Nowy Abraham

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

NOWY ABRAHAM.


Z jednego strumienia szesnaście nowel-C.jpg

Chaim Szostak był krawcem damskim i życie całe poświęcił na przyozdabianie pięknych i mniej pięknych pań swego rodzinnego miasta. Poświęcił! Szczytne to słowo, bez nadużycia jego doniosłości, literalnie zastosowane być może do wielu lat jego mozolnego żywota. Od najwcześniejszej młodości do dni ostatnich, które mu już mocno ubieliły głowę, wszystkie dni, a często noce, oddawał najsumienniej upiększaniu swoich współobywatelek. Przez długoletnią praktykę doszedł był nawet do takiej wprawy, że wszystkie ubierające się u niego panie wypuszczał z rąk swoich na jeden typ umodelowane; zdawaćby się mogło, że w jego pojęciach tkwił jeden jedyny ideał piękna, niezmienny i nieśmiertelny, który on przystosowywać lubił do każdej postaci i każdego wieku, każdego wzrostu i każdej objętości. Klientki jego również przywykły do niewzruszoności owego typu i podobno żaden krój inny nie mógłby im przypaść do smaku. Chociaż obstalunki, wychodzące z rąk Chaima, nie były przyjęte i ocenione, jak on się tego spodziewał, chociaż wszystkie panie, powierzające mu materyał i rachujące na terminowe wykończenie, również otrzymywały nie to i nie tak, jak się tego spodziewały, skąd wynikały różne turbacye i mniej lub więcej ożywione rozprawy, — mimo to wszystko panie trzymały się zawsze swego krawca, a krawiec ów swoich pań. Interes między nimi zagajał się przyjemnie, niemal wesoło: panie były ożywione nadzieją nowego przyodziewku, podniecone rozbudzoną w dziedzinie form i kolorów wyobraźnią — krawiec również ożywiony był i podniecony nadzieją zarobku oraz usiłowaniem wpadnięcia na tor niedość sformułowanych zachceń klientki. Nie brakło tu kombinacyj wszelkich, obrachowań i obietnic, nie brakło żartów nawet i dobrego humoru. Niestety, przyszłość nie odpowiadała nigdy tak pięknie zarysowanemu początkowi. Mija dzień jeden, drugi, tydzień dobiega końca; Chaim siedzi od rana do nocy, kraje, przymierza, przerabia i przypomina sobie wszystkie zalecenia — jedne przypomni, drugich nie pamięta — dobywa sił wszelkich, aby uniknąć zastrzeżonych, zwykłych swych omyłek, a nie przeczuwa, że palce jego i igła zawsze starej trzymają się drogi, nożyce przy ostatecznem wygładzaniu fasonów zawsze na stary tor schodzą. Dziwnym też jakimś sposobem mimo rzetelnego pośpiechu i gorliwego przysiadywania fałdów, robota przeciąga się zawsze daleko poza termin. Upływa dzień oznaczony; Chaim otrzymuje pierwsze zawezwanie, potem drugie i trzecie; w pośpiechu plączą się nici, zszywają niewłaściwe kawałki, trzeba pruć i przerabiać na nowo; a tu na dobitek jego Małka traci resztki krótkiej swej cierpliwości i poczyna wyrzekać, że doczekać się nie może spodziewanych pieniędzy, a siedmioro małych Chaimków i Małek dopomina się coraz natarczywiej przyobiecanych przysmaków. Wśród tego wszystkiego Chaim znajduje jednak dość siły ducha, aby krzepić się i pocieszać myślą, że gdy ostatecznie wszystko zostanie posklejane i przypasowane, suknia, ten owoc tylu dni gorzkich, przejdzie wykończeniem wszystkie dotychczasowe jego roboty i niezawodnie podkopie kredyt nienawistnego Josielka z Wołowskiej ulicy, a nawę jego rodziny popchnie na lepsze, spokojniejsze fale, gdzie widmo nędzy tak często grozić jej nie będzie.
Właśnie widzimy go w jednej z owych chwil pełnych niepokoju, oraz spodziewanego tryumfu. Nizko pochylony nad robotą, pod słabe światło lampki, szyje pilnie, aby dziś jeszcze wykończyć. Wydaje się całkiem skupiony w sobie i nic nie znamionuje nurtujących go niepokojów. Wysoka, chuda jego postać zawsze ma te same powolne, nacechowane godnością ruchy i twarz mizerna, o pięknej, na piersi spływającej brodzie, posiada swykły swój wyraz zmęczenia i poważnej zadumy. Pogrążony w swych myślach nie bardzo uważa, że mały Mendelek z mniejszą jeszcze Ryfką wiodą za jego plecami zażarty spór o część przykrojonego rękawa, zarówno ich oboje zachwyca ten szmatek barwnej materyi i zarówno oboje usiłują stać się jej posiadaczami. Nie uważa również, że zakopcona lampka cienką strugą czarnego dymu wystrzela ku poczerniałym a nawisłym belkom pułapu; nie uważa jak dym ten osiada mu na policzkach, na oczach, płucach — na oczach i płucach ośmiorga jego bachorów. Nie zważa, a może wysila się nie zważać, jak mu coś świdruje między łopatkami, jak zgięta od piętnastu godzin kość pacierzowa woła wszystkiemi siłami: wyprostuj mnie, bo nie wytrzymam! — jak go coś ssie w piersiach bardzo dokuczliwie, a między robotą i wpatrzonym w nią wzrokiem staje od czasu do czasu widmo kawałka śledzia z okruszyną chociażby chleba.
Ale te myśli natrętne Chaim bardzo energicznie odpędza od siebie; pojutrze szabas, podje sobie dobrze, choćby całą połowę śledzia — a teraz spieszyć trzeba, bo pani aptekarzowa trzy razy dziś już przysyłała i koniecznie przed dziewiątą wykończyć kazała. A z poczuciem akuratności łączy się tym razem wzgląd o wiele donioślejszej natury.
— Nu, Chaim, czy ty aby dziś skończysz? — od czasu do czasu odzywa się Małka.
I co tu pytać? Jeśli nie skończy, jutro zapalić nawet nie będzie czem w piecu, ani za co kupić nafty, aby szyć dalej. Toć wszystkie Małki jego, Ryfki i Mendelki głodne będą piszczeć dzień cały — a serce strasznie boli, gdy dziecko tak kwili, toż blade będą, aż przeźroczyste, a malutki Josielek do reszty nie podźwignie swoich nóżek krzywych. On to wie wszystko i ręce mu się trzęsą, tak spieszy; po co go jeszcze pędzić!
— Małke — mówi do żony, nie podnosząc głowy — zawołaj Lejzorka, niech on pomoże troszkę.
Małka podnosi kudłatą swą głowę z nad balii, w której coś pierze i błyska ku niemu płonącemi oczyma.
— Waryat jesteś! — wybucha — albo to Lejzorek nie szył od rana; albo to przez trzy dni ostatnie nie siedział na tym stołku, jak przykuty? Trzeba mieć litość nad dzieckiem, toż się rozchoruje nakoniec, i tak kaszlał dziś bardziej. Ani myślę go wołać, niech sobie pośpi trochę.
— Aj, ta Małke, jak ona boleśnie umie mówić!
Jemuż to wspominać o litości, ojcu nad własnem dzieckiem! Niby to on nie widzi, jak ten cienki, wysmukły chłopak w swem obcisłem i długiem ubraniu wygląda niby pochylone źdźbło suchego siana? Alboż to on nie wie, skąd taka papierowa barwa jego twarzy i taki apatyczno-smutny wyraz jego oczu? I Chaim był kiedyś młodym; wie, że jeśli teraz ciężko jest siedzieć nad igłą po piętnaście godzin na dobę, to gdy się widziało inne dzieci biegające swobodnie, gdy młode mięśnie na gwałt domagały się ruchu i młoda pierś świeżego powietrza, wtedy — wtedy owe 15 godzin były jeszcze cięższe. Chaim dobrze to pamięta; ale również pamięta, że robotę na dziewiątą skończyć musi, a bez pomocy syna nie dokaże tego.
— Małke — zawołał niepewnym głosem.
— Wue? — odzywa się z nad balii Małka.
Chaim milczy chwilę, jakby słowa nie chciały mu przejść przez gardło; aż ona powtarza raz jeszcze pytanie.
— Zbudź Lejzorka — mówi nieśmiało Chaim.
