O duchach djabłach i kobietach/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | O duchach djabłach i kobietach | |
| Wydawca | Gebethner i Wolff | |
| Data wyd. | 1927 | |
| Druk | Zakł. Druk. F. Wyszyński i S-ka | |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków; Lublin; Łódź; Paryż; Poznań; Wilno; Zakopane | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
DJABŁACH
I KOBIETACH
ZWIĘKSZONE

Pan Walenty Zięba nazywał się wprawdzie jak ptaszek, ptaszka jednak nie przypominał, w każdym razie nie małego ptaszka; był podobny raczej do marabuta, wiadomo zaś, że marabut nie jest ptakiem przystojnym. Tedy i pan Zięba był chudy, łysy, i zawsze zamyślony. O czem myślał? Któż to wie? Nikt nie wie, co się dzieje w główce małej zięby, któż tedy może wiedzieć, co się odbywa w potężnej i do tego łysej głowie wielkiego Zięby. Należy zaś wiedzieć, że głowy łyse, utraciwszy niemałą troskę myślenia o włosach, myślą tem gwałtowniej o sprawach wielkiej wagi i wielkiego znaczenia. Pomijam już to, że pan Zięba, człowiek zewszechmiar sympatyczny i otoczony dokoła szacunkiem, jak dom parkanem, wytężał niezwykle machinę mózgu, aby jak najlżejszym uczynić ciężar, który od lat wielu dźwigał na głowie; bo jak kangur, zwierzę miłe i daleko skaczące, nosi rodzinę swoją w worku brzucha, tak człowiek żonaty, chociaż łysy, dźwiga ją na głowie. Pan Zięba dźwigał na niej żonę wspaniałą i córkę piękną, ozdobę dziewic.
Żona pana Zięby była to kobieta pulchna, tak, że gdyby ci, plugawy czytelniku, przyszła niepojęta dla mnie ochota dotknięcia palcem naprzykład jej zasobnego biustu, rozwiązły twój palec, nie znalazłszy oparcia, grzązłby w nadobnem jej ciele, jak w cieście. Przypominała ona ogromne ciastko, zwane pączkiem. Łagodna napozór, była to kobieta o złej gębie. Kiedy zaczynała mówić, uciekał z domu mąż, z kuchni służąca, z kamienicy stróż, z gniazd jaskółki, z podwórza wróble, z dachu kot, z bramy pies, z rogu ulicy policjant. Jeśli to było w nocy, zrywał się wicher i wył w kominie. Gwiazdy gasły. Ludzie mieli złe sny. Małe dzieci dostawały konwulsyj. Suchotnicy w promieniu kilku ulic umierali. Ludzie nerwowi wyskakiwali na bruk z czwartego piętra. Kobiety pobożne odmawiały modlitwę za konających.
Owa tedy niewiasta urodziła pannę Helusię Ziębiankę. Jak lilja jest aniołem wśród kwiatów, tak ta słodka panienka była aniołem wśród dziewic. Skromna była tak, że aż się rumieniła na widok małych piesków, wesoło i niewinnie figlujących i na widok koguta, kiedy się starał o omlet dla niej właśnie; bladła i rumieniła się naprzemian, kiedy ujrzała nagą rzeźbę; wstyd ją otaczał purpurowem ramieniem, kiedy wchodziła naga do wanny, tak czyste były i liljowe myśli tej słodkiej panienki.
Uwielbiała ją pani Ziębina i uwielbiał ją pan Zięba, dziwiąc się tajemnie w duszy kosmatej i bezwłosej głowie, jak się to stać mogło, aby taka dzieża ciasta, jak jego połowica, mogła wydać na świat tę figurkę śliczną i tak niewinną, jak pierwszy promień słońca. Mógł o tem rozmyślać jednakże bardzo rzadko, był bowiem zajęty robieniem interesów, wielkich i solidnych, albowiem kobieta gadająca i nawet nad wszelki wyraz pyskata miewa czasem chwile wytchnienia, w których się odżywia jak lokomotywa, węgiel pożerająca, aby mogła jechać dalej, a także i panienka niewinna, chociaż anioł, musi żywić niewinność swoją, a tem bardziej ją odziewać, aby nie było nic widać. Interesy pana Zięby były czyste i uczciwe, jak zresztą wszystkie interesy na świecie, nie można bowiem zastanawiać się długo nad nieuleczalnem manjactwem pewnej kategorii ludzi, dlatego nazwanych prokuratorami, że dla nich najuczciwszy interes ma w sobie ziarnko złodziejstwa. Gdyby tym oszalałym ludziom pozostawić zupełną wolność działania, wtedy trzy czwarte ludzkości siedziałoby w kryminale jedynie za doskonałą pomysłowość, albo za dobry żart. Bo czy jest to zbrodnią, czy też tylko dowcipnym pomysłem zrobić taki interes, w którym jeden człowiek wytłumaczy drugiemu, żeby od niego kupił takie akcje za miljon, które nie będą warte w dniu ostatnim miesiąca dziurawego buta? Czy nie jest to żartem wybornym i godnym śmiechu sprzedawanie przyjacielowi swemu dwóch wagonów kawy, która nigdy nie wyrosła i nie wyrośnie, z czego potem ten przyjaciel ma zabawne zmartwienie?
Pan Zięba pod tym względem był człowiekiem bardzo dowcipnym i wiele takich niewinnych urządzał kawałów, są to zaś rzeczy, które należy popierać z narodowego punktu widzenia, aby najdowcipniejszym ludziom na świecie, Żydom, pokazać, że można się nazywać Ziębą i mieć dowcipną głowę do dowcipnych interesów.
Taka tedy miła rodzina mieszkała w Warszawie przy ulicy Pięknej w domu własnym, który był gniazdkiem gromadki Zrębów.
Nie wszystko jednak zostało o niej powiedziane. Szczegół o tej rodzinie najważniejszy zostanie dopiero po wyszczególnieniu jej generaljów wymieniony. Oto wiadome było powszechnie, że pan Walenty Zięba był spirytystą, znanym i wśród wielu głośnym miłośnikiem szukania związków z zaświatem. Może dlatego tak wychudł, może dlatego miał filozoficznie ponurą minę marabuta, może dlatego w odpowiedniem oświetleniu miał wygląd mumji egipskiego kapłana, który się suszy w grobie od czterech tysięcy lat.
Pan Zięba chodził z seansu na seans i napełniony był duchami. W jego domu działy się cudy, o których mówiono z nabożnym szeptem. Pani małżonka mówiła na ten temat głośno i szeroko; ponieważ nie mam do dyspozycji trzystu lat, podczas których zdołałbym jako tako nieudolnie streścić to, co zdołała na ten temat wypowiedzieć pulchna ta kobieta, mogę tylko w idealnym skrócie podać lejtmotyw jej narzekań:
— ... Tylko taki bęcwał, jak ty, potrafi trupy sprowadzać do domu... Stuka to, puka, potem cała noc oka nie mogę zmrużyć... Krzesła trzeszcza, i z szafą dzieją się jakieś historje... Żebyś przynajmniej się przytulił, żebym wtedy wiedziała, że nie jestem sama... Akuratnie! Oj! Większa byłaby pociecha ze zmory, niż z ciebie... A niech sobie chodzą po domu... Ta przynajmniej z tego korzyść, że cię czasem jakiś nieboszczyk po głowie czemś zdzieli... Czasem i mądry duch się zjawi... Ale ty się kiedy doczekasz, że i ja umrę ze strachu, albo Helusia dostanie konwulsyj, biedne dziecko!...
Helusia, biedne dziecko, bardzo pobożna, duchów się nie bała i drżała tylko na myśl, że gdyby się jej nagle taki duch ukazał, umarłaby ze wstydu, bo duchy mają takie dziwne zwyczaje, że przychodzą wtedy, kiedy człowiek leży w łóżku, same zaś pewnie są nieubrane, bo poco takiemu ubranie?
Pan Zięba podnosił tylko oczy ku niebu i pełnem tkliwości spojrzeniem błagał swoje duchy znajome i nieznajome, aby przyszły, a jeden — najmocniejszy — aby mu żonę udusił, albo, uniósłszy ją na wysokość dziesięciu tysięcy metrów, upuścił ją potem przez nieuwagę. Widocznie jednak mały to był dla duchów interes, bo pani Ziębina żyła i mówiła.
Mówiła też wiele i nadobnie, kiedy w czarny dzień, bo w piątek, miał się odbyć wielki seans u pana Zięby. Przyszło dwóch głośnych aktorów, jeden wielki literat, jeden doktór od warjatów i jeden ginekolog, poza tem słynne medjum, szewc z Solca. Pan Zięba był szczęśliwy i promienny, bo z szewcem tym nikt jeszcze seansów nie urządzał, a on go wynalazł i on z niego zrobił sławę. Piekielny ten szewc, brat djabła i kuzyn czarownicy, odczuwał straszliwą trwogę, wiedząc, że ma być czeluścią, z której się dobędzie nadprzyrodzone; był blady, miał czystą duszę i brudne łapy.
Seans udał się znakomicie. Jeden duch rozbił flakon i stukał palcami w szybę, drugi, jakiś figlarz, pociągnął za brodę ginekologa, a panu Ziębie chciał koniecznie włożyć palec do ust, trzeci przyniósł bukiecik fiołków aż z Radomia, fotografję nieznajomej zmarłej i polano sosnowego drzewa z Taszkientu. Wszystko to jednak są drobiazgi mało ciekawe.
Szewc jęczał, jakby go bito kopytem po głowie, lub na nagi brzuch lano gorącą smołę. Wtedy ukazał się duch wielki i potężny. Zaświecił się, zbliżał, chodził i krążył. Pana Ziębę pogładził po głowie, nosem otarł się o nos znakomitego pisarza. Niczego nie tłukł, niczego nie rozbijał. Był to duch duchów, duch wspaniały, uroczysty i dostojny.
Patrzyli w niego wszyscy zachłannie, rozgorzałemi oczyma, z całą siłą wzroku, szczęśliwi, że jest, że go zacny szewc wywołał z zaświatów, że go przywiódł tu, do nich, potęgą nieśmiertelną do ich śmiertelnych zmysłów. Cisza była taka, że było słychać, jak kwiaty więdną (!) w kryształowym dzbanku. Serca biły mocno, zęby szczękały metalicznie. Był to jednak duch przyjazny i dobry. W struchlałe serca wstąpiła odwaga i miłość. Wywoływacze duchów kochają swoje dzieci, swoje duchy.
Ten duch szedł prosto od strony fortepianu do nich, zawrócił, poczem, przywołany wysiłkiem woli, poszedł znów ku nim. A szewc spał. Duch płynął.
W tej chwili słowa, zahaczając o zęby, jak o zadzierżysty płot, wypadły w strzępach z ust aktora.
— Duchu, kto jesteś?
Jak szmer dalekiej fontanny, jak wiew zefiru, jak bzyk muchy, ułapionej przez pająka, jak głos dalekiej fletni, jak szelest traw, (a szewc spał, psia jego mać!) — popłynęło ku nim:
— Jestem duchem Aleksandra Wielkiego...
Serca się poderwały w nich, jak Bucefał, „Jego“ koń, i cwałowały przez długą chwilę, zanim, pobite tem imieniem jak piorunem, uspokoiły się w swojej mizernej małości, i zanim znów ktoś zdołał przemówić:
— Powiedz, duchu, czy ci jest źle, czy dobrze, że tu do nas przychodzisz?
— Jest mi bardzo źle... — szepnął duch.
— Czy możesz nam powiedzieć, czemu ci jest źle?
— Tego nikt z was pojąć nie może.
— Czy dlatego może, że nie otrzymałeś chrztu świętego?
— Nie! Moje zmartwienie jest w Indjach...
— W Indjach!... — szepnęły w nich serca — co to może znaczyć?
Spojrzeli po sobie gorejącemi oczyma, tylko psychjatra patrzył wciąż w stronę ducha, który, szeleszcząc szeptem, krążył dokoła. Nagle psychjatra szepnął cicho:
— Aleksander Wielki był kulawy!
I o dziwo! Kiedy wszyscy spojrzeli w stronę ducha, on nagle zaczął chromać, nieznacznie, łagodnie, ale chromał, oddalając się.
— Duchu! Stań! — krzyknął za nim aktor i, nawykły do szerokich gestów, wzniósł rękę, jakby mówił do ducha Hamleta, i przerwał łańcuch. Duch przystanął, ale szewc wstrząsnął się nagle w drgawkach i zaczął udawać niepotrzebnie świętego Wita. Dmuchnięto mu w gębę i zbudził się. Najbardziej pijany szewc budzi się około poniedziałku, a ten nie był pijany.
W tej chwili coś upadło w stronę fortepianu i coś serdecznie, rzewnie głęboko jęknęło. Zafalowała portjera u drzwi, i wszystko umilkło.
— Jezus, Marja! co to takiego? — rzekł cicho pan Zięba.
Nikt nie odpowiadał. Wszyscy zbledli i wszyscy spojrzeli na nieszczęsnego szewca, zgoła jak na krawca. Jak mogło się zbudzić to kopyto tak nie wporę!
— Szewska robota! — rzekł literat.
— W najlepszej chwili! — płakał prawie ginekolog. — Uważaliście, jak przystanął na rozkaz. On! Aleksander Wielki. A skąd pan to wiedział, że Aleksander Wielki był kulawy? To ciekawe... I on kulał. Cudy, cudy.
Chcieli rozpoczynać seans na nowo, ale szewc nie chciał; był zmęczony i przerażony, obiecał na przyszły tydzień.
Pan Zięba został sam.
Kiedy człowiek zostaje sam, nigdy wtedy niewiadomo, z kim pozostał. Powinno się przypuścić, że łajdak pozostał z łajdakiem. Można się pomylić dwa razy na sto. Dlatego człowiek samotny zawsze odczuwa trwogę, że jest w niewyraźnem lub zgoła niebezpiecznem towarzystwie.
Panu Ziębie było też cokolwiek nieswojo. Historja ze wspaniałym duchem rozklekotała mu nerwy, czuł się nieco zmęczony. Zgasił światła tak, że tylko mała lampka świeciła z pod seledynowego abażuru; pan Zięba odpoczywał, pomyślawszy przez chwilę ze zgrozą, że opodal czuwa jego żona, i pomyślawszy tkliwie bardzo, że w białem swem łóżeczku śpi już jego córka. Godzina była dość późna, spokojna ulica nie robiła wrzasku.
Pan Zięba zapalił cygaro i siedział bezmyślnie, puszczając dym na pokój. Nagle nastawił uszu. Coś zaszeleściło w stronie fortepianu, więc odłożywszy cygaro na popielniczkę, napoły uniósł się z fotela i spojrzał bystro najpierw w stronę okna, czy jest zamknięte, więc czy wiatr nie budzi szelestów, potem świdrującemi oczyma w tę stronę, w której coś mąciło ciszę. Szelest ustał, tylko wisząca na ścianie makata nieco się wzdęła, jak obwisły żagiel wzdyma się niewidocznie pod podmuchem lekkiego wietrzyku.
Dusza załopotała w panu Ziębie, i nagle padł na niego strach, jakby był zwyczajną ziębą, na którą padł jastrząb.
Wydęty fałd makaty wyrównał się, i z poza niej dobywać się począł mglisty kształt, dotąd za makatą ścieniony jak stary papier, teraz, kiedy się z poza niej wyślizgnął powolutku z każdą chwilą pełniejący jak obłok.
— Matko Boska! — jęknął pan Zięba.
Włosy jego jak żołnierze, swobodnie i leniwie odpoczywający w leżącej pozycji, nagle poderwani gromką komendą, podniosły się i stanęły wyprostowane. Nie robiło to zbyt wielkiego efektu, pan Zięba bowiem był łysy, więc tylko kępki w dolnych częściach głowy dały dowód, że czują i są przygotowane na najgorsze.
— Kto tu?... — krzyknął pan Zięba głosem, który starał się być groźny, a sam się boi. Gdyby kuropatwa chciała przerazić strzelca, właśnie takiego narobiłaby wrzasku.
— Kto tu? — powtórzył pan Zięba i, poderwawszy się, jakgdyby go ktoś nagle dźgnął w plecy, poskoczył i stanął w pozycji obronnej za fotelem.
Nikt nie odpowiedział.
Panu Ziębie głos uciekł w głąb przełyku i dławił go tam jak ość karasia, ryby złośliwej, która lubi stawać ością w gardle. Na czoło wytrysnęły wielkie krople potu, ręce mu drżały. Oczy stanęły słupem i patrzyły nadmiernie rozszerzone, jak obłok szary, seledynem lampy dziwacznie zabarwiony, rozwijał się, pęczniał i zaczął przybierać kształty ludzkie.
— Aleksander Wielki! — jęknęła dusza w Ziębie i bezgłośnie zawyła ze strachu.
Ludzie, z duchami obcujący, są zazwyczaj odważni, każdy się boi zosobna, lecz razem zebrani są dzielni i patrzą śmiało w oczy piekielne. Wprawdzie duch, gdyby był niespokojnej natury, mógłby zebrać wszystkich uczestników seansu w wiązkę jak cebule i tłuc długo głową o głowę, zanimby ich nie porozbijał. Nie zdarzyło się jednak, by duch przekroczył granice przyzwoitości. Dać komuś w pysk, albo dotkliwie uszczypnąć, to duchy lubią, nie można powiedzieć, ale to i wszystko. Pan Zięba wiedział to z seansów i przywykł do zagrobowych manier. Znaleźć się jednak w obliczu ducha samemu, samemu, jak palec, to mu się, rzecz prosta, nie zdarzyło. Nikt nigdy nie wie, co duchowi może przyjść do głowy. Dodawszy do tego niesamowitość spotkania, roztrzęsione nerwy, późną noc, to wszystko starczyło, aby pana Ziębę napełnić trwogą, zgoła obłąkaną. Jak kiedy kto wsadzi rękę do klatki pełnej ptactwa a ono, oszalawszy w małych móżdżkach, czyni w klatce wir i tłucze się rozpaczliwie na wszystkie strony, nieszczęsne i przerażone, taki oto widok, przeraźliwie rzewny, przedstawiało wnętrze głowy nieszczęsnego pana Zięby. Myśli skakały w nim jak pchły. Jedna wołała, aby zapalić światło. Była to myśl z rozpaczy ogłupiała, gdyż kontakt elektryczny znajdował się poza widmem, gdyby zaś był nawet na odległość ręki, pan Zięba nie mógłby go dotknąć, gdyż czuł się jak sparaliżowany. Druga myśl, nieco mądrzejsza, wołała: „Ziębo, uciekaj, na Boga, uciekaj!“ I ta myśl była tylko z pozoru mądrzejsza, gdyż nogi pana Zięby nie były bynajmniej w lepszym stanie, niż ręce, zresztą tylko bity przez całą młodość w samo ciemię idjota może myśleć, że ucieknie przed duchem.
Wołała myśl trzecia: „Na kolana, na kolana i proś go o łaskę!“ I uklęknąć nie można i nie ma czem prosić, gdyż głos opuścił się ku żołądkowi, co po dziwnem jego wzburzeniu, pan Zięba czuł wyraźnie.
Wreszcie zjawiła się myśl dwudziesta piąta, która szeptała: „Nie bój się, przecież to Aleksander Wielki. Chciał zostać, tak mu się podobało. Taki duch nie jest duchem złoczyńcy. Jest to duch wielkiego ducha(!)... Przemów do niego, przemów... Patrz, patrz! zbliża się łagodnie... Na Boga... jest uśmiechnięty...“
Jak człowiek, co drogocenną rzecz ratując przed zatratą, nagle i bez namysłu wsadza rękę w ogień i wyrywa mu ją z czerwonej jego gardzieli, jak nurek skacze w toń i wynosi z niej złotą monetę, tak pan Zięba skoczył w przepaść własną i gdzieś z żołądka, za włosy chwyciwszy, jak topielca, wydobył swój głos. Z trudem niezmiernym przepchał go przez spiekłe i nagle wyschłe gardło i przemówił. Nie był to jego głos; jakiś obcy i nieznany, trochę nieprzytomny, jakby pijany, ale zawsze głos. Wróciła mu też władza w rękach, więc wzniósł rękę prawą, jak szermierz szpadę przed twarzą i tak się nią zasłonił.
Duch przystanął przed nim w odległości trzech kroków. Był to wyraźny zarys długiego, chudego nieco człowieka; rozpoznać można było na tem chmurzystem ciele coś, jakby twarz, oczy, nos i usta. Widmo było wysokie, lecz ni stąd, ni zowąd potrafiło się skurczyć jak chmura. Ręce miało nieprawdopodobnie długie, falujące i zdawało się, że może je, jeśli zechce, wydłużyć w nieskończoność. Bystro tedy pojął, trwogą na nic pobity pan Zięba, że głupio będzie, jeśli będzie się cofał i zasłaniał fotelem, czy też biurkiem. Nie spuszczając więc szeroko, zajęczą modą wytrzeszczonych oczu z widma, pan Zięba rzekł:
— Duchu, czy jesteś tym, który tu dziś był?....
— Taki — zaszeleścił duch.
— W imię Ojca i Syna...
— I Ducha Świętego!... — dokończył duch.
Pan Zięba odetchnął. To był duch dobry. Nagle jednak myśl bystra ze świstem przeleciała mu przez głowę:
— Jeśli jesteś duchem wielkiego, pogańskiego króla, jak możesz znać modlitwę chrześcijan?
Aż się zdumiał własną odwagą.
— A któż panu powiedział, że ja jestem poganin?
— Przecież, duchu, mówiłeś sam... przecież Aleksander Wielki?!
Usta ducha rozszerzyły się w uśmiechu tak, że przedzieliły cały kształt głowy, jakby cięciem noża na dwie połowy. Duch widocznie umiał się śmiać „od ucha do ucha“, choć ich nie było widać.
— Aleksander Wielki? Tak mówiłem? Ach, prawda... Ale ja nim nie jestem, panie Ziębo.
„Panie Ziębo?“ Jezus Marja! Nieśmiertelność wie o nim. Pan Zięba zdumiał się i strwożony i zachwycony.
— Duchu! skąd znasz moje nazwisko?
— Z tabliczki na drzwiach! — odrzekł duch. — Czemu pan tak drży, drogi panie? Jeśli się pan boi duchów, to poco ich pan wzywa? Poco pan robi seanse? Niech pan usiądzie sobie spokojnie i pogada sobie ze mną, bo jestem tu z pańskiej winy i muszę tu pozostać...
— Pozostać?... — jęknął Zięba.
— Niedługo. Musi pan sprowadzić tego złodzieja szewca...
— A cóż szewc...
— Ten łajdak się zbudził, fuszer obrzydliwy, zanim miałem czas stąd wyjść.
— A inaczej nie można?
— Nie, panie Ziębo, kto mnie sprowadził, musi mnie odprowadzić. Muszę przejść przez tę małpę jeszcze raz.
— Jeszcze dziś?
— Dziś? Nie wiem, czy się to zrobi... Niech pan chwilę poczeka...
Duch się nagle skurczył i na chwilę zaniemówił. Po upływie kilku sekund rozprężył się znowu.
— Niemożliwe. Pańskie cudowne medjum jest pijane jak świnia i pije dalej. Nie można go będzie wprowadzić w trans.
— I duch tu zostanie? — krzyknął pan Zięba z rozpaczą.
— Mogę tu, mogę gdzie indziej, wolę jednak tutaj. Przenocuję sobie u pana gdzieś za tapetą, albo na lampie, a jutro pan sprowadzi tego łajdaka. Niech pan siada.
— Dziękuję! — rzekł śmiertelnym głosem pan Zięba i zapadł się w fotel jak w trumnę.
Duch wił się po pokoju jak obłok, jakby szukał miejsca, wreszcie przylgnął do skórzanej kanapy i napełnił ją sobą. Nie można było określić ściśle, czy siedzi, czy leży, widać było tylko, że kanapa pełna jest ducha, pełna chmurzystej, wciąż drżącej materji.
— Ja oka nie zmrużę! — szepnął rzewnie pan Zięba.
— Ja nie śpię nigdy! — rzekł duch.
Pana Ziębę strach już odleciał. Duch nie wydawał się straszny. Ile razy o nim pomyślał, w mózgu mu się lodowe robiły igiełki; kiedy zapominał o tem, że przed nim leży (czy siedzi?) duch, rozmawiał z nim tak, jakby człowiek pijany rozmawiał ze swojem przywidzeniem.
Co więcej! Perspektywa, że mu ten duch będzie siedział na karku przez kilkanaście godzin, że przebył za jego sprawą chwilę śmiertelnego strachu, nagle uczyniła mu go niesympatycznym. Miał wrażenie, że biedny, niezaproszony krewny najechał mu dom. Równocześnie niesłychane zdarzenie napełniło go dumą, wprawdzie nikt nie uwierzy w nieprawdopodobną opowieść i słusznie może rzec: „Urżnięty byłeś, panie Ziębo!“ — jednak pogadanka z duchem, który jest rozmowny i od którego wiele ciekawych można się dowiedzieć rzeczy, była zbyt nęcąca, aby zbyt przeklinać los i ducha. Zresztą z duchem zawsze lepiej być dobrze. To też pan Zięba pytał pokornie:
— To pan nie jest duchem Aleksandra Wielkiego?
Duch zaskrzeczał jak żaba.
— Co? co to znaczy? — przeraził się Zięba.
— Nic. Zaśmiałem się z tego, że pan mówi do mnie przez pan.
— Jeśli nie wolno...
— Ależ wolno, wolno, tylko, że już od tego odwykłem.
— To pan już dawno, jakby to powiedzieć...
— Jak dawno umarłem? trzy lata temu. A co do tego Aleksandra Wielkiego, to widzi pan, to jest taki kawał.
— Jakto kawał? Czy wypada?
— Zaraz panu wytłumaczę, niech pan jednak zrobi mi małą przyjemność.
— Ależ proszę!...
— Obok pana leży zgasłe cygaro; niech je pan zapali i puszcza dym w moją stronę... Bardzo kiedyś lubiłem cygara. Niechże pan zapali..
Pan Zięba drżącemi rękoma zapalił cygaro i dmuchał w stronę kanapy.
— Czy tak dobrze?
— Doskonale. Miło jest na ziemi.
— A tam? — zapytał pan Zięba ze śmiertelną powagą.
— Gdzie?
— No tam, gdzie pan... za grobem?
— Tam? Panie, tam jest okropnie!
— Nie może być!
— Może być, bo ja tam byłem, a pan nie. Ale kiedy pan będzie, to się pan przekona.
Pan Zięba krzyknął nagle.
— Kiedy ja umrę?!
— A djabli pana wiedzą!
— To pan nie wie?
— Niby skąd? Skąd ja mam wiedzieć, czy pan ma kamienie w nerkach, czy sklerozę? Pan myśli, że „tam“ nie mają większego zmartwienia, niż to, kiedy umrze pan Zięba? Przedewszystkiem to ich obchodzi, że sami umarli. Jest to świadomość dość przykra, żeby się nie interesować cudzem zmartwieniem.
— A dlaczegóż tam jest tak źle?
— Źle, nieźle, tylko ciasno i nudno. Duchy na seansach nie chcą o tem mówić, bo jakbyście się wszystkiego dowiedzieli, niktby z duchami nie gadał. Ponieważ zaś dla biednego ducha wycieczka na ziemię jest rozrywką, jak dla pana wycieczka na wieś, więc stroją miny i robią z tego tajemnicę.
— A pan mi powie?
— Puść pan jeszcze dymu, to powiem; zresztą przyjął mnie pan tak serdecznie... Nigdy mi nie było tak dobrze: leżę na kanapie i palę doskonałe cygaro. Nigdy w życiu nie paliłem tak wybornego cygara.
— Nie mógł pan?
— Byłem profesorem uniwersytetu, proszę pana.
Pan Zięba mimowoli skłonił głowę.
— Patrzcie! patrzcie! — szepnął.
— Pan, panie Zięba, zachwycił mnie tem, że się pan nie przestraszył ducha.
— Panie, ja się bardzo nastraszyłem.
— Ale już to panu przeszło. To bardzo ładnie. Tylko głupi człowiek boi się ducha, który mu nic złego nie może zrobić.
— I pan nic złego nie może zrobić?
— Mogę kogoś najwyżej bardzo nastraszyć, potłuc meble, stłuc lustro, mało co więcej; zawsze zresztą byłem spokojny.
— A inni?
— Inni? Jak się zdarzy. Znam jednego ducha, który na ziemi był wydawcą. To nieprzyjemne indywiduum; ubrdał sobie, że musi zawsze kogoś obdzierać ze skóry, więc próbuje to robić także jako duch; nie ma wprawdzie siły, ani zębów, ani paznokci, więc ludzie mają tylko nieprzyjemne, bolesne sny. Są też i furjaci. Łazi taki po domu, wywraca meble, gasi światło, odkręci kran wodociągu, podstawia nogę, tak, że człowiek łamie nogę, ciska człowieka pod automobil, nastawia mylnie kolejowe zwrotnice. Takie psie figle jednem słowem. Naogół jednak duchy są spokojne. Zmęczone to, wymizerowane, zziębnięte, więc nie ma ochoty do awantur.
— Mój Boże, jak mi was żal!
— Bóg zapłać za dobre słowo. Pan jest dobry człowiek, panie Ziębo. Czy mogę pana prosić o jeszcze jedną przysługę?
— Ależ proszę bardzo!
— Cygaro się dopala. Ale czy to nie butelka konjaku stoi tam na biurku?
— Tak, to konjak.
— Niech pana moja prośba nie zdziwi. Tu przy mnie stoi stolik. Niech pan naleje trochę konjaku na talerzyk i postawi na stoliku, tuż przy mnie.
— Z największą chęcią, ale co panu z tego przyjdzie, biedny duchu?
— Coś w każdym razie. Nie mogę wypić, to przynajmniej powącham.
Pan Zięba wszystko to spełnił uczciwie i zdaleka, zbytnio się nie zbliżając.
Duch westchnął głęboko.
— Doskonały konjak! — rzekł z rozczuleniem.
— Możeby rozpylić! — zapytał Zięba rozrzewniony.
— Niech pan nie psuje biednego ducha! — roześmiał się duch. — Ale pije mój szewc, niechże sobie i ja użyję.
— Niech panu pójdzie na zdrowie — rzekł Zięba.
— Niewieleby mi to pomogło! — westchnął duch. — Wracając jednak do rzeczy, niech się pan moim prośbom nie dziwi. Ale karjera ducha nie jest do pozazdroszczenia; to bardzo smętne zajęcie.
— Czemu? czemu? — pyta zachłannie pan Zięba.
— Przeludnienie, raczej przeduchowienie, to pierwszy kłopot. Opuszcza nieznośna dusza ciało i co? Nie ma się gdzie podziać, lata wciąż w ziemskiej atmosferze. A ponieważ od początku świata straszliwa liczba tego tałatajstwa opuściła ziemię, niech pan sobie wyobrazi miły ścisk. Wprawdzie ja się mogę zrobić cienki, jak kartka papieru, ale zbyt wygodne to nie jest. Dawne duchy zajęły najlepsze miejsca, każdy następny spychany jest na stronę biegunów, z czego pan łatwo pozna, że sprawa ze „zgrzytaniem zębów“ jest oczywiście nieprzesadzona. Ścisk i fatalne warunki życia, oto przyjemność. To też z rozkoszą wracamy na ziemię, byle kto chciał nas sprowadzić. Ot widzi pan, szewc zawołał, a ja przyszedłem.
— Lecz czemu jako Aleksander Wielki?
— Mundus vult decipi. Prawdziwe duchy wielkich ludzi, dawno w wieczności zasiedziałe, mają miłe życie. Mieszka sobie taki nad Indjami, albo nad morzem Śródziemnem, to mu dobrze. Myśli pan, że taki się kiedy ruszy? Może go pan sto lat wołać, nawet się nie obejrzy. Więc tylko my, biedacy, musimy urządzać najrozmaitsze kawały, i kiedy kto wróci na ziemię, to udaje zaraz jakiegoś znacznego nieboszczyka. Ja jestem specjalistą jako Aleksander Wielki. Jeden pisarz wojskowy, którego tramwaj na śmierć przejechał, gra zawsze Napoleona, jeden krawiec wyspecjalizował się, nie wiem czemu, jako Dante, pomyśl pan, co za obrzydliwy kawał, jako Dante. Cezara odgrywa jakiś guwerner, nikt nie chce ryzykować Newtona i Humboldta, bo do tego potrzeba specjalnych wiadomości i nie można się kompromitować, bo tych wywołują wciąż tylko ludzie uczeni. Mamy natomiast bardzo zmyślnego poetę i jest to sprytny młodzieniec, który dość fałszywie, lecz bezczelnie naśladuje Słowackiego. Ten chłystek dyktuje na seansach całe poematy, nie można tylko szelmy nauczyć, że cezura wypada w trzynastozgłoskowym wierszu po siódmej, a w jedenastozgłoskowym po piątej, — zawsze pomyli.
— Niesłychane!
— Co robić, drogi panie? Rozpacz i nędza.
— I tak bez nadziei?
— Coś się musi stać, bo tak długo nie wytrzymamy. Jakoś to już natura obmyśli, ale narazie jest nieszczególnie... Niech no pan trochę doleje konjaku bo ten już zwietrzał... Oj, co to? Ktoś tu idzie.
Zięba porwał się z fotela.
— To moja żona! Boże drogi! Trzecia godzina... Niech pan...
Ducha już nie było; spłynął pod kanapę i nie zostało po nim śladu.
Zanim weszła pani Ziębina, wszedł najpierw jej pysk.
— ...Sam z sobą gadasz? O trzeciej w nocy? Spać nie dasz nikomu o tej porze? Helusia płacze, bo myśli, żeś zwarjował. A to co? Naturalnie konjaczek! Najpierw duchy, potem konjaczek, a ty tam śpij sama, jak nieboszczyk w grobie bo Waluś sobie z buteleczką... żebyś skonał za moje zmartwienie.
— Ciszej, na Boga, ciszej! — szepnął struchlały pan Zięba i spojrzał w stronę kanapy.
— Ciszej? A dlaczego ciszej? Niech pan Bóg chociaż usłyszy; niech wie, kogo mi dał, obym była tego nie doczekała. Idź spać natychmiast!...
— Idę, tylko sprzątnę...
— Jeśli cię za pięć minut nie będzie...
— Będę, będę, przysięgam, że będę.
— Miła kobiecinka, — rzekł duch, — wyłażąc z pod kanapy.
— Czy wróciłby pan na ziemię, gdyby pan był mną? — rzekł smutno pan Zięba.
— Zastanowiłbym się... — szepnął duch. — Ale niech pan już idzie, biedny człowieku. Tak, tak...! u nas nie jest najgorzej...
— Panie! — rzekł z determinacją Zięba.
— Jestem na usługi...
— Czy „tam“ małżeństwa żyją razem w dalszym ciągu?
— Były pod tym względem próby, ale się skończyły źle. Do ucieczki ma pan obszar zbyt wielki, i można tak zginąć w tłumie, że jedno drugiego nie znajdzie przez miljon lat!
— Bóg jest wielki! — westchnął pan Zięba.
— Więc niech pan idzie. Ja tu sobie chwilę pobędę, zanim konjak nie straci aromatu potem się trochę przejdę. To jest moje rodzinne miasto. Pójdę nastraszyć trochę tego doktora, co mnie leczył przed śmiercią. Nie jestem złośliwy, ale on dziś ucieknie po nocy z domu.
— A potem?
