Nowelle (Poe, tłum. Beaupré)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Allan Poe
Tytuł Nowelle
Wydawca „Głos Narodu”
Data wydania 1909
Druk Drukarnia „Głosu Narodu”
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Edgar Allan Poe.
Edgar Allan Poe - Nowelle (tłum. Beaupré) page 003.png





Odbitka z „Głosu Narodu“.

KRAKÓW.
Drukarnia „Głosu Narodu“.
1909.



Noc Wenecka.

I znów stajesz przedemną dziwny, tajemnic pełen duchu[1]. O ty! strawiony palącym żarem własnej fantazyi, zniszczony bijącym ogniem płomiennej twej młodości. Widzę cię znów przed sobą, nie takim, jakim błądzisz dziś w chłodnej dolinie cieniów, lecz takim, jakim byłeś niegdyś tam, w owem mieście o zamglonem obliczu, gdzie trwoniłeś rozrzutnie życie swe, w przepychu wyśnionych marzeń. — Tam, w Wenecyi twojej, w tem od gwiazd ukochanem elizium mórz, gdzie okna wysokich pałaców topią gorzkie i pełne znaczącej głębi wejrzenia w toń milczących wód. Tak! widzę cię znów przed sobą, bo przecież jest gdzieś świat inny, niż ten nasz ziemski i myśli inne od powszednich myśli tłumu i mądrość różna od uczonych sofizmatów, wylęgłych w mózgach filozofów. I któżby obwiniał cię o życie twoje? Któżby cię winił o te długie godziny, w których pozostawałeś dalekim i odwróconym od świata? Któżby śmiał wreszcie twierdzić, że wyśniony byt twój przestał istnieć na zawsze?


