Nowele (Sieroszewski, 1914)/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Nowele | |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« | |
| Data wyd. | 1914 | |
| Druk | Drukarnia Narodowa | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
DRUKARNIA NARODOWA W KRAKOWIE – 4 – 14.
|
— Anno, są!... Nareszcie przyszły... Jedziemy! Doprawdy przyszły... Jedziemy!... Rozumiesz? — wołał pobladły od wzruszenia mężczyzna, wpadając z papierami do jurty.
Młoda kobieta zerwała się z ławy i pochwyciła stojące obok dziecko.
— Kto przyszedł? Co takiego!? — pytała z wyrazem bolesnej trwogi.
— Pozwolenie... — szeptał mąż. — Rozumiesz: pozwolenie!...
Podsuwał jej blizko papiery, ale ona nie widziała ich, zapatrzona szeroko otwartemi oczami gdzieś w głąb swego lęku, w przeszłość czy przyszłość, aż nagle świadomość mignęła w jej źrenicach i wtedy pośpiesznie zakryła ręką twarz, nabrzmiewającą łzami.
Zdziwione dziecko zwróciło ku niej szafirowe oczy i zaczęło poważnie świdrować paluszkami w szczelinach kurczowo zaciśniętych palców. Mężczyzna objął oboje, przytulił do siebie i mówił dalej głosem przyduszonym:
— Gołąbko moja... kochana moja... uspokój się!... Wszak to już koniec, już wszystko minęło... Wolni...
— I cóż? Kiedyż?! — spytała, wycierając łzy.
— Zaraz, dziś... Leo pisze, że parowiec odchodzi jutro wieczorem. Musimy dziś na noc wyruszyć; inaczej nie zdążymy. Już kazałem Betiugetowi konie z pługa wyprząc i wóz oporządzić... Chwili nie mamy do stracenia... Rzuć wszystko i zaraz bierz się do pakowania.
— Ach, Stefku, tak nagle?! Wszystko w życiu naszym dzieje się takiemi skokami!... — westchnęła pani Anna.
— Cóż robić?! Taka niesie nas fala... Dobrze przynajmniej, że tym razem szczęśliwa! Trzeba korzystać z odpływu... Śpiesz się...
Pani Anna postawiła dziecko na ziemi.
— Niech Oleś będzie grzeczny i nie przeszkadza mamie.
W odpowiedzi na to Oleś wetknął głowę między jej kolana i uczepił się fałdów sukni z wielce obiecującym bąkaniem.
— Tylko niech Oleś nie płacze, bo to będzie bardzo brzydko z jego strony. Tatuś zajęty, a mamusia musi rzeczy pakować!... Ach, Boże, co za chaos! Doprawdy, nie wiem od czego zacząć. Czyżbyś miał serce, Stefanie, opuścić nas w tej potrzebie — dodała z uśmiechem, spoglądając na męża, który jak stał, w czarnym filcowym kapeluszu na głowie, przysiadł u stołu i szybko list kreślił.
— Hej, Betiuget!...
W otwartych drzwiach, na tle błękitu i dalekich, wyzłoconych słońcem lasów modrzewiowych, pojawiła się oliwkowa twarz młodego Jakuta.
— Odnieś list do pana nad Białe jezioro — rzekł po jakucku. — Żywo! Uwijaj się!... Dałeś koniom jęczmienia?
— Dałem, panie. Zrobiłem wszystko, co pan kazał...
— Ruszaj z kopyta! Pytasz, od czego zaczniemy? — zwrócił się do żony. — Przedewszystkim przyniosę ze śpichrza kufry i skrzynki, a ty tymczasem wybieraj odzież oraz rzeczy niezbędne i składaj na jedno miejsce... Ale nie bierz za dużo, bo nie starczy nam pieniędzy na opłacenie frachtu.
Pani Anna aż w ręce klasnęła.
— Za dużo?! Zdaje się, że nigdy nie mieliśmy ich za dużo... A co zrobimy z resztą?
— Resztę... podarujemy sąsiadom! — odrzekł Stefan po chwili namysłu.
Chciała zrobić uwagę, ale był już za drzwiami i ze zgrzytem obracał klucz w zamku maluchnej śpiżarki; pocieszyła się więc jedynie giestem wymownym i, nucąc piosenkę, zaczęła zbierać rzeczy.
Pracowali pilnie, bez wytchnienia, otoczeni kurzawą starych rupieci. Oleś, uszczęśliwiony widokiem tylu nieznanych przedmiotów, leżących na ziemi, zachowywał się nadspodziewanie cicho, zato co chwila niósł coś do ust lub wlókł do kąta.
Wieczór zapadał. Z otwartych drzwi powiało chłodem. Złoty, słoneczny blask na dalekich modrzewiowych lasach zamienił się w blask miedziany. Zmrok w chacie nasiąkł jego czerwienią. Anna rozpaliła ogień na kominku i nastawiła wieczerzę. Z dziwną tkliwością dotykała prostych i grubych naczyń, które tak długo służyły im w doli i niedoli. Stefan wiązał mocno sznurami skrzynie i pakunki.
— Betiuget! już wróciłeś? — krzyknął, spostrzegszy na popielatej ziemi podwórka wydłużony, popielaty cień człowieka.
— To ja! Chłopak został w tyle! — odpowiedział wysoki, barczysty przybysz, pochylając się w nizkim wejściu. Zdjął z łysawej głowy wytartą, futrzaną czapkę, a dubeltówkę, którą miał w ręku, powiesił na kołku.
— Poczciwy jesteś, żeś przyszedł — witali go, ściskając mocno za rękę. — Jedziemy... zaraz... za chwilę...
— A wiem, pisałeś, ale czemu tak nagle?
— Musimy się śpieszyć. Parostatek odchodzi jutro wieczorem. Mamy więc przebyć sto wiorst w dwadzieścia cztery godzin. Jeżeli nie zdążymy, będę musiał czekać drogi zimowej, gdyż nie mogę żony i dziecka wieźć konno. Zresztą na podróż parostatkiem pieniędzy nam starczy, ale na podróż końmi — żadną miarą...
— Gdybyście się wstrzymali z wyjazdem, możeby wam się udało sprzedać chatę, spieniężyć coś z gospodarstwa, możeby kto nabył podorane grunta!...
Stefan roześmiał się.
— Grunta wracają do gminy. A co do sprzedaży rzeczy, to wiesz dobrze, że skoro sąsiedzi dowiedzą się, iż niedługo wyjeżdżam, nikt nic nie kupi. Oni już teraz uważają wszystko za swoją własność. „Żyłeś wśród nas — powiadają — korzystałeś z naszej ziemi i opieki, powinieneś nas uszanować!“ Onegdaj kazałem rozebrać kawałek własnego płotu na ogień, to mi robili wymówki, że psuję ogrodzenie pola. Przyznać należy, że mają do pewnego stopnia rację. Podstawą własności jest jedynie istotne władanie, istotne użytkowanie i istotna potrzeba... Nic nie będę sprzedawał. Część podaruję sąsiadom, a co lepsze wybiorę i oddam Betiugetowi. Pracował razem ze mną lat kilka. Przyjemnie pomyśleć, że przez to chłopak może się dźwignie i zostanie samodzielnym gospodarzem... Tu na to potrzeba tak mało...
— Hm! Co słyszę? Popieramy stan trzeci z ujmą czwartego? Prędko jadą... powracający! — żartował gość, śledząc z zaciekawieniem manewry Olesia, który kręcił się koło komina z widocznym zamiarem pomieszania brudnym kijem w gotującej się zupie.
Pani Anna wzięła syna na ręce.
— Nie! — ciągnął poważnie Stefan. — Ale chciałbym zostawić tu właśnie, gdziem tyle lat spędził, widomy znak mej życzliwości... Zrobić coś dobrego komuś, kto czuje, płacze i śmieje się... A że dla tego wybrałem mego robotnika, to rzecz zrozumiała. Społeczeństwo rzecz szanowna, ale dokuczyły mi abstrakcje... strasznie mi dokuczyły! Nigdy nie czułem tak trawiącej tęsknoty do czynów realnych, jak w tym roku ostatnim... Rozumie się, że mówię to nie z powodu podarunku Betiugetowi, lecz ot, tak sobie... wogóle! — mówił Stefan szybko i bezładnie.
— Rozumiem cię. Marudzę też, ot tak sobie... Chciałem usłyszeć twe gorące, namiętne dowodzenia, twój ostatni spór... Po prostu nie mogę pogodzić się z myślą, że... za parę godzin... już was tu... nie będzie... Nie będzie nikogo...
Głos mu się z lekka załamał. Stefan zaprzestał naciągać sznur wkoło skrzyni i spojrzał bystro na mówiącego.
— Daruj, Karolu! — rzekł serdecznie. — Ale ja ani na chwilę nie wątpię, że się spotkamy na południu...
— Nie wiem. Ta straszna czczość życia i pustka, którą chwilami nieledwie fizycznie odczuwam, wydaje mi się nie do wytrzymania... Jest gorszą od mogiły! Gdy nadchodzi, ogarnia mię paniczny przed nią strach... Przedtym biegłem do was... Dokąd teraz ucieknę?...
Anna z dzieckiem przysiadła obok niego na ławie.
— Doprawdy, podli jesteśmy, przyjacielu — podli, bo tacy... strasznie szczęśliwi! Gdybyś choć chciał nas skrzywdzić... coś okrutnego powiedzieć!
Karol wzruszył ramionami.
— Będziemy pisywali — mówił Stefan, siadając z drugiej jego strony, ale wnet zerwał się i spojrzał na zegarek. — Czas, czas... Anno, dawaj kolację i ubieraj dziecko... Hej, Betiuget, zaprzęgaj!
W godzinę potym ładowny wóz toczył się wartko po szerokiej, ubitej drodze, stwardniałej od letniej spiekoty. Koła lekko obracały się na suto posmarowanych osiach żelaznych, konie, wstrzymywane przez Betiugeta, biegły równo, raźno, radośnie. Rudy kurz wzlatał kłębami z pod kół i kopyt i rozwłóczył się po gościńcu. Na wozie siedziała rodzina Karskich i Karol z dubeltówką na plecach.
Milczeli.
Milczały również po bokach nieprzejrzane modrzewiowe lasy, nagrzane w czasie dnia a obecnie jakby omdlewające od mocnych smolnych zapachów, z zielenią poblakłą, poszarzałą, nasiąkłe różowym zmrokiem wieczoru. Milczały śródleśne trawiaste doliny i lśniące krwawo wśród nich jeziora pod cieniuchnym muślinem oparu. Milczały mijane chaty, z ich kominów nie snuły się już dymy, w oknach nie błyskało światło. Spały stada, układszy się pstremi gromadkami na osędziałych od rosy pastwiskach. Usnął wiatr wśród zwichrzonych przez się za dnia badyli, kwiatów i traw. Umilkł pogwar fal. Nie szemrały liście, nie szumiały niwy... Na wszystkim leżała pieczęć majestatycznego spokoju i... obojętności. Jakby cały ten kraj chciał dobitnie raz jeszcze powtórzyć odjeżdżającym, że nikt tutaj po nich nie zatęskni, nawet nie westchnie, chyba ten ich towarzysz, bolejący nad tym głównie, że musi tu zostać...
A nad wszystkim płynęła górą spokojnie biała, z bladym rumieńcem na zachodzie, bezgwiezdna, letnia noc podbiegunowa, rozpuściwszy szeroko przejrzysty swój welon.
— Poco ja jadę? przecie... nie dojadę! — odezwał się wreszcie Karol. — Stań, Betiuget! Żegnajcie!...
Uściskali się krótko, mocno, mężnie, poczym wóz zaturkotał dalej, a myśliwy zawrócił na boczną drożynę i utonął w zaroślach. Gdy chwilę potym Anna obejrzała się za siebie, już nikogo nie było na drodze.
— Ach, jestem niegodziwa egoistka, ale... nie mogę, nie mogę teraz się smucić! — rzekła kobieta, opierając głowę na ramieniu męża. — W duszy gra, śpiewa... jakiś hymn potężny, jakiś tryumf!... Gdyby nie wstyd i nie obawa, że obudzę Olesia, krzyczałabym w głos, piałabym, śpiewała... Do życia, do ludzi!... Nareszcie, nareszcie!... Jakieś zorze wstają po długiej nocy... I smutno mi, i wesoło, i jakoś straszno... ale słodko, ale upajająco... Serce mi drży w takt warkotu kół i konie wydają mi się naszemi skrzydłami...
— Betiuget, puść konie, za mocno je zdzierasz. Niech cokolwiek pobiegną! — rzekł Karski.
— Obżarte są, zapalą się odrazu...
— Puść, puść, nic im nie będzie, dalej znowu wstrzymasz!
Droga staczała się po łagodnej pochyłości. Można było nie obawiać się ani wybojów, ani korzeni, gdyż las odstąpił daleko od przydroża, otwierając rozległy widok na spuszczające się coraz bledszemi smugami ku rzece zielone łąki, na sinawe góry, zamykające widnokrąg.
Jakut popuścił lejce, pochylił się nad końmi i krzyknął dziko. Zwierzęta drgnęły, skuliły się, potym zachrapały, rozpuściły ogony i grzywy, szarpnęły jak obłąkane i poniosły jak wicher. Koła zafurkotały, jak loty jastrzębie, wóz zadrżał rozpaczliwie, a na podróżnych ten pęd, odpowiadający ich uczuciom, podziałał, jak wino. Oczy ich zabłysły, rysy zaostrzyły się, na licach zapaliła się łuna; przyciśnięci do siebie, pochyleni, lecieli naprzód, jak dwugłowy gryf, tuląc do piersi śpiące spokojnie dziecię. Lecieliby tak nieustannie, aż do samego kraju!
Lecz pod górą woźnica konie zatrzymał, stanął, zszedł z kozła, wytarł rozhukanym zwierzętom nozdrza i boki sianem, dał im chwilkę wytchnąć, przegryźć po garści suchej trawy i ruszył ku szczytowi piechotą. Karski też z siedzenia zeskoczył i poszedł po drugiej stronie wozu.
Po stromym wjeździe dostali się na dziką, lesistą płaskowyżynę. Stąd droga wszywała się w samo serce ciemnej, niezamieszkanej tajgi. Tu i owdzie rozświetlały las obszerne błota, porosłe kępami i szuwarem. Czarne jeziora błyskały w cieniu zarośli. Ale ryba nie pluskała się w nich; nigdzie nie było widać ptaszka, ani zwierzęcia i żaden dźwięk nie naruszał ciszy. Tylko koła wozu stukotały po siatce żylastych korzeni, obnażonych na gliniastej drodze, lub grały przykrego marsza na dylach grobel, ułożonych niedbale, wpoprzek moczarów. Podróżni tańczyli wówczas na siedzeniach bolesny, przymusowy taniec, a znudzone konie wlokły się leniwo, wyszukując starannie wśród wybojów miejsc dogodnych do postawienia kopyta.
W południe dotarli do sadyby jakuckiej, jedynego przystanku w tej części drogi.
Karski niepokoił się i rwał naprzód, ale trzeba się było posilić i koniom dać wypocząć.
— Stąd droga dobra, pojedziemy! — pocieszał go Betiuget.
Karski znał doskonale drogę i wiedział, że ta dobroć polegała na dodaniu lotnych piasków do poprzedniej kombinacji stwardniałej gliny i cuchnących bagien.
Gdy stanęli wreszcie na urwistym zjeździe, wiodącym znowu do doliny rzeki, słońce już zniżało się ku zachodowi. Ponad czubami drzew, gwałtownie opadających na dół, otwierał się widok rozległy na pola, łąki, wsie i oddzielne sadyby z bladą wstęgą drogi, wijącej się wśród nich.
Karski chciwie zapuścił oczy daleko, daleko w stronę, gdzie nad srebrzystą smugą wody skrzyły się w promieniach zachodu nikłe iskierki miejskich wieżyc złoconych. Szukał dymu na przystani, ale zostało jeszcze prawie cztery mile do przebycia i dymy nikły we mgle odległości.
Zjechali ze spadzistości z szaloną szybkością przyzwyczajonych do takiej jazdy Syberyjczyków. Konie znów rozgrzały się i rozszalały.
— Puść je, puść! Droga dobra!
— Daleko!... — odrzekł niechętnie Betiuget, który miał obiecanego jednego z koni.
Ale ponieważ obietnica była warunkową, więc chłopak też z trwogą spoglądał na słońce i nawet popędzał chwilami zwierzęta.
Pod koniec mknęli pełnym, wyciągniętym kłusem. Karski lubił konie i znał się na nich. W czasie długiego w tym kraju pobytu dobrał był sobie słynną na całą okolicę parę. Teraz zwierzęta, jakby chcąc mu się odpłacić za pieczołowitość, grzmiały po ubitej drodze, jak lecąca burza, aż echo odbijało się w górach. Mijali szumiące kłosami niwy w opłotkach, mijali otwarte pastwiska, skąd stada już wracały do domów, odrapane jurty jakuckie, gdzie zwykle z ujadaniem witały ich psy kudłate; przelatywali błyskawicą przez bogate, dobrze zabudowane wsie „skopców“[1], wywołując zdziwienie na obrzękłych, kobiecych twarzach spotykanych kastratów.
Niektórzy poznawali Karskiego, kłaniali się mu i wołali nań, ale nie miał czasu na rozmowy. Raz tylko zatrzymał konie i zapytał jadącego z miasta przekupnia, czy jest tam jeszcze parowiec.
— A no jest, ale miał iść!...
— Pędź, pędź, Betiuget!... choćby konie paść miały! — krzyknął Stefan.
— Padną, to zupełnie staniemy!.... — odrzekł flegmatycznie Jakut.
Karski skoczył na kozieł i odebrał Betiugetowi lejce. Konie poczuły pana i czas jakiś biegły po dawnemu, ale siły ich widocznie topniały. Starszy, siwy — wierny towarzysz pierwszych, najcięższych czasów pobytu tutaj Karskiego — bardzo osłabł. Stefan z bólem serca musiał go smagać. Szlachetne, nie bite nigdy zwierzę za każdym razem szarpało rozpaczliwie postronki, lecz nie mogło już zdążyć za młodszym towarzyszem; uprząż na nim wkrótce znowu wolniała. Drugi, wrony, z „rybiemi oczyma“, brzydki i zły, ale niezmiernie wytrwały, biegł z tymsamym rozmachem i energją, co i pierwszą wiorstę, kąsał jedynie przy lada sposobności swego towarzysza i chudł w oczach.
— Ten, siragiaś, padnie, a biegu nie zwolni!... — wołał z zachwytem Betiuget.
Co pięć wiorst stawali, aby konie wytchnęły, i karmili je suchym jęczmieniem. Pomimo takich wysiłków dostali się do miasta dopiero o północy.
— Jest parostatek? — spytali pierwszego przechodnia.
— Jest! — odparł ten.
Karski odetchnął z głębi piersi, otarł znój z zakurzonej, poczerniałej twarzy i oddał lejce niemniej odeń uradowanemu Betiugetowi.
— Zawracaj na przystań!
Minęli biały, murowany klasztor i wyjechali nad rzekę. Potężna, szaro-srebrna wstęga wody, różowa od blasków różowej nocy, spokojnie płynęła w pociemniałych brzegach. Blado odbijały się w niej wiejskie budowle, stosy belek, białe obłoki i niebo pobladłe. U przystani, skleconej z desek, stały rzędy statków, umocowanych na grubych, napiętych i wciąż drżących cymach, ale parostatku nigdzie nie było widać...
Karski nie chciał wierzyć swym oczom. Zeskoczył z wozu i pobiegł wzdłuż wybrzeża, aż tam gdzie ono skręcało za biały klasztor. Rozwarło się przed nim wodne roztocze jeszcze gładsze, jaśniejsze, szersze i bardziej puste. Jedynie gdzieś daleko, na skraju horyzontu majaczył nizko nad wodą mały, zwiewny obłoczek, czy dymek...
— Stefanie, właśnie cię szukam! Czemuś się spóźnił?!... Odszedł przed godziną! — wołał nań zbliżający się od strony miasta mężczyzna.
Stefan obrócił się ku niemu, ale nie zaraz mu odpowiedział. Stał, jak skamieniały. W oddali Betiuget oprowadzał wolno po łące wycieńczone konie wraz z wozem, na którym siedziała Anna.
Pani Matrona, otyła gospodyni tak zwanej „wspólnej kwatery wygnańców“, oblała przybyłych potokami słów, pełnemi współczucia. Zwykle wszystkich swych gości topiła w powodzi „współczucia“, poczym zwolna przechodziła na własne „ciężkie położenie“, i kończyła tym, że zmuszała słuchaczów litować się nad sobą, a więc — traktować z wyrozumiałością brud, liche pożywienie, nieścisłe rachunki i inne usterki powierzonego sobie gospodarstwa. Na panią Annę napadła odrazu, wyrzucając jej złe traktowanie Olesia.
— Co to jest, proszę pani? Czy to się godzi?... Bóg pani dał takiego ślicznego chłopaczka, a pani co z nim robi?!... Pani go marnuje!... Trzeba go hartować, puścić na ulicę na słońce, na powietrze... Niech się przyzwyczaja!... Niech sobie lata!... A to wciąż w pokoju i w pokoju... w śmieciach, które sam tutaj robi!... To na nic! Tosamo z pokarmem: najzdrowsze, co najprostsze! Niech mi pani wierzy!... Nasze chłopskie dzieci, z przeproszeniem, wszystko jedzą, a czy to źle wyrastają? Mój mąż nieboszczyk, Bazyli, był, z przeproszeniem pani, jak dąb, a pamiętam, jak opowiadał, że najlepiej mu smakowała rzodkiew z olejem...
W Stefana usiłowała pani Matrona wmówić, że nietylko nie stracił, spóźniwszy się na parostatek, ale nawet zyskał.
— Bo to, proszę pana, ja wiem dobrze, jak to na parostatku: ciągły turkot, hałas, ani to się wyspać, ani zjeść... A głównie drożyzna. I nareszcie... może się zdarzyć rozbicie okrętu. Niech mi pan wierzy: niema to, jak z holownikami, po staremu, wolno, poważnie, bezpiecznie, tuż u lądu... Zechce pan, to pana zaraz na brzeg wysadzą; idzie pan sobie spacerem, jagody zbiera, szyszki cedrowe... A chce pan, to pan siedzi w łodzi i spokojnie, powolutku sobie jedzie. Utonąć niepodobna, bo płyną tuż przy brzegu, nieledwie po ziemi. Jeżeli pan się namyśli, to mój Andrzej poszuka panu holowników, niech go pan tylko ładnie poprosi. Choć on czasu ma mało, ale to człowiek uczynny... Czego dla swych panów nie zrobi?! Prawda, Andrzeju?...
Z poza drzwi wychylała się zwykle naówczas konopiasta, rozczochrana głowa Andrzeja z twarzą uśmiechniętą szeroko, aż po sine dziąsła.
— Mało zostało holowników. Już odjechali, ale... może się znajdzie. Trzeba poszukać. Pewnie, że się znajdą! Za pieniądze i djabli tańczą!
Stefan po całych dniach błąkał się posępny po mieście, zbierając wiadomości o parowcu, o holownikach, o poczcie... Nie wiedział, co robić. Każdy mu radził co innego, a wszystkie projekty rozbijały się o brak pieniędzy. Leon radził jechać pocztą.
— Najkosztowniejsza droga, ale najprędsza! W rezultacie zrobisz oszczędności na jedzeniu, gdyż spędzisz w drodze nie miesiąc, lecz dwa tygodnie...
— Ależ zrozum, człowieku, że ja wprost nie mam na opłacenie nawet przejazdu... Nie mówię o strawnym. Zresztą nie śpieszy mi się znów tak bardzo.
Leon gwizdał i chodził po pokoju z miną obrażonego.
— Pieniądze furda! Zawsze można... pożyczyć! — wyrzekł stanowczo, biorąc za czapkę.
Uciekał, gdyż sam właśnie nie miał ani grosza, a kredyt swój dawno wyczerpał. Ale że był chłopakiem dobrym, „znanym ekonomistą teoretykiem“, nawet po trochu „pisarzem“, więc robił usilne poszukiwania „marnej mamony“ lub nowych „kombinacji“ kredytu. Tymczasem pani Anna co wieczór błagała męża:
— Jedźmy, jedźmy gdziekolwiek... Brud, zaduch, kurz tego miasta przerażają mnie... Oleś blednie... W dodatku grasuje epidemja... Chwilami wierzyć przestaję, że ujrzę swoich. Wydaje mi się to dalekim... dalekim... niedościgłym marzeniem. Czas uchodzi, a co niesie najbliższa przyszłość... niewiadomo. W nocy, gdy coś stuknie lub brzęknie na ulicy, już spać nie mogę, myślę, że idą odebrać nam pozwolenie na wyjazd Czy zaręczysz, że tak nie będzie? Czy nie było podobnych wypadków? Jedźmy, jedźmy byle jak, byle dalej, byle nie siedzieć na miejscu...
Stefan podzielał jej obawy, choć nie dawał tego po sobie poznać; nieraz jednak bladł, spotrzegszy zdaleka osobnika w mundurze, idącego w kierunku „wygnańczej kwatery“, i chwytał się nieznacznie za pierś, gdzie miał schowany paszport. Zgodził się więc po paru dniach na projekt Matrony porozumienia się z holownikami barek towarowych, wracających w górę rzeki na południe; obiecał rubla uczynnemu Andrzejowi i tegoż dnia pod wieczór udał się wraz z nim na miejską przystań berlinek i łodzi.
Przystań mieściła się tuż pod miastem, u wybrzeża zabudowanego ogromnemi hurtownemi składami o szerokich drzwiach i małych okienkach. Była to mała, płytka, spokojna zatoka, służąca zwykle za śmietnik nadrzecznym mieszkańcom. Obecnie statki gęsto ją wypełniały. Ogromne „pauzki“, przybyłe z wiosennym rozlewem, zbite według prastarych kozackich wzorów z prostych desek sosnowych — ciężkie, niezgrabne, żółto-białe — wyglądały w zmielałej zatoce, jak trupy mamutów, wyrzucone przez powódź i ugrzęzłe beznadziejnie w mułach. Woda już nie rządziła niemi, a szeroko otwarte niestrzeżone drzwi, okna i luki świadczyły o opróżnionym od towarów wnętrzu. Obok stały lżejsze i zgrabniejsze kajuki, kryte i niekryte galary, szkuty, baty, to próżne, to pełne pak, beczek, worów, pęków żelastwa, stosów skór, zwojów sznurów... Tu i owdzie szary łańcuch statków roboczych przerywała elegancka, spacerowa barka kupiecka, biało malowana, z czerwonemi lub niebieskiemi szlakami na burtach, z kotwicą u dzioba, z mostkiem u rudla i malowanym masztem pośrodku, zdradzająca względną czystością zupełną swą bezużyteczność. Wszędzie roił się tłum ludzi, barwnie ubranych w kolorowe, perkalowe koszule, w szerokie manszestrowe rajtuzy, w kurtki kortowe, aksamitne lub „szwedzkie“ skórzane, z malinową podszewką; w czapkach, w kapeluszach, w bermycach, zwykle zawadjacko naciśniętych na bok albo zepchniętych na tył głów kosmatych i nieczesanych. Były to przeważnie postacie rosłe, zamaszyste, podpasane powrozami lub pasami, czasem bose, ale zawsze z nożami u bioder, z szorstkiemi, opiłemi rysami, ze spojrzeniem mętnym, tajemniczym, jak zamknięte drzwi więzienia. Czasem przewinęła się wśród nich oliwkowa twarz Jakuta ze świecącemi, wązkiemi oczkami lub rumiane i białe, jak „pszenna bułka“, oblicze miejskiego kupca w meloniku na głowie i „cywilizowanym“ paltocie na szerokim grzbiecie. Wszyscy ruszali się, gadali i przedewszystkim... klęli... klęli zajadle, z upodobaniem i fantazją. Jednocześnie brzeg jęczał pod kołami wozów, rozwożących towary, dudniał pod stukotem przetaczanych skrzyń i okseftów. We wnętrzu statków huczało, jakby tam tłukły się roje zamkniętych trzmieli i bąków olbrzymich. Obdzierane z desek „pauzki“ huczały pod uderzeniami młotów i siekier, jak kotły bojowe olbrzymów... Warczały zgrzytliwie sztaby i blachy przerzucanego żelastwa... I co chwila ponad ten wielogłosy koncert buchały to tu, to tam, zbiorowe, głuche jęki gromad ludzkich, dźwigających lub zrzucających z siebie nadmierne ciężary. W powietrzu rozchodziła się woń rzecznego mułu, smoły, schnącego drzewa i potu ludzkiego. A dalej już poza tym rozpościerał się błękit nieba i modra płachta potężnej rzeki, oddzielona od zatoczki niziutką i wązką strzałką żółtego piasku. Rzeka mknęła szybko, obojętna na kłopoty ludzkiego roju, zajęta wyłącznie własnym celem, majaczącym niewyraźnie w odległych błękitach. Po jej zwierciadle, wysrebrzonym bruzdami nurtów, pocętkowanym łuskami świerzy, dążyły na ukos, ku miastu, od mglistych brzegów przeciwnych nieliczne, wiotkie, podobne do szklarek łódeczki krajowców, lub sunęły ciężkie „karbasy“, chlupiąc niezgrabnie szerokiemi jak płetwy wiosłami. Niekiedy „kajuk“ z wydętym, białym żaglem przepływał lekko w podmuchach niedostrzegalnych na lądzie wiatrów.
Krok w krok za Andrzejem przepchnął się Stefan przez tłum i wszedł na pomost statków, połączonych z sobą wąziuchnemi kładkami. Musieli przebyć cały szereg pokładów i schodni, zanim dostali się na półobdartą z obszycia „pauzkę“, świecącą żebrami szkieletu, niby oprawiony wieloryb. We wnętrzu pauzki uwijali się ludzie z siekierami, dłutami, obcęgami. Gromadka ich siedziała u ognia, płonącego pośrodku na ceglanej platformie. Były to te same postacie w kolorowych koszulach, w futrzanych czapach, w szerokich szarawarach, z nożami u pasów. Nie obejrzeli się nawet na przychodniów, grzejąc dalej z niezmąconą powagą u ogniska spracowane ręce i wyglądające z dziur niezmiernie brudne kolana. Kiedy Andrzej spytał, gdzie jest „szypeł“ Damjan, któryś z nich odburknął półgębkiem, że Damjana niema... ale jest Koźma. Wyglądało to na żart wobec nierozłącznych imion dwuch „świętych“, więc Karski się zawahał, ale Andrzej spokojnie udał się we wskazanym kierunku i spytał mężczyznę, czerpiącego kociołkiem wodę z rzeki:
— Gdzie tu jest Czernych, przezywany Damjanem?
Mężczyzna zwrócił ku nim smutną, podłużną, zawiędłą twarz pustelnika, zakończoną długą, rozdwojoną brodą.
— Nie wiem! — wyrzekł głucho.
— Bo to jest właśnie ten pan, który chce z nim jechać... — ciągnął niezrażony Andrzej.
Nieznajomy zajął się przedewszystkim wyławianiem palcami z kociołka zaczerpniętych z wodą wiórów i kolorowych papierków.
— A wiem!... Słyszałem... Niewiadomo, czy co z tego będzie... — bąknął niespodzianie po długim milczeniu.
— Jak to? Dla czego?
— Oni podobno jadą... z panią... Więc kupcy, co przedtym wynajęli już miejsca, nie zgadzają się... Mówią, że to się nie nadaje, że będzie im... tęskno!
— A wy kim jesteście? — spytał Stefan.
— Jestem wspólnikiem Damjana, Koźmą niby jestem... Ale ja co? — ja nic... Ja się zgodzę, byle bez to nie było gorzej!...
— Co to za kupcy? Może trzeba, żebym się z niemi zobaczył, pogadał?...
Koźma znowu zwrócił ku nim swą twarz pustelniczą.
— To już... jak powie Damjan! — Byle bez to nie było gorzej... Oj, grzechy, przewinienia nasze...
Westchnął, wstał i poniósł kociołek do ogniska. Stefan z Andrzejem pozostali na miejscu.
— Cóżeś mówił, że zgadzają się — wyrzucał chłopu Karski.
— Niech pan poczeka! Co on wie?... Nie wiedziałem nawet, że istnieje taki jakiś Koźma... Może on łże!...
Ale Koźma nie kłamał. Gruby, tęgi, czerwony Damjan, który wkrótce nadszedł, potwierdził wieść o oporze kupców i zawołał Koźmę do wspólnej narady. Ten smętnie stanął w milczeniu obok wspólnika.
— Jeżeli kupcy się zgodzą, to lepszego nie mogło nawet być skutku dla pana. To lepiej, że się pan na parostatek spóźnił, niech pan będzie pewien, nic nie przyjdzie panu żałować. Oni muszą już gdzieś do tej pory na mieliźnie siedzieć, a my zwolna, ale ciągle posuwać się będziemy naprzód... A bo to raz zdarzało się parostatki wyprzedzać, czy nieprawda, Koźma?... Pamiętasz w przeszłym roku u „Pijanego Byka“. Rozpuściliśmy żagle i jazda, panie gwiazda... A oni siedzą na rafie, jak na tronie! Co, nie prawda? Ha?!...
Koźma głową kiwał, lecz niewiadomo było, czy przeczył, czy przyświadczał.
— Aby się jeno kupcy zgodzili! — westchnął wreszcie.
— A ileż będzie mnie ta awantura kosztowała? — spytał Karski.
— Niech się pan wpierw z kupcami ułoży! Co zawczasu gadać? Prawda, Koźma? Hę! Kupcy szanowni, powszechnie znani ludzie, panowie Bryłkin, Gubkin i Tereszkin!
Karski musiał udać się do miasta, do gospody, gdzie mieszkali kupcy. Zastał ich w grubym negliżu, pijących herbatę przy otwartym oknie. Było ich trzech: dwuch tłustych, jeden chudy. Bryłkin był najstarszy, średni Gubkin miał i tuszę średnią, a najmłodszy Tereszkin wyglądał, jak nabity sadłem pęcherz. Po wielu namowach, ceregielach, prośbach, zgodzili się na podróż z Karskim i jego żoną, wymówiwszy sobie, że im będzie wolno śpiewać, o jakiej im się porze podoba.
— To błahostka! O to niech się pan nie spiera! Spać na łodzi można choć dzień cały. To nie parowiec — nie ryczy, nie gwiżdże. Posuwa się leciuchno, jak łabędź, kołysze się słodziuchno, jak paw! — dowodził Damjan.
— Ileż weźmiecie za miejsce?
— Trzydzieści rubli.
— Co?! Trzy razy tyle, co na parostatku?!
— Niech mi pan parostatkiem oczów nie wykłuwa! Co on jest, ten parostatek?... Co za taka osobliwość?! Jeżeli go pan tak ubóstwia, to niech pan czeka nań do przyszłego roku... a my popłyniemy!... My po staremu, jak ojcowie nasi: wolniutko, statecznie, na pewniaka! Czy to parostatek, na ten przykład, wysadzi pana, gdzie pan sobie upodoba, albo zatrzyma się na żądanie, albo zwolni, albo przyśpieszy... Gdzie zaś — leci jak szalony, kołysze się, burzy wodę i robi wiatr. Parostatek dogodny tylko dla kapitana, co siedzi sobie spokojnie w budce i komenderuje... Pasażery — w zaduchu, w błocie, w ciasnocie!... My co innego: my na wolnym, otwartym powietrzu podróżujemy, na słoneczku, wszyscy we przyjaźni wielkiej i zgodzie, w kompanji wesołej i znajomości, niby goście na majówce... Parostatek sobie, a my sobie!... Co on jest, kto on jest, ten parostatek!... Pluję ja na parostatek... — perzył się oryl.
Po długich korowodach zgodził się kilka rubli opuścić.
— Darmobym pana powiózł, jak Boga kocham, lecz ten Koźma... mój wspólnik... twardy jest człowiek. Milczy, ale nigdy się nie zgadza!... — zwierzał się poufnie Karskiemu.
Ten zgodził się, gdyż nie miał wyboru. Inne łodzie odpływały znacznie później. Coby więc mógł zyskać na tańszym przejeździe, to straciłby przez dłuższy pobyt w mieście.
— Bardzo dobrze!... Zupełnie dostatecznie dobrze! — mówił Damjan, chowając do kieszeni zadatek. — Szkoda jednak, że pan nie pogadał z kupcami o ich odziewku. Ludzie są otyli, lubujący się w chłodzie... Trzeba było wymówić sobie odzienie!
— Jakie odzienie?... Cóż znowu takiego?...
— Jakie odzienie... pyta pan? Niechby choć portki zawsze mieli... na kuprach! To starczy, myślę, co?
— Dla czegóżeście przedtym nie powiedzieli mi tego?... Nie wiedziałem, że wolno im chodzić nago?!
Damjan nadął policzki.
— Nago całkiem może i nie będą chodzić, ale... w blizkości wody zdarzają się natchnienia rozmaitemi myślami...
Odjazd wyznaczono nazajutrz rano. Dzień zszedł na pakowaniu rzeczy, zakupywaniu prowizji, sucharów, konserw, cukru, herbaty...
Wieczorem wpadł rozpromieniony Leon.
— Wiesz co, znalazłem kupca, który zgadza się zdyskontować wszystkie moje weksle, pod warunkiem, że mu wydam nowy... ogólny. Obiecał nawet dopożyczyć jeszcze trochę herbaty i perkalów. Chodzi jedynie o pewnego żyranta...
— Dziękuję ci. Już zawarłem umowę z holownikami. Jutro jadę. Zresztą twoja herbata i perkale niewiele przyniosą ci gotówki, nawet gdybyś... znalazł żyrantów!...
Leon posmutniał pod wiewem „tego pesymizmu“, ale że nie mógł długo pozostać bezczynnym i zrozpaczonym, więc wziął wkrótce żywy udział w nieskończonym jeszcze pakowaniu rzeczy.
Pogodny, letni poranek wyzłocił i rozbłękitnił rzekę.
Nawet ubogie, odrapane miasto wyładniało w jego promieniach. Ciemny pas nadbrzeżnych budowli, świecące ponad nim głowice cerkiewnych dzwonnic, biały klasztor za łączką na zielonym przylądku, dalekie, mgliste góry, wszystko rozświetlone i radosne, przeskoczywszy piachy nizkich mielizn i szeregi statków, przeglądały się zalotnie w potężnym zwierciedle mknącej mimo nich wody. Jarmark w zatoce jeszcze się nie ocknął. Większość barek spała cicho, szczelnie zamknięta. Nieliczne postacie ludzi rysowały się ostro w rannym, niezbrukanym kurzawą powietrzu. Przeciągali leniwie zdrętwiałe we śnie członki, prali bieliznę, myli twarze, palili fajki lub pili herbatę, siedząc u ogni, których siwe dymy cieniutkiemi strugami płynęły ku błękitom.
Na uboczu, u wylotu zatoki, oddzielnie od niedawnych towarzyszek, pokryta półkolistą budą żaglową, z masztem wzniesionym pionowo, opięta, osmolona, ogładzona, podwiązana stała duża łódź, gotowa do drogi. Nurt trącał o nią i biegł dalej z pomrukiem, jakby wabił ją z sobą, a ona drżała wciąż, kołysała się z lekka od tej pieszczoty i napinała dzierżące ją cumy, starając się nawrócić ku niemu.
Podróżni już dawno siedzieli na miejscach. W środkowej części, za płóciennemi zasłonami kupcy gadali głośno i dzwonili butelkami. W tyle umieściła się pani Karska ze śpiącym Olesiem na kolanach i wylękłemi oczami patrzała na męża. Ten, chmurny, stał na wślednim pomoście i nie spuszczał oczu z przodu łodzi, gdzie podniesione do góry żaglowe obszycie pozwalało dojrzeć pustą zupełnie, zawaloną worami komorę. Mieli tam sypiać robotnicy. Ale dotychczas śladu ich tam nie było. Jedynie mały, marny, podobny do gnoma kucharz Spirydjon kręcił się na samym dziobie łodzi, koło wyłożonego cegłami ogniska, i przestawiał niespokojnie naczynia z miejsca na miejsce. Od czasu do czasu prostował się, poprawiał łachmany na piersiach i spoglądał przeciągle na brzeg w stronę starej, przewróconej do góry dnem, na budynek przerobionej barki, z oknami przebitemi w bokach i rurą żelaznego kominka pośrodku. Stamtąd, to wzmagając się, to cichnąc, dolatywał nieustannie gwar głuchy, wielogłosy, swarliwy. Dwaj „wodni strażnicy“, z żółtemi blachami na piersiach i krzywemi szablami w czarnych pochwach u boku, krążyli dyskretnie w pobliżu.
— Na co czekamy? Gdzie gospodarz?! Gdzie robotnicy?! — krzyknął Karski do kucharza.
— Nie wiem. Chyba... chyba, mniemać można, że są... tam! — odpowiedział, kiwając w stronę budynku.
Karski zaczął się przysłuchiwać lecącym z tej strony odgłosom. Nawet jeden z kupców wysunął okazałą twarz z za płachty i spojrzał ciekawie.
— A co tam?
W tej właśnie chwili drzwi budynku otwarły się, wyskoczył z nich Damjan, kiwnął na strażnika, coś mu szepnął, i obaj znikli napowrót w szopie.
Karski zszedł na brzeg i podążył w tym kierunku. Spirydjon biegł za nim o jakie pół kroku.
— Bo to, widzi pan, co się komu należy, to się należy!... — mruczał, ciężko dysząc. — Byłbym i ja dawno z niemi, lecz... moja rzecz, kucharska rzecz... ogniowa. Zatym stoję na warudze. Brodzić po wodzie nie będę, więc mi ani brodnie, ani onucze nie są do tego stopnia potrzebne.... Mogę i tak, jak jestem... Więc nie mam nieodwołalnego powodu. Gdybym tam się znalazł, łatwoby mię spytali: a ty tu poco? a gdzie pasport?... Poco narażać się na nieodpowiednie pytania?... Powiedzą zaraz: burzyciel! A i to prawda, że jestem bitny i krewki... Gadać długo nie lubię! Raz, dwa, trzy... potym w zęby i dalej, jak się należy... Muszę się więc wystrzegać wszelkiego wzruszenia!...
Na drodze dopadł ich Leon, który biegł pośpiesznie od strony miasta.
— Dzięki Bogu; jeszczeście nie odjechali! Spóźniłem się... Wczoraj wieczorem przyjechał Makary i całą noc przedyskutowaliśmy. Makary też chciał przyjść pożegnać się z tobą, ale usnął tak twardo, że go się dobudzić w żaden sposób nie mogłem... Wiesz co, Karski, zazdroszczę ci, że wracasz właśnie teraz do Europy, w taką ciekawą, przełomową chwilę... Ale dokąd tak pędzisz na brzegu?
— Awantura! Pytanie jeszcze, czy pojadę... Zdaje się, że zmowa... — odrzekł sucho Karski.
— Zmowa?... Tutaj zmo-wa-a, strejk?... — przeciągnął zachwycony Leon. — Co ty mówisz? Gdzie? Niepodobna!... Strejk!...
Karski wskazał palcem na szopę.
Gdy weszli, gwar przycichł. Strażnik wyprostował się, Damjan opuścił wyciągniętą ku nieprzyjaciołom rękę. Robotników było dużo, znacznie więcej, niż ich najął Damjan. Widocznie zebrali się na widowisko, a po części dla dodania towarzyszom odwagi. Stali w głębi wzdłuż ścian, malowniczo oparci o siebie, i co chwila wybuchali drwinami, śmiechem, robili głośno uwagi. Na przedzie kupili się oryle Damjana.
— Zbliżcie się, panowie, zbliżcie; spójrzcie i wydrukujcie w gazetach, jak to krzywdzą nas, biednych i bezbronnych ludzi! — zwrócił się patetycznie do Karskiego i Leona obdarty włóczęga, stojący na czele gromady. Był to chłop krępy, zwięzły, z twarzą czerwoną, z buremi, wesołemi oczami i dużym, sino-żyłkowanym nosem. Nad nizkim ale wypukłym czołem wichrzyła mu się strzecha rudych, gęstych włosów.
— Ta oto pijawka, wyżymaczka bezlitosna, wyzyskiwacz, żyd w kształcie człowieka, obiecał nam dwie pary brodni i cztery pary onuczy na drogę, a jak przyszło co do czego, to daje jeno parę obutek i połowę szmat... Nie, nic z tego, kozia twoja mać, istnieją przecie prawa i w naszym państwie...
Rzucił na zakończenie brzydkim, czteropiętrowym tak dziwacznym przekleństwem, że aż szopa zadrżała od śmiechu robotników.
— A nieprawda!... A łżesz!... Dam wszystko, nie odmawiam, ale... w połowie drogi, w Olokmie, bo teraz przepijecie... Boso potym nie będziecie chcieli iść... Znam was... Ty pierwszy na piasku się położysz, burzycielu, Indorze przeklęty!... W złą godzinę spotkałem się z tobą. O dolo moja! Żebyś skisł, żebyś spłonął od gorzały, wstrętny opoju!... — złościł się Damjan.
— Bez twego wołania przyszedłbym bronić braci moich... — zimno odpowiadał Indor. — Dawaj obutki, niema co!... A co zechcemy z niemi uczynić, to nasza rzecz: może dziewczynie swojej zechcę podarować, żeby sobie z cholewy uszyła... futerał, a może worek każę z nich uszyć na pieniądze... Skąd ty możesz wiedzieć, gębo opasła, czego moja wolna dusza pragnie? A nie chcesz dać, coś obiecał, to pocałuj psa w nos, powiedz otwarcie i zostań z Bogiem!... Matkę własną do łodzi wprząż, Koźmę wprząż... Dołącz do tego przyszłe swoje potomstwo. Gurana wprząż i hajda!...
— Ty sobie gęby mną nie wycieraj! — obruszył się nagle ubrany dostatnio na uboczu stojący chłop sybirski.
— A bo to nie mam czym? Wielorybowi-by na serwetę starczyło! — rozśmiał się Indor, spoglądając szyderczo na tęgą, mięsistą figurę Gurana.
— Co wieloryb!... Sam wąż morski miałby dosyć!... — przywtórzyli mu wesoło słuchacze.
— Otrząśnijcie, bracia, proch z nóg waszych i chodźcie za mną!... Już oni nam nic nie dadzą! Już ja to widzę. Rusz się, Obuchu!... — zwrócił się do siedzącego na stole słusznego blondyna o rysach regularnych i niebieskich oczach. Ten potoczył rozśmianym wzrokiem po obecnych, lecz nie kwapił się do wyjścia.
— Nie słuchajcie go, chłopcy!... Miejcie rozum. Czy to pierwszy raz pływacie?... Są tu przecie tacy, co już ze mną chadzali... Naprzykład... Spirydjon, albo ty, Wiarusie... poświadczcie!... Dam wszystko, co obiecałem, jak Boga kocham, ale na pierwszej dopiero wyspie!... Tutaj nic dać nie mogę. Już i tak, przepiliście połowę zarobku. Gdy przepijecie wszystko, gdzie was wtedy będę szukał? Stracicie wszelką do roboty ochotę, jak nic już do odebrania za nią wam nie zostanie!... Wniknijcie i w moje położenie! — dowodził pojednawczo Damjan.
— A co, bracia! Niechby dał na wyspie! Na to się można zgodzić!... Niech da wszystko na wyspie, a teraz... po dziesiątce na głowę, albo po półkwaterku i w drogę!... Co, hę?! — krzyknął piskliwie wysoki, szary i wyblakły, z długą szyją i wystającą grdyką robotnik.
— Niech da po piętnaście kopiejek! — podpowiedział stojący obok niego równie szary i pomięty oryl.
— Szpanka! Żygany! Podła kobyłka!...[2] Wybyście i Chrystusa za grosz sprzedali, bo srebrnik to wam już za dużo!... — splunął w ich stronę Indor. — Wierzcie mu, słodko-głosemu słowikowi! — zwrócił się w głąb szopy. — Wywiedzie was na wyspę bezludną, jak Mojżesz na puszczę, i będziecie musieli tańczyć, jak zagwiżdże. Nie znacie żółtobrzuchych czełdonów?...[3]. Przed robotą łydki lizać wam gotowi, a po skończonej potrzebie w odmętach rzecznych was dla zdeptanych onucz utopią... Słyszana rzecz, żeby kto od nich z pieniędzmi odszedł? Nawet ten, co z pieniędzmi przyjdzie, goły odejdzie!...
— Oj, ludzie! Nie słuchajcie go, pustomieli — bałałajkina! Toć przecie tam na rzece cała łódź w waszej będzie mocy... Czy mógłbym, nawet gdybym chciał, nie dotrzymać wam słowa... Nie na wiatr daję obietnicę, lecz aby ją spełnić!... Nie pierwszy i nie ostatni rok tutaj się znajduję, nie z wiatru jestem, a z nad rzeki!... Zgódźcie się — przekładał Damjan.
— Zresztą dla pewności i ja mogę z wami do pierwszej wyspy pojechać! — wstawił politycznie strażnik.
Ale obecni pominęli propozycję rządową milczeniem; nawet Damjanowi widocznie nie przypadła ona do smaku. Natomiast zwrócił się gorąco o poparcie do Karskiego i Leona. Źle jednak trafił, gdyż Leon bardzo poważnie mu odpowiedział.
— Nie, nie mogę was podtrzymać!... Oni mają rację. Bo że w Europie robotnicy kredytują swym trudem pracodawców, to nie widzę w tym nic dobrego i nie wiem, dla czegoby robotnicy mieli i tutaj ten zgubny zwyczaj wprowadzać, skoro istnieje już dla nich dogodniejszy...
— A widzicie, chłopcy!... Chodźcie więc użyć kredytu gdzieindziej!... A może i pan z nami pójdzie, dobre paniątko!... — zapraszał Leona Indor.
Wśród robotników wszczął się gwar i ruch; niektórzy sunęli do wyjścia, ale tam stał Damjan z rozpostartemi rękami i krzyczał: — Oddajcie zadatek!... Panie strażniku, nie puszczaj ich pan!...
— Ho! ho!... A jakże!... Dawaj obutki! Tyś zerwał umowę, a nie my!... — krzyczeli robotnicy, napierając coraz tłumniej. W tyle gwizdano, miauczano, gdakano. Ktoś udawał płaczące niemowlę, inny — piejącego koguta...
Scena nabierała burzliwo-żartobliwego charakteru. Ten tłum rozswawolonych włóczęgów gotów był lada chwila pochwycić na ręce i strażnika i grubego Damjana i zacząć podrzucać niemi, jak piłkami. Policjant cofał się przezornie. Karski silił się, aby uprowadzić Leona. Nagle w ten rozgardjasz wpadł Bryłkin z butelką w ręku, powiódł przekrwionemi oczami po zebranych i obwieścił poważnie, że funduje wszystkim z dobrej, nieprzymuszonej woli... wiadro spirytusu.
— Oto pieniądze! Ale musicie zaraz wyruszać... Wypijemy je na wyspie... Starosta niech biegnie do szynku, a wy... do wioseł!... Kogoście na starostę wybrali?... Obucha pewnie?
— Nie. Ja nim jestem! — odrzekł ciemny i posępny mężczyzna, wysuwając się na czoło.
— Aha!... Majdaniarz![4] Bardzo dobrze... Masz w tym wprawę!... — żartował kupiec. Wręczył mu pieniądze i wyszedł z szopy, a robotnicy za nim. Damjan biegł obok, gotów nieledwie „polizać dobroczyńcę“... w łokieć.
— Aby tylko ruszyć... aby krok... Oj, grzechy, grzechy!... — mruczał idący na ostatku Koźma.
— Faraony... Wyzyskiwacze... Obedrzyjcie ze skóry i dobrze całą tę nikczemną kobyłkę!... Pokażcie im, gdzie pieprz rośnie!... Nauczcie rozumu obmierzłych żyganów... Nasypcie im węgli w spodnie!... Idźcie, idźcie, głupie obdartusy, bogaćcie ich własną pracą... Zbierajcie własną krwawicą „kapitały“!... Gotujcie nożyczki do obcinania zarobionych kuponów u wystrzępionych spodni! Ale ja nie pójdę z wami... Niema głupich... Chodziłem ja dość!... Nie sprzedam wolnej mej woli i ochrzczonej duszy za spleśniałego suchara!... — krzyczał Indor, wymachując rękami za odchodzącemi towarzyszami. — Co innego za kieliszek wódki... Prawda, panowie szlachta?!
Mrugnął filuternie na przechodzących mimo Karskiego i Leona, czapę futrzaną głęboko na uszy nasadził i nawrócił w stronę poblizkiego szynku.
— Co ci przyszło do głowy wtrącać się?... I wcale nie miałeś racji!... — wyrzucał Karski przyjacielowi.
— Jak to nie miałem racji? — oburzył się ten i przytoczył cały szereg niezmiernie logicznie zbudowanych dowodów.
