Nudy i zabawa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Nudy i zabawa
Pochodzenie Książka dla Tadzia i Zosi
Data wydania 1892
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NUDY I ZABAWA.

— Proszę mamy, ja się nie mam czem bawić...
— Proszę mamy, mnie się nudzi...
Oto była zwyczajna śpiewka Ewuni, wałęsającej się z kąta w kąt i niewiedzącej nigdy, co z sobą zrobić.
— Czemuż się nie zajmiesz lekcyą, którą trzeba na jutro zrobić? — pytała mama.
— E... ciągle te lekcye...
— No, to pobiegaj sobie po ogrodzie. Tyle ślicznych kwiatków rozwinęło się tam po wczorajszym deszczu.
— E... ciągle ten ogród!
— No to może w pole pójdziesz ze mną. Kończą właśnie żyto, ojciec jest u kosiarzy, zaniesiemy mu podwieczorek.
— E... raz wraz w pole... cóż tam w tem polu ciekawego!...
— To weź igiełkę i poszyj trochę, albo dla siebie, albo dla laleczki...
— E... ciągle tam to szycie!
— No to może dać ci książkę? Tę z obrazkami, od dziadzia? — poczytasz sobie.
— E... ciągle tam to czytanie...
— A może chcesz się bawić swojem gospodarstwem? Dam ci trochę migdałów, trochę rodzenków, jabłuszko, ciasteczko, to wyprawisz bal dla siebie i dla Jasia.
— E... takie tam gospodarstwo!
— No więc czegóż ty właściwie chcesz, moja Ewuniu?
— Albo ja wiem?... Mnie się nudzi...
— Ależ moje dziecko, staraj się czemś zająć, zabawić! Sama sobie i innym staniesz się nieznośną tem ciągłem krzywieniem się i wałęsaniem z kąta w kąt bez żadnego celu. Patrz tylko, jak słońce świeci, jak jaskółeczka zbiera żywność dla swego drobiazgu, jak pszczółki rojem wylatują z ula na kwitnące koniczyny; patrz jak wszystko co żyje krząta się, zabiega i życiem cieszy. Słuchaj jak z pola płynie pieśń żniwiarzy, jak ptaszki wesoło śpiewają, jak muszki brzęczą radośnie...
Ty jedna tylko chodzisz zasępiona, bezczynna, ty jedna nie bierzesz udziału w tym ruchu, w tej pracy ochoczej, w tej wesołości powszechnej...
— I cóż ja winna, proszę mamy, kiedy mi się nudzi...
I o to małe słówko: „mnie się nudzi“, rozbijały się wszystkie usiłowania mamy, aby Ewunię rozerwać, aby ją rozruszać i zająć. Ewunia od samego już rana zaczynała ziewać, przy lekcyach to ziewanie wzrastało tak, że była obawa, aby jej się buzia nie rozdarła; obiad nie smakował, zabawki nie nęciły, aż wszystkie te kwasy roztapiały się w mazgajowatym płaczu, który Jaś porównywał do jesiennej, trzy dni trwającej słoty. Napróżno tata zwoził gry i łamigłówki, napróżno ciocia stroiła śliczne laleczki, napróżno dziadzio przysyłał piękne książki z obrazkami, napróżno babunia podarowała naszej panience szkatułkę, w której były włóczki, kanwa, igły i mały srebrny naparstek. Wszystko to leżało zapomniane, nietknięte, pyłem okryte, a Ewunia ziewała a ziewała i wałęsając się z kąta w kąt, jedną tylko na uwagi mamy miała odpowiedź: „Kiedy mnie się nudzi“.
Aż raz przyjechała do rodziców Ewuni stryjenka, która też miała córeczkę Janię, a kiedy się zgadało o tych wiecznych nudach, na które narzekała Ewunia, uśmiechnęła się stryjenka i rzekła:
— Już jabym na te nudy znalazła lekarstwo. Pozwólcie tylko Ewuni, choć na miesiąc pojechać do mnie, a zaręczam, że powróci wyleczona zupełnie.
Spojrzeli po sobie rodzice Ewuni i na próbę taką przystali.
— Ha! — powiedział tata — niech jedzie! Może jej będzie weselej w obcym domu.
