Nil desperandum/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Nil desperandum
Pochodzenie Rok 1794
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1916
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.

— Może dziś, a może jutro. Miej tu oko na wszystko.
— Wedle rozkazu — odparł Kacper, prostując się mimowoli. — Daleka droga?
— Do Paryża. O tem ma nikt nie wiedzieć, uważasz! — zastrzegał Zaręba.
— Uważam, panie poruczniku. Trzebaby zawinąć się koło tłumoków.
— Dopiero wieczorem zapadnie decyzya względem mojego wyjazdu, to jeszcze zdążysz. Zaglądałeś do ojca Albina, śpi?
— Gdzie tam! wstał równo z dniem i poszedł na mszę do Kapucynów. Obiecał wrócić na śniadanie, że ino go patrzeć.
— Trzebaby mu czem godnem brzuch wyłożyć.
— Byle miska była duża, to o smaki nie dba. Przywiózł nam ze Stoków cały wóz prowiantów, pół izby założyłem tobołami i beczułkami, jak na oblężenie.
— Coś długo marudzi na mieście.
Wyjrzał oknem w ulicę. Wązka szczelina Krzywego Koła prowadziła w Rynek Starego Miasta, jakby kanałem, obudowanym zczerniałymi, wysokimi domami; spodem czerniały błotniste bruki i mrowili się ludzie, a górą polśniewał pas jasnego nieba. Zaręba otworzył okno. Buchnęły do izby gwary miasta i fala chłodnego powietrza.
Wraz też dzwony gdzieś zadzwoniły tak rozgłośnie, że z dachów porwały się stada gołębi, a gromady baraszkujących pod bramami pauprów podniosły wrzask.
— Ma się na dłuższą pogodę — szepnął Zaręba, patrząc w czyste niebo.
— Juści, bo i kapucyn pokazuje na suchy czas — przytwierdził Kacper, uprzątając izbę, zastawioną skromnym sprzętem, ale pełną mantelzaków, łub i wojskowych rynsztunków.
Żelazne łóżko pod pawilonem z zielonej kitajki zdobiło bielone kiedyś ściany, dając jej pozór zamieszkany i przytulny.
— Dopraszam się pańskiego ucha! Co zrobić z chłopami ze Stoków?
— Gdzieżeś ich zakwaterował? — wysunął lornetkę, rychtując ją na okna narożnej kamienicy, w których suszyły zęby jakieś grzeczne dzierlatki w białych dezabilach i z włosami pozakręcanymi w papierki.
— Przy koniach. Chłopy zdatne do harmaty, bo już ich w tej służbie niezgorzej wyegzercyrował ojciec Albin.
— W artyleryi koronnej brak ludzi i koni.
— To w sam raz przygodzą się i te dwa cugi, jakie przyszły ze Stoków.
— Cugi ze Stoków! — Sądził, że się przesłyszał.
— Juści, a dla pana porucznika przyprowadzili srogiego dryganta.
— Dwa cugi, powiadasz? Ależ to nowina! I dla mnie ogiera? Czemuś odrazu nie meldował? Polecę zobaczyć! — Rzucił się radośnie ku drzwiom, lecz właśnie wtaczał się mnich zasapany i padli sobie w objęcia.
— No widzisz, chłopysiu! Powiedziałem: przywiozę i przywiozłem. Jakoś mi nietęgo wyglądasz! Odsapnę ździebko, wysoko do ciebie, że niewiele dalej do nieba. Miesiąc przeleciał jakby z bicza trzasnął! Pomizerniałeś!
— Niechże ojciec siada! Kacper, śniadanie, a duchem!
— Przygodzi się, dziecino. Wprawdzie u Kapucynów po mszy zaprosili mnie do refektarza na polewkę, ale Boże się zmiłuj, zalatywała święconą wodą. Karabinki ci przywiozłem, wyrychtowane jak panny do ślubu! Srebra są w beczułkach zalane smołą, od stryja dwa cugi, a od Ceśki ogiera, któregoś w Stokach odmówił. Parobków ci też wybrałem co najsprawniejszych. Nie mnie dziękuj, a stryjaszkowi i Ceśce: onać to się głównie przyczyniła. Masz w niej żarliwą aliantkę — zaśmiał się rubasznie i, zażywając tabakę, rozejrzał się po stancyi. — Modestya tu widać całkiem żołnierska...
— Kwaterę trzymam na różne okoliczności konspiracyi, a sam przemieszkuję u generała Działyńskiego lub gdzie się zdarzy. W tym zajeździe mam też swoje bagaże, konie i ludzi. Cóż się tam dzieje w Stokach?
— Przepij do mnie tym większym i niechno pierwszy głód napasę, a opowiem ci wszystko akuratnie.
Zasiedli do runtowej michy smakowicie parującego bigosu i kiełbas.
— Okrutne miasto ta Warszawa — zaczął po dłuższej pauzie. — Domy, jak pałace, harmider i narodu po ulicach, niby na odpuście w Leśnej, a fetory wszędzie, aż dech zapiera. Podwiki też dziwnie rzęsiste, miniaste, wyczapierzone i ślepiami tak zamiatają, że ciarki przechodzą.
— Warszawianki głośne z urody i zalotności.
— Powiadał mi o tem paskudztwie jeden frater niestworzone historye.
— Wie jegomość jakie nowiny z Grabowa? — przerwał mu dosyć niecierpliwie.
— Zaraz ci rozpowiem. Ale ta kiełbasa prosi, żeby jej posmakować jeszcze...
— Zróbże jej ojciec ten honor. Nie miałem z domu ani słóweczka od samego wyjazdu, a to już z górą miesiąc. Pisałem i nie odpowiedzieli.
— Miecznik chorzeje, zwozili pono doktora z Lublina i zrobiło się lepiej, ale jeszcze w łóżku. Powiadali, że za twoją przyczyną złe humory dziw go nie zadusiły! Czego bo i nie nawygadywali z racyi twoich breweryi! Mełli cię na ozorach niczem w żarnach.