— Rozbójnik! — zakrzyknęła małżonka — on dziecko chce zabić, na śmierć chce je zabić!
— Oj, Małke, jakie ty straszne słowo powiedziała — poruszył się jak igłą ukłuty Chaim. — Na co takie straszne słowa gadać? A co będzie, jak nie obudzisz Lejzorka? Jak nie obudzisz jego, to on nie wstanie i nie siądzie mnie pomagać, a jak on nie będzie mnie pomagać, to ja roboty nie skończę.
— A to już nie kończ lepiej!
Chaima znowu igła jakaś ukłuła.
— Aj, aj, co ty dziś gadasz, Małke! Jak zaraz nie skończę, to aptekarzowa spać pójdzie.
— To niech sobie idzie.
— A kto mnie zapłaci, jak ona spać pójdzie? Aj, Małke, ty zupełnie źle dziś gadasz. Skąd my jutro weźmiemy drzewa, kartofli, chleba, jeśli ona spać pójdzie i nie zapłaci mnie? A jak dziś nie zapłaci, to może i jutro nie zechce, jak tamta z Juwolskiej ulicy, co to kazała Bóg wie ile czekać za to, że niby jakiś głupi tydzień robota przeleżała u mnie.
Smutny, monotonny ton tej przemowy wywarł na Małkę pewne wrażenie. Otarła mokre, czerwone swe ręce, bujne kędziory nawisłych włosów wsunęła pod rozluźnioną chustkę i ciężko wzdychając, zbliżyła się do pieca.
W tej małej, suterynowej izbie o dwóch oknach i nizkim, pełnym pajęczyn suficie, piec zajmował poczesne miejsce i majestatycznie wysuwał się na środek. Między jego tylną ścianą a ścianą mieszkania znajdował się wązki i ciemny zaułek, przybytek wszystkich tych wstrętów, jakie dają na współkę nędza, ciasnota i brak czystości. Tam to na kupie jakichś niewyraźnych łachmanów leżał trzynastoletni wyrostek, owe źdźbło suchego siana, współżywiciel rodziny, Lejzorek. W mroku, na ciemnem tle szmat, odbijała niewyraźnie twarz jego blada i pociągła; rzekłbyś, sylwetka przeświecającego przez mgły nowiu.
Matka zatrzymała się nad nim chwilę, schylona, żałując go rozbudzić; wreszcie zawołała nań zcicha. Na szept ten chłopak otworzył wielkie, zdziwione oczy i podniósł się tak prędko rzeźko, jakby wcale nie spał.
— Idź, ojciec woła — dodała matka.
Narzucił na siebie długi surdut, który mu w nocy służył za kołdrę i po chwili siedział już przy ojcu, powoli a nieprzerwanie wyciągając swą długę nitkę, jakby od rana siedział tak, nie wstając.
Chaim wydawał mu rozporządzenia, starając się jednak na niego nie spojrzeć.
Powoli gwar dzienny w izbie ucichał. Dzieci, jedno po drugiem, zostawały zanoszone za piec, na łóżko, na podłogę, każde na swoje posłanie. Zamiast płaczu, wykrzyków i tupania czternastu nóg, zewsząd rozlegały się teraz oddechy śpiących, przerywane niekiedy cichem, półsennem łkaniem. Najtrudniej było ułożyć Ryfkę. Z wielkim wysiłkiem zdobyta od brata część ponsowego rękawa taką napełniała ją dumą i zachwytem, że zarówno o spoczynku, jak o zwróceniu zdobyczy mówić sobie nie dała. Rękami przyciskała szmatkę do pół-obnażonej, żółtawej piersi i energicznym lamentem protestowała przeciw wszelkim próbom matczynym odprowadzenia jej do łóżka. Matka zrazu krzyczała, niemniej jak ona, próbowała nawet przemocy, ale gdy i to nie pomogło, a zwinne ciało dziecka jak węgorz wiło się w jej rękach, zostawiła je w spokoju i wpadłszy w nagłą czułość, w namiętnych uściskach formalnie dusić je zaczęła. Poczem zwróciła się do męża i w żywych słowach opowiadała, co to jest za rozumne dziecko, najrozumniejsze ze wszystkich ich dzieci, najrozumniejsze na całej kuli ziemskiej. Mówiła tak spiesznie, dużo i długo, że słowa zlewały się w jedną bez końca i początku kaskadę, w której tylko intonacya głosu wznosiła się i opadała. Dziecko tymczasem zbliżyło się do ojca, wsparło się o jego kolano i podniósłszy do góry kudłatą, całą w kasztanowatych pierścionkach głowę, pojętne oczy wlepiało w twarz matki. Chaim słuchał opowiadania żony i czuł na swem kolanie miękkie dotknięcie dziecinnego ciała. Twarz jego rozpogodziła się, usta przybrały wyraz błogiego uśmiechu. Oderwał oczy od roboty i spojrzał na dziecko. Ono, przechyliwszy główkę, podniosło na niego szafirowe, w świetle lampy jak brylanty błyszczące źrenice. Patrzyła na ojca badawczo, a cała jej postać śmiała i świadoma swych zachceń zdawała się mówić: nie oddam! Tu już Chaim nie mogł wytrzymać; ręka jego utonęła w bujnych kędziorach dziewczynki, schylił się i pocałował rumiany jej policzek.
— Nu, bierz ty jego sobie, już ja tobie odbierać jego nie będę.
Odnosiło się to do owego skrawka materyi, który dziecko ciągle do piersi tuliło. Tego tylko trzeba jej było. Zawróciła się i klepiąc głośno bosemi nogami po zabłoconej podłodze, pobiegła ze swym skarbem ukryć się za piecem.
Małka tymczasem przysiadła się do męża i poczęła przerzucać kawałki i skrawki wykończającej się roboty.
— Chaim — ozwała się przeciągle.
— Nu?
— A czy tu z tego wszystkiego nie będzie spódniczki dla Ryfki?
Potrząsł głową przecząco.
— Chaim — ozwała się znowu po chwili — a jakby jej z tych oto małych skrawków uszyć sukienkę, to byłaby fejne — ustami cmoknęła i głowę na bok przychyliła.
— Nie można — powoli odpowiedział Chaim.
— Ćć! — cmoknęła znowu Małka — co by to była za suknia, co za rarytna sukienka! Na szabas w niej iść można, choćby na sam środek bulwaru! Jaka Ryfka byłaby w niej ładna, jak cukier!
Chaim już milczał.
— Ja dużo nie wezmę: ot te dwa skrawki; czy to jej wiele potrzeba? Okruszynka ta złota! Jeszcze te, widzisz! A ten, co ona sama wzięła — och, jakie to rozumne dziecko! — i wszystko będzie. Tobie już to przecie niepotrzebne. Nu, Chaim, ja biorę?
— Tamta krzyczeć będzie — półgłosem odzywa się Chaim.
— Co to krzyczeć! Czego krzyczeć! — wybuchła nagle Małka, błyskając oczami. Na co to jej? Czy drugą suknię z tego uszyje? Może handlować tem będzie? Czy to ona nie pani, czy to u niej nie będzie leżeć bez żadnego użytku i dwa, i cztery, i dziesięć lat! Pewno, niech leży, niech gnije, a biedna Ryfka nago chodzić będzie, taka śliczna, taka rozumna!
Desperacki lament brzmiał w tym wykrzykniku i wysokimi tonami rozlegał się po izbie. Chaim milczał już i szył pilnie, jakby niemy i głuchy; usta tylko ułożyły mu się w taki wyraz, jakby żuł wielką jakąś gorycz.
Małka, wykrzyczawszy się, spojrzała z pod oka na męża, pozbierała wybrane skrawki, zwinęła je i wziąwszy z sobą, cofnęła się w głąb izby.
Przez chwil kilka panowała cisza, w której tylko plusk wody w balii i turkot rozklekotanej maszyny słyszeć się dawał.
Ciszę tę przerwał naraz głos Lejzora.
— Tate, ja już skończył — ozwał się głos powoli i z cicha.
— Daj — odrzekł ojciec, nie podnosząc oczu.
