Noc majowa (Musset, przeł. Chłopicki, 1882)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alfred de Musset
Tytuł Noc majowa
Pochodzenie Antologia poetów obcych
Data wydania 1882
Wydawnictwo H. Altenberg
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Edward Chłopicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cała antologia
Pobierz jako: Pobierz Cała antologia jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała antologia jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała antologia jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NOC MAJOWA.
(Z MUSSETA.)
Muza.

Poeto! weź twą lutnię i chodź tu z uściskiem!
Dzisiaj pierwsza noc wiosny; więc i bez liljowy
Rozkwitnie u twych okien, i wiatr południowy
Zakipi śród lazuru, a przed jutrzni błyskiem
Słowik uwije gniazdko nad wodnem urwiskiem.
Poeto! weź twą lutnię i chodź tu z uściskiem!


Poeta.

Jakże ciemno śród polany!
Sądziłem, że mgłą obwiany
Cień jakiś pływał nad lasem;
Z zielonej on wybiegł łączki,
Stopami ściął kwiatów pączki,
I oto — senne widziadło
Znikło już, we mgle przepadło.


Muza.

Poeto! weź twą lutnię! Nocą nad łąkami
Zefir, w wonnej obsłonie pieści się i bawi.
Róża — niewinna jeszcze — zwartemi listkami
Szmaragdowego szersznia na łonie swem dławi.
Słuchaj, ucichło wszystko! wspomnij na kochankę...
Dziś w wieczór, pod lipami, tę ciemną altankę
Promień słońca pożegna czulej niźli wczora;
Dziś w wieczór maj się zacznie, świat z odmytą pleśnią
Napełni się miłością, zapachem i pieśnią,
Jak nowo zaślubionych weselna komora.


Poeta.

Czegóż bije serce biedne,
Zkąd to uczucie bezwiedne
Ducha mojego przenika?

Z za drzwi zda się słyszę hasło,
I choć lampy światło zgasło,
Olśniewam od jej promyka?
Wołam, kto tam? — lecz nikogo
Nie ma, pod strzechą ubogą
Sieroty i samotnika.


Muza.

Poeto, weź twą lutnię, dziś wino młodości
W żyłach wrzącej przyrody ferment swój odbywa;
Pierś moja kołysana pragnieniem miłości
Drży gwałtownie i usta szkarłatem okrywa!
O leniwy dzieciaku, patrz, jakem urocza,
Przypomnij sobie słodkie dawnych pieszczot zdroje,
Kiedyś bladł za dotknięciem pasm mego warkocza,
I z załzawionem okiem biegł w objęcia moje!
Ach, jam cię pocieszała w ciężkich prób kolei,
W miłości twojej ziemskiej katuszach daremnych,
Dziś, ty mi daj odetchnąć choć chwilką nadziei,
I pomodlić się z sobą śród tych smugów ciemnych.


Poeta.

To ty, muzo jasnowłosa
Wołasz na mnie z za drzew wianka?
Ty kwiat życia, wiosny rosa,
Wierna poetów kochanka!

Witaj, witaj w nocnej dobie,
Pani moja, siostro ducha,
Czuję, jak w uczucia grobie,
Życie budzi się przy tobie
I twych rad przez chwilę słucha!


Muza.

Poeto, weź twą lutnię! ja to, twa jedyna —
Widząc cię dziś milczącym, smutnym i sierotą!
Przychodzę jak do gniazda własnego ptaszyna,
Płakać z tobą i twoją karmić się tęsknotą!
Chodź mój cierpiący druhu, — jeśli nudy brzemię
Tłoczy cię, jeśli miłość nowa cię zaścigła,
Jeśli pragnienie szczęścia trapiące tę ziemię,
I woń raju — nad tobą rozwarły swe skrzydła;
Chodź, zanucimy razem śród świata przestrzeni
Dzieje twych smutnych myśli, twych serca płomieni;
Lub polecim marzący — kędy droga mleczna
Bożych i ludzkich cudów świeci majestatem.
Oto zielony Eryn, Italja słoneczna,
Grecja, opięta mirtu i wawrzynu kwiatem,
Argos i Ptelion — sława wielkiego narodu
Messa — ojczyzna pieśni, słowików i miodu,
Czoło wyniosłe, mszyste i zmienne Pelionu,
Powiedz, jakie sny złote śpiew nasz ma kołysać?
I zkąd gorycze życia pójdzie on wysysać?

