O Djabłach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł O Djabłach
Pochodzenie Improwizacje dla Moich Przyjaciół. Xiążeczka do zapalania fajek
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1844
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Szpargał Drugi.


O DJABŁACH.
Nie tak czarny djabeł, jak go malują,
(to jest, daleko czarniejszy jeszcze, niż go
malują).
Przysłowie.

Djabeł jest ślicznym wymysłem na zapchanie dziur w próżnych głowach i powieściach fantastycznych. Gdzie tylko brak przyczyn, gdzie pojąć nie można, strawić trudno, wmięsza się tylko trochę djabła lub djabelstwa, a ogon satana służy za przyczynę, za węzeł, za tłumaczenie, za digestivum umysłowe, za literacki wytrych. Rozmaicie djabła malowano i malują; będę się starał opisać go wam jak najrozmaiciéj, ażebyście nawet przebranego poznać mogli jednym rzutem oka. Na wielkich historycznych obrazach, djabeł koloru palonéj sienny i asfaltu, z uszami dużemi, mopsią twarzą, (niepochlebnie dla mopsów faworytów) wykrzywioną szatańskim śmiechem, z ogonem (sine qua non), pazurami (longiusculis), kociemi nogami najczęściéj widywany bywa. Jest to djabeł tradycyjny, klassyczny, rodzaj satyra starożytności, któremu nowożytni wspaniale et munificentissime dodali ogon przydłuższy i złośliwie zakrzywiony, (niekiedy z główką wężową), pazury ostrzejsze. Rogi z głowy satyra, w całéj ich naiwnéj pierwiastkowéj piękności, przeniesiono na czaszkę djabelską. — Są jednak malarze nowi, co satana malują wcale przyzwoitym, pięknym, trochę tylko bladym i po hiszpańsku strojnym mężczyzną. Całe jego sataństwo w uśmiechu i wejrzeniu! Istny Don Juan!
Prosty djabeł niemiecki cale znowu inaczéj wygląda: niby Bursz, niby Assesor Sądu Niższego (dawnego autoramentu), niby to i djabeł; mięszają się w nim różne pierwiastki. Różni się od starożytnego tradycyjnego djabła, że jest prawie zawsze kulawym, (udaje przez dumę potomka owego sławnego djabła kulawego); ubrany przyzwoicie, czysto, porządnie, jak na człowieka uczciwego przystało, a la vieille mode allemande: frak niebieski, spodnie żółte, bóty ze sztylpami i kutasami, czerwona kamizelka, chustka szeroko zagmatwana, szpicrut w ręku, kapelusz spiczasty. Trochę przypomina nieszczęśliwéj pamięci Wertera — Que l’oubli lui soit léger!
Zacząwszy od satyra starożytności, całe potomstwo satana lubi jak lubiło wino, dziewczęta, hulankę. Lecz czego satyrowie nie znali a późniejsi domyślili się, to: podwodzić ludzi na różne złe uczynki. Tak to powszechnie jest uznaném, że byle kto co zrobił, nie on, mówią, winien, ale zły duch, co go podszczuł, i na to dla osobistéj swéj korzyści podprowadził. Dawniejsi djabli, Mości Dobrodzieju, w początkach chrześcjaństwa, w wiekach średnich, siedzieli jeszcze po większéj części pod ziemią, w folwarku swoim dziedzicznym, nadanym im od czasów niepamiętnych, vulgo piekle; potém ambicja ich porwała, chęć dorabiania się fortuny, honorów (trafia się to i z ludźmi), i nuż wyłazić, czupurzyć się, dokazywać, już taki na ziemi, na własnéj naszéj ziemi: bo któż nie wié, że ziemia jest nasza własna, dla tego, że my do niéj należym i pokorni słudzy jéj własności jesteśmy? Dowod niezbity.
Ale bo też i w piekle, in infernoświadkiem Dante in Comedia Divina passim — wcale było niewygodnie, gorąco, duszno, siarczysto, płomienisto, pełno smoły, dziegciu, obcęgów, rożnów, łańcuchów i t. d. i t. d., a do tego nic do roboty, a ciągła męka. Praca zaś, jak wiadomo, delectat, rozrywa. Djabli się wynieśli pracować na ziemię. Teraz też i w piekle wcale inaczéj. Oświata XIX wieku wszystko ztamtąd wymiotła, wyrzuciła co było nieprzyzwoitego i trywjalnego, a piekło reformowane wygląda teraz jak wielki kraj bardzo czysty, pachnący, bogaty, przerznięty kolejami żelaznemi bez liku, ale trochę dla podróżnych niewygodny, z powodu rzadkich austerij i rozbójników. — Nie stałoby wszystkiego Jeziorniańskiego papieru na opisanie historji i czynów djabła w wiekach średnich, w złotych wiekach sataneryi (confer Terra bianca). Co też to oni wyrabiali! dziśby tego czterech Akademików nie dokazało. Płatali figle, brali cyrografy podstępnie na dusze ludzkie, udzielali cudownych łopat i cudownych leków, mioteł latających, pieniędzy, (rzecz, któréj i djabli dziś nawet najlepszemu przyjacielowi nie dają), rozumu, szczęścia, (qualité inferieure garrantie pour une heure), wszystkiego na niewielki procent — na wieczność. Duszę brali w zastaw. Za to wszystkiego u nich można było dostać, jak w norymberskim sklepie. Jakie to oni podprowadzali dziewczęta, (czytaj u Göthego w Fauście), jakie trunki wyborne robili (tamże); u Aura tak sławnego w Wilnie dziesiątéj części tych win niemasz; nakoniec, coż to u nich było złota, pieniędzy, preciozów, Rotschildowie niech się schowają!! A wszystkie te skarby na posługę ludzióm oddawali z uśmiechem, z bezinteresownością nadzwyczajną. Teraz niéma innego sposobu od nich dostać grosza, chyba siądziesz grać w karty. Co dawniéj dawał djabeł, dziś daje djabełek. Z nazwania widać, że datek trochę zmniejszony.
Jak się rozgościli djabli po ziemi, Mości Dobrodzieju, podobały się im ładne czarnobrewy, (do łzawych i sentymentalnych blondynek nigdy się nie podsuwali), zaczęli się umizgać, kłaść rękawiczki na pazurki, trzewiki na kopytka, kapelusze i czuby na rogi, i frak z ogonem wynaleziony przez nich został dla pokrycia ogona, którym ich obdarzyła zbyt szczodra natura.
Dziwże się tu, że my szalejem, kiedy oni des êtres si positifs warjowali za dziewczętami, czytaj w Magji, czytaj o Inkubach. Włosy na głowie powstają, Mości Dobrodzieju, słuchając, co oni dokazywali z dziewczętami. Były tam różne brudne awantury. W ogólności o ożenieniach nie było słychać; bałamucili, jak zwyczajnie starzy kawalerowie.
Podziwienia godna rzecz, że się obojéj płci djabli nie lubili: djabeł generis masculini, vulgo samiec, szukał naszych buziaczków, diabeł generis feminini, vulgo djablica, chłopców zwodziła. Ale nie opisałem jeszcze djablicy; zaraz. Potrzebuję jednak uprzedzić, ze exystencja nawet djablicy wielce jest wątpliwa, i Linneusz nie zadeterminował jéj dokładnie.