— Pewnie, że już tam moją reputacyę psi zjedli — szepnął smutnie.
— Za jakobina cię ogłosili, za ateistę i prawie za wyrodka. Jak to w Polsce, co sąsiad sąsiada radby ze skóry obłupił i zjadł nieosolonego, byle się jeno cudzym kosztem usatysfakcyonować! A teraz Ceśka na wszystkich językach.
— Cóż takiego zmalowała?
— Powiadam ci, arabskie awantury! Całe województwo trzęsie się z oburzenia. Dolej mi, Kacper, jakieś godne piwo. Udała nam się dziewczyna, w całej Polsce nie wyszukasz podobnej. Krótko ci rzeknę: Dosię odbiła i Brzozowskiemu, który ją dowoził do klasztoru w Brześciu, kazała na gościńcu wrzepić pięćdziesiąt bizunów! Nie przelewki zadzierać z taką zaciekłą cieciorką.
Zaręba oniemiał, a Kacper dygotał ze wzruszenia.
— Było tak: Ceśka dowiedziała się przez swoje prześpiegi, kiedy będą wywozili z Grabowa Dosię, tandem, zebrawszy czeladź ze Stoków, rzuciła się na przełaj lasami do Brzeskiego traktu, zastąpiła tamtym drogę i chciała odebrać wywożoną. Brzozowski hardo się postawił i wziął od niej w twarz batem, a kiedy dobył szabli, przykazała go brać w postronki. Juści darmo się nie dał i srodze poszczerbił pachołków, nim go zmogli. Zbiesiła się dziewczyna, bo jej szpetnie przymawiał i od zbójów wyzywał, to na pamiątkę pozwoliła mu bizunów i związanego jak barana odesłała do Grabowa! Dowiedzieliśmy się post factum, kiedy wróciła z Dosią. Niema co, poczynała sobie z kawalerską fantazyą, salwując uciśnioną! Ale przewidywaliśmy najgorsze następstwa, zwłaszcza mając na względzie nienawiść miecznika do stryjaszka i despekt, jaki spotkał Brzozowskiego. Jakoż nazajutrz zjawiło się wezwanie o zwrócenie Dosi i satysfakcyę, bowiem miecznik za wszystko winił stryja! Nie wiem jaki był respons, bom wtedy dysponował na śmierć jednego z pobitych pachołków, lecz potem czytałem zapowiedź miecznika, w której groził zajazdem i srogą zemstą! Wyraźnie stało czarno na białem. Stryjaszek tylko ręce zacierał z kontentacyi. — Wojna — to wojna! Udry na udry! a dziewczyny nie wydam — zapowiedział, całe swoje myślistwo spędził do Stoków, uzbroił i w strzelaniu egzercyrował. Przez dwa tygodnie leżeli obozem na dziedzińcu. Ja dom przysposobiłem do obrony, moździerze wciągnąłem na basztę, z okien porobiłem strzelnice, fosy zalałem wodą, strażami obsadziłem wszystkie drogi na milę wokoło i czekaliśmy z upragnieniem.
— Dziwno mi, że ojciec na was nie uderzył...
— Właśnie zmogła go choroba i poniechać był przymuszony. Pozwał jednak stryja do trybunału o wiolencyę i rozbój na gościńcu. Już czterech porąbanych i jednego trupa prezentowałem w grodzie do obdukcyi. Bronić się musimy, ale sprawa przewlecze się na lata, od czegóż juryści.
— Brzozowskiemu stała się jednak wielka krzywda!
— Otóż to! Pokrzywdzony na skórze i na honorze, a niema z kogo wziąć satysfakcyi, trudno, żeby wzywał na rękę Ceśkę! Już i tak dworują z niego, co wlezie, nawet krotochwilne wierszyki kursują o jego przygodzie — zaczął się śmiać.
— Dziwy się wyrabiają w tej Polsce, prawdziwe dziwy! A cóż na to panna Ceśka?
— Z początku nie popuszczała strzelby z rąk i srożyła się, jak żbik, ale teraz, imaginujże sobie, opuścił ją animusz i rozpacza nad tem, co się stało!
— Nierychło, Marychno, po śmierci wędrować. Siedzi w Stokach?
— Wywiozła Dosię aż gdzieś w Wieluńskie, do swoich, ale na zimę powróci, bo stryjaszek nie może się bez niej obejść. Migdał to przedni, kanar!
— Wielkiego serca panna, uznaję jeno że poczyna sobie tatarską modą...
— Kacper-by o tem trzymał inaczej! hę? — zaśmiał się, widząc jego wzruszenie i twarz radosną. — Wylizałeś się już, widzę, z plejzerów expedite?
— Do usług jegomości, gotówem zarobić na nowe!
Gawęda przeszła na sprawy rodzinne, a potem na materye de publicis, przyczem Sewer napomknął o swoim rychłym wyjeździć na parę tygodni. Zafrasował się tem wielce ojciec Albin.
— Myślałem, że nacieszę się tobą chociaż przez czas, póki mi się konie nie odpasą.
— Służba — rzucił krótko. — Niechże ojciec moją kwaterę traktuje, jak własną. Kacper będzie ojcu dogadzał i wszędzie doprowadzi, zna miasto i ludzi. Wpadnę jeszcze wieczorem, to się zobaczymy. Muszę napisać do stryjaszka i wykoncypować podziękowanie dla Cesi. Nie lubię długów wdzięczności!
Poleciał do koni, ale na schodach dopędził go Kacper i schylił mu się do kolan.
— Masz we łbie roxolany, czy co?
Chłopak zaś gorączkowo i łzawo dziękował mu za Dosię.
— Podziękuj pannie Ceście, przecież nie prosiłem jej o odbicie Dosi...
— Ale zrobiła to dla pana porucznika, i winienem...
— Głupiś, pilnuj swojego nosa. Nie mazgaj się... Chodźmy do koni.
