Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki


<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Niewolnicy paryscy
PRZEZ
Emila Gaboriau.


LWÓW.
Drukiem i nakładem Kornela Pillera.
1872.




Wyzyskiwacze.
Część I.


I.

Dzień 8. lutego 186... roku był jednym z najzimniejszych. O południu termometr inżyniera Chevalier, będącego wyrocznią Paryża, wskazywał 9 stopni i 3 dziesiątych niżej zera. Niebo było pochmurne. W skutek deszczu, który spadł dniem przedtem i zamarzł w nocy, bruk tak był ślizki, że fiakry i omnibusy przestały kursować.
Miasto wyglądało ponuro.
Chociaż w Paryżu tak dobrze można umrzeć z głodu, jak na tratwie zrobionej ze statku Meduzy, nikt tam jednak się niepokoi tymi, którzy nie mają chleba. Zdaje się wszystkim, że z codziennej uczty miliona biesiadników zawsze spadnie dość okruchów dla tych, którzy nie znaleźli miejsca za stołem.
Ale w zimie, gdy Sekwaną płyną lody, mimowolnie przychodzą na myśl biedacy, nie mający drzewa i wszyscy ubolewają nad nimi.
Jestto tak dalece prawdą, że nawet właścicielka „Hotelu peruwiańskiego“, pani Loupias, osoba charakteru cierpkiego i nieużyta, zajmowała się 8. lutego swymi lokatorami nietylko w celu podwyższenia im czynszu i bezustannego dokuczania o zapłacenie rat zalegających.
— Szkaradne zimno! rzekła do swego męża, zajętego dokładaniem węgla do pieca. W takie mrozy zawsze opanowuje mię niespokój od owej zimy, kiedy to jeden z naszych lokatorów powiesił się na strychu. Sprawa ta kosztowała nas przeszło pięćdziesiąt franków, nie licząc obelg sąsiadów. Trzeba byś poszedł zobaczyć, co robią nasi mieszkańcy poddasza.
— Co robią?... odpowiedział mąż, powychodzili, by się zagrzać.
— Tak myślisz?
— Jestem tego pewny. Ojciec Tantaine wysunął się jak tylko rozwidniało; widziałem potem jak wychodził p. Paweł Violain. Na górze została tylko Róża, która, jak sądzę, będzie miała tyle rozsądku, że nie wstanie z łóżka.
— O! tej, rzekła złośliwie pani Loupias, by najmniej nie żałuję. Jeżeli mię oczy nie mylą, to prędzej czy później puści ona z kwitkiem pana Pawła Violain. To zanadto piękna dziewczyna dla naszego domu.
Hotel peruwiański znajduje się przy ulicy Huchette, o dwadzieścia kroków od placu Petit-Pont. Nigdy żaden szyld nie był bardziej ironicznym nad ten, jaki go zdobi.
Jest to dom zewnątrz strasznie brudny. Wazka i błotnista ulica, przy której stoi, jego własne nigdy nie myte okna, wszystko to jakby krzyczy przechodzącym: „Tu mieszka nędza!“ Zrazu sądziłby kto, że to gniazdo wszelkiej rozpusty; bynajmniej, to dom uczciwy.
Jest to jedno z tych schronień, które stają się coraz rzadszemi w Paryżu, gdzie wstydzący się ubodzy, istoty opuszczone, złamane wszelkiego rodzaju walkami, w zamian za ostatnią swą sztukę pięciofrankową znajdują przytułek i łóżko. Czepia się tego domu biedak, jak rozbitek skały, a gdy odetchnie i wypocznie nieco, płynie dalej.
Ale i przy największej biedzie trudno pojąć, jak można na prawdę mieszkać w Hotelu peruwiańskim.
Od dołu do góry wszystkie piętra, poprzedzielane ramami z płótna, lub obić, jakie się nadarzyły, tworzą mnóstwo izdebek, które pani Loupias pompatycznie nazywa pokojami.
Ramy się psują, papier i obicie zwisa po obu stronach obrzydliwie.
Ale to jeszcze jest przepyszne w porównaniu z izbami na poddaszu.
Na szczęście jest ich tylko dwie, oddzielonych od dachu fałszywym sufitem i oświetlanych okienkiem z góry, a tak niskich, iż zaledwie stać można.
Umeblowanie ich składa się z łóżka z materacem z morskiej trawy, z kulawego stołu i dwóch krzeseł.
Takie jakie są, pani Loupias wynajmuje za 22 franków miesięcznie, dla tego, jak utrzymuje, że mają kominki — bezkształtne dziury w ścianie. Izby te są zawsze zajęte.
W jednej z nich, podczas wielkiego zimna, o którem wspomnieliśmy, znajdowała się młoda kobieta, której pani Loupias wymówiła imię.
Nigdy może nie było na świecie istoty, zdolnej bardziej zachwycić oczy.
Skończyła dziewiętnaście lat, była jasnowłosa i biała. Długie rzęsy przyciemniały ostry nieco, jakby stalowy, blask niebieskich oczu. Usta jej, po za któremi ukazywały się białe i drobne ząbki, zdawały się stworzone do uśmiechu. Włosy, złociste, połyskujące, nieco kędzierzawe nad czołem, podtrzymywał z tyłu głowy grzebyk za cztery sous, poniżej spadały one obficie na ramiona wytwornego rysunku.
Nie leżała ona, jak to przypuszczała pani Loupias. Wstała owszem, i zarzuciwszy na lichą perkalikową sukienkę kołdrę, godną lokalu, to jest połataną, podartą i brudną, usiadła przy kominku.
Dlaczego tam, a nie gdzie indziej? Ognisko było zimne. W głębi jego dwa polana wielkości pięści, wydawały razem tyle dymu, co cygareta, ale cieplej od tego nie było.
Mniejsza o to wsparta na lichej szmacie, którą właścicielka hotelu nazywała dywanem, Róża kładła kabałę, usiłując pocieszać się w obecnych cierpieniach obietnicami przyszłości.
Na tę ważną czynność zwrócona była cała jej uwaga; zajmowała się nią z takiem skupieniem ducha, iż zdawała się nie czuć zimna, od którego siniały jej ręce.
Każda karta, na której zatrzymywała palec, miało dla niej znaczenie pomyślne, lub niepomyślne; radowała ją, lub gniewała.
— Raz, dwa, trzy, mówiła, młody chłopiec jasnowłosy... to pewno Paweł. Raz, dwa, trzy... zabiegi. Raz, dwa, trzy... pieniądze dla mnie. Raz, dwa, trzy... jakaś przeszkoda. Raz, dwa, trzy... dziewiątka pikowa! to jest smutek, opuszczenie, rozwiązanie!.. ciągle ta dziewiątka pikowa!
To ją tak zamieszało, jakby była pewną niechybnego nieszczęścia w bliskim czasie.
Ale prędko przyszła do siebie. Zebrała karty, zmieszała je, starannie zdjęła lewą ręką, rozłożyła i znowu poczęła liczyć: raz, dwa, trzy...
Na ten raz karty były przychylniejsze wskazywały przyszłość bardzo ponętną.
— Jesteś kochaną, mówiły jej, bardzo, z całego serca, zdaleka... będziesz bogatą... otrzymasz liścik od młodego bruneta, bardzo bogatego...
Młodego bruneta, przedstawiał walet treflowy.
— Znowu on!.. szepnęła Róża. Wyraźnie tak chce przeznaczenie!..
I ze szpary w kominie, gdzie była jej kryjówka, wyjęła list kilkakrotnie złożony, brudny, pomięty, który już nieraz czytała. Teraz odczytała go po raz dwudziesty powoli i z uwagą.

„Pani!

„Widziałem panią i kocham. Słowo honoru!
„Znaczy to, jakbym powiedział, że miejsce pani nie jest bynajmniej w brudnej dzielnicy, gdzie ukrywasz twą piękność.
„Zachwycający apartament — meble z cytrynowego drzewa i palisandru — oczekują na panią przy ulicy Douai.
„Jestem gładki w interesach; lokal wynajęty będzie na jej imię.
„Zastanów się pani, zasięgnij wiadomości; przedstawiam rękojmie poważne. Nie jestem pełnoletni, ale będę nim za pięć miesięcy i dni trzy wtedy będę miał prawo rozporządzania spadkiem po matce. A przytem ojciec mój jest słabowity, stary, ułomny; być może, iż wziąwszy się należycie do dzieła, można będzie uczynić go bezwłasnowolnym.
„Czy mam uprzedzić szwaczkę?
„Przez pięć dni następnych, poczynając od dziś, od czwartej godziny do szóstej będę czekać w powozie na decyzję pani, na rogu placu Petit-Pont.

„Gaston de Gandelu.“

List ten, szkaradny, haniebny, śmieszny, zupełnie godny tych młodych łotrów, których pogarda publiczna przezwała zdrobniałymi rozpustnikami, bynajmniej nie zdawał się oburzać Róży. Owszem, głupia ta proza upajała ją i wydawała się najsłodszą muzyką.
— Gdybym tylko śmiała! szeptała do siebie, drżąc od pożądliwości, gdybym śmiała!...
Zamyślała się, wsparłszy czoło na dłoni. Wtem na kruchych schodach dały się słyszeć kroki.
— To on! zawołała przerażona, Paweł!...
I z ruchem gniewnym, szybkim, kocim, wsunęła list do kryjówki.
Był już czas wchodził Pawel Violain.
Był to meżczyzna zaledwie mogący mieć lat dwadzieścia trzy, niepospolicie pięknie zbudowany. Twarz jego, najczystszego owalu, okrywała równa matowa bladość, właściwa rasom południowym. Delikatny i starannie utrzymywany wąsik przysłaniał usta nieco grube, ale tylko tyle, by nad rysom pewien wyraz męzkości. Włosy jasne, naturalnie kędzierzawiące się nad czołem, roztropnem i dumnem, jeszcze bardziej uwydatniały żywość wielkich czarnych oczu.
Piękność jego, więcej uderzająca aniżeli piękność Róży, jeszcze była spotęgowana pewną wrodzoną dystynkcją, która, chociaż nie stanowi przywileju wielkich rodzin, nie może jednak być nabytą.
Pani Loupias zawsze utrzymywała, że ten lokator z poddasza bardzo jej imponował, i robił na niej wrażenie przebranego księcia.
Biednym był książę w tej chwili.
Ubiór jego, pomimo niepospolitej czystości, zdradzał nędzę; nie tę nędzę, która występuje bezwstydnie i żyje z litości ale inną, okrutniejszą, rumieniącą się od litośnego spojrzenia, milczącą i ukrywającą się.
Podczas takiej syberyjskiej temperatury miał on na sobie całkiem czarne sukienne ubranie, wytarte i strasznie cienkie. Miał wprawdzie i okrycie koloru jasnego, ale tak prawie grube jak tkanka wielkiego pająka. Buty były doskonale wyczyszczone, ale zdradzały rozpaczliwą bieganinę za fortuną.
Paweł wchodząc, miał pod pachą zwój papierów, które położył, lub raczej rzucił na łóżko, mówiąc tonem strasznego zniechęcenia:
— Nic! znowu nic!
Młoda kobieta, zapomniawszy o swych kartach na dywanie, podniosła się. Twarz jej, przed chwilą uśmiechnięta, przybrała wyraz ponurego znużenia.
— Jakto? zawołała, udając zdziwienie, którego pewno nie doznawała, jakto? nic?... po tem wszystkiem coś mi mówił rano, wychodząc?
— Rano miałem nadzieję, Różo. Wierzyłem i mówiłem tobie, byś wierzyła. Zawiedziono mnie, lub raczej ja sam zawiodłem się. Zapewnienia, na wiatr wypowiedziane, wziąłem za szczere obietnice. Tu ludzie nie mają tyle nawet litości, by powiedzieć: Nie. Słuchają cię z oznakami zajęcia; oświadczają się z gotowością do usług; a gdy odwrócisz się, nie myślą już więcej o tobie. Nieokreślone oświadczenia! oto jedyna moneta, która w tem przeklętem mieście jest na usługi nieszczęśliwych.
Nastąpiło długie milczenie. Paweł był zanadto głęboko pogrążony w myślach, aby dostrzedz z jaką pogardą Róża spogląda na niego; zdawała się być oburzoną widokiem takiej rezygnacji.
— A to piekne położenie rzekła wreszcie. Cóż teraz poczniemy?
— Czy ja wiem!
— A więc koniec. Wczoraj, gdyś wyszedł — nie powiedziałam ci dotąd tego, by cię nie martwić niepotrzebnie — była tu pani Loupias, żądając jedynastu franków za ubiegłe dwa tygodnie. Jeżeli za trzy dni nie otrzyma pieniędzy, wyrzuci nas; tak mi powiedziała, a wiem że zrobi jak mówiła... O! zrobi, choćby tylko dla tego, by mieć przyjemność widzenia mnie na bruku; bo ta szkaradna baba nienawidzi mnie!
— Być tak, samym w świecie, szeptał Paweł, samotnym, zatraconym!... nie mieć ani rodziny, ani przyjaciół... nikogo!..
— Nie mamy ani centyma, mówiła dalej Róża ze złośliwym uporem; przeszłego tygodnia sprzedałam ostatnie moje gałgany; nie mamy drzewa... wreszcie nie jedliśmy nic od wczorajszego poranku...
Na ta uwagi, wymówione tonem dotkliwego wyrzutu, biedny młody człowiek potarł sobie zaciśniętą ręką czoło, jakby chciał z niego jaką myśl wycisnąć.
— To obraz!... mówiła dalej Róża. Ja powiadam, że trzeba znaleźć jakiś sposób, środek, cośkolwiek, mniejsza o to co.
Wtem Paweł nagle zerwał z siebie okrycie i rzucił na krzesło, mówiąc:
— Masz! zanieś to do banku zastawniczego.
Młoda kobieta nie ruszyła się.
— Czy to wszystko coś znalazł, aby wybawić nas z kłopotu? zapytała.
— Wszak dadzą ci na to trzy franki; zawsze będzie za co kupić drzewa i chleba.
— A co potem?
— Potem?... Zobaczymy, pomyśle, poszukam. O cóż mi idzie? O to, by zyskać na czasie. Przecież przełamię raz fatalne koło, duszące mnie. Przyjdzie powodzenie, a z powodzeniem fortuna. Ale trzeba umieć czekać.
— Trzeba mieć wolę.
— To nic... zrób jak ci mówię, a jutro...
Gdyby Paweł nie był tak wzruszony, to dostrzegłby z zachowania się Róży, iż postanowiła doprowadzić go do ostateczności.
— Jutro!... zawołała z ironią, zawsze jutro!.. Już cale miesiące żyjemy tym wyrazem. Słuchaj, Pawle, tyś dziecko; trzeba raz zdobyć się na tyle odwagi, aby spojrzeć prawdzie w oczy. Cóż mi wypożyczą na to znoszone okrycie? trzy franki... i to jeszcze czy pożyczą.... Ile dni będziemy mogli żyć temi trzema frankami? Przypuśćmy, że trzy dni. A co potem? Czyż nie pojmujesz tego, że, już jesteś zanadto ubogo ubrany, abyś liczył na dobre przyjęcie. Tylko proszący w eleganckich sukniach są uprzejmie wysłuchiwani. By coś otrzymać, zawsze trzeba mieć taką minę, jakbyśmy nic nie potrzebowali. Dokąd pójdziesz, gdy nie będziesz miał okrycia? Będziesz zanadto śmieszny i nie odważysz się wyjść.
— Milcz, przerwał Paweł, proszę cię, milcz! Niestety! w tej chwili widzę jasno, że jesteś tak jak inni, jak wszyscy: niepowodzenie wydaje ci się zbrodnią. Dawniej miałaś we mnie zaufanie i inaczej przemawiałaś.
— Dawniej nie wiedziałam...
— Nie, Różo, dawniej kochałaś mnie. Boże! czyż nie próbowałem wszystkiego!... Czyż nie chodziłem od drzwi do drzwi, ofiarując moje kompozycje, ta melodje, które ty tak dobrze śpiewasz; szukałem lekcji po całym Paryżu. Cóżbyś ty więcej zrobiła na mojem miejscu? mów!..
Paweł ożywiał się stopniowo. Róża przeciwnie, udawała niczem nie zamąconą zimną krew.
— Nie wiem, odpowiedziała, wszakże zdaje mi się, że gdybym była meżczyzną, nigdy nie dopuściłabym do tego, by kobiecie, którą kocham, brakło rzeczy niezbędnych, nie! nigdy! Pracowałabym!...
— Nie jestem robotnikiem, na nieszczęście nie znam żadnego rzemiosła.
— Jabym się go nauczyła. Ile zarabiają dziennie posługacze mularscy? Może to ciężko, ale nie zdaje mi się by było trudnem. Jak sam utrzymujesz, masz talent rzadki? Nie przeczę temu. Ale gdybym była wielką kompozytorką, a nie miała chleba, to poszłabym, bez wahania, grać na ulicach i w kawiarniach, śpiewać w dziedzińcach. Koniec końcem, miałabym pieniądze, mniejsza o to, jakim sposobem nabyte, ani zkąd, ani od kogo, choćbym miała...
— Różo! zapominasz, że jestem człowiekiem uczciwym!...
— Doprawdy powiedziałby kto, że proponuje ci jaki zły uczynek! Odpowiedź taką, jak twoja, Pawle, dają wszyscy, którzy w braku zręczności i energii siedzą z założonemi rękami. Taki człowiek chodzi ubrany jak żebrak, z pustym żołądkiem, schnie z zazdrości, ale podnosi głowę i mówi! „Jestem uczciwy.“ Jak gdyby stanowczo nie można było być bogatym, albo zrobić majątek, nie będąc ostatnim z łotrów. Doprawdy, że to zanadto głupio!
Mówiła głosem donośnym, a piekielne zuchwalstwo błyszczało w jej oczach. Była to jedna z tych istot niebezpiecznych, energicznych w złem, które słabego człowieka mogą doprowadzić na brzeg przepaści, wepchnąć go tam i zapomnieć o nim pierwej nim do dna doleci.
Pod ciosami tych sarkazmów, ocknęła się gwałtowna natura Pawła; gniew zaczerwienił mu policzki.
— Dlaczegoż sama nie dopomagasz mi? zawołał; dlaczego sama nie pracujesz?
— O! ja, to co innego!.. ja nie jestem stworzona do pracy.
Paweł zerwał się i z podniesioną ręką poszedł prosto ku młodej kobiecie. — Nędznico! zawołał; jesteś poprostu nędznicą!
— Nie... jestem głodna!
Kłótnia, która doszła do tego punktu, zakończyłaby się bardzo źle, gdyby jakiś turkot dość donośny nie zwrócił uwagi obojga. Odwrócili się.
Drzwi poddasza były otwarte, a na progu stał staruszek, z ojcowskim uśmiechem spoglądający na parę kochanków.
Był słuszny i odziany lekko. Z całej twarzy widać mu było tylko policzki ceglastego koloru i czerwony nos; siwiejąca długa broda, gęsta i źle utrzymana, zasłaniała resztę. Nosił okulary kolorowe i z osłonami.
Wszystko w nim świadczyło o nędzy i niedbalstwie, doprowadzonych do najwyższego stopnia. Okrycie o przestronnych obwisłych kieszeniach, niezgrabne, zatłuszczone, nosiło na sobie ślady wytartych ścian szynkowni. Musiał to być jeden z tych koczujących cyników, którzy, poczytując za rzecz nudną rozbieranie się, gdy idą spać, kładą się całkiem ubrani, na ziemi lub na tapczanie.
Paweł i Róża znali dobrze tego starego. Spotykali go nieraz na schodach, wiedzieli, że mieszkał w sąsiedniej izbie, i że nazywano go ojciec Tantaine.
Widok jego przypomniał Pawłowi, iż w jednej izbie najdokładniej było słychać co mówiono w drugiej i myśl, że mógł być podsłuchany, do rozpaczy go przyprowadzała.
— Co pan sobie życzysz? zawołał po brutalsku, i kto panu pozwolił wchodzić do mnie, nie zapukawszy?
Zapytanie to, uczynione tonem prawie groźnym, zdawało się, że i nie gniewa i nawet nie zbija z tropu starego.
— Skłamałbym, odrzekł, gdybym powiedział, że wypadkiem znalazłem się u siebie, gdyście tu państwo rozmawiali o swoich interesach; owszem, nadstawiałem ucha.
— Panie!
— Zaczekajcie no, młodzi ludzie, gorąco kąpani!... Doszliście do kłótni... to łatwo da się wytłumaczyć. Kiedy nie ma nic w żłobie, konie najpiękniejsze i najlepiej wydresowane biją się... ja to znam!...
Mówił z miną najprostszą w świecie, jak gdyby nie poczuwał się do najmniejszej niedyskrecji.
— A więc, rzekł Paweł, głęboko upokorzony, wiesz pan teraz, do czego bieda może doprowadzić człowieka z sercem. Czyś pan zadowolony?
— No, no, rzekł stary, pan zaczynasz się gniewać. Jeżeli przyszedłem, nie mówiąc na bok! to dla tego, że zdaniem mojem sąsiedzi winni dopomagać sobie, zwłaszcza sąsiedzi, zamieszkali pod naszym szyldem. Gdym się dowiedział o waszych małych kłopotach, powiedziałem sobie: Muszę te śliczne dzieci wyratować.
To oświadczenie, to przyrzeczenie pomocy, w ustach osoby tak lichej powierzchowności, miało w sobie coś tak rzeczywiście komicznego, że Róża nie mogła ukryć uśmiechu.
Przypuszczała, że stary sąsiad wydobędzie ze swej portmonety połowę swego majątku — sztukę jedno lub dwufrankową co najmniej.
Paweł również tak myślał; ale był rozczulony tą życzliwością tak prostą, a tak piękną; wiedział bowiem, że pieniądze w pewnych okolicznościach nabierają wiele wartości, i że jeden frank, zapewniający ubogiemu chleb na dwa dni, jest milion razy cenniejszy aniżeli tysiącfrankowy bilet u bogacza.
— Niestety rzekł łagodnie, cóż pan możesz dla nas uczynić?
— Kto wie! Widzisz pan do jakiej doszliśmy ostateczności. Wszystkiego nam brak. Czyż nie jesteśmy zgubieni?
Ojciec Tantaine podniósł ręce do góry, jakby brał niebo za świadka bluźnierstwa.
— Zgubieni?... zawołał. Ach! perła ukryta w głębi morza i nieznająca swojej wartości jest tak samo zgubiona, jeżeli zręczny rybak nie odkryje jej. Rybacy są to nieszczęśliwi nie noszący pereł; ale znają ich ceną i powierzają jubilerom...
Dokończył swej myśli małym dyskretnym śmiechem, którego znaczenia nie pojęli ani Paweł ani Róża, mający w zarodku wszystkie złe instynkta, ale nieświadomi i niedoświadczeni.
— Zresztą, panie, rzekł Paweł, byłbym nadetym głupcem, gdybym nie przyjął pańskiej wspaniałomyślnej propozycji.
— Doskonale!... Jeżeli tak, to trzeba naprzód zejść na dół po dobrą przekąskę. Trzeba takle sprowadzić drzewa — tu tak zimno!... Stare moje kości na pół przeziębły. Później pomyślimy o odzieży.
— Wszystko to, rzekła Róża wzdychając, wymaga wielkich pieniędzy!
— A któż pani powiedział, że ich niemam?
Ojciec Tantaine rozpiął powoli swój surdut i z wewnętrznej kieszeni wyjął mały brudny papierek, przypięty tam szpilką.
Papierek ten starannie rozprostował i położył otwarty na stole.
— Bilet na pięćset franków! zawoła Róża zdziwiona.
— Tak jest!... śliczna panienko odpowiedział stary z tryumfem.
Paweł milczał. Gdyby dostrzegł, że poręcz krzesła, o które się opierał, nagle puścił pączki i liście, niebyłby więcej zdumiony.
Jak można było przypuszczać, aby tak wielka suma ukrywała się pod łachmanami tego starowiny? Skąd on miał ten bilet?
Myśl o jakim czynie karygodnym, o kradzieży, była tu tak naturalną i tak wyraźnie wynikała z sytuacji, iż oboje młodzi ludzie jednocześnie ją powzięli.
Spojrzeli po sobie znacząco i Paweł, zmięszany, poczerwieniał po same uszy.
Stary domyślał się tych podejrzeń.
— O! zawołał, bynajmniej nie oburzając się, brzydkie przypuszczenia!... To prawda, że bilety pięésetfrankowe nie wyrastają nagle w kieszeniach takich jak moje, ale ten prawnie należy do mnie.
Róża nie słuchała. Co ją obchodziły te wyjasnienia Bilet leżał przed nią — tego było dość. Wzięła go, obracała w ręku, jakby dotknięcie tego papierka sprawiało jej największą rozkosz.
— Trzeba żebyście wiedzieli, mówił dalej ojciec Tantaine, że jestem pisarzem u komornika.
— A! Tak, tak; to powinno wam podchlebiać. Ale to nie wszystko. Rozmaite osoby nieraz powierzają mi odbiór wierzytelności niepewnych. Tym sposobem często znaczne sumy znajdują się w mojem ręku... Więc wypożyczyć wam pięćset franków na pewien czas nie stanowi dla mnie trudności.
Wobec nacisku potrzeby i oporu sumienia, Paweł wahał się i był wzruszony, jak to się zwykle zdarza, przed zrobieniem stanowczego kroku.
— Nie tak zaczął, niemogę przyjąć, mój obowiązek...
— Ach, mój przyjacielu, przerwała mu Róża, niegrzecznie sobie postępujesz. Czyż nie widzisz, że odmawiając martwisz pana?
— Panienka ma słuszność! zawołał ojciec Tantaine. A zatem, rzecz skończona. Idź, moje piękne dziecię i szybko przynoś co zjeść... już minęła czwarta.
Teraz znowu Róża zadrżała i zarumieniła się, jak gdyby uczuła, że stary odgadł jej myśli.
— Czwarta godzina, szepnęła, przypomniawszy sobie list.
Ale była posłuszną. Stanąwszy przed małem zwierciadłem poprawiła na sobie liche ubranie i wyszła zabrawszy bilet bankowy.
— Piękna osoba... zauważył ojciec Tantaine z akcentem znawcy, bardzo piekna... A jaka roztropność! O! gdyby miała dobrych doradców!... dalekoby doszła!...
Paweł nic nie odpowiedział na te uwagi. Zbierał swe poplątane myśli. Teraz, gdy niebył pod natarczywym wzrokiem Róży, znowu opanował go przestrach.
W rysach tego pisarza od komornika dopatrzył on coś szczególnego i niepokojącego.
Gdzież to widziano, aby starzec tego rodzaju rzucał tak ludziom po pięćset franków? Niezawodnie pod tą wspaniałomyślnością ukrywa się jakaś tajemnica, i on, Paweł, może się skompromitować.
— Zastanowiwszy się należycie, powiedział, byłoby z mej strony niedelikatnością, gdybym przyjął od pana taką sumę. Kto wie, czy będę kiedy w stanie zwrócić mu ją.
— Masz tobie! znowu pan coś podejrzywasz! Tym sposobem do niczego się nie dochodzi. Jeżeli dotąd spotykały pana zawody, to dla tego, że brakło mu doświadczenia. Teraz będziesz pan wiedział jak brać się do rzeczy. Nędza, moje dziecię, kształci ludzi. Naprzód ja mam w panu zaufanie. Te pięćset franków oddasz mi kiedy zechcesz; nie ma nic nagłego; tylko zapłacisz mi po sześć od sta i napiszesz rewers.
— Jeżeli tak... wybełkotał Paweł.
— A tak!... to lokacja.
Paweł był jeszcze bardzo naiwny. Rewers uspokoił go, jak gdyby podpis jego na stemplowym papierze mógł służyć do czego innego, jak tylko do odjęcia temu papierowi wartości jaką miał, gdy nie był zapisany.
Ze swojej strony ojciec Tantaine, począwszy znowu szukać po kieszeniach, wydobył z jednej z nich papier stemplowy i rzekł:
— Napisz pan tu: „Za ośm dni od daty zapłacę na rozkaz p. Tantaine i t. d.“
Młody człowiek właśnie kończył pisanie, gdy powróciła Róża z przekąską.
Była rozpromieniona, jak gdyby niespodziewany a szczęśliwy wypadek rozjaśnił jej życie; oczy jej miały wyraz szczególny.
Ale Paweł wcale tego nie zauważył. Przypatrywał się on staremu pisarzowi od komornika, który przeczytawszy rewers, schował go starannie, jakby weksel pierwszorzędny.
— Rozumie się, panie, powiedział, że data to czysta formalność. Nie jest prawdopodobnem, bym za cztery miesiące od dnia dzisiejszego mógł zaoszczędzić tyle ile winienem panu.
Ojciec Tantaine uśmiechnął się słodko.
— A co powiedziałbyś pan na to, gdybym pożyczywszy panu pięćset franków, dał mu możność zwrócenia ich przed upływem miesiąca?
— Jakto?... mógłbyś pan!

