O granicy pojęć ludzkich

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Zdzisław Kozietulski
Tytuł O granicy pojęć ludzkich
Data wydania 1884
Wydawnictwo s.n.
Druk Drukarnia Józefa Bergera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
O GRANICY
POJĘĆ LUDZKICH.
NAPISAŁ
Zdzisław Kozietulski.

ODBITKA Z „BIBLIOTEKI WARSZAWSKIÉJ“ — 1884 r.
WARSZAWA.
W DRUKARNI JÓZEFA BERGERA,
przy ulicy Elektoralnéj, Nr. 14.

1884.
O GRANICY POJĘĆ LUDZKICH.
Patrząc na zuchwałą pewność nie tylko metody ale i ostatecznych wniosków, postawionych na polu dociekań filozoficznych przez materyalistów różnych odcieni, możnaby sądzić, że przed ich okiem nie ma ukrytéj najmniejszéj sprężyny w tym jaknajsubtelniejszym mechanizmie, który jedynie chcą widzieć w całym, „mocno“ tylko skomplikowanym wszechświecie. Do tego mechanizmu wchodzą, według ich zdania, jako organiczne części składowe także osobistości ludzkie z całą pozytywną ich wiedzą, będącą takim produktem ich mózgów, jakim jest nić dla przędzalni; lub dokładniéj rzecz obrazując, jakim jest iskra elektryczna dla butelki lejdejskiéj. Zdawałoby się że filozofowie tego kierunku mogą patrzeć na wszelkie funkcye i działania we wszechświecie z taką protekcyjną i niewzruszoną powagą, jaką spostrzegamy na twarzy biegłego zegarmistrza, który wykończywszy co tylko zegarek jaknajmisterniejszy i jaknajdokładniejszy, patrzy z zadowoleniem na dzieło, na organizm, który w najdrobniejszych kółeczkach i sprężynach rozumie.

W błędném tém kole krążą od dość dawna przeróżne systemata filozofii materyalistycznéj, a w nowszych czasach podniosły nierozważne zapędy tych zuchwałych mędrców pyszny sztandar „monizmu,“ którego barwność i nowość wiele umysłów mami i za sobą pociąga. Nowe zbawcze „idee postępu,“ jaskrawe artykuły nowéj wiary, głoszone w „Journale de la philosophie positive“ przez d-ra Choné, Wyrubowa i i., przybierają znaczenie postępowego credo i na naszéj ziemi, przeto rozbiór wszechstronny téj kwestyi, o ile to w tém miejscu i w danym czasie jest możliwém, uważamy za pożądany dla szerszéj publiczności polskiéj: niechaj i ona zobaczy jak się te nowożytne dogmata przedstawiają na gruncie samych nauk przyrodzonych, w sferze danych naukowych, niezamglonych ani uprzedzeniem ani naprzód powziętą jednostronną doktryną.
Dr. Choné jest pomimo krańcowych swoich opinii, poważną w rodzinie filozofów osobistością. Bystrości jego umysłu dowodzi między innemi zdanie o fałszywém, dawniejszém pojęciu atomu, jako takiéj cząsteczki ciał, której już daléj dzielić nie można; kiedy, jak dr. Choné słusznie twierdzi, nie możemy sobie wcale przedstawić najdrobniejszéj nawet przestrzeni, któraby daléj na drobniejsze jeszcze części w myśli naszéj podzieloną być nie mogła. Takie twierdzenie poważnego myśliciela-materyalisty rozumiemy; ale z pewném niedowierzaniem czytamy zbyt zadufane w siebie powierzchowne opinie naszych materyalistów, pokutujących w prasie codziennéj i tygodniowéj. Takie echo zagranicznego materyalizmu śmielsze od oryginałów, znajdujemy między innemi w tych słowach: „Weźmy np. ziarno zboża, organizm żyjący, zdolny do rozmnażania się; włóżmy je do naczynia, gdzie będzie pozbawione ciepła i wilgoci, a zachowa się ono tam nienaruszone przez całe wieki, żaden ze składających go atomów nie okaże najlżejszego ruchu. Ale postawmy je śród warunków niezbędnych dla jego rozwoju, a życie nie omieszka się w niém objawić. Podobnież rzecz się ma z reakcyami chemicznemi, oraz ze zjawiskami fizycznémi i fizyologicznémi: żelazo do utlenienia się potrzebuje obecności powietrza, krystalizacya chlorku sodu może się odbywać tylko w płynie nasyconym i w oznaczonéj temperaturze; mózg nasz wytwarza myśl i wolę wśród koniecznych dla niego warunków utleniania się składających go organicznych związków, ciepła i t. p.“ (Patrz tygodnik „Prawda“ r. 1883, nr. 1 i 2). Podług opinii monistów należy powyższą opinią w ten sposób rozumieć: myśl jest takim produktem mózgu, jakim jest rdza w stosunku do żelaza, a życie organiczne nie zawiera w sobie, podług tego zdania więcéj tajemnic jak krystalizacya chlorku sodu. Albo gdy w inném miejscu tegoż pisma przy dalszém rozwijaniu teoryi d-ra Choné, podano: „Co nam kto chce mówić o prawach specyalnych i życiowości wyłącznéj, gdy ze stosu, na który rzucimy bez ładu świecidełka, perły, kwiaty, owady i człowieka, nie pozostanie nic więcéj nad dymiącą się kupę, w któréj popioły wszystkich tych istot będą zmięszane nie do odróżnienia. Rzućcie ten popiół w kąt ogrodu, a każda korona kwiatowa zawierać będzie cząstki tych istot, które wydawały się tak różnemi.“
Dla wielu niedojrzałych umysłów zdają się to być dowody przekonywające, każdy kandydat na reformatora ludzkości gotów uwierzyć, że szczątki człowieka w całém tego słowa znaczeniu, t. j. cząstki ciała i jego inteligencyi, zdolne są przemienić się w korony kwiatowe, z których wystrzelić musi owoc postępu, promień zdolny oświecić całą ludzkość, siła popychająca całą bryłę świata na nowe cywilizacyi tory.
Dla czegóż jednak tak wielka liczba ludzi równie światłych, usposobionych równie gruntownie a może i gruntowniéj do kompetentnego sądu o tych rzeczach, nie może się dotychczas pogodzić z temi opiniami? Czyż ten cały a wielki zastęp prawdziwych apostołów gruntownéj nauki, jest zbiorem inwalidów nie tylko cywilnych, ale i naukowych, dla których wśród najdotkliwszych doświadczeń życiowych nie było ani odrobiny zdrowego umysłu, ani źdźbła trzeźwéj, jasnéj obserwacyi?
Kto ma racyą: czy materyaliści, nie widzący nic we wszechświecie ponad materyą i ruchy, materyaliści, wierzący więcéj narzędziu aniżeli nierównéj przecie sile zmysłów, czy téż owa większość, (nie przeraża nas zarozumiały krzyk materyalistów: „nas jest więcéj!“), czy téż, mówię, owa większość, zdolna dojrzéć i wyróżnić ducha od wszelkich objawów materyi: to jest celem niniejszego, nie powiem, wyczerpującego studyum, ale pogadanki, w celu bliższéj informacyi w zakresie tych pojęć podjętéj!
Do tego celu spodziewamy się dojść na drodze rozbioru najgłówniejszych objawów bezkształtnéj materyi, nie tylko jéj cząstek, ale i jéj ruchów, które w znacznéj części niedawno jeszcze zwano siłami fizycznemi lub materyą nieważką; do tego celu zamierzamy trafić przez poznanie objawów siły życia czyli przez animizm, i wreszcie przez badanie owych najsubtelniejszych objawów życia ludzkiego, które jedni duchowemi nazywają, a drudzy chcą je gwałtem zniżyć do prostego ruchu materyi. Idąc w tych różnych kierunkach, spodziewam się w każdym z nich spotkać silną zaporę, któréj nawet w myśli przestąpić niepotrafimy; to będą owe granice pojęć ludzkich, będące najlepszą, zdaniem naszém, antytezą owych przyjemnych złudzeń materyalistów: że nic we wszechbycie nie może się ukryć przed ich okiem, uzbrojoném w siłę wzroku ostrowidza, a jednocześnie wykaże nam i właściwości wyróżniające zjawiska duchowe od fizycznych.

Przedewszystkiem wstąpmy do królestwa liczb, będących najlepszym wyrazem przestrzeni i czasu. Weźmy tu drobny przykład z algebry; przykład, który wielu w pierwszéj chwili zapewne za prosty paradoks poczyta; ale po bliższym, uważnym rozbiorze prawd niezaprzeczonych, może do innych przyjdzie wniosków.

Wiemy, że 1/1 = 1 i że 2/2 = 1
1/0,1 = 10   „ 2/0,2 = 10
1/0,01 = 100   „ 2/0,02 = 100
1/0,00001 = 100000   „ 2/0,00002 = 100000
1/jednę miliardową = miliard   „ 2/dwie miliardowe = miliard
i t. d.