— Potem powrócę. Znajdzie mnie pan jutro w fortepianie, a pod wieczór niech pan przyprowadzi szewca. Dobranoc panu.
— Dobranoc.
Żółty jak cytryna, roztrzęsiony, rozgorączkowany, po bezsennej nocy, pan Zięba pojechał nazajutrz rano na Solec, gdzie mieszkał i gdzie łatał buty i życie dzielny i władzą piekielną obdarzony szewc. Zastał go w domu, obejrzał i poczuł, że ma z rozpaczy łzy w oczach. Szewc spał na barłogu z głową obandażowaną. Przywiozło go pogotowie z szynku, gdzie mu jego przyjaciel, stolarz, najwygodniejsze i najbardziej modne robiący trumny, rozbił głowę butelką doskonałej firmy. O tem, by z dziurą w głowie iść na seans, nie było mowy. Szewc mógł tak poleżeć z tydzień. Pan Zięba zdrętwiał. Bał się wracać do domu; że jednak bał się nietylko ducha, ale i żony, wrócić musiał.
Zapukał lekko w wieko fortepianu. Miał wrażenie, że puka w czarną trumnę, pytając jej lokatora, czy można wejść?
— Czy pan tu jest? — szepnął.
Struny brzęknęły cichutko, tak niesamowicie, że się pan Zięba cofnął przerażony.
— Jestem, jestem. Dzień dobry panu. Nie wyłażę, bo po dniu mnie pan nie zobaczy. Był pan u szewca?
— Byłem, ale z szewcem jest nieszczęście: rozbili mu głowę, nie będzie mógł przyjść.
— Oj, odrazu wiedziałem, że to swinia. Przykra rzecz.
— I co teraz będzie?
— Cóż ma być? posiedzę u pana kilka dni...
— Ależ to niemożliwe.
— Panie Ziębo, czy ja się napraszałem do pańskiego domu? Niech pan szczerze odpowie...
— Tak, ja to wiem ja pana bardzo przepraszam, ale ja zwarjuję.
— Dlaczego? Czy robię panu cokolwiek przykrego, lub choćby niemiłego?
— Nie to. Pan jest nadzwyczajnie sympatyczny, ale ja mimo tego zwarjuję. Pańska obecność mnie rozstraja... To niezwykłe położenie... Niech pan sobie wyobrazi tę ciągłą świadomość, że się ma u siebie takiego, że tak powiem... dziwnego gościa...
— Rozumiem, ale cóż ja na to poradzę? Zniknę panu z oczu, nie będzie mnie pan widział! Nie dam znaku życia.
— To i cóż z tego, kiedy ja będę wiedział!
— Trudno, niech się pan stara zapomnieć.
— Nie zapomnę! Ja oszaleję!
W fortepianie ucichło, duch widocznie myślał.
— Proszę pana, panie Ziębo, słyszy pan?
— Słyszę!
— Zróbmy ugodę: ja opuszczę pańskie mieszkanie i będę trochę krążył po mieście, kiedy zaś pan uśnie i cały dom uśnie, niech pan pozwoli, że powrócę. Odżałuje pan kroplę konjaku i zawsze mi pan zostawi miseczkę, gdzieś wysoko, na piecu naprzykład, aby nikt nie dojrzał. A ja panu przysięgam, że się panu odwdzięczę. Zgoda?
— Niech będzie, niech będzie, pomyślę, zrobię! — szeptał szybko pan Zięba. — Ale teraz niech pan prędko ucieka z fortepianu. Moja córka idzie grać ćwiczenia.
— Boże jedyny! — jęknął duch i struny. Coś zaszeleściło i dźwięknęły cichutko kryształowe szkiełka elektrycznej lampy. Pan Zięba podniósł oczy, słusznie bowiem osądził, że duch przeniósł się na lampę, tem prawdopodobniej, że się z niej nagle zerwały wszystkie siedzące na niej muchy. Nic jednak nie zobaczył.
— Niech jej pan nie przestraszy! — syknął groźnie w powietrze i wybiegł, jak człowiek, który zaczyna warjować metodycznie, wedle podręcznika.
Unikał domu, wymyślał tysiączne interesy, wił się, byle nie wracać przed wieczorem. Nie wiedział, czy duch „jest w domu“, czy go gdzieś poniosło. Wieczorem nie odchodził na krok od żony i córki, lecz wciąż nasłuchiwał. Nagle się zrywał i przykładał ucho do drzwi.
Pani Ziębina kręciła głową podejrzliwie i, patrząc porozumiewawczo na córkę, znacząco dotykała palcem czoła.
— Czego nasłuchujesz?
— Myślałem, że złodzieje...
— Szafa w drugim pokoju trzeszczy i cała parada. Ale pewnie, jak się kto z duchami zadaje...
— Milcz! — krzyknął blady pan Zięba.
I był straszny tak, że ciężkie słowo zawisło na ustach pani Ziębiny, zachwiało się i padło na dywan bez szelestu.
Trzeciego dnia jednakże było gorzej. Córeczka malowała akwarelą słoik od musztardy i jabłko, jako martwą naturę, pani Ziębina przerabiała kapelusze, Zięba czytał gazetę. Było około dwunastej. Nagle w pokoju obok coś dźwiękło, coś się rozprysło.
— Jezus, Marja! co to? — zduszonym głosem rzekła pani.
Pan Zięba był blady jak trup.
— Idź, zobacz, czego stoisz, jak malowany?...
Pan Zięba był bledszy od trupa i ani drgnął.
— Nie pójdziesz?
— Nie! — jęknął.
Spojrzała na niego z pogardą i poszła sama; błysnęło światło, i pani Ziębina wszczęła wrzask. Po chwili przyniosła szczątki deserowego talerzyka, pachnące konjakiem. Pan Zięba zmartwiał.
— Musiało zlecieć z pieca... Kto to postawił na piecu? Dlaczego to pachnie jakąś wódką?...
Mówiła tak długo, długo. Pan Zięba milczał i tylko patrzył smutno i z wyrzutem w otwarte do straszliwego pokoju drzwi. Nagle odskoczył jak przypieczony ogniem.
— Przepraszam pana... to przez nieuwagę!... — szepnęło mu nad uchem.
— Jutro pójdziesz do doktora! — rzekła pani Ziębina.
A ponieważ Helusia zaczęła płakać, poszli spać. Pani zapalała w nocy trzy razy światło, bo mąż majaczył. Od dnia następnego zaczął się w tym domu sądny dzień. Pan Zięba widocznie był tknięty na rozumie. Kiedy nikogo nie było w pokoju, gadał do palmy, do pustego krzesła, raz do środka wazonu, raz do pieca, głowę wgórę zadarłszy. Pani Ziębina podglądała przez dziurkę od klucza, coraz bardziej zaniepokojona, zdarzyło się jednak coś, co ją przejęło strachem. Oto jednego dnia mąż raniutko poszedł do salonu, skradając się na palcach, i zaczął szeptać do fortepianu. To już było, to jej nie dziwiło. Lecz pan Zięba nagle nerwowo zapalił cygaro i, paląc je jak furjat, wdmuchiwał dym do wnętrza fortepianu, uniósłszy nieco jego nakrywę.
Pani Ziębina przeżegnała się z trwogą.
Tego dnia stało się jednak coś nierównie okropniejszego, niż dmuchanie do wnętrza fortepianu; coś, co z krzykiem wybiegło na schody, zaniepokoiło dom cały i rozległo się dalekiem echem, tak, że na piątej ulicy o niczem innem nie mówiono, tylko o zdarzeniu u państwa Ziębów.
Oto kiedy służąca zacna, pilna i pracowita, tłomok szlachetny z dziobami na gębie, imieniem Katarzyna, weszła w godzinę potem z miotłą i szczotką do salonu, zmieniona została w słup soli, naturalnie nie tej z biblijnej opowieści, tylko z gorszego gatunku słup soli bydlęcej. Oto nieopodal okna, naprzeciwko pustego fotelu, wisiała „sama“ w powietrzu szeroko rozłożona płachta gazety, a jej stronice powoli się odwracały również „same“. Kiedy szczotka wypadła z przerażonych rąk pobożnej Katarzyny i sprawiła niejaki harmider, gazeta (W imię Ojca i Syna) — gazeta „sama“ szybko się rozłożyła i „poszła“ w drugi kąt salonu. Tam położyła się na kanapie. Tylko człowiek, który słyszał ryk przerażonego czemś osła, tylko człowiek, który słyszał wrzask dzikiego człowieka, kiedy go mają wrzucić do kotła, aby z niego zrobić potrawkę na wesele murzyńskiego króla, taki tylko człowiek może sobie z wielkim trudem wyobrazić, jaki wrzask podniosła dziobaty, lecz miły zresztą kocmołuch, Katarzyna.
Przez dwie godziny omawiano te djabelskie sztuki we wszystkich kuchniach i na wszystkich tylnych schodach, i ciągle ktoś się żegnał krzyżem świętym. Kamienica zamieniła się w piekło. Pod wieczór opowiadano, że gazeta swoją drogą, ale i inne dzieją się tam historje. Kucharka opowiadała, że kiedy pan Zięba wychodzi, to paltot z wieszaka leci i sam się wpycha na ramiona, a kiedy zapomniał teki z papierami, to sama za nim poleciała przez okno, tak, że on nie zszedł jeszcze ze schodów, a ona już na dole, przy bramie na niego czekała.
Tego więc wieczora mówił pan Zięba radosnym szeptem do kanapy:
— Jutro przyjdzie szewc!
— Ach, jaka szkoda... — odpowiedziała kanapa.
— Panie, to mnie ocali przed obłędem!
— Nie chciałbym się narzucać, bardzo pana polubiłem... Panie Ziębo!...
— Słucham, mów pan prędko.
— Usługa za usługę. Pan dziś zapowiedział, że pan wychodzi na wieczór, tak?
— Tak; pan widocznie dziś nie opuszczał mego domu, jeśli pan to podsłuchał.
— W istocie, ale u pana dzieją się tak ciekawe rzeczy, że się temu z ciekawością przyglądam.
— I co z tego?
— Chciałbym — dla pańskiego dobra, — oczywiście, aby pan udał tylko, że pan wyszedł — zaszemrała kanapa, „pełna ducha“. — Niech się pan ukryje.
— Poco?
— Coby to było za przedstawienie, gdybym panu zgóry opowiedział treść? Czy nie racja? Niech pan tu będzie „u mnie“ około dziesiątej. Tylko odwagi, przyjacielu! Pańska żona leży?
— Dzięki Bogu, leży, jest chora.
— Wszystko w porządku.
Około dziesiątej pan Zięba poczuł, że go coś ciągnie za połę surduta. Coś około niego zamajaczyło.
— To pan? — szepnął.
— Konkurencji nie mam w tym domu. Nikt nie wie, że pan jest w domu?
— Nikt.
— Niech pan idzie na palcach do pokoju panny, zdaje mi się, Heleny.
Pan Zięba przystanął.
— Mojej córki?... Co to znaczy? Co pan wie?...
— Więcej, niż pan.
Szli obaj jak duchy. Kiedy stanęli pod drzwiami panny Helusi, duch szepnął:
— Ja tam wejdę przez szparę, a pan niech patrzy przez dziurkę od klucza.
Pan Zięba spojrzał i byłby omdlał, ale chciał wiedzieć wszystko, więc dlatego tego nie zrobił. Lelija, anioł, kwiatuszek śliczny siedział na kolanach bardzo miłego porucznika artylerji ciężkiej. Pan porucznik zaś widocznie przez pomyłkę uważał ją za armatę i badał uczciwie, czy jest w zupełnym porządku.
Pan Zięba chciał płakać, ale nie mógł. Powlókł się do stałej siedziby ducha, do pokoju z fortepianem i tam legł na kanapie jak trup.
— Zajął mi pan kanapę! — rzekł nagle duch.
Pan Zięba poczuł do niego nienawiść tak gwałtowną, że skoczył z trampoliny swej rozpaczy w zbałwaniony ocean furji i gniewu.
— Łotrze, łeb ci roztrzaskam! — krzyczał.
— Niech pan spróbuje, to nie tak łatwo, bo wszystko ciężkie przeze mnie przeleci, jak przez powietrze. Czego pan krzyczy? Czy ja jestem oficerem? Czy ja to zrobiłem?
Pan Zięba zapadł znowu w rozpacz, jak w miękkie bagno. Miał łzy w oczach.
— W swoim pokoju, w swoim domu! — szeptał smutno, z czego wynikało, że panienka powinna przynajmniej pójść do pokoju oficera, jeśli chciała zachować przyzwoite maniery.
— Ale ja panu to wynagrodzę! — rzekł duch.
— Moja córka! moja córka! — jęczał Zięba.
— Pańska żona za to zapłaci!
Zięba ożył nagle.
— Moja żona? jak?
— Chodź pan za mną!
Zięba podniósł się jak zahipnotyzowany i szedł bezwolnie za szarym ogromnym cieniem.
— Otwórz pan cicho te drzwi, abyś widział cud.
Zięba otworzył je jak złodziej. Pani Ziębina z głową owiązaną ręcznikiem leżała na łożu. Nocna lampka sączyła z siebie światło wodniste i skąpe. Zięba stanął za portjerą i patrzył.
Duch szedł ku pani Ziębinie; po drodze wywrócił krzesło, i wtedy pani ta spojrzała. Duch urósł straszliwie aż pod powałę, nadął się, jak potworna kiszka, i zacharczał tak straszliwie, że panu Ziębie mrówki przebiegły po krzyżu. Pani Ziębina wytrzeszczyła oczy, usiadła na łożu i krzyknęła. Krzyknęła tak straszliwie, że kawałek tynku oderwał się od pułapu, ale nie dokończyła krzyku. Z pokoju panienki ktoś wybiegł szybko, ale w przeciwną pobiegł stronę. Krzyk urwał się w połowie, jak ucięty nożem; pani Ziębina czyniła z gardłem i ustami jakieś nieprawdopodobne sztuki, jak człowiek, który się dławi. I nic nie pomogło. Z paszczą naoścież otwartą trwała tak, skamieniała.
— Gotowa! — rzekł duch.
Pan Zięba wyszedł z ukrycia nieśmiało. Żona spojrzała na niego jak na drugiego ducha. I nie przemówiła.
— Co się jej stało? — zapytał cicho pan Zięba.
— Zaniemówiła. To potrwa czas dłuższy.
— Nie może być! I to jej nie odejdzie?!
— Chyba nie!
Pan Zięba spojrzał na ducha tak serdecznie, z takiem rozrzewnieniem w oczach, że się duch uśmiechnął.
Pójdźmy wypalić cygaro — rzekł figlarnie. — A jutro idź pan po szewca.
— Duchu najdroższy! — rzekł Zięba, — ja pana nie wypuszczę!
I chciał go uściskać, ale chwycił w ramiona tylko wieszadło, które stało właśnie w „ciele“ miłego ducha.
Niema nic bardziej fałszywszego na tym świecie pozorów i blichtru, niźli tytuł książki, wiersza, powieści i noweli. Dotąd za istotę najfałszywszą uchodził niesłusznie jezuita, a słusznie — kobieta. Jednakże nawet uśmiech kobiety tak nie kłamie, jak potrafi zełgać tytuł. Zapowiada takie napisane bydlę niesłychane historje, a tymczasem w środku jest sieczka; zapowiada niezmierne rozkosze, zasię schwytany na haczyk tytułu głupi jak ryba czytelnik, w połowie książki uderza głową o ścianę, bezprzytomnie sam sobie czyniąc krzywdę, jeśli zaś zachował resztki przytomności, wtedy rozbija talerze, albo bije żonę. A jak czasem kobieta ma tylko piękny kapelusz, a cała reszta jest pokraką, mającą zamaszyste piersi i krzywe nogi, tak też czasem jedyną ozdobą utworu pisanego jest tytuł. Czasem i człowiek ma tytuł, herbowy oczywiście. I wtedy jest znowu tak jak z książką: piękny tytuł, a w środku sieczka.
Ulegam, rzecz prosta, temu samemu pociągowi do grubego oszustwa, które siedzi w każdym człowieku, w piszącym zaś szczególnie. Są to psie figle dziedziczności. Cóż znaczy na ten przykład ten tytuł, który grubemi literami został wymalowany na poprzedniej karcie?
— „Historja, która zdarzy się jutro...“
Skąd może kto wiedzieć, co się zdarzy jutro?
Pomijając jednakże sprawę proroczych zdolności, którą dotąd wykazywały jedynie biblijne żydy, godna ubolewania w tym tytule jest jego napuszoność. Zamiast jednego jakiegoś słowa, dwóch słów najwyżej, zaraz całe zdanie. „Historja“ — co za historja? Co się ma „zdarzyć“? Dlaczego „jutro“? Aj, aj! jaka głębia... Czy jutro będzie rewolucja, czy trzęsienie ziemi? Nic podobnego. Autor, nie mając nic lepszego do roboty, opowiada jakieś malutkie zdarzenie, nie większe w swem znaczeniu, niż ból zęba, wywrócenie się dorożki pod tramwaj, zgubienie parasola lub utrata dziewictwa. Bzdurstwo i tyle, a zaraz tyle pompy w tytule.
Oto są skutki złych nałogów.
Autor wie o tem, wstydzi się tego i jest niepocieszony; i gdyby uważał czytelnika za coś innego, niż za bęcwała, który również nie ma wiele do roboty i dlatego czyta, chętnieby go przeprosił, ale nie chce.
Jakkolwiek się tedy historja ta nazywa, to o niej jest pewne, że jest to historja przeraźliwie smutna. Małe, drobne zdarzenie, a jednak pełne smętku i melancholji. Tylko człowiek, tknięty na rozumie i mający rodzinną skłonność do rozmiękczenia mózgu, nie wzruszy się tą sprawą, lecz, przeciwnie, będzie się tem bawił, że ktoś ma wielkie zmartwienie.
Ponura ta sprawa odbyła się tak:
W Warszawie przy ulicy Wiejskiej, dlatego tak nazwanej, że znajduje się tam najbardziej wiejska instytucja, Sejm, — mieszkał i na podstawie ochrony lokatorów zapewne do dziś mieszka, mimo przykrego i krzykliwego sąsiedztwa, bardzo wytworny pan Niesiecki. Podaję nazwisko oczywiście zmyślone; przez brzmienie jego, identyczne z nazwiskiem autora herbarza, chciałem mu jedynie nadać polor szlachecki i zebrać w niem, jak w soczewce, wszystkie promienie szlachetności. Jest to poniekąd nazwisko skondensowane.
Uczyniłem to rozmyślnie, pan Niesiecki bowiem łączył w sobie niepospolite cnoty, piękno duszy, zacność serca, szerokość umysłu i prawość charakteru. Widać z tego, że nie był ani posłem, ani dyplomatą, ani kupcem, ani wydawcą. Nie zajmował się niczem; miał dużo pieniędzy, odziedziczonych — rzecz prosta, — są bowiem ludzie szczęśliwi, co mieli głupich ojców, którzy nie trwonili pieniędzy sami, lecz przez potomstwo. Wobec tego pan Niesiecki bardzo czcił swoich ojców i dziadków, a szczególnie dwie ciotki, które Pan Bóg natchnął zacną myślą, aby majątku nie zapisywały na kościół, tylko bratankowi.
Za to kupił pan Niesiecki śliczne meble, piękne obrazy i jeszcze piękniejsze książki, które czasem czytał, kiedy się bardzo zmęczył próżnowaniem. Książki te jednak, szczególnie z pięknemi obrazkami, miały na sobie ślady częstego z niemi obcowania; były to dowody, jak bardzo nadobne baletnice, miłe śpiewaczki z chóru lub kasjerki z kinematografu mają rozwinięty pociąg do książki i ciekawość oglądania sztychów. Wiele się tych ślicznych istot wykształciło u pana Niesieckiego. Trzeba pamiętać przytem, że istoty te, jak małe dzieci, muszą wszystkiego dotknąć, wszystko zawsze wziąć w rękę.
Nie wynika z tego, że w przemiłem mieszkaniu przy ulicy Wiejskiej nie bywały wielkie i szlachetne damy. Owszem, owszem. Wielkie damy jednakże nie są ciekawe książek, a jeśli tam bywały, to rozmawiały tylko nadobnie i głęboko o duszy, o życiu i o śmierci.
Wszystko w tem mieszkaniu, doskonale i roztropnie urządzonem, przystosowane było do bujności i kolorowości życia, które się tam wiodło. Doświadczenie pana Niesieckiego, który z łez i szarzyzny żywota wycisnąć potrafił nieprzerwany uśmiech, umiało niezwykle przenikliwie odgadnąć wszystko, co się mogło zdarzyć w żywocie uśmiechniętym. I tak naprzykład: jak w aptece znajdują się najróżnorodniejsze medykamenty, przewidziane na wszystkie dolegliwości i choroby, tak w mieszkaniu pana Niesieckiego były wszelakie medykamenty, pobudzające, kojące i umilające. Pan Niesiecki tak znał nawylot duszę kobiecą, że wiedział doskonale, co która dusza lubi pić. Pod tym względem był psychologiem niezrównanym, który wiedział, że wielka dama pije burgunda, zna bowiem nieoszacowane właściwości tego boskiego napoju; aktorki dramatyczne tylko konjak, baletnice wszystko, byle „słodkie“, chórzystki zawsze szampana, bo to i musuje, i ciągle się o tem śpiewa w operze („Niech wino szumi złote, w kryształach szumi wraz!“) i w operetce („Ach szampan morzem płynie, przy słodkiej mej dziewczynie“), kasjerki z kinematografu piją namiętnie likiery, panienki bez bliżej określonego zajęcia zwyczajną czystą; bywały także dziwolągi, jak panienka, która piła tylko limonjadę, i jedna specjalistka, fenomen, rafinowanie wykwintna, co pijała tylko konjak z roztartem żółtkiem, takie jakieś specjalne paskudztwo. I taką przewidział pan Niesiecki.
Tak on sobie żył i miewał tylko małe zmartwienia, albowiem zmartwienia wielkie mają tylko ludzie pracujący. Zmartwieniem jego była późna wiosna, chmurne niebo, widok brzydkiej twarzy, plama na koronkowym obrusie, stłuczony baccarat, same takie okropności. Był to miły, kochany i niegłupi bałwan, z najlepszem zresztą sercem.
Ostatniem, wyjątkowo wielkiem jego zmartwieniem, była brzydka i krzykliwa sprawa z lokajem. Poczciwy do pewnego stopnia darmozjad, który nic nie robił, bo i pan nic nie robił, robił jeszcze mniej, niż mógł, gdyż do „czarnej“ roboty przychodziła pani żona pana stróża, pan lokaj zaś „doglądał“ pana Niesieckiego, nosił listy, kupował kwiaty i bilety do teatru, pił wino, palił cygara, kradł bieliznę. Był to jednem słowem lokaj sumienny, jak zawsze było, nie perła, ale i nie świnia.
Z takim to lokajem nadzwyczajnym pan Niesiecki musiał się rozstać. Niewdzięczne bowiem to indywiduum, dotychczas jako tako, lecz skromnie ułożone, zjawiło się jednego dnia przed swoim cygarodawcą i przystroiło lokajską gębę w uśmiech. Pan Niesiecki spojrzał i był bliski furji, on, najspokojniejszy winodawca, jakiego kiedykolwiek znała lokajska dusza: pan lokaj sprawił sobie na samym przedzie cztery złote plomby — dwie u góry, dwie u dołu i teraz błyszczał tem złotem natrętnie, krzykliwie, łajdacko. To nowy czas śmiał się tem złotem w twarz pogodnej filozofji pana Niesieckiego.
Pan lokaj (i jego cztery złote plomby) został wylany ną lokajską fizjognomję.
Pan Niesiecki cierpiał.
Mogła mu ostatecznie wystarczyć pani stróżowa, gdyby szło tylko o domowe porządki; kawalerski stan jednakże miłego pana Niesieckiego przywykł do lokajskich karesów, małpich min, głupich rozpraw o pogodzie i do uwag o niewiastach, przybytek ten odwiedzających. Pan Niesiecki wobec tego szukał lokaja na prawo i lewo. Można było wybierać wśród wielkiej ilości hołoty, lecz raz lokaj upatrzony był za wielkim panem dla pana Niesieckiego, raz pan Niesiecki był za małym panem dla pana lokaja. Wobec tego pan Niesiecki sam otwierał drzwi pięknym paniom, które dzwonią krótko i nerwowo, w takt podrygującego ze strachu i ze wzruszenia serca, i miłym przyjaciołom, dzwoniącym z radości, że idą napić się za darmo wina i wypalić jedno, a ukraść drugie cygaro, — najmniej siedem razy, czasem zaś uderzającym we drzwi końcem buta.
Zmęczyło to wreszcie miłego szlachcica do tego stopnia, że prosił znajome damy o wynalezienie przyjemnego, dyskretnego lokaja; nie dodał z wrodzonego mu taktu, że znajome damy powinny to uczynić we własnym interesie.
To też był przyjemnie zdziwiony, kiedy mu bladolica i szerokobiodra artystka dramatyczna, pani Rena Ostoja (po cywilnemu Michalina Kapuśniak), dziewica zresztą pierwszej klasy (idzie o maniery, nie o dziewictwo), kobieta zresztą dowcipna, co się zdarza nawet kobietom, przyjaciółka poetów i malarzy, a także i ludzi bogatych, wielka przyjaciółka pana Niesieckiego, zatelefonowała mu wesoło, że już jutro będzie miała lokaja.
— A dobry?... — pytał Niesiecki.
— Takiego jeszcze nie było! — odrzekła pani Rena.
— Wolałbym nie taką nadzwyczajność...
— Ależ panie, to jest cudowny lokaj! Musi go pan przyjąć... Dla pana idealny... inteligentny, bardzo wykształcony...
— Wykształcony? A mnie taki poco?
— Przecież pan chciał takiego, co to trochę jest lokaj, trochę marszałek dworu, a trochę przyjaciel... Tak, czy nie?
— Tak, ale...
— A to, że wykształcony, to przypadek... Zdarza się... Może to syn jakiej hrabiny...
— Zdarza się! — rzekł z przekonaniem pan Niesiecki.
— Otóż właśnie... Trochę to jest oryginał, ale to tem ciekawsze... W każdym razie niech go pan przyjmie serdecznie i nie tak bardzo, jak zwykłego lokaja... Ja go strasznie lubię...
— Oj!
— Panie Niesiecki! Stać mnie jeszcze nawet na pana...
— Już, już! Dobrze! Uściskam go; niech przychodzi.
Niepodobne jest to do wiary, ale tego dziwnego lokaja oczekiwał pan Niesiecki z niepokojem.
„Wykształcony“, — „oryginał“ — po djabła mu taki lokaj? I do tego protegowany przez aktorkę...
Obejrzał pokoik, w którym „oryginał“ miał zamieszkać, i ujrzał, że jest wcale miły, lecz zapuszczony. Oprócz kilku sprzętów była tam jeszcze wycięta z jakiegoś pisma „Leda z łabędziem“ i premjowany derbista angielski. Poza tem puste butelki za piecem, butelki — wdowy po doskonałych markach. Dawny lokaj był znawcą. Butelki te pan Niesiecki wynosił własnoręcznie, nie chcąc w „oryginale“ budzić uśpionych namiętności.
Nazajutrz sam mu otworzył.
We drzwiach stanął z miłym uśmiechem na przemiłej gębie człowiek młody, dość licho odziany, z włosami w mocnym nieładzie. Spojrzał na pana Niesieckiego z ciekawością wcale figlarną i bardzo jakoś serdecznie. Pan Niesiecki mimowoli się uśmiechnął.
Młody człowiek wydobył z kieszeni list, który wionął perfumą, i podał Niesieckiemu.
— Czy mam zaszczyt z panem Niesieckim?
— Tak. Pan ma list do mnie?
— Tak, od Ostoi.
— Może przypadkiem od pani Ostoi?
— Ach, przepraszam najuprzejmiej, od „pani“ Ostoi.
— Naprawdę, dziwny lokaj, — pomyślał Niesiecki i począł czytać list, w którym pani Ostoja jeszcze raz go zaklinała każdą literą i dziesięcioma wykrzyknikami, aby „serdecznie“ przyjął „oryginała“.
Obejrzał raz jeszcze kandydata, któremu z twarzy nie schodził rozbawiony uśmiech.
— Miły łobuz! — pomyślał wesoło, poczem twarz ułożywszy „urzędowo“, rozpoczął indagację, siedząc w fotelu.
Młody człowiek stał przed nim „niedbale“, jeśli tak stać można. Śmieszna rzecz, ale tą niedbałą miną przyjemny ten lokaj onieśmielał pana Niesieckiego, który nie wiedział, jak właściwie do takiego zagadać. „Pan“ to było za wiele, „wy“ za mało, „ty“ stanowczo niemożliwe. Niesiecki przeto kręcił.
— Jakżeż tam, więc chcemy przyjąć posadę?...
— Z bożą pomocą... — odrzekł lokaj z uśmiechem.
— Niełatwa służba...
— Dlatego też powiedziałem, że z „bożą pomocą“....
— Wolno wiedzieć jakie imię?
— Imię? Ach, prawda... Królowie i lokaje nie noszą nazwiska...
— Co takiego?
— Powiadam, że historja dziwnie czasem rozdziela przywileje...
Pan Niesiecki otwierał oczy coraz szerzej.
— Zwarjowany lokaj i zwarjowana baba, która go przysłała, — pomyślał, lecz rozbawiony.
Patrzył teraz i on z uśmiechem na tego dziwnego lokaja, wciąż uśmiechniętego jakimś kobiecym, czarującym uśmiechem. Niemal mu było przykro, że go nie prosi, aby zajął miejsce na drugim fotelu.
— Z nazwiskiem to sprawa przy meldowaniu u rządcy domu... Dokument jakiś przecie jest?....
— Człowiek bez dokumentu jest lichą imitacją człowieka... — odrzekł lokaj.
— A więc imię?
— Zenobi...
— Jakież niezwykłe imię!
— Imię moje jest kaprysem mego ojca.
— A ojciec kto?
— Mój ojciec był kaprysem mojej matki.
— Dawno pan... to jest... dawno się jest lokajem?
— Z przekonania nigdy!
— A z praktyki?
— Od dziś...
— Oj, to niedobrze... Pani Ostoja nic mi o tem nie mówiła... Byłbym nie trudził... Jakżeż można być lokajem bez praktyki?...
— Ministrowie też nie praktykują. Wprawdzie tu idzie o rzeczy ważniejsze, ale porównanie nie jest zbyt śmiałe.
Pan Niesiecki głośno się zaśmiał.
— Zresztą, — mówił lokaj, — człowiek tak subtelny jak pan, powinien zaufać instynktowi kobiety, a pani Ostoi najgorszy jej wróg nie zarzuci braku kobiecości...
— Dobrze, dobrze... Skąd Zenobiego... Zenobi — wszak tak?... skąd go zna pani Ostoja?
— Igraszka spotkania, kaprys przypadku, dziwactwo losu. Poza tem kocham namiętnie teatr i byłem klakierem. Pan zaś chyba wie dobrze, że pani Ostoi bardzo potrzeba klaki... Tak trudno dziś o oklaski...
— Umie pan czytać i pisać?
— Przedewszystkiem dziękuję panu za „pana“, choć tak się do lokaja nie powinno mówić. Bardzo dziękuję, ale niech pan już wali dalej z tym Zenobim, bo imię jest dźwięczne, mnie zaś przypomina moją godność...
— Smętna godność...
— Jaki pan, taki kram i taki lokaj. Myślę, że będę wobec tego lokajem doskonałym...
— Dziękuję, Zenobi...
— Ależ proszę. Jestem szczery. Ale o co pan pytał?
— O umiejętność czytania i pisania...
— Ach, prawda. Otóż czytam wiele, piszę mało...
— Więc źle, koślawo, czy jak?
— Źle? Nie wiem. Co do tego sądy są sprzeczne.
— Któż to osądzał, w jakim celu?
— Głupie matoły i bez celu.
— Nie rozumiem!
— I ja też niewiele. Kto zrozumie tego, który sam nie rozumie?
— Pan jest, przyznam się ze zdumieniem, człowiekiem dziwnym... Niechże mi Zenobi powie szczerze. Ale bardzo o to proszę, żeby szczerze. Zenobi nie jest człowiekiem byle jakim; dużo wie, mówi zręcznie. Dlaczego Zenobi chce być lokajem?
Miły Zenobi na chwilę spoważniał; na twarzy uśmiech mu zgasł i wesołe jego jasne oczy również zgasły na chwilę.
— Dlaczego lokajem? Nie z przyjemności, niech mi pan wierzy. Ale od chwili, kiedy pana poznałem, myślę, że z przyjemnością będę mógł nim być.
Zenobi znów się uśmiechnął i mówił wesoło:
— Każdy wykręt mógłby pana oszukać. Pan ma dobrą twarz, i widać, że nie jest pan złośliwy. Będę lokajem, niech to panu wystarczy. A jak się to robi, to pan mi pewno powie...
— Ja?!
— Sądzę, że będzie pan aż tak dobry. Logicznie zresztą rozumując, pan zawsze więcej potrzebuje lokaja, niż lokaj pana. Lokaj zawsze więcej umie, niż jego pan. Ze mną jest pierwszy na świecie wypadek, że jest przeciwnie.
— W istocie!
— Panowie są zwykle igraszką w ręku swoich lokajów. Jest to zemsta społecznej nierówności. Dlatego każdy lokaj jest cichym wrogiem swego pana.
— I Zenobi byłby moim wrogiem?
Zenobi uśmiechnął się dowcipnie.
— Człowiek jest zawsze wrogiem drugiego człowieka, dlatego, że ten drugi jest lepszy, mądrzejszy, lub szlachetniejszy. Mimo całego mojego szacunku dla pana, nie chciałbym siebie poniżyć. Byłbym w takim razie odrazu doskonałym lokajem, ale nawet za tę cenę nie chcę tego.
Pan Niesiecki nie mógł się zirytować. Chciał, ale nie mógł; dość trudno bowiem utrzymać dobre maniery ducha, wspaniałego, szlachetnego ducha, który się wogóle manifestuje tylko przez dobre, dyscyplinowane maniery, kiedy lokaj mu mówi niemal impertynencje i w przyzwoitej zresztą formie, który się kłania przy równoczesnem nastąpieniu na odcisk, równa swoją lokajską duszę z jego duszą, pańską. Pierwszy odruch, to jest wzięcie pyskatego młodzieńca za kołnierz i wyrzucenie go przez tylne wejście na kuchenne schody, byłby w zupełności usprawiedliwiony. Pan Niesiecki jednakże wesoło myśl tę odsuwał, jak się odsuwa ręką kogoś niemiłego.
Przy spotkaniu dwóch nieznajomych ludzi jedno mgnienie oka, jeden ułamek chwili ustala ich wzajemny stosunek. Pan Niesiecki już lubił tego lokaja. Pozwalał mu więc gadać, a ten gadał z widoczną przyjemnością.
Pan Niesiecki czuł, że jest to jakaś niejasna sprawa. Gdyby nie polecenie pani Ostoi, bałby się tego człowieka, który mówi tak, jak on, myśli lepiej, niż on. Przypuszczał, że jakieś zygzaki losu, jakaś igraszka zdarzeń, kazały temu inteligentnemu, miłemu i jasno patrzącemu chłopcu szukać pracy. Wybrał najgorszą, bo wcale plugawą pracę lokajską, pewnie jednak uczynił to, sądząc o łatwości tej pracy z pozorów i nie zdając sobie sprawy z haniebnej uniżoności takiej pracy, co jej odbiera godność, powagę i słodycz.
