Oświęcim - pamiętnik więźnia/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Halina Krahelska
Tytuł Oświęcim - pamiętnik więźnia
Wydawca Wydawnictwo Komisji Propagandy Biura Informacji i Propagandy KG AK
Data wydania 1942
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

Oświęcim. Tak trudno jest słowami — leżąc w ciepłym łóżku! — dać pojęcie o tym, czym jest Oświęcim. Pocieszam się, że przecie wyżyje jeszcze i wyjdzie część oświęcimiaków, silniejszych ode mnie i takich, którzy potrafią lepiej wykonać ten nasz obowiązek: odtworzenia dla Polski, dla przyszłych naszych pokoleń, dla polskich dzieci — tego miejsca bezprzykładnego polskiego męczeństwa. Więc moje pisanie — to dopiero początek...
Tak właśnie z góry rozgrzeszam siebie, jeśli nie potrafię oddać tu całej grozy Oświęcimia. Jestem zbyt wymęczony... Wysiedziałem tam jedenaście miesięcy...

— — —

Pierwsze wrażenie: wjazd do obozu. Pociąg, którym jechaliśmy, podjechał wprost do obozu. /Potym, w innych wypadkach, pociągi zatrzymywały się niekiedy o 2–3 kilometry od tego miejsca i dalej pędzono więźniów na piechotę/. Nasz pociąg stał dłużej w Skierniewicach i tam kilku więźniów probowało uciec. Wszystkich zabito, ale trupy wciągnięto do wagonu i potem pierwsze wyrzucono na teren obozu. Ci więc otwierali niejako nasz wstęp. Nas, żywych, wypędzano, wyrzucano z wagonów i towarzyszył temu dziki wrzask straży obozowej i naszej eskorty. Starych ludzi, chorych, niedołężnych, bo i takich nie brakło, poganiano kopniakami; gdy zaś nie dość szybko zwijali się, szczuto psami.
Ustawieni w szeregi musieliśmy stać na placu w ciągu 6-ciu godzin bez ruchu, oczekując na przyjęcie nas do obozu. SS-mani spacerowali wkoło nas, wyrywali z szeregów twarze, które się im nie podobały, zrzucali binokle z nosów, kopali nogami, tłukli kijem i gumą... Było nas na placu przybyłych około 2 tysięcy...
Podczas tych godzin, ciągnących się w nieskończoność, działy się różne rzeczy. Miał do nas przemówienie komendant obozu: ostre, chłoszczące, nienawistne. Tłomaczono nam je. A więc — że zawiniliśmy, nie jesteśmy wychowani dla zbiorowości, — tu dopiero przejdziemy należyte przeszkolenie. Uświadomił nas, że dalszy nasz los zależy tylko od nas samych. Obowiązuje bezwzględna karność, ślepe posłuszeństwo, pracowitość, uczciwość, porządek, czystość. Najdrobniejsze uchybienie nie będzie tolerowane, zapoznamy się z karami, na jakie sobie zasłużymy. To mniej więcej była treść przemówienia komendanta. Pozatym straż obozowa zabawiała się, jak umiała, zależnie od usposobienia i temperamentu: więc strzelali dla postrachu w powietrze, wywoływali z szeregów Żydów i jeśli który się wysunął — pastwili się nad nim; udzielali też szczególnej uwagi księżom, nakazując im robić błazeńskie przysiady, tańczyć, ubierać dziwaczne papierowe czapy itp. Strzeliła też straż kilka razy do starych więźniów, którzy zbliżali się do nas i prosili nas o chleb. Jednego z tych więźniów złapali i przed naszym frontem — gwoli pouczenia nas — dali mu 50 bykowców.
Dopiero po wyczerpaniu tych wszystkich pomysłów, nastąpiło wreszcie właściwe przyjęcie do obozu: rejestracja, oddawanie własnych rzeczy, strzyżenie włosów na głowie i całym ciele, prysznic i przebranie się w obozową bieliznę i odzież.
W tej drodze do obozu, w sposobie traktowania nas bezbronnych ludzi, w konsekwentnym, bestialskim sadyzmie Niemców — znajduje pełen wyraz ta głębia moralnego upadku, do jakiej doprowadził ten naród duch prusko-hitlerowski. Od wielu dziesiątek lat przecie — a ostatnie lata z pianą na ustach, w jakimś opętańczym szale wmawiano w tych Niemców, że są pierwszym narodem świata, że od ich szczęścia i dobrobytu zależy przyszłość całego świata, że muszą nad tym światem zapanować, że żaden inny naród nie może się do nich równać, że — dążąc do potęgi — mają prawo kroczyć po zgliszczach miast, po trupach ludności innych krajów... Wiemy, że nie Hitler tylko Bismarck pierwszy wpajał to w świadomość niemieckiego narodu. Nie żaden podoficer, tylko wielki filozof niemiecki Fichte wołał na swych odczytach: ”Jeśli Niemcy nie będą wolne i potężne, zginie świat, bo przyszłość świata od nas zależy!” No, ale Hitlerowi trzeba pozostawić pełnię zasługi /czytaj: zbrodni./ zupełnego złamania kośca moralnego w najszerszych kołach Niemców, kompletnego zdruzgotania wszelkich hamulców moralnych, najdzikszego, cynicznego wyzwolenia zbrodniczych, zwierzęcych, sadystycznych instynktów... Nie mam tu na myśli Gestapo i SS, które można było rekrutować pośród kryminalistów, zbójów, złodziei i złoczyńców i zresztą — instytucje te podobno zasłużyły sobie na skrajną nienawiść swych własnych rodaków!... Ale czym innym, jak zupełnym zdziczeniem, zezwierzęceniem da się wytłumaczyć fakt, że pierwszy lepszy w mundur odziany Niemiec, żołnierz, policjant czy kolejarz okazuje się zdolnym do tratowania butami, zatłukiwania na śmierć bezbronnych ludzi, często kobiet, starych kobiet, dzieci... za potrącenie na ulicy, odwrócenie się, nie dość skwapliwą odpowiedź itp.? Nasi polscy sympatycy totalizmu /przed wojną/ nieraz zachwycali się hitlerowskim dorobkiem wychowawczym! Może teraz rzeczywistość ponurej okupacji z tą całą gangreną, jaka się w Niemczech ujawnia, otworzyła oczy tym zaślepionym ludziom!...