— Nie znasz tych ludzi i nie liczysz się z niczym... To zupełnie inne środowisko! — przerwał mu niecierpliwie Karski.
— Nie potrzebuję ich znać... Albo mam rację w zasadzie, albo nie mam racji!... Wartość rozumowania leży w sprawiedliwości jego głównej przesłanki, a nią jest wyzysk pracy przez kapitał!
— Doktryner! — syknął Karski.
— Oportunista... Zawsześ był skłonny do ustępstw!...
Szli obok siebie chwil kilka, bladzi od gniewu, nie patrząc na siebie. Wreszcie Karski opamiętał się, stanął przed towarzyszem i ręce mu na ramionach położył.
— Kłócimy się... a przecież... przecież za chwil kilka rozstaniemy się... może na wieki!...
Łzy zamgliły źrenice obu.
— Widzisz, gdybym tak jak ty rozumował, nigdybym stąd... nie wyjechał!... — szepnął Karski. — Czasem masz rację, a czasem jej nie masz... Pewność siebie jest wielką zaletą, ale... niezawsze można walić obuchem... Cierpię, Leonie, nie uwierzysz, jak cierpię! — dodał ciszej — gdyż pojmuję, że początek takich rozumowań, to początek słabości, ale pomyśl, coby się stało, gdyby teraz wybuchła tutaj... awantura. Przypisanoby ją nam. Zatrzymanoby mię, a dla mnie zostać tu, znaczy tosamo, co skazać na śmierć... moją żonę. W dodatku, myślę, że byłaby to zupełnie bezużyteczna ofiara. Niktby w tym wypadku nie wygrał. Nawet ty, pewny jestem, nie tak przecie pojmujesz poprawę tych stosunków! Więc po co?...
— Dosyć, już dosyć!... Nigdy nie wybrniemy z tego labiryntu!... — przerwał Leon z resztką niechęci. — Skuci ludzie zawsze się szarpią za swe łańcuchy.
Spojrzeli sobie w oczy i uścisnęli się długo i mocno.
Wiosłując, ominęli cypel piaskowy, poczym oryle wyskoczyli na brzeg. Koźma rzucił im duży zwitek sznura. Guran stanął u steru. Holownicy, trochę pijani i rozmarzeni, uszykowali się długim szeregiem wzdłuż wody. Koźma w małym czółenku krążył między łodzią a brzegiem. Kupcy wyszli z budy i przysiedli na burtach z butelkami i kieliszkami w ręku. Spirydjon, trzymając drążek mierniczy, siadł na samym dziobie statku, jak na koniu.
— Hej! Ruszaj! Z Bogiem! W imię Ojca i Syna...
Holownicy pochylili się, tryl napiął, łódź zakołysała i pomknęła przeciw prądowi, odkładając stewą w obie strony na wodzie dwa srebrne wąsy bruzd. Wślad zakłębiły się zmącone odmęty, a odbite obrazy miasta, brzegów i gór tańczyły na nich fantastycznie.
Karski z żoną wyjrzeli ze swej budy po raz ostatni na chowające się za łoziny miasto. Zielona, kędzierzawa gęstwina chłonęła jeden za drugim wesołe domy z roziskrzonemi blaskiem słońca oknami, ulice, kopulaste cerkwie, statki i ludzi na brzegu. Gwar miejski dobiegał coraz niewyraźniej, mieszał się ze szmerem rzeki, z pluskiem fal, bijących o brzeg holowanej łodzi, i ginął zwolna, pokonany przez nie.
Leon i Makary stali na przystani na wysokim sągu drzewa i machali czapkami. Pani Anna z dzieckiem na ręku odpowiadała im, powiewając chusteczką mokrą od łez.
— Boże, Boże! Jacyż oni biedni, jacy... biedni!... — szeptała do męża.
Oj! Jekuckie zacne miasto,
Ma dziewki lipkie jak ciasto!...
z humorem zanucił jeden z kupców na przedzie łodzi.
Oj, dębino! huknijmy wraz!
Oj, zielona, sama pójdzie!
Szarpnij-my!... Szarpnijmy!...
Huknij-myyy...
Och!
chórem odpowiedzieli holownicy.
Chłopów tęgich, zawsze pijanych,
Nieumytych, nieczesanych...
szydził dalej kupiec.
Oj, dębino, huknijmy wraz!
Oj! zielona, sama pójdzie...
odpowiadał chór.
Nakoniec znikło miasto, znikł biały klasztor na jego końcu. Z poza czubów wikliny wyglądały czas jakiś wierzchołki okolicznych gór, wreszcie i one zapadły za nie, a przed niemi, za niemi i wszędzie wokoło widniała tylko srebrna rzeka, obrzeżona złotemi piaskami i bladą chwiejną zielenią.
— Hej! Pilnuj!... Sczyszczaj!... Miotaj!.. Lekciej! — grzmiał co chwila Guran od rudla.
Jeden z holowników podbiegał naówczas do wlokącego się po nadbrzeżnych krzach i rzece tryla, spychał go z gałęzi kijem lub oswobadzał od zadzierzystych, ukrytych pod wodą „wilków“.
— Pięć, trzy, dwa i pół... pięć... — wykrzykiwał monotonnie Spirydjon, zanurzając w nurt miarę.
Koźma na czółenku wyprzedzał szkutę i drogę badał.
Damjana nie było.
Zgięci w pałąk, z liną na ramieniu, holownicy ciężko brnęli przez piachy, podśpiewując i pokrzykując naprzemian. Skoro jednak łódź zawróciła wązkim kanałem w labirynt wiklinowych „pławi“, piosenka umilkła. Znikły piasczyste, dogodne nadbrzeża: trzeba było przedzierać się przez środek zarośli, gdzie ludzie, związani sznurem, plątali się wciąż, jak w sieci.
Szkuta posuwała się wolno krętemi, jak strumienie, łachami o brzegach niewyraźnych, nizkopłaskich, zalanych, gdzie wiklina wyrastała często wprost z wody, jak trzcina, gdzie nurt rwał przez zarośla z łoskotem, jak na kamiennych ławicach, i kołysał krzewami, jak wicher. Musieli więc wciąż buchtować; oryle wtedy zwijali sznury, siadali do łodzi, chwytali za wiosła lub wlekli statek z trudnością, czepiając się giętkich, wężowatych wicin nadbrzeżnych. Najwięcej napracował się zawsze Koźma, przewożąc ludzi i sznury z kępy na kępę, badając drogę lub odczepiając wciąż plączący się w gałęziach tryl i cumy. Czółenko jego krążyło bezustannie dokoła statku, jak mała, stroskana kaczuszka dokoła wielkiej matki, która zaniemogła.
— Koźma!... Ej Koźma!... Brodaczu!... Czasby zatrzymać się! — wołali nań i kupcy i oryle, lecz Koźma milczał i wciąż płynął dalej...
Wreszcie słońce zapadło za wikliny. Mrok mglisty i chłodny napełnił wązkie łachy i poczernił wodę.
— Dość! Nie pójdziemy dalej!... — rzekli holownicy.
— Jeszcze trochę!... Cóż to... Tutaj nic przecie niema... tu błoto... tu i pohulać nie będzie gdzie!... Dowleczcie się choć do tamtej kępy... Tam sucho, tam Damjan kazał czekać!... Tutaj on nas nie znajdzie! A bez niego nic nie będzie — nie będzie wódki — przemówił wreszcie Koźma.
Oryle niechętnie poszli we wskazanym kierunku.
Wybrana wysepka przedstawiała wydmę piasczystą, okoloną niby łysina zakonniczą tonsurą — wiankiem zarośli. Leżała na samym skraju „pławi“, a poza nią głucho szumiała już macierz rzeki, otwartej tu, aż po brzeg przeciwny — wysoki i lesisty. Chłód, mgła i wiatr szły stamtąd i mąciły cieplejsze, stęchłe powietrze zamulonych łach i krzewiastych ostrowi.
Karski wyszedł na brzeg i z czuba pagórka spojrzał ku miastu. Znajdowało się bliżej, niż przypuszczał. Złocone kopuły jeszcze się lśniły w blaskach zorzy. Dymy wieczorne snuły się z kominów i, mieszając z mgłą rzeczną, kładły liljowe cienie na dalekie góry, na niebo z blademi gwiazdami, podarte na zachodnim skraju zorzą w długie wstęgi purpurowe i seledynowe. Między miastem i wyspą legły kobiercem gęste, równe i splątane, jak sierść niedźwiedzia, zarośla wiklinowe. Karski przyglądał się dobrze znanej okolicy, szukał wśród odległych urwisk białego szlaku drogi, po której zwykł był w ciągu lat tylu spuszczać się z płaskowyżyny do miasta; przypomniał sobie rozmaite wypadki z tych podróży, towarzysza zabitego na tej drodze przez niewiadomych złoczyńców, napad na siebie rzezimieszków, z którego cudem wyszedł cało; dalej — swoją zagrodę, pracę wieloletnią w polu, dni i miesiące pełne tęsknoty, chorobę Anny, z której dźwignęła ją jedynie nadzieja powrotu, wreszcie miłe, dobre twarze towarzyszów, żyjących samotnie w nieprzejrzanych borach. Westchnął i spojrzał na przytuloną do brzegu szkutę. Anna z owiniętym w chustkę Olesiem szła ku niemu. Wziął dziecko z jej rąk, a ona oparła głowę na jego ramieniu i biegła wzrokiem w tę samą stronę, gdzie niedawno on błądził myślami.
— Kochany! Przecież i tam były chwile, żeśmy się czuli szczęśliwi!...
— Wróciłabyś?...
— Nie, za nic!
— Co nas czeka? Nie wiem. Przyjedziemy bez grosza... Trudno będzie o zajęcie; zapomniałem pracować w sposób cywilizowany...
Kobieta poczęła szybko oddychać.
— Ale tam — śmierć! — szepnęła przez łzy. — Czułam, jak dusza mi gasła, i tak się bałam, tak strasznie się bałam, że nie ujrzę już świadomemi oczyma kraju... Chcę widzieć ciebie i syna wśród swoich, w otoczeniu ludzkim. Wtedy odejdę z tego świata w spokoju...
— Poco masz odchodzić!... Co za pomysły... Zdrowie wróciło!... Mówiłem o kłopotach, ale nie są to rzeczy niepokonane... Głupstwo!... Wszystko się ułoży i znajdzie!... — mówił gorąco Karski, zawstydzony swą chwilową słabością.
Objął żonę i przycisnął do siebie. Anna potrząsła głową.
— Nie udawaj. Wiem, że nam łatwo nie będzie, ale... poza nami coś... niby straszna hydra, lodowaty potwór o białych oczach i kłach... Wydaje mi się wciąż, że wyciąga ku nam drapieżną rękę... i dla tego biegłabym bez wytchnienia, nie jedząc, nie śpiąc... uciekałabym przed siebie... wprost... aż... aż... Strasznie wolno posuwać się będziemy! Mam wrażenie ciągłego spóźniania się i żarłoczne wprost pragnienie pośpiechu. Zobacz, czy nie zgubiłeś przypadkiem paszportu! Dziewięćset wiorst rzeką!... taka olbrzymia przestrzeń! Nie wierzę, żeby ci ludzie byli w stanie nas tam dociągnąć... Jacyś włóczędzy z pod ciemnej gwiazdy...
— Zwykli tutejsi oryle. Widzisz: już rozpalili ogień na piasku. Wartoby zagotować i dla nas herbaty.
— Idź, nastaw imbryk... Ja pójdę do łodzi... Boję się ich!
Gdy Karski podszedł z naczyniem do ognia, Spirydjon odebrał mu je z ręki i powiesił na kołku obok innych kotłów i imbryków. Oryle zrobili mu miejsce u ognia i ciekawie zaczęli się przyglądać jego śmiałym, trochę chmurnym rysom. Jeden tylko Obuch nie ruszył się i nie zwrócił ku niemu oczu, nieruchomo utkwionych w płomienie. Karski mimowoli spojrzał uważnie na silną postać i wyrazistą twarz pięknego blondyna.
— O czym myśli ten człowiek?... — rozważał, śledząc twarde kanty jego czaszki i mocne skręty uszu, ozdobionych srebrnemi kolczykami.
W tej chwili włóczęga podniósł głowę, ziewnął i przeciągnął się.
— Hę!... Coś ckliwo!... Na co czekamy, chłopcy!...
— Na wódkę. Damjan jeszcze nie wrócił!...
— Aha!...
— Już jedzie! — uspokoił ich Koźma. — Słyszycie?...
Cichy, miarowy plusk wioseł zbliżał się, nurtując wśród wiklin. Pary kaczek, spłoszone przez płynących, porywały się od czasu do czasu z krzykiem i zataczały szerokie koła w mroczno-różowym powietrzu.
Holownicy ożywili się. Posłani ponownie po drzewo Żyganowie przynieśli ogromne naręcza suchych patyków i wrzucili je na stos. Obuch z Majdaniarzem przywlekli z brzegu wielką kłodę płatwy, porzuconej tam przez powódź.
— Aj, da! Zuchy jesteście!... — chwalili ich kupcy, wygrzewający u ognia grube członki i okrągłe żołądki.
— Macie siłę! — dodał Tereszkin i spróbował podnieść kłodę, ale nie zdołał.
Obuch spojrzał na nich i uśmiechnął się milcząco.
— Starczy na całą noc! — poważnie zauważył Guran.
— Ciepło będzie...
— Zawsze co drzewo, to drzewo, nie patyk.
Wszyscy jednak, z wyjątkiem kupców, którzy mieli „swoją wódkę“, choć pozornie zajęci rozmową, zwracali niecierpliwie uszy, a niektórzy i oczy w stronę gdzie coraz wyraźniej pluskały wiosła.
— Oha! — krzyknięto im z wody.
— Bywaj! — odpowiedzieli.
Dno łodzi otarło się z chrzęstem o piasek. Część orylów pobiegła na spotkanie przybyłych. U ogniska pozostali kupcy, Obuch, Majdaniarz, młody Tatar, Achmetka, i Spirydjon wraz ze szpakowatym, chuderlawym włóczęgą, przezywanym Niemcem. Obaj doglądali kotłów.
Niezadługo w świetle ognia ukazał się Damjan, poprzedzony przez tyczkowatego Żygana Większego z beczułką na ręku. Niósł ją pieczołowicie, jak dziecko, miauczał i udawał oblizującego się kota.
— Cóż, kolacja?
— Jest. Siadajcie i opowiadajcie, co słychać w mieście...
— Dawajcie, napijemy się najpierw herbaty, jak się godzi...
Koźma rozdał orylom suchary i cukier; każdy z nich kubek lub filiżankę postawił przed sobą, poczym Niemiec, dźwigając oburącz ogromny imbryk, szedł wokoło i rozlewał napój. Damjan przysiadł koło kupców, którzy też kazali przynieść ze szkuty swe „jadło“: białe obwarzanki, masło, wędzoną rybę, szynkę...
— A cóż ten? — mruknął Bryłkin, kiwając głową w stronę łodzi.
— Woli sobie... sam na sam z żoną!... — odpowiedział Tereszkin.
Wszyscy się rozśmieli i posypały się żarty. Gruby Tereszkin cały czas zabawnie wzdychał, przewracał oczami i rżał zcicha.
Tymczasem Spirydjon, owiany kłębami dymu i pary, dobywał uroczyście z kotła kawały mięsa i składał na ogromnej pokrywie. Majdaniarz przelewał wódkę z beczułki do flaszek. Damjan podał niezwłocznie jedną napełnioną najstarszemu kupcowi.
— Cóż, dzieci, szczęśliwej życzmy sobie drogi... żeby nam się powodziło, żeby wiatr wciąż dął w rudel, żeby ominęły nas mielizny, rapy, źli ludzie!... Chaim!... W twoje ręce, Damjanie!...
Przeżegnał się, wypił i chrząknął.
Kiedy kielich obszedł kolej, tensam kupiec zatrzymał butelkę i zwrócił się do Damjana.
— Nie godzi się. On sobie może robić, co chce, ale stary obyczaj każe nikogo nie omijać.. Idź, Damjanie, proś swego pasażera!...
Karski cicho rozmawiał z żoną, oparty o galeryjkę pomostu. Oleś spał w budzie, zawieszonej chustą.
Przejrzysta noc podbiegunowa wisiała nad zamgloną rzeką. Srebrne wody, równie blade jak niebo, wypełniały widnokrąg. Ciemne ostrowia wikliny oraz ciemne pasma gór w dali były jedynemi chmurami, plamiącemi w tej chwili opalowe przestworza.
— Przekonana jestem, że niema miejsca, gdzieby ludzie tacy, jak my, spokój znaleźli. Po powrocie zacznie się tosamo. W pustyni skazani jesteśmy na tęsknotę do ludzi: wśród ludzi na ciągłą troskę, niepokój i walkę z niemi... Trzeba ich wciąż uspokajać, oporządzać i ratować, wbrew ich chęciom i oporowi, jak brudne, zaniedbane, nieszczęśliwe dzieci!... Już sił nie starczy!... — mówiła pani Anna z goryczą.
Stefan milczał, szukał wyrazów pociechy i nie znajdował ich. Sam czuł lęk pewien przed tym przepaścistym, ludnym światem, od którego odwykł i który nagle się znów przed nim otwierał.
— Jakoś to będzie! — wyrzekł wreszcie.
— Szanowni państwo pasażerowie! — zabrzmiał w pobliżu małżonków głos chropawy.
Anna drgnęła i schwyciła męża za rękę.
— ...Czy nie raczycie przyłączyć się do naszej kompanji na zapoczątkowanie pomyślne podróży?... — gadał uroczyście Damjan, występując z za łodzi.
— Idź, Stefanie, ja położę się spać, jestem zmęczona... — powiedziała Anna.
Po chwili Karski siedział w kole orylów i znów ciekawie przyglądał się ich malowniczym postaciom w blasku ognia.
Nie pił, więc wkrótce poczuł się tu intruzem.
— Owszem. Więcej dla nas zostanie! — wyrzekł kupiec z obrazą, biorąc od niego nietknięty kieliszek.
Karski ruszył ustami, lecz odpowiedzi nie znalazł, uśmiechnął się tylko. Uśmiech nie wywołał współczucia. Oryle spoglądali nań wyczekująco i nieprzyjaźnie.
— Życzę wam powodzenia! — wykrztusił wreszcie Karski i podał rękę Damjanowi. Czuł się jak na szpilkach i bardzo był kontent, gdy nagle szmery na rzece zwróciły w tę stronę uwagę obecnych.
— Płynie ktoś!
— A niech płynie! Dalej, chłopcy, zabierajcie się do jadła, bo do północka przesiedzimy, czekając niewiadomo na co... Dać panu mięsa, panie pasażer?! A może pan i mięsa nie jada?
Karski kiwnął głową, przyjął kawałek nadzianej na drewniany szpikulec wołowiny i wyciągnął swój nóż z pochwy. Inni już pracowali nożami i zębami, obgryzając z chrzęstem kości i mlaskając wargami. Kieliszek krążył, twarze rumieniły się, oczy poczynały błyszczeć.
— A szkoda, że Indor z nami nie poszedł... Wesoły... — rzekł z żalem kupiec Bryłkin.
— Niech Bóg uchowa!... Ofiarowałem już świętemu Mikołajowi świeczkę po powrocie do domu, że mię od niego wybawił... Burzyciel, przechera i niewiadomo co jeszcze... — mówił żałośnie Damjan.
— Niebezpieczny człowiek! — potwierdził Koźma.
Oryle uśmiechali się nieznacznie i milczeli.
— O tak, szkodnik on! — przywtórzyli jedynie obaj Żyganowie. Lecz jednocześnie obejrzeli się za siebie na rzekę, skąd coraz wyraźniej dobiegał łopot uderzających wioseł.
— Ohej! — doleciał ich wkrótce pytający okrzyk.
— Bywaj!... Kto tam?...
— A wy, czyi jesteście?
— Koźmy i Damjana!...
— Właśnie! Was szukamy! Przybijaj!
Czekali z wyciągniętemi szyjami, zapatrzeni w stronę, gdzie wśród krzewów łoskotała przybijająca łódź. Za chwilę wikliny rozstąpiły się i ukazał się... Indor z przewoźnikiem, Jakutem.
— Skąd? Poco?...
— Stęskniłem się do was!... — mówił poważnie Indor z ręką na sercu. — Taką uczułem tęsknotę, że zaraz siadłem list pisać, ale że poczta tu nie chodzi, więc go sam przywiozłem. Oto on! Nie odtrącajcie osieroconego towarzysza — dodał, wyjmując z zanadrza zaszarganą kopertę. Podawał ją najbliższym, ale wszyscy odsuwali się ze śmiechem, podejrzewając żart nieprzyzwoity.
— Przyznaj się, stary opoju, że zwąchałeś wódkę! — żartował zadowolony Bryłkin.
— Nawet wiedziałem, że napewno będzie... Wasza miłość słów nigdy na wiatr nie rzuca! Widziałem tego Judasza, jak wynosił z szynku beczułkę. Wydała się wartą fatygi. I nawet ta jakucka morda dała się przez nią skusić!
— Tylko ty, Indorze, tutaj nie możesz już sobie pozwalać. Judaszem mię znowu, słyszę, nazywasz! — obruszył się Damjan. — Tu nie miasto, tu z tobą krótkie gadanie.
Włóczęga przyjrzał się szyprowi zmrużonemi wzgardliwie oczami, poczym trzymany w ręku kieliszek wódki szybko wychylił i wąsy ręką obtarł.
— Oj, Damjanie! Damjanie!... Niewdzięczniku! Losy ci posyłają wybornego wioślarza, starego doświadczonego oryla, a ty wydziwiasz! Czyżby was, bracia, było istotnie za dużo i łódź wydawała się wam za lekką?... Ale nie po to przychodzę, a z powodu, że nie mogło sumienie moje, Damjanie, znieść twego zadatku... Po to jedynie przyjechałem, aby ci go oddać... Ale ponieważ, psia twoja mać, wzgardę mi okazujesz, oddam ci go za karę dopiero jutro!...
Wszyscy, wyjąwszy Damjana, brali się za boki.
— Ach, szelma!... Pies!... Słyszeliście, co wymyślił... Su-mie-nie!... Ha!... Ha!...
— Już dobrze! Dość!... Rachunki jutro!... Dzisiaj dawajcie, chłopcy, hulać, śpiewać... Dalej, Indor, zaczynaj!... — nalegali kupcy.
— Poczekajcie, niech sobie trochę gardło przetrę... Mam jeszcze grdykę pełną mgły rzecznej.
Bryłkin podał włóczędze już nie kieliszek, ale pełną filiżankę wódki. Indor wypił, czapkę na ucho nasunął, oparł się rękami o kolana, pochylił naprzód i zaśpiewał wysokim falsetem:
Oj na morzu, morzu sinym
...........
Oj na morzu, morzu sinym —
odpowiedział nizko i potężnie chór.
Płynie łabędź, łabędź biały —
wciął się znów weń ostrym głosem Indor,
Płynie łabędź, łabędź biały —
huczał wtór.
Karski odszedł na ubocze i położył się na miękkim wydmisku twarzą do góry. Wysoko nad nim, na mleczno-szafirowym sklepieniu drżały ledwie dostrzegalne gwiazdy. Wokoło głucho szumiały nurty, wietrzyk szeleścił w wiklinach, zwiastujących rychły świt. Białe, zwiewne opary sunęły ponad wodami, siląc się nadążyć za pieszczącemi ich rąbki srebrnemi wartami.
Karski zamknął oczy i wyobrażał sobie, jak też wygląda z oddala wśród tego ogromu i majestatu drobna wysepka z iskrą płonącego ogniska, przyćmiona bałwanami kłębiącego się dymu, poplamiona marami dziwacznych cieni, skaczących w rubinowej łunie pełgającego blasku... Nikłe głosy chóru zapewne ledwie mąciły wiekuistą pieśń rzeki!...
Ale zblizka hulaszcza, ludzka piosenka głuszyła wszystko...
Och, och!... Juchy,
Wy dziewuchy,
Udajecie, żeście zuchy;
A jak przyjdzie
Co do czego,
Każda boi się wszystkiego...
...........
Każda boi się wszystkiego.
Oj Derbent, Derbent, Kaługa,
Derbent, Ładoga moja!
Oj luli luli la
Derbent, Ładoga moja!
grzmiał zaciekle chór.
Karskiemu po niejakim czasie zdawało się, że wyspa kołysze się pod nim i płynie z głosami. Usiadł i spojrzał na śpiewających. Na przedzie siedział krwawy od płomieni ognia Indor i, trzymając nóż za koniec ostrza, wybijał nim takt w powietrzu. Dopóki on śpiewał z ręką wzniesioną do góry, chór milczał poza nim w napiętym skupieniu i tylko po zmiennych cieniach, falą przepływających w takt pieśni na zasłuchanych twarzach śpiewaków, po blasku ich oczu, drżeniu zaciętych warg poznać było, że melodja gra im we krwi nieustannie. Lecz w miarę, jak zwrotka dobiegała do końca, ledwie dostrzegalny dreszcz rósł wśród pieśniarzy, a z ostatnim jej dźwiękiem zmartwiała ich gromada nagle ożywała: jeżyły się wąsy i brody, otwierały szeroko usta, błyskając zębami, nabrzmiewały grube gardziele, pęczniały na czołach żyły i mięśnie, drgały ramiona, wzlatywały ręce, przytupywały nogi, ogorzałe, obnażone piersi wznosiły się gwałtownie, niby gotowe pęknąć, i pieśń dzika, wolna, porywająca, choć napozór nierozumna, zgodnie leciała w przestworza:
Oj Derbent, Derbent, Kaługa,
Derbent, Ładoga — moja!
Oj luli — luli — la!
Derbent, Ładoga — moja!
Poczym chór ucinał równie gwałtownie, jak gwałtownie wybuchał...
I znów ostry, wysoki głos solisty wywodził inną zwrotkę w nagle zapadłym milczeniu, a wtórzył mu jeno szum rzeki i ciche, srebrne echa, zbudzone przez pieśń wśród dalekich skał i lustrzanych roztoczy... I znowu ożywał wielogłosy, wszczepiony w ciemność potwór śpiewaczy, głuszył i pokrywał wszystko, drgał, ruszał się i prężył... A choć każdy śpiewał inaczej, innym ruchem sobie przywtórzał, inaczej głowę chylił, inaczej czapkę na ucho nasuwał, lecz wszystkich łączyła jakaś potężna współdźwięczność, jakaś współbieżność głęboko nurtujących instynktów, rosnąca sama przez się i gotowa wszystko, zda się, w nieskończonym swym rozmachu zdeptać, pokruszyć, rozwalić...
Karski daremnie w sobie tego czegoś szukał.
— Co tu gadać: niema. Znikło, a może nigdy nie było!... — rozważał ze szczyptą żalu, gdyż, bądź-co-bądź, śpiew robił swoje i budził w nim tęsknotą do chwilowego choć, ale zupełnego zapomnienia się, do zupełnej beztroski... On nigdy nie zaznał takiego całkowitego rozkiełznania swej osobistości. Leżał rozmarzony na nagrzanych piaskach i słuchał, aż pieśń zamieniła się w niesforny wrzask pijanych, rozwydrzonych głosów. Wtedy wstał i odszedł ku łodzi.
Na brzegu, w ciemnościach, dwie figury szamotały się z sobą.
— Idź już, mówię ci... odbijaj... dalej od grzechu... — szeptała jedna.
— On mię najął! Bez niego nie mogę... Teraz noc!... — krzyczała druga.
Poznał Koźmę i przewoźnika Jakuta. Podszedł ku nim; przestali się szarpać.
— O co chodzi?...
— Upił się i jechać nie chce...
— Człowieka przywiozłem!... — tłumaczył się Jakut.
— Wynoś się, wynoś, nie wódź ludzi na pokuszenie!... — gadał Koźma i pchał przeciwnika ku wodzie. Karski nie mieszał się do sporu, ale nie odchodził... Zrozumiał pobudki starego oryla, a nie miał również najmniejszej ochoty siedzieć na wyspie lub wracać do miasta. Jakut zmiękł nagle, siadł do łodzi i zażądał tytuniu.
— Masz i wynoś się, i żeby tutaj w blizkości ducha twego nie postało!... — wyprawiał go Koźma.
— Przyjadę jutro!... — groził krajowiec z ciemności.
— A jakże! Już my cię tu przywitamy! Pan nie uwierzy, coby to było jutro, gdyby te psy znów zwietrzyły możność powrotu do miasta! Znam ich dobrze!... Jeden albo dwóchby uciekło, a resztaby się zbuntowała: — Nie chcemy ciągnąć!... Mało nas!... Wracaj do miasta!... — A właściwie o co im chodzi: o szynk. Och, grzechy, grzechy... przewinienia!...
— A Indor? — spytał Karski.
— Pójdzie i Indor. Dokąd się podzieje?! Dokoła woda... Choć, prawdę powiedziawszy, lepiej, żeby go z nami nie było. Ha, trudno! Co ma być, to będzie! Będziemy się strzec! Co, spać pan idzie?
— Spać!
— Tak, tak!... Jutro rano ruszamy... Niech pan spoczywa z Bogiem... Dobranoc!
Obejrzeli się poza siebie na wzgórek, gdzie w krwawej łunie ogniska skakały kosmate cienie i tłukła się ochrypła pieśń, rwąc już nadaremno ku niebu. Koźma znikł gdzieś w cieniu szkuty, a Karski ostrożnie wpełznął pod daszek swej budy.
— Nie śpisz, Anno? — spytał, słysząc westchnienia żony.
— Te wycia umarłego byłyby w stanie obudzić! Straszni ludzie i jakie... nieprzyzwoite rzeczy wygadują. Tyle dni razem!... Jak ja, po tym wszystkim, twarz im pokażę! — biadała pani Anna.
Karski milczał.
Rzeka łuszczyła się cała od wiatru. Podarte, płowe chmury płynęły po niebie i chwilami ćmiły słońce. Naówczas wiatr się wzmagał i na ściemniałych falach pojawiały się białe, pieniste „zające“. Szkuta zaczynała się gwałtownie kołysać, bryzgi wody leciały przez burty i wśród kupców wszczynał się popłoch...
— Damjanie, przeklęty człowieku, chcesz nas utopić!... Wczoraj, kiedy była ładna pogoda, toś balował... Hej! chłopcy, pomarliście?... Mieszacie wiosłami, jak łyżkami w zupie... Toć nas zaleje! Dalej!... Żywo!...
Wylękli oryle sami wytężali siły i orali wiosłami, aż się pióra gięły w łuk i dulki piszczały żałośnie.
— Aby prędzej, aby prędzej... aby przelecieć strzał rzeki. A tam pod górą wiatr już nie chwyta!... — pocieszał ich Guran, dzierżąc mocno ster i wypatrując pilnie drogi wśród biegnących naukos fal.
Pani Anna, zamknięta w swej budce, nic nie widziała. Ale skrzyp podrzucanej szkuty, sapanie i krzyki ludzi, ryk bałwanów, świst wiatru, śmiganie wodnej kurzawy, trzepotanie żaglowego obszycia, trwożyły ją niezmiernie. Nadomiar Oleś płakał, a Karski siedział na dnie szkuty z korczakiem w ręku i czerpał wodę, szybko napływającą do zęzy. Utkwiła więc Anna wystraszone oczy w śniadą, skupioną twarz Gurana, szukając w niej pokrzepienia i otuchy. Chłop dostrzegł w przelocie ten wzrok modlitewny, uśmiechnął się dobrotliwie i rzekł:
— Zaraz, zaraz... Popiły się psiekrwie wczoraj i teraz siły nie mają... Hej, pilnuj!
Ogromny wał podniósł wysoko dziób statku, następnie pienistym końcem tak trzasnął w jego burtę, że wybił wiosła z dulek i, nim je zdołano założyć, łódź obróciła się wzdłuż fal. Ze zwycięskim rechotem poniosły ją nurty i bałwany, chyląc mocno na bok; jedna jej krawędź już czerpnęła wody. Kupcy przestali krzyczeć, Bryłkin grobowym głosem odmawiał modlitwy, inni dzwonili zębami i szlochali. Karski porwał oszołomioną żonę i posadził na krawędzi pomostu. Guran całą mocą porał się z nieposłusznym rudlem....
— Bij, uderz!... wiosłem... pra-a-a-wym!... przełóż!... trzymaj, trzyma-a-j!... — krzyczał.
Na przedzie szkuty, wśród skłębionych ciał ludzkich, panował nieopisany zamęt. Wreszcie ponad ramiona, głowy i nogi towarzyszów wynurzyła się silna postać Obucha z wiosłem w ręku. Siadł na ludziach, wiosło na dulkę założył i pociągnął. Łódź wstrząsnęła się, jakby zdziwiona, i w pląsach jęła niechętnie nawracać przeciw bałwanom. Cały wypadek trwał ledwie chwil kilka, mimo to wody nabrało się sporo i ociężały statek z trudnością posuwał się przeciw wiatrowi.
— Niema co, trzeba tu lądować na wyspie! Do tamtego brzegu nie zdołamy!... — rzekł Guran.
— A ląduj choć psu na ogon, byle prędzej!... — krzyczeli nań z dzioba.
Guran ruszył sterem i, nim się spostrzegli, fale już dopełniły rozkazu. Łódź wpadła piersią na rozmokłą, ilastą ławicę, ledwie wystającą ponad rozhukane bałwany. Jednocześnie najmłodszy z kupców, Tereszkin, zupełnie nagi, wytoczył się z pod płócien kajuty, jak bomba, i pobiegł z obłąkanym rykiem po bagnisku. Ugrzązł jednak niedaleko, w piasczystych rewkach i musieli go oryle na sznurach z urąganiem wyciągać.
— Zabiegliwy — zawczasu z siebie szmaty zrzucił...
— A tłusty taki, że niewiadomo, jak go brać: gdzie głowa — gdzie co?!
— Nie utonąłby, choćby mu kamień do nogi przywiązać... Pływałby, jak bania na kotwi...
Siał deszcz gęsty, drobny, zimny. Wiatr dął. Fale podbiegały pod dno łodzi i podnosiły jej tył wysoko, huśtały nią, ryjąc stewą i planką muły coraz głębiej. Przystań była niedogodna, ale nie mieli wyboru. Zanieśli daleko na wyspę kotwicę i wdziobnęli ją wąsami w piach. Poczym załoga znużona, przeziębia, bez ognia i gorącej strawy ułożyła się jak mogła na dnie statku i przespała szarugę pod płachtą smolonego płótna, ukołysana muzyką wiatru i miarowym pluskiem bałwanów.
Obudzili się nazajutrz, gdy już słońce dobrze przygrzało. Złoto-błękitna rzeka mknęła tuż obok nich, gładka, jak zwierciadło. Na niebie chmur nie było ani śladu. Za mielizną, na której ugrzęźli, dalej — za szeroką, bystrą łachą wznosiło się wysokie, rude, skałubiaste urwisko, omszone, porosłe krzewami w szczelinach, z modrzewiowym lasem na czubie, jeszcze mokre i ociekłe od wczorajszego dżdżu, jeszcze ciemne od wilgoci i cieniów wczesnego dnia.
Z wielkim trudem ściągnęli łódź z piachów. Zabłoceni, zmordowani przeprawili się wreszcie przez łachę i rozłożyli obozem na wązkim dziarstwowym gzymsie u wody popod samym wiszarem.
Spirydjon rozpalił ogień i nastawił kotły. Koźma z Guranem szykowali szkutę do dalszej drogi, poprawiali wczorajsze uszkodzenia i przeciągnęli „półkę“ holowniczą przez środek masztu. Kupcy wygrzewali się na słońcu i spacerowali boso wzdłuż brzegu po miałkich piaskach. Oryle suszyli odzież u ogniska i żartowali wesoło z wczorajszej przygody.
— Beknął kupiec... całe z siebie wypuścił powietrze! A ja — nic! — opowiadał poważnie Indor. — Dopiero jak mi Obuch na głowie usiadł, dałem znak życia.
— Ugryzłeś go? — spytał starszy Żygan.
— Mam zęby plombowane złotem, muszę je oszczędzać. Kopnąłem jeno Niemca w żołądek.
Niemiec uśmiechał się, zmieszany i uszczęśliwiony zwróconą nań uwagą.
— Nic nie czułem!...
— Ba, wszyscyście martwi byli od strachu! — mruknął Majdaniarz.
— Co, możeś ty ożył? — spytał przeciągle Indor. — Ja bo, przyznaję, zawsze przekładam wódkę nad wodę...
— Ha, ha!... gdyby spirytus w Lenie płynął, dawnobyś utonął! — rozśmiał się Obuch.
— Wszystkimby się teraz przydało!
Hej Damjanie, Damjanie!
Zbliż się do nas, kochanie...
śpiewał Indor, zabawnie kiwając na gospodarza palcem. Ten podszedł uśmiechnięty, zadowolony.
— Co, chłopcy, machniemy dzisiaj? A jaki brzeg cudny: miękki, równy, jak obstalowany... Raz-luli-moja-malina!...
— A nie zostało tam czego od wczoraj?... Chmiel dokucza... we łbie trzeszczy... Sił nie stanie!... Nie pociągniemy...
— Ho, ho! Nic z tego!... Basta!... Trzy dni ucztowaliście... Nadszedł, myślę, czas pomiarkowania!...
— A co, mówiłem: Faraon! Wywiódł nas na pustynię i zhardział...
Ej Damjanie, Damjanie,
Nie patrz na nas przez ramię...
Będziemy jeszcze mijali miasto Olokmińsk i łzy tam gorzkie wylejesz... Lepiej daj po półkwaterku...
— Dwadzieścia wiorst dwie doby płyniemy, a oni jeszcze wódki za to proszą!... — skarżył się Damjan Karskiemu, który właśnie podszedł do ogniska.
— Cóż to? Nie znasz starego obyczaju, aby jedno skończyć, nim drugie zaczniesz... Nie ruszymy, dopóki wszystkiego nie wypijemy... Zdradziłeś się, że masz... dawaj! — wołał Indor...
— Taka to droga wodna! — biadał Damjan. — Wczoraj omałośmy przez nich nie utonęli, a dziś gdzie nocować będziemy, niewiadomo... A pan pytał, kiedy będziem na Witymie... Czy to z niemi można co przewidzieć, oni gorsi od powietrza!...
— Nie skarż się, nie skarż!... Ludzi masz dość!... Wódki daj trochę, aby im w kościach przetarło się, i pójdą...
— Pójdziemy, Damjanie, aż pólka zatrzeszczy! — obiecywali chórem robotnicy.
Rad nierad przyniósł gąsiorek i znów zaczęła się pijatyka.
Karski cofnął się do żony, z trwogą wyglądającej z budki na hałasujących pod skałą ludzi.
— Wiesz, Stefanie, że to przechodzi wszelką miarę, to staje się katuszą! — mówiła.
— Pewnie dziś się skończy: wypiją resztę. Więcej dostać niema gdzie, ten brzeg zupełnie niezamieszkany. Wszystkie wsie po tamtej stronie... — odpowiedział Karski, wskazując na brzeg przeciwny, gdzie za smugami zielonych ostrowi, na liljowych podgórzach wysokiego lądu kłębiły się miejscami białe dymy i błyskały niewyraźnie szyby czy krzyże cerkiewne w świetle słońca.
Nurt wartki, potoczysty, rozlany jak morze, oddzielał ich od tych sadyb. Miasta wcale już widać nie było, znikło za potężnym zakrętem lądu.
Po obiedzie oryle zabrali się do roboty nadspodziewanie ochoczo. Nałożyli przywiezione z miasta śle z kory brzozowej na piersi i, zaciąwszy je w rząd pętlicami za koniec pólki, ruszyli sporym krokiem. Łódź, kierowana wprawną ręką Gurana, odbiegła daleko od brzegu na szor i poszła chyżo przeciw prądowi.
— Najedli się... ciągną!... — mówił z zadowoleniem Damjan.
— Niech pani się już niczego nie boi! — gadał Guran do Karskich. — W samą porę przyjdziemy... Tu już nic nie przeszkodzi... Chyba zdarzy się, że niedźwiedź wyskoczy!...
— Masz tobie! — jęknęła pani Anna, chwytając za rękę Olesia, który bawił się u jej nóg na wślednim pomoście.
— Niech się pani nie boi! — uspokajał ją Guran — on tu do łodzi nie przyjdzie... Sam w strachu przeraźliwym po brzegu zmykać będzie... Pamiętam, raz wpadł nam pod półkę, to z półtorej wiorsty przecwałował z rykiem, jak baran. Oryle uciekali przed siebie bez opamiętania, a on gnał za niemi też bez pamięci... Co nawróci w las i na sznur wpadnie — wrzaśnie wniebogłosy, aż góry jękną, i znów ku wodzie. A tam statek sunie z wielkim bulkotem. Więc znów mknął przed siebie. Lecieliśmy tak, niby parostatek, zanim oryle nie poodczepiali śli i w bok nie umknęli... Niedźwiedź poszorował dalej brzegiem, jak kula... Ta była strata, że szkuta, puszczona samopas, omało nie rozbiła się, bo ją wartem poniosło na rapy...
Karski nie mógł powstrzymać uśmiechu, wywołanego „pociechą“ sternika. Ale zgorszona pani Anna wzięła natychmiast syna na ręce i zamknęła się w swej budce. Daremnie Oleś opierał się i wołał „lu-lu-lu“, naśladując szemrzące nurty. Matka podejrzliwie spoglądała na malownicze skały, ostro wznoszące ku pogodnemu niebu zwichrzone lasami czoła, na cieniste jary, pełne kędzierzawej zieleni, zbiegające ku samej wodzie. Zwykle potok szumiał na dnie jaru wśród dzikich złomów, a żółte smugi piasków oddzielały ciemny bór i ciemne oramie urwiska od ciemnego odbicia ich w wodzie.
Brzeg był istotnie wyśmienity, holówka równa i czysta. Oryle szli wesoło i sporo. Podzielili się na dwie partje, które zmieniały się co cztery godziny. Jedną prowadził Obuch; za nim szedł Indor, dalej dwóch sennych, małomównych, ale pracowitych chłopów sybirskich, a na końcu szeregu plątał się Niemiec. Drugiej przewodniczył Majdaniarz, za którym szedł Achmet, dalej dwóch Żyganów, wreszcie marny człeczyna, którego wzywał na świadka w zaburzeniu Damjan, a którego zwali Wiarusem, ponieważ twierdził, że służył niegdyś w wojsku.
— A jakże, służyłem na Kapkazie i tam sądzony byłem wojennym sądem polowym, ale swego stanu nie zostałem pozbawiony — opowiadał.
— Pewnie kurę ukradłeś! — wtrącił Indor. — Przyznaj się, wsypali ci?
Weteran uśmiechnął się i ręką z niechcenia krzyż sobie głaskał. Przyjaźnił się z Niemcem, równie jak on pogardzanym przez zespół orylski; wciąż z gałganów, których mieli spory zapas, coś obaj do współki zszywali i sztukowali w chwilach wolnych na postojach, siedząc na przodku łodzi, gdzie u ognia królował Spirydjon. Ten zawsze był rad słuchaczom i potajemnie wyróżniał swych nowych przyjaciół przy rozdawaniu porcji warzy. Ogromnie brzydki, ogromnie brudny kuchta miał głowę pełną romantycznych opowieści, z których wiecznie się komuś zwierzał:
— Bez pamięci mię kochały kobiety... Niektóra uściśnie, niby płomieniem opali, a ja nic... Obojętne miałem dla nich serce... Pieniędzy, jedzenia, wszystkiego, co się zwie, wbród! A ja nic... Pochodzę jak „torysta“, przyjrzę się miejscowości, okolicę poznam i mówię; „Żegnaj, kochanko wierna, muszę cię porzucić, pójść dalej swojej doli szukać!...“ Ona w płacz, ręce łamie, w omdlenie wpada, a ja nic. Jedna kupcówna była tak tłusta i żałosna, że jak zapłakała, to wszystko w niej drżało, niby galareta, a ja nic... Chciała gwałtem, żebym się z nią żenił... Tysięczny majątek miała, dom na najlepszej ulicy, konie, powóz, magazynów dwa, służby i subjektów moc... A ja nic... „Dola wędrownicza moja droższa mi nad wszystko!“ — mówię jej. Poszedłem. Przyszedłem do Saratowa...
— Ach, wiem. Znam Saratow. Piękne miasto. Byłem z moim gienerałem — przerwał Wiarus.
Spirydjon spoglądał nań wzgardliwie, usta zacinał, ale słuchał grzecznie, udając, że go opowiadanie zajmuje.
— Przyjechaliśmy. Stanęliśmy w hotelu. Zaraz samowar, bułki, wędlina. Zjedliśmy, wypiliśmy. Potym do teatru albo na koncert. Gienerał do środka, a ja stoję na korytarzu i czekam. Dość wesoło. Chodzą cywilni, baby i kawalerzy, palą papierosy. O północy do domu, znów samowar. Potym spać. I tak codzień. A następnie dalej do drugiego miasta. Znów stajemy w hotelu. Znów samowar, bułki, wędlina... albo coś w tym rodzaju... Zjemy, wypijemy, potym do teatru. Cały kraj objechaliśmy z gienerałem, nawet w Paryżu byliśmy...
— Było, wszystko było!... — uśmiechał się lekceważąco Niemiec.
— Ale posłuchajcie mnie przedewszystkim, bo nie daliście mi skończyć. Z Saratowa do Carycyna. Tutaj idę sobie z tobołkiem na plecach, wtym zbliża się do mnie służąca, wcale dostatnio ubrana, ładna, z kolczykami w uszach i broszką na piersiach i mówi: „Słuchaj, przechodniu, pani moja, która mieszka tu naprzeciwko...“
— Hej! Sczyszczaj! Zrywaj! Żywo! Nie widzicie, ślepe cietrzewie, co się dzieje! — rozlegał się okrzyk Gurana.
Opowiadanie urywało się; opowiadacz, uzbrojony w miarę lub bosak, rzucał się na koniuszczek dzioba i starał się odczepić pólkę, zahaczoną za prądowinę lub kamień podwodny. Z brzegu pomagał mu ostatni holownik, a wstrzymany statek tymczasem zwolna biegł półkolem ku ziemi.
— Ażeby wam się rodzona babka przyśniła, gaduły przebrzydłe! Języki wam nie odpoczywają chwili, mielecie jak sroki... i łżecie, aż się kurzy, a nas szarpie! — wymyślali gawędziarzom holownicy.
Rozmowy milkły na chwilę na przedzie statku i słychać było jedynie, jak w głębi łodzi kupcy kłócili się, grając w karty, lub jak Guran uspokajał panią Annę:
— Zupełnie głupio pani rozumuje. Wcale tak nie bywa, żeby się w prostych smugach na płaskoci pólka urwała. I nic to wielkiego. Szkuta przybija jeno do brzegu i... stop!... Ot, kiedy przyjdziemy do „skał“, do „byków“, które obchodzić trzeba na bosakach, tam zdarza się... że istotnie lina się przetrze, albo pazur haka z głazu zemknie... Ale w takim równym miejscu jak tutaj, zawczasu się bojać — to na nic!... To od tego zdrowia nie przybędzie!...
Karski, zasłyszawszy zdala podobne ojcowskie strofowania, śpieszył czymprędzej z przodku łodzi, gdzie słuchał opowiadań Spirydjona, lub z dachu budy, gdzie, oparty o maszt, czytał książkę — i dyplomatycznie sprowadzał rozmowę na inny przedmiot.
Pogoda sprzyjała. Szli dzień i noc, gdyż zmrok nie gęstniał jeszcze do tego stopnia w tych szerokościach, aby przeszkadzać podróży.
Wiodły ich w przejrzystą dal wody, blednąc stopniowo, wysokie przylądki, zielone ostrowia, mgliste lasy, jasne łąk smugi, podszyte u wody żółtemi piachami, odbite w ruchomych kryształach i srebrze szemrzących odmętów. Czasem wietrzyk rzucił świerz na rzekę, niby garść pereł po niej rozsypał, czasem słońce w złotą łuskę ją odziało lub księżyc położył płachtę światła na drgające w biegu, lustrzane jej łono. Ruiny skał na brzegach spały w ciszy głębokiej, wiekowej i szkuta posuwała się wzdłuż nich ostrożnie, krając nurty swą stewą. Bulkotał wart, trącając o wypukłe burty statku, ogień żarzył się na dziobie czerwono, białe płótno budy chwiało się jak złożone skrzydła płynącej do gniazda rybitwy, opodal głucho chrzęściał piach i żwir pod nogami oryli. Pani Anna nuciła cichutko, usypiając syna:
Aa, aa! Kotki dwa,
Szare, bure obydwa!
Śpią, śpią, nie płaczą.
Jak się wyśpią, to skaczą!...
Z tyłu odbicia mijanych gór, lasów, wybrzeży tańczyły cudacznie na fali, to kurcząc się poczwarnie, to wydłużając, jak nitki, niby z wielkiej uciechy, że marne a niespokojne ludzkie istoty opuściły je nareszcie.
A na przodzie statku Spirydjon, mieszając w kotłach, opowiadał przyciszonym głosem nowemu, znęconemu kąskiem słuchaczowi...
„Kochała mię, tak mię kochała... — Żegnaj, duszo! Uwielbiam cię, ale muszę cię już porzucić! — Kochanku mój najmilszy... nie przeżyję rozłączenia... — Godna osobo, każdemu przeznaczony los do spełnienia...“ Ty śpisz, widzę! Cóż to znaczy?
— Wcale nie... tak się tylko pochyliłem. Śla starła mi lewe ramię, więc muszę się na prawym opierać... — bronił się słuchacz.
Karskiego dziwiło niezmiernie, że nie widywał prawie wcale Kożmy. Damjan we dnie grał z kupcami, a w nocy spał, lecz co robił jego wspólnik, to długo pozostawało dla Karskiego zagadką.
W ten sposób dotarli do Olokmińska. Spostrzegszy zdala miasto, bielejące w zorzy poranku, przeprawili się przez rzekę i zawinęli do przystani. Wypoczywać mieli dzień cały. Damjan zakupywał po sklepach nowe zapasy żywności. Koźma wypełzł z pod pokładu i umieścił się na dachu płóciennej kajuty. Kupcy ubrali się w odświętne kaftany i poszli do znajomych. Oryle pili w szynkach. Karski zabrał żonę i udał się na poszukiwanie towarzyszów.
Przechodnie wskazali im mały domek, gdzie widocznie spano jeszcze, gdyż okiennice były zawarte. Gdy, zastukawszy, powiedzieli mieszkańcom domku, kim są, ci, choć znali ich zaledwie ze słyszenia, otwarli czymprędzej drzwi i porwali ich w objęcia. Przejezdni, szczególniej powrotni, byli dla nich osobami nadzwyczajnemi, nosicielami nadziei, zwiastunami glorji, przyszłego zwycięstwa. Kobiet nie było w kolonji i pani Anna nie miała komu powierzyć swych trosk podróżniczo kobiecych. Zato Karski nagadał się i nasłuchał sowicie. Wieczorem, odprowadzany przez towarzyszów do łodzi, jeszcze powtarzał, jakby chciał wylać wszystkie myśli, wykołysane sennym ruchem holowanego statku, o których prawdzie sam siebie przedewszystkim starał się przekonać:
— Grunt nie w formach, lecz w ludziach! Ich potrzeby, namiętności, przyzwyczajenia, instynkty, stanowią treść społeczeństw i historji... Ich należy zmienić, a formy przyjdą same...
— Ach, jakby to było dobrze, gdyby było inaczej! — westchnął jeden ze słuchaczów.
— Wcale nie; formy wychowują ludzi! — odrzekł drugi.
— Dajcie pokój!... Przecieżeście już o tym mówili!... — wstrzymywała ich pani Anna. — Ot i nasz statek!
Na wierzchu budy siedział u masztu Koźma i patrzał w stronę miasta.
— A gdzie ludzie?
Koźma ręce rozpaczliwie rozłożył.
— Grzechy!... Ale niech pan nie odchodzi, gdyż mogą przyjść lada chwila...
Znów rozegrała się tasama, co w Jakucku, scena, i jedynie dzięki energji policji szkuta ruszyła dalej, holowana przez zmniejszoną o dwuch ludzi partję orylów. Indora, śmiertelnie pijanego, kozacy gwałtem wrzucili do łodzi.
— Ten nie został!... Tego skarbu nikt nie bierze!... Ha, czełdony żółtobrzuche, zcichapęki! Opuściły mię chłopy sybirskie! — zwrócił się do Karskiego Damjan. — Wywiozłem ich z piekła nędzy, u piersi swej ogrzałem żmijaków... Jedli, pili, spali jak króle... Roboty mieli mało. Cieszyłem się, że będę z nich miał pociechę, a oni opuścili mię właśnie teraz w potrzebie, jak jaką ladacznicę... Kupiec się taki znalazł, widzi pan, co ich najął znowu do Jakucka... Zacny człowiek, niema co, innym holowników odmawia!... A jeżelibym ja naprzykład tak z nim postąpił, pomstowałby pewnie... Łatwe są u nas prawa, oj łatwe!... Łatwe i słabe! — wygadywał na swych ziomków Damjan.