— Biedny chłopiec! — pomyślał dobry pan Niesiecki. Nie chciał go o nic pytać; był człowiekiem pełnym taktu, gentelmanem. Więc nagle spoważniawszy, rzekł Zenobiemu:
— Przyjmę Zenobiego.
— Dziękuję panu...
— Niech Zenobi wie, że nie będzie lokajem. Coś jednak trzeba robić, ale zwalniam Zenobiego od posług ściśle osobistych. To załatwiać będzie Walentowa.
— Nie wiem, kto jest ta dama, ale cześć jej.
— Niechże Zenobi nie przerywa...
— Kiedy się tak miło rozmawia!
— Zenobi będzie dbał o porządek w mieszkaniu, szczególnie w bibljotece, pilnował gazet, listów, rachunków. Trzeba pamiętać, żeby były kwiaty, załatwiać rozmowy telefoniczne wedle polecenia, notować telefony, kiedy mnie nie będzie, jednem słowem, drobne i dość nieprzykre robić rzeczy.
— Z największą chęcią...
— Przedewszystkiem być dyskretnym...
— Z trudnością, ale wytrwam.
— Zenobi dostanie pokoik, pensję i utrzymanie. Dość?
— Za wiele. Ale czy wolno prosić?
— O cóż to?
— Czy mogę brać książki z bibljoteki?
— Ale naturalnie; ja ich nie tykam. Przejdźmy, niech Zenobi zobaczy książki.
Przeszli do małego gabineciku obok, gdzie było w pięknych szafach dość wiele pięknie oprawionych tomów. Zenobi przebiegł oczyma po ich złoconych grzbietach.
— Zenobi i na tem się zna? No i cóż?
— Dużo śmiecia! — odrzekł lokaj z przekonaniem.
Pan Niesiecki zarumienił się z irytacji na samego siebie.
— No! no! — rzekł z wyrzutem, — tak odrazu Zenobi to wie, z jednego spojrzenia?
— Ja patrzyłem krótko, ale te tytuły tak głośno krzyczą, że trudno nie usłyszeć.
Pan Niesiecki był przerażony. Ten oryginalny lokaj zaczynał go jednak trwożyć; postanowił rozmawiać z nim o tem tylko, co mogło tyczyć służby, o niczem więcej. Wracając z bibljoteki, aby pokazać Zenobiemu jego pokoik, po drodze wskazał mu kredens, sypialnię, szafy z ubraniem, broń myśliwską, wreszcie stanął przed szafą odrutowaną, tak, że przez siatkę drutu widać było niezwykle przyjemne wnętrze.
Spojrzał na lokaja przenikliwie i rzekł z naciskiem:
— W tej szafie jest wino!
Zenobi bardzo spoważniał i na gębie zrobił się niemal dostojny.
— Jest to szafa pięknej złudy! — szepnął z powagą.
— Szafa ze zwykłem winem, bardzo zresztą doborowem. Niech mi Zenobi spojrzy w oczy!
— Patrzę i widzę pański srogi wzrok.
— A teraz niech Zenobi powie prawdę...
— Któż kłamie w obliczu wina?!
— Czy Zenobi pije?
— Namiętnie, jak furjat!
Pan Niesiecki opadł na najbliższy fotel ciężko, jak człowiek złamany: tak siada rezygnacja, tak siada człowiek zrujnowany, dowiedziawszy się, że ciotka wyzdrowiała, tak pada minister, dowiedziawszy się o głosowaniu w parlamencie, tak pada zdradzony mąż, tak pada Dante w pieśni piątej, wiersz sto czterdziesty drugi „Piekła“, tak pada drzewo, uderzone piorunem, tak pada polski dramat na premjerze, tak pada kobieta, aby upaść.
Zenobi spojrzał na niego z wyrafinowaną sympatją.
— Panie! — rzekł ze słodyczą, — wrażenie, jakie na panu zrobiło moje uczciwe wyznanie, każe mi pana miłować. Ach, jak pan kocha wino! Pana w tej chwili nie to zmartwiło, że panu spadł z nieba doskonale pracowity wspólnik, broń Boże! Pan jest podobno zbyt bogaty, aby się nie podzielić kroplą wina choćby z lokajem. Nie! Pana powaliła na fotel zazdrość, nagła zazdrość o kochankę, o najcudowniejszą kochankę świata, o słoneczną butelkę wina. Pan ją kocha namiętnie, wtem przyszedł ktoś, kto powiada uczciwie: I ja ją kocham, tak jak pan, nawet bardziej jeszcze. Panie! ja kocham wino. Jeśli mnie pan teraz nie wyrzuci za drzwi, to jest pan człowiekiem wielkiego ducha. A jeśli mnie pan wyrzuci, będę leciał ze schodów, krzycząc wielkim głosem: Chwała człowiekowi, który kocha wino! Panie, co jest za tą zagrodą z drutu?
Pan Niesiecki spojrzał na niego błędnie i mówił głosem słabym:
— Mouton Rotschild doskonałego roku... Romanee Conti... Pape Clement... Chateau Leoville wyborne...
— Cześć! cześć! — szepnął lokaj z upojeniem.
— Jest whisky — black and white, jest konjak Grande Reserve...
— Chwała! chwała!
— Jest Martell i Prunier, i Meykow. Jest...
— Dość! niech pan nie kończy... Tego nie można pojąć odrazu... Tego zwykła dusza ludzka nie wytrzyma... Niech pan nie kończy, bo co panu z tego przyjdzie, że biedny, młody i pełen nadziei człowiek nagle zwarjuje? Niech pan ma litość nad człowiekiem, który pana uwielbia za cudowny instynkt równowagi.
— Dlaczego? jakiej równowagi?
— W bibljotece dużo śmiecia, tu same perły. Pan swoje życie wyrównał idealną linją. Szanowałem pana, teraz pana uwielbiam za to, że pan przepaść ludzkiego szaleństwa zasypał, nie! zalał złotem szaleństwem słońca...
Pan Niesiecki nic długo nie mówił. Patrzył na lokaja ciemnym wzrokiem człowieka, który ze zdumienia nie może myśleć. Zenobi pieścił spojrzeniem szafę.
Po długiej chwili pan Niesiecki rzekł:
— Zenobi aż tak kocha wino?
— Nie wierzę kobietom, śpiewam fałszywie, wino kocham.
— Więc Zenobi będzie je kradł?
— Kraść? Brzydkie słowo. Dlaczego je pan powiedział? Właśnie pan? Niech pan...
— Przepraszam, serdecznie przepraszam... Ja nie myślałem, żeby Zenobi...
Pan Niesiecki powstał.
— Właściwie, proszę mi powiedzieć natychmiast: kim pan jest?
Zenobi pokiwał głową na jakiś smutny temat.
— Czytał pan Danta? — zapytał.
— Danta? Pewnie, kiedyś...
— Kim jestem? Dusza Capocchia rzekła piekielnie: „Wiesz, że mnie w świecie słynną małpą zwali“... Niech to panu wystarczy, choć Capocchio był łajdak, a ja nie...
— To wszystko?
— Wszystko...
— I pan chce być lokajem?
— Będę nim. Już jestem. Ale niech mi pan mówi, jak wprzódy: Zenobi! Kiedy mnie pan nazywa panem w obliczu tej szafy, mógłbym myśleć, że czyni pan to umyślnie, aby owego „pana“ a swojego gościa uraczyć winem.
— Nadzwyczajne!
— Cóż jest nadzwyczajnego dla polskiej gościnności? Ale niech się pan nie śpieszy, przecież się jeszcze nie rozstajemy. O wino może pan być spokojny, zresztą szafa jest zamknięta na klucz, czy tak?
— Naturalnie!
— A szafy z książkami nie są zamknięte na klucz?
— Nie!
— Jesteśmy w Polsce, słusznie. Porządek rzeczy racjonalnie zachowany.
— Zenobi! — rzekł pan Niesiecki twardo, z jakąś nagłą rezygnacją.
— Służę panu...
— Proszę, niech Zenobi weźmie...
— Co to jest, proszę pana?
— To jest klucz do szafy... do tej szafy...
Lokaj patrzył to na pana Niesieckiego, to na klucz. Na twarzy drżał mu uśmiech triumfalnie złośliwy, w oczach migotała złocista pustota łobuza. Położył sobie rękę na sercu i rzekł z figlarną dostojnością:
— Nie wódź mnie na pokuszenie, ojców moich wielki Boże!
— Proszę, niech Zenobi weźmie; Zenobi będzie zawiadowcą win, małym piwniczym, ze względu na rozmiar szafy.
— Nie, panie, — rzekł Zenobi, — dziękuję. Najsłabsze wino jest silniejsze od najsilniejszego człowieka. Niech mi pan jednak pozwoli wyrazić mój niesłychany podziw. Pan jest bohaterem, godnym hymnu. Chce pan dać szalonemu miecz, to jest — klucz do ręki. O, Boże! Niech pan spojrzy na mnie, czy nie zbladłem. Och, panie! czy wino nie jest najdoskonalszym wynalazkiem Boga, zanim mu chemja nie zaczęła robić obrzydliwej konkurencji? Były cudy z winem, bo dość łatwo zrobić cud, kiedy na niego patrzą podchmielone żydy. Ale to, co się stało tu w tej chwili, jest to cud z łaski wina, w jego obliczu, za jego sprawą. To jest boska moc wina, które z człowieka robi bohatera.
— Ależ Zenobi! Zenobi!...
Pan Niesiecki był wyraźnie zażenowany.
— Panie! tu idzie o wino!
— Więc proszę, oto klucz... Zenobi może czasem skorzystać...
— Dziękuję z całego serca, dziękuję... Powinno się panu wmurować tablicę w Bordeaux, w Cognacu i w Reims, — jednak klucza nie wezmę. Człowiek, który pije sam, jest lichym człowiekiem...
— Więc będziemy pili razem! — rzekł z determinacją pan Niesiecki. — Wystarczy?
— Wina nie wystarczy. Satysfakcji wystarczy aż nadto. Jest pan...
W tej chwili zadzwonił umieszczony w tym samym pokoju telefon. Pan Niesiecki uczynił ruch, jakby chciał podążyć do telefonu, lecz zatrzymał się. Przecież ma lokaja. Jest przecie Zenobi. Niech zacznie „pracę“.
— Niech Zenobi pójdzie to aparatu. Jeśli mówi mężczyzna, niema mnie, jeśli kobieta, Zenobi odda mi słuchawkę...
Lokaj pośpieszył ku aparatowi.
— Tak..., pana Niesieckiego... lokaj... niestety, niema... niewiadomo... wyszedł dawno... nie, nie powiedział... ach, bardzo żałuję... wieczorami? Nie wiem. Nie wiem, skąd mogę to wiedzieć... Czy z kobietami? Ależ, proszę pani, nieprawdopodobne...
Niesiecki szepnął:
— To mówi kobieta!
Lokaj dał mu znak, aby się wstrzymał i nie odbierał słuchawki.
— Nie... nie, nie... tak! dobrze! powiem z pewnością... moje uszanowanie!
— Co to znaczy, czemu Zenobi kłamał? To była kobieta...
— Tak, w istocie.
— Przecież powiedziałem najwyraźniej, że jeśli dama...
— To też to nie była dama!
— A kto?
— Licho wie, kobieta, ale nie dama. Pan nie zastrzegł wyraźnie, czy ma być kobieta, czy dama. A to nie była „dama“.
— Zenobi oszalał!
— Niezbyt jeszcze gruntownie. Musiałem jednak zrobić, tak, jak ja zrobiłem, bo nie mogłem pozwolić, aby nam miłą rozmowę przerywał swoją wizytą ktoś, kto nie jest godny pańskiego towarzystwa. Ta kobieta chciała tu przyjść, a ja pana przed tem ustrzegłem.
— Ale kto Zenobiego o to prosił? Kto pozwolił?
— Moje sumienie. Czy pan wie, co i jak mówiła ta kobieta? Pytała, gdzie pan bywa wieczorami i czy pan spędza noce z kobietami?
Jest to obrzydliwy rys charakteru taka namiętna i brutalna ciekawość. Wytworna kobieta nie jest śledczym agentem. Ale to nic. Plugawą treść może uratować piękna i wytworna suknia. A czy pan wie, jak mówiła ta kobieta? To nic, że nerwowo i arogancko, bo rozmawiała z lokajem. Niech jej Bóg przebaczy i usunie z niej piegi, bo je pewnie ma. Ale ta kobieta mówiła: „wieczoramy“ i czy pan jest z „kobietamy“. Czy jesteśmy towarzystwem ludzi wytwornych i używających prawidłowych form wymowy, czy jesteśmy towarzystwem od magla, gdzie sobie stróż rozmawia z „praczkamy“? Ta dama pochodzi albo z ulicy Bagno, albo urodziła się trochę dalej. Przyzna pan, że nie mogłem narażać pańskiego dobrego smaku i atmosfery tego wytwornego mieszkania na spotkanie z polerowanem barbarzyństwem. Ta kobieta od a do ygrek, uważa pan, nie do zet, lecz do ygrek, pachnie szwaczką, albo wędliniarnią. Jak panu może to robić przyjemność, jak pan się może tak nieładnie demokratyzować? Człowiek, który ma takie maniery, takie wino i takiego lokaja! Ach, jestem niepocieszony...
Pan Niesiecki odwrócił twarz, bo był także niepocieszony.
— Ależ mój Zenobi, — przecież się zdarza... Nie same księżniczki chodzą po świecie... Nie mam o to właściwie pretensji, że Zenobi nie spełnił polecenia, ale będę prosił na przyszłość, aby zechciał spełniać je dosłownie. Mogę się z Zenobim jako tako podzielić winem, ale kobiety zostawmy w spokoju. Jest to mój dział osobisty. W te sprawy niech się Zenobi łaskawie nie wtrąca... No, już dobrze, dobrze... Proszę nie zaczynać dyskusji i pójść do swojego pokoju. Za godzinę wychodzę, więc niech mi Zenobi przygotuje ciemne ubranie. Jest gdzieś w tej szafie.
— Teatr?
— Tak. Teatr. Poco te pytania?
— Tak sobie, z podziwu, że człowiek taki, jak pan, chodzi jeszcze do teatru. Czy za mało głupich zdarzeń dokoła, że idzie pan na poszukiwanie jeszcze głupszych wymyślonych? Dlaczego pan sobie wykreśla jeden wieczór z życia, dlatego, że w jakiejś fikcyjnej rodzinie zdarzyła się fikcyjna awantura i to w złym guście. Co to pana może obchodzić, że ktoś uwiódł dziewczynę i nie chce się z nią ożenić, bo jest mądry i nie chce mieć takiej żony, która dała się uwieść? Postaci sceniczne niech się martwią między sobą i na swój rachunek; co pana lub mnie mogą obchodzić ich plotki i wzajemne oszustwa?
— A jednak Zenobi był klakierem! — z triumfem i złośliwie rzekł pan Niesiecki.
— Tak, byłem klakierem i wpadałem w istną furję, kiedy cynik autor stworzył kretyna, a łajdak aktor go przedstawiał. To jest boski widok, widok kręgu oszukańczych interesów. Oklaskami podniecałem tysiąc innych kretynów na widowni, aby uwielbili łajdactwo, krętactwo, błazeństwo albo fałsz sentymentu. Poezja już umarła. To tylko zostało. Były też wypadki, kiedy oklaskiwałem autora zawsze, takiego mianowicie, co kpił w żywe oczy z widza i z siebie. Nato jest potrzebny dowcip. Dowcip zaś, jako sens życia, wart jest oklasku.
Ale takich autorów jest mało, wolałem więc zostać lokajem, niż bywać w teatrze. Teatr sypie się w gruzy, jak stary dom, którego dusza umarła; opuszczony przecieka fałszywemi łzami, albo w nim straszy jakiś truposz, który bredzi, albo śmieje się „ironicznie“ puszczyk. Truposze są to indywidua mało zabawne, a puszczyk jest to ptak głupi i przykry. Więc pocóż za swoje pieniądze...
— Dość! Niech Zenobi nie przygotowuje ubrania. Nie idę do teatru...
— Widzę, że pan nie jest jeszcze zupełnie stracony... Cieszy mnie to bardzo, proszę pana.
— Ale wyjdę!
— To są resztki oporu niepodległego ducha. Doskonale. Czy mam czekać na pana? Sądząc po dość mizernym pańskim wyglądzie, noce spędza pan w domu dość rzadko... Więc chyba nie czekać?
— Nie. Proszę mi przy łóżku przygotować...
— Wino?...
— Niech będzie wino, jakiekolwiek. Klucz zostawiam w zamku szafy. Poza tem papierosy i zapałki.
— Książka może?
— Książka leży na nocnym stoliku i proszę jej nie ruszać. Jest to moja najmilsza książka.
— Wolno wiedzieć?...
— Co? jaka książka? Poezje, kochany Zenobi, poezje.... „Purpurowy poemat“ Biedronia.
— Aaa!
— Cóż tak dziwnego? Może i to Zenobi czytał, a może i zna tego, co to napisał?
— Jestem — odrzekł Zenobi — za biedny nato, żeby czytać poezje, tego zaś, co to napisał, widziałem u pani Ostoi.
— O! u pani Ostoi?
— Poeta i aktorka dwa bratanki, a że, jak panu wiadomo, miałem stosunki z teatrem...
— Mój Zenobii Czy ten poeta i pani Ostoja... Zenobi rozumie?
— Rozumiem, ale pan był tak łaskaw i zalecił dyskrecję we wszystkich sprawach, tyczących kobiet.
— Ależ to nie o mnie idzie!
— Tak, panie, ale wyłom, zrobiony w charakterze człowieka, pociąga za sobą najgorsze skutki.
Pan Niesiecki spojrzał z podziwem na lokaja.
— Dziękuję za lekcję, mój Zenobi. Już o nic nie pytam. To mi jednak może Zenobi powiedzieć, jak wygląda pan Biedroń. Uwielbiam tego człowieka, a nie zdarzyło mi się nigdy go spotkać.
— Nie widział pan nawet jego fotografji?
— Nawet fotografji.
— No, to pan ma szczęście i on ma szczęście. Mógłby się pan rozczarować. Jest to człowiek, który podobno raz w życiu miał czysty kołnierzyk.
— Nie może być!
— Ale i to może być poetycką legendą. Może go nigdy nie miał. Jego krawat nigdy nie wie, co czyni i z której strony ma wyleźć z pod kołnierzyka. Jego buty boczą się na siebie, jak dwaj poeci.
— Ale twarz, twarz?
— Człowiek pijany lub lekki furjat może w przystępie dobrego humoru nazwać to twarzą. Człowiek przyzwoity nie chodziłby z taką twarzą po świecie. Pana Biedronia, gdyby wpadł między ludożerców, nie zjadłby najbardziej zgłodniały, jeśliby spojrzał na tę twarz.
— Co też Zenobi wygaduje! Podobno Biedroń ma zwarjowane szczęście u kobiet.
— Nigdzie nie jest powiedziane, proszę pana, że kobieta nie może zakochać się w małpie. Były przykłady...
— Więc się kochają w jego sławie...
— W jego sławie? Kobieta kochać się potrafi w pięknych krawatach, doskonale wyprasowanych spodniach, w pięknych manierach, w rozdziale włosów na głupim łbie, w mądrym, albo głupim uśmiechu, czasem w duszy ludzkiej, nigdy w sławie. Chce mieć sławnego człowieka dlatego, że jest taka moda, że go inne chcą mieć, że go trzeba mieć. Ale kobieta sławy nie rozumie. Sława ją drażni, bo może być silniejsza od niej i piękniejsza od niej. Owczym pędem idzie w orszaku za sławnym człowiekiem, na jedną jednak kropelkę miłości i miłosnego uwielbienia przypada ocean histeryj. Kobieta nie wie, dlaczego ktoś jest sławny, ona wie, że jest sławny. Jeśli idzie o sławnego poetę, kobieta może go uwielbiać, nie przeczytawszy, albo nie zrozumiawszy ani jednego jego wiersza. Raz do bardzo sławnego poety w Zakopanem przyszły dwie panie, aby mu złożyć hołd, niezmiernie wspaniały hołd, poczem prosiły wzruszonego poetę o jakąkolwiek jego książkę, bo jeszcze żadnej nie czytały, do czego przyznały się uczciwie.
Niesiecki słuchał z coraz większem zdumieniem. Miał już czas przywyknąć do tego, że Bóg mu zesłał jakieś dziwowisko ludzkie, najmilszego cudaka, który chce być jego lokajem. Dotąd mówił on filuternie, lekko i sączył każde słowo z uśmiechu; w tej chwili jednak mówił jakby z goryczą. Nie był to więc wygadany, zbankrutowany inteligent, wypolerowany obieżyświat, lecz człowiek, który coś myślał i coś czuł.
Z tem wrażeniem wyszedł, rozmyślając na temat, kim jest ten miły chłopiec, który w kilku zdaniach wypowiedzianych ostrzegł go, że zna życie i widział je zbliska.
Zapowiedział stróżowej Walentowej, że w mieszkaniu jest nowy lokaj, że mało będzie robił, i że trzeba, aby Walentowa sprzątała sypialnię i czyściła buty. Walentowa wylazła z pyskiem, co jednak zostało przerwane nowym kontraktem społecznym i podniesieniem zasług. Pan Niesiecki uśmiechnął się, pomyślawszy, że nadzwyczajnych interesów na tym nowym lokaju nie zrobi. Tak go jednak polubił, jak dobry i wytworny człowiek może polubić podobnego, a kiedy sobie przypomniał sprawę o wino, głośno się roześmiał.
Przez chwilę przyszło mu na myśl, że miły ten człowiek może być doskonałym opryszkiem i że po powrocie do domu zastanie gołe ściany i puste szafy. Myśl ta jednak wydała mu się śmieszna. Gdyby tak było, lokaj udawałby pokornego lokaja, a nie wystawiał się na podejrzenia.
Poszedł jednak do teatru, gdzie grała Ostoja. Umierała zaraz w pierwszym akcie z powodu jakiegoś gwałtownego wypadku, więc nie długo czekał. Miłe pudło chciało mu paść w objęcia, ale się cofnął, bo była zbyt krwawo umalowana.
— Przyszedłem podziękować pani za lokaja, — rzekł.
— Podoba się panu?
— Nadzwyczajnie, doprawdy, że nadzwyczajnie, ale — kto to jest?
— Lokaj, kim ma być? Lokaj August.
— August? nie Zenobi?
— To on się nazywa Zenobi? Pewnie! pewnie! Zapomniałam. Prawda, jaki miły chłopak?!
— Miły i inteligentny. Jednak skąd on to wszystko wie?
— Skąd? Boże drogi! Ach, on się wychowywał ze swoim mlecznym bratem, jakiemś hrabiątkiem. Cóż w tem dziwnego, że tyle umie?
— Łże, papuga... — pomyślał Niesiecki.
Postanowił wreszcie dać pokój domysłom i ciekawości.
— A niech sobie będzie, kim chce. Przygarnąłem jakiegoś pomylonego w życiu biedaka, niechże sobie udaje lokaja, — myślał Niesiecki, — nic mi to nie szkodzi, że wypije kroplę wina, a jest zabawny.
Późną nocą wracał jednak do domu z ciekawością. Co robi ten dziwny lokaj? Jeśli śpi, nie będzie budził, poco biednych ludzi budzić po nocy? Wszedł więc cicho do mieszkania. Na stoliku nocnym zastał wino, papierosy, zapałki i książkę. Uśmiechnął się. Na palcach podszedł ku pokoikowi Zenobiego; drzwi tego pokoiku zaopatrzone były matowe szyby, z których lało się mleczne światło. Godzina była późna, lokaj nie spał.
— Zenobii — rzekł cicho pan Niesiecki, uchylając drzwi, — czemu Zenobi nie śpi?
— Ze szczęścia, — odrzekł ze środka Zenobi, — człowiek szczęśliwy spać nie może z nadmiaru wzruszenia.
— Z jakiego znów szczęścia?
— Panie, ja mieszkam, czy pan to rozumie? Ja mieszkam. Jestem u siebie! Przepraszam pana, że nie śpiewam z radości, ale nie wypada, bo kamienica cała już śpi.
— Niechże i Zenobi śpi. Dziękuję za wino i książkę.
— Wino jest wyższej klasy!
— No, już dobrze, dobrze... Dobranoc!
— Niech pana anieli zaniosą do łóżka!
I oto tak się rozpoczął i w tym rytmie trwał żywot pana Niesieckiego i jego miłego lokaja. Były to jasne chwile tego domu: rozmowy, dyskusje, rozprawy perliły się, pan Niesiecki bowiem odczuwał żywą przyjemność w rozmowie z tym śmiesznym młodzieńcem i wcale rzadko wychodził z domu. Stanowczo częściej, szczególnie wieczorami wychodził lokaj. W dzień wychodził czasem na dyskretne żądanie pana Niesieckiego; kiedy Zenobi powkładał kwiaty do kryształów, przyniósł ciastek, przygotował serwis do herbaty i artystycznie rozrzucił pyszne, wzorzyste poduszki na niskiej szerokiej otomanie, wtedy, nie wiedząc niby, o co idzie, uśmiechał się na pożegnanie do Niesieckiego, mówiąc:
— Pan pewnie będzie rozmyślał. Doskonale, ale niech pan szanuje siły, pan rozmyśla zbyt często.
Dwóch największych przyjaciół nie mogło żyć w zgodzie milszej i bardziej serdecznej; ci dwaj ludzie stanowczo się pokochali. Nie mieli dla siebie tajemnic, prócz tej, że Niesiecki nie wiedział, kim właściwie jest Zenobi, i zaintrygowało go czasem to, że Zenobi zamyka wieczorem drzwi swego pokoiku aa klucz i nie odpowiada na dzwonek, ani na pukania. Nigdy jednak o to nie zapytał.
Niebo tego domu zachmurzyło się na chwilę, kiedy się jasne stało, że pani Walentowa, kobieta dorodna, zamaszysta i zawiesista, któraby piersiami mogła zasłonić Warszawę, a pyskiem przyprawiać co lichsze i bardziej chwiejne domy o runięcie, najwyraźniej zakochała się w miłym Zenobim, albowiem miły Zenobi, spotykając się z nią co rana, wygadywał jej tak niestworzone rzeczy, że dziwneby było, gdyby ta zacna kobieta nie zwarjowała do dwóch miesięcy. Pan Niesiecki, stale podsłuchujący, płakał. Zenobi tłumaczył pani Walentowej, że w Afryce jest królowa jak dwie krople do niej podobna, i że na jednej wyspie rodzi dziecko raz żona, raz mąż, bo tak sprawiedliwie być powinno, że w Ameryce ludzie chodzą głową nadół, mężczyźni dlatego, żeby z oszczędności szelek me nosić, a kobiety dlatego, żeby nie było żadnego szachrajstwa, które się u nas pokazuje dopiero po ślubie. Że zaś pani Walentowa nie lubiła aktorek, po których u pana Niesieckiego zawsze było wiele sprzątania, a w nocy trzeba było chodzić dla nich po dorożki, więc ją Zenobi podburzał rafinowanym sposobem.
— My tu harujemy, pani Walentowa, że pani i mnie skóra złazi z rąk, krzyża już nie czuję, a taka lafirynda to co? Na złotem łóżku cały dzień leży, cukierki żre i rozmawia z papugą. Lekkie życie.
Pani Walentowa, odurzona, oszołomiona, pijana od bzdurstw, połaskotana w krzywdę swoją, zdumiona była mądrością tego człowieka, który sam o sobie mówił, że jest synem jednego księcia, ale kiedy był mały, to go wyrzucili na śnieg i na mróz, bo nie był podobny do ojca i jeszcze go nabili po głowie, bo bardzo płakał, ale jakiś pies się nad nim zlitował, chwycił powijaki w pysk i odniósł do Dzieciątka Jezus. Ryknęła w tem miejscu pani Walentowa płaczem nad niedolą dzieciny i mądrością psa. I z całej duszy, w której się mogło zmieścić uczucie wielkości dwudziestu czterech kamienic, pokochała Zenobiego, z czego on rad korzystał w tym sensie, że jej raczył pozwalać, aby mu prała bieliznę i chodziła po papierosy i z listami.
Zenobi miał święte życie. Wprawdzie gdyby jaki święty próbował tak żyć, zostałby zrzucony z nieba na dostojną twarz; Zenobi jednak nie był święty, tylko korzystał z rajskich szczęśliwości.
Jawnem jednakże zaczynało się stawać, że lokaj Zenobi rozpił swego pana. Pan Niesiecki nie pił nigdy wiele, od czasu zaś pobytu w jego domu Zenobiego pił bardzo. Zenobi tak cudownie mówił o winie, tak je wyzłacał słowem, jeśli wino było białe, i tak je sycił krwią, jeśli pod ręką było czerwone, że dusza ludzka musiała zadrżeć od tych słów i pragnąć. Pełna doniedawna szafa była bliska ruiny. Poza tem uczciwego człowieka nauczył Zenobi łajdactwa, wytłumaczywszy panu Niesieckiemu, że nie należy marnować wina, które jest rozkoszą bogów, i dawać go kobietom. Nie było jeszcze na święcie kobiety, która się zna na winie. Jest to przywilejem ludzi wzniosłych i wspaniałych umysłem. Wobec tego — twierdził Zenobi, — trzeba miłym paniom dawać do picia byle co.
Pan Niesiecki protestował, lecz uczynił próbę: damie, co piła zawsze wyborne czerwone, dał tanią malagę. Dama była tak wyraźnie uszczęśliwiona, że aż miło, myśląc, że ją pan Niesiecki chce odświętnie uczcić. Odtąd już nie marnowano wina dla dam, ale go marnowano tem więcej dla ludzi wzniosłego ducha.
Nie było takiej pory, w którejby tych dwóch przyjaciół: lokaj i jego pan nie czuło pragnienia. Zawsze jednak zachęcał Zenobi, wynajdując powody tak nieodparte, jak to, że był czwartek lub piątek, a że we Francji jest nowy gabinet, że mięso zdrożało, że ktoś wpadł pod tramwaj, że pada deszcz, że jest pogoda, że umarł ktoś nieznajomy, ale w młodym jeszcze wieku. Więc czasem wieczorem pan Niesiecki siadał w fotelu, przed nim stała butelka, a w odległości, szacunkiem nakazanej, siadał Zenobi na dywanie i przed nim też stała butelka. I albo Zenobi bredził, albo pan Niesiecki brał cudowny tom Biedronia i po raz pięćdziesiąty czytał „Purpurowy poemat“. Słowo, nawet w cichem czytaniu biło jak grzmot, i wiersz huczał, jak daleka burza. Purpurowo się czyniło w pokoju; purpurowo w duszach. Grała muzyka, a rymy wpadały sobie w objęcia, jak kochankowie, co się nie widzieli dawno, więc się spletli w uścisku i całują się dźwiękiem i barwą.
Pan Niesiecki chwytał oddech i sięgał po kieliszek.
— Cudowne, Zenobi! nieprawda?
Zenobi milczał w cieniu.
Spojrzał pan Niesiecki i zatrzymał w drodze wędrujący ku ustom cieniutki kieliszek, rubinem wina lśniący, jak napełnione krwią serce: Zenobi oparł głowę na rękach, a kiedy nagle zawołany podniósł ją, pan Niesiecki ujrzał w jego zawsze jasnych i uśmiechniętych oczach... co u djabła?... wilgoć. Albo jeden i drugi był pijany.
Pan Niesiecki zdumiał się i nie czytał już tych wierszy głośno. Pomyślał tylko tej nocy, jakim niezmiernym cudem jest poezja. I jeszcze bardziej pokochał swego dziwnego lokaja.
Ciężko mu się było z nim rozstać, kiedy z majątku, który pan Niesiecki pracowicie i z beznamiętną cierpliwością zamieniał na wino, obrazy i kwiaty, napisali mu, że musi przyjechać, bo coś się tam stało, to czy owo.
— Może jakie cielę umarło! — rzekł zmartwiony Zenobi.
— Niech Zenobi jedzie ze mną.
Zenobi zbladł.
— Panie! a jeżeli nam każą wozić nawóz, albo doić krowy? Do mnie nie mogą mieć pretensji, ale do pana będą mieli i to słusznie. Niech pan tam nie jedzie!
— Jednak muszę! — mówił ze smutkiem pan Niesiecki. — Otóż to jest życie. Kłopoty, kłopoty i praca. Głowa mi pęka...
— Proszę pana...
— Cóż tam, mój Zenobi?
— Ja niedawno tłumaczyłem Walentowej, że sobie u pana zarobiłem ręce po łokcie, a baba uwierzyła. Może jej i to powiedzieć, że panu od trosk pęka głowa, niech się krokodyl ulituje i nad panem. My obaj jesteśmy strasznie biedni i godni pożałowania.
— Niech Zenobi nie żartuje!
— Ja płaczę, proszę pana, ale niech pan pozwoli, że będę płakał tutaj, a pan niech jedzie sam. Wieś to jest straszliwy wynalazek Pana Boga. Pomijając to, że na wsi w zupie zawsze są muchy, bo mądra natura w ten sposób tępi ich nadmiar, rozpaczą wsi jest to, że spożywa się tam mleko we wszystkich postaciach. Zresztą na wsi zawsze pada deszcz, jak mi to opowiadali starzy ludzie. Na dobitek wczoraj mi się śniło, że mnie łaciasta krowa wzięła za rogi i podrzucała wgórę dla zabawy przez całą noc.
— To whisky.
— Może być. Whisky robi się z owsa, a od owsa niedaleko do krowy, krowa bowiem, wedle wszelkich racjonalnych przypuszczeń, karmi się owsem. Nie karmi się? Tem gorzej dla krowy. Nie panie! Niech mi pan pozwoli zostać. Będę się za pana modlił rano i wieczorem, aby się tam nic złego panu nie stało, aby panu się ocieliły szczęśliwie pańskie krowy, i aby pan szczęśliwie powrócił na ojczyzny łono. Gdyby pan nie powrócił w przeciągu tygodnia, pośpieszę z pomocą i zarządzę ekspedycję karną. Walentowa da chyba radę kilku setkom łagodnych kmiotków.
Pan Niesiecki pojechał sam i długo go nie było. Zenobi pisywał do niego oryginalne i wesołe raporty, które były jedyną pociechą złamanego troskami pana Niesieckiego. Zdawał sprawę z ilości wypitego wina, zdumiewająco uczciwie. Zenobi bowiem mógł zełgać wesoło w każdym wypadku, wino jednak była to święta rzecz, z którą się nie żartuje i o której nie mówi się na wiatr.
Wtajemniczony mimowoli w miłosne historje swego pana, donosił mu szczegółowo o wszystkich telefonicznych rozmowach i pełnych zawodu wizytach i o tem, że pozwolił sobie na zmianę abażuru u lampy w „gabinecie przyjęć“ na bardziej wzorzysty i bardziej ciemny, zauważył bowiem, że takie oświetlenie będzie z korzyścią dla twarzy aktorskich stale jaskrawo pomalowanych i dla twarzy „wielkich dam“, wśród których widział mocno już zjełczałe. Najdonioślejszy jednak był list z wiadomością, która pana Niesieckiego napełniła rzewliwem zmartwieniem.
