Nil desperandum/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Nil desperandum
Pochodzenie Rok 1794
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1916
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VII.

Paryż tonął w jesiennej szarudze i w brudnych łachmanach mgieł.
Listopadowy dzień podnosił się mroczny, posępny, zgnilizną przesiąknięty i beznadziejnie zadeszczony, bowiem od samego rana padał gęsty i uporczywy deszcz, zasnuwając rozdrganą, szklistą przędzą wszystek świat, że miasto zdawało się być tylko majaczeniem, a szmery ulewy i bełkoty rzygających nieustannie rynien jedynie żywymi głosami wśród pustych, zabłoconych ulic i placów.
Dopiero o samem południu rozjaśniło się nieco, deszcz ustawał, natomiast zrywała się szalona wichura, że chwilami prawdziwe grady dachówek, szyb i okiennic sypały się na ulice, drzewa z jękiem przyginały się do ziemi, a wzburzona Sekwana szumiała dziko, tłukąc rozsrożonemi falami o mosty i wybrzeża. Ale, pomimo tak nieprzyjaznej aury, pod sczerniałymi murami »Conciergerie« zbierało się coraz więcej pospóltwa. Zaledwie wybiła druga na niedalekim Hôtel Dieux, a pełno już było na stromem wybrzeżu, pełno pod wysokiemi ruderami na moście »zmiany«, i pełno pod samą bramą więzienia, strzeżonego przez znaczny oddział gwardyi municypalnej. Wyczekiwali cierpliwie codziennego widowiska: wyprowadzania na śmierć »wrogów ludu«. Jakby wezbrane wody wypluły na swoje brzegi wszystkie szumowiny i zgrzęzy Paryża, tyle się tam roiło ohydnych postaci, twarzy okropnych, spojrzeń zbójeckich, łachmanów, nędzy i człowieczego plugastwa. Przemiękłe, brudne szmaty gazet, afiszów i świstków krążyły z rąk do rąk, czytano je głośno i namiętnie dyskutowano nad ewentami rewrolucyi. Niekiedy zrywała się jakaś ochrypła piosenka, to jadowity dowcip budził śmiechy zgrzytliwe, albo padały namiętne oskarżenia przeciwko tyranom, że tłum kołysał się ze złowrogim pomrukiem przekleństw, a zaciśnięte pięście groziły miastu, groziły wszystkim zemstą i zagładą.
Przy wstępie na most, pod olbrzymią rzeźbą Dawida, wyobrażającą pokonaną hydrę tyranii, tulił się kramik, osłonięty daszkiem, gdzie sprzedawano portrety głośnych osobistości, medale, broszury i przeróżne relikwie i oznaki rewolucyi.
— Kupujcie ojca ludu, Marata! — wykrzykiwał nieustannie chuderlawy człowieczek, zabijając o ramiona skostniałe ręce. — Kupujcie sylwetkę M-me Coco! Kupujcie spowiedź Egalité! Kupujcie czapki wolności! Kupujcie pamiątkę Bastylii...
Zaręba, stojący obok z Chomentowskim, zażądał miniaturowej Bastylii.
— Tysiąc franków, obywatelu! Ze śladami krwi zdobywców, tysiąc pięćset, asygnatami — dorzucił prędko. — Kupujcie puginały na tyranów! — wrzeszczał, obwijając w papier sprzedaną Bastylię. — Kupujcie nową piosenkę obywatela Durandal...
— Na gilotynę! Śmierć zdrajcom ludu! — zerwał się wrzask w tłumach i zarazem siarczyste brawa witały wysoki, dwukołowy wózek, zajeżdżający pod więzienie i powożony przez katowskiego pachoła w czerwonej czapce i skórzanej carmagnoli.
— Hej, ministrancie, kiedyż się rozpocznie msza?
— Czyś tylko dobrze wyostrzył brzytewkę! Czy aby się imie książęcego karku!
— Niech tylko wyjrzy przez »narodową lunetę«, a kichnie w kosz, jak i drudzy.
— Tylko jeden »wózek sałaty« dają dzisiaj obywatelom! — Rwały się ze wszystkich stron głosy i całe morze głów zalało plac przed więzieniem.
Właśnie otwarła się brama, oddział żandarmów wystąpił, rozbłysnęły szable.
— Miejsca, obywatele! Msza się zaczyna! Miejsca celebransowi!
W bramie ukazał się Sanson, kat paryski, okutany w szkarłatny płaszcz, a za nim Jego Królewska Wysokość, książę Filip Orleański, przezywający się Filipem Egalité, wraz z Constard’em, obaj byli arystokraci, obaj byli rewolucyoniści, byli deputowani, byli konwencyoniści — obaj za występek spiskowania przeciw narodowi francuskiemu i jednej, niepodzielnej Rzeczpospolitej skazani na śmierć. Szli z rękami związanemi na plecach i już w śmiertelnych tualetach, bo włosy mieli krótko przystrzyżone, a kołnierze, u koszul wycięte, głęboko odsłaniały karki. Kat pomógł im wejść na wózek, że ukazali się wysoko, widni wszystkim oczom.
— Śmierć arystokratom! Śmierć zdrajcom! — zerwał się huragan wrzasków, runęła skłębiona fala i tysiące drapieżnych rąk wyciągnęło się do skazańców, w porę jednak osłonił ich płot bagnetów i szabel; zatrzeszczały suche warkoty bębnów i pochód ruszył wśród nieustających krzyków na plac Rewolucyi.
Za mostem tłumy powiększały się gwałtownie, ze wszystkich bowiem uliczek, niby ze skalnych rozpadlin buchały rozwrzeszczane potoki; otwierały się wszystkie okna, napełniały się balkony, włażono na daszki nad sklepami, wieszano się na drzewach i kratach, a ze wszystkich stron, ze wszystkich gardzieli leciały złorzeczenia i przekleństwa. Na placu de la Mégisserie stado kobiet podobnych do wiedźm, rozczochranych, w łachmanach, upitych nienawiścią i szaleństwem, zaczęło wyć Carmagnolę i tańczyć w obłąkanych podskokach dokoła wozu i sypać na skazańców garściami błota. Tłum się wzburzył, jak morze, miotał, bił o kamienne ściany ulic, śpiewał i wszystką mocą odwiecznej nienawiści, niby ławą rozpaloną, uderzał w te głowy widne zdaleka.
Coustard, blady jak śmierć, omdlewał z trwogi, cisnąc się do boku kata i bełkocząc jakieś nieprzytomne słowa, lecz Filip Egalité siedział spokojnie, jakby zastygły na kamień. Jego piękna, majestatyczna twarz dawała pozór doskonałej obojętności, tylko na pełnych, uczerwienionych wargach polśniewał szydliwy przyśmiech, a w ogromnych oczach, nieulękle patrzących w rozwścieczone tłumy, płonęła niezgłębiona wzgarda. Nawet nie zadrgała mu powieka pod straszliwą ulewą nieustających urągowisk i przekleństw. Nie raczył nawet zwracać uwagi na rozsrożone twarze, grożące pięście, plwania i błoto, jakiem go obrzucano. Wszak doskonale znał ten lud paryski, którego wczoraj był jeszcze bożyszczem. Wszak jeszcze wczoraj karmił go swojem złotem, rewolucyjnemi maximami i zaprawiał do wolności mordami. Wszak rękami tego molocha, zrozpaczonego uciskiem, zburzył tysiącletnią monarchię, a swego kuzyna, Ludwika XVI, poprowadził na szafot. Tam, gdzie teraz jedzie w takiej samej gloryi powszechnej nienawiści; tam, gdzie po nim tylu jeszcze zawiodą innych! Zdawał się dumać i z tego tronu hańby przyglądał się wszystkiemu trupiemi już oczyma — bez złudzeń, żalów i nadziei...
— Co go wydało na gilotynę? — szepnął Zaręba.
— Podłość, złączona z chciwością panowania, i krwiożerczość! — odszepnął Chomentowski.
Parli się tuż przy wózku, ramię w ramię z żandarmami. Chomentowski, czując się znużonym, chętnie byłby się wycofał z tłumów, lecz porwany tą rzeką, płynącą całą szerokością ulicy, nie mógł ani zamarzyć o wydostaniu się na stronę. Zaś Zaręba, mimo zdrożenia, przyjechał bowiem zaledwie przed południem, czuł się jak oszołomionym i porwanym, że za nicby nie ustąpił. Brał w siebie gniew ludu i jego niezbłaganie karzącą moc, jak Sakrament. Głodny był i chciwy takich uniesień duszy i tej władczej potęgi nieprzeliczonych tysięcy. Jego tajone marzenia kształt przybierały widomy, iściły się w groźnym obrazie sądu i kary. Chwilami imaginował sobie, jako ta sprawa odbywa się w Warszawie, jako idzie za rydwanem zdrajców, prowadzonych pod miecz, a dokoła zjednoczone braterstwo wolność śpiewa i zwycięstwo swój tryumf odprawuje święty! Za jedno czuł się z tym tłumem, jego duszę miał w sobie, jego radością oddychał i jego dumą wolności szalał.
Ulicą świętego Honoryusza, z racyi ciasnoty i coraz większej ciżby, posuwano się noga za nogą i tak długo, że kiedy pochód wynurzył się na placu Rewolucyi, dzień się już kończył i na zachodzie z pod rudawych chmur rozlewały się jakby kałuże krwie żywej, a całe niebo nad wzgórzem pół Elizejskich stanęło w czerwonych łunach zórz i pożogach. Ogromny zaś plac, zatopiony w zmierzchach, przybierał pozór jeziora modrawych, sennych wód, obrzeżonego pióropuszami drzew i białawemi majaczeniami posągów. W samym środku wykwitało wysoko straszliwe drzewo gilotyny, niby okno, zawieszone nad mrokami i wywarte na nieskończoność. Posępny majestat grozy bił od niej, budząc żywsze uderzenia serc, że tłumy milkły, twarze przyoblekała surowość i głuchy lęk ściskał gardziele. Osłabły wielce wiatr rozmiatał resztki wrzasków, a noc przysypywała popielnym mrokiem ciżby, głosy i namiętności, słyszeć się tylko dawały tysiączne kroki, turkoty wozu i dalekie jeszcze tętenty konnicy, nadjeżdżającej gdzieś od Sekwany.
W milczeniu otaczano szafot, wynoszący się nad głowami, niby tron złowrogiej potęgi; wykwitnęły pochodnie, płomieniste krzaki szarpnęły się na wietrze, rozsiewając krwawymi brzaskami; pogrzebowy kondukt ukazał się w kręgu świateł i natychmiast zamknęły się za nim kordony bagnetów. Po chwili, na rusztowaniu pod gilotyną, której długie ostrze polśniewało tajemniczo z pod belki poprzecznej, ukazali się skazańcy...