W pierwszem podwórzu zajazdu stało parę wozów naładowanych krótkiem, okrągłem drzewem, beczkami ze smołą i worami.
— Karabiny są w drzewie wydrążonem — objaśniał cicho Kacper — srebra we smole, a prochy w owsie. Aniby komu o tem przyszło do głowy!
W drugiem podwórzu, znacznie mniejszem, gdzie były stajnie przyparte do boków wysokiej kamienicy, na długiej ławie siedzieli parobcy, wyciągając przez nos pobożne pieśni. Maciuś wystrojony odświętnie, wtórował im basem, ale na widok Zaręby stanęli w ordynku. Zlustrował ich ze szczególną uwagą, bo paroby były rosłe i kościste, młodziaki jeszcze o pucołowatych gębach i lnianych włosach, przybrani w krótkie kożuszki, przepasane rzemieniami, w skórzane hajdawery i w długie buty.
Poczem obejrzał cugi, które okazały się być znacznej ceny i w sam raz sposobne do zaprzęgu harmat, ale najdłużej cieszył się drygantem. Maciuś go był wyprowadził z najszczerszą admiracyą i zażywał tak sprawnie, że ogier dawał ze siebie grzeczne dziwowisko, gdyż, mimo krwie gorącej, karny był, posłuszny, w obrotach ćwiczony i owo zmyślności nad podziwienie.
— W życiu nie miałem godniejszego! — przyznał, nie skrywając kontentacyi.
— Powiedają, jako sama panienka tak go wyegzercyrowała! — szepnął Kacper.
— I cugi też niezgorzej włożone do służby — zwracał uwagę Maciuś.
— Pójdą wraz z chłopakami do artyleryi koronnej — udecydował Zaręba, na co wystąpił jeden z parobków i, podejmując go pod kolana, rzekł nieśmiele:
— Pokornie prosim służbę pod jaśnie dziedzicem.
— Starszy pan przysłał nas panu porucznikowi.
— A panienka Ceśka przykazowała służyć paniczowi do ostatniej pary...
— Przysięglim na to. My z własnej ochoty prosilim na wojnę — mówili, posobnie chyląc mu się do nóg i całując go po kolanach.
Rozczulony taką poczciwą dyspozycyą, sowicie im sypnął złotówkami, a przykazawszy Kacprowi, aby ich odprowadził do koszar artyleryi, gdzie mieli pozostać aż do jego powrotu z wojażu, poszedł na miasto, rozważając szczególną troskliwość Ceśki. Kłopotała go bowiem cale przyjemnie.
Właśnie był trębacz z wieży ratuszowej rozgłaszał południową godzinę, i ludzie, jakto było zwyczajnie po niedzielnem nabożeństwie, gęsto wysypywali się w rynek i przyległe ulice. Dzień też był po temu słoneczny i dosyć ciepły, jeno co wiatr burkoty czynił po dachach i tęgo rypał godłami, wiszącemi nad sklepami. Tłumy zalegały całe Stare Miasto, przepełniając niemałą wrzawą powietrze. Poczerniałe, a miejscami już srodze ukrzywdzone przez czas kamienice starożytnej struktury, jeszcze pełne śladów minionej spaniałości, wyblakłych złoceń, pozacieranych malowań i rzeźb spękanych i przeróżnych godeł, wyrażonych zdobnie, wyniosłą cembrowiną murów spiętrzonych a polśniewających tysiącami okien, ogradzały rynek, czyniąc zeń jakoby akuratnie wykoncypowaną sadz, z pośrodku której dźwigał się ratusz, strzelający w niebo czworogranną, potężną wieżą; zasię cały przysadzisty spodek budowli zajęty był na faktorye kupców zagranicznych, sklepy i wejścia do loszków, gdzie szynkowano gorzałką i miodami, a nad niemi, w wysokości półpiętra, obiegała szeroka galerya, na którą wychodziły okna i drzwi radzieckich izb i kancelaryi. Paradne wejścia zdobiły herby Rzeczypospolitej, kute w kamieniu, i miejskie pachoły, trzymający wartę.
Zarębie, patrzącemu z rogu Krzywego Koła, ratusz wydał się niby korab, oblany ze wszystkich stron morzem ludzkiem, co nieustającemi falami napływało z bocznych ulic i zaułków. Tworzyły się już ciżby i zatory, że miejscami ciężko było się przecisnąć, a przejechać niepodobnem, z czego co chwila powstawały swarliwe zatargi. Całe bowiem familie i socyety, zażywające spacerów, przystawały gdzie się dało na ugwarzania z przyjacioły. Godne matrony w świątecznych kornetach i nie ladajakich strojach a w asyście sławetnych ojców w czarnych, uroczystych kontuszach wywodzili na pokazanie światu swoje miodki, wabnie przybrane, śliczne i rade się dujące oczom kawalerów, brzęczących niby roje trutniów dokoła miodu. A byli pomiędzy nimi oficyerowie z koru artyleryi, w którym synkowie łyczków mogli być fortragowani nawet na znaczniejsze szarże. Nie zbrakło też pod kafenhauzami miejskich frantów, modnym frakiem i manierami dających pozór paniczów. Owdzie dojrzał żony bankierów, bogatych kupców i urzędników, jak promenowały w licznej asyście i, modą wielkich dam, wzgardliwie spozierały na plebs wyświąteczniony. Mnisie habity i golone głowy jak szczupaki nurkowały wśród tłumów, zaś gemeiny różnych pułków prowadzili się ze swojemi bogdankami środkiem wiecznie zabłoconych ulic.
Chmary dzieci z niemałym wrzaskiem plątały się w ciżbach, gdzie znów pejsaty Żydowin przemykał się lękliwie pod murami, to jacyś urodzeni w zabrzydzonych kontuszach, o twarzach napitych i niepewnym kroku, peregrynowali od wiechy do wiechy, ściągając na siebie niejedno słowo przygany i drwin.