„...Pani Nelly — pisał — wedle moich ścisłych i sprawdzonych wiadomości, okazała się niegodna tak wzniosłego jak pan człowieka, co wyrażone w stylu sielskim, bardziej teraz panu zrozumiałym, puściła drogiego mi bardzo pana w trąbę. Gdybym mógł w nią tchnąć moje do pana przywiązanie i moją bezgraniczną dla pana wierność, umarłby pan w jej słodkich objęciach w wieku lat stu sześciu, naturalnie, że tylko od nadmiaru pocałunków. Nikt jednak dotąd nie pojął kobiety z tego prostego powodu, że nie było co pojmować. Nikt nie wie, dlaczego papuga przelatuje z drzewa na drzewo. Najprawdopodobniej dlatego, że jej się tak podobało. Podobało się tedy pani Nelly zmienić gałąź. Napełniło mnie to cichą rozpaczą, bo wiem, że ją pan lubił. Gorsze jest to, iż postępek ten pięknej kobiety napełnił mnie niepokojem, że mógłbym stracić wiarę w miłość i przywiązanie kobiety. Wiarę tę pielęgnowałem w sobie od dzieciństwa, i nagle drgnęła ona we mnie, jak drży dom podczas trzęsienia ziemi. I gdyby nie Walentowa, wierna mi do ostatniego tchnienia, a niech pan pamięta, że kiedy ona odda ostatnie tchnienie, to wydzierać będzie ta trąba powietrzna drzewa z korzeniami, gdyby nie jej miłość pełna słodyczy, przeciąłbym sobie żyły, by umrzeć razem ze śmiercią wiernej miłości. Bóg mi zesłał tego anioła, abym zachował wiarę.
Ale pan jest po stokroć biedny. Pani Nelly nie wytrzymała próby oddalenia, stąd wniosek, że w razie wyjazdu należy oddawać kochankę na przechowanie, jak futro na zimę. Niech pan jednak znajdzie dla niej litość w sercu mądrem i w pogodnej swej duszy. Wiem, że jej pan nie zabije, bo jest pan wspaniały i boi się pan kryminału, ale niech jej pan przebaczy. Uwiódł ją człowiek nędzny, niewart tego, by się pan na nim mścił, figura marna, człowiek zły i przewrotny, który ją usidlił bogactwem i podłym szychem brylantów... Gardzę nim!...“
Pan Niesiecki był przez trzy godziny bardzo zmartwiony tem niebywałem nieszczęściem. Pani Nelly była to miła dziewoja, ale niech ją tam. Na ten temat wyraził pan Niesiecki jedynie przelotne niezadowolenie, irytowało go tylko to, że mu zbałamucił kochankę zapewne któryś z przyjaciół. Zenobi pisze o bogactwie i brylantach. Któreż to bydlę jest takie bogate?
Nagle jednak uderzył się dłonią w czoło. Skąd o tem wszystkiem może wiedzieć Zenobi? Wiedział coś niecoś o Nelly, ale nie wie nic szczegółowego, w żadnym razie nie mógł wiedzieć, z kim go ona zdradziła?
— On wszystko wie — pomyślał — djabeł nie człowiek.
Djabeł oczekiwał go z rozradowaną twarzą; wzruszony był, jak zwyczajne ludzkie przyjemne bydlę. Zdał mu szybko sprawę ze zdarzeń żywota, skrupulatnie jak buchalter wyliczył wydatki, (zysków nie było żadnych), wzruszonym szeptem raportował o stanie piwnicy.
Dwie rzeczy zdumiały pana Niesieckiego, to przedewszystkiem, że Zenobi w czasie jego nieobecności — nie pił prawie, co dowodziło wysokiej miary taktu, i to, że wśród rachunków figurowały niepospolite pozycje z dopiskiem: kwiaty. Nie chciał pytać, czekając, aż mu Zenobi sam to wyjaśni, i płacił taktem za takt, co jednak nie wyłączało niemego zdumienia.
Był już wieczór, kiedy pan Niesiecki powrócił; usiadł w głębokim fotelu pod wysoką lampą, Zenobi zaś oparty opodal o biurko, w pozycji dość niedbałej, przez co zamanifestował poufałość w stosunku i wyjątkowość sytuacji, która go widocznie przez przymus uczyniła lokajem, odpowiadał na pytania swojego pana.
— Telefony?... tak, były... Aparat nasz zardzewiał od łez, które się weń lały ze wszystkich stron miasta. Jęczał, płakał tak, że się serce krajało, potem ucichł.
— Listy?
— Są dwa zaproszenia na otwarcie wystawy obrazów...
— Jakto! żadnych innych?
— Były jakieś, niebieskie i różowe, i bardzo pachnące, przynoszone przez posłańców. Odsyłałem wszystkie zpowrotem z dopiskiem: „adresat się nawrócił — nie przyjęte“.
— Zenobi!!!
— Okrzyk pański dowodzi, że wieś, nasza cudowna polska wieś, nie uzdrowiła pana. Szczerze mi żal, że zabiegałem o to, aby pana wydobyć z odmętu. Więc panu żal dwóch chórzystek i jednej krowienty, które pana uczyły złych manier i lekceważącego odnoszenia się do kobiety, która, jak to ogólnie wiadomo, jest cudem świata, bo Pan Bóg nie miał odwagi stworzenia jej w zwyczajnym trybie zdarzeń? Więc tego panu żal? O, moje serce, moje biedne serce! Ucisz się, ucisz... jedna krzywda mniej, jedna więcej!...
— Zenobi jest bezczelny!
— A ja myślałem, że jesteśmy idealnie dobraną parą.
— Dość! — rzekł cierpko pan Niesiecki — Zeenobi wskutek mojej dobroci rozpuścił się, jak dziadowski bicz. Tak dłużej być nie może. Możemy się łatwo rozstać...
— Mój Boże! Jedna stara cyganka przepowiadała mi, że skończę życie w suterenach. Myślę, że przepowiednia mówiła o Walentowej, która mieszka w suterenach. Chciałbym tylko widzieć pańską minę, gdyby mnie żywego kładli w grób, w którym spoczywa już Walentowa.
— Głupie żarty... Ale ja nie żartuję. Niech Zetiobi nie bredzi, tylko niech odpowiada. Co to za historja z panną Nelly?
— Smutna historja...
— Zdradziła mnie?
— Bez większego żalu, któryby było można zauważyć.
— Z kim?
— Znów niedyskrecja...
— Pytam z kim? Albo Zenobi robi brudne plotki, albo coś wie z pewnością. Proszę mi odpowiadać!
— Czy pan weźmie na siebie piekielne męki, które mnie czekają za odkrycie tajemnicy czystej i niewinnej duszy tego dziewczątka?
— Głupia gęś, nie dziewczątko. Uprzedzam Zenobiego, że za pół minuty cisnę w Zenobiego tą oto lampą.
— Czy dla ulżenia swoim nerwom, czy w zamiarze uczynienia mi krzywdy?
— Aby cię zabić, potworny, zły, złośliwy człowieku!
— Nikt nigdy nie miał jaśniejszej śmierci. Pan jest wyjątkowym mordercą.
— Na Boga! czy Zenobi będzie mówił?
— Za chwilę, bo przedtem...
— Co przedtem?...
— Przedtem muszę odmówić modlitwę za konających. Będzie to mój jedyny paszport do nieba.
Pan Niesiecki zbladł. Najspokojniejszy człowiek, a pan Niesiecki był najlepszym i najspokojniejszym człowiekiem w obrębie swojego komisarjatu, nie mógłby wytrzymać. To też, hamując się ostatnim wysiłkiem, mówił:
— Zenobi, to jest nasza ostatnia rozmowa... A ja dla tego człowieka... Wstyd mi! Boże, jaki zawód, jaki zawód...
Zenobi spojrzał na pana Niesieckiego niemal tkliwie; w słowach tych, nieco pożółkłych od wściekłości, widział wielkie i serdeczne przywiązanie do swojej godnej piekła osoby.
— Proszę, niech pan pyta, — rzekł łagodnie i pojednawczo.
Niesiecki przez chwilę uspokajał w sobie wzburzenie. Potem pytał głosem suchym:
— Więc to wszystko o tej zdradzie prawda?
— Prawda, przysięgam na Messalinę i na Kleopatrę.
— Panna Nelly obchodziła mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.
— Porównanie znane, lecz dotkliwe i słuszne. To była kobieta niegodna pana. Gardzi nią pan najsłuszniej w świecie...
— Pytam tylko ze zwykłej ciekawości... Przedewszystkiem, skąd Zenobi wie?
— Skąd wiem? Magna pars fui...
— Jak, w jaki sposób?
— Trochę czynny, trochę bierny.
— Kto ją uwiódł?
— Uwiódł? To wyraz niewłaściwy i używany tylko w stosunku do niedoświadczonych, zaś panna Nelly, której ten piękny tytuł należy się tak, jak djabłu tytuł papieskiego szambelana...
— Więc z kim mnie zdradziła?...
— Ze mną!... — odrzekł spokojnie Zenobi i spojrzał szybko na swego pana.
Pan Niesiecki kilka razy zamknął i otworzył oczy, jak człowiek, który się na dobre nie może obudzić, potem twarz rozjaśnił, poczem trzepnął rękoma, jak człowiek, który połyka kość, wreszcie wybuchnął śmiechem, jak furjat, który sobie coś wesołego przypomniał. Śmiał się i śmiał się przedewszystkiem z siebie, że się zirytował, słuchając na ten temat figlów Zenobiego.
Zenobi zaś zrobił minę dotkliwie obrażonego.
— Proszę pana...
— A niechże Zenobiego!... Ach, muszę to jej opowiedzieć..
— Ona to wie. Człowiek zaś, który przynosi stare wiadomości, jest wart tyle, co stara gazeta.
— Więc mnie zdradziła z Zenobim?
— Tak uczciwie nieuczciwie, że uczciwiej nie było można.
— Panna Nelly mnie... z lokajem?
— O lokaju nie było mowy. Nie powiedziałem jej, że jestem lokajem, lecz pańskim kuzynem z Litwy. Jestem człowiekiem lojalnym — grzech pozostał w rodzinie.
Pan Niesiecki widział już, że Zenobi mówi prawdę. Tak go jednak usposobił śmiech przed chwilą i tak go ubawiła sytuacja, że utopił całą swoją miłość własną mężczyzny w lekkomyślnej ciekawości. Zdawało mu się, że jest na wesołem przedstawieniu.
— Jak to było, Zenobi, jak to było?
— Od początku świata jest zawsze tak samo w głównych zarysach. Szczegóły były mizerne. Panna Nelly zadzwoniła, ja otworzyłem. — Jest pan Niesiecki? — Niema, wyjechał. — Czy mogę napisać parę słów? — Pozwoli pani, że się przedstawię... i t. d. Pisała pięć słów pół godziny, w czasie której ją oczarowałem. Miałem na sobie pańską pyjamę, grubą książkę, którą przedtem czytałem, trzymałem wciąż w ręku. Niech pan do tego doda ujmującą powierzchowność, niesłychane wygadanie, butelkę najlepszego pańskiego wina, bliskie pokrewieństwo z panem — niech się pan nie oburza! — Panna Nelly stwierdziła, że jesteśmy niesłychanie podobni... — niech pan do tego doda papuzi mózg panny Nelly, którym owładnąłem, jak wąż, i obietnicę, że ją zabiorę do Nicei na sezon, a będzie pan miał doskonały przepis na rajskie wesele. Przykro mi było tylko, że to pańska kochanka, ale rozgrzeszało mnie to, że jestem bliskim pańskim krewnym, że chciałem wypróbować jej wierność dla pana, która była krucha, i że chciałem pana ocalić na przyszłość... Lepiej przecież, że to ja, a nie...
— Niesłychane! niesłychane! Pocóż Zenobi łgał w liście, że ją uwiódł człowiek bogaty, który ją zarzucił brylantami?
— Wcale nie łgałem. Gdyby pan był widział te bogactwa, które przed nią roztoczyłem, gdyby pan był słyszał te obietnice, które jej uczyniłem, rozumiałby pan. Każde moje słowo było brylantem. Zarzuciłem ją brylantami. Przysiągłem jej miłość naturalnie bezterminową i na dowód tego posyłałem jej przez tydzień kwiaty...
— Aj! to te kwiaty w rachunkach?
— Byłem zgóry pewny, że mi pan przebaczy. Czy pan kiedy odmówił kobiecie mizernego kwiatka?
— Zenobi! jesteś wielki!
— Dziękuję. W oczach panny Nelly jestem świnią.
— Co się stało?
— Z goryczy, że pana zdradziła, wymówiłem jej własne serce i pańskie mieszkanie po tygodniu. Widzi pan, jak szybko spada kara za wiarołomstwo. Los mnie wynalazł, abym był mścicielem. Sądzę, że jest pan ze mnie zadowolony?
— Wszystko jedno, ale ona nie daruje. Ona tu wróci! Będziesz się miał zpyszna.
— Ona tu nigdy nie wróci. Wielkie i szlachetne serce Walentowej, która czuje ku mnie wolę bożą, coś zwietrzyło, i zapowiedziała pyskiem na całą kamienicę, że będzie poszukiwała swojej serdecznej, krwawej krzywdy na włosach i kapeluszu panny Nelly. Walentowa jest wilczycą!...
Tego wieczora doskonała przyjaźń pana Niesieckiego i miłego Zenobiego wypiła zachłannie, jak tęcza wypija wodę z jeziora, całe jezioro wina.
Zenobi mu zaimponował; w znudzony żywot wniósł tyle werwy i dowcipu, tyle beztroskiej radości lub pięknego smutku, że się uczciwa, leniwa i w wytworności swej prosta dusza pana Niesieckiego nachylała ku niemu przyjaźnie i serdecznie. W tej chwili, kiedy im serca napełniała radość, a głowy wino, radość złocista i wszystkiemu przychylna, mówił pan Niesiecki głosem, który się zataczał co nieco, lecz był łagodny i miękki:
— Zenobi, mój drogi!... Nie pytałem o nic, nie chciałem pytać nigdy...
— „Ni zdradą, ni podstępem!“
— Słusznie... nie chciałem pytać, kim Zenobi jest... Lecz coś musi być w tem tragicznego, że Zenobi jakby się u mnie skrył... Całe szczęście, że trafił do mnie...
— Anioł mnie przywiódł...
— Pani Ostoja, nie anioł, ale wszystko jedno... są w równym wieku... Lecz Zenobi mógł trafić do kogoś, ktoby nie umiał uszanować...
— Tak! — rzekł cicho Zenobi, — pan ma rację. Kim jestem? — ach, to drobiazg, — niczem nie jestem. Taki sam biedaczyna, jak tysiące innych. Może trochę, trochę lepszy — mózgiem, nie sercem. Sercem to mnie pan zwyciężył. Ja tam swoje trochę zjadłem... Pan jest najlepszy człowiek, jakiego widziałem. Kocham pana. Tak, kocham pana. Każdy pański uśmiech jest dla mnie tak cenny, jakbym... jakbym... był naprawdę lokajem... Skąd przyszedłem? Wszystko jedno! Znikąd — z tułaczki... Tułam się, jak niespokojny ptak, szukam, czego znaleźć nie mogę. Gonię za słońcem, upajam się deszczem. Życie takich nie lubi. To wściekłe bydlę kocha wściekłych tylko, wściekłych, mocnych i brutalnych. Mściłem się na niem, kradnąc z niego każdy promień i każdy błysk, które się walają w błocie, a ono mściło się na mnie... I oto ja, który.... ach, wszystko jedno... nie miałem dachu nad głową. Nie było sposobu... Świat jest tak pełny, że nie było już miejsca dla mnie... Gryzłem palce, co mało pomaga. Dusiłem w sobie rozpacz, co mi odbierało resztkę sił... Bruk miejski wciągał mnie jak bagno. Musiałem odpocząć, za wszelką cenę odpocząć i nie miałem gdzie. Taki jest bowiem los tych, którzy... Ech, jeszcze raz, wszystko jedno! Wtedy krwawy, bolesny żart przywiódł mnie tu, do pana... Wyłudziłem od pana dach nad głową i kąt... Pan nie wie, jak ja... Mieszkać, mieszkać, mieszkać, choć przez godzinę... Gdyby można zrozumieć bezdomnego psa, toby się usłyszało w jego wyciu te straszne słowa...
— Biedny mój Zenobi...
— Stałem się pod tym dachem tak szczęśliwy, że dusza we mnie oszalała ze szczęścia. Rozigrałem się jak dziecko... Dokazywałem jak żak... Pan mi to chyba przebaczy i niech mnie pan jeszcze nie wyrzuca... Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa, — przecież się potem coś stanie...
Pan Niesiecki miał łzy w oczach. Przygarnął do siebie tego najmilszego chłopca, uścisnął go i chlipał:
— Ja?... Wyrzucać... Zenobi! Zenobi! przyjacielu kochany...
I przez łzy uśmiechnęli się do siebie, trochę pijani, a bardzo szczęśliwi. Odprowadzali się potem przez godzinę do swoich pokojów, bo choć godzina nie była późna, w głowach mieli ciężar nocy. Zenobi spał już oddawna, pan Niesiecki wzruszony rozmyślał... Nim zasnął jednak, starym zwyczajem czytał „Purpurowy poemat“.
Wczesnym rankiem zbudził pana Niesieckiego dzwonek, bardzo natarczywy. Zenobi nie otwierał, więc poczłapał sam. List. Tak rano? Od kogo? Od pani Ostoi.
Pan Niesiecki czytał i był blady:
„...Dobrze, że pan wreszcie przyjechał... i t. d. Nie pozwolę, żeby tak moją przyjaciółką Nellly poniewierano... i t. d. Choć dla głupich żartów obiecałam tajemnicę, jednak dowiedziawszy się, co zrobił pański „lokaj“, z solidarności kobiecej i koleżeńskiej muszę tego „lokaja“ zdemaskować. Nie miał mieszkania i wymyślił ohydny podstęp. Pański lokaj to poeta Biedroń. Nigdy nie rozumiałam jego „Purpurowego poematu“, ale teraz gardzę jego autorem. Nelly płacze, że właściwie to ona... z lokajem, i że ją taki pan pewnie ośmieszy i t. d. i t. d.“
Pan Niesiecki powoli zmieniał się w słup soli, poczem odtajał. Myślał, że na chwilę zwarjował, potem ozdrowiał. Przebiegł myślą cały swój wspólny żywot z fałszywym lokajem, z fałszywym Zenobim i cudownym poetą, ucieszył się i zawstydził się. Serce w nim biło, jakby był pensjonarką, co spotkała wielkiego poetę.
Podszedł na palcach ku pokoikowi Biedronia. Jeszcze spał. Pan Niesiecki miał na twarzy kobiece rozrzewnienie. Biedaczysko, drogie, genjalne biedaczysko! Chciałby go zaraz zbudzić, ucałować, uściskać, przeprosić, sam nie wiedząc, za co.
Nagle dojrzał biedne, chuderlawe buty Biedronia. To „Zenobi“ w dowód miłosnej łaski pozostawiał je Walentowej do wyczyszczenia rozmiłowanem sercem.
Pan Niesiecki uśmiechnął się radośnie, chwycił buty, wynalazł szczotki i zaczął je czyścić jak furjat. Wielki pan czyścił buty wielkiemu poecie i cieszył się tem, jak dziecko.
DORNA
Ktokolwiek będzie czytał tę historję tak żałosną, że mnie, który ją spisał, przez noc jedną zbielały włosy, niech wie, że kawaler Dorn nie jest dlatego nazwany kawalerem, iż miał kiedykolwiek do czynienia z końmi i ze szpadą. Kawaler Dorn nigdy w życiu swojem nieszczęsnem nie siedział na koniu, nigdy też nie władał szpadą. Kawaler Dorn jest dlatego i poprostu nazwany kawalerem, że nie miał nigdy żony.
Usłyszawszy o tem, mógłby rzec niejeden: „jeżeli kawaler Dorn nigdy nie miał żony, dlaczego tedy życie jego nazwane zostało nieszczęsnem, a historja jego żałosną?“ Ha! Wyborną mam dla takiego odpowiedź, tę mianowicie, że chociaż małżeństwo może być zaliczone do największych klęsk świata, jednak nie jest ono klęską jedyną, bo oto okaże się, że już samo dążenie do małżeństwa może sprowadzić na człowieka nieszczęścia tak bardzo przeraźliwe, że niemal samemu małżeństwu równe. Widać z tego, że mądra natura chce uchronić człowieka przed tem, co mu nieuchronną grozi zgubą, więc go doświadcza i ostrzega, piętrzy przeszkody przed ślepą jego namiętnością i daje mu znaki gwałtowne, aby się zatrzymał nad przepaścią. Głupstwo ludzkie jest jednak silniejsze od natury, która nie ma dość mocy i potęgi, aby wstrzymać człowieka przed rozpętaniem w sobie namiętności. Jeśli się na ten przykład człowiek postanowił upić, co mnie i naturę zawsze żywą napełnia boleścią, cóż może przeciwko temu uczynić najstraszliwsza potęga natury? Nic! Rozpęta ona żywioły, będzie biła piorunami na prawo i lewo, zatrzęsie ziemią, góry zrówna z dolinami, zmieni łożyska rzek, każe oceanom pochłonąć lądy a człowiek jednak się upije. Jest to tylko nieznaczny przykład, jak mocna jest namiętność w sercu człowieczem.
Jakżeż straszliwe czyni ona wysiłki, jeśli idzie o kobietę!
Oto właśnie tu się rozpoczyna żałosna i frasobliwa historja kawalera Stanisława Dorna, który był Polakiem, mimo swego dziwnego nazwiska.
Był to przyjaciel mój, którego bardzo miłowałem. Szczupły, wiotki, łagodnego usposobienia, miał oczy niebieskie, takie, któremi zawsze patrzy marzenie, wypatrując na horyzoncie czegoś, co nigdy się nie zjawi. Zawsze blady, hodował w sobie melancholję. Serce miał tak napełnione potrzebą kochania, jak owoc słodyczą, źródło czystością wody, jak dusza kobiety napełniona jest żółtą nienawiścią, jak dziennikarski kałamarz plugastwem, jak niebo napełnione jest aniołami, pszczołami ul, kryminał rzezimieszkami, co wszystko ma znaczyć, że tą potrzebą kochania napełnione było po brzegi. Wszystko, co było w tym człowieku, było pragnieniem kobiety.
— Taką możnaby spotkać tylko w niebie i czy ja wiem — może w Indjach...
— W Indjach... tak... może w Indjach, — szeptał Dorn jakby do siebie, patrząc na obraz z zachwytem.
W tym czasie kochał się w pannie sklepowej, która sprzedawała zapalniczki do papierosów. Dorn miał ich już kilkadziesiąt, co dnia bowiem od pewnego czasu kupował jedną i, kupując, wzdychał. Panienka miała narzeczonego, konnego policjanta, dość więc trudno było blademu człowiekowi bez konia dotrzymać placu rumianemu człowiekowi z koniem. Sam koń był dla panienki więcej wart, niż cały Dorn.
Taki oto był ten dziwny i biedny kawaler, który kochał zawsze i nigdy nie mógł znaleźć, który był blady, jak jego marzenie. Klątwa jakaś wisiała nad zacnym i miłym Dornem. Kiedy, przeszedłszy przez mękę miłości pełnej westchnień, był już blisko tak niebiańskiej swojej kochanki, że tylko rękę wyciągnąć, a poczuje w dłoni jej serce i choćby jedną jędrną pierś, stawało się zawsze coś, przychodziło skądciś coś, co go uderzało nielitościwie i odtrącało w przepaść rozpaczy. Miłość postępowała okrutnie z tym, który jej służył tak pokornie, jak niewolnik.
Kawaler Dorn płakał i prosił Boga o śmierć, śmierć jednak tak zawsze była gdzieś zajęta, że nie mogła mu służyć. Wreszcie wielka jakaś rozpacz spakowała mojemu przyjacielowi kufry i gdzieś go poniosła. Nie widziałem go długie lata, co mnie z początku na jakieś siedem minut napełniło wielkim smutkiem, miły to bowiem był człowiek, choć kulawy na umyśle. Pocieszyłem się tem jednak, że mu na szerokim świecie będzie lepiej, i westchnąłem, aby niebo zdjęło z niego klątwę i namówiło jakąś duszę niewieścią, aby się nie oparła miękkiej i łagodnej duszy Dorna. Postępowanie nieba nie byłoby wcale zdrożnością. Dorn bowiem nie pragnął łajdactwu, tylko żony. Dorn chciał się ożenić. Dziedziczne obciążenie objawia się u jednego gruźlicą, u innego skłonnością do alkoholu, u innego jeszcze epilepsją, a Dorn chciał się ożenić. Może dlatego tak wielką irytacją napełnił Pana Boga.
Minęło parę lat, odkąd świat pochłonął Dorna, jak ogromna gąbka pochłania niedostrzegalne morskie stworzonka. Onegdaj przyniesiono mi list, który powiadał:
...Pański przyjaciel, Stanisław Dorn, znajduje się w moim prywatnym zakładzie dla nerwowo chorych. Przeszedł niedawno tragiczny wypadek i był ranny i, choć jest jeszcze bardzo osłabiony, pragnie Pana zobaczyć... Niech pan raczy nie odmówić prośbie biednego chorego i zechce go odwiedzić...
Dorn!? Skąd, jak, kiedy? I dlaczego u warjatów? Właściwie dlaczego dopiero teraz? Tak. Co się odwlecze, to nie uciecze, chyba że idzie o pożyczkę u przyjaciela. Wprawdzie człowiek odwiedza niechętnie domy warjatów, gdzie na niego patrzą z litościwym uśmiechem, który powiada: „Ach, to pan jeszcze do nas nie na stałe? No, ale chyba już niedługo, drogi panie!“... — poszedłem jednak czem prędzej odwiedzić starego przyjaciela, zostawiwszy na wszelki wypadek listy objaśniające, gdzie mnie należy szukać, w razie, gdybym u warjatów zanadto im tam przypadł do serca, co nie było nieprawdopodobne.
Był to jednak, na szczęście, tylko taki miły dom, gdzie leczono lekkie zaburzenia nerwów i umysłu, wstępna klasa dla warjatów dojrzałych, godnych wyższej szkoły. Wśród wszelkich wygód i wykwintu leczono tu bogatych chorych, szczególnie zaś damy, dotknięte jakąś nieszkodliwą manją, udawaniem stanu błogosławionego, lub coś w tym rodzaju. Dorn był odosobniony i miał osobny apartamencik, tak położony, żeby się nie mógł spotkać z płcią damską.
— Wtedy wpada w furję!... — objaśniał mnie lekarz, sam jeszcze nie warjat. — Poza tem jest to człowiek biedny i nieszczęśliwy. Nic mu nie jest, jak długo nie widzi kobiety...
— Niemożliwe... Dorn uwielbiał kobiety!
— To też musiał coś niecoś oszaleć.
— I będzie zdrów?
— Przecież mu właściwie nic nie jest, a będzie z nim źle, kiedy po raz pierwszy spotka kobietę, jakąkolwiek. Wtedy zrobi to, co zrobił.
— Przecież jest rzeczą niemożliwą, aby nie spotkać kobiety...
— Tak, dość trudno, — zauważył bystro doktór.
— A cóż on właściwie zrobił?
— Nic nadzwyczajnego, sam to zresztą panu opowie. Nie wiem, czy mi wolno...
— Przepraszam, doktorze, czy można z nim rozmawiać bezpiecznie, chciałem rzec właściwie — spokojnie?
— Ależ tak, przecież pan jest mężczyzną.
Dziwne rzeczy! Zaciekawiony poszedłem do Dorna.
Siedział w wygodnym fotelu z obwiązaną bandażami głową; obok fotela oparte stały szczudła; wyglądał tak, jakby był w srogiej bitwie.
— Dorn! na Boga! to ty?...
— Podobno ja! — odrzekł cicho i serdecznie, wyciągnął ku mnie lewą rękę, bo prawą miał na temblaku, owitą bandażem. — Dziękuję ci, że przyszedłeś. Jesteś dobry.
— Przybiegłem, nie przyszedłem! Co ci się stało, Dorn?
— Dużo mi się stało.
— Jak dawno jesteś w Warszawie? Jak to się mogło stać, że nic nie wiedziałem o twoim powrocie?
— To długa historja, przyjacielu, — rzekł słodko Dorn.
Bardzo był smutny i jeszcze bledszy, niż zwykle. Postarzał, na twarzy widać było stare smutki i szarą rezygnację.
I wtedy zaczął mi opowiadać niesamowitą swoją historję. Opowiadał ją przez dni kilka, sił mu bowiem brakło do opowiadania, a mnie do słuchania. Wtedy zrozumiałem wielkie nieszczęście tego człowieka i postanowiłem osiwieć przez jedną noc, co mi się udało przy niejakim wysiłku, tak bardzo bowiem, chociaż w ten mizerny sposób, starałem się wyrazić głębokie współczucie temu człowiekowi, tak pełnemu nieszczęść, jak żółć jest pełna kamieni. Niechaj to porównanie bolesne i okropne da miarę jego nieszczęść.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
— Przyjacielu mój! — mówił powoli Dorn, — życie jest złe i ciężkie.
— Och, tak! — westchnąłem, uderzony niezmierną trafnością tego spostrzeżenia.
— Przez całe życie szukałem kobiety...
— Biedaku!
— I nie znalazłem. Cierpiałem tak straszne męki, jak ten, co to gdzieś o nim czytałem, że był już blisko jednego kraju, ale tylko go ujrzał z góry, bo umarł...
— Tak, słyszałem. Opowiadają to o Mojżeszu...
— Może być. I pamiętasz, kiedy mi powiedziałeś, że ta, do której tęskniłem całą moją duszą, może jest w Indjach.
— Nigdy nie zapomnę!
— Pchnąłeś wtedy moją myśl w bezkres... I to był pierwszy dzień moich nieprawdopodobnych nieszczęść.
— Boże drogi, to ja jestem winien!
— Nie ty. Każdemu człowiekowi byłoby się udało, mnie się udać nie mogło. Nade mną ciąży klątwa. Jakaś kobieta musiała mnie urzec, kiedy jeszcze byłem w łonie matki mojej...
— Takie wypadki bywały...
— Przewędrowałem cały świat. Ścigałem marzenie. Szukałem odrobiny szczęścia, szukałem jej — tej jedynej kobiety, której byłbym upadł do nóg i powiedział: weź moją duszę, mój majątek, weź mnie całego.
— I nie znalazłeś? Niemożliwe.
— Tak, w to trudno uwierzyć, prawda? Świat jest przecie w połowie ludzkości wypełniony kobietami.
— Niestety.
— A ja nie znalazłem. Właściwie źle mówię. Przyjacielu, znalazłem, znalazłem! Dziewięć razy byłem bliski szczęścia i dziewięć razy stało się coś takiego, co mnie napełnić musiało odrazą, zgrozą, trwogą, rozpaczą, szaleństwem. Musiałem uciekać, gryźć palce, tłuc głową o mur.
— Okropne!
— Tak, okropne. Miałem w duszy wymalowaną postać kobiety, miałem ją w oczach, miałem ją w minjaturze, w najdrobniejszej myśli. Szukałem więc podobnej. Dziewięć razy chwyciłem rajskiego ptaka za skrzydło... Miałem dziewięć tragicznych kochanek, które nie należały do mnie.
Pomyślałem w tej chwili, że takich kochanek, które nie należą do człowieka, można mieć łatwo sto trzydzieści cztery na minutę, nie powiedziałem tego jednak Dornowi, bo był bardzo, bardzo biedny.
— Opowiem ci wszystko, — mówił Dorn — aby cię ostrzec, gdybyś i ty kiedykolwiek chciał szukać kobiety.
Uczyniłem ponurą twarz; w tej chwili każda kobieta na ziemi przerachowałaby się, gdyby dybała na mnie.
— ...Opowiem ci krótko. Wszystko jedno, gdzie się to działo, to obojętne tak samo, jak obojętne są ich imiona.
— Każda kobieta nazywa się Ewa...
— Tak; lecz nie o to idzie. Żadna mnie nie zdradziła, bo żadna nie była moją.
— To straszne!
— Nie mogła być moją, to straszniejsze i to jest moja klątwa. Słuchaj!... Słuchaj!... i śmiej się, bo to śmieszne, to strasznie śmieszne. Kiedy opuściłem Warszawę, daleko już poza nią, drzemałem w przedziale pierwszej klasy. Na którejś z większych stacyj stało się coś, co mnie przyprawiło o zawrót głowy. Myślałem, że słońce postanowiło przejechać resztę swej drogi do skończenia dnia koleją i wsiadło do mojego przedziału.
— A to była kobieta?!
— Tak. Szybko odgadłeś. O, ty znasz życie, mój drogi!
— Cokolwiek. I cóż dalej?
— To było dalej, że porównanie ze słońcem ubliżyło tej kobiecie.
— O, o!
— Tak! Był to cud najpiękniejszy Pana Boga; niebiańska rozkosz, przybrana w ludzkie ciało. Smukła i gibka jak trzcina, z szafirowemi oczyma, blada z leciutką zorzą rumieńca, usta wąskie, brwi wygięte takim łukiem, jakiego sobie nie wyobrazi ten, który go nie widział. Są to jednak podrzędne szczegóły przedziwnej piękności, a jednak gasnące wobec piękności tego, co było koroną jej królewskości. Takich włosów, jakie miała ta kobieta, nie ma nikt drugi na świecie. Gdybyś stopił w równych częściach miedź i złoto, potem zaś z tego stopu gdybyś wysnuł nici, cienkości słonecznych promieni, gdybyś to potem skłębił w niesłychanej bujności, w przesadzie zbytku, w ciężkiem bogactwie, które omdlewa same sobą zachwycone, wtedy miałbyś wyobrażenie słabe o włosach tej kobiety.
— Uwielbiam śliczne włosy — szepnąłem olśniony. — Najbrzydsza kobieta nie jest brzydka, jeśli włosy ma piękne. Czy miały zapach?
— O, pachniały jak szczęście, jak kwiaty, jak dobra nowina, jak miłosny list, ach, taką miały woń, jak niewinna miłość...
— Miły jest zapach niewinnej miłości! — szepnąłem w zamyśleniu.
— Nie mogłem od tych włosów oderwać wzroku. Patrzyłem natarczywie, obłąkanemi oczyma.
„Oto jest — mówiłem do siebie, milcząc — oto jest diadem kobiety; oto jest płomienista korona księżniczki, oto jest miedziany płomień ogniska, w którym spłonę jak ćma!“.
Musiałem mieć tak wyraźny zachwyt w oczach, że ta cudowna kobieta spojrzała na mnie jakby z błyskiem przerażenia, którego pojąć nie mogłem, bo któż się obawia człowieka zachwyconego? — po chwili jednak uśmiechnęła się smutno. Smutek kobiety przyprawia mnie o szaleństwo...
— A radość kobiety?
— Także o szaleństwo. Ale smutek przyprawia mnie o nie prędzej i skuteczniej. Nie minęło pięciu minut, a ja byłem zakochany.
— A ona?
— Ona? Zaczęła czytać książkę. Nie spuszczałem z niej oczu, oczyma i każdą myślą, niewidocznem drżeniem warg całowałem jej miedziano-złote włosy. Kiedy podniosła na mnie wzrok, ujrzała w moich oczach wyznanie, nie ciche, uległe wyznane, lecz krzyk miłości. Krzyk ten był z purpury. Uśmiechnęła się, a ja poznałem, że wreszcie uśmiechnął się do mnie mój przeklęty los. Los mój był pognębiony.
— Co mówiła?