— Sam, moje dziecię, nic zrobić nie mogę, to się rozumie. Ale mam przyjaciela, bardzo potężnego. O! gdybym go był dawniej usłuchał!... nie mieszkałbym w hotelu peruwiańskim... Ale co tam!... czy chcesz pan zgłosić się do niego w mojem imieniu?
— Czy chcę?... Ależ byłbym szalony, gdybym nie korzystał z nadarzającej się zręczności.
— Dobrze więc. Dziś wieczorem zobaczę się z moim przyjacielem i pomówię o panu. Bądź pan u niego jutro, punkt o dwunastej. Jeżeli mu się spodobasz, jeżeli zechce zająć się panem — los jego jest zapewniony.
Wyjął z kieszeni bilet i podając go Pawłowi powiedział:
— Przyjaciel mój nazywa się Mascarot.
Tymczasem Róża, ze zręcznością, która jest niejako wrodzonym przywilejem Paryżanek, przywykłych poruszać się w małych przestrzeniach, wytworzyła ład z chaosu i ukończyła swe przygotowania.
Zastawiono stół; dobry ogień buchał w kominie, a dwie świece, osadzone jedna w kulawym lichtarzu, druga w nadtłuczonej butelce, oświetlały scenę.
Ten widok, tak ponętny dla oczu dwudziestoletnich, napełnił Pawła zadowoleniem. Poważne sprawy były ukończone, ponure przeczucia rozleciały się.
— Siadajmy do stołu!... zawołał, do stołu!... Oto nakoniec obiad, który wyręczy śniadanie. No, Różo! ruszaj na swoje stanowisko! A pan, kochany sąsiedzie, spodziewam się, że zrobisz nam tę przyjemność i podzielisz się z nami ucztą, za którą jesteśmy tobie obowiązani.
Ale ojciec Tantaine, chociaż uczta podobna bardzo go wabiła, jak to sam wyznał, wymówił się z wielkiem ubolewaniem.
Nie bardzo był głodny, jak utrzymywał; oprócz tego o godzinie pół do szóstej miał się widzieć, w interesie wielkiej wagi, z pewną osobą, mieszkającą na drugim końcu Paryża.
— A przytem, powiedział Pawłowi, muszę koniecznie widzieć się i z Mascarotem. Muszę go uprzedzić, korzystnie usposobić względem pana.
Róże widocznie nie bardzo obchodziło towarzystwo starego. Brzydki, brudny, nędzny, wzbudzał on w niej odrazę, której wdzięczność nie była w stanie przezwyciężyć.
Chociaż nie było widać jego oczu, odgadywała ona instynktowo, pod ciemnemi szkłami okularów, wzrok ostry i subtelny, bardzo zdolny do czytania w jej duszy.
Ale pomimo to, jak kotka łaszcząc się, przyłączyła swe nalegania do próśb Pawła, by zatrzymać sąsiada.
Ten jednak był niewzruszony i raz jeszcze przypomniawszy Pawłowi, że powinien stawić się punktualnie, na drugi dzień popołudniu, wyszedł mówiąc najsłodszym głosem do młodych ludzi siadających do stołu:
— Do zobaczenia! dobrego apetytu!
Ale wyszedłszy i zamknąwszy drzwi za sobą, ojciec Tantaine zatrzymał się, oparł o poręcz schodów i począł słuchać.
Turkawki, jak ich nazywał, były niesłychanie wesołe; odgłos ich śmiechu, świeżego i donośnego, napełniał całe górne piętro peruwiańskiego hotelu.
Dlaczegoźby nie? Paweł, po okropnym niepokoju, znalazł stosunkowy spokój; miał w kieszeni adres człowieka, który mu dopomoże do zrobienia majątku; wreszcie na gzymsie kominka leżała reszta wydana z biletu pięćsetfrankowego, kupka złota, która w czasach wesołych złudzeń zdaje się być niewyczerpaną.
Co do Róży, to tę niezmiernie zabawiał stary pisarz od komornika, którego w duchu poczytywała za wielkiego głupca, a do tego nadzwyczaj śmiesznego.
Śmiało, moje dzieci, mruczał ojciec Tantaine, śmiało może już ostatni raz śmiejecie się razem.
To rzekłszy z największą ostrożnością zszedł po nierównych schodach hotelu peruwiańskiego, oświetlanych tylko w niedzielę, bo przecież gaz kosztuje.
Ojciec Tantaine nie poszedł prosto.
Przez małe oszklone drzwi pomieszkania właścicieli hotelu dostrzegł on panią Loupias coś gotującą w piecu. Wszedł trwożliwie zapukawszy i kłaniając się nisko, jako człowiek, którego nędza przyzwyczaiła już do wszelkiego rodzaju przyjęć.
— Przynoszę pani należność za pół miesiąca, powiedział.
I jednocześnie położył na komodzie jedną sztukę dziesięciofrankową i dwadzieścia sous.
Potem, gdy pani Loupias, umiejąca pisać, dawała mu pokwitowanie, począł mówić o interesach, o tem że niespodzianie otrzymał sukcesję, która pozwoli mu mieć niejakie wygody na stare lata.
A dla poparcia tego twierdzenia, z naiwną dumą ubóstwa, obawiającego się, że mu nie powierzą na słowo, pokazał kilkanaście bankowych biletów ukrytych w pugilaresie.
Papierki te takie wywołały wrażenie, iż gdy staro wina odchodził, pan Loupias chciał koniecznie przeprowadzić go z kaszkietem w jednej ręce, a lampą w drugiej.
Ale ojciec Tantaine wcale nie zdawał się być rozczulonym tymi względami. Poszedł z miną mocno zajętą, jak człowiek układający wielki plan.
Stanąwszy na ulicy, ojciec Tantaine obejrzał się, rozglądnął magazyny okoliczne i bez wahania wszedł prosto do sklepiku korzennego znajdującego się prawie na rogu ulic Petit-Pont i Bucherie.
Właściciel tego sklepu, dzięki pewnemu gatunkowi wina, które mu fabrykuje jeden chemik w Bercy, a które sprzedaje po dziewięć sous kwartę, cieszy się w okolicy wielkiem powodzeniem.
Jest mały, tłusty, krepy, draźliwy i przejęty poczuciem własnej godności; nosi angielskie faworyty, jest wdowcem, sierżantem w gwardji narodowej i nazywa się Melusin.
Godzina piąta w ubogich dzielnicach, to chwila roboty dla kupców korzennych.
Robotnicy powracają z warsztatów, a kobiety, które późno w noc pracowały przygotowują wieczerzę.
P. Melusin tak był zajęty kupującymi, to odbierając pieniądze, to wydając resztę, to wołając na chłopców, iż nie zauważył wejścia ojca Tautaine.
A gdyby i zauważył, to nie bardzo by się zajął kupującym tak nędznie ubranym.
Ale stary pisarz od komornika, wyszedłszy z hotelu peruwiańskiego, zarzucił swą minę potulną. Stanął w miejscu najmniej natłoczonem w sklepie i tonem nakazującym zawołał:
— Panie Melusin!
Zdziwiony kupiec rzucił wszystko i pobiegł ku niemu.
— Patrz go, ten człeczyna zna mnie, powiedział sobie w duchu, nie pomyślawszy o tem, że przecież nazwisko jego świetniało w pół łokciowych literach nad drzwiami sklepu.
Ojciec Tantaine nie dał mu czasu do żądania wyjaśnień.
— Czy nie przychodziła tu przed chwilą, zapytał z powagą, młoda kobieta, mieniać bilet pięćsetfrankowy?
— Tak jest, odpowiedział Malusin, ale jak pan mogłeś dowiedzieć się...
Tu przerwał sobie, uderzył się pięścią w głowę i zaczął żywo:
— Rozumiem!... popełniona została kradzież, prawda?... i pan jesteś na tropie złodzieja. Znamy to!... Muszę powiedzieć panu, że gdy ta młoda kobieta, ubrana bardzo ubogo, mieniała bilet, ja już wtedy powziąłem podejrzenie. Z uwagą patrzałem na nią i dostrzegłem, że ręce jej drżały.
— Za pozwoleniem, przerwał ojciec Tantaine, wcale nie powiedziałem, że tu idzie o kradzież. Czy poznałbyś pan tę kobietę?
— Jak siebie samego, gdybym siebie spotkał. Śliczna osoba, włosy przepyszne!... Przychodzi tu czasem i mam wielkie podejrzenie, iż mieszka w jednym hotelu przy ulicy Huchette.
Paryski kupiec korzenny nie bardzo w ogóle lubi ajentów, spisujących z niego protokoły w razie popełnienia kontrawencji. Ale ośmielony myślą, iż wyświadcza usługę społeczności, chętnie dopomaga do poszukiwań. Dla ułatwienia połowu zdolny jest do czynów heroicznych, naprzykład do zaniedbania na chwilę swych kupujących.
— Czy chcesz pan, mówił dalej Melusin, bym rozesłał moich chłopców na zwiady, a może posłać po sierżantów miejskich?
— Nie potrzeba, kochany panie, odrzekł pisarz od komornika, a nawet byłbym panu wdzięczny, gdybyś zachował wszystko w tajemnicy do pewnego czasu.
— A! rozumiem, nieostrożność mogłaby obudzić podejrzenie.
— Tak jest. Tylko prosiłbym pana, jeżeli masz jeszcze ten bilet bankowy, byś mi pozwolił zanotować jego numer. Będę także prosić, byś pan numer ten zapisał w swych księgach, z krótką uwagą, pod datą dzisiejszą. Zawsze należy przewidywać ile tylko można.
— A moje księgi będą stanowić dokument w oczach trybunału, prawda? Tak myślę! księgi handlowe!... Widzisz pan, że znam się na tem. Za chwilę będę panu służyć.
Wszystko tak się stało jak tego sobie życzył starowina. P. Melusin przeprowadził go z wielkiemi oznakami grzeczności aż do progu sklepu, w tem przekonaniu, iż wyświadczył ogromną usługę jakiemuś wyższemu urzędnikowi prefektury, przebranemu za żebraka.
Ale co mogło obchodzić Tantaina zdanie, jakie o nim miano! Poszedł on na plac Petit-Pont i zdawał się szukać tam kogoś. Już przeszedł się po nim kilka razy, zaglądając w ciemne zakątki, wreszcie krzyknął zadowolony znalazł to, czego szukał.
Był to szkaradny ulicznik, lat około dwudziestu, ale który wydawał się nie mieć więcej nad piętnaście, chudy, wymokły, źle zbudowany.
Stał na rogu wybrzeża Saint-Michel i Petit-Pont i bezczelnie prosił o jałmużnę, oglądając się czy nie widać gdzie sierżantów miejskich.
Od pierwszego rzutu oka można było poznać w nim chorobliwy wytwór wielkomiejskiej społeczności, jednego z tych paryzkich uliczników, którzy w ósmym roku palą już kawałki cygar uzbieranych na ulicy, a wieczorami upijają się wódką.
Jego włosy, barwy brudno-żółtej, były już rzadkie, cerę miał wybladłą, ołowianą, ironiczny śmiech błąkał się po jego twarzy o szerokiej gębie, a najbezwstydniejsza śmiałość błyszczała mu z oczu.
Ubrany był w szarą bluzę, której prawy rękaw podsunął do góry, wystawiając ramię nagie, krzywe, skurczone, obrzydliwe, aby tem wzbudzić litość przechodzących.
Wyśpiewywał jednostajnym głosem długą litanię, w której ciągle powtarzały się wyrazy: „Biedny rzemieślnik... stara matka... niezdolny do pracy... skaleczony przez maszynę...“
Ojciec Tantaine poszedł prosto do tego biedaka i potężnie palnął go pięścią w głowę, tak, że kaszkiet odleciał mu na trzy kroki.
Chłopiec odwrócił się gniewny; ale ujrzawszy starowinę, zmieszał się i mruknął:
— A tom się złapał!...
I w tejże chwili wyprostował naprężone prawe ramię, które okazało się tak zdrowem jak i lewe; zsunął rękaw i podniósł kaszkiet.
— Czy to tak, zapytał ojciec Tantaine, wypełniasz dane ci polecenie!
— Co?... polecenie dawno już załatwione!
— To nie jest tłumaczenie. Dzięki mojej rekomendacji p. Mascarot dał ci dobre miejsce, prawda? Ja sam daję ci dość często sposobność zarobienie, więc nie brak ci niczego. Ale ułożyliśmy się, że nie będziesz żebrać.
— Niech się pan nie gniewa; żebranina nie jest już mojem rzemiosłem. Tylko tak.... dla przepędzenia czasu. Nie mogę być długo bez zajęcia. Zebrałem siedm sous... zawsze to coś...
— Toto, rzekł z powagą stary pisarz od komornika. — Toto! źle skończysz — ja ci to przepowiadam... Ale do rzeczy... Coś widział?
Poszli oba powoli po pustem wybrzeżu wzdłuż starych domów.
— Widziałem, coś mi pan zapowiedział. Punkt o czwartej przybył na plac powóz i zatrzymał się, jakby tam chciał zapuścić korzenie, tam oto!... naprzeciw fryzjera. Pyszny ekwipaż, wspaniałe konie, stangret bardzo dobrze odziany...
— Daj temu pokój. Czy siedział kto w powozie?
— Naturalnie. Poznałem tego prywatystę, o którym mówiłeś mi pan. Ślicznie ubrany! kapelusz z szykiem, spodnie jasne, obcisłe, żakieta króciótka... jednem słowem najlepszy gatunek. Dla większej pewności, ponieważ już ciemniało, postanowiłem popatrzeć mu w sam nos. Wysiadł z powozu, rozumiesz pan, i począł dreptać po chodniku z niezapalonem cygarem w zębach. Ja, korzystając z okoliczności, podbiegłem z zapałką. „Oto jest ogień jasny panie“! Dał mi dziesięć sous. Dobrze i to. To ten sam: brzydki, mały, wykrzywiony, wymięty, chudy, ze szkłami na nosie — istna małpa.
Gdy Toto opowiada, najlepiej nie przeszkadzać mu. Jest to najkrótszy sposób otrzymania od niego potrzebnych wyjaśnień.
Ale stary pisarz komornika niecierpliwił się.
— Cóż dalej? zapytał.
— Niewiele. Mój jegomość nie miał wcale miny zadowolonej. Biedny kolega! Chodził tam i nazad po chodniku z laseczką w ręku i zaglądał kobietom pod kapelusze. Boże wielki! jakże mi się nie podobał ten gagatek! Jeżeli panu przyjdzie kiedy ochota dobrze wyłatać mu boki, to niech pan liczy na moją pomoc. Obejrzałem go. Dwa razy mniej odemnie ma siły.
— Ale mów dalej, Toto, mów!
— Mówię właśnie! Otóż był on tam, to jest byliśmy tam już dobre półgodziny; wtem jakaś kobieta ukazuje się na ulicy i idzie prosto do gagatka. O, panie! śliczna dziewczyna! Nie! od czasu jak pan żyjesz, nie widziałeś nic piękniejszego. Ja zdumiałem się. Ale jakież nieszczęście. Poczęli rozmawiać po cichu.
— I nic nie słyszałeś?
— Za kogo pan mię masz?... Piękna dziewczyna powiedziała: „Zgoda — jutro.“ Gagatek zapytał: „Czy na prawdę?“ Ona odpowiedziała: „Tak, słowo honoru, koło południa.“ Potem rozstali się. Ona poszła na ulicę Huchette, a on powrócił do swego powozu i marsz! Oto com spełnił za sto sous!...
Reklamacja ta nie zdawała się dziwić pisarza od komornika.
Wyjął z kieszeni pięć franków i oddał ulicznikowi mówiąc:
— Co się przyrzekło, to należy dotrzymać. Ale pamiętaj o mojej przepowiedni, Toto, — źle skończysz. A teraz bądź zdrów, nie idziemy jedną drogą.
Jeszcze przez pewien czas ojciec Tantaine pozostał na placu, patrząc na Toto, który poszedł w kierunku Jardin des Plantes, i dopiero gdy go stracił z oczu, udał się sam w dalszą drogę.
Szedł bardzo prędko, widocznie wielce zadowolony.
— Dobrze idzie, mruczał, nie straciłem dnia. Wszystko przewidziałem. Flawia będzie zadowolona.