— — —

Sama nazwa internowanych — ”Schutzhäftling” — oznacza, że są to ludzie pozbawieni wolności w trybie ochronnym, zapobiegawczym, izolowani, by nie popełnili przestępstw! Większości nie tylko nie udowodniono popełnionego przestępstwa, ale ze sposobów aresztowania wynika, że większość nie bywa ani przesłuchiwana, ani badana. Wśród internowanych przeważa wiek ”męski” — pomiędzy 25 a 45 laty, ale nie brak starców ponad lat 60 i chłopców nieletnich.
Dla tych ostatnich /niżej 18-tu lat/ jest odrębny blok i mają tam oni podobno nieco odmienne, lepsze warunki: parę godzin ”nauki” czy też szkolenia w duchu hitlerowskim, nauczanie języka niemieckiego, mniej pracy i niema bardzo ciężkiej, zato zamęczają ”gimnastyką”. Początkowo obiecywano im po krótkim pobycie w obozie wyjazd do Rzeszy, do fabryk i gospodarstw, później o tym zamilkło. Zresztą o bloku młodocianych brak szczegółów i brak wszelkiego z nimi kontaktu.

— — —

Najstraszniejszy jest okres ”rekrucki”, czyli t. zw. kwarantanna. Bo w tym okresie obozowa straż ”przysposabia” nas do obozowego życia, przyucza do naszych obowiązków i do swych wymagań; my zaś — jeszcze nic nie wiemy, nie umiemy poruszać się w ramach tego ”ładu”, nie potrafimy przewidzieć nic, zapobiec ani się zabezpieczyć. Jesteśmy w tym okresie tak straszliwie bezradni, bo brak nam tego obozowego doświadczenia, które później — choć życie nie przestaje być męką — pozwala jednak na jakie takie ”ochronne” przystosowanie, na wymijanie się z niektórymi przynajmniej konfliktami, starciami, pewną ilością ciosów — a więc jednak cokolwiek nas oszczędza. Pozatym w okresie kwarantanny świeżość doznawanych wrażeń jest tak straszliwa, wrażenia te zaś są tak nieludzkie, że się prawie nie wychodzi ze stanu oszołomienia, pół-przytomności. No i twarze! twarze internowanych, współtowarzyszy! Po miesiącach oko się już przyzwyczai; innych twarzy się nie widzi; dużo umyka już szczegółów naszej uwadze. Ale w pierwszych dniach! Te oczy, oczy więźniów! Zamagazynowano w nich cierpienie: codzienne, nieprzerwane, niewygasające. U niektórych — spłoszenie, lęk, niby jakaś ciągła drgawka: to słabi, mniej odporni. U innych — prócz cierpienia — zaciętość: wytrzymać, nie dać się. Ale każda twarz jest napiętnowana; taka, jakiej się w życiu nie spotyka. Inne ludzkie twarze. A do siebie — podobne! W pierwszych tygodniach, ja naprzykład, nie umiałem rozróżniać, rozpoznawać ludzi. Mieszali mi się ze sobą, jakoś łączyli, zdawali się bezosobowi. Nawet Jacka, z którym dzieliłem siennik i bardzo się zaprzyjaźniłem, potrafiłem po dwu tygodniach jeszcze zagabnąć niby kogo innego, obcego. Zdarzyło się tak raz i dwa, aż za trzecim razem — było to podczas wydawania obiadu — Jacek przytrzymał mnie za przegub ręki i powiedział ostro: ”Ty! żebyś uważał na siebie brachu!... Nie chcesz być fijoł? Bo z tym twoim myleniem ludzi, to nie dobrze!... To nerwy, bierz się w garść!” Ale Jacek, to był bardzo mocny chłopak, odporna, zdrowa natura. Nie żyje już dawno, zabili go. — Zginął mniej więcej w kwartał po moim /i własnym/ przybyciu.