— Mówiła, że ją cieszy moje nieme uwielbienie; że jedzie dość daleko do rodziny; że zrobię jej przyjemność, jeśli nie będę wpatrywał się w nią, jak w obraz, gdyż ją to zawstydza. Wtedy rzekłem: Pani! nie będę patrzył w oczy pani, lecz cud pani włosów mnie odurza. — Włosy moje są mojem nieszczęściem — rzekła cicho. — Od dziś staną się szczęściem pani! — Jak, dlaczego? — Kocham włosy pani, kocham panią! — opowiadam, naturalnie w ogromnem skróceniu, bo to trwało długo. Wtedy ona osłabła i zbladła. W oczach jej ujrzałem łzy...
— Mój Boże!
— Tak, mój drogi! Nagłość szczęścia oślepia jak piorun. Ta piorunująca nagłość przyprawiła ją o łzy. Patrzyła na mnie tak rzewnie i z takiem rozczuleniem, że dusza moja dostała skrzydeł i poleciała do nieba. Tam sobie wyprosiła wielką miłość dla tej kobiety smutnej i tak złociście pięknej. Kiedy zapadł mrok, całowałem jej ręce. Pokazałem jej moje serce, które było bez fałszu i duszę, która nigdy nie była zdolna do obłudy. Widziała jasno, że nie poszukuję przygód i nie poluję na kobietę, jak na ogłupioną zwierzynę, więc mnie gładziła po głowie i dotykała moich włosów niewypowiedzianą pieszczotą rąk, tak dziwnie białych, jak perłowość letniego świtu. Mówiła do mnie rzewnie i tak tkliwie, że byłbym dla niej, na jedno jej skinienie, wyskoczył przez okno pędzącego pociągu. Mój Boże! Oto za wszystkie niedole, za wszystką miłość zmarnowaną, nagle, niespodzianie, jak brylant wśród drogi znalazłem ją, tę kobietę anielską. Była panną, niezależną, z nikim i z niczem niezwiązaną. Kiedy ucałowałem jej usta, myślałem, że zemdleję. Wtedy przysiągłem jej, że będzie moją żoną...
— Ależ to lekkomyślność!
— Lekkomyślność? Miłość bez szaleństwa, bez złotego szaleństwa lekkomyślności, jest ptakiem bez skrzydeł. Znasz mnie, wiesz, że w sprawach miłości jestem szaleńcem. Ja nie kłamałem.
— A ona w to uwierzyła? Kobieta nigdy nie wierzy, ale wierzy zawsze.
— Kobieta wierzy nie człowiekowi, lecz instynktowi miłości swojej. Ona uwierzyła. Miłość ma sto oczu nieomylnych. A przecież ja nie kłamałem. Tak, nie kłamałem, że mnie rozpaczą napełniło to, że nie można zaraz, natychmiast dać jej dowodu Prawdy, że nie można wziąć ślubu.
— W istocie, w pociągu trudno... I cóż, i cóż dalej?
— Mówiliśmy długo. Każde jej słowo było przeplecione łzą, jak szmaragdy przeplata się perłami. Płakała cichutko, potem zmęczona nadmiarem wrażeń, usnęła z głową opartą o plusz wagonowej ławki. Ja nie zdejmowałem z niej oczu i wypatrywałem je przy mdłem świetle dychawicznej lampy gazowej. Była tak piękna, że odurzenie moje zwiększało się coraz bardziej. Jej musiało się śnić coś przykrego, czasem we śnie wstrząsnął nią dreszcz. Raz podniosła powieki i uśmiechnęła się smutno. Była widocznie wyczerpana, więc ująłem ją lekko za ramiona i ułożyłem na piersi swojej jej głowę. Niech śpi, a ja będę czuwał nad nią, jak nad dzieckiem. Gładziłem jej cudne włosy lekko, zanurzając w nie delikatnie palce. Po raz pierwszy w życiu stałem się odważny jak bohater, — przecież ta kobieta jest moją i będzie moją, przecież to moja kochanka. Patrzyłem przed siebie w ścianę wagonu, a przez nią w wielkie moje szczęście, które moje już będzie jutro, bo wzejdzie ze świtem. Świt już obmywał okna z mokrej rosy, gazowa lampka zgasła. Nie śmiałem oddychać, aby jej nie zbudzić, tylko ręce moje drżały, drżały moje palce, zanurzone w złoto i miedź, jak w skarbiec. Poczułem w tej chwili, że niesforny złoty kosmyk splątał się z łapkami pierścionka, przytrzymującemi brylant. Sprawiło mi to niewysłowioną radość. „Oto są moje zaręczyny!“ — pomyślałem — „oto wróżba cudowna!“ I uśmiechnąłem się do zorzy. Tak, dobrze pamiętam, uśmiechnąłem się.
— To śliczne! — szepnąłem.
— Tak, to było śliczne... W tej właśnie chwili stało się coś okropnego. Usłyszałem nagły, przeraźliwy, przeciągły gwizd lokomotywy. Pociąg się szarpnął, jakby przerażony, zgrzytnął całem cielskiem, jakby zaskowyczał ze strachu, i drgnął tak, jakby się w trwodze chciał cofnąć. Mgnienie nagłej rozpaczy szarpnęło pociągiem. Rzucony gwałtownym ruchem, miałem tylko tyle czasu, jedną sekundę, by jej nie wypuścić z rąk, ale ona zerwała się w przerażeniu. Trwało to jedno mgnienie oka. Poczułem szarpnięcie mojej ręki i usłyszałem krzyk tak okropnie bolesny, że mam do dziś głos ten w uszach. To ona krzyknęła. Pociąg stał spokojnie. Przede mną stała kobieta ohydna: z nagą, strasznie nagą czaszką. Włosy jej, złote i miedziane, trzymałem w ręku uwikłane w palcach moich, jak w szponach.
— Boże jedyny!
— Przede mną stała śmierć! Straszna, okropna śmierć! Nagle krzyknęła: „Oddaj pan to“ i wyrwała mi z rąk złoty stos włosów. Plunęła mi W twarz.
— To nie była śmierć... Śmierć nie pluje.
— Masz rację. Śmierć nie może być tak okropnie straszna, jak łysa kobieta.
— I co, co dalej?
— Nie wiem... Przysięgam ci, że nie wiem. Pewnie uciekła, a rzeczy jej zabrano później. Nie wiem, bo byłem umarły i dlatego myślałem, że to jednak była śmierć.
— Biedaku!
— Nie żałuj mnie. Tak widocznie być musiało. Ja jestem przeklęty. Ten pociąg z pewnością prowadził djabeł i udał fałszywą katastrofę, aby mnie pognębić. Aha! zapomniałem ci powiedzieć, że jej włosy nietylko zaplątały się w pierścionek, ale na dobitek oplątały guzik mego surduta.
— Mój Boże! — westchnąłem, — szczęście człowieka zależy czasem od guzika.
— Uwaga twoja jest głęboka — rzekł Dorn. — Tak też i ja myślałem, kiedy zrozpaczony i pobity przez los, bezsilny jak Samson, którego moc odbiegła razem z włosami...
— Przecież to nie były twoje włosy.
— Tak, ale nie były także i jej, a moje były raczej dlatego, że je kochałem. Więc byłem bezsilny. Tułałem się od tej pory, jak człowiek żywy po piekle.
— Szukałeś dalej?
— Tak, szukałem bez wytchnienia. A to, co ci dotąd opowiedziałem, to tylko mizerny wstęp do całego szeregu katastrof. Miłość moja była zawsze tragiczna. Posłuchaj, co się dalej stało...
Dorn rozpoczął długą opowieść, a ja, słuchając go, miałem jedno oko pełne łez, a drugie pełne śmiechu. Wiele widziałem tragikomedyj, ten człowiek jednak przeżył najdziksze, wymyślone przez najzłośliwszego z djabłów. Powtórzę jego opowieść, zaniechawszy powtarzania moich zdawkowych uwag, któremi przeplatałem jego opowiadanie, kiedy mu brakło słów, tchu lub kiedy, milcząc przez dłuższą chwilę, grzebał w swoich straszliwych wspomnieniach.
Niedługo po okropnej przygodzie z łysą dziewicą siedział Dorn wieczorem w dość smętnej knajpie wielkiego miasta, ohydnie złoconej i wyświechtanej... Snuły się po niej pięknie malowane kobiety. Podejrzani dżentelmeni pili konjak z sodową wodą. Dorn siedział samotny i, paląc papierosa, wił sobie z jego dymu niestworzone historje, którym się przyglądał z tępą, bolesną obojętnością. Wiele kobiet patrzyło w oczy bladego młodzieńca, on jednak nie widział żadnej. Bał się spojrzeć, gdyż wszystkie włosy kobiece wydawały mu się fałszywe. Raz krzyknął zduszonym głosem, kiedy któraś z dziewic gwałtownym ruchem zdarła sobie z głowy kapelusz, aby poprawić fryzurę. Ale włosy nie odleciały, a Dorn westchnął z ulgą. Kiedy zaś pełnym radosnego zdziwienia wzrokiem patrzył na tę dziwną kobietę, która ma własne włosy, spotkał się z jakiemiś oczyma, patrzącemi w niego ciekawie i ogniście. Młody człowiek drgnął. Oczy były piękne; patrzyły, rzec można, z siłą sugestywną, niemal natarczywie. Dorn się spłonił i mimowoli pochylił głowę, co zostało przywitane z uśmiechem z tamtej strony. Dorn spojrzał błagalnie, tamta strona odpowiedziała oczyma, że towarzystwo jego nie byłoby jej niemiłe, wobec czego Dorn lękliwie, ostrożnie i z niesłychanym szacunkiem, który w knajpie znalazł jawne zastosowanie po raz pierwszy od czasu jej istnienia, zbliżył się do stolika tej pięknej nieznajomej. Nieznajoma bowiem była piękna. Namalowana, jak wszystkie w tym lokalu panienki, miała w spojrzeniu nadzwyczajny wdzięk, który łagodził energiczne i śmiałe zacięcie ust; zęby nieco za duże, włosy — nie! na włosy Dorn nie patrzył — zato piersi tak idealnie foremne, jakich nie widział jeszcze w życiu. W niemowlęctwie bowiem człowiek widuje piersi zawsze w niepochlebnym stanie, traktując je zresztą, jako organ użytkowy, przeoczać zwykł piękno ich formy. W wieku późniejszym zwraca się na nie nieco więcej uwagi. Dorn w tej chwili całą swoją uwagę na nie zwrócił i powiedział sobie w duszy, że grecki mistrz kształtniejby nie zrobił. Musiały być twarde i sprężyste, tak ostro i tak dokładnie rysowały się przez jedwabną bluzkę.
Poznanie było dość gładkie. Uśmiech tej kobiety był tak pełen wdzięku, że Dorn się zachwycił. Piękność jest zwodnicza, wdzięk nigdy nie kłamie. Szampan dokonał reszty. Kobieta mówiła niskim głosem altowym, takim głosem, za którym przepada każdy mężczyzna. Wiolonczela jest najmilszym instrumentem, jaki wymyślił ból człowieka, który nie miał się przed kim wypłakać, więc płakać nauczył wiolonczelę. I Dorn oszalał dla tego głosu.
— Niech pani mówi, o, niech pani mówi cokolwiek, wszystko jedno, byle pani mówiła.
Kiedy panienka niskim swoim głosem zamawiała coraz inną butelkę szampana, Dorn był szczęśliwy. Nie miał nawet czasu na jeden moment zdumienia, aby się zdumieć, ile ta miła kobieta potrafi wypić. Zresztą sam pił wiele, ale nie to go upiło. W pewnej chwili przymknął oczy z rozkoszy: oto poczuł, jak pod stołem piękna kobieta ściska go za rękę. Oddał jej uścisk lekki i trwożliwy. Był tak mile i wstydliwie zaskoczony, jak panienka, którą ktoś po raz pierwszy w życiu uszczypnął w łydkę. Już w gorączce, podniecony i napoły przytomny, wypił jednym haustem pełną szklankę wina. I nagle zaśmiał się głośnym, radosnym śmiechem. Straszliwe widmo z łysą czaszką utonęło w winie, a oto on, szczęśliwy, choć zawsze nieszczęśliwy miłośnik, miał w tej chwili w duszy niebo, a w sercu coś bardziej jeszcze przyjemniejszego od nieba. Piękna kobieta spojrzała na niego ciekawie, potem uścisnęła jego rękę tak silnie, że krzyknął. O, jaka silna potrafi być miłość! Dlatego kobiety mają na różowem ciele tak często i tyle sińców. Ta zaś tym uściskiem zabrała białą i naiwną duszę Dorna, który żył tylko miłością.
Dorn zaczął jej mówić o miłości. Nie umiał o niej mówić wiele, chociaż był nią tak napełniony, jak drzewo wiatrem; mówił niewymyślnie, lecz tak gorąco, że każde słowo jego było pełne żaru, było czerwone i drżące od pragnienia. Każde było palącym pocałunkiem. Trzy lub cztery takie słowa, pełne pożądania, mogłyby wystarczyć do wprowadzenia w stan błogosławiony najczystszej dziewicy, która nigdy nie zaznała męża.
Piękna jego towarzyszka przymknęła oczy i słuchała tych słów z niewysłowioną lubością. Czasem tylko spojrzała na Dorna przeciągle i, jakby chcąc ugasić pragnienie pożądania, zalewała je strugą szampana, wlewanego w gardło zachłannie i jakby rozpaczliwie.
Dorn oszalał. Wieczysty erotoman, przysiągł jej miłość na długą śmierć i na krótkie życie.
— Chcesz mnie? — pyta z niepokojem.
— Czekałam na ciebie, — odpowiedział mu głos niski i drżący — wiedziałam, że przyjdziesz.
— Kochanko moja!
— Luby mój, jestem twoja... Będę twoja... Każ podać wina!
Było już tak późno, że ich wyproszono z lokalu.
— Pójdziesz do mnie, — rzekł głos niski.
— Oprzyj się o mnie, bo się chwiejesz. Ach, mój mały, drogi Polaku! Kocham cię... Daj mi portfel, ja zapłacę, bo ciebie tu oszukają.
— Weź moje życie! — rzekł Dorn, dając jej portfel.
Kiedy wyszli na powietrze, ona ujęła Dorna silnie pod rękę i prowadziła go, jak dziecko, co się do niej tuliło nieporadnie. Szli przez kręte ulice, bo dzielnica była stara i niezbyt pierwszorzędna. Dornowi się zdawało, że to on ją prowadzi, a jego niosą skrzydła, bo jest szczęśliwy. Chciał śpiewać, chciał coś robić, coby ogłosiło całemu światu jego miłość. Ale cały świat spał, więc nie było się poco wysilać.
Widocznie jednak nie wszyscy spali, bo z za węgła wysunęły się dwie figury, wiadomo zaś, że w nocy, w zaułku i z za węgła nie wychodzą nigdy mili staruszkowie, ani księża łagodni, ani wytworne damy. To też te dwie figury zachowały się wcale arogancko. Jedna trąciła w ramię Dorna, druga jego miłość. Swojego uderzenia Dorn nie poczuł, lecz uderzenie, które ją dotknęło, ugodziło go w serce. Zawył ze wściekłości i uczynił ruch, jakby się chciał tygrysim skokiem rzucić napastnikowi do gardła. Usłyszał jednak niski cudowny głos:
— Daj pokój, to moja sprawa!
I jeszcze słodycz tego głosu nie zdołała wsiąknąć w noc, a jego towarzyszka, wyrwawszy rękę z pod jego ramienia, chwyciła jednego z włóczęgów lewą ręką za gardło, a drugą waliła po pysku, aż grzmiało.
Dorn wrósł w bruk, jak drzewo, i nie mógł zamknąć nagle otwartych ust.
Drugi apasz przybiegł swojemu towarzyszowi na pomoc. Wtedy ona i oni dwaj szczepili się ze sobą jak zapaśnicy, tłukli się po głowach i walili po bokach, tak, że chrzęściły żebra. Jej zdarli kapelusz, a krótkie włosy, potem zlepione, leciały na jej oczy. Suknia była w strzępach. Walczyła jak lwica. Rozwaliła małą piąstką nos jednemu ze zbójców tak, że go nagła krew zalała. Krew zresztą jest zawsze nagła. Drugiemu podstawiła nogę tak, że łbem ugodził w obramienie bruku i zaczął wyć, jak szakal.
Gdzieś wpobliżu odezwały się gwizdki, gromadka policjantów rozbrajała po chwili walczących. Za kwadrans całe towarzystwo było w komisarjacie.
Dorn był blady i drżał.
Z apaszami zrobiono krótką sprawę. Potem pytają Dorna.
— Kto pan jest i skąd się pan znalazł w tem towarzystwie?
— Nazywam się Dorn; a ta pani jest moją narzeczoną.
Policjanty ryknęły śmiechem jak bawoły, komisarz policji tylko podrygiwał ze śmiechu.
— Czy pan jest bardzo pijany?
— Nie...
— Czy pan wie, kim jest ta pani? bo my ją znamy dobrze!...
— Kocham ją, a reszta mnie nie obchodzi. Poznałem ją wieczorem.
— Ach, tak! — rzekł wesoło komisarz... Rozebrać ją!
— Panie!... krzyknął Dorn — jak pan śmie!...
— Cicho pan bądź i dziękuj pan Bogu, że się tak zdarzyło. Niech pan patrzy!...
Dorn patrzył. Kiedy z niej zdjęto bluzkę, zobaczył sztuczne piersi, kiedy z niej zdjęto resztę, zobaczył prawdziwe rzeczy. To był mężczyzna.
Dorn się zachwiał i padł w ramiona najbliżej stojącego policjanta. Potem go długo cucili.
Biedny człowiek uciekł na zawsze z tego miasta. Jechał przed siebie, wszystko jedno dokąd, byle jak najdalej. Wbijał sobie paznokcie w dłonie, rozpacz go kąsała. Co on komu zawinił, że nikomu na świecie nie zdarzy się nic podobnego, tylko jemu? Szampan i pożądanie miłości zalały mu mózg do tego stopnia, że zidjociał.
— Ścisnęła mnie, ach, nie ścisnęła! — ścisnął mnie ten bydlak tak silnie za rękę, że krzyknąłem. Trzeba było być pijaną świnią, albo tępym osłem, żeby nie zwrócić na to uwagi. A jak ona piła. „On!“ głupcze, nie ona! — krzyknął nagle sam do siebie, tak, że na niego spojrzano ciekawie.
A on patrzył na wszystkich zpodełba, szczególnie na kobiety. To niemożliwe, żeby one wszystkie były prawdziwemi kobietami. Te, które mają zbyt foremne, przedziwnie piękne piersi, te muszą być przebrane. Wszystkie inne są fałszowane. Oto te piersi są zbyt brzydkie nato, aby nie były prawdziwe.
Dorn leży na pokładzie w płóciennem krześle, a jego smutek płynie za nim, jak smuga dymu za okrętowym kominem. Smutek jego pokrzykuje czasem ponad nim ostrym, nieprzyjemnym głosem, jak mewa nad okrętem. Co go zbawi, co go ocali? Czy ma zapisać duszę djabłu za jedną, jedyną kobietę, która jest prawdziwa na ciele i na duszy? Czy lepiej rzucić się w morze i utonąć. Wtedy go syreny położą na cyplu skał i użalą się nad nim. Syreny? Precz! precz! Pokaże się, że pierwsza, którą napotka w szafirowem morzu, będzie miała fałszywy, przyprawiony, z nieprzemakalnego materjału zrobiony rybi ogon.
— Ratunku! ratunku! — wołał Dorn szeptem do kogoś niewidzialnego i wyciągnął przed siebie ręce w stronę, gdzie przed chwilą nikogo nie było.
Teraz w tem miejscu kobieta, która, usłyszawszy głos, pełen skargi, odwróciła się szybko i, ujrzawszy wyciągnięte ku sobie ręce bladego, smutnego młodzieńca i jego oczy, jakby dziecka, co przed chwilą przestało płakać, drgnęła, spojrzała na niego wymownie i, zawahawszy się, powzięła nagle jakieś postanowienie. Podeszła ku niemu szybko i zapytała łagodnie i bardzo tkliwie:
— Co panu jest? czy pan chory?
Dorn nie powstał nawet; nagły ruch młodej osoby tak go stropił i takiem napełnił rozrzewnieniem, że się jeszcze bardziej nad sobą użalił. Rozumiał, że współczucie i szlachetne serce kazało jej uczynić to, co uczyniła, więc, tak jak chore dziecko, zapragnął nagle serdecznej opieki.
— Czy pan chory? — powtórzyła ta pani.
— Bardzo... Boli mnie serce.
— Może lekarza?
— Lekarza mi nie potrzeba. Moje serce umarło — rzekł Dorn.
— Co takiego?
— Moje serce umarło z braku miłości. Naco mi lekarz?
Młoda osoba pokryła się rumieńcem tak silnym, że musiał od twarzy sięgać dość daleko.
— Ach, tak... Bo ja myślałam... Przepraszam pana...
— Za co mnie pani przeprasza? — zawołał Dorn w nagłym napadzie energji, zrywając się z krzesła. — Za to, że pani jest szlachetna i zbliżyć się raczyła do najnieszczęśliwszego człowieka na ziemi, a w tej chwili na morzu?
— To pan jest taki nieszczęśliwy? — zaszemrał cichutko jej głos.
— Pani, — rzekł Dorn, już namiętnie, — widzi pani tego ponurego majtka? Wygląda tak, jakby zamordował ojca i matkę. A jednak jest on szczęśliwszy ode mnie. Pewnie gdzieś w jakimś porcie jest jakaś straszliwa może kobieta, która go kocha. — A mnie nie kocha nikt. Widzi pani te mewy. Lecą za okrętem, ale kiedy się pożywią, wrócą do swoich gniazd na skałach. A ja lecę, lecę bez końca i nie pożywię się nigdy. Szukam rzeczy, którą przecież znajdowało miljony ludzi, a ja jej znaleźć nie mogę i nie znajdę chyba nigdy...
— Czegóż pan szuka?
— Miłości. Szukam serca, któreby jednem drgnieniem odpowiedziało mojemu sercu, które już nie woła, lecz krzyczy, rozpaczliwie krzyczy...
— I pan go nie znalazł?
— Nie znalazłem!
— To dziwne. Pan taki piękny...
— Ja? piękny?
Dorn podniósł na nią oczy z rozrzewnieniem. Powiedziała to głosem słodkim i dobrym, więc, sam nie wiedząc o tem, co czyni, wyciągnął ku niej obie ręce, a ona po chwili wahania podała mu swoje, poczem usunęła je łagodnie.
— Jaka pani jest dobra! — rzekł serdecznie.
— Proszę tego nie mówić. Nie zna mnie pan. Jeśli kiedy byłam dobra, to tylko w tej chwili, bo chciałabym, ogromniebym chciała, aby panu było dobrze, i aby pan... znalazł to serce... to najdroższe serce...
— Ja myślę, że już je znalazłem, — rzekł gorąco Dorn.
— Jeszcze nie! — zawołała panienka wesoło. — Ale jakie to dziwne rzeczy dzieją się na morzu! Na wodzie jest cisza, a na okręcie jest burza. Pan gna jak burza. Jakiej pan jest narodowości?
— Jestem Polakiem...
— Ach, tak myślałam. Rycerski, piękny naród. Mój ojciec uwielbia Polaków.
— A pani?
— Ja myślę... ja myślę, że ich nawet można kochać... Mężczyźni w Polsce muszą być piękni i smutni...
Dorn spojrzał na nią z rozrzewnieniem. Miała drobną twarzyczkę, nosek nieco zadarty, była bardzo młoda. Spojrzał szybko na włosy, były obojętnego koloru, więc pewnie prawdziwe; spojrzał na piersi, — jakie takie, ledwie się rysujące, więc z pewnością prawdziwe, bo fałszerz zawsze przesadza. Uczyniło mu się błogo. Coś go niepokoiło w tej figlarnej twarzyczce, lecz cóż może być fałszywego w twarzy? Nie śmiał się zresztą zbytnio jej przyglądać, gdyż ona nie zdejmowała z niego oczu; zdawało się, że jednem się uśmiecha wesoło, aby go zachęcić, a drugiem, spokojnem, przestrzega poważnie, że się mało znają i że nie trzeba zapominać o pięknych i przyzwoitych formach.
Dorn był zachwycony. Mewy już opuściły okręt, komin nie dymił. Jego smutki także już odleciały, serce przestało wydzielać z siebie czarny osad melancholji. Za godzinę był zakochany; w sześćdziesiątej pierwszej minucie postanowił się oświadczyć, dowiedziawszy się, że panienka jest wolna, że jest bogata, że nigdy nikogo nie kochała, ale bardzo tego pragnie, i że ojciec jej jest na okręcie, tylko w tej chwili gra w bridge‘a. To go jeszcze zachęciło. Ojciec, który gra w bridge‘a, musi być miłym człowiekiem i dobrym ojcem.
Ucałował jej ręce, kiedy odchodziła, bo nie wypadało już dłużej rozmawiać we dwoje z młodym człowiekiem, tem bardziej, że pasażerowie, zagnani do kajut upałem, zaczęli wychodzić na pokład, aby użyć wieczornego chłodu. Odeszła rozmarzona, a on został szczęśliwy. Uśmiechnął się do ponurego majtka, który spojrzał na niego jak na warjata, uśmiechał się do wszystkich.
Towarzysz jego od stołu zbliżył się do niego i poprosił o zapałki.
— Rozmawiał pan z miłą panienką! — rzekł, cykając cygaro.
— Z najmilszą! — zawołał Dorn i chciał uściskać grubego człowieka, albowiem był gruby.
— Dobrze pan zrobił, — mówił gruby pan. — Pozwoli pan, że usiądę... Dziękuję... Dobra dziewczyna, a tak nie ma szczęścia w życiu.
Dorn nastawił uszu.
— Nie ma szczęścia? Ale je będzie miała.
— Przydałoby się. Bo czyż ona winna nieszczęściu?
— Nieszczęściu? jakiemu nieszczęściu?
— A, to pan nie wie? Muszę panu powiedzieć, aby pan przypadkiem nie zrobił jakiej niezręcznej aluzji.
— Pan mnie zdumiewa!
— Ąleż nic nadzwyczajnego. Ojciec, stary warjat, ujeżdżał równie zwarjowane konie, a dziewczynę sadzał koło siebie. Raz konie poniosły i ma pan nieszczęście.
— Żadne nieszczęście!
— Dla pana. Ale dla niej skończyło się to strasznie. Niech się pan jej dobrze przyjrzy; biedna dziewczyna ma lewe oko ze szkła, a nos z parafiny...
— Ratunku! — wrzasnął Dorn, który pojął, co go niepokoiło w jej twarzy.
Ryknął jak szalony, wskoczył na sznurową drabinę i jak zwinna małpa pobiegł aż pod szczyt masztu.
— Na pomoc! — krzyczał gruby pan.
— Przekleństwo! — ryczał Dorn i ręką groził niebu, ziemi i morzu.
Wszyscy wybiegli na pokład, myśląc, że okręt tonie. Panna ze szklanem okiem zbladła, biedactwo, jak trup.
— Co się stało? co się stało? — wołał kapitan, szybko biegnąc.
— Młody Polak zwarjował! — krzyknął gruby pan, — o, o, jest tam! tam!
— Pompy! — wołał kapitan, — prędko oblać go wodą, bo zleci na łeb. Dwóch majtków niech go straszy z przeciwnej strony, dwóch niech go ściągnie za nogi, potem zamknąć w kajucie. Biedny Polak! Bardzo był miły!
— O tak! — westchnęła panienka — strasznie był miły!
I z jednego oka spłynęła jej łza, biedactwu.
Ale i on, Dorn, godzien był politowania. W przeciągu miesiąca zdarzyły mu się trzy wypadki, co najmniej przykre. Przecież można tą ilością obdarzyć dwóch jeszcze gentelmanów. Dlaczego jednak wszystkie trzy historje musiały się wydarzyć jemu?
Dorn wzniósł oczy do nieba z niemym wyrzutem i westchnął tak głęboko i tak boleśnie, że Pan Bóg sam zwrócił na to uwagę.
— Co za nieszczęsny człowiek tak wzdycha? — zapytał.
Odpowiedziały anioły:
— Człowiek, który szuka żony i nie może znaleźć całej kobiety.
— Ach, to Dorn! — rzekł Pan Bóg i machnął ręką.
I tyle było całej parady w niebie z powodu wielkich nieszczęść kawalera Dorna. Spochmurniał i był biedny. Postanowił jednak nie zbliżać się do żadnej kobiety. Serce w nim skarżyło się z racji tego postanowienia, jak żałośnie rozkochany słowik, albowiem było pełne słodyczy i pragnęło miłości tak zachłannie, jak pijak pragnie wódki. Dorn jednak się zawziął. Był pewny, że Wenus Milońska wtedy tylko nie ma rąk, kiedy on na nią patrzy, i że zaraz odrastają, kiedy on odejdzie. Wiedział, że kiedy się zbliży do zupełnie zdrowej i nieuszkodzonej kobiety, to się z nią musi coś stać: albo jej oko wypadnie, albo zęby, albo oderwą się jej nogi od tułowia; oślepnie, oniemieje albo wyłysieje. Czuł, że nosi w sobie okropną jakąś siłę deformowania kobiet. Jego nieszczęście jest wielkie, ale nieszczęście tych istot niewinnych jest chyba większe. Dlatego postanowił unikać kobiet, obchodzić je zdaleka, każąc swojemu sercu cierpieć niewypowiedzianie.
Idąc ulicą, nie patrzył na nie. Czasem tylko rzucił zukosa spojrzenie ironiczne na ładną dziewczynę i myślał.
— O, nieszczęsna! masz zdrowe nogi, bo biegniesz, lecz gdybym zechciał, gdybym ci zaofiarował moją miłość, wpadłabyś w tej chwili pod tramwaj i nie miałabyś nóg!
Sam się wstrząsnął na tę myśl i aż oczy przymknął, otworzył je jednak z nagłem przerażeniem, gdyż w tej chwili zagadał głos kobiecy:
— Przepraszam pana, którędy się idzie na plac Zgody?
W pierwszej chwili chciał uciec, lecz nogi wrosły mu w ziemię. Zbladł tylko i nie mógł odrazu wymówić słowa. Młoda panienka, bardzo prowincjonalnie ubrana, ładna i miła, spojrzała na niego ze zdumieniem.
— Biedactwo! — pomyślał Dorn — jesteś zgubiona.
Ponieważ nie odpowiadał, tylko patrzył na nią boleśnie, panienka zarumieniła się mocno i chciała odejść.
— Dorn! czyś zwarjował? — krzyknęło w nim serce.
Zkolei on się zawstydził i zaczął mówić szybko:
— Bardzo panią przepraszam... Ach. cóż za roztargnienie! Zamyślony byłem i nie dosłyszałem pytania pani. Pani idzie na plac Zgody? To dość daleko; niech pani pozwoli, ja idę tam właśnie, jeśli wolno, to panią zaprowadzę.
— Pan jest zbyt uprzejmy i pewnie robię panu kłopot. Ale to takie straszne miasto. Bo ja jestem z prowincji, proszę pana. Mój ojciec jest lekarzem... Jeśli pan taki dobry... Ja w istocie boję się sama chodzić nawet w dzień przez te okropne ulice... Tu mogą człowieka rozjechać na śmierć każdej chwili... U nas W miasteczku jeździ tylko beczka z wodą i to bardzo powoli, więc się nikt nie boi.
Dorn uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu dni, lecz zaraz zgasił uśmiech, jak jaskrawą świecę. Słuchając miłej paplaniny, patrzył bystro i oglądał ją przenikliwie. Rozdziewał oczyma z jaskrawej sukienczyny i badał, badał, jak inkwizytor duszę. Oczy w porządku, włosy również, nos prawdziwy. Mężczyzną chyba nie jest, gdyż zbyt jest drobna i ma wysoki przyjemny głosik. Nogi śliczne, rąk ma tyle, ile trzeba, ani jednej za mało, ani jednej za wiele. Widzi, słyszy, gada, chodzi, rusza rękoma. Niczego jej nie brak, jest kompletna. Nie, ta kobieta nie jest fenomenem. Ale jeszcze sobie nie dowierzał, pomyślawszy, że wszystko ukryć potrafi kobieta. Więc zadawać począł zdumionej dziewczynie zwarjowane pytania:
— Czy pani dobrze widzi?
— Jak jastrząb!
— Niechże mi pani przeczyta, co tam napisane na tym małym szyldzie?
— Ale poco? Napisane jest „Akuszerka, Magdalena“.
— A czuje pani, jak ulica brzydko pachnie?
— Tak, benzyną!
— A gdyby szybko najechał na panią wprost automobil, — coby pani zrobiła?
— Uciekłabym jak szalona.
— Bogu dzięki, Bogu dzięki! — mówił uradowany Dorn. Nagle jednak spojrzał na nią bystro. — A dlaczego pani zwróciła się do mnie?
— Przepraszam, jeśli panu zrobiłam przykrość...
— Ależ przeciwnie! zrobiła mi pani żywą przyjemność, ale dlaczego do mnie?
Panienka spuściła oczy.
— Bo pan tak przyzwoicie wygląda i... tak miło... Pan musi być dobry...
Dorn spojrzał na nią z niebiańskim wyrazem twarzy.
— Nie pomyliła się pani, jestem dobry. Zrobię, co pani każe! Co pani ma do roboty na placu Zgody?
— Nic. Tylko stamtąd umiem trafić tam, gdzie wczoraj jadłam śniadanie z ojcem. Teraz ojciec mnie na parę godzin opuścił, bo poszedł do Akademji Medycznej i mamy się spotkać o szóstej, a teraz jest dopiero pierwsza, więc idę sama coś zjeść.
— Sama? To niemożliwe! Musi mnie pani zabrać z sobą!
— Pana? Czyż ja mogę pana zabrać? Pan jest strasznie dobry! Ale ja nie wiem...
Dorn, rozpromieniony jak żak, kiwał już ręką na automobil. Zawiózł dziewczynę do pierwszorzędnej knajpy, służył jej jak dziecku, dokazywał jak człowiek, który zgubił swoje nieszczęście. Biedna prowincjonalna duszyczka była w pięćdziesiątem czwartem niebie; siódme — nie dałoby najmniejszego wyobrażenia o jej szczęściu. Po szampanie chciała go koniecznie pocałować, melba z ananasem wydała jej się czemś tak drogocennem, że oddanie za nią cnoty dziewiczej byłoby lichą zapłatą. Dorn miał rumieńce i szalał. Kochał się od pierwszej minut czterdzieści pięć, naturalnie na wieki. Kiedy się panienka oblizała po melbie, wpadł w zachwyt, upewniony bowiem co do szczegółów jej budowy mniej więcej jawnych, miał jednak podejrzenia, czy panienka posiada język. To, że mówiła, nie było żadnym dowodem; kobieta potrafi mówić nawet bez języka. W tej chwili ujrzał go w całej chwale i był szczęśliwy. Był też szczęśliwy z powodu niesłychanego apetytu dziewczątka. Nie zauważył, że i garsoni, zdumieni, pokazywali ją sobie dyskretnie i szeptali cicho po kątach.
Na przechadzce w automobilu po lasku, ucałowali się trzy razy wspólnie, siedem razy on ją ucałował pojedyńczo. Potem zaczęli omawiać następne spotkanie. Dorn chciał jak najprędzej, — bał się, że do jutra panienka może stracić oko, lub nos.
— Zobaczymy się dziś! — powiedziała, poważniejąc. — Muszę panu udowodnić, że ja nie jestem byle kim, choć jestem z prowincji.