II.

Zakład pana Mascarota, potężnego przyjaciela ojca Tantaine, znajduje się przy ulicy Montorgueil, o kilka kroków od pasażu Reine-de-Hongrie.
P. Mascarot jest dyrektorem bióra stręczeń oficjalistów i sług obojej płci.
Dwie wielkie tablice, przybite po obu stronach drzwi, oznajmiają interesowanym i przechodzącym, że ajencja ta założona została w roku 1844 i dotąd zarządzana jest przez założyciela.
Zapewne długiej praktyce w profesji, zwykle niewdzięcznej, p. Mascarot zawdzięcza wielką reputację i poważanie, jakiemi cieszy się nie tylko W swojej dzielnicy, ale w całym Paryżu.
Mówią, że panowie nigdy nie uskarżają się na sługi, których zaleci.
Słudzy przekonani są, że miejsca dane przez p. Mascarot, obfitują we wszystkie rozkosze.
Nakoniec oficjaliści bardzo dobrze wiedzą, iż dzięki swym znajomościom i ogromnym stosunkom p. Mascarot zawsze ma dobrą posadę dla każdego, kto mu się podoba.
Pan Mascarot ma wspólnika, niejakiego Beaumarchef. W tym samym domu, gdzie znajduje się ajencja, urządził on hotel, w którym słudzy bez miejsca mają pomieszczenie i stół na kredyt.
P. Mascarot jest współwłaścicielem — podobno w czwartej części — domu w którym mieszka.
Otóż przed tym domem o południu jak, było umówiono, zatrzymał się Paweł Violaine.
Dzięki pożyczce otrzymanej od ojca Tantaine, kupił on już sobie całe gotowe ubranie, dość gustowne. Tak mu nawet było w niem dobrze, iż przechodzące kobiety oglądały się na niego.
Ale on nie zwracał na to uwagi. Od wczorajszego dnia ciągle rozmyślał i teraz począł już powątpiewać o potędze nieznajomego, który, według zdania ojca Tantaine, mógł uszczęśliwić każdego, byle tylko zechciał.
— Stręczyciel! mruknął, pewno zaproponuje mi jaką posadę za sto franków miesięcznie!
Był jednak nieco wzruszony i nim wszedł począł rozglądać dom, jak gdyby tym sposobem mógł dowiedzieć się czegoś o tym kto w nim mieszka.
Ale dom ten podobny był do wszystkich innych domów; miał dwa skrzydła rozdzielone podwórzem źle utrzymywanem; w środkowym zaś korpusie znajdowało się bióro stręczeń i hotel.
Pod bramą mieścił się przekupień z kasztanami; młody jakiś nicpoń o zuchwałej minie.
— Ha! powiedział do siebie Paweł, jak tu będę stać, to niczego się nie dowiem; wejdźmy.
Śmiałoprzeszedł podwórze, wstąpił na schody i ujrzawszy na pierwszem piętrze drzwi z napisem „Bióro,“ zapukał.
— Proszę!... odezwał się gruby głos.
Drzwi nie były zamknięte, Paweł otworzył je.
Pokój, do którego wszedł, podobny był do wszystkich paryskich biór stręczeń.
Pod ścianami stały szerokie dębowe poczerniałe ławki; w głębi znajdowała się loża zakratowana i zasłonięta zieloną firanką; klienci nazywali ją konfesjonałem.
Między dwoma oknami na cynkowej blasze był napis:

Zawiadomienie:
Zapis opłaca się z góry.