— Och, grzechy! — wzdychał Koźma. — Źle się stało! Te chłopy, co taić, były posłuszne i robotne, i przydałyby się osobliwie teraz, kiedy to zacznie się kraj niespokojny, warty, „skoły“, „byki“ i inne przyczyny...
— Ech, byle tylko złych ludzi ominąć!... Pociągną ci, co zostali!... — pocieszał go Guran.
— A na tamtą stronę gdzie się przeprawimy? Co?...
— Ludzie mocno są teraz pijani, ale trzeba przeprawić się, bo jutro i reszta zemknie... Pan nam pomoże? Co? — zwrócił się Damjan do Karskiego.
— Kupców też trzeba poprosić!... — radził Guran.
— Ale! nic z tego! Oni też śpią, w czubach mają! Lepiej ich nie budzić, wrzasku narobią, ze strachu umrą... Ja, Koźma, pan Karski... Achmetka jest trzeźwy, Wiarus też ujdzie — to w pięciu damy radę. Na tamtym brzegu przenocujemy. Wyśpią się ludzie, to i pójdą! — gadał Damjan.
Z wielkim trudem przecięli rzekę, szybko mknącą w blasku księżyca, i zatrzymali się pod wysoką górą z rumami głazów, nawalonych na szczycie i zboczu.
Szkuta znikła bez śladu w ogromnym cieniu opoki, ale sieroca, czerwona gwiazdeczka jej ogniska skrzyła się i migała noc całą na atramentowo-czarnym tle bezludnego pobrzeża.
Deszcz lał od kilku już dni. Szare jego pasma, zmieszane z mgłą, zasnuły okolicę. Niewyraźnie majaczące poza niemi cienie gór nadbrzeżnych i chmur w górze zasklepiały się w jeden ciemny korytarz pluchoty, po którego dnie ze zgryźliwym mamrotem mknęła sprana i spieniona rzeka. Znękani, przemokli oryle z trudnością wlekli ociężałą od wilgoci łódź.
— A to siepie!
— Jak Bóg da, będzie lało do samego Witymu.
— Och, bracia, nie dojdziemy!
— I kiej djabeł każę nam się tak mordować! — stęknął gniewnie Indor. — Kogo chcemy naszą pilnością zadziwić, kogo naszą cnotą pocieszyć... Czy to nas kto kiedy pożałował? Hę! Każdy o sobie myśli, a Bóg o wszystkich... Tak się na całym świecie dzieje... Więc wzięlibyśmy lepiej, chłopcy, niepoznacznie z barki wór mąki, połeć słoniny i... hajda! Szczerze mówię! Bez łodzi, to w pięć dni staniemy na Maczy...
Projektu wysłuchano w milczeniu; jedynie Żygani zagadali na wyścigi:
— A jakże... My wiemy... Tutaj są skróty w górach i łazy spirtonosów[5]... Nieraz nosiliśmy wódkę z Olokmy... Tu tajgą można przejść o wiele prędzej...
— Cóż ty na to, Obuchu, hę?...
Obuch wyprostował się i ślę brzozową niedbale na piersiach przesunął.
— Połeć słoniny wam pachnie! — mruknął. — Hej, nalegajcie! Balasy toczycie, a ja sam muszę ciągnąć!
Pochylił się naprzód i mocno ziemię wtył za siebie nogami odepchnął.
Szaruga, wiatr i pasy cisnące pierś przeszkadzały rozmowie. Mimo to Indor po niejakim czasie znowu zagadał:
— Mniej nas, a tosamo robić musimy... Woda bystrzejsza, górna, a siła mniejsza... Myślicie może, że wam ten oprawca co doda?... A jakże, szykujcie kieszeń!... Uhonoruje waszą cnotę! niech się udławi temi skórami, co mu je ciągniemy!... Ale niech co chce będzie, nie pójdę dziś dalej... Taki deszcz... Chcecie, to idźcie, ale ja mam tego dość!... Pójdę, położę się w łodzi... A najlepiej powiedzmy wszyscy, że chcemy się zatrzymać... Czy to mamy weksle płacić na Witymie, żebyśmy się tak śpieszyli?... Patrzcie, tu pod tym załomem skały miejsce wyborne, ogień rozpalimy, obsuszymy się i wyśpimy.... Hej, stop maszyna!
Holownicy zatrzymali się i wysłali Indora z uwiadomieniem, że chcą nocować.
— Zmiłujcie się, ledwie południe minęło!... takim sposobem my na zimę dowleczemy się do Maczy... — przekładał płaczliwie Damjan.
— Właśnie, czysty zysk: nic nie zapłacimy za letnie mieszkanie! — żartował Indor, zwijając pólkę.
— Jadła nie starczy, wziąłem prowjantu jak obciął, żeby wam było lżej....
— A ty psie, to skór nie mogłeś rzucić?! Na prowjancie ekonomję robisz?? Głodem nam grozisz?!
Pod skałą, u ogniska, wszczęła się zacięta kłótnia. Dzikie, obelżywe wyrazy, okropne groźby i złorzeczenia, zmieszane z pluskiem deszczu, świstem wiatru i rykiem wzburzonej rzeki, spadały na łódź, drgającą wśród nurtów na słabej uwięzi, jak uderzenia bezlitosnych pięści. Pani Anna zerwała się z posłania i, pochylona cała w stronę głosów, przysłuchiwała im się z przerażeniem.
— Stefanie, ty słyszysz?
— Słyszę!
— Co to jest?... Może to napad?... Nie chodź, nie chodź!... Błagam cię....
— Ależ dobrze, nie pójdę!... — odrzekł kwaśno Karski, wyszedł jednak z budki i stanął na wślednim, wysokim pomoście.
Guran, Koźma, kupcy, szli gromadnie ku migającym u ognia postaciom; część oryli, wypoczywających na łodzi, wysunęła z pod pokrowca głowy.
— Wstawajcie! Naszych turbują! — szepnął im Spirydjon.
Wrzawa wciąż się wzmagała. Nie robiła ona już na Karskim wrażenia, zbyt często ją słyszał. W miarę jednak, jak wsłuchiwał się w oddzielne wyrazy, ogarniało go wzburzenie:
— Anno, muszę iść... Tam istotnie zanosi się na coś niezwykłego.
— Poczekaj, i ja z tobą... Zabiorę Olesia! — szeptała pani Anna.
Słyszał, jak szczękały jej zęby.
— Nie, nie! Będzie gorzej... zaraz wrócę!
I, nie czekając na zgodę żony, skoczył na ziemię. Lecz burza u ogniska już była ucichła. Oryle rozmawiali przyjaźnie ze starszyzną szkuty. Wysłany po kotły Spirydjon wołał na Niemca; Żygani, Wiarus i Achmetka znosili drzewo. Karski dostrzegł beczułkę w ręku Damjana i dyskretnie się cofnął. Spotkał żonę w pół drogi i podał jej rękę.
— Chodź!... Sprawa załatwiona, ale... czym się to skończy, niewiadomo. Daruj, że lekkomyślnie naraziłem cię na tyle przykrości...
— Stefanie, nie mów tak, czyż sama nie chciałam wyjechać co prędzej!...
— Ci ludzie są istotnie źle płatni, wyzyskiwani, oszukiwani.. — mówił, nie zważając na nią. — Żyją z dnia na dzień, od zarobku do zarobku... Korzystamy z ich biedy i lekkomyślności, a kiedy budzi się w nich poczucie własnych praw, spajamy ich wódką... Nie uważasz, że jest coś ohydnego w naszym milczącym na to przyzwoleniu... Ba, w cichości serca cieszymy się z gładkiego rozwiązania zatargów... Silny, młody, syty i ciepło odziany jadę na karkach tych ludzi... Dlaczego? jakim prawem? Skoro zaczynam rozważać ten stosunek objektywnie i sprawiedliwie, wydaje mi się on niesłychanie dzikim!... Nieraz bierze mnie ochota przyłączyć się do nich, ulżyć im, ale wstrzymuje mię jakiś głupi przesąd!
— Wcale nie przesąd. Sądzę, że nie masz żadnych obowiązków względem kupców lub skór Damjana, które właściwie należałoby wyrzucić. Cóżeśmy winni, że on za mało wynajął ludzi... — przeczyła gorąco Anna.
— Tego zrobić nie mogę, nie mam prawa ani mocy. Ale nawet, gdybyśmy cały ciężar z łodzi wyrzucili, oni by dalej nas wieźli...
— Gdyby wszyscy poszli do sznura, to rozumiem, ale tak — coś ty gorszego od tych sklepikarzy?...
— O to właśnie chodzi, że chciałbym być lepszym, a dla tych, co ciągną, jestem taki sam... Nawet gorszy, bo... nie pocieszam ich wódką! Idą w łachmanach, źle odżywiani, smagani przez słotę... Nogi im brzękną i krwawią się, piersi i ramiona ścierają do kości... a tymczasem ja tyję sobie i nabieram rumieńców... Wiedziałem, że tak jest, ale działo się to gdzieś daleko, przykryte mirażem drobnych, ułudnych pozorów... Obecnie po raz pierwszy ujrzałem na jawie gromadę ludzi... ciągnących łódź życia!.. I... nie mogę, nie mogę... — powtarzał z przejęciem.
Pani Anna porywczo zarzuciła mu ręce na szyję.
— Masz rację, ale co począć, co począć? Usprawiedliwia nas mus... Myśmy doprawdy strasznie nieszczęśliwi ludzie, gdyż dobrze nam może być jedynie na dnie, na samym dnie...
— Ech, nie! Poco tak daleko? Po prostu plunę jutro na konwenanse i sprawię sobie ślę!... — odrzekł po namyśle wesoło mężczyzna.
Gdy nazajutrz Karski istotnie nałożył ślę i zaprzągł się do pólki, zdziwienie ogarnęło wszystkich. Wylegli tłumnie na przód łodzi patrzeć, jak „pan“ ciągnie.
— Pogrzać się wyszedł! Istotnie zimna pogoda!... Dajno i mnie ślę, Damjanie!... — rzekł kupiec Tereszkin.
Po paru jednak stajaniach wrócił zziajany do łodzi, wyrzekając na zmęczenie i wołając na całe gardło o przekąski i herbatę.
Karski wciąż szedł.
— Silny człowiek! — chwalił go Guran.
Ulewa z poprzedniego dnia zamieniła się w dokuczliwą „siepotę“, deszczyk, sączący się nieustannie z białej mgły, zbitej, zgęszczonej wiatrami w wązkim parowie. Zmącona, brunatna rzeka ciężko pluskała w kamiennym łożysku.
— Silny z pana człowiek! Wszyscy się dziwujemy!... — pochwalił Damjan Karskiego, gdy ten ze zmianą holowników wrócił wypocząć do łodzi.
Po twarzy młodego człowieka przeleciał cierpki wyraz, usta mu drgnęły, lecz poczuł na sobie zaciekawione spojrzenie Indora, Obucha i innych, więc się wstrzymał.
— Dobrego apetytu!... — życzył mu przeciągle Indor. — Auu!... Spirydjonie, kozia twoja mać, dawaj nam prędzej naszą śmierdziuchę!
Pojawienie się Karskiego u pólki następnego dnia wywarło już niezwykłe wrażenie. Najwięcej zadowolonym z tego zdawał się być Guran.
— Doskonały holownik! Jakby się urodził do śli!... Idzie jak zegarek, ani szarpnie.. — gadał do żony Karskiego.
Życzliwość okazywał mu również Koźma, który wbrew zwyczajowi wyszedł w dzień z ukrycia, zajrzał niespodzianie do budy pani Anny i spytał, czy czego nie potrzebuje.
— Jeżeli mężowi nogi popuchną, to niech je wymoczy przed snem w ciepłej wodzie. Oparzelizny należy tłuszczem smarować. Przyniosłem kawałek czystego, niesolonego łoju, niech pani weźmie! Przypiec łój nad ogniem i, gdy tłuszcz pociecze, posmarować.
Damjan zerkał na Karskiego i kręcił głową.
— Uważam, że z własnej to robi ochoty... z wesołości!... Mnie to niepotrzebne!... Zapłaciłem ludziom i powinni łódź dowlec do samej Maczy... Ale jeżeli kto chce dla własnej rozrywki, to owszem... Niech się bawi, przeszkody pasażerom nie stawiam — wypowiedział się wreszcie ostrożnie.
— To już nie zabawa, to już nazywa się... nieporządek! Od tego może się tylko we łbach chamom pomieszać! — mruknął surowo stary Bryłkin, patrząc z dzioba łodzi w stroną idących wzdłuż brzegu holowników.
— Cóż ja mogę? — skarżył się Damjan.
— A tybyś mu ślę schował! — przemówił niespodzianie Gubkin.
— Tego nie mogę!... O toby mogli ludzie mi się wzburzyć...
— A widzisz? zaczyna się...
— Niech lepiej pan z nim pogada, skoro uważa, że należy... bo ja nie widzę powodu, bo ja uważam, że to zabawa, i pieniędzy mu za to nie zapłacę... To mu tylko powiedzieć mogę że nie zapłacę... Ale czy to będzie korzystne dla przyczyny porządków?... zakończył znacząco.
— Właśnie o to chodzi. Gdybyś mu zapłacił, to co — to nic. Najął się. Byłby taki sam cham, jak inni, ale tak, to wygląda wcale nieporządnie... On pasażer... Słyszana rzecz, żeby pasażerowie pomagali holownikom? Za cóż płacimy pieniądze?... On wprowadza jakieś nowe obyczaje!... Pogadam z nim, pogadam... Dlaczego nie miałbym pogadać z młodym człowiekiem! — dowodził zgryźliwie Bryłkin.
Istotnie, gdy Karski przechodził mimo ich kajuty, kupcy zaprosili go grzecznie do siebie.
Usiadł ciężko na wskazanym kuferku. Na stole stała herbata, wódka i przekąski.
— Niech pan, panie młody człowieku, nie wzgardzi i przetrąci co z nami...
— Nie piję!...
— Więc herbaty...
— Żona czeka mię z obiadem.
— Taak! — przeciągnął Bryłkin. — Dobrze! A teraz powiedzcie mi, młody człowieku, dlaczego wyście, nie przymuszeni okolicznościami, nałożyli na siebie nagle taką ciężką pracę?...
Karski zamyślił się. W tonie kupców, w ich obejściu się z nim przeświecało od samego początku jakieś nieprzyjazne usposobienie, które obecnie odczuł szczególnie niemile pod formami zdawkowej grzeczności.
— Chciałem pomóc orylom! — odrzekł szczerze, po krótkiej rozwadze.
— Widzimy to, ale czy to pana rzecz!... Za to odpowiada Damjan. Pan zapłacił pieniądze i może od niego żądać!... A jeżeli on ludzi krzywdzi, pracą przeciąża, to oni mogą się na niego w mieście poskarżyć... Od tego są ustanowieni od rządu urzędnicy, sądy i kary.
Karski zrozumiał, że rozmowa może go zaprowadzić za daleko.
— Czy panom to szkodzi? — spytał łagodnie.
— A szkodzi. Ta hołota gotowa pomyśleć, że jej się należy, że i my obowiązani jesteśmy jej pomagać... Zaczną krzyczeć, wkońcu każą i nam ciągnąć, a sami siądą na nasze miejsca... Tutaj miejscowość pusta. Tutaj w ich mocy jesteśmy... Tu na setki wiorst niema wsi, ani władzy... A czy to pan nie widzi, z kim mamy do czynienia?... Głupi, dzicy ludzie... wszelkie wybierki, warnaki, pijaki... Gdy im się we łbie przewróci, gotowi Bóg wie na co się targnąć! Nikogo i nic nie uszanują! Niema dla nich świętości!... Dlatego nie można im pozwolić wychodzić z kolei!... Niech pamiętają, czym są, niech ciągną i basta!... — dowodził przekonywująco kupiec.
Karski słuchał ze zwieszoną głową. Zbyt dobrze znał tutejszych handlarzy, aby wdawać się z nimi w dysputę.
— Pobawił się pan i dość!... Już my pana prosimy, niech pan dla nas to zrobi i przestanie... Więc zgoda? co?...
Karski wstał.
— Nie, nie mogę... Myślę, że obowiązany jestem robić to, co robię!... Droga jest bardzo ciężka, a ludzie wyczerpani!...
— Ach, jaki pan przekorny... Wszystko pan robi na złość... Zmusić pana nie możemy, ale niech pan pamięta, że jak kto krzyka, tak mu się odzywa...
Karski odszedł. Przez płócienne przepierzenie słyszał w swej budce, jak kupcy mówili głośno ku wielkiemu przerażeniu pani Anny:
— Zaraz w pierwszej wsi spisać protokuł... Tak i tak: przykładem swym ludzi pociąga do buntu... Bez żadnych powodów robi, co do niego nie należy... Poskarżyć się!... Władza z takimi nie żartuje!... Żywo łokcie mu wtył ściągną...
— Nie bój się. Strachy na Lachy. Napewno kradzione złoto wiozą i więcej mają powodów wystrzegać się policji, niż my — uspokajał żonę Stefan.
— Zawsze... wolałabym tego uniknąć!... Drżę na sam widok jasnych guzików...
— Nie mogę ustąpić, kochana, nie mogę... straciłbym resztki szacunku dla siebie. I ty straciłabyś go dla mnie!...
Od tego dnia stosunki Karskich z sąsiadami i uprzywilejowaną częścią „towarzystwa“ mocno się popsuły. Kupcy traktowali Stefana wprost wrogo, i nieraz słyszał za swemi plecami, niby na wiatr rzucane, obelżywe wyrazy:
— Farmazon... sycylista!
Koźma już nie ukazywał się w budzie. Ostrożny Guran przestał mu udzielać wskazówek. Damjan znikł na czas jakiś z widnokręgu. Spirydjon zaczął im przysyłać gorsze obiady. Ale Karski ostro upomniał się o należne mu z umowy porcje, a na brak uprzejmości ze strony „towarzystwa“ nie zwracał uwagi. Przychodziło mu to tym łatwiej, że na łodzi mało bywał i mało miał teraz z tymi ludźmi do czynienia poza obrębem pracy, jedzenia i spania. Na to głównie zwracał uwagę.
Ale raz dostrzegł, że pani Anna, bez względu na wietrzną pogodę, wciąż stoi obok Gurana na mostku, a jednocześnie słyszał w przedziale kupców głośne chichoty, śpiewy i wykrzykniki. Słuchali ich z wielką uciechą odpoczywający na zmianę holownicy i robili wesołe uwagi. Odczepił więc ślę i kazał się wziąć na statek. Guran wzdragał się przybijać, Damjan też krzyczał, że czasu tracić nie można. Karski już się gotował pójść wpław do łodzi, gdy jeden z kupców wychylił głowę z pod płótna i pijanym głosem zawołał:
— Przybijaj, przybijaj!... Nie wzdragaj się!...
— Ty nie uwierzysz, co oni dziś wyrabiają!... Wprost takie wygadują rzeczy... takie nieprzyzwoitości, iż usiedzieć w budce niepodobna... Przecież oni wiedzą, że wszystko u nas słychać!... — skarżyła się pani Anna, czerwona od wzburzenia.
Karski spojrzał z wyrzutem na Gurana, który, zmieszany, oczami po rzece wodził, krzyczał zbyt głośno i zapamiętale:
— Sczyszczaj!.... Hej!... Miotaj!... Czepiaj!...
— Cicho!... Usłyszy!... — ostrzegał jeden głos w przedziale kupieckim.
— Co cicho!? Albo to ja się go boję, albo to ja nie zapłaciłem za miejsce?... Wolnoć Tomku w swoim domku!... Wolno mu ciągnąć — wolno mi śpiewać... — bronił się drugi głos, po którym Karski poznał Tereszkina. — Wielka rzecz, choćbyśmy się i pobili... Aby nie na śmierć!... Czy to pierwszyzna?...
Rano kawa i biskwity,
A wieczorem nos rozbity.
Uha!... Hal... Ha!...
Która z was mi buzi da!...
Dalszy ciąg był do tego stopnia nieprzyzwoity, że nawet Karski poczerwieniał. Szybko przeszedł po desce i pochylił się u wejścia do budy, trzymając oburącz za pałąk odrzwi.
— Proszę przestać!... Proszę natychmiast zaprzestać!...
— Co? A ktoś ty taki?... Wielka duszo na małych nóżkach!
— Odejdź! Niech pan sobie odejdzie i zostawi nas w spokoju!... — dodał starszy Bryłkin.
— Żądam zaprzestania nieprzyzwoitości!...
— Przecie pan się zgodził na odjezdnym nie krępować nas...
— Co tu z nim gadać!... Świadków niema... niech się skarży...
— Gospodarzu!... — wołał drżący z gniewu Karski.,
— Co? gospodarzu! My i gospodarzowi wybić zęby możemy... My tu się z nim porachujemy za wszelkie względem nas podłości...
Damjan też widać tego był zdania, gdyż wcale na wołanie się nie zjawiał.
Karski czuł swą bezsilność i ściskał obręcz w palcach tak mocno, że aż trzeszczała.
— Wrzucę do wody! — rzekł głucho.
— Oho!... Siła złego dwuch na jednego!...
— Związać go! — komenderował Tereszkin i szedł, potaczając się, ku przeciwnikowi z ręcznikiem w ręku.
Karski wyciągnął ramię, aby go schwycić za kark, ale kupcy odgrodzili go od towarzysza. Jednocześnie uczuł na plecach dobrze znane, delikatne dotknięcie.
— Stefanie, zostaw w spokoju tych złych ludzi, niech śpiewają!... — mówiła blada jak śmierć Anna.
Karski zrobił ruch niecierpliwy, ale spojrzał na płonące niespokojnie oczy żony, na wązką deseczkę, na której stała, na skłębione, mknące pod nią nurty i w mgnieniu oka ochłonął.
— Szkoda, żeś mię wstrzymała!... Oni mogą dojść, Bóg wie do czego!... — mówił, odprowadzając ją na miejsce.
— Niech pan się nie boi!... Już to się nie powtórzy... Znam ja ich... obwarzanki miejskie!... — uspokajał go pocichu Guran. — Jacy oni kupcy?!... Sami się chwalą... Po prostu kramarze. Dziś pijani, więc niech już pan wytrzyma, ale wódki mają mało, a trzeźwi nie odważą się... Toć widać, że pan może człowieka w gębę gwizdnąć!...
— Ewangielista!... Miłosierny baranek!... Litościwy sycylista!... A zaraz: utopię!... Oho! Wara! Do cyrkułu nie łaska!... — gdakali za płótnem pijani kupcy, przetykając swe sentencje niemożliwemi przekleństwami.
— Niech pan zejdzie na brzeg... Niech pan zejdzie na brzeg!... — nalegał Guran.
Karski usłuchał go. Czas jakiś jeszcze grzmiały na łodzi wykrzykniki i dzikie wyrazy, plugawiąc czyste powietrzne przestworza i wywołując potworne echa nad wodą i w górach, lecz zwolna ucichło wszystko.
Holownicy zukosa w milczeniu jakimś innym wzrokiem spoglądali na Karskiego, który wprzągł się znowu w ślę i parł z niemi statek, wygięty naprzód piersią. Wydało mu się, że w ich głosach, w ich obejściu tai się niezadowolenie z niego, tajona pogarda i drwiny...
Przepowiednia Gurana ziściła się.
Nazajutrz kupcy wcale nie śpiewali, przestawali nawet rozmawiać, gdy Karski zbliżał się ku nim. Wzrokiem jedynie wyrażali mu swą nienawiść, i jeno, gdy był na brzegu, pozwalali sobie na rozmaite dwuznaczniki, doskonale zrozumiałe dla wszystkich obecnych.
Zbierali się zwykle koło ogniska na przodku łodzi, który w dni pogodne służył za rodzaj klubu dla całej osady.
— Komu to tu poprawiać świat!? — filozofował stary Bryłkin.
— Wio!... Wio!... Fiut!... — gwizdał Tereszkin i mlaskał językiem, naśladując trzask bata.
— Słyszycie, jak na was gwiżdżą? — zwrócił się raz do Karskiego Indor.
— A może to na was?
— Ej, gdzie tam! Nie gwizdali dotychczas, pocoby mieli gwizdać teraz?...
— Mybyśmy im gwizdnęli, a jakże!... — przechwalali się Żygani.
— Za cóż to?!
— A za to — nie wyglądaj puzato!... Bez gadania!
— Ej, wy paple!... Nie folgujcie... Ledwie że zdołać mogę!... — obruszył się Obuch, oglądając na towarzyszów.
Spotkali się spojrzeniem z Karskim i olbrzym uśmiechnął się przyjaźnie.
— Niech pan ślę wyżej podniesie... Na dołku ją pan ma... Zeprze pana!...
Nie mieli czasu na gawędy, nie mieli go na nic.
Karski poznał gruntownie psychologję uprzężnego zwierzęcia. Nauczył się skrócać czas rozmyślaniem, jak prędko skończy się przykry, bystry „szor“ i szkuta na „lżejszą“ wejdzie wodę; nauczył się wybierać wśród kamieni dogodne dla stąpnięcia miejsca, nauczył zmieniać, nie zwalniając kroku, położenie uwierającego naramiennika, nauczył pilnować taktu, zręcznie w biegu „zacinać ślę na półkę“ lub z „oka“ ją odczepiać.
Wspaniałe widoki przestały dlań istnieć. Nienawidził razem z holownikami malowniczych, skalnych rumowisk, żółtych piasczystych osuchów, w których noga zapadała się po kostkę, barwnych szczereków, układanych ślicznymi gzymsami na pochyłych odmiałach. Tam noga zbyt się obsuwała i krok zamieniał się w pół kroku. Nie lubił pięknych zakrętów z rwącemi wartami, ani cichych, płytkich zatok, przez które trzeba było brnąć albo buchtować dokoła; nie lubił rap, głazów, „wilków“ i „prądowin“, gdyż wszystko to mocniej naciskało na obolałe podeszwy i ramiona...
Wracał z roboty senny, rozbity, schłopiały. Gdy miał czas, brał syna na kolana i głaskał obrzękłemi palcami jego złote włosy. Była to obecnie jedyna jego uciecha. Ale chłopczyna odwykł od ojca i nieraz wyrywał się do matki, wołając:
— Nie... tahle, tahle!...
— Co to znaczy?
— Znaczy: wcale... znaczy, że nie chce cię... Tak rzadko widuje cię teraz, Stefanie — tłumaczyła syna pani Anna.
— Prawda, ogromnie się zmieniłem! — odpowiedział Karski.
Nieraz, gdy siedział taki milczący i zobojętniały, patrzała nań pełnemi łez oczyma. Raz, obmywając mu owrzodzone nogi, przycisnęła nagle gorąco swe usta do nich.
Mężczyzna zmieszał się i nogi szybko pod siebie schował.
— Co to?
— Jesteś święty!...
— Wcale święty nie jestem. Przeciwnie, czuję się coraz gorszym. Tracę jakoś zdolność do współczucia. Wiesz co, może masz i rację, że na tej drodze nic znaleźć nie można, oprócz... spokoju własnego sumienia! I to — dość lichego, względnego spokoju... blizkiego obojętności! Być może, nie przeczę, że gdyby wszyscy zaczęli brać czynny udział w koniecznych robotach i pomagać na każdym kroku innym pracownikom, znaczna część ciężaru zostałaby zdjęta z warstw robotniczych i praca rozłożona równomierniej... Lecz aby to mogło nastąpić, konieczne jest takie gruntowne i powszechne przekształcenie pojęć, zwyczajów, uczuć, że wprost gdyby to była droga jedyna, rozpacz mogłaby ogarnąć człowieka... Na szczęście tak nie jest!... Życie toczy się szeroką ławicą i wszystko zmierza ku jednemu celowi... Idziemy bezwarunkowo od zmroku ku słońcu... Ale nawet gdyby tak nie było, to... musiałby przecie ktoś zacząć!...
— Nie mam już na to ni sił, ni zdrowia! — szepnęła cichutko. Opuściła blade ręce wzdłuż ciała, a na długich, ciemnych rzęsach perliły się łzy.
Spojrzał na nią tkliwie, przypomniał sobie, jaką była niegdyś, jak podtrzymywała i zagrzewała go nieraz w ciężkich przeprawach...
— Kochana! — wyrzekł — nie o tym mowa!...
— Wiem, wiem, ale nie chciałabym być dla nikogo ciężarem!...
Przytulił ją do siebie, zdziwiony jej chudością, którą teraz dopiero spostrzegł.
— Jakże strasznie zmizerniałaś przez te parę tygodni... Nie płacz, Stefan za ciebie ludziom odpłaci, odrobi... Stać go na dwoje!... — mówił w dumnym poczuciu swej siły.
Usnęła przy jego boku, ukołysana opowieścią o tym, co będą robili i jak będą mieszkali tam... na południu...
Mało jednak mieli nawet takich wieczorów, gdyż praca wciąż rosła, pochłaniała siły i myśli. Karski zasypiał literalnie z ostatnim kęsem strawy.
— Mało wziąłeś ludzi! — wyrzucał Damjanowi przy spotkaniu.
— Bóg świadkiem, chciałem więcej, ale sam pan widział, czy mogłem... — tłumaczył się ten.
Okolica stawała się coraz dzikszą. Dolina rzeki zwężała się; brzegi zbliżały się ku sobie, i zasuwały widnokrąg. Znikły na wodzie strzeliste, proste „płosy“ i rozległe, jasne dale. Nurt żylasty, zestrzelony w jedno koryto, rwał potężnie na zawrotach, szumiał złowrogo na progach, na wielkich głazach, toczących się po dnie, o które czepiając kędzierzyły się prądy. Statek piął się ostrożnie z zakrętu w zakręt rzeki, z płosy na płosę, wstępując po nich na górę, jak po kryształowych schodach. Piersi holowników czuły coraz dotkliwiej holowany ciężar. Na ścieżce przeważał gruby żwir, lub ostre, skaliste kruchy i szczereki. Czasami stawała się ona tak wązką, że wyglądała jak gzyms wątły, wypłukany przez fale w twardym urwisku. Czasem brnęli po kostki w wodzie po takim gzymsie, a obok warczały wiry odmętów, ku którym pchała ich zawisła nad głowami opoka. Sznur pólki naprężał się jak struna, statek targany przez wiry drgał lękliwie. Guran oczu nie spuszczał z wody i chudł z niepokoju. Posuwali się naprzód bardzo wolno i co noc stawali na kotwicy u brzegu, gdyż wycieńczeni oryle musieli dłużej wypoczywać, a zgęstniały zmrok nocy również nie pozwalał posuwać się bez przerwy. Bądź-co-bądź byli już daleko na południu. Sadyb ludzkich nie spotykali nigdzie, ani śladu. Raz tylko spostrzegli człowieka, który płynął na małej tratewce, sam podobny do kopy siana w kudłatym futrze reniferowym, wywróconym sierścią nazewnątrz. Przed nim stała gotowa do strzału gwintówka, oparta na żelaznych widełkach, a obok tlił się na glinianej polepie mały ogieniek i kipiał zawieszony na drążku imbryk.
— A skąd to, bracie? — spytał go Guran.
— Ze świata!
— A dokąd?
— Stąd nie widać!... — odrzekł śmiało myśliwiec, mierząc szkutę oczyma.
— Figura!... — zauważył znacząco sternik, gdy go już ominął. — Pływa teraz na tratwie, ale popłynie i bez niej!... — objaśnił pani Annie.
Innym razem natrafili aż na trzech takich osobników, leżących na brzegu u ognia, w pobliżu spoczywało małe czółenko, dnem wywrócone do góry. Jeden z obdartusów wstał i podszedł ku orylom z pytaniami, ale Guran krzyknął gniewnie, aby holownicy nie zwalniali kroku. Majdaniarz, który przewodniczył tej zmianie, wyjął swój kapciuch i rzucił go włóczęgom w milczeniu. Jednocześnie Koźma zjawił się w swej „duszegubce“ z boku szkuty i płynął długo wzdłuż brzegu, jakby czegoś pilnując. Obdartus machnął ręką i wrócił na poprzednie miejsce.
Na noclegu oryle rozpalili, jak zwykle, nad brzegiem ogień i obsiedli go, aby w oczekiwaniu wieczerzy pogawędzić oraz pogrzać i rozprostować spracowane członki. Wieczerzę gotowano im od niejakiego czasu zawsze na łodzi; spali też na łodzi, ale gawędzić woleli na lądzie, nie krępowani niczyją obecnością. Karski nie brał udziału w tych gawędach, gdyż zwykle niezwłocznie odchodził do żony.
— A co, jak się zlękli!? — mówił znacząco Indor. — Aż stary bóbr wylazł ze swej nory... Mówię wam, że oni wiozą złoto.
— Czego się mieli lękać! Trzech biedaków. To wcale nie spirtonosi; pytali o sól i o tytuń... — objaśnił Majdaniarz.
— Albo to trzech mało?! Trzech dobrych za rotę starczy! — gadał Indor, nasuwając czapkę na ucho. — Niedaleko stąd dwuch całą barkę ludzi wymordowało. Zmrok był. Podpłynęli w czółenku do szkuty, poprosili sternika, jak i ci, o krajankę chleba. Podał im, a włóczęga nie za chleb, jeno za rękę go cap! Wskoczył na pomost, źgnął sternika nożem i w wodę go... Potym za „kawkę“, statek do lądu nawrócił, a tam pięciu już nań czekało. Ci holownicy, co na brzegu byli, uciekli, a zmianę, co w łodzi spała, i gospodarzy wyrżnęli, nim ci zdążyli oczy przetrzeć. Tylko żonę gospodarską zostawili przy życiu, uciechę z nią mieli noc całą, a nad ranem rozdarli ją wpodłuż i rzucili do wody. Dopłynęli do odpowiedniego miejsca, poczym towar, wódkę i chleb zrabowali, a statek podpalili i puścili na rzekę. Tak i przepadło! Nie złapali nikogo. Kto jest w stanie złapać tu mądrego człowieka! „Skoły“, tajga, kamień, wody rozlane wszędzie, łachy, ostrowia, topiele i wiklinowe popławy... Tu kto chce się schować, to zaszyje się w lasy jak igła w siano. Tu można żyć bez troski... Tu takich głupich, jak my, mało, coby djabłu na radość nogi sobie na kamieniach dziurawili, bebechy kupieckie na plecach babom ich na pociechę wlekli!...
Indor nasunął czapkę na drugie ucho, potym na tył głowy i spojrzał na słuchaczy. Wydali mu się podnieceni. Żyganom oczy chciwie błyszczały. Niemiec otworzył szeroko swój wroni dziób i uśmiechał się. Wiarus muskał wąsa, Achmet z niedowierzaniem patrzył na opowiadacza.
— Całkym ni paj-mał? — spytał naiwnie.
— Mówię ci, że nie powąchali ich. Niektórzy potym zginęli w innej potrzebie, ale niektórzy i po dziśdzień żyją w powszechnej czci — szacunku. Jeden w Kireńsku za zrabowane pieniądze założył fabrykę fałszywej monety. Dwa domy teraz posiada. Nabożny taki, za wzór go stawiają. Broda siwa, czapka bobrowa — patryjarcha. Śmiech mię bierze, gdy go widzę. Znam go, jak zły szeląg. Towarzysze jesteśmy, razem „strzelaliśmy“, jałmużnę po wsiach zbierali... A bo to mało przewinęło się przed mojemi oczami... Poginęli. Nie szczędzą też naszego brata, oj! nie szczędzą. A mało to biednych „garbusów“[6] przeklęte „czełdony“ co rok do Leny spuszczą... Albo i swoich mało to spirtonosi pomordują. Kiedy partja z partją się spotka, a jedna zdradzi się, że ma złoto... zaraz bitwa... Dawniej, bywało, w tajdze ku jesieni pod każdą kłodą trup leżał. Tu, w tej krainie każda grudka ziemi krwią oblana... Pamiętam raz...
Znów zaczęła się długa litanja okropności. „Źgnął, pchnął, ciął, palnął, płatnął... chwycił... zdusił...“ powtarzało się co wyraz nieledwie. Postacie gwałconych kobiet, konających mężczyzn, trupów, pociętych potwornie... przesuwały się przed oczami słuchaczów w wyrazistej opowieści Indora. Włóczęga pomagał sobie giestami i mimiką, udawał rzężenie poderżniętych lub duszonych, drgawki umierających. Następnie opisywał niezwykłe bogactwa zdobyte, szalone powodzenie śmiałków, ich wygody, używanie, wczasy, jedzenie smaczne, trunki wyborne, szczodrość niebywałą, zbytek i rozpustę, i cześć powszechną dla ich junactwa...
Podrzędniejsza publiczność płonęła ogniem pod wrażeniem opowiadania, ale Majdaniarz palił spokojnie fajkę, a Obuch drapał się w głowę i ziewał.
— Cóż to, nie wołają na wieczerzę? Jak myślisz, Indorze, dlaczego on morduje się z nami z własnej ochoty? — spytał niespodzianie Obuch.
— A kto go wie? Zatył się, więc mu się gzi!... A może... szpieguje nas! — odburknął z niechęcią włóczęga.
— Oj, ty, ty... Mądrala!... Słuchając cię, można myśleć, że opływasz w złocie... Tyleś nabrał, a co masz?... Pewnieś zawsze tak celował, żeś w dziurawe brodnie trafiał... — mruknął niespodzianie Majdaniarz.
— Cóż, choć nie w złocie, ale w cnocie. A stąd to pochodzi, ojczulku, że towarzyski jestem, że przyjaciół pożądam, że z człowiekiem podzielić się lubię, i swoim i cudzym... nie to, co sybirskie niedźwiedzie, co wszystko pod siebie garną!... Wesołość lubię, gwar, tłum... Oj, wódeczka — mamuleczka, wódeczka! Radość daje — szkoda, że rychło wietrzeje... — westchnął zabawnie. — Jedyna pociecha, ojczulku, szynkarzu, że ty od tego tężejesz, od czego ja chudnę... Wszystko do ciebie niosę, do ciebie, rodzony!... — dokończył już wesoło.
— Hej, wieczerzać i spać!... — zagrzmiał z barki głos Damjana i potoczył się wielokrotnym echem po pustkowiu.
Opuszczone ognisko płonęło czas jakiś, rzucając rubinowe blaski na czarną wodę, na tkwiącą opodal bez ruchu szkutę, na bure skały, nawisłe nad płaskim pobrzeżem. Wreszcie zarzewie wytliło się, powlokło popiołem, przygasło, pobladło, jakby straciło całą tę krew, jaką napoiły go opowieści i uczucia znikłych przed chwilą postaci. Natomiast wypłynął z za urwiska księżyc i oblał spokojnym, srebrnym światłem śpiącą dolinę, śpiące brzegi, lasy, góry i niestrudzoną, kryształową strugę dążącej do oceanu wody.
Ledwie się wlekli. Zielone nurty rzeki w wielu miejscach stawały wprost dęba przed łodzią, jak kłąb syczących wężów wspinały się wysoko nad jej stewą, a rozcięte przezeń, opadały z bulkotem waru na boki, poczym rozhukane biegły dalej dwiema bruzdami, tworząc wiry, wały, kręgi, rozchodzące się daleko po wodzie i uderzające z łoskotem o brzegi.
— Dalej, chłopcy, dalej!... Wraz!... — zachęcał Guran chwiejących się na nogach oryli. — Nic nie poradzę... U brzegu jezioro, ale płytko, a dalej szor, wart ogniowy... — objaśniał pani Annie, która zbolałym wzrokiem śledziła zgiętą postać męża w szeregu holowników. Nawet Damjan i Koźma zaczęli holującym pomagać w trudniejszych przejściach i nawet najmłodszy z kupców zjawiał się również od czasu do czasu u sznura. Do obecności Karskiego wszyscy tak się przyzwyczaili, że gdy raz zaspał zmianę, Damjan obudził go bez ceremonji.
— Daruje pan, ale zupełnie się nam rozkład sił popsuje... — tłumaczył się grzecznie.
Karski wcale się zresztą nie obraził, ubrał pośpiesznie i zajął w milczeniu zwykłe u pólki miejsce.
Strome, opoczyste przylądki coraz częściej podchodziły nad samą wodę. Jeden z nich musieli już „obejść“, gdyż nie miał wcale przyczółka dla ścieżki! Koźma zabrał sznur i przewiózł go ostrożnie na czółenku „duszegubce“ wśród gulgocących i wzdętych odmętów. Potym przewiózł po jednemu ludzi. Barka cały czas stała na zahaczonych o skałę bosakach, drżąc jak w febrze i pląsając po przelewających się pod nią bałwanach.
Nieco dalej spotkali trupa człowieka, płynącego twarzą na dół, z grzbietem wygiętym w pałąk, z rękami i nogami, miotającemi się koło tułowia, jak szmaty.
— Goście płyną... Macza niedaleko!... — rzekł Guran, wskazując Annie topielca.
Błędnym wzrokiem ścigała ciało nieszczęśliwego, w czerwoną odziane koszulę. Nazajutrz spotkali drugiego. Ten był zupełnie nagi. Jedynie na nogach miał stare, rozmokłe skórznie. Utknął głową w mieliznę i prądy odwróciły go na bok. Smutnie patrzył na przejeżdżających wydziobanemi przez kruki oczodołami. Ciemna, zamulona broda spływała mu na piersi, na których tuż pod włosami czerniała okropna rana.
Nieszczęście chciało, że i tego widziała pani Anna...
— Daleko jeszcze... do Maczy?... — spytała rwącym się od wzruszenia głosem.
— Z sześćdziesiąt wiorst... Niech się pani nie boi... Teraz to już napewno dojedziemy... A na topielców niech pani nie patrzy... Ich tu wkoło dużo płynie, jak zwykle... koło złotodajnego kraju! — uspokajał ją Guran.
Ale pani Anna już się nie mogła pokonać i wciąż wodziła obłąkanemi oczami po zielonej topieli, szukając na niej strasznych ludzkich widziadeł. Uspokajała się jedynie w obecności męża; ten zaś po powrocie z brzegu jadł łapczywie, co mu dali, i natychmiast twardo zasypiał. Tak robili wszyscy; obecnie cała nawet osada statku, gdyż w ten sposób tylko mogli jeszcze podołać wyczerpującej pracy.
Blizkość kresu podróży pobudzała ich. Nawet Indor śpieszył się i na innych nalegał.
— Prędzej, aby prędzej!... Żywo, chłopcy!... Wyciągajcie żyły!... Marnota jesteście!... Śpieszno mi rozstać się z wami... Nie wiem nawet, dlaczego was jeszcze nie rzuciłem... Dziś przecie byłbym w szynku!... Ale zgłupiałem od pobytu wśród takiej cnoty jak wasza i nie mam już żadnej szczerej do niczego chęci...
— Pewno coś znaczy i ten rubelek, który na przystani dostaniesz od Damjanal — wtrącił ironicznie Majdaniarz.
— I to racja, choć nie na długo go starczy w takim przepaścistym miejscu... Wiadomo — na Witymie pieniądz od rubla się zaczyna... On tam niby grosz!... Ech, wy, wy, niedoludki! Gdybyście byli mądrzy... Jeszcze czas: szkutę na skały i hajda!... Napewno wiozą złoto... Zgódźcie się, mówię wam!... No!... Co?
Spojrzał na Majdaniarza.
— A czy widziałeś ich złoto? — spytał ten. — Widzisz: nie widziałeś. Znowu możesz trafić na dziurawą portmonetkę...
— Wiadomo, fartowy jesteś!... Ale każdy ma swoje wyrachowanie...
— Może i inni go mają...
— To powiedz!
Stary zbój zmrużył oko.
— Skoryś... młodo umrzesz!
— Już mię śmierć moja trzykroć ominęła! Wyparłem się jej, jak Piotr Chrystusa! — śmiał się Indor.
Dał jednak za wygrane „hersztom“ i zwrócił się do „kobyłki“. Gadał na uboczu z Żyganami, zaczepiał Achmeta, nawet Niemca.
Nadeszła noc ostatnia.
Karski spał twardo snem bez widzeń, z którego przebudzenie sprawia wrażenie powrotu z innego świata. Wtym ktoś go mocno szarpnął za rękę. Otworzył oczy i zdziwiła go przedewszystkim głęboka ciemność.
— Co, jeszcze noc?... O co chodzi?...
— Stefanie! Stefanie!... Wstawaj! Oni naradzają się! oni zaraz przyjdą! Oni zaraz przyjdą... oto nóż!... Słyszysz, idą... Wszyscy zginiemy!... Nie chcę zginąć w tej ziemi okrutnej... Kraju chcę, kraju!... Słyszysz, jak, szepcąc, skradają się?... Płyną, płyną — szeptała pani Anna, nie przestając męża szarpać za rękę.
Karski zerwał się, usiadł i pilnie nasłuchiwał. Istotnie, płynęły wokoło jakieś gwary, szepty i westchnienia.
— To woda, Anno! Uspokój się!... — rzekł wreszcie, wsłuchawszy się w cichy ich pomruk.
— Ach nie, nie... ty nie wiesz!.. Ja ci nie mówiłam... To oni!... Oni tak dziwnie spoglądają na mnie... Ich wielu... Płyną z rękami opuszczonemi na dół... Nie mogę dłużej, nie mogę... Kiedyż nastąpi koniec tej męki!... Słuchaj!... Pst!... Znowu!... Czy nic nie słyszałeś?...
— Ależ nic! To barka skrzypnęła, fala kołysze nas... Zapal światło, Anno!... — uspokajał Karski żonę, sam hamując z trudnością dreszcz zimny.
— Światła — nigdy!... Zobaczą nas łatwiej... wyśledzą przez szparę... A my nie dostrzeżemy ich w ciemności... Wyciągną... nagle... krwawe noże... krwawe szpony....
Schwyciła męża za ręce, ale Karski otrząsł się energicznie i zapalił świecę. Gdy dostrzegł żonę w bieliźnie, z rozwianym włosem, z wyszłemi z orbit oczyma, skuloną w rogu budy, z nożem w zaciśniętej pięści, włos mu się też z przerażenia najeżył.
— Co tobie, kochana?...
— Nie wiem! Boję się, tak się boję, że chyba umrę...
— Nie masz się czego lękać. Wszyscy śpią, a jutro... będziemy w Maczy... Może ci ugotować herbaty?...
— Dobrzeby było! — odrzekła, przychodząc do siebie. — Ale ty nie wychodź!... Przysięgam ci, że ktoś tu chodził... Czasami czuję wprost, że jakieś straszne objęcia wyciągają się w ciemnościach ku nam... Jakieś postacie siadają, jak zmory, koło nas i duszą za gardło... Na nic błaganie... Syna oszczędźcie, syna!... Co winne wam małe dzieciątko... ono maluchne... ono was nie wyda... Oszczędźcie mu życia... Może kto ulituje się i wychowa go... Patrzcie, jak się do was uśmiecha... Nie kładźcie grubych paluchów na jego główkę... on ma kości cieniuchne... — znowu poczęła bredzić.
— Ocknij się, Anno... On tu... śpi... Nikogo niema, prócz nas... Co za okropna noc! — szeptał bezradnie Karski, tuląc ją i pieszcząc.
— Ach tak, tak... okropna noc... Były i przedtym... ale spałeś zawsze tak smacznie, taki byłeś spracowany... Słuchaj! Przestań pomagać im!... Niech świat się wali... aby do kraju!
— Dobrze, dobrze! Jutro ostatni dzień... We dnie przecież się nie boisz...
— Boję się, teraz wciąż się boję, gdy ciebie obok mnie niema!...
— Dobrze. Ubierz się. Pójdziemy na dziób szkuty, rozpalimy ogień... Niedługo świt... Oleś może tu zostać spokojnie...
Anna wahała się.
— Dobrze! — zgodziła się wreszcie, skupiając resztę rozsądku.
Wyszli na mostek sterniczy.
Gęsta, mleczna mgła szczelnie otulała statek. Brzegów widać nie było. Nawet maszt statku ledwie zarysowywał się na prześwietlonych poświatą księżyca oparach. Spodem szumiały niewidzialne nurty. Chwilami, na krótko przez niewidome w tumanach szczeliny prześlizgiwał się blask miesięczny i kreślił drżące smugi na biegnącej wodzie... Naówczas wydawało się, że statek płynie w obłokach, gdzieś ponad światami, po wstęgach srebrnej światłości...
Na dziobie płonęło nikłe światełko.
— Czy nie lepiej, żebym sam poszedł i sam postawił imbryk... Zaczekaj chwileczkę!...
— Nie, nie! — powtarzała, nie wypuszczając jego ręki.
Ostrożnie przeszli po skrzypiących deskach okłodki. Miarowy oddech śpiących słychać było wyraźnie poza płótnem budy. Anna uspokoiła się prawie zupełnie. Nie dostrzegła, że, gdy mijali robotników, obszycie uniosło się cokolwiek i z ciemności wyjrzała para błyszczących oczu. Widział to Karski, ale nie nadał temu wielkiego znaczenia.
— Obudziliśmy ich!... — pomyślał.
Wtym Anna, która szła przodem, drgnęła i cofnęła się: u ogniska siedziała mglista, mistyczna postać...
Był to Koźma. Przybycie Karskich nie zdziwiło go bynajmniej, owszem, przyjął ich, jakby na nich czekał.
— Ach, to wy! Siadajcie, będzie weselej!... Też nie sypiacie?!... Widziałem nieraz, jak paliliście światło... Ja spać nie mogę... Myślący jestem... Wciąż myślę... Różne rzeczy do głowy przychodzą i spać nie mogę... Dzięki Bogu już koniec, jutro dojdziemy... Aby tylko dopisała pogoda, bo wiatr coś się tłucze w opokach!... Słyszycie?...
Dźwięki głuche, żałosne przeleciały górą nad niemi, jak stado spłoszonych ptaków. Twarz Anny rozjaśniła się. — To wiatr! — rzekła radośnie. — Nie mogłabym być marynarzem!
Popijali herbatę do świtu, gwarząc o tym i owym. Starzec rozgadał się i opowiadał o przygodach, o radościach i smutkach życia szyperskiego na rzece. Gdy Karscy wrócili do siebie, Anna usnęła niezwłocznie, uspokojona zupełnie, i Stefan przespał się jeszcze z godzinę.
Na warudze do Koźmy przyłączył się zbudzony Guran.
Wstał dzień szary i wietrzny. Poniżej szybko płynących chmur, w wąwozach rzeki tłukły się z hałasem wiatr i fale. W niektórych załamach rzecznego koryta pęd powietrza takiej nabierał wściekłości, że holownicy ledwie mu mogli podołać. Pochyliwszy głowy, szli z zamkniętymi oczyma, bodąc prąd powietrza, sprzysiężony z prądem rozszalałej rzeki. Guran nie krył trwogi.
— Nic nie widać... Łuszczy się i łuszczy, a czy się łuszczy od mielizny, czy od wiatru... Bóg raczy wiedzieć!... Radziłbym przeczekać powietrze!...
Ale holownicy słyszeć o tym nie chcieli. Woleli raczej, aby Guran dodał im ciężaru, puszczając statek dalej od brzegu na pewniejszą, choć bystrzejszą „wodę dojezdną“. Dnia tego wszyscy byli w ruchu: i Damjan, i nawet kupcy, wyjąwszy starego Bryłkina.
Mimo to zaledwie pod wieczór przybyli do ostatniej niebezpiecznej skały, którą musieli obejść. Opoka wrzynała się w sam wart i woda od wiatru i prądu kotłowała się tu, jak ukrop. Ogromne, sterczące z dna głazy, oślizgłe od piany, utrudniały przeprawę.
— Nocujemy, chłopcy! Niema co! — zawyrokował Damjan.
— A jakże! kto ci tu siedzieć będzie w takim cugu, mając szynk pod bokiem... Toć przecie, dzieci, zaraz za tą górą Macza... Szczere moje chłopy!... Światło stąd widać... Poradzę ci, Damjanie, po ludzku: albo ruszajmy zaraz, dopóki jeszcze dni się, albo... nie ufaj nikomu i szkutę nazad cofnij na ciche wody — radził znacząco Indor.
Damjan wzdychał, gdyż zrozumiał, że rada istotnie była słuszną, że nazajutrz mógł się obudzić bez połowy ludzi.
— Szukaj ich potym, albo najmuj po pięć rubli z mordy! — mruczał na dowodzenia Gurana.
— Jeżeli ruszać, to ruszać! Dalej, dzieci, do pólki, noc za pasem!... — kazał wtedy sternik.