Obserwując cały ten szereg liczb, spostrzegamy, że im bardziéj zmniejszają się mianowniki dwóch powyższych ułamków, tém wartości tych ułamków bardziéj się powiększają. Daléj: że nic, prócz ograniczoności rozporządzalnych przestrzeni i czasu, nie przeszkadza nam do powiększania na papierze tych ułamków przez dopisywanie w mianowniku coraz większéj liczby zer przed jednostką i dwójką. Daléj, że bezwarunkowo nic nam nie przeszkadza w dopisywaniu tych zer mianownika w umyśle naszym przez czas nieograniczony; że, jakkolwiekbyśmy daleko, choćby przez miliardy wieków całych zera te dopisywali, to wiecznie wartości mianowników tych będą większe od zera, jakkolwiek ciągle się do niego zbliżają. Widzimy wreszcie, że gdy mianowniki zmniejszające zbliżają się do zera, to wartości tych ułamków, t. j. ilorazy dzieleń, ciągle się powiększają tak, że im mianowniki te bliższe są zera, tym ilorazy bliższe są ilości tak wielkich, że wymierzone z pomocą matematyki odległości pomiędzy gwiazdami naszego systemu słonecznego, nikną w porównaniu z niemi; ilości tak wielkich, że ich nawet myślą naszą objąć nie możemy. Wielkości takie oznacza matematyka znakiem ∞, co nie przedstawia jednak wartości téj wielkości jak 2, 3, i t. d., ale jest tylko symbolem powiększania się bez granic; tak, że algebra przedstawia przez symbole 1/0 = ∞ i 2/0 = ∞ granice, do których, przy ciągłém dopisywaniu powyższych zer, dążą dwa powołane ułamki.
Oprócz tego uczy nas matematyka, że przedziału pomiędzy pierwotnemi mianownikami, t. j. jednością i dwójką z jednéj strony, a granicą, do któréj oba dążą przy dopisywaniu powyższych zer, t. j. pomiędzy zerem, nie można równie zapełnić nieskończenie małemi ilościami, jak i przedziału pomiędzy jednościami w pierwotnych ilorazach a ilościami nieskończenie wielkiemi, nie można zapełnić ilościami skończonemi.
Sprobójmy teraz porównać wielkość jednego ziarnka piasku, mającego 1 milimetr średnicy, z bryłą téj wielkości, co kula ziemska t. j. z kulą mającą 13,000 kilometrów średnicy. Dojdziemy do tego prędko i łatwo — i tak:

na długości można owych ziarnek
piasku ułożyć

1 metra...............1000
1 kilometra............1000×1000 = milion
średnicy kuli ziemskiéj....... 13000×milion = 13 miliardów, t. j. ilość wyrażającą się w 11 cyfrach. Że zaś objętości brył kulistych mają się do siebie jak sześciany z ich średnic, przeto: objętość kuli ziemskiéj tak się ma do objętości ziarnka piasku jak sześcian z 13 miliardów = 2197 z 27 zerami — do jedności.
Odwrotnie więc: jeśli owo ziarnko piasku weźmiemy za jednostkę miary, to kula ziemska zawierać ich będzie 2197 z 27 zerami i wyrazi się liczbą, złożoną z 31 cyfr.
Odniósłszy to do powyższéj tablicy cyfr, widzimy, że przez dopisanie w mianownikach przed 1 i 2 po 29 zer, otrzymamy w obu ilorazach jedność z 30 zerami, to jest liczbę z 31 cyfr złożoną i mogącą wyrazić ilość ziarnek piasku mieszczących się w całéj kuli ziemskiéj. Napisawszy tu i tam podwójną ilość zer, otrzymamy z jednéj strony w mianownikach: bryłki tak małe, że dla nich ziarnko piasku jest naszym globem; — a z drugiéj strony w ilorazach: otrzymamy bryły tak wielkie, że dla nich nasz glob jest jedném ziarnkiem piasku.
Są to już wielkości, o których trudno zdać sobie sprawę; — wymykają się już bowiem wszelkiemu porównaniu. Pisząc więc owe zera chociażby 1 godzinę dojdziemy już do liczb, których wielkość w porównaniu z jednością t. j. z owém ziarnkiem piasku nie znajdzie odpowiedniego sobie wyrazu w całym naszym systemie słonecznym. Słowem: w szeregach tych łatwo jest pisać zera, ale już po godzinie pisania, dają nam one liczby, o których wartości nie mamy pojęcia. Wiemy tylko tyle, że wzajemne stosunki wielkości ilorazów i takiéż stosunki małości mianowników, ciągle są sobie równe. Tak samo więc, jak w ilorazach nie można pomyśléć liczby, od któréj nie byłoby większéj przed nieskończonością; tak podobnież w mianownikach niemożna pomyśléć ilości dość małéj, by niebyło jeszcze od niéj mniejszéj przed dojściem do zera.

Podobnież każda podzielność materyi, jaką w dziedzinie nauk przyrodzonych obserwować możemy, jest nieskończenie grubą w porównaniu z abstrakcyjną podzielnością powyższéj jednostki i dwójki. Gdyż najdrobniejszy pyłek karminu rozpuszczonego w najmniejszéj przystępnéj naszym zmysłom cząsteczce wody; bo pojedyńczy atom najsubtelniejszego zapachu działający na zmysł powonienia; bo najdrobniejszy wymoczek mikroskopowy, pływający swobodnie przed zdziwioném okiem spostrzegacza w pośród kropelki wody, zamkniętéj pomiędzy dwiema ściśniętemi płatkami szkła, a będący dla wymoczka niezmiernym oceanem; bo te wszystkie, najdrobniejsze ciała materyalne, jakie uzbrojonemi zmysłami obserwujemy, są jeszcze, w abstrakcyjném pojęciu, niezmiernie wielkiemi bryłami, w porównaniu z temi, jakie jeszcze bliżéj granicy, to jest bliżéj zera, dają się pomyśleć. Są one tak wielkiemi, że ścisła nawet myśl nie znajduje żadnéj racyonalnéj przeszkody do porównania stosunku ich wielkości odniesionych do innych, mniejszych jeszcze, dających się pomyśleć przed zerem, ze stosunkiem wielkiego naszego systemu słonecznego, odnośnie do jednego ziarnka piasku.
Widzimy daléj, że za pomocą żadnéj innéj nauki przyrody nie można tak łatwo i tak daleko sięgnąć w dziedzinę ilości nieskończenie wielkich i nieskończenie małych, jak za pomocą matematyki. Należałoby więc, żeby filozofowie, zapuszczający się w dziedzinę atomów ducha lub inteligencyi, zapożyczyli téż od matematyków téj dozy koniecznéj skromności, jaką mają ci ostatni, gdy określiwszy matematykę, jako działanie na wszelkich ilościach skończonych, kończą rozumowania swoje, gdy dojdą w nich do wyrażenia:

m/0 = ∞

Ta skromność matematyka nie jest ani udaną ani zbyteczną; jest ona matematycznie dowieść się dającą koniecznością. Gdyby bowiem pomiędzy matematykami znalazł się niedoświadczony, chcący przez szereg ścisłych nawet rozumowań zanurzyć się w niedostępne granice ilości nieskończenie wielkich i małych, w celu wyprowadzenia z ich kombinacyi racyonalnych wniosków; to albo sam, albo z pomocą innych prędkoby się spostrzegł w swéj niedojrzałéj zarozumiałości; prędzéj lub późniéj bowiem spotkałby się z czémś podobném do poniższego spostrzeżenia:
W obserwowaniu zmniejszania się mianowników dwóch powyżéj wymienionych ułamków i powiększania się ich wartości, widzimy daléj, że jakkolwiek dwa powyższe ułamki z różnych cyfr się składają, to jednak, przy równoczesném w nich obu dopisywaniu jednakowych ilości zer, wartości tych ułamków, to jest powyższe ilorazy, ciągle są sobie równe. Idąc więc daléj, drogą utartego i ścisłego w dziedzinie skończonych ilości matematycznego rozumowania, że skoro dwie ilości, dążące do swoich granic, ciągle są sobie równe, to i granice te są sobie równe; przyszedłszy do racyonalnego napozór wniosku, że:

kiedy1/0 = ∞ i
2/0 = ∞,

to ponieważ drugie strony tych dwóch równań, t. j. powyżéj wymienione granice ilorazów są sobie równe, przeto i pierwsze strony tak samo dają dobre równanie:
1/0 = 2/0 a w tém, zniósłszy dwa jednakowe dzielniki, to jest zero i zero, otrzymałby w ostatku że 1 = 2.
Żaden jednak, przy zdrowych zmysłach będący matematyk, do takiego wniosku nie dochodzi; z drobnéj napozór dla niewprawnego oka przyczyny: skromności w sądzie; a dla matematyka z powodu najgruntowniejszego przekonania o niemożności stosowania rozumowań, choćby najprawdziwszych w granicach ilości skończonych, do treści przechodzącéj pojęcia nasze a wkraczającéj w granice ilości nieskończenie wielkich i małych. Ztąd téż tam, gdzie nieprzygotowany odpowiednio i zanadto pewny siebie człowiek, przekonany o ogromnéj rozległości swéj wiedzy i o subtelności swoich pojęć, wydaje sądy prawdziwe dla jemu podobnych; sądy tém pewniejsze dla zajmujących się niemi, im są śmielsze i odrębniejsze od dawniejszych; tam przywykły do ścisłego rozumowania człowiek, matematycznie wyrobiony, schyla pełną ścisłéj wiedzy, słusznie dumną w granicach skończonych, a tutaj korną swą głowę, przed dziedziną nieprzystępną dla najrzutniejszych i zarazem najsubtelniejszych, ale ludzkich tylko umysłów.
Stosując te pojęcia matematyczne do przestrzeni i czasu, widzimy uderzające nas przedewszystkiem w tych dziedzinach granice pojęcia naszego. Tu bowiem zarówno nie jesteśmy w stanie zrozumieć: ani owego zera matematyki, to jest nicości w przestrzeni i czasie, ani też ich obu nieskończonych bezmiarów, odpowiadających symbolowi ∞ w matematyce.