— Jesteś cudna!
— Ale i coś więcej. O mnie już wiele wiedzą, ale jutro będzie mówił cały kraj.
— Urżnęła się panienka! — pomyślał wesoło Dorn, jeszcze bardziej się radując, bo widocznie niebiańska ta istota i mózg ma w porządku, tylko bowiem mózg zdrowy i w szlachetnym stanie reaguje na alkohol.
— Niech się pan nie śmieje! — rzekła ona tonem zarozumiałym. — Jutro pan będzie dumny, że mnie pan zna. Ja robię wielką karjerę.
— Czemuż to, najmilsza kobieto na świecie?
— Dowie się pan. Przedtem ojciec zabronił mi mówić.
— Dobrze, już dobrze!
— Niech pan przyjdzie dziś o dziewiątej do Akademji Medycznej. Ja tam będę z ojcem. Zapoznam pana z moim ojcem. Ale niech pan koniecznie usiądzie w pierwszym rzędzie.
— Czy to będzie prelekcja?
— Pewnie będzie i prelekcja. Ja będę pana szukała w pierwszym rzędzie.
Pożegnali się najczulej, poczem Dorn poszedł rozmyślać i czekać godziny dziewiątej. Jeszcze świateł nie zapalili w auli, a on siedział w pierwszym rzędzie amfiteatru. Mało go to obchodziło, że ojciec, prowincjonalny lekarz, chce być koniecznie na medycznym wykładzie. Trudno. Dla kobiety można godzinę spędzić i z doktorami.
Salę zapełniono szczelnie. Dziesięć minut było po dziewiątej, a panienki jeszcze nie było. Dorn był niespokojny, ale drzwi już zamknięto i z powodu tłoku nie można było się wydostać. Smutno więc rozpoczął słuchać jakiegoś nudnego wykładu, z którego ani słyszał, a tem bardziej nie rozumiał ani słowa.
— Naturalnie! — myślał ponuro — gdyby jej brakowało jakiegoś organu, toby przyszła. Jest cała i naturalnie zbudowana, więc nie przyjdzie. To jest moje szczęście.
W tej chwili audytorjum poruszyło się ze szmerem i z okrzykami zdumienia. Prelegent, dostojny jakiś profesor, podniósł głos. Dorn zaczął słuchać.
— Tak, panowie. To nie jest fantazją! Kolegjum przeprowadziło najsumienniejsze badania i stwierdziło fakt niebywały. Za chwilę zaś będą mogli koledzy lekarze obecni na sali i panowie przedstawiciele prasy sprawdzić to osobiście i dowiedzieć się o istocie fenomenu. Proszę się nie tłoczyć!... Proszę wprowadzić pacjenta!
Otwarto drzwi za katedrą profesora i panienkę Dorna wprowadzono na estradę. Była bardzo blada i szła z powagą, jak panna młoda do ślubu.
Dorn jęknął głucho. Przed oczyma zaczął mu latać czarny śnieg.
Sala cała utkwiła w nią oczy. Profesor zaś mówił.
— Oto jest panna X. z Z. Ma lat osiemnaście. Na świat przyszła prawidłowo. Rozwinięta znakomicie. Proszę panów. Ta panienka może być słusznie uważana za najgłośniejszy fenomen naszych czasów. Ta panienka jest fenomenem podwójnym.
Dorn wpił paznokcie w pulpit i drżał.
— Sprawdziliśmy, że posiada ona dwa żołądki, jeden normalnej wielkości, drugi mniejszy.
Na sali zerwały się oklaski, pełne podziwu i szczerego uznania. Dorn się podniósł i wyglądał, jak krwawy tygrys przed skokiem. Panienka ujrzała go i uśmiechnęła się z dumą.
— ...Ale fenomen ten jest mało znaczącym drobiazgiem, wobec innej jej właściwości niesłychanej. Panowie! Ta panienka ma serce umieszczone z prawej strony!
Nagły, straszliwy ryk rozdarł powietrze. Dorn wytrzymał dwa żołądki, serca z prawej strony nie mógł wytrzymać. Rzucił się jak furjat na jakiegoś profesora, który drżał obok niego z zachwytu, wczepił się szponami palców w jego włosy i zaczął ryczeć, rzęzić, wierzgać nogami, płakać na głos. Oszalał.
Policja wyniosła go na rękach.
Nazajutrz leżał w malignie i, ciskając się, wciąż się chwytał rękoma za brzuch i gniótł go niemiłosiernie, albo się chwytał ręką za piersi ze strony prawej i darł koszulę. Po dwóch dniach miał przykre zajście. Lekarz, którego przywołano, myśląc, że Dorn naprawdę zwarjował, widząc, że jego pacjent jest zdrów, nieco tylko ma rozprężone nerwy, chciał go zainteresować i począł mu opowiadać o nadzwyczajnym fenomenie, który zajmował całe miasto.
— Co to za fenomen? — zapytał Dorn ze złym błyskiem w oczach.
— Situs viscerum inversus totalis...
— To znaczy?
— Serce po prawej stronie, a nadomiar tego...
Nie skończył, albowiem Dorn uderzył go w furji porwanym z pod łóżka butem po głowie.
Niebyło tedy nic dziwnego w tem, że biedny Dorn opuścił to straszliwe miasto, gdzie zdarzają się dziewice, którym nietylko niczego nie brak, jak to zwykle u dziewicy, ale czegoś mają za wiele, w podwójnym egzemplarzu.
Jałowe gościńce wielkich dróg świata skrapiał gorzkiemi łzami. Jęczał na lądzie, płakał na morzu, jakby w niem soli było za mało i wody. Woził swoje nieszczęście tam, gdzie wszyscy zdawali się szczęśliwi. Nie wierzył nikomu, nie wierzył własnym oczom, w słusznem mniemaniu, że można ostatecznie dojrzeć defekt na wierzchu, żaden wzrok jednak nie dojrzy, co się dzieje we wnętrzu brzucha. Uśmiechał się z goryczą i politowaniem, słysząc, jak ktoś mówił do kogoś:
— Niech pan spojrzy, jak ta kobieta jest cudownie zbudowana!
— W istocie! — mówił ten drugi z zachwytem — ani cienia błędu.
— O, głupcy! — myślał Dorn, — o, ślepi! Jeśli nie ma sztucznych żeber z aluminjum, to ma piersi z gutaperki, a jeśli ma piersi prawdziwe, to ma przyprawione ucho.
I śmiał się, i był mądry.
Serce w nim płakało wciąż, pochlipywało właściwie, jak dziecko, co się nie może zupełnie w płaczu utulić, a jednak on się śmiał. Z pasji, z wściekłości, ze zdenerwowania. Wiedział, że go nic nie odstraszy, że to rzecz nieskończona, że jak ćma w płomień, tak on wpadnie w nową jakąś awanturę i, jak człowiek, który używa kokainy, choć rozumie niebezpieczeństwo tego życia, tak on nie mógł się obronić pociągającemu urokowi trucizny.
Bawił się zupełnie tragicznie, bo zaczęła się w nim budzić chora ciekawość, co mu się właściwie może zdarzyć jeszcze. Może się okazać najwyżej(!), że kobieta, z którą się ożeni wreszcie, będzie cała sztuczna, będzie genjalnie zrobioną lalką, którą on porozkręca i będzie po kawałku wyrzucał przez okno. Więcej się nic zdarzyć nie mogło.
Dorn stawał się fatalistą, który się losowi uśmiecha w nos.
Zamieszkał w małej mieścinie, gdzie był spokój i cisza. W takiej małej mieścinie niema sztucznych kobiet, bo kto tu nie ma oka, ten go sobie nie sprawi za drogie pieniądze, ani nie będzie sztukował nosa parafiną, bo to trzeba zrobić w Paryżu; tu chodzi każdy z takim nosem, jaki mu Pan Bóg dał, w kształcie małego kartofla, korniszona, haka, dzioba kaczki, szydła, — wszystko jedno. Pod tym względem był Dorn spokojny, mało miał zresztą nadziei, by w małej mieścinie znalazł przedmiot płci żeńskiej, godny swojego smaku. Zbyt wiele go nie okazywał nigdy, bo go w nim przytępiła namiętna potrzeba kochania, miał jednakże wymagania ściśle określone...
Zamieszkał w dwupiętrowym hoteliku, który był najwspanialszym w miasteczku budynkiem; czytał książki o miłości, palił bezustannie papierosy i pił dużo wina, wiódł więc żywot, wprawdzie ascetyczny, lecz szczególnie ze względu na obfitość wina godny pozazdroszczenia. Rzadko wychodził z pokoju i godzinami wpatrywał się w ogród karlich i poskręcanych, jak paralityk, albo jak życie, drzew oliwnych i w winne szczepy, najcudowniejszy wynalazek Pana Boga, który je sadził pełen złotej radości.
Przynoszono mu jedzenie do pokoju; uważany był za znakomitego gościa, za księcia z obcego kraju, gdyż pijał mocno i był smutny. Właścicielka hotelu, baba rozmiarów potężnych, z gębą, świecącą się jak samowar, tak okrągła, że z każdej strony była w odmiennym stanie, szanowała gościa i wzdychała nad jego smutkiem. Kobiety tłuste mają przedziwnie dobre serca.
Dorn rzadko z nią rozmawiał, jeszcze rzadziej na nią patrzył. Przywykł do jej huczącego głosu i do takich westchnień, jakie wydaje góra, kiedy jest w połogu i ma urodzić mysz. To też odwrócił się szybko, jak żgnięty szydłem, kiedy poza nim odezwał się śliczny głos:
— Proszę pana, przyniosłam śniadanie!
— Boże, miej litość nade mną! — jęknął bez głosu Dorn.
Z tacą w obu rękach stała dziewczyna, jak topola, smagła i cudownie uśmiechnięta.
Dziewczyna zaśmiała się głośno.
— Ach, jak pan śmiesznie wygląda, taki zdziwiony! Ja jestem córką właścicielki hotelu. Matka jest chora, bo ma latającą nerkę...
— Matka? Z całą pewnością matka?
— Tak, czemu się pan dziwi? Myślałam, że panu o tem opowiadała, bo ona wszystkim o tem opowiada. Bardzo ją dziś zabolało, więc leży, a ja ją zastępuję. Chyba, że pan nie chce — dodała z szelmowskim uśmiechem.
Dornowi słońce weszło na gębę. Podskoczył, wyjął łagodnie tacę z jej rąk i patrzył z zachwytem.
— Gdzie się pani ukrywała? Ja tu przecież mieszkam od dziesięciu dni!
— Ja wiem, ja pana już widziałam, już kilka razy, a mnie pan nie widział, bo matka nigdyby na to nie pozwoliła.
— Czyżbym ja panią zjadł?
— Pewnie nie, ale moja matka, proszę pana, to jest bardzo mądra kobieta. I zawsze mi mówi, żebym się nie pokazywała gościom, bo gość przyjedzie i pojedzie, a dziecko może zostać.
— Jakie dziecko?
— O, jaki pan naiwny! Gdzie jest dziewczyna, tam może być dziecko.
— Ach, tak! — roześmiał się Dorn. — W istocie, jest to mądra kobieta. Niech pani się kłania mamusi.
— Niech Bóg broni, ona nie wie, że ja tu poszłam...
— Aaa! to pani tak z własnej woli?
Dziewczyna się zarumieniła, jak kuropatwa na rożnie.
— Serdecznie pani dziękuję! — rzekł Dorn radośnie. Położył na stole tacę, którą dotąd trzymał w ręku, chwycił obie ręce dziewczyny i obie ucałował. Ona zaś z rumianej stała się blada.
— Co pan zrobił? Mnie jeszcze nikt w rękę nie pocałował...
— Ja odrobię tę straszną krzywdę! — szeptał Dorn.
Tylko człowiekowi, który dziwnie mierzy, wydać się może, że zbyt daleko jest od rąk do ust. Jest to odległość śmiesznie mała, bo wogóle ciało pięknej i młodej kobiety ma tę dziwną właściwość, że burzy wszelkie pojęcia o odległościach. Sam nie wiesz, kiedy i jak... A ona tem bardziej...
Dziewczyna była odurzona; wielki pan i przyjemny chłopiec całował jej ręce, usta i włosy. I choć furja jego zawładnęła tylko górną częścią jej młodego ciała, w całem ciele poczuła ona dreszcz, który ją obierał z sił. Pieszczota Dorna wydała jej się niesłychanie niebotycznie... wielkopańska. To ją przedewszystkiem napełniło szczęściem.
— Nareszcie coś takiego, jak latająca nerka, przyniosło mi szczęście! — myślał w nocy Dorn. Wypił wszystko wino i patrzył na świat, jak człowiek, który otworzył oczy po odcięciu go od szubienicy.
Nazajutrz mama jeszcze leżała, i Dorn całował znowu. A choć pijany był szczęściem, nie zaniedbał ostrożności; chytry, jak wąż, wpełzał wszędzie, badał wszystko; człowiek, który kupuje konia od znanego oszusta, tak go nie bada pilnie, jak Dorn badał tę miłą dziewczynę. Prawda nie mogła być prawdziwsza. Była to prawda tem milsza, że choć nie naga, całowała jak bachantka. Ta dziewczyna gorzała jak smolna pochodnia, to też biła od niej łuna, i bardzo Dornowi było gorąco.
— Nareszcie — jestem u celu. Znalazłem! Znalazłem! — wołał jak Archimedes i tak się zaśmiał bezczelnie w pysk nieszczęsnemu losowi swojemu, że los, ogon pod siebie wziąwszy, chyłkiem, cicho skowycząc, odszedł we wstydzie.
I tem się bardzo nie martwił, że latającej nerce mamy znudziło się wreszcie latanie i dała spokój frywolnej zabawie. Kochankowie, złodzieje i adwokaci potrafiliby oszukać djabła, istotę zresztą naiwną i niesłusznie spotwarzoną. Tak kłamać, jak kochankowie, złodzieje i adwokaci, nie potrafi najstarszy djabeł.
Dorn i piękna dziewczyna mieli gotowy spisek i swoje pismo; koszula damska, susząca się na winnej pergoli, mówiła: „kiedy wszyscy pójdą spać, będę w ogrodzie“ — ręcznik wołał: „uważaj, matka zła, nic się nie da zrobić!“ Rzeczy martwe bowiem mają swoją wymowę tajemną i piękną.
Zakochany Dorn zachowywał się, jak rozmarzony student. Nie byłby skrzywdził dziewczyny za nic na świecie; kochał ją czule i pięknie. Tem boleśniej wypatrywał znaków w ogrodzie; nie było żadnych, choć deszcz nie padał i można było suszyć bieliznę; na porę deszczową zresztą były też przewidziane znaki również pomysłowe. Przychodziła do niego gruba mama i wzdychała grubo.
Dziewczyna wpadła, jak kamień w wodę.
Noce były cudowne i pełne złotej łaski księżyca; Dorn rozpaczał. Niema bowiem bardziej smakowitego pocałunku, jak ten, który pachnie nocą księżycową; ludzie całują się wtedy jak duchy i są dobrzy. Na to zresztą stworzył Pan Bóg księżyc, bo niema innej racji jego istnienia. Przecie nie poto go stworzono, aby psy miały przyjemność i by mogły wyć w określonym kierunku.
O tem rozmyślał Dorn, kiedy się w czasie pełni wykradał po skrzypiących schodach do ogrodu i patrzył w jej okno. Dokoła było cicho i złociście. Nagle coś skrzypnęło. Co to? Tak! to jej okno, to narożne... Tak! tak! Dorn zmartwiał ze szczęścia i przytulił się do słupa pergoli, dając po chwili znaki w stronę okna.
Dziewczyna stanęła w oknie, ale go nie ujrzała. Widocznie więziona przez starego smoka z latającą nerką, musiała najpierw swój smutek zwierzyć księżycowi.
Księżyc dlatego ma minę starego warjata, że od wieków słucha panieńskich zwierzeń.
— Lizetto! — szepnął Dorn.
Nie usłyszała go, on zaś ani nie śmiał krzyknąć, ani zbliżyć się, gdyż okna mamy były otwarte, więc tylko patrzył w nią, jak w obraz.
Dziewczyna była w koszuli; księżyc ją rozchełstał, i gładziło to stare, złote bydlę jej piersi. Dorn nie mógł oderwać wzroku. Nagle się zaniepokoił. Co to jest, na Boga? Dziewczyna stanęła na parapecie okna i wciąż w księżyc wpatrzona, spuściła bose nogi na gzyms, biegnący wzdłuż domu, stanęła na nim pewnie i równie pewnie iść poczęła w stronę pokoju Dorna.
— Moje okno zamknięte! — jęknął Dorn — a ona idzie do mnie!
Równocześnie zalała go gorąca fala szczęścia. Miłość tej prostej dziewczyny doszła do bohaterstwa. Grozi jej śmierć, a ona idzie do niego...
Nie, nie do niego! Mija okno i idzie dalej... Coraz dalej... Po występie muru włazi na dach i idzie po stromym dachu, ostrożnie jak kot, a równocześnie śmiało. Księżyc wędruje za nią, jak apasz za kochanką.
Lunatyczka...
Dorn, mdlejąc, ujrzał tylko, że w pokoju matki mignęło światło, i w domu powstał ruch. Dwóch parobków wybiegło z za węgła z długą drabiną i biegli w wielkiej ciszy.
Dorn zaś leżał na grzędzie tak długo, aż go poranny chłód trącił niecierpliwie i zaczął nim tarmosić, jak policjant tarmosi śpiącego w miejskim ogrodzie włóczęgę.
Powstał leniwo trochę blady, trochę siny, ale spokojny śmiertelnym spokojem.
— Zaczęła się inna serja! — rzekł głucho — niema dla mnie szczęścia na tej ziemi...
I wyjechał chyłkiem.
Wydało mu się jasne, że los wprowadził w jego życie pewną rozmaitość. Był mu za to wdzięczny. Myślał o swojem nowem nieszczęściu łagodnie, z dobrym smutkiem człowieka, który wie o tem, że nic innego stać się nie może nad to, co się dzieje.
Los jego stanął przed nim arogancko i uśmiechnął się zwycięsko, nielitościwie.
— Nie szkodzi — rzekł Dorn przed siebie, w powietrze — rób pan swoje!
Poczem pojechał do większego jeszcze miasta, niż wszystkie, które znał dotąd.
— Tu się prędzej wyczerpie repertuar! — myślał — ktoś się wreszcie zmęczy.
Spotkawszy pierwszą kobietę, był pewny, że będzie ona powodem jakiegoś bardzo dziwnego nieszczęścia. Kobieta ta spojrzała na niego z uśmiechem, na czem wyszła doskonale i na czem zrobiła pierwszorzędny interes: poślizgnęła się na posadzce i złamała obojczyk. Gdyby była przez dziesięć minut rozmawiała z Dornem, byłaby złamała obie nogi w biodrze i rękę prawą w przegubie, nie mówiąc już o takich drobnostkach, jak wstrząs mózgu.
W salonie powstał nieopisany popłoch i rwetes, jest to bowiem wypadek w towarzyskiem życiu dość rzadki, aby sobie ktoś łamał obojczyk. Dorn, stary, doświadczony katastrofista, patrzył z doskonałą obojętnością, jak wszyscy poszaleli, chcąc pomóc biednej damie; najwytworniejszej bowiem damie dość dużą przykrość sprawia złamane serce, cóż dopiero część ciała tak bolesna i nierównie większego dla kobiety znaczenia, jak obojczyk.
— Panie Dorn! — rzekła do niego w tej chwili miła jedna matrona, przyjaciółka jego matki, stąd w przyjacielskich z nim będąca stosunkach — niech pan odprowadzi moją córkę do domu, gdyż ja tu muszę pozostać... Taki wypadek... taki przykry wypadek.
Dornowi było wszystko jedno, kogo i dokąd ma odprowadzić. Córkę tej pani? Niech będzie córka tej pani.
Była to panienka cicha, małomówna, skromna i bardzo blada. Ach, to ta?! Dorn przypomniał sobie, że dziś kilka razy spotkał się z jej wzrokiem, który był również cichy i jakby zgasły. Błyski jej głębokich, szarych oczu, lśniły jak światła pod abażurem. Wyglądała tak powiewnie i słodko, jak kobiety Burne Jonesa, i taka była pełna pokornej melancholji. Nie piękna, a jednak była piękna. Smutek prawdziwy i nieprzesadzony jest najwytworniejszym strojem kobiety, dlatego też wiele kobiet bardzo lubi, jeśli ktoś umiera w ich dalszej rodzinie, mąż albo stryj.
Smutna panienka, była jednak naprawdę czegoś smutna.
Mieszkała niedaleko, więc szli piechotą. Dorn bąkał coś od czasu do czasu i patrzył przed siebie bezmyślnie.
— Co pana trapi, panie Dorn? — szepnęła ona nagle.
Dorn spojrzał na nią po raz pierwszy. Była tak samo smutna.
— Nic, proszę pani. Myślałem o tem, jak kruche są kobiety.
— Ach, to straszny wypadek. Pierwszy raz w życiu widziałam takie nieszczęście; to okropne!
— Co? taki obojczyk! Ha! ha!
Dorn zaśmiał się jak trzech szatanów, takich najzgryźliwszych.
— Czemu pan się śmieje? To nieładnie.
— Tak, pewnie, że to nieładnie. Ale, droga pani, ja widziałem takie wypadki... Och, pani, chyba mniej na świecie jest wypadków ze szkłem... Gdybym pani mógł wszystko opowiedzieć, mój Boże!
— Niech pan opowie...
— Nie będzie pani spała.
— To kiedyś w dzień. Zresztą, musi nas pan odwiedzić.
— Jest mi absolutnie wszystko jedno! Ach, nie! przepraszam... Niech pani źle mnie nie rozumie. Ależ naturalnie... Odwiedzę państwa, byłbym to zresztą zrobił bez zaproszenia.
— Jest pan bardzo miły!
— Jezus, Marja! — pomyślał Dorn — każda zaczyna od tego, że jestem miły.
Od tej chwili patrzył Dorn ponuro w jej i swoją przyszłość.
Zapytał, kiedy może złożyć wizytę.
— Kiedy się panu podoba.
— Czy jutro po szóstej — można?
— Po szóstej? Ach, tylko nie o tej porze — mówiła z nagłą szybkością. — Wszystko jedno kiedy, byle nie między szóstą a siódmą. Niech się pan nie dziwi, ale w tym czasie mam lekcję śpiewu.
Dorn, pożegnawszy smutną panienkę, wiedział pewnie o dwóch sprawach, o tem, że, jeśli się w niej nie zakochał dziś, to z pewnością zakocha się jutro, i o tem, że będzie nieszczęście. Jakie? Jest mu to zupełnie obojętne, już mu tam niebo coś miłego wymyśli. Zakochać się było łatwo; panna, choć bogata, miała w oczach całe morze cichego smutku; smutek ten był czarujący. Trzeciego dnia Dorn wiedział, że kocha. Panienka patrzyła na niego z rozrzewnieniem i ze smutkiem piękniejszym jeszcze. Bywał niemal codziennie u tych dobrych pań, w rozmaitych porach. Nigdy jednak między godziną szóstą i siódmą. Dlaczego? Dorn się zastanowił. Coś go zaniepokoiło. Powiedziała, że uczy się śpiewu. Kto uczy się śpiewu codziennie i tak ściśle, wedle zegarka? Nazajutrz stanął w ukryciu na ulicy i patrzył, czy kto wchodzi około szóstej. Nikt nie wszedł, ani około siódmej nikt nie wyszedł.
— Moje nieszczęście zdarzy się między szóstą i siódmą — pomyślał Dorn.
Nagle uderzył się w głowę.
— Przecież w tym domu niema fortepianu! — zawołał ze zdumieniem — czy panienka uczy się przy harfie? Niema i harfy!
Stał się jeszcze smutniejszy, niż panna. Patrzyli sobie długo w oczy, i było im dziwnie nieswojo. Nagle jej oczy napełniły się łzami. Dorn uciekł, bo w nim serce zaczęło jęczeć.
Zaczął obserwować pokojówkę i zauważył, że małpa, choć przystojna, jest złośliwa i przykra. Zapłacił jej ogromną sumę, aby ukoić jej przerażenie, i wejść do ogrodu o godzinie szóstej, przysiągłszy, że nikomu o tem nie wspomni.
Z niesłychanemi ostrożnościami został wprowadzony do pokoiku służącej, stamtąd do pokojów panienki. Miał złe wrażenie, że się nie różni niczem od złodzieja, a właściwie różni się, gdyż jest gorszy, niż złodziej. Był blady ze wstydu. W ręku miał bukiet czerwonych róż — na wszelki wypadek, gdyby go spotkano i gdyby mu trzeba było pretekstu, choć go pokojówka zapewniła, że nikogo prócz panny w domu niema.
— Czy panienka uczy się śpiewu?
— Nigdy nie śpiewała — szepnęła służąca.
— A cóż robi codziennie od szóstej do siódmej?
— To tajemnica. Za chwilę pan zobaczy. Proszę tędy...
Stąpał na palcach, blady i drżący. W pokoju panny rolety były opuszczone; w miłym, złotym półmroku ujrzał ją, leżącą nawznak na otomanie. Ręce leżały sztywno wzdłuż ciała. Twarz jej była blado-żółta, z nieludzkim wyrazem cierpienia.
Dorn krzyknął zduszonym głosem i oparł się o futrynę drzwi.
— Jezus, Marja! ona umarła!
— Nie — rzekła cicho pokojówka — wcale nie umarła. Niech pan podejdzie bliżej. Śmiało, panienka się nie zbudzi.
Dorn uczynił dwa kroki, jak zahipnotyzowany. Miał łzy w oczach; z drżących rąk wysunęły się i padły na dywan czerwone róże.
Pokojówka objaśniała:
— Ona tak co dnia, punktualnie o godzinie szóstej zasypia i co do sekundy budzi się o godzinie siódmej. To jest sen kataleptyczny. Nic i nikt jej nie może zbudzić. Można ją kłuć szpilką, albo parzyć ogniem. Starsza pani mdleje na ten widok, choć to trwa tyle lat. Woli wyjść. O tym czasie idzie zwykle do kościoła. Ja jedna w tym domu znam tę tajemnicę, a pan przysiągł, niech pan pamięta!...
Łzy jak groch toczyły się po zalękłej twarzy Dorna. Pokojówka z irytacją zbierała rozrzucone róże, aby usunąć ślady czyjejś obecności.
Wyszedł powoli, ciężko podnosząc nogi, jakby je miał z ołowiu. Widział śmierć złośliwą i straszliwie podłą, bo męczącą i igrającą ze słodką, biedną dziewczyną.
Zakupił cały sklep róż nazajutrz i o poranku posłał je smutnej panience z listem takim serdecznym jak miłość i przeprosił, że, zmuszony do nagłego wyjazdu, nie może się pożegnać.
Wszędzie jednak i długo bardzo widział jej sarnie, łzami oblane spojrzenie. Już nie klął swego losu, ujrzawszy, jak bardzo nieszczęśliwi są ludzie.
Zawrócił nagle na gościńcu świata, którym szedł na poszukiwanie swojego miłosnego szczęścia, i wracał do Warszawy. Miał jednak przed sobą zbyt daleką drogę, aby ją mógł przebyć spokojnie. Nie miał zresztą najmniejszych pod tym względem złudzeń. Ostatnia przygoda wyczerpała go jednak tak bardzo, że chorobliwie unikał spojrzeń smutnych i twarzy bladych choć wiedział, że nikt bardziej nie pragnie miłości, jak kobieta smutna, myśląc, że jej ona przyniesie szczęście, i że żadne oczy jej goręcej nie wypatrują, jak oczy pełne łez, myśląc, że miłość je osuszy. O, biedne! wszak miłość jest największym smutkiem i studnią łez, bowiem sercem mądra, więc największą mądrością, równą boskiej, wie, że niema miłości bez zdrady, i że życie jej jest krótkie, jak żywot kwiatu. O, dolo miłości! Wie, że umrze w cierpieniu, a wyciąga ku niemu ramiona i modli się o nie, jak o promieniste szczęście.
Takie smutne wieści prządł Dorn w mieście zgiełkliwem, pełnem krzyku i wrzawy. Strząsnął z sandałów proch, przywieziony ze smutnej wyprawy i aby zapomnieć, cisnął się głową nadół w odmęt. Pił, śpiewał z pijacką gromadą, szalał niewytwornem szaleństwem. Uwielbił w krótkiej drodze szybkiego porozumienia jasnowłosą baronową, pulchną i roześmianą, pachnącą, jak fabryka olejków, rozkosznicę, rozwódkę, jednem słowem. Ta kobieta nie wiedziała, co jest smutek. Musiała być cała i bez części sztucznych, bo przed tem miała męża przez lat siedem, w ciągu zaś takiego czasu największy nawet kretyn byłby dojrzał taki niemiły drobiazg, jak drewniana noga.
Dorn pomyślał wprawdzie, że los jego odmienił mu gatunek katastrof i zadowalał się już nie byle jakim pomysłem. Przecie serce po prawej stronie, albo katalepsja, to już nie byle co, nie byle szklane oko, albo fałszywa kobiecość. Był więc przekonany, że serja uszkodzeń cielesnych już się skończyła i zaczną się nieszczęścia wymyślne. Tak był zajęty rozmyślaniem na ten temat, wychodząc z baronową z modnej restauracji, że ledwie zauważył dyskretną, lecz bardzo w rytmie gorącym gwałtowną rozmowę baronowej z maitrem restauracji. Ona przeczyła, on twierdził. Dorn trochę się zdziwił, myślał jednak, że sprawa jest o jakieś dawniejsze zobowiązania, baronowa bowiem była stałym gościem wykwintnego lokalu. Wreszcie maitre rozłożył bezradnie ręce.
Dorn zauważył, że mu tej kobiety zazdroszczono, bo go odprowadzało setki spojrzeń.
— Należy mi się cokolwiek satysfakcji — pomyślał, ujmując ją za pulchne ramię, kiedy ją wsadzał do automobilu.
Wtem coś brzęknęło, upadłszy na bruk, coś, co wypadło z jej gronostajowego zarękawka. Dorn się pochylił, myśląc, że to zegarek lub bransoletka, baronowa miała zresztą na sobie mnóstwo pierwszorzędnej biżuterji — i podniósł srebrną łyżkę stołową z firmą restauracji.
Zamieniony w znak zapytania, uśmiechnięty wesoło, ważył ją na dłoni.
— Ach! — zawołała baronowa — czułam, że mi coś wpadło do zarękawka. Niech pan zawoła boya i niech on to odniesie.
Tak ją ubawiła ta łyżka, że śmiała się jak szalona, wobec czego, choć to nie było racją dość głęboką, Dorn obiecał jej kupić pierścionek ze szmaragdem.
Kiedy weszli do magazynu, i Dorn zażądał pokazania pierścionków, jubiler się skrzywił i spojrzał z pod okularów na baronową. Pokazał wreszcie pudełko z pierścionkami, które zaczęto oglądać. Dorn zapalił papierosa i czekał na jej decyzję. W tej chwili weszła do sklepu skromnie ubrana dama, porozumiała się spojrzeniem z jubilerem i usiadła na krzesełku. Kiedy baronowa wybrała pierścionek, i Dorn sięgnął do pugilaresu, szybko odbyła się następująca scena: skromnie ubrana pani powstała nagle i zapytała jubilera krótko:
— Ilu brak?
— Trzech z brylantami.
Wtedy dama błyskawicznie przetrząsnęła torebkę baronowej i zarękawek, poczem położyła na stole dwa pierścionki. Baronowa się nie broniła, tylko stała nieruchomo, krwawo zarumieniona.
— Gdzie trzeci? — zapytała sucho skromna pani.
— Nie wzięłam! — szepnęła baronowa z trudem.
— Niestety, ale tak — rzekł jubiler.
Skromna pani pomyślała chwilę, uśmiechnęła się cierpko i rzekła groźnie:
— Pani baronowa raczy otworzyć usta!
I, nie czekając na nic, palcem wetkniętym w usta baronowej wydobyła trzeci pierścionek.
Dorn patrzył, jak na przedstawienie u warjatów.
— Co to znaczy? — zapytał głosem z tamtego świata.
— Pan nie wiedział? To znana kleptomanka, a ta druga pani to jej cień, który jej pilnuje. Bardzo mi przykro... Widzę, że panu nieprzyjemnie.
Dorn był już za drzwiami i uciekał jak jeleń.
Ósma kochanka kawalera Dorna, którą spotkał niebawem, nerwowa i blada, młoda dama z najwytworniejszego towarzystwa, bawiła go bardzo, gdyż miała dziwną pasję; włóczyła go po ulicach i godzinami wystawała przed sklepami z żelaziwem. Dorn był cierpliwy, bo dama była piękna i wyróżniała go niezwykle.
— Musi być niedokrwista i patrzy wciąż na żelazo — myślał Dorn — o, jakże mądra jest natura.
Nazajutrz stała się rzecz straszliwa. Kiedy odwiedził panienkę, zastał przed domem Pogotowie, a w domu koniec świata; panienka połknęła kilogram gwoździ, z tą samą rozkoszą, z jaką inne połykają czekoladki.
Dorn nie czekał relacji, czy jej ten przysmak nie zaszkodził zbyt gwałtownie. Źle i niemiło jest mieć kochankę, która połyka gwoździe lub igły. Jest to przysmak wprawdzie tani, lecz tak mało strawny, że Dorna przeszły ciarki i zimno mu się robiło na samo wspomnienie.
Osłabły na duchu, złamany, z sercem potarganem na strzępy wrócił Dorn do Warszawy; wszędzie źle, a w domu najgorzej, lecz Dorn już nie miał siły. Repertuar jego miłosnych dziejów był straszliwy: kobieta łysa, przebrany mężczyzna, ze szklanem okiem i nosem z wosku — kobieta z sercem po prawej stronie i z podwójnym żołądkiem, lunatyczka, kataleptyczka, kleptomanka, histeryczka „żelazna“ — tak! to stanowczo za wiele na jedno, choćby najbardziej miłości pragnące serce, Do takiego interesu nie mógłby jednak znaleźć wspólnika.
Wracając do Warszawy, wstydził się. Wielu jego przyjaciół wiedziało, że pojechał po złote runo miłości, po brylant serca, po najcudowniejszą kochankę. Co im powie? Że jedna z jego kochanek kradła z restauracji łyżki, a druga połykała gwoździe?
Dorn się wściekł. Postanowił wśród materjału krajowego wynaleźć byle co. Miał nadzieję, że szanse jego w ojczyźnie będą lepsze, bo choć w Polsce wszystko jest źle zbudowane, lecz Polki są zbudowane wybornie. Myślał zresztą, że może go słuszna spotkała kara za to, że pojechał szukać obcych bogów, że wzgardził pięknością swojego chowu, wiadomo zaś, że Polacy chowają najlepiej konie i kobiety; konie mają tylko tę jedną zaletę więcej, że są wierne.
Dorn postanowił więc jak najprędzej znaleźć sobie kochankę. Przedsięwzięcie takie nie jest zazwyczaj bardzo trudne, dlatego, że co druga kobieta skłonna jest do rezygnacji i do poświęcenia. Gdyby ten zapał skierować w podniesienie gospodarstwa domowego, zadziwićby można świat.
To też niedługo szukał. Krętemi drogami poznał pannę przedziwnej piękności i dumną, z czołem królewskiem, kruczą, Balladynę — jednem słowem. W oczach jej można było założyć hutę, w której się topi rudę żelaza.