Dobosze uderzyli w bębny, lodowaty dreszcz wstrząsnął tłumami, wszystkie oczy wparły się w obraz nadchodzącej śmierci. Słychać skrzypy rusztowania i trzeszczenie pochodni. Jakiś płacz zakwilił w śmiertelnej ciszy i jakiś przyduszony obłąkany śmiech zatargał milczeniem.
Kat stanął przy gilotynie i ujął za sznur, pachoły ciągnęły ku niej Filipa Egalité, na chwilę mignęła jego twarz śmiertelnie blada.
Bębny zawarczały głucho, urywanie, złowrogo; przyczajony nóż gilotyny zamigotał błyskawicą, uderzył i głowa księcia Filipa Orleańskiego spadła ciężko do kosza. Kat podniósł ją za włosy, pokazując ludowi — była straszna, posiniała, buchająca krwią, wykrzywiona, z wysadzonemi oczyma.
— Niech żyje Rzeczpospolita! Śmierć tyranom! — zahuczał wstrząsający krzyk.

Jakaś kapela zagrała Carmagnolę, i wtedy jakby pękły wszystkie zapory i ocean naraz zaśpiewał swoją pieśń burzy, huraganów i zwycięstwa, taką mocą wybuchnęły tłumy. Dziki korowód zatoczył się pod szafotem w rozszalałym tańcu radości. W krwawych brzaskach pochodni migotały upiornie wirujące postacie, a lud śpiewał jednym ogromnym głosem szczęścia:

»Madame Veto avait promis
De faire égorger tout Paris.
Mais le coup a manqué,
Grâce â nos canonniers!
Dansons la Carmagnole, Vive le son!
Vive le son!«

— Przejadły mi się te trupie testowania! — wzdrygnął się Chomentowski, a ująwszy Zarębę pod ramię, zawrócił ku Tuileryom, połyskującym oświetlonemi oknami Konwentu.
Zaręba nie protestował, ale szedł nieprzytomnie odwracał się co chwila, nasłuchując oddalających się śpiewów, a w jakimś momencie przystanął, zaczerpnął powietrza i całą potęgą entuzyazmu zaśpiewał:

»Amis, restons toujours unis,
Ne craignons pas nos ennemis,
S’ils viennent nous attaquer,
Nous les ferons sauter.
Dansons la Carmagnole! Vive le son!
Vive le son!«

Jakby wojenną pobudką rozdzwonił się w przestrzeniach jego entuzyastyczny głos, że gdzieś w ciemnościach podnosiły się zachrypnięte wtórowania — jakieś straszne postacie wyrosły nagle, spływając zda się z mroków; podnosiły się z ziemi, wypełzały prawie z pod nóg i, otoczywszy go zwartą ciżbą, pociągnęły pod Tuilerye, śpiewając i wrzeszcząc groźnie, jakby prowadzone na zdobycie nowej Bastylii. Pod oświetlonemi oknami Konwentu zatańczyli Carmagnolę.
— Chodźmy, czekają na nas! — prosił Chomentowski, uprowadzając go z tłumu, który usiłował się wedrzeć na posiedzenie Konwentu. — Mamy ważniejsze sprawy w domu! — szeptał, kierując się w stronę królewskiego mostu. — Nie zbraknie ci widowisk, nie obawiaj się o to. Pojutrze pójdą na szafot resztki Brissotistów. Za parę dni »narodowa brzytewka« zgoli główkę ślicznej Egeryi Żyrondystów, M-me Rolland. Słynna Dubarry także oczekuje w dépôt na swoją kolej... — Cierpki miał głos i drwiący zarazem.
Zaręba nie słuchał, zatopiony w rozważaniach i pełen jeszcze obrazów, dźwięków i dogasających uniesień.
Wybrzeże było puste. Sekwana, polśniewając w ciemnościach, toczyła się z groźnym bełkotem, wezbrane wody szarpały się w ciasnych brzegach, drzewa, niby czarne warty, pochylały się zasłuchane w niemilknący głos rzeki. Niebo błotnistym łachmanem wisiało nad miastem; wiatr był ustał, lecz deszcz zaczął znowu padać drobny i zimny. Tu i owdzie błyszczały złociste ćwieki świateł. Mijali jakieś pałace, patrzące powyrywanemi oknami, niby trupie oczodoły. Czasem zamajaczył jakiś cień ludzki i przepadał. Przed pałacem Mazarin natknęli się na ognisko, przy którem biwakowała gromada nędzarzów, kaleków i włóczęgów. Podniosły się na nich oczy śmiertelnego znękania i wiecznego głodu. Niekiedy spotykali uzbrojonych w piki sekcyonistów, maszerujących w stronę ratusza przy warkocie bębna i asyście pospólstwa.
Skręcili nagle w miasto, w gmatwaninę ulic i zaułków, podobnych górskim szczelinom, tak samo wązkich, krętych i wysokich. Roiło się w nich od ludzi. Latarnie po rogach i światła okien wydobywały obrazy zwyczajnego biegu życia. Sklepy stały otworem. Rzucały się w oczy schludne wnętrza parterowych mieszkań i ludzie spokojnie zajęci codzienną pracą. Nawet ten jesienny, dokuczliwy deszczyk nie psuł nikomu humorów, twarze jaśniały pogodą i wesołe uśmiechy i rozmowy rozlegały się na każdym kroku. Handlarze, pchając przed sobą wózki pod płóciennymi daszkami, okrzykiwali swoje towary. Gdzieś w nizkiej, sklepionej izbie, czerwonej od ognia, pracowali kowale, bijąc młotami, aż dygotała ziemia. Na opuszczonej barykadzie, sięgającej pierwszego piętra, z niemałym wrzaskiem zabawiały się dzieci. W jakimś szynku grzmiała muzyka i zapamiętale tańcowano. Gawrosze darły się w niebogłosy, zachwalając ostatnie zwycięstwa nad rojalistami w Wandei. To jakaś para, obejmując się czule, szła, śpiewając miłosną piosenkę. Zajrzeli do jakiejś izby, gdzie przy świetle olejnej lampy brodata jejmość w białym kornecie i z ogromnym kotem u boku wróżyła z kart wielce strojnemu młodzieńcowi w kosmatym kapeluszu. Ociemniały żebrak, prowadzony przez psa, wygrywał na flecie pod oknami. W zagłębieniach murów żarzyły się kuchenki, a ostre zapachy tłuszczów przypalonych drażniły nozdrza. Niegdzie w oknach oświetlonych siedziały dziewczyny, nawołując przechodniów. Dzwonki ludzi, sprzedających wodę, odzywały się w różnych stronach, niby sygnaturki. Na kwaterach sekcyi, na jakie był podzielony Paryż, sekcyoniści grali w karty na bębnach, karabiny i piki stały pod ścianami, a warty śmiały się po kątach z dziewczętami. Pokasowane kościoły dawały schronienie bezdomnym; widać w nich było ogniska, podsycane drzazgami rozbitych ołtarzów i sprzętów.
— Jakbyśmy się naleźli o sto mil od teatru Rewolucyi! — dziwił się Zaręba.
— Takim właśnie jest prawdziwy Paryż. Dziwny to naród: zwali monarchię, wytraci tyranów, przepędzi ze swoich granic najeźdźców, ogłosi światu nową wiarę ludzkości, a potem najspokojniej powraca do przerwanej pracy. Zaprawdę, dusza tego narodu pełna jest sprzeczności zgoła nie do pogodzenia. Bo jakże, jeszcze nie wymieciono do czysta odwiecznych zabobonów, a już stawiają świątynię nowemu — Rozumowi. Zrąbali Krzyż, a wydźwignęli na to miejsce gilotynę! Potargali kajdany Ludwików, a radzi zginają karki pod jarzmo ulicznych demagogów. Rozum mają na podziw bystry i wzniosły, a panuje nad nimi piękne słówko i prowadzi, gdzie zechce. Nie chcieli Boga, lecz gotowi Marata posadzić na jego majestacie. Uwielbią cię dzisiaj, a jutro wyśmieją a oplwanego poprowadzą na szafot. Nie mieści się to razem w mojem polskiem rozumieniu — otwierał głębię zaniepokojonego serca.
— Ale ojczyzny wrogom nie wydadzą na łup — odpowiedział Zaręba chmurnie.
— To prawda! W umiłowaniu ojczyzny są nieprześcignieni! — przyznał z westchnieniem. — Jesteśmy w domu, to moja rue de Bievre.
Wzięli się na lewo, w ciemny kanał, obstawiony wysokiemi ruderami, do którego nigdy nie zaglądało słońce i gdzie panował wieczny mrok, błoto nie wysychało, a szczury nawet w dzień biały żerowały po kupach śmiecia. Chomentowski mieszkał w narożnym domu od Sekwany, jak ul zapełnionym mieszkańcami. Sień dawała postać otchłani, zionącej fetorami. Na piętra wiodły ceglane schody, podobne do gościńca pełnego wybojów. Tylko dzięki otwartym tu i owdzie drzwiom mieszkań, można się było zoryentować w zawiłych korytarzach i niespodzianych zakamarkach. Nędza wyzierała z każdego kąta tych kwater, zapełnionych ludźmi.
Z niemałym trudem dosięgli poddasza na szóstem piętrze. Szczególniej Zaręba wlókł się już ostatkami sił i na każdej kondygnacyi musiał wypoczywać.
W świetle olejnej lampki kwatera wydała się nad wyraz nędzna i tylko niezbędnym sprzętem zaopatrzona. Pod ścianą czerniał tapczan, okryty burką, coś w rodzaju psiego legowiska, i podróżne tłumoki. Jedynym zbytkiem okazywał się ogromny stół, pełen książek i broszur, traktujących wojskowość i sposoby prowadzenia wojny ludowej, oraz parę stołków, wyplatanych słomą. Brakowało nawet kominka, nizki sufit przeciekał, połowa szybek była zaklejona papierem, a ceglana podłoga klekotała pod stopami.
— Jużbym stu kroków nie zrobił więcej — jęknął Zaręba, opadając na tapczan. — Dwa tygodnie przerzucali mną z bryki na brykę, niby tłumokiem, że poprostu gnatów już nie czuję. Ze strachem myślę o powrocie do swego hoteliku! Powozu w tej okolicy nie dostanie?
— Przed kafenhauzem Prokopa może się zdarzyć...
— Nie ruszę się z miejsca! Pozwól mi się przespać choćby na podłodze! Bierz listy; miałem ci je doręczyć, oddaję. Spełniłem pierwszą część zadania. Gdzież to czekają na nas?
— Właśnie w Café Procope. Ósma dochodzi, muszą już być zebrani...
— Zlituj się, nie potrafiłbym skleić dziesięciu słów! Indziej zdam obszerną relacyę o kraju. Już mi się mąci w głowie. Ale biwakujesz jakby na polu bitwy — szepnął, tocząc sennemi oczyma. — Spartańska kwatera.