— Niech jedzie! — powtórzyła mama, choć jej się serce ścisnęło na myśl, że przez miesiąc nie zobaczy swojej jedynaczki. — Wolę, że będzie daleko, niż mam co dzień patrzeć na jej twarz skrzywioną. Cóż robić!...
Zarumieniła się zrazu Ewunia na te słowa mamy, ale to trwało jednę chwilę zaledwie; wkrótce zaczęła ziewać i krzywić się, jak to było stałym jej zwyczajem.
Nazajutrz stryjenka zabrała ją z sobą. Podróż była długa, trwała dzień cały, a rozespaną dziewczynkę przeniesiono wprost do łóżka z powozu. Jednakże wczesnym rankiem zbudził ją miły i wesoły głosik:
— Wstawaj śpioszku! Już siódma! Szkoda czasu, słońce tak ślicznie świeci!
Ewunia otwarła oczy i zobaczyła panienkę w swoim wieku, świeżutko ubraną, z ślicznie zaczesanemi włoskami i zatkniętą w nich gałązką jaśminu. Twarzyczka panienki kwitnęła zdrowiem, oczy podobne były do zroszonych bławatków; zręczne, żywe ruchy nadawały jej pozór ptaszyny, która tylko na chwilę się zatrzymała, aby poszczebiotać i zaraz odleci.
Była to Jania, jedyna córeczka stryjenki.
Ewunia chciała być uprzejmą i próbowała uśmiechnąć się na powitanie, ale otwarłszy usta, głośno tylko ziewnęła.
— Nie otwieraj tak szeroko buzi! — zawołała śmiejąc się Jania, bo ci w nią wróbel wpadnie. — Zawstydziła się Ewunia i na łóżku siadła. Jania już tymczasem wytrzepała jej pończoszki, już jej podała spódniczkę i szczebiocząc jak jaskółeczka, pomagała się ubierać ociężałej i powolnej dziewczynce.
— Śpiesz się, śpiesz! — mówiła. Pójdziemy zaraz do stołowego pokoju przyrządzić dla mamy i dla nas śniadanie. Ojcu już dawno podałam kawę.
Ewunia szeroko otworzyła wpół zaspane oczy. Jakto? Ona ma przyrządzać śniadanie i sobie i jeszcze komuś? — Wszakże w domu zawsze jej wszystko podawano gotowe, nie wiedziała nawet, jak i zkąd się to bierze, ani kto się tem zajmuje.
— Czy to u was sług niema? — zapytała.
— Owszem — odrzekła żywo Jania — są, ale mają one i bez tego dosyć do roboty: jedna zamiata pokoje, druga oczyszcza potrzebne do obiadu jarzyny, trzecia prasuje dla mamy czepeczki, a każda się śpieszy, bo czas nie stoi, tylko leci.
Zadziwiła się Ewunia, zkąd ta mała dziewczynka wie, co robią służące w domu; ona sama nigdy się o to nie troszczyła. Tymczasem Jania poprowadziła ją do stołowego pokoju, położyła na stole czystą serwetkę i dostawszy z kredensu filiżanki, ustawiła je zręcznie i uważnie, Ewuni zaś podała serwetki, łyżeczki i nożyki, pokazując jak i gdzie położyć je trzeba.
Nasza panienka niebardzo była zachwycona tą nową dla siebie rolą; wcale też nie mogła pojąć, dlaczego Jania śpiewa sobie wesoło, biegając od szafy do stołu i od stołu do szafy: było to przecież takie nudne!
Jednakże przyznać musiała w duszy, iż śniadanie, około przyrządzenia którego samej się krzątać trzeba, inaczej jakoś i znacznie lepiej smakuje. Nie miała wszakże czasu długo nad tem rozmyślać, gdyż Jania sprzątnąwszy ze stołu, dobyła z jego szuflady miękką ściereczkę i rzekła:
— Pójdziemy teraz kurze pościerać. Dobrze? — I nie czekając odpowiedzi wybiegła do pokoju bawialnego, nucąc swoję piosenkę.
Ewunia patrzyła na nią zdumiona:
Czego się ta Jania tak cieszy?
