Nowe monologi/Tragedia pani posłowej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Wilhelm Rappaport
Tytuł Tragedia pani posłowej
Pochodzenie Nowe monologi
Wydawca Wydawnictwo „Odrodzenie”
Data wydania 1946
Druk Księgarnia i Drukarnia Katolicka
Miejsce wyd. Katowice
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
TRAGEDIA PANI POSŁOWEJ.
(Kobieta, około 40-letnia, fertyczna, rumiana i żywa — ubrana w malowniczy strój krakowski, na który narzuciła kraciastą chustę — wpada na scenę zaaferowana i podniecona, jakby kontynuując sprzeczke, którą przed chwilą z kimś miała).

Moiściewy! Żeby takie ladaco kciało u mnie przewodzić w domu — a nie doczekanie! Poseł się z niego zrobił! (załamując ręce) Moiściewy! Taki niedojda, taki niedorajda, taki ciarach zatracony — poseł! (do publiczności, z wyjaśnieniem) Niby mój mąż rodzony, dyć mówię o nim. Posła z niego zrobili do Sejmu, na moje utrapienie. O rety, chyba rozum potracili w tej Warszawie! (z refleksją) Nietykalny się psiepara zrobił! (z ironią) Wałek, nietykalny! (wpada w złość) Już ja mu tę nietykalność z głowy wybiję! A nie doczekanie! To ja będę za niego ręce po łokcie urabiała, a on będzie nietykalny?... Żebym miała skonać, to tak mu gębę spiorę, że zapomni jak się nazywa! (siada) Mówiłam mu jeszcze łońskiego roku, kiedy go tylko wybrali, aby nie szedł na żadne diety poselskie. Chcą go mieć posłem, to niech go wezmą na ordynarię, a nie na żadne diety. Ekonom jest na ordynarii, leśniczy, gumienny, a nawet nasz pisarz — wszyscy imają ordynarnie — a tylko ten niedorajda zgodził się — w Warszawie na jakieś tam diety. Myślałam, że minie paralusz trzaśnie, kiedy ci wczoraj przyjechał. A gada ci psiepara, że żaden chrześcijanin go już rozumieć nie może. Tak ci go w tej Warszawie wyedukowali! Przyjeżdża, taki zatracony kundys do domu, niby na te feryje poselskie i zamiast powiedzieć — jak każdy chrześcijanin: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — mówi do mnie (skanduje powoli każde słowo): „Magda, musze ci zakomunikować, że zostałem wybrany do subkomisji kodyfikacyjnego subkomitetu preliminarza budżetowego“. Zapamiętałam sobie te słowa zatracone, bo ci mi się wżarły w głowę, (z rozpaczą załamuje ręce) Moiściewy! Taki wstyd! (powtarza)...Według klucza do budżetowego preliminarza! Tegom się doczekała po tylu latach ciemięgi z tym niedorajdą! Dzieci podrastają, krowa się ocieliła, obornik leży nierozwieziony po polu, locha zrzuciła prosięta — a ten ci mi wyjeżdża z (myli się w wymowie słów) kofidy nie! kodyfi, także nie! kodyfikacyjnym preliminarzem jakimś! I gadaj tu z takim, kiedy on ludzkiej mowy zapomniał! Nie dziwota! Sama byłam w tej Warszawie i widziałam na własne oczy, że człek tam zatraca zbawienie duszne.
