Oświęcim - pamiętnik więźnia/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Halina Krahelska
Tytuł Oświęcim - pamiętnik więźnia
Wydawca Wydawnictwo Komisji Propagandy Biura Informacji i Propagandy KG AK
Data wydania 1942
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XI.

Zwalnianie z obozu należy zasadniczo do zjawisk rzadkich. Właściwie najczęściej zwalnia protekcja, a potym łapówka umiejętnie dana przez rodzinę więźnia pośrednikom, uprawiającym ten proceder zarobkowo. Zresztą i to prowadzi do praktycznego zwolnienia człowieka zaledwie w pewnym odsetku wypadków, uskutecznionej łapówki, gdyż inaczej nie byłby to tak dochodowy proceder i nie prowadziłby do powstawania majątków.
Pozatym zwalniają z Oświęcimia niekiedy ludzi zupełnie złamanych i stojących nad grobem. Może liczą na to, że tacy posieją prawdziwą grozę, /bo przecież nie ze względu na humanitaryzm!/ W obozie na tle zwolnienia Niemcy lubią dodatkowo dręczyć więźniów. Pewnego kolegę wezwano w niezwykłej porze /wieczornej/ do kancelarii, gdzie zadano mu jakieś pytania, których celu nie rozumiał. Powracając, spytał dozorcy, co to mogłoby oznaczać. ”A będziesz jutro rozstrzelany”! oznajmił sadysta. Tymczasem więzień ten został następnego dnia wypuszczony z obozu. Jak reagują więźniowie na samą myśl o ewentualnym zwolnieniu, może powiedzieć taki fakt: grupę więźniów zawołano w pewnym dniu do kancelarii i kazano na rano przygotować się do wyjścia. Otóż jeden z tej grupy umarł tej nocy ze wzruszenia. Przed zwolnieniem ogląda nas komisja, która dba o to, by nie wypuścić ludzi z otwartymi, widocznymi ranami twarzy, szyi lub rąk. Więźniowie wiedzą już też, że na pytanie, jak się czują, muszą odpowiedzieć natychmiast, że bardzo dobrze; poskarżenie się na jakąś dolegliwość chorobową niejednemu z więźniów przekreśliło zwolnienie, przynajmniej na jakiś czas. Więc ruiny ludzkie o zaawansowanej gruźlicy, zniszczonych nerwach, pokruszonych nerkach i często dogorywających sercach dźwigają się wysiłkiem woli, by udać zdrowych!
Przed zwolnieniem więzień musi wysłuchać pouczenia komendanta obozu i podpisać deklarację, złożoną z następujących punktów: że po powrocie do domu nikomu nie opowie o stosunkach w obozie; że czuje się zdrów; że nigdy nie wystąpi przeciw Rzeszy; że nigdy nie zaniedba donieść władzom niemieckim o wszelkich knowaniach, o jakich się tylko dowie. Przy zwalnianiu oddają więźniowi jego własną bieliznę i ubranie /to ostatnie — odprasowane!.../ Pozatym rzeczy lub pieniądze, jakie złożył do depozytu. Wspominałem też już o ”wałówce”, wydawanej na drogę. To chyba wszystko!...

— — —

Nie napisałem tego wszystkiego, com chciał napisać... Jest to chaotyczne, pisane bez systemu, urywkami. Ale tu zadecydował mój stan zdrowia, a raczej szybki rozwój choroby. Szybszy, niż spodziewał się lekarz, nie mówiąc już o rodzicach...
Bez znaczenia jest, że ja umrę. Będzie żyło wielu, wielu oświęcimiaków. Kto wyżyje — większość! — do wszystkiego się jeszcze nada. Będą z tych szeregów jeszcze i żołnierze polscy.

— — —

Zostało mi może tylko parę dni życia. Już nie piszę, nie niepokoję rodziców... Leżę spokojnie, jem, śpię, słucham kochanych etiud Szopena, proszę o nie matkę. Matka płacze, ale gra...
O, bardzo dobrze jest umierać w domu...
Tylko, że — wiem — w ostatniej chwili staną i oni przy moim łóżku. Moi towarzysze, przyjaciele z mojej sztuby...

