie — jakież dalekie musiały być od tych ludzi, który tego jednego człowieka z taką wściekłą nienawiścią na zagładę przeznaczyli! I wreszcie, gdy prawda zaczynała być tak jasną, iż niepokoiła świat cały, gdy ta prawda skupiła koło siebie wszystkie jaśniejsze umysły — wywleczono tego upartego upiora, który umrzeć nie chciał, na światło dzienne, ubrano go w mundur i uczyniono nad nim sąd — bez sądu, prawo — bez prawa, wydano wyrok, za który wstydzili się sami wyrokodawcy, bo w tej chwili zniesiono go komedją amnestji.
 I ten półtrup oślepły — poszedł w świat, zabrawszy swe dzieci i żoną, lecz obecnie uporządkował notatki, pisane na owej wyspie i wydał je w formie książki. Jest to jedna z tych rzadkich książek, które na mnie największe zawsze robią wrażenie. To nie fantazja autora-rzemieślnika, nie rutyna fachowego pisarza — ale kawał życia, coś przecierpianego, coś przeżytego, coś jakby fotografja rany, krwawiącej się lata całe. Ten i ów może nawet dozna zawodu, bo za mało w tej książce pozy i artyzmu.
 Ale jest zato tyle prawdy i łez, że nie można zrozumieć, jak mógł ludzki mózg, jak mogło ludzkie serce przeżyć to wszystko.
 I mnie się zdaje, że to jeszcze nie jest rana zamknięta. Mnie się zdaje, że Dreyfus musi obecnie jeszcze więcej cierpieć, przeżywając we wspomnieniach te pięć lat życia, bo niema chyba większego bólu, jak mieć tyle śmiertelnych łez w przeszłości, że zaćmią one krepą najjaśniejszą zorzę teraźniejszych dni.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.