∗             ∗

Człowieka tego spotkałem poraz trzeci czy czwarty, w Wenecyi, pod kamiennem sklepieniem mostu westchnień. Wspomnienia moje zamglone już są i nie pamiętam dobrze szczegółów. Jednego tylko nie zapomnę nigdy, że północ to była głęboka, a wyśniony czar piękna i cudowności unosił się nad brzegami kanału i prześlizgiwał się po sennej powierzchni jego ciemnych wód. Noc była niezwykle ciemna i wielki dzwon na piazza wydzwonił właśnie godzinę dwunastą. Campanila stała milcząca i opuszczona, a w wielkim pałacu dożów światła gasły jedne po drugich. Płynąłem wielkim kanałem od strony Piazzety, a gdy gondola moja znalazła się naprzeciw ujścia kanału San Marco, rozległ się nagle w nocnej ciszy dziki, szalony, długotrwały krzyk kobiecy. Przerażony porwałem się z miejsca, a w tejże chwili gondolier mój upuścił do wody jedyne swoje wiosło. Znaleźliśmy się skutkiem tego na łasce prądu i zmuszeni byliśmy posuwać się z wielkiego na mały kanał. Jak olbrzymi czarno-pióry kondor sunęła zwolna łódź nasza ku mostowi westchnień, gdy naraz krocie pochodni zapłonęło w oknach i na krużganku pałacu dożów, zmieniając ciemność nocy w jakiś fantastyczny upiorny odblask dzienny. Usłyszeliśmy, że przed chwilą dziecko wypadło z rąk własnej matki, z wysokości najwyższych okien pałacu, w ciemne głębie kanału. Milcząc, zawarły się ciche fale nad ofiarą swoją, a chociaż gondola moja była jedyną w pobliżu, znalazło się już kilku śmiałych nurków, którzy rzuciwszy się do wody, poszukiwali pod powierzchnią fal skarbu, który ach niestety, znajdować się już musiał na dnie. Na potężnych czarnych marmurowych stopniach pałacu, parę stóp tylko nad wodą, stała postać kobieca, której nie zapomni nikt, kto by ją raz oglądał. Była to Marchesa Afrodite, najpiękniejsza z pięknych, wielbiona przez całą Wenecyę, młoda małżonka, starego intryganta Mentoni. Ona to była matką dziecięcia, które było pierwszem jej i jedynem, a które teraz zaryte w muł wodny, tęsknić musiało za matczyną jej pieszczotą, siląc się napróżno w męce śmiertelnej o wezwanie drogiego jej imienia.
Marchesa stała sama. Drobne jej bose stopy srebrzyły się na czarnym marmurze. Włosy na wpół rozwite i oswobodzone z kunsztownej fryzury, która stroiła ją na dopiero co ukończonym balu, opływały kruczymi splotami królewską jej głowę. Śnieżno-biała lekka szata zdawała się być jedyną osłoną, otulającą wysmukłą jej postać. Ale noc była letnia, cicha, bez wietrzyka i ani jeden fałd białej tkaniny nie poruszył się na posągowo nieruchomej postaci, przybierając kształt marmurowej tuniki Nioby.
Ale o dziwo! Płomienne oczy Marchesy nie patrzyły wcale na kanał, który był przecież grobem najpiękniejszej jej nadziei, lecz utkwione były gdzieś w dal przed siebie. Prawda, że więzienie starożytnej Rzeczypospolitej to chyba najpiękniejszy budynek Wenecyi, ale jak mogła Marchesa Afrodite podziwiać jego piękność, w chwili, gdy własne jej dziecko walczyło ze śmiercią. Co mogło być w ponurej framudze, położonej wprost naprzeciw jej okien? w architekturze jej i ornamencie czegoby Marchesa Mentoni nie widziała już poprzednio tysiąckrotnie?
Próżne pytanie! Któż nie wie, że oko potrafi, jak stłuczone zwierciadło rozmnożyć tysiąckrotnie obraz swego bolu i dostrzega go zarówno w miejscach dalekich od siedliska nieszczęścia, jakoteż i w tych, które ma przed sobą. Parę stopni wyżej niż Marchesa, stał w pełnym balowym stroju, satyrom podobny, margrabia Mentoni. Brząkał on na swej gitarze i zdawał się być nieskończenie znudzonym, wydając niedbale potrzebne rozkazy. Co do mnie, byłem jak martwy i nie miałem siły zmienić postawy, w jakiej zastał mnie rozpaczliwy okrzyk Marchesy. Musiałem też wyglądać jak widmo, przesuwając się w mej czarnej gondoli przed stojącą na marmurowych stopniach grupą.
Wszelkie próby uratowania dziecka spełzły na niczem. Najodważniejsi pływacy poddali się zwątpieniu, dziecko zdawało się być zgubione bez ratunku, a z niem i matka jego. W tem, z wnętrza ciemnej framugi republikańskiego więzienia wystąpiła nagle przysłonięta płaszczem postać męska. Człowiek ów zatrzymał się chwilę na wysokim brzegu, a potem rzucił się głową na dół w ciemne fale kanału.