— Każdy zbytek jest zbrodnią przeciw walczącej ludzkości — odparł surowo, stawiając przed nim na stołku flaszkę z winem i kawał chleba. — Przyjmij, co mam. Żołnierska porcya i to z niemałym trudem wydarta innym, może głodniejszym. Nie śmiałbym sobie folgować, gdy cały naród cierpi głód i nędzę. — Za parę godzin powrócę! — Zabrał listy i wyszedł.
Zaręba, nie mogąc przełknąć chleba, który miał gorzkawy smak stężałego klajstru, wypił tylko wino i rzucił się na tapczan.
Obudził go dopiero nazajutrz w samo południe Chomentowski.
— Spałeś, jak zabity. Jakże się dzisiaj czujesz?
— Jeszcze mi się kości rozłażą, ale od biedy mógłbym już powracać do Warszawy.
— Gdybyś miał z czem. Niestety, ministeryum zwłóczy z odpowiedzią z dnia na dzień i Bóg wie kiedy ją da i jaką! Major Dutfus depce im po piętach i przynagla, już go za to przezywają polskim koszmarem. Teraz się okazuje, że upadek Żyrondystów stał się dla nas nieobliczalną w skutkach klęską. Ci niefortunni Federaliści mieli jednak szersze objęcie materyi politycznych i rozumieli, jak niezmierne korzyści odniosłaby sprawa francuska i powszechnej wolności, posiłkowana wybuchem insurekcyi w Polsce. Pojmuje ją w tym samym duchu i Desforgues, aktualny minister spraw zagranicznych, podtrzymywany przez oddanego nam Parandiera, cóż kiedy u góry zawiał nieprzychylny dla nas wiatr. Robespierre nam nie dowierza, intryguje tam ten nikczemny Mehée de la Touche i przedstawia nas za arystokratów i egoistów.
— Cóż to za jegomość, że ma taki wpływ na Niepokalanego?
— Sekretarz komuny. Był w Polce w początkach Sejmu konstytucyjnego, kręcił się po kraju i węszył niewiadomo na czyim jurgielcie. Potem był dyrektorem dzieci u kogoś na Wołyniu i, przyłapany na amorach z córką domu, wziął sromotne baty od ojca. No i masz źródło nienawiści do Polski.
— Nie widzę związku z racyami polityki, wszak o nich decyduje Konwent.
— Tak się to widzi zdaleka, bo w istocie Konwent drży przed komitetem Ocalenia, zaś Komitet słucha tylko Komuny, Komunie rozkazuje klub Jakobinów, Jakobinom — Henriot ze swojemi uzbrojonemi sekcyami, a wszystkiego panem życia i śmierci Robespierre! St. Just, Couthon i Gilotyna to tylko jego cienie, w których czai się chaos, trwoga i nikczemność!
— Nie widzę szczytu tej piramidy — nie widzę Dantona!
— Ożenił się, zażywa szczęścia i już go uważają podejrzanym...
— Danton! Bóg Rewolucyi, jej stwórca, podejrzany! Krotochwilę mi powiadasz...
— Może, ale nie zadziwię się, jeśli którego dnia ten śliczny St. Just oskarży go o zdradę, Konwent posłusznie zadekretuje i wyda Fouquier-Tinville’owi, a Sanson zrobi mu narodową fryzurę!
— Rewolucya jak lew rozdziera nawet własne potomstwo — wzdrygnął się bezwiednie.
— A lud cierpi, jak cierpiał! I nie przybędzie z tych egzekucyi nieustających chleba głodnym — wydobył naraz twardy, nieubłagany głos i uderzył zawzięcie. — Ale niech giną zdrajcy, niech giną chłeptacze krwi ludu, co po jego trupach sięgają po władzę i podwaliny nowych tyranii zakładają. Niech przepadają.
— Czegóż ty żądasz mieć w Republice?
— Żądam Republiki równych, wolnych i szczęśliwych. Niema się nikt wynosić nad współobywateli! Niema nic panować nad cnotliwość, równość i ludzkość!
— Zaiste któż się nie modli do takiej Arkadyi...
Chomentowski zastukał w podłogę i natychmiast zjawiła się śliczna dziewczyna w białym kornecie, niosąca parujący kawał jakiegoś mięsa.
— Ale nie znałem cię takim — szepnął po wyjściu dziewczyny.
— Któż przewidzi jutro? Zabieraj się do śniadania, bo stygnie.
— Czy nie zaszczeka? — śmiał się, dotykając mięsa widelcem.
— Prędzejby zarżał! — odparł wesoło, zabierając się do wczorajszego chleba i popijając go kawą. — Post mi właśnie dzisiaj wypada — rzekł śpiesznie.
— Toś i praktyk katolickich obserwant! — zdumiał się tą nową niespodzianką.
— Przyzwyczajenie z czasów dzieciństwa — uśmiechnął się bagatelizująco.
— I wziąłeś na siebie postać prawego sankuloty! — zdziwił się, widząc go nieledwie w łachmanach i z posępną, zmizerowaną twarzą głodomora.
— Gdzie czuwa gilotyna nieprzespiecznie zarabiać sobie na wyróżnianie...
— Z tego konkluduję, jako paryska aura ci nie sprzyja — indagował uparcie.
— Mniejsza o mnie. Mów o kraju, winieneś mi relacyę.
Opowiedział więc, co mu było wiadome w materyach de publicis, a szczególniej o robotach sprzysiężenia i zamysłach »Obrońców Wolności«.
— Uwielbiam zamierzenia Sekcyi, list, któryś przywiózł, traktuje o tem obszernie, ale czy nasza liczba pozwoli nam sięgnąć po skutek, o jakim imaginujemy?
— Trzeba się ważyć, nie bacząc na liczbę. Wiara w słuszność i zapał, broń to pewniejsza od karabinów i snadniej wydziera fortunie zwycięstwo!
— Potwierdzają to walki francuskich republikanów z koalicyą tyranów. Ale czy szlachta nie przerazi się naszemi maximami? Zali w obronie swoich przywilejów nie przywołają na pomoc wrogów, jak to zrobili we Francyi rojaliści? Co uczynił Szczęsny Potocki w imię obrażonych ambicyi, mogą również uczynić podli egoiści, w imię swoich mniemanych praw! To mnie gryzie!
— Miarkuję, jako Sekcya dopiero po wybuchu insurekcyi może odsłonić swoje cele. Aktualnie musimy czuwać w cieniu tajemnicy, wyczekując okoliczności.
— Tak nakazuje przewidujący rozsądek, a tymczasem Francuzi, nie widząc nikogo prócz naszych moderantów i krzykaczów w rodzaju Turskiego, podejrzewają nas o arystokratyzm. To jest szkopuł, o jaki rozbijają się nasze zabiegi. Wręcz mi to wypominał St. Just. I to rozszerza ten Mehée.
— Jakżeż zdradzić, sprawa przecież najważniejsza!
— Plącze się tu zamysł, nie obcy już i Desforgues’owi, żeby wystąpić gromadnie przed Konwentem i, zdeklarowawszy publicznie zasady naszej rewolucyi, zażądać od Francyi pomocy w imię wspólnej walki z tyranami!
— Toby związało naszą sprawę ze sprawą powszechnej walki o wolność! Myśl przednia i godna uwielbienia, jeno uskutecznić-by ją przed samym wybuchem, inaczej rozgłoszą się przed czasem nasze zamierzenia, damy sobie zajrzeć w karty...
— Turski już o tem poszeptuje po kafenhauzach. Na szczęście obce mu są roboty sprzysiężenia, bo radby się znowu popisywał przed Zgromadzeniem Narodowem.
— Właśnie z racyi jego zeszłorocznej mowy przed Konwentem mają go w kraju za opatrznościowego męża, o wielkich wpływach i znaczeniu we Francyi...
— Samochwał to jeno, sejmikowy pyskacz i krętacz. Ma tu niejaki posłuch po klobach, bo wystawia się reprezentantem Polski, chociaż mu nikt tego mandatu nie dawał. Dla naiwnych pokazuje się być nieprzejednanym jakobinem, a po cichu znosi się z królem i Targowiczanami. Wszędzie prze się do przodownictwa i głosu, ma nawet za sobą większość naszych otumanionych egzulów.
— Więc z najprzeróżniejszych względów pozostają tylko partykularne zabiegi...
— I na nich zawał i przeszkód co niemiara. Nawet w Konwencie dają się uczuwać wpływy Prus i Semiramidy! Nie dziwuj się, złoto umie skruszyć najtwardsze sumienia. Nasi alianci rozumieją, że niech te dwie Republiki pójdą ramię w ramię, to wszystkie narody Europy powstaną na głos wolności.
— Tem żarliwiej powinni nam pomagać Francuzi; wszak muszą rozumieć, jakie niezmierne korzyści osiągają z naszego powstania: linia Renu wolna i król pruski wzięty we dwa ognie. Ślepy-by przejrzał.
— Rozumieją, ale w takim chaosie zmian i w rozognieniu namiętności każdy przedewszystkiem myśli o zachowaniu własnej głowy na karku... Niewiadomo już z kim traktować, kogo oszczędzi szafot...
— Skoro Danton w podejrzeniu, to już nie wiem, kto się ostoi przed burzą.
— Aktualnie jeszcze Robespierre rozkazuje gilotynie. Barras obiecał mi wyjednać u niego posłuchanie. Przybierzemy majora Dulfusa i samotrzeć spróbujemy Niepokalanego przekonać do naszych widoków. Couthon z nim za jedno, tylko niewiadomo na jaką stronę przeważy ta niezbłagana brzytwa St. Just.
— Kiedy spodziewasz się mieć spotkanie?
— Lada dzień, trzeba być przysposobionym w każdym momencie. Pilnuj się, aby cię rodacy nie wyłuskali ze sekretu. Całą gromadą wysiadują wieczorami w Café Procop. Ja mam swoje miejsce w »Régence«. Znajdziesz mnie zawsze między piątą a siódmą. Karty swobodnego wejścia do Konwentu, Komuny i klopów wystara ci się major. Ma wszędzie przyjaciół. Jedno jeszcze: masz aby pieniądze? Bo między nami srogi niedostatek, ciężko byłoby cię wspomódz, zwłaszcza że twój pobyt w Paryżu może się przeciągnąć do paru tygodni.
Uspokoił go w tym względzie, próbując nawet podzielić się z nim swoją kieską.
— Nie mi nie potrzeba, dziękuję, ale większość naszych w ostatniej nędzy...
— Więc bierz, co uważasz, ode mnie i rozdaj.