W jednym kącie tego pokoju siedział jakiś jegomość za wielkim stołem i pisząc coś w wielkiej księdze, słuchał zarazem kobiety stojącej przed nim.
— Pan Mascarot? zapytał Paweł trwożliwie.
— Co pan sobie życzysz? zapytał jegomość, nie ukłoniwszy się; jeżeli jest jaki interes, to mogę go zastąpić. Czy chcesz pan zapisać się? mamy w tej chwili posady dla trzech buchhalterów, kasjera, korespondenta, sześć posad oficjalistów w mieście. Pan zapewne masz dobre rekomendacje...
— Przepraszam, przerwał Paweł, chciałem osobiście rozmówić się z panem Mascarot; przysłany jestem przez jednego z jego przyjaciół.
To oświadczenie zdawało się, że wywarło pewne wrażenie na jegomości. Zmienił ton i prawie grzecznie powiedział:
— Mój wspólnik jest na konferencji, ale wkrótce będzie wolny; chciej pan usiąść.
Paweł usiadł na ławce i nie mając nic lepszego do roboty, począł przypatrywać się wspólnikowi.
Słuszny, barczysty, zdrowiem promieniejący, wspólnik ten, nosi włosy krótko ostrzyżone, a pod nosem, impertynencko do góry zadartym, potężne wąsiska, długie, wyczernione i ostro zakończone.
Ton, postawa, włosy i wąsy zdradzają człowieka, który chce by każdy wiedział o tem, że służył w wojsku.
I rzeczywiście zapewnia, że służył w kawalerji. W pułku to nawet nazwano go Beaumarchef, co było żołnierskiem skróceniem wyrazów: beau maréchal de-logis-chef. Właściwe zaś jego nazwisko jest Durand.
Teraz ma już czterdzieści pięć lat, co jednak nie przeszkadza mu dotąd uchodzić za bardzo przystojnego mężczyznę.
Praca jego, polegająca na zapisywaniu nazwisk kolejno, nie przeszkadzała mu dawać odpowiedzi kobiecie, stojącej przed nim.
Klientka ta, która, z ubrania wnosząc, trzymała środek między kucharką a przekupką, była z rodzaju tych, których w Paryżu nazywają tęgiemi kumoszkami.
Po każdym frazesie zażywała tabakę. Wyrażała się akcentem alzackim.
— Skończmy już raz, mówił Beaumarchef, czy na prawdę chcesz pani miejsca?
— Naprawdę!
— Tak samo mówiłaś pani ostatnim razem, przed sześcią miesiącami. Znaleźliśmy dobrą kondycję, weszłaś pani, a we trzy dni, paf! oddalasz się.
— Wtedy nie bardzo potrzebowałam służby.
— A teraz?
— Teraz, to co innego. Oszczędności moje wyczerpują się.
Beaumarchef położył pióro i spojrzał na kobietę, jakby chciał sprawdzić swe podejrzenia, potem powiedział powoli:
— Pewno zrobiłaś pani jakie głupstwo.
Kobieta odwróciła głowę i nie odpowiadając wprost, poczęła narzekać na ciężkie czasy, na sknerstwo panów, na wtrącanie się do wszystkiego młodych gospodyń, które chętnie same chodzą z koszykami do miasta.
Beaumarchef potakiwał głową, tak samo, jak przed kwadransem potakiwał jednej pani, uskarżającej się na służących. Jego stanowisko, jako pośrednika, wymaga tej dyplomacji.
Wreszcie kobieta skończyła. Wyjęła z portmonety dobrze zaopatrzonej kwotę wpisową, położyła ją na stole i rzekła:
— No, kochany panie Beaumor, zapisz pan moje nazwisko Karolina Schimel i znajdź mi dobre miejsce. Tylko do kuchni, rozumiesz pan? I żebym sama chodziła do miasta. Nie lubię gdy mi się wtrąca pani domu.
— Dobrze, poszukamy.
— Ach! gdybyś mi pan znalazł jakiego wdowca, albo jaką młodziutką żonę starego męża.... Zresztą, zrób pan tak, jakby dla siebie; zajdę tu pojutrze.
I zażywszy tabaki, odeszła.
Paweł, słuchając tego, był zmieszany i nadzwyczaj upokorzony. Dzięki ojcu Tantaine znalazł się on w takiem miejscu i w takiem towarzystwie. I jeszcze musiał czekać!...
Już szukał pretekstu by wynieść się i nigdy nie powrócić, gdy drzwi w głębi otworzyły się i weszło dwóch mężczyzn, którzy rozstając się kończyli rozmowę.
Jeden z nich młody, elegancko ubrany, miał minę zadowoloną i swobodną, przez niektórych poczytywaną za oznakę najlepszego tonu. Kilka zagranicznych orderów zdobiło mu piersi.
Drugi z powierzchowności podobny był do adwokata małomiasteczkowego. Ubrany był w ciepły kaftanik merynosowy, futrzane buty, na głowie zaś miał aksamitną czapeczkę, wyszywaną niezawodnie bardzo drogą ręką. Broda jego, starannie podstrzyżona, opierała się na biały krawat, a z przyczyny słabego wzroku miał okulary z szafirowemi szkłami.
— A więc, kochany panie, rzekł młody człowiek, mogę liczyć na pana, czy tak? Własny mój interes odpowiada za mnie. Nie zapominaj pan jak wytężona jest sytuacja.
— Już mówiłem panu markizowi, odrzekł, meżczyzna w białym krawacie, że gdyby to było w mojej wyłącznie mocy, to powiedziałbym tak; ale muszę zaradzić się wspólników.
— W każdym razie, kochany panie, dodał elegant, liczę na pana.
— Paweł widząc tak udekorowanego pana, pogodził się z ajencją. Ten drugi, pomyślał, twarzy tak miłej i powierzchowności zdradzającej prawnika, musi być pan Mascarot.
Markiz wyszedł. Paweł chciał już przedstawić się, gdy wyprzedził go Beaumarchef, stając przed mężczyzną w białym krawacie.
— Niech pan zgadnie, rzekł z szacunkiem, kogo tylko com widział?
— Kogo? mów.
— Karolinę Schimel, tę, pan wiesz...
— Byłą służącą u księżnej Champdoce?
— Tę samą.
Pan Mascarot, krzyknął radośnie.
— To prawdziwe szczęście! zawołał. Gdzież ona mieszka?
To zapytanie, tak naturalne, zmieszało Beaumarchefa. On, który zawsze — tak jest, zawsze, gdyż takie było rozporządzenie — żąda adresu klientów, na ten raz nie zapytał Karoliny Schimel, gdzie mieszka.
— Dowiedziawszy się o tem zaniedbaniu p. Mascarot, podskoczył na krześle; zapomniał się nawet do tego stopnia, i zaklął jak furman.
— Sacrebleu! krzyknął, czy też można być do takiego stopnia ciemięgą i głupcem. Kobieta, której szukam od pięciu miesięcy po całym Paryżu, jak sam wiesz!.. Przypadek oddaje ją nam w nasze ręce, a ty ją puszczasz!
— Wróci ona, panie, mówiła, że wróci, nie zechce stracić wpisanego.
— Eh! bardzo ona tam dba o dziesięć sous, lub dziesięć franków. Wróci, jeżeli przyjdzie jej taka fantazja; a jeżeli nie?.. Kobieta, która upija się i jest na pół szalona.
Ale Beaumarchef nagle powziął nadzieję. Pochwycił kapelusz, mówiąc:
— Tylko co wyszła, pobiegnę za nią; jeszcze dopędzę.
Już chciał iść; Mascarot zatrzymał go.
— Zaczekaj, powiedział; nie takiego trzeba tu wyżła. Weź z sobą Tota; niech porzuci kasztany. A gdy dopędzicie tę babę, nie mówić jej nic, ale niech Toto idzie za nią i nie spuszcza z oczu. Chcę wiedzieć, co robi każdej godziny... każdej!... rozumiesz?...
Gdy Beaumarchef wyszedł, Mascarot puścił wodze swemu gniewowi.
— Być tak obsługiwanym, mówił, cóż to za nędza! Ach! wszystko sam powinien bym robić. Ślęczę nad zagadką niewyjaśnioną, a ta pijaczka zna niezawodnie jej słowo!..
Widocznem było dla Pawła, że nie został dostrzeżony. Wstydząc się mimowolnej swej niedyskrecji, postanowił kaszlnąć.
Mascarot odwrócił się — groźny, straszny.
— Przepraszam pana... zaczął Paweł.
Ale już stręczyciel przybrał swoją zwykłą uprzejmą i uczciwą fizjonomię.
— A! pan Paweł Violaine! zawołał, czy tak?
Młody człowiek skłonił się.
— Bardzo dobrze, rzekł Mascarot, za minutę będę służyć panu.
I szybko wyszedł przez drzwi środkowe. Paweł zaledwie miał czas opamiętać się, gdy usłyszał jak go wołano:
— Panie Pawle!... tędy! wejdź pan! przed panem nie mam żadnych tajemnic!
W porównaniu z pierwszym pokojem, czyli z właściwą ajencją, gabinet p. Mascarot był miejscem rozkosznem.
Szyby w oknach były czyste, obicie nie poplamione, na ziemi rozesłany był dywan.
Ale ilu też klientów, najlepszych nawet, może poszczycić się tem, iż przestąpili próg tego przybytku? Bardzo i bardzo nie wielu.
Bieżące codzienne interesa załatwiają się publicznie przy stole p. Beaumarchef. Sprawy wymagające większej ostrożności, traktują się po cichu, wśród zmroku panującego w konfesjonale.“
Ale Paweł, nieznając zwyczajów miejscowych, nie był w stanie należycie ocenić niezmiernego faworu, że był, on, nowo przybyły, dopuszczony do wnętrza laboratorjum.
Gdy wszedł, p. Mascarot wygrzewał się przed dobrym ogniem na kominku, siedząc w wygodnym fotelu z łokciem wspartym na biórku.
A jakie to było biórko! Świat cały. Byłto widocznie sprzęt człowieka mającego tysiące najrozmaitszych zajęć.
Księgi i rejestra leżały tam stosami. Mnóstwo było tabliczek z bardzo grubego kartonu z nazwiskami wypisanemi wielkiemi literami, pod któremi znajdowały się notaty, dodane pismem drobnem i prawie nieczytelnem.
Z ojcowskim ruchem p. Mascarot raczył wskazać Pawłowi krzesło naprzeciw siebie i głosem niezmiernie ujmującym powiedział:
— Pomówmy.
Trudno było mieć powierzchowność bardziej patrjarchalną jak p. Mascarot.
Rysy jego, łagodne, spokojne, zwierciadło czystego sumienia, były z rodzaju właściwych ludziom, o których mówi się: „Takiemu człowiekowi chciałbym powierzyć całe moje mienie.“
Wpatrując się w niego Paweł doznał wrażenia wywieranego przez zacność i uczuł się w takim do stręczyciela stosunku jak słabość do siły.
Teraz wytłumaczył sobie entuzjazm ojca Tantaine i błogosławił wypadek, który przed chwilą przeszkodził mu do ucieczki.
— Więc rzeczy tak stoją, zaczął p. Mascarot, że obecne zasoby pana nie są wystarczające, nawet żadne, i że pan zdecydowany jesteś zrobić wszystko dla utworzenia sobie stanowiska. Powtarzam tu własne wyrazy tego biedaka Tantaine.
— Był on, panie, wiernym tłumaczem moich uczuć.
— Bardzo dobrze. Tylko nim zaczniemy mówić o teraźniejszości i myśleć o przyszłości, zajmijmy się, jeżeli pan pozwoli, przeszłością.
Paweł drgnął lekko, ale widać że stręczyciel zauważył to, gdyż dodał:
— Przebacz mi pan niedyskrecję, ale jest ona niezbędną. Muszę zabezpieczyć moją odpowiedzialność. Tantaine mówi, że pan jesteś bardzo miły młody człowiek, porządny, dobrze wychowany. Patrząc na pana, przypuszczam, iż nie jest w błędzie. Ale potrzeba mi więcej aniżeli przypuszczenia. Pojmiesz pan, że pierwej nim wystąpię jako jego przyjaciel, nim wezmę na siebie odpowiedzialność za niego przed trzeciemi osobami...
— To bardzo słuszna, przerwał Paweł, dla tego też gotów jestem odpowiadać panu; nie mam nic do ukrywania.
Lekki uśmiech, którego Paweł nie dostrzegł, zaigrał na ustach zacnego stręczyciela, który właściwym sobie ruchem poprawił okulary.
— Dziękuję panu za jego dobre usposobienie, powiedział. Co zaś do ukrywania czegokolwiek przede mną... eh! eh!... nie tak to łatwo jak może pan sądzisz...
Wziął z biórka jedną paczkę tabliczek, rozsunął je w ręku jak karty i mówił dalej:
— Nazywasz się pan Marjan Paweł Violaine?
Paweł skinął głową.
— Urodziłeś się pan w Poitiers, przy ulicy Vignes, 5. stycznia 1843 roku; masz zatem teraz rok dwudziesty czwarty.
— Tak jest, panie.
— Pan jesteś dziecięciem naturalnem?
Poprzednie pytania zdziwiły nieco Pawła, ostatnie zaś zdumiało go.
— Tak jest, panie, odpowiedział, nie starając się nawet ukrywać swego zdumienia. Nie przypuszczałem by p. Tantaine był tak dobrze poinformowany. Przekonywam się, że ściana między naszemi stancjami jest cieńsza aniżeli sądziłem.
P. Mascarot zdawał się nie słyszeć przycinka, zrobionego staremu pisarzowi od komornika. Mówił dalej, przerzucając tabliczki i radząc się ich.
Gdyby Paweł był mniej naiwny i nachylił się nieco, toby dostrzegł na każdej tabliczce litery P. V., początkowe swego imienia i nazwiska.
— Matka pana, mówił dalej p. Mascorot, w ostatnich piętnastu latach swego życia, utrzymywała niewielki sklep drobiazgów.
— Tak jest.
— Ile taki sklepik może dawać dochodu w Poitiers? Niewiele, prawda? Na szczęście, miała ona, oprócz tego roczną zapomogę wynoszącą tysiąc franków; tym sposobem sama mogła utrzymać się i dać panu edukację.
Teraz Paweł porwał się z krzesła.
Pewnym był, że tej tajemnicy stary lokator z hotelu peruwiańskiego nie mógł u niego podsłuchać.
— Panie, wybełkotał, zupełnie zbity z tropu, panie!... kto panu mógł wyjawić fakt, o którym nie mówiłem nikomu od czasu jak jestem w Paryżu, o którym nawet Róża nie wie?
Streczyciel ruszył ramionami.
— Pojmujesz pan, powiedział, że człowiek będący w takiem jak ja położeniu musi mieć szczególne środki wywiadywania się. Eh! gdyby było inaczej, czyż nie byłbym codziennie oszukiwany, i co za tem idzie, musiałbym sam oszukiwać innych.
Upłynęło nie więcej jak godzina od czasu jak Paweł przestąpił próg ajencji, ale wiedział już co należy trzymać o owych „szczególnych środkach.“