Powracam do okresu kwarantanny. Bicie! mój Boże! Bicie nieustające, w każdej chwili, powszechne, wszystkich i każdego. To oczywiście było najstraszniejsze, nowe, dzikie. I potem w dalszych miesiącach, bicie nie znikało ani na jeden dzień. Biła straż niemiecka, bili ”capowie” i Niemcy i nie-Niemcy, bijali, ciężko bijali, starsi sztub i bloków, o wstydzie, czasem — Polacy. Ale po pewnym czasie każdy z nas potrafił już rozpoznać się w pewnych sekretach, odmianach, prawach tego bestialskiego obtłukiwania ludzi. Rozpoznawaliśmy i znaliśmy już bijących. Wiedzieliśmy, który z nich jak bije, — trzeba powiedzieć — jak lubi bić; kiedy bije, z jakiego powodu, w jakich okolicznościach itp. Bicie więźniów układało się już jakby w jakieś ramy; coś bywało do przewidzenia, jeśli nie zdarzyły się nowe, nieprzewidziane okoliczności. Podczas gdy w okresie rekruckim wszystko to razem zlewało się w jakąś potworną ciągłość bicia, chlastania po policzkach, kopania butami i czułem się bity bodaj wtedy też, kiedy mój policzek nie został jednak zaczepiony... Bity, bo tuż-obok mnie, albo przez jednego — chlastano kogoś po twarzy... Bity, bo każdej sekundy mogło mnie to spotkać i w istocie często spotykało... Zdawało mi się nawet, że wpadam pod tym względem w histerję i spytałem Jacka — /dla samej kontroli/ — czy w nim aby też się tak odzywa to bicie innych, obok, w naszej obecności. Nawiązując do jego uwag, powiedziałem, że nie chciałbym tu zwarjować. Rozmawialiśmy późno wieczorem, w tych skąpych krótkich chwilach, kiedy mogliśmy być sami: po zamknięciu nas na noc. Większość naszych kolegów spała już kamiennym snem.
Jacek usiadł na sienniku, temat ten go poruszył.
”Nie, to nie fijoł” — odparł żywo. ”To coś takiego jest. Ja naprzykład, jak wczoraj temu starszemu tak nawalili po twarzy, z obydwuch stron, po kilka razy, — to wiesz, co czułem? Tak jakoś musiałem zacisnąć szczęki, że potem, czuję: nie mogę rozewrzeć! Jakiś skurcz! I tak jakby lodem, mrozem mi to zwarło!... A przecie, biedak stary daleko stał od nas i nie widać było, żeby Niemiec chciał dalej po wszystkich nas iść!... To więc było właśnie to, co ty mówisz!” Rozmawiałem też potem z innymi kolegami o okresie ”rekruckim”; ogólny pogląd na szczególną udrękę tego okresu streszczał się zawsze do tych samych myśli: ”Nic nie wiadomo i bez przerwy bicie!!”
Pozatym jeszcze inna dotkliwa udręka. W okresie kwarantanny nie chodzimy do pracy. A tymczasem — jest to właśnie okres, w którym się chce osiągnąć ”ułożenie” nas we właściwej obozowej formie. To też tu doznajemy w pełnym zakresie klasycznej męczarni obozów koncentracyjnych, t. zw. ćwiczeń gimnastycznych. /W innych okresach, gdy brak pracy, SS lubi stosować również gimnastyczne ćwiczenia./ Jest to rzecz niebywale męcząca i udręczająca, ze względu na liczbę tych ćwiczeń, mnogość godzin im oddawanych i tempo ruchów. Jest to więc niekończące się: ”padnij-powstań!”; t. zw. ”żabka” czyli skakanie w przysiadzie, taczanie się po ziemi, chodzenie w kółko itp. Oczywiście każdy ruch mniej zwinny i mniej zręczny powoduje bicie i katowanie.
Ludzie często umierali nocami. Właściwie było to zjawisko tak codzienne, że utarło się już stereotypowe pytanie SS-ów przy wejściu: ilu zmarłych?
Przecież w obozie umierało co dnia 10, 20 i więcej ludzi, nie licząc wypadków, gdy po karnych apelach na mrozie umierało w nocy i następnego dnia 40, 60 i więcej.