Z przyczyny, że większość ciał stałych i cieczy, a wszystkie gazy rozszerzają się w miarę wzrostu ich temperatury; jako też z przyczyny, że objętość mieszaniny niektórych cieczy mniejszą jest od summy objętości cieczy zmieszanych; fizyka uważa wszelką materyą, jako złożoną z niezmiernie drobnych cząsteczek mniéj lub więcéj oddalonych od siebie, cząsteczek tak drobnych, że ich obserwacya fizyczna z pomocą rozporządzalnych dotychczas środków zaostrzających ludzkie zmysły, jest niemożliwą. Cząsteczki te, uważane za fizycznie niepodzielne już daléj, zowie fizyka atomami, a samo pojęcie o takiéj a nie ciągłéj budowie materyi, nazywa „teoryą atomową.“
Niektóre ze znanych praw cieplikowych każą przypuszczać nawet, że owe atomy są w ciągłym i podwójnym ruchu: wirowym i postępowym. Ale w posługiwaniu się temi pojęciami fizyka jest bardzo konsekwentną, nie mówi bowiem: że to są fakta, tak pewne jak 2 razy 2 = 4 lub jak to: że ta materya istnieje; mówi tylko: że teorye te, albo raczéj hypotezy, są bardzo dogodne w tłómaczeniu wszelkich znanych dotąd zjawisk fizycznych. Konsekwencyą posuwa fizyka tak daleko, że mówiąc o fizycznych własnościach danéj materyi, jak: barwa, twardość, odłam, przewodnictwo ciepła, światło elektryczności i. t. p. mówi tylko o ujściach materyi podpadających pod zmysły, i nie stosuje wcale tych własności do atomów téj materyi, jakkolwiek te hypotetyczne atomy są tąż samą materyą. Nie mówi téż o przezroczystości np. atomu (molekuły) danego minerału, jakkolwiek z pomocą abstrakcyi, logicznie na pozór, możnaby sięgnąć tak daleko.
Atom więc fizyczny jest nową dla nas, a jedną dopiéro z granic pojęć ludzkich w dziedzinie fizyki. Jednym z lepszych dowodów téj granicy dla potrzebujących go jeszcze: są słowa Ojca Secchi’ego, astronoma i jednego z potężniejszych filarów wiedzy w téj dziedzinie, gdy w dziele swojém „Jedność sił fizycznych,“ między innemi na stronie 161 wydania francuzkiego z 1869 r. powiada: „Jeśli teraz chcemy posunąć daléj poszukiwania stosunku cieplika do innych sił przyrody, jesteśmy powstrzymywani trudnościami, wynikającemi z przyczyny zupełnéj nieznajomości wewnętrznéj budowy ciał.“
Chemia zmuszoną jest iść daléj w pojęciu podzielności materyi, na podstawie téj pewnéj wiadomości, że przeważna większość ciał materyalnych, pod wpływem różnych czynników chemicznych a czasami fizycznych, rozpada się na ciała odrębnego składu chemicznego. Przypuszcza więc chemia na podstawie powyższéj pewności, że atom (molekuła) t. j. najmniejsza cząsteczka, w któréj dana materya chemicznie jeszcze jest tąż samą co i całość, z któréj ona w abstrakcyi oddzieloną została, że ta cząsteczka, składa się z jednéj lub więcéj grup cząsteczek odmiennych od siebie. Każda zaś z tych grup pomniejszych, albo sama jest już pierwiastkiem, lub składa się znowu z odmiennych grup atomów różnych pierwiastków. Według nowszych hypotez, wszystkie dzisiaj tak zwane pierwiastki, to jest ciała nierozpadające się już pod wpływem znanych do dzisiaj wszelakich czynników na odrębne od siebie ciała, są także tylko odmiennemi grupami jednego wspólnego wszystkim ciałom, ale nieznanego pierwiastku.
Wszystkie tego rodzaju transcendentalne pojęcia, jakkolwiek nie stanowią saméj treści chemii, są jednak poważnie przez nią traktowane z tém tylko drobném zastrzeżeniem: że to nie są fakta, ale hypotezy, mające pedagogiczne głównie znaczenie. Jakkolwiek więc i umysły, pracujące poważnie nad chemią zapuszczają się w dziedzinę transcendentalną, nie przynosi to jednak szkody ich ścisłości, bo w chemii wnioski czysto abstrakcyjne nie uważają się za równoznaczne z wnioskami ze ścisłych doświadczeń nad przemianą materyi wysnutemi. Ztąd też, chociaż z jednéj strony — olbrzymie, w ostatnich latach zdobyte postępy na polu chemii organicznéj, pozwoliły przewidywać i przepowiadać niejako niektóre własności nieznanych dotąd, bo nieotrzymanych związków organicznych, będących brakującemi dotąd ogniwami w łańcuchu związków wypełniających różne szematy, jakkolwiek postępy te pozwoliły systematycznie otrzymać niektóre związki identyczne ze związkami w organizmach zwierzęcych i roślinnych, siłami saméj przyrody produkowanemi, to jednak, umysłowe oko chemika widzi wyraźne granice, których analiza chemiczna nigdy nie przekroczy. Chemia zna całą niezmierzoną przepaść pomiędzy wiadomemi warunkami, w jakich choćby najbardziéj złożone związki organiczne — sztucznie produkować się dadzą, a całą niezbadaną prostotą i tajemniczą a olśniewającą wielkością siły przyrody; z pomocą któréj często niezmiernie drobny zarodek rośliny, pod wpływem tajemniczego współudziału drobniutkiego pyłka kwiatowego, przeradza się w zalążek, zawierający już w sobie wszelkie wewnętrzne warunki potrzebne do celu swojego odrodzenia. Chemik wie dobrze ile jest tajemnicy w tém, że z owego drobniutkiego zalążka, pod wpływem powszechnych już tylko czynników światła, ciepła, powietrza i wilgoci, — tylko taka a nie inna, choćby najbardziéj olbrzymia powstaje roślina, z jakiéj to rośliny tak ów zarodek jak i pyłek pochodzą. Poważny więc chemik i fizyolog, widząc powyższą i nieskończoną różnicę, i wiedząc dobrze, ile jest trudności w badaniu, a témbardziéj w naśladowaniu przemian powstających w przyrodzie, a przystępnych jakiéjś analizie, dalekim jest od twierdzenia na pewno, że umysł ludzki zdolnym jest dojść, choćby w bardzo odległéj przyszłości do oceniania tych niezmiernie subtelnych dla umysłu ludzkiego różnic, jakie zachodzić mogą w chemicznym składzie tak drobniutkich zarodków, a pomimo to mieszczących w sobie tak rozmaitą przyszłość całego olbrzymiego szeregu odmian państwa roślinnego.
To jest także granica w dziedzinie życia roślinnego i zwierzęcego, któréj chemia przekroczyć się nie spodziewa.