Ziewnęła raz i drugi, przecież poszła także i stanąwszy w progu patrzyła na uwijającą się dziewczynkę, która z wielką wprawą ocierała z kurzu książki, obrazy, lampy, zwierciadła, a robiła to wszystko bez hałasu, bez łoskotu, kręcąc się jak mała myszka w szarej swojej sukience.
— Dawniej, w rannych godzinach miewałam lekcye — odezwała się odwróciwszy główkę do Ewuni, ale teraz wakacye, więc cały dzień mam wolny.
— Piękna mi wolność! — pomyślała sobie Ewunia — nakrywać do śniadania i wycierać kurze! — uśmiechnęła się lekceważąco i wzruszyła ramionami.
Jania nie przerywała swojego zajęcia; od czasu do czasu wytrzepywała ściereczkę przez otwarte okno, przemawiając to do jaskółki, która nad niem gniazdko uwiła, to do Brysia, który w pobliżu drzemał. A w ślad za każdym ruchem małej gosposi, sprzęty których dotknęła, stawały się lśniące, czyste, cały pokój nabierał wdzięku i świeżości.
— Tak! — rzekła wreszcie, rzucając dokoła uważne spojrzenie — teraz weźmiemy książkę i pójdziemy do ogrodu czytać.
Ewuni propozycya ta nie zachwyciła bynajmniej.
— Ee!... — rzekła krzywiąc buzię — książkę?... a jaką?...
— Wybierzesz jaką zechcesz — odpowiedziała Jania uprzejmie i poprowadziła gościa do swego pokoiku. Ewunia była zdziwiona.
Ten pokoik schludny, czysty, zdawał jej się pustym prawie.
Nie było w nim tych gracików, tych fraszek, tych wygódek, które zapełniały bezładnie własny jej kątek i wśród których zazwyczaj stawała ziewając, niezdecydowana czem się zająć, czego się tknąć, co począć z sobą?
Pewna surowość i powaga przeglądała tu ze ścian bielonych i ze skromnych sprzętów. Jedynym zbytkiem tego pokoiku były śliczne kwiaty, hodowane w doniczkach przez Janię. Do nich też najpierwej podbiegła, z wielkiem ożywieniem opowiadając Ewuni o wieku, pochodzeniu, czasie kwitnienia i sposobach pielęgnowania ulubieńców swoich. To im zajęło czasu dość dużo, gdyż Jania wiedziała o swoich roślinkach nietylko to, że rosną, ale znała ich ojczyznę, ich botaniczne nazwy, ich powinowactwa, rodzaje, gatunki; ojciec ją tego uczył, a ona w przedmiocie tym znajdowała wielkie upodobanie. Byłaby jeszcze długo mówiła, gdyby nie to, że mama zawołała ją do siebie.
— Baw się tu, droga Ewuniu, przez chwilkę — ja zaraz powrócę.
— A gdzież są twoje zabawki?
— Moje zabawki? — To wszystko co tu jest! — rzekła z uśmiechem, pokazując rączką półki z książkami i koszyk do szycia. — A przytem jeszcze dom cały, ogród, wieś... — I pobiegła do mamy.
Ewunia patrzyła za nią zdziwiona coraz więcej. Jakto? Jania nazywa zabawką szycie, książki, kręcenie się po domu i hodowanie kwiatów?
Obejrzała się po pokoiku raz i drugi, chcąc odgadnąć, co w tem wszystkiem zabawnego być może, ale nie dojrzała nic zgoła. Sięgnęła po książki. Nie były ani pięknie oprawne, ani nowe, ani przepełnione obrazkami. Wiele z nich służyło tylko do nauki. Jedynym zbytkiem był piękny atlas botaniczny, rozłożony na stoliku pod oknem: tuż przy nim leżał starannie dobierany zielnik roślin swojskich. Z początku Ewunia uśmiechnęła się wzgardliwie, spostrzegłszy w nim zwykłe polne kwiatki i mnóstwo tych pospolitych roślinek, które nazywała zielskiem. Gdy jednak zaczynała się im bliżej przypatrywać, spostrzegła, iż są dziwnie subtelne i wdzięczne, a coraz żywiej zainteresowana odwracała kartkę za kartką.
Wtem drzwi otwarły się zcicha, a na progu stanęły dwie dziewczynki wiejskie. Stanęły i zobaczywszy Ewunię zatrzymały się obie.