Pierwszą skałę obeszli dość pomyślnie, ale poza nią była druga znacznie niebezpieczniejsza. Pośrodku urwisko tworzyło niewielki wnęk, do którego zawracała woda z „progu“ i tworzyła cichą „radę“. Ale grzęda, cały zator rumowisk, spadłych z opoki w nurt, przeszkadzała szkucie tam się dostać. Tylko orylów, potrzebnych do przeciągnięcia statku, przewieziono z wielką trudnością na „duszegubce“. Szkuta została wśród huczących bałwanów głównego koryta. Karski z przerażeniem patrzał na siwe łapy wód, skaczących wokoło głazów i łodzi, na kotłowanie się głębiny ryczącej, szczekającej, wyjącej, jak kłąb białych, rozwścieczonych, gryzących się, opienionych, kudłatych potworów... Od tego hałasu, od biegu i migotania fali, od drżenia bitych przez nią skał grał wciąż w głowach orylów straszny, nużący, obezwładniający zamęt. Tymczasem należało pilnie baczyć na dygocące i napięte, jak struny, liny szkuty, na „byty“ kotwic, na cumy, na bosaki słabo zaczepione z burt o oślizgłe rapy.
Szkuta nieustannie tańczyła, podnoszona gwałtownie grzbietami walących się pod nią wodospadów z tego skalistego jazu. Trzeba było wiele zręczności i uwagi, aby statek w równowadze utrzymać. Nadomiar wiatr z góry i dołu prał na skałach przeziębłych robotników, obrzucając ich mokrym żwirem i wodną kurzawą. Rozpalili więc ognisko ze znalezionych w szczelinach badyli i grzali kolejno zgrabiałe członki, podczas gdy inni, czepiając się złomów i brocząc krwią z poranionych nóg i rąk, silili się przewlec „duszegubkę“ ze sznurem dokoła „byka“. Dwa razy zbliżała się ona do strasznego cypla i dwukrotnie ją woda i wiatr odrzucały nazad. Czółenkiem kierował Obuch, a Indor siedział w tyle i ciągnął pólkę. Koźma, dla przyczyn jemu tylko wiadomych, został na szkucie, zapewne, aby ratować ją w razie, gdyby oberwały się cumy. Widząc jednak niepowodzenie Obucha, stary wioślarz zmienił zdanie:
— Nie przepłyniecie! Hej, wracajcie!... Niech Obuch idzie do szkuty!... Przewiozę was! — krzyczał, siląc się zagłuszyć ryk wody, ale Indor tylko mu się grzecznie kapeluszem kłaniał. Znów czółenko zbliżyło się do fatalnej skały: Obuch niespokojnie wiosłował, pochylony naprzód. Indor robił pożegnalne giesta, stateczek jak łupina osuwał się chybotliwie z bałwana na bałwan. Wtym znikł za zakrętem, lecz rychło ukazał się, mknąc na strzał rzeki, wywrócony do góry dnem. Nikt nawet nie krzyknął. Holownicy na brzegu i na łodzi też się nie ozwali. Wszyscy jakby skamienieli. Pierwszy Koźma wrzasnął z pokładu:
— Łapaj, łapaj!... Dawaj!... Bywaj!... Sznur!... Tutaj!.. Obuch!...
Naówczas dostrzegli głowę ludzką, nurzającą się śród wirów. Cumy nagle drgnęły i ludzie oszołomieni byliby może puścili statek na pewne rozbicie, gdyby Guran nie zagrzmiał jak piorun:
— Hej! wy tam na brzegu... pilnować cum! Napiąć sznury!...
Obucha wydobyto, ale Indor popłynął za wielu innymi, z twarzą zwróconą na dół.
Damjan udał się natychmiast „kozim łazem“ do miasteczka po łódź i ludzi. Oryle przesiedzieli noc u ogniska, nie śpiąc i nie jedząc, gdyż nie śmieli cum zaczepić o skały w obawie, żeby ich nie przetarło kołysanie. Karski, siedząc z orylami na brzegu, żałował, że żony z dzieckiem też nie przewiózł na ląd. Od czasu do czasu pani Anna ukazywała się z Olesiem na mostku sterniczym w połysku ognia, bijącego od stosu na skalne złomy, na spienione wody i utkwioną wśród nich szkutę. Ryk „progu“ nie pozwalał im rozmawiać. Dawała jedynie znaki mężowi, że się nie boi, i prosiła, by nie troszczył się o nią.
Przed świtem wiatr, zgodnie z przepowiednią Gurana, ucichł. Z za czarnej skały, w perłowym rozbrzasku rzeki, ukazała się łódź z ludźmi i strażnikiem. Linkę pólki przy ich pomocy zaniesiono bez trudu za przylądek i szkuta wypłynęła nareszcie szczęśliwie z „progów“.
Na wysokim brzegu rozłożystej doliny zabielała przed wędrowcami dawno oczekiwana zasobna ludzka osada. Las dymów, różowych od zorzy, wił się nad nią, a w licznych oknach tu i owdzie skrzyły się już blade blaski dnia.
Gdyby nie cień Indora, który szedł za niemi, oryle kres swych wysiłków powitaliby napewno pieśnią. Obecnie szli w skupieniu, bezwiednie przyśpieszając kroku. Karskiego nie było z niemi; rozumiał, że nie był im już potrzebny wobec przybyłej z osady pomocy; zbierał więc i pakował teraz swe rzeczy na szkucie.
— Nareszcie, nareszcie!... — powtarzali małżonkowie z tymsamym uczuciem, z jakim mówili ten wyraz, wyruszając ze swojej starej sadyby, a następnie z Jakucka.
Ale i w Maczy parostatku nie zastali.
— Może będzie dziś, może jutro... a może wcale nie przyjdzie!... Wszystko zależy od stanu wody w górze rzeki... — objaśniano ich w pasażerskiej budce na przystani.
Nie było rady, musieli z kuframi i całym bagażem windować się na górę do osady, gdyż na brzegu nie mieli rzeczy gdzie zostawić. Jakaś karykatura dorożki, zaprzężona w zabiedzonego, kulawego konia, powiozła ich do „hotelu“.
— Tani, ale dobry!... Upewniam... — jak mi Bóg miły — powtarzał dorożkarz z czerwonym nosem.
„Hotel“ okazał się przestronną chałupą sybirską, której połowa zwieszała się nad krawędzią urwiska i była z dołu podparta wrytemi w zbocza palami. Karski mimowoli przypomniał sobie owe bajeczne „potrzaski witymskie“, o których opowiadano, że gość za pociśnięciem klapy wprost z pościeli staczał się do Leny. Przemógł jednak w sobie odrazę i wszedł do wnętrza. W obszernej izbie, służącej za korytarz i przedpokój, spali ludzie pod ścianami na ławach i pryczach. Na wezwanie wyszła z głębi kobiecina czarno ubrana, z żółtą, okrągłą twarzą i bielmem na oku...
— Pokój?... Owszem... owszem... jest!...
Pokazała im pokoik znośny i powiedziała umiarkowaną cenę...
— Będzie państwu dobrze; mój dom cichy, spokojny... Stają sami znajomi... Państwo z dziećmi?... Wiem, wiem, co to dziecko w drodze, sama mam córeczkę!... Zaraz dostarczę świeżego mleka... Czy państwo na długo?....
— Do parostatku!...
— A!... Rozumiem, ale on może i wcale nie przyjdzie!... Tym lepiej... Chętnie państwa przez zimę przetrzymam... O zajęcie będzie panu tu łatwo, skoro pan piśmienny... Postaramy się!...
Dorożkarz bez pytania zniósł rzeczy do korytarza i zażądał za przewóz rubla.
— My tu wolni! Tu tajga!... Tu bez sporów trzeba płacić, co mówią! Taksy niema! — dowodził stanowczo na uwagę Karskiego, że to za drogo za tak mały przejazd.
Karski westchnął i zapłacił. Pocieszał się, że potrwa to przecie niedługo. W ostatecznym razie gotów był spieniężyć część rzeczy i wyruszyć pocztą.
Tymczasem po herbacie żona posłała go na miasto porobić sprawunki, dowiedzieć się czegoś stanowczego o parostatku oraz kupić rewolwer.
— A obejrzyj też na wszelki wypadek inne „hotele“, może znajdziesz gdzie przyzwoitszy.
Miasteczko jeszcze spało. Sklepy były pozamykane. Zaczął więc Karski od poszukiwania „hotelu“. Lecz przeszedł spory kawał błotnistej ulicy, zanim spostrzegł napisane wielkiemi literami na ścianie: „Numera“. Po schodkach przez wązkie wejście dostał się do niemniej wązkiego korytarzyka. Po obu stronach ciągnął się szereg zamkniętych drzwi, poza któremi słychać było śmiech i przyciszoną rozmowę. Długo chrząkał i tupał napróżno, zanim w końcu korytarzyka ukazał się rudy, brodaty żyd, w pantoflach, kratkowanych pantalonach i odpowiedniej marynarce.
— Co trzeba?
— Numer!
Żyd pchnął w milczeniu jedne drzwi i grzecznie pod łokieć wsunął w nie Karskiego. Ten więc nie mógł się cofnąć natychmiast, a tymczasem w pokoju na samym środku stała w grubym negliżu kobieta...
— Przepraszam!... — bąknął.
— Owszem, owszem!... Nic nie szkodzi!...
Karski wszakże cofał się i pchał żyda nazad energicznie, aż znalazł się w korytarzu, gdzie gospodarz otworzył drzwi następne. I w tym pokoju była kobieta, ale jeszcze spała. Znowu więc cofnął się Karski... Żyd otworzył trzecie drzwi. Poza niemi Karski znalazł... dwoje.
— Ale ja panu zaraz oswobodzę lokal z przyległościami!... — mówił wesoło mężczyzna.
— Który więc numer podoba się panu? — pytał, śmiejąc się, żyd.
— Nie chcę żadnego! — wykrztusił Karski.
— Na cóż pan przychodził? Co to jest?!...
Karski już był na progu.
— Niech się pan wróci!... Są jeszcze inne... Może która odpowiedniejsza... Są zupełnie młode piętnastolatki!... — śmiał się za nim żyd. Śmiał się mężczyzna, śmiały kobiety, nagie i rozespane, które tłumnie ze wszystkich pokoi wyległy nagle na korytarz.
W drugim „hotelu“ znalazł znowu samych mężczyzn. Dał więc poszukiwaniom pokój.
— Przebiedujemy jakoś!... Niedługo, zaczekamy może dzień, najwyżej dwa! — rozmyślał, idąc na przystań, gdzie ruch był większy, niż w miasteczku.
Z błękitnego ujścia rzeki, wpadającej do Leny naprzeciw osady, płynęły ku niej jakieś statki żaglowe i wiosłowe, ciągnąc za sobą bruzdy roziskrzonej w blasku słońca fali. Zielony szmat lasu, otoczony amfiteatrem sinych gór, zamykał widnokrąg.
— Wszystko to bardzo ładne, ale... parostatek!... — rozmyślał Karski, zbiegając z pochyłości.
Na przystani znów jakiś jegomość powtórzył mu stanowczo, że parostatku nie będzie.
— A tu napisane, że miał być przed tygodniem! Więc był już? — pytał Karski, wskazując na przybity na ścianie rozkład jazdy.
— Nie był! Więc co? Cóż to mię pan tak indaguje?... Czy to ja pisałem rozkład?... Nie był i nie będzie!... Powtarzam panu raz jeszcze. Niech pan to sobie, gdzie chce, zapisze!...
Odwrócił się i odszedł, gwiżdżąc wyzywająco.
Inni jeszcze mniej mu mogli powiedzieć.
— Panie, czy to na parostatki można liczyć... Są, albo ich niema!... Przychodzą albo i nie przychodzą! Żadnej nawigacji tu u nas nie wprowadzono!... Wszystko gazeciarska blaga!... Niech pan zwróci się do orylów... starodawnym obyczajem!... Powolutku, ale napewno...
— O, nie! Mam ich dosyć!...
— Więc pocztą!
Wracając do miasteczka, Karski rozważał, że aby sprzedać rzeczy, będzie się musiał pewnie zatrzymać dni kilka, nawet może dłużej... Co gorzej nie miał nic takiego, coby tutaj posiadało sprzedażną wartość: trochę bielizny, trochę książek, stare, jedwabne suknie żony, jego paltot zimowy... na wszystko to musiałby szukać amatora. Kupił więc w sklepie więcej żywności, niż mu żona kazała, oraz wybrał sobie rewolwer. Ale gdy chciał naboje do bębna założyć, subjekt, pilnie zważający na jego ruchy, zabrał pośpiesznie pudełko z kulami.
— Niech pan włoży rewolwer do kieszeni, wtedy pan dostanie naboje! — rzekł stanowczo.
— Dla czego?
— Był tu taki. Broń nabił, subjekta zabił, drugiego zranił... za rewolwer nie zapłacił... W dodatku kasę zrabował!...
— Przepraszam, nie miałem zamiaru...
— To nic! Nic nie szkodzi!... My się nie gniewamy, ale więcej nie pozwalamy broni w sklepie nabijać!... Zabroniono raz nazawsze i wszędzie!...
Trochę stropiony wracał Karski pośpiesznie do „hotelu“, zapadając od czasu do czasu w błotniste wyboje, zręcznie zakryte rozsuwającemi się łatwo deskami.
W cichej do niedawna spelunce już się roiło. W przedpokoju pełno było znanych Karskiemu jeszcze z jakuckiej przystani postaci, wydało mu się nawet, że wśród nich mignęła na chwilę posępna twarz Majdaniarza. Jakiś barczysty, podpasany krajką jegomość w futrzanej czapce na głowie oglądał postawione tymczasem w korytarzu kufry Karskiego z miną współwłaściciela.
— To wasze rzeczy? — spytał, gdy Karski mimo przechodził.
— Moje... Albo co?
— Dobre... okucie!... — przecedził jegomość i splunął cienko przez zęby.
Za ścianą ktoś jęczał boleśnie.
Żonę znalazł Karski w strasznym wzburzeniu. Siedziała na krześle za barykadą ze stołu i materaca, z zamkniętemi oczami i rękami opuszczonemi rozpaczliwie wzdłuż ciała...
— Znowu? Co ci jest? Co się stało?...
— Masz aby rewolwer? masz rewolwer? — spytała porywczo, otwierając oczy.
— Ależ mam! Uspokój się!...
— Wciąż mi powtarzasz tosamo, a nie wiesz, gdzieśmy trafili — to wertep... Lękam się, że stąd już cało nie wyjdziemy... Mąż gospodyni siedzi „przez omyłkę“ w więzieniu, jak mi mówiła jego żona... Ten chory, co jęczy, to postrzelony spirtonos... Sama gospodyni mi to też opowiedziała, uprzedzając „oszczerstwa“. A tu — słyszysz? — wskazała na sąsiedni, oddzielony cienkim przepierzeniem pokój.
Istotnie, tam co czas jakiś rozlegało się charakterystyczne trzaskanie obracanego bębna rewolweru. Ktoś widocznie się bawił w ten miły i niewinny sposób...
— Oleś, Oleś! Chodź tu! — wołała pani Anna na dziecko, które, korzystając z nieuwagi matki, wychyliło się z za bezpiecznej barykady.
— Dobrze, żeś przyszedł. Gdybym jeszcze chwilkę znosić to musiała, czułam, że zaczęłabym szczekać, wyć, kąsać... Z temi ludźmi inaczej nie można!... Uchodźmy, uchodźmy, rzućmy im wszystko: rzeczy, kufry, pieniądze...
Karski nabijał rewolwer. Sąsiad, usłyszawszy z kolei jego trzaskanie, zaprzestał zabawki, a gdy wyszli na korytarz, wyjrzał ciekawie przez uchylone drzwi. Przeszli mimo zdziwionych ich nasrożonemi minami ludzi i, rzuciwszy okiem na rzeczy, wyszli na ulicę.
— Na przystań!... Tam zanocujemy w tej budce... Uproszę, ubłagam — mówiła pani Anna — żeby nam pozwolili... Zawsze tam bliżej czegoś, co nasze, swojskie, ludzkie...
Los jednak gotował im przyjemniejszą niespodziankę. Gdy stanęli na zrębie urwiska, skąd ulica spuszczała się na ukos ku rzece, spostrzegli nagle na błękitnej wodzie statek, płynący ku przystani z kitą siwego dymu, wijącą się nad nim.
Karski z początku nie wierzył oczom, a przyszedszy do siebie, co prędzej odprowadził żonę z dzieckiem na wybrzeże, poczym najął furmankę i wywiózł ostentacyjnie rzeczy z „wertepu“, zapłaciwszy gospodyni w czarnym ubraniu dość słony rachunek.
W kilka godzin potym siedzieli w małej kajucie, wybitej ceratą, i pili wesoło herbatę. Na twarzy pani Anny zakwitła znowu dawna słodycz, z oczu Stefana znikł dziki niepokój. Oleś pełzał swobodnie po wszystkich kątach.
Wieczorem, gdy statek, bijąc potężnie kołami i sypiąc z komina skry w miarowym oddechu, biegł wśród mierzchnącej rzeki, Karski, pochylony nad maszynowym lukiem, patrzał z zachwytem, z tkliwością nieledwie na stalowe koła, korby i tłoki, błyskające w elektrycznym świetle, i dumał o dziwnym tworze ludzkim, o zaklętym w metal zbiorowym duchu i zbiorowych wysiłkach gdzieś tam daleko pracujących rzesz, który duszom swych twórców pozwalał się układać w innym, wyższym i lepszym porządku...
Stoję na pokładzie japońskiego parowca „Talee Maru“, będącego własnością słynnego Towarzystwa „Osaka Szozen Kajsza“. Potężny kadłub statku drga zlekka, zgodnie z uderzeniami śruby, walczącej z silnym prądem Jang-tse. Poza nami blednie, niknie, odchodzi, rozpływa się w szarej mgle pochmurnego dnia Szanghaj; przed nami coraz szerzej, coraz wspanialej rozlewa się tajemnicza rzeka Niebieska. Rzeka z bajki! Takich rzek niema na świecie. Oto płynie niezmierzona, jak morska cieśnina, ujęta w brzegi, rysujące się bladą ledwie nicią na widnokręgach. Jej struga, lejąca się niezmordowanie, łuszczy się szaro-żółtemi falami, jak cielsko pełznącego smoka Stworzyciela.
Poczęła się o 5.000 kilometrów na „Dachu świata“, w wiecznych śniegach tybetańskiego Kuenlunia. Rozdarła niebotyczne skały Mindżaku, gdzie w wązkich szczelinach leje się miejscami, jak wielomilowy wodospad. Wreszcie wypływa na żyzne doliny Chin Środkowych, gdzie w okolicach Hańkou i Ancinu tworzy zamulonemi łachami prawdziwą krainę „Tysiąca jezior“, między innemi słynne jeziorzyska Tuntin-hu i Peng-nan-hu — małe morza wewnętrzne.
Jang-tse-kiang — zwana w mowie potocznej przez Chińczyków po prostu „Kiang“ — rzeką — zbiera deszcz oraz wodę źródlisk na przestrzeni bez mała 200.000 kwadratowych kilometrów, a więc większej niż Królestwo Polskie z Galicją. Cóż dziwnego, że ujście tego olbrzyma wygląda, jak morska cieśnina, że z łatwością dźwiga on na swych nurtach aż do Hańkou morskie okręty.
Podanie głosi, że w dorzeczu Jang-tse zrodziła się chińska kultura. Tu też najżywiej biją stare tradycje, tu najczyściej przechował się szlachetny typ Chińczyka o migdałowych, wcale nieskośnych oczach, o przyjemnym owalu twarzy, o ustach drobnych, o mało wystających policzkach, o nosie garbatym — typ żywy, inteligientny, ruchliwy, z małemi rękoma i stopami, z cienkiemi, smukłemi kośćmi. Wielu wysokich i zgrabnych.
Kobiety trafiają się wprost czarujące. Widziałem kilka śpiewaczek w Szanghaju, które wszędzie uchodziłyby za skończone piękności.
Już jesteśmy daleko od ujścia, a brzegi nie na wiele się zbliżyły. Widzę przez lornetkę, że pokryte są gęsto lasami, czy też ogrodami. Z poza tych zarośli tu i owdzie wystają czuby kopcowatych gór. Na górach bieleją domki, pagody, lepią się, jak gniazda jaskółcze, całe wsie i miasta. Na rzece czernieją gęsto wielkie i małe dżonki, pękate i wygięte w kształt ryby, z wydętemi bambusowemi żółtemi i nankinowemi niebieskiemi żaglami.
Zimne, przenikliwe wietrzysko dmucha z zachodu, dokąd właśnie płyniemy.
Dzwonią na śniadanie.
W przestronnej, czyściuchnej, ale skromnej jadalni już zebrali się pasażerowie pierwszej klasy: jakieś dwie damy mocno wystrojone i mocno... podejrzane, rudy ordynarny drab — konsul niemiecki, zdaje się, z Kiu-kianiu i kilku Japończyków w ciemnych, narodowych strojach. Naczelne miejsce zajmuje kapitan statku, po prawej jego ręce siadają damy, dalej ja i konsul. Naprzeciw rozmieszczają się Japończycy: pasażerowie i oficerowie załogi. Na zastawionym po angielsku stole wazy z ślicznemi chryzantemami; przed każdym z nas na obrusie leży również cudny kwiatek. Rozmowa toczy się po angielsku, ale dość kuleje, gdyż, z wyjątkiem kapitana oraz jednego z Japończyków pana T. — dyrektora „Zjednoczonych Towarzystw żeglugi po Jang-tse“ — wszyscy mówili po angielsku źle i z trudnością. Konsul rychło wszczyna głośno wesołą gawędę z damami po niemiecku, Japończycy gwarzą między sobą po japońsku. Jedynie kapitan pozostaje na stanowisku uprzejmego gospodarza i sili się utrzymać nić ogólnej rozmowy.
Podają deser, wreszcie czarną kawę, likiery...
Panie odchodzą, a za niemi wymyka się konsul.
— Niektórzy wolą... piwo! — uśmiecha się do mnie dyrektor „Zjednoczonej żeglugi“.
— O tak!... Ten pan dał tego dostateczne, zdaje się, dowody!
Japończyk ostrożnie bada mię, kto jestem i w jakim podróżuję celu. Dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, staje się cokolwiek serdeczniejszym.
— Miałem w Szwajcarii kolegów Polaków i bardzo miłe pozostało mi po nich wspomnienie.
Część naszej rozmowy tłumaczy swym rodakom, którzy po angielsku nie umieli. Zamieniamy bilety wizytowe, co jest bardzo dobrym obyczajem, wobec trudnej dla obu stron wymowy nazwisk. Proszę o pozwolenie zwiedzenia statku. Kapitan zgadza się, a pan T. uprzejmie proponuje, że sam mię oprowadzi.
Statek ma trzy piętra.
Na górnym piętrze klasa pierwsza, gdzie mieścimy się my; środkowe piętro zajmuje druga klasa, przeznaczona wyłącznie dla Chińczyków, wreszcie dół, gdzie znajduje się klasa trzecia i mieszkania służby okrętowej. Wszędzie dość czysto, o ile czysto można utrzymać lokal, zajęty przez Chińczyków. W klasie trzeciej leżą oni gęsto pokotem na pryczach, paląc opjum, śpiąc lub czytając. W kajutach drugiej klasy widziałem kobiety i dzieci; robiły tualetę, nie zwracając uwagi na nasze przybycie.
— Mamy 500 podróżnych. Trochę ciasno!... — zauważył towarzyszący nam oficer.
Od „chińskiego“, trącącego czosnkiem zaduchu i mdłego zapachu opjum, jakim przesycona jest cała „chińska“ część parowca, zaczyna mi się w głowie kręcić.
Z przyjemnością wychodzę na pokład górny.
Na chwilę wyjrzało słońce i rzeka zagrała śniadym połyskiem. Pomimo swego ogromu wydaje się ludną. Moc łodzi czernieje tu i tam. Bielą się żagle. Suną, dymiąc, parowce. Gdy zbliżamy się do lądu, porosłego gęsto łoziną, a dalej gajami drzew, widzę niezliczone wsie, miasta, miasteczka... Widzę wzdłuż brzegów znaki żeglarskie, a na wodzie czerwone pławce, ostrzegające marynarzy przed mieliznami.
Zatrzymujemy się w miejscowości Ton-czau, aby przyjąć ładunek bawełny. Prasowane jej paki składają wprost na plichcie górnego pokładu i nakrywają brezentem...
Brzegi zbliżyły się na tyle, że już i gołym okiem rozróżniam pola uprawne, budowle i drzewa... Drzew dużo, tworzą całe gaje, ale lasów niema nigdzie. Góry podchodzą coraz bliżej do rzeki. Na szczycie jednej z nich widać wybornie wielki żółty dom strażniczy, a w dole miasto. To Cza-ing. Na rzece mnóstwo łodzi i dżonek z białemi płóciennemi i czerwonemi bambusowemi żaglami. Są i niebieskie z nankinu i nawet czarne...
Nasz parowiec często zwalnia biegu na dany z łodzi znak: podpływają Chińczycy i drapią się po linach i drągach na górę. Są to nowi podróżni.
— Nie boicie się piratów?
— Zdarza się... — odpowiada oficer. — Ale pilnujemy się!
Kiwa z uśmiechem głową w stronę kurytarzyka, gdzie stoją na stojakach rzędami karabiny magazynowe i leżą nabite rewolwery.
Nie wydają się mi te środki dość pewnemi wobec tego, że cała załoga składa się z Chińczyków, a oficerów i podróżnych japońskich, oraz nas, Europejczyków, zebrał się na statku zaledwie dziesiątek, wliczając w to... damy.
Nie tracimy jednak dobrego humoru i gwiżdżemy wspaniale, ryczymy syreną jak stado morsów, prując tajemnicze odmęty Jang-tse... I coraz to nowi podróżni suną ku nam od mglistych brzegów na niezgrabnych, wątłych stateczkach.
Góry, góry; po obu brzegach góry...
Różowe, liljowe, sine i błękitne... Na niektórych białe miasta, rozsypane na stokach i szczytach, niby sznury i djademy pereł... Czasem pagoda wysoko strzela w jasnym powietrzu i lśni w słońcu piętrami zadartych dachów. Pobrzeże zarastają nieprzejrzane szuwary kolosalnie wysokiej trzciny... Zdala nie mogę rozeznać: czy to bambus, czy zwykły oczeret. Widzę tylko, że w tych lasach nawodnych przerąbane są długie ulice, z których coraz to wypływają łodzie rybackie i przyłączają się do szeregu innych, tkwiących na kotwicach wśród ciemnych nurtów. Rybacy półnadzy, albo w niebieskich nankinowych koszulach, w parasolowatych kapeluszach, łapią ryby „na podrywkę“. Widziałem także łódkę z dziesiątkiem oswojonych kormoranów. Ptaki miały założone na szyjach pierścienie, niedopuszczające łykania schwytanej ryby. Co chwila zanurzały się i wypływały dość często z trzepoczącą się w dziobie zdobyczą. Za ptakami płynął z prądem rybak z długim, zakończonym kluką bambusem w ręku, którym ptaki zaczepiał, przygarniał do siebie i odbierał im połów. Niektóre same płynęły z rybą w dziobie do łodzi.
Niebo rozpogodziło się ostatecznie. Wspaniała rzeka lśni złotem, tu i owdzie przyćmiona „posiewką“ wirów i świeży. Łodzie i dżonki roztapiają się w świetlanej śreżodze.
Teraz już widzę wybornie, że u brzegów to nie lasy bambusów, lecz niezmierzone zarośla oczeretów.
Popielate kity, równo wyrosłe jak kłosy zbóż, znaczą się piękną linją na zielonych dalach ogrodów i pól. Ten mur powiewnych, wysokich trzcin tworzy cudne zatocza, załomy i przylądki... Z poza takiego cypla, wrzynającego się daleko w rzekę i zakończonego kilku pochylonemi nad nurtem bylinami trzcin, wypłynął nagle i zamigotał w słońcu biały żagiel. A obok w cieniu na długich, bambusich nogach widzę małą budkę, zawieszoną nad odmętami, niby gniazdo pająka. W budce siedzi Chińczyk, dzierży dźwignię ogromnej „podrywki“ i czyha na zdobycz... Zda się, że silniejszy podmuch wiatru, że śmielszy prysk fali zmyje go niechybnie w groźne wiry...
Na każdym kroku niesłychana odwaga w pracy, trud uparty, niezmordowany, pościg nieustający za miejscem na ziemi, za opanowaniem pokojowym jej sił, za radością życia...
I na co, na co tylko nie targnęli się w swoich zabiegach zbiorowych ci skromni, żółci, ozdobieni warkoczami, niebiesko odziani pracownicy!
Odważyli się nawet, i to już przed tysiącem lat, na ujarzmienie potwora rzeki, po której płyniemy i która z łatwością uniosłaby na swoim grzbiecie całą flotyllę spółczesnych dreadnoughtów. Oto widzę wzdłuż brzegów olbrzymie nasypy, a poza niemi z wysokości mostku kapitańskiego dostrzegam poniżej poziomu rzeki niezmierzoną równinę bladozielonych, błyskających wodą pól ryżowych. Ciągną się one aż do liljowych dalekich gór. Wśród równiny tu i tam na wzgórkach, niby na wysepkach, bieleją wśród sadów fanzy... To cała kraina, gęsto zaludniona, wydarta rzecznym roztopom. Niegdyś były tu nieprzejrzane bagna.
Nad wałami w dzień i w nocy czuwają czujne straże; widzę ich małe budki, stojące w równomiernych odstępach.
Biada, jeżeli przeoczą jaką nieznaczną rysę, jaki mały otworek, przewiercony w tamach przez ściśnięty prąd potężnego smoka Jang-tse!...
Na żyzne, zaludnione, bogate, kwitnące doliny spada wtedy straszliwy wodospad i powtarzają się sceny biblijnego potopu. Giną dziesiątki tysięcy ludzi.
A takie figle co lat kilkanaście płata swym dwunogim dzieciom wspaniała Jang-tse. Dla tego to większość miast i wiosek zbudowaną jest na górach oraz pagórkach, nieraz dość daleko od swych pól.
Zachodzi słońce, chowa się za zadymionemi górami. Ognie rozbłyskują na naszym parowcu, na dżonkach, na rzece i w dalekich chatach. Zapadają w zmierzch okolice i jeno purpurowa Jang-tse, wzniesiona nad równiną rękoma ludzkiemi, płynie w wysokim łożysku, mieniąc się czas jakiś w blaskach zorzy, jak struga krwi.
Dzwonią na obiad.
Miałem niezwykłe widowisko. Jedna z „dam“ poprosiła mię bardzo grzecznie, abym zmienił miejsce za stołem i pozwolił w ten sposób usiąść bliżej nich konsulowi. Rozumie się, że zgodziłem się natychmiast i konsul skorzystał ze zmiany miejsc w ten sposób, że ulokował się... między damami. W czasie obiadu częstował swe przyjaciółki do tego stopnia obficie rozmaitemi trunkami, że obie poczerwieniały jak piwonje i nie przestawały śmiać się nawet, gdy nie było powodu. Gdy zaś podczas deseru wesoły konsul zaczął upuszczać na kolana ich naprzemian to jabłko, to serwetę, to nożyk deserowy i zabierać je stamtąd wraz z... przyległościami pełną garścią, śmiech zamienił się w histeryczny pisk... Japończycy nie przestawali rozmawiać ze sobą, udając, że nie spostrzegają zachowania się „wesołego towarzystwa“; ale po znieruchomiałych ich twarzach zaczęły przelatywać jakieś kocie błyski. Na szczęście obiad się skończył. Podano likiery i „damy“ wyszły. Osowiały nagle konsul jął się kiwać na tylnych nogach krzesełka, jak na biegunowym fotelu, i dłubać w zębach. Japończycy podnieśli się i zostawili go samego z bukietami rozwianych chryzantem i resztkami obiadu.
— Co pan radzi nam zrobić w tym przypadku? Zaszła omyłka: myśmy nie wiedzieli, kto są te panie... Sprzedano im bilety przez nieświadomość!! — mówił pan T.
— Ha, nie pozostaje nic innego, jak posyłać im śniadania i obiady do kajuty.
Japończyk zamyślił się.
— Widzi pan: z niemi nie robilibyśmy sobie ceremonji, ale... ten konsul... on się może obrazić!
— Więc cóż?...
— Ach, pan nie ma pojęcia, co ci Niemcy tu wyrabiają!... Wszędzie włażą, do wszystkiego się wtrącają... Skupują na gwałt za wszelką cenę od Belgijczyków w okolicach fabryki, sami zakładają przedsiębiorstwa zupełnie głupie, nie licząc się z wydatkami... Oszukują, kręcą, wyzyskują... A jak tylko najmniejszy jakiś zatarg, nieporozumienie — zaraz gwałt... konflikt międzynarodowy i żądają kompensaty, żądają pieniędzy!... Albo my wiemy: może ten konsul umyślnie robi te historje!... Z tego może wyniknąć gruba sprawa, gruba... odpowiedzialność!...
— W takim razie należy się spodziewać, że on kiedykolwiek przyjdzie goły do stołu!...
— No, co to, to nie! Wtedy moglibyśmy go potraktować, jako osobę niespełna rozumu! — uśmiechnął się Japończyk. — Lecz obecnie niby nic jeszcze nie zrobił! Czyby pan nie zechciał od siebie zwrócić uwagę tym paniom?... Napewnoby pana usłuchały... Wszak one są rodaczkami pana.
— Mojemi rodaczkami?
— No tak!... To Polki z Odessy!...
— Polki z Odessy? Mogę pana upewnić, że wcale nie są do nich podobne!
— A jednak tak powiedziały kapitanowi okrętu.
— Dobrze — ja to wyjaśnię, ale od stołu ich nie będę wypraszał. Pan rozumie, że to nie moja rzecz! —
— Zapewne. Skoro w dodatku pan mówi, że to nie są pana rodaczki!
— Przypuszczam, że to są żydówki... A czy są to polskie, czy rosyjskie żydówki, tego się dowiem jutro.
Rozstaliśmy się trochę nadąsani.
Udało mi się spotkać wczesnym rankiem na osobności te panie. Stały na tylnym pokładzie parowca, oparte o balustradę, i przyglądały się przepływającym mimo dżonkom.
— Dzień dobry! — powitałem je po polsku. — Dla czegóż to panie nie powiedziały mi, że są Polkami!
— Dzień dobry! — odpowiedziały mi wesoło, ale z pewnym zdziwieniem. — My nie rozumiejem po polski, ale zato pan pewnie umie po ruski.
— A jednak powiedziały panie kapitanowi, że są Polkami.
— Ee! To zupełnie z innego powodu. Widzi pan: my się śpieszyły, my na inny statek nie mogły czekać w Szanghaju... A tu same Japończyki! My nie wiedziały, że zastaniemy tu jeszcze kogo... Oni nie lubią Ruskich... Więc my powiedziały...
— Zresztą to niezupełnie nieprawda! — dodała druga. — Bo jej rodzice to mówili po polsku i ona sama jak była mała, to mówiła po polsku. Ale teraz, to my Ruskie...
— A co tu panie robią?
— Tu, na statku?
— Nie. W Chinach?
Spojrzały na siebie z zakłopotaniem.
— No, niby pan nie wie, co my robimy?! Pan sobie żartuje!
Zapanowało na chwilę przykre milczenie.
Wreszcie jedna z nich ozwała się nieśmiało:
— Widzi pan: dotychczas nami handlowali, a teraz my zmądrzały i same wolimy handlować. Jak my przyjechały do Hańkou, my zaraz zobaczyły, że może być interes. Wróciłyśmy do Szanghaju i zamówiły całe nowe urządzenie. Ludzie nam na to dali pieniędzy, bo to pewne. Nowe łóżka, nowe szafy, nowe materace, wszystko nowe...
— My z tego żadnej nie robimy tajemnicy... My panu damy adres, niech pan przyjdzie... Pan zobaczy, że tu żadnego niema oszukaństwa...
Mówiły jedna przez drugą. Czułem się bezbronny wobec tej prostoty i szczerości.
— W każdym razie nie powiedziały o tym panie kapitanowi!
— My myślały, że on wie. On wciąż pływa do Hańkou...
— Teraz mogą panie mieć przykrość. Czy nie lepiej byłoby, gdyby panie kazały sobie i lunch i obiad przynosić do kajuty...
— A to wolno?... My chętnie się zgodzimy, jeżeli... bez dopłaty! My już zauważyły, co te Japończyki krzywo na nas patrzą... Ale to dla nas nic nie znaczy, tylko my się boimy, żeby nie zrobiły co temu konsulowi, a to dobry chłopak, doprawdy... Chce pan, to my go z panem poznamy, on tu niezadługo przyjdzie!
Istotnie, w tejże prawie chwili ujrzałem tęgą postać Niemca w końcu okrętowej galerji.
Odszedłem niebawem w stronę przeciwną.
Rzeka szara. Wały ochronne zakrywają horyzont równemi, zielonemi smugami. Miejscami jest ich kilka rzędów. Wędrują po nich, jak po drogach, sznury drobnych postaci, przeważnie niebieskich lub czarnych, niosąc kosze, ciągnąc wózki. W dali blade pasma gór. Niebo siwemi zawełnione chmurami. Po rzece suną łodzie i dżonki, biegną parowce, jak wczoraj. U brzegów gęsto czatują na bambusowych pajęczakach rybacy.
Na statku dzwonią na lunch.
Wesołe panie nie przyszły do stołu. Markotny konsul pije samotnie swe piwo. Twarze Japończyków rozchmurzyły się, spoglądają ciekawie na mnie, ale nie pytają o nic, nawet wogóle nie odzywają się. Połowa śniadania przechodzi w milczeniu. Wtym pod koniec rozlega się na pokładzie nad naszemi głowami dziwny hałas, potym alarmowe gwizdanie, łopot i głośne szybkie rozkazy.
Kapitan rzuca serwetę i wychodzi pośpiesznie, za nim biegniemy wszyscy w nieładzie. Ostatni gramoli się po schodach Niemiec.
Na tyłach statku cicho, spokojnie, jak zwykle; czyściuchna, świeżo wymyta podłoga podsycha równomiernie, mosiężne okucia lśnią jak złote, białe ściany budek jakby wczoraj malowane; brezentowy dach nad galerją rzuca na wszystko łagodny żółtawy cień. Ale od przodu statku zalatuje jakiś przykry zapach zgorzeliny; słychać tam wzburzone głosy i widać kłęby siwego dymu. Biegnę w tę stronę za innemi. Majtek nie chce mnie przepuścić, ale p. T. obraca się i daje mu znak ręką. Za mną prześlizguje się konsul.
— Es ist Feuer!... Herr Gott! Was werden wir thun!?
Istotnie pożar. Płoną paki wczoraj naładowanej bawełny. Gęsty, biały, jak sama bawełna, dym zasłania przód okrętu. Migają w nim czarne sylwetki marynarzy z wiadrami w ręku; inni ciągną z wysiłkiem hydranty. Oficerowie pracują pospołu z majtkami, ale ludzi widocznie mało. Chwytam coś, co wlecze usmolony Chińczyk, i staram się mu dopomóc. Wyszczerza do mnie w uśmiechu dwa rzędy białych zębów. Po chwili jesteśmy już w obrębie gryzącego dymu. Krztuszę się, potykam o węże sikawek, ale brnę wciąż za moim przewodnikiem. Już czuję ciepło pożaru, gorzki odór spalenizny dusi mnie, dym oślepia. Rzucam ciągniony przedmiot i drapię się na rozrzucone bezładnie bele bawełny, aby zobaczyć, co się dzieje. W słupach szybko mknącego w górę dymu widzę miotające się ludzkie postacie. Ponad niemi góruje głowa i szerokie barki kapitana. Wszystko co chwila niknie w rudym tumanie. Już nic nie widzę, brak mi tchu...
Pod nogami czuję zdradzieckie ciepło. Skaczę po pakach na dół i uciekam po oślizgłym od strug wody pokładzie...
Parowiec już nie płynie, śruba milczy, stoi maszyna. Statek kołysze się z boku na bok. Potężna szara rzeka stara się nim owładnąć i unieść z prądem...
— Dla czego stanęliśmy?.... — pytam pana T., który również wynurzył się przed chwilą z dymu, kaszle straszliwie i wyciera zakopconą twarz chustką.
— Ciąg powietrza zwiększy pożar!...
— Więc nie popłyniemy... do brzegu?
— Ruch nas zgubi!...
Znowu słychać sygnał gwizdawką. Ludzie, mokrzy, obryzgani wodą, czarni od sadzy, wyskakują z dymu i zbierają się poza kresem pożaru... Widzę wśród nich i japońskich podróżnych. Kapitan spokojnym głosem wydaje rozkazy, tłumaczy.
— Niech pan na wszelki przypadek pójdzie, zapakuje swe rzeczy. Idę uczynić tosamo! — radzi mi pan T.
Gdy przechodzę mimo burtowej balustrady parowca, spostrzegam wystraszone głowy Chińczyków wyglądające z dolnego piętra.
— A ci? — pytam.
— Ci dowiedzą się ostatni!... Najmniejszy popłoch, a utopią nas, zgubią samych siebie i wszystkich.
U zejścia do kajut spotykamy konsula z walizą w ręku, z ogromnym pasem korkowym... z dwoma pasami korkowemi na piersiach. Zdala dobiegają po niemiecku wykrzyki „wesołych dam“.
— Panie, dobry panie!... Niech pan na nas zaczeka!...
Ale konsul pędzi wprost do nas:
— Zaraz do brzegu! Dla czego parowiec nie zawraca do brzegu?!...
— Jeszcze czas!...
— Co to jest?... Jaki czas?... Co to jest czas?... Pośrodku rzeki... nikt stąd nie wypłynie!
— I tak nie wypłynie!... Chińczycy mają zwyczaj dobijać tonących. Są, według nich, zdobyczą Smoka Rzeki. Grzech mu ją odbierać! Nawet niebezpiecznie!... Zerwie tamy... Rozszaleje... Gdybyśmy w nawpół rozbitym, albo płonącym statku przybili do brzegu, niewiadomo, co zrobiłaby z nami ludność. Niech pan patrzy: nigdzie miasta!... Kraj głuchy, kąt dziki!... — mówił T.
Oczy konsula stały się okrągłe.
Nie wiedziałem, czy Japończyk mówi prawdę, czy żartuje, gdyż lekki uśmieszek nie schodził z jego wązkich warg. Ale gdym spojrzał na niezmierzone odmęty szaro-czarnej rzeki, na mgliste, tajemnicze wybrzeża, na nieznane wsi i osady, ledwie rysujące się na widnokręgu, oraz na małe czółenka, których roje żwawo płynęły ku nam zewsząd, — poczułem zimny dreszcz. Widocznie już tam na ziemi spostrzeżono grożące nam niebezpieczeństwo, i chciwi „bitunku“ porzeczanie — śpieszyli ku nam, jak robactwo do padłego trupa. Otuchy dodawał mi jedynie spokój Japończyka.
— Niech pan się nie lęka!... — uspokajał mnie ten. — Tak źle nie będzie!... Są łodzie ratunkowe!...
— Ale ludzi mało.
— Istotnie ludzi mało, lecz damy sobie jakoś radę...
— Jak to: przewieziemy 500 Chińczyków?
— O nie! Ci zapewne zginą, o ile nie powiedzie się przyholować parowca do brzegu! Myślę wszakże, iż uda się opanować pożar — kapitan kazał zrzucać bawełnę do wody...
Pośpiesznie zapakowałem rzeczy, wyniosłem je na pokład i pobiegłem na dziób okrętu dowiedzieć się, jak rzeczy stoją. Dym buchał stamtąd jeszcze gęstszy i po drodze potrąciłem kilku majtków okopconych i wpół przytomnych od czadu, pijących chciwie wodę z kubłów.
Smród zgorzeliny był tak silny, że dotarł widać i na dolny pokład. Tam hałasowano i stukano wściekle w zamknięte drzwi. Walka z ogniem nie ustała jednak. Chińska załoga, zagrzewana przykładem oficerów japońskich, po chwilach wytchnienia rzucała się napowrót na płonącą piramidę pak bawełnianych i strącała je do wody. Płynęły tam długim sznurem, niby kawały piany białej, unoszone prądem szybciej od naszego statku... Roje czółenek upędzały się za niemi, łowiły je i wciągały na swe burty... Chmary innych stateczków mknęły chyżo od brzegów, znęcone łatwym żniwem... Ale żaden z nich nie zbliżył się do nas, nie kwapił z pomocą, nawet z zapytaniem...
Wrzawa pod pokładem wzrastała. Konsul z walizą w ręku stał koło mnie i osłupiałym wzrokiem śledził, jak ustawiam aparat fotograficzny.
— Co pan robi?...
— No, może jeszcze nie zginiemy, a scena niezmiernie ciekawa!
Nie słyszałem, co odpowiedział, gdyż nadbiegł T. i pociągnął mnie do ratowników.
— Chodźmy, może choć parę sztuk zepchniemy!... Jeżeli nie zajęły się jeszcze deski pokładu — wszystko głupstwo!... Mam nadzieję, że nie zajęły się, bo obficie polewali wodą... Wciąż leją, widzi pan?...
Trudno było zwalać ciężkie, mocno sprasowane bele do rzeki, gdyż trzeba je było przedtym przetaczać przez wysoką burtę. Nadomiar były one tak gorące, że parzyły dłonie. Udało się jednak stopniowo tak rozluźnić i rozczłonkować ich piramidę, że otworzył się dostęp do drewnianego pokładu dla strumieni wody, wciąż wyrzucanej z sikawek.
— Banzaj!... — krzyknęli Japończycy, wychodząc z dymu czarni, unurzani, ale jacyś rzeźcy i dumni.
Opowiadali coś szybko p. T., który mi tłumaczył, że główne niebezpieczeństwo minęło, że można teraz wziąć się do powolniejszego, systematyczniejszego ratunku.
— Nawet część bawełny da się ocalić.
Wciąż jeszcze płynęły gwałtownie obfite kłęby dymu, ale utracił on już był swą złowrogą żółtość, stał się, jak w początkach, białym, podobnym do waty. Pomęczeni ludzie już nie rzucali się, jak wściekli, lecz, podzieleni na partje, zmieniali się kolejno. Paki bawełny rozrzucano, rozdzielano, niektóre wytaczano za burtę, inne suto polewano wodą w otwór, zrobiony pośrodku... Płonąca wata syczała, jak żywa, i pęczniała, jak ciasto... Po godzinie takiej pracy już tylko tu i owdzie sunął się dymek z bawełnianego rumowiska. Chińscy posługacze z wiadrami w ręku ścigali te dymki z wesołym śmiechem... Oficerowie japońscy, z wyjątkiem jednego, odeszli na tył parowca, który już znowu dygotał od uderzeń śruby, walczącej z prądem Jang-tse.
Wracając do siebie, słyszałem w łazience okrętowej huczne śmiechy kąpiących się Japończyków. Konsul pił w jadalni piwo, a „wesołe damy“, schwytawszy mię w przejściu, wyrzucały mi płaczliwym głosem:
— To my, panie, omało nie zginęły, a pan nam nic nie powiedział... Nawet konsul nic nam nie pomagał... My omało nie oszalały!...
Do Nankinu przybyliśmy późno w nocy; o zwiedzaniu miasta mowy więc być nie mogło.
Opuściliśmy przystań wcześnie, aby odzyskać stracony przez wczorajszą przygodę czas i przybyć do Hańkou w terminie. Japończycy nie lubią się spóźniać. Towarzystwa żeglugi, wspomagane przez rząd, obowiązane są ściśle notować czas przybycia i okres pobytu swego na każdej przystani. Z powodu najmniejszego opóźnienia muszą tłumaczyć się ministrowi komunikacji w specjalnym raporcie i, o ile ten powodów nie uwzględni, płacą karę. Widocznie pożar tych rozmiarów, który nam się zdarzył, nie był dostatecznym powodem. Śruba „Talee Maru“ pracuje ze szczególną energją. Nankin uchodzi, tonie w porannej, różowej mgle. Koło przystani nankińskiej widzę jedynie domy europejskie i garść lepianek rybackich, ubogich straganów, brudnych szyneczków ostatniego rzędu. Na rzece moc łodzi, cały ich tłum leży wyciągnięty na piasku, a u sąsiedniego przylądka w małej wnęce pobrzeża las masztów — tam przystają dżonki. Właściwe miasto szarzeje opodal, zamknięte, niby w pudle, w czworoboku wysokich, zębatych murów, z poza których sterczą jeno łuszczate szczyty pagód i grzbiety wynioślejszych dachów, świątyń i pałaców, upiększone figurkami zwierząt i smoków. Słynnej pagody porcelanowej, wysokiej na 200 stóp, zburzonej w czasie powstania tajpingów, w roku 1852, cudu kunsztu garncarskiego, nie odbudowano, gdyż nie stało, jak mi mówiono, wśród spółczesnych ceramików chińskich zdolnych do tego majstrów i inżynjerów. W murach miasta, zwróconych do przystani, widać jedną, jedyną bramę, a nad nią potężną piętrową wieżę. Wielkie, okute żelazem podwoje jeszcze szczelnie zamknięte, co nadaje ogromnemu miastu, pogrążonemu w śnie i bezruchu, jakiś dziwny, fantastyczny, bajeczny wygląd. Obrzeża różowego blasku na gzymsach, kantach i na rogach liljowych od mgły i oddalenia budynków, złocenia szczytów, rozpłomieniające się tu i owdzie w promieniach zorzy, kamienna moc wyniosłych a rozlewnych jak chmura murów, — potęgują czarowność wrażenia. Nie mogę po prostu uwierzyć, że w tym kamiennym gnieździe kryje się z górą pół miljona ludzkich istot, że oto, za chwilę, z błyskiem pierwszych promieni słońca, zagrzmią na wieżach miedziane trąby straży, rój ten rozbudzi się, ożyje, poruszy, rozśpiewa wraz, jak stado ptaków, jak rzesza pszczół. Popłyną po ulicach pracowite tłumy, potoki ludzkie wyleją się z otwartych wierzei zaklętych bram.
Jest w Chinach dużo miast ludniejszych i bogatszych od Nankinu, ale mało jest równie znakomitych. Do 1405 roku był on siedzibą cesarzów chińskich, a do dziś pozostał głównym gniazdem starochińskiego ruchu patryjotycznego, dążącego do zrzucenia mandżurskiego jarzma i przywrócenia starożytnej dynastji Miń (Ming), starożytnej cnoty i starożytnych obyczajów. Jednocześnie ruch ten był prawie zawsze reformatorski w znaczeniu społecznym. Tu gnieździli się „Czciciele Boga“, którzy z „Bractwem Nieba i Ziemi“ oraz „Związkiem Trójcy“ wywołali powstanie tajpingów, oderwali od Chin północnych ogromną połać kraju i założyli w 1852 roku osobne państwo ze stolicą w Nankinie, z własnym cesarzem, którym obrano przywódcę rewolucjonistów, reformatora Huń-siuń-ciuena. Ten obiecał wydźwignąć Chiny z niewoli biurokratycznej, zaprowadzić sprawiedliwe i ludzkie prawa, samorząd, reformę podatkową i ziemską, lecz nie zdołał spełnić przyrzeczeń, poczęści dla tego, że przewrót związany był jednocześnie z reakcyjnym dążeniem części ludowych mas, które żądały wprowadzenia przeżytych już obyczajów, urządzeń, oraz zamknięcia i odgrodzenia Chin przed całym światem, a po części dla tego, że Anglja i Francja, broniąc swojego handlu i swoich wpływów, poparły zbrojną ręką dynastję mandżurską, nie dopuściły do reform, stłumiły ruch i obaliły rząd rewolucyjny. W każdym razie istniało państwo tajpingów nieomal lat dziesięć i pozostawiło nigdy nie gasnące zarzewie. Ogniskiem jego zawsze był Nankin, ostoja naukowej i politycznej myśli Chin południowych.
Do jakiego stopnia myśl ta złączona była zawsze z legiendą dynastji Miń, świadczy choćby następujący drobny przypadek. Istnieje w Rosji rodzina hrabiów K., pochodząca jakoby w prostej linji od księcia krwi dynastji Miń, który w orszaku Czingischana wywędrował do Europy. Hrabiowie K. są rzekomo ostatniemi potomkami wymarłej obecnie, wytępionej skrupulatnie przez Mandżurów dynastji. Jeden z hrabiów K. w świcie następcy tronu, podróżującego naówczas po Wschodzie, dostał się do Nankinu. Wiadomość o jego pobycie oraz pochodzeniu jakąś tajemniczą drogą dostała się do ludności, której ciekawość przybierać zaczęła tak manifestacyjne cechy, że rząd pekiński, jak mi mówiono, poufnie poprosił o przyśpieszenie wyjazdu hrabiego K. nietylko z Nankinu, lecz nawet wogóle z Chin.
Mętna, szeroka wstęga rzeki ma za Nankinem w najwęższych miejscach z górą dwa kilometry, a tam, gdzie są wyspy, i więcej. Oba brzegi płaskie porasta wysoka, szaro-zielona trzcina, którą pilnie rżną i wiążą w ogromne snopy błękitni Chińczycy.