Fizyk i chemik nie widzą atomu i cząsteczki pomimo, że bez nich nie mogą rozumieć żadnych znanych w tych dziedzinach faktów; te więc podstawy wszelkiéj nieorganizowanéj materyi, ściśle biorąc, w obec dzisiejszych niby wielkich już, a jednak niedostatecznych środków pomocniczych, tak atom jak i cząsteczka — mają byt tylko abstrakcyjny, o którym można wiele bardzo mniemać, można sobie tak kształt ich jak i wzajemną odległość, jako też prędkości i prawa ich ruchów przedstawić w najrozmaitszy, niczem prawie nieograniczony a więc choćby najfantastyczniejszy sposób, a żadnéj z tych fantazyi kategorycznie zbijać nie można, bo nie ma do tego żadnéj dobréj podstawy. Fizyolog w lepszém jest pod tym względem położeniu; zajmując się bowiem funkcyami więcéj lub mniéj złożonych organizmów, ma za punkt wyjścia najprostszy organizm, komórkę, którą często gołém okiem a prawie zawsze z pomocą mikroskopu widzieć i na nią pewien wpływ wywierać może. Niemniéj przeto, jeśli nie pod powyższym, to pod innym względem, niezmiernie rozległe pole badań w téj fizyologicznéj dziedzinie, ma prawie widoczne granice, których umysł ludzki obecnie na pewno przekroczyć nie może, a czy kiedy przejść je zdoła, to kwestya, w któréj jeśli można coś bez zarozumiałości powiedzieć, to chyba, że dzisiejsze tajemnice w téj mierze kiedyś innemi tajemnicami zastąpione będą.
Dla usprawiedliwienia tego mniemania weźmy pod mikroskopową obserwacyą przedstawicieli różnych dziedzin materyi bezkształtnéj, roślinnéj i zwierzęcéj.
1° Pyłek sadzy, powstałéj z niekompletnie spalonych gazów nafty, sadzy często na cylindrze lampy naftowéj widocznéj, jestto najprzystępniejszy objaw jednéj z najsubtelniejszych podzielności materyi. Sadza ta bowiem, przed chwilą osadzenia się na chłodnéj ścianie cylindra lampy, była wewnątrz tego cylindra w gazowéj postaci węglowodoru. Jestto więc objaw wydzielenia się w odpowiednich warunkach tych najdrobniejszych cząsteczek węgla, które w gazowym związku istnieją.
2° Komórkę drożdżową w fermentującéj cieczy cukrowéj;
3° wymoczka pierwszego lepszego w gnijącéj wodzie.
W mikroskopie, powiększającym linijnie 500 razy, sadza przedstawia się nam w postaci różnéj wielkości grup bezkształtnych, nieruchomych o najnieregularniejszych konturach, często niewyraźnych. Grupy te przypominają galaretowaty osad glinki, zmieniając nieco kształt swój pod wpływem nacisku szkiełka i powstałego ztąd ruchu wody, w któréj sadza jest zawieszoną.
Komórka drożdżowa przedstawia się jako pęcherzyk prawie okrągły, z większą lub mniejszą ilością gramolacyi w jéj wnętrzu; pęcherzyk rozwijający się i mnożący przez oddzielanie się wyrostków od staréj komórki, a wszystko bez żadnego widocznego ruchu, w pośród ruchliwości cieczy, pochodzącéj od wydzielania się pęcherzyków kwasu węglanego, jako produktu odżywiania się komórki. Komórki te zmieniają swoje miejsce za naciśnieniem szkiełka, ale ten ich ruch jest wspólny całéj masie cieczy, ze wszystkiemi komórkami w niéj zawieszonemi.
W gnijącéj wodzie, oprócz organizmów, będących w spoczynku, mniéj więcéj podobnych do komórki drożdżowéj, widzimy często znaczne ilości różnego kształtu i wielkości organizmów, mniéj lub więcéj skomplikowanéj budowy, różniących się od komórki drożdżowéj najwyraźniéj przez to, że chociaż ciecz, będąca między szkiełkami, jest w spoczynku, to jednak organizmy te poruszają się mniéj lub więcéj szybko w najrozmaitszych kierunkach. Ruchy te, niebędące zapewne wynikiem woli tych istot, woli bardzo problematycznéj, są raczéj wynikiem ich bezwiednego poczucia potrzeby zmiany miejsca pobytu, ułatwiającego im zaspokojenie funkcyi organicznych odżywiania się i rozmnażania.
Najmniejsza, dająca się dostrzedz a wyraźnie bezkształtna cząsteczka sadzy, przy powiększaniu średnicy 500 razy ma wielkość ukłócia końcem igły; ma więc średnicę około 10 razy mniejszą od łebka szpilki. A więc rzeczywista średnica takiéj bryłki jest 5000 razy mniejsza od średnicy szpilki łebka. Ponieważ zaś objętości brył kulistych mają się do siebie jak sześciany z ich średnic, przeto tak się ma objętość szpilki łebka do objętości téj najmniejszéj widocznéj cząsteczki węgla, jak 5000³ to jest 125 miliardów do 1. Tak widziana i wymierzona cząsteczka węgla nie wygląda, z przyczyny nieregularności swego kształtu, na ostatnią granicę podzielności materyi. Nie można jéj wziąć za atom, chociaż jest 125 miliardów razy mniejszą od łebka szpilki. Obserwując więc tę maleńką cząsteczkę, nie jesteśmy jeszcze w granicach ilości nieskończenie małych, bo wiemy, że są od nich mniejsze jeszcze, których wzajemne stosunki, jeśli nie wielkości, dadzą się skończonemi cyframi wyrazić. Nie jesteśmy więc jeszcze, obserwując ową cząsteczkę węgla, w granicach nieprzystępnych pojęciu ludzkiemu, możemy bowiem wielkość jéj oceniać i porównywać mniéj więcéj ściśle z innemi. Po prostém albowiem obliczenia, na podstawie uwagi, że komórka drożdżowa w tymże samym mikroskopie przedstawia się o średnicy 10 razy większéj od pyłku sadzy, mamy ztąd prosty wniosek, że objętość komórki drożdżowej jest 10³ = 1000 razy większą od objętości pyłku sadzy. Porównywając zaś wielkość tego pyłku z wielkościami rozmaitych wymoczków, przychodzimy do wniosku, że są pomiędzy niemi i tak drobne jak pyłek sadzy i równe komórce drożdżowéj, i olbrzymie w porównaniu z tą komórką, bo dochodzące do średnicy 20 razy większéj a tém samém 20³ = 8000 razy od niéj większe; zaś 8 milionów razy większe od pyłku sadzy i jemu równego wymoczka. Widzimy więc przed sobą w téj kropli wody świat cały, pełen ruchu i życia, przedstawiający nam też same typy istot nieorganizowanych i organizowanych, z jakiemi w pośród przystępnego naszym nieuzbrojonym zmysłom otoczenia, ciągle obcujemy.
Chemik wié na pewno, że materyał, którego przyroda używa do budowy komórki drożdżowéj i każdego wymoczka, jako i do budowy wszelkiego roślinnego i zwierzęcego organizmu, przeważnie z węgla się składa, to jest z takich jak powyższy, pyłków sadzy, połączonych chemicznie, jak on nazywa, z subtelniejszemi prawdopodobnie jeszcze cząsteczkami gazów, jak tlen, wodór i azot — z niezmiernie małemi przymieszkami ciał mineralnych, jak siarka, fosfor, wapno i t. p. Węgiel ten zatém jest tém w budowie tych drobnych organizmów, czém jest drzewo lub piasek i glina w budowie domu drewnianego lub murowanego. Czy węgiel ten, tak jest z sobą w owéj tkance połączony jak niezmienione ziarnko piasku w cegle, czy tak, jak toż samo ziarnko piasku pod wpływem sztuki człowieka wchodzi do budowy szkła np., to jest: czy węgiel ten tylko w sposób mechaniczny, nie dający się nawet uzbrojonemi zmysłami ocenić, połączony jest z owemi innemi składnikami organizowanéj materyi; czy, jak to chemik nazywa, połączony jest z niemi chemicznie, podobnie jak piasek z wapnem i sodą w szkle sodowém, to kwestya, o któréj stanowczo wyrokować dzisiaj nie można. W obec nowszych pojęć, to ostatnie połączenie jest jednoznaczne z pierwszém, ale w odniesieniu do ostatnich (problematycznych) granic podzielności materyi. Według bowiem nowszych pojęć chemii, wszelkie związki są mechaniczném, ale rozmaitém ugrupowaniem cząsteczek innych związków lub pierwiastków, albo wreszcie jednego wspólnego wszelkiéj materyi pierwiastku, jak to wyżéj już wzmiankowaliśmy. Tak, czy owak, wiemy napewno, że dzisiejszy węgiel, jest głównym materyałem, wchodzącym w skład budowy wszelkich organizmów.

Wiemy dokładnie, dzięki słynnemu odkryciu Lavoisiera: „nic się nie stwarza i nic nie ginie,“ że człowiek, tak potężny umysłem w granicach skończonych, ani nawet takiego pyłku węgla z niczego stworzyć nie jest zdolny. Może go tylko sztucznie przemienić w związek gazowy, ciekły lub stały, kompletnie różny od niego samego, tak samo jak go może naodwrót otrzymać z ciał niepodobnych do niego. Wiemy daléj, że człowiek mocen jest przerwać zdolność funkcyonowania organizmu roślinnego i zwierzęcego w sposób mechaniczny lub chemiczny. Ten ostatni sposób doskonale się przedstawia w dziedzinie mikroskopowéj, kiedy do szklanki cieczy, z któréj wzięta poprzednio pod obserwacyą mikroskopową jedna kropla, tyle życia roślinnego i zwierzęcego nam przedstawiała, wlejemy kilka kropel silnego np. kwasu. Wtedy bowiem, pełen życia poprzedni obraz komórek drożdżowych lub ruchliwych wymoczków, zamienia się w jednéj chwili w smutne i spokojne cmentarzysko tych samych pozornie roślin i zwierząt; ale nie rozwijających się ani mnożących, jedném słowem umarłych. A więc i w téj mikroskopowéj dziedzinie, straszną jest niszcząca potęga człowieka. Pytanie, jaką jest ta jego potęga w dziedzinie twórczości życia organicznego?