Gdy po niejakim czasie ukazał się znów i wstąpił na marmurowe schody, w objęciach jego ujrzano żyjące jeszcze dziecię, a zdumieni świadkowie tej sceny rozpoznali w nim młodego cudzoziemca, którego imię rozbrzmiewało wówczas w całej Europie. Zbawca nie wyrzekł słowa. Ale Marchesa. O! z jakimże zachwytem obejmie teraz dziecię swoje, jak je do piersi przyciśnie, jakiemi pieszczotami okryje drobne jego ciałko. Stało się przecież inaczej. Inne ręce ujęły dziecię z rąk cudzoziemca i poniosły je w głąb pałacu. Marchesa została. I naraz dreszcz płynący z samych głębin jej duszy wstrząsnął całą jej postacią. Usta jej zadrżały, w oczach stanęły łzy, posąg ożył. Zorza rumieńca oświeciła całą jej drżącą postać, począwszy od marmurowo bladej twarzy aż do drobnych stóp, bielących się na czarnym marmurze schodów. Co mogło być przyczyną rumieńca? Czy w tej chwili dopiero spostrzegła się Marchesa, że w pośpiechu macierzyńskiej trwogi nie zdążyła obuć drobnych stopek i że lekki ubiór, otulający jej postać nie dość szczelnie przysłania śnieżne jej ramiona? Skądże ten dziwny blask stęsknionych oczu? i kurczowe drżenie białych rąk, które, gdy Mentoni do pałacu powrócił, spoczęły jakby przypadkowo w dłoniach cudzoziemca. Co znaczą wreszcie słowa, które szepnęła mu na pożegnanie?
— Zwyciężyłeś! nie zawiódł mnie cichy szmer fali. Zwyciężyłeś! W godzinę po wschodzie słońca spotkamy się. Tak być musi.
Ucichła wrzawa, światła w pałacu pogasły, a młody cudzoziemiec, który mi był dobrze znanym, oglądał się, szukając gondoli. Ofiarowałem mu oczywiście swoją, wyszukawszy poprzednio nowe wiosło i popłynęliśmy razem do jego mieszkania.
Cudzoziemiec ów, którego chętnie tak nazywam, bo przecież był on zawsze gościem tylko na ziemi, był wzrostu trochę mniej niż średniego, chociaż w chwilach namiętności i burzy postać jego rosła, zadając kłam pierwszemu temu wrażeniu. Delikatna symetrya rysów jego zdradzała zdolność do czynów spełnionych pod wpływem szybkiego wrażenia, jakiem było np. opisane przed chwilą ocalenie dziecka, nie mówiła jednak nic o nadludzkiej sile, której złożył tyle dowodów w chwilach prawdziwego niebezpieczeństwa. Usta i broda miały cudownie piękny rysunek. Oczy płonące dziwnym blaskiem, mieniły się od najczystszej barwy orzechowej, aż do bezdennej głębi czarnych dyamentów. Z bogactwa ciemnych kędziorów wynurzało się czoło bardzo szerokie, koloru jasnej kości słoniowej.
Czystość klasycznego rysunku jego twarzy porównaną być mogła chyba z medalami cesarza Komodusa. Twarz to była jedną z tych, które raz ujrzawszy, pragnie się znów widzieć, mimo, że się ich dokładnie nie pamięta. Nie miała ona bowiem stałego wyrazu, któryby się narzucał pamięci. Każda namiętność odzwierciedlona chwilowo na tem obliczu, znikała następnie, nie zostawiając po sobie śladu, podobnie jak niknie, obraz chwilowo odbity w zwierciadle.
Gdy po tej nocnej przygodzie żegnałem się z młodym cudzoziemcem, prosił on mnie usilnie, abym odwiedził go jutro wczesnym rankiem, zaraz po wschodzie słońca. Spełniając moje przyrzeczenie, znalazłem się nazajutrz u progu jego pałacu, który był ponurym fantastycznym budynkiem, piętrzącym się nad wodami wielkiego kanału w bliskości Rialto. Chociaż jak wspomniałem było już po wschodzie słońca, gmach cały był rzęsiście oświetlony.
Wskazano mi szerokie schody, mozaiką wyłożone, prowadzące do komnaty urządzonej z tak oślepiającym przepychem, że stanąłem jak wryty na jej progu. Nie było tu mowy o jednolitym żadnym stylu pewnego narodu. Oko błądziło z przedmiotu na przedmiot, nie mogąc spocząć na żadnym, ani na groteskowych malarzach greckich, ani na rzeźbach z najlepszej włoskiej epoki, ani na olbrzymich egipskich kobiercach. Ze wszystkich ścian spływały bogate draperye, poruszane tchnieniem cichej melancholicznej muzyki, której źródła nie mogłem odkryć. Uczułem zmięszaną woń delikatnych kadzideł, palących się zielonymi i fioletowymi płomykami, w kunsztownie wyrżniętych kadzielnicach. Promienie wschodzącego słońca zalewały wnętrze komnaty, wpadając przez wielkie okno, złożone z jednej karmazynowej szyby.
Na ciężkich kotarach, które opływając zagłębienia framug, wyglądały jak katarakty roztopionego srebra, igrało podwójnym blaskiem zmieszane światło promieni słonecznych i zapalonych pochodni, wywołując zadziwiające refleksa.
— Cha! cha! cha! — zaśmiał się gospodarz tego mieszkania, który wprowadziwszy mnie, wskazał mi siedzenie, a następnie rzucił się sam na otomanę — jak widzę, dziwi pana ta komnata, posągi, obrazy, wogóle całe to ekscentryczne urządzenie.