Djabeł samica bywa jednak i dziś jeszcze widywany na świecie pod rozmaitemi postaciami, nawet o południu, przy blasku słońca; naprzykład: ukazuje się w postaci wdowy bogatéj, lubieżnéj, brylantami i złotem osypanéj, wygorsowanéj, tłuściuchnéj, uśmiechającéj się mile, dającéj wieczory, ubierającéj się w suknię axamitną z koronkami, w beret z piórami, w zausznice brylantowe et sic porro. Nóżka jéj maleńka, usta malinowe (znak skrofułów, bo wszyscy w piekle są bardzo skrofuliczni), oczy zabijające wejrzeniem na śmierć.
Czasami djabeł generis feminini, przybiera postać szesnastoletniéj dzieweczki, czarnookiéj, wesołéj, polotnéj, zapalnéj, trzpiotowatéj, gadatliwéj, dowcipnéj, a w kąciku dającéj się uścisnąć.
Zwodząc poważnych mężów i słabe kobiéty, Pan Djabeł starał się usilnie o jak najwięcéj ofiar swéj dumy. Niczém przy nim jego naśladowca Don Juan, ten bohatér tak wielki dzisiaj w oczach cywilizowanego świata. Bywały, Mości Dobrodzieju, przykłady młodych dziewcząt umierających nagle, gdy się dowiedziały, że ich kochanek był prostym djabłem, nic więcéj; bywały przykłady młodzieńców, którzy sobie łby roztrzaskali, przekonawszy się, że mieli do czynienia z szatanem w niewieściéj skórze.
Straszne to były awantury, i gdyby nie inkwizycja, która (jak wiadomo, zapobiegając ruinie narodowości hiszpańskiéj), w kluby djabłów wzięła, śledzić postępki ich kazała, kuć w dybki i ciupasem do piekła pod dozor policji odsyłać — kto wié coby byli i jak długo broili.
Tymczasem i piekło, Mości Dobrodzieju, organizowało się; byli już tam dawniéj xiążęta i dygnitarze, zaczęli przybywać urzędnicy, sądownictwa, nawet filantropiczne zakłady, słowem, piekło uorganizowało się do tego stopnia, że je systematycznie poznać i rozumowanie opisać dziś można. W Paryżu wydano w tym przedmiocie bardzo wiele dzieł ciekawych; tam doczytać się można, Mości Dobrodzieju, szczegółów, w które się wdawać nie chcę.
Niemieccy djabli, to dobre byli chłopaki: usłużni, zwinni, figlarni prawda trochę, ale od czegoż djabeł djabłem? Mości Dobrodzieju! W Niemczech djabli pili najlepiéj. My w Polsce, jak wiele innych rzeczy, tak i djabłów wzięliśmy od Niemców sąsiadów. Nie mamy narodowych djabłów w żupanach i kontuszach; wszyscy djabli polscy, są Niemcy, którzy indigenat otrzymali u nas. Kto nie wierzy, niech się popyta chłopa, dziewczyny, baby czarownicy (autoritas ważna); każdy powié, że djabeł chodzi po niemiecku i jest Niemiec, a przybył do Polski bardzo dawno, daleko dawniéj od Sasów, za Sasów dopiéro rozgościł się. Mieliśmy jednak polskiego generała en chef gwardji djabelskiéj, Twardowskiego, przyjaciela Fausta i podobno z nim spokrewnionego; po nim djabli rozprzęgli się, poszli jak Lisowczycy w rozsypkę, nie chcieli mieć naczelnika, naśladując respubliki starożytne, dla których zawsze w wielkiéj byli admiracji. Osobliwie urządzenie stanów i niewolnictwo djabli niezmiernie pochwalali.