Opodal ciągną się jednostajnym pasmem różowe nagie góry.
Parowiec, szukając najkrótszej drogi, przecina miejscami skręty łożyska i zbliża się do tego i owego brzegu. Wtedy możemy podziwiać uderzająco piękne niekiedy budowle miast i cudowne ogrody wsi. O godzinę drogi powyżej Nankinu stoi na brzegu wspaniała żółta świątynia z błękitnym napisem na froncie. Pan T. powiedział mi, że to jest Sang-szau.
Znowu jesteśmy w najlepszych z sobą stosunkach. Pożar zacieśnił nawet naszą sympatję i zbliżył mnie wogóle z Japończykami. Kapitan, objaśniając przy stole domniemane powody pożaru, zwracał się głównie do mnie, pomijając konsula, który to widocznie odczuwał i wtrącał co chwila opozycyjne uwagi.
— Wilgotna bawełna, złożona w stosy, często zapala się sama. Zaś chłopi dostawcy umyślnie nie wysuszają dostatecznie puchu przed sprasowaniem, żeby zwiększyć jego wagę... Niepodobna wyśledzić nadużycia, gdyż paki z wierzchu są zupełnie suche.
Konsul mruczy coś pod nosem o fałszywości Wschodu.
Jeden z Japończyków, wysoki smukły młodzieniec, mierzy go dziwnym spojrzeniem; widocznie domyślał się charakteru uwagi, gdyż, o ile wiem, nie zna wcale języków europejskich. Jest to dość znany poeta japoński, pan Sasaki Nobutsuna. Pan T. zapoznał nas i służył nam stale w rozmowach za tłumacza.
Ze zdumieniem spostrzegłem, że pan Sasaki dość dobrze zna historję Polski i doskonale orjentuje się w wielu sprawach europejskich. Prosił mnie, abym mu napisał w jego notesiku po polsku jaki wiersz Mickiewicza.
Uczyniłem to zgodnie z japońskim zwyczajem na pocztówce warszawskiej, jaką przypadkiem miałem, i wzamian otrzymałem japońską pocztówkę z krótkim wierszykiem:
Naruno kono juva kebi
nagare tokiszi areba
tsu tsumi,
Kurusanaki
nakara meja.
Pan T. przetłumaczył mi go dosłownie po angielsku.
Cicha jest woda wiosenna,
Łodzią zaledwie kołysze.
Lecz wiatr burzliwy jesieni
I cichą wodę odmieni,
Rzuci na brzegów komysze...
Rzeka zwęża się; góry zbliżają się do samego brzegu; miejscami cyple ich wrzynają się w rzekę, która wije się wężowo. Na górach widzę starą twierdzę Liang-szang, panującą nad poblizkim korytem rzeki.
Około południa jesteśmy w mieście U-chu, gdzie mieszka dużo Europejczyków. Wśród budowli settlementu rzuca mi się w oczy wielki szpital ze sztandarem Czerwonego Krzyża na dachu.
Pijany konsul wytrzeźwiał i zszedł tutaj na brzeg, ale niezadługo wrócił. Obecność jego cięży niezmiernie przykro na całym towarzystwie. Przy lunchu i obiedzie zwykle milczymy z obawy jakiejś awantury.
Na szczęście miły młodzieniec wysiada w Kiu-Kianiu.
Noc księżycowa, zimna, ale cicha. Spacerujemy po tylnym pomoście, otuleni w peleryny.
— Wschód, współczesny Wschód jeszcze się nie wypowiedział...
... On spał. Spał wieki... Teraz zbudzony, przygląda się zmianom, jakie dokonały się na świecie...
... My zazwyczaj długo namyślamy się i rozważamy nasze postanowienia — mówił cicho poeta, a pan T. z pjetyzmem tłumaczył jego słowa..
— My skorzystamy z wszystkich waszych zdobyczy, z waszych doświadczeń i waszej wiedzy, ale nie wyrzekniemy się swego dorobku... Niech pan nie zapomina, że Chiny mają 4.000 lat własnej kultury, a Indje więcej... Stamtąd idą nasi przodkowie i nasze myśli... Nasze pojęcia, nasze zwyczaje często wydają się wam śmiesznemi, gdyż ich nie rozumiecie... Szydzicie z naszego smoka, tymczasem on jest emblematem wiecznie falującego i zmieniającego się życia, symbolem czegoś, co drzemie na dnie wszechmocy. Coś podobnego mówił wasz Hegel. Lud nasz mówi o smoku rzek, smoku wiatru, smoku ziemi, znaczy to: o istocie rzeki, istocie wiatru, istocie ziemi... A fantazja naszych artystów ubiera to w piękne, potężne skręty mocarnego ciała... Dla czego wasze lwy i orły mają być lepsze? To szczegół, ale takich szczegółów tysiące i z ich sumy powstaje ta trudna do pokonania różnica między nami a wami. Niby tosamo i niby tak samo, a jednak ani tosamo, ani tak samo... Skazani jesteśmy na wieczne porozumiewanie się z sobą i oglądanie wzajemne, jakby przez papier przezroczystej lampy...
Długą naszą rozmowę przerwał dziki, ostry krzyk, jaki wyrwał się wraz ze snopem światła z rozwartych nagle drzwi jednej z kajut pierwszej klasy.
— To konsul! — szepnął T. — Chodźmy jednak, bo coś się widać stało!
Pobiegliśmy dość pośpiesznie, ale rychło cofnęliśmy się i T. wstydliwie zaciągnął odrzuconą portjerę wejścia, zasłaniając troje nagich ciał, kłębiących się w głębi kajuty w potokach elektrycznego światła wśród kwiatów, butelek i aksamitnych poduszek...
Dzikie wrzaski, tupot i chichot ucichły na chwilę; ale po niejakim czasie ktoś znowu z przekleństwem odrzucił zasuniętą portjerę i wrzask znowu popłynął po pokładzie statku i dalej nad czarnemi wodami wspaniałej Jang-tse.
— Gorąco im! — szepnął zjadliwie jeden z oficerów.
— Żegna się z przyjaciółkami! — roześmiał się T. — Byle tylko nie zaspał jutro i wyniósł się nareszcie. Ja lubię Europejczyków, ale wśród nich rozmaici są ludzie! — zwrócił się do mnie.
Poeta patrzał w zamyśleniu na księżyc i nic nie mówił. Ogólna gawęda już się nie wznowiła i wkrótce powiedzieliśmy sobie: „Dobranoc!”
Skały i spychy skalnych rumowisk tuż nad rzeką. W górze wiszaru biało-czarny klasztor przylepił się na gzymsach niby gniazdo jaskółcze. Przez wielką szczerbę w górskim łańcuchu widać na prawym brzegu wielką płaszczyznę lśniącej wody. Przypuszczam, że jest to jezioro Peng-nan-hu, ale nie mam się kogo zapytać, gdyż o tej rannej godzinie nikogo niema na pokładzie, prócz żółtolicego posługacza, czyszczącego mosiężne okucia drzwi. Nadaremnie próbuję się z nim porozumieć; nawet kilka zdobytych już przeze mnie wyrazów „pigginu“ nie przenikają do jego świadomości; na wszystkie pytania uśmiecha się szeroko i kiwa wesoło głową.
Brzegi niezmiernie malownicze, zwężona rzeka mknie wśród skał, pojękując zcicha. Wysoko, o 100 stóp nad jej poziomem widać znowu fortecę na wystającym cyplu...
A dalej istny cud: na ciemnym monolicie sterczącej z pośród rzeki opoki śliczny ponsowy klasztor, koralowa rzeźba, cudownie wprawiona nad otchłaniami w granity. Prowadzą do niego wązkie, wykute w kamieniu schody, których ostatnie stopnie już pluszczą się w mrocznych wirach. Obok schodów zwisa wbite w skałę kółko do przywiązywania łodzi. Z obu stron opodal brzegi śmieją się rozkosznie, połyskują wyzłocone słońcem urwiska, ścielą się szmaragdowe chylizny i doliny, kędzierzawią lasy, widać rozmaity, rozległy świat... A jeszcze dalej wygląda z poza łona obłej góry wielkie, gwarne, bogate miasto.
Ale od wszystkiego oddzielają pustelnię i strzegą ją — czarne przepaściste odmęty, mknące w spienionych potwornych skrętach... Jeno wiatr dolata od ziemi, gwiżdże w purpurowych krużgankach i kołysze drzewiny, tulące się w rozpadlinach głazów... To Siau-ku-szań. Wymarzona samotnia dla dusz, szukających mąk, zaparcia się i wyrzeczenia.
W Kiu-Kianiu — niektórzy wymawiają „Ciuciań“ — byliśmy po południu. Jest to miasto nieduże, ale bardzo ruchliwe i przemysłowe. Prowadzi handel przeważnie wyrobami porcelanowemi, glinianemi oraz srebrnemi. Niedaleko stąd są słynne cesarskie fabryki porcelany. Wyroby ich idą całkowicie na dwór pekiński; do handlu dostają się jedynie przedmioty wybrakowane, mające skazy, plamki, poza tym niekiedy bardzo piękne. Można tu za bezcen kupić nieraz cudną wazę, ale mającą w dnie lub boku niedostrzegalną dziureczkę, przez którą wypływa woda... Ulice wązkie zacieniają wystające okapy domów i kupieckie szyldy, wiszące nad ulicą, jak chorągwie. Na ulicach zawsze pełno i gwarno; tłumy przechodniów i przekupniów z obnośnemi kramami na plecach lub ramionach. W półciemnych sklepach ożywiony ruch. Spiętrzone szeregi naczyń o ślicznych, jaskrawych barwach naruszają przyjemnie zmrok ulicy. W małych, otwartych warsztatach kują młoty, rzężą pilniki, syczą kamienie szlifierskie... Robotnicy półnadzy odlewają, polerują, cyzelują przedmioty ze srebra i miedzi. W jubilerniach widać misterną robotę stwarzania ażurowych ozdób, łańcuszków, bransolet, spinek, a nadewszystko wielkich szpilek do upinania włosów dla elegantek chińskich, szpilek o wielkich główkach, drżących jak skrzydła motyle i równie barwnych jak one... Widziałem kilka fabryk cegiełkowej herbaty, niezmiernie brudnych, niezmiernie ciemnych oraz pełnych zaduchu herbacianego.
W jednym ze sklepów z porcelaną spotkałem się ze swemi japońskiemi towarzyszami podróży. Dążyli gdzieś za miasto pod parasolami, gdyż deszcz zaczął kropić. Przyłączyłem się do nich, zaciekawiony ich tajemniczemi minami. Deszcz zamienił się wkrótce w ulewę, brnęliśmy mimo to wytrwale, omijając potoki błotnistej wody, płynące po stokach ulic. Wreszcie wydostaliśmy się nad jakąś rzeczkę bezludną, leniwie sunącą ku Jang-tse, wśród starych śmietnisk na zadworkach ogrodów. Długo staliśmy nad mętnemi wodami i patrzyliśmy w zadeszczoną dal. Japończycy cały czas zachowali do śmieszności poważny wyraz twarzy. Obserwowałem ich ze wzrastającym zaciekawieniem, pewny, że spełniają jakiś religijny obrządek. Wróciliśmy, nie wyrzekszy słowa, z taką samą powagą, skacząc gęsiego z kamienia na kamień wśród powodzi wody i błota.
Dopiero przy obiedzie, w wesołej pogawędce, nie zatruwanej już obecnością konsula, dowiedziałem się, co oznaczała owa wyprawa na przedmieście Kiu-kianiu.
— Tam mieszkał słynny poeta chiński Haky-laky-teu. Dom jego przed wiekami stał właśnie na tym miejscu, gdzieśmy się zatrzymali...
— Chiny są macierzą naszej kultury. Cały Wschód szanuje je i miłuje, jak wy wasze Włochy i Grecję! — pouczał mię poeta. — To nic nie znaczy, żeśmy wydali im wojnę i walczyli z niemi niedawno! — dodał żywo, spostrzegszy na mej twarzy powątpiewanie. — Chiny śpią, jak spała niedawno Japonja. Przez swój zastój i bezruch wstrzymują rozwój innych państw. Walka Japonji z Chinami o Koreję była walką o reformy w Korei... Młodej Japonji potrzebne są w sąsiedztwie państwa rozbudzone, postępowe... Jedynie opierający się wzajem o siebie sojusz takich państw będzie w możności oprzeć się zaborowi Zachodu... Sam Zachód, nie wojenny i kupiecki, lecz ludzki, humanitarny Zachód — może tylko zyskać na przebudzeniu się Wschodu...
Do późnej nocy gawędziliśmy o tych wzniosłych materjach. Poeta snuł przede mną marzenia „Młodej Japonji“ o Stanach Zjednoczonych Wschodu, które siłą swej powagi i potęgi urzeczywistnią sny ludzkości o wiecznym pokoju, o braterstwie ludów, o panowaniu sprawiedliwości i równości... Słowem o złotym wieku, gdy:
...dębowym liściem uwieńczeni,
Rzuciwszy miecze, siądą rozbrojeni
Rycerze nasi, słuchać o przeszłości...
— To nic, że obecnie trzeba walczyć, przelewać krew swoją i cudzą... Wojny i rewolucje są jak tajfuny, które odświeżają zastałe nad bagnami powietrze!... — mówił jak natchniony Sasaki Nobu-tsuna.
W błękitach słonecznego poranku w dali przed nami bieleje za zakrętem rzeki Hań-kou. Przy pożegnaniu pan Sasaki wręczył mi wachlarz z wierszem, pięknie wykaligrafowanym chińskiemi hjeroglifami, a pan T. dołączył dosłowne jego tłumaczenie.
W tym wierszu cierpienia Polski i rycerskie tradycje Buszi-do splatały się w kunsztownych rymach...
∗
∗ ∗ |
W Hakkou spędziłem dziesięć dni i, chociaż trawiła mię febra, zwiedziłem ciekawe rzeczy w mieście i przyległych okolicach.
Samo miasto dzieli się na miasto chińskie i settlement europejski. Obie części rozdzielone są wysokim murem, a wejściowej bramy pilnuje policja angielska.
Granice settlementu właśnie niedawno wytknął rząd chiński i ziemie podzielono między kolonje europejskie. Najstarszą kolonją była kolonja rosyjska, która powstała drogą specjalnej umowy jeszcze wtedy, gdy Chiny były zamknięte naogół dla Europejczyków. Zrobiono wyjątek dla rosyjskich poddanych, skupujących tu hurtownie herbatę, aby w specjalnych opakowaniach wysyłać ją drogą lądową przez Mongolję do Kiachty i stamtąd do Moskwy. Jest to tak zwana „herbata karawanowa“, chociaż obecnie znaczna jej ilość płynie do morza po Jang-tse i dalej na statkach do Władywostoku lub wprost do portów morza Czarnego. Jednocześnie powstały w Hańkou fabryki herbaty cegiełkowej z herbacianego pyłu i odpadków, powstających przy sortowaniu i pakowaniu herbaty kwiatowej. Handel herbatą cegiełkową ma ogromne znaczenie dla całej Syberji.
Zwiedzając fabryki w Hańkou, byłem uderzony pierwotnym ich urządzeniem, brakiem maszyn i jakichkolwiek udogodnień technicznych, chociaż właścicielami były słynne firmy rosyjskie, rozporządzające ogromnemi środkami.
— Mój panie — odpowiedział mi na pytanie jeden z szefów takiej firmy — już oddawna robimy starania o pozwolenie wprowadzenia maszyn parowych do przyrządzania, zwijania, sortowania i prasowania herbaty, ale rząd chiński nie pozwala na to, gdyż grozi to poważnemi stratami drobnym hodowcom herbaty, spełniającym znaczną część roboty na miejscu ręcznie, środkami domowemi... W domu tam bywa rozmaicie... I brudno, i niejednakowo... Stąd mamy wielkie kłopoty przy sortowaniu herbaty... I drożej i gorzej!... Więc biją nas Anglicy, którzy na Cejlonie całą fabrykację prowadzą maszynowo... Jedynie zbioru liści dokonywują tam ręcznie... Ale cóż robić!? Może z czasem, jak przejdzie tu kolej i Chińczycy przekonają się, że więcej stracą, straciwszy rynki zbytu — uzyskamy nareszcie pozwolenie...
Najpiękniej zabudowana, najbogatsza, najczystsza i najruchliwsza jest w Hańkou dzielnica angielska. Przylega ona do dzielnicy chińskiej. Ma piękne, szerokie ulice i śliczne domy, otoczone ogrodami. W portach na Jang-tse stoi dużo statków i dżonek, a po wybrzeżu przelewa się różnobarwny, różnojęzyczny tłum. Przeważają wszakże Chińczycy.
Dzielnica rosyjska, oprócz zabudowań fabrycznych, nie miała prawie innych domów. Rosjanie budowali mieszkania w angielskim „settlemencie“.
Ale najrozpaczliwiej wyglądała dzielnica niemiecka. Wprawdzie była najbliższą dworca budującej się kolei, ale przedstawiała zupełnie goły plac, pocięty na kwatery szerokiemi i doskonale utrzymanemi ulicami, na których poważnie przechadzali się policjanci, przybrani w przysłowiowe pikelhauby. Krajowcy z pewną trwogą omijali tę dzielnicę, a Europejczycy nie mieli tam co robić, gdyż z wyjątkiem kilku szkaradnych domów nic tam nie było. Mimo to Niemcy odgrywali już w życiu kolonji wybitną rolę, zagarnęli w swoje ręce handel wywozowy nasionami olejnemi, skórami i włóknami juty (Corchorus capsularis). Mówiono mi, że w swych wykupionych od Belgijczyków fabryczkach Niemcy materjały te fałszują, że skóry skupują w miejscowościach, zarażonych epizootją, wbrew prawu, że dopuszczają się masy nadużyć, oszustw, gwałtów... Być może, że wiele w tym prawdy... Społeczeństwa europejskie, z wyjątkiem Anglików, wysyłają do swych faktorji handlowych zwykle najgorsze elementy, często bardzo szumowiny społeczne. Ale tym dziwniej, że na wyścigach w Hańkou widziałem całą gromadę grubokościstych Teutonów, odgrywających pierwszorzędną rolę. Rżeli głośno ze śmiechu, jak konie, przekrzykiwali się z odległości na całe gardło, stawiali manifestacyjnie grube zakłady i pili, pili bez końca... Wszędzie huczał język niemiecki, wszystkich rozpychały niemieckie łokcie i wszędzie widać było przedewszystkim nadęte, butne, krzyżackie oblicza. Anglicy, Rosjanie, Belgijczycy gdzieś znikli; kupki ich zbierały się i dyskretnie rozmawiały tu i owdzie na uboczu. Japończyków wcale widać nie było.
Porządku tymczasem pilnowali kolonjalni „policmeni“ angielscy, Hindusi w białych turbanach. Policja ta, doskonale wytresowana, bezwarunkowo umie sobie dawać radę z rozmaitemi ludami, bynajmniej nie tłumiąc tętna ogólnego życia.
Jedynie kolonje angielskie żyją, kwitną, rozwijają się...
Uderzył mię przykro wszakże jeden szczegół. Przy wejściu do chińskiej dzielnicy stoi ładny odwach angielskiej policji. Przed nim codzień, szczególnie rano, widziałem gromadę krajowców, zakutych w „kangi“. Dowiedziałem się, że to są przestępcy, pojmani w granicach „settlementów“ i skazani na karę przez sądy krajowe. „Kang“ jest to bezwarunkowo bardzo dowcipny przyrząd, pozbawiający winowajcę swobody ruchów bez zamknięcia go w więzieniu. Składa się z dwu desek z dziurą pośrodku, zamykanych dokoła szyi w taki sposób, że tworzą wielki i ciężki kwadratowy kołnierz, z którego wystaje głowa skazańca. Czasami zamykają w „kangu“ i jedną rękę. Pozatym więźniowi pozwalają siedzieć, chodzić, rozmawiać, nie oddalając się zbytnio od wyznaczonego miejsca. Litościwi przechodnie rzucają im małe datki w pieniądzach albo w naturze; krewni przynoszą strawę i pociechę. Ma ta kara jednak cechy tortury, gdyż ciężki kołnierz boleśnie ugniata ramiona i kaleczy skórę na szyi. Jest o wiele uciążliwszą od słynnego w wojskach europejskich wartowania z tornistrem naładowanym kamieniami. Ma prócz tego charakter publicznego pręgierza, czyni postać skazanego śmieszną przez unieruchomienie głowy na ogromnym półmisku z desek i w ten sposób wdwójnasób pognębia go, osłabiając współczucie dla niego. Zapewne, że Anglicy nie są w możności i nawet może nie powinni poprawiać lub zmieniać dowolnie kodeksu chińskiego, lecz obecność gromady jawnie torturowanych ludzi przed kordegardą angielską za każdym razem mocno mi psuła moją cześć dla Albjonu.
Chińska dzielnica w Hańkou niczym nie różni się od innych miast Niebieskiego Państwa. Wązkie ulice, zatłoczone przechodniami, ocienione wystającemi okapami ciężkich dachów oraz handlowemi znakami. Prócz tego w dni słoneczne nad niektóremi ulicami w całej ich długości i szerokości zaciągają wysoko na poziomie dachów żółtą albo błękitną nankinową markizę, co oryginalnie zabarwia całe wnętrze ulicy.
Zwiedziłem wspaniałą świątynię Szań-si-huj-guań, która zarazem jest klubem kupców Szańsińskiej prowincji.
Cała błyszczy od złota i złotej i ponsowej laki, ale ma i piękne rzeźby z czarnego hebanu oraz z kości słoniowej i piękne malowidła. Grywają tu teatr i wszystko jest ku temu przystosowane; wnętrze świątyni okala galerja dla widzów.
Zwiedziłem dom chińskiego miljonera, z książęcym urządzony przepychem. Schody lakowe, rzeźby, parawany i portjery cudnie haftowane, dużo kwiatów w przepięknych wazonach.
Ale nadewszystko pięknym wydał mi się w tym domu wysoki salon środkowy, nakryty szklanym dachem, a przebijający wszystkie piętra, coś w rodzaju oszklonego wewnętrznego, ciepłego i ozdobnego podwórza. Wokoło ścian idą połączone schodami galerje, opatrzone balustradami z rzeźbionego drzewa. Na galerje wychodzą drzwi z rozmaitych pokojów. Pośrodku salonu w bronzowej kadzielnicy tliły się wonności i miły ich zapach przenikał do wszystkich zakątków pałacu.
Ale bardziej nęciły mnie inne osobliwości miasta, mieszczące się na wybrzeżach rzeki Hań, — wązkie uliczki, niesłychanie brudne, zaludnione przez biedotę, ale malownicze i ciekawe.
Tam życie całe upływa mieszkańcom pod otwartym niebem, w domach pozbawionych prawie ścian... Pracują, kłócą się, kochają na oczach sąsiadów pod pilną strażą obyczajów... Tam lubiłem chodzić, znienacka chwytać na gorąco obrazy życia... Wycieczki takie udają się jedynie bez przewodnika, kiedy błądzi się bez celu za wskazówkami wzroku i instynktu zbieracza wrażeń...
Omało wszakże drogo nie przypłaciłem ciekawości.
Na jednej z ulic tłum zwrócił na mnie uwagę, obiegł mnie, ścisnął i zaczął sobie ze mnie żartować, nawet szturchać. Wiedziałem, jak niebezpieczną rzeczą są takie igraszki, i wszedłem do sklepu. Lecz tłum podążył za mną, zapchał wyjście i napierał coraz silniej na wystawę sklepową. Wystraszony kupiec prosił mnie, abym sobie poszedł. Przypomniałem sobie przestrogi znajomych i postanowiłem przeczekać wzburzenie tłumu w sklepie wbrew woli właściciela. Wywiązał się „konflikt“ między mną i kupcem, który widocznie bardzo zabawił zebrany tłum. Słyszałem wciąż uwagi i śmiechy... śmiech motłochu w takich razach o małe źdźbło graniczy od... ciosu!
Wybawił mnie jakiś młody Chińczyk, który przepchnął się do mnie przez ciżbę, rozpytał coś niecoś w „pigginie“ i następnie zagadał do rodaków. Przestali nacierać i rozeszli się zwolna, a obrońca mój wprowadził mnie natychmiast do bocznej ulicy i wskazał drogę do settlement’u. Moi opiekunowie europejscy bardzo zaniepokoili się całą tą sprawą i wymogli na mnie obietnicę, że nie będę sam wychodził poza granicę settlement’u.
— Czerń południowa nie żartuje. Gwałty nad Europejczykami ma w tradycjach. Nadomiar jest tutaj dużo nałogowych palaczów opjum, gotowych na wszystko!
Wzamian obiecano mi zorganizować wycieczkę do Hańjanu oraz wyrobić u gienerał-gubernatora pozwolenie na zwiedzenie słynnej fabryki broni i arsenału, jedynych tego rodzaju zakładów w Chinach.
Wycieczka była liczna i ożywiona, gdyż przyłączyło się do niej całe towarzystwo kupieckie i konsul rosyjski. Odbyliśmy ją na specjalnie w tym celu wynajętym parowcu. Czas jakiś płynęliśmy po Jang-tse, podziwiając wieżyce i pałace Wuczań-fu, rezydencji gienerał-gubernatora, inaczej wicekróla, liljowo rysujące się na odległym, przeciwległym brzegu. Następnie skręciliśmy w ujście rzeki Hań, literalnie zatkanej statkami. Między pokładami ich zostawał jedynie wąziuchny kanał wolnej wody. Po drodze wszakże wskazano mi kanał Jo-dzin, po którym korowód dżonek posuwał się w jeszcze ściślejszym szeregu. Myślę, że przy pewnej zręczności możnaby po nich jak po moście przejść z brzegu na brzeg suchą nogą. Cały las masztów uchodził wdal, sunąc wolniuchno. W ten sposób przechodzi tędy prawie co dnia 1.000 dżonek. Po drodze do fabryki broni zwiedziliśmy klasztor buddyjski bardzo bogaty i oryginalnie zbudowany, gdzie na naszą cześć urządzono pochód mnichów i tańce religijne. Stamtąd pod ochroną oddziału wojska i policjantów, torujących nam drogę przez wielotysięczny tłum zebranych widzów, przedarliśmy się nareszcie na krańce miasta.
Już zdala dostrzegłem wielki piec europejskiej konstrukcji, dymiący za szarym chińskim murem, przy którego bramie stała straż. Po odbytych formalnościach wpuszczono nas na obszerny dziedziniec, pełny pary i woni tylko co wypuszczonego z pieca surowca. Na dziedzińcu stały rzędy wagonów, naładowane rudą żelazną, dobywaną w poblizkiej kopalni Ta-jek. Ruda ma być wybornego gatunku.
— Węgiel też mają niezgorszy i niedaleko... Dużo wódy wpobliżu... Warunki świetne... — objaśniał inżynjer Belgijczyk, dodany nam za przewodnika.
Z huty przeszliśmy do odlewni i walcowni — obszernej szopy, obstawionej piecami, młotami parowemi i maszynami. W jednym jej końcu ogromna besmerowska grusza, pełna wrzącego żelaza, rzucała snopy olśniewającego światła na szklany strop w górze, na dziwaczne żelazne wiązania, koła zębate, łańcuchy i transmisje, oraz na mrowisko półnagich, żółtolicych ludzi z warkoczami skręconemi na tyłach głów, uwijających się w dole około pryskających iskrami bloków, rozpłaszczanych przez młoty potworne, koło olbrzymich czerwonych sztab, wyciąganych maszynami na długie szyny, na okrągłe i kwadratowe pręty, wreszcie na motki cienkiego drutu... Wyrabiano tu stal i żelazo wszelkiego gatunku. Belgijscy inżynjerowie, kierownicy zakładu, wyrażali się dość pochlebnie o zdolnościach chińskiego robotnika.
— Ale... niewytrwały i słaby... Musieliśmy skrócić zmiany i zwiększyć obsługę. Trzech Chińczyków z trudnością wykonywa pracę jednego belgijskiego robotnika. A liczebność, panowie pojmują, odbija się na zręczności; jeden drugiemu przeszkadza, zawadza, szczególniej, że wszystkie nasze maszyny przystosowane są do sprawności pracownika europejskiego... Mimo to idzie dobrze: Chińczycy łatwo orjentują się i przystosowują.. Mamy z nich już dobrych majstrów i maszynistów — mówił dyrektor tego wydziału.
Stamtąd udaliśmy się do odlewni armat, a następnie do arsenału. Przy tokarniach, heblarniach, gwinciarniach, wiertnicach i sztancowniach wszędzie widziałem — Chińczyków. Oni również pracowali w giserni i modelarni. Następnie pokazywano nam działa i karabiny najnowszych systemów, wyrobione całkowicie w tym zakładzie...
— Zatrudniamy około pięciu tysięcy ludzi, pracujemy dzień i noc, a jednak wyrobów naszych nie wystarcza na pokrycie połowy potrzeb państwowych... Bruździ nam bardzo budująca się obecnie z Hańkou do Pekinu kolej... Szyny, zwrotnice, konstrukcje żelazne mostów, wszystko mamy dostarczyć... Opinja publiczna żąda, aby nie dawano zamówień fabrykom zagranicznym, lecz budowano swojskie fabryki, tymczasem rząd nie ma na to pieniędzy... — objaśniał dyrektor.
Prócz dyrektora towarzyszyło nam przy zwiedzaniu paru mandarynów wyższej rangi i jakiś gienerał.
Po obfitym, zbytkownie zastawionym śniadaniu, gdyż uważano nas za gości wicekróla, zechciał ten wojskowy przedstawić nam swe wojsko, już wykształcone po europejsku. Na obszernym dziedzińcu poblizkich koszar odbył się przegląd kilku rot, uzbrojonych we współczesne karabiny i ładownice. Maszerowali, zwijali i rozwijali szeregi, padali na ziemię, rozpierzchali się i zbiegali, stosownie do sygnałów trąbki i komendy. Nabijali broń i składali się do strzałów, wszystko dość poprawnie. Szczególnie ładnie wyglądały barwne chorągwie oddziałów z wyszytemi na nich smokami.
Przegląd zakończył się gimnastyką wojskową, która przewyższyła wszelkie oczekiwania. Żołnierze chodzili na rękach, wdrapywali się na maszty, robili młynki na drążkach i barach, wreszcie fikali w powietrzu koziełki ze zręcznością cyrkowców...
Nie wiem, jaką to mogło mieć wartość strategiczną, ale zauważyłem, że nasze zdumienie zrobiło wielką przyjemność gienerałowi...
Do Wu-czań-fu nie udało mi się dostać. Nadeszły niepomyślne wieści. Musiałem wracać.
Wojna wschodnia od samej Japonji biegła za mną w tropy... Wybuchła w kilka dni po moim przybyciu do Warszawy...
Z niezmiernym zajęciem śledziłem jej przebieg, choć ani chwili nie wątpiłem o rezultacie.
— Obudzi się Wschód... — wspominałem proroctwo poety.
Obudziła się Japonja. Korea została wstrząśnięta w sennym letargu wiekowym utratą niepodległości. Pewny jestem, że ją odzyszcze, odrodzona i uszlachetniona. Obecnie budzą się Chiny.
Marzenia Sasaki Nobu-tsuna ziszczają się. Czy ziszczą się do końca?
O losach jego dobiegła mię głucha wieść, że brał udział w walkach i że pono zginął na branderze, zatopionym przy wejściu do Portu Artura.
Został po nim w Europie jeno zapisany wachlarz, gdzie w kunsztownym wierszu cierpienia Polski kojarzą się z rycerskim nakazem Buszi-do...
BUDOWAŁ MŁYN.
Było to dawno, na zaraniu nowej fali pielgrzymstwa polskiego...
W długoletniej poniewierce więziennej, w niezmiernie twardych ciężkich robotach, w bolesnej włóczędze po niezliczonych etapach, po nieskończenie długich i dzikich drogach, to zadeszczonych i błotnistych, to zawianych śniegami, to spalonych słońcem i zatrutych nieznośną kurzawą — stracił był zwolna Gryf-Mostowski całą swoją elegancję, cały swój polor zewnętrzny, — stracił Gryfa, pozostał tylko Mostowski.
Pozornie był to najzwyklejszy aresztant, w szarym chałacie z żółtym „tuzem“ na plecach, w szarej czapce-placku na ogolonej głowie, w potwornych żółtych „brodniach“ na okutych nogach.
Niezmiernie skromny, wstrzemięźliwy w mowie i ruchach, starał się sam jak najmniej wysuwać i wyróżniać z masy otaczających go nędzarzy.
A jednak zawsze prawie zwracano nań uwagę. Kiedy konwojowi dawano rozkaz „pouczyć“ więźniów, żołdacy z największą zaciekłością rzucali się na niego właśnie, choć się nigdy nie bronił i nigdy ich nie zaczepiał. Władze również zdawały się być doprowadzane do szału właśnie jego szaremi, spokojnemi, rozumnemi, niezmiernie smutnemi oczyma i do niego przeważnie zwracano się, gdy grzmiało przed frontem więźniów:
— Zegnę w róg barani!... Zgnoję!... Nie ścierpię!... Zapomnijcie raz nazawsze, czym byliście, a pamiętajcie tylko, czym jesteście... Jesteście nikczemnemi zbrodniarzami, pozbawionemi praw i woli aresztantami, których dusze wolno wywlec i rozdeptać, jak brudne onucze!
Na tym właśnie polegała cała wina Mostowskiego, że nie mógł zapomnieć, czym był. I choć nigdy o tym nie mówił, to jednak w poruszeniach swych, w sposobie trzymania głowy, w wyrazie suchej, rasowej twarzy, nawet w noszeniu żebraczych łachmanów, nawet w podwiązaniu łańcuchów kajdan oraz ich brzęku zachował jakiś wdzięk, jakąś schludność i dostojność stłumioną, przeświecające poprzez okropną skorupę więziennej pospolitości, jak cudny zarys bolesnego obrazu Carrière’a przez mgłę.
— Widać zaraz, żeś pan, żeś hrabia!... Dla tego cię biją, dla tego prześladują!... Tybyś powinien, Mostowski, zupełnie, ale to zupełnie, w samej swej istocie, szczerze i niepowrotnie się zmienić, zdemokratyzować się!... — radzili mu przyjaciele.
Bo miał ich, choć ich nigdy nie szukał.
— Cóż... kiedy nie umiem być innym... demokratą, niż jestem!... — uśmiechał się smutno Mostowski.
Niósł więc swój krzyż z rezygnacją do końca, aż wreszcie po odbytej katordze wywieziono go do Jakuckiej Obłasti i dano mu, jako osiedleńcowi, kawałek gruntu na utrzymanie. Towarzysze i sąsiedzi pomogli, pożyczyli nasion na zasiew, wskazali, jak sobie poczynać z rolą, i Mostowski przedzierzgnął się w rolnika.
Dawne jednak cechy nie znikły w nim; owszem w wielu rzeczach wystąpiły jaskrawiej. Miał gospodarstwo najmniejsze i był najuboższym z osiedleńców okolicznych, bardzo naogół niezamożnych. Ale zato nie posiadał wcale prawie długów, a te, które od czasu do czasu musiał robić, skrupulatnie spłacał. Domek miał mały, zwykłą, nawpół zmurszałą jurtę jakucką, nabytą za trzy ruble, ale czystość i porządek panowały tam wzorowe.
— Aż pfe! — mówił mu Zdrowy Rozsądek, najbliższy sąsiad, wygnaniec Wołgin. Przezywano go Rozsądkiem za niezmierne upodobanie w konsekwentnych rozumowaniach, przymiotnik zaś „Zdrowy“ już on sam sobie przyswoił.
— I poco ta czystość? Nawet nikt jej nie zobaczy, bo przecież u ciebie nikt prawie, oprócz mnie, nie bywa. A dla mnie to zupełnie zbyteczne!... Przeciwnie, uważam to za burżujstwo, zupełnie pozbawione sensu! Bo pomyśl tylko, ile ty na to czasu tracisz i sił? Codzień zamiatasz izbę, aby ją za chwilę zaśmiecić... Myjesz naczynia, czyścisz garnki, pierzesz bieliznę... I poco to wszystko?... Kto cię tu widzi? A wyprana koszula tylko krócej się nosi, wiadomo!... No, zapewne, jeżeli ci taką rozkosz sprawiają co niedzielę... święte obłóczyny, że wynagradzają ci ścieranie palców i babranie się w gorącym ługu, to powiedz otwarcie, że taka jest twoja pańska fanaberja... Ale ty próbujesz dowodzić, że to jest jakieś prawo, jakiś... powszechny obowiązek...
— W życiu powinien być jakiś ład, zarówno w wielkich rzeczach, jak w małych... — zaczął Mostowski. Ale Zdrowy Rozsądek nie dał mu skończyć.
— Ład?... Poco ład? Może spróbujesz mi dowodzić, że żyjemy dla... jakiegoś ładu!... Dziwne mniemanie: ład pomaga w drobnych i wielkich rzeczach, vulgo ułatwia życie; a więc życie jest trudne, a więc żyjemy poto, aby zaprowadzać ład i ułatwić je sobie, a ułatwić je sobie należy dla tego, że jest trudne!... I tak wkółko! W istocie zaś wszystko to nicość i głupstwo! Pycha okłamujących się zer... Tchórzliwe omamianie siebie i innych, gdyż w gruncie rzeczy jaki związek zachodzi naprzykład między twoim codziennym czesaniem głowy i starannym mydleniem twarzy, a istotnie wielkiemi zagadnieniami celu istnienia świadomej siebie jednostki, albo powstania prabytu?... Ład w drobiazgach, bo bez niego nie dojdziemy do ładu w wielkich rzeczach!... Paradoks i wierutne kłamstwo!... Przedewszystkim wielkie rzeczy, rzeczy większe od jednostki, od człowieka, wcale od nas nie zależą, a małe, już dla tego, że są małe, nie mają najmniejszego na bieg życia wpływu... Jakie naprzykład ma znaczenie dla problematu wolności woli, albo dla dążeń do zastąpienia współczesnej, wszechludzkiej nienawiści, — wszechmiłością, jakie, pytam, ma znaczenie... porządek w twoim gospodarstwie, te stojące na miejscu miotły i łopaty, albo wyreparowane doskonale grabie, wyczyszczona uprzęż?... Co za znaczenie, pytam, ma to wszystko dla tych istotnie wielkich zagadnień?...
— Zapewne, że wszystko jest błahostką... wobec śmierci!... — wtrącał z uśmiechem Mostowski, nie przestając krzątać się po izbie.
— Albo nie?.. Sam to wciąż powtarzam!... Zresztą niech cię gęś kopnie!... Żyj sobie, jak chcesz, jeżeli ci to sprawia przyjemność, ale za to daj mi coś zjeść, bo u mnie w domu pustynia Sahara, pustynia Gobi i Głodny Step!... Od wczoraj nic nie miałem w ustach!
„Zdrowy Rozsądek“ często nie miał nic w ustach; żył z kilku-rublowej rządowej zapomogi, której starczyło mu zaledwie na pokrycie małej części zaciągniętych „awansem“ na jej rachunek długów. Dla tego większą część miesiąca nie siedział w domu, lecz po kolei odwiedzał wygnańców sąsiadów, pomagał im w robocie i zabawiał roztrząsaniem rozmaitych kwestji.
Nastały piękne wrześniowe dnie, złote od słońca, nakryte nieba błękitem, ciche, przejrzyste, przestronne, gdyż na polach nie było już zbóż, na łąkach traw, a gąszcze lasów mocno przerzedził opad liści. Rolnicy wypoczywali po niezmiernie wytężonej pracy w czasie krótkiego północnego lata.
O tej porze zbierali się zwykle towarzysze u Mostowskiego na specjalną uroczystość „polskiego barszczu“. Miała ona swoją tradycję i swoje powody.
Ogniskiem, gdzie skupiało się życie wygnańcze, była w tej okolicy sadyba Ćwieczkiewicza, syna zamożnych rodziców, któremu odbierane z ojczyzny od czasu do czasu zapomogi pieniężne pozwoliły i dom wybudować obszerniejszy i gospodarstwo prowadzić staranniej oraz udzielać gościnności wciąż napływającym nowym przymusowym przybyszom z dalekiego południa.
Przygarniał ich do czasu, aż znajdywali sobie zajęcie, poczciwy Ćwieczkiewicz z właściwym mu ciepłem i serdecznością, bez względu na ich narodowość, wyznanie i przynależność partyjną.
Było więc wciąż u niego rojno, gwarno; wciąż prawie stały na dziedzińcu wozy i konie przyjezdnych Jakutów oraz wygnańców, z otwartych okien buchał dym tytuniowy, głosy rozmów, wrzawa sporów, albo melodje śpiewów chóralnych. Od rana do wieczora stawiano tam samowary, których było na zmianę aż dwa sporej objętości, wciąż gotowano, pieczono, smażono. Okoliczni zesłańcy i niezesłańcy przyjeżdżali tutaj po nowiny, dla zobaczenia się z przybyłemi, dla zasiągnięcia wiadomości z miasta, o cenach zboża, o urodzaju traw, o polityce, o administracji, o nowych rozporządzeniach rządowych, wogóle o... świecie całym.
Stężałe w ciężkiej pracy, wyczerpane powszednią biedą i troską mózgi zwiezionych tu ze wszystkich krańców państwa niewolników potrzebowały od czasu do czasu takiej umysłowej kąpieli.
Stąd siedziba Ćwieczkiewicza stała się wielkim klubem wygnańczym, areną wiecznych dyskusji i roztrząsań na najrozmaitsze tematy.
Obyczaj z biegiem lat ten stan rzeczy utrwalił i nikt nie próbował z Ćwieczkiewiczem pod tym względem współzawodniczyć, ani on sam nie myślał o zrzuceniu z siebie tej niezawsze łatwej powinności.
Inni wygnańcy wyprawiali jedynie od czasu do czasu okazyjne festyny.
Mostowski, który podtrzymywał ze wszystkiemi dobre sąsiedzkie stosunki, również uważał za konieczne urządzać raz w rok przyjęcie. Ze względu jednak, iż miał domek tak mały, że dwuch ludzi z trudnością poruszać się w nim mogło, wybierał dla uczty porę, kiedy pogoda była najpewniejszą, aby móc gości fetować na... otwartym powietrzu.
Z tego oraz innych względów najdogodniejszą dlań okazywała się druga połowa suchego tu i nocami nawet mroźnego września.
Gwoździem przyjęcia był zawsze wyborny „polski barszcz z uszkami“, sporządzony z kwaszonych buraków czerwonych. Jedynie Mostowski umiał wyhodować w tej okolicy takie buraczki, ochronić je od letnich szronów i żarłoczności niezliczonych tutaj żuków i liszek. On jeden również miewał w swoich inspektach oprócz ogórków... arbuzy, nawet melony.
Zaproszenia rozumie się wobec znacznych odległości były rozsyłane zawczasu, a w wilję dnia Zdrowy Rozsądek zapraszany bywał do robienia „uszek“.
— I doprawdy: poco to wszystko?! Po co tyle zachodu z lepieniem rożków z ciasta?.. Poco mięso siekane, solone, pieprzone, zaprawiane... Zupełnie zbędne, nierozumne zachody!.. Wszystko przecież za dobrą chwilę znajdzie się w tymsamym żołądku!.. Doprawdy, hrabio — rzuć ty to wszystko razem do kotła, zmieszaj, dobrze zagotuj, a skutek będzie tensam, będą palce oblizywać i chwalić pod niebiosa, szczególniej, jeżeli to nazwiemy „potage à la reine“ lub coś w tym rodzaju! W zysku zaś będziemy mieli to, że zamiast męczyć się i trudzić palce, wypalimy sobie fajeczki, leżąc do góry brzuchem, gadając o wzniosłych przedmiotach, i że do twej „kulturalnej“ opinji przybędzie jeszcze jeden laurowy listek niesłychanie wytwornej, nikomu nieznanej potrawy!.. Co?.. Czy nie racja?.. — gadał wygnaniec, patrząc na Mostowskiego śmiejącemi się oczyma.
Mostowski również się śmiał, ale nie przestawał cienko wałkować ciasta i kiwał na Zdrowy Rozsądek, aby śpieszył się z rozstawianiem rzędami kupeczek mięsnej miazgi.
— Dobrze, dobrze!.. Wiesz, że jestem konserwatystą! Tak było w przeszłym roku, więc tak będzie i w tym!.. Zresztą zobaczymy, co powiesz jutro... Może wzgardzisz przestarzałym obyczajem?!
— O, co to, to nie!.. Byłoby znowu rzeczą nierozsądną wyrzekać się osiągniętych już rezultatów... Co innego krytyczne uwagi o ich wartości... — Tak spierając się, żartując, podśpiewując, pracowali pilnie w ciągu dnia. Wieczorem Gryf-Mostowski z dumą spoglądał na pełny przetak białych, ładnie zwiniętych „uszek“.
Zdrowy Rozsądek leżał wyciągnięty na pryczy i dowodził, że nie da się już więcej nabrać na podobny „kawał“, że umiera już od tej... kultury!
— Wstyd pomyśleć, że zmarnowaliśmy tyle godzin, po to tylko, aby gromada dwunogich ssaków pożarła to w ciągu pół godziny...
— I cóżbyś robił w te zmarnowane godziny?.. Wstydź się!..
— Cobym robił?.. Nicbym nie robił!. Czyż nic nierobienie nie jest najwznioślejszym ideałem człowieka. Do czego prowadzą wszystkie naprzykład wynalazki, odkrycia, techniczne ulepszenia, maszyny, jak nie do skrócenia czasu pracy?!. I coby stało się z ludzkością, gdyby miała za ideał pracę, a nie lenistwo!?. Zastój, wieczna niewola, w rezultacie gromada skołowaciałych z wyczerpania bydląt!.. Tak, hrabio, dobrze może takie bydlęta posiadać, ale zostać niemi... brrr!.. Człowiek stworzony został dla raju lenistwa, dla rozkoszy, dla życia wolnego od wszelkiej troski, dla zachwytów, dla użycia i kontemplacji... Niedarmo kolebką jego południe!.. Pomyśl tylko, hrabio — cudne lasy, palmy, ljany, kwiaty o odurzającym zapachu, dziko rosnące pożywne i smaczne owoce, motyle i ptaki o mieniących się barwach i słońce... słońce zamieniające wszystko w ciepły, boski przybytek, gdzie niepotrzebny ani dach, ani odzież... Spoczywam na aksamitnych trawach, a obok ona... hurysa!.. Co?.. Marzenie!
Mostowski zmarszczył się zlekka.
— Cóż jednak począć: los rzucił nas na północ!..
— Aha! Właśnie!.. Czekałem, że mi tak odpowiesz!.. Nieznośnym jest ten twój fatalizm, to godzenie się z losem!.. I nie wiem doprawdy, za co się tutaj dostałeś — niema w tobie krzty burzyciela!
— Racja! Miałem zawsze większą skłonność do budownictwa i zdaje mi się, że w tym właśnie różnię się od was wszystkich...
— Aby coś nowego zbudować, trzeba zburzyć stare, trzeba oczyścić miejsce!..
— Nie widzę konieczności!.. Przeciwnie, myślę, że to nowe trwale wyrastać może ze starych jeno podwalin...
— Przenigdy! Aby mógł wyróść młody las, stary musi paść i zamienić się w mierzwę...
Wszczynał się jeden z tych sporów bez końca i ładu, gdzie, potrącając o wszystko, nie dochodzi się do niczego.
Mostowski mało się sam wywnętrzał, ale podawał krótkie, cięte repliki, nie przestając na chwilę załatwiać spraw gospodarczych: zmywał naczynia, łupał łuczywo, reparował odzież, ostrzył nóż albo siekierę, zszywał rozdarte chomąta lub coś podobnego.
Ogień trzaskał na kominku, sypały się w górę skry z gorejących polanic, obsypywało się z nich zarzewie, tworząc kupy różowego żaru, i uciekało, topniało, niknęło bezpowrotnie paliwo i... czas.
Dopiero gdy sam zostawał w swej izbie, Mostowski przysuwał przed snem na chwilę zydel do komina, siadał bezczynnie, zapatrzony w kupę popielących się węgli i myślał. — Aż niespodzianie dla samego siebie wzdychał głośno i wtedy wstawał.
Nazajutrz zjazd zaczynał się od samego rana.
Pierwszy zjawiał się zwykle Pierepiełow, krępy, tęgi syn popa z gubernji nadwołżańskiej, zawołany gospodarz, chlubiący się swemi zbiorami, swemi końmi, swym powodzeniem gospodarczym, swoim zdrowiem, siłą, wytrzymałością. Kazał Mostowskiemu pokazać sobie gospodarstwo, szedł do ogrodu, na gumno, do obórki, wszędzie wtykał swój krótki, kartoflasty nos, wszystko oglądał pilnie bystremi, świecącemi w wązkich szparkach oczyma.
— Niezgorzej, niezgorzej!.. Sto osiemdziesiąt snopów z tego poletka!.. Nieźle, wcale nieźle!.. Ale sypać nie będzie!.. Z kłosa widzę, że spóźniłeś się ze zbiórką!.. Zobaczyłbyś u mnie w tym roku!.. Phi!.. Jakie żyto!.. Egipskie!.. Po dwa kłosy na jednej słomie! Sam Faraon w lata urodzaju nie powstydziłby się go!.. Ha!.. ha!..
Potym przyjeżdżał kandydat praw Muszkin na rozhukanym koniu i roztrajkotanym wózku.
— A gdzież Eugienja Leonowna?.. Obiecała przecież przyjechać?.. — pytał uprzejmie gospodarz, starając się uspokoić i przywiązać do słupa rozognionego kłusaka.
— Właśnie!.. Już nawet ubrała się i wyszła, gdy wtym koń... wściekł się, powiadam wam, wściekł się! Giez go ukąsił, czy co! Dość, że zaczął się rzucać, stawać dęba!.. I tak dalej!.. Żenia nie dowierza, jak wiecie, moim furmańskim zdolnościom... Musiałem sam jechać!..
— Pewnieście znowu za mocno spoprężyli siodełko, albo podogonie zrobili za krótkie!.. Zawsze tak... Wasz Rosynant zawsze dziwy wyrabia! — wstawił pogardliwie Pierepiełow
— Jak to zawsze?!.. Kiedyż to jeszcze był taki wypadek?.. Nie przypominam sobie!..
— A w przeszłym roku, nie pamiętacie, na Boże Narodzenie u Ćwieczkiewicza!..
— O, to co innego!.. Wtedy wcale nie ja byłem winien... Gawron parobek poplątał i zmienił uprząż... z innego wziął konia... Świadkiem Mostowski!.. Pamięta pan?..
Mostowski kiwnął głową, lecz wyszedł, usłyszawszy na drodze dudnienie kół i brzmienie wesołych głosów. Domyślił się, że nadjeżdża Ćwieczkiewicz z towarzyszami.
Siedziało ich na wysłanym słomą wozie pięciu, jak pięć promieni gwiazdy dookoła pani Róży, pełnej, białej i różowej blondyny. Powoził sam Ćwieczkiewicz.
— Jak się masz, Jaśku?.. — krzyknął Mostowskiemu, zatrzymując konie. — Gdzieżeś to przepadał tyle czasu?.. Nosa nie pokazałeś?.. Zapomnieliśmy, jak wyglądasz?..
— Żniwa, żniwa!.. — mruczał ten, wyciągając uprzejmie rękę ku wysiadającej pani Róży.
Spotkali się na chwilę spojrzeniem i młoda kobieta zapłoniła się zlekka.
— Jak ma wyglądać?.. Wygląda jak... z okienka! — żartował wysoki Żurawkin, pochylając się niby niechcący z wozu nad białą szyją pani Róży.
Puk, puk w akienoczko,
Wyjdzi panienoczko..
dodał straszną polszczyzną.
Ćwieczkiewicz zeskoczył z kozła i lejce zaczepił za róg wasąga, gdy tymczasem dwaj inni wygnańcy, ześliznąwszy się na drugą stronę wozu, już przywiązywali kantarami konie do słupa. Piąty jeszcze siedział na wozie, zapatrzony w cudny widok, otwierający się z pagórka sadyby na nieprzejrzane lasy, uchodzące blednącemi falami szmaragdu w błękitną dal słoneczną.
Pustelnicza chałupka Mostowskiego rozbrzmiała śmiechem i gwarem. On sam zajął się rozstawianiem stołów i ławek na dworze, otaczając jednocześnie pilną opieką kocieł z gotującym się barszczem.
Wkrótce potym na steczce z lasu ukazały się jeszcze dwie figury z dubeltówkami na plecach.
— Aha!.. Barański i Heffding!.. A więc są już wszystkie „wewnętrzne i prywislinskija gubiernji“ i nie mamy co czekać!.. — zawołał Żurawkin.
— Odkąd to pan tak wojuje z Polakami i dla czego? Śmiem pytać?!. — spytała, śmiejąc się, pani Róża...