Sporo kręciło się jakichś figur zagadkowych w wyszarzanych wojskowych kurtach i z ponuremi twarzami, zaś tu i owdzie dziady, nie bacząc na srogie zakazy marszałkowskie, wyciągali skamlące ręce i głosy. Owo jeszcze i przeróżni handlarze, obwołujący swoje towary, skutecznie przyczyniali się do zwiększenia zgiełków, że wrzało już w Rynku jakoby zgoła na walnym jarmarku.
Zaręba dał się porwać tłumom i okrążał wraz z tym prądem cały rynek, przyglądając się twarzom i łowiąc głośne dyskursa. Bowiem pospólstwo nie nawykło skrywać pod korcem swoich utrapień i radości. Brzęczała mu więc w uszach jakby nieustająca spowiedź codziennych trosk i zabiegów, a szczególniej skargi na drożyznę dawały, się najczęściej słyszeć.
— Już na wolnicy żądają ośm groszy za funt wołowiny! — żaliła się jakaś.
— A za chudą parę gęsi chcą całe dwa złote! Słyszane to rzeczy?
— Pięć groszy każą płacić za bułkę chleba! To koniec świata, moja pani!
— Ruski wszystko wyżerają, a ty, biedny człowieku, powieś zęby na kołku.
— A wszystkiemu winowaci panowie — konkludowała jakaś brząkająca różańcami.
— Albo i te piekielne farmazony! Powiedał o tem u Bernardynów ojciec Telesfor. Boga zaprzeczają, powieda; królów wydają na śmierć, powieda; kościoły obracają na stajnie, powieda; to jakże tu ma być błogosławieństwo boskie, powieda.
Nie słyszał więcej, porwany silniejszą falą i wyrzucony jakby na mieliznę pod winiarnię na rogu Nowomiejskiej, w kupę jakowychś sławetnych person starszych wiekiem, dostatnio ubranych, a rajcujących ciszej i często rzucających oczami na strony, zali nie strzygą gdzie jakie ultajskie uszy.
— Już nas w Grodnie zaprzedali z kretesem. Czytaj kum w gazecie: stoi jak wół.
— Tere fere kuku... wierz kum tym bazgrałom, a zbędziesz się zbawienia i jeszcze cię ogłoszą farmazonem! Mnie cale inaczej powiedział o tem pan Kobylański z komisyi skarbu, jako tam w Grodnie chytrą sztukę wycięli Prusakowi...
— Moiście, nie miejsce na takie materye, wstąpmy na kusztyczek do Brajerowej.
— Gorsze od wszystkiego te kwaterunki — podjął nizki z zapadłym brzuchem majsterek, od którego zalatywało juchtami. — Mnie już wsadzili na kwaterę czterech żołnierzów! Mam z nimi krzyż pański! A taki Kiliński dostał tylko oficyera i będzie miał jeszcze z tego profit, bo wie, gdzie zadzwonić dukatami i gdzie bakę zaświecić! Zjedzą mnie z bebechami te złodzieje — jęknął.
— A jak się to mnie przygodziło — zaczął drugi z obmierźle zatabaczonym nosem, w rogowych okularach i o nakrapianej czerwono twarzy. — Zakwaterowali mi dwóch obwiesiów! Szczyre to rabuśniki, już mi odbili komorę, wykradli kury, spalili płot i zabierali się do dziewczyn. Kijem przepędziłem ultajów i poleciałem z żałobą do komisyi kwaterunkowej, ale pan Gautier jeno ręce rozłożył i powieda: nie zaradzę, generał Pistor tu znaczy, a nie nasza komisya, suplikuj go asan, może ci odmieni...
— Nie chodź do tego Antychrysta — przerwał mu gwałtownie chudy, przygarbiony jegomość. — Kumie najmilejszy, adyć na takim samym woziku jachałem. Dukata pozwoliłem pisarzowi za dopuszczenie przed obliczność generała, a kiedy wyłożyłem mu swoją okoliczność, kazał mi za drzwi! Słyszycie, mnie, ojca dzieciom, mnie Jana Chryzostoma Trydla, mnie tutejszego z dziada pradziada, szewieckiego kunsztu majstra z majstrów, śmiał sponiewierać i jeszcze od sukinskich synów nazwał! — Wrzał, ledwie już zipiąc z alteracyi.
— Bogu ochfiaruj krzywdę, a tutaj jęzorowi nie folguj — mitygował któryś.
— Za taką postponacyę flakibym ścierwie wypuścił z bebecha...
— Pałace a no i jaśnie wielmożnych kamienice są wolne od kwaterunków — zaszeptał zatabaczony, zabierając się do kichania. — Na kim się zmiele, a na nas się skrupi. Kwaterunki, brukowe, ogniowe, gnojowe i wszystkie pobory i składki któż płaci? Jeno my jedni! Panowie zawsze potrafią się wykpić...
— Za długo już tego gniotu, za długo — mruczał gniewnie Jan Chryzostom.
— A nie zapłacisz, to ci przez egzekucyę ostatni sprzęt zabiorą i przedadzą... A cóż to kto zrobi jaśnie wielmożnym? Dużo sobie robią z naszych krzywd!
— Ks. Meier powieda, żeby na nich spróbować owych francuskich praktyk, toby może choć dla naszych dzieci znalazła się sprawiedliwość.
— Strach o tem pomyśleć. Były wolnoście, były prawa, teraz zaś co? Jeszcze gorsza niewola! Co jedni przyznali, drudzy wzięli, a bieda ostała!
— Żeby chocia kto orędował za nami na sejmie i u Króla Jegomości...
— Kumie, kruk krukowi oka nie wykole, uważaj, Jan Chrystom Trydel ci to powieda. Przeznałem na durch tych naszych orędowników! Potąd stali za nasze prawa, póki król nie stargował ich la siebie honorami.