Mamyż opiewać z tobą wdzięk oczu powabnych?
Kąpać w ciepłych krwi strugach stalowych rycerzy?
Zawieszać czułych gachów a drabin jedwabnych?
I pędzić na bachmacie śród konnych szermierzy?
Mamyż kwilić, o lubej z kastelu dziewoi,
W chwili, gdy obok matki w kościele uklękła;
Ferwor modlitwy wielki, lecz ot, u podwoi
Kruchty, czy refektarza ostroga zabrzękła:
Usta jej się zawarły, serce od pacierza
Pobiegło się przytulić do stali pancerza.
Powiemyż bohaterom średniowiecznych czasów,
By wszedłszy uzbrojeni na baszt starych blanki,
Zanucili romanse dawne i sielanki,
Jakie im minstrel śpiewał śród krwawych zapasów?
Rzekniemyż z pod Waterlo smutnemu mężowi:
Niechaj swój żywot groźny nam dzisiaj opowié,
Niech się przyzna otwarcie ile dusz zmiótł z ziemi,
Wprzód nim zleciał do niego poseł wiecznej nocy,
Nim weń skrzydłami śmierci ubódł z całej mocy,
I przykrył pierś żelazną rękami martwemi?
Utkwimyż na haniebnym, wiecznej wzgardy słupie,
Siedem kroć zaprzedane imię pamfleciarza,
Który głodem szarpany w swej zatęchłej ciupie,
Idzie z zgrzytem Zoila, z zuchwalstwem nędzarza
Bezcześcić nieśmiertelność na gieniusza skroni,
I śród tchnień jadowitych, pozbawiony woni

Wawrzyn sławy, paszczęką swoją szarpać brudną!
Weź twą lutnię, weź proszę! mnie już milczeć trudno,
Powiew wiosny rwie skrzydło do lotu i życia.
Daj łzę jedną! Bóg woła z chmurnego ukrycia!


Poeta.

Jeślić dość, aniele zloty,
Przyjaznego pocałunku,
I łez rzewnych: bez rachunku
Dam je, — niech moje pieszczoty
Wspominają ci w niebiosach
O znikłej miłości losach.
Dziś — porwanej lutni grajek
Nie wygłaszam wieszczych pieśni,
Gdy ideał już się nie śni,
Niemy, słucham serca bajek.


Muza.

Ach! nie sądź o poeto, że jak wiatr jesieni
Aż do dni adwentowych mdłemi łzami płacze,
I ja tak kwilę tylko, że śród nocnych cieni
Po drodze zgarniam same całusy żebracze;
O nie, ja sennych budzę z ducha ospałości,
I dźwiękiem ludzkich żalów, krzepię hart ludzkości.
Jakkolwiek o młodzieńcze, ciężko ci zadana
Z woli niebios, ta życia sącząca się rana,

Jest ona razem boskiem mąk błogosławieństwem;
Wielkość ziemską, człek wielkiem zdobywa męczeństwem,
Najpiękniejszą tu pieśnią, pieśń najrozpaczliwsza!
I im więcej w niej bólów, tem głębsza i żywsza!
Gdy pelikan zmęczony podróżą daleką,
Wraca w swoje sitowia o wieczornym chłodzie,
Dzieci jego zgłodniałe, wianeczkiem po wodzie
Zwolna śród trzcin nadbrzeżnych ku ojcu się wleką;
On ujrzawszy swój drobiazg, włazi na raf szczyty,
Pod zwisłe skrzydła tuli drużynę zgłodniałą,
I patrzy błędnem okiem w nadmorskie błękity.
Pierś się jego rozdarta broczy krwią zczerniałą,
Którą on, po czczych łowach, na lądzie i morzu,
Musi karmić pisklęta w rodzicielskiem łożu.
Ale oto, niestety, w czas właśnie karmienia,
Kiedy nie mogąc przenieść bolu i zmęczenia.
Radby porwać tę życia męczeńskiego matnię,
Oddaje on pisklętom kroplę krwi ostatnię,
Potem zrywa się nagle, skrzydła swe roztwiera,
W powietrzu raz powtórny pierś wątłą rozdziera,
I tak tęskny śpiew nuci śród nocnego mroku,
Że słysząc go, ptak morski w chmury się unosi,
A zbłąkany wędrowiec, z przerażeniem w oku,
Patrzy w widmo — i Boga o ratunek prosi!
Poeto, wielkich wieszczów żywot jest podobny.
Pozostawiając radość na pastwę dla gminu,

Oni w dni uczt wiosennych do róż i wawrzynu,
Jak pelikan, kir śmierci mieszają żałobny,
Kiedy pieśń ich prorocza na ludzkość się żali,
Opiewa boje życia, postępu mozoły:
Nie jest to śpiew miłości pusty i wesoły;
Ich hymn wzniosły — jak szabla z damasceńskiej stali —
Wykreśla po nad skronią koła promieniste,
I sączy z niej zarazem krople krwi rzęsiste!...


Poeta.

O Muzo! twoje namowy,
Pełne zapału i blasku,
Daremne są — człek na piasku
Nie pisze w porze grudniowéj.
Był czas, gdy młodości wrzątek,
Z tchnień majowych czerpiąc wątek,
Tworzył pieśni bez nakazu;
Lecz przebyte życia męki,
Wziętą dziś lutnię do ręki,
Roztrzaskałyby od razu!...

Edward Chłopicki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alfred de Musset i tłumacza: Edward Chłopicki.