— — —

Wgłębiłem się już w szczegóły obozowego życia, zapominając, że trzeba naprzód dać pojęcie o tym, jak wygląda obóz w Oświęcimiu. Jest on wzorowany na dawniejszych, wielkich niemieckich obozach koncentracyjnych, jakkolwiek budynki nie były tu specjalnie budowane, tylko wykorzystano koszary wojskowe /dawne austriackie/, składające się z kilku murowanych piętrowych budynków. Rozległy teren ogrodzono wysokimi ogrodzeniami z drutu kolczastego, nad którym przechodzi drut przewodzący prąd elektryczny o wysokim napięciu. Za ogrodzeniami wznoszą się drewniane wieżyczki z ustawionymi na nich karabinami maszynowymi i obsadą żołnierską. W nocy warta obowiązana jest do nieustannego czuwania nad terenem obozu i jego okolic za pomocą reflektorów świetlnych, ”macających” ziemię, celem udaremnienia wszelkiej próby ucieczki. W założeniu obóz musi stanowić całość w sobie zamkniętą. Prócz pomieszczeń dla internowanych, znajdują się tu mieszkania dla straży /SS-manów/, kancelarja, izba chorych, szpital, składy /magazyny/ gospodarcze, warsztaty naprawkarskie i budynek krematorium. W Oświęcimiu jest pozatym własny ogród warzywny i gospodarstwo rolne.
Mieszkania więźniów dzielą się na t. zw. bloki, każde piętro stanowi blok osobny. Każdy blok dzieli się na ”sztuby” /izby/. W barakach specjalnie budowanych jak w Niemczech, blok ma wspólne urządzenia umywalniane i klozety dla swoich sztub, sztuba zaś składa się też z dwuch pomieszczeń, sypialni i jadalni, względnie pokoju ”towarzyskiego”. W sypialniach są łóżka /w piętrowych kondygnacjach/, w jadalniach stoły i ławy oraz szafki na rzeczy więźniów /jedna na 3-ch/. To wszystko jednak nie stosuje się do Oświęcimia, gdzie mieszkamy w dawnych koszarach i bloki są pozbawione urządzeń umywalnianych; śpi się najczęściej na siennikach i niema żadnych szafek dla więźniów.