— Cóż robić!.. Kiedy wejdziesz miandzy wrany, krakaj że tak jak i ony!.. To oni na mnie napadają!.. Zaduży tu ich procent w porównaniu z rdzenną ludnością państwa!..
— Zapewne, zapewne: żydzi, Polacy i inni cudzoziemcy!.. — wtrącił niespodzianie Zdrowy Rozsądek...
— Et tu Brute contra me!..
— Pozwólcie!.. — wmieszał się Muszkin.
— Nie pozwalam!.. — rozśmiała się Róża.
— Co wolno nam, to niewolno wam!.. My jesteśmy narodem podbitym, pokrzywdzonym przez was... — zauważył Ćwieczkiewicz.
— Ach, mój Boże, znowu!.. Kiedyż nareszcie zaprzestaniecie tych sporów?.. — krzyknęła niecierpliwie pani Róża. — Czyż nie jednakowo cierpimy? Czyż nie jesteśmy wszyscy niewolnikami i wygnańcami?
— Zapewne, że spory są jałowe, ale... cierpimy niejednakowo!.. Wy nawet tutaj jesteście na ojczystym gruncie, pracujecie dla swej kultury, dla przyszłości swego państwa, a nasze tęsknoty, wysiłki i cierpienia lecą w przepaść obcą i... bezdenną... — rzekł spokojnie Mostowski, zgarniając łyżką pianę z barszczu.
— Cierpicie dla ludzkości!.. — wstawił grubym głosem Pierepiełow.
Długie, miękkie wąsy zadrgały nad kącikami ust Mostowskiego, ale nic nie odrzekł. Zresztą w tej chwili weszli Barański z Heffdingiem i powszechna uwaga zwróciła się ku nim. Pokazywali parę zastrzelonych przez siebie po drodze jarząbków.
— Całe stadko tutaj jest w tym gaju, wiedzą, że Mostowski szkody im nie zrobi, więc się tu chowają!..
— Trzeba będzie wybrać się kiedy na cały dzień z dubeltówką... Co, zgoda, chłopcy!? Choć co prawda koło mnie są niegorsze, nawet tłustsze... doprawdy!.. — dowodził basem Pierepiełow.
Toczyła się rozmowa bezładna, urywana, hałaśliwa, pozornie wesoła, a w gruncie rzeczy pusta i bezbarwna, wcale nieodpowiadająca smutkowi, tającemu się w oczach oraz rysach tych ludzi.
Wreszcie gospodarz zaprosił ich do stołu, obstawionego talerzami gorącego barszczu. Gdy usiedli, podszedł z kieliszkiem i butelką do Róży.
— Dziękuję! Wie pan, że nie piję!..
— No, tym razem... niech pani choć dotknie ustami!.. Będzie to do pewnego stopnia symbolem... A dzień ten doprawdy ma dla mnie poważne znaczenie!
— Cóż takiego? — spytała z niepokojem.
— Zaraz się pani dowie, niedługutko!.. Chwilkę cierpliwości... Muszę przedtym spełnić moje obowiązki gospodarza!.. — odparł, nalewając kieliszek.
Siedzący obok Róży Ćwieczkiewicz podniósł brwi i wstrzymał giestem anegdotkę, opowiadaną mu półgłosem przez Żurawkina.
— Wznoszę zdrowie gospodarza!.. Oby mu się wiodło we wszystkim! Niech ma urodzaje setne, zdrowie końskie, śpichrze pełne... — zaczął Pierepiełow.
— A głównie dużo... buraczków!.. — wtrącił Żurawkin.
— Istotnie barszcz wyborny!.. Ci Polacy mają jednak doprawdy rzeczy godne uwagi!.. Jakże on się przyrządza?!.. — pytał uprzejmie Muszkin.
— Nie jedz, Muszkin!.. To barszcz szlachecki z krwi chłopskich niemowląt!.. — żartował Zdrowy Rozsądek, podstawiając swój talerz Mostowskiemu, aby mu dolał zupy. — Chcesz, a dowiodę ci tego niezbicie!
— Nie trzeba!..
— A możeby kto powiedział speech?..
— Poczekajcie!.. Po deserze!.. — wstrzymywał ich Mostowski.
— A więc będzie i deser!?.. Doprawdy? Cóż to za uczta Lukullusowa? — rozśmiał się Ćwieczkiewicz.
— Powiedz — Baltazarowa!.. — wtrącił Żurawkin. — Mane-tekel... Pamiętasz?
— Jeden melon dojrzał w tym roku, ale tylko jeden!.. — objaśniał Mostowski.
— Ho, ho!.. Pokaż go!..
— Niech żyje Polska!..
— Cicho!.. Nie krzyczcie przed czasem!.. Zaczniemy go honorować po sprobowaniu fruktu!..
— Racja... Może on wart zaledwie... Prywislińskich gubernji.
— A wy zaraz... Polska...
— Tak!.. Tak!.. Ha!.. ha!..
— Kiepska z was „polityka“! To się robi powolutku, pocichutku!.. Niech czuje naszą dobrą wolę!.. Z początku samorząd, potym autonomję...
— Ach, Żurawkin, mógłbyś być nawet niezłym oberpolicmajstrem!..
— Dla czego nie ministrem!?.
— Oho!
— Na ministra byłbyś... za ostry... za wyraźny!
— Ja?.. Boże mię uchowaj!..
Tymczasem Mostowski, który znikł na chwilę ze dworu, ukazał się we drzwiach chaty z pięknym, żółto-plamistym, dość dużym melonem na półmisku.
Zabrzmiały oklaski i wesołe wołania:
— Wiwat hrabia!
— Niech żyje kultura!..
— Jak ślicznie pachnie!..
— Ach, ach! Jeszcze kieliszek wódki, a będzie mi się zdawało, że jestem na pasiece w ojczystej Malinówce...
Mostowski postawił melon przed panią Różą i podał jej nóż.
— Krajcie, krajcie, Różo Lwowno, a ino... sprawiedliwie! — wołano na nią zewsząd.
— Dobrze, ale Żurawkin powie mowę!..
— Owszem!.. Prosimy!
— Żurawkin ma głos!..
Ciężko uniósł się z miejsca rosły Żurawkin, nalał sobie wódki, pogładził łopaciastą brodę i czekał, aż się zupełnie uciszy.
— Szanowni słuchacze moi i współbiesiadnicy!.. Każdy z nas miał okres czasu, kiedy był kwiatem. Wszystko, wiadomo, zaczyna się od kwiatu! Płateczki naszych kielichów ciągnęły się ku słońcu, rwały w górę, drżały w podmuchach ciepłych wiatrów, pragnęły deszczu, tęskniły do burzy... Roje motyli, kolorowych jętek, miodonośnych pszczół oraz innych iluzji... unosiły się nad naszemi głowami, szepcząc o świecie, pełnym błękitnych tajemnic... Byliśmy dumni, dobrzy, wspaniałomyślni, a nadewszystko pewni siebie, gdyż potężna, zielona łodyga, ukryta w cieniu szerokich liści, zasilała nas obficie żyznemi sokami... Grubiała i pęczniała nasza zawięź z dnia na dzień i serce nasze biło pragnieniem czynu... Aż przyszedł dzień i rzuciliśmy w wir gorącej walki płatki naszych koron... Był to bolesny przewrót, upojny zgon, pełen jednak czarownych nadziei... Czuliśmy w sobie taką potęgę nadziei i wiary, że zmiana formy bytu nie martwiła nas... I nawet gdy zimno krwawego zachodu owiało nasze ogołocone z osłon czoła, nie ulękliśmy się go, nie zmartwili się, jeno zamknęli w mocną zawięź pewność naszą, że, bądź-co-bądź, przyjdzie dzień, a pękną zewnętrzne, twarde łuski i rozsypią się po świecie całym wyhodowane przez nas nasiona! Nawet gdy zacny los w osobie ogrodnika przykrył nas pewnego dnia szklaną bańką, nie utraciliśmy wiary w siebie, w swe przeznaczenie i nie ugięliśmy się, owszem mocniej zawarliśmy się w sobie i gromadziliśmy dalej w cichości to, co było naszym celem, naszym życiem, naszą treścią... Tężały dusze nasze w zamknięciu, zabezpieczone od wszelkich trosk światowych, grubiała na nas skorupa hartu i nie opuszczała na chwilę pewność, że oto, jeszcze trochę, troszeczkę tylko, a wzmogą się siły nasze do tyla, iż dźwigniemy w górę nasze ciała i pójdziemy w świat, rozbijając lub unosząc na sobie marne skorupy naszych więzień... Aż wżarły się te skorupy w boki nasze i zrozumieliśmy nagle, że powinniśmy to uczynić zaraz, natychmiast... Inaczej... zaczniemy gnić!.. To też gdy pewnego dnia ogrodnik uchylił szklanej bani, aby nam podłożyć pod boki miększe podstawki, sprobowaliśmy dźwignąć się... Okazało się jednak, że ciężar, ciężar własnego naszego jestestwa, ciężar nagromadzonych w nas wewnętrznych wartości jest ponad nasze siły... Po krótkim kołysaniu się legliśmy więc znowu na dawne miejsce, odkładając ponowną próbę do dogodniejszej chwili... I znów cicho płynęły nam dnie, gromadziliśmy dalej skarby wewnętrzne i cieszyliśmy się niezmiernie, że ciało nasze poczyna się lśnić od naszego wzrostu, że na powierzchnię naszą zaczyna wybijać złota żółtość dojrzałości... Najwyższy czas!.. szeptaliśmy sobie, czekając z niecierpliwością nowej okazji... I oto przyszedł znowu ogrodnik w niebieskim fartuchu, dotknął ręką naszego kadłuba i, poczuwszy ciepło wewnętrzne, odciął nas ostrym nożem z łodygi, zanim mieliśmy czas pomyśleć o oporze!.. Teraz... Róża Lwowna pokraje nasz symbol i da po kawałku zebranym tu, aby pokrzepili z kolei swą jaźń i wzmocnili swą... złotą dojrzałość!.. Skończyłem!..
Wypił wódki kieliszek i usiadł.
— Co, już koniec!?...
— Protestuję!
— Nic nie rozumiem... Bo jeżeli to ma się odnosić do nas, to wcale nie widzę związku...
— Po kolei, po kolei!.. Kto chce mówić? Proszę się zapisywać do głosu!
— Nikt nie chce mówić!.. Kto na takie brednie będzie odpowiadał!.. Melon, psujący się melon — naszym symbolem, według towarzysza Żurawkina.
— Najmniejszego nie widzę podobieństwa!..
— I nawet niedowcipne!..
— Przepraszam, ale ponieważ porównanie tyczy się nietylko nas, lecz całego kierunku, którego my jesteśmy tu przedstawicielami, więc prosiłbym o bliższe wyjaśnienie... — zwrócił się uroczyście Muszkin do mówcy.
Ten wstał i, najeżywszy brodę, odrzekł z sardonicznym uśmiechem
— A więc dobrze: cofam me porównanie i ogłaszam, że przeciwnie jesteśmy granitowemi kolumnami, Bajardami bez strachu i słabości...
— Nie o to chodzi!.. Jesteśmy ludźmi... wiadomo, ale...
— Czyste drwiny!..
— O sobie, o sobie!.. Niech mówi szanowny mówca przedewszystkim o sobie!..
— To też mówię i o sobie, ale... na jakiej zasadzie, naprzykład, my... my, odrzucający prawo własności na ziemię, odbieramy tutaj przemocą grunta u krajowców... Albo: czy zapracowane są przez nas pieniądze, przysyłane nam gdzieś tam niewiadomo skąd i pochodzące z niewiadomego źródła, może wyciśnięte z robotników fabrycznych albo chłopów... Takich sprzeczności pełne jest życie nasze!.. — zaczął zgryźliwie Żurawkin, rzucając bystre spojrzenie na rozmawiającego z Różą Ćwieczkiewicza.
Ten podniósł głowę i chwilę słuchał z drwiącym uśmiechem.
— Przepraszam, przepraszam!.. Jedno nie ma związku z drugim... Poprostu głupstwo!.. — grzmiał Pierepiełow.
Spór groził zamienić się w zwadę. Wtym Mostowski zadzwonił w brzeg szklanki.
— Pozwólcie mi, kochani goście, powiedzieć słów parę w zupełnie innej sprawie. Przed paru dniami skończył się mój termin osiedleńczy...
— Jak to?
— A tak — sześć lat pobytu tutaj! Prawo wymaga dziesięciu, lecz dzięki manifestom...
— Cóż z tego?... Mój skończył się przed dwoma laty, a siedzę wciąż!... — wtrącił grubym głosem Pierepiełow.
— Więc masz zamiar korzystać z tych praw? — spytał Ćwieczkiewicz.
— Tak, mam zamiar skorzystać!...
Zapanowało krótkie milczenie.
— W jakiż to sposób?...
— Zażądam wydania paszportu...
— Aha, i myślisz, że ci go dadzą!...
— Co za wzruszająca naiwność!...
— Sprobuję. W każdym razie uważam, że powinienem korzystać z przyznanych mi ulg...
— Ulg oburzających, praw niewoli! — gorączkował się Muszkin.
— Zostały mi narzucone jedne i drugie!... Nie ponoszę więc za nie odpowiedzialności!...
— Tymbardziej!... Korzystanie z nich uprawomocnia je... Jeżeli przynoszą nawet kruszynę polepszenia w jednym kierunku, to stokroć razy pognębiają nas w innych... Ślizka to droga i nie radziłbym wstępować na nią... Musimy odrzucać wszelkie prawa, pochodzące od naszych przeciwników, dobre czy złe... inaczej zaplączemy się w sprzecznościach...
— Jest to sprawa tak skromna, drobna i osobista, że nie uważam za rzecz odpowiednią podciągać ją pod reguły zasad!... — odparł spokojnie Mostowski.
— Niema rzeczy błahych i drobnych w życiu, szczególniej w naszym życiu, sprowadzonym do poziomu wegietowania... A zresztą nie uznaję tych rozgraniczeń!... Każdą sprawę można podnieść do godności symbolu... W każdą rzecz można tchnąć wielkiego ducha... — grzmiał Muszkin.
Mostowski nalewał, podawał gościom herbatę i nie odzywał się; uwaga i podniecenie zebranych słabły; część wygnańców wstała od stołu, rozproszyła się po podwórzu, poszła do koni, do ogrodu...
— Więc doprawdy wybierasz się stąd? Czemużeś nie mówił nic dotychczas? — pytał Ćwieczkiewicz Mostowskiego, przytrzymując go za rękaw, gdy mu przyniósł herbatę.
— Będziesz musiał uzyskać od jednej z tutejszych gmin chłopskich przyjęcie do swego grona... A to niełatwo... Już się rozpytywałem o to... — zauważył Pierepiełow.
— A po przyjęciu odbiorą ci ziemię, którą masz, a nie wydadzą paszportu, na który liczysz! Zobaczysz!... — doda! Żurawkin.
— Dokąd się podziejesz i co poczniesz wtedy? — pytał Ćwieczkiewicz.
Mostowski spojrzał na Różę, milczącą i zamyśloną.
— A jednak muszę!... Tak się składają okoliczności!
— Zapamiętaj to sobie jednak, że wolność przedewszystkim wymaga pieniędzy! Jest najkosztowniejszym ze współczesnych wyrobów! — dorzucił Zdrowy Rozsądek.
— I skąd ci się to wszystko wzięło... Wczoraj jeszcze lepiłeś uszka do barszczu z takim zapałem, że byłoby zuchwalstwem posądzić cię o jakikolwiek romantyzm!! — ciągnął z kieliszkiem w ręku.
— To też nie jest to wcale romantyzmem.
— Jak to nie jest romantyzmem? Rzucasz wszystko, co masz, i skaczesz jak skalny kozieł na łeb w najeżoną przeciwnościami przepaść!... Co do mnie, to skok taki nawet mi się okrutnie podoba, ale... psuje mi on twój obraz kulturalny, hrabio Mostowski!
— Czas do domu! — rzekła nagle pani Róża.
— Co znowu!... Jeszcze chwilkę! Co za pośpiech? — prosił Mostowski.
Ale pani Róża znalazła tysiące powodów, skłaniających ją do niezwłocznego powrotu, więc Ćwieczkiewicz acz niechętnie poszedł do koni, a za nim pośpieszyło dwuch młodych przybyłych z nim ludzi, którzy cały czas sprawnie jedli, pili, przysłuchiwali się z wielką ciekawością rozmowie, ale nie brali w niej wcale udziału.
Żurawkin zarzucił na rękę okrycie pani Róży i podał jej ramię.
Po odjeździe Ćwieczkiewicza ogólny nastrój obniżył się znacznie; Muszkin próbował wprawdzie dyskutować z Pierepiełowym, lecz ten palił spokojnie fajkę i nie odpowiadał; Zdrowy Rozsądek również milcząco popijał wódkę; milczeli Heffding i Barański, a Mostowski wstawiał tak krótkie i ogólnikowe repliki, że mówca rzekł mu otwarcie:
— Nie trudźcie się, gospodarzu! Widzę, że dzisiaj piwa z wami nie uwarzę! Czas wracać do domu... Jedź ze mną, Zdrowy Rozsądku!... Co?.. Zgoda?!
— W charakterze niby... piorunochronu?... Owszem!... Ale pamiętaj, że w razie okrutniejszego nacisku mogę cię zdradzić, gdyż łaski pani Muszkinowej droższe mi są niż twoje!... Doprawdy!.. Mówię szczerze!
— Ano, zgoda!... Cóż robić! Zawszeć w towarzystwie i śmierć będzie milszą!.. — rozśmiał się Muszkin.
Odjechali, a za niemi niedługo wyruszył Pierepiełow, władowawszy na wóz worek ziemniaków, pożyczony Mostowskiemu na wiosnę.
Został Barański i Heffding.
— Siadajcie!... Przecież wy nie macie się do czego śpieszyć... Nie macie ani żony, ani dzieci, ani żadnej rzeczy z przykazania Bożego!... Doprawdy, napijemy się herbaty, pogadamy!.. — zapraszał ich Mostowski.
Usiedli napowrót, jacyś niezwykle poważni i sztywni...
— Cóż tam u was słychać!? Widzę, że macie mi nawet coś do powiedzenia! No, no, odważnie!... Zaczynaj, Barański, tyś mówniejszy... — zwrócił się do bladego ospowatego blondyna.
— Bo proszę towarzysza, taka rzecz, że my chcemy... uciekać!...
— A no wiem!
— Więc to, co towarzysz powiedział... jakoś z tym... nie idzie!
— Jak to nie idzie?...
— Jak my uciekniemy, to ten paszport towarzyszowi wstrzymają, albo nawet zupełnie nie dadzą!..
— Zapewne, lecz wy już trzy lata uciekacie a jakoś wciąż siedzicie na miejscu...
— Tym razem uciekniemy napewno! — wtrącił Heffding i śniada jego twarz, ciemnemi okolona włosami, rozjaśniła się nagle wesołym błyskiem
— Nowy widzę projekt!..
— Tym razem już nie projekt, towarzyszu, a plan!.. — poprawił go poważnie Barański.
— Aha, plan!?... Sypcie wasz plan!.. O co chodzi?...
— Uciekamy nowym sposobem: łodzią, a potym przez morze!...
Mostowski rozśmiał się:
— Plan wcale nie nowy. Słyszeliście pewnie, że z Wierchojańska uciekała przed laty w ten sposób cała kolonja wygnańcza i że ją najspokojniej złapano przy ujściu rzeki...
— Właśnie!.. Heffding widział jednego z nich w mieście i on mu wszystko wytłumaczył... Oni mieli za ciężką łódkę...
— Nasza łódź będzie mała i lekka jak jaskółka!.. — wtrącił z rozmarzeniem Heffding.
— Któż ją zrobi?
— Heffding. Wiecie przecież, towarzyszu, że on stolarz. Nawet już zaczął i bardzo dobrze mu idzie!.. Zwieźliśmy deski...
— Toście poto pożyczali u mnie konia...
— Poto, towarzyszu...
Przez chwilę milczeli.
— Szkoda, żeście mi nie powiedzieli... Wolałbym wam dać pieniędzy na wynajęcie zaprzęgu u Jakuta... Tak istotnie możecie mnie wplątać!...
— Myśmy nie wiedzieli o waszych zamiarach względem paszportu... A nie mówiliśmy, bo od gadania to tylko niechęć...
— Myśleliśmy, że jak was przyprowadzimy do gotowej łodzi, to w was serce zagra!... — wstawił Heffding.
— I pojedziecie z nami!... — dorzucił Barański. — Nawet rozmiary łodzi obliczyliśmy na trzech...
— A z waszego paszportu nic nie będzie!.. — zaczął znowu Heffding. — Stąd nikomu jeszcze paszportu nie dali, tutejszy kraj przeznaczony jest na piekło wieczne... Tylko będziecie mieli przykrości w tych ich biurach... Naurągają wam i tyle...
— Doprawdy, namyślcie się, towarzyszu... Byłby to taki szyk, gdybyście z nami pojechali...
— Ach, przyjaciele moi, sami nie wiecie, co mówicie!.. Tysiące mil... Przeszkody i trudy nie do przebycia...
— Wiemy, wiemy... lody!.. Ale my naszą łódź lekką wyciągniemy na krę, przewleczemy na drugą stronę i hajda! — odrzekł szybko Heffding i zrobił ruch ręką...
Mostowski patrzał nań ze zdumieniem.
— Wichry, fale, wiry... A pożywienie? Skąd weźmiecie pożywienia?... — powtórzył.
— Weźmiemy z sobą broń, sieci!... Tam ptactwa nieprzejrzane chmary, a ryb, powiadają, tyle, że wiosło je z wody wyrzuca!.. — dowodził Heffding.
— Zginiecie. Dziewięćdziesiąt dziewięć na sto, że zginiecie!...
— A tu nie zginiemy?... I tu zginiemy. Każdy człowiek wkońcu umiera!.. — zauważył Barański. — I jaki zysk z tego życia tutaj... Co tu jest?... Nic niema... Wciąż siedzisz, jak mysz pod miotłą, boisz się, żeby ci czego nawet bez żadnego powodu nie zrobili... Gdy ktoś coś zbroi, a kogo nawet nie znasz i z kim się wcale nie zgadzasz, jak naprzykład my, co jesteśmy z innej partji, ty odpowiadasz!.. Nieprzymierzając jak i was, towarzyszu, czepiać się będą za nas... Dla tego, towarzyszu, chcielibyśmy, żebyście do nas przystali... Myśmy nawet w tym zamiarze łódź większą... — powtórzył z naciskiem.
Mostowski milczał chwilkę, poczym potrząsnął siwiejącą głową.
— Nie, kochani moi, ja swoje wysłużyłem... Nie darmo przecie znosiłem wszystko lat tyle... Widzicie, jeżeli dostanę teraz paszport, to za pięć lat będę mógł wrócić do kraju... Do kraju! Czy wy to rozumiecie!.. Zupełnie jawnie... Będę mógł zamieszkać, gdzie zechcę, i robić, co zechcę!.. O tej chwili marzyłem całe długie lata, zrozumcie to... I ona dawała mi siłę...
Urwał.
— Tak, my to rozumiemy, towarzyszu... My też... Dla tego właśnie... pójdziemy na wszystko... — gadali jeden przez drugiego.
Mostowski patrzał na ich oczy gorejące, na zapłonione twarze i trząsł głową.
— Nie, to się nie uda!...
— Więc co? Więc siedzieć tu!.. Ożenić się z jaką tutejszą i zupełnie się pogrzebać?... — zaczął żałośnie Barański.
— Nie, tego nie mówię!... Poco zaraz się żenić, poco grzebać... Trwają przecież ludzie, żyją lata...
— Nie, my uciekniemy z wami, czy bez was... To już postanowione!... — przerwał mu twardo Heffding.
— W takim razie trzeba pomyśleć, jak to zrobić, żebyście mnie nie zgubili, bo na to się zgodzić nie mogę!...
Teraz oni z kolei zwiesili głowy.
— Jak to zrobić, my nie wiemy! My możemy tylko już nic więcej od was nie brać!.. — rzucił Heffding.
— To nie ma znaczenia. Jak wy uciekniecie, to wszyscy my tutaj będziemy odpowiadać... Wiecie o tym dobrze... Mówiliście sami przed chwilą...
— Więc dla tego mamy siedzieć na łańcuchu?... A wy niby nas pilnować będziecie!... — wybuchnął Heffding.
— Nie mówię tego. Owszem pomogę wam... ale i wy powinniście pomyśleć o innych...
— To też myślimy!.. Jedźcie z nami!.. — znowu prosił Barański.
— Nie, o tym niema mowy... Wasze przedsięwzięcie to jawne szaleństwo... Powiedzcie mi jednak, kiedy się wybieracie?...
— Na wiosnę. Jak powódź przyjdzie. Wtedy wprost od naszej jurty można przetokami wydostać się na rzekę, zgubić wszelki ślad w wyspach, w rokicinach i niepostrzeżenie przemknąć się na północ...
— Do Oceanu Lodowatego, a potym Oceanem wzdłuż brzegów do Ameryki... — dokończył Mostowski. — Ach szaleńcy, szaleńcy!.. Toż waszą łupinę chlust morza rozbije u pierwszych skał...
— Może i nie rozbije!... Będziemy mieli żagiel, będziemy je zdala omijać!..
Mostowski wzruszył bezradnie ramionami.
— Pojęcia nie macie o tym, na co się ważycie!..
— Dla tego chcielibyśmy, żebyście wy albo kto z was... — zaczął znowu żałośnie Barański.
— Kto naprzykład: Zdrowy Rozsądek?..
— No temu, to nawet nie powiemy. Onby nas bez morza na suchym utopił...
— Ćwieczkiewiczowi też nie powiecie...
— Jemu choćbyśmy powiedzieli, to on od swej Róży nie odjedzie.
Lewy wąs Mostowskiego drgnął boleśnie.
— Od jakiej Róży?..
— Ano od Róży Lwowny... Mówią przecież, że ma się z nią żenić!...
— I wygląda na to!..
— To nieprawda!.. Róża Lwowna ma narzeczonego w ciężkich robotach i za nikogo zamąż nie wyjdzie!
Znowu milczeli chwileczkę.
— Więc może powiedzieć Ćwieczkiewiczowi? Jak uważacie, towarzyszu?
— Uważam, że nie należy mówić, gdyż z tego nic nie będzie!.. Nikt się na ten wasz szalony plan nie zgodzi.
Nic nie odrzekli, ale po pochyleniu ich głów, po wyrazie twarzy odgadł upór niezłomny, postanowienie niecofnione.
— Jeżelibyście, towarzyszu, pośpieszyli się, to moglibyście stąd przed nami odjechać... — zaczął łagodnie Heffding.
— Właśnie, chciałem to powiedzieć!... — podchwycił Barański.
— Nie o to chodzi!.. — Żal mi was, chłopcy!.. — zaczął z troską Mostowski.
— I zupełnie bez powodu! Nam dobrze będzie, towarzyszu; ta zima — taka zawsze straszna, tęskna, ciemna, okrutna — przeleci nam jak strzała, nawet za krótka będzie, a potym jeżeli nawet zginiemy, to dobrze zginiemy...
— Ile świata zobaczymy, ile przygód... A może się uda!.. Ech! Towarzyszu, namyślcie się! — szepnął gorąco Heffding.
— Dobrze, dobrze!.. — uśmiechnął się Mostowski. — Opowiedzcie szczegółowo, co wy tam majstrujecie i jak... Wszystko opowiedzcie...
Więc zaczęli jak dzieci jeden przez drugiego snuć przed nim swoje rojenia.
Ich zapał, odwaga, wiara i przedsiębiorczość zaraziły go na krótką chwilę, słuchał z wielkim zajęciem i sam im lepsze myśli poddawał.
— Widzicie, towarzyszu, to nie jest takie złe, więc może się skusicie!..
— Nie!.. Tylko w tych dniach jadę do miasta starać się o paszport!.. Cobyście wy sami o mnie pomyśleli, gdybym nie spróbował przedtym tej drogi...
— Sprobujcie, towarzyszu, sprobujcie... Mybyśmy jej pewnie sami sprobowali, gdybyśmy ją mieli. Ale nam żal...
— Może wam co kupić w mieście?... Może wam co trzeba...
— Trzebaby świderków, ot, takich... i gwoździ. I blachyby trzeba mosiężnej... Bo dla morskiej wody, to, powiadają, dobra mosiężna... — zaczął mu wykładać Heffding.
Przesiedzieli u płonącego ogniska całą noc.
Mżył zimny deszczyk jesienny i mgły tłukły się nad okolicą. Szerokim gościńcem zdążał powoli ku chmurnie rysującemu się w dali miastu ciężki, jednokonny wóz chłopski, wrzynając się głęboko kutemi kołami w rozmokłą ziemię. Na wozie otuleni w grube derki siedzieli Mostowski ze Zdrowym Rozsądkiem.
— Licho nadało z deszczem!.. Jedyna pociecha, że człowiek będzie miał prawo odrazu golnąć porządnie wódeczki!.. Ciekawy jestem, kogo też zastaniemy w mieście?.. — gadał Zdrowy Rozsądek, kuląc się, okrywając derą i podzwaniając zcicha zębami.
Mostowski co chwila ruszał niecierpliwie lejcami i podcinał zmęczonego konia.
— Gorzej, że nie znajdziemy miejsca na ogólnej kwaterze; po żniwach przyjechało pewnie dużo ludzi z ułusów...
— Nie myślę. Dopóki rzeka nie zamarznie, dojazd z tamtej strony utrudniony.
— Starczy i z tego brzegu!... — odrzekł niechętnie Mostowski.
W mieście na ulicach rozrobione kołami błoto zdawało się być jeszcze głębszym, gęstszym i czarniejszym. Koń ledwie ciągnął wóz, kołyszący się na wybojach jak miotana burzą łódź.
Z wielkim trudem wjechali nareszcie przez rozwartą szeroko bramę na małe, ogrodzone zmurszałym parkanem, straszliwie zaśmiecone podwórko. Z boku czerniał drewniany dom na podmurowaniu, wychodzący dwoma oknami na ulicę.
Na skrzyp wozu ukazała się na ganeczku gruba baba w mocno podkasanej brudnej spodnicy, z pod której wyglądały grube nogi w męskich, zabłoconych butach.
— Ach, to wy, Wołgin! I pan Mostowski!... — zawołała z uciechą. — Cóż kiedy niema miejsca. Śpią na ziemi jeden koło drugiego jak snopy w zasieku!...
— A dużo?...
— Dużo. Dwunastu!.. Jest Carewski z tamtej strony, Sonnenfeld, Orlenko!..
— Orlenko!?.. Doprawdy?.. To najważniejsza. Może się, Matrona Iwanówna, jakoś te snopy upchnie i dla nas miejsce znajdzie! — dowodził z ożywieniem Zdrowy Rozsądek.
Matrona Iwanówna wzruszyła beznadziejnie pulchnemi ramionami.
— Nie wiem!.. Bardzo ciasno!.. Chyba, że Orlenko dla was to zrobi!..
— Ależ zrobi!.. „Tytan“ dla „tytana“ nie miałby zrobić?.. Może nawet i tego „pigmeja“ uda się przemycić! Za moją protekcją! Co? — wskazał na Mostowskiego. Ten w milczeniu konia wyprzęgał.
— O mnie się nie troszcz!.. W ostateczności pójdę do „powstańców“!.. Byleście mi konia wzięli w opiekę, Matrono Iwanówno!..
— Z największą chęcią!.. Chociaż może jeszcze da się co zrobić... Może który na stole się położy!..
— Właśnie! Jak się pomyśli, to się wymyśli!.. Rzecz w tym, żeby ten leniwy mózg do myślenia zmusić!.. Myślcie więc, Matrono Iwanówno, myślcie bez wytchnienia, gdyż wcale a wcale nie mam zamiaru opuszczać was, nawet wychodzić z domu w takie błoto na miasto!.. Pojmujecie przecie, że nie dla spacerów przyjechałem tutaj, Matrono Iwanówno... Skoro zaś jest Orlenko, to jest wszystko!
Baba rozśmiała się i poprawiła spódnicę.
— Kiedy go niema! Wyszedł!...
— Wróci, wróci!.. — uspokajał ją Zdrowy Rozsądek. — A tymczasem nastawcie samowar i przynieście na początek butelkę wódki!
W ciemnej, posępnej izbie siedział pod oknem szczupły jegomość w niebieskich okularach i pilnie czytał książkę.
Gdy weszli, oderwał wzrok na chwilę od białych kartek i, powitawszy ich krótkim okrzykiem oraz uściśnieniem ręki, zagadał prędko, jakby podjął dalszy ciąg przed chwilą przerwanej rozmowy:
— Wyborny artykuł!.. Mówię wam: jasno jak na dłoni, że dalej tak iść nie może, że finanse państwa stoją już na skraju bankructwa, że głód stał się chronicznym zjawiskiem w dwuch trzecich całego terytorjum, że administracja nic nie warta, że środki rządowe są doprowadzone do ostateczności i bezsilne — słowem, że stanęliśmy u kresu, że dalej w tym kierunku posuwać się niepodobna, że reakcja sama siebie pożarła...
— Daj pokój, Sonnenfeld!.. Za każdym razem mi to mówisz i długo jeszcze mówić będziesz... To tylko postęp ma granice, reakcja nie ma granic, gdyż przecie ludzie od wielu tysięcy lat stawali się zwolna z małpy człowiekiem, a więc tysiące lat trwać może ich odwrót do małpy. Nadto jeszcze pozostanie długa droga od małpy do ameby... Co, może nie?..
— Więc co? więc ty może odrzucasz prawo akcji i reakcji? Więc twierdzisz, że trzeba siedzieć z założonemi rękami?...
— Przedewszystkim siadaj z nami do herbaty i rąk nie zakładaj, ale sięgaj po to, co Bóg i Matrona Iwanówna da. Następnie powiedz, gdzie jest Orlenko?
— Nie wiem. Pewnie gdzie pije!.. — odparł sucho Sonnenfeld.
— Pije?! Co to jest: pije?! Zaraz używasz takich dosadnych wyrażeń.. A niby to socjolog! Powiedz: przebywa w drodze ku „nieświadomemu“!.. Czytałeś Hartmana? Nie!.. Ach wy „pigmeje“ z nosem wiecznie utkwionym w politycznej ekonomji... Myślicie, że na towarach, obrotach, rencie, podaży i popycie — świat się kończy. Ty spojrzyj wokoło siebie, jaka moc ludzi nic nie ma i nic nawet mieć nie chce! A wy powiadacie, że człowiek jest przedewszystkim istotą chciwą i z tego już wyprowadzacie drogą dedukcji...
— Wcale nie dedukcji! Przeciwnie!.. — bronił się Sonnenfeld.
Ale Zdrowy Rozsądek nie pozwalał mu przytoczyć żadnych poważniejszych dowodów, obracał wszystko w żart, w nonsens, w drwiny, a skończył podaniem mu kieliszka wódki.
Sonnenfeld podniósł ręce w górę jak od żmii.
— Co?.. Ja? Ja nie piję!.. Wiesz przecie!..
— Nigdy nie należy tracić nadziei nawrócenia najgorszego grzesznika!.. Jesteś niby poważny człowiek, a powiedz mi, na jakiej podstawie tak potępiasz pijaństwo? Czyś był kiedy pijany?..
— Boże mię uchowaj!.. Pozbawiać się rozsądku, którego wogóle ludzie mają nie za dużo!
— A poco ci rozsądek?..
— Jak to poco?.. Żebym... żebym myślał, żebym był człowiekiem...
— A poco być człowiekiem?..
Sonnenfeld patrzał nań osłupiały...
— Jak to, poco być człowiekiem!.. Jestem człowiekiem!.. Człowiek jest istotą rozumną!..
— Otóż, mój kochany, najrozumniejsi, najszlachetniejsi ludzie w Rosji byli pijakami... im lepszy człowiek, tym więcej musi pić, gdyż jedynie w stanie nietrzeźwym czuje się... pełno-prawnym obywatelem! Ty tego nie rozumiesz, boś nigdy nie przekraczał granic porządku, akuratności i umiarkowania... Przyznaj się!.. Ale sprobuj tylko przekroczyć tę mieszczańską granicę, a zobaczysz, jak tam poetycznie, przestronno, jasno... barwnie i... wzniośle, tak, wzniośle!.. Przeklęte wątpliwości znikają, niema wahań, niema względów i względzików, niema wszystko znieprawiającego tchórzostwa... Osobnik czuje się wolnym, jak orzeł, czyni to tylko, co mu się podoba, przed nikim nie jest odpowiedzialny, skłania się tam, gdzie go pcha upodobanie, nie myśli o przeszkodach, nie ogląda się na następstwa... Jest bezwzględnie szczerym z samym sobą i ze światem całym... Mówię ci — stan boski!... I w dodatku bardzo rewolucyjny, gdyż zło świata jest tak potężne, iż jedynie po pijanemu można się nań rzucać...
— Protestuję przeciw użyciu wyrazu „rewolucyjny“ w tej głupiej sprawie!.. — wołał Sonnenfeld.
— Protestuj, ale pij!.... My pijąc właśnie protestujemy!.. Nie darmo zwiemy się „tytanami“! Sprobuj, niewierny Tomaszu, raz sprobuj, a wiecznie będziesz tego rajskiego stanu pożądał!.. — dowodził Zdrowy Rozsądek, podsuwając mu kieliszek.
Mostowski wypił swoją herbatę, wstał, ubrał się, aby wyjść, a oni wciąż jeszcze przekomarzali się. Śpieszył do powiatu, gdzie miał nadzieję zastać na wieczornym posiedzeniu naczelnika i zaraz mu sprawę swoją przedstawić.
Powiat mieścił się w nizkim, parterowym domu z dużemi zakurzonemi oknami. Wprost z ulicy wchodziło się do oszklonej sionki, a stamtąd do biura, gdzie stał długi stół z „ziercałami“, księgami, pieczęciami, przyborami do pisania, a za nim pod ścianą — trzy fotele.
Mostowski bardzo się ucieszył, dostrzegszy w środkowym opasłą postać naczelnika powiatu. Wyjął więc swą prośbę i z ukłonem zbliżył się ku niemu.
Ale urzędnik udawał, że go nie widzi i dalej przeglądał leżące przed nim papiery. Mostowski cofnął się o krok i stanął skromnie na boku.
Długo tam stał; mimo niego przechodzili urzędnicy, niosąc do podpisania wygotowane rozporządzenia, kwity, sprawy, przedstawiali je naczelnikowi, odbierali wskazówki, ale spojrzenie dygnitarza ani razu nie skierowało się w stronę Mostowskiego. Właśnie podniósł się z krzesła z ciężkim sapnięciem; Mostowski zbliżył się ku niemu i ruchem stanowczym podał papier.
— A, to pan?.. Cóż takiego... Aha, prośba!... Dziś już sesja zamknięta!.. Jutro!..
— Moja sprawa nie zajmie dużo czasu panu naczelnikowi. Podałem już w tej kwestji prośbę przed paru tygodniami. Nie dostałem jednak odpowiedzi... Obecnie ją ponawiam.
— Coś sobie przypominam!.. Pan prosi o paszport. Osiedleńcom się paszportów nie wydaje...
— Właśnie chciałem prosić w tym celu o pozwolenie zapisania się do jakiej gminy włościańskiej...
— Do gminy włościańskiej? Do jakiej gminy, trzeba wymienić!..
— Nie wiem jeszcze! Do jakiejkolwiek...
— Nie wie pan?... Więc poco mi pan czas zabiera?...
— Gmin włościańskich niema w mojej okolicy. Wokoło jakuckie naslegi, do których niewolno zapisywać się osiedleńcom. Gminy leżą o paręset wiorst na pocztowym trakcie. Więc właśnie chciałem prosić o pozwolenie wyjazdu na trakt, aby tam w jakiej gminie uzyskać uchwałę.
— A, to co innego. Na trakcie pocztowym niewolno mieszkać politycznym...
— Ależ ja nie chcę mieszkać, wezmę zaraz paszport... Zresztą gdziekolwiek indziej... Niech mi pan naczelnik wskaże! Wszystko mi jedno gdzie... Przecież prawo pozwala...
— Prawo, prawo!... Proszę mi prawem oczu nie wykłuwać!.. Prawo nie dla was pisane!.. Zwalczacie je, a wciąż macie na ustach... Zresztą powtarzam, że nie mam dziś czasu!..
Skinął na kozaka, który stał przy drzwiach z futrzanym szynelem w ręku i ciekawie przyglądał się Mostowskiemu.
Ten wyciągniętą rękę z papierem cofnął, ale zimnych, spokojnych oczu z naczelnika nie spuszczał.
Urzędnik, sapiąc gniewnie, przeszedł mimo niego, i rozstawiwszy szeroko ręce, pozwolił kozakowi wdziać futro na siebie.
— Dobrze, przyjdę jutro!.. — szepnął wygnaniec w chwili, gdy naczelnik już był na progu.
— Nic z tego nie będzie, Iwanie Kazimierzowiczu, napróżno tylko nas i siebie niepokoicie!.. — zauważył konfidencjonalnie sekretarz, do którego Mostowski z kolei podszedł z zapytaniem o listy i gazety.
— Dla czegóż to „nie ma nic być“?.. Czytaliście mi przecież manifesty, nawet musiałem wydać pokwitowanie, że zapoznano mię z ich treścią... Tam stoi wyraźnie, że po tylu i tylu latach mam prawo...
— Tak, to tak!.. Ale kto za was poręczy, że jak się znowu tam znajdziecie, to nie zbroicie czego?... A wtedy do nas się wezmą: kto go puścił?.. dla czego? Z jakiej racji?.. Nie pogładzą nas po głowie w takim wypadku!.. Nie... A nikt sobie źle nie życzy... Co, nieprawda, hę?... Gdybyście wy choć jaką obietnicę zrobili, wyrazili skruchę za przewinienia młodości... wyrzeczenie się błędów uczynili... możnaby jeszcze rozpatrzyć... okoliczności łagodzące, przedstawić władzy głównej... Ale tak jak wy: paragrafy i paragrafy!.. Co paragrafy?!.. My sami dobrze paragrafy znamy... W każdym paragrafie jest niejasność i w tym mądrość cała i wola władzy się ukrywa... Więc wy już lepiej z paragrafami dajcie spokój! A postarajcie się, żeby z góry przyszedł wprost rozkaz: uwolnić go za skruchę i dobre sprawowanie się, albo jeszcze lepiej za położone dla ojczyzny zasługi... Wtedy my z radosnym sercem wydamy wam wszystko niezwłocznie... Przecież i my nie jesteśmy z kamienia!
— Jednak ja sprobuję jeszcze na paragrafie!... W ostatecznym razie poproszę... o odmowę na piśmie!
— Ha, sprobujcie!.. Życzę wam z duszy serca powodzenia!.. Z przyjemnością wam napiszę, co postanowi Adrjan Walentinowicz, ale widzieliście sami, że i on nie ma ochoty...
Adrjan Walentinowicz było to imię naczelnika powiatu.
Mostowski, przygotowany na podobne przeszkody, wracał na ogólną kwaterę wcale nie zrażony. Po drodze wstąpił do małego, leżącego przy tejsamej ulicy domku i spytał wyszła na jego stukanie dziewczynkę o Kuźniecowa.
— Jest, jest!.. — zawołał z sąsiedniego pokoju wesoły głos i na progu ukazał się rosły mężczyzna z długą, siwą brodą.
— A to ty, Mostowski!.. Chodź, chodź!.. Cóż się z tobą dzieje?.. Przywarowałeś cichutko i nic się o tobie dowiedzieć nie można!.. Czy to prawda, że podajesz prośbę o ułaskawienie?..
Mostowski oczy szeroko otworzył.
— Ja!?..
— No tak, byłem pewny, że to plotka!.. Znam cię przecież nie od dziś... Siadaj więc i mów, co i jak?.. Chcesz herbaty?.. Imbryk świeżo zaparzony!..
Wprowadził gościa do małej stancyjki, zajętej przez łóżko i stosy książek, map, papierów...
— A cóż ty porabiasz?..
— Pracuję dalej nad klimatem tej części Syberji... Niesłychane, mówię ci, rzeczy! Wprost przewrót zupełny w nauce... Sprzeczność zasadnicza ze wszystkiemi teorjami... — mówił z zapałem, zdejmując z krzesła książki, aby gościa posadzić.
Mostowski również się ożywił, zaczął rozpytywać o szczegóły i wstawiać swoje uwagi.
Odbiegli daleko, daleko od nędzy i sromoty swego obecnego życia; skąpali się w cichych, błękitnych toniach czystych rozmyślań i subtelnych wnioskowań...
Po tych wycieczkach poczuł się Mostowski spokojniejszym, mężniejszym, choć bardziej znużonym i smutniejszym niż zwykle.
Gdy wyszedł od Kuźniecowa, było już późno. Na ciemnych, zabłoconych ulicach ledwie tu i owdzie błyszczały w oknach nieliczne światełka. Wiatr ustał i deszcz nie padał, było martwo i cicho jak w grobie.
Mostowski zszedł na środek ulicy i chlupał samotnie po błocie, trzymając się zdala od zdradzieckich węgłów i podejrzliwie pochylonych parkanów.
Lecz skoro stanął w bramie domu zacnej Matrony Iwanówny, uderzył go odrazu głuchy gwar głosów i miganie światła, przedzierającego się przez zamknięte okiennice, gdy zaś drzwi mieszkania rzył, buchnął nań wprost hałas i kłęby zgęszczonego, zadymionego powietrza. Roiło się tam od ludzi stojących i siedzących jeden prawie obok drugiego.
— Kto?...
— Mostowski!..
— Witaj!.. Witaj!.. Wieczność nie widziany hrabio! Gdzież to się obracasz!?..
— Dawajcie go tutaj!.. — wołał Zdrowy Rozsądek.
— Mostowski, czeka cię kielich nalany, spełnij go, jak przystało potomkowi polskich magnatów, co to za króla Sasa...
Mostowski nie odpowiedział; witał wkoło znajomych, ściskając wyciągające się doń ręce. Dopiero po długiej chwili, gdy znalazł się przy stole, wypił podany kieliszek i zagryzł grubo posolonym Chlebem razowym.
— Brrr!.. Zimno!..
— Właśnie!.. Rozboju możemy się nie obawiać nawet w taką noc, ale katar, katar nie daruje!.. Może drugi wypijesz, hrabio? — częstował go gruby, tęgi wygnaniec z twarzą Ormianina.
— Dziękuję!.. Skądże to dzisiaj taka feta, na czyją cześć?
— Na czyj rachunek, chciałeś pewnie powiedzieć!..
— Orlence przysłali z domu 50 rubli!.. Widzisz, jak śpiewa, niczym słowik!..
Orlenko, smukły, czarnobrewy chochoł w wysokiej smuszkowej czapce na głowie, stał w tłumie ze szklanką w ręku i wywodził pięknym tenorem:
Czy baczysz, lasze,
Jak kozak plasze
Na sywim koniu horoju...
— Przestań, Orlenko! Tu Mostowski, on twojej wódki pić nie będzie!.. Doprawdy, lepiejbyś zaśpiewał:
Idzie po drodze,
I brzęczą łańcuchy...
— Głupstwo!... Ja nic przeciw panu Mostowskiemu nie śpiewam!.. Ja śpiewam przeciw „lachiw i paniw“... Wony nas uhnitały!.. — bronił się Orlenko.
— To było dawno, Orlenko!..
— Wszystko jedno, czy dawno, czy niedawno.. Harna piosenka!.. Pan Mostowski sam powinien z nami ją śpiewać!.. Przecie on nie za „paniw“...
— Rozumie się!.. Wal!.. — podtrzymał go pijanym głosem Carewski. — „Pigmej“ on, jeżeli na takie rzeczy zwraca uwagę... Nacjo-na-lista wązki... nacjo-na-lista!..
Z rusz-ny-ci hrjane,
Aż serce wjane,
A lach zi strachu wmiraje...
wywodził dalej Orlenko.
— Protestuję, protestuję!.. — krzyczał Zdrowy Rozsądek.
— Panowie, panowie, zapomnieliście naszą ustawę: niewolno wszczynać kwestji poważnych! — oponował do Ormianina podobny grubas.
— „Pigmej“ jesteś!.. Wszyscyście pigmeje!... — wołał Carewski.
— Kto „pigmej“?!.. Ja wam pokażę, co ja za „pigmej“!.. Hej, szklankę wódki... jednym tchem!.. Nalać mi zaraz! Ale i ty, Carewski, musisz wypić!.. — rzucał się Zdrowy Rozsądek.
— A potem przejdzie się kolejno po jednej desce!.. Zobaczymy, kto „tytan“, kto „pigmej“!..
— Wybornie! Zróbcie miejsce!.. Panowie, miejsce!..
Zebrani prawie że spłaszczyli się pod ścianami, aby utworzyć wolne przejście dla zapaśników pośrodku izby.
Mostowski zmieszał się z tłumem. Sonnenfeld schwycił go za rękę:
— Gdzieżeście byli?..
— U Kuźniecowa!..
— Ciekawe stary prowadzi badania!.. Dziwna w tym człowieku dusza, niezłomna, wiecznie młoda!.. Tyle wycierpiał, wszystko wytrzymał i taka dobroć, taka jasność!.. My młodzi słabsi jesteśmy od was!.. W porównaniu z wami karły...
— O śnie widzę marzyć tu niepodobna!.. — przerwał mu Mostowski. — A muszę się wyspać i mieć jutro świeżą głowę...
Zagłuszyły go grzmiące oklaski.
— Hurra!.. Hurra!.. Niech żyją!.. Obaj!..
— A teraz wszyscy po szklance!..
— Nalewać!.. Matrona Iwanówna, szklanek!..
Zrobił się ruch, rozemknięty i zastygły na chwilę tłum znowu się zwarł i zakłębił. — Ktoś tańczył pośrodku kozaka, mocno wystukując nogami. — Mostowski ostrożnie przepychał się ku drzwiom
— Uciekasz?..
— Dokąd?..
Pytali go, zatrzymując po drodze.
— Pójdę do rodaków, może mię przytulą, zmęczony jestem bardzo, a muszę wypocząć...
— Szczęśliwy jesteś, że masz gdzie!..
— Protestujcie... Niepodobna przecież zadawać wszystkim takiego gwałtu.
— Przegłosują nas!.. Jesteśmy w mniejszości!
— Prócz tego Matrona Iwanówna dobrze na tym zarobi, jest więc po ich stronie!
— Niech hulają!.. Lepiej, że tu wśród swoich to robią, niż gdzieś po spelunkach!.. Życie po ułusach i wogóle życie obecnie na świecie taka zmora, że nie dziwię się im!.. Gdybym miał zdrowie, sambym pił!.. — bronił towarzyszy chudy, kaszlący wygnaniec.
— Wcale ich też nie ganię, chociaż... — mówił Mostowski, ubierając się... — chociaż można czasami, ale nie wciąż! Nie przysparza to nam powagi!..
— Do djabła powaga!.. Jaka powaga?.. Któż to tutaj śmie nam wyrażać szacunek, albo go odmawiać... Kto śmie? Łyki tutejsze i gryzipiórki, pijawki i łapownicy!.. — wybuchnął ktoś z tłumu.
— Hej, słyszycie panowie?
Nic nam kraty,
Nic łańcuchy...
Mostowski już był za progiem. Serce mu ściskało się. Wielu z tych ludzi znał dobrze, cenił ich zacne serca i bohaterską przeszłość, lecz pomimo wyrozumiałości nie mógł się oprzeć uczuciu odrazy.
— Hańba ludom, co własne krzyżuje proroki!..
Szedł szybko przez jeszcze bardziej mroczne, zupełnie już wygasłe, wymarłe ulice. Cienie parkanów i budowli ledwie-ledwie majaczyły w ciemnościach. Z trudem odszukał Mostowski znany sobie zaułek, ale nie był pewny, czy przed właściwą zatrzymał się furtką, dopiero ujadanie psa z wewnątrz przekonało go, że się nie myli; więc mocniej zastukał. Długo jednak ponawiał kołatanie, zanim zabłysło światełko w zagasłych okienkach, skrzypnęły drzwi i zacłapały za parkanem kroki.
— Kto tam?..
— Swój, Mostowski!..
— Ach, pan Mostowski!.. Cóż to pana sprowadza? Zaraz, zaraz!..
Zazgrzytał klucz i odsunęły się rygle.
— Przepraszam, że tak późno!..
— Nic nie szkodzi, bardzo prosimy!.. Pan Grzegorzewski będzie bardzo rad!.. Niech pan idzie!.. Zna pan przecież drogę... Ja tutaj muszę zawory dobrze zamknąć i drągiem podeprzeć, bo to niebezpiecznie... Znowu kupca Sołowjewa w mieszkaniu własnym zarżnięto!
Mostowski skierował się ku ganeczkowi i zaczekał na progu.
— A u panów co słychać, panie Jundziłł?
— Zawsze tosamo: robi się potrochu i czeka śmierci!..