Była samotna, nie miała nikogo z bliskich, mieszkała wytwornie, Dorna przyjęła chętnie. Unikała miejsc publicznych, nie odwiedzała teatrów, nie lubiła ludzi. Szczegółowo wypytywała Dorna, co o niej myśli?
— Nie mogę myśleć, gdyż kocham panią — mówił Dorn.
— A gdybym była zła, nieznośna, okropna?
— Nie potrafi pani. Ale kochałbym panią.
— A gdybym miała przeszłość czarną?
— Gdyby była nawet tak czarna, jak włosy pani, kochałbym panią.
— A gdyby ludzie mówili o mnie źle?
— Ludzie nigdy o nikim nie mówią dobrze. Kochałbym panią więcej!
Wtedy ona uczyniła rzecz taką, która z mężczyzny czyni niewolnika: ucałowała go w rękę. Jest to przemyślny podstęp odwiecznej niewolnicy. Dorn się rozczulił. Rozczulił się do tego stopnia, że jej opowiedział dzieje swojej nieszczęsnej miłości. Niewiasta co nieco się zdumiała i zbladła. Rzekła jednak szybko i tkliwie:
— Ja wszystko panu nagrodzę!
Chodzili co wieczór do Łazienek, bo właśnie kwitły kasztany, i mówili takie do siebie słowa, które pachniały jak ukwiecone drzewa. Raz ktoś znajomy przystanął, spojrzał zdumiony i niechętnie się ukłonił. Był to stary przyjaciel Dorna, który był dumny, że on go właśnie widział z tą boską kobietą.
Nazajutrz przyjaciel ten odwiedził Dorna bardzo rano. Gadał długo o tem i o owem, znać jednak było, że nie to właśnie chce powiedzieć. Wreszcie nagle zaczął ni stąd ni zowąd:
— Dorn! skąd ty znasz tę kobietę?
— Znam od wielu lat, teraz się jej przypomniałem.
— Przez rok nie byłeś w kraju, a przez rok może się wiele zdarzyć. Otóż ta pani...
— Panna...
— Panna? Dorn, czy to zabawa, czy chcesz się żenić?
— Nie igram z miłością. Jest to rzecz poważna!
— Więc obowiązek przyjaciela każe powiedzieć ci wszystko. Ta panna wkrótce po twoim wyjeździe miała dziecko...
Dorn jęknął i opadł na krzesło.
— Z kim?
— Z murzynem z jazz-bandu.
— Hu! hu! — zawył Dorn.
— Ale to drobiazg. Potem otruła swoją ciotkę.
— Aaaa! — zakrakał Dorn.
— ...Siedziała w więzieniu; uwolnili ją trochę dla braku dowodów. Tak się zwykle zresztą mówi.
— Boże, Boże, Boże! — jęczał Dorn — co ja zawiniłem?
— A teraz się żeń! — rzekł przyjaciel i poszedł.
Dorn rozmyślał dwa dni i dwie noce. Siedem miljonów czterysta sześć tysięcy myśli związał wreszcie w taką konkluzję: jeśli najstraszniejsze stało się przed ślubem nic się nie stanie już później. Dziecko i morderstwo, to chyba dość... Przysiągłem jej, że choćby o niej powiedziano najgorzej...
Dusza w nim była napoły umarła, ciało doszło do niej jako tako.
— Wiem wszystko! — rzekł smutno.
Ona krzyknęła i upadła mu do nóg.
— I ożenię się z panią! — dokończył Dorn nieswoim głosem. Mam już dość tego wszystkiego. Ożenię się, do stu tysięcy djabłów! — krzyknął ni z tego, ni z owego jak szaleniec i ciężko dyszał.
Ona całowała jego ręce i nogi i obiecywała mu, że mu zapłaci za to wszystko miłością taką, jakiej nikt nie widział od stworzenia świata. Dorn się uśmiechał smutno i był rad ze swojej tragicznej odwagi. Patrzył przez otwarte okno w ogród pełny słowiczego śpiewania i gładził ją po głowie.
— ...Przeszłam wiele — mówiła — a to mi tylko pogłębiło duszę. Zbudziło we mnie siły, dało mi natchnienie. Ukrywałam jedno tylko, co tylko zdradzę tobie, tobie pierwszemu, bo później tysiące ludzi będzie o tem wiedziało.
— O czem?
— Zaraz się dowiesz!
Dobyła z biurka jakieś papiery. Dorn wstał zaciekawiony.
— Co to jest?
— Moja dusza!
Dorn patrzył błędnie w przeczuciu nieszczęścia.
— Najdroższy mój! To jest dusza mojego życia. To jest krew z mojej krwi. Za chwilę ci przeczytam. Dorn! Ja napisałam powieść!
Kafr, obdzierany ze skóry, tak nie wyje, jak zawył Dorn. Spojrzał na nią dzikiemi oczyma, potem krzyknąwszy: Krwi! krwi! — skoczył przez balkon na głowę z pierwszego piętra.
Albowiem przebrała się miara nieszczęść tego biednego człowieka, bo los jego, który z nim igrał, drobnemi męcząc go nieszczęściami, nieszczęście okropne i najstraszliwsze zachował mu na koniec.
Przyjaciel mój, miły bardzo poeta, opowiedział mi tę historję, która wygląda na opowiadanie patentowanego warjata, mającego urzędowe zaświadczenie pomieszanie zmysłów. Przyjaciel dawał mi trzy razy „najświętsze słowo honoru“, że w tej hecy brał udział. Gdyby raz, to możebym jeszcze jako tako uwierzył, ale trzy razy — to trochę za wiele. Ubocznie tylko nadmieniam, że mój przyjaciel jest to pijaczyna na wielki kamień. Pod tym kątem widzenia rzecz się staje zrozumiała.
Oto co mi ten bęcwał nabredził:
Niedawno temu oszołomiła mnie miła wiadomość, że stary kutwa, po którym miałem dziedziczyć, zjadł pieczone prosię, niesłychaną ilość śliwek, a potem napił się lodowatej wody. Kiedy kto ma lat siedemdziesiąt, nie powinien tego robić, chyba że ma miłego spadkobiercę. Zemsta natury była natychmiastowa i poczciwy staruszek umarł. Z rozrzewnieniem opowiadano mi, jak do ostatniej chwili zachował jasność i bystrość umysłu i jak z oszczędności zdmuchnął gromnicę na długą chwilę przed śmiercią. Zjadł też przed oddaniem Bogu ducha pieczone kurczątko, aby się nie zmarnowało.
Ponieważ działo się to w prowincjonalnem, obskurnem miasteczku, trzeba było tam jechać, aby sprawdzić, czy dobry, stary człowieczyna naprawdę umarł, mogło i to być bowiem, że z oszczędności wpadł na dwa, trzy lata w letarg, aby nie marnować świec i obyć się bez jedzenia. Spadek — rzecz oczywista — był na ostatnim planie(!), chociaż tylko w małych miastach bywają duże spadki. Tam zacni nieboszczykowie umieją wieść życie skromne i bogobojne, tańsze są lekarstwa i doktorzy nie tak łapczywi. Szczerze mi żal ludzi, którzy się spodziewają spadku choćby w Warszawie, gdzie koszty śmierci są niepomierne, i spadek kurczy się jak jaszczur w powieści p. Honorjusza Balzaca.
Ja z mojego uczciwego nieboszczyka byłem wcale zadowolony, tak, że nie przeklinałem zbytnio pobytu w szarem, błotnistem i żydowskiem mieście. Minę miałem przyzwoicie strapioną, i nieboszczyk, jeśli na mnie spojrzał, mógł mieć chwilę prawdziwej radości. Temu zacnemu człowiekowi zawsze i we wszystkiem się wiodło, i nawet po śmierci miał szczęście, na takiego jak ja natrafiwszy spadkobiercę.
Kiedy się stało oczywiste, że miły nieboszczyk, nawet gdyby się zbudził z letargu, nie zdoła podźwignąć niesłychanej ilości kamienistej ziemi, gdyż robota na prowicji nie jest fuszerską robotą stołeczną, a grabarze są tam dokładni i pracowici, kiedy dusza Harpagona odeszła do raju w całej paradzie, bo we fraku, rozciętym na plecach, trzeba było pomyśleć, w jaki sposób ukoić żałość i zmartwienie.
Musiałem przez dwa dni jeszcze dreptać po bruku przyjemnego tego miasta. Mój zacny krewny, sam już w raju bezpłatnie wszelkich wspaniałych używający rozkoszy, nie mógł mieć do mnie pretensji, że jeszcze za swoje pieniądze, bo jego trzymały w uwięzi niezliczone formalności, chcę pocieszyć strapioną i niewyspaną duszę. Tylko ludzie źli i obłudni, otrzymawszy spadek, udają, że umierają z żałości, człowiek rozsądny powinien ucieszyć nieboszczyka, dając mu dowód, że jego skarbów źle nie użyje, lecz je spożyje w radości i w błogiem weselu, że uczyni to, jednem słowem, czego on uczynić nie umiał, i wskutek tego mógłby mieć za grobem wyrzuty sumienia.
Dość było trudno w małem mieście oszaleć. Można sobie było wprawdzie kazać podać do obiadu lody ananasowe i hawańskie cygaro, takie jednak polecenie nie miało sensu, bo wywołałoby tylko zbiegowisko, zupełnie zresztą niepotrzebne, gdyż w całem mieście nie było ani ananasa, ani hawańskiego cygara. Można było zakupić wszystkie pokoje w pierwszorzędnym hotelu, co powinno wywołać sensację; i ten pomysł jednak również był bez sensu, w całym bowiem hotelu były tylko dwa pokoje, a w jednym stał bilard, który od wypadku służył jako łóżko.
Nie było to jednak miasto najgorsze. Źle jest sądzić z pozorów. Ostatecznie bowiem znalazła się rozrywka pierwszorzędna. W mieście tem gościł kabaret, tingeltangel, coś w tym rodzaju. Na zielonym papierze czerwoną farbą, koślawemi literami, udającemi litery druku, było wypisane, że w kawiarni „Japońskiej“ odbywa się codziennie przedstawienie „monstre“ najwybitniejszych gwiazd świata, artystek i artystów stołecznych.
Ha! życie bucha radością jak gejzer. Nawet tu.
Wpobliżu miasta znajdowały się głośne w świecie kopalnie nafty, więc środowisko ludzi bogatych, skłonnych do hazardu, bardzo przeto szczęśliwych lub nieszczęśliwych. Na obie te dolegliwości, na szczęście i na nieszczęście, wymyśliła natura jedno wspólne lekarstwo: szampana. Rzecz prosta, że po tak zawiłym wykładzie wniosek jest prosty, ten mianowicie, że nawet w tak obskurnem mieście kabaret, w którym można dostać szampana, mógł mieć widoki powodzenia. Człowiek rzadko pija naftę, z reguły jednak umie naftę zmienić w wino. Jest to boską cechą natury ludzkiej, że wszystko, dziegieć, smołę, sól, sztuczny nawóz, kartofle i pszenicę, umie ona szybko, jednym gestem, używanym przez czarowników, zmieniać w wino.
Nie bez trwogi jednak wchodziłem do wzniosłego lokalu, w którym szalało miejscowe życie. Lokal był spelunką. Historję jej można było wyczytać na tapetach. Niezliczone pokolenia much umarły i pogrzebione są na „żyrandolu“; wspaniałe lustro zdobiło jedną ścianę. Kiedy w to lustro, porysowane, pęknięte w samym środku żywota swojego, zamorusane,#32;zatłuszczone i popstrzone przez muchy, niemyte od chwili swoich narodzin, spojrzał człowiek, — cofał się natychmiast przerażony. Było to zaczarowane zwierciadło. Najbardziej urodziwa twarz czyniła się szpetna; oczy odbiegały od siebie, jakgdyby w nagłem przerażeniu; nos przybierał kształty niesamowite, usta rozszerzały się w okropnem cierpieniu, widziałeś upiora, który był zielony i straszny. Było to prawdziwe zwierciadło żywota, w którem wszelki szych i marność ziemska przybierały kształt właściwy. Z brudnej toni zwierciadła patrzył w ciebie upiór, śmiejący się szatańsko na temat: ha! ha!
Z jednej strony sali, należycie śmierdzącej, był bufet. Na długim stole, obitym ceratą, tłusto się pocącą, tak, że wszystkie wody wszystkich oceanów zmyćby jej doczysta nie mogły, stały jakieś szkła, jakieś wędliny i sery. Samobójca drgnąłby, zbliżywszy się do tej zastawy. Były tam rzeczy, radujące żołądek, były jednak i takie, które są radością oczu, a przez oczy radują ducha. W metalowych niewypowiedzianego koloru kieliszkach barwiły się kwiaty. Sztuczne kwiaty, podobne do zakurzonej, uwiędłej, straszliwej, zaśniedziałej cnoty.
Po stronie przeciwnej ustawiono estradę, która przypominała nudny katafalk. Stało na niej pianino, w którem dusza dawno umarła, a targana co nocy za włosy swoich strun, wydawała z poza grobu chrapliwe, okropne, szczekające rzężenia. Pianino to bite po żebrach, torturowane z pasją przez ohydnego Torquemadę, drżało, jak czarna trumna, w której leżący nieboszczyk zwarjował i wierci się z powodu wyrzutów sumienia, płakało, dostawało czkawki, jęczało basem głuchym i podziemnym, bulgotało spazmem, charkotało kaszlem uporczywego suchotnika, nagle zawyło, poczem odezwało się drewnianym głosem puszczyka, aż po chwili zaczęło kwilić cieniutkim, piskliwym, dreszcz budzącym głosikiem podrzutka, ciśniętego pod cudze drzwi na śniegu mrozie; wszystkie zaś te głosy wstawały i umierały w rytmie, więc kiedy zamknąłeś oczy, miałeś widzenie, że oto straszliwy szkielet wstał, tańczy i pląsa radośnie, piszczelami sucho chrzęści i pomrukuje sobie, raz wysoko, raz nisko, a czasem nie może dobyć głosu z przepalonej śmiercią gardzieli, gdyż co drugi klawisz nie odpowiadał. W takim instrumencie musi być zaklęta dusza starej panny, która, źle i bez wytchnienia grając na fortepianie, zatruwała życie sąsiadom. Teraz ją zato ciągną za włosy, każdym ruchem pedała gniotą jej łono, a ona skarży się biedactwo.
Pianino to, jego dusza, żałośnie jak głodny pies skamląca, musiało wzruszyć niejednego słuchacza; dlatego dobrzy ludzie, kiedy sobie w serce z winem naleją dobroci, użalą się zawsze takiego instrumentu, i jeden leje w jego wnętrze wino, drugi kieliszek konjaku, inny sardynki w nie wrzuca, cytrynę, cygaro. A to zwierzę wszystko pożera i znowu płacze, i łka, i rzęzi, i flaki z siebie wśród wycia wypruwa.
Za bufetem siedziała panna tłusta, przy pianinie mistrz bardzo chudy. Panienka miała piersi takiej niezwykłej obfitości, że mogła niemi wykarmić nietylko małe i skromne w wymaganiach niemowlę, lecz stu Tatarów, chciwie i bez upamiętania przez dzień cały kobyle mleko pijących. Aż dziw brał, że w jej pobliżu mógł się uchować ktoś tak bardzo chudy, jak to widmo, piszczelami palców tłukące w piszczele klawiszów. Od samego patrzenia na tę miłą panienkę można było przybrać na ciele. Siedziała za tym bufetem, ponura jak sowa, licząc kostki cukru i plasterki cytryny. Ilekroć spojrzał kto na nią, uśmiechała się, jak ropucha, kiedy sobie przypomni kochanka.
Ponieważ była to niedziela, w spelunce było sporo gości, nie tak wielu jednak, aby ich to biedactwo z poza bufetu nie mogło zmieścić na swojem łonie bez wielkiego trudu.
U wejścia przywitał mnie dyrektor kabaretu.
Ujrzawszy tę twarz, wzdrygnąłem się. Indywiduum było we fraku, którego cokolwiek wytworny nieboszczyk nigdy na siebie nie pozwoliłby włożyć. Wierzgałby jak koń. W brudnawym gorsie, widocznie przyczepionym do niewidzialnej koszuli, tkwiły dwa bezczelne szkiełka, zrobione na brylanty. Spodnie ułożone były w harmonijkę. Indywiduum miało jednak twarz niezwykłą. Był to starszy już pan, sędziwy, z bródką szczecinowatą, podobną do koźlej. Oczy miał bystre, czarne i mądre. Na twarzy bladej i niezwykle inteligentnej widniały głębokie brózdy, jakby ślad po cierpieniu, co przez tę twarz o szlachetnym wyrazie przeszło, jak ostry pług. Czoło wysokie, mądre, czoło człowieka myślącego i nieustannie trapionego czemś, co się w nim, w głębokiem wnętrzu tłamsi i przewala. Była to twarz zabiedzona, bladością swoją, przechodzącą w siność, niepokojąca, brzydka, a jednak w brzydocie swojej pociągająca. Miało się wrażenie, że to wielki pan, rasowy szlachcic, pobity jakiemś nieszczęściem, przywdział frak, ohydny i zatłuszczony, i na dnie życia żeruje, aby żyć.
Jedno w tej twarzy dziwacznej było naprawdę śliczne — to uśmiech. Uśmiech smutny, cichy, jakiś rozrzewniony, miły i dobry, a równocześnie zbolały i ironiczny, uśmiech zimnej, dotkliwej pogardy nie schodził z pergaminu tej twarzy i wciąż się błąkał, wciąż się wił wkoło kącików ust.
Człowiek ten wyglądał, jak stary arystokrata, co się zabłąkał do zbójeckiej spelunki.
Kiedy wszedłem, ocenił mnie jednym ruchem mądrych swoich oczu i szybko podszedł ku mnie. Wtedy zauważyłem, że chromał silnie.
Z ukłonami podprowadził mnie do stolika wpobliżu bufetu, z poza którego spływał ku mnie dziewiczy, lecz tłusty i gęsty, jak zjełczałe masło, uśmiech.
Pan z kozią bródką widocznie mnie wyróżniał z niewielkiej gromadki gości tak rozbawionych, jakgdyby to był raut paralityków albo doroczne święto w klubie samobójców.
Atmosfera była ciężka, duszna i parna.
Pan dyrektor objaśnił mnie, że straciłem dwa numery programu, lecz, że nie mam czego żałować, gdyż były słabe. Za chwilę jednak zaczną się atrakcje wyborowe, wobec czego słuszne wydało się pytanie, czy będę jadł kolację w tym wytwornym zakładzie? Nie, nie będę jadł kolacji. Kto jednak przychodzi do kabaretu, ten szuka pewnie podniety do szaleństwa i takiemu pewnie jest wszystko jedno. Komu jest wszystko jedno, ten się zwykle upija. Nie miałem wprawdzie do tego najmniejszej ochoty, łatwiej jednak zwlec dwie godziny z butelką, niż bez niej. Do butelki można gadać, a ona nie odpowiada, słusznie też najwięksi mędrcy uznali flaszę za jedyną towarzyszkę, godną człowieka.
Wobec tego zwróciłem się do sympatycznego dyrektora, który z uśmiechem łagodnym i mądrym czekał rozkazów.
— Jakie macie wina?
— Najgorsze na świecie, — odrzekł łagodnie dziwny ten człowiek.
Odpowiedź była imponująca.
Uśmiechnąłem się.
— Dobrych win niema już nigdzie, — mówił on — łajdactwo ludzkie nie uszanowało nawet wina. Cóż możemy panu dać? Trochę wody sodowej z drożdżami i z landrynkami. Jak pan każe, aby się to paskudztwo nazywało? Nazwy są stare i autentyczne.
Spojrzałem z podziwem na tego szczerego człowieka, i on w tejże chwili spojrzał mi w oczy. Coś mnie tknęło. Tę ciekawą i niezwykłą twarz już gdzieś widziałem. Ale gdzie?
— Przed dwoma dniami, panie! — rzekł cicho dyrektor.
— Co się stało przed dwoma dniami?
— Widział mnie pan w domu swego wuja.
Stropiłem się. Cóż za indywiduum! Czyta w myślach, czy co?
— Pan jest odgadywaczem myśli?
— Bynajmniej, ale grymas twarzy człowieka, który chce sobie coś przypomnieć, jest bardzo łatwy do odczytania. W tej chwili zaś mógł pan zajmować się tylko moją mizerną osobą. Wszak to jasne!
— Tak, to jasne... Niech pan usiądzie, panie dyrektorze.
— Dziękuję bardzo. Jest pan bardzo uprzejmy. Za chwilę odrabiam mój numer na tej przeklętej estradzie, ale mam jeszcze czas...
Przynieśli jakiegoś nowonarodzonego szampana, straszliwa zaś fizjognomja kelnera, na której widok zadrżałby z radości każdy sędzia śledczy, zapytywała mnie, czy nalać także dyrektorowi? Kazałem nalać skwapliwie.
— Musi pan pić to, co pan sam nawarzył — rzekłem, wcale tem pocieszony, że znalazłem wspólnika do nieszczęścia, szampan tak bowiem wyglądał w istocie jak nieszczęście. Był bladożółty, jak człowiek, który z rozpaczy nie śpi, cierpki, jak beznadziejnie chory, kwaśny, jak człowiek chory na wątrobę, i czuć go było korkiem. Wysoka marka, jednem słowem.
— Piję się nie wino, tylko radość, która chodzi za winem, i pije się duszę człowieka przy winie — rzekł dyrektor.
— Pięknie powiedziane... Więc ja pana widziałem na pogrzebie mojego wuja? Tak, teraz sobie przypominam... Czy pan był jego przyjacielem?
— Nie miałem zaszczytu znać tego dostojnego człowieka.
— Aj! dlaczegóż tedy miał pan taką zmartwioną minę?
— Jednego człowieka mniej na świecie, chociaż to mały powód do żałości. Właściwie to ja dlatego byłem zmartwiony, że to kogoś innego chowają, a nie mnie.
— No! no! a któż była ta pani w grubej żałobie, którą pan prowadził pod rękę, co tak bardzo płakała?
— Chciał pan pewnie powiedzieć „gruba pani w cienkiej żałobie“. To była moja żona. O, siedzi w tej chwili za bufetem.
— Niepodobna! A cóż żonę pańską łączyło z moim wujem?
— Nic.
— Nie rozumiem! Więc czemu ta kobieta płakała?
— Bo to, widzi pan, ja jestem równocześnie przedsiębiorcą pogrzebowym...
— O! o! o!
— Tak, panie. Miałem zaszczyt własnoręcznie brać miarę z nieboszczyka, pragnąłem bowiem, aby trumna była wygodna. Nie będę dodawał, że czyniłem to z całą możliwą delikatnością, aby zbytnio szanownego nieboszczyka nie miętosić, jak to jest w zwyczaju. Pan pojęcia nie ma o brutalnej bezceremonjalności, z jaką się zazwyczaj ci szakale, którzy urządzają pogrzeb, odnoszą do dostojnych zwłok.
— A pańska żona?
— Udział mojej żony w tym smutnym obrzędzie był raczej natury artystycznej. Moja żona była kiedyś aktorką i grywała żałośliwe i rzewne role. Matka, której jednego dnia umarło siedmioro dzieci nie potrafi tak zapłakać, jak to bez najmniejszego powodu potrafi ta genjalna kobieta... Czy pan pozwoli, że poślę jej szklaneczkę tego podłego wina. Należy się to jej talentowi...
— Ależ proszę, całą butelkę!
— Dziękuję panu. Butelka w istocie większą jej sprawi radość, niż taki naparstek. Niech to będzie zapłata za jej rzewne łzy, któremi skropiła wujowi pańskiemu drogę do wieczności.
— Ale skąd te łzy?
— Właśnie chcę panu powiedzieć. Dostojny i czcigodny nieboszczyk, jak panu pewnie wiadomo, nie odznaczał się zbytnią hojnością. Sądzę, że nie obrażę pańskiego bliskiego krewnego, jeśli powiem obrazowo, że pies byłby go nawet opuścił, nie mogąc w domu pana znaleźć kości do ogryzienia, gdyż pan czynił to sam.
Pokiwałem smutnie głową.
— Tak, panie — mówił dyrektor — ponieważ nikt nie wiedział, że pan przyjedzie, aby oddać ostatnią przysługę temu zacnemu człowiekowi...
— Bynajmniej! Ja przyjechałem po spadek!
— Jest to też pewna forma serdecznej pamięci o umarłym, który musiał odczuć żywą przyjemność, że majątek jego zabierze człowiek tak bardzo miły jak pan...
— Niech będzie!
— Ponieważ tedy szlachetny nieboszczyk chciał mieć pogrzeb wystawny, widocznie dlatego, że się wstydził życia, i zostawił u rejenta niemałą sumę na tę uroczystość, zaangażowałem moją żonę do wylania możliwie jak największej ilości łez. Myślę, że wywiązała się ona doskonale z roli swojej smutnej i raniącej serce. Czy pan był zadowolony?
— Niech pan podziękuje swojej małżonce. Płakała tak rzewnie, jakgdyby to ona dostała spadek, a nie ja...
— Dziękuję panu, mówi przez pana artysta... Ale, jeśli pan pozwoli, powrócę za pół godziny, gdyż teraz muszę iść na estradę. Zobaczy pan niezwykłe sztuki magiczne.
— Czekam z niecierpliwością!
— Do widzenia!
Pan dyrektor, włócząc za sobą lewą nogę, grubo dziwacznym butem sztukowaną, poszedł na estradę. Wygłosił krótką przemowę do publiczności, już przyzwoicie urżniętej, która go przywitała oklaskami, jak starego znajomego. Skłonił się jednak tylko mnie.
Co za wyborny człowiek! Przedsiębiorca pogrzebowy, dyrektor kabaretu, czarny magik, dusza zdaje mi się przez pół błazna, przez pół smutnego człowieka, idjotycznie szczery, bombastyczny i skromny, haniebnie ironiczny. Patrzyłem ciekawie, co potrafi, jako sztukmistrz. Pokazał z początku kilka sztuczek, które się widuje w każdym podlejszym cyrku, z kartami, pierścionkami i zegarkami, pożyczanemi niechętnie przez publiczność; poczem wyjmował z ust płonące pakuły, dymił jak lokomotywa, przecudownie udawał głosy zwierząt i ptaków, wreszcie pokazał sztuczkę niebywałą i trudną; zniknął na mgnienie oka i zaraz się ukazał. Nie byłem pijany i przetarłem palcami oczy, chcąc się przekonać, czy nie śpię, albo czy nie uległem sugestji. Dyrektor dojrzał ten ruch z estrady i uśmiechnął się do mnie.
Publiczność oklaskiwała go z lękliwym zapałem.
Ja — przyznaję — zdumiony byłem doskonałą precyzją tego szarlataństwa, to też zupełnie szczerze oklaskiwałem mojego przygodnego przyjaciela i składałem mu żywym tonem życzenia, kiedy powrócił do mojego stolika.
— Sztuczka pańska ze zniknięciem, bez żadnych zasłon i bez parawanów, jest znakomita. Jak się to robi?
— Poprostu, znika się.
— Ale jak?
— To trudno wyjaśnić. Właściwie to nie jest żadna sztuka: zniknąć. Tyle rzeczy znika na święcie, majątki, ludzie, żony, kochanki, i nikt się nie dziwi. Moja sztuczka jest dlatego dziwna, że ja się ukazuję zpowrotem. Mnie wolno, bo to w kabarecie. Wielu jednak ludzi ze straszliwem, nieco gwałtownem spotkałoby się przyjęciem, gdyby, raz zniknąwszy, ukazali się zpowrotem. Gdyby tak szlachetny wuj pański, który zniknął w wieczności... Ach, ja tylko żartuję, niech się pan łaskawie nie gniewa. Stamtąd mało kto powraca...
— Mało kto? Stamtąd chyba nikt nie powraca!
— Tak ściśle tego powiedzieć nie można. Ale, wracając do dalszych tematów — jest jedna osoba na świecie, którąbym chętnie nauczył sztuki znikania, nie nauczywszy jej sztuki powrotu... Niech pan nie patrzy w stronę bufetu... Ostrożnie! Gdyby tak, och, ona... Moja żona...
— Ach!
— Żona moja jest aniołem, drogi panie... Ale w życiu to i anioł, widzi pan...
— Napijmy się! — rzekłem czem prędzej, — pan się robi ponury...
— Owszem, jeśli pan łaskaw, to się chętnie napiję. Za chwilę będzie tu pusto. Czy panu się bardzo śpieszy?
— Wyjeżdżam o ósmej jutro, a spać mi się nie chce. Chętnie z panem pogadam.
— Ja jeszcze chętniej. Ale, niech się pan nie gniewa za moją bezczelność; czy mogę mojej żonie posłać w pańskiem imieniu coś do wypicia?
— Ależ najchętniej! Kelner, wino!
— Może nie wino? Coś silniejszego... Butelkę rumu naprzykład?
— Rumu? Kobiecie? Butelkę?!
— Ach, ona wytrzyma. Jest to istota łagodna, ale silna. Silny trunek działa na nią zresztą kojąco... Do rumu czuje specjalną predylekcję, bo ją rozmarza. Ja także, jeśli pan pozwoli, i panu też radziłbym zmienić to obrzydliwe wino na coś mniej obrzydliwego.
— Konjak?
— Pan niech pije konjak, a ja — jeśli wolno — proszę o wódkę. Czystą, zwyczajną wódkę.
Kazałem podać. Mój wuj obrócił się w grobie i stęknął, — najwyraźniej słyszałem.
— Wódka — ględził miły ten człowiek — ma wiele szlachetnych właściwości: uśmierza bóle, podnieca temperament, porusza leniwą, ciężką krew północną. Poza tem przypomina kryształ źródlanej wody, więc może dlatego niewinni Sarmaci tak ją lubią. U nas więcej zimy, niż lata, więcej lodu, niż słońca. A wódka to jest roztopiony lód. Każdy naród pije w tym sensie. Włoch i Francuz pije roztopione na złoto słońce, my lód. Dlatego Polak tak się prześlizguje po życiu, jak na łyżwach, i dlatego się tak często zatacza, bo mu ślisko. Smutek Polaka jest tak gorący, że go musi oziębiać wódką, smutek innych narodów jest zimny, więc go podlewają winem. My jednak mamy tę niezaprzeczoną wyższość nad każdym narodem świata, że potrafimy pić wszystko. Pod tym względem mamy genjalne zdolności. Gdyby Hiszpan wypił butelkę czystej, umarłby w mękach, a Polaka podnieci to tylko do wypicia hiszpańskiego wina. Mocny naród i ochoczy do wypicia. Trzeba bowiem umieć pić. Widok pijanego na wesoło Polaka jest krzepiący. Co za siła, panie drogi, jaka wytrzymałość i jaka otwartość! Anglik pije, jak rzezimieszek, pokryjomu, nieładnie. Z tego powodu mam dla tego narodu uczciwą pogardę. Francuz pije prześlicznie, Niemiec nieładnie. Jak mogło piwo zwyciężyć wspaniałą i bohaterską moc wina? To śmieszne. Zaczyna mnie też martwić nie na żarty powolne przywykanie Francuzów do piwa. Och, to są niedobre i niebezpieczne rzeczy! Myślę o napisaniu odezwy publicznej do Francuzów, aby pili tylko wino, a piwo będzie obłożone narodową klątwą. W ręce pańskie!
— Dziękuję! Ten konjak jest rodem z piekła.
— Z piekła? Niech pan nie myśli, że wszystko, co jest rodem z piekła, jest złe. Wyjąwszy oczywiście kobiety. Myślę jednak, że i piekło samo tego nie chciało, co w imieniu jego potrafi uczynić kobieta. Ha!
— Czyż niema kobiet niebiańskich?
— Są, oczywiście, że są. Ileż razy djabeł przybiera postać anioła! Jest to jeden z najstarszych i najbardziej banalnych podstępów piekielnych. A propos piekła: moja żona kłania się panu, bo już odchodzi. Pan pozwoli, że poproszę ją o urlop i pożegnam ją w pańskiem imieniu.
— Gdzie państwo mieszkają?
— W tym lokalu, że tak powiem: w przedsionku świątyni sztuki. Ot, tam za tą kotarą są drzwi, które prowadzą do naszych apartamentów. Są one dość skromne, bo przerobione ze składu na rupiecie, z tego powodu panuje tam zapach muzealny, choć jedynym okazem starożytnej sztuki jest tam moja dostojna małżonka.
— Proszę jej złożyć moje uszanowanie!
— Dziękuję. Pańska uprzejmość jest tak wielka, że chce uczcić potwora.
— Ależ, panie! Jakże można...
— Można, panie — odrzekł on melancholijnie, — Egipcjanie mieli świętego krokodyla, a ja mam moją żonę... Za chwilę wracam!
Miły człowiek pokusztykał w stronę swoich „apartamentów“.
Na sali, oddychającej ciężko wyziewami fuzlu, dymu cygarowego i tym zapachem tłustej ścierki, którego z podobnego lokalu nigdy nie wypłoszy najsilniejszy nawet strumień świeżego powietrza, nie było już nikogo. Rzezimieszek w straszliwym fraku obliczał w kącie przy stoliku wpływy z targu. Kazałem mu podać większą ilość alkoholu, uregulowałem zgóry rachunek i poprosiłem, aby poszedł sobie do djabła, a pan dyrektor sam zgasi światła i pozamyka wejścia.
Zostałem sam. Zdawało mi się wprawdzie, że wychudzony i zielonkawy duch mojego wuja wypłynął z poza falistego pieca, zbliżył się ku mnie, długim palcem policzył butelki, poczem westchnął tak głęboko, jak duch ojca Hamleta w teatrze na prowincji.
Ale mi się tylko zdawało.
Byłem sam, a duch musiał się urodzić w butelce konjaku.
Patrzyłem w stronę, skąd miał wrócić pan dyrektor. Słychać tam było niejakie wrzaski mocno podniesione i miły głos mojego współbiesiadnika.
— Rum działa! — pomyślałem wesoło.
Nagle krzyknąłem. Dyrektor siedział obok mnie przy stoliku.
— Otóż jestem! — rzekł smętnie.
Nie widziałem, żeby wychodził z drzwi, dość odległych, wogóle nic nie widziałem.
— Jak? skąd pan się tu wziął? — szepnąłem niemal z lękiem.
— Zjawiłem się dość szybko, co pana pewnie dziwi, gdyby pan jednak mógł być obecny przy rozmowie mojej z żoną, dziwiłby się pan, że tak powoli stamtąd wyszedłem... A propos! Jest pan człowiekiem pełnym taktu i doskonałych manier. Muszę więc pana zapytać otwarcie, czy nie budzi w panu wstrętu fakt dość smutny, że będzie pan siedział przy jednym stole z człowiekiem, który przed chwilą został spoliczkowany?
— Pan?
— Wolałbym, ażeby to mógł być ktoś inny, ale nie było innej ofiary.
— Żona? To aż tak gwałtownie? Pocóż jej pan kazał pić rum?
— Bez rumu byłoby gorzej, rum zaś odjął jej mocnym nogom pewność ruchów, a silnym jej ruchom odjął tęgość i sprężystość, tak, że zostałem obrażony dość lekko, raczej na duszy, niż na ciele.
— Biedny pan jest człowiek, drogi panie...
