Noc majowa (Musset, przeł. Londyński, 1890)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfred de Musset
Tytuł Poezye
Data wydania 1890
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego S-ki,
"Biblioteka Romansów i Powieści"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bolesław Londyński
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
NOC MAJOWA.

Poeto, weź swą lutnię, to ja, com téj nocy,
Widząc, że jesteś smutny i milczysz w niemocy,
Ja, twoja nieśmiertelna, jak do gniazdka ptaszę,
Zfrunęłam z niebios toni, by złączyć łzy nasze.
Cierpisz, o mój kochanku? Czy nuda cię gnębi?
Coś jakby jękło bólem w serca twego głębi?
Może to miłość, według ziemskiego zwyczaju,
Cień szczęścia czy rozkoszy, albo przedsmak raju?
Chodź, zaśpiewajmy Bogu. Skieruj myśli w stronę,
Kędy znikły uciechy, gdzie troski minione;
Podążmy w pocałunku do obcego świata,
Niech echo twoich wspomnień z wiatrem się rozlata!
Mówmy o szczęściu, sławie, szale życia twego,
A choć to będzie mrzonką, i cóż nam do tego?
Dalej! Jesteśmy sami, świat do nas należy!
Oto Szkocya zielona, tam Italia śniada,

Tu Grecya, matka moja, gdzie tak słodkie miody,
Tu Argos i Pteleon, to hekatomb grody,
Otóż i boska Messa, gołębicom rada,
A dalej gęstogrzywa Pelionu skała
I niebieski Titarez, i Camyra biała.
Powiedz, jaki sen złoty pieśń nasza wygłosi,
A łza, co wylać mamy, zkąd oko nam zrosi?
Dziś rano, gdy świt spłynął na twoje powieki,
Jakiż serafin, ponad łożem twém schylony,
Wytrząsał białe lilie ze swéj szaty lekkiéj
I z cicha o miłości prawił ci wyśnionéj?
Czy zanucimy smutek, radość lub nadzieję?
Czy hartownych rycerzy w pieśni krew zaleje?
Czy jedwabną drabinę kochankowi damy?
Czy na wietrze rumaka pianę rozbryzgamy?
Powiemyż, czyja ręka w lamp nieskończoności,
Pośród niebios zamczyska, nocą i dniem pali
Święty ogień żywota i wiecznej miłości?
Zachęćmy Tarkwiniusza: „mrok już, a więc daléj!”
A może szukać perły pójdziem na dnie toni?
Czy w gąszcz hebanów gorzkich sarnę pieśń pogoni?
Czy smętnéj Melancholii ukażemy czoło?
Czy wraz z łowcem przepaści gór zmierzym wesoło?
Oto, na myśl o młodych, z wyrazem błagania,
Patrzy weń, wzięta na cel zapłakana łania.
Wypalił — zamordował! W jakiéjż poniewierce
Psy szarpią téj ofiary ciepłe jeszcze serce?
Czy przedstawimy dziewczę o rumianéj twarzy,
Co wraz z paziem przy matce do kościoła zmierza
I z wzrokiem roztargnionym, jak nieraz się zdarzy,
Na wpółotwartych ustach zapomni pacierza?
Drżąca słyszy, że wdali, po głazach posadzki,
Pobrzękuje ostrogą jakiś młodzian gracki!...
Powiemyż do tych dawnych francuzkich rycerzy,
Aby zbrojni stanęli na blankach swych wieży

I wskrzesili swe pieśni o naiwném słowie,
Któremi zachwycali świat trubadurowie?
Może smętną elegię przedstawimy w bieli?
Może człowiek z Waterloo treści nam udzieli
Do swego życia, — ile skosił ludzkiéj tłuszczy,
Nim poseł nocy wiecznéj rzucił mroku tonie,
By go zgnieść skrzydeł ruchem wśród zielonéj puszczy
I na sercu ze stali dwie skrzyżować dłonie?
Może gorzką satyrą ta pieśń się rozsarka,
Przy siedmkroć zaprzedaném nazwisku pisarka,
Co z mroku zapomnienia idzie, głodem pchany,
Gdy go żądza i niemoc chwyciły w niewolę,
By znieważyć nadzieję na geniuszu czole,
I gryźć wawrzyn, swym własnym oddechem skalany?
Weź lutnię, weź poeto! Ja milczeć nie mogę,
Tchnienie wiosny mi skrzydła pobudza do lotu,
Za chwilę wiatr mnie porwie z ziemskiego obrotu.
Jednej łzy twojej pragnę, Bóg widzi — i w drogę.