Przypomniał sobie rozkaz dany p. Beaumarchef.
— Zresztą, mówił dalej stręczyciel, jeżeli jestem ciekawy z profesji, to zarazem jestem i dyskretny. Nie obawiaj się pan zatem odpowiadać mi szczerze. Jakim sposobem pensja ta dochodziła do matki pańskiej?
— Co trzy miesiące, za pośrednictwem jednego paryskiego notarjusza.
— A!... Czy znasz pan osobę, która ją wypłacała?
— Wcale nie.
Ale Pawła poczęło już niepokoić to badanie. Tysiące nieokreślonych domysłów przebudziło się w nim.
Napróżno szukał — nie upatrywał, ani celu, ani doniosłości, ani pożytku tych pytań.
A przytem wyjaśnienie, jakiego mu udzielano, wydawało się niejasnem. Niech kto jakie chce ma potężne środki, zawsze jednak w ciągu jednego poranku nie zbierze tylu szczegółowych faktów o życiu jednego człowieka.
Nic wszakże w zachowaniu się stręczyciela nie usprawiedliwiało obaw młodego człowieka.
Zdawał się on wypytywać go tylko ze zwyczaju, z obojętnością człowieka spełniającego formalności, właściwe swemu powołaniu, nie poczuwając się bynajmniej do popełnienia strasznej niedyskrecji.
Dopiero po długiem milczeniu zaczął znowu:
— Zastanawiam się właśnie nad tem i widzę, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, zapomogę tę płacił ojciec pana.
— Nie, panie, nie!
— Cóżpana o tem przekonywa?
— Matka moja przysięgła mi na swe zbawienie, że tak nie jest; a była to kobieta święta. Biedna matka!.. zanadto kochałem ją i szanowałem, bym miał wypytywać o podobne rzeczy. Raz wszakże, powodowany jakąś nikczemną ciekawością, ośmieliłem się prosić jej, by mi wyjawiła nazwisko naszego protektora. Łzy jej dały mi okropnie uczuć, jak haniebnie postąpiłem sobie. Nazwiska tego nigdy nie znałem, ale wiem, że ojciec mój umarł przed mojem urodzeniem.
P. Mascarot nie chciał zauważyć wzruszenia swego klienta.
— Zapomoga ta, mówił dalej, przestała być nam wypłacaną po śmierci matki?
— Nie była nam płaconą od czasu, jak doszedłem do pełnoletności. Matka moja zawczasu była uprzedzona o tem. Zdaje mi się, jak gdyby wczoraj opowiadała mi o tem. Było to wieczorem w rocznicę moich urodzin; przygotowała obiad lepszy niż zwykle. Bo uroczyście obchodziła ten dzień, zamiast go przeklinać. Biedna matka!.. „Pawle, powiedziała, gdyś się urodził, jeden przyjaciel wspaniałomyślny przyrzekł, iż dopomoże mi wychować ciebie. Dotrzymał słowa; masz dwadzieścia jeden lat dziś już nic od niego spodziewać się nie możemy. Jesteś mężczyzną, mój synu; więc powinieneś liczyć i ja powinnam tylko na ciebie. Pracuj, bądź uczciwy, a jeżeli życie twe wyda ci się za ciężkie, to przypomnij sobie, iż twe urodzenie wkłada na ciebie podwójne obowiązki!..“
Tu Paweł zatrzymał się. Wzruszenie go opanowało i dwie wielkie łzy stoczyły się po policzkach.
— W ośmnaście miesięcy potem matka moja umarła nagle i bezprzytomnie. Od owego czasu pozostałem na świecie sam, bez rodziny, bez przyjaciół. O! strasznie sam byłem. Mogłem umrzeć, a nikt nie poszedłby za moją trumną; mogłem zniknąć, a niktby się tem nie zaniepokoił, bo nikt nie wie że istnieję.
Wyraz twarzy Mascrota spoważniał.
— Otóż sądzę, że pan mylisz się, panie Violaine, sądzę, że masz pan przyjaciela.
Wstał, jakby chciał ukryć wzruszenie, nad którem nie mógł zapanować i począł chodzić po gabinecie, mnąc piękną swą aksamitną czapeczkę, co było oznaką głębokich rozmyślań.
Dopiero po odbyciu przez dość długi czas tych ćwiczeń, powziąwszy nareszcie postanowienie, nagle zatrzymał się z założonemi rękami przed swym młodym klientem.
— Nie będę, mój młody przyjacielu, powiedział, nie będę dalej ciągnął moich wybadywań, które cię ranią...
— Sądziłem, odrzekł Paweł dyplomatycznie, że tylko mój własny interes dyktował panu te pytania.
— Tak jest. Chciałem pan doświadczyć, przekonać się o jego szczerości; to panu wyznać mogę. Dla czego? dowiesz się wkrótce. W tej chwili, bądź pan pewnym, iż wiem wszystko, co go dotyczy. A chcesz pan wiedzieć, jakim sposobem dowiedziałem się? Pozwól, że mu tego nie powiem. Przypuść cudowną interwencję wypadku. Wypadek! zwykle wszystko na niego się składa.
Dotąd Paweł był tylko mocno zaintrygowany. Ostatnie dwuznaczne słowa przeraziły go na prawdę, co zaraz zdradziła jego ruchliwa fizjonomia.
— Masz tobie zawołał zacny stręczyciel, podnosząc okulary, przez które widział wszystko doskonale, teraz pan się przestraszasz.
— To prawda, panie, wybełkotał Paweł.
— Z jakiego powodu? Doprawdy, że na próżno zapytuję sam siebie, czego może obawiać się człowiek w pańskiem położeniu. No! przestań pan sobie łamać głowę; nic nie odgadniesz lepiej spuść się na mnie, który pragnę pańskiego dobra.
Mascarot wymówił poprzednie wyrazy tonem najłagodniejszym i przekonywającym; a potem usiadłszy znów na fotelu mówił dalej:
— Wracajmy do pana. Dzięki poświęceniu matki, która, jak pan słusznie powiedziałeś, była godną i świętą kobietą, dzięki jej bohaterskim prawdziwie wysileniom mogłeś skończyć nauki w liceum w Poitiers, ni mniej ni więcej tylko jak dziecię dostatniej rodziny. W ośmnastym roku otrzymałeś stopień naukowy. Następnie przez cały rok, pod pozorem oczekiwania na natchnienie z nieba, próżnowałeś; potem, zrozpaczony, wszedłeś jako pisarz do adwokata?
— To jest najzupełniejsza prawda.
— Marzeniem matki pańskiej było, byś znalazł sobie posadę gdzie w okolicy, w Loudun na przykład, lub w Civray. Może liczyła na to, iż dopomoże ci w tem dawny jej szlachetny przyjaciel.
— Zawsze tak myślałem.
— Ale, na nieszczęście, papier stemplowy nie podobał się panu.
Przy tem napomknieniu Paweł nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu, co nie spodobało się Mascarotowi, gdyż dodał z pewną surowością:
— Powiedziałem na nieszczęście, a pan zawiele wycierpiałeś, by także nie podzielać tego mojego zdania. Zamiast siedzieć w biórze, coś pan robił? Zajmowałeś się muzyką, komponowałeś śpiewki, a nawet opery; niedalekim byłeś od tego, by się poczytać za geniusza pierwszorzędnego.
Paweł, który dotąd znosił wszystko, nie bardzo oburzając się, ugodzony w same serce tym przycinkiem, starał się protestować, ale napróżno.
— Jednem słowem, mówił dalej stręczyciel, pewnego pięknego dnia porzuciłeś pan bióro, i oświadczyłeś matce, iż mając nadzieję zostania wielkim kompozytorem, chcesz dawać lekcje fortepianu. Nie znalazłeś lekcyj, ale byłeś tyle naiwny, żeś ich szukał. Zrób mi pan tę przyjemność i spojrzyj sam na siebie, a potem powiedz mi, czy z taką twarzą i postawą nadajesz się na nauczyciela panien?
Zapewne z obawy, by go pamięć nie zdradziła, p. Mascarot zatrzymał się i począł przeglądać swe tabliczki.
— Skończmy to, powiedział po chwili. Wyjazd pana z Poitiers był jego ostatniem i największem szaleństwem. Zaraz na drugi dzień po śmierci matki spieniężyłeś pan wszystko co ona posiadała, zebrałeś trzy tysiące franków i śmiało wsiadłeś do wagonu kolei żelaznej.
— Wtedy, panie, miałem nadzieję...
— Co? Dojechać do fortuny koleją sławy. Szalony! Corocznie tysiąc biednych chłopaków, upojonych pochwałami w swej podprefekturze, przybywa do Paryża, rozgorączkowanych taką samą nadzieją. A wiesz pan co się z nimi dzieje? Po upływie dziesięciu lat, najwięcej dziesięciu z nich mniej więcej utoruje sobie drogę, pięciuset umiera z nędzy, wściekłości, głodu; reszta zaciąga się do szeregów ludzi nie mających żadnego stanowiska.
Wszystko to Paweł mówił już nieraz samemu sobie; wymierzył on już, ile to potrzeba energii, ażeby każdego poranku, przebudziwszy się, chcieć tego samego, czego chciało się wczoraj i to przez długie lata. Nie wiedząc co odpowiedzieć, pochylił głowę.
— Gdybyś jeszcze, mówił dalej Mascarot, gdybyś był sam! Ale nie. Zakochałeś się w Poitiers w młodej robotnicy, niejakiej Róży Pigoreau i nie znalazłeś nic mądrzejszego nad uwiezienie jej.
— O! panie!... gdybym wytłumaczył...
— To rzecz zbyteczna. Rezultaty są widoczne. W sześć miesięcy trzy tysiące franków ulotniło się; potem nastąpił niedostatek, potem bieda, potem głód... ostatecznie w hotelu peruwiańskim zamyślałeś pan już o samobójstwie, gdy spotkał go stary Tantaine.
Ciężko było słuchać tych prawd i Paweł miał wielką bardzo ochotę rozgniewania się; ale w takim razie trzeba było pożegnać się nazawsze z protekcją potężnego stręczyciela. Powstrzymał się więc.
— Niech i tak będzie, odpowiedział z goryczą, byłem szalony, nędza nauczyła mię rozumu. Jeżeli jestem tu, to znaczy, żem zrzekł się wszelkich złudzeń.
— Czy zrzekniesz się i panny Pigoreau?
Usłyszawszy to, młody człowiek pobladł od gniewu.
— Kocham Różę, odpowiedział sucho, sądzę żem już to powiedział panu. Zaufała mi, mężnie znosi wraz ze mną ciężką moją dolę, jestem pewny jej przywiązania!... Róża, panie, będzie moją żoną!...
P. Mascarot powoli zdjął swoją aksamitną czapeczkę i tonem najpoważniejszym, bez najmniejszego cienia ironji skłonił się bardzo nisko, mówiąc:
— Przepraszam!...
Ale niebyło jego zamiarem rozszerzać się nad tym przedmiotem.
— I tak, powiedział, bilans pana jest ułożony. Potrzeba panu jakiejkolwiek posady i to prędko. Co pan umie? Niewiele, prawda? Jesteś pan jak wszyscy młodzi ludzie wychowani w liceum: zdolni do wszystkiego, a nie przydatni do niczego. Gdybym miał syna, to ten, choćbym przy tem miał sto tysięcy liwrów dochodu, musiałby uczyć się rzemiosła.
Paweł gryzł sobie usta, zanadto dobrze uznając trafność tego zdania. Czyż sam wczoraj jeszcze nie zazdrościł losu tych, którzy rękami mogą zarobić na życie?
— A jednak, mówił dalej stręczyciel, muszę panu dopomódz. Jesteś pan moim przyjacielem, a przyjaciele moi nie zatrzymują się na pół drogi. No, powiedz mi pan, co powiedziałbyś o stanowisku, zapewniającem mu ze dwanaście tysięcy franków rocznie?
Suma ta, w porównaniu z najśmielszemi marzeniami Pawła, była jeszcze tak bajeczną, iż młody człowiek myślał, że stręczyciel robi sobie igraszkę z jego niedoświadczenia.
— Nie bardzo to wspaniałomyślnie, odpowiedział, drwić sobie tak ze mnie.
Ale p. Mascarot nie drwił.
Pomimo to dobry kwadrans musiał dowodzić swemu klientowi, iż nigdy w życiu nie mówił poważniej o rzeczy poważnej.
Bardzo być może, iż na nic nie zdałaby się jego wymowa, gdyby w końcu nie przyszło mu na myśl powiedzieć:
— Czy chcesz pan dowodów, by mi uwierzyć? Chcesz bym ci wypłacił z góry za pierwszy miesiąc?
I podał bilet tysiąc frankowy, który wyjął z jednej szuflady biórka.
Paweł odrzucił zrazu bilet, ale w końcu uległ wobec tak potężnego argumentu. Wtedy okropnie zaniepokojony, zapytał czy tę wspaniałą posadę, tak niespodziewaną, będzie w stanie zajmować jak należy.
— Eh! czyżbym proponował ją panu gdyby była nad jego siły? odpowiedział zacny stręczyciel. Wszak znam pana, prawda? Gdyby nie było mi śpieszno, zaraz wyjaśniłbym panu naturę jego funkcji... Ale odłóżmy to do jutra. Bądź pan tu, tak jak dziś, między dwunastą a pierwszą.
Chociaż bardzo zaciekawiony, zrozumiał jednak Paweł, iż nie powinien być natrętnym i wstał.
— Słowo jeszcze, rzekł stręczyciel. Nie możesz pan pozostawać w hotelu peruwiańskim. Poszukaj sobie zaraz lokalu w tej tu dzielnicy, a gdy go znajdziesz, daj mi adres. A teraz, do jutra bądźmy silni; umiejmy znosić nasze powodzenie.
Jeszcze z minutę Mascarot stał przed swem biórkiem, nadstawiając ucha i przysłuchując się chwiejnym krokom Pawła, który odchodził przytłoczony ciężarem najrozmaitszych wrażeń.
Gdy się zapewnił, że młody człowiek opuścił już ajencję, podbiegł do szklannych drzwi wiodących do drugiego pokoju, otworzył je, i zawołał:
— Hortebize!.. doktorze!.. możesz wejść, już się oddalił.
Natychmiast wszedł inny mężczyzna i usiadł na fotelu przed ogniem.
— Brr!.. zawołał, nogi mi zdrętwiały. Nie czułbym, gdyby mi je odcięto. Ależ, ten twój pokój, mój przyjacielu Baptysto, to istna lodownia. Na drugi raz każ napalić.
Ale p. Mascarota nic nie zdoła odwrócić od toku jego myśli.
— Wszystko słyszałeś? zapytał.
— Słyszałem i widziałem jak ciebie widzę.
— No, i cóż myślisz o tym przedmiocie?
— Myślę, że Tantaine, to człowiek bardzo dzielny i że w twoich rękach ten chłopiec dojdzie daleko.