Odkąd Lejzor zasiadł przy jego boku, Chaim unikał w tamtą stronę spojrzenia. Chłopak podał robotę i w oczekiwaniu dalszych rozporządzeń pozwolił sobie wyprostować się. Zdawało się, że urósł niespodzianie, tak sucha ta postać umiała kurczyć się nad robotą. Sucha bo też była! Istne źdźbło siana. Dziwić się należało, gdzie tam w takiej nędznej klatce piersiowej pomieścić się miały wszystkie organy. Odgiął się w tył, odrzucił wystające ostro ramiona, i nagle jęknął głucho; jak rozpalonem żelazem przeszył go ból. Obie ręce podniósł do piersi i śpiesznie skulił się znowu. Ojciec i teraz nie zwrócił nań oczu, igła tylko żywiej zamigotała mu w palcach. Po chwili podał synowi przygotowaną robotę; Lejzor wziął ją w milczeniu, pochylił się i zaczął wyciągać wysoko ponad głowę, długą jak lejc, nitkę.
Cisza znowu zapanowała w izbie. Lampka kopciła, dopalając się ostatkami nafty, powietrze stawało się duszne, mrok coraz gęstszy nastawał. Ręka Chaima przechodziła w ruch coraz szybszy, ceglasty rumieniec zaczął przebijać przez ciemną skórę jego chudych policzków.
— Czy zaraz? — pyta od czasu do czasu Lejzora.
— Zaraz — odpowiadał chłopak przeciągle i cicho. I jakby naprzekór tym słowom stawał się coraz powolniejszy; igła nieznacznie zmieniała tempo swych poruszeń — zdawało się, że palce mu zastygają. W mdłem świetle dogasającego płomyka twarz jego przybierała znów wygląd księżyca, a z pod spuszczonej powieki patrzyły oczy duże, smutne, omdlałe.
— Czy zaraz? — pyta znów Chaim.
Lejzor usta otwiera, lecz zamiast zwykłego »zaraz« — wychodzi z nich parę krótkich, głębokich kaszlnięć.
Chaim niżej opuścił głowę.
Niema już teraz pytań, ani odpowiedzi; cisza, a w niej od czasu do czasu krótkie, głuche kaszlnięcia.
Nakoniec! Chaim podnosi się ze stołka tak szybko, jakby nigdy nie miał swoich ruchów powolnych. W wielką płachtę składa ukończoną robotę, wciąga na siebie watowane palto, starą czapkę wciska na wierzch jarmułki i jest już gotów do wyjścia.
Lejzorek zawsze towarzyszy ojcu; Chaim wprawdzie nie daje mu nieść ciężkiego nieraz zawiniątka, ale dzwoniąc u drzwi, wchodząc na schody, Lejzor weźmie je od ojca — nie wypada bowiem, aby krawiec sam odnosił robotę, a przytem i chłopcu kapnąć coś może za fatygę.
Idą szybko słabo oświetlonemi ulicami miasteczka. Śnieg skrzypi pod nogami, mróz tęgi ciśnie; dachy i ulice iskrzą się od brylantów śniegowych. A nad nimi, ponad szeregami domów, zagłębiają się nieskończoności szafirów, pełne drżących, dużych gwiazd złotych. Chaim gwiazd nie widzi i chłodu nie czuje; on ma w sobie jedną myśl tylko: przybyć w porę. Natomiast oczy jego chłopca podnoszą się do góry, błądzą od gwiazdy do gwiazdy i wyryty w nich wyraz apatyi powoli zmienia się w głęboką zadumę.
Nareszcie w jakiejś uliczce zatrzymali się u bramy. Chaim ostrożnie furtkę otwiera, aby, Broń Boże, nie zbudzić psa, który zawsze czuje szczególniejszy apetyt do długich pół jego kapoty. Szybko, chyłkiem, jakby przychodzili w najgorszych zamiarach, skradają się wzdłuż płotu i dopadają wreszcie drzwi małej sionki kuchennej. W sam raz, bo oto z za węgła słyszeć się daje jedno, drugie szczeknięcie tak basowe, że nie widząc, odgadnąć można, co to za olbrzymi potwór być musi. Chaim zrazu cicho, potem coraz natarczywiej dobija się do drzwi, ale i szczekanie staje się coraz groźniejsze, a wreszcie z za domu wysuwa się olbrzymia, kudłata głowa potwora.
— Tate — odzywa się Lejzor, szeroko otwierając przerażone oczy — czemu ty od ulicy nie zadzwonił?
— Aj, Lejzorke, czy ty nie wiesz, że panowie się gniewają, kiedy im żydzi od ulicy dzwonią? Aj, aj, jaki u niego głos gruby! Milor, Milor, panie Milorka, to ja, pański przyjaciel!
Ale uprzejmy, błagający niemal ton głosu irytuje coraz bardziej potwora. Przystępuje tak blisko, że wyraźnie można widzieć jego białe, potężne zęby i groźnie zjeżoną sierść na karku. Szczekanie przechodzi w ujadanie, i to właśnie ratuje wylękłych do ostatka żydów. Z głośnem skrzypnięciem otwierają się drzwi od kuchni i Chaim, pchnąwszy przed sobą syna, wpada za zbawczy próg.
— Że też przyszliście nakoniec! — zawołała kucharka — szczęście wasze, bo pani okrutnie jest zła. Nogi wytrzeć! Dopiero co uprzątnęłam, jeszcze brakowało, aby mi żydy wszystko błockiem zanieśli!
— Nu, niema o co się gniewać — łagodnie odzywa się Chaim, myśląc sobie, że w porównaniu z gniewem brytana ten jeszcze jest bardzo znośny; lecz jednocześnie uczuwa pewien niepokój w przewidywaniu trzeciej, bodaj z tych wszystkich najgroźniejszej, burzy. Jakoż nie myli się. Zaledwie zamknęły się drzwi za kucharką, zaledwie mieli dość czasu, aby otrzeć nogi ze śniegu, gdy na progu stanęła pani aptekarzowa. Jedno na nią spojrzenie dało znać Chaimowi o groźnym tej niewiasty nastroju.
— Myślałam, że chyba nigdy nie zjawicie się. Skaranie boskie z takimi krawcami! Mało to dnia było? Trzeba koniecznie doczekać się nocy, aby ludziom spokoju nie dawać.
— Dużo było roboty — wtrącił półgłosem Chaim.
— Dużo roboty! słyszeliście go? A nie trzymaliście to jej blizko miesiąc? Partactwo a nie robota. Zobaczymy jeszcze, czy to da się włożyć.
— Fajne wyszła sukienka — ozwał się Chaim tak uprzejmie, jakby odpowiadał na dobór najmilszych komplementów.
— Nie zachwalaj mnie tylko, bo cierpieć tego nie mogę. Zawsze wtedy chwalicie, gdy najgorzej jest uszyte, wam się już zdaje, że ludzie sami oczów nie mają. Pokaż no.
— Chaim, milcząc, rozwinął pakunek i, ująwszy suknię w dwa palce, tryumfalnie podniósł ją do góry.
Oczy aptekarzowej zrazu zabłysły zadowoleniem; lecz prędko opanowała wzruszenie, wzięła suknię z rąk Chaima i do gruntu opatrywać ją zaczęła, ostrej krytyce poddając każdy szew, każde zagięcie kroju.
— Partactwo i tyle! — zakończyła wyczerpawszy cały zapas słów oburzenia i, unosząc suknię, wyszła do pokoju. Chaim wielce zafrasowany, wśliznął się za nią na palcach.
Przykra to jest rzecz widzieć zawiedzione swe nadzieje; tem przykrzejsza, gdy one opierały się na żmudnej i długiej pracy, z gorliwością podjętej. Aptekarzowa nazwała go niedbałym, lekceważącym swoich pracodawców robotnikiem, i nie ona jedna; zarzut ten spotykał go często. A jednak on sam wie tylko, ile szczerej chęci było w dogodzeniu im, ile sumiennej pracy w wykonaniu. Czem się to dzieje, że nigdy odrazu nikogo zadowolić nie może?
Z niepokojem wyczekiwał rezultatu przymierzania. Niestety, i tym razem aptekarzowa wynalazła tyle niedokładności, takie rażące rozminięcie się z wszelką symetryą, że o przyjęciu roboty mowy nawet być nie mogło. Długa przeszła godzina, zanim przy wspólnej naradzie zdecydowano, co i jak zmienić należy. W toku rozpraw Chaim musiał wysłuchać mnóstwa utyskiwań i wyrzutów, które przyjmował w milczeniu z tem przeświadczeniem, że im bardziej są sprawiedliwe, tem boleśniejsze. Z wielkiem westchnieniem ulgi ujrzał nakoniec, jak aptekarzowa zdjęła suknię, a oddając mu ją, zastrzegła, aby nieodbicie na jutro rano była gotowa. Nareszcie koniec będzie wszystkiemu.
O, nie koniec! Zapomniał Chaim, czy może spodziewał się, że ona zapomni o jednym, ostatnim szczególe.
Już zabrał robotę i gotował się do wyjścia, zapewniając o swej na jutro akuratności, gdy nagle zabrzmiało głośne a nieuniknione nigdy pytanie:
— A kawałki?
Odnosiło się to do owych skrawków materyi, które mu zabrała żona, które mają tak pięknie przystrajać jego małą Ryfkę na ogólnej prezentacyi bulwarowej w dzień szabasu.
Lecz mógłże to jej powiedzieć?
— Nu, jakie tam kawałki; zdaje się nawet niema — odzywa się nieśmiało.
— Niema? — krzyknęła desperacko pani aptekarzowa. — Tyle łokci materyi! Agatko, Agatko, czy słyszysz? Nie przyniósł mi kawałków! Toż to czyste szachrajstwo! A, łotr! a, złodziej! Myślisz może, że ja pozwolę tak się oszukiwać?
I tak dalej, i tak dalej. Na Chaima spływały takie potoki wymówek, przezwisk, obelg, że nawet w najbardziej stulone uszy spora ich część dostać się musiała.
Zrobiło mu się niewymownie przykro.
— Biegaj do domu, weź od matki parę tych szmat — szepnął półgłosem do syna.
— Nie odda — odparł ten równie cicho, ale tak przekonywająco, że Chaim odrazu zaniechał zamiaru. Co miał począć? Musiał wymyślić jakieś nadzwyczajne kombinacye, jakieś kłamstwa, któreby choć w części honor jego uratowały a zarazem uspokoiły rozdrażnioną kobietę. Trudno mu to szło; nie lubił kłamać, nie zgadzało się to z jego poważną naturą, ani nawet z sumieniem. Tłómaczenie się więc swoje co najprędzej zakończył, dodając obietnicę, że szmat tych w domu poszuka i jeśli się znajdą, odniesie jutro z robotą.
Opodal stojący Lejzorek był niemym świadkiem tej sceny. Po bladej jego twarzy żaden wyraz żywszy nie przemknął; oczy z pod spuszczonych powiek jak zawsze apatycznie spoglądały; patrząc nań, zdawaćby się mogło, że myśl jego usnęła albo daleko stąd uleciała. Nie tak jednak było. Słyszał i rozumiał wszystko. Słyszał i rozumiał, że jego ojca robią oszustem i złodziejem, że ojciec ten siwizną i zmarszczkami pokryty przed rozgniewaną i pomiatającą nim kobietą wysila się na kłamstwa. Wprawdzie w małej a cichej duszy Lejzora tkwi i szeroko się rozrasta pogarda dla wszystkiego, co żydostwem nie jest: wprawdzie od lat najmłodszych wie, że najbardziej upokarzające słowa »goja« są wiatrem po wierzchołkach lasu wiejącym, który do głębin nie sięga nigdy; wie to — a jednak po jego chorem, zmęczonem ciele dreszcze jakieś przechodzą i chciałby tego wszystkiego nie słyszeć i nie rozumieć. Nie chciałby nigdy być ani tak poniżanym, ani tak zmuszonym do kłamstwa, tembardziej nie życzy sobie, aby to trafiało się jego staremu, spracowanemu ojcu. Rozumie przytem, że wszystkie te słowa uniesionej gniewem kobiety wraz z całem »przeklętem żydostwem« zagarniają i jego, i nad jego również zmąconą duszą kładą się ciężką, ciemną chmurą. Jakże odetchnął głęboko, gdy nareszcie cała ta sprawa jakoś ukończona została. Kiedy nakoniec zamknęły się za nimi drzwi, kiedy chłód i cienie nocy ujęły go w swoje majestatycznie spokojne objęcia i znowu ujrzał nad sobą dalekie, tajemnicze gwiazdy, zdało mu się, że budzi się nagle z brzydkiego snu ziemi i że to oczy jego ducha widzą już świat zaziemski; niech tylko gwiazd tych doleci, ujrzy złote skrzydła serafinów z pieśnią ku Panu lecących. W myślach pogrążony szedł machinalnie za ojcem, i z całej tej wrzawy, co go tak przed chwilą męczyła, został mu tylko jakiś bezwiedny ból na dnie duszy zaległy, jakaś gorycz, nad którą nie zastanawiał się, a która poza promieniami jego samowiedzy kładła swe piętno na szlakach jego myśli. Te złote gwiazdy, myślał sobie, to pewno takie wielkie jasne pochodnie, które Adonaj zapala na granicach naszego świata; niech świecą ludziom i opowiadają o chwale, która po drugiej ich stronie panuje. Jak tam pięknie być musi w tym przybytku jasności i tonów, gdzie przed płomiennym tronem Jehowy przelatują pułki aniołów, nucąc hymn uroczysty, śmigając złotemi skrzydłami! Jak tam te stare patryarchy i króle siedzą sobie poważnie w spokoju i majestacie, zapatrzeni w oblicze swojego Boga! Czy oni wiedzą, że tu na ziemi zawsze tak samo czarno, zimno i smutno! Gdyby Lejzorek mógł teraz przedostać się za te świetlane granice i stanąć w obecności proroków, to niechciałby latać z aniołami, a upadłszy na twarz przed nimi, jęczałby i szlochał. Możeby wtedy usłyszał go który, możeby twarz swą zwrócił ku niemu i spytał: czego tak się skarży.
Obudził go z zamyślenia głos ojca.
Chłopak oczy zawieszone na gwiazdach przeniósł na starego.
— Tate — ozwał się, nie czekając, co mu ten powie, a głos jego był żywszy i brzmiał głębokimi tonami — będziemy szyć dzisiaj?
— Nie, ty kładź się, ja sam przerobię.
— Nie skończysz i tamta znowu będzie nas łajać.
— Niech ona zginie — mruknął żyd półgłosem.
— Nie mów tak, tate; kto da nam robotę, kiedy oni wszyscy poginą?...
Chaim zamilkł, przywykły poważać głębokie sentencye syna.
— Czy ona nic ci nie dała?
— A któż da, skoro robota nie wykończona? Choćbyś cały miesiąc nad nią przesiedział, jeśli braknie jednego ukłucia igłą, to tak jakbyś nic nie zrobił, nic nie dostaniesz.
— A dużo jest do przerobienia?
— Niby to mało, ale jak pruć trzeba, a przykrajać, a szyć znowu, to się nazbiera tego dosyć.
— Będziemy szyć dziś jeszcze — cicho, bardziej do siebie powiedział Lejzorek.
Potem widać wątpliwość jakaś przyszła mu do głowy, bo z pewnym niepokojem spytał znowu.
— A masz pieniądze?
Chaim przywykł już i do tego, że syn podzielał z nim wszystkie troski życiowe.
— Było dziś dwadzieścia groszy; matka na mleko wzięła cztery, a sześć na kartofle, a pięć na drzewo, a dwa na sól, a za resztę mydła kupiła — ciągnął śpiewnie tchem jednym, podczas gdy Lejzor robił w myśli rachunek.
— Będziemy szyć dziś jeszcze — powiedział głośniej i zupełnie stanowczo. Przyśpieszył kroku, nie patrzył już na gwiazdy i z niespokojnego blasku jego oka można zgadnąć było, że nie marzenie, ale despotyczna dłoń rzeczywistości mdlejącą jego duszę rozbudza do życia.
W domu spali już wszyscy, może by się nawet nie obudzili, gdyby nagła zmiana powietrza nie sprowadziła gwałtownego ataku kaszlu do chorej piersi Lejzora. Na odgłos ten kudłata głowa Małki podniosła się z głębi wysokich poduszek i czarne, w wielkich białkach osadzone źrenice zatrzymały się na szkarłatnej z wysiłku twarzy syna.
— Spać idź zaraz! słyszysz, spać w tej chwili! — wykrzyknęła ze zwykłym sobie impetem.
I w tej samej chwili równie gwałtownie zwróciła się do męża. Widok odniesionego napowrót zawiniątka powiedział jej wszystko.
Przyniósł znowu! Źle więc zrobił, znowu poprawiać będzie, znowu nie dostał pieniędzy! Niedołęga, czy on co kiedy potrafi! Głodem tylko umie morzyć ich wszystkich, ją i te dzieci, i tego nieszczęśliwego Lejzorka!
Chaim w milczeniu krzątał się po izbie, szukając nafty dla dolania do wygasłej lampy. Zapaliwszy, postawił na stole i zwrócił się do Lejzorka, który w ubraniu, jak przyszedł, usunął się na stołek i dotąd jeszcze uporać się nie mógł z kaszlem. Parę sekund popatrzył na syna badawczo, poczem zaczerpnął wody z kubełka i podał mu ją.
Spieczone usta chłopaka z chciwością przylgnęły do napoju: bez oddechu wysączył go do ostatniej kropli. Skończywszy, podniósł na ojca krwią jeszcze nabiegłe oczy.
Chaim położył rękę na głowie syna i spojrzał mu w twarz, drgającą jeszcze od resztek kaszlu. Krótkie to było spojrzenie, ale głębokie — jak boleść rozbitego serca. W ponurym jego ogniu naprężał się i wołał cały ból ojcowskiego serca, streszczający się w jednym wykrzyku: moje dziecko! Smutne oczy chłopca zdawały się rozumieć to nieme wołanie; zdjął rękę ojca ze swej głowy i do ust ją przycisnął.
— Idź spać — rzekł ojciec.
— A robota?
— Sam ją dokończę.
— Nie skończysz sam; nie chcę, abyś sam kończył...
— Idź, moje dziecko, będziesz kaszlał bardziej jeszcze.
— A pieniądze na jutro?
Na to słowo magiczne twarz Chaima drgnęła, jakby po wszystkich jej mięśniach przebiegł prąd elektryczny. Oderwał wzrok od twarzy syna i bezwiednie przesunął nim po rozłożonych na łóżku, ławie, podłodze i zapiecku innych członkach swej rodziny. Patrzył na nich chwil kilka i ciemna jakaś chmura zstępowała mu na czoło, posępnym cieniem powlekając twarz całą. Tysiące zmarszczek zdaje się wypełzły z ukrycia i drobną siecią rozłożyły się na czole i policzkach, długą i chudą twarz przeciągając niepomiernie. Niezdecydowany stał tak czas jakiś, a półsiwa głowa coraz niżej spuszczała mu się na piersi.
Tak, pieniądz jest magicznem słowem, czegóż żyd nie poświęci dla niego!
Wkrótce obaj, ojciec i syn, siedzieli już na zwykłych swych miejscach. Znowu mdły promyk lampki w krąg swój obejmował dwie pochylone głowy: starca o srebrnych włosach, przykrytych małą czapeczką, a w skroni wijących się w dwa długie pukle, o policzkach mizernych, porysowanych zmarszczkami dokoła ust i tego wyrostka o bladej, przeźroczystej niemal twarzy, w której drgała skupiona uwaga i ukrywane cierpienie. Długie jak lejce nitki znowu wyciągały się nad pochylonemi głowami; to jeden, to drugi przeciął ją niekiedy zębami i z pośpiechem brał się do szwu następnego. Lampka kopciła i monotonnie z cicha skwierczała, a z chorej piersi chłopaka wciąż rzężał skrzypiący, krótki, urywany oddech. Chaim szył i nie patrzył na syna. Czyżby nie słyszał tych kaszlnięć i tego oddechu? Czyżby niepokój nie zmusił go spojrzeć na te niknące, straszną bladością pokrywające się, a chwilami ogniem gorączki rozpłomienione rysy chłopaka? Czyżby nie czuł i nie rozumiał, on stary, że to dziecko zabija się? Oczy jego utkwione były w robotę, spuszczone powieki nie zdradzały tajemnic ich głębi, blade światło nie rozjaśniło nizko pochylonej twarzy. Czyżby ojcowskie serce tak zastygło, tak zaparło się swej cząstki najdroższej, tej cząstki milszej i świętszej, niż własne »ja«? Lecz czegóż żyd nie poświęci dla grosza!
Gwiazdy zaczęły już blednąć w pierwszych blaskach dnia lutowego. Robota była na ukończeniu, parę godzin wspólnej pracy i wszystko będzie gotowe. Ale Lejzorek składa na stół niedokończone falbanki, zdejmuje naparstek i kładzie igłę.
— Tate, ja spać pójdę — mówi głosem tak cichym, a przytem tak chrypliwym, że zdaje się być raczej chrzęstem trzciny wodnej, wiatrem poruszanej. Wstał, opierając się o stół obiema cienkiemi i długiemi rękami, postał tak parę chwil, jakby zbierał siły, potem powoli, chwiejąc się w obie strony wysmukłą postacią, posunął się ku zapieckowi. Teraz dopiero podniosły się oczy Chaima i w ślad za synem pobiegły — szeroko otwarte, od pracy zaczerwienione, łzą zaciągnięte, wielkie, smutne. Zdawało się, że zastygł w tem spojrzeniu, tak mu ręka z wyciągniętą nitką zawisła w powietrzu, tak cały zamarł z pochyloną głową, z wpółotwartemi ustami. Chwil kilka łowił uchem dolatujący go z zapiecka szelest; słyszał, jak syn zdjął ubranie, jak ułożył się, jak kaszlnął parę razy, wreszcie westchnął cichutko i — wszystko ucichło. Wielkie westchnienie podniosło piersi Chaima, parę razy w lewo i w prawo poruszył się wahadłowo i przeciągłym szeptem, raczej jękiem, wyrzucił: Boże, Boże!...
Poczem znowu pochylił się nad robotą i z większym jeszcze, niż uprzednio, pośpiechem szyć zaczął. Na dziewiątą wspaniała, wizytowa suknia pani aptekarzowej była już ukończona i tym razem z obu zachwycająco systematycznymi bokami. Chaim mimowoli zapatrzył się na tę robotę, takie to gładkie było, piękne, szykowne. Gwoli większego swego tryumfu i ostatecznej pewności, postanowił ujrzeć to arcydzieło w całym jego blasku. Więc przywołał Małkę, która właśnie w tej chwili kończyła spłukiwanie garnków, od dnia wczorajszego spoczywających na półce z resztkami jadła, a dziś pełnych przeróżnych ruchliwych organizmów, z resztek tych wyprawiających sobie wspaniałą ucztę. Małka wiedziała już, o co chodzi; otarłszy więc fartuchem po łokieć niemal umurusane we wszelkich możliwych pomyjach ręce, zbliżyła się do męża, wzięła suknię z rąk jego i wgramoliwszy się na stołek, wrzuciła ją sobie przez głowę. Chaim cofnął się o krok i badawczym wzrokiem zaczął badać.
Dziwnie, co prawda, wyglądała ta szata, pełna jedwabnych upstrzeń i błyszczących guzików, zarzucona na brudny, pokryty plamami kaftan Małki; dziwniej jeszcze — wynurzająca się z jedwabnego ponsowego kołnierza kudłata, z mydłem i grzebieniem żadnej styczności niemająca głowa żydówki; ale Chaim nie zwracał na to uwagi, porwał go już był zapał artystyczno-krawiecki; widział tylko swoje dzieło i nad niem się zagłębiał.
Wyraz zadowolenia rozgładził twarz jego ze wszystkich niemal zmarszczek, przeciągnął ręką po brodzie, poprawił jarmułki i powoli, z upodobaniem wymówił:
Ganz recht!
Po chwili suknia była już zawinięta i Chaim sam, nie chcąc budzić Lejzorka, tryumfalnie wyruszył z nią na miasto.


∗             ∗

Jasne zimowe słońce jaskrawie ubrylantowało, przeczyście rozjaśniło dzionek. Mróz wprawdzie był tęgi, ale taka czystość, taka niezmąconość panowała w błękitach, w powietrzu, na ziemi, że cały świat zdawał się uśmiechać wesoło. Przechodnie wprawdzie kulili się i zasuwali ręce w rękawy, furmani musieli bić mocno rękami, aby im nie zesztywniały zanadto, konie stawały się kosmate od oszronionego włosa, a wąsy ludziom przymarzały do futrzanych kołnierzów — mimo to tak jakoś wszystkim było rzeźko i lekko, że całe miasteczko zdawało się prędzej i weselej poruszać.
Chaim również rzeźko szedł z powrotem do domu. Nie daremnie przepracował dziś noc całą; aptekarzowa była ostatecznie zadowolona, a tak rada z niepraktykowanej słowności Chaima, że mu już nic nawet nie wspominała o skrawkach. Lecz co najgłówniejsza, niósł pieniądze w kieszeni, które go wyżywić mogły cały tydzień może, a do tego miał obietnicę nowej i prędkiej roboty. Wesół więc był i czuł potrzebę w jakikolwiekbądź sposób radość tę uzewnętrznić. Zbliżając się już do domu, wstąpił do kramiku i za całe dziesięć groszy kupił obwarzanków dla dzieci. Niosąc je, uśmiechał się na myśl, jak jego mała Ryfka wyciągnie rękę do tych łakoci i zanim się jeszcze ze swą porcyą upora, zacznie odbierać innym, mniej, niestety, rozumnym braciom i siostrom. Ta Ryfka, to oko jego głowy, to słodycz jego życia. Jeśli Lejzorek jest jego pomocnikiem, doradcą i przyjacielem, to ta mała jest jego za wszystkie trudy nagrodą. Dziś jeszcze uszyje jej tę sukienczynę ze skrawków — och, jaka ona będzie w niej śliczna, istotnie jak cukier.
Z twarzą rozjaśnioną i myślą pełną pociech rodzicielskich wstępował w bramę swego dziedzińca, który dziś — nawet ten dziedziniec! — dzięki mrozowi wydawał się czystym i lśniącym. Gdy jednak po urwistej, lodem oszklonej pochyłości zstępował do rudery, w której suterenach miał swoje siedlisko, ucho jego uderzył jakiś gwar niezwykły. Donośne, pełne lamentu zawodzenie Małki akcentowało się w nim złowrogo. Przyspieszając kroku i nieco blednąc, dobiegł drzwi swego mieszkania. Wrzawa cała zwróciła się ku niemu. Zrazu nic pojąć nie mógł; Małka krzyczała, płacząc i przeklinając, dzieci jej wtórowały, nawet mały Josiel, pozostawiony samemu sobie, piszczał co miał siły. Obejrzał się Chaim dokoła i nagle okropne przypuszczenie błyskawicą mózg mu przebiegło.
— Lejzerke! — jęknął i rzucił się ku zapieckowi.
W półmroku leżał tam, jak legł wczoraj, jego pierworodny. Nie zmienił nawet postawy. Długie, wyciągnięte ciało, jak kłos użęty, spoczywało bezwładnie na kupie łachmanów; pełna czarnych punktów głowa zapadła głęboko w brudną poduszkę i blade rysy niknęły wśród tej podwójnej osłony: włosów i posłania. Chaim nizko pochylił się nad nim; cienka struga krwi sączyła się z ust chłopaka i spłynąwszy z posłania, utworzyła małą kałużę na zabłoconej podłodze, tuż przy nogach ojca. Cichy, głuchy jęk uleciał z piersi Chaima. Ostrożnie, lecz z siłą, jednem wytężeniem ramion podniósł chłopca z posłania; ręce jego i nogi zwisały bezwładnie, głowa z przymkniętemi powiekami, z strasznie otwartemi ustami, pełnemi krwi zaskrzepłej, spuściła się po przez ramię ojca. Uniósł go tak Chaim i położył na łóżku. Małka z rykiem rzuciła się ku dziecku; wyciągniętem ramieniem Chaim zabronił jej padnięcia na syna.
— Wody! — wymówił ochrypłym głosem, ale tak nakazująco, że kobieta bezwiednie rzuciła się do wypełnienia rozkazu.
Po długich chwilach oblewania, cucenia, ocierania, udało się Chaimowi uciekające życie rozbudzić w piersi syna. Małe serce uderzyło głośniej, parę głębokich westchnień poruszyło suchą pierś i zwolna, ciężko podniosły się wreszcie powieki.
W chacie tymczasem stało się ludno od przybyłych z całego dziedzińca na krzyk Małki sąsiadów. Były to wszystko kędzierzawe głowy, niemyte twarze, od warsztatu, od handlu, od rondli lub balii odbiegłe; wszyscy cisnęli się do łóżka chorego. Drzwi stały otworem i z sieni kłębiła się para chłodnego, świeżego powietrza.
— Czy doktór nie przejeżdżał jeszcze? — spytał Chaim pierwszego bliżej stojącego człowieka.
Między zebranymi zaczęty się szepty, pytania, informacye.
— Jeszcze nie — odezwał się ktoś ode drzwi.
— Małka, skocz do bramy — zwrócił się Chaim do żony.
Małka nie poprzestając jęczeć, wysunęła się za drzwi. Codzień przed południem przejeżdżały tędy sanki starego doktora. Stawał nieledwie co drugą bramę, wdrapywał się na schody, schodził do suteren, przebywał długie i brudne jak ścieki dziedzińce, a zawsze odprowadzany przez kaleki i schorzałych, którzy w przejściu nawet korzystali z jego wiedzy lekarskiej. W mieście nazywano go doktorem żydowskim, szepcząc sobie do ucha różne ucieszne anegdotki, ale w oczy ubliżyć mu nikt nie śmiał; ufano jego nauce i — jak mówiono — szczęściu.
Jego to wyczekiwała Małka. Tuląc się w wielką chustkę z drgającem od chłodu i łkań ciałem, z wielkiemi jak gałki, zaiskrzonemi oczami, w głąb ulicy wpatrzonemi, podobna była do zwierzęcia, czyhającego na zdobycz. Całe życie skupiło się w tych oczach i w wielkiej żądzy zobaczenia oczekiwanego. I możeby żadne inne oko nie dostrzegło go tak prędko. Zaledwie w dalekiej perspektywie długiej ulicy ukazał się biały łeb znajomego siwosza, już ona go dostrzegła, już rozróżniła wśród innych przejeżdżających koni i krzyżujących się wozów. Daleko był jeszcze, gdy leciała ku przybywającemu, potrącając przechodniów, narażając się na odwet, nie słysząc zaklęć woźniców. Gdy sań dopadła, tchu jej zabrakło i słowa wymówić nie mogła. Ale stary doktór wiedział, co znaczą takie rozpaczne, błagające oczy, czego żądają takie półgroźne, półproszące, wyciągnięte dłonie. Usunął się nieco na siedzeniu, dał znak, aby obok niego siadła i kierując się jej wskazówkami, kazał skręcić furmanowi do bramy ich dziedzińca. Dróżka, wijąca się wśród kup śmietnikowych, powietrze nawet mimo mrozu przesycone wyziewami, domek skrzywiony, stary, sień nizka, czarna, cuchnąca — wszystko to aż nadto mu znane; torując sobie drogę grubym kijem, kroczył tak swobodnie, jak zwykł był wchodzić do buduarów swoich bogatych pacyentek. Wszedłszy do izby, jednym rzutem oka ogarnął całe jej wnętrze. Bez zmiany w fizyognomii, bez oznaki wstrętu lub litości przesuwał się wśród rozpełzłego po całej podłodze Chaimowego potomstwa. W głębi, na wysoko usłanem łóżku, Lejzorek leżał blady i nieruchomy, z ręką spoczywającą w dłoniach ojca, który przysiadł się na brzegu łóżka i oka z niego nie spuszczał. Krótka była konsultacya. Jedno wejrzenie rzucone na twarz chorego dość powiedziało staremu praktykowi. Paru słowami jednak uspokoił alarmującą Małkę, zalecił chłodne kompresy, lód, w końcu jakąś miksturę, którą na kartce z notesu wydartej zapisywał na własnem kolanie. Podał receptę Małce z napomnieniem, aby natychmiast do apteki pobiegła. Ale widać jakaś myśl przyszła mu do głowy; powiódł raz jeszcze wzrokiem dokoła po dzieciach, po nierozpalonym dotąd piecu i znowu sięgnął do swego notesu, a skreśliwszy na kartce słów parę, podał ją Małce.
— Oddasz to w aptece — powiedział — to ci nic nie każą za lekarstwo zapłacić.
Poczem raz jeszcze zwrócił się do Lejzora i ucho ku jego ciężko robiącej piersi pochylił. Chaim tymczasem usunął się ku oknu i wyjąwszy z kieszeni dopiero co otrzymane pieniądze, zaczął je na dłoni przerzucać. Małka, której niespokojne oczy widziały wszystko, rzuciła się do męża i badawczo przez ramię mu spojrzała.
Hörste! — syknęła z cicha, spostrzegłszy sporo miedziaków zostawionych na ręku. — Nu, na co tego aż tyle! Czy to my bogacze!
Palcem przesunęła pieniądze; cofnęła z nich jeden, potem dwa, wreszcie zgarnęła wszystkie, pozostawiając jedne tylko dziesięć groszy.
— Nie można tak — perswadował szeptem Chaim.
Oczy żydówki błysnęły groźnie, ciemny rumieniec przeleciał po jej twarzy. Zgarnęła z dłoni męża ostatnią dziesiątkę i wszystko razem wsunęła sobie do kieszeni. Chaim spojrzał na nią pytająco.
— Już ja wiem, zrobię to lepiej od ciebie — powiedziała tonem stanowczym.
Chaim nie protestował; dobrze znana mu była praktyczność jego małżonki, w głębi ducha głowę przed nią uchylał, uznając niższość swoją w tym względzie. Zostawiwszy więc tę kwestyę jej praktycznemu rozsądkowi, pospieszył do Lejzorka.
— A cóż panie doktór? Co łaskawy pan na niego myśli? — spytał z jakąś smutną powagą, niespokojne oczy w twarz jego wpijając.
Doktór twarz odwrócił i nie patrząc na niego, rzekł z cicha:
— Albo to doktór Bóg? Robi się co można.
Chaim nisko głowę pochylił.
— Macie tu tego dosyć — powiedział znów doktór, wskazując na cisnące się do kąta dzieci. — Gdzie ich tak wiele, trudno wszystkich zdrowo wyhodować.
Machnął ręką, jakby z własnych słów niezadowolony, obejrzał się za kijem, nasunął czapkę na oczy i podążył do wyjścia.
Chaim ocucony z zamyślenia postąpił za nim.
— Ach, panie doktór — ozwał się z powagą — ja panu doktorowi bardzo dziękuję, niech pan doktór zawsze będzie zdrów...
U drzwi czatowała Małka. Osypała doktora podziękowaniami, błagając zarazem, aby jutro także ich odwiedził; przytem podała mu maluchny zwitek, w kawałek bibuły zaciśnięty. Lekarz, niewiele uwagi zwracając na jej żywe, donośne trzepanie, podany zwitek wsunął do kieszeni i raz jeszcze zaleciwszy dla chorego spokój i ścisłe wypełnienie jego poleceń, wyszedł.
Gdy wsiadł już do sanek, sięgnął do kieszeni. Dobroduszność pojawiła mu się na twarzy, gdy rozwijał tak pracowicie ułożoną bibułę, lecz przeszła ona w cichy, ucieszny śmiech, gdy w zwitku spostrzegł trzy stare guziki. Śmiejąc się wciąż, wsunął je napowrót do kieszeni paltota i szepnął do siebie:
— Ho, ho, dzisiejsze żniwo będzie bodaj jeszcze obfitsze niż wczorajsze.
Dzień cały Lejzorek leżał nieruchomy, nic nie mówiąc. Znosił cierpliwie chłodne okłady, wypijał mikstury, poddawał się gwałtownym wybuchom matczynej troskliwości, lecz ulgi mu to nie przyniosło. Już gasł. Powoli się wkradała i brała go w posiadanie swoje ta wielka władczyni, co oporu nie znosi i błagań nie słucha, ta moc niezwyciężona, co gdy tchnieniem na kogo powieje, to go niepowrotnie zagarnie, ta siła potężna dzierżąca porządek świata, ta noc dnia wszechbytu, która do wszelkich świateł swoje cienie miesza i z mroków swoich urabia kolebkę życiu.
Dzień się kończył, ostatnie promienie słońca dogasały i z nimi gasły blade promyki nędznego żywota. Flaszka mikstury była już opróżniona; mokrą szmatę, którą Chaim niósł mu do głowy, Lejzorek powolnym ruchem ręki usunął; chciało mu się odpocząć. Przycichł bardziej jeszcze, przestał nawet kaszleć i twarz mu zaczęła się wypogadzać, z wszelkich cieni boleści wyjaśniać.
— Śpisz? — spytała Małka, pochylając się nad nim.
— Czy spać będziesz? Czy ty już śpisz? — wołała potrząsając go za ramię.
— Będę spał — odrzekł cicho, podnosząc na nią oczy pełne niewypowiedzianej przykrości.
— Śpij, moje dziecko — dodała, poprawiając poduszkę tak energicznie, że głowa chorego zapadła pod ścianę. — Po mąkę tymczasem polecę.
— Idź już, idź, ja z nim posiedzę — odezwał się Chaim, może odczuwając w chorym potrzebę spokoju.
Po kilku chwilach, gdy w izbie ucichło zupełnie, Lejzorek oczy otworzył.
— Czy poszła? — spytał.
— Poszła.
— Ja spać nie będę, ja spać nie chcę. Mnie już nic nie boli, jest mi lepiej... gdybym tylko mógł westchnąć, głęboko, raz jeden... Duszno tu.
Chaim przysiadł się na krawędzi łóżka i chudą dłoń chłopca ujął w obie swe ręce.
— Tate, a gdybyś ty okienko otworzył?
— Dzisiaj mróz wielki.
— Ale będzie dużo powietrza... Dużo świeżego, czystego powietrza. Czy tego nie można?
Chaim obejrzał się po izbie. Nikogo w niej nie było, oprócz dwojga najmłodszych, ukrytych za piecem; wstał i drzwi nieco uchylił.
Struga chłodnego powietrza wpadła do izby i wsiąkać poczęła w duszną jej atmosferę.
Lejzorek westchnął głębiej.
— Tak dobrze — wyszeptał. — Tate, weź moją głowę i odwróć ją do okna. Ot tak, jeszcze trochę! Chcę widzieć, czy gwiazdy już świecą? Ale u nas nigdy gwiazd nie widać, ani słońca...
Nagle uczuł Chaim drgnięcie drobnej dłoni.
— A czyś ty jej odniósł suknię? — zapytał chory z zaognionemi nagle oczyma.
Chaim położył rękę na falujących włosach chłopca.
— Odniosłem, odniosłem. Jak ty to wszystko pamiętasz?
— I rada była? nie łajała? i dała pieniędzy?
— I dała, i nie łajała; nie myśl już o tem.
— To dobrze, to bardzo dobrze. Nie lubię, jak ciebie łają. Nikt ciebie nie powinien łajać, prawda? Ty ciągle pracujesz i nic nikomu złego nie robisz; na co łajać tego, co ciągle pracuje i nic złego nie robi?... Czy gwiazd jeszcze nie widać?
— Na ulicy świecą już może.
Nastało milczenie. Zmrok szary napływać zaczął przez małe okienka chaty. Chaim wpatrywał się w rysy dziecka, które przy gasnącem świetle traciły ostrość linii i rozpływać się niejako zdawały.
— Czy to tam jest niebo za temi latarniami? — zapytał chory.
— Za latarniami?
— Za gwiazdami. To przecie są latarnie Boga. On tam mieszka; siedzi na pięknym tronie, wysoko... a anioły tańczą przed nim, śpiewają...
Mówił to cicho, do siebie raczej; ostatnie słowa w szept się rozpłynęły.
Wpatrzonemu weń Chaimowi twarz syna w mrokach wieczornych wydała się jasną i przeźroczystą, jak twarz śpiewającego anioła; mimowoli palce jego zacisnęły się silniej dokoła drobnej ręki.
— Tate — odzywa się znowu Lejzorek — w niebie lepiej być musi, niż u nas? Czy tam nikt nie szyje?
— Tamte suknie pewno nie zdzierają się — odparł Chaim.
— I nikt nigdy przez cały dzień nie siedzi tak, co aż w piersiach zaboli?
I zaraz sam sobie marzeniem własnem odpowiadać począł:
— Tam wszystkie dzieci, wszystkie chłopcy małe chodzą sobie tylko po niebie i bawią się z aniołami. Nic im robić nie każą. Niema stołów takich, przy których cały dzień siedzieć trzeba, ani igieł, ani nożyc; maszyna nie huczy, głowa nie boli i tak jest cicho, cicho...
Zamilkł, pogrążony w marzeniach nad rozkoszami nieba; snać jednak nie bardzo były bogate, bo wkrótce błądząca myśl innego przedmiotu szukała.
— Tate — przemówił głośniej nieco — powiedz mnie co o Jakóbie lub o Józefie; ty tak to ładnie opowiadać umiesz.
— Nie, Lejzorke, jesteś słaby, jak wyzdrowiejesz...
Głos nagle ugrzązł mu w gardle, coś mu serce jakby kleszczami ścisnęło; nie mógł dokończyć.
— Powiedz — prosił Lejzorek — jeśli nie chcesz o Józefie, to choćby o Izaaku.
— Och, dziecko moje — jęknął Chaim.
— Czy Abraham bardzo płakał, kiedy Bóg mu kazał oddać syna?
— Nie myśl ty teraz o tem; po co ty mówisz o tem — prosił ojciec.
Ale chory zdawał się go nie słyszeć.
— Izaak pewno nie płakał. On myślał sobie, że jak przyjdzie do nieba, to i stamtąd będzie mógł patrzeć na swoją chatę, a będzie tam prosił Boga, aby odjął troszkę pracy jego ojcu, aby mu przysłał błogosławieństwo swoje, aby aniołom kazał pamiętać o nim...
Znowu ostatnie słowa w szept się rozpływały. Oczy zbladły i przysłoniły się powiekami, po twarzy przeszedł cień, jakby tchnienie nicości już nań powiało. Po chwili jednak otworzył oczy i z nowem pytaniem zwrócił je na ojca.
— Dlaczego to... Nie pamiętam, dlaczego? Co to jest, że ja nie pamiętam? — przerwał sobie zaniepokojony. — Szpektor będzie się gniewał; tate, powiedz ty, ja już zapomniałem.
Błagał tak pokornie i ściskał zlekka dłoń ojca.
— Nu, czego ty chcesz...
— Dlaczego to... O co to chciałem pytać? Nie pamiętam już — szepnął cicho i głowa bezsilnie spadła mu na piersi.
Nastała dłuższa chwila ciszy; słychać w niej tylko było oddech ciężko robiącej piersi.
Po chwili w oczach chorego znowu zatliło się życie. Ale tylko już w oczach; twarz ciemniała i stygła. Życie wygnane z całego organizmu ześrodkowało się w spojrzeniu i miało jakąś olbrzymią, ostatnią moc.
— Tate — zaszeptał, wpierając w ojca ten wzrok palący i nieruchomy — tate, dlaczego Izaak miał ginąć?
Chaim pod mocą tego spojrzenia tchnąć nie śmiał.
— Ofiara — głos naginając, wyjąkał.
— Ofiara? Po co ta ofiara? Po co na ofiarę dawać dzieci? Czy ich nie szkoda? — badał syn, nie zdejmując zeń oczu.
A gdy ojciec milczał, on uniósł się nagle z posłania, ręce wyciągnął ku oknu i wychylając głowę, pełną wzburzonych kędziorów, zawołał ku jakimś niewidzialnym istotom:
— Po co wam ta ofiara? Nie bierzcie mnie, nie bierzcie!
Nagle struga chłodnego powietrza, od uchylonych drzwi idąca, owiała jego wpół nagą pierś. Chwycił w usta powietrza raz, drugi, zachłysnął się, drgnął przewróconemi białkami i zsiniały, ściśnięty w sobie, opadł na poduszki.
Chaim rzucił się ku niemu.
— Lejzerke, Lejzerke! — wołał rozpacznie, układając go, otulając, rzeźwiąc wodą i resztkami lekarstwa.
Długa jednak chwila upłynęła, zanim chory resztkami płuc potrafił uchwycić powietrza.
— Nie mów ty już nic, leż spokojnie — błagał ojciec.
Chory leżał już spokojnie i nie mówił nic. Ogromny wysiłek zabrał mu sił ostatki; leżał bezwładny z przysłoniętemi oczami, z rękami nieruchomo wzdłuż ciała spoczywającemi, z głową nizko na piersi spuszczoną i stawał się już bryłą ziemi, lampą, z której ostatni płomień ostatnią kroplę ssał. Gdyby nie ruch piersi i głucha w nim gra, zdawaćby się mogło, że zastygł. A Chaim wciąż siedział na krawędzi łóżka; siwą głowę pochylił nizko, złożywszy ją na rękach o kolana opartych; palce weszły głęboko i mocno w siwe włosy. Siedział i myślał.
Szukał tej prawdy, któraby go nauczyła, dlaczego to dziecko opuszcza go tak nagle i tak niepowrotnie? Dlaczego ginie tak marnie, jak istne źdźbło suchej trawy, które na nic już nikomu nie jest potrzebne? On — niepotrzebny! Za co go Bóg karze tak srogo? Zakon ich uczy, że grzechy ojców karane są śmiercią dzieci, lecz daremnie usiłuje przypomnieć sobie tak wielkie przewinienie, któreby zasługiwało na podobną karę. W życiu ustawicznej pracy, w którem niewiele więcej widział nad stół do zajęcia i mało co więcej słyszał nad wołanie o chleb żony i płacz dzieci, miejsca nawet dla strasznych grzechów nie było. Wół, który jarzma nigdy nie zrzuca, nie może być ani tygrysem, ani szakalem — ani człowiekiem. I nie wie napewno Chaim, czy nie jest drugim Abrahamem, który musi syna poświęcić i sam własnoręcznie być jego ofiarnikiem? Wprawdzie żaden anioł nie zwiastował mu tego rozkazu, ale czyż nie on sam, jak tamten ojciec, budował stos dla swego dziecka? I zdaje mu się nawet, że tam ot ten stołek, ten stół do roboty, w ciemnościach wieczoru szarzejący, rosną jakoś olbrzymio i przybierają kształty owego stosu, na wysokości Moria wzniesionego. Zdaje mu się, że ta maszyna, te nożyce, odbijające na swej stali ostatnie blaski dnia, są owym nożem ofiarnym, którym on cios śmiertelny dziecku swemu zadał. Stos ten przepala się w głębi własnego jego serca, ten nóż zatapia się gdzieś w samo dno jego duszy. Lecz porównywając siebie z owym patryarchą z lat dawnych, spostrzega, że oprócz ofiary nic między nimi wspólnego niema. Z wyobraźni lat dziecinnych odtwarza mu się w pamięci wyniosła postać owego biblijnego starca. Widzi go w szatach białych, z twarzą ku niebu podjętą, z nożem ofiarniczym w ręku. Majestat wielki, moc i groza biją od tej białej postaci, a twarz jego pełna jest spokoju, wszelką walkę z samym sobą ukończył i z sercem wzniesionem ku niebiosom bóstwu ze swych ukochań ofiarę składa. Lecz w sobie Chaim nie czuje zgoła owego spokoju. On tej ofiary nie dał dobrowolnie, wzięto mu ją — i żal, okrutny, głęboki go dojmuje. Więc myśli znowu, że miłosierny Jehowa nie brałby od biednego, prostego człowieka tak wielkiej ofiary, tak niechętnem sercem czynionej; wszak on nawet nad owym patryarchą miłosierdzie swoje okazał i w ostatniej chwili zesłał anioła, aby rękę ofiarnika powstrzymał. A nad wezgłowiem jego syna żaden anioł ochronnych skrzydeł nie rozpostarł; tu ofiara będzie spełniona. Zdaje mu się, że z posiniałych ust dziecka wypływa szept cichy, skarżący i pytający: po co ta ofiara?
I objął go przestrach wielki; dla kogo i w imię czego budował lat tyle ów stos synowski? Aby owe siedmioro żyło krwią ósmego?
Myśl starego żyda, tak rzadko nad poziomy lecąca, teraz w zaczarowanem kole wątpień, jak ptak uwięziony skrzydłami o ściany biła, a w głębi jej, z samego dna duszy podnosiło się i szemrało echo pytania: po co ta ofiara? I zdaje mu się, że skądś, z mroków dalekich, wzbiera i płynie ku niemu jakieś morze ciemne, głębokie, jękami szumiące, pieniące się łzami. A rozpościera się ponad niem i króluje ta moc tajemnicza, straszna, nienasycona.
Podniósł Chaim ciężką swą głowę i oczy w oblicze syna utopił. Ale twarz ta była już biała i chłodna, wielki jej, kamienny spokój na pytania życia odpowiedzi dać nie mógł.


Z jednego strumienia szesnaście nowel ornament2.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wanda Dalecka.