— Rzucali ojczyznę w nadziei rychłego powrotu, a tu już rok upłynął od czasu wojny z Rosyą; kto miał jaki zapasik, dawno wyczerpał, a związki z krajem niezmiernie utrudnione; szczególniej teraz po bankructwach naszych bankierów, nawet najbogatsi utracili kredyt, że już wszystkim w oczy zajrzała bieda. Niemała to przyczyna swarów i kłótni, żrą się między sobą z rozpaczy i tęsknoty. Paru zaciągnęło się do wojska i walczy za Francyę, ale większość rozumie, co powinna własnej ojczyźnie, i wyczekuje insurekcyi, jak zbawienia. Są, którzy zdychają z głodu, ale pieniędzy przeznaczonych na powrót nie tkną, jak świętości. Którzy stanęli do najcięższej pracy, zbywszy się przesądów, ale zapracować w Paryżu niepodobna. Dziesiątki tysięcy Paryżan błąka się bez pracy i pożywienia, cała Francya cierpi nędzę. Ostatnie lato znowu przyniosło same klęski, bo czego nie wypaliło słońce, stratowała wojna i zniszczyły pożary. Nawet żołnierze poszli na pół racyi. Stan powszechnego wyniszczenia okazuje się być z dnia na dzień okropniejszym. Kraj od lat w zamieszkach i wojnach. Wojna w Wandei, wojna po miastach, wojna w prowincyach i wojna ze skonfederowanemi potencyami na wszystkich granicach lądowych i morskich. Nieurodzaje, głody, spiski księży, zdrady arystokratów, knowania moderantów, fałszywe asygnaty, Angielczykowie, cesarscy, król pruski, Hiszpanie — oto hydry szarpiące, oto stado wściekłych wilków, które zwaliło się na Francyę, a Republika, chociaż w łachmanach, prawie naga, słaniająca się z głodu, ociekła krwią ran niezliczonych, wzgardą tyranów oplwana, przez oświeconą powszechność zdradzona i po kościołach wyklinana, spręża się niby lew i walczy, broni się, odbija ciosy, — wzmaga się w bohatyrstwie i, dobywając sił coraz potężniejszych, kalwaryjską drogą niewypowiedzianych ofiar prowadzi ludzkość do nieśmiertelnej wolności.
— Otucha to dla nas i przykład. Że im starczy mocy na takie wysiłki?
— Mają wiarę w słuszność swoich zasad.
— Takiej pasyi muszą ulegnąć nawet przeciwne losy!
— Żeby to wiedzieć, co nam przyniesie fortuna! — westchnął.
— To, co jej poradzimy wydrzeć — dokończył Zaręba głosem pewności.
Wyszli nad Sekwanę. Dzień był pogodny, jeno nieco przymglony i wilgotnem zimnem przejęty. Na wybrzeżu od Notre-Dame aż do świętego Michała roiło się od ludzi, panował niby jarmark, tyle tam stało kramów i bud z książkami i najrozmaitszą starzyzną. Miejscami, na rozpostartych płachtach, stożyły się rzeczy pościągane ze zrabowanych kościołów i pałaców. Całe góry bezcennych gobelinów, obić, złoconych sprzętów, zwierciadeł i strojów barw najcudniejszych. Gdzie wprost na ziemi, w błocie, walały się porcelany, bronzy i kryształy pospólnie z kuchenną cyną i glinianymi garnkami. Sprzedawano również kokardy i szarfy republikańskie, czapki wolności pończochy i saboty, karabiny z gotowymi nabojami, czerwone carmagnole i szarpie, które na oczach pukliki wyparskiwały młode dziewczęta. I wszystko zbywano za bardzo pomierną cenę, za byle grosz.
Więc też dla zwrócenia uwagi, jeden z handlarzów, przybrany w pozłocistą kapę i biskupią infułę, bił w ogromny bęben, a w przestankach, przedartym głosem, zachwalał swoje towary; drugi, wielce oberwany, ale w białej peruce i przepasany błękitną wstęgą orderu św. Ducha, zapamiętale trąbił; trzeci walił kijem co sił w miedziany rondel, zasię insi, czem jeno mogli, przyczyniali się do przywabiania kupującej publiczności. Pospólstwo, wałęsające się między kramami, również zabawiało się w swój sposób, że niekiedy wybuchał generalny śmiech i takie wrzaski, przy których groźne bełkoty wezbranej Sekwany zdawały się miłym szeptem.
Niemała zwłaszcza uciecha panowała przy czerwonym wozie szarlatana, który wystrojony w powłóczystą togę i beret na konopiastej peruce, zalecał krzykliwie cudowne eliksiry na wszystkie dolegliwości, rwał zęby i golił obywatelów, a w antraktach pisał billets doux i udzielał sekretnych rad bezdzietnym mężatkom.
Nie zbrakło też ulicznych śpiewaków, ni sztukmistrzów, wzbudzających podziw połykaniem ognia i chodzeniem z głową między własnemi kolanami. Żebracy, wystrojeni w najosobliwsze rany i kalectwa, natarczywie dopominali się jałmużny. Ale wśród rozkrzyczanych tłumów dojrzał tu i owdzie ludzi, wertujących szpargały, pozwalane na kupy, lub odprawujących nieme medytacye przed obrazami.
Chomentowski szperał niestrudzenie po kramach bukinistów, aż natrafiwszy na pisma w umiłowanej materyi, zapomniał o całym świecie i nawet nie zauważył zniknięcia towarzysza.
Zaręba kwaterował na przedmieściu St. Honoré, w hoteliku pod «Doskonałym Sankulotą«, wyobrażonym w postaci srogiego męża w czerwonej czapce i z piką, na której zatknięta głowa ociekała krwią, zaś nadpis głosił śmierć tyranom.
Hotelik miał na dole kawiarnię licznie odwiedzaną, gdzie gromadzili się najkrwawsi teroryści z całego przedmieścia i zbrojne sekcye jakobinów, zawsze gotowe do wystąpienia w obronie wolności. W nizkich, niezbyt obszernych stancyach, słabo oświetlonych, panował wieczny mrok, zaduch wina i wrzało od rana do późnej nocy. W pierwszej izbie od ulicy, nieco większej i widniejszej, siedziała za ladą chuda jejmość w okularach, z rudym kotem na łonie, zajęta robieniem pończochy i dozorem córek, usługujących gościom.
Kiedy wszedł Zaręba, kawiarnia była już pełna ludzi, gwarów i tytuniowego dymu. Przysiadł gdzieś pod ścianą i zażądał jedzenia, lecz nim mu przynieśli, wypłynął z kuchennych czeluści sam patron, imć Filip, przechrzczony rewolucyjną wodą na Brutusa, człeczyna miernej postawy, ale bystrych oczu i rezolutnej twarzy. Persona to była znaczna na przedmieściu i wpływami sięgała aż do Komuny i dla wielu groźna. Wyznawał bowiem najkrwawsze zasady i, mieniąc się prawdziwym filantropem i przyjacielem ludzkości, sporo już arystokratów i zdrajców ludu wysłał na szafot. Pozostawał kiedyś w przyjaźni z Łazowskim, jednym z głośnych przywódców rewolucyjnego motłochu, i miał związki z Polakami. Sam Robespierre się z nim liczył, a Couthon często odwiedzał. To były racye, dla których Chomentowski zakwaterował u niego Zarębę, że znalazł się jakby na samem dnie rewolucyjnego kotła.
Słuchał pilnie, usiłując zachwycić rewolucyjnych nowin, ale traktowano jeno partykularne sprawy, przeplatając je pieprzną anegdotą i grą w domino. Trzask przewracanych kostek, raz po raz grochotał wśród gwarów, szczęku farfurów i szkieł. Cztery fertyczne dziewczyny, córki domu, jednakie wzrostem, strojem, urodą i jakby wiekiem, kręciły się między licznymi stołami, roznosząc trunki, wdzięczne uśmiechy, a gdzieniegdzie i rubaszne szturchańce dla zbyt natarczywych przyjaciół. W kawiarni stawało się coraz dymniej, gwarniej i ciemniej. Wieczór się robił i co chwila trzaskały wejściowe drzwi. Zjawiały się jakieś tajemnicze persony, zakutane w obszerne płaszcze, z kapeluszami nasuniętymi na oczy i, poszeptawszy z patronem, znikały w dalszych izdebkach. Wchodziły lękliwie pary przygodnych kochanków i po cichych targach z jejmością, robiącą pończochę, któraś z córek brała klucz z czarnej, ponumerowanej tablicy, mosiężny świecznik z zapaloną łojówką i wyprowadzała ich na piętro. Nie zwracało to niczyjej uwagi. Niekiedy wpadał z krzykiem gavroche z najnowszemi edycyami gazet, lub uliczni handlarze.
Zaręba, nudząc się samotnemi penetracyami, spróbował nawiązać dyskurs z sąsiadami, zbywano go jednak półsłówkami, niechętnie. Zbytnio się bowiem wyróżniał z tłumu sankulotów swoją postacią, cerą i manierami, że nikt się nie przysiadał do jego stolika, z wielu stron leciały nieprzyjazne spojrzenia i rozpytywano patrona, wskazując na niego bez ceremonii.
— Wzbudzasz, obywatelu, ciekawość! — szepnęła jedna z córek, zaglądając mu w oczy z bardzo blizka.
Przytrzymał jej rączkę i spytał:
— I czemże to, moja śliczna?
Nie pierzchnęła płochliwie od niego.
— Bo patrzysz na przebranego diuka! — Spłonęła, lecz dając folgę ciekawości, natarczywie indagowała o kraj, z jakiego pochodził. — Przyjechałeś z daleka, nieprawdaż?
— Z końca świata! Zajrzyj mi w oczy, a zobaczysz — śmiał się i, nie szczędząc dwornych komplementów i ognistych spojrzeń, nie puszczał od siebie. Rada je przyjmowała.
— Mimi! — zawołał ktoś ostrym tonem.
Porwała się wylękniona.
Patrzył na nią z upodobaniem, tak mu się zdała śliczną. Biały czepeczek wydawał jej śniadą twarz, czarne oczy i wargi, podobne pąkowi róży. Miała czerwony bawecik, krótką sukienkę w zielone paski, białe pończochy i płytkie, czarne pantofelki. Muślinowa chustka, skrzyżowana na piersiach, odsłaniała głęboko szyję i omszony karczek.
— Obywatel mieszka pod Nr. 13, na facyacie? — zagadnęła, przybiegając po chwili.
— Wiem tylko, że wysoko, pod niebem. Cóż to za lis przygląda się nam tak natarczywie? — wskazał oczyma figurę w czerwonej czapce, z pod której sypały się rude kosmyki na trójkątną, dziobatą twarz. Siedział niedaleko z nasrożoną miną.
— To Fort, pisarz Komuny. Strzeż się go, obywatelu — szepnęła ledwie dosłyszalnie.
— Musi być zazdrosny o ciebie! Traktuje mnie oczyma, jak psa...
— On strasznie nienawidzi arystokratów — ostrzegała, patrząc w inną stronę.
— — ja właśnie jestem królem amerykańskim! — żartował rozbawiony.
— Ale, co najmniej, musisz być wicehrabią! — dowodziła z uporem. — Widziałam jednego na szafocie: był do ciebie podobny, obywatelu, jak dwie krople.
— I Fort przypomina lisa, chociaż po przyjrzeniu wydaje się raczej centkowaną małpą.