Przyszło u nas do tego, Panie, ze napisano Lipsko-Warszawskiego djabła, dzieło stronniczo pojęte, w którém, z żalem bezstronnych sędziów, odmalowano piekło i jego instytucje w zupełnie fałszywém świetle.
Nadszedł wiek XIX., z nim rewolucje, magnetyzm, para, romanse, koleje żelazne, litografja, Byron, Lacenaire, towarzystwo akcjonarjuszów, spółki literackie i t. d. (nie będę dobrodziejstw cywilizacji wyliczał); djabli tandem wzięli w skórę ze wszystkiém, bo znalezli się na ziemi bez nich ludzie im podobni i ich rolę odegrywający doskonale, tak, że rozpoznać od prawdziwych satanów tych aktorów nie podobna. Wszyscy tedy djabli wrócili nazad do piekła, Mości Dobrodzieju, a mała garstka zrujnowanych, pozostałych, ubogich, tuła się pomiędzy żydami, pospólstwem, w ciemnych kątach Hiszpanji, Niemiec, w rozwalinach starych zamków, sklepach, piwnicach, w czarnych oczach dziewcząt, etc. etc.
Trudno dziś ich opisać, tak się przebrali; dziwno, że się jeszcze do młodych po staremu, jak przywykli, czepiają, w nadziei uwiedzenia! Ale od czegoż wiek oświaty? — Pan Regent mój przyjaciel serdeczny, (pali u mnie fajkę codzień), upewniał mnie, klnąc się honorem, że jego żona jest żywym djabłem generis feminini; czemu ja, dla jéj skromnéj przy gościach postawy i uśmiechu słodkiego, wierzyć nie chcę. Medycy nawet upewniają, że przeciwnie sam Regent, mający wyrostki na głowie nakształt rogów, przypomina djabła, a żona jego, anioł w ludzkiém ciele; dodając, że dzieci się z tego połączenia anormalnego spodziewać nie można. — Dzieci — mówi przyjaciel mój, Medyk, który często bywa u Regenta — dzieci nie będzie: przywiązania do siebie nie mają, a Regentowa lęka się utracić kibić wysmukłą, którą wyżéj ceni, nad wszystko, nawet nad pociechy macierzyństwa — (vulgo kłopoty).






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.