— — —

Chciałem przedstawić Oświęcim, przekrój zbiorowego polskiego męczeństwa. Wiedzieliśmy już tam siedząc, że liczniejsze tysiące Polaków, których ominął Oświęcim, zostały poddane przez Niemców masowym wysiedleniom, wyzuciu z całego mienia i dobytku, krwawym pacyfikacjom po wsiach i miastach, zaś Żydzi — zamykaniu w ghettach, specyficznej poniewierce, no i w szeregu miejscowości masowemu wyżynaniu... Mam tę pełną świadomość, że martyrologia zbiorowa naszego narodu szersza jest niż Oświęcim i wogóle obozy koncentracyjne. A jednak naród nasz przetrwa wszystko, bo ma wolę przetrwania.

— — —

Wspaniały chłopak, drogi towarzysz, Jacek — zasługiwałby po śmierci na jakiś uroczysty wspominek... Cóż, kiedy nie potrafię używać górnolotnych słów!... Opisałem fakt i zdaje mi się, że ten fakt przemówi o nim. Twierdzę też, że tego chłopca nie zmógłby obóz, żadne trudności ani prześladowania, gdyby go wprost nie zatłukli. Jacek był silnego ducha. Miał wiarę w nasz naród, pragnął i czekał wolnej Polski, więc byłby przetrzymał...
To więc mogę powtórzyć z naciskiem: przetrzymać może najstraszniejsze warunki obozu nie najzdrowszy fizycznie /choć oczywiście to jest ważna rzecz/, ale przedewszystkim — silny i odporny psychicznie, moralnie. Dużo takich silnych, nie do złamania chodzi po tym obozie. Przeważnie są milczący, skupieni w sobie, czasem nawet trochę skryci, mają wolę utkwioną w to jedno: przetrwać!... To są charaktery. U nas w Polsce, jak widać, dość rozpowszechnione zjawisko. Przetrzymają, jeśli nie wpakują im kuli w łeb, jeśli obcasem nie wykruszą nerek.
Niema powodu do zwątpień, do załamania i depresji. Naród nasz jest mocny. Coraz bardziej też rozpowszechnia się już przekonanie — i tego właśnie uczy Oświęcim — że bierność i tchórzostwo od Niemców nie chronią. W obozach poginęły setki, może tysiące ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z żadną akcją polityczną, z żadnym działaniem przeciw Niemcom. W stosunku np. do małych miast i miasteczek polskich stosowano nieraz taką metodę: wywiezienie do obozu miejscowych lekarzy, dentystów, inżynierów, księży, nauczycieli — wogóle inteligencji. W stosunku do majątków w zachodniej dzielnicy Polski użyto metody wyrywania i wywożenia do niemieckich obozów — wszystkich właścicieli ziemskich. I w pierwszym i w drugim wypadku bywali to przeważnie ludzie obcy polityce, zajęci zawodową, zarobkową pracą lub majątkiem. Ta bierność polityczna nie obroniła ich. Tym mniej broni tchórzostwo. Zresztą tchórzostwo — jakże to przyjemnie stwierdzić! — nie leży jednak naogół w polskiej naturze... Tysiące ludzi, którzy wypełniali Oświęcim na rok mego tam siedzenia — nie, to nie byli tchórze! Nie płaszczyli się, nie skamłali, nie poniżali, jak to powiedział Jacek. Tchórze, donosiciele, szuje — to były jednostki.
Zdaje się, że w końcu wypisałem to wszystko, czego mi jeszcze brakło. Umieram dobrej myśli. Z wielką uciechą konstatuję teraz: nie złamali i mnie!... Bynajmniej! Ani na chwilę. Muszę umrzeć, jak Jacek, z mechanicznych powodów: ta nerka!
Ale będą żyli inni, przetrwa naród, powstanie Polska! Polska, której straszne cierpienia pod butem hitlerowskim sprawiły już, że się stanie teraz bastjonem, opoką, twierdzą w walce przeciw wszelkim zakusom naśladowania Niemców, przeciw wszelkiemu totalizmowi, ciemiężeniu i poniewieraniu człowieka... Powrócimy do najpiękniejszych z naszych tradycji...
Będzie Polska!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Halina Krahelska.