— — —

Niestety, nie mogę opisać wszystkiego jak należy, po porządku, tak jakbym chciał, żeby odtworzyć wiernie wszystkie szczegóły tego życia. Brak mi sił. Leżę w łóżku, żywią mnie, leczą, szpryca przez cały dzień w robocie: glukoza, strychnina czy kamfora — już nie rozróżniam, ale wiem, że gwałtownie pchają we mnie środki nasercowe. Ale z tego co słyszałem i wyrozumiałem, główną moją niedomogą z obozu jest — prócz wielkiego wyczerpania organizmu — stłuczona czy też uszkodzona przez uderzenie nerka. To powoduje bóle, słabość, rozstrój różnych czynności organizmu. I z tej strony, jak widać, zagraża mi największe niebezpieczeństwo. Stan mój uniemożliwia wydanie większego wysiłku, wysiłku systematycznego, ciągłego. Zabieram się do pisania, a tu słabość, ciemno w oczach, ołówek wysuwa się z ręki... Odkładam pisanie, zabiera mi to matka, pochylając się nade mną z troską, badając puls. No, dobrze, odpocznę, — będę spał. Później wzmocnię się, po obiedzie więcej napiszę. No i tak rwie mi się to pisanie przez cały dzień. Dlatego też, z konieczności, zapisy moje są nieco chaotyczne, tyle i tak opiszę, na ile będzie mnie stać...