POETA.

Siostro! Jeśli masz frasunek
O przyjaźni pocałunek
I o jedną z oczu łzę;
Ja ci dam je bez trudności
Na pamiątkę méj miłości,
Gdy na niebo wzniesiesz się.
Ani śpiewam ja nadzieję,
Ani sławę, ani szczęście,
Ani nawet bólu jęk!
Usta milczą, by usłyszéć
Mowy serca dźwięk.

MUZA.

Czy ty sądzisz, że jestem, jako wiatr jesieni,
Co się łzą żywi nawet, gdy ją grób wypleni,

A któremu się boleść kroplą wody zdaje?
Pocałunek poeta ode mnie dostaje.
Ziele, które tu zerwać tak pragnęłam rada,
To twa gnuśność. Bóg jeden twoim bólem włada.
Jakiekolwiek strapienie twą młodość przygnębi,
Pozwól téj świętéj ranie, niech sobie tór żłobi
Z pomocą czarnych duchów w serca twego głębi.
Wielkość bólu najłacniéj wielkimi nas robi.
Lecz by stanąć u szczytu, o nie sądź, poeto,
Że głos twój ma się skłonić przed milczenia metą;
Najpiękniejszemu w pieśni są cierpień wyznania.
Znam nawet nieśmiertelne łkania, nie jak łkania.
Pelikan, gdy go dzienna umęczy już praca,
W mgłach wieczoru do gniazda wśród trzciny powraca,
Wtedy głodne pisklęta na wybrzeże biegą,
Gdy go zdala nad wodą ujrzą lecącego.
Teraz, pewne ojcowskiéj zdobyczy podziału,
Każde śpieszy ku niemu, każde się weseli,
Wytrząsając swym dziobem z nad wstrętnéj gardzieli.
On ku wzniesionéj skale zbliża się pomału,
Nad gniazdem swe obwisłe skrzydła, rozpościera
I niby smętny rybak, ku niebu spoziera.
Krew z obnażonéj piersi wypływa mu strugą.
Napróżno na dnie morza żerował tak długo,
Ocean był dziś próżny, pustka wśród wybrzeży,
Więc tylko z własném sercem do dziatwy przybieży.
Teraz, smutny, milczący, na skale spoczywa,
I między synów dzieląc ojcowskie wnętrzności,
Tłumi własne cierpienia w podniosłéj miłości;
A widząc, jak krew z piersi obficie mu spływa,
Gdy go ta uczta stawia nad śmierci odmętem,
Kona, pijany rozkoszą, czułością i wstrętem.
Lecz nieraz, wśród boskiego iście poświęcenia,
Lęka się, czy go dziatwa żywym nie zostawi.
Wtedy wstaje i skrzydła na wiatr rozprzestrzenia

I wśród dzikiego krzyku swe serce sam krwawi!
Rzuca na pastwę nocy jęk grobowy taki,
Że z wybrzeży znikają wszystkie morskie ptaki;
Nawet podróżnik, czując, że to śmierci trwoga,
W przestrachu się powierza Opatrzności Boga.
Poeto! Tak téż czynią i wielcy poeci,
Drwić z siebie pozwalają tym, co chwilkę żyją;
Niech się krwią ich uraczą, niech się jéj napiją, —
Oni, jak pelikany, karmią swoje dzieci.
A gdy zaczną rozprawiać o zmysłów rozterce,
O smutku, o miłości, o katuszach zdrady,
Ten koncert nie dowodzi, że stracili serce.
Mieczami są niejako ich grzmiące tyrady,
One kreślą w powietrzu koła najjaskrawsze,
Ale się w ich połyskach krwi dopatrzysz zawsze.

POETA.

Muzo! Tyś nienasycona,
Żądasz wiele, przybądź w ciszę,
Człek na piasku nic nie pisze
W porze przejścia Akwilona.
Kiedyś, kiedyś, u zarania,
Na mych ustach do śpiewania
Młodość rwała się jak ptak;
Alem srogie przeszedł męki.
Dziś najsłodsze nawet jęki
I najcichsze liry dźwięki
Zmiażdżą ją, jak wątły krzak.
1838 r.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfred de Musset i tłumacza: Bolesław Londyński.