Dla ocenienia jaką jest twórcza potęga człowieka w téj dziedzinie, weźmy pod uwagę z jednéj strony mniéj lub więcéj wielkie nagromadzenie brył: rudy żelaznéj, rudy miedzi, ołowiu i innych metali; mniéj lub więcéj wielkich mas piasku, gliny, wapna i pni drzewnych, i zestawmy z niemi największą, najdokładniéj i najpiękniéj urządzoną jakąkolwiek fabrykę płótna, sukna, cukru i t. d., produkującą najregularniéj i najlepiéj swoje produkty, albo téż największy pociąg kolei żelaznéj, lub najpiękniéj zbudowany statek morski, choćby taki, jak, może nie nazawsze, ale na dzisiaj fantastyczny tylko, podwodny statek morski, Nautilus, interesująco w „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiéj żeglugi“ przez Verne’a przedstawiony. Zestawienie powyższych bezkształtnych materyałów z ostatniemi wyrazami potęgi twórczéj człowieka, w dziedzinie martwéj materyi, jak owe fabryki lub Nautilus, jest zaprawdę wspaniałym obrazem genialnego zużytkowania darów przyrody, będącego wynikiem pracy fizycznéj człowieka, prowadzonéj przez odpowiednio wykształcone umysły. Jakim jest obraz przez to zestawienie materyałów i produktów pracy człowieka wywołany, w porównaniu z obrazem potęgi natury, ujawniającym się w zestawieniu takich jak powyższy pyłków węgla, tlenu, wodoru, azotu i t. d. z jednéj strony, a produktami tych materyałów, pracą i wolą przyrody wytworzonemi, jak owa drożdżowa komórka lub wymoczek, wkrótce porównać się postaramy.
Jakkolwiek wielkie i mądre są te dzieła ludzkie, jest jednak bardzo wielu ludzi, rozumiejących dokładnie sposoby i warunki funkcyonowania owéj fabryki lub statku, i rozumiejących je tak dobrze jak zegarmistrz rozumie i zna składany przez siebie zegarek, jako organizm a raczém mechanizm i może najlepszy, jakkolwiek małych wymiarów obrazek twórczości człowieka w dziedzinie martwéj, a niby ożywionéj przyrody. Jakkolwiek tenże człowiek zna wiele warunków rozwoju życia i mnożenia się istot organizowanych, nie ma dotąd żadnéj podstawy do sądzenia, aby umysł jego zdolny był tak dobrze poznać budowę i funkcye komórki drożdżowéj lub wymoczka, jak zna ów zegarek; aby tak dobrze rozumiał budowę i działanie tkanki komórkowéj, jak zna jedno i drugie w zazębiających się kółkach zębatych zegarka, posłusznych woli człowieka.
Według dotychczasowych wiadomości, człowiek zdolny jest wywoływać rozwój organizmów roślinnych, jak to ciągle czyni wśród otoczenia swego, na roli, lub w dziedzinie mikroskopowéj, w różnych fermentacyach; ale ta zdolność jest tylko pośrednią, redukującą się do nagromadzenia odpowiednich fizycznych i chemicznych warunków, w których z pomocą koniecznych mu, znajdujących się w naturze gotowych zarodków tych istot, życie ich i rozmnażanie się ułatwić tylko może. Twórcą więc tego życia nie jest człowiek, ale sama przyroda wykonywająca tych dzieł niezmierzone masy w ciągu każdego najmniejszego momentu, jaki człowiek wyobrazić sobie może. Przyroda wykonywa to wszystko nie nużąc i nie zużywając się wcale, a jak olbrzymia i niedocieczona jest tu jéj działalność, przedstawić sobie możemy zapomocą następnego zestawienia.
Najbardziéj wybujałe produkty inteligentnéj pracy człowieka w dziedzinie martwéj przyrody, jak ów zegarek, pociąg kolei żelaznéj lub choćby nawet Nautilus Verne’a funkcyonują tak dobrze jak się to od nich wymaga, ale tylko tak długo, jak długo kieruje niemi ręka człowieka. Tymczasem komórka drożdżowa zasiana w cieczy, posiadającéj przyjazne dla niéj warunki, żyje, rozwija się i rozmnaża sama bez współudziału człowieka i rozwijałaby się przez całą wieczność, a wkażdym razie tak długo, jak długo potrzebne jéj warunki istniećby nie przestały. Równie i wymoczek żyje, rozwija się i rozmnaża sam za pomocą sił przyrody, dopóki istnieje potrzebny mu środek. Nie zwracając więc w téj chwili uwagi na przechowującą się w drożdżowéj komórce i wymoczku tajemniczą potęgę: to jest na zdolność reprodukcyi przy pomocy samego istnienia ich i im potrzebnych warunków, zaznaczamy, że ani wspomniana fabryka, ani Nautilus, pomimo, że są pomnikowemi objawami inteligentnéj pracy człowieka, nie mogą fuukcyonować same przez się bez dodatku do nich, potrzebnych do podtrzymywania ich działań ludzi, i spostrzegamy, że są niższe w porównaniu z mikroskopowéj małości, prostéj napozór budowy, ale tajemniczością swoją przechodzącemi ludzkie pojęcie, skończonemi w sobie organizmami, jakiemi są komórka drożdżowa i wymoczek.
Wyrażając myśl ostatnią, dalecy jesteśmy od mniemania, że dopiéro dodatek całéj inteligencyi człowieka, takiego jak fantastyczny Nemo, budownik Nautilusa, potrzebny jest do możności porównania owego Nautilusa, z równie jak on dobrze funkcyonującym i pływającym statkiem, jakim jest wymoczek, zredukowany tylko do pojęcia funkcyonującego, lecz nie reprodukującego się organizmu. Wyobraźnia nasza nie jest bujną tak dalece, byśmy nietylko ów geniusz ożywiający wymoczka, ale nawet całą indywidualność najsprytniejszéj małpy, najzmyślniejszego psa lub najrozumniejszego słonia, poważyli się porównywać z całą umysłowością człowieka; jak to czynią rozhukani „sui generis“ psychofizyologowie a uczniowie Darwina, człowieka gruntownych badań i godnéj naśladowania ostrożności w sądzie i wnioskach.
Zapewne, że do zbudowania i puszczenia w ruch tak pewnéj fabryki jako i Nautilusa, potrzebna jest pewna suma wiadomości, nie będących wspólną wszystkim inteligentnym nawet ludziom własnością. Ale raz zbudowany i wprawiony w ruch taki Nautilus np.: ze zwykłém w takich razach naśladowaniem istot zwierzęcych w podobnych warunkach funkcyonujących, a jak tutaj ryby, nie potrzebuje być koniecznie przez samego kapitana Nemo prowadzonym. Wystarczy tu już pierwszy lepszy majtek okrętowy z nierozwiniętym nawet umysłem, wykonywający wszystkie potrzebne do utrzymania i prowadzenia Nautilusa czynności, w skutek nabytéj odpowiednio długiém doświadczeniem wprawy, dochodzącéj tak daleko, że wszelkie potrzebne do tych czynności ruchy i czyny tego majtka są prawie mechanicznemi, tak bezwiednie prawie, za pomocą pomimowolnych ruchów nerwowych wykonywanemi, to jest bez samowiedzy myślącéj, czy nie myślącéj istoty. Taki właśnie majtek, nie myślący nawet, ale baczny i umiejętny we władaniu potrzebnych mu narzędzi, jest zdaniem naszém, paralelą owego tajemnego geniusza, ożywiającego tak wymoczka, jako i inne żyjące organizmy, i taki właśnie dodatek do Nautilusa jest koniecznie potrzebnym, by algebraiczną ich sumę dopiéro porównywać można było z branym pod uwagę wymoczkiem, i to dopiéro z wymoczkiem, pozbawionym zdolności reprodukcyi.
Taka niezaprzeczona niższość najpyszniejszejszego objawu ludzkiéj działalności w dziedzinie martwéj materyi, jak ów Nautilus w porównaniu z wymoczkiem, jako organizmem, bez porównania więcéj doskonałym od tamtego, dosadnie chyba przekonywa o niezmierzonéj małości tak pysznego stworzenia jak człowiek w porównaniu z całą potęgą sił przyrody, potęgą równie tajemniczą w mikroskopowéj wielkości jéj tworach, dla ludzkiego najbardziéj wykształconego umysłu, jak i w niezmierzonych przestworzach wszechbytu.


Tak więc dziedzina martwéj i ożywionéj przyrody podobnie jak i matematyka, co już powyżéj widzieliśmy, wskazuje wyraźnie człowiekowi, że cała lotność jego myśli, jeśli tylko kieruje się busolą ścisłości, zawsze dojdzie do pewnych granic czy to w pojęciu o ilościach i tworach nieskończenie małych, czy też w bezmiarze nieskończenie wielkich ilości i tworów wszechświata.
Dotąd zestawialiśmy obok siebie martwą i ożywioną materyą. Wspomnimy tu nawiasem, że krańcowym wyrazem téj ostatniéj czyli ożywionéj materyi jest człowiek, jako zwierzę, to jest żyjące i reprodukujące się jego ciało.
Obecnie przejdźmy do pojęć naszych o ruchach martwéj materyi, w porównaniu z działalnością albo raczéj z życiem organizmów, będącém do pewnego stopnia paralelą ruchów ciał nieożywionych; w któréj to paraleli znowu krańcowym wyrazem są funkcye organizmu ludzkiego. Do ostatnich, zobaczymy czy słusznie, zaliczają niektórzy i funkcye czyli działalność umysłu człowieka.

Jeszcze niedawno, bo w drugiéj połowie bieżącego wieku, fizyka, zajmując się własnościami martwéj materyi, rozróżniała w niéj rozmaite siły, jak: powszechne ciążenie jako téż przyciąganie i odpychanie międzycząsteczkowe, a daléj ciepło, światło, elektryczność, magnetyzm. Niektóre z tych sił pojmowano jako odrębne ciała nieważkie. Równie owe, z nieznajomego źródła pochodzące siły, jak i te ciała nieważkie były kręgiem tajemnic, nieprzystępnych dla umysłu ludzkiego. Z biegiem czasu, w miarę coraz większego poznawania praw, jakie rządzą temi siłami i ciałami nieważkiemi, najzdolniejsze i najlepiej przygotowane umysły do ścisłego badania tego rodzaju kwestyi, potrosze zjednywane były dla pojęcia, że wszystkie te nieznane czynniki przyrody są odmiennemi tylko objawami jednéj i téj saméj własności ciał, będących pod wpływem działania jednéj wspólnéj siły — rzutu w pośród jednego wspólnego środka eteru.

