Nowe monologi/Liga kobiet samostojących

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Wilhelm Rappaport
Tytuł Liga kobiet samostojących
Pochodzenie Nowe monologi
Wydawca Wydawnictwo „Odrodzenie”
Data wydania 1946
Druk Księgarnia i Drukarnia Katolicka
Miejsce wyd. Katowice
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
„LIGA KOBIET SAMOSTOJĄCYCH“.

(Mężczyzna łysy, w połamanym cylindrze na głowie, w potarganym surducie, przekręconym krawacie — blady i wzburzony, wpada na scenę i ogląda się trwożliwie dokoła — chwilkę milczy i pokazuje palcem cylinder).

Oto cylinder! Tak wygląda cylinder człowieka, który wraca z posiedzenia „Ligi kobiet samostojących“. I państwo to z takim spokojem przyjmujecie do wiadomości, jak zmianę rządu, lub zwyżkę dolara?... (zły — zdejmuje cylinder z głowy i ogląda go) Słusznie powiadają, że to powojenne społeczeństwo jest zbiorowiskiem najgorszych instynktów! (chodzi po scenie wzburzony) A może państwo nie wiecie w jakim stanie wyszedłem na to posiedzenie „Ligi kobiet samostojących“?... Otóż cylinder mój błyszczał jak nowy samowar, kołnierz wyszedł prosto z pralni, krawatka nie widziała nigdy Witosa, a żakiet wyszedł spod pióra... (poprawia się) to jest, spod igły najlepszego krawca na raty. Nie wierzycie?... Proszę, niech ktoś z obecnych pofatyguje się tu do mnie i przekona się na szczątkach o moich minionych chwilach świetności. Co? Nikt nie chce?... I słusznie, bo ja dziś za siebie nie ręczę! (w pasji) Jestem wściekły, jak sam a wścieklizna! (siada — z refleksją) Licho minie skusiło, aby pójść na to posiedzenie „Ligi kobiet samostojących“! (uderza się w czoło) Ośla pało, po oo tam się pchałeś? (z przekąsem) Cóż robić, jak się ma żonę, która chce sarna stać? (do któregoś z panów) Pan nie wie co to jest kobieta samostojąca? O, to pan pewnie jeszcze przedwojenny małżonek, bo dzisiejsi mężowie już wiedzą coś niecoś o samostiojącej kobiecie. Samostojąca kobieta, inaczej, kobieta wyzwolona czyli „garsonka“, jest to kobieta, która nic tylko, że sama nie stoi, ale mężowi swemu nie da ani stać, ani siedzieć, ani chodzić, ani leżeć. Jedno takiemu mężowi pozostaje: powiesić się. (do jednej z pań na sali) Co? Nic złego nie mówić o kobietach?... Pani może także należy ido „Ligi kobiet samostojących“?... (z determinacją) Mnie już wszystko jedno, proszę pani! Dwa razy już żonaty być nie mogę, więc nic mi się złego więcej stać nie może (do któregoś z mężczyzn na sali) Co? Proszę?... Pan powiada, że są tacy, którzy drugi raz się żenią? Pewnie, że są — ale ten który się żeni drugi raz, nie wart jest tego, że mu pierwsza żona umarła! (ogląda cylinder) Biedaku, tak cię zmanikurowały piękne rączki kobiece. (przedrzeźniając) Rączki, podobne kwiatom lilii! — jak mówią poeci, (zły) To wszystko blaga, co poeci piszą! To nie rączki, ale łopaty, widły, motyki!... (z refleksją) Zresztą diabli wiedzą, co ja dziś wygaduję ze złości, (do jednej z pań) Pani się pyta, jak to się stało, że mnie tak ładnie oporządzono?... Zaraz, niech dech złapię... Otóż przychodzę do domu na obiad — żony nie ma; drzwi zamknięte. Pytam się sąsiadów — powiadają: poszła razem z kucharką i pokojówką na posiedzenie „Ligi kobiet saimostojących“. Byłem głodny, jak sto diabłów, albo dwudziestu urzędników państwowych IX stopnia, (porozumiewawczo do jednej z pań) Pani wie, że mężczyzna głodny, jest zdolny nawet do bohaterstwa. Byłem po prostu wściekły i pobiegłem na to posiedzenie. Po drodze przewróciłem dwie poważniejsze matrony, policjanta, dziecko z wózkiem, stragan, zawaliłem rusztowanie nowobudującej się kamienicy, wpadłem do beczki powideł, połamałem parasol, wybiłem szybę w oknie wystawowym i lecę dalej bez pamięci. Wchodzę nareszcie do sali obrad. (gest przerażenia) Bab, jak nasiał!... Stare, młode, czarne, jasne, utlenione, rude, bronzowe, gładkie, pomarszczone, ondulowane, popielate, pomidorowe — słowem kalejdoskop barw i twarzy. A wszystko pod rząd podstrzyżone a la garconne i ożywione postulatami samostojących... (z rezygnacją) A no, takie czasy!... Szukaj oczyma głodnego wilka za żoną... Patrzę — stoi na estradzie i przemawia: (mówi piszcząco­‑krzykliwym głosem, imitując głos, kobiecy) My, kobiety wyzwolone, dotychczas jeszcze przy ciśnięte do kowadła przeznaczenia, brutalnym kułakiem uzurpatora­‑mężczyzny... (do publiczności) Słyszeliście państwo kiedyś, aby mężczyzna przyciskał kobietę do kowadła i to jeszcze kułakiem?... Dalibóg, że tego jeszcze nie słyszałem! (piszcząco mówi dalej) Czas, aby zrzucić znienawidzone jarzmo ze siebie! Dlaczego mężczyzna ma prawo do utrzymywania stosunków z pokojówką, stenotypistką, aktorką, praczką, czy Bóg wie — kim jeszcze, a nam za to grożą separacjami i rozwodami? (wstaje na krzesło) Koleżanki! „Liga kobiet samostojących“ zmieni ten jednostronny porządek rzeczy! Proponuję aby ustalić nowy słownik tych wyrazów, które były w użyciu dotychczas tylko w stosunku do kobiet. Czemu tylko kobieta ma być praczką? Słowo „praczka“, należy zmienić na „praczkarz“, — „niańkę“, na „niańkacz“, „pomywaczkę“, na „pomywacz“, „matkę’ na „matkarz“, „pokojówkę“, ma „pokojnik“, „położnicę“, na „położnik“, a „mamę“, na „mamkacz“. (złazi z krzesła — swoim głosem) Mało mnie diabli nie wzięli kiedy to wszystko usłyszałem. Przecisnąłem się przez tłum i stanąłem obok żony na estradzie. Szanowne niewiasty! — zawołałem — Nie psujcie darmo waszych buź i wstawionych ząbków i idźcie do domu, bo wasi mężowie pewnie są tak samo głodni jak ja.