— — —

Powracam jeszcze do spania, gdyż w nocy tają się różne udręki. To nie dotyczy już tylko okresu kwarantanny i w Oświęcimiu nie jest z nim związane, tylko zależy od stopnia przepełnienia obozu. Otóż przez rok bez mała, który tam wysiedziałem, zdaje się, w ciągu 5-ciu miesięcy tylko posiadałem swój siennik do własnego rozporządzenia. Jest to rzecz bardzo zasadnicza, bo w warunkach życia obozowego, wielkiego napięcia i niszczenia nerwów, samotność na wąskim choćby terenie posłania jest kardynalnym warunkiem wypoczynku. Kiedy zaś nawiozą dużo więźniów i następuje przepełnienie w sztubach /ponad 200 do 250 osób w sztubie/, wtedy sypiamy na sienniku we dwójkę. Dla ludzi bardzo nerwowych przez to samo sen bywa przekreślony lub też ucięty do kilku zaledwie godzin w ciągu nocy. Nie zaliczałem się bynajmniej przedtym do osobników szczególnie nerwowych, ale sam doświadczyłem ciężko tej udręki. Bo partner np. kręci się, nie może się ułożyć; albo znów inny chrapie tak przez sen, że niepodobna usnąć; inny znów ma szczególny sen: wybucha wciąż gadaniem, zrywa się, nagle siada. No i ściąga też koce, którymi się wspólnie na tym sienniku przykrywamy.
Jeszcze gorzej się robi wraz z chłodami, zimną jesienią, pluchą. Wszyscy niemal w pierwszym dniu chłodu przeziębiamy się. Bo aż do mrozów prawie jesteśmy boso i w drelichach, a nawet później, gdy zezwalano na dosyłanie ciepłych rzeczy, na zachowanie własnego obuwia, mało kto miał możność zabezpieczyć się od zaziębienia, przemarznięcia i chorób. Otóż powszechną, nagminną chorobą były rozstroje pęcherza i żołądka. Niezależnie od choroby wielka ilość płynów w pożywieniu i częste dawanie ziółek o własności moczopędnej na kolacje, powodują niezwykłe ożywienie pracy pęcherza. Nocny ruch z sienników, między siennikami, do ubikacji — to były istne pielgrzymki, trwające właściwie przez całą noc. Jeśli twój partner potrzebował wstawać w nocy, budziłeś się. Nawet nie mogłeś kląć, bo cóż miał biedak począć? Zresztą gorzej było, jeśli który nie wstawał, a miał pęcherz tak zaziębiony czy chory, że nie kontrolował już oddawania moczu, potrafił nie budząc się nawet, jak małe dziecko, zalewać wspólny siennik. Na tym tle w każdej sztubie bywały najostrzejsze wymyślania, kłótnie, bójki, bo niezawsze przecie poszkodowany partner rozumiał, że taka przykrość jest wynikiem choroby. Ja to rozumiałem, ale gdy mi się zdarzyło kilkanaście razy doświadczyć tego osobiście, przyznaję, że zaciskałem zęby z nierozumnej wściekłości, odczuwanej mimo wszystko do tego biednego człowieka. A sen już w każdymbądź razie był stracony, bo trzeba było jakoś manipulować nieszczęsnym siennikiem, obracać go itp. A pozatym człowiek przewidywał już poranne następstwa tego faktu, gdy podczas sprzątania sienników wpadnie na to kontrola; trzeba było przemyśliwać sposoby zabezpieczania siebie i nieszczęśliwca od bicia i kary za mokry siennik... Ktoś na wolności, nie znający obozu może sobie myśleć, że to są przecie drobnostki. Ale my tam, w obozie wiemy, że wraz z nastaniem chłodów, gdy jeszcze nadomiar złego przyjdzie natłok ludzki i wypadnie z kim ”dzielić łoże”, te ”drobnostki” wyrastają do rozmiarów dotkliwej męczarni... Bo człowiek, zamęczony gorzej od najgorszego pociągowego zwierzęcia, potrzebuje koniecznie, jak każde zwierzę, choć kilku godzin zapomnienia i odpoczynku we śnie.

— — —

Należy teraz powiedzieć parę słów o naszym rozkładzie dnia w obozie. Wstaje się rozmaicie: latem bardzo wcześnie, o godz. 4-ej już budzą. W zimie — około 6-ej. Zaraz po wstaniu trzeba sprzątnąć posłanie, dyżurni sprzątają izbę, reszta idzie się myć, potym ubiera i dostajemy śniadanie. Kawę przynoszą do bloków z kuchni w kotłach. Po śniadaniu /a więc między 5-tą a 7-mą, zależnie od pory roku/ — zbiórka przed blokiem, wymarsz na plac apelu, apel /trwający zasadniczo pół godziny/. Po apelu, formowanie kolumn roboczych, wymarsz do pracy /przygrywa nam do tego orkiestra, złożona z więźniów!/, która trwa od godz.7–8 do 11–12. Powrót na obiad, przed obiadem apel /pół godz./ znów praca od 13–17–18; w zimie praca trwa około 8–9 godzin, w lecie 9–10 g. dziennie. Powrót do obozu, apel /pół godz./, kolacja i spanie. W lecie musimy iść spać o godzinie 20.30, w zimie wcześniej — o 19.45.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Halina Krahelska.