III.

Doktor Hortebize, poufny przyjaciel „ajencji“, nazywający p. Mascarota tak familijarnie po imieniu Baptystą, ma już dobrze skończonych lat pięćdziesiąt sześć.
Ale przyznaje się tylko do czterdziestu dziewięciu i ma słuszność. Zaledwie nawet można przypuszczać, że jest już w tym wieku, tak lekko dźwiga swą kanonicką tuszę, tak świeże są jeszcze jego zmysłowe usta, tak czarne są jego włosy, a oczyżywe i zdrowe.
Człowiek światowy, i to z wielkiego świata, giętki, wykwintny, dowcipny, osłaniający ironią najlepszego gustu potworny cynizm, doktor Hortebize jest bardzo poszukiwany, ma licznych podchlebców i wielbicieli.
Pochodzi to ztad, że nie ma żadnych słabostek, a tylko parę potężnych wad, z któremi się popisuje, wcale nie żenując się.
Pod taką powierzchownością epikurejczyka ukrywa się, jak mówią, znakomity lekarz i uczony.
To pewna, że nie będąc z liczby tak zwanych pracowników, zajmuje się praktyką o ile może najmniej.
Nawet przed kilku laty, chcąc, jak sam utrzymywał, zniechęcić swoich klientów, których liczba wzrastała, pewnego poranku oświadczył się za homeopatją i założył dziennik pod tytułem Pigułeczka, którego wyszło pięć numerów.
Nawrócenie to dało powód do żartów; a doktor drwił z niego najpierwszy, dowodząc tym sposobem szczerości zasad, które wyznawał.
Przez całe swoje życie doktor Hortebize nie mógł, czy niechciał, nic brać na serjo.
I w tej nawet chwili Mascarot, który go przecież znał dobrze, zdawał się być urażony jego lekkim tonem.
— Jeżeli pisałem dziś rano do ciebie, byś tu przybył, powiedział z niezadowoleniem, jeżeli prosiłem cię, byś się ukrył w moim pokoju...
— Gdzie tylko co nie zamarzłem.
— ... To dla tego, że chciałem zasięgnąć twego zdania. Rozpoczynamy wielką partje, Hortebize, partję strasznie niebezpieczną; ty należysz w połowie do tej gry.
— Basta!... wiesz, że mam w tobie ślepe zaufanie. Co zrobisz to będzie dobrze zrobione. Nie jesteś człowiekiem, któryby ryzykował się bez atutów.
— To prawda, ale mogę przegrać, a wtedy...
Doktor przerwał swemu przyjacielowi, poruszając dużym medaljonem zawieszonym na łańcuszku od zegarka.
Poruszenie to zdawało się szczególnie nie przypadać do smaku stręczycielowi.
— Do czego pokazujesz mi twoje breloki! zawołał. Znamy je od dwudziestu pięciu lat. Co chcesz tem powiedzieć? że na wszelki wypadek zawiera się w nich trucizna! Jestto bardzo chwalebne przewidywanie, ale lepiej starać się uczynić ją niepotrzebną, dając mi dobrą radę.
Uśmiechnięty doktor przybrał postawę znudzoną wielkiego pana, słuchającego sprawozdania swego intendenta.
— Jeżeli ci tak potrzebną była rada, to trzeba było, zamiast mnie, wezwać naszego przyjaciela Catenac’a; on zna się na interesach, jest adwokatem.
To nazwisko Catenac tak obruszyło Mascarota, iż chociaż był człowiekiem spokojnym i umiejącym panować nad sobą, zerwał swą piękną aksamitną czapeczkę z głowy i gwałtownie cisnął ją na biórko.
— Hortebize! zawołał, czy serjo mówisz to?
— Dlaczegożby nie?
Zacny stręczyciel podniósł swe okulary, jak gdyby gołem okiem pewniej mógł czytać w głębi duszy doktora.
— Dla tego, odpowiedział, kładąc nacisk na każdym wyrazie, dla tego, że ty doktorze, tak samo jak ja, nie ufasz Catenacowi. Jak dawno nie widziałeś go? Oto już blisko dwa miesiące nie ukazuje się u Martin-Rigala.
— To prawda, że postępowanie takie jest co najmniej szczególne ze strony wspólnika i dawnego kolegi.
Mascarot uśmiechnął się tak niemiło, iż Catenac, o którym była mowa, bardzo zastanowiłby się nad tym uśmiechem, gdyby go mógł widzieć.
— Dodaj do tego, mówił dalej, że postępowanie takie jest nie do wytłumaczenia ze strony człowieka, którego zbogaciliśmy. Bo przyjaciel nasz jest bogaty, bardzo bogaty, chociaż utrzymuje przeciwnie.
— Doprawdy? tak sądzisz?
— Gdyby był tu, dowiódłbym mu, że ma przeszło miljon.
Oczy miłego doktora zabłysły.
— Milion... szepnął.
— Tak, co najmniej. Bo widzisz, Hortebize, podczas gdy ty i ja, szalenie, nie licząc się z naszemi kaprysami, przepuszczaliśmy złoto jak piasek przez nasze marnotrawne ręce, przyjaciel nasz oszczędzał i zbierał.
— Co chcesz? On nie ma żołądka, ten biedny Catenac, nie ma temperamentu, nie ma namiętności...
— On!... on ma wszystkie wady i jest hipokrytą. Podczas gdy my zabawialiśmy się, on pożyczał na tygodniowe wypłaty, po piętnaście i dwadzieścia od sta. Słuchaj, doktorze, ile wydajesz rocznie?
— Rocznie? Doprawdy że w kłopot mię wprawiasz. Zresztą, przypuśćmy, że czterdzieści tysięcy franków.
— Wydajesz więcej, ale mniejsza o to. Oblicz teraz ile to uczyni od dwudziestu lat, jak jesteśmy wspólnikami.
Doktor nigdy nie umiał dodawania i nawet chełpi się tem. Jednak, by się przypodobać przyjacielowi, na ten raz spróbował.
— Czterdzieści a czterdzieści... tak zaczął licząc na palcach, czyni ośmdziesiąt... potem jeszcze czterdzieści...
— Razem, przerwał mu Mascarot, wyniesie to ośmkroćstotysięcy franków. Dodaj tyleż na moją część, a wypadnie żeśmy strwonili we dwóch miljon sześćkroćstotysięcy franków.
— To ogromnie wiele.
— Rozumie się. A więc widzisz, że Catenac, który otrzymywał taką samą część jak ty i ja, jest bogaty. Dla tego właśnie obawiam się go; interesa nasze nie są już jednakie. Przychodzi on tu jeszcze co miesiąc, ale tylko dla tegoby wziąć swoją część. Zgadza się na dzielenie zarobkiem, ale nie chce nic ryzykować. Dwa lata już upływa jak nie dostarczył nam żadnej roboty. Niema co liczyć na niego. Możesz mu zaproponować najpiękniejszą i najpewniejszą operację, a on ci odmówi pomocy. Teraz jegomość we wszystkiem upatruje niebezpieczeństwo, a skrupuły jego podobne są do przesytu żarłoka, który zanadto objadł się.
— Ale on nie jest zdolny zdradzić nas.
Mascarot nie odpowiedział od razu; rozmyślał.
— Sądzę, powiedział, że Catenac obawia się nas. Wie, jakie więzy nas łączą. Wie, że zguba jednego z nas może pociągnąć za sobą zgubę dwóch drugich. Oto jest nasza gwarancja i bezpieczeństwo. Ale jeżeli nie ośmiela się zdradzać otwarcie, to zdolny jest do popsucia wszystkich naszych kombinacyj. Stowarzyszenie nasze cięży mu. Czy wiesz co mi powiedział, gdy był tu ostatni raz? Powiedział „Powinnibyśmy zamknąć budę i usunąć się.“ My mamy usuwać się!... A z czego żyć? Bo jeżeli on jest bogaty, to my jesteśmy biedni. Cóż ty masz, Hortebize?
Doktor, ten uczony lekarz, którego odźwierny poczytywał za miljonera, wyjął śmiejąc się swą portmonetę, zliczył co się w niej zawierało i odpowiedział:
— Trzysta dwadzieścia siedm franków, a ty??
Szanowny stręczyciel nie zadawał sobie trudu, by ukryć niezadowolenie.
— Ja, odpowiedział, mieszkam pod tym samym numerem.
Westchnął głęboko, a potem dodał pół głosem, jakby mówił do samego siebie:
— A do tego mam święte obowiązki, których ty nie masz.
Jakaś chmura, pierwsza od początku tej rozmowy, zasępiła czoło doktora.
— Do licha zawołał kwaśno, a ja liczyłem na to, że dostanę od ciebie z parę tysięcy.
Widząc ten niepokój doktora Hortebize, Mascarot uśmiechnął się i powiedział:
— Uspokój się, możesz je mieć; w kasie powinno być siedm do ośmiu tysięcy franków.
Doktor odetchnął.
— Ale to jest wszystko, mówił dalej stręczyciel, jest to już dno wspólnego worka. I to po latach wysileń, pracy...
— A nie mamy już po dwadzieścia lat.
Stanowczym ruchem Mascarot poprawił sobie okulary.
— Tak jest, odrzekł, starzejemy się; jest to jeden powód więcej, by rozpocząć wielką jaką robotę. Bieżącemi sprawami nie zapewnimy sobie przyszłości. Co nam dają bieżące interesa? Najwięcej cztery do pięciu tysięcy miesięcznie; ajenci nasi rujnują nas. Niech jutro zachoruję, źródło wyschnie.
— Tak to prawda, odpowiedział doktor, drżąc na tę myśl.
— A zatem wypada koniecznie zaryzykować wielką stawkę. Lata całe powtarzam to już sobie i przygotowuję sieci do cudownego połowu. Poznajesz teraz dlaczego w ostatniej chwili zgłaszam się do ciebie a nie do Catenac’a? Czy rozumiesz dlaczego przez dwie godziny wykładam ci plan dwóch operacyj, które mam na oku?
— O! niech tylko jedna z nich powiedzie się!
— Tak!.. zachodzi teraz pytanie, czy mamy dość pewności, by rozpocząć kampanię... Zastanów się, odpowiadaj.
Doktor Hortebize, jest to spostrzegacz bardzo zręczny, pomimo wszelkich pozorów płochości.
Rozum ma bardzo rozwinięty i obfity w pomysły wszelkiej natury. Jest to doradca tem pewniejszy w okolicznościach ważnych, iż nigdy wśród najgroźniejszego niebezpieczeństwa, nie opuszcza go zimna krew.
Mascarot, nalegający na niego, by wynurzył swe zdanie, dobrze o tem wiedział.
Przyparty do ściany, mając do wyboru między tem, co się zawierało w medaljonie, a dalszym ciągiem takiego wygodnego życia, jakie wiódł dotąd, doktor stracił swą wesołą minę i zdawał się skupiać myśli.
Wychylony na fotelu, z nogami wspartemi o kominek, rozbierał on przedstawione sobie kombinacje, jak jenerał studjujący plan bitwy, przedstawiony mu przez ministra, od którego jest zależnym.
Rozbiór ten wypadł przychylnie, gdyż Mascarot, który przypatrywał mu się z największą uwagą, dostrzegł, jak uśmiech okazywał się na rumianych ustach.
Wreszcie, po długiem milczeniu, Hortebize powiedział:
— Trzeba rozpocząć atak. Nie łudźmy się: projekta twoje mają strony nadzwyczaj niebezpieczne, a przegrana zaprowadzić nas może daleko. Z drugiej strony, jeżeli będziemy czekać na interes zupełnie pewny, to możemy czekać bardzo długo. Tu mamy wprawdzie ze dwadzieścia szans przeciw nam, ale ośmdziesiąt jest po naszej stronie. W takich warunkach, a zwłaszcza zważywszy, że konieczność nie zna praw, jak to mówią... naprzód!..
Powiedziawszy to, wstał i podając rękę swemu przyjacielowi, dodał:
— Możesz liczyć na mnie!..
Decyzja ta zdawała się zachwycać Mascarota. Bywają chwile, w których człowiek, chociażby najsilniejszy, powątpiewa o sobie, waha się; wtedy poparcie kompetentnego przyjaciela stanowi pomoc potężną. Jest to ciężarek przechylający wagę przedtem chwiejącą się.
Ale prawy stręczyciel, tak jak wszyscy ludzie skrupulatnej prawości, nie wdawał się w niespodzianki.
— Czyś wszystko rozważył, zapytał, wszystko obmyślał? Wiesz, że jeden z moich dwóch interesów, a mianowicie sprawa markiza Croisenois, już gotów, że wszystkie kombinacje są ułożone...
— Wiem, wiem...
— Podczas, gdy do drugiej sprawy... z księciem Champedoce, muszę jeszcze zebrać niektóre wiadomości, niezbędne dla powodzenia. Że między księciem a księżną istnieje jakaś tajemnica, która może wydać i ją i jego, o tem nie ma co wątpić; ale co to za tajemnica?.. Czy ta, którą przypuszczam?.. Założyłbym się, że ta; ale nam potrzeba więcej aniżeli przypuszczenia, więcej aniżeli prawdopodobieństw, — ja chcę pewności bezwzględnej...
— Mniejsza o to; dotrzymam tego, com powiedział!..
Doktor myślał, że na tem będzie koniec, — przynajmniej na ten raz. Mylił się.
— Ułożywszy to wszystko, zaczął znowu stręczyciel, powracam do mojej kwestji i czekam na stanowczą odpowiedź. Co myślisz o tym chłopcu, który ma być niezbędnem narzędziem naszej fortuny, o tym Pawle Violaine?
Hortebize wstał, przeszedł się kilka razy po gabinecie, potem stanął naprzeciw swego przyjaciela, plecami oparłszy się o kominek.
Jest to ulubiona jego postawa, kiedy w salonie, bardzo upraszany, opowiada jedną ze swych dwuznacznych anegdot, które mają powodzenie tylko wtedy, gdy są opowiadane dowcipnie i zręcznie, a które stanowią jego specjalność.
— Myślę, odpowiedział, że chłopiec ten posiada wiele pożądanych przymiotów i trudno by znaleźć odpowiedniejszego. Zresztą, jest on dzieckiem naturalnem i nie zna swego ojca — są to otwarte drzwi do przypuszczeń; nie masz żadnego nieprawego dziecka, któreby nie miało prawa przypuszczać, że jest synem królewskim. Powtóre, nie ma on ani rodziny, ani protektorów jawnych — co nam zapewnia, że w każdym razie nie będziemy obowiązani nikomu zdawać sprawy. Oprócz tego jest ubogi. Jeżeli nie ma wielkiego rozsądku, to za to ma pewną ogładę i jest próżny. Nakoniec jest niepospolicie piękny, co może usunąć wiele trudności. Tylko...
— A!... jest „tylko“!...
Doktor, wiedząc, że przyjaźń żyje tylko uwzględnieniami i ustępstwami, ukrył swój dyskretny uśmiech.
— I to nie jedno, ale przynajmniej trzy. Naprzód ta młoda kobieta, ta Róża Pigoreau, której piękność tak zdumiała naszego zacnego Tantaine, zdaje mi się wielkiem niebezpieczeństwem na przyszłość.
Mascarot machnął ręką bardzo znacząco.
— Bądź spokojny, odpowiedział, wybawimy Pawła od tej panny.
— Bardzo dobrze! ale nie łudź się, mówił dalej doktor tonem poważnym, który mu nie był właściwy; niebezpieczeństwo nie leży tam, gdzie myślisz, nie tego trzeba unikać. Jesteś przekonany, że ten chłopiec kocha tę dziewczynę, i on sam temu wierzy. Otóż przy najmniejszem zadowoleniu miłości własnej, on zapomni o niej jutro.
— To być może.
— Ale ona, chociaż jej samej wydaje się, iż nie cierpi tego chłopca, myli się także. Jest poprostu znudzona nędzą. Daj jej miesiąc wypoczynku, przepychu, niech zadowolni swoje fantazje, niech tylko ma dobre jadło, a zobaczysz, że przesyci się tem wszystkiem i zapragnie powrócić do swego Pawła. Tak jest, zobaczysz, że będzie łazić zanim, nagabywać go, czepiać się do niego, jak czepiają się tego rodzaju kobiety, niczego nie obawiające się i będzie go reklamować choćby u stóp Flawii.
— Niech tego nigdy nie próbuje! rzekł stręczyciel powoli, ale tonem groźnym.
— Cóż ty na to poradzisz?... Czy przeszkodzisz jej mówić? Zna ona Pawła od dzieciństwa; znała jego matkę, wychowana była prawie z nim razem, może na tej samej ulicy; wierz mojemu staremu doświadczeniu! Miej się z tej strony na baczności.
— Dobrze; przedsięwezmę kroki.
I rzeczywiście dla Mascarota dość jest znać niebezpieczeństwo, by je uprzedzić.
— Moje drugie „tylko“ mówił przewidujący doktor, natchnione mi jest przez owego tajemniczego protektora, o którym ci mówił ten młody człowiek. Utrzymuje on, że jego ojciec umarł, matka mu to poprzysięgała... niech i tak będzie. Ale w takim razie, któż to jest ten nieznajomy, który płacił pensję pani Violain? Ofiara natychmiastowa, choćby największa, nic nie dowodzi; ale poświęcenie tak wytrwałe niepokoi mię.
— Masz słuszność, doktorze, wielką słuszność Tu jest słabe miejsce zbroi. Ale ja, mój przyjacielu, pilnuję, nie zasypiam.
Doktor począł nużyć się; łatwo to było dostrzedz.
— Trzeci mój zarzut, mówił dalej, być może, iż jest najważniejszy. Trzeba będzie zacząć wyzyskiwać tego chłopca zaraz od jutra, nie mając czasu do przysposobienia go do roli, nie przygotowawszy go. A gdyby wypadkiem był uczciwy!.. Jeżeli na twoje najświetniejsze propozycje odpowie odmowa stanowczą, kategoryczną?..
Teraz Mascarot wstał.
— Takie przypuszczenie, oświadczył tonem najswobodniejszym, nie jest przypuszczalne.
— Dlaczego?
— Dlatego, doktorze, że nim Tantaine przyprowadził nam tego chłopca, wybrawszy go między tysiącami, to go pierwej zbadał. Czyś ty nie wpatrywał się w niego, gdy tu pozował przed tobą? Jest on słabszy od kobiety, próżny, pożerany chciwością i wstydzący się swego ubóstwa. O! w moim ręku jak wosk w ręku modelisty, przybierze on kształt jaki mi się spodoba. Będzie tem, czem trzeba by był.
Hortebize nie chciał sprzeczać się.
— Czy jesteś pewnym, zapytał, że panna Flawia nie wpływała na twój wybór?
— Co do tego, odrzekł stręczyciel, pozwolisz mi, że nie będę się tłumaczył.
Tu przerwał i nadstawił ucho.
— Zdaje mi się, że pukano, powiedział.
Gdy pukanie ponowiło się, doktor zabierał się do wyjścia, ale Mascarot zatrzymał go.
— Zostań, powiedział, to Beaumarchef.
I to rzekłszy, nacisnął dzwonek ze sprężyną, znajdujący się na biórku.
W tej chwili ukazał się stary podoficer.
Z miną na pół poważną, a na pół familjarna skłonił się po wojskowemu podniósłszy rękę ku czołu naprzód doktorowi, potem swemu wspólnikowi, którego nazywa pryncypałem.
— No i cóż Beaumar, zapytał go wesoło doktor, zawsze pijamy po kieliszeczku?
Eks-podoficer — fakt szczególny — zarumienił się jak dziewczyna, którą matka złapała z palcami w słoiku konfitur.
— O!.. odrobinę, panie doktorze, odpowiedział skromnie, troszeczka!...
— Jeszcze zawiele, Beaumar, zawiele... czy sądzisz, że nie dostrzegam tego? Ale przypatrz się sam twojej cerze, nieszczęśliwy, twemu nosowi, twym zaognionym powiekom!...
— Ale, panie doktorze, zapewniam pana...
— Gdyby to jeszcze tylko tyle! Ale wiesz com ci powiedział: zagraża ci astma. Nic to nie znaczy, że mówisz „nie!“ Widzisz jak jesteś zadyszany, zastanów się nad ruchem muskułów piersiowych, przekonywającym o zatwardzeniu płuc.
— Biegłem, panie doktorze.
Ale ta lekarska konferencja nie podobała się Mascarotowi.
— Beaumar zadyszał się, przerwał, dlatego, że musiał szybko iść. Miał do naprawienia błąd nie do darowania. No i cóż, Beaumar?
— Mamy ją, odrzekł podoficer z tryumfem.
— To nie źle.
— Kogo macie? zapytał doktor.
Mascarot przyłożył palec do ust, znacząco spojrzawszy na swego przyjaciela, a potem tonem swobodnym powiedział:
— Karolinę Schimel, byłą służącą w pałacu księcia Champedoce, której chciałem się spytać o jedną drobnostkę. Mów dalej Beaumar, jakżeście ją dopędzili?
— Dzięki mojemu pomysłowi.
— Oho! zaczynasz mieć pomysły!...
Beaumarchef poprawił się.
— Tak, mam je, odrzekł. Wychodząc z domu z Totem, powiedziałem sobie: jejmość musiała pójść ulicą, ale niepodobna by doszła do bulwarów nie wstępując do handlu win.
— Trafne rozumowanie! zauważył doktor.
— A zatem, Toto i ja poczęliśmy przeglądać wszystkie szynki po drodze. I dobrze zrobiliśmy. Przybywszy na ulicę Petit-Carreau ujrzeliśmy naszą Karolinę w sklepiku, gdzie sprzedaje się także i wódka.
— A potem Toto poszedł tropem?
— To jest, pryncypale, poprzysiągł, że będzie iść za nią jak cień, dopóki nie powie się mu: dość! Codziennie oprócz tego będzie nam składać raporta.
Mascarot zacierał sobie ręce.
— Dobrześ się spisał, Beaumar, powiedział, jestem kontent z ciebie.
Komplement ten zachwycił podoficera. Obtarł on sobie czoło, ale nie odchodził.
— To jeszcze nie wszystko, powiedział.
— Cóż jeszcze?
— Spotkałem się z La Candèlem, powracającym z placu Petit-Pont, pan wiesz...
— A!... cóż on widział?
— Widział jak młoda osoba odjeżdżała powozem parokonnym. Naturalnie, że poszedł za nią. Zamieszkała teraz przy ulicy Douai, w apartamencie przepysznym, jak utrzymuje odźwierny. O, panie! zdaje się, iż jestto osoba nadzwyczaj piękna! La Candele unosił się, opowiadając o niej... Mówi, że ma oczy!... ale to oczy!... które mogłyby ściągnąć człowieka z wierzchu omnibusu.
Przy tym opisie wzrok doktora zabłyszczał.
— A więc to prawda, zawołał, co nam opowiadał ten stary rozpustnik Tantaine!
Ale poważnego stręczyciela nigdy nie zajmują podobne błahostki.
— Prawda, odpowiedział marszcząc brwi, i to właśnie dowodzi słuszności uwagi, którą zrobiłeś niedawno. Tak jest, kobieta tak niepospolicie piękna, którą każdy zauważa, — to rzecz niebezpieczna. Podmawiany przez nią, ten młody idiota, może łatwo stać się także niebezpiecznym.
Beaumarchef ośmielił się dotknąć ramienia Mascarota. Znowu przyszło mu coś na myśl.
— Jeżeli by szło tylko o pozbycie się tego młodego łotrzyka, powiedział, to rzecz nie trudna.
— Jakto?
Zamiast odpowiedzi, były podoficer stanął w postawie jak do pojedynku i krzyknął głosem pułkowego szermierza:
— Raz, dwa!... tylko zwinnie!... raz, dwa!... w prawo, w lewo!... raz, dwa!... i koniec.
— Zwada niepotrzebna, mruknął stręczyciel, pojedynek!... Zawsze dziewczyna pozostanie nam na karku. Zresztą mam wstręt do środków gwałtownych, to kompromituje.
Pomyślał chwilę, potem zwolna podnosząc okulary, wzrokiem począł szukać oczu doktora. A gdy je spotkał, powiedział, kładąc nacisk szczególny na każdym wyrazie:
— Jaka to szkoda, że nie mamy na nasze zawołanie jakiej porządnej epidemii? Przypuść doktorze, że ta śliczna dziewczyna dostała ospy! zbrzydnie!...
Teraz znowu doktor namyślał się.
— Nauka obecnie, odpowiedział, znajduje się w takim stanie, iż możnaby nieco dopomódz przyjściu epidemii. Ale co potem? Róża, gdy zbrzydnie, jeszcze bardziej trzymać się będzie Pawła. Uporczywość kobiet wzrasta wraz z ich brzydotą.
— To trzeba jeszcze rozważyć, rzeki Mascarot. Tymczasem jest przecie coś jeszcze do zrobienia dla usunięcia bezpośredniego niebezpieczeństwa. Słuchajno, Beaumar, mówiłem ci przed kilku dniami, byś mi uporządkował akta dotyczące tego Gandelu; w jakiem położeniu znajduje się on?
— Strasznie zadłużony; ale wierzyciele oszczędzają go w nadziei przyszłej sukcesji; zresztą więzienie za długi już nie istnieje...
Zacny stręczyciel ruszył ramionami.
— Głupi jesteś, mój Beaumar, powiedział. Taki urwisz jak Gandelu, rozmiłowany w dziewczynie takiej jak Róża, z łatwością puści się na wszelakie sprawki. Niepodobna by między jego wierzycielami nie znalazło się dwóch lub, trzech naszych ludzi, gotowych działać według naszej woli. Wywiedz się o tem — i powiesz mi dziś wieczorem. A teraz... zostaw nas samych.
Pozostawszy we cztery tylko oczy, dwaj przyjaciele długo rozmyślali. Chwila była stanowczą. Byli jeszcze panami swego postanowienia, ale wiedzieli, że pierwszy krok zobowiąże ich nieodwołalnie. Owóż obaj byli dość silnego charakteru, by spojrzeć w oczy niebezpieczeństwu i zmierzyć je.
Wieczny uśmiech doktora Hortebiza rozwiał się, a drżąca ręka ściskała medaljon.
Mascarot pierwszy zapanował nad sobą.
— Dość tych rozmyślań, zawołał, zamknijmy oczy i idźmy naprzód!.. Słyszałaś przyrzeczenie markiza Croisenois? Przystaje na nasze propozycje, ale nie bez pewnych warunków. Dla niego i dla nas potrzebnem jest, by zastał mężem panny Mussidan.
— To trudno.
— Ale się zrobi, ponieważ my tak chcemy. A na dowód tego oświadczam ci, iż nie upłyną dwie godziny, a projekt wydania panny Sabiny za barona Breuhl-Faverlay zostanie zaniechany. Wszak mamy w ręku hrabiego i hrabinę Mussidan!..
Doktor stłumił cieżkie westchnienie.
— Teraz, mruknął, pojmuję skrupuły Catenac’a. Ach gdybym miał milion, tak jak on!..
Podczas tych słów Mascarot przeszedł do swojej sypialni, zmienił ubranie; a powróciwszy, zapytał doktora:
— Czyś gotów?
— Ha! tak trzeba!
— Więc idźmy.
I otworzywszy drzwi gabinetu, zacny stręczyciel zawołał:
— Beaumar! powóz!

