Nieznane racje/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Żurakowska
Tytuł Nieznane racje
Pochodzenie Trzy srebrne ptaki
Wydawca Wydawn. J. Mortkowicza
T-wo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.

Na święta wszyscy wyjechali na wieś do ciotki. Pani, panicz i panienka, także Marcysia, tylko ona gdzieindziej — do swojej rodziny.
Została Bronka i Maryjka.
Bronka powiedziała, że będzie używanie. Ho, ho! Żadnej roboty! W jednym tylko piecu napalić, tam gdzie fortepian i kwiaty.
Może jeszcze wszędzie sprzątać? Ani mowy. Jak pani będzie miała wrócić, to się posprząta.
Zostawiła im pani po słodkiej bułce, po strucli z makiem. Jeszcze jabłka, orzechy i cukierki w papierkach. Cały woreczek powiesiła sobie Maryjka na antresoli, koło łóżka.
I potem przyszła wigilja.
W mieszkaniu było pusto i zimno. Bronka zawołała Maryjkę, żeby sobie siadła pod piecem, w służbowym pokoiku. Sama wybierała się z wizytą do przyjaciółki. Więc grzała rurki na gazie i fryzowała grzywkę. Na łóżku leżała suknia zielona, jedwabna, i stały lakierowane pantofle.
— Chciałabyś pójść ze mną Maryjka?
— Nie można! Kto będzie pilnował mieszkania? Tylko się nic nie bój, wrócę wcześnie. Kładź się i śpij, wezmę klucz od kuchni, możesz sobie spać spokojnie. Cieszysz się? Poczekaj, jak będziesz duża, to i ty kupisz sobie taką suknię jedwabną.
I kręci się po pokoju, nakłada białą halkę.
— Nic się nie martw. Jutro tu przyjdą do mnie przyjaciółki i zobaczysz, jak się zabawimy!
Zdawało się, że Bronka zła, a ot, pokazuje się, że dobra!
Wyszła i zamknęła drzwi za sobą. Pozwoliła Maryjce siedzieć w swoim pokoju i położyć się na Marcysi łóżku.
Więc Maryjka siedziała pod piecem.
Potem sobie przypomniała woreczek,
Ułożyła na stole jabłka, orzechy i cukierki w papierkach.
Toby się Stefka cieszyła, no! A matceby tę struclę z makiem, a bratowej słodką bułkę!
Dniestr stoi pod lodem — po rumuńskiej stronie góra śniegiem pokryta, a wysoko w cerkiewce bije dzwon, raz za razem, powolutku. Idą baby do cerkwi w białych kożuchach, w czarnych zapaskach. Jeszcze nie teraz — za dwa tygodnie ruskie święta. Teraz do kościoła, przez miasteczko.
Dniestr stoi pod lodem, ogrody w śniegu, bratowa wybieliła chałupę na święta, Stefka ma nową koszulę haftowaną drobniutko.
Boże ty mój, Boże!
Zegar dzwoni w jadalnej sali. — Raz, dwa, trzy — siedem.
... z pieca powyjmowała matka okrągłe, czarne chleby pachnące...
Nagle... prędziutko powrzucała Maryjka jabłka, orzechy do woreczka. Prędziutko — do tobołka koszule...
Prędko, palto watowane i chustka na głowę. Do kieszeni w spódnicy — skarbonka. — To jej własna, pani darowała.
A potem po schodach na ulicę. — Wie, którędy na dworzec i wie, dokąd jechać. Jakoś się przewinęła w tłumie na peron.
— Gdzie, gdzie lecisz? — krzyczy za nią konduktor. — Dokąd?
— Powiedziała. Do Lwowa.
Pokazał. Rzeczywiście, na wagonie napisane najwyraźniej.
— Warszawa-Lwów — można wyczytać.
Usiadła cała drżąca na drewnianej ławce, w kąciku, tobołek na kolanach. W wagonie było niewiele ludzi — nikomu się nie chce jechać na samą wigilję.
— To los — sapie jakaś gruba jejmość — w samą wigilję tułać się po świecie, no nie? Te! panie izraelita, poco się pan pchasz na te ławke? Niema miejsca naprzeciwko?
— A na te ławke niema? Sama pani zapłaciła czterech miejsc?
Potem trochę więcej ludzi napłynęło. Zrobiło się ciepło. Lampy paliły się pod sufitem — na półki nawalono rzeczy.
Maryjka zasnęła, ściskając mocno tobołek w rękach.
Obudziło ją szarpanie za ramię.
— Ee, mała, z kim ty jedziesz?
Maryjka oprzytomniała — to konduktor. — Ledwo wyjąkała, że sama.
— To dawaj bilet.
Bilet, bilet, bilet. Prawda! teraz, dopiero teraz przypomniała sobie, że trzeba mieć bilet.
— Ja... ja do domu...
— Do domu, czy nie, dawaj bilet.
Już się wszyscy naokoło zainteresowali, gruba jejmość odstawiła koszyk. Żydek przetarł okulary.
— Nima, nima bileta — jęknęła Maryjka. Konduktor się rozgniewał.
— Nie masz? To poco włazisz do pociągu. Darmo będziesz jechać, czy ja mam za ciebie płacić?
Maryjka się rozpłakała. Z końca wagonu pozłazili się ludzie zaciekawieni awanturą. —