— Prawda, jako się to przygodziło z Barszczem. Pierwszyć to był nasz orędownik i obrońca przed majestatem i Stanami, a skoro przypuścili go do szlacheckiego stanu, przezwał się z francuska i teraz trzyma jeno z panami...
— Pamiętam jego mać: miała jatkę na Podwalu. Źle jest psia kość, skórka barania, chodźmy do Brajerowej na kusztyczek miodu.
— I będzie gorzej — upewniał ponuro majsterek, trącący juchtem — niech-no mróz ściśnie i Igelströmowe wojska ściągną z obozów, to nas z chałup powyrzucają.
— Na dwoje babka wróży, może się leda dzień odmienić na drugie.
— Baj baju, Kiliński z Morawskim durzą, a głupie zawierzają jakby w tę ewangelię. Któż się to przyczyni do odmiany? Panowie szlachta, hę?...
— Głupiś kum, jak rozmiękła podzelówka. Przyczynię się ja, Jan Chryzostom Trydel, ty, Piotr Zadra oni, nasza czeladź i my wszyscy w kupie. Spytaj Kilińskiego albo ks. Meiera, kto w onej Francyi dokonał zmiany, to zrozumiesz!
— Kum ma głowę nie od parady, ale lepiej już chodźmy, tu nieprzespiesznie — zgasił przygarbiony, zezując podejrzliwie ku Zarębie.
Pociągnęli do loszku pod ratuszem, a na ich miejsce stanęli drudzy, że jako na teatrum zmieniały się wciąż figury i dyskursa, jeno tenor deliberacyi był jeden: skargi na ciężary, wzdychania i żale. Tylko niekiedy wpadło w uszy Zarębie jakieś zastanawiające słowo o sprawach de publicis, to szept tajemniczy, że nasłuchiwał coraz uważniej i baczniej się rozglądał po tłumach. Dojrzał bowiem tu i owdzie porozumiewawcze znaki pomiędzy młodzieżą i karteluszki, podawane sobie z rąk do rąk, ale coby zawierały, nie mógł się dowiedzieć. Zagadnął w tej materyi jakiegoś aspana, lecz ten jeno obrzucił go podejrzliwem spojrzeniem i, oddaliwszy się pod ratusz, wskazywał na niego jakimś oberwańcom, zebranym na stopniach pręgierza.
— Wziął mnie za szpieguna, czy co! — Ta drobna okoliczność wzburzyła go i naraz poczuł się dziwnie obcym wpośród tych tłumów. I sprężywszy swoją postać wyniosłą, bezwolnie potoczył dumnemi, władczemi oczyma. Jakże nikczemnemi zdały mu się w tej chwili te wynędzniałe twarze pospólstwa, przygarbione grzbiety, nieforemne postacie i lękliwe spojrzenia! I czemże były w istocie te bezimienne, szare ciżby, trwożnie ustępujące przed każdym urodzonym? Ks. Meier widział w nich niezwyciężone armie przeciwko tyranom! A Konopka tylko z niemi obiecywał dokonać rewolucyi! — Któż się tutaj uwodzi? Zali nie są to wszystko płonne rachuby? — dumał. — Mogąż się znaleźć ludzie, miłujący wolność i ojczyznę, między rzeszą zwyczajną jeno parać się miarką, łokciem a rzemiosłem? Zali w nich żywię co innego nad troskę o zysk i przeżycie jutra!... Gryzły go trwożne zwątpienia, lecz na sprzeciw wstały w pamięci wypadki rewolucyi francuskiej. Wszakże tam ci sami sławetni, ci zakuci w okrutne getta poniżenia, nędzy i pracy, zburzyli Bastylię, zburzyli tysiącletnią tyranię i obronili Francyę przeciwko skoalizowanym potencyom! I owo, ku uwielbieniu cnotliwych całego świata, nową ewangelię człowieczeństwa ogłaszają! Rozumowi a cnocie świątynie stawiają! Nawet starożytnych prześcignęli w miłowaniu ojczyzny i republiki. Ich to krwią i jeniuszem wstawa szczęśliwość powszechności! Tak dzieje się we Francyi, więc czemuż niema się stać u nas? Człowiek wszędzie jednaki, wszędy też zarówno godzien wolności. Zniknęły mu z serca chwilowe uprzedzenia i chociaż nieznośny fetor zalatywał od nich i raziły go ordynaryjne żarty i prostackie śmiechy, znowu z wytężoną bacznością wybierał oczyma najroślejsze postacie, jakby je w myślach werbując do szeregów, gdy z kamienicy na rogu Dunaju i Nowomiejskiej, przed którą wartę trzymał żołnierz municypalny, ukazał się prezydent Rafałowicz w towarzystwie Barssowej i wnuczek. Zaręba damie złożył powinny ukłon, znał ją bowiem żarliwą patryotką, i otrzymawszy w zamian wdzięczne spojrzenie, poszedł do sieni, oznaczonej numerem 43, gdzie była drukarnia ks. Meiera. Nie było go na kwaterze, tylko w nizkiej, sklepionej izbie od Piwnej, zawalonej tłoczniami, stertami papierów i księgami, siedział Konopka, coś pilnie zajęty pisaniem.
— Ksiądz jeszcze nie powrócił z nabożeństwa — objaśnił, podając mu rękę.
— Nie wiedziałem, jako hołduje jeszcze zabobonom. Rozumiałem go sawantem.
— Musi to czynić dla pospólstwa i popularności. Waszmość już gotowy do drogi?
— Mogę ruszać choćby w tej minucie. Cóż waćpan takiego koncypuje?
— Madrygał dla jednej, bóstwu podobnej piękności. Przeczytam waści.
Zaręba słuchał pobłażliwie wierszowanej elukubracyi, gdzie było do syta berżerek, bladej luny, owieczek, mitycznych bogiń i głównie wysławianych amorów. Mdłe to było, niczem flaki z olejem, więc, doczekawszy się końca, wyrzekł rubasznie:
— »Niech żyje luby zakątek! Skąd życia bierzem początek«. Wykoncypował tę piosenkę starosta Woyna. Pomnę ją jeszcze z kadeckich czasów, bo krótko i rzetelnie sławi to, o czem poeci łżą tak długo i górnie. Wszak nie o co drugiego chodzi?