Epokę w badaniach fizycznych stanowi znakomite odkrycie mechanicznego równoważnika ciepła. W r. 1844 rozpoczął Joule, a prowadzili daléj Prony, Hirn i i. zapomocą zdumiewających a matematycznie ścisłych doświadczeń szereg badań, których wynikiem było wyrażenie fizycznego prawa, że jedna ciepłostka, to jest ilość ciepła potrzebna do podniesienia temperatury 1 kg. wody o 1°C., jest zawsze równoważną z wynikiem pracy mechanicznéj równéj 425-m kilogrametrów; to znaczy: że dla wytworzenia téj jednéj ciepłostki potrzebną jest zawsze praca mechaniczna, równa téj, jaką zużyć trzeba dla podniesienia ciężaru ważącego 425 kg. do wysokości 1 metra, lub 1 kg. do wysokości 425 metrów. To prawidło, będące początkiem pojęcia niezniszczalności objawów siły, stało się podwaliną wszelkich teoryi, ugruntowanych na tém pojęciu; było więc tém dla fizyki, czém w swoim czasie, było dla chemii wypowiedzenie przez Lavoisier’a prawidła panującego nad materyą „nic się nie stwarza i nic nie ginie.“
Jak bowiem prawo Lavoisier’a nie uległo dotąd zaprzeczeniu przez żaden wynik analizy chemicznej, tak i prawo mechanicznego równoważnika ciepła znajduje potwierdzenie nie tylko w teoryi o cieple, ale i w teoryach, odnoszących się do innych zjawisk fizycznych. Tak, że obecnie najpotężniejsze umysły fizyków nie wachają się brać pojęcia niezniszczalności siły za podstawę do tłómaczenia swoich obserwacyi. Prawo to stwierdza się coraz to nowemi doświadczeniami. I dzisiaj, jesteśmy najgruntowniéj przekonani: że węgiel np. wydzielony przez organizmy zwierzęce pod postacią kwasu węglanego, nie ginie, ale przeistoczony w ciało rośliny, pochłaniającéj tenże kwas węglany z powietrza, daje znowu ciało zwierzęce za pośrednictwem spożycia rośliny przez zwierzę, dla swojego wzrostu lub odżywiania się. Podobny téż szereg przemian, ale nie zniknięć, panuje w dziedzinie czynników fizycznych tak, że dzisiaj nikt z rozumiejących te rzeczy nie wątpi, że ilość siły zużyta dla podniesienia młota z kowadła do pewnéj wysokości z zamiarem spuszczenia go na kowadło, że ta ilość siły, wyprodukowana siłą woli i muskułów człowieka, nie ginie w naturze. Nie ginie, bo przy uderzeniu młota o kowadło powstaje ściśle taka ilość ciepła, ogrzewającego kowadło, młot i otaczające powietrze, jaka odpowiednio zebrana i użyta byłaby zdolną wytworzyć siłę, potrzebną do podniesienia tegoż młota do téjże saméj wysokości.
W podobny sposób przewidujemy wszyscy powszechną stosunkowość objawów fizycznych, przy przemianie jednych na drugie; tak, że skłonni jesteśmy do przewidywania, że już nie powiem, wierzenia, iż pewna ilość ciepła, pod wpływem pewnych warunków zamieniona na światło lub elektryczność, produkuje pewną tylko, ściśle odpowiednią ilość tak światła jako i elektryczności.
Wszystkie tego rodzaju pojęcia o niezniszczalności siły przy przemianie jéj objawów jednych w drugie, pojęcia, tak znakomicie ułatwiające zrozumienie wszelkich znanych dotąd zjawisk fizycznych i kosmicznych, — pojęcia, będące poniekąd znakomicie wyższém rozumieniem rzeczy ponad dawniéj pojmowane siły lub ciała nieważkie, — zawdzięczamy matematycznéj analizie ruchów ciał niebieskich. Analiza ta, stosując prawa, rządzące ruchem gwiazd i planet, do atomowéj budowy ciał, przyjmuje za podstawę całéj téj niezaprzeczenie pięknie i gruntownie pomyślanéj teoryi, podanéj pierwotnie światu przez Ojca Secchi’ego ruchy owych mniéj niż mikroskopowych atomów materyi, ruchy, będące przemianą pierwotnéj siły rzutu, ruchy nie pojedyńcze, ale złożone, to jest jednocześnie wirowe i postępowe pośród międzyatomowych przestrzeni, bez porównania większych od samych atomów. Oprócz tego, za drugą podstawę téj teoryi służy śmiała zaiste hypoteza, tycząca się istnienia w całym wszechświecie aż do najdrobniejszego pyłka materyi, pomiędzy jéj atomami pewnego nieważkiego, nieprzystępnego dla żadnych zmysłów, eteru. Eter ten, składający się znowu z subtelniejszych daleko atomów niż wszelka inna materya, musi miéć dla powyższéj teoryi we wszechprzestworze budowę atomową taką, jak materya stała; a pomimo to zdolny jest do odbywania niezmiernie szybkich ruchów i to w nieprzystępnym dla naszych zmysłów środku, to jest: musi też miewać budowę cieczy. Eter bowiem, jako posłaniec przenoszący elektryczność po drucie telegraficznym spełnia poselstwo swoje z niepojętą prawie dla ludzi szybkością, przy objawach analogicznych z objawami cieczy przepływającéj przez rury. Prędkość ta bowiem atomów eteru, przebiegających, pomiędzy atomami drutu żelaznego, równa się prawie prędkości światła wśród międzysłonecznéj przestrzeni, to jest wynosi 300,000 kilometrów na jednę sekundę. Wprawdzie rozumowania, za pomocą których doszli uczeni do prawa w mowie będącego, nie ulegają zaprzeczeniu, tak są ściśle matematyczne a więc logiczne; niemniéj przeto hypotezy ruchu atomów eteru złożonego i nieważkiego, nieprzystępnego zmysłom, a jednak materyalnego, są tworami czysto abstrakcyjnemi, których dokładne początku i istnienia zrozumienie, takie np. jakie ma zegarmistrz względem zegarka, jest nieprzystępne ludzkiemu pojęciu.
Jestto więc druga strona medalu. Zamiast liczniejszego zbioru, ale mniejszych ilościowo sił lub materyi nieważkich, jakiemi były dawniéj: powszechne ciążenie, ciepło, światło i t. d., mamy dziś po jednéj stronie teoryą o przemianie ruchów eteru i zależnych od nich własności i objawów materyi, a z drugiéj — dwie tylko, ale potężne granice naszych pojęć, to jest owe bezustanne i powszechne ruchy atomowe, i w całym wszechświecie obecny, nieujęty, ale materyalny eter.
Powtarza się tu fakt dość powszechny w wiedzy ludzkiéj to jest: im więcéj każda gałąź wiedzy odkrywa praw, którémi się rządzi przyroda, tém łatwiéj z ich pomocą pojmujemy wiele zjawisk przyrody; ale z drugiéj strony tém więcéj także zapomocą tych nowych praw spostrzegamy nieprzewidywanych dawniéj tajemnic. Trudno bowiem zaprzeczyć, że człowiek pierwotny widział mniéj w otaczającéj go przyrodzie tajemnic, aniżeli ich widzi zastanawiający się np. nad kiełkowaniem zboża, lub wschodem słońca, dzisiejszy bez wykształcenia prostaczek. Ten znowu lepiéj zapewne w swojém przekonaniu zna słońce i gwiazdy niż uczeń szkół średnich, który o nich się uczył i prawić mu może niepojęte dla prostego umysłu rzeczy, jak np. przekonanie o istnieniu w słońcu tych wszystkich metali, jakie wchodzą w skład naszego globu i t. p. Człowiek skończonego średniego wykształcenia, który swoję działalność umysłową do potocznego zwrócił życia, ani się domyśla, ile nowych wiadomości i pojęć mógłby nabyć, a zarazem ile więcéj ogarniałoby go tajemnic w poznawanym gruntowniéj wszechświecie, gdyby mu okoliczności pozwoliły się oddać studyom wyższym uniwersyteckim, w którymkolwiek kierunku. Dopiero mąż, który z całym zasobem wiedzy dobiegł do granicy studyów szkolnych w uniwersytecie, może w przybliżeniu ocenić niedostatek wiedzy nabytéj, widzi zarazem jak umysł jego, pomimo owego bogactwa i obfitości nagromadzonych pojęć i wiadomości szczegółowych, daremnie się tuła i błąka w pośród tego królestwa nieprzejrzanych granic, nie dających się nawet najdowcipniejszemi narzędziami dokładnie wymierzyć, kątami za pomocą busoli obliczyć i widocznie okopcować. Rozumie téż, że jedna drobna gałązka wiedzy ludzkiéj, nie dająca się objąć przez jednę szkołę, może stanowić niewyczerpany przedmiot dla badań całego szeregu uczonych różnych szkół, różnych poglądów.
Właśnie takie zapoznawanie granic niedostępnych umysłowi ludzkiemu, bez odpowiedniego przygotowania jest powodem, że jeżeli umysłowi skamieniałemu, że tak powiem, na pewnym średnim lub niższym stopniu wykształcenia, a więc mało lub wcale niewidzącemu granic swéj wiedzy; jeżeli takiemu umysłowi poddamy produkt jakiego innego choćby zdolnego umysłu, produkt przedstawiający mu niedostateczność tego, co on dotąd za mądre lub dobre uważał; wtedy ów „wychowanek“ (neologizm ten zastosowany do ludzi w pedagogiczném pojęciu nastręcza niejasne wyobrażenia!) przyjmie w dobréj wierze nowy ten nabytek, chociażby ani prawdziwości, ani dobroci jego ocenić nie umiał, jeśli tylko zaspakaja jakiekolwiek pragnienia jego fałszywéj ambicyi. Schwyciwszy się zaś tego pojęcia tak łatwowiernie bez zasymilowania się téj nowéj doktryny z całą jego dotychczasową wiedzą, bez przejęcia się umysłowego, możliwego tylko w obec odpowiedniego przygotowania, powtarza wiadomości, których nie rozumie, a nawet próbuje wyprowadzać z nich swoje wnioski, mniéj lub więcéj śmiałe, a często śmielsze niż te, do jakich dojśćby potrafił więcéj od niego rzecz rozumiejący nauczyciel jego. W taki właśnie sposób znakomite a najściślejsze obserwacye w dziedzinie botaniki, zoologii i fizyologii przez Darwina poczynione, — poddane nieprzygotowanym do rozumienia tych obserwacyi umysłom, spowodowały zbyt śmiałe wnioski, do jakichby sam Darwin nie doszedł, dochodzić nawet nie myślał. Wnioski te, głoszące niekiedy lekkomyślnie takie zasady, jak ta, że społeczeństwem ludzkiém rządzi tak samo jak panujące w życiu zwierząt prawo walki o byt, poddane nie przygotowanym do tego umysłom, równie jak doktryny materyalistów, nie widzących we wszechświecie nic oprócz materyi i siły — lub monistów, dla których alfą i omegą jest atom-siła, prowadzą za sobą mniéj lub więcéj ten sam skutek, mianowicie: sponiewieranie w umyśle młodzieży wszelkich ideałów, któremi ludzkość od wieków się rządzi, ideałów, będących dla materyalistów niczem, bo nie są ani materyą ani siłą materyalną.