Nie miałem już czasu dokończyć swojej przemowy. Własna, rodzona żona zepchnęła mnie z estrady. Wpadłem na jakiś olbrzymi kapelusz przybrany wypchanym indykiem i w tej chwili żona moja (z żalem) rodzona żona, podskoczyła ku mnie i wyrwała mi z głowy ostatni kosmyk włosów. Słyszałem tylko słowa: tyran, brutal, morderca i poczułem jak cylinder zesuwa mi się powoli po uszach, aż na brodę. Wolę dalej nie opowiadać... Po co? I tak nikt nie zrozumie co się w moim sercu dzieje. (pokazuje surdut, krawat i cylinder) O, proszę popatrzeć (wpada w pasję) Wszystkie kobiety to (mówi bardzo szybko) potwory, hyjeny, kajmany, krokodyle, aligatory, szakale, sowy, ropuchy, małpy, pawiany, kocice (nagle urywa, jakby coś groźnego dostrzegł na widowni — przysłania ręką oczy, wypatrując po sali — zdenerwowany do jednej z pań) Co? pani powiada, że moja żona tu za mną przyszła? (niedowierzająco, z lękiem) E, pani żartuje! Nie chciałbym się z nią tu spotkać, choć (nabiera odwagi, prostuje się zaczepnie) choć proszę nie myśleć, że ja się jej boję! (do jednej z pań) Jest naprawdę? (przyciszonym głosem) Gdzie? (lękliwie) Jest, pani powiada?... A jak wygląda? Co? Gruba, stara z obciętymi włosami i z brodawką na nosie?... (przykłada rękę do ucha, aby lepiej słyszeć) Co?... W ręce trzyma pędzel do golenia? (z okrzykiem) To nie pędzel do golenia, — to mój ostatni kosmyk włosów, który mi wyrwała! Po tym ją poznaję! Już mnie nie ma! Pam do nóg! (wybiega)

KURTYNA



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Wilhelm Rappaport.