— Niema panienki? — zapytała starsza.
— Jest! jest! — zabrzmiał wesoły głosik wracającej Jani. — A dlaczego tak późno?
Dziewczynki witały Janię, uśmiechając się do niej wdzięcznie.
— Tatuś siano grabią — rzekła młodsza i chodziłyśmy pomagać...
Ewunia patrzyła zdziwiona.
— Po co one tu przyszły? — zapytała zcicha Jani.
— To moje uczenniczki! — odrzekła Jania.
— I czegóż ty je uczysz?...
— A, ot!... jedno z drugiem niewiele tego. Szyć je uczę, czytam im, piszą trochę, trochę rachują; czasem opowiadam jakieś zajmujące wydarzenie z przeszłości, czasem śpiewamy razem... No, macie tu Pielgrzyma z Dobromila — rzekła odwracając się do dziewczątek. Ty Kasiu czytaj głośno, a Marynka niech obrąbia chusteczkę. Tylko pięknie, czysto, równo! A co przeczytasz, to mi opowiesz później.
I uśmiechnięta mile usadowiła dziewczynki na niskich stołeczkach, dawszy im do rąk książkę i robótkę.
— Siedźcież tu i pracujcie pilnie! Jedna drugą niech przestrzega, bo ja dziś mam gościa.
I ujęła Ewunię pod rękę.
— Pójdziemy do mleczarni — rzekła — gdyż mama zajęta i trzeba mi ją wyręczyć.
— Do mleczarni? — powtórzyła Ewunia — po co do mleczarni?
— Trzeba odważyć i zapakować masło — rzekła Jania i pociągnęła za rękę Ewunię.
Ewuni coraz się to wydawało dziwniejszem; chodzenie do mleczarni uważała za coś bardzo pospolitego i zgoła niewłaściwego. Z pogardliwą tedy minką szła za Janią, zdala, niepewna czy jej towarzyszyć ma, ale ciekawość bądźcobądź przemogła i wkrótce obie panienki znalazły się w sklepionej chłodnej izbie, gdzie na ławach i na ziemi ustawione były płaskie donice z mlekiem. W pośrodku długi stół zastawiony był blaszanemi formami, w które Maciejowa nakładała śliczne, świeże masło. Jania natychmiast zaczęła jej pomagać; cegiełki masła dobyte z form zawijała w papier, ważyła je; szło to tak szybko, że Ewunia napatrzeć się nie mogła na zręczny ruch tych małych rączek, i sama nawet śmiejąc się, zawinęła parę cegiełek, które powieźć miano do miasta.
— Idźże teraz umyj rączki — rzekła Jania — bo zaraz będzie obiad, a ja natychmiast przybiegnę.
— A gdzież idziesz? — zapytała Ewunia, która w jej towarzystwie bardzo smakować zaczęła.
— Natychmiast wrócę! — zawołała Jania z uśmiechem i znikła w cieniu rozłożystych lip, które tworzyły wspaniały szpaler wiodący do ogrodu.
Zaledwie wszakże zadzwoniono na obiad, zjawiła się, niosąc sporą wiązankę kwiatów i zieleni.
Część większą włożyła w duży wazon i ustawiła w pośrodku nakrytego stołu, a mniejszą umieściła w pięknym dzbanuszku przed talerzem Ewuni.
— To dla domowych — mówiła przytem wesoło — a to dla gościa. — I uściskała serdecznie Ewunię, która nie mogła wyjść ze zdziwienia nad ożywieniem, pogodą, i uprzejmością tej rówieśnicy swojej.
— To po te kwiaty chodziłaś? — zapytała Ewunia.
— Nietylko po kwiaty. Chodziłam także zobaczyć robotę i wysłuchać opowiadania moich uczenniczek. One też pomogły mi zrobić ten bukiet.
Obiad przeszedł bardzo wesoło. Jania od czasu do czasu wstawała, aby wyręczyć mamę. Podała ojcu ulubioną szklankę, przyniosła mu do wody wybornego soku, o Ewuni też pamiętała bardzo gościnnie, sama pomagając Marysi, pokojowej, zamieniać nakrycia. Zauważyła Ewunia, że Jania zostawia na swoim talerzu to nieco rosołu, to mięsa kawałek, i że to na uboczu umieszcza.