Ale powróćmy do zjawisk fizycznych. Widzieliśmy powyżéj, że bądź co bądź, pomimo istnienia w dziedzinie fizyki, nieprzystępnych nam granic, dzięki dotychczasowym zdobyczom naukowym, rozumiemy dzisiaj dokładniéj niż przed pół wiekiem, że pewna ilość spalonego drzewa, będąc sama wynikiem pewnéj pracy mechanicznéj, złożonéj w niém niejako przy wzroście, przez spalenie swoje daje zawsze odpowiednią ilość pracy mechanicznéj, objawiającéj się w postaci ciepła i światła i ukrytéj w innych produktach spalenia; które odpowiednio użyte mogłyby takąż samą ilość pracy mechanicznéj reprodukować. Wiemy podobnież, że pewna ilość wykonywającéj się w stosie galwanicznym pracy mechanicznéj, może być zamienioną w pewne, ograniczone i ściśle tamtéj odpowiednie ilości pracy mechanicznéj, objawiającéj się w postaci prądu elektrycznego i ciepła. Wiemy, że ilość pracy mechanicznéj, wyłożonéj przez człowieka rąbiącego drzewo, jest ściśle odpowiednią do ilości przyswojonego przezeń pokarmu lub do ilości utraconego przezeń ciała. Wiemy, że ilość pracy mechanicznéj, włożonéj w uderzenia klawiszów przez grającego na fortepianie, będąc ściśle odpowiednią do asymilowanego pokarmu lub ubytku ciała nie ginie w przyrodzie, nawet po skończeniu grania. Nie ginie, bo uderzeniami w klawisze spowodowane drżenie strun spowodowało odpowiednią ilość falowań powietrza i eteru, które musiały uledz pewnym przemianom, czy to po części w pracę mechaniczną działania na organy słuchu obecnych tam ludzi, czy to w pracę mechaniczną uderzenia o stałe a niesłyszące przedmioty, czyli też wreszcie o mniéj lub więcéj przeciwne im prądy powietrza. Tu i tam falowania te, gdy przestały być głosem zamieniły się w pewne odmienne ruchy lub jakikolwiek ich objaw jak ciepło np. Słowem oceniamy tu pewną zależność ilości, że tak powiem, głosu od ilości wyłożonéj nań pracy muskułów. Nie widzimy jednak żadnéj zależności ani związku pomiędzy ilością pokarmów zużytych przez grającego i wyłożoną przezeń ilością pracy mechanicznéj, a muzykalną wartością odegranego utworu i więcéj lub mniéj estetycznego jego wykonania. Przy téj saméj ilości pokarmu i wyłożonéj pracy muskułów, będą takież same ilości ruchu fal powietrza, ale wartość muzyczna tego, co było odegrane, może być bardzo rozmaitą. Ta więc wartość muzyczna sztuki i estetyczność jéj wykonania, nie będąc w żadnym stosunku do materyi i jéj ruchu musi być objawem innéj jakiéjś dziedziny.

Podobnież w dzisiejszym stanie znajomości przyrody nie ulega żadnéj wątpliwości, iż badacz, pracujący przez pewien czas nad kombinacyą posiadanych wiadomości i pojęć, dla wyprowadzenia z tych kombinacyi nowych, czy to dla niego tylko, czy też dla ogółu wniosków; że badacz ten w ciągu całego tego czasu zużył pewną ilość pracy mechanicznéj, ukrytéj w asymilowanych przezeń pokarmach, czy to będących odrębnémi w stosunku do niego ciałami, czyli téż będących cząstką własnego jego ciała. Pewném jest, że ilość zużytych przezeń w ten sposób pokarmów większą jest od téj ilości, jakąby spożyć w tymże czasie potrzebował w razie, gdyby jego działalność ograniczyła się do czysto roślinnéj lub zwierzęcéj wegetacyi, pozbawionéj pracy myśli. Pewném więc jest, że praca myśli ludzkiéj, to jest myślenie, czyli oddanie całéj naszéj egzystencyi pod wyłączny a tajemniczy na nią wpływ myśli, że więc tak zrozumiane myślenie ma pewien równoważnik w pracy mechanicznéj atomów materyi. I dotąd zgoda nawet z atomem — siłą monistów, o których powyżéj wspomnieliśmy. Ale z drugiéj strony nie mniéj jest pewném, że sama idea, będąca wynikiem pracy tego myśliciela, jest zjawiskiem zupełnie odmienném od materyi i jéj ruchu. Nowa ta jego myśl jest świeżym zupełnie nabytkiem dla jego indywidualności.
Pewném jest, że dla udzielania téj nowéj myśli innym ludzkim indywidualnościom, znowu badacz nasz potrzebuje zużyć pewną ilość pracy mechanicznéj, na wypowiedzenie jéj ustami lub piórem. Pewném jest, że ilość téj pracy będzie ściśle odpowiednią do rozległości i komplikacyi treści przedmiotu. Ale czy, wyłożywszy już raz za pomocą zużytych znowu pokarmów, tę pracę dla przelania myśli swéj w umysły innych ludzi; stracił już na zawsze sam całkowitą treść téj pracy, jak ją stracił drwal, gdy z pomocą także zużytych pokarmów porozdzielał pewną ilość włókien w narąbaném drzewie? Zaprawdę, że nie.
Podczas, gdy drwal dla narąbania coraz to nowéj ilości drzewa, spożyć potrzebuje coraz nową ilość pokarmu, zupełnie równolegle z tém, jak dla każdorazowego ogrzania pokoju potrzeba spalić w piecu świeże ilości drew — i jak te spalone drewna przepadają w zupełności dla drzewa, od którego w postaci konarów oddzielone zostały, tak i ta ilość pracy drwala, jako produkt działania jego muskułów, nie ginie wprawdzie w przyrodzie, ale przepada zupełnie dla drwala.
Wobec takiéj równoległości i współmierności fizycznéj pracy człowieka z wszelkiemi innemi zjawiskami w dziedzinie materyi i jéj ruchu, czy zachodzi podobna paralela pomiędzy tego rodzaju zjawiskami a zjawiskiem idei myśliciela? Zaiste, że nie.
Czyż jest w całéj dziedzinie najsubtelniejszéj materyi i najsubtelniejszych jéj ruchów coś podobnego do téj właściwości wszelkiéj, czy to pojedyńczéj myśli, czy ugrupowania wielu myśli w ideę, czy jest coś podobnego do właściwości, objawiającéj się w możności nieograniczonego szafowania tą myślą, bez najmniejszego jéj ubytku w samym myślicielu? Przecież zużycie pewnéj ilości nietylko materyi, ale nawet ciepła, światła, elektryczności i t. d., może być wprawdzie w ich źródłach odnawianém za pomocą potrzebnych na to nowych nakładów; ale to, co raz wzięto z tego źródła, ginie dla niego, choć pozostaje w przyrodzie. Podczas, gdy myśliciel do wypowiadania czy wypisywania swéj myśli, potrzebuje wprawdzie dla tych fizycznych czynności zużyć i wyprodukować pewne równe im ilości pracy mechanicznéj, dającéj się wyrazić pewną ilością monistycznych „atomów-sił,“ podczas gdy nabyta i wyłożona w tym celu przez myśliciela pewna ilość pracy mechanicznéj, podobnie jak dla drwala, przepada na zawsze i dla myśliciela. Skoro więc wobec tych wszystkich porównań i zestawień objawów myśli ze zjawiskami fizycznémi, znajdujemy się w pośród świata wyobrażeń zupełnie nowych, a przechodzących pojęcie nasze, wyrobione na obserwacyi materyi, dla tego zgodzono się na to, aby sfery władztwa tych dwóch potęg od siebie oddzielić i obok świata fizycznego, drugą światem „duchowym“ nazywać. Konieczną bowiem jest odrębna zupełnie nazwa dla faktu, obserwowanego w utworze pracy myśliciela, który może produkt swojéj duszy, to jest myśl lub ideę, udzielić w zupełnéj całości miliardom ludzi i przez miliardy wieków, bez poniesienia najmniejszego uszczerbku ni w sile swéj myśli ni w jéj magazynie. Magazyn ten przywykliśmy nazywać osobną władzą duszy to jest pamięcią.
Czyż posiadacze całych skarbów duszy, jéj rozumu i wiedzy, jak Mojżesz, Mahomet, Sokrates, Archimedes, Newton, Kopernik i inni, czyż twórcy wyrażeń siły uczuć jak Dante, Byron, Goethe, Mickiewicz, podobnie jak Mozart, Bethowen, Chopin i inni, czyż posiadacze téj wiedzy i uczuć, utracili cośkolwiek ze swoich skarbów, przekazując je (nie mówimy tu o fizycznéj stronie przekazania) w zupełnéj całości licznym spółczesnym i następnym pokoleniom? Zapewne że nie; ale owszem, zyskali tyle, że pamięć o nich utrwala się z pokolenia na pokolenie.