IV.

Jeżeli znajduje się w Paryżu jaka dzielnica uprzywilejowana, to niezawodnie będzie nią położona między ulica Faubourg-St-Honoré, a Sekwana, poczynająca się na placu Concorde, a kończąca w alei cesarzowej.
W tej błogosławionej części wielkiego miasta, milionerowie wyrastają naturalnie, jak rododendrony pod pewnemi stopniami szerokości.
To też mnóstwo tam jest wspaniałych gmachów z obszernemi ogrodami, zielonemi trawnikami i drzewami, które oswojone prawie ptastwo obsiada.
Ale pomiędzy wszystkiemi temi ślicznemi budowlami nie masz ponętniejszego nad pałac Mussidan.
Zbudowany przy ulicy Matignon, pomiędzy wielkim dziedzińcem, piaskiem wysypanym, a cienistym ogrodem, pałac Mussidan ma powierzchowność bardzo wspaniałą, nie wyłączającą elegancji.
Dokoła okien i wzdłuż gzymsów nie wiele jest tam rzeźby, front nie jest wcale upstrzony. Marmurowe schody z poręczami, osłonięte lekką markizą, wiodą do głównych drzwi.
Przechodząc rano, koło godziny siódmej przed sztachetami, z ruchu służących w dziedzińcu domyślać się już można, że w domu tym wszystko idzie po pańsku i na wielką skalę.
Zataczają do wozowni to świetną karetę pana hrabiego, to faeton, to skromniejsze nieco coupé, którego używa pani hrabina, gdy wyjeżdża do miasta zwiedzać magazyny.
Ten koń rasowy, którego czyszczą tak starannie, to Miretta, ulubiona klacz, na której wyjeżdża niekiedy rano przed śniadaniem panna Sabina.
O kilka kroków od tego pięknego domu, na rogu ulicy Matignon, stręczyciel wraz ze swym godnym przyjacielem kazali zatrzymać swój powóz. Wysiedli, zapłacili stangretowi i poszli dalej ulicą.
Mascarot przybrał najuroczystszą minę. Sądząc z czarnego jego ubioru, białego krawata i okularów, łatwo można było wziąć go za jakiego wyższego urzędnika.
Doktor po drodze opamiętał się i jeżeli był jeszcze mocno blady, to twarz miał już, jak zwykle, uśmiechnięta.
— Urządźmy się więc ostatecznie, rzekł stręczyciel; ty bywasz w domu państwa Mussidan, jesteś prawie ich przyjacielem.
— O!... przyjacielem!... Prosty lekarz, nie mający zaszczytu posiadania przodka z czasów wojen krzyżowych, nie istnieje dla takich Mussidanów.
— Dość, że hrabina zna ciebie i nie przestraszy się, gdy otworzysz usta, nie będzie krzyczeć: ratujcie! Poprowadziwszy dobrze sprawę, możesz nawet wmówić w nią, żeś uratował jej reputację. Ja podejmuję się rozmowy z hrabią.
— Hm! mruknął doktor, nie bardzo ufaj sobie. Ten kochany hrabia strasznie gwałtowny. Jestto człowiek, który przy pierwszym źle dźwięczącym wyrazie gotów wyrzucić cię za okno.
Mascarot zrobił poruszenie wyzywające i odpowiedział:
— Mam sposoby zmatowania go.
— To nic!... zawsze miej się na ostrożności.
Następnie dwaj przyjaciele przeszli się przed pałacem Mussidan i doktor w krótkości objaśnił jego rozkład wewnętrzny; potem poszli dalej.
— Mnie mąż, mówił dalej Mascarot, a tobie Zona. Wymogę na panu Mussidan, że odbierze słowo, dane panu Breulh-Faverlay, ale nie wymówię nawet nazwiska markiza Croisenois. Ty, przeciwnie, odrazu postawisz jego kandydature, a tylko prześliźniesz się przez pana Breulh-Faverlay.
— Bądź spokojny, już sobie wszystko ułożyłem wiem jak mam rzecz poprowadzić!
— Właśnie w tem, mój kochany, zawiera się spryt nasz cały. Markiz najbardziej będzie się niepokoić zdaniem swojej żony. Zona przedewszystkiem zajęta będzie tem co ma jej myśli. Gdy po naszych odwiedzinach spotkają się, to pierwsze z nich, które dotknie kwestji zerwania, zdziwi się niepomału dostrzegłszy, że i drugie ma ten sam cel...
Rezultat taki wydał się doktorowi wielce komicznym; uśmiechnął się.
— A ponieważ będziemy oddziaływać na każde z nich sposobami różnymi, powiedział, to żadne nie będzie miało podejrzeń. Nie ma co mówić, kochany Baptysto!... tyś bardziej pomysłowy, aniżeli przypuszczałem!...
— Dobrze! dobrze! Będziesz mi prawić komplementa, gdy się sprawa powiedzie.
Weszli w ulicę Faubourg Saint-Honoré; po drugiej jej stronie znajdowała się kawiarnia. Mascarot zatrzymał się.
— Ty zajdziesz, rzekł do doktora, do tej kawiarni, a ja tymczasem udam się gdzie wiesz. Powróciwszy dam ci znać. Jeżeli wszystko pójdzie jak przypuszczam. to ja pierwszy przedstawię się hrabiemu; ty, w kwadrans po mnie, każesz się zaanonsować u hrabiny.
Była czwarta godzina, gdy zacni wspólnicy rozstali się, uścisnąwszy sobie ręce.
Doktor Hortebize wszedł do kawiarni.
Mascarot poszedł dalej. Przy ulicy Colysée zatrzymał się przed handlem win, popatrzył do koła, potem wszedł.
Właściciel tego zakładu, znany, a nawet można powiedzieć słynny w całej dzielnicy, nie uznał za stosowne umieszczać swego nazwiska na szyldzie sklepowym. Nazywano go powszechnie ojcem Canon.
Wino, jakie zwykle sprzedaje, nic nie jest warte, sam to wyznaje bez ogródki; ale trzyma w rezerwie dla licznych swych gości, przede wszystkiem sług z domów sąsiednich, pewnego rodzaju Mâcon, który był przyczyną nie jednego wypędzenia ze służby.
Widząc wchodzącą do handlu osobę powierzchowności poważnej, ojciec Canon raczył podnieść się. We Francji, w kraju żartów, poważna mina jest najlepszym paszportem.
— Co pan rozkaże? zapytał.
— Chciałbym, odpowiedział stręczyciel, rozmówić się z panem Florestanem.
— Zapewne od hrabiego Mussidan? Tak jest; umówiliśmy się, że tu się zajdziemy.
— P. Florestan jest właśnie, odpowiedział ojciec Canon, na dole, w sali koncertowej; pójdę po niego...
— O!... niech się pan nie fatyguje, sam zejdę.
I nie czekając na odpowiedź, Mascarot zszedł po schodach do piwnicy, od której drzwi znajdowały się w głębi sklepu.
Schody te nie były ani bardzo brudne ani strome, a przytem miały poręcze.
Mascarot przeszedł ze dwadzieścia stopni i stanął przed drzwiami osłoniętemi materacem. Otworzył je.
I w tej samej chwili, jak gaz bucha przez szparę balonu, tak doleciały jego ucha dźwięki dziwne, przeraźliwe.
Stręczyciel nie wydał się ani zdumionym, ani przerażonym.
Przestąpił jeszcze trzy stopnie, otworzył drugie drzwi, tak samo wymateracowane jak pierwsze, i znalazł się na progu obszernej izby sklepionej, urządzonej jak kawiarnia i oświetlonej gazem. Mnóstwo konsumentów popijało tam sławne wino Mâcon.
Na środku sali dwóch mężczyzn bez zwierzchniej odzieży, dmuchało aż do zaczerwienienia w ogromne trąby.
Tuż koło nich, jakiś mężczyzna, bardzo stary, w wielkich sztylpach skórzanych, dochodzących mu aż do kolan, w pasie skórzanym z herbami i w czerwonej kamizelce, wygwizdywał arję, którą silili się powtarzać grający na trąbach.
Wszystko ucichło, gdy ukazał się Mascarot, który, trzymając kapelusz w ręku, kłaniał się dokoła uprzejmie.
— A!.. wszak to ojciec Mascarot, zawołał młody człowiek z pięknemi faworytami, w krótkich spodniach i pończochach starannie naciągniętych. Chodźże pan; czekałem na niego, czego dowodem jest, żem kazał przygotować mu szklankę.
Mascarot, nie dając się długo prosić, usiadł za stołem, trącił się szklanką, wypił i klasnął językiem na znak zadowolenia.
— A zatem, zaczął znowu młody człowiek, którym był Florestan, ojciec Canon powiedzieć musiał panu, że jestem w sali muzyki. Co?.. prawda jak tu wygodnie!..
— Doskonale.
— Właśnie braliśmy lekcję. Policja, jak pan wiesz, nie pozwala grać na trąbie w Paryżu. Otóż wiesz pan, jak sobie zaradził ojciec Canon? Ulokował nas w tej piwnicy. Tu można dać w trąbę, ile tchu stanie, a zewnątrz nikt nie słyszy. Powietrze wchodzi tymi oto dwoma kominami.
Ponieważ dwaj uczniowie znowu rozpoczęli swą lekcję, Florestan zmuszony był przyłożyć sobie obie ręce do uszu, i mówiąc krzyczeć co miał siły.
— Ten stary, mówił dalej, to były dojeżdżacz księcia Champedoce. O! co to za profesor! Nie ma sobie równego na trąbie! Ja, jak mię pan widzisz, wziąłem dopiero wszystkiego dwadzieścia lekcyj, a już trąbie wcale nie źle. To prawda, że mam, jak się zdaje, usta niezwykle nadające się do tego. Chcesz pan?.. Zatrąbie panu pobudkę, trop na oko, zmianę, doławianie...
Mascarot z trudnością ukrył swe przerażenie.
— Dziękuję, odpowiedział; kiedyś, jak będę miał czas, bardzo będę rad posłuchać; ale dziś spieszno mi cokolwiek i chciałbym rozmówić się.
— Jestem na pańskie usługi! Ale zdaje mi się, iż tu nie będzie nam dogodnie, wyjdźmy; zażądamy osobnego gabinetu.
— Jeżeli osobne gabinety ojca Canon nie są nader pyszne, to za to mają te nieocenioną wartość, iż są dyskretne.
Chociaż rozdzielone cienkiemi przegrodami ze szkła matowego, rzadko gabinety przepuszczają te zwierzenia, jakie w nich się robią, zwierzenia czasami szczególne, których wiecznym przedmiotem są „panowie.“
— O! ciekawych mogłyby nagadać rzeczy te gabinety, gdyby mówić umiały!...
Tak mówił Florestan, siadając naprzeciw Mascarota przy nie wielkim stole, na którym ojciec Canon postawił butelkę i dwie szklanki.
— Niezawodnie! powiedział godny stręczyciel, ale tu nie chodzi o plotki. Kazałem powiedzieć przez Beaumara, że chcę widzieć się z tobą, gdyż jesteś w możności wyświadczenia mi małej przysługi.
— Jestem na rozkazy.
— W takim razie, zacznijmy od ciebie. Jak że ci jest u hrabiego Mussidan?
Obrażająca poufałość jest jednym z charakterystycznych rysów Mascarota. Nie może on przemódz na sobie, by nie mówił do swych klientów „ty.“ Nie wie zapewne, że z pogardy, jaką człowiek okazuje innym, zawsze prawie wnioskować można jakiej pogardy sam jest godzien.
Ale takie „tykanie“ nie obrażało bynajmniej Florestana.
— Bardzo mi źle, odpowiedział, tak źle, iż już prosiłem Beaumara, by mi wyszukał inną kondycję.
— To do nieuwierzenia. Wszystkie wiadomości przekonywają mnie, że służba u hrabiego jest bardzo dobra, i twój poprzednik...
— Dziękuję!... przerwał służący, znacząco skrzywiwszy się, chciałbym widzieć tam pana. Naprzód hrabia jest sknera!...
Wymownym ruchem szanowny stręczyciel zganił tę brzydką wadę.
— Potem, mówił dalej Florenstan, jest podejrzliwy jak kot. Nigdy nic mu z rąk się nie wyśliźnie, ani list, ani luidor, ani nawet cygaro. Połowę życia spędza na odmykaniu i zamykaniu swych zamków, a śpiz kluczami pod poduszką.
— Przyznam się, że taka nieufność jest szczególnie obrażającą.
— Prawda? Dodaj pan do tego, iż jest niesłychanie gwałtowny. Byle co wnet oczy wyłażą ma na łeb. Rzekłbyś, że zaraz zabije, lub bić pocznie. Mnie nabawia on strachem.
Ten portret, po tem co opowiadał doktor, dał Mascarotowi wiele do myślenia.
— Czy hrabia zawsze taki? zapytał.
— W zwykłych dniach taki. Bywa gorzej, gdy wiele grał, albo wiele pił. A Bogu wiadomo czy zaniedbuje tego. Nigdy nie powraca przed czwartą godziną rano... jeżeli powraca.
— Do licha!... takie postępowanie nie bardzo musi podobać się hrabinie.
Florestan wybuchnął śmiechem, uznając to spostrzeżenie za naiwne.
— Pani!... zawołał. Bardzo pana! Czasami nie widują się całe tygodnie. Ta kobieta, byle miała co wydawać — tego dla niej dość. To też trzeba widzieć, jak do nas zbiegną się do wierzyciele!
— Ale hrabia i hrabina są bogaci.
— Niezmiernie bogaci, papo Mascarot, niesłychanie. Co jednak nie przeszkadza temu, by czasami w całym pałacu nie znajdowało się i stu sous. Wtedy pani jest jak tygrysica; posyła pożyczać do wszystkich swych przyjaciół, mniejsza o to ile sto franków, dwadzieścia franków, dziesięć franków... i odmawiają jej.
— To rzecz upokarzająca.
— Mnie to pan mówi Wszakże gdy potrzeba koniecznie wielkiej sumy, pani zgłasza się do księcia Champdoce. O ten nigdy nie powie „nie dam!“ A ona do niego szeroko się nie rozpisuje.
Mascarot raczył uśmiechnąć się.
— Powiedziałby kto, zauważył, iż wiesz co hrabina pisze.
— Ba!... człowiek lubi wiedzieć co odnosi. Hrabina pisze prosto: „Mój przyjacielu, potrzebuję tyle...“ a książę płaci, nie opierając się. Widzi pan, musi tam coś być między nimi.
— Tak się zdaje, według tego co mówisz.
— Spodziewam się!... A co się potem dzieje! Gdy pan i pani znajdą się razem, to zaraz zaczyna się kłótnia... I to jaka kłótnia!... W rzemieślniczej rodzinie, gdy mąż podpije sobie, to wyszturcha żonę, a ta krzyczy. Ale to nic. Potem, idąc spać, pocałują się i koniec wszystkiemu. Tymczasem ci, papo Mascarot, słyszałem jak mówili sobie z najzimniejszą krwią takie rzeczy, których niepodobna przebaczyć!...
Z roztargnionej miny stręczyciela możnaby wnosić, że szczegóły te są mu znane.
— Widzę z tego, powiedział, że w całym domu tylko służba przy pannie Sabinie jest znośną.
— O! ta!... tej nie masz nic do zarzucenia, dobra, nie bardzo wglądająca, grzeczna.
— Więc takim sposobem narzeczony jej, pan Breubl-Faverlay, będzie bardzo szczęśliwym mężem.
— Szczęśliwym... to zależy. Małżeństwo jeszcze nie zawarte. Zresztą...
Florestan zatrzymał się, jak gdyby go nagle skrupuły opanowały.
Powiódł wzrokiem po gabinecie, by się zapewnić, że nikt nie może podsłuchać, i mówił dalej głosem cichym, tajemniczym:
— Zresztą panna Sabina — to panu wyznać mogę — zawsze pozostawiona była samej sobie; jest wolna jak mężczyzna... zresztą, pan mię pojmujesz?...
Nagle Mascarot stał się bardzo uważnym.
— Co!... powiedział, czyżby panna Sabina miała kochanka? — Ma.
— To być nie może, mój kochany! I nawet pozwól powiedzieć sobie, iż niesłusznie robisz, powtarzając złośliwe przypuszczenia.
Prosta ta uwaga zdawało się, że obraziła dyskretnego sługę.
— Przypuszczenia! zawołał. Nigdy!... Co wiem to wiem. Jeżeli mówię o kochanku, to dlatego, żem go widział na własne oczy nie raz, ale dwa razy.
Ze sposobu w jaki zacny stręczyciel począł dręczyć swe okulary, Beaumarchef domyślałby się, że był w najwyższym stopniu zaintrygowany.
— Czy tak? zawołał; opowiedz mi to.
— Dobrze!... Pierwszy raz, było to w kościele; pewnego poranku panna sama poszła na nabożeństwo. Wtem począł padać deszcz i Modesta, służąca panny, prosi mię bym zaniósł parasol. Dobrze — idę. Wszedłszy do kościoła — co widzę? Panna stoi koło kropielnicy i rozmawia z młodym mężczyzną. Naturalnie, że nie pokazuję się — uważam.
— I to ty nazywasz pewnością?
— Rozumie się, i pan nie wątpiłbyś także, gdybyś widział jakiemi oczami patrzyli na siebie.
— Jakże wygląda ten młody człowiek?
— Bardzo dobrze; jest prawie mego wzrostu, starannie ubrany, mina swobodna i nawet cokolwiek niepospolita.
— No, a drugi raz?
— O! to cała historja. Drugi raz kazano mi towarzyszyć pannie do jednej z jej przyjaciółek, mieszkającej przy ulicy Marboouf. Bardzo dobrze. W tem, na rogu alei panna każę mi przybliżyć się. Podchodzę, a panna mówi: „Zapomniałamoddać ten list na pocztę, weź i wrzuć go do skrzynki; zaczekam tu na ciebie.“
— I przeczytałeś ten list?
— Ja? nigdy! Powiedziałem sobie: „Mój kochany, chcą byś się oddalił... coś musi w tem być; zostańmy.“ I rzeczywiście, zamiast biec do skrzynki, ukrywam się za drzewami i czekam. Zaledwie znikłem, aż tu widzę, podchodzi... kto? mój młody-człowiek z kościoła. Ale tak zmieniony, iż zaledwie zdołałem go poznać... Ubrany był jak rzemieślnik, w płóciennych spodniach i bluzie, zawalanej gipsem. Rozmawiali z sobą z dziesięć minut. Panna wręczyła mu coś, co mi się zdawało podobnem do fotografii. Ot co jest!...
Butelka wina Macon była wypróżniona. Florestan chciał kazać podać drugą, ale Mascarot zatrzymał go.
— Nie, nie, powiedział, czas uchodzi, a muszę ci powiedzieć, jakiej przysługi żądam od ciebie. Czy hrabia Mussidan jest teraz u siebie?
— Nie mów mi pan o nim!.. już od dwóch dni nie wychodzi; stłukł się odrobinę idąc po schodach.
— Otóż, mój kochany, ja muszę koniecznie widzieć się z twoim panem. Jeżeli każę mu wręczyć mój bilet wizytowy, to mię nie przyjmie; liczę więc na ciebie, że mnie wprowadzisz do niego.
Florestan przez minutę nic nie odpowiadał.
— To rzecz drażliwa, rzekł w końcu. Hrabia nie lubi wizyt improwizowanych, i gotów wyrzucić mię za drzwi. Ale, zresztą, ponieważ zamierzam porzucić go, więc zaryzykuję.
Mascarot już wstał.
— Nie możemy przychodzić razem, powiedział. Idź; ja się tu rozpłacę, a za pięć minut przybędę. Przede wszystkiem nie miej takiej miny, jak gdybyś mię znał.
— Bądź pan spokojny!. Ale... pan mi wyszukasz dobre miejsce?..
Jak było umówiono, zacny stręczyciel rozpłacił się, a potem poszedł do kawiarni uprzedzić doktora Hortebize.
W kilka chwil potem, Florestan, najczystszym swym głosem anonsował hrabiemu:
— Pan Mascarot!

V.