— To dla starego Piotra — rzekła Jania spostrzegłszy spojrzenie Ewuni. — Zaniesiemy mu to razem, jeśli zechcesz.
Co prawda, to Ewunia wielkiej ochoty nie miała; ale w oczach Jani tyle było zachęty, iż przezwyciężyła swoje lenistwo i poszła.
Chata Piotra stała na samym końcu wioski. Zanim tam doszły, Jania wskazywała Ewuni domostwa około których przechodziły, wymieniała nazwiska zamieszkałych je rodzin i imiona dzieci, wiek ich i liczbę.
Ewunia znowu zaczęła się dziwić.
— Jakim sposobem możesz o tem wiedzieć? — pytała.
— Jakim? — powtórzyła ze śmiechem Jania — ależ bardzo prostym! Przecież są to oddawna nasi zwykli sąsiedzi, a że są biedniejsi, więc potrzebują często naszej pomocy. To oni przychodzą do domu, to ja z mamą lub z ojcem przychodzę do nich, i tak poznaliśmy się wzajemnie. Jakby na potwierdzenie słów Jani, idące drogą dzieci uśmiechały się do niej: chłopcy zdejmowali kapelusze, dziewczęta przesuwały się nieśmiało, a zdaleka słychać już było głosy: — Nasza panienka! Nasza panienka!
Zamyśliła się Ewunia. I ona mieszkała na wsi, i ona z okna swojego widziała dwa rzędy wiejskich strzech słomianych; ale nie znała ludzi, którzy pod temi strzechami pracowali i żyli, ale nigdy nie przyszło jej na myśl, że ludziom tym mogłaby przynieść jakąś pomoc, a przynajmniej życzliwe chęci. Obca im była i oni jej byli obcymi. Kiedy przechodziła drogą, nikt jej nie witał, nikt nie wybiegał z progów chat na jej spotkanie, i ona też tyle tylko wiedziała, że ci ludzie uznojeni i licho odziani — to są chłopi, z którymi panienka ze dworu nie ma nic wspólnego.
Tymczasem Jania weszła do chaty starego Piotra. Było to nędzne, niskie domostwo, w którem znać było wielką biedę. W małej izdebce, do której z Janią weszła, przez drzwi dolatywała woń lata i wchodził promień złotego słońca. Na tapczanie siedział siwy wieśniak i wiązał sieć drżącemi palcami. Zobaczywszy Janię, wypuścił sieć i obie ręce wzniósł ku wchodzącej.
— A mój kwiatuszku! A moje słoneczko! — wyrzekł cichym, trzęsącym się głosem. — Nie zapomniałaś o mnie, gołąbku! Nawiedziłaś sierotę!
— Witajcie! witajcie! — mówiła tymczasem Jania rozczulonym głosem. Jak się miewacie? Czy lepiej? Czy nie boli już noga? — Oto tu jest trochę rosołu i kawałek mięsa, oto chleb, — dodała, wyjmując z koszyka przyniesiony kalece posiłek. — Pożywajcie z Bogiem!
Stary Piotr dziękował i posilał się zarazem.
— O moja panienko! O dziecko moje! — mówił przerywanym głosem — niech ci Bóg da zdrowie... nagrodzi... Żebyś urosła, jak ten kwiateczek różany, jak ta topolka... Żebyś była szczęśliwa!...
Nie chciała Jania słuchać tych pochwał i życzeń, ale zarumieniona pociągnęła Ewunię do progu.
— Przyjdę znów jutro — rzekła. — Zostańcie z Bogiem!
Stary kaleka złożył ręce i modlił się zcicha. Ewunia wyszła silnie wzruszona. Kiedy wróciły do domu, Jania rzekła:
— Jeżeli masz ochotę, Ewuniu, czytaj mi głośno, a ja będę sobie cerować pończoszki.
— Jak to? — zapytała zdumiona Ewunia. — To ty sama cerujesz pończoszki?
— Ej!... Nie muszę! Cóż znowu! Ale widzisz, ja uważam, że wszystko co potrafię zrobić, zrobić powinnam. Zresztą — sama podarłam pończoszki, jest to więc rzeczą słuszną, abym je sama cerowała. A potem, żebyś wiedziała, ile nasza Anusia ma i bez tego roboty! A już na oczy raz poraz zapada, tyle lat prasuje i nad igłą ślęczy...