Dziewczyna coś nagle posmutniała.
— I długo będziesz mieszkał u nas, obywatelu? — pytała z natarczywością.
— Póki nie wytracą wszystkich arystokratów.
Uśmiechnęła się i odbiegła. Fruwała jakiś czas po stancyi, niby motyl, okrążając zdala Fort’a, lecz w końcu przysiadła przy nim i coś mu szeptała do ucha, trwożnie spoglądając na Zarębę.
Poruszył się niespokojnie, bo oczy rudego penetrowały po nim, jakby rozsrożone psy, wyczekujące sposobnej pory.
— To jeden z angielskiej psiarni Pitt’a! — rzucił wyzywającym głosem.
Znaczyło, jako publicznie wskazywał go za szpieguna.
Opanował się jednak i, aby uniknąć burdy, musiał tę obelgę puścić płazem. Podniósł się więc do wyjścia.
— Muscadin! — zawołał znowu Fort, szczerząc do niego żółte kły.
— Kto pragnie posmakować mojej pięści, niech jeszcze raz mnie tak nazwie! — rzucił wzburzony.
Zaczepka była nazbyt brutalna, obelżywa i zwracająca uwagę.
— Muscadin! — wyrecytował zwolna rudy, unosząc długą postać z ławy.
Kawiarnia nagle oniemiała, wszystkie oczy zawisły w oczekiwaniach.
— Kłamiesz! — krzyknął rozwścieczony.
Jednym susem go dopadł, uderzył w twarz, wyrwał z za stołu i, jak szczeniaka, wyrzucił za drzwi, na ulicę.
— Obywatele! — zwrócił się do socyety — nazwał mnie hańbiącem przezwiskiem wrogów ludu. Byłem przymuszony wziąć sobie sprawiedliwość, przepraszam! stanął zdeterminowany na najgorsze, ale kawiarnia wybuchnęła rzęsistymi, przyjaznymi, oklaskami.
— Niech żyje Rzeczpospolita! — ryknął wszystką radością i, skłoniwszy się kompanii, wyszedł ku drzwiom.
Dopędził go patron, pochwycił go wpół i, usadowiwszy między swymi przyjacioły, rzekł donośnie, zwracając się do wszystkich:
— To przyjaciel Łazowskiego. Obywatelu Couthon’ie, właśnie ten, o którego przyjeździe ci wspominałem.
Szkaradna, jakby zrobaczywiała twarz, otoczona pozlepianymi kosmykami włosów, podniosła się z nad domina, szczerbaty uśmiech zajaśniał na bladych, zaciśniętych wargach i sucha, zimna dłoń wyciągnęła się przyjaźnie.
Zaręba uścisnął ją z trwożną radością: wszak to był jeden z rządców Francyi, zaufany Robespierre’a i przyjaciel St. Just’a. Błogosławił więc fortunną okoliczność i, ochłonąwszy ze zdumienia, zdeklarował pompatycznie:
— Imię twoje, obywatelu, jest postrachem tyranów i sztandarem nadziei ludzkości, walczącej o wolność.
Stalowe, okrutne oczy spoczęły na nim życzliwie i chropawy głos powiedział:
— Tęgą nauczkę dałeś temu łobuzowi, obywatelu... jakże to?
Podane sobie nazwisko zaledwie tknął wargami, a skończywszy partyę domina jął się ciężko podnosić: miał nogę złamaną w kolanie i krzywą. Kilkadziesiąt rąk czujnych i wiernych pomagało mu przy ceremonii ubierania. Oddział zbrojnych sankulotów stanął przy drzwiach, aby go odprowadzić do domu. Nie chciał ostentacyi, a odprowadziwszy ich królewskim gestem, rzekł do Zaręby:
— Odprowadzisz mnie, obywatelu.
Była to niesłychana łaska i wyróżnienie.
Patron jednak zaprotestował, obawiając się w drodze jakowej przygody.
— Rojalistowskie psy i agenci Pitt’a nie zawahaliby się podnieść ręki na świętą osobę reprezentanta ludu! Aż straszno pomyśleć o tem!
— Ktoby się ważył, śmierci nie ujdzie! — wystąpił Zaręba, kładąc dłoń na rękojeści.
— Ale, mimo tego, patron rozkazał sekcyonistom czuwać nad jego bezpieczeństwem.
Couthon uwiesił się ramienia Zaręby i wyszli, żegnani pokłonami.
— Zaprowadzisz mnie do Robespierre’a, to niedaleko...
Wieczór był ciemny, ulica St. Honoré słabo oświetlona i srodze błotna, kawiarnie pełne i pełno ludzi kręciło się w różne strony i stało pod sklepami.
Couthon, naciągnąwszy kapelusz głęboko na oczy, żeby go nie poznano, rzucił krótkie, zadyszane pytania względem zamierzonej w Polsce insurekcyi. Snadź pouczony przez Chomentowskiego, zdradzał nawet sporą eksperyencyę w tym przedmiocie, relacyi słuchał z uwagą, lecz na żadne pytanie nie odpowiedział. Dopiero przed nizkim, parterowym domkiem stolarza Dupley’a, gdzie zamieszkiwał Robespierre, dotknął jednej z poruszonych materyi.
— Szukacie pieniędzy na rewolucyę, jakby ich brakowało w kasach waszych arystokratów.
— Musimy pierwej zdobyć prawo konfiskaty.
— Trzeba je sobie uchwalić, cóż łatwiejszego!
— Jesteśmy zdeterminowani na wszystkie praktyki, jakiemi wielki naród francuski zwalczył tyranów i utrwalił Rzeczpospolitą — deklarował się ogniście.
— Jesteś szlachcicem, obywatelu? — zagadnął niespodzianie.
— Podeptałem przesądy urodzenia, jestem żołnierzem i służę wolności, a święte prawa człowieka przyjąłem za pierwszą maximę życia.
— Wielu się tem wyłgnie od brzytewki, ale narodu nie oszukają — zatrząsł się od skrytego śmiechu, pociągając go do nizkiej i długiej sieni.
Przez oszklone drzwi widniało jakieś mieszkanie, w którem stara kobieta przy świetle nikłej świeczki coś szyła. Była to kwatera właściciela domku, zaś Robespierre zajmował na facyacie dwa pomierne pokoje. Poszli stromymi schodami na pięterko. Obok wązkich drzwiczek, kopciła olejna lampka, pod nią czuwał człowiek ślepo oddany dyktatorowi, Wawrzyniec Basse; nocami warował pod jego drzwiami, niby pies najwierniejszy, a we dnie włóczył się za nim nieodstępnym cieniem.
— Miłość i braterstwo! — pozdrawiał, wyciągając rękę do Couthon’a.
— Poczekaj na mnie, obywatelu! — rozkazał Couthon, wchodząc do stancyi.
Przez uchylone drzwi mignęła jakaś szczupła postać i przepadła. Zaręba, wsparty o balustradę schodów, rozważał szczególne ewenty spotkania, mniemając wyciągnąć z nich pomyślny obrót zamierzeń. Niekiedy rozglądał się ciekawie i za każdym razem spotykał podejrzliwe spojrzenia Basse’a; chłop był ogromny, z ponurą, zdziczałą twarzą, pistoletami za pasem i szablą przy boku. Mierzyli się oczyma, jakby błyskiem skrzyżowanych w ciemności szpad.
— Srogi Cerberus! — pomyślał i zrobiło mu się nijako z racyi wystawania pod drzwiami na równi z hajdukiem, za jakiego uważał Basse’a.
Drzwi się naraz otwarły, ukazała się w progu młoda dziewczyna z tacą, pełną stołowego sprzętu, odwracając twarz za siebie.
— Pójdę na posiedzenie Konwentu! — mówił jakiś uprzejmy głos.
— Powiem ojcu, żeby ci towarzyszył, obywatelu!
— Ja czuwam przy obywatelu-reprezentancie! — zawarczał Basse, dźwigając się z ławy.
Dziewczyna zeszła na schody, pozostawiając drzwi wywarte na rozcież. Buchało z nich ciepło i szeroki pas światła. Zaręba odsunął się nieco w cień. Jakiś człowiek chuderlawy i miernego wzrostu chodził zwolna po stancyi. Był w niebieskim fraku, żółtawych nankinach, białych pończochach i pantoflach ze srebrnemi klamrami. Głowa utrefiona i obficie przypudrowana, twarz blada i pospolita, czoło pofałdowane, niezbyt foremny nos i wązkie usta, dawały mu na pierwszy rzut oka pozór jakowegoś pisarczyka trybunału.
— Kto to jest? — spytał, nie dając wiary własnym przypuszczeniom.
— Obywatel-reprezentant, Robespierre — usłyszał warczącą odpowiedź.
Nogi się pod nim ugięły i serce na chwilę zamarło. Więc to był on! Robespierre, dyktator Francyi! Apostoł Rewolucyi! Straszliwa maxima, która jednak miała swój kształt człowieczy! Reprezentant wszystkiej uciśnionej ludzkości. Samo brzmienie tego nazwiska przerażało tyranów! Nabożnemi w korności oczyma zapatrzył się w jego twarz nieprzeniknioną, jakoby w oblicze samego przeznaczenia! Łzy uwielbienia zabłysły mu w oczach, serce przejął dygot trwożnej radości. Ledwie śmiał oddychać, ledwie śmiał zawierzyć swoim olśnionym, szczęsnym oczom! Wszak jedno słowo tego człowieka mogło zaważyć na losach ojczyzny.
Robespierre rozmawiał półgłosem z Couthonem, siedzącym pod oknem szczelnie zasłoniętem, rzucając niekiedy jakiemś słowem do sąsiedniej stancyi.
Zaręba tak był jeszcze przejęty i wzruszony, że, słysząc wszystko, nie rozumiał jednak ani jednego wyrazu. Był cały w oczach, a przytem zrodziła się w nim nagle uparta myśl, aby przystąpić do nich, sprezentować swój poselski charakter i sprawę, z jaką przyjechał. Okoliczność widziała mu się sprzyjającą i nawet jedyną. Zbierał się w sobie, już mu na usta cisnęły się stosowne wyrazy, a w mózgu szeregowały się racye, jakiemi chciał przekonywać dyktatora na stronę Polski, już go ogarniały ognie uniesienia, już bezwiednie stanął w pełnem świetle, nawprost drzwi. Dwa kroki, a znajdzie się przed obliczem Robespierre’a. Nie potrafił się jednak na to zdobyć. I wprost nie pojmował, co się z nim stało? Wszak był obyty z wielkim światem, miewał dyskursy z najwyższymi dostojnikami Rzeczypospolitej, za czasów kadeckich bywał często na królewskich pokojach, przed samym Majestatem nie zapominał języka w gębie, a tu, wobec tego niepozornego człowieczka, stał drżący i nieśmiały, nie odważając się przestąpienia otwartego progu! Przecież nie onieśmielał go monarszy przepych, ni groźne oznaki władzy — bowiem stancyjka była licha, sprzęt skromny, podłoga z niemalowanych desek, ściany obciągnięte białym papierem w różowe figlasy i parę skrzywionych łojówek w mosiężnym świeczniku, a za całą pompę ten Basse, skulony pod ścianą. A jednak jakiś niepojęty majestat bił od tych ludzi, jakaś moc, przejmująca świętym dreszczem, grodziła od nich nieprzebytą zaporą, trzymając w powinnem oddaleniu. Jak kiedy człowiek zagłębi się oczyma duszy w nieprzeniknioną tajemnicę Bóstwa.