Konopka sponsowiał i, załamując ręce wykrzyknął zgorszony:
— Nie bluźnij waszmość! Nieszczęsny, kto słodkiej władzy amora nie ulegał!
— Bom Wenerę traktował, jak dziewkę żołnierską: jak się masz i bądź zdrowa. Na inne amory szkoda mi było czasu i dukatów — podrwiwał, lecz nagle zjawione przypomnienie Izy zasępiło mu duszę, że dodał życzliwiej:
— Masz racyę, godzien jesteś za swoje wierne służby nagrody od lubej...
Ale Konopka, uśmiechnąwszy się, przemówił z goryczą:
— Nazwie mnie tkliwym Celadonem i madrygał zawiesi na ołtarzu przyjaźni! — Poczem spytał zwykłym tonem: — Idziesz waszmość na obiad do hôtel d’Allemagne?
— Do podkomorzyny muszę aż na Nowy Świat. Właśnie mi już pora...
— Wyjdę z waćpanem. Dzisiaj o zmierzchu zebranie u Dziarkowskiego.
— Stawię się niezawodnie. Tym nie patrzy z oczów bohatyrstwo — wskazał oczyma na snujących się ludzi, gdy wyszli na Piwną.
— Nie gorsi francuskich sankulotów, jeszcze się przy zdarzonej okoliczności pokażą.
— Któż koncypuje listy, jakie mam powieźć do Paryża?
— Trębicki z ks. Meierem. Napatrzy się waszmość wielkich spraw w tym Paryżu. Chciałbym był widzieć, jak leciała głowa Maryi Antoinetty! — westchnął żałośnie.
— Jej winy i zbrodnie wyimaginowali oszczercy — ozwał się nieostrożnie Zaręba.
Konopka aż przystanął i, zatapiając w nim swoje lazurowe oczy, szepnął drapieżnie:
— Winna, bo z rodu prawiecznych tyranów!
— Przypuśćmy, że twoja bogdanka w takowej sytuacyi. Cóżbyś uczynił?
— Oddałbym ją katowi — rzekł prędko i bez wahania. — Dałbym tak samo ojca i matkę. Kto poślubia walkę z tyranami, temu nie trza więzów przyjaźni, miłości, ni rodziny! Bez miłosierdzia! Oto moja maxima! Litość w rewolucyi jest zbrodnią, równą zdradzie! — szeptał namiętnie i piękny był w tem uniesieniu złowrogą pięknością spadającego brzeszczota. Zaręba ścisnął mu dłoń z najżywszą admiracyą.
— Takim sobie imaginowałem waszmościa. Uwielbiam słuszność twoich maxim.
— Ale szczególniejszym wrogiem w Polsce mam »Człowieka poczciwego«.
Zaręba uwiesił pytające spojrzenie na jego wielce rozgniewanej twarzy.
— Jemu przysiągłem walkę na śmierć i życie, bo póki on trzyma rządy w mniemaniach powszechności, póty nie zaznamy ładu i prawdziwej wolności.
Przycichnął, gdyż wyszli z Piwnej na wązką uliczkę, prowadzącą do Bramy Krakowskiej i srodze zapchaną tłumami, powracającymi ze Starego Miasta; dopiero przedostawszy się pod domostwo Merliniego, piętrzące się niby kupa zmurszałych grzybów na boku Bramy, podjął znowu rozmowę.
— Człowiek poczciwy to najniebezpieczniejszy z tyranów! — mówił, kłaniając się co chwila komuś w ciżbach. — Poczciwy człowiek nie przeciwi się niczemu przez poczciwość: bowiem warcholstwo uważa za tężyznę; przemoc i zbrodnię wytłómaczy krewkością; nikczemność — swobodą przekonań; oczywistą zdradę — rozumem in statu. Wszystko taki wyrozumie akuratnie i wszystkiemu poczciwie pobłaży, byle jeno dali mu zażywać spokoju i nie tykali jego przywilejów! Panu Bogu świeczkę a dyabłu ogarek — to jego święte przykazanie.
— Nie wyplenisz tego rodzaju ogniem ni mieczem, próżna walka.
— Otóż to! Po stokroć wolę człowieka twardym, nieużytym, srogim, egoistą i szczyrym nieprzyjacielem ludzkości. Przynajmniej wiem z kim sprawa, jak go zmacać po słabiźnie i czego się spodziewać! Ale »człowiek poczciwy« to jakbyś miał okoliczność z pierzyną: uderz kijem — spęcznieje; strzelisz — kula utonie bez śladu; przejedziesz sztychem — jakbyś szył powietrze! Uważałeś go przyjacielem, lecz poczciwość wyda cię wrogowi, a jeszcze się zgniewa na ciebie, gdy mu wypomnisz, boć on pragnął najlepiej! Człowiek poczciwy czuwa nad wszystkiem, troska się, boleje, rzewnie płacze, lecz niczemu nie zapobieży, bowiem poczciwość wzbrania mu uczynić przykrość choćby oczywistemu zdrajcy! Przekonałeś go do sprawy, zaprzysięgnął postąpić wedle sumienia i powinności — cóż, kiedy w pół godziny potem to samo przyobieca twojemu adwersarzowi. Na wołowej skórze nie spisałby uczynków człowieka poczciwego. — Machnął ręką.
— Trzeba mu nakazać posłuszeństwo.
— Podniesie gwałt, zaprotestuje w grodzie, gotów do zbrojnej konfederacyi, a nawet do połączenia się z nieprzyjacioły kraju, w imię obrażonej poczciwości.
— Gnojące się rany chirurgowie często wypalają żelazem.