— Wybacz drogi przyjacielu — dodał, widząc, że przyjęcie takie niemile mnie dotyka. Wybacz mi, ale wyglądałeś pan tak nieskończenie zdziwiony, a przytem są na świecie rzeczy, z których człowiek śmiać się musi, albo umrzeć. Umierać ze śmiechem na ustach to chyba najchwalebniejsza z chwalebnych śmierci. Sir Tomasz More, człowiek wspaniały umarł ze śmiechem, o czem musisz pan zapewne wiedzieć. W starej księdze Rawiziusa znajdziesz pan również długi szereg imion ludzi, którzy zginęli podobną śmiercią. A czy wiesz pan — dodał po chwili — że w Sparcie, na zachód od miasta, wśród chaosu niezrozumiałych ruin, sterczy rodzaj cokułu, na którym wyryte są litery, będące niezawodnie częścią wyrazu śmiech. I pomyśl pan! było tam przecież mnóstwo świątyń poświęconych najrozmaitszym bóstwom a przetrwał jedynie ołtarz śmiechu. A zresztą — dodał, zmieniając nagle ton — nie mam prawa weselić się pańskim kosztem.
Zdumienie pańskie jest całkiem usprawiedliwione, bo w całej Europie nie znalazłbyś nic, coby się dało porównać z wspaniałością tej królewskiej mojej komnaty. Jest ona zresztą jedyną w tym pałacu. Inne moje pokoje nie są wcale do niej podobne, przeciwnie, urządzone są one w czysto dzisiejszym ultra nowożytnym niesmaku. A tu znajdziesz pan coś lepszego niż moda i niejeden bogacz mógłby słusznie oszaleć, widząc, że kosztem nawet całego mienia nie zdołałby nagromadzić podobnych skarbów. To też chronię je usilnie od sprofanowania i prócz mnie i mego kamerdynera, nikt niema wstępu do królewskiego tego przybytku. — Skłoniłem się w milczeniu, bo nadzwyczajne wrażenie jakie wywarła na mnie zadziwiająca komnata, a także ekscentryczne zachowanie się przyjaciela mego, odurzyły mnie tak dalece, że nie byłem w stanie wymówić słowa i wyrazić podziwu mego, najbłahszym nawet komplementem.
On zaś ujął mnie pod ramię i oprowadzał po swej komnacie, pokazując mi ją szczegółowo.
— Masz tu pan malarstwo od czasów greckich do Cimabue i od Cimabue do naszych czasów. Dobierałem te obrazy, nie wiele mając względu na cnotliwą ich treść, są przecież one godną ozdobą, takiej jak ta komnaty. Tu mam, jak pan widzisz, parę arcydzieł stworzonych przez nieznane światu wielkości, a tu parę niewykończonych szkiców artystów, którzy byli sławni za życia, lecz których imiona przeoczone przez nasze bystrookie akademie, pozostawione zostały zapomnieniu i... mnie. Co pan powiesz np. o tej madonnie Della Pieta?
Gwido! to oryginał Gwida — zawołałem z zachwytem, gdyż odrazu zauważyłem niezrównany czar tego arcydzieła. — Wszak obraz ten jest dla malarstwa tein czem była Wenus dla rzeźby greckiej.
— Wenus? — rzekł cicho i z namysłem — Piękna Wenus? Może Wenus Medycejska z tą swoją małą główką i złotemi włosami? Wiesz pan? — (tu zniżył głos tak bardzo, że z trudnością tylko usłyszeć mogłem jego słowa). — Część lewego ramienia i całe prawe zostały już później podrobione. Kokieteryjny ruch tego prawego ramienia jest, mojem zdaniem, ostatecznym wyrazem afektacyi. Daj mi pan raczej Carnowę. Albo Apollo! jest on bezwątpienia tylko kopią, a ja ślepy głupiec, nie odczuwam bynajmniej tego objawienia piękna, jakie w nim ogólnie upatrują. Żałuj mnie pan, bo przekładam nad niego o wiele Antinousa. O tym to posągu powiedział Sokrates, że go rzeźbiarz nie stworzył, lecz znalazł w marmurze. Tak więc Michał Anioł nie był pierwszym, który powiedział:
Non ha l’ottimo artista alcun concetto
Che un marmo solo in se non circonscriva.
Rzecz to ogólnie znana, że zachowanie się ludzi znakomitych, różni się w każdej chwili od zachowania się ludzi powszednich, mimo, że trudno byłoby doprawdy określić, w czem różnica ta polega. Czułem to owego ranka silniej niż kiedykolwiek. Osobliwe postępowanie przyjaciela mego, wyróżniające go tak stanowczo od wszystkich innych ludzkich stworzeń, było zdaniem mojem nie czem innem, jak nałogiem ustawicznego myślenia. Nałóg ten przenikał wszystkie jego najzwyczajniejsze nawet czynności, pogłębiał pustotę jego żartów, przebłyskiwał nawet w szale jego wesołości, podobnie jak żmije, wypełzające z szeroko otwartych oczu masek, wyrzeźbionych na fryzie świątyni w Persepolis.
Mimo to lekki, to znów uroczysty ton, z jakim przyjaciel mój mówił dziś o rzeczach mniejszej i większej wagi, budził we mnie, nie wiem czemu, pewne uczucie grozy. Urywał on nieraz w połowie rozpoczęte zdanie, zdając się zapominać jego początku i nasłuchiwał pilnie, jak gdyby oczekując czyjegoś przybycia, lub też słuchając odgłosów jakich, czy dźwięków, dostępnych własnej tylko jego wyobraźni. W czasie jednego z takich momentów rzuciłem okiem na otwartą książkę, leżącą obok otomany i zauważyłem tam ustęp, zakreślony ołówkiem. Był to ustęp z trzeciego aktu »Orfea«, tej pięknej włoskiej tragedyi, ustęp, którego żaden mężczyzna nie odczyta bez dreszczu przejmującego wzruszenia, a który każdą pierś kobiecą cichem westchnieniem podniesie. Obok leżała ćwiartka papieru, zapisana ręką mego przyjaciela. Był to wiersz napisany bardzo nieczytelnie, który jednak udało mi się z trudnością odcyfrować.