Gdy się tak mocował z onieśmieleniem, ukazał się w pokoju smukły młodzieniec z twarzą uśmiechniętego Cherubina; włosy miał w puklach, spływających na ramiona, wyniosłe maniery, głos pieszczony i oczy rozjarzone, niby gwiazdy. Podał rękę Couthonowi, a przywoławszy skinieniem ręki Robespierre’a, zaczął im szeptem odczytywać jakiś papier.
— Obywatel St. Just! — mruknął Basse, zamykając równocześnie drzwi.
Zaręba, chociaż markotny z przepuszczenia tak doskonałej okazyi, nie poruszył się z miejsca, gdyż zdało mu się, jakoby w dalszym ciągu patrzał na te trzy znamienite głowy, skupione przy sobie. Pozostały mu w pamięci na zawsze. Jedna zdawała się urobioną z ziemi, tak była szara, poradlona i wiecznego cierpienia stygmatem napiętnowana; druga, o bladej, suchej twarzy, oczach przeszywających, wązkich wargach i nieznających uśmiechów, zimna, była jakby myślą stężałą w maskę nieubłagania; zaś trzecia, młoda, piękna, bujna i słoneczna, ukazywała obraz prawdziwego marzyciela i poety. Widział je trójjedynem bóstwem nowej ery! Stwórcami nowej ludzkości!
Na progu ukazał się Couthon. Robespierre go odprowadzał. St. Just’a już nie było.
— Nie gniewaj się, że ci kazałem czekać — rzekł, czepiając się jego ramienia.
— Miałem szczęście patrzeć na was obywatele-reprezentanci.
— Robespierre zwrócił na ciebie uwagę — powiedział, gdy się znaleźli na dole.
— Więc mnie nawet zauważył? — Aż przystanął, dziwny żar zalał mu serce.
— On wszystko widzi! Szepnąłem mu o twojem posłannictwie... Nie mógł cię dzisiaj przyjąć... Musi się to uskutecznić w odpowiedniem miejscu...
Wyszli na ulicę już znacznie opustoszałą i z racyi pozamykanych sklepów dosyć ciemną, bowiem cale nieliczne latarnie mżyły się w mglistem powietrzu.
— A czy dałoby się ukartować przyjazne dla nas okoliczności?
— Wasza insurekcya i nam jest potrzebną — wyznał mu niespodzianie do ucha. — Niechaj Chomentowski co rychlej zobaczy się z St. Just’em. Na mnie możecie rachować.
— Obywatelu! pomnik wdzięcznej pamięci wystawiasz sobie w sercach Polaków.
— Nie krzycz! — obejrzał się trwożnie. — Wszędzie może czyhać zdrada.
Przechodzili obok Palais-Royal’u; łuny biły z okien, huczały muzyki, a splątana wrzawa śpiewów i gwarów płynęła nieustającym, jarmacznym zgiełkiem. Pod kolumnadą przejścia, oświetloną kolorowemi światłami, mrowiły się ciżby strojnych kobiet, wyelegantowanych muscadins i buchały kaskady śmiechów.
— To gniazdo spisków winno być zrównane z ziemią! — mruknął do siebie, skręcając w jakiś zaułek, zupełnie ciemny i sztraszliwie zaplugawiony. — Bądź zdrów, obywatelu! — rzucił, nie pozwalając się odprowadzić, i zniknął w ciemnościach.
Zaręba, głęboko przejęty wszystkiem, co go spotkało dzisiejszego wieczora, i rozmarzony nadziejami, zawrócił śpiesznie do swojego hoteliku.
Pod »Doskonałym sankulotą« jeszcze nie spano, w kawiarni grało parę osób i za ladą drzemała jejmość z pończochą w ręku.
Zabrał klucz z tablicy i, otrzymawszy zapaloną lampkę, wdrapał się nie bez trudu do swojej podniebnej facyatki. Wszedł i stanął, jak wryty. Na jego łóżku spała jedna z córek domu, zwinięta w kłębek niby kotka, zerwała się jednak na jego wejście i, bełkocąc jakieś słowa bez związku, uciekła, pozostawiając mu w rękach chusteczkę z ramion...
Nazajutrz podniósł się wyspany, rzeźwy i wesoły. Radosnem zdało mu się życie i wszystek świat. Świeciło słońce, wróble ćwierkały pod oknami, z ulicy płynęły gwary i nawoływania handlarzów, warkoty bębnów, przeciągających wojsk; niezliczone dachy i kominy opływał modrawy welon powietrza, polśniewały radością okna, robiło się ciepło.
Sam patron przyniósł mu kawę, i usługując z godnością, próbował indagować o rozmowie z Couthon’em. Utraktował go przytem nieco przydługim wywodem, sławiącym patryotyzm i potęgę Tryumwiratu, a wrogów jego wystawiając jako naczynia, pełne bezecnych podłości, knujące zdrady z rojalistami. A wzburzony przypomnieniem nieprzyjaciół Republiki, jął grzmieć, jakby na trybunie.
— My wiemy, kto podburza przedmieścia! My wiemy, kto spiskuje przeciwko ludowi! My wiemy, kto ogładza patryotów! kto rozpowszechnia fałszywe asygnaty! kto daje przytułek emigrantom! Wiemy wszystko i biada zdrajcom! — wołał słowami Robespierre’a i z uczuciem Brutusa. — Gilotyna czeka! — dokończył groźnie, podciągnął opadające hajdawery i, strzepawszy z kurzu jakiś stołek, stojący mu na drodze, zabrał naczynia i wyszedł.
I wszyscy byli dzisiaj dla Zaręby przedziwnie jakoś uprzejmi i życzliwi; nawet sąsiedzi z piętra przychodzili uścisnąć rękę człowiekowi, którego wyróżnił Couthon, zapewniając go o swoich prawdziwie jakobińskich maximach. Przyjmował wynurzenia z taką pańską łaskawością, że najczerwieńsi sankuloci odchodzili ujęci jego dwornemi manierami. Zasię przy drzwiach czyhała na niego wczorajsza znajoma. Szła pod pretekstem sprzątania jego pokoju. Nie wspominając nocnej przygody, rozpytywał ją ciekawie o Fort’a.
— Pragnie z tobą zgody, obywatelu! Już z tem dzisiaj przychodził do ojca! Ale mu nie wierz! Wogóle nie dowierzaj nikomu! — ostrzegała tak gorąco i z takiemi rumieńcami na ślicznej twarzy, że przygarnął ją do siebie. Nie wydzierała się i owszem oddając namiętnie pocałunki. — Właśnie wczoraj chciałam cię ostrzedz, usiadłam, żeby poczekać na ciebie, i zasnęłam...
Odbiegła na stancyę, przejrzała się w zwierciadle nad kominkiem, poprawiła wdzięcznego korneciku i natarczywie chciała wiedzieć jego imię.
— Sewer! Pierwszy raz słyszę podobne imię! A mnie jest Clorynda.
— Nigdym nie słyszał piękniejszego!
Wybuchnęli oboje śmiechem.
— Oho, woła mnie ta trąba z pod dziesiątego! Zaraz! — Wybiegła ze śpiewką na ustach.
— Ten ptaszek szczebiotliwy rad odpoczywa na każdej gałązce! — pomyślał, śpiesznie wynosząc się z domu.
Na szczęście zastał jeszcze Chomentowskiego.
— Sprzyja ci fortuna — wyrzekł radośnie, wysłuchawszy obszernej relacyi — Couthon jest echem tamtych. Konkluduję, że nasza sprawa ma niezgorsze szanse! Juści, w tej minucie lecę do St. Just’a. Właśnie w tej porze zwykł promenować się w Luksemburskim żardinie. Aktualnie wojenne poczynania Republiki doznają niemałego szwanku nad Renem i z rojalistami, chociaż Bariere łże o zwycięstwach w Konwencie. Niepowodzenia chwilowe, ale ta okoliczność, wielce nam sprzyjająca, przynagli ich do układów i stanowczej decyzyi. Trzeba ci kontynuować przyjaźń z tym kawiarnianym Brutusem: persona to wpływowa w Komunie. Boże, tylem się już najadł smutków i zawodów, że ten promyczek nadziei uderzył mi do głowy! — Aż przysiadł z nadmiaru emocyi.
— Zjemy na tę intencyę śniadanie u Méot’a, proszę cię — nalegał, litując się w duszy jego twarzy głodomora i słaniającej się z wychudzenia postaci.
— »Chciało się Zosi jagódek« — zaśmiał się jakoś zgryźliwie. — Nie mam czasu...
— A jakby ci wypadło prosić na śniadanie St. Just’a? Musisz być przygotowany.
— Nie pomyślałem o tem... Zresztą, mam przy sobie dziesięć franków...
— On jest wicehrabią i patrzy mi na smakosza. A wiesz, że czapką, papką i solą...
— Wiem, ale w Café Choisell jada się doskonale po dwa franki... Prawdziwy filozof gardzi rozkoszami stołu.
— Od przybytku głowa nie boli! — I dał mu sto franków złotem, sumę naówozas znaczną, którą Chomentowski obejrzał z niedowierzaniem, i każdy poszedł w swoją stronę.
Zaręba ze drżeniem zapuścił się w miasto, niby w puszczę nieprzebytą, i utonął w niem radośnie. A Paryż owego czasu dawał ze siebie obraz korabia, porwanego wirami rozszalałych żywiołów. Miotały nim wszystkie burze świata. Unosił się jakby na spiętrzonych falach krwi, rumowisk i pożarów. Wyzwał na śmiertelny bój wszelaką krzywdę, wszelaką niesprawiedliwość i przemoc wszelaką. Tyranom świata rzucił rękawicę i walczył sam jeden przeciwko wszystkim mocom nieba i ziemi. Był jakoby łonem, rodzącem w nieopisanych mękach szczęście powszechności. Obalał trony i państwa — by ojczyzna mogła przemówić słodkim głosem miłości; by, miasto klasy egoistów, powstał naród związany braterstwem i ubezpieczony w zażywaniu szczęścia i wolności. Na gruzach prawiecznych przemocy budował Kościół ludzkości, w którym religią były prawa człowieka, zaś katechizm składał się z trzech słów: wolność, równość i braterstwo! Święte maximy, niby orłowie, wynosiły się z kurzawy bitew i krwawych zamętów i niosły dobre nowiny po rubieżach dalekich ziem i ludach, jęczących w niewoli. Paryż stawał się już mózgiem i ramieniem uciśnionych milionów. I stawał się także dręczącym koszmarem ciemięzców, a słodkim snem o wiśniowych sadach rozkwitłych na wiosnę dla ciemiężonych.