— I ja tak rozumiem, lecz na zebraniach Komitetu wciąż deliberacye: co rzeknie powszechność na nasze zamierzania? Czy mamy prawo stanowić za wszystkich?
— Właśnie dzisiaj u Dziarkowskiego mamy podeliberować nad takimi materyałami.
— Widzę, jakoście tam uformowali klub Jakobinów!
— Ponieważ moderanci schodzą się tajnie na jakoweś knowania w pałacu pod Sfinksami — zaszeptał mu w samo ucho — zawiązaliśmy sekcyę »obrońców wolności«, aby łacniej czuwać nad tymi arystokratami.
Zaręba poruszył się niemile dotknięty.
— Oniby woleli: »Wiwat naród z królem, wiwat wszystkie stany«, jak to było wypisywane na bandoletach czasu Sejmu konstytucyjnego. Pragną pochwycić styr insurekcyi, utwierdzić panowanie swoich przywilejów, a lud zatrzymać w poddaństwie niewoli. Boją się świętych zasad braterstwa i równości. A jako przykład ich knowań podam: że mimo listów, jakie przywieźli Barss z Pawlikowskim od Naczelnika, posłali do niego swoją delegacyę w osobach p. Potockiego i Orsettiego, nie wyznając się z tem przed nami. Formują jakąś kabałę.
— Mieszkam przy Działyńskim, a o tych machinacyach nic nie wiem.
— Bo waszmość zapatrzony tylko w swoich żołnierzów i egzercyrunki...
— Prawda — potwierdził ze szczerością — i szef mnie już do politycznych spraw nie przypuszcza. Dębowski ma sekreta swoje i jest z nim w konfidencyi.
— Z Lipska donoszą nam o wszystkiem, co się wyprawia i zamierza.
— Ktoś możny tam czuwa.
— Sam ks. podkanclerzy, zaś ks. Meier ma z nim czucie...
— Za dużo klechów! przecież nie zabieramy się odprawować egzekwii.
— W Paryżu także ich niemało, i pomiędzy najżarliwszymi.
— Nie neguję, znam również gotowych na najzuchwalsze azardy dla sprawy. Aleś mi waść zabił klina moderantami! Czy to aby pewne?
— U Dziarkowskiego dowiesz się waszmość obszerniej. — Ścichnął nagle, gdyż pod Bramą odciągnął go na stronę jakiś aspan i coś mu pilnie zaszeptał.
Brama Krakowska stożyła się niby ogromna, czworokątna kopa, bowiem mimo wyniosłości górnych pięter, zjeżonych jeszcze blankami a dachami, u nasady była wielce rozrośnięta, prawie pękata i dająca pozór srogiej fortalicyi. Ruderą jednak pokazywały się być te masy potężne, obdarte z tynków i narożnikowych ciosów, poszczerbione głębokiemi ranami, przeżarte wilgotnością i rozpadające się ze starości. Dachy widniały pogięte, miejscami pozapadane i świecące żebrami łat i wiązań. W strzelnicach i na zmurszałych przyporach krzewiły się bujne chwasty, a tu i owdzie wystrzelały nawet spore drzewka. Furta wyrwana wraz z kamiennem obramieniem, leżała na ziemi, zaś krzepkie niegdyś brony, całe z grubych blach, skrępowanych żelaznemi sztabami zwisały krzywo na obluzowanych zawiasach, niby podarte i do cna zetlałe łachmany; że się już nie dały zawierać, zastępowano je na noc drewnianymi płotami. Nie stało też już od dawna zwodzonego mostu, a resztki fos, broniących przystępu, zarzucono gruzem i śmieciami. Pozostał jeno stary obyczaj zbrojnych wart, które dwa razy na dzień zaciągały się przed nią wśród grania klarynetów, piszczałek i warkotu tarabanów, by czynić jeno płone honory przejeżdżającym dygnitarzom. Inszej zgoła racyi nie miały. Zaś w samej bramie, pełnej na bokach nisz i komór, gmerały się dziady, skamlące o jałmużnę i polśniewało nigdy nie wysychające błoto. Przez wylot na Krakowskie-Przedmieście widać było kościoł Bernardynów i gmachy klasztorne.
— Mam ciekawą nowinę — zaszeptał Konopka, powróciwszy, gdy już weszli w bramę. — Chruszczow z pod Węgrowa wyciągnął ze swojemi rotami na Lublin.
— Wziął dyrekcyę na Warszawę — odszeptał — już mi o tem donieśli. Wygląda, jakby Igelström pragnął wszystkie swoje siły skoncentrować w stolicy.
— Okoliczność cale pomyślna dla naszych przygotowań po województwach.
— Utrafiłeś w sedno — i zaszeptał żywo. — To skutek rozszerzanych między pospólstwem wieści o zamierzonych napadach na jego komendy. Uląkł się, zwija obozy na Woli, ściąga dalsze posterunki i przenosi wojska do miasta. Mieszczanie srodze już na to sarkają, boć, w braku koszar, rozkwaterują żołnierzów po domach. Na tośmy niemałe kładli nadzieje. Rozproszonych łatwiej będzie pokonać. Nie dopuścić jeno, aby się zebrali do kupy.
— Mam krótką sprawę z naszym przyjacielem — przerwał mu Konopka, przystępując do Baraniego Kożuszka, siedzącego we framudze Bramy przy samem wyjściu na Krakowskie. Stary snadź musiał być dzisiaj w markotnej dyspozycyi, gdyż siedział jakiś osowiały, chmurny i milczący. Nie zaczepiał nikogo, jak to było jego modą, penetrując jeno ponuremi oczyma wpośród ludzi i powozów przejeżdżających. Nie suplikował też o jałmużnę, a jeśli mu kto wetknął w garść jaki grosz, dziękował skinieniem głowy lub podaniem otwartej tabakiery.
Konopka, dając mu złotówkę, spytał cicho o jakichś sprzysiężonych.
— Siedzą w traktyerni Poltza na Podwalu, przeciwko pałacu Igelströma.