Mówiąc to, dobyła Jania ładny koszyczek z przyborami do szycia, w którym też były świeżo z prania przyniesione pończoszki.
Ewunia chcąc nie chcąc sięgnęła po książkę.
— To znam! — mówiła odkładając jednę. — To znam także. I to, i to.
Jania śmiać się zaczęła.
— Ależ moja miła! — Dobrą książkę można czytać parę razy z przyjemnością: Ojciec powiada, że dobra książka jest jak przyjaciel, z którym się chętnie gawędzi...
— I to znam także! — mówiła Ewunia, biorąc ostatnią z książek leżących na najwyższej półce.
— Pozwól tylko! — rzekła Jania, to sama wybiorę, i wzięła dość grubą książkę.
— Cóż to? — zadziwiła się Ewunia — przecież to książka do nauki... Patrz!... „Wypisy“! Jakież to nudne!
— Ale gdzież tam nudne! — Widzisz, spójrz tylko! — Patrz, co tu wierszy różnych, co opisów, opowiadań...
— Kiedy ja już to znam!
— Spróbujmy tylko, poszukajmy. Ot to naprzykład: „Wydra króla Jana“, śliczne opowiadanie! Czytałam już to kilka razy i zawsze się ubawiłam.
— Tego nie znam...
— No, a widzisz. — To tylko się tak zdaje, że już cię w znanej książce nic nie zajmie; tymczasem zawsze się jeszcze coś ciekawego znajdzie... Czytajmy tedy.
Ewunia ziewnęła raz i drugi raz ukradkiem. Poobiednie godziny były uprzywilejowaną porą jej ziewania. Zaczęła wszakże czytać, a lubo miała wielką ochotę zawołać, że ją to nudzi, wytrwała przecież aż do końca kartki. Druga kartka poszła już lepiej; trzecią była tak zajęta, że nie spostrzegła, iż Jania złożyła ukończoną robotę i słuchała, przekładając zielnik swój bibułą.
Naraz dał się słyszeć głos mamy, Jania wybiegła, a Ewunia sama już dla siebie doczytała opowiadania do końca.
— Ciesz się, ciesz, Ewuniu! — wołała tymczasem wracająca od mamy Jania. — Powieziemy podwieczorek kosiarzom i ojcu, bo i ojciec w polu... Bierz prędko kapelusz i schodź tu do nas na dół!
Kiedy Ewunia zeszła, pakowała Marysia na bryczkę duży kosz z chlebem, serem i sporą beczułką kwaszonych ogórków. Jania trzymała okryty serwetą koszyczek z podwieczorkiem dla ojca.
Krótką jazdę w pole do kosiarzy urozmaicał dobry humor i wesołość Jani, która okazała wiele wiadomości gospodarskich, praktycznych.
Wiecznie nudząca się Ewunia nie umiała rozróżnić pszenicy od jęczmienia, prosa od lnu, tatarki od koniczyny; z podziwieniem słuchała Jani tak swobodnie o nich mówiącej, jak o najlepszych swoich znajomych.
A nietylko nie obce jej były rodzaje zbóż i traw; umiała także nazwać każdego ptaszka, każdego motyla ulatującego w cichem, przejrzystem powietrzu.
Po raz pierwszy Ewunia zaczęła pojmować, że w polu i na łące można się nie nudzić. A dopieroż kiedy bryczka wjechała do lasu, kiedy Jania zaczęła pokazywać swojej towarzyszce to sosny, to brzozy, to graby, to dęby i jarząbki, i mówić to o zajączkach i wiewiórkach, to o stukającym w oddali dzięciole, to o przeróżnych jagodach... — Cały las zdawał się nabierać życia, ruchu, wymowy, a to, co dawniej było dla Ewuni tylko ciemną, zbitą gęstwą, teraz występowało przed nią z niezmierną wyrazistością barwy, rysunku, obyczaju i życia.