— No! Cóż znowu!
— Przecież mi bliżej końca, tego pan nie zaprzeczy! I nic w tym znowu niema tak złego. — Ludzka rzecz!.. Dla czego jej się boją, nie wiem. Tu naprawo! — mruczał stary, popychając zlekka Mostowskiego w ciemnym korytarzu. Otworzył drzwi do oświetlonej izby, gdzie pośrodku stał ze świecą w ręku wysoki, wąsaty mężczyzna.
— A to pan!. Nareszcie pan do nas zawitał!.. Myśleliśmy, że pan o nas zupełnie zapomniał...
— Nie byłem od pół roku w mieście...
— Niech pan daruje, że go tak spotykamy, ale położyliśmy się już do łóżek!.. Tu wszyscy kładą się z kurami, ale i robota zaczyna się z kurami... Jundziłł, pomyśl no, kochany, o samowarze!...
— Dziękuję bardzo, ale o coś innego prosić chciałem... Czy nie przenocujecie mię dzisiaj panowie?.. Mam pilną sprawę jutro rano w powiecie, a na „ogólnej kwaterze“ taki ścisk i zamęt, że o wypoczynku marzyć niepodobna!..
— Ba, ba!.. Wiemy o tym! Wczoraj jeden z waszych goły przejechał konno po mieście... Hałas si zrobił, niech Bóg uchowa!.. Wrzawa, zbiegowisko! Podobno zakład taki miał... Nic go nie wstrzymało, ani deszcz, ani zimno... Dopiero policja! Jundziłł, będzie można posłać dla pana na moim łóżku, a ja prześpię się na kanapce... Ale i o samowarze dobrzeby pomyśleć!.. A cóż to za sprawa pana sprowadza, czy nie można wiedzieć?.. Możebyśmy mogli też w czym dopomóc?
Mostowski zaczął opowiadać szczegółowo o swoich zamiarach i staraniach; Grzegorzewski słuchał i kręcił sumiastego wąsa, a barczysty Jundziłł z postawą hetmana, z białą do pasa brodą, krzątał się dostojnie po izbie, znosił na kanapę poduszki i kołdry, oraz dmuchał w stojący pod piecem samowar
— Wymawiam sobie tylko, kochany panie, że ja spać będę na kanapie!.. Żebym jak najmniej zrobił panom subjekcji, bo inaczej nie będę już śmiał zjawić się poraz drugi.
— Dobrze, dobrze... — kiwał głową Grzegorzewski, zesuwając na róg stołu rozrzucone po nim zegarmistrzowskie narzędzia. — Tutaj daj, Jundziłł, tu będzie nam lepiej!.. Tu się we trzech zmieścimy... Bo stolik do jedzenia mamy maleńki, dla dwuch... A co się tyczy pana sprawy, to ona niełatwa; dobrze my znamy te wszystkie ich fortele... Oto nas, naprzykład, nie puszczają wcale!.. Papierów, powiadają, niema, spaliły się w czasie pożaru w archiwum... A cośmy temu winni?!.. Myśmy pożaru nie wzniecali!.. Ale gadaj z niemi!..
Długo gawędzili, naradzali się, zestawiając rozmaite wypadki, znane im z dawnych doświadczeń, aż Grzegorzewski rzekł:
— A teraz, gościu kochany, kładź się i wypoczywaj! Jutro zobaczymy, co ci naczelnik odpowie. Teraz doprawdy rzecz najważniejsza to wyspać się, aby mieć świeżą myśl, jasny wzrok i mężne serce na wszelki wypadek, jak mawiał nasz dowódca, świętej pamięci Jastrzębiec, kiedy nam kazał nocować w błocie i o głodzie!.. — Pamiętasz, Jundziłł?..
— Ha, bywało!.. Rozmaicie bywało!..
Powiedzieli grzecznie gościowi: dobranoc i odeszli do drugiego pokoju, spokojni, cisi, staroświeccy, jak cienie ze starego zatartego rysunku.
Wkrótce światło u nich zgasło, a następnie i Mostowski swoją świecę zdmuchnął.
Stało się, jak przepowiedział pan Grzegorzewski. Sprawa, pozornie jasna i prosta, nie poszła bynajmniej gładko. Zaczęły się piętrzyć najrozmaitsze nieprzewidziane zgoła trudności. Z powiatu po długich pertraktacjach odesłano Mostowskiego do Zarządu Gubernjalnego, stamtąd skierowano go do Zarządu Skarbowego... I nigdzie nie mógł otrzymać ani odpowiedzi stanowczej, ani znaleźć osoby kompetentnej w jego sprawie...
— Tak, tak!... Oczywiście!.. Ma pan prawo! — Ale my nic uczynić nie możemy bez wyraźnego czarno na białym rozkazu!..
— Cóż może być wyraźniejszego od paragrafów kodeksu!? Tam przecież powiedziano czarno na białym...
— Ale tam powiedziano wogóle, a tu chodzi o zastosowanie do pana, do istoty żywej!.. Jedyna nadzieja w gubernatorze!.. Wszystko zależy od jego poglądu. On może wyjaśnić, jak zechce!..
Musiał czekać na dzień przyjęć gubernatora.
Towarzysze naogół traktowali bardzo sceptycznie jego starania, a „tytani“ wprost zeń kpili.
— Oj, Mostowski, Mostowski!.. Myśmy cię ostrzegali, że wązka i ciernista jest droga, prowadząca... przez Zarząd Powiatowy! Schudłeś, zżółkłeś, sczerniałeś na wiór w te kilka dni!.. Niedługo pociągniesz w ten sposób!.. Bodaj to z nami... U nas szeroko, swobodnie... Jednym skokiem człowiek znajduje się... na wolności... wprawdzie na krótko, ale zato... bez paszportu i pozwolenia!.. Powiadamy ci: raj!.. Dubeltowa przyjemność!..
— Już ja wolę... pojedyńczą! — uśmiechał się Mostowski, błyskając szaremi oczyma.
Wązkie jego usta zacinały się jeszcze mocniej.
— Żal mi cię, ale... nic z tego nie będzie!.. Narazisz się tylko na plotki i przykrości!.. — dowodził mu nawet Kuźniecow.
— Daj pokój, przyjacielu!.. Nie ustąpię!.. Zresztą nie mam nic do stracenia!.. Ostatnie lata żyłem tą nadzieją!.. I nie wiem, co będzie, gdy ją stracę!.. Ja nie mogę żyć bez nadziei!..
— Skoro tak!.. Ha, trudno!.. — odpowiadał stary zesłaniec i zwracał rozmowę na tory naukowe.
Nareszcie po wielu zabiegach został Mostowski dopuszczony na audjencję do gubernatora. Stanął w poczekalni w szeregu petentów ze złożoną w kwadrat prośbą i czekał cierpliwie oznaczonej godziny. Z przykrością zauważył, że serce bije mu żywiej, niżby należało, że wprost jest nadmiernie wzruszony. Ale gdy gubernator, siwy wojskowy z orderem na piersiach, zbliżył się nareszcie ku niemu, wzburzenie nagle ucichło i głosem już zupełnie spokojnym wyłuszczył swą sprawę. — Gubernator słuchał uważnie z pochyloną głową.
— Aha, więc chodzi o wydanie paszportu?.. Tak?.. A uchwałę gminy odpowiednią pan ma?.. Nie? Cóż ja na to poradzić mogę?..
— Właśnie chciałem prosić o pozwolenie wyjazdu w okolice...
— To rzecz policji, to rzecz policji!.. Niech pan zwróci się do naczelnika powiatu... Prawo mówi wyraźnie o pozwoleniach na wyjazdy w obrębie powiatu i żadnych wyjaśnień z mej strony nie trzeba...
Odwrócił się i odszedł, nie wziąwszy nawet prośby. Idący za nim sekretarz spojrzał uważnie na zbielałą z gniewu twarz Mostowskiego i zerknął na stojącego u progu kozaka. Audjencja poszła w przyśpieszonym tempie, poczym zaraz petentów wyproszono za drzwi.
Gdy Mostowski opowiedział Grzegorzewskiemu i Jundziłłowi o przebiegu swych starań u gubernatora, nie wzruszyli się i nie dziwili bynajmniej.
— Tą drogą pan nic nie wskóra!.. Trzeba się starać ubocznie!.. Jest właśnie w mieście „wołostny starszyna“, to po tutejszemu wójt, ze wsi przytraktowych... Niech pan pójdzie, pogada z nim!.. Za pieniądze wszystko z niemi zrobić można!.. Niech pan mu powie wszystko szczerze, niech mu pan da i obieca, ile pan może... On zwykle zatrzymuje się u Kacperskiego, też naszego powstańca... Ten choć się już z tutejszą ożenił i zapuścił tutaj korzenie, ma duży handel mąką i wielkie prowadzi interesa, ale jeszcze zupełnie serca do rodaków nie stracił i słówko za panem temu wójtowi rzuci!.. Niech pan idzie!..
— Może Bóg dopomoże! Niechby się choć pan stąd wyrwał! — wzdychał Jundziłł. — My bo już nie mamy nadziei, jużeśmy wszystko wypróbowali...
Tego jeszcze wieczora udał się Mostowski na kraniec miasteczka, gdzie Kacperski mieszkał we własnym domu.
Gospodarza zastał w składzie wśród worów zboża i mąki, rozmawiającego z przybyłemi z ułusów Jakutami. Przeczytawszy kartkę Grzegorzewskiego, zagadał uprzejmie do Mostowskiego po polsku i poprosił go do świetlicy.
— Pan łaskawie zaczeka!.. Zaraz tam przyjdę!..
Gdy mu Mostowski opowiedział, o co chodzi, obiecał, że chętnie mu dopomoże, choć wątpi, aby wójt zgodził się na wyrobienie uchwały gminnej bez wyraźnego zezwolenia policji...
— Odmowy właściwie niema!.. Nie odmawiają — tłumaczył mu Mostowski. — Owszem: „dostarcz nam pan uchwałę gminy, powiadają, a uzyskasz pan prawo wyjazdu“. — Ale nie dają mi pozwolenia na wyjazd dla postarania się o uchwałę... Nie możemy wydać pozwolenia, gdyż jest pan pozbawionym praw osiedleńcem... I tak wkółko!..
— A no wiem!.. Nie to, to owo, zawszeby coś znaleźli!.. Niech zresztą pan sprobuje, może się uda!.. Ale wszyscy się panów boją...
— Dla czego?..
Wzruszył ramionami...
— Nas się też dawniej bali. Dopiero teraz, kiedy ledwie dyszymy, albo wcale nas niema, kiedy mało co różnimy się od nich, to się nas już niby nie boją!.. Ale i to, byle co, zaraz...
Urwał i popatrzał na drzwi, za któremi zastukały kroki..
— Pewnie idzie nasz wójt!..
Istotnie wszedł do pokoju średniego wzrostu barczysty mężczyzna o twarzy płaskiej, ciemnej, z wystającemi mocno policzkami i małemi skośnemi oczkami. Jedynie bujna czupryna kędzierzawa oraz zarost na policzkach i podbródku wskazywały na domieszkę krwi europejskiej.
— Piotr Inokientjewicz Nikitin... — przedstawił go gospodarz.
Podano herbatę, ciastka, konfitury. Zaczęła się gawęda o tym i owym, wśród której Mostowski ostrożnie kierował wywiad w stronę interesującej go sprawy, a pan Kacperski zacnie mu w tym sekundował. Ostrożny wójt spostrzegł jednak rychło, że coś się wkoło niego mota, i skąpo odpowiadał na te właśnie pytania, które wiązały się celowo, a szeroko rozwodził się o rzeczach odmiennych, o siewie i uprawie zbóż, o hodowli bydła, o tegorocznych urodzajach i zbiorze siana...
Rad nie rad, po godzinie kluczenia, musiał Mostowski otwarcie wyłuszczyć wieśniakowi, o co mu chodzi.
Wójt spoważniał i długo namyślał się, skubiąc swą koźlą bródkę.
— Ha, nie wiem, czy to się da zrobić?.. Ale niech pan przyjedzie, zobaczymy!.. Mam tam ja taką rzecz, którą chciałbym panu pokazać... Jak się panu powiedzie, to i mnie może się uda!.. dodał tajemniczo.
— A cóż to za rzecz?.. Czy nie mogę zawczasu wiedzieć, żeby się przygotować? — spytał po chwili milczenia Mostowski.
Chłop zerknął szybko w stronę Kacperskiego i głową pokręcił.
— Co tam o tym po próżnicy gadać! Może z tego nic jeszcze nie będzie! Ot, takie sobie głupstwo głupiego chłopa. Niech pan przyjedzie. Niedaleko, niema stu wiorst! Niech pan nasze strony pozna, obejrzy, zanim pan zechce zostać naszym gminniakiem. Może się jeszcze panu nie podobają, może pan postanowienie swoje odmieni!.. Dobrze mówi ruskie przysłowie: dwa razy przymierz, zanim odkrajesz! Niech pan jedzie choć jutro. Jeżeli ja nie zdążę w tym czasie tu w mieście uwinąć się, to dam panu list i przyjmą tam pana w domu ojciec i żona! Przytulą jak ptaka na gałęzi... My, przydrożni, tego zwyczajni... Co? Zgoda?.. Niech pan jedzie!..
Śmiał się głośno, szczerząc białe, duże jak u wilka zęby. Nic więcej nie udało się z niego wydobyć, żadnej obietnicy, żadnego zapewnienia.
Mostowski postanowił po namyśle zaczekać na wójta w mieście i pojechać z nim razem. Wymagały tego poniekąd Obyczaje miejscowe. W dodatku Mostowski miał nadzieję zbliżyć się i zapoznać lepiej w czasie drogi z szanownym Piotrem Inokientjewiczem. Nazajutrz jednak zdarzył się wypadek, który zupełnie mu szyki pomieszał. Gubernator w przystępie złego humoru, bez żadnego widocznego powodu, kazał wydalić z miasta wszystkich politycznych, którzy nie mieli pozwolenia na stały tutaj pobyt. Wpadł więc późnym wieczorem oficer policyjny z kilkoma kozakami na „ogólną kwaterę“, obecnych spisał, niektórych aresztował, innych zobowiązał do wyjazdu nazajutrz rano. Nie pomogły przedstawienia i prośby, nawet ci, co mieli pozwolenie na parodniowy pobyt — musieli wyjeżdżać.
— Niepodobna. My tu mamy niepozałatwiane interesa! I za co taka kara!..
Oficer wzruszał ramionami.
— Nie wiem! Musieliście coś zbroić! Śpieszcie się, panowie, bo muszę jeszcze obejść niektóre mieszkania. Gdzie jest Teromianc? Nie widzę go tutaj, a był przecie!...
— My też nie wiemy!...siał odejść!
— Ha, skaranie boskie z wami, panowie. Niby dzieci małe! Aby chwilkę dłużej! Aby nie zrobić tego, czego władza żąda!
— Posiedziałby pan w ułusie z pół roku, a nauczyłby się pan tegosamego! — przekomarzali się z nim wygnańcy.
Rozkaz wykonywano z wielką skrupulatnością, po ulicach krążyły umyślne patrole, które chwytały zesłańców; szukano ich nawet w mieszkaniach prywatnych.
Zdrowy Rozsądek ukrył się w piwnicy Matrony Iwanówny za beczkami kapusty i uniknął aresztowania, a Mostowski należał do tych, którzy uzyskali zwłokę do rana przez wzgląd na konia i wóz, którym w ciemnościach nocy groziło uszkodzenie na bezdrożach jesiennych.
Wyruszyli więc z miasta bardzo wczesnym rankiem, gdy mieszkańcy spali jeszcze mocnym snem przedświtowym, gdy gęsta, zimna mgła wieszała się po ulicach, ćmiąc rozpalający się już na niebie brzask, a biały szron nocnego przymrozku srebrzył dachy i zręby budynków, wykwitał śnieżystym puszkiem w podcieniach domów na czarnej grudzie ulicznego błota. Gdy słońce przedarło się nareszcie przez siwe mgły i zabłysło nad rozlewającą się szeroko na wschodzie rzeką, byli już daleko za miastem, wśród iskrzących się od szronu żółtych ściernisk i brudnych ugorzysk. Wśród tych pól czerniały tu i owdzie milczące budowle, owiane smugami zimnych oparów. Były to podmiejskie „zaimki“ kupców i bogatych kozaków.
Mostowski popędzał konia, aby coprędzej przemknąć się przez te niebezpieczne miejsca, gdzie mogli go łacno dostrzec wypadkowi przechodnie i donieść, że pojechał w surowo wzbronionym kierunku pocztowego traktu.
Wóz stukał i podskakiwał po zamarzłych koleinach, a Zdrowy Rozsądek trząsł się niemiłosiernie i cedził zjadliwe uwagi o ustroju świata:
— Wyboje, zimno i ani śladu szynku!... Gdzież ja nieszczęsny sobie podchmielę! Zaklinam cię na myśl jasną, którą podobno cenisz, i zdrowy rozsądek, który ja cenię nadewszystko, wystaraj mi się jak najprędzej o kieliszek wódki! Zbyt nagłym jest przejście od raju niezwykłej jej obfitości, jeszcze wczoraj, do piekła zupełnego braku dzisiaj, aby nie zachwiała się wobec tego najbardziej zrównoważona pogoda umysłu. Jeśli więc miły ci spokój, myśl o gorzałce! Będę ci dokuczał gorzej niż pani Muszkina swemu mężowi!
Mostowski szarpał konia lejcami i milczał, wreszcie odmruknął:
— Nie trzeba było głupstw robić, spajać kozaków, jeździć nago po mieście...
— Co? Coś powiedział? Paradny jesteś! kpisz sobie ze mnie, czy co? Chcesz w nas wmówić, że wypędzono nas za te niewinne, wesołe kawały. Mogę cię upewnić, że były one jeno tematem dowcipnych dykteryjek... tam... w górnych sferach! Chyba nie wiesz o roli pijanych i „jurodiwych“ w swojskiej mitologji! Zaraz znać, że jesteś „inorodziec“, ale swój zawsze swego pozna. Wspólny duch przesiąka przez wszystkie warstwy i niweluje wszystkie stany. Tak, tak, kochanku! I jeżeli kto, to ty powinieneś się w piersi uderzyć! Byłem wspaniałomyślny i nie wymawiałem ci, lecz skoro na to poszło, to wiedz, że ty byłeś przyczyną naszego nieszczęścia, twoje poszukiwania na drzewie wiadomości dobrego i złego! Napomykał mi nawet na to... sam sekretarz policji! Gdybyś cicho siedział, pilibyśmy teraz, bratku, u Matrony Iwanówny w cieple i pod zacną opieką. A tak co? trzęsiemy się po tej obrzydliwej drodze z wyrzutami sumienia w sercu.
— Zupełnie niesłusznie!..
— Co niesłusznie? Nie masz wyrzutów? W takim razie jesteś skończona ś....a! Przyjaciel drży z zimna tuż obok niego, głowa mu pęka z bólu, a on nic! Jeżeli natychmiast nie zatrzymasz się w tej tu wiosce, którą widzę przed nami, jeżeli — powtarzam — nie zatrzymasz się przed karczmą... Narobię takiego wrzasku, że zakasuję nawet Teromianca! Słyszałeś? Co? Bez żartów! Stój! Musi tu być przecie karczma, inaczej zwątpię, że jestem w ojczyźnie!..
— Nie trzeba! Puść! — bronił Mostowski wyrywanych sobie z rąk przez towarzysza lejców. — Poczekaj! Mam z sobą butelkę wódki, chleb i kiełbasę! Zjemy śniadanie za wioską w tamtym lasku na przełęczy. Widzisz ją tam wysoko!? Damy chwilę wypocząć koniowi. Tam pewnie ładnie! — dodał weselej.
Wkrótce wjechali do wioski brudnej, ubogiej, obdrapanej, gdzie dużo domów stało widocznie pustkami, sądząc z ogołoconych ze szkieł okien, przywartych wrót i porosłych trawą dziedzińców. Spano jeszcze wszędzie na dobre i stuk wozu ledwie tu i owdzie wywoływał na ganeczek albo ku oknu nawpół przyodzianą postać.
Zaraz za wsią wjechali do lasu.
Wznoszące się coraz wyżej słonce bez trudu przesiąkało w głąb obrzydłej, jesiennej gęstwiny i wydawała się ona skrząca od szronu, ubielona koronkową sadzią, złotosrebrną plecionką. Cierpki, octowy zapach gnijących liści płynął z cienistych wądołów i jarów wraz z resztkami nocnych mgieł, niby dymy gasnących kadzielnic. Na drodze topniejąca czarna gruda jeszcze chowała perłowy zamróz w głębokich koleinach.
Stanęli na zakręcie, na siodłowinie wzgórza, skąd roztwierał się obszerny widok na wstęgę wijącej się doliną rzeki, na łęgi sianożęci, na górzysty i ciemny brzeg przeciwny, na białe miasto opodal z płonącemi w blasku porannym kopułami cerkwi.
Mostowski konia rozuzdał, rzucił mu garść siana, wyjął z wozu posiłek i usiadł obok towarzysza na zwalonym pniu. Wkrótce gawędzili przyjacielsko, już zupełnie pogodzeni.
— Pyszny ty jesteś, Mostowski! Doprawdy! Patrzę na ciebie i nadziwić się nie mogę... Zupełnie jakaś odmienna istota! Niby masz zasady i niby ich nie masz. Coby naprzykład na twoim miejscu zrobił nasz człowiek... cnotliwy? Jabym dawno od niego już uciekł. A z tobą żyć można, choć piła też jesteś porządna!
— Cóż, kiedy żadna metoda na was nie działa... Ani dobra, ani zła!
— Stąd właśnie wyszło mądre słowo — nie sprzeciwiaj się złu! Nie sprzeciwiaj się niczemu, bądź jak żywioł, gdyż jedynie żywioł szczęśliwym bywa!.. — szydził smutno Zdrowy Rozsądek.
— Przestań, przyjacielu, doprawdy! Opowiedz lepiej, jak to tam u was z temi kozakami było?
— Mówię ci — pękać ze śmiechu! Gdybyś widział, jak podoficer Chołmogorów wołał: „niech żyje re-wu-cja!“
Śmiał się jak dziecko, naśladował ruchy i głosy pijanych kozaków.
— I wyobraź sobie, w tym rozgardjaszu gruby Teromianc stoi z cieniuchnym szpagatem w ręku i woła basem: „Zwiążę ich! Jak Boga kocham, zwiążę i odstawię do policji!“ — Ledwieśmy go uspokoili!
Raz jeszcze popasali w drodze w następnej wiosce, gdzie dowiedzieli się, że do wójta już „niedaleko — będzie ze dwadzieścia pięć wiorst!“
— Niema go w domu, ale tylko go patrzeć, przyjedzie dziś albo jutro!
Nareszcie pod wieczór dotarli do dużej wsi, luźno rozrzuconej wzdłuż brudno-żółtej wstęgi pocztowego traktu. Trakt biegł środkiem łęgowatej kotliny, okolonej zwartym na pozór pierścieniem stromych, lesistych wzgórz. Trudno było nawet na pierwszy rzut oka odnaleźć w nich przerwę, przez którą przedzierała się płynąca padołem rzeka wśród smug nagich sianożęci i gęstwin wiklinowych zarośli.
Dom wójta stał pośród sioła na małym wzniesieniu i był zupełnie podobny do innych domów, jeno większy i strojniejszy. Miał zielono malowane okiennice, ładnie odbijające od drewnianych, pociemniałych modrzewiowych ścian. Na dziedziniec wiodły z ulicy szerokie i wysokie wrota tarcicowe, które zastali zamknięte. Dopiero po wielokrotnym kołataniu odezwał się z poza parkanu głos kobiecy i po długich pertraktacjach po jakucku i po rusku, po wymienieniu imienia i otczestwa Piotra Inokientjewicza i długich medytacjach odsunięto z wewnątrz zawory.
— Bo to u nas złodzieje — tłumaczyła się służąca, brudna i śniada Jakutka.
— A gdzież pani?
— A oto stoi!
Kiwnęła na ganeczek, gdzie ujrzeli wysoką, pełną blondynę w ciemnej sukni i zgrabnym wciętym do figury aksamitnym kaftaniku, podbitym gronostajami. Uważnie wpatrywała się w nich agatowemi, podłużnemi oczami, nad któremi cienkie brwi ciemne drgały i marszczyły się z lekka.
Mostowski ukłonił się i, zaczepiwszy lejce o róg wasągu, zbliżył się z czapką w ręku.
— Czy mam honor z panią Nikitinową? — zaczął po rusku.
Kobieta uśmiechnęła się, błyskając perłowemi zębami, lecz nic nie odrzekła.
— Piotr Inokientjewicz — ciągnął Mostowski — polecił nam, abyśmy nań zaczekali tutaj, lub... gdyby to pani było.. niedogodne... to możeby...
Spokojny, cokolwiek figlarny wzrok młodej kobiety, jej milczenie i niespodziana uroda, mieszały go.
— Nie rozumiem! — szepnęła wreszcie po jakucku. — Zawołaj starego! — zwróciła się do służącej
„Stary“ już stał od kilku chwil poza nią i teraz wystąpił naprzód. Miał twarz puhacza z okrągłemi wyblakłemi oczami, okoloną siwą, zwichrzoną czupryną i długą, równie białą brodą, potężne pęki włosów wyrastały mu również z rozdętych nozdrzy i ogromnych uszu.
— A co to? — zaszemrał po rusku zapadłemi ustami.
Mostowski powtórzył cierpliwie cały wykład o Piotrze Inokientjewiczu. Stary słuchał pilnie, ale nie odpowiadał.
— Ha! Co? — bąknął wreszcie.
— Wybyście bliżej podeszli, bo on... głuchy, nie słyszy! — objaśniła wreszcie Mostowskiemu służąca. Pani domu znowu się roześmiała, zerkając ciekawie na Wołgina, siedzącego na wozie i zapatrzonego w nią jak w obraz.
Mostowski wszedł na ganeczek i, krzycząc ile sił starczyło, próbował się porozumieć z puszczykiem.
— Aha, aha! Rozumiem! Niema wójta! Niewiadomo kiedy wróci! Może jutro, może za tydzień. Odjeżdżajcie z Bogiem! Z Bogiem, z Bogiem! — szepnął drżącym głosem, wskazując na wrota.
Pani domu już głośnym wybuchnęła śmiechem.
— To ci okazja! — Głuchoniemo-siwy smok, strzegący Andromedy — wykrzyknął Zdrowy Rozsądek.
Mostowski spojrzał nań groźnie i pośpiesznie zagadał do młodej kobiety swą łamaną jakutczyzną. Spoważniała odrazu, skoro dowiedziała się, o co chodzi, i poprosiła ich, aby konia wyprzęgli i weszli do izby.
— Cudeńka!.. — Piękna jak Wenus, biała, złotowłosa, piersi jak dwa pagórki, biodra jak basetla, a mówi po jakucku i — uważałeś — w jakuckich chodzi bucikach z zadartemi nosami!.. Słyszałem ja ci o tych „białych Jakutkach“, ale nie przypuszczałem, że są takie... Doprawdy warta grzechu! — mruczał Zdrowy Rozsądek, złażąc z wozu.
— Cicho!.. Napewno rozumie!.. — wstrzymywał go Mostowski.
— To co?.. Tym lepiej... Skoro stary nie słyszy, a sługa nie pojmie!.. Wymarzone warunki!.. Będę mógł... głośno rozmyślać, jak Hamlet!
— Bardzo cię proszę!..
— Dla czegóż to?.. Bądź pewny, że ci interesu nie zepsuję, owszem okażę wszelką protekcję... Chyba, że sam zamierzasz... W takim razie — pas, bo masz nade mną wyższość o całą znajomość jakuckiego języka!.. Wiesz co, Mostowski, zaczyna mię ta awantura zaciekawiać!
Obruszył się Mostowski i przyszły mu nawet do głowy morały, jakieby należało w tym wypadku powiedzieć, ale Zdrowy Rozsądek już odchodził, nie czekając na nie.
Gdy konia w stajence Mostowski postawił i zatoczył wóz pod kłunię, wszedł do świetlicy i natychmiast służąca Jakutka podała im na tacy miejskim obyczajem filiżanki z herbatą, stare zatęchłe ciasteczka, cukier drobno rąbany i mleko w dzbanuszku. Za drzwiami przymkniętemi sąsiedniego pokoju słychać było, jak krzątała się urocza gosposia, dzwoniąc srebrnym łańcuchem na piersiach i dużemi, srebrnemi kolczykami w uszach.
— Wolałbym zamiast tych honorów... jej własną osobę, a bardziej jeszcze patelnię „oładji“ z masłem... Djabelnie mi się jeść chce! — mruczał Zdrowy Rozsądek.
— Bój się Boga!.. Cicho! Tam wszystko słychać!..
— Cóż u licha!... Pić niewolno, mówić niewolno!.. Cóż więc wolno?.. Ładne przekonania wolnościowe!
Kłócili się z sobą — Mostowski szeptem, Zdrowy Rozsądek basem, aż spostrzegli w szczelinie drzwi... oko... Mostowski umilkł zmieszany, ale Zdrowy Rozsądek zawołał głośno:
— Widzisz: Oko Opatrzności!.. Uspokój się — wszystko pójdzie dobrze!
Oko znikło. Mostowski, nadąsany, siedział przy stole i bębnił palcami jakiegoś posępnego marsza. Zdrowy Rozsądek chodził od ściany do ściany i oglądał rozwieszone na nich fotografje, blado połyskujące w zmroku.
— Skąd oni nabrali takich okazów!.. Same potomki Batyr-Tygina... Wprost intryguje mię, skąd znalazła się wśród nich taka biała perła, jak nasza gosposia!.. Może podrzucona, albo ukradziona?... Może to jaka romantyczna historja?.. Ale ja się dowiem!.. Przez sam wzgląd na... antropologję muszę to zgłębić, tak... zgłębić! Właśnie!
Mostowski wyszedł, aby zobaczyć, czy koń już ostygł i czy można go nakarmić. Gdy wrócił po chwili, zastał na stole świecę, filiżanki od herbaty były sprzątnięte, a Zdrowy Rozsądek leżał na kanapce z wyciągniętemi nogami i palił papierosa.
— Widzisz, „oko“ działa. Szkoda tylko, że czyni to przez służącą. Ale myślę, że nam na noc choć pościel dadzą, bo co do jedzenia, to już zwątpiłem! Stary puhacz miał taką minę, jakby jadał raz na tydzień. My też jesteśmy gośćmi z innego świata... W każdym razie nie dziś to jutro zrobi się tu jakiś ruch, który pozwoli przeniknąć tajemnicę... drzwi zamkniętych... Ale coś ty taki posępny? Pociesz się — początek zawsze bywa trudny...
— Niewiadomo, kiedy ten wójt przyjedzie i czy co z tego będzie!.. — westchnął Mostowski.
— Kiedy wójt przyjedzie? Uważam, że im dłużej nie przyjedzie, tym lepiej. Przez ten czas zdołamy pozyskać dla siebie piękną orędowniczkę! Upewniam cię, a to rzecz nie mała!..
— Ach, przestań!..
— Dziwak jesteś!.. Zamiast się cieszyć, że nareszcie znalazło się coś w tym kraju, co mię interesuje, to się dąsasz... Sam przecież nieraz twierdziłeś, że gubi mię obojętność do spraw życiowych! Teraz chcę zgłębiać, gorzeję pragnieniem zgłębiania... Wyrzekam się wódki, której ten cnotliwy wójt pewnie nie pija... Nie miałby inaczej takiego pałacu i takiej grubej żony... Przyznaj, że niczego babula!.. Taka podobna do naszych bab-młoduch, że aż mi dotąd drżą od wrażenia wnętrzności... Wśród tutejszych czarnych i płaskich Jakutek świeci jak zorza, krągli się, jak posąg, doprawdy, jak marmurowy posąg! Do licha, widzę ją oczyma duszy!.. Ale głównie — gdzie ona śpi? Wójta niema, a ja, wychodząc w nocy na dwór, mogę się przecież z rozespania i w ciemnościach zabłądzić... drzwiami się pomylić... Tak radzi wielebny Boccacio!.. Cóż mi zrobią!.. Najwyżej stąd wyrzucą!.. Phi!.. Wielka rzecz!
— Słuchaj, Wołgin! — przerwał mu surowo Mostowski. — Jeżeli nie przestaniesz, zmusisz mię, pomimo, że mam ważny interes, natychmiast w nocy wyruszyć w powrotną drogę!...
Zdrowy Rozsądek spojrzał nań uważnie, usiadł znowu na kanapie i, zapaliwszy nowego papierosa, zagwizdał cicho arję z „Pięknej Heleny“.
— Przestań, proszę cię... W obcym przecież jesteśmy domu!
— Więc co u licha mam robić!... Jesteś, widzę, despotą, jakiego świat nie widział. A chwaliłem cię niedawno! Pozwól mi samemu sądzić, co właściwe, a co nie!. Każda „jarzyna“ ma swój czas i miejsce... Tu są inne obyczaje... demokratyczne, których ty nie znasz i nie wyczuwasz... Doprawdy lepiej jedźmy!.. Po drodze zostawisz mnie w mieście. Już może się gniew gubernatorski cokolwiek uśmierzył... Oni nas rozumieją!.. Oni nawet powinni nas, tytanów, popierać! Doprawdy!... Matrona Iwanówna napewno ukryje mię u jakiej swojej kumy... Jedźmy! — zapalał się Zdrowy Rozsądek.
Mostowski nie kwapił się jednak; w dodatku w czasie ich targów i roztrząsań zastukano we wrota. Okazało się, że istotnie przyjechał wójt.
Wszedł natychmiast w podróżnym ubraniu do świetlicy i, obrzuciwszy gości podejrzliwym spojrzeniem, zagadał:
— Aha, panowie już są?... A czy dawno?... Pewnie panowie głodni?... Czy dano panom co jeść?!..
— Dziękujemy, piliśmy herbatę! — uspokajał go Mostowski. — Pozwoli pan, że mu przedstawię mego towarzysza Wołgina.
— Aha, doskonale! Czy on też chce się zapisać do gminy?
— Ja?.. Niech mię Bóg uchowa!. Musiałbym płacić podatki, nieprawdaż?..
— Tak, tak!.. Zapewne..
— I słuchać władzy?..
— He, he!.. Zapewne!
— A za to miałbym prawo dostać w skórę na uchwałę gminy!..
— Hm!.. — mruczał wójt. — To rzadko bywa; chyba na żądanie naczelnika powiatu!.. He, he!.. Ale pan widzę wesoły chłop!.. Lubi pan żarty... Ja też lubię wesołość! Hej, żono, pośpiesz się z kolacją! Panowie darują; ja zaraz...
Znikł we drzwiach, za któremi mignęła w przelocie złotowłosa głowa wójtowej. Po chwili ukazał się w aksamitnej kamizeli ze srebrnemi guzami, w czerwonej koszuli, wypuszczonej na czarne sute szarawary aksamitne. Całość ubioru psuły jeno cokolwiek miękkie jakuckie „sory“ na nogach z wysoko zadartemi ostremi nosami. W ręku miał butelkę i srebrną czarkę. Za nim weszła sługa, niosąc talerze i mosiężny pobielany półmisek z trzema kawałami dymiącego mięsa.
Zaczęła się rozmowa, przerywana brzękiem naczyń i stukaniem noży. Po kilku czarkach Zdrowy Rozsądek objął przewodnictwo i nawet do tego stopnia wszedł w swoją rolę, że zaczął gospodarza własną jego wódką częstować.
Wesołe dykteryjki sypały się jak z rękawa.
— A cóż pan nic nie pije? — zwracał się wójt do milczącego cały czas Mostowskiego...
— Dajcie mu pokój, Piotrze Inokientjewiczu, to jest mędrzec... nie z tego świata!..
— Aha, rozumiem: on jest ksiądz!.. Dużo jest księży wśród tych Polaków... no i majstrów, co prawda, to prawda, też nie mało...
— A jaka to sprawa, którą miał mi pan tu opowiedzieć? — zapytał nagle Mostowski.
— Właśnie!... Nie chciałem tego mówić tam w mieście, bo to widzi pan taka rzecz, że pan Kacperski sam ma młyny i od wielu lat nasze zboże miele... I jesteśmy nawet zadowoleni... Ale że to swoja koszula bliższa ciała, więc możeby mu się nie spodobało, gdybym ja mój młyn w ruch puścił... Bo, widzi pan, mam młyn, nowiutki, jak z igły; wszystko jest; zapłaciłem za niego bez mała trzy tysiące rubli... Był tu taki majster posieleniec, cały rok u mnie siedział. Co przejadł, co przepił, tego chyba nikt nie zliczy... A wódczysko chlał, jak dziurawa beczka... kosztował mię sam nie wiem już wiele... Alebym mu wszystko wybaczył, gdyby coś choć zrobił... Tymczasem kiedy był trzeźwy, wszystko szło jak z płatka... Młyn postawił wprost wzorowy — deptak, koła, tryby, kamienie ustawione na miejscu, jak należy... Patrzeć lubo!.. Cóż kiedy nie chodzi!.. Czy mi tak umyślnie zrobił za to, że mu nie chciałem dać pięciuset rubli ponad umowę, czy sam nie umiał skończyć należycie, dość, że wziął na ostatku trzy ruble i przed samym puszczeniem w ruch młyna zwiał w nocy bez śladu!.. Już piąty rok ani słuchu, ani duchu!.. Taką sztukę mi uciął!.. Zwyczajnie: posielszczyk! Oni tak zawsze! Niby dobrze, a czegoś brak!.. Młyn ma wszystko jak się patrzy u innych młynów, a nie chodzi... Mała jakaś omyłka, drobiazg... A nikt nie wie!.. Sprowadzałem tu już rozmaitych ludzi, pochodzą, obejrzą, zadatek nawet wezmą i odejdą bez korzyści... A tych, co mają młyny, co mogliby jednym słówkiem maszynę ożywić, po próżnicy się pytać... Śmieją się tylko, żarty ze mnie stroją... Rozumie się, zarobku tracić nie chcą... Słusznie! Ale tymczasem jaką my mamy w okolicy z tym mękę?!.. Toć wszystko zboże mleć musimy na ręcznych żarnach, albo wozić tam i napowrót do miasta o sto wiorst i płacić za pomół ceny szlacheckie!.. Odechce się na skutek tego i zboże siać... A tu rząd w nic nie wchodzi, ino żąda postępów rolnictwa, sprawozdań z siewoobrotu!.. I wymówki robią, że małe! Tak to, drodzy panowie...
— Aha, więc pan nas sprowadził, żeby okolicę ratować — wtrącił uprzejmie Zdrowy Rozsądek.
— Właśnie. Myślę sobie: ten pan jest przecie polityczny, więc się o chłopa troszczy, i jest Polakiem, więc pewnie wszelki kunszt zna... Powiem mu, może uwzględni. A zato i ja mu wygodzę, do gminy zapiszę... Bo choć to niewolno, ale jak młyn pójdzie, to ja wszystko zrobię dla takiego człowieka... A potym niech oni mi choć głowę zdejmą!..
— Zuch z pana!.. — śmiał się Zdrowy Rozsądek. — To coś jak ja! Robię, co chcę, a potym — niech mi głowę zdejmą!
— Niezupełnie rozumiem!.. — zaczął Mostowski. — Więc pan życzy sobie, żebym ten młyn poprawił i w takim tylko razie pan mi wyrobi przyjęcie do gminy?.. Czy tak!..
— Ależ tak!.. Zrozumiał pan wybornie!..
— Ale w tym rzecz, że ja nigdy w życiu z młynami do czynienia nie miałem i żadną miarą...
— Owszem, kochany panie, my panu ten młyn wyporządzimy... Będzie chodził, jak zegarek... — zagadał szybko Zdrowy Rozsądek, mrugając na Mostowskiego... — Będzie się kręcił jak fryga! Będzie pana błogosławiła okolica, a i za pomół piękny grosz panu do kabzy napłynie!.. Ani wątpić, że zostanie pan „wiecznym wójtem“, a może nawet „dziedzicznym obywatelem honorowym“...
— O, to, to trudno, ale medal to mi mogą dać za popieranie rolnictwa! — wstawił Piotr Inokientjewicz...
— Właśnie!.. I medal przyjdzie i wszystko... lecz my też musi my być swego pewni... Bo skoro młyn pójdzie, to go nic już nie wstrzyma, a wtedy mogą się zdarzyć rozmaite przeszkody...
— Żadnych przeszkód być nie może! Tu dzieje się, co ja zechcę! Tutaj mam wszędzie po okolicy pełno krewniaków, swojaków, kumów... Cała gmina lubi mię i wierzy mi!.. Co ja powiem, to święte!.. Z zamkniętemi oczami, co każę, podpiszą! Niech młyn pójdzie, a nietylko panom uchwałę gminy przedstawię, ale jeszcze pieniędzmi ich obdaruję! Jak mi Bóg miły!.. Dam dwadzieścia pięć rubli... Co?!
— No i wydatki na przeróbkę młyna pan pokryje i poczęstunek należyty, strawę, napoje i t. d. jak się patrzy!.. — ciągnął poważnie Zdrowy Rozsądek.
Mostowski milczał, patrząc ze zdumieniem na tę „nową komedję“ znanego mu kpiarza.
— To się rozumie samo przez się!.. Dostarczę panom do zupełnego rozporządzenia takich dwuch cieśli, że jak panowie ołówkiem cieniuchną kreskę na drzewie przeciągną, to oni z całego rozmachu siekierą w tę właśnie kreskę trafią... A poza tym jakie mogą być rozchody!.. Na drzewo?.. Drzewo mam własne, suchą brzozę, modrzew, sosnę. Co dusza zapragnie!.. Co panowie zechcą... A poza tym, co więcej... co więcej być może?.. Niech pan sam powie, bo pan, widzę, ma głowę!.. Głowacz z pana!.. — pokornie zwracał się wójt już wyłącznie do Zdrowego Rozsądku.
— Niech więc pan nam takie zobowiązanie da na piśmie i swoją wójtowską pieczęcią przypieczętuje! A w razie niedotrzymania: sto rubli „nieustojki“!
— Choćby tysiąc! — odkrzyknął wójt. — Przecież was nie oszukam! Bóg świadkiem, nie oszukam!.. Was skrzywdzić, tosamo co wziąć z ołtarza!.. Takie jest moje zdanie!.. Ale w gruncie rzeczy — poco to panom?.. Doprawdy nie wiem!.. Bo z mej strony, co powiedziałem, bez papieru pewnik!.. Wszyscy to potwierdzą, cała gmina! A wy... Co wy z tym papierem zrobicie, kto was wie?.. Wyście polityczni, rozmaite miewacie pomysły.. A co jeżeli u was ten mój papier znajdą?..
— A widzi pan?! Boi się pan!.. Więc jakże to, Piotrze Inokientjewiczu, obiecujecie nam dać uchwałę gminy? — napadał nań Zdrowy Rozsądek.
— Bo dam, bo to co innego!.. Jak Boga kocham dam! — bronił się wójt. — Wiecie co panowie, chyba my jeszcze wypijemy butelczynę! Co?.. Hej, żono, sparz nam ryby solonej i daj jeszcze butelkę!.. — zwrócił się do żony.
Zanim podano wódkę, toczył się dalej żarliwy targ, pełen podejść, niespodzianych propozycji, zdradzieckich chwytów, sprawiających oczywiście niewymowną rozkosz zacnemu Piotrowi Inokientjewiczowi.
Gadał z nim wyłącznie Zdrowy Rozsądek z niesłychaną werwą i pełną humoru pewnością siebie. Mostowski milczał, ale ze wzrastającą ciekawością śledził za tym turniejem, którego celu niezupełnie rozumiał.
Weszła niebawem sama pani Nikitinowa, przysłuchująca się dotychczas rozmowie za przepierzeniem. Niosła na tacy talerz z „oparzoną“ rybą i butelkę wódki. Miała na sobie już inną, bardziej strojną suknię i spuszczone oczy.
Zdrowy Rozsądek ani na nią spojrzał; perorował dalej ze źrenicami utkwionemi w źrenicach Piotra Inokientjewicza i wójtowa zdawała się być tym trochę zmieszana. Kiedy jednak nieostrożnie stanęła między mężem i wygnańcem i pochyliła się, ustawiając naczynia, Zdrowy Rozsądek, udając, że jej pomaga i nie spuszczając oczu z wójta, pogładził niepostrzeżenie rękę młodej kobiety. Mostowski widział to doskonale, widział, jak wójtowa oblała się mocnym rumieńcem i uciekła coprędzej, kryjąc twarz w cieniu.
Już dobrze po północy stanęła wreszcie umowa, mocą której wygnańcy obowiązywali się puścić w ruch młyn za dwadzieścia pięć rubli i przyjęcie Mostowskiego do gminy. Umowa była ustna, gdyż wójt, choć dobrze podchmielony, nie zgadzał się za nic „podpisać“, a tymbardziej „pieczęci przyłożyć“.
— Więc masz nadzieję tę rzecz wykonać? — spytał Mostowski towarzysza, gdy wreszcie zostali sami.
— Ja?... Ja byłem na prawie! To ty powinieneś zrobić, jako eksinżynjer!
— Mylisz się. Nie byłem nigdy inżynjerem i nie mam pojęcia o młynach... a byłem w instytucie górniczym...
— To wszystko jedno!... Zresztą zobaczymy jutro, co tam trzeba!... Może tam nic nie trzeba prócz małego inteligientnego „szamaństwa!...“ Co się zawczasu martwić!... Bieda i śpiewać uczy!... — mruczał Zdrowy Rozsądek, szykując sobie posłanie z przyniesionych im przez wójtową koców i skór.
Młyn był istotnie w porządku; miał wszystko, co porządnemu młynowi mieć należy: wielki, pochyły deptak pod szopą, na którym jako siła poruszająca chodziły konie albo woły, koła wielkie i małe, oraz tryby i dwa nowiutkie kamienie młyńskie, umieszczone w również nowym budynku... Mimo to nie chodził. — Oglądał go wielekroć i bardzo uważnie Mostowski, ale przyczyny wyrozumieć nie mógł. Zdrowy Rozsądek z wójtem zjawili się również i również robili różne na ten temat przypuszczenia. Ale przeplatali swoje roztrząsania taką ilością uwag, anegdotek i spraw z zupełnie innej dziedziny, że przeszkadzali jeno skupić się Mostowskiemu, więc ich rychło wyprosił. Został sam w zakurzonej, ciemnej szopie i usiadł na stopniu prowadzących ku żarnom schodków.
Nigdy nie przypuszczał, że rzeczy wezmą taki obrót. Marzył nareszcie o jawnej, o prawnej, ciężkiej ale dostojnej walce o należne mu prawa, marzył o przetarciu szerokiej, dostępnej dla wszystkich drogi przez urzędowne formułki, przez administracyjne i kodeksowe przeszkody, która mogłaby następnie służyć ogółowi wygnańców; myślał, że uda mu się w ten sposób podnieść ducha towarzyszy niedoli, wlać nadzieję w ich serca, znękane nędzą bez końca i położeniem bez wyjścia. Zamiast tego wyrósł przed nim jakiś żart losu osobliwy, jakiś kawał doraźny, od którego w gruncie rzeczy zależała cała jego przyszłość, a który z kolei zależał od kaprysu pijanego wójta, od zalecanek Zdrowego Rozsądku do ładnej chłopki, od donosu byle rozgniewanego chłopa lub posieleńca... Nawet gdyby uzyskał nareszcie uchwałę gminy, pozostanie dalej pod obuchem, że jej nie zatwierdzą, że naczelnik powiatu ją zatrzyma lub że ją gubernator w przystępie złego humoru wprost odrzuci... Piętrzyły się przed nim, w miarę rozmyślania, góry przeszkód, a szanse powodzenia malały do nici cieniuchnej, spadały do zera.
A jednak na razie była to jedyna droga!... Musi ją zdobyć!... Nawet czekać nie może, gdyż na wiosnę ci szaleńcy Heffding i Barański uciekną, a wtedy napewno zastosują do wszystkich represje, a jego, jako najbliższego sąsiada, pozostającego z uciekinierami w przyjacielskich stosunkach, mogą nawet aresztować lub wysłać gdzie dalej... Wreszcie... Przykro mu było przyznać się nawet przed samym sobą, ale to było tak... Przyjazd Róży Lwowny, kobiety młodej, świeżej, ukształconej, narzeczonej przyjaciela, obostrzył w nim cichą, toczącą go nieustannie ogólną nostalgję... Do pragnienia kraju do potrzeby rodzimego towarzystwa, rodzimego trybu życia przyłączyło się spotężniałe pragnienie słodkiej, kobiecej pieszczoty, której wcale w życiu nie zaznał, pragnienie, zwiększone poczuciem, że gdy minie jeszcze lat kilka, to już jej nigdy nie pozna. — Miał lat 38 i włos mu się srebrzyć poczynał. Musiał wracać, aby jeszcze spodziewać się i szukać... Inaczej... inaczej.... Przypomniał sobie żałobną idyllę Grzegorzewskiego i Jundziłła, ich opowieści o życiu, pracowitym, skromnym, cnotliwym, ale takim nieskończenie szarym, smutnym, bezradosnym, gdzie dnie za dniami opadały z cichym stłumionym westchnieniem, niby zawiędłe liście jesienne...
Nie, on musi, on musi dla wielu, wielu przyczyn wydostać się stąd na szeroki świat z jego nieskończenie wielką rozmaitością i niewyczerpalnemi możliwościami... Tam może znajdzie ukojenie dla swej boleśnie wielekroć zranionej duszy!...
W nagłym, rzadko nawiedzającym go wizjonerstwie, oglądał jak obcy, przerażony widz zawieruchę mknących przed nim wstrząsających, pełnych grozy scen przeszłości, których sam był aktorem...
I niemęskie, żałosne łzy ścisnęły mu gardło.
Niezmiernym wysiłkiem woli wstrzymał je, zmógł się z sobą i skupionym wzrokiem spojrzał w zamgloną głąb szopy młynarskiej. Chwilkę wydało mu się, że siedzi w zupełnie nieznanym mu miejscu, nad brzegiem ciemnej przepaści, na której żałobnych wiszarach tajemnicze, krwawe znaki piszą strzałki zachodzącego słońca... Zwolna wszakże rozróżnił glinianą podłogę szopy, bierwioniaste, pocięte gdzieniegdzie szczelinami ściany i drzwi, przez których szpary sączyło się złote światło. Ocknął się i obrócił za siebie. W ciemnościach, tuż za jego plecami, szczerzyło żółtawe zęby wielkie koło modrzewiowe, dalej przez otwór w ścianie widział gruby cedrowy tram, uchodzący w błękitnawy podcień wielkiej, na licznych krokwiach opartej tarczy deptaka.
Przypomniał sobie wszystko i rozśmiał się.
— Co on tu naplątał, nagadał, nablagował?... Dziwak! Na co on liczył?! Byłem na prawie, ty powinieneś zrobić jako inżynjer!... — powtórzył wczorajsze wyrażenie Wołgina. — Co go to obchodzi!... Byle dzień przeżyć, byle nie myśleć, nie rozważać, nie truć się!... Ha, może to i lepiej!... Cóż, kiedy nie mogę... Trzeba jednak zobaczyć, co tam jest w tym młynie; może istotnie jakie głupstwo?...
Więc znowu niezmiernie uważnie zlustrował wszelkie szczegóły, lecz nigdzie najmniejszego nie dostrzegł feleru. Koła, zęby, tryby, młyńskie kamienie, czopy i gniazda osi — wszystko oddzielnie było ładnie obrobione i dopasowane... Wszedł na deptak i schwyciwszy się rękami za poprzeczne przęsło, odepchnął go silnie wtył nogami, — schodnica z wielkim skrzypem poruszyła się i popłynęła pod nim; zaturkotały, zajęczały tryby, zaszemrały za ścianą żarna, ale trwało to krótko. Maszyna nagle z głuchym trzaskiem zacięła się i wszystko stanęło, umilkło... Nadaremnie wysilał się, aby deptak pchnąć dalej, opierał mu się ze złowrogim trzeszczeniem. Wrócił więc znowu do młyna i znowu badał uważnie tryby, osie, żarna i koła. Wszystko było we wzorowym porządku, a gdy poszedł na deptak i pchnął go ponownie, powtórzyło się to samo.
I tak kilkakroć.
Niewidzialne licho zaczynało go intrygować. Zrozumiał nareszcie, że musi ono tkwić gdzieś w samym biegu kół, które, zwolnione od nacisku, wracają natychmiast do właściwego położenia i utrudniają mu wykrycie błędu. Był mu niezbędny do pomocy Zdrowy Rozsądek. Udał się na jego poszukiwanie, lecz go nigdzie nie znalazł. Wreszcie zajrzał nieśmiało do kuchni i dowiedział się od służącej, że „tajony“ poszły w pole, a pani siedzi u siebie w pokoju. — Wyszedł za wrota i dostrzegł w pewnym oddaleniu na żółtawym tle rżyska ciemne postacie gospodarza i Zdrowego Rozsądku, rozmawiających z wielkim ożywieniem.