Stoimy tu więc wobec olbrzymiego szeregu niepojętych dla człowieka zjawisk; zjawisk, stanowiących najbardziéj może nieprzeniknioną granicę dla naszych pojęć, granicę nieostatnią w dziedzinie pojęć, ale ostatnią w przedsięwziętéj przez nas téj drobnéj pracy. Zjawiska te właśnie pomimo swojéj niezmierzonéj rozległości, należą do tych, których materyaliści znanych dotąd odcieni dojrzéć nie chcą, których, jakby protestu przeciwko swéj arogancyi, unikają! Sama zarozumiałość i jednostronność nie posunęły jeszcze nigdy nauki; ale były wieki, gdzie jéj dużo szkodziły bez względu na obóz, z jakiego wyrzucały na współczesnych zatrute swoje pociski.

Na szczytach owych szeregów nieprzystępnych nam i nic wspólnego nic mających z materyą i jéj ruchem, a więc na szczytach duchowych czysto zjawisk stoją ideały. Z pomiędzy nich najbardziéj interesujące wszystkich ludzi, są ideały etyczne czyli ideały dobra ludzkości.
Z natury swojéj ideały, jako wyższe ponad wszystko ludzkie, nie mogą być przedmiotem matematycznego lub przyrodniczego badania i dowodzenia. Odpowiedniość ich odczuwa się tylko całém życiowém doświadczeniem długiego szeregu myślących ludzi, a metoda badań nauk fizycznych, jeżeli ich unaocznić nie jest w stanie, to ich téż obalić nie może.
Najpotężniejsze geniusze wskazały ludzkości niemniéj i poszczególnym społeczeństwom najbardziéj im odpowiednie, a względnie do innych, mniéj więcéj blizkie siebie ideały etyczne. Od tych wskazanych ideałów przedziela ludzkość niezmiernie rozległy step dziecięcéj naiwności, gęsto poprzerzynany rozległemi a ciemnemi lasami zwierzęcych instynktów człowieka. Religie, to drogoskazy na tych manowcach.
A tu zjawiają się dosyć śmiałe, bo zaślepione kataraktą jednostronności na duchowém swojém oku umysły, które, nie mogąc wypróć skalpelem z ludzkiego ciała żadnego ideału, dla wzięcia go pod mikroskop, starają się odwrócić ludzkość od tych drogoskazów, jako prowadzących, zdaniem ich, do mrzonek, niezgodnych z nauką, jak gdyby na owym stepie i w owych lasach mało było miejsca na ich gmatwające się, nigdzie do jasnego celu nie skierowane dróżyny.
Jeśli zbyt gorliwi u nas apostołowie materyalizmu przyszli już do téj zarozumiałości, która, nie pozwalając im w nie wierzyć prócz w materyą i siłę materyalną, natchnęła ich wiarą w samych tylko siebie, wiarą, która każe im obalać dawne drogoskazy i ścieżki, wydeptane od wieków stopami przeszłych przez nie licznych pokoleń, jeśli ta zarozumiałość i arogancya każe im zasiewać nasze niwy gęstemi krzewami nizkich instynktów zwierzęcych, wyrobionych długą walką o byt w pośród życia zwierząt; to mogliby przecie zwrócić i na to uwagę swoję, że owe stepy i lasy są dosyć rozległe, by wśród nich praktykować wraz ze swymi adeptami sztukę przedzierania się bezdrożem wśród owéj kniei bez żadnego celu. Nie zazdrościmy jednak owym badaczom i apostołom rzekomego postępu takiéj pracy, takiego sposobu uszczęśliwiania przyszłych swoich zwierzęcego pochodzenia pokoleń; owszem, musimy się nawet godzić na taki podział pracy, bo istotom, mającym pretensyą do człowieczeństwa, wolno przecie nosić wysoko własne swoje wiary i własne przekonania; ale nie wolno wytężać bezkarnie wszystkich swoich sił żywotnych na obalenie owych przedwiekowych drogoskazów. Prawdziwy przyjaciel ludzkości mija je zawsze z należném uszanowaniem! Sąd zaś o tém, czy lepiéj iść za drogoskazami, czy krętemi ścieżkami mieniących się z każdą chwilą przeróżnych eksperymentów, należałoby może zostawić przyszłym pokoleniom, które po owocach naszych poznają nas. Przyszłe pokolenia osądzą dopiéro, czy istniejące wobec teoryi materyalistycznych dawne drogoskazy należy starannie pielęgnować, czy równocześnie należy grzebać doktryny fałszywych proroków w gruzach zapomnienia, jako złe, które zaskoczyło nas nieopatrznych po wielkiém wstrząśnieniu w tak nieprzyjacielski sposób.

Cały olbrzymi szereg tych właśnie duchowych zjawisk, jako i zdolność do ich wytwarzania i przyswajania sobie, o całe niebo różni pojęcia naszego społeczeństwa od narzuconych nam przez pseudodarwinistów czwororękich protoplastów. Dziecię już bowiem ludzkie przynosi z sobą wzmiankowaną powyżéj wrodzoną i dającą się mniéj lub więcéj wykształcić zdolność do wytwarzania i przyswajania sobie niezmierzonéj ilości myśli i uczuć, nie mających nic wspólnego z materyą i jéj ruchem. Myśli te i uczucia wraz ze świadomą i przez nie kierowaną wolną wolą człowieka, — wolną, bo jakkolwiek zamkniętą ogólnie ludzkiemi granicami, to jednak wewnątrz tych granic, idącą tylko za intencyą i postanowieniem naszéj wewnętrznéj duchowéj energii, stanowią ten właśnie jego skarb indywidualny, kwestyonowany przez zaślepionych marzycieli, którzy się myślicielami być mienią, ów skarb, obok którego trudno nawet stawiać dla porównania najwięcéj wybujałe objawy inteligencyi, jakichkolwiek przedstawicieli zwierzęcego świata.
Obowiązkiem nauki jest używać tych skarbów naszych: należy badać wszystko, co myślą objąć jesteśmy w stanie i skrzętnie zbierać wszelkie na tém polu zdobycze. Nauka powinna oczyszczać istotę ludzką z wszelkich zwierzęcych przymieszek, ona powinna coraz bardziéj uszlachetniać uczucia nasze. Interes ludzkości i dobro narodu wymaga tego, aby starannie pielęgnować posiadane, lub wytwarzać za pomocą myśli i uczuć wyższe, jeśli to być może ideały dobra na ziemi; nie porzucając lekkomyślnie i złośliwie dawnych, dopóki na pewno lepszych nie wynajdziemy. Wśród takiéj pracy wytrwałéj, przejętéj miłością bliźniego i miłością ludzkości, poprowadzić można każdą wolę w stronę tych ideałów, krzepiących ducha i serce. A czyniąc to, będziemy z jednéj strony czuli coraz bardziéj rosnącą przepaść, dzielącą nas od darwinistowskich protoplastów, z drugiéj zaś nasze duchowe oko widzieć będzie coraz więcéj nieprzystępnych człowiekowi tajemniczych granic, dających mu możność odczuwania, że w całym wszechświecie są rzeczy wyższe o wiele nawet ponad człowieka, w całém wielkiém tego słowa znaczeniu.
Bez względu na to, czy całą przepotężną sumę pierwszych przyczyn wszechbytu w połączeniu z odpowiednią najwyższą wiedzą i środkami, koniecznemi do wytworzenia i utrzymywania w działaniu wszechświata; czy więc całą tę konieczną, niezmierzoną potęgę uosobimy w jednéj postaci, istniejącéj niezależnie od wszechświata i nazwiemy ją Bogiem; czyli téż, utożsamimy tego Boga z całym przepotężnym wszechbytem, to czując się niezmiernie daleko od téj olśniewającéj granicy naszych pojęć, bez względu na to, czy jesteśmy wyznawcami objawienia, czy deistami, czyli téż nawet panteistami; będziemy mogli zawsze z dumą człowieczeństwa na czole i z okiem duszy zwróconém tam, gdzie żadne inne stworzenie nie sięga, jednym wielkim i zgodnym chórem, powtarzać z naszym poetą:

Potężny Boże na ziemi i niebie,
Gdy spojrzę na dzieł Twoich widowisko,
A potém oczy obrócę na siebie,
Jak mnie Twa wielkość upokarza nisko!

Sokołówka w lutym 1883 r.



PL Zdzisław Kozietulski - O granicy pojęć ludzkich str 32.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zdzisław Kozietulski.