Niekiedy w tej tytanicznej walce z szatanem przybierał niezbłaganą postać kata, lecz jeszcze i wtedy, szarpiąc własne wnętrzności, zbawiał człowieczeństwo. Jego cnoty, zarówno jak zbrodnie, przerażały ogromem. Były na miarę Tytanów. Były na miarę człowieka, wydzierającego zawistnym losom szczęście swojego rodzaju.
Roiło się w nim od mędrców, świętych i szaleńców, ale nie stało grabieżców narodów i ziem, jak Fryderyk. Wzburzony ocean druzgoce, lecz nie zabagnia; pochłania lądy, lecz nie plugawi. A zresztą, w huraganach piorunów, w chwilach wybuchu wulkanów, tylko zarysy ogromów zatrzymuje w pamięci olśnione oko. Nie pora litować się zdeptanym źdźbłom, kiedy padają prawieczne dęby. Piorunami człowiek pisze swoje dzieje, a nie skargą, lub jękiem żałosnym.
A pozatem panował chaos pierwszych dni stworzenia.
»Czerwone msze«, Carmagnole dokoła szafotów i głów obnoszonych na pikach, procesye »lizaczek gilotyny«, pochody przeróżnych deputacyi do Konwentu, Marsylianka hucząca po wszystkich zakątkach, śmierć na każdym kroku, dzikie wybryki motłochu, krwawe czady, ponure echa spadających głów, namiętne kłótnie, straszne wybuchy nienawiści, nieustające proskrypcye ludzi, pieniędzy i zasobów, mowy obłąkańców, bitewne tumulty, sprzeczne wieści z pola bitew, przerażające trwogi, niepokoje, nadludzkie cierpienia i zarazem szalona, niepojęta wiara w ostateczne zwycięstwo Rewolucyi — oto czem żył Paryż, czem się oddychało i czem się syciła każda człowiecza dusza!...
Że prawo o podejrzanych zagarniało niby siecią tysiące do więzień, że Komitet Ocalenia utwierdzał teror coraz krwawszy, że Robespierre w Konwencie, przez swoich adlatusów, sięgał po każdą wydatniejszą głowę, że pijany Henriot, na czele uzbrojonych sekcyi, szalał po ulicach, a na szczycie, niby Bóstwo nigdy nienasycone, panowała gilotyna — na to odpowiadano drwinami, śmiechem, karykaturą i piosenką. Ale Paryż pracował dla powszechności, walczył i zwyciężał! Przygarniał bezdomne, cnocie przywracał powinne miejsce, rozumowi hołd oddawał, a wolności niepożyty i nieśmiertelny tron budował.
Było to wielkie, dziwne i zarazem tak niepojęte, że Zaręba, pławiący się w tem morzu zdarzeń, spraw i nastrojów, żył w nieustającej gorączce podziwów. Zwłaszcza lud przejmował go szczególnem uwielbieniem...
Przymierał głodem, chodził w łachmanach, marzł w nieopalonych izbach, a dzielił się ostatnim kęsem i ostatnim groszem z biedniejszemi, składał się na broń, odzież i buty dla wojsk walczących na granicach i radośnie zapełniał luki w wyszczerbionych szeregach. Najheroiczniejsze ofiary i cierpienia miał sobie za ordynaryjną powinność. Dawał wszystko, nie żądając wzamian nic, nad wolność umierania za ojczyznę.
Niemniej zdumiewały go wojska wynędzniałe, prawie bose i obdarte, lecz maszerujące z Marsylianką na ustach i w postawach tak dumnych i pełnych wspaniałego męstwa i uniesienia, że zdali się podobni orłom, lecącym na zwycięstwo. Byli to wolni obywatele, nie poddaństwo napędzane kijem, obywatele, którzy na głos ojczyzny zrywali się walczyć za nią i umierać.
Boże, jakżeby porwał za karabin i powiódł te święte legiony aż na pola Ukrainy!... Żołnierzem bowiem czuł się nadewszystko i w żołnierza kładł wszystkie nadzieje. Więc też codziennie rano leciał pod ratusz, gdzie się odbywały egzercyrunki i parady oddziałów, wysyłanych na plac boju, a nasyciwszy duszę lubym obrazem, włóczył się po niezliczonych kawiarniach i klubach; bywał w Cafée Choisella, gdzie mieli wstęp tylko najżarliwsi Jakobini; w Cafée Patui, gdzie mrowiło się od royalistów, agentów Pitta, Muscadius i gdzie głośno drwiono z Republiki a złodziejów przezywano »czynnymi obywatelami«; w Cafée Venua przy St. Honoré, naprzeciw klubu Jakobinów; w Cafée Chretien na rue Favard, gdzie zbierali się moderanci; w Cafée Herou, zawsze przepełnionej sankulotami, lizaczkami gilotyny i tłumem rewolucyjnych morderców; w Cafée Randezvous, gdzie można było spotykać byłych księży, byłych arystokratów i ludzi gotowych na każdą zbrodnię; w Cafée dela Regence, gdzie się zbierali komedyanci, a młodzi oficyerkowie w rodzaju Byonapartego, zabijali czas grą w szachy i arcaby; w Cafée Rotonde; w Cafée Fog; w Cafée Vieux Pordelier; w Cafée Mangin; w Cafée de L’opera i w stu innych. Zasię z racyi papierów opiewających na imię Volang’a, kart wstępu, jakich mu dostarczał major Dulfas i przyjaźni z Couthonem otworzyły się przed nim najpotężniejsze kluby: klub »Czarnych«, klub »Daw«; klub »czapek wełnianych«; klub »Pix« — były właściwie szynkowniami w których zbierał się motłoch pijany krwawemi maximami a wiecznie żądny głów zdrajców i arystokratów. Przesycił się niemi prędzej niźli przypuszczał. Uczęszczał więc tylko do klubu Jakobinów aby ujrzeć Robespierre’a ze swoim nieodłącznym cieniem St. Just’em, i do klubu Franciszkanów, gdzie niekiedy ukazywała się lwia głowa Dantona i jego władny głos wstrząsał murami starego kościoła. Ale najczęściej i najskwapliwiej przesiadywał w Konwencie. Zgubiony w mrokach galeryi, czuł się tam jakoby na dnie chaosu pierwszych dni stworzenia. Tam bowiem, w tej sali przerobionej, z królewskiego teatru, ozdobionej przez Davida i przypominającej kształtem, głęboką, ogromną trumnę — poczynała się nowa era ludzkości. Owa sala zajmowała pałac Tuilleryjski od pawilonu Marsan aż do pawilonu Zegara, i była posępna, olbrzymia, mroczna i dzika w przepychu surowych draperyi, szarych malowideł, biustów poustawianych na gzymsach, chorągwi i pęków liktorskich rózeg, wypełniających niektóre pola nagich ścian. Główne wejście było od strony ogrodu; wchodziło się monumentalnemi schodami prosto na pierwsze piętro — pod spodem mieściły się kordegardy Gwardyi zwanej konstytucyjną, zaś na górze zasiadał Konwent. Prawo szukało podpory w bagnetach, Zgromadzenia Reprezentantów odbywały się o każdej porze dnia i nocy, możnaby rzec — nieustannie. Przeto i nieustannie cały pałac Narodowy mrowił się od tłumów i wrzał od gwarów. Galerye, loże i amfiteatry zawsze bywały przepełnione i huczały niby morze rozsrożone. Byłto nieustanny przypływ fal rozbijających się rozciągłością o mury, nieustanny krzyk rozszalałych żywiołów. Trybuna prezydenta stała na wyniesieniu, wprost szerokiego wejścia prezydent miał po obu stronach półkolisty amfiteatr ław przedstawicieli, przed sobą galeryę publiki, na podobieństwo gniazd jaskółczych, przyczepione do ściany, za sobą kartę »praw człowieka« ujętą w czarną ramę i przedzieloną mieczem, nad nią zwisał pęk narodowych chorągwi, a jeszcze wyżej, na białym murze czerniał ogromny napis: »Prawo«.
Lud tłoczył się na galeryach i panował nad wszystkiem. Przychodzono na posiedzenia jak na wycieczkę — z dziećmi i koszykami. Obywatelki w białych kornetach, pilnie nasłuchując rozpraw, nie przestawały karmić dzieci lub robić na drutach. Klekot sabotów rozlegał się po całym gmachu. Czasami obywatele na galeryach brali się za łby, wtedy kolby gwardyi zaprowadzały zgodę. Pozatem panowała doskonała równość i braterstwo. Zaręba przesiadywał w Konwencie w gorączkowem wzburzeniu, jakoby w teatrum, na którem odgrywały się losy świata. Bowiem jak na teatrum zmieniali się aktorowie, sceny i materye dyskursów. I jak na teatrum wiecznej tragedyi, każdy akt kończył się chórem: Śmierć tyranom. Przytem co chwila zrywały się oklaski zemocjonowanych arbitrów, wybuchały wrzawy, a niekiedy, rozpętany huragan nienawiści, zemsty i gniewów, wył dzikimi głosami wszystkich furyi. Ale nierzadko i śmiech rozlegał się w tej sali pełnej przyszłych tronów. Rzucano kalembury i dowcipy, obiegające cały Paryż. Barier, rodzaj rewolucyjnego Trybuleta, co dnia cieszył obywatelów, dobremi nowinami z placu bojów, albo zabawiał ich błazeńskiemi konceptami. Mowy płynęły niepowstrzymanym potokiem — zmieniali się mówcy, publika, pory roku i dni lecz tenor przemówień był zawsze jeden: ojczyzna w niebezpieczeństwie i śmierć tyranom! Czasami, przy zdarzonej okoliczności, śpiewano. Niekiedy wiązały się kłótnie między reprezentantami, że z trybuny do trybuny leciały klątwy, groźby i złorzeczenia, zaś galerye biły brawa. Oskarżano się publicznie. Denuncyacya była powinnością dobrego republikanina. Często wprost z trybuny wleczono mówców na szafot. Nie pojmowano miłosierdzia! Mogło być zamaskowaną zdradą ludu. Nienawidzono potwornie i wielbiono ponad ludzką miarę. Zabijano ze świętem uniesieniem i dawano własne głowy z rezygnacyą. Zaś w prawach, załatwiono tysiące spraw. Dekretowano nowe prawa. Przyjmowano niezliczone deputacye. Wysłuchiwano dytyrambów na cześć rewolucyi, deklamowanych przez poetów bez talentu. Dyskutowano nad wszelkiemi zagadnieniami. Rozstrzygano własne sumienia. Spowiadano się publicznie ze wszystkich grzechów. Wyklinano zabobony religii. Detronizowano Boga. Wieńczono zasłużonych ojczyźnie i ludzkości. Grożono tyranom losem Capeta. Prowadzono wojnę na wszystkich frontach i wśród walk nieustających przebudowywano Francyę. Zegnano in corpore wojska ciągnące na granice. Marzono o nowej, wolnej ludzkości. A kiedy nadpływały bandy sankulotów, niosące na pikach głowy pomordowanych, z których krew sączyła się na stół prezydyalny i księgę protokołów, tańczono Carmagnolę. Płakano nad niedolą sierót. Rozkazywano buntownicze miasta równać z ziemią, a mieszkańców wycinać w pień. Wszystka nędza podnosiła swój głos przed tym trybunałem, wszystkie zbrodnie żądały zadość uczynienia, wszystkie namiętności wybuchały i wszystkie marzenia o szczęściu świata znajdowały posłuch i adherentów. Konwent stawał się jakoby górą Synaj, z której wśród grzmotów błyskawic i burzy, rozlegał się coraz potężniej głos uciemiężonej wolności. Zaręba pewnego dnia nie poszedł już tam więcej i zamknąwszy się w swojej hotelowej stancyjce, jął rozmyślać. Męczył się jak potępieniec. Szarpały go bowiem przeróżne wątpliwości. Gryzły rozczarowania i przejmowała trwożliwa niewiara. Znalazł się na tragicznem rozdrożu. Uląkł się tyranii tłumów i zaczynała się w nim chwiać wiara w rewolucyjne maximy. Rozbestwione panowanie motłochu, wzburzało w nim człowieka z warstwy panującej, a przewroty jakie się dokonywały, kazały mu się obawiać o cywilizacyę. Na szczęście przerwał mu te ciężkie medytacye Chomentowski, który wpadł do niego o świtaniu i zawołał zdumiony.