— Wyobraź sobie — zwrócił się ku niemu Wołgin, gdy zbliżył się ku nim, — że Piotr Inokientjewicz cuda mi opowiada o kamieniu „siurik“, który wywołuje wiatr i dobrze jest znany Jakutom... Poszło stąd, że ja zapytałem go, dla czego tu nie budują wiatraków. — Otóż okazuje się, że w zimie, kiedy młyny są najpotrzebniejsze, gdyż ziarno na mrozie miele się najlepiej, tu wcale niema wiatrów.
— A panu, jakże się powiodło? — spytał wójt z trochę niepewnym uśmiechem.
— Dotychczas nic nie wiem! Co za licho: wszystko jak należy, a zacina się!...
— Właśnie wszystko jak należy, a przyczyna niewiadoma! Już ja i popa wołałem, modliliśmy się uroczyście wsią całą, kropili wszystkie kąty wodą święconą; potym szaman przychodził, w bęben noc całą żarliwie kołatał, zjadł pół krowy i nic!...
— Potrzebuję twojej pomocy, Wołgin!
— Bardzo chętnie! Służę ci!... Jestem pewny, że wypłoszymy tego biesa, skoroś się do tego wziął... Ode mnie też wszelkie złe ucieka — zwrócił się Wołgin do wójta. — Ale muszę go kropić nie wodą święconą, ale „wodą życia“... Pan wie, „l’eau de vie“... — dodał po francusku i mrugnął znacząco okiem. Wójt rozśmiał się.
— To już chyba po obiedzie, bo dla wszystkich nadchodzi... gieneralski czas!...
Spojrzał na słońce i sam pierwszy poszedł ku domowi.
Obiad podano w świetlicy. Pośrodku nakrytego czystym obrusem stołu postawiono półmisek kartofli, a przed każdym z biesiadników po kawale dymiącego się mięsa na talerzach. Usługiwała im znowu sama wójtowa, ubrana odświętnie, jak wczoraj, i ze spuszczonemi jak wczoraj oczyma.
Zauważył jednak Mostowski w jej uszach większe i ozdobniejsze jeszcze niż wczoraj kolczyki, a na piersiach wspaniałą broszę z ogromnym zielonym szkłem. W kącikach ściśniętych ust taił się stłumiony uśmieszek. Zdrowy Rozsądek słał jej mordercze, porozumiewawcze spojrzenia, rozumie się, poza plecami częstującego gości wódką wójta.
Po wielu próbach i poszukiwaniach udało się nareszcie Mostowskiemu wykryć wady mechanizmu. Okazało się, że wielkość pionowego koła, a przedewszystkim rozmieszczenie na nim uzębienia, były nieodpowiednie; po kilku obrotach brody zębów nie trafiały w swe gniazda, lecz spierały się brzuścami o siebie i nie łamały jedynie dzięki przedziwnej mocy smolistego modrzewiu, z którego były wyrobione. Należało zrobić zupełnie nowe koło. Gdy wójt się o tym dowiedział, aż przybladł i wziął się za głowę.
— Nie zmieniam naszej umowy, — uspokoił go Mostowski. — Sprobuję rzecz poprawić za cenę naznaczoną przez pana, choć napewno nie obiecuję.
— Niech pan go nie słucha!... On tak zawsze a tymczasem ręczę panu, że zrobi koło jak zegarmistrz!... Niech więc pan sprowadza swoich cudownych cieśli, Jakutów.
— Nie zaraz, nie zarazi... Muszę przedtym zrobić obliczenia! — zaprotestował Mostowski.
— A widzi pan!... — mrugnął znacząco wójtowi Zdrowy Rozsądek.
Wypili dla nabrania otuchy jeszcze po czarce wódki, podczas gdy Mostowski z ołówkiem i teczką papierów odszedł do młyna. Długo tam kreślił, obliczał, z trudem odgrzebując w namułach zapomnienia teorje cykloid, oraz innych krzywych, związanych z ruchem kół, epi- i Ryper cykloid...
— Najprościej byłoby pojechać do miasta i rozpytać się Kacperskiego, lecz... nie powie. Tej próby i jego patryjotyzm nie wytrzyma!... Słuszna zresztą obawa konkurencji. — Możnaby wprawdzie nasłać nań Grzegorzewskiego, lecz ofiara jest tak wielką i rzeczywistą, iż może i im odmówić, nawet napewno odmówi!... — rozmyślał, biedząc się dalej z obliczeniami.
Wójt podchodził kilkakroć na palcach do lamusu i zaglądał do środka przez niedomknięte drzwi, ale wejść nie śmiał, aż rozśmieszony Mostowski sam go nareszcie wezwał:
— Piotrze Inokientjewiczu, niech pan wejdzie i... niech pan zamówi Jakutów na jutro!
— Dzięki niech będą Bogu! — zawołał pobożnie chłop, robiąc znak krzyża; poczym, przysiadszy obok Mostowskiego na stopniach schodków, długo rozpytywał go się o najmniejsze szczegóły przedsiębranych robót.
— Bo, widzi pan, chodzi o to, żebym umiał dać sobie radę, jak się co zepsuje, a pana nie będzie!... Zresztą wiem, co zrobię: każę wszystko jota w jotę tak narychtować, jak pan to teraz uczyni!... Co, nie!?...
— Zapewne, zapewne, ale lepiej, jak pan to zrozumie!... — odpowiadał Mostowski i wykładał mu w dalszym ciągu, jak umiał najprzystępniej, teorję uzębienia kół, toczących się po linjach prostych i krzywych.
Wójt pocił się, ale siedział i słuchał, aż dobiegł ich ze dworza srebrny śmiech kobiecy.
— Pójdziemy lepiej na podwieczorek!... Już czas!... — zawołał i skoczył pośpiesznie ku drzwiom.
Na ganeczku stał spokojnie Zdrowy Rozsądek i palił papierosa; wójt z pewnym zdziwieniem toczył wzrokiem po pustym podwórzu i zamkniętych oknach swego domu.
Cieśle jakuccy istotnie okazali się mistrzami w swym zawodzie. Małe, ostre ich siekiery poruszały się w ich rękach z taką zręcznością, iż wydawały się jeno przedłużeniem ich żylastych ramion. Z równą łatwością przerąbywali oni niemi niezmiernie grube kłody, jak ciosali cieniuchne wióreczki. Mostowski był zachwycony i zaraz przystąpił do konstruowania modelu, aby następnie według otrzymanych w ten sposób wymiarów zbudować już wielkie koło. Od wczesnego ranka wrzała robota we młynie, stukały narzędzia i dźwięczały przyśpiewki jakuckie.
Obaj Jakuci okazali się wesołemi chłopcami. Z wązkich szparek powiekowych świeciły im bystre czarne oczki, a szerokie policzki co chwila poszerzały się jeszcze od młodego śmiechu. Wójt lubił przesiadywać w szopie i przyglądać się postępom roboty, żartować z Jakutami, oraz dyskutować ze Zdrowym Rozsądkiem. Pogoda była piękna, sucha, zimna, słoneczna; przez otwarte drzwi szopy widać było dalekie pola, łąki ze stadami pasącego się na nich bydła i rzekę, połyskującą w zmiennych blaskach dnia.
Na nieszczęście przyszło jakieś wezwanie do miasta i wójt musiał wyjechać. Z wyjazdem wójta znikł z szopy i Zdrowy Rozsądek. Mostowski zupełnie nie wiedział, co on porabia i gdzie się podziewa. Spotykał się z nim jedynie przy obiedzie i wieczerzy, ale był zwykle tak zajęty swemi myślami, że nie miał ochoty do gadania o rozmaitych głupstwach. Nie mógł jednak nie dostrzec szczęśliwej zmiany w powierzchowności towarzysza. Zdrowy Rozsądek mył się codzień, a bujne jego włosy nie przedstawiały już tak beznadziejnie zwichrzonej szopy, jak dawniej, lecz układały się pięknemi puklami.
Na gwałt też uczył się słówek jakuckich.
— Jak to powiedzieć po jakucku: pani jest piękna, jak anioł!... żyć bez pani nie mogę! — zwrócił się raz do Mostowskiego.
— Słuchaj, Wołgin, ty mię zgubisz, zgubisz mię!... A ja muszę stąd wyjechać, rozumiesz — muszę dostać paszport! Muszę więc mieć uchwałę gminy!
— Będziesz ją miał, nie lękaj się. Wszystko idzie dobrze, a pójdzie jeszcze lepiej, bylem tylko mógł się z nią porozumieć...
— Do tego daleko!...
— Wcale nie!... Wyrażenia nie potrzebują być tak nadzwyczajnie dokładne... Byle stworzyć warunki dla... pieśni bez słów... Rozumiesz?... Źle tylko, że muszę się śpieszyć, gdyż ten stary czort może lada dzień powrócić...
Mostowski też się śpieszył i koło było już prawie skończone; pozostawało tylko osadzić je na walcu, gdy pewnego dnia w samym początku roboty, wczesnym rankiem, wtoczyła się na podwórze gromada podnieconych chłopów i z wielkim krzykiem i wymyślaniem skierowała ku otwartym drzwiom młyna.
— Gdzie oni są?...
— Tutaj!...
— Nikt inny!... Widzieli ich!...
— Szpiegują, włóczą się wieczorami, a potym kradną...
— Wychodźcie zaraz, mordy sobacze!
Krzyczeli i wymachiwali pięściami w kierunku pracujących spokojnie Jakutów.
— Co się stało? — spytał Mostowski, stając między niemi.
— Co się miało stać?!... Ukradli krowę, znowu ukradli!... Co noc coś!... Złodziejskie plemię!... Oni inaczej do Boga się nie modlą, jak na kradzionej skórze!...
— Patrzcie ich!... Wyście uczciwcy!...
— A u kogo to w przeszłym roku znaleziono łeb i kiszki mego wołu, nie u ciebie może, Mateuszu?... — odgryzali się Jakuci.
— Co tam z niemi gadać!... Za wielki honor!... Wal ich w łeb, dzikusów!...
— A jakże, tak oni wam pozwolą!... Dla was łby chowają!... Ręce za krótkie, he!...
— Wynoście się ze wsi!... Żeby noga wasza tu nie postała!...
— Powietrzaście nie kupili, a ziemia dla wszystkich otwarta. My też płacimy podatki!...
— Musicie płacić, poto tylko duszę wam oszczędzono!... Ale my tu panowie, nie wy!... Wyście ją, tę ziemię waszą, sprzedali za baryłkę wódki!... Może nie?!... Co? Sam wasz główny król bogatyr ją przehandlował!...
— Tak, tak!... Chwalicie się oszustwem, a nam od złodziejów wymyślacie!
— Bo jesteście!... Gadajcie zaraz, gdzieście podzieli krowę?...
— Wczoraj chodziła, widziałem, a dziś to pewnie leży!...
— Jeszcze się prześmiewasz, nicponiu, zaraz się stąd wynoście!... — krzyknął nagle krępy chłop, stojący na przedzie z grubym kołem w ręku, widocznie do żywego docięty. Chciał przeskoczyć próg, ale Mostowski wstrzymał go ręką.
— Po skończonej robocie pójdą, teraz nie ruszą się stąd. Jeżeli macie co przeciwko nim, poskarżcie się wójtowi!...
— A jakże!... Bóg go wie, kiedy przyjedzie!... A tymczasem z krowy nawet gnatów nie zostanie!
— Co im wójt zrobi!... Oni mają swoją władzę, takich samych złodziei, jak sami!
— Powiesićby ich za nogi pod powałą, zarazby się przyznali i miejsce wskazali!...
— A jakże, wieszajcie siebie... za portki!
— To niech pan im każe, żeby zaraz powiedzieli, jeżeli pan ich chce bronić!... My ich nie wypuścimy stąd żywcem...
Z trudem wielkim udało się Mostowskiemu uspokoić wzburzenie i namówić chłopów, aby rozeszli się i odłożyli całą sprawę do przyjazdu wójta. Pomogła mu w tym dzielnie wójtowa, „stary głuchy puszczyk“ oraz Zdrowy Rozsądek, którzy zjawili się, zwabieni wrzawą i niezwykłym ruchem i samą obecnością swą uśmierzyli rozgorzałe namiętności. Chłopi zwrócili się ku nim ze swemi skargami i żalami, a wysłuchani z oznakami współczucia i ugłaskani obietnicami rozeszli się.
Ostatni odszedł okradziony chłop, ów Mateusz, czarny i krępy, jak opalony pień leśny. W bramie odwrócił się jeszcze i pogroził kołem Jakutom, którzy drwiąco kiwali mu z oddala głowami.
Mostowski robił swym cieślom surowe wymówki. Długo milczeli, szparko strugając i wygładzając zgodnie z rysunkiem wstawione już na miejsce zęby; wreszcie starszy odpowiedział mu z westchnieniem:
— Eh, panie!... Ty nie wiesz i wiedzieć nie możesz, jaką krzywdę od nich cierpimy, ile udręki, ile to naszego bydła i dobytku do nich rokrocznie przechodzi... Ile oni w noce ciemne uprowadzają naszych krów i tłustych kobył... A sprawiedliwości na nich nie doprosisz się, niema!... Panowie z miasta zawsze ich stronę trzymają. I nigdy nic się nie wykrywa!...
— Choćbyś go za rękę ujął, wyprze się własnej ręki, a panowie mu przytwierdzą, pokryją go... — podtrzymał go drugi.
— Wiadomo, jednej są kości, jednego pochodzenia... A my co: — czarni Jakuci.
— Tyle tylko naszego odwetu, co ukradniemy sami!
— Po prawdzie, to swoje jeno odbieramy..
Gadali jeden przez drugiego.
Miał więc Mostowski nowe zmartwienie i z niecierpliwością czekał na powrót wójta.
— Za bardzo się śpieszysz!... — mówił doń Zdrowy Rozsądek. — Jak robota będzie skończona, nie będziemy mieli na tego wygę Nikitina żadnego sposobu... Będzie kręcił. Zobaczysz... Zostaw więc jaki drobiazg niedokończony, aby mieć go w ręku!...
— A głównie, żebyś ty jeszcze mógł tutaj dłużej z tydzień posiedzieć!..
— Wcale tego nie potrzebuję, gdyż i tak zostaję tu... za młynarza...
— Za młynarza?...
— A tak! Za młynarza. Mówiłem o tym już z gospodynią i obiecała mi poparcie. Mówię ci: kobieta pulchna i bardzo... bardzo obiecująca... ponętna!
— No, proszę bardzo!... Rozkoszuj się, ale po moim już wyjeździe...
— Nie wiem! W miłości, jak na wojnie, z każdej chwili korzystać należy. Minęła i już jej nie będzie... Zostaje tylko żal straconej okazji... Niema głupszego uczucia... — odparł tajemniczo Zdrowy Rozsądek.
Następny dzień minął spokojnie; Mostowski osadził koło na walcu i, zdjąwszy żarna, doprawiał, wygładzał ząb za zębem tryby, zwracając przytym pilną uwagę na resztę mechanizmu, gdyż deptak płatał mu wciąż nieoczekiwane małe figielki; to tu, to owdzie okazały się nadpsute lub obluzowane podpory i zazębienia, wyschłe kliny nie trzymały wiązań
Miał pracowity dzień; wrócił do domu na wieczerzę głodny i zmęczony; gniewało go, że nie zastał Zdrowego Rozsądku i musiał nań czekać z jedzeniem. Wtym rozległ się na dworze przeraźliwy krzyk, a potym hałas jakiś na ulicy, szczekanie psów i gonitwa...
— Nowa kradzież!.. Do licha! — szepnął Mostowski, wychodząc na ganek. W ciemnościach na podwórku tłukły się jakieś figury z drągami i zapalonym łuczywem w ręku i piskliwy głos kobiecy coś opowiadał i wołał:
— Ratunku!.. Złodzieje!.. Łapaj!
Jednocześnie gwałtownie dobijano się do bramy. Ale wszyscy tak byli zajęci gwarliwą rozmową i oglądaniem jakichś śladów za węgłem domu, że nikt na to nie zwracał uwagi i do bramy nie śpieszył. Dopiero Mostowski, poznawszy głos wójta, odrzucił wrzeciądze. Wjechał wóz i natychmiast go obstąpili ucichli na chwilę domownicy i sąsiedzi, opowiadając jeden przez drugiego o niesłychanie śmiałej napaści na dom samego wójta, o ponawiających się wciąż kradzieżach.
— Noce ciemne, bezksiężycowe — rzecz zwykła!... Ale żeby u mnie... Tego jeszcze nie bywało!... — oburzał się wójt.
Poszedł zaraz obejrzeć ślady, a wróciwszy, rozpytywał znowu szczegółowo jak było:
— Wychodzę, jak się patrzy, wyrzucić popiół... Pani kazała... A wtym wypada z za węgła wielki, czarny jak leśny bóg, skoczy do mnie, łap mnie wpół i przegina... Zaraz zrozumiałam, że złodziej, przelękłam się strasznie, serce skoczyło mi do gardła, ale mogłam jeszcze krzyknąć... Puścił mię i odskoczył, a potym znikł — opowiadała prostodusznie kucharka.
— Był, był!.. Co noc chodzą!.. — potwierdzali chłopi.
— Biegł polem!... Sam widziałem!... — dodał zdyszanym głosem Zdrowy Rozsądek, który się nagle wśród zebranych pojawił.
— Toś pan go ścigał?... — spytał wójt.
— A jakże!..
— A gdyby on tak pana nożem!... Samemu puszczać się w sprawy takie nie należy!.. Lud tutejszy — zbrodniczy lud... — pouczał Mostowskiego chłop-sąsiad.
— Nic mi nie zrobił!.. Uciekał jak zając!.. — zwykłym już głosem objaśniał Zdrowy Rozsądek. Wójt kiwał głową i zerkał nieznacznie na jego obsypane popiołem obuwie.
— A którędy to pan biegł?...
— A tędy za nim!..
Piotr Inokientjewicz mocniej jeszcze głową pokręcił i spojrzał niespokojnie na śmiejącą się żonę.
Wieczór cały upłynął na ożywionych opowiadaniach o złodziejach, zbójach i krwawych tutejszych i nietutejszych przygodach.
Gadał prawie wyłącznie Zdrowy Rozsądek, gdyż wójt, choć pił wódkę, mówił mało i stawał się nawet coraz pochmurniejszy.
— A jakże tam stoi z młynem?... — spytał nagle Mostowskiego. — Czas już myślę wam kończyć.
— Jutro puszczę młyn, ale muszę mieć papier... według umowy — odparł ten.
Gdy kładli się spać, Zdrowy Rozsądek, dobrze podchmielony, bardzo się rozrzewnił i, ściskając mocno za szyję Mostowskiego — szeptał mu żałośnie:
— Przyjacielu, jedzmy stąd, błagam cię... Ta zdradziecka niewiasta drwi sobie ze mnie!.. Prosiłem ją: wyjdź wieczorem za węgieł domu, a ona mi przysłała... kucharkę z popiołem.
Nazajutrz ku nieopisanej radości wójta młyn ruszył i szedł długo i gładko. Wprowadzono na deptak woły i nasypano w żarna zboża.
— Mąka, doprawdy mąka!.. — wołał wniebowzięty wójt, chwytając w garście białą strugę, sypiącą się z otworu podżarnia. — Patrz, żono!...
Pani Nikitinowa zbliżyła się do męża i dość obojętnie spoglądała na biały pył, zato figlarne jej spojrzenie spotkało się kilkakroć z pełnym wyrzutu wzrokiem Zdrowego Rozsądku, wreszcie wybuchła śmiechem...
— Tak, żono, tak!.. Wesoło robi się, jak, ot, kupka rośnie i rośnie i rośnie bez końca... Niech panu Bóg da zdrowie! Bądź pan pewny — zwrócił się do Mostowskiego, — jutro rano dostanie pan uchwałę... Zawsze dotrzymuję, co obiecuję... Niech panowie jadą do miasta, choćby zaraz, bo widzę, że się wam śpieszy...
W mieście wszystko zwolna wracało do dawnego stanu. Wygnańcy pomimo rozporządzenia gubernatora i prześladowań policji cichaczem, gromadnie napływali do miasta. Konieczność poszukiwania zarobku, potrzeba otrząśnięcia się choć na chwilę ze strasznej szarzyzny i nudy życia, jakie wiedli w ułusach, wreszcie sprawy zakupu potrzebnych przedmiotów oraz zbytu własnych wyrobów — były silniejszemi od wszelkich zakazów i kar. Litościwi mieszkańcy miasta dawali im przytułek, kozacy udawali, że ich nie poznają na ulicach, urzędnicy policyjni patrzyli przez palce na własnowolne przedłużanie pobytu.
— Trzebaby całej armji policjantów, aby wykonać tyczące się was przepisy... Nic innego nie robilibyśmy, tylko za wami biegali... Dla tego, oraz ze względów ludzkości folgujemy wam gdzie można... Wiadomo przecież, że was znowu pełno w mieście, ale oficjalnie tego nie stwierdzono... Tymbardziej jednak wyście sami powinni przestrzegać wszelkiego ujawnienia i widocznego naruszenia rozporządzeń władzy... Tymczasem pan się zjawia w policji osobiście z prośbą... Otwarcie panu powiem, że my tej uchwały ani zatwierdzić, ani nawet przyjąć nie możemy wobec wyraźnego rozkazu gubernatora!.. My powinniśmy pana aresztować... — dowodził Mostowskiemu sekretarz.
— Więc aresztujcie, ale prośbę i uchwałę przyjąć musicie... Ona zupełnie prawna!...
Urzędnik patrzał na podawane papiery i trząsł przecząco głową.
— Przedewszystkim niewiadomo, jak ją pan dostał! Prawo wymaga, żeby wszystko było jasne...
— Rzecz prosta — pojechałem i postarałem się.
— Otóż to właśnie: pojechał pan?... A na jakiej zasadzie?!
— Szanowny pan sam słyszał, jak naczelnik powiatu powiedział mi: dostań pan uchwałę, a dostaniesz paszport!..
— Tak, tak!.. Przypominam sobie, istotnie coś takiego było!.. Ale w takim razie niech pan zwróci się do naczelnika powiatu! Bez niego prośby ani przyjąć, ani zaregistrować nie mogę!
Znowu zaczęło się łapanie naczelnika powiatu, potym chodzenie od biura do biura po „dodatkowe“ wyjaśnienia, potym wskazówki i wiadomości „uzupełniające“ i t. d... Wszędzie tosamo: niewytłumaczony lęk, niechęć, rozdrażnienie, zwalanie decyzji na kogo innego, a w rezultacie mitręga, mitręga bez końca. Uzyskał Mostowski jedynie to, że uznano prawność jego żądań i pozwolono mu przebywać czasowo w mieście dla starań.
Sprawa oparła się znowu o gubernatora i utknęła w Zarządzie Gubernjalnym.
Z niesłychaną cierpliwością rozplątywał Mostowski te wszystkie nici i węzły, ale chudł, mizerniał, nie sypiał po nocach. Mieszkał na „ogólnej kwaterze“, skąd udało się nareszcie ogółowi poważnych „pigmejów“ wyprzeć wesołych ale zdrożnych „tytanów“... Ci zresztą nie dali za wygraną, owszem znalazszy przytułek u jednego ze swych miejskich przyjaciół, atakowali dalej „cnotę“ szeregiem nowych, szeroko wśród publiczności rozbrzmiewających kawałów.
Ten stan rzeczy martwił niezmiernie Matronę Iwanównę, ale musiała się poddać... powszechnemu głosowaniu. Rozpytywała jednak często z macierzyńską troskliwością Mostowskiego o losy Zdrowego Rozsądku, który znikł nagle z horyzontu, pozostawszy jej dłużnym coś około dwuch rubli. Mostowski jednak nic o nim nie wiedział, gdyż o ile nie sterczał w poczekalniach rozmaitych biur, to przesiadywał albo u Kuźniecowa w „jaskini książek“, albo u Grzegorzewskiego w zacisznej pracowni zegarmistrzowskiej, gdzie wśród trosk i zabiegów codziennego życia snuły się wciąż tęskne cienie niepowrotnej przeszłości.
Pewnego wszakże wieczora, gdy wrócił ogromnie znużony niepowodzeniami całodziennych zabiegów, zastał niespodzianie na opustoszałej i cichej „ogólnej kwaterze“ Heffdinga.
— Czekam właśnie na was, towarzyszu! Nie wiedziałem, gdzie was szukać. Byłem u Kuźniecowa, ale powiedziano mi...
O co chodzi? Cóż się znowu stało? — spytał z trwogą w głosie.
— Róża... zastrzeliła się! — zaszeptał Heffding. — Zostawiła list do was, towarzyszu... Oto on! Ćwieczkiewicz wysłał mię, żebyście zaraz wracali. Mówił, że można spodziewać się jakichś kombinacji...
— Komplikacji! — poprawił Mostowski.
— Pewnie komplikacji... wobec tego, że pisarz ułusny i „głowa“ jakucki dowiedzieli się bardzo szybko o wypadku i opieczętowali papiery i rzeczy Róży wcześniej, nim nasi zdążyli je przejrzeć... A tam podobno są tajemne listy do niej od narzeczonego z katorgi... Wy wiecie, towarzyszu, najlepiej, co tam może być, boście byli ich obojga przyjacielem... Trzeba więc, żebyście pojechali natychmiast. Może się uda coś wydobyć. Drzwi zamknięte, ale okno zapomnieli opieczętować i można łatwo wejść do pokoju z bardzo małym zachodem, poprostu podważyć ramę dłutem i wyjąć... Już ja to oglądałem...
Mostowski słuchał ogłuszony, nieprzytomny prawie i patrzał bezmyślnie na podawany mu list.
— Zabiła się... zabiła... Róża... kiedyż to?..
— Wczoraj rano. Całą noc jechałem, gnałem, ile było pary w koniu... Ćwieczkiewicz powiedział, żeby go nie szczędzić, choćby padł... Dał najlepszego konia, jakiego miał...
— I... jakżeż to?.. Gdzież się zabiła?... Mów!.. W domu, na przechadzce?.. Jak było?..
— U siebie w pokoju. Wstała jakgdyby nic, zjadła nawet z towarzyszami śniadanie, a potym weszła do siebie, przymknęła drzwi i trach!.. Skoczyli ratować, a ona już bez tchu... W serce... Nawet krwi niewiele wypłynęło. Na stole list otwarty do policji: „proszę nikogo nie obwiniać...“ potym osobny list do Ćwieczkiewicza i osobny do was, towarzyszu!..
— Zaraz jedziemy!.. Mój kochany, idź załóż konie!..
— Mój nie dojdzie!.. Jeszcze nie obsechł z potu, ledwie trzyma się na nogach... Droga straszna, śnieżyca, wichura, zaspy w górach...
— W takim razie ja sam...
— Na noc...
— Tak, na noc...
— Bójcie się Boga, jeszcze was w lesie zabiją i ograbią, albo zbłądzicie!
— Idź, idź zaraz załóż mi konia, proszę cię bardzo... Ja tymczasem przeczytam... ten list! — dodał z tłumionym bólem.
Heffding ubrał się i wyszedł. Mostowski otworzył kopertę drżącemi palcami.
Żegnaj, odchodzę. Nie jestem już nikomu potrzebna, czuję się zawadą i ciężarem.
Zapewne, że śmierć moja przyczyni wam chwilowo cierpienia, ale stokroć większym dla mnie cierpieniem jest życie w podobnych warunkach. Wszystko rozwiało się, opadło — pustka! Szczęśliwi, którzy mogą wierzyć i walczyć o kruszynę choćby osobistego szczęścia... Moje serce zmęczone nie chce już bić, odchodzę.
Wracaj, przyjacielu, wracaj, uciekaj stąd i bądź szczęśliwy. — Dziękuję ci za chwile otuchy i pomocy, jakiemi mię niegdyś darzyłeś... Raz jeszcze żegnaj!
Patrzał na czarne znaki liter, skaczące po białym papierze, i szukał ręką oparcia o stół. Zimny bolesny podmuch przywiał mu przed oczy złoto-włosą głowę, rozśmiane rumiane usta i szafirowe żałosne oczy...
— Ktoby pomyślał?.. Ktoby pomyślał? I dla czego nie pisze nic o Karolu?..
Wszedł Heffding.
— Koń gotów!..
Mostowski szybko obliczył się z Matroną Iwanówną, zapłacił należność, ubrał się i wyszedł. Heffding pomógł mu wynieść rzeczy.
— Ależ pogoda, towarzyszu! Niech ją gęś kopnie zadnią nóżką. Nie zwalcie się gdzie z urwiska! — ostrzegał Mostowskiego, gdy ten wyjeżdżał już przez wrota na przeraźliwie ciemną, świszczącą od wichru ulicę.
Smugi wilgotnej śnieżycy uderzyły go znagła w twarz jak straszliwy splot siekących nieustannie biczów, owionęły go siecią lodową, przewalającą się wciąż dookoła i wstrząsaną przez szalejącą burzę. Świst wichru, ryk bitych przezeń przedmiotów, jęk ziemi, zalały, ogłuszyły, zatopiły go, oddzieliły od reszty świata. Poczuł się zupełnie samotnym wśród bezwzględnego mroku i burzy, sam na sam z targającą mu wnętrzności gorączką i strasznemi, niejasnemi myślami, od których się bronił. Popędzał wciąż lejcami konia, którego ośnieżony zad ledwie majaczył w ciemnościach. Wóz strasznie podskakiwał po zamarzłej grudzie drogi albo niespodzianie wrzynał się w zaspy. Wtedy koń stawał i czekał, a Mostowski zeskakiwał z wozu i popychał, podważał koła, wołając jednocześnie na wierne zwierzę. Z trudem wielkim pokonywali te przeszkody, którym Mostowski nawet rad był, gdyż przeszkadzały ukształtować się tym myślom niejasnym, których bał się, a których nie był panem... Ale za miastem, gdzie na obszernej, nagiej równinie pęd wichury stał się potężniejszym, lecz zarazem jednostajniejszym, a powłoka śniegu na odmuchniętej drodze równiejszą i cieńszą, musiał siedzieć nieporuszony na wozie i pogodzić się z miarowym krokiem konia, który za nic nie chciał biegu przyśpieszyć. Wtedy mgliste myśli zaczęły się układać w bolesne oskarżenia... Leciały, jęcząc, wraz z lodowatemi smugami wichury...
...Znikła... znikła i... nigdy... nigdy... Winniśmy... wszyscyśmy winni, żeśmy nie umieli zatrzymać...
...„Nie jestem nikomu potrzebna“... — trzepotało żałobne widmo przydrożnego drzewa, wyłaniające się nagle na ciemnym tle skłębionej burzy... O oczy moje żałosne, o usta moje słodkie, wyście nie były nikomu potrzebne! Pocóżem się was wyrzekał, marząc w cichości bezsennych nocy o was i wypierając się po dniu tych marzeń przed samym sobą... Karolu, Karolu, coś uczynił, żeś jej nie mógł powstrzymać, zakląć przynętą słodkich nadziei, złagodzić gorycz cierpień bieżących wizją przyszłego szczęścia!.. Coś się stało!.. Dawno już odgadywałem, że coś się między wami dzieje, ale... nie śmiałem pytać!.. Tymbardziej nie śmiałem, nie mogłem pytać!... — Nie mogłeś pytać? — spytał wewnętrzny surowy głos. — Dawniej podszedłbyś do niej z prostotą przyjaciela, ale teraz... Wmieszałeś się i ty do zgrai tych, tych... co jej przedewszystkim pożądali!... Była samotną, zupełnie osamotnioną wśród usłużnych i schlebiających. Dobra, czysta, czuła, otoczona wieńcem satyrów... Z każdego uśmiechu wyglądało błaganie o ciało, wyciągnięta dłoń płonęła pragnieniem uścisków, rada zawierała ukrytą prośbę i nadzieję... Wstrętne!... I tyś też do nich należał!... — Tak, należałem — westchnął. — Lecz co mogłem zrobić, co zrobić!? Wszak starałem się zmienić, nie widywałem jej tygodnie całe, walczyłem z sobą... A mimo to, gdym znowu ją spotykał, znowu wybuchał stłumiony, zdawało się nazawsze, płomień trujący, słodki i nieubłagany... Chciałem od niej uciec i, oto, ubiegła mię: „Żegnaj raz jeszcze...“ „...Uciekaj stąd i bądź szczęśliwy...“ Ach, nigdy już nie ucieknie od jej widma, od jej wspomnienia!... Cóżeś uczyniła? Coś uczyniła ze mną?...
Koń zatrzymał się. Mostowski zszedł z wozu, obtarł mu zatkane chrapy z namarzłych sopli, oczyścił tułów ze skorupy lodu, obił z kopyt nadeptaną grudę; następnie obrąbał z kół rękojeścią okutego bata nalepłe na nich poduchy śniegowe, poczym wyjął worek z trochą jęczmienia i naczepił go na łeb zwierzęcia. Sam zaś poszedł naprzód drogą, aby przekonać się, wymacać rękami, gdzie się znajduje. Gwałtowne wznoszenie się gruntu oraz obecność po lewej ręce wielkiego, spróchniałego pnia, przekonały go, że drogi nie zmylił, że znajduje się u wjazdu na górę.
— Byle dostać się w lasy!... Tam droga jedna, przerąbana w gąszczu... Zbłądzić niepodobna. Rano będę w domu... — rozmyślał.
Z niemałym wysiłkiem wydostał się na wierzch góry. Koń ślizgał się po chyliźnie i co chwila stawał, Mostowski, podpierając chyboczący się wóz, sam parę razy omało nie upadł i nie stoczył się na dół. Całe szczęście, że wiatr tu już mniej dokuczał, wstrzymywany porastającą stok gęstwiną. Na górze, gdzie zaczynała się zalesiona płasko-wyżyna, było prawie cicho, za to tak ciemno, że istotnie Mostowski nic nie widział, prócz migających mu chwilami przed nosem płateczków śniegu. Zdał się na instynkt konia, kożuch mocniej zapasał, bermycę futrzaną głębiej na uszy naciągnął i, siedząc skulony bez ruchu na wozie, pogrążył się już bez walki w swe myśli żałobne. Ciemności gęste, jak zasunięta powieka, tłumiły mu wszelki widok na świat zewnętrzny. W szczytach drzew szalała burza, las wokoło szumiał, trzeszczał, pojękiwał, ale w szczelinę drogi słabe jeno dobiegały podmuchy... Koń człapał miarowo, zaginiony w czarnej przepaści, wóz podskakiwał i chybotał się wciąż, ale miarowo, jak łódź na uciekających falach...
Znów jak niedawno w szopie młyna przebiegał Mostowski myślą swe życie, lecz jakże inaczej patrzał na nie teraz, jakże marnemi wydawały mu się jego cierpienia, zawody i żale wobec tego, co się stało...
„Żegnam cię, kochany przyjacielu, odchodzę!“
Jakoś dotychczas nigdy mu nie przychodziło do głowy, że można tak poprostu tę całą plątaninę rozwiązać, od tego wszystkiego odejść i że z czasem się przecież od tego odejdzie!... I nagle wstało przed nim pytanie, którego unikał, które odpychał całą mocą swej duszy hartownej, którego trujące skutki nieraz w swym życiu widział: „Poco to wszystko, poco?...“
Nie mógł zbyć go tym razem żartobliwemi odpowiedziami, jakie dawał sam zwykle Zdrowemu Rozsądkowi... Istotnie: czy niema w tym wszystkim jakiejś okrutnej, nieogarnionej, niezrozumiałej sprzeczności?!... Oto widział siebie małym, beztroskim chłopięciem, czule chowanym przez matkę, pieszczonym przez ojca, całowanym przez wszystkich... Jednocześnie uczono go być dumnym, szlachetnym, mężnym, kochać kraj... Uczucia te w atmosferze powszechnej udręki i poniżenia nabierały szczególnego znaczenia i mocy, zatruwały wszystkie ruchy jego duszy jadem cierpkim i palącym, jak dotknięcie do wiecznie krwawiącej się rany. Nigdy wesele jego nie bywało całkowite, pełne i nigdy smutek jego nie był li tylko własnym smutkiem... Cała jaźń jego już na zaraniu życia przesnuta była jadem bolesnym, przejmującym powszechnego cierpienia, który go dręczył ustawicznie, a był mu jednak droższy nad życie... Jeżeli nie uginał się i nie umierał wśród tych mąk i rozterki, to właśnie dla tego, że, zabijając siebie, rozumiał, iż zabije i te święte dla siebie boleści, które wymagały właśnie walki. I to, co było źródłem jego słabości, stawało się źródłem jego siły, dawało mu tę twardą niezrozumiałą zaciętość i nieustępliwość, jaką zachwycali się przyjaciele, a nienawidzili lecz szanowali wrogowie... Ale w gruncie rzeczy był to stosunek niezdrowy, nawspak odwrócony rzeczy porządek. Żył dla idei, dla uczuć, a nie one żyły, aby mu służyć... Właściwie zaś był to zrost tak silny interesów osobistych i ogólnych, że rozdział ich wydawał mu się wprost niepodobieństwem, śmiercią jego istoty. Dla czegóż teraz głos ich osłabł? Dla czego słucha obojętnie tych samych zawołań i rozumowań? Dla czego z odrazą myśli o wszystkim, co może być jutro? Czyż nie wszystko jedno?... Czyż nie było już wielekroć dawniej tego, co jest dziś?... Noc; koń stąpa w ciemnościach, z trudem wlokąc wóz; burza szumi w gałęziach lasu, wiatr zacina co chwila mu twarz swym biczem lodowym... Czegóż on spodziewa się i na co czeka?! Wszak tam w końcu drogi czeka go trup, wczoraj jeszcze piękny, żywy, ponętny, pełen obietnic rozkoszy, pełen wesela, pełen myśli i drgnień prześlicznych... Poco to?... Czyż gdyby, ot, w tej chwili, napadli nań nagle złoczyńcy i zabili go, zmieniłoby się cokolwiek w zwyczajnym biegu nawet najbliższego otoczenia?... Toczy się ziemi kolisko w przestworzu, a na ogarniętej nocą jego połowie — on, proch drobny, mniejszy od drobinki kurzawy... Poco walczyć, poco żyć, kiedy się jest tak bardzo znużonym!... Czyż istotnie nie lepiej... odejść na wieki, utonąć w spokoju nigdy niezmąconym...
Całe brzemię swego ciężkiego losu poczuł nagle na pochylonych barkach i nigdy nie pamiętał, aby był tak słabym, zużytym, zbolałym, jak w ów świt ołowiany, kiedy dowlókł się nareszcie do swej sadyby.
— Ach, poco, pocoś to uczyniła!... — jęknął powtórnie, spoglądając w stronę domu umarłej.
Musiał dać koniowi wypocząć, musiał go nakarmić, musiał się więc zatrzymać. Aby czas jakkolwiek zabić, rozpalił ogień na kominku i, ugotowawszy herbaty, zmusił się do przełknięcia trochę gorącego napoju.
— Ach, jesteś nareszcie! — przywitał go Ćwieczkiewicz. — Dobrze, żeś się pośpieszył, bo powiadają, że jutro ma zjechać pomocnik naczelnika z doktorem na śledztwo i autopsję...
— Podobno już są w uprawie! — dodał posępnie Żurawkin.
— Gdzież ona jest? — spytał cicho Mostowski.
— Tu, w swoim pokoju! — odrzekli wraz i kiwnęli głowami w stronę zamkniętych drzwi z wielkiemi pieczęciami u zamku.
— Można jednak wejść przez okno...
— Wchodziliście już?
— Nie!... — odszepnął głucho Ćwieczkiewicz.
Mostowski w milczeniu patrzał dalej na drzwi.
— Właściwie możnaby nie wchodzić! Cóż tam takiego może być w tych listach!... Wszystko to są rzeczy dawne... A my możemy mieć wielkie z tego powodu przykrości — zauważył ostrożnie Żurawkin.
— Tak, ale niektóre były przysłane przez okazję i mogą zdradzić drogę, którą szły, narobić wiele bolesnych niespodzianek, zasypać ludzi... Jak zwykle w takich razach... Kto wie, co on tam pisał?... Marzył podobno o ucieczce...
— Przeciwnie, słyszałem, że wypuszczono go z więzienia na „wolne kwatery“ i że miał się nawet... ożenić!
— Plotka! — wybuchnął Mostowski.
— Być może, ale były pogłoski...
— I pan jej to powiedział?
— Nie. Nigdy nie miałem okazji mówienia z nią o narzeczonym — odrzekł cicho Żurawkin.
— Tak, tak. Zawsze uchylała się od rozmowy podobnej!... — potwierdził Ćwieczkiewicz.
— Chodźmy! — przerwał sucho Mostowski.
Pokoik Róży mieścił się w małej przybudówce, przytulonej skromnie do dużego domu, gdzie mieszkała męska połowa kolonji Ćwieczkiewicza.
Aby nie obudzić śpiących jeszcze towarzyszy, wyszli ostrożnie na palcach, wziąwszy ze sobą siekierę i dłuto dla wyważenia ramy okiennej. Udało się to im z łatwością
Żurawkin został na straży, a Ćwieczkiewicz i Mostowski weszli do wnętrza.
Na łóżku pod białym prześcieradłem rysowała się sztywno posągowa postać młodej kobiety. Mostowski przystąpił nieśmiało i uniósł róg zasłony. W porannym, zlekka różowym świetle, jakie padało z przeciwległego okna, wystąpiła spokojna, marmurowa twarz o miłych rysach. Ale na długich rzęsach i ślicznych ustach — na młodych policzkach już leżał drobny, śnieżny pyłek szronu, osiadłego w wyziębionym pokoju. Bolesny szloch zatargał piersią Mostowskiego, upuścił całun i odwrócił się. Długo stał z głową pochyloną na piersi, aż Ćwieczkiewicz trącił go za ramię.
— Musimy się śpieszyć, kochany!... — rzekł przez łzy. — Tutaj składała listy i dokumenty, w tym pudełku; zaraz po wypadku chciałem papiery zabrać, ale nie mogliśmy znaleźć klucza od pudełka...
— Trzeba było zabrać je całe!
— Tak, tak! Zapewne!... Nie przyszło nam do głowy!... Więc weźmiemy je.
Mostowski znów zbliżył się do ciała i odsłonił tym razem całą figurę, objął ją rozbolałym wzrokiem, ogarnął, zapamiętał, zarytował w duszy, poczym schylił się ku odrzuconej trochę w bok ręce, ucałował ją i odszedł ku oknu, gdzie już czekał nań Ćwieczkiewicz ze zmienioną twarzą i pociemniałym wzrokiem.
— Czy listy przejrzymy na wszelki wypadek? — spytał Żurawkin, stawiając szkatułkę na stole i robiąc ruch dłutem.
— Poco?... Nie chciała widać, żebyśmy wiedzieli...
— Wyjaśniłaby się w ten sposób cała plotka... Moglibyśmy protestować, przeciwdziałać w razie czego!...
Mostowski nie słuchał go i niósł szkatułkę do ognia.
Z ociąganiem się i z pewnym strachem wrócił Mostowski do swej samotnej chałupy.
Wydało mu się, że został nagle ciosami nieoczekiwanemi odarty, ogołocony z tej zbroi, jaka chroniła go dotychczas w ciężkich przygodach życia. Czuł się osłabionym na ciele i duszy. Już nie mógł z rozumnym męstwem odsuwać od siebie pewnych wątpliwości, lub odpowiadać na nie, idąc od faktu istnienia... Nieprzełamaną mocą ciągnęła go teraz zgubna droga rozumowań szczegółowych w stylu Zdrowego Rozsądku, dociekań, ginących w ciemnych głębiach zagadek nierozwikłanych. — Niegdyś miał do nich, jako bezcelowych, wstręt nieprzełamany, teraz nabierały one dlań zwolna ponęty haszyszu. — Chwilami, gdy znękany nie walką, lecz powstałą nagle dokoła niego próżnią, pozwalał tym rozmyślaniom płynąć swobodnie, zdawało mu się, że w zmroku pustej izby przesuwa się blady cień złotowłosej kobiety, siada za jego stołem i, oparszy białe czoło na skrwawionych płoniach, w głos myśli:
— Poco i dla kogo?
Leżąc na twardej pryczy, słuchał tych głośnych myśli z zapartym oddechem, jak obcego rozumowania. Snuły się jak ślizka pajęczyna godzinami, kłębiły bezładnie jak bagniste wyziewy nad szarą, błotną pustynią. Aż spostrzegał z przerażeniem, że go przywiodły nad dół, wykopany na miarę ludzkiego ciała, i pot kroplisty wybijał mu się na czoło.
— Nie, nie!... Nie chcę, muszę wrócić! Muszę raz jeszcze kraj ojczysty, własny własnemi obejrzeć oczyma, a wtedy zamknę je bez żalu!... Już lepiej ucieknę!... Ale jak? Ci szaleńcy wyruszają dopiero za pół roku, a do tego czasu nie wytrzymam!... Zresztą przestali już mówić ze mną o ucieczce i słusznie, gdyż nie posiadam już i na to dostatecznego męstwa...
W możność otrzymania paszportu me wierzył.
— Jest to rzecz tak zależna od tysiąca nieprzewidzianych okoliczności, od zbiegu tylu szczęśliwych wypadków, od dobrego lub złego humoru urzędników, od intryg wreszcie, nie mających najmniejszego związku z samą sprawą, że doprawdy łatwiej wygrać wielki los na loterji, niż wyrwać ten papier z podejrzliwych, dręczycielskich rąk... — tłumaczył Ćwieczkiewiczowi, który go odwiedzał teraz dość często.
Ten spoglądał ze smutkiem na wychudłą twarz przyjaciela, na zapadłe jego policzki, na błyszczące gorączkowo oczy i silił się go pocieszyć, wzbudzić w nim wiarę i nadzieję, których sam nie miał.
— Dla czego?... Wszak masz prawo za sobą?... Wszak pokonałeś jedną z największych trudności — przedstawiłeś im uchwałę gminy!...
— Cóż z tego?... Nie zatwierdzą i kto ich zmusi?... Niema siły takiej na świecie, któraby zmogła ludzi złej woli!... Ich można jedynie zniszczyć! My tego nie możemy obecnie uczynić... A byłoby, wyznaję, nierozsądną wprost rzeczą z ich strony uwalniać człowieka, który nie wyparł się jeszcze samego siebie... Sam to nieraz mówiłeś.
— Tak, istotnie, położenie trudne. Wogóle życie jednostki jest zależne od tylu drobiazgów, szczęśliwych i nieszczęśliwych wypadków, że doprawdy najmędrszą filozofją jest nie przywiązywać do niczego zbyt wielkiej wagi. Nasze zaś życie zależne jest od nich w stokroć większym stopniu... I to, myślę, jest właśnie niewola!... — wpadał niepostrzeżenie Ćwieczkiewicz w ton Zdrowego Rozsądku.
— Nie, przyjacielu, — niewola to jest niemożność... działania! Mnie się zdaje, że wyczerpałem wszystkie możliwości i dla tego...
— Co?... — spytał go gość z przerażeniem.
— Nic! Czekam... jeszcze...
Ćwieczkiewicz pochylił głowę. Czekał i on, czekali wszyscy wygnańcy, nie wykazując tego jawnie, wyroku na żywego ich brata, wyroku, który był zarazem wyrokiem i na nich.
Gdzieś tam w kancelarjach, w rękach ludzi nieznanych im zupełnie i obojętnych, był to marny, błahy papierek, taki czy inny układ tych samych do znudzenia, powszednich sakramentalnych wyrazów — tutaj dopiero, w tym życiu szarym, ubogim, przyziemnym, zmieniał się w straszne ciało i krew...
Więc płynęły dnie w monotonnej szarości oczekiwania jak w przewlekłej torturze. Z dniem każdym Mostowski utwierdzał się w rozpaczliwym przekonaniu, że jest skazany na wieczny tu pobyt, że jest przygwożdżony do tego po wielekroć strasznego dlań miejsca, jak do krzyża, i wszyscy podzielali w duchu to jego przekonanie. Zresztą napozór był spokojny.
Gdy Pierepiełow i Muszkin próbowali mu hałaśliwie dowodzić, że należy uzbroić się w cierpliwość i czekać lepszych czasów, wzruszał wzgardliwie ramionami i zagadywał o czym innym.
— Jeżeli w końcu miesiąca nie przyjdzie odpowiedź, sprzedają wszystko i idę do miasta, niech będzie, co chce! — mówił z tajemniczą stanowczością.
Co to miało znaczyć, nikt nie domyślał się.
— Może ma zamiar uczynić jaki zamach?! — odgadywał Barański.
— A toby nas wsypał! — troskał się Heffding.
Pierepiełow i Muszkin, na wszelki wypadek, woleli wstrzymać się na czas jakiś od wizyt i bliższych stosunków z „szaleńcem“. Ale zamiast spełnienia groźby Mostowski rozchorował się. Przyjechawszy doń w odwiedziny, Ćwieczkiewicz zastał go pewnego dnia leżącego na łożu w malignie. Poczciwiec przeniósł się zaraz do przyjaciela na stałe i pielęgnował go cały czas jak siostra miłosierdzia. Przywieziony z dalekiej okolicy towarzysz wygnaniec, eks-student z czwartego roku medycyny, skonstatował zapalenie mózgu. Uzyskano pozwolenie przewiezienia chorego do miejskiego szpitala.
Tam zwolna przyszedł do zdrowia.
Była głęboka zima. Przez oszronione, zlodowaciałe do głębi okna szare bezbarwne światło z trudem przedzierało się do wielkiej ale nizkiej sali szpitalnej. Był dzień przyjęć i wśród rzędów białoszarych łóżek czerniały tu i owdzie grupy krewnych i przyjaciół, odwiedzających chorych. Mostowski nie lubił tych dni; zwiększony ruch, zwiększony gwar męczyły go; odwrócił więc głowę, utkwił znużone oczy w poblizkiej, wapnem wybielonej ścianie i zastygł w bezmyślnej niemocy. Wtym poczuł, że ktoś idzie ku niemu; z niechęcią więc wzrok w tę stronę skierował. Od drzwi sunął ku niemu Zdrowy Rozsądek, przepychając się hałaśliwie wśród łóżek, chorych i gości.
— Jest!... — wołał, potrząsając zwitkiem papieru. — Wyrobiłem sobie, że mi go wydali na ręce, i sam ci niosę!...
Nachylił się nad łóżkiem, zionąc zapach spirytusu, i papier na kołdrze rozłożył. Mostowski z trudem uniósł się na pościeli i wolno odczytał:
„...opierając się i... zgodnie z paragrafem... oraz w uznaniu zasług poczynionych dla kultury rolnej wsi Dżadaj-Charban... Jego Ekscelencja Gubernator... uznał za możliwe... zatwierdzić uchwałę gminy Dżadaj-Charban i zaliczyć byłego szlachcica polskiego, osiedleńca Gryfa-Mostowskiego w poczet chłopów tej wsi...“
Długo, dłużej niżby należało wczytywał się Gryf-Mostowski w ten tak przezeń pożądany papier, aż nareszcie rozjaśniona chwilowo twarz mu przygasła i gorzki uśmiech wykrzywił bezkrwiste usta.
— Cóż, nie cieszysz się, pełnoprawny obywatelu!? — rozśmiał się Zdrowy Rozsądek.
Mostowski upadł z powrotem na poduszki i twarz do ściany odwrócił.
Paryż, 1913 r.
- ↑ Skopcy jest to sekta wielkoruska, kastrująca z pobudek religijnych kobiety i mężczyzn do niej należących.
- ↑ Pogardliwe przezwiska, dawane w więzieniach sybirskich drobnym złodziejom, oszustom, graczom, całej czerni zbrodniczej, za której arystokrację uważani są włóczędzy, mordercy, rozbójnicy, przemytnicy spirytusu i fałszerze pieniędzy.
- ↑ Przezwisko, dawane przez włóczęgów i osiedleńców chłopom sybirskim.
- ↑ Majdan — prawo wyłącznego handlu chlebem, herbatą, cukrem, wódką, tytuniem, kartami, nabywane w sybirskich więzieniach za pewną opłatą od aresztantów przez jednego z nich, zwanego stąd „majdaniarzem“ (majdanszczyk). Majdaniarz pobiera również pewien procent z wygranej od graczów więziennych.
- ↑ Spirtonosami nad Leną zwą kontrabandzistów, trudniących się wzbronionym handlem wódką z kopaczami złota. Ci kontrabandziści, zorganizowani w zbrojne bandy, staczają nieraz walki z kozakami, strzegącymi kopalni. Spirytus wymieniają oni zwykle na złoto szlichowe, które znów potajemnie przenoszą na południe i w miastach sprzedają przekupniom rosyjskim lub Chińczykom. Ludność tubylcza uważa to za zajęcie zaszczytne, rycerskie.
- ↑ Przezwisko włóczęgów sybirskich.