Przyjeżdżam tam, niby jako posłowa. Chryste Panie, czysta herezyja! Byłam tam na jakimś gadaniu, po którym zaprosili nas, niby posłów i ich — żony, na jakąś stypę. Jeść to ci tam dawali, że Walkowi raz po raz głośno się odbijało i musiał sobie widelcem w zębach dłubać — a mnie, to ci o mało nóż z gęby nie wyleciał, kiedy zobaczyłam, że Wałek nałożył sobie palcami dwa nowe kurczaki i zagryzał jakimś przekładańcem z czekolady. Takie ci tam obżarstwo w Warszawie! Teraz to go moje pierogi w zęby kłują, a kapusty to nawet i do gęby nie weźmie! Pewnie, że wymysły pańskie przewróciły mu w głowie! Bo — czy to ktoś słyszał w naszej parafii, aby w każdym kącie pokoju stały piękne, porcelanowe miski z wodę, jak stoją w Warszawie? Na tej stypie niby, do to dla nas urządzili, posadzili me obok jakiejś ministrowej, ale ze me trochę znudziło w dołku, tak dwa razy splunęłam sobie na podłogę. A wtedy jakiś panisko w czarnej kapocie podsunął mi taką porcelanową miskę. Myślałam, że mnie paralusz trzaśnie! „Weź pan te miskę — zawołałam — bo dalibóg napluję do niej — i co wtedy będzie?“
Nie dziwota, że Walek tak sie rozpaskudził w tej Warszawie i teraz nawet mi mówił, że chce ze swoich dietów wystawić za stodołą jakiś (zastanawia się)...kiej zapomniałak... (po chwili namyśla przypomina sobie) Aha!... Jakiś wajterklozet, czy kiej diabeł! Muszę się księdza proboszcza, lebo organisty zapytać co znaczy ten wajterklozet, bo widzi mi się, że to znowu pewnie jakiś pański wymysł... Ale to wszystko jest byleco, wobec tego nieszczęścia co mnie przez tego niedojdę spotkało! (załamuje ręce) Moiściewy! Takie nieszczęście na gładkiej drodze! I ktoby to był pomyślał, że spadnie to na mnie jak pieron z jasnego nieba!... (płacze) O Boże, Boże, za co mnie tak karzesz?... Zawsze żyłam jak Bóg przykazał i grzechu na głowę nie ściągałam — a tu takie nieszczęście i taki wstyd! (płacze i zawodzi) Jak ja się ludziom w oczy popatrzę? Toć mnie przecie będą palcami, przez tego huncwota wytykali! (spazmatyczny płacz) O Jezu! Taki wstyd, taka publika na moje stare lata!... (uspakaja się i ociera kraciasta chustką oczy) Żebych choć była wiedziała, że ten hycel mi ściągnie taką hańbę na głowę, byłoby mi lżej — a tu pieron z jasnego nieba! (przez łzy szlochając od czasu do czasu) Dzieciom hańbę na głowę ściągnął, mnie skrzywdził i sponiewierał, na pośmiewisko uczciwych ludzi wystawił... (gwałtowny płacz) I za co?... Za to, żem mu pięcioro dziecków urodziła i wzięła go bez — z przeproszeniem portek, bo z niego oblatywały... (przez łzy) Ja, gospodarska córka! Bodajbym była nogi na ślubnym kobiercu połamała, nim się z nim związałam przed ołtarzem!...(w pasji) Że też ten człowiek Boga — w sercu nie miał, aby nas tak sponiewierać i we wstydzie utytłać! Mało mu było jeszcze, że jest nietykalny — jeszcze mu tego brakowało! (z refleksja) Myślałam sobie: poseł — bierz cię licho! Jeszcze pół biedy, bo zdarza się czasem, że i w porządnej familii poseł się znajdzie, ale to, co teraz mi ten obwieś zrobił, tego żadna rodzona żona nie ścierpł!... Jak sobie przypomnę, to mi żal serce ściska, że oczybym mu wydrapała! (szlocha za chustka) Taki wstyd! I za co? Za moje dobre serce, za to żem mu dogadzała i zrobiła z niego gospodarza, jak się patrzy! Dzieci moje! moje biedne dzieci, jak wy się teraz ludziom na oczy pokażecie? Ładnego ojca będziecie teraz mieli, moje niebożęta! Moiściewy! (wybuch płaczu) Ja chyba z żalu i ze wstydu nie wytrzymam! (do publiczności) Co? Państwo się pytacie co się właściwie stało?... (ociera szybko łzy) Jak to? To wy naprawdę nie wiecie nic o moim wstydzie i hańbie? (wybuch płaczu) Przecież Walek ministrem został? (wybiega wśród płaczu, zasłaniając sobie oczy ze wstydu) Ministrem został!

KURTYNA.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Wilhelm Rappaport.