— Niech na mnie poczekają do piątej — szepnął, cofając się gwałtownie pod mury, bowiem z bramy galopował na rozhukanym koniu żokiej w czerwonym fraczku, takiejże czapce i żółtych botfortach, w ślad za nim pędziła wysoka karyolka o czerwonych kołach, zaprzężona w cztery siwki, powożone przez słynną z urody i wesołego życia Andzię, obok niej siedział kapitan Kaczanowski, niedbale rozparty, zasię po nich toczyło się jeszcze trzy powozy pełne alianckich oficyerów i strojnych dam. Przelecieli niby burza, roztrącając przechodniów, pierzchających na wszystkie strony.
— Żeby was, psiekrwie, wydusiła morówka! — błogosławił ktoś z pokrzywdzonych.
— Skręcili w Senatorską, napewno walą do Szulca na Wolę — zauważył Zaręba.
— Kapitan nie przebiera w kompaniach — ozwał się zgryźliwie Konopka.
— Dziewczyna prosto kanar, wabna i pono szaleje za nim.
— Przystoiż mu taka komitywa z alianckimi oficyerami?
— Piękną Andzię utrzymuje Diwow, więc wypada mu się z nimi zadawać.
— I taka socyeta wymaga niemałych expensów, o ile zaś wiem, kapitana nie stać.
— Expensa ponosi nasza kasa. Imaginujesz sobie teraz, o co tu chodzi?
Juści że zrozumiał, odparł jednak ze szczerą awersyą:
— Nie na mój smak ta dziewka i ten proceder Kaczanowskiego.
De gustibus. Ja miałem zagrać rolę czułego kochanka przy tej Chloe, ale się wyprosiłem u szefa. Kapitan majster w takich sprawach, z umarłego wyciągnie tajemnicę. Niczem niespłacone usługi nam oddaje.
Wyszli na Krakowskie. Sporo jeszcze snuto się ludzi pod domami. Czas był ciepły i w słonecznem świetle żywo barwiły się stroje, błyszczały okna i przelatujące pojazdy, jaskrawo malowane, za którymi podnosiły się tumany kurzów. Szli wolno, bo Konopka wciąż się komuś kłaniał, często przystawał ze znajomymi. Stosunki miał rozległe między sławetnymi a pospólstwem, jak i między miejskimi personatami. Zaś szczególną sympatyą cieszyć się musiał wpośród kobiet, gdyż często jakieś uwielbiające oczy podnosiły się na jego śliczną twarz. Nie zwracał jednak baczenia na te nieme hołdy.
— Gdzie tu stacya powozów do najęcia! — spytał Zaręba, patrząc na zegarek.
— Pod królem Zygmuntem, a opłaca się kursy w sklepie zegarmistrza Krańca.
— Muszę się pospieszyć na obiad, dochodzi druga.
Zaczął się umawiać o spotkanie wieczorem, gdy najniespodziewaniej stanął przed nim Klotze.
— Co waść tutaj robi? — dziwił się Zaręba, wielce poruszony tem spotkaniem.
— Właśnie powracam z koszar Działyńskich, gdzie szukałem pana porucznika.
— Dawno waść bawi w Warszawie? — Ledwie się powstrzymał od innych zgoła pytań.
— Trzeci dzień. Instaluję kasztelana na zimowych leżach i ledwie już zipię z utrudzenia — obciągał swoim zwyczajem westę na cale wysadzonym brzuchu.
— Zdrowi wszyscy? — pokazywał twarz obojętną, ze drżeniem jednak czekając responsu.
— Jak rydze! Zwiozłem cały dom do Warszawy, samych czterokonnych bryk pod bagażami dwanaście, nie rachując karet pani kasztelanowej, szambelanostwa i pojazdów pod dworskich ludzi. Nasz agent wynajął pałac Borcha na Miodowej, ale naleźliśmy go w takim stanie, że choć łeb sobie rozbij z rozpaczy! Istny Pociejów! Pani kasztelanowa kazała mi przedewszystkiem odszukać pana porucznika — ukłonił się, szczerząc zęby w jakimś konfidencyonalnym uśmiechu.
— Stawię się jeszcze dzisiaj. Wuj pozostał w Grodnie?
— Tak, ale sejm się skończy, albo go zalimitują lada dzień, i natychmiast przyjedzie. Powiem pani kasztelanowej, że pan porucznik będzie na podwieczorku...
— Może i wydolę na tę porę. Jakże waść znalazł stolicę po Grodnie? — chciał przeciągnąć rozmowę.
— Śliczna, jak zawsze, lecz napomina mi młodą, opuszczoną małżonkę: strasznie smutna. Na ulicach pustki, w handlach pustki, w kaletach pustki, a w twarzach przygnębienie. Ale niech-no dwór z Królem Jegomością powróci, będzie tu inaczej. Jedno tylko uważam nie zmienione, dziewczęta, rarytasy, że palce lizać! — Tu zatrząsł się w uśmiechu, aż mu zabrzęczały liczne pieczątki u dewizek.
— Nie myli się waszmość, Warszawianki są godne uwielbienia — wtrącił z zapałem Konopka.
— I co najcięższej kiesy złota — parsknął znowu cichym, lubieżnym śmiechem. — Spotkałem przed chwilą na Senatorskiej sławną Andzię. Znałem kiedyś ślicznotkę.
— Co to za biuścik, jaka nózia, jakie kolanko! Powiadam waszmościom, najprzedniejsze frykasy — śmiał się rechocąco, mamląc lubieżnie sprośnemi wargami.
W czem się pokazał tak obmierzłym, że Zaręba powrócił do przerwanej rozmowy z Konopką, lecz dojrzawszy wolny powóz pod kamienicą Wasilewskiego, kazał się zawieźć na Nowy Świat do pałacu Sułkowskich, zapominając pożegnać się z obydwoma. W drodze myślał tylko o Izie, bez radości jednak ni wzruszenia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.