Nie ulega wątpliwości, że pan B. Mascarot, utrzymujący bióro stręczeń przy ulicy Montorgueil, obdarzony jest niepospolitą pewnością siebie.
Śmiały umysł jego tak często przebiegał niezbadane dotąd pola prawdopodobieństw, iż nic nie zdoła zaskoczyć go niespodzianie.
Tyle już razy, w myślach, stawił sam siebie wśród okoliczności najnieprawdopodobniejszych, iż rzeczywistość zdziwić go nie może.
Niech co chce stanie się, on zawsze jest w pogotowiu.
Sam on lubi przyrównywać się do tych zręcznych koniuszych, którzy długo dosiadając koni tak wydresowanych, iż zrzucają jeźdźców, mogą, dosiąść pierwszego lepszego wierzchowca, bez obawy być zrzuconymi.
Duma ta jest słuszną i nawet usprawiedliwiają ją fakta.
— A jednak gdy szedł po wspaniałych schodach pałacu Mussidan, oświetlonych — gdyż już się ściemniło niezmiernie bogatemi latarniami, nieustraszony stręczyciel — jak to sam w kilka godzin potem wyznał doktorowi — czuł, że nogi uginały się i drżały pod nim.
Serce szybciej mu biło i język przylgnął do podniebienia, gdy Florestan, przez przedpokój, wyłożony dywanami, wprowadził go do biblioteki, bardzo wielkiego pokoju, ozdobionego w guście surowym.
Usłyszawszy pospolite nazwisko Mascarot, dźwięczące jak zaklęcie pijaka w pokoju młodej panienki, hrabia Mussidan żywo podniósł głowę.
Siedział on w fotelu, w głębi pokoju i czytał przy świetle czterech świec, osadzonych w kandelabrze prześlicznego wyrobu.
Upuściwszy dziennik swój na kolana, włożył na nos cwikier i z miną wielce zdziwioną począł przypatrywać się stręczycielowi, który z kapeluszem w ręku, słodkim wyrazem twarzy i uchylonym karkiem, podchodził, niewyrozumiale bełkocząc przeproszenie.
Ogólnikowy pogląd nic nie wyjaśnił panu Mussidan; więc podniósł się nieco i zapytał:
— Co pan sobie życzy?
— Pan hrabia przebaczyć mi raczy, rzekł Mascarot, iż nie mając zaszczytu być mu znanym... ośmieliłem się... pozwoliłem sobie...
Nagłe i nakazujące poruszenie hrabiego przerwało mu mowę.
— Zaczekaj pan!
To powiedziawszy, hrabia wstał, gwałtownie pociągnął za sznurek od dzwonka, wiszący tuż przy kominku i znowu usiadł.
Mascarot stał ciągle na środku biblioteki, milczący, nieco zakłopotany, zapytując sam siebie — gdyż i to przewidział — czy go każe hrabia wyprowadzić aż za bramę.
— Tak upłynęła minuta. Wreszcie drzwi się otworzyły i wierny sługa, który wprowadził stręczyciela, ukazał się.
— Florestanie, rzekł do niego hrabia tonem najspokojniejszym, po raz to pierwszy pozwoliłeś sobie wprowadzić, tu kogoś, nie otrzymawszy mego rozkazu. Jeżeli ci się to wydarzy po raz drugi, to opuścisz służbę u mnie.
— Zapewniam pana hrabiego...
— Dość tego; uprzedziłem cię.
Podczas tej minuty oczekiwania i tej szybkiej rozmowy, Mascarot wpatrywał się w hrabiego z całem wytężeniem myśli i wzroku.
Hrabia Oktawian Mussidan w niczem nie był podobny do człowieka, jakiegoby wystawić sobie można, słysząc opowiadanie Florestana.
Nigdy zresztą nie należy wierzyć więcej jak w połowie opisowi pana, robionemu przez sługę.
Hrabia, mający podówczas pięćdziesiąt lat zaledwie, wydawał się sześćdziesięcioletnim. Wzrostu nieco wyższego nad średni, był nie tyle chudy ile wyschły. Włosy na czole miał rzadkie, a bardzo długie faworyty zupełnie białe. Cierpienia, czy namiętności, zorały mu twarz zmarszczkami. Wyraz tej twarzy, raczej gorzki aniżeli wyniosły, zdradzał człowieka, który pił z czary życia aż do mętów i teraz pragnął już tylko rozbić tę czarę.
Takiemi przedstawiamy sobie onych lordów angielskich, żyjących tylko wzruszeniami trybuny, albo gorączką własnej ambicji.
Florestan wyszedł; pan Mussidan zwrócił się ku stręczycielowi i tym samym lodowatym tonem powiedział:
— Teraz mów pan.
Mascarot może już sto razy w życiu narażał się na niemiłe przyjęcia; ale nigdy jeszcze nie przyjmowano go w ten sposób.
Urażony w swej próżności — bo jest próżnym, jak wszyscy posiadający władzę ukrytą — uczuł on ku hrabiemu gniew najgwałtowniejszy.
— Nędzny wielki panie! pomyślał, zobaczymy zaraz czy i dalej będziesz tak dumnym.
Ale twarz jego bynajmniej nie zdradziła tych myśli. Pozostał w postawie służalczej, z nikczemnie pokornym uśmiechem na ustach.
— Pan hrabia, tak zaczął, nie może mię znać, pozwoli zatem, że mu się sam przedstawię. Pan hrabia zapewne słyszał moje nazwisko. Co zaś do profesji, to jestem stręczycielem i zarazem pośrednikiem w interesach, gdy się nadarzy okoliczność.
Wola i praktyka tak wyćwiczyły Mascarota w umiejętności udawania, że ta pokora i ten miodowy głos zupełnie oszukały hrabiego.
P. Mussidan nie miał najmniejszego podejrzenia, najmniejszego przeczucia, nie domyślał się wcale groźnego wzroku pod temi niebieskiemi okularami.
— A! pan jesteś ajentem, rzekł tonem znudzonym. Więc to zapewne przysyłają tu pana nasi wierzyciele panie... panie...
— Mascarot.
— Niech będzie Mascarot. Otóż panie Mascarot ci ludzie są głupcy; nieraz im to mówiłem, Jakże mogą być tak śmieszni i dawać znak życia, jeżeli ja nigdy nie robię im szykan co do ogólnej kwoty rachunku, jeżeli nie marszcząc brwi płacę procenta szalone? Wiedzą oni, że zostaną zapłaceni, prawda? Wiedzą, że jestem bogaty, musieli to panu powiedzieć. To pewna, że posiadam jeden z największych majątków ziemskich. Dotąd nie chciałem ani sprzedawać ani pożyczać, bo mi się tak podobało. Pożyczać, to rzecz śmieszna, kiedy już dochody nie wystarczają. Człowiek obarcza się procentami, a te zwolna doprowadzają do wywłaszczenia, które jest ruiną. Bank hipoteczny dałby mi jutro miljon na jeden mój majątek w Poitoux — ale ja nie chcę.
Dowodem, że Mascarot odzyskał swoję zimną krew, było to, iż zamiast starać się naprowadzić p. Mussidan na przedmiot, dla którego tu przybył, dał mu mówić, słuchając z uwagą i obmyślając jakby skorzystać z tego co słyszał.
— To co panu mówię, zaczął znowu hrabia, powtórz pan dosłownie ludziom których jesteś wysłannikiem.
— Przepraszam pana hrabiego ale...
— Ale co?
— Pozwolę sobie...
— Nic pan sobie nie pozwalaj; to będzie rzecz zbyteczna: co przyrzekłem tego dotrzymam. W dniu, w którym trzeba mi będzie wyposażyć moje córkę, zlikwiduję moje długi, ale nie pierwej. Dodam tylko, iż wkrótce już poślubi ona pana Breulh-Faverlay. Skończyłem.
— To „skończyłem“ najwyraźniej znaczyło: „wynoś się!“
Ale Mascarot nie ruszał się z miejsca. Ruchem szybkim, jak nauczyciel szermierki poprawiający sobie drucianą maskę, poprawił on okulary na nosie i bez żadnego drżenia w głosie, powiedział:
— Otóż, panie hrabio, właśnie to małżeństwo sprowadza mię tu.
Wyraźnie hrabiemu zdało się, iż źle słyszał.
— Mówisz pan? zapytał.
— Mówię, odrzekł stręczyciel, iż przysłany jestem do pana, w kwestji małżeństwa pana Breulh z panna Sabiną.
Ani doktor, ani Florestan nie przesadzali nic, mówiąc o gwałtowności charakteru hrabiego Mussidan.
Usłyszawszy imię swej córki, wymówione przez tego lichego stręczyciela, hrabia poczerwieniał i gniew zabłysnął mu w oczach.
— Wyjdź pan stad! powiedział krótko.
Ale nie taki był zamiar zacnego stręczyciela.
— Idzie o kwestię bardzo ważną, panie hrabio, odrzekł.
Naleganie to uczynione było jakby umyślnie dla doprowadzenia do ostateczności hrabiego Mussidan.
— A pan chcesz zostać koniecznie! krzyknął.
I w tej chwili z niejaką trudnością, gdyż miał skaleczoną nogę, wstał, by dojść do dzwonka.
Mascarot odgadł ten ruch.
— Bądź pan ostrożny! zawołał; jeżeli pan zadzwonisz, to będziesz żałować tego całe życie.
Groźba ta do wściekłości doprowadziła hrabiego Mussidan. Zamiast sznura od dzwonka, pochwycił on laskę stojącą przy kominku i już zamierzał ukarać zuchwalca, gdy ten, nie ruszając się z miejsca, głosem stanowczym powiedział:
— Cóż to? gwałt, panie hrabio?.. przypomnij pan sobie Montlouis!..
Gdy na rozsądne zalecenia doktora Hortebize Mascarot odpowiedział: „Bądź spokojny, wiem jak zamatować hrabiego,“ to i wtedy nawet zaledwie miał przeświadczenie o swej potędze.
Usłyszawszy nazwisko Montlouis, hrabia Mussidan zbladł jak chustka i cofnął się, upuszczając laskę, którą był uzbrojony.
Gdyby nagle stanęło przed nim widmo z ramionami wyciągniętemi dla zasłonięcia stręczyciela, nie doznałby on większego wrażenia.
— Montlouis!.. mruknął, Montlouis!..
Ale już Mascarot, pewny powodzenia swej sprawy przybrał znowu pokorną postawę.
— Wierz mi pan, panie hrabio, powiedział, iż tylko zagrożony niebezpieczeństwem wymówiłem to imię, wzbudzające w panu tak przykre wspomnienia.
Hrabia Mussidan, zdawało się, iż zaledwie słyszy. Chwiejąc się na nogach, powrócił on do fotelu.
— Nie ja to, bynajmniej, mówił dalej stręczyciel, powziąłem myśl uzbrojenia się przeciw panu przywodzeniem na pamięć wypadku... nieszczęśliwego. Niech pan hrabia widzi we mnie to, czem jestem w rzeczywistości: pośrednika między ludźmi, którymi pogardzam, a panem, dla którego mam najgłębszy szacunek.
Dzięki niezwykłej energii woli, p. Mussidan zdołał wreszcie nadać swym oczom i twarzy zwykły wyraz.
— Doprawdy, mój panie, powiedział tonem, który usiłował uczynić obojętnym, nie pojmuję pana. Wzruszenie moje łatwo bardzo wytłumaczyć. Pewnego dnia, na polowaniu, miałem to okropne nieszczęście, iż zabiłem biednego chłopca, mego sekretarza, noszącego nazwisko, które pan wymówiłeś. Sąd, wezwany do orzeczenia w tym straszliwym wypadku, wysłuchawszy świadków, uznał, iż nie mnie, ale ofierze zarzucić należy nieostrożność.
Uśmiech Mascarota stał się tak ironicznym i wymownym zarazem, iż pan Mussidan zatrzymał się.
— Ci, którzy mię tu wysłali, odpowiedział stręczyciel, wiedzą co było powiedziane wobec sędziów. Ale na nieszczęście znają oni fakt rzeczywisty, o którym trzej honorowi ludzie poprzysięgli, że zamilczą i że go ukryją.
Hrabia drgnął na fotelu; ale Mascarot niechciał tego zauważyć.
— Bądź pan spokojny, panie hrabio, mówił dalej. Świadkowie pana nie z własnej woli zdradzili jego tajemnicę. Opatrzność ma swoje drogi niedościgłe...
— Do rzeczy, panie!... do rzeczy!... zawołał hrabia drżącym głosem.
Do tej chwili Mascarot mówił stojąc.
Widząc, że hrabia wyraźnie nie myśli wezwać go, by wziął krzesło, sam sobie bez ceremonii podsunął je i usiadł.
Widząc to zuchwalstwo, p. Mussidan zadrżał z gniewu; ale nie śmiał nic powiedzieć. Rezygnacja ta usunęła wszystkie wątpliwości, jakie jeszcze miał stręczyciel.
— Właśnie dochodzę do niej, odpowiedział. Wypadek, o którym napomknęliśmy, miał dwóch świadków jednym z nich był przyjaciel pana, baron Clinchan, drugim lokaj pana hrabiego, niejaki Ludwik Trofeu, obecnie strzelec hrabiego Commarin.
— Niewiem co się stało z Ludwikiem.
— Ale moi mocodawcy wiedzą o tem, panie hrabio. Ten Ludwik, poprzysięgając panu wieczne milczenie, był bezżenny. Ożeniwszy się w kilka lat potem, wygadał się ze wszystkiem przed żoną. Ta kobieta, lekkomyślna, miała kochanków i właśnie przez jednego z nich cała prawda doszła do uszu tych, którzy mię tu wysłali.
— Więc na zasadzie słów lokaja, zawołał hrabia, i zeznań takiej kobiety śmianoby oskarżać mnie?... mnie?...
Jeszcze o oskarżeniu nie było najmniejszej wzmianki, a już pan Mussidan bronił się. Zacny stręczyciel dobrze to zauważył.
— Jest coś lepszego niż słowa Ludwika, odrzekł.
— A! zawołał hrabia, który był pewnym swego przyjaciela, czyż śmiałbyś pan twierdzić, że p. Clinchan wygadał się?
Widocznie pomięszanie hrabiego musiało być niezmierne, kiedy on, człowiek światowy, tak zręczny, tak wielki pan, tak przywykły do ukrywania, nie dostrzegł przewrotności zapytał, robionych mu przez przeciwnika, nie dostrzegł, że każda z jego odpowiedzi była nową bronią dla pytającego.
— Nie, odpowiedział stręczyciel, baron nie wygadał się, ale zrobił gorzej — opisał.
— To fałsz!
Mascarota zdawał się nie dziwić ten zarzut.
— Baron Clinchan pisał, powtórzył, ale był pewny, że pisze tylko dla siebie samego. Zapewne wiesz pan o tem, panie hrabio, że baron jestto człowiek niezmiernie metodyczny, porządny i drobiazgowy aż do dzieciństwa.
— Wiem, mów pan dalej.
— W takim razie nie zdziwi to pana, że p. Clinchan od czasu jak doszedł do dojrzałości, prowadzi dziennik swego życia. Co wieczór zapisuje w nim stan swego zdrowia, zmiany powietrza i najmniejszy wypadek dnia.
Hrabia w samej rzeczy wiedział o tym szczególnym zwyczaju swego przyjaciela i nieraz żartował sobie z niego.
Teraz począł domyślać się niebezpieczeństwa.
— Uwiadomieni o tem, że Ludwik wygadał się, mówił dalej stręczyciel, mocodawcy moi wywnioskowali, że jeżeli fakt był prawdziwy, to wzmianka o nim znajdzie się niezawodnie w dzienniku pana Clinchan. Dzięki cudom zręczności i odwagi mieli oni w swym ręku przez cały dzień jeden tom owego dziennika z roku 1842.
— Nikczemność!... mruknął hrabia.
— Szukali i znaleźli w nim nie jedną, ale trzy wzmianki.
— Hrabia Mussidan zerwał się tak gwałtownie, iż przestraszony stręczyciel cofnął nieco swój fotel.
— Dowody! zawołał hrabia, gdzie dowody?
— O wszystkiem pamiętano. Przed odniesieniem dziennika na miejsce, wydarto z niego trzy kartki, dotyczące pana hrabiego. To łatwo sprawdzić...
— Gdzie są te kartki?
Mascarot przybrał minę uczciwego człowieka oburzonego.
— Nie mam ich, odpowiedział, gdyby nie to!... ale kazano je odfotografować i wręczono mi odbitkę, abyś pan hrabia sam mógł rozpatrzeć pismo.
I pokazał trzy odbitki doskonale wykonane.
Hrabia długo rozglądał je bardzo uważnie, a potem głosem zdradzającym upadek na duchu, powiedział:
— Tak, jest to pismo Clinchana.
Ani jeden muskuł matowej twarzy stręczyciela nie zdradził radości, jaką uczuł w tej chwili.
— Przedewszystkiem, powiedział, sądzę, iż niezbędnem jest poznać relację pana Clinchan. Czy pan hrabia życzy sobie sam ją odczytać, czy mnie to powierzy.
— Czytaj pan! odrzekł hr. Mussidan, a potem dodał ciszej wzrok mam słaby.
Stręczyciel przysunął swój fotel do świec.
— Sądząc ze stylu, powiedział, p. Clinchan musiał to zredagować tegoż samego wieczora, w którym zdarzył się wypadek. Zaczynam tedy:
„Rok 1842.- — 6 października. Dziś bardzo rano pojechałem na polowanie z Oktawiuszem Mussidan. Mieliśmy z sobą strzelca Ludwika i jednego dzielnego człowieka, nazwiskiem Montlouis, którego Oktawiusz zamierza zrobić swoim intendentem.
„Pogoda była przepyszna. O południu upolowałem już trzy zające. Oktawiusz był szalenie wesoły.
— Po południu poszliśmy krzakami Bivron. Ja znajdowałem się wraz z Ludwikiem o pięćdziesiąt, kroków na przodzie, gdy wtem odwróciliśmy się obaj, usłyszawszy po za sobą donośne głosy. Oktawiusz i Montlouis spierali się bardzo gwałtownie i widzieliśmy jak hrabia podniósł rękę na swego przyszłego intendenta.
„Właśnie biegłem ku nim, gdym ujrzał, że Montlouis idzie w naszą stronę. Zapytałem co się stało?
„Zamiast odpowiedzi, nieszczęśliwy chłopiec zwrócił się ku swemu panu, odgrażając się i wtedy wymówił wyraz, który dla Oktawiusza, niedawno ożenionego, był szkaradną obelgą.
„Wyraz ten Oktawiusz usłyszał.
— Miał w ręku nabitą strzelbę, zmierzył — strzelił.
„Montlouis upadł. Nadbiegliśmy. Nieszczęśliwy już nie żył.
„Sam byłem przerażony; ale nie widziałem nic okropniejszego nad rozpacz Oktawiusza. Wyrywał sobie włosy, całował trupa!...
„Jeden tylko Ludwik zachował zimną krew.
„— Jestto, powiedział, nie więcej jak wypadek na polowaniu. Miejscowość szczególnie nadaje się do tego. Pan hrabia mierzył zanadto nisko.
„Następnie ułożyliśmy jak mamy rzecz przedstawić i poprzysięgli milczeć.
„Ja złożyłem deklarację sędziemu pokoju w Bivron; moje opowiadanie nie wzbudziło w nim żadnej wątpliwości.
„Ale cóż to za dzień!.. Obawiam się silnego kataru; puls mój bije ośmdziesiąt sześć razy na, minutę; mam gorączkę i przeczuwam, że będę źle spać.
„Oktawiusz jest jak szalony. Boże!... co to z tego będzie?...“
Wychylony w fotelu, hrabia Mussidan słuchał tego czytania; nie ukazując po sobie najmniejszego wrażenia.
Czy był tak przygnębiony, czy też szukał jakiego sposobu, aby znowu pogrążyć w zapomnienia grobie to widmo przeszłości, które tak nagle z groźbą stanęło mu na drodze?
O to zapytywał sam siebie stręczyciel, ciągle badający, jaki sprawił efekt.
Ale przy ostatnich wyrazach, hrabia wstał z miną człowieka, który przebudziwszy się, widzi, że był igraszką snu okropnego.
— To szaleństwo! powiedział z największą zimną krwią.
W takim razie, będzie to szaleństwo bardzo rozsądne, mruknął Mascarot, szaleństwo doskonale naśladujące zdrowy rozum. Trudno być bardziej jasnym, dokładnym i zwięzłym.
— A jeżeli dowiodę, zaczął znowu hrabia, że opowiadanie to, jest błędne, głupie, śmieszne, że tylko warjata może być utworem...
Mascarot smutnie potrząsł głową.
Nie dawajmy się kołysać zwodnym złudzeniom powiedział, wzdychając; przebudzenie będzie tem okropniejsze.
Śmiał mówił „my,“ łącząc tą liczbą mnogą swoją osobę, osobę Mascarota, z osobą hrabiego Mussidan. A hrabia nietylko, że nie oburzył się tem, ale nawet jakby uśmiechnął się.
— Zresztą, mówił dalej stręczyciel, gdyby pan Clinchan ograniczył się na tej tylko relacji, możnaby jeszcze było zrobić mu zarzut fałszu, opierając się na wzruszeniu jego umysłu, spowodowanem przez doznane wrażenia. Ale na nieszczęście, baron nie żałuje atramentu. Niech pan hrabia pozwoli, bym odczytał drugi wyjątek.
— Dobrze, słucham.
— Upłynęło trzy dni, tak zaczął Mascarot, baron Clinchan miał czas opamiętać się, a jednak oto, co pisze:
„Rok 1842. 29. października. — Zdrowie moje niepokoi mię. Czuję ból we wszystkich stawach. Być może, iż pochodzi to z niesłychanej trwogi, jaką mnie nabawia sprawa Oktawiusza.
„Zmuszony byłem stawać przed sędzią śledczym; a ten przeklęty sędzia ma takie oczy, iż prawda porusza się aż we wnętrznościach.
„Z przerażeniem spostrzegam, że zeznanie moje jest nieco poplątane. Trzeba koniecznie spisać, co mam powiedzieć i nauczyć się tego na pamięć. To mi się przyda na uroczystem przesłuchiwaniu.
„Ludwik trzyma się dobrze. To chłopiec bardzo roztropny; bardzobym chciał, by przyjął u mnie służbę.
„Zaledwie śmiem wychodzić, tak mi wszyscy „dokuczają, nalegając, bym opowiedział całe wydarzenie. W domu Sauvebourg musiałem opowiadać ni mniej ni więcej jak siedmnaście razy.
„Strasznie się tu nudzę.“
— Cóż pan hrabia myśli o tych uwagach? zapytał stręczyciel.
Pan Mussidan nie odpowiedział na to pytanie.
— Kończ pan, rzekł krótko.
— Bardzo dobrze. Trzeci ustęp, chociaż krótki, ale jest decydujący. Oto co baron pisał w miesiąc po wypadku:
„Rok 1842. — 23. listopada. Skończyło się przecież. Wracam z trybunału. Oktawiusz uniewinniony.
„Ludwik był doskonały. Opowiedział wypadek tak zręcznie, iż nikt w sali nie powziął najmniejszego podejrzenia. Rozważywszy wszystko, znajduję, że to chłopak zanadto mądry; nie przyjmę go do mojej służby.
„Przyszła kolej na mnie. Musiałem podnieść rękę i poprzysiądz, że powiem prawdę. Nie, mogłem przewidzieć wzruszenia, jakie mię opanowało.
„Nie! trzeba tego doświadczyć, aby pojmować, należycie, co to jest fałszywe świadectwo. Sądziłem, iż nie będę w stanie utrzymać ręki podniesionej; zdawało mi się, że cięży jak ołów.
„Powróciwszy na miejsce, uczułem jakieś ściskanie wewnątrz. Puls mój pewno nie bił więcej jak czterdzieści razy na minutę.
„Oto do czego doprowadzić może gniew!... Postanawiam sobie przez cały rok codziennie wypisywać w moim dzienniku takie prawidło: Nigdy nie iść za pierwszym popędem.“
I rzeczywiście, dodał stręczyciel, przez cały rok p. Clinchan wypisywał na czele każdej kartki te sentencję. Wiem o tem od osób, które miały w ręku jego dziennik.
Już może po raz dziesiąty Mascarot, wspominał o tych „osobach“, a hrabia uporczywie nie zwracał na to uwagi, za nic nie chciał zapytać: Cóż to za osoby? To było dziwne i cokolwiek niepokojące.
P. Mussidan wstał i począł przechadzać się po pokoju, czy zbierając myśli, czy też nie życząc sobie, by stręczyciel w jego oczach dostrzegł jakiego doznawał wzruszenia.
— Czy to już wszystko? zapytał po chwili.
— Wszystko, panie hrabio.
— Jeżeli tak, to wiesz pan co mu na to odpowie sędzia bezstronny?
— Ciekawy jestem...
— Oto co odpowie, przerwał hrabia: Człowiek, posiadający zdrowe zmysły, nie pisze podobnych rzeczy. Są tajemnice, o których staramy się zapomnieć, których nie wyjawiamy nawet poduszce, na której śpimy, tem bardziej nie powierzamy kartce papieru, która może zaginąć, być skradzioną i wpaść w ręce spadkobierców niedyskretnych. Niepodobna by człowiek z sercem, który złożył fałszywe świadectwo, to jest popełnił zbrodnię, pociągającą za sobą karę ciężkich robót, zabawiał się w upamiętnianie szczegółów tego w dzienniku, z dodaniem rozbioru swoich wrażeń.
Zacny stręczyciel nie mógł powstrzymać ruchu współubolewania