O! byłaś ty mi wszystkiem Miła,
Za czem się duch mój rwie z tęsknicą...
Zieloną wyspą w morzu Miła,
Źródłem, fontanną i świątnicą,
Osnutą drzew owocnych cieniem,
Zdobną w ofiarnych kwiatów zwoje.
A wszystkie kwiaty były moje.

Ach! sen zbyt piękny, by trwał długo,
Gwiazda nadziei bezpowrotnie
Zagasła. Przyszłość wartką strugą
Rwie mnie, bym za nią spieszył lotnie,

Lecz nad przeszłości falą smętną
Duch mój bezwładnie tkwi rozpięty,
Wpatrzony w toń zatoki mętną
Bezmowny, martwy, bólem zajęty.

Zgasła mi jasna światłość żywa
I nigdy, nigdy, nigdy już!
(Słowo to uroczyście wzywa
Zalewną falą na brzeg mórz).
Nigdy już pień rozdarty gromem
Młodości wiosną nie odkwitnie,
Ni orzeł ranny nad skał złomem
Do lotu się nie zerwie szczytnie.

Więc, gdy mi wszystkie dni pobladły,
Pytam w noc każdą mgieł roztoczy
Gdzie? i na jakim cichym brzegu?
Płoną dziś twoje czarne oczy.
Gdzie? i na jakim świata krańcu?
Nad jakich sennych wód topielą?
Śnieżne się twoje stopy bielą
Rozchwiane w eterycznym tańcu.