Żebyś mi wysiadła na pierwszej stacji. Zaraz na pierwszej. Włazi do wagonu i udaje, że nie wie nic o bilecie, psia kość. W polu zatrzymam pociąg i wyrzucę.
— Czego się pan konduktor odrazu wydziera! — oburzyła się gruba jejmość. — To ładnie tak do dziecka z krzykiem? Może to sierota, skąd pan wie? Jakie to te ludzie bez serca!
— A jakże, jak sierota, to już mam puszczać bez biletu, żeby mnie kontroler przyłapał? Pani będzie moje dzieci chować, jak stracę miejsce?
Żydek się wmieszał.
— I czego robić taki płacz, czy może nie szkoda oczy?
Na widownię wysunął się jegomość w bekieszy. Odsunął żydka, okraczył koszyk zażywnej damy i dotknął ramienia Maryjki,
— A gdzie to jedziesz, moje dziecko? — zapytał z taką miną, jakgdyby tej tylko wiadomości brakowało mu do kupienia biletu.
— Do... do domu... — wyszlochała Maryjka. Już teraz nie wiedziała sama, dlaczego płacze.
Już się jej samotna wigilja, brak biletu, tęsknota za domem splątały w jeden nieprzerwany, bolesny szloch i łzy z oczu zamkniętych spływały nieutulone, jak szare smugi jesiennego deszczu.
— Do domu, to jest żadne stacje — wtrącił swoje żydek.
— A gdzież ten twój dom? — zachęcająco poklepał Maryjkę po głowie jegomość.
Nareszcie zdobyła się na to słowo. — Zaleszczyki.
— Gdzie to jest? — zapytała dama z koszem.
Ale jegomość się nie pytał. Już nie wyglądał na dobrodzieja ludzkości.
— To jest, ajaj, aż za Stanisławów — powiedział frasobliwie żydek, przecierając okulary. — Na takie droge jechać bez bilet, ajaj.
Konduktor wrócił z końca wagonu.
— Żebyś mi wysiadła na pierwszej stacji — powiedział jakoś żałośnie.
— Eee... moje państwo! — krzyknęła nagle jejmość — to może ma się w dzień wigilijny tułać dziecko po obcym świecie? Panie konduktor, ile potrzeba na ten bilet? tyle nas tu narodu, nie zbierze się to na bilet dla dziewczyniny, jeszcze w dzień wigilijny?
Konduktor pogrążył się w obliczeniach, a w wagonie zawrzało. Ten i ów odwracał się do ściany, i pilnie przeliczał wyłojone papierki złotowe w podartym portfelu. Żydzi szwargotali kłótliwie, podstawiając sobie pięści do oczu. Ktoś ściągał z półki tak wielką i starą walizę, że chyba nie miał zamiaru wyjmować z niej pieniądze. Wkońcu konduktor obwieścił sumę — projektodawczyni dźwignęła się z ławki, na gazecie położyła cztery złote i z tą zaimprowizowaną tacą wystąpiła na środek wagonu, Sypały się na nią srebrne złotówki, podarte papierki białe i zielone. Liczyła je głośno, układając foremny stosik. — Wkońcu było dosyć.
Już bilet wypisany należycie wręczał konduktor zapłakanej dziewczynce. Ale się jeszcze nieprędko uspokoiły wzburzone umysły. Przychodzili jeden po drugim przyjrzeć się istocie, która ich kosztowała tyle emocji — każdy miał teraz do opowiedzenia historję podobną tej, co się przed chwilą wydarzyła. Jednemu w wagonie umarła ciotka, komuś ukradli kuferek. Gruba jejmość posadziła Maryjkę przy sobie, tobołek jej umieściła na półce, a dziewczynie wraziła w garść wielki rogal.
Potem zasypiali jeden po drugim — skuleni na twardych ławkach, z paltem zwiniętym pod głowę.
O szarym świcie ten i ów począł się budzić. Lwów.
Tak, Lwów już za chwilę — w wagonie zimno.
Maryjka podniosła się do ucha swej opiekunki: długo szeptała — że ona pieniądze ma — w skarbonce — może oddać. Pewnie wystarczy. Ale rozbudzona jejmość pogładziła ją tylko po czarnej głowie.
— Masz trochę groszy? Dobrze, to se je schowaj, sieroto — powiedziała z uśmiechem. A potem zaczęła się spieszyć, bo już pociąg zwalniał biegu.

∗             ∗

Pani pisała do Maryjki:
— «Wielką mi zrobiłaś przykrość, moje dziecko».
I o tem, że nie powinna była tak uciekać ni stąd ni zowąd, nikogo nie uprzedziwszy. Czy źle jej było u pani? Czy ją kto krzywdził, albo może głodna bywała? Albo za dużo miała roboty?
Nie, nie i nie! Nie bywała głodna. Rzeczywiście nie trzeba było tak uciekać, ni stąd ni zowąd. Roboty miała nie dużo. W chałupie daleko więcej, gdzie! ani się porównać nie da!
W niskiej, zakopconej, ciemnej chałupie własnej!
Maryjka wtuliła twarz w miękkie, kręcone włoski Stefki i długo trwała w głębokiej zadumie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Żurakowska.