— Już nie spisz. Dobrze się składa, dzisiaj święto Rozumu, mam karty wstępu, musimy towarzyć tej ceremonii — zniżył głos i zaszeptał radośnie. — Ale ważniejsze iż dzisiaj możemy się spotkać z Robespierrem, St. Just’em i Coutonem, w szynkowni na rue Paon. Będzie to zgyła particularna pogawędka. Ma to być spotkanie przypadkowe. Wszystko urządził major Dulfus.
— Ciekawym co z tego wyniknie. Chociaż, gdyby nawet i przyobiecali nam pomoc Francyi, żali zdążą dotrzymać obietnicy! Nie dziś bowiem to jutro pójdą na szafot, a ich następcy wyprą się wszystkiego.
— Oni na gilotynę! Także koncept! — Zaśmiał się z takiej możliwości.
— Kwestya czasu. Stawiam własną głowę, że padną. Doskonała równość już wyciąga pazury po ich głowy, nazbyt powyrastali, a to niebezpieczne.
— A niech się wytracą byle tryumfowała rewolucya i nieucierpiała nowa sprawa.
Zaręba tak był zniechęcony, że tylko machnął ręką, nie chciało mu się już dyskurować w lej materyi. Wyszli też zaraz na miasto.
Dzień był niedzielny, dziesiątego Listopada. Deszcz padał gęsty, błoto chlupało pod nogami. Rynny kamienic, pod któremi się przemykali, żygały całemi potokami wody. Zimno było przejmujące i na ulicach pustki. Nawet za wozem skazańców, ciągnącym przez rue St. Honoré, prócz straży człapało jedynie parę najwścieklejszych lizaczek gilotyny i kilku drabów. Dopiero nad Sekwaną, silnie wzburzoną i miotającą się w ciasnych brzegach, spotkali gromady ciągnące na »Święto Rozumu«. Przy Notre Dame pomimo nieustającego deszczu, zbierały się niezliczone tłumy, zaś w samym kościele, panował już niezmierny ścisk. Główną nawę wypełniały długie trybuny, na których zasiadły Sekcye Paryskie, Komuna, Konwent i wszystkie władze republikańskie z Robespierrem na czele. W transepcie kościoła, ponad morzem głów, pik i chorągwi, widniała skalista góra sztucznie uczyniona, na niej wynosiła się greckiego porządku świątynia z napisem na frontonie: »Filozofii«. Pod przejrzystą kolumnadą nakrytą złotemi blachami, dźwigał się marmurowy ołtarz »Rozumu«, za całą ozdobę miał jeno w pośrodku zatkniętą pochodnię »Prawdy«.
Na znak Chaumetta, ceremoniarza uroczystości, zagrzmiała kapella ukryta na galeryach, i wraz z poza świątyni, ze skalistych szczelin, jęły się wysnuwać girlandy cudnych dziewic, przybranych w białe tuniki przepasane czerwonemi szarfami, dębowe wieńce miały na głowach i w rękach zapalone pochodnie. Kiedy zaległy u stóp świątyni z pochylonemi w adoracyi kornej ciałami, wtedy z wnętrza ukazała się olśnionym oczom sama Bogini Wolności. Była nią zdumiewającej urody aktorka Anbry, okryta pajęczą i śnieżystą tuniką, zupełnie nie kryjącą jej kształtów; błękitny płaszcz spływał jej z ramion, frygijska, czerwona czapka zdobiła krucze kędziory. Hebanową włócznię ze złotym grotem trzymała w prawej ręce. Odebrawszy powinne hołdy od dziewic, wśród oklasków i krzyków zgromadzenia, zapaliła na ołtarzu pochodnię prawdy, i zasiadła pod nią na tronie z kwiatów i zieleni. Z niewidzialnych kadzielnic buchnęły błękitnawe dymy spowijając świątynię w wonne obłoki. Białe dziewice pochyliwszy pochodnie, jakby skamieniały we wdzięcznych pozach u stóp Bogini, a wraz chór dobranych głosów przy wtórze harf, zaśpiewał hymn na cześć mądrości.

»Descends, o Liberté, fille de la Nature«,
»Le peuple a reconquis son pouvoir immortel;«
»Sur le pompeux débris de l’antique imposture,«
»Ses mains relevent ton autel...«

»Niepokalany« biorący pierwszy miejsce wśród licznego pocztu dygnitarzów, zachowujących z trudem jaką taką powagę, siedział w dostojnem nieprzeniknieniu, wielki, jaśniejący poeta, zadowoleniem i potęgą. On jeden w tej hecy znajdował wzniosłość nowego kultu.
— Wszak to Robespierre powiedział: ateiści to nowy rodzaj arystokratów. To próba stworzenia nowej wiary, a później gotów się ogłosić nowym Bogiem. Bywało już tak, bywało! — Zaszeptał złośliwie Zaręba.
— Milczże na Boga. — Skarcił go zgorszony Chomentowski.
— Ucieszne jasełka. Ta Anbry śliczna, robi oko do St. Just’a, uważaj...
Rumor powstał, Niepokalany szedł złożyć hołd Bogini, za nim ruszyli dygnitarze, Sekcye i reszta obywateli. Południe wydzwoniły zegary gdy adoracyjny pochód się zakończył, poczem kilku tęgich sankulotów porwało tron wraz z Boginią i obszedłszy z nią w uroczystej procesyi wszystkie nawy, przy grzmiących fanfarach, oklaskach i krzykach, wynieśli ją na świat. Zatańczono przed jej majestatem Carmagnole i ukazując jej nagość ludowi, poniesiono ją do Konwentu na Zgromadzenie, które się już było zebrało. Prezydent dał jej braterskie ucałowanie i usadził obok siebie, zaś Konwent zadekretował: że dobrze się zasłużyła ojczyźnie, i, że Notre Dame, ma się odtąd nazywać: Świątynią Mądrości. Prosto z kościoła Chomentowski pociągnął Zarębę do Cafée Procop, dawnej siedziby Żyrondystów, gdzie mieli się doczekać majora Dulfusa. Po upadku Żyrondy, kawiarnia opustoszała, że zbierała się w niej liczniej tylko gromadka polskich exulów. Byli to sami znaczniejsi oficyerowie, którzy po ostatniej wojnie z Rosyą i przystąpieniem króla do Targowicy, salwując swój honor i wolność, wynieść się z kraju byli przymuszeni. Wieczorami można było spotkać tych rycerzów bez skazy i cnotliwych obywatelów, przekładających tułaczkę i nędzę nad hańbę powolności zdrajcom. Widywało się w nizkich, dymnych izbach kawiarni pułkowników: Chomińskiego i Kamienieckiego; Podpułkowników: Baranowskiego, Bronikowskiego, Gorzkowskiego, Hadziewicza, Lipowskiego, Ponińskiego, Szczułowskiego; Majorów: Giżyńskiego, Magiera, Gawrońskiego, Gorzkowskiego, Cichowskiego; Kapitanów: Maćkiewicza, Cichockiego, Banczakiewicza i Wielohorskiego, że pominie się pomniejsze szarże i obywatelów cywilnych. Zaręba znał wszystkich z pola bitew i z poprzedniego pobytu w Paryżu. Aktualnie jednak nie widywał żadnego z nich i do tej kawiarni nie zaglądał, żeby się nie wydać z celem przyjazdu i nie zwracać na siebie uwagi. Tak mu był zalecił Chomentowski.
— Za parę godzin misya twoja się skończy i wyjedziesz, możemy zatem wejść — tłumaczył wybierając miejsce pod oknem. Kazali podać sobie jeść a potem grali w warcaby z cicha rozmawiając. Dulfus kazał długo na siebie czekać, bowiem zjawił się dopiero ze zmierzchem.
— Nie chcą z nami traktować — zaszeptał, wysapawszy się należycie, jako że mąż był sangwinicznego usposobienia, gruby w karku i o czerwonej, pełnej twarzy. — Wracam właśnie z Komitetu Ocalenia, z rozmowy z Robespierrem. Uważa nas uzurpatorami, bowiem przed godziną, otrzymał przez Desforgues’a, zawiadomienie z Lipska, że do układów przyjeżdża Barss, opatrzony plenipotencyami »Wielkiej Rady«. Mają nas za fakcyonistów. Widziałem, że radzi byli takiemu obrotowi sprawy. St. Just mówił otwarcie.
— Moderanci górą. Nasze planty dyabli biorą. — Wybuchnął Chomentowski.
— Przynajmniej ma racyę. Niech Barss wykołacze pomoc od Francyi i byle wybuchnęła insurekcya. Reszta już leży w naszej mocy. Wierzę, jako tylko nasze systema może Polskę podźwignąć! I podźwignie! — Dodał z mocą Dulfus. — Zawód przykry, lecz żywię jeszcze nadzieję...
— Wobec tego, nic tu po mnie — ozwał się Zaręba. — Pilno mi do kraju. Widzę jasno, jako nam przyjdzie jeno na własne siły rachować...
— Chodźcie do mnie — proponował Dulfus — pogadamy obszerniej.
I wyszli bocznem wyjściem, unikając spotkania z rodakami.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.