— Pańskie współczucie wylewa na moją steraną głowę najcudowniejsze balsamy. Od stu miljonów lat nie było mi tak dobrze i tak radośnie. Dziękuję panu z całego serca. Przebywam ciągle wśród takiej hołoty, że godzina, spędzona z człowiekiem tak nienagannych manier, z człowiekiem o takiej jak pan wzniosłości ducha, jest dla mnie wiekiem szczęścia.
— Niech pan pije!
— Dziękuję! Nawet to paskudztwo wydaje mi się płynem przedziwnego smaku. Uczyńmy je nieco mocniejszem!
Podniósł do ust szklankę wódki, i w tej chwili, kiedy ją zbliżał do ust, stało się coś strasznego, oczy jego pozieleniały, twarz stała się szara, a ze szklanki buchnął płomień siny i jadowity. Dyrektor pić go począł z lubością i wypił do dna.
Porwałem się z krzesła. Głowa moja zmieniła się nagle w szczotkę do czyszczenia ubrania, tak przeraźliwy strach podniósł moje włosy. Chciałem uciekać!
— Co?.. co... to było?.. — wyjąkałem.
— Jedni lubią zimne, drudzy gorące! — rzekł dyrektor takim głosem, jakgdyby wydobywał go z brzucha. — Co pana tak zdumiało?
— Kto pan jest, na Boga! Kto pan jest? — krzyknąłem zduszonym głosem.
Nagle lampy przygasły jak w teatrze, zrobiło się bardzo cicho, a dyrektor, podniósłszy się z krzesła, rzekł z ukłonem:
— Djabeł, ale do pańskich usług...
Coś mnie schwyciło za gardło, tak, że mi brakło powietrza, czułem, że oczy moje wyłażą z orbit, serce poderwało się i zaczęło się dobijać do piersi, jak uciekający z pożaru człowiek dobija się do drzwi, nogi uginały się pode mną, jakbym zapadał w bagno; o włosach już nic nie wiedziałem, we wnętrzu głowy bowiem poczułem zimno dotkliwe, strach bowiem ściął mi mózg w bryłę lodu.
Straszliwy człowiek nagle posmutniał. Zgasił oczy jak zielone latarenki, na twarz wróciły mu zwykłe kolory. Lampy zajaśniały. I zaczął mówić z melancholją:
— Otóż to! otóż to? I pan się przestraszył, nawet pan! Jest mi niezmiernie przykro, o nie umiem panu tego wyrazić, jak bardzo mi przykro. Niechże się pan uspokoi i usiądzie...
Zbliżył się ku mnie i siłą posadził na krześle. Dusza moje uciekła jak jelonek, opasłe ciało nie było w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Wodziłem za nim wzrokiem zdumionym, przelękłym, napół zwarjowanym. W uszach mi szumiało. Serce uspokajało się powoli, widząc, że mu się żadna krzywda nie dzieje. Miałem wrażenie, że ktoś mówi do mnie z oddali, jakby przez tubę.
A on mówił:
— To są skutki straszenia dzieci djabłem. I niech mi pan powie, co we mnie jest strasznego? Taki sam jestem, jak inni, trochę tylko brzydszy...
— Oczy!... — powiedziało coś we mnie, ale nie ja.
— Oczy?... Trochę mi zabłysły. A u ludzi nie widział pan błyszczących, albo zielonych oczu?
— Noga... — powiedziało znów coś we mnie, bez mojego wyraźnego współudziału.
— Noga? No, cóż? Trochę nieforemna. Trudno, drogi panie, kopyto. Wolę jednak moje djable kopyto, niż niektóre ludzkie nogi. Wie pan, co to jest podolska stopa? Otóż ja wolę moje kopyto. W każdym razie jest ono raczej końskie, niż ośle, które się dzisiaj zdarza u ludzi. I cóż nadzwyczajnego w mojej nodze?
— Pan pił ogień!... — rzekłem konającym głosem.
— Gdyby pan to mógł znieść, piłby pan także w ten sam sposób. Pozwoli pan, ale nawet djabeł nie może znieść wyrobionego z kartofli przez ludzi paskudztwa w jego niezmienionej postaci. Wolę już w ognistej formie. No! no! Spokojnie, spokojnie... Nie taki djabeł straszny. Prawda?
— Prawda...
— I już się pan nie boi?
— Coraz mniej...
— Więc bez trwogi i jasno patrząc na rzeczy, widzi pan teraz, jak brzydkich sposobów od wieków używa konkurencja do pohańbienia djabła. A czarny, a ma rogi, a wściekły, a z gęby bucha mu płomień, a czyha na duszę ludzką... Panie! Ja w życiu mojem nie zrobiłem nikomu nic złego. Cóż ja zresztą mogę, biedny, niezłośliwy djabeł wobec człowieka? Zato ile djabeł potrafi wycierpieć od człowieka, tego niktby nie zliczył... Jakże tam z samopoczuciem?
— Coraz lepiej, tylko niech pan nie robi żadnych sztuk!
— Cha! cha! — zaśmiał się djabeł — mój repertuar jest mocno ograniczony. Wszystkie moje sztuki pokażę panu na żądanie. Kilka pan już widział zresztą. Napijmy się!
— Napijmy się! Z panem rozmawia się bardzo miło. Jednak bardzo mnie pan przestraszył.
— Przysięgam panu, że przestraszyłby się pan tak samo, gdyby pan nagle ujrzał anioła. Tylko, że go pan nie zobaczy. Djabeł jest to istota bliższa człowieka, bardziej ciekawa życia i bardziej towarzyska. Anioł, panie, to jest hrabia, arystokrata, stworzenie subtelne i delikatne, więc niechętnie wchodzi w ziemską atmosferę, która, prawdę powiedziawszy, brzydko pachnie. A djabeł, zdrowy cham, brat Łata, dobry kompan, stary znajomy, bez fochów, bez min, bez pretensji wlezie wszędzie i wszędzie mu dobrze. Przytem aniołowi bardzo jest trudno pokazać się wśród ludzi; musi bowiem przybrać kształt poetyczny, rzewny i nadobny, musi być młodzieńcem z pięknemi lokami, z długą laską w ręku, biało ubrany. Niech pan sobie wyobrazi pojawienie się takiej cudownie rzewnej istoty w ludzkim, szarym tłumie! A djabeł, drogi panie, tak jest podobny do człowieka, a raczej człowiek tak jest podobny do djabła, że najbystrzejsze nawet oko ich od siebie nie odróżni. Czy pan byłby się domyślił, kim jestem, gdybym panu tego nie powiedział?
— Być może, że nie... chociaż pańskie nagłe pojawienie się...
— W kinematografie robią jeszcze lepsze sztuki...
— Więc niech mi pan powie... Nie wiem, czy wolno?
— Dumny jestem z tego, że pan pyta djabła o pozwolenie i że pan tak doskonale przestrzega form. Zazwyczaj pędza się nieszczęsnego djabła jak psa. Proszę, niech pan raczy zadawać mi pytania.
— Skąd się pan tu wziął? Dlaczego tu i dlaczego w tej postaci? Przecież pan, istota potężna...
— Potężna? Och, młody, miły panie! Jakież fałszywe informacje! Co pan nazywa potęgą? To, że potrafię oczy zrobić na zielono? Albo, że piję wódkę z ogniem? Pierwszy lepszy uczciwie fachowy pijaczyna zrobi panu to samo. Umiem wprawdzie wiele sztuk w podobnym rodzaju, znacznie efektowniejszych, ale i na tem koniec. To są środki, drogi panie, mniej lub więcej zręczne, mniej lub więcej dowcipne sposoby...
— Do czego?
— Do utrzymania dobrego imienia firmy. Piekło jest w stanie bankructwa. Człowiek zaczyna być mądrzejszy, sprytniejszy i zręczniejszy od djabła.
— Niemożliwe!
— Niestety, ale możliwe. Tę garstkę pozornych tajemnic, których djabeł używał, aby sobie zapewnić poszanowanie i jaką taką pozycję w świecie, człowiek odgadnął już prawie zupełnie. Żaden patent nas nie chroni, drogi panie! A niech pan pomyśli, jak się piekło musiało wysilać, aby swoje sztuczki otoczyć nimbem cudowności, grozy, albo straszliwości. Trzeba było awantur z Łysą Górą, z miotłą, z czarownicami, z kozłem, z mopsem, z dwunastą godziną, z namaszczaniem się zaczarowanemi maściami, z wylatywaniem przez komin. A skutek? Skutek był taki, że jaka łaciata, stara krowa w jakiejś wsi przestała dawać mleko i trzeba było spławić czarownicę. Hajże wtedy na djabła! Czy to się panu wszystko nie wydaje dzisiaj śmieszne? Czarownice! Każda aktorka starczy za wszystkie spalone czarownice.
— Niestety...
— Albo z tem lataniem, drogi panie. Djabeł latał na rozpostartej płachcie, latał niezręcznie, niewygodnie i w dość groteskowy sposób. Niech pan teraz pomyśli, z jaką zawiścią patrzeć musi djabeł na aeroplan. I niech się pan zastanowi, że jednak djabeł nie potrafił w przeciągu niewielu chwil oblecieć ziemi dookoła świata... A radjo? Panie, człowiek jest straszliwy! Człowiek zgubi djabła, co mówię! już go zgubił...
— Co też pan mówi?
— Mówię z goryczą, lecz mówię prawdę. Metody djabelskie człowiek udoskonalił i sprecyzował. Djabeł musi się pocić, klecić niebywałą intrygę, używać do niej dziesiątków ludzi wysilać dowcip, aby naprzykład sklecić oszczerstwo. Wtedy wpadał w szał radości, że jest genjalny i że potrafił dokazać tego, że jeden człowiek oczernił drugiego. Ha! Niech pan teraz weźmie do ręki byle gazetę i niech pan powie, kto lepiej potrafi, djabeł, czy człowiek, człowiek ze stu wierszami druku!
— W istocie, pan mnie zdumiewa!
— Zdumiałbym pana więcej, lecz trzebaby na to długiego czasu i niebywałej ilości wina, aby go uprzyjemnić, by panu wykazać bankructwo djabła, istoty pożytecznej i pożądanej...
— Pożytecznej? Pożądanej?
— Tak panie! Jak pewne ciałka w organizmie ludzkim, tak djabeł konieczny był w organizmie świata. Djabeł wytwarzał ruch, życie, temperament, wprowadzał życie w stan wrzenia, podniecał umysł i na nieszczęście swoje zaprawiał człowieka do walki ze wszystkiem tępem, nieruchawem i bezpłodnem. Djabeł nauczył Kaina wojny, prawda! — Noego pijaństwa, — prawda! — ale Greka nauczył rzeźby, a Horacego pisania wierszy o sztuce kochania. Borgiowie to były djabły, przyrządzające truciznę, ale Szekspir był też djabłem, który wiedział o człowieku więcej, niż najuczeńszy djabeł z fachu. Wolter był to djabeł straszliwy, złośliwy i dowcipny, Napoleon był to djabeł wspaniały i pyszny. To wszystko kość z kości naszej. Piekło było chmurą, ciężką i niekształtną, ponurą, brzuchatą i ciężarną, a ci ludzie to były błyskawice z tej chmury. My umieliśmy zbierać materjały, oni, wykorzystując nas i naszą głupotę, robili z tego swoje niesłychane karjery. Człowiek nas okradał zawsze z pomysłów, z idei i wynalazków. Okradł też i niebo, ukradłszy mu piorun.
— Czemu pozwalaliście na to?
— Pan zapomina, że jesteśmy pod kuratelą i że nie mamy prawa jawnej reprezentacji. W lesie życia uprawiamy jedynie kłusownictwo, myśliwym zaś, polującym jawnie i precyzyjną bronią, jest człowiek.
— Biedne djabły!
— Dziękuję panu za dobre słowo... To, co panu mówię, jest powiedziane zgrubsza; odmalowałem panu tragedję djabła w ogólnych zarysach. Traktując rzecz dokładnie, rozpatrując ideę djabelską w jej olbrzymim rozroście, we wszystkich przejawach życia, trzebaby napisać tomy, mówić o tem przez całe lata z katedry. Zresztą cóż ja wiem? Nic. Jestem djabłem siedemdziesiątego stopnia, więc djabłem lichym i mizernym. Musi pan wiedzieć, że wszelki ezoteryzm brał stopniowanie w hierarchji wtajemniczeń z systemu naszego. Ja tedy jestem djabelskim pachołkiem, proletarjuszem piekła, muszę dodać: inteligentnym proletarjuszem...
— Miałem zaszczyt już to zauważyć...
— Och! jestem wzruszony... Są jednak djabły wybitne, mądre, są genjalne. Ciby potrafili panu wykazać, co i ile zawdzięcza nam człowiek, najbardziej chytra istota we wszechświecie.
— Pozwoli pan jednak zapytać: pan ludzi nienawidzi?
— To za wiele powiedziane. Ja się ludzi boję, a niebardzo kocha się tego, kogo się lęka.
— Dlaczegóż pan nosi postać ludzką? Czemu pan siedzi tutaj ze mną i żyje mojem życiem?
— To konieczność, proszę pana, i to jest moja przeraźliwa tragedja. Zostałem z piekła wydalony...
— Wydalony? Z piekła? Pan żartuje! Piekło niczego nie oddaje.
— Jest to jeszcze jedna fałszywa o piekle legenda. Zostałem w istocie pozbawiony prawa zamieszkiwania w piekle. Stąd mój smutek i moja nostalgja. Wszystkiemu jest winna redukcja.
— Cha! cha! cha!
— Śmiech pański rani moje serce. Ja bynajmniej nie żartuję. W piekle nastąpiła redukcja.
— Czemu?
— W piekle są bezrobotni, proszę pana. Wytłumaczę to panu w dwóch słowach. Otóż, widzi pan, kiedy świat jako tako uprawiał cnotę, czyli jak się u was mówi, żył „po bożemu“, było u nas dość pusto. Trzeba było zdobywać ludzi, trzeba było zabiegać, robić starania, wyprawy, połowy. Djabłów wysyłano na świat jak komiwojażerów, i djabli wychodzili z siódmej skóry, aby zdobyć kogoś dla piekła. Rozumie pan?...
— Rzecz nie jest trudna do pojęcia.
— I ja, choć djabeł najniższej rangi, miałem zajęcie, nawet dużo zajęcia. Raz przez lat siedem kusiłem kasjera, aby okradł kasę. Pół roku trzeba było w tych dobrych czasach namawiać panienkę, aby się zapomniała. A dziś? Dzisiaj, drogi pani, do piekła zdąża tłum — sam, z własnej woli, obrzydliwy tłum, ludzie nowi, nieinteresujący, ze złemi manierami, pachnący źle, źle ubrani, nijacy. Pocóż tu djabeł? Co drugi człowiek nauczył się kraść, co trzeci oszukiwać, co czwarty robić najbrudniejsze interesy, a każdy gra na giełdzie. Proszę pana! Przed dziesięciu laty na lekarstwo nie znalazł pan w piekle kupca. Niech pan pójdzie i zobaczy teraz...
— Pozwoli pan, że nie pójdę, — wierzę na słowo.
— Ach, tak się to tylko mówi. Pan ma jeszcze czas. Ale powiem panu rzecz dziwniejszą. Oto rarytasem w piekle był polski szewc.
— Nie może być!
— Tak jednak było. Był to naród twardy, uczciwy, pobożny i dzielny. Łatwiej było o kardynała w piekle, niż o takiego szewca.
— A dziś?
— Może pan z szewców w piekle wystawić armję. Strach, co się zrobiło z tymi ludźmi. Za szewcami przyszli krawcy, za krawcami inni. Więc cóż ma do roboty djabeł? Nic. Chyba utrzymywać porządek u wejścia, aby się hołota zbytnio nie pchała. Nigdy piekło nie wyglądało hołotniej, niż teraz. To też połowę djabłów niższej kategorji djabli wzięli, to jest, chciałem powiedzieć, — zwolniono i rzucono na bruk. Na bruk, to znaczy przeniesiono nas na ziemię, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. W ten sposób i ja się tu dostałem, i płaczę.
— Tak panu źle?
— Źle? Panie, ja jestem najnieszczęśliwszą istotą na ziemi.
— No, no, no!
— Nie wierzy pan? Przecie pan widzi, czem jestem i gdzie jestem! W parszywem żydowskiem, zabłoconem mieście i pokazuję sztuki w kabarecie.
— Widzę, ale nie rozumiem. Z pańskiemi sztukami i pańską inteligencją może pan żyć jak książę w Paryżu.
— Nie, panie, nie mogę. Moje głupie szarlataństwa są dobre dla tej hołoty, trudniejsze rzeczy też tylko dla niej. W Paryżu zbytnioby się mną zainteresowano, co byłoby dla mnie niezbyt bezpieczne. Zresztą siedzą tam djabły całym tłumem, wszystko gnało do wielkich miast. Kilku znalazło miejsce w dyplomacji, wielu otworzyło knajpy i domy gry. Ja jestem za skromny i nie jestem dość przygotowany do wielkiego życia. Tu wegetuję, zacisnąwszy zęby. Tu zresztą przedtem był teren mojego działania, znam kraj i ludzi. Ryzykować nie chcę, zresztą zżarła mnie tęsknota za piekłem. Dość już i tu miałem przejść.
— To pan nie od początku w takiej poniewierce?
— Nie. Próbowałem rozmaitych zawodów. Z tem była pewna trudność, bo, jak pan widzi, ta moja nieszczęsna noga bardzo mi przeszkadza; z taką nogą nie mogę być listonoszem, posłańcem, aktorem, śpiewakiem, cyklistą, żołnierzem, nie mogę być nauczycielem tańca, — wiele zawodów jest dla mnie zamkniętych. Pracowałem więc na sto innych sposobów i zarobiłem trochę grosza.
— To doskonale!
— Niestety! Przystąpiłem do spółki z jednym człowiekiem i człowiek mnie okradł. Grałem potem na giełdzie i poszedłem z kwitkiem. Jestem zrujnowany i ot, jak teraz pracuję. Płakać mi się chce, ile razy wyłażę na tę estradę.
— Przepraszam pana! Pozwolę sobie, ale niech się pan nie gniewa...
— Niech pan mówi...
— Otóż z pańskim sprytem, z pańską fenomenalną zręcznością, z pańską djabelską umiejętnością znikania, mógłby pan...
— Co? śmiało! śmiało!
— Mógłby pan zrobić majątek, jakby się panu podobało!
— W jaki sposób?
— W jaki? No!... W najprostszy... Pierwszy lepszy bank... Rozumie pan... Pierwsza z brzegu kasa... Pierwszy w ulicy jubiler...
— Co takiego?
— Niech się pan nie gniewa, ale to przecież takie proste...
— Nie, panie! To nie jest proste. Nie gniewam się, bo to mówi człowiek. Człowiek nie wyobraża sobie, żeby nie można było i że nie należałoby skorzystać z pewnych zalet djabelskich. Ale, widzi pan, djabeł nie kradnie, choć okradają djabła. W pakcie z człowiekiem zawsze człowiek oszukał djabła, nigdy naodwrót. Djabeł wierzył w ludzkie słowo, człowiek uważał, że nic należy go dotrzymywać. Miał łatwą ucieczkę i zawsze uciekał. Djabeł jednak przestrzega prawideł honoru. Honor nie pozwala kraść.
— Przepraszam pana bardzo...
— Ach, niema za co. Pan nie mógł myśleć inaczej. O djabłach nikt nigdy dobrze nie myślał. Wiele rzeczy ludzkich napełnia mnie boleścią, wiele rzeczy mnie śmieszy, wiele irytuje. Najbardziej jednak psuje mi żółć nawyk człowieka do pomiatania djabłem. Człowiek sam nie wie, poco i dlaczego sypie z gęby swoje niemądre powiedzenia o djable. Na każdym kroku może pan usłyszeć: „Idź do djabła!“ — „niech cię djabli porwą!“, — „czarci syn!“, — „djabelskie nasienie“; piękna w swojej grozie góra będzie zawsze „czarcią górą“, — niebezpieczna przełęcz „djabelskim przesmykiem“. Niech będzie! Jedno jest głupie, drugie, owszem, wypływa z podziwu dla djabła. Niech mi pan jednak wytłumaczy, skąd się wzięło powiedzenie „szatański uśmiech“? — albo „zaśmiał się jak szatan“?
— W istocie, nie wiem...
— Ja wiem. Człowiek swoje wiadomości o djable czerpie z opery. Idjota aktor robi w niej djabła i wydobywa z brzucha rechot żabi, który się nazywa „djabelskim“ śmiechem, albo „piekielnym“ śmiechem.
— A jakżeż śmieje się djabeł?
— Djabeł nie śmieje się nigdy. Niema we wszechświecie istoty bardziej smutnej, niema nigdzie istoty bardziej zbolałej, do głębi serca smętnej, niż djabeł. Dlaczego? Są to już sprawy nie do towarzyskiej rozmowy. Zostawmy to. Otóż, wracając do mojej historji, jest jeszcze jedna trudność w mojem życiu: nie mam dokumentów. Jak pan to łatwo zrozumie, nie jestem ochrzczony, więc nie mam metryki. Na świecie znalazłem się w gotowej postaci, w tej, w jakiej mnie pan ogląda, więc nie mam żadnego osobistego dowodu.
Uśmiechnąłem się, ale nic już nie powiedziałem. Djabeł zauważył mój uśmiech i odpowiedział na jego treść.
— Sfałszować? Nic łatwiejszego, ale, jak już panu powiedziałem, mam wstręt do oszustwa. Można żyć i bez dokumentów, a rzecz prosta, że łatwiej się uda w małem mieście, gdzie na to mało zwracają uwagi, niż w wielkiem, gdzie ludzie wszystkiego są ciekawi...
— W jakiż sposób — przerwałem, — nie mając metryki, mógł się pan ożenić? Ślub zresztą bierze się zazwyczaj w kościele...
— Panie! Łatwiej o żonę, niż o dokumenty. To też uroczystej ceremonji mojego ślubu nietylko nikt nie uwiecznił w aktach, ale też nikt jej nie oglądał. Moja żona spadła mi, rzec można, z nieba... A ponieważ trudno było żądać od niebios, żeby mnie obrzucały z góry błogosławieństwem i szczęściem, to też spadło mi z góry najsroższe z nieszczęść.
— Ach, a takie dzikie stadło nie jest oszustwem?
— Bynajmniej! Jest to uczciwy interes, tylko że bez zwyczajowej aprobaty. Czasem to właśnie ślub jest ohydnem oszustwem, bo przy ślubie składa się przysięgę, o której wie się zgóry, że się jej nie dotrzyma. Zresztą w sprawach miłości, tam, gdzie ona sprzęga dwoje ludzi, niema nigdy oszustwa. Ludzie, a ja jestem człowiekiem, nigdy nie oszukują się, kiedy się schodzą, zaczynają to robić dopiero, kiedy się zeszli.
— Pan kochał swoją — żonę?
— Jestem w głębi serca sentymentalny...
— A czy ona wie, kim pan jest?
— Nie. Nie przypuszcza, że jestem djabłem, gdyż w takim razie miałaby dla mnie albo trochę więcej szacunku, albo czułaby przede mną trwogę.
— Nic z tego nie czuje?
— Jeżeli uporczywe uderzanie przedmiotem przyzwoicie ciężkim po głowie jest dowodem szacunku, w takim razie jestem najbardziej szanowanym mężem.
— Pocóż pan to cierpi?
— Jestem człowiekiem, panie. Djabeł się we mnie buntuje, a człowiek pokornie cierpi. Zresztą romantyczny żywot wedle ludzkich pojęć, ta osobliwa miłość, której mi ta kobieta daje dowody, miłość nieco chmurna, nieco zbyt gwałtowna i bolesna, jest moją jedyną rozrywką. Poniewierany jak człowiek, zapominam, że jestem wolnym djabłem. Cierpienie moje jest mniejsze, tęsknota moja pozwala się zagłuszyć wrzaskiem tej baby.
— Nadzwyczajne! Pan tak tęskni?
— O, tak! Jest mi tak strasznie źle, że nie śmiem panu tego powiedzieć. Nie mogę żyć w zaduchu i w bagnie, wśród złodziei i opryszków, wśród małych świństw i małych, mizernych łajdactw. Chcę umrzeć!
— Któż panu przeszkadza? Czy tak trudno o śmierć?
Biedny djabeł spojrzał smutno.
— Bezwątpienia! łatwo, panu łatwo, wszystkim łatwo, tylko mnie trudno.
— Boi się pan?
— Co też pan, u licha, wygaduje! Ja pragnę śmierci, tak jak pan zapewne pragnie życia, bo inaczej, jak przez bramę śmierci, nie mogę wrócić tam, dokąd pragnę wrócić z całej duszy, do swoich.
— Ale pana tam nie chcą...
— Zaczyna pan rozumieć sytuację. Tak, nie chcą mnie tam i nie pozwalają mi umrzeć. Kiedyś wreszcie to nastąpi, bo djabeł nie jest człowiekiem, więc nie jest zawzięty do nieskończoności, kiedyś się bracia moi ulitują nade mną i pozwolą mi stąd uciec, jak z więzienia.
— Próbował pan umrzeć?
— Rzecz prosta! Myślałem wciąż, wciąż miałem nadzieję, że już jestem ułaskawiony, lub że mnie przyjmą, kiedy się u nich zjawię. Strzelałem do siebie, kula przeszła przez serce i stłukła szybę. Topiłem się, zanurzając głowę na całe godziny pod wodą, i było mi tylko bardzo nudno, bo żyłem wciąż. Mój związek z tą babą nie był też tak bardzo bezmyślny; chciałem wzruszyć piekło moją męczarnią i pohańbieniem i miałem pewne widoki, że czego nie zdziała najbardziej niezawodny środek na sprowadzenie śmierci, to jednak zdziałać potrafi kobieta.
— Rozumowaniu temu nie podobna odmówić głębokiej bystrości...
— Widzi pan! Jadłem cyjankali jak cukierki; kładłem się na relsach kolejowych i tylko wykolejałem pociągi. Stąd mój smutek i moja melancholja. Chciałem się z rozpaczy odurzyć, chciałem zapaść w coś, co jest choćby półśmiercią, w szaleństwo i przeczytałem wszystko, coście w ostatnich czasach napisali...
— I nic?
— Jak pan widzi... Nic!
— Nie było mowy o wieszaniu...
— Ależ panie! Ze dwadzieścia razy, — nawet wspominać nie warto. Wisiałem godzinami, potem mnie zdjęli!...
— Panie?!...
— Służę panu...
— Czy pan mnie uważa za idjotę, czy tylko za człowieka pijanego?
— Pijany jest pan w stopniu przyzwoitym, a inteligencja pańska mnie zdumiewa. Nie ośmieliłbym się zresztą kpić z człowieka, z którym piję wino. To łączy ściślej, niż cokolwiek.
— I pan mówi prawdę?
— Powiedziałem panu przecie, że nic prócz ciała niema we mnie ludzkiego.
Przetarłem oczy, i straszliwa myśl przyszła mi do głowy. — Drogi panie, — rzekłem — nie dlatego, abym panu nie wierzył... tylko dlatego, że jest to sprawa zdumiewająca...
— Warto zobaczyć, czy tak?
— Otóż właśnie!
— Cóż pan chce, abym czynił? Ma pan rewolwer?
— Niestety...
— Truciznę?
— Prócz tej, którą pijemy, nie mam.
— Czekaj pan! Jest tu solidny hak w ścianie, a sznurek się znajdzie. Powieszę się dla pańskiej przyjemności... Widzę, że jest jeszcze butelka konjaku, niech pan pozwoli, abym czego dobrego nie zostawił na świecie...
Wpadłem w gorączkowy stan podniecenia. Ten człowiek mówił poważnie. Pił długo, potem powiada:
— Niech pan westchnie, aby mnie wreszcie djabli wzięli!...
— Jeśli to panu ma zrobić przyjemność... Co pan robi, czyś pan oszalał?
— Wieszam się!
— Ja nie pozwolę!
— Panie kochany! Jestem jako tako pijany, ale wiem, co robię. Niech pan sobie pali papierosa i patrzy. Jeśli panu będzie nudno samemu, to mnie pan zdejmie, jeśli pan zechce odejść, niech pan odejdzie. Rano żona mnie zdejmie, a ja przyjdę pana odwiedzić przed wyjazdem. Dobranoc, tymczasem.
Stałem jak sparaliżowany, patrząc, jak ten szaleniec przywiązywał sznur do haka, wylazł na krzesło, w pętlicę sznura włożył głowę, zaciągnął sznur, potem nogą kopnął krzesło. Nie miałem siły, aby krzyknąć. Miałem wrażenie, że sznur ścisnął moje gardło. Co ja uczyniłem, co ja uczyniłem!
Ten biedak wyprężył się, głowę skłonił na lewo, najformalniejszy wisielec. Z ust nie schodził mu drwiący śmiech. Oczy miał zamknięte. Nie wydał żadnego głosu. Wisiał spokojnie, bo musiał już umrzeć.
Strach mnie obleciał tak lodowaty, że zadrżałem, jakbym wpadł w wodę. Czułem, jak się na mojej głowie podnoszą włosy. Chciałem krzyczeć o pomoc i nie mogłem. Poco zresztą krzyczeć? Ten straszny trefniś śmieje się już w piekle. Okropny szarlatan przypłacił swój głupi żart życiem.
Wytrzeźwiałem i trzeźwo zacząłem myśleć, że jestem winien śmierci człowieka i że ja za nią jestem odpowiedzialny O! o! o! Widziano, że zostałem z nim sam, widziano nas pijących. Historja zaczęła się stawać ponura.
Wobec tego tchórz wylazł z nory mojego serca. Uciekłem. Chyłkiem, przemyślnie, czujnie, aby nikt nie zauważył. Strach biegł za mną, a ja biegłem przed strachem. Wpadłem do hotelu, zacząłem składać nerwowo rzeczy. Świt szarzał na szybach. Pociąg odchodzi za parę godzin. Rozpacz, rozpacz!
Osłabły, strachem nieustannym pobity, wiłem się i szalałem. Jeszcze dwie godziny, jeszcze jedna. Już jest jasny dzień, i już znaleźli tego tragicznego idjotę, pijaka, który omamił drugiego pijaka. Za chwilę będzie u mnie policja.
Ktoś puka do drzwi.
Serce we mnie podrygnęło, jak nagle spłoszony w bróździe zając. Chwyciłem ręką kurczowo krawędź krzesła.
— Policja! — jęknęła we mnie dusza.
Ktoś puka powtórnie, ponieważ zaś nie odpowiadam — wchodzi.
Na wszystkich djabłów wszystkich piekieł! Zatoczyłem się. Oczy moje wylazły z orbit. Na czoło moje wyszedł zimny pot.
On, on — we własnej osobie stał na progu i uśmiechał się drwiąco.
— Przepraszam, — rzekł smutno — ale chciałem dotrzymać obietnicy.
— To pan?
— Cóż dziwnego? Mówiłem panu, że przyjdę. Trochę mi było smutno, że pan odszedł z kompanji i lekkomyślnie zostawił pół butelki płynu. Ale to ludzkie, staram się to zrozumieć. Gdyby się pan powiesił, jabym jednak pana samego nie zostawił... Niech się pan nie gniewa...
— Strach...
— Rozumiem, rozumiem, i nie mówmy o tem. To drobiazg wobec tego, że mi się znowu nie udało. Wisiałem parę godzin, nadaremno. Panie, ja jestem bardzo nieszczęśliwy...
Poczułem w duszy wielkie wzruszenie. Tak, to jest najnieszczęśliwszy człowiek na świecie. Z mojego wzruszenia wyskoczyła nagle myśl genjalna.
— Panie kochany! — krzyknąłem. — Ma pan czas?
— Sto, dwieście miljonów lat...
— Za pół godziny wyjeżdżam do stolicy jedź pan ze mną!
— Moje nieszczęście jest wszędzie to samo. Poco?
— Czy ja wiem? W wielkiem mieście zawsze łatwiej o śmierć...
— Jadę! — krzyknął dyrektor.
— A pańska żona?
— Na prowincji łatwiej o męża.
W ten sposób stał się miły, stary djabeł moim towarzyszem. Miałem do niego niepojętą słabość, lubiłem bardzo tego kulawego, mądrego biedaka. Polubili go zresztą wszyscy moi przyjaciele za uczynność, dowcip i gorzki, ale łagodny humor.
Próbował parę razy samobójstwa „wielkomiejskiego“: rzucał się z wysokości najwyższego piętra, najwyższej kamienicy i tylko psa przestraszył, który uciekł, przerażony, nie umiejąc sobie zdać sprawy, skąd spadł ten człowiek, który się podniósł natychmiast, zaklął i poszedł dalej.
Miałem swoje, dobroczynne plany. Postępowałem ostrożnie, chytrze i celowo. Byłoby nudnem opowiadanie, jakiemi drogami doszedłem do tego, że miły ten djabeł, wlazłszy między wrony literackie, zaczął krakać jak i one. Mój djabeł został po roku — autorem dramatycznym. Talent miał, oczywista, djabelski. Napisał świetną sztukę. Zaczął żyć z literatury. Cofnąłem mu wszystkie apanaże. W tem miejscu historja zaczyna być zajmująca: odmówiono mu talentu, zarzucono zbytnie pretensje, napuszoną mądrość, zbyt jadowity dowcip i powiedziano, że zbyt bezczelnie naśladuje Shawa. To wszystko powiedziano — mądremu djabłu, bo był — o, głupi! — Polakiem i pisał po polsku. Powieść jego odesłano do djabła. Pyszny poemat p. t. „Piekło“ uznano za bzdurę „fałszywie demoniczną“.
Obudziła się w nim pycha wspaniała, djabeł cierpiał. Spotykały go zniewagi dotkliwe i jadowite; wywlekano z niego wnętrzności, napawano rozpaczą. Odżywione przeze mnie djablisko chudło w oczach; posiwiał i postarzał. W jednem piśmie napisano mu, że człowiek, który zostawia ukochaną żonę na bruku, jest rzezimieszkiem, nie poetą.
I oto djabeł, który połykał cyjankali jak aspirynę, nie mógł przełknąć tego, co o nim pisano. Męczył się i cierpiał. Jego djabelską szlachetność doprowadzono do spazmów.
Nikt wkrótce nie chciał wydawać jego głupich książek. Przyszedł prosić o pożyczkę — odmówiłem.
Kiedy go odwiedziłem, (mieszkał na strychu, mimo głośnego nazwiska) — leżał w łóżku, złamany i zbolały. Triumf pierwszych powodzeń był zbyt wielki, aby rozczarowanie nie miało być straszne.
Jednej nocy przysłał po mnie.
Był to szkielet, wychudzony głodem, odarty z mięsa przez rozpacz. Dokoła leżały stosy rękopisów.
Uśmiechnął się do mnie dobrym uśmiechem.
— Dziękuję panu! — rzekł cicho. — Rozumiem teraz, jak mądrze pan pokierował całą sprawę. Ja dziś umrę... Z głodu... Że też ja, stary djabeł, nie wpadłem na to dawno, że, aby umrzeć, trzeba tylko zacząć pisać książki... Och, jaki pan mądry, jaki mądry... Żeby mnie tylko w piekle przyjęli!... Bo już nie wytrzymam dłużej...
Chwycił moją rękę i tak umarł, mądrze i dobrotliwie uśmiechnięty.
Musiał umrzeć naprawdę, bo w powietrzu zrobił się nagły rwetes, jakby wiatr płakał.
A to djabli — jego bracia — płakali, widząc, co się z nim stało, i jak straszne męki wycierpiał djabeł, który w Polsce książki pisał.
Więc go przyjęli miłosiernie i z wielką miłością.