Ani się spostrzegła, gdy tuż za lasem rozwinęła się szmaragdowa łąka, na której kilkunastu kosiarzy siekło wysoką, pięknie wyrosłą trawę. Zobaczywszy panienki i przywieziony przez nie podwieczorek, żeńcy zaśpiewali śliczną pieśń, którą echo daleko roznosi. Jania tymczasem krzątała się wraz z Marysią, rozdając chleb i ser robotnikom, a jednocześnie nucąc pieśń przez nich tylko co śpiewaną.
Nisko już było słońce, kiedy panienki wróciły do domu, a Ewuni zdawało się, że teraz właściwie ogarnie ją zwykła nuda. Już nawet otworzyła buzię do ziewnięcia, kiedy Jania przebiegając przez ganek z blaszaną koneweczką w ręku, zawołała wesołym swoim głosikiem.
— Prędko, prędko pomóż mi podlać róże przed oknami — parę dni deszczu nie było, a słońce nie na żarty przygrzewało dzisiaj. — I pociągnęła Ewunię za sobą.
— Alboż nie macie ogrodnika? — pytała Ewunia po drodze.
— Owszem, mamy; ale ogrodnik ma dużo zajęcia z samym ogrodem, bo lato suche; ja zatem wzięłam pod swoją opiekę róże, tembardziej, że są to ulubione kwiaty mamy. Byłoby mi bardzo przykro, gdyby z powodu mego niedbalstwa powiędły.
Tak rozmawiając, napełniała Jania koneweczkę wodą, czerpaną z niewielkiego stawu, a Ewuni zajęcie to wydało się tak miłem, iż wyszukawszy sobie drugą koneweczkę, na wyścigi z Janią polewała prześlicznie rozkwitłe róże.
Tymczasem, wracające ze stadkami gęsi dzieci wiejskie zgromadziły się około przydrożnego krzyża, tuż za dworskim ogrodem. Zobaczywszy to Jania, uśmiechnęła się i rzekła: — A oto moi śpiewacy!...
I podeszła ku gromadce dzieci, które ją powitały serdecznie.
Ewunia stojąc wśród klombu róż, patrzyła na nią zdala. Widziała jak Jania głaskała po główkach najmłodsze z dzieci, jak z miłym uśmiechem rozmawiała ze starszemi, jak wreszcie klęknęła pod krzyżem, a za nią cała gromadka. W tejże chwili Jania czystym, dźwięcznym głosikiem zaczęła śpiewać pieśń Karpińskiego: „Wszystkie nasze dzienne sprawy“, a za nią razem małe dziewczynki.
Ewunia była silnie wzruszona. W jej myśli przesuło się jej dotychczasowe życie próżniacze i bezużyteczne, w którem każdy dzień ciężarem był dla niej. Przypomniała sobie te przeziewane godziny, z któremi nie wiedziała co robić, tę pustkę, jaką czuła wśród najwykwintniejszych zabawek, tę przykrość wreszcie, jaką sprawiała rodzicom usposobieniem swojem. Jakież to ona „dzienne sprawy“ mogła ofiarować Bogu przy końcu tych dni i tych godzin przeziewanych próżniaczo, w których nikomu nic ulżyła w pracy, nie pomogła w strapieniu, nie przyniosła żadnej osłody, nauki, pociechy.
Spuściła główkę na piersi, a dwie jasne łezki spadły na jej zarumienioną wewnętrznym wstydem twarzyczkę. Była to chwila zwycięstwa nad samą sobą, chwila dobrych postanowień, chwila rozbudzenia się do nowego życia.


∗             ∗

Kiedy po miesiącu powróciła Ewunia do domu rodziców, ojciec i mama nacieszyć się nią nie mogli. Wesoła, czynna, uprzejma, przez cały dzień zajęta to nauką, to ręczną pracą, umiała ona skorzystać z każdej chwili, aby zrobić coś pożytecznego.
Miejsce kosztownych zabawek zajęła igiełka, książka, śpiewanie i rozmowa z małemi dziatkami we wsi, poznanie się z gospodarstwem domowem, wyręczanie mamy.
— Nie pojmuję, jak ja się mogłam kiedyś nudzić — mówiła do mnie kiedyś Ewunia z miłym uśmiechem, — kiedy tyle jest do roboty w domu i na świecie.
— Chciałabym, żeby dzień był choć o parę godzin dłuższy — mówiła innym razem, podnosząc wzrok na zachodzące słońce.
O ziewaniu nie było i mowy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.