Wiersz ten napisany był w angielskiej mowie, co mnie bynajmniej nie ździwiło, zastanowiła mnie raczej data i miejsce. Wiersz datowany był w Londynie. Pamiętałem przecież dokładnie, że, gdy w czasie dawniejszych naszych rozmów zapytywałem mego przyjaciela, czy nie spotkał tam Marchezy Afrodite, która jeszcze przed zamęźciem swojem spędziła w stolicy Anglii lat kilka, odpowiedział mi na to, że w mieście tem nigdy nie był. Nie wiem też, dlaczego przyszły mi na myśl pogłoski, wedle których autor wiersza miał być nie tylko z wychowania, ale i z urodzenia Anglikiem.
— A tu oto jeszcze jeden obraz — rzekł odkrywając zasłonę, po za którą znajdował się portret Marchesy Afrodite. Nigdy jeszcze nie widziałem dzieła ziemskiej sztuki, któreby oddawało z taką doskonałością nadziemską piękność oblicza i postaci. Eteryczna postać Marchezy stała przedemną taką, jaką przedstawiła się oczom moim zeszłej nocy, na stopniach pałacu dożów. W wyrazie jej twarzy dawał się dostrzedz mimo promiennego uśmiechu, ów nieuchwytny cień melancholii, nieodłączny od wszelkiej doskonałej piękności. Prawą rękę trzymała złożoną na piersiach, lewą ukazywała na stojącą u stóp jej etruską wazę. Drobne te stopy były podobnie jak wczoraj obnażone, a z ramion jej wytryskały zaledwie dostrzegalne — jak ze mgły utkane skrzydła, zlewając się z przeźroczem świetlnych oparów, opływających całą jej wdzięczną postać. Przeniosłem wzrok z portretu na twarz przyjaciela mego, i mimowoli wybiegły mi na usta pełne siły słowa Bussy d’Ambois:
»Stoi tu jako posąg Rzymianina, zanim go w marmur śmierć kamienną zmienił«.
— Chodź pan — rzekł po chwili — prowadząc mnie do srebrnego, bogato emaliowanego stołu, na którym stały dwie etruskie wazy, podobne zupełnie do wymalowanej na portrecie. Wcześnie to jeszcze — dodał po chwili namysłu, słuchając uderzenia godziny, pierwszej po wschodzie słońca. Wcześnie to jeszcze, ale cóż robić, wypijmy na powitanie słońca, spełnijmy te puhary na cześć promieni słonecznych, których blask usiłują zaćmić napróżno promienie świec i dymiących kadzielnic.
To mówiąc, wychylił olbrzymi puhar napełniony winem, a potem drugi jeszcze i trzeci.
— Śnić, marzyć — mówił, powracając do dawnego lekkiego tonu — było jedynem zatrudnieniem mego życia. Dlatego stworzyłem sobie dom ten, tu w sercu Wenecyi. Nieprawdaż, co za mieszanina różnorodnych przejawów piękna? Przedpotopowe wykopaliska zdają się urągać egipskim i jońskim sfinksom, spoczywających na wschodnich kobiercach, a przecież tchórzliwa tylko wyobraźnia zlęknie się tego chaosu. Ludzie zrobili sobie z czasu i miejsca rodzaj straszydła, które zohydza im wszelkie pojęcie wzniosłości Duch mój, na kształt tych zdobnych arabeskami kadzielnic, trawi się w ogniu i gorączce doczesnego bytu, dojrzewając do innych straszliwszych wizyi, czekających nas w kraju, gdzie się już sny rzeczywistością stają. Tu zamilkł nagle i zdawał się znów nasłuchiwać, a potem szepnął zaledwie dosłyszalnym głosem, te słowa biskupa Chichester.
»O! czekaj na mnie, spotkasz mnie niebawem. W głuchej krainie pośród błędnych cieni«.
Rzekłszy to, wyprostował się, a potem opadł na otomanę, jak gdyby snem zmorzony. Musiał to być oczywiście skutek wina, które wypił w tak nadmiernej ilości. Jednocześnie prawie usłyszałem szybkie kroki na schodach, a potem stukanie do drzwi. Pospieszyłem otworzyć, obawiając się niepowołanych świadków. Paź to był z pałacu Mentoni, który wpadł, wołając:
— Pani moja Marchesa Afrodite zmarła nagle, otruta. O piękna Afrodite.
Pospieszyłem do śpiącego, chcąc go obudzić, lecz członki jego były już sztywne, usta śmiertelnie blade, wzrok skamieniały. Powróciłem chwiejąc się do stołu i ręka moja napotkała rozprysły czarny puhar. Wtedy dopiero do świadomości mojej doszło poznanie straszliwej prawdy.

Edgar Allan Poe - Nowelle (tłum. Beaupré) page 062.png


Przypisy

  1. Poeta ma tu na myśli Byrona.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Edgar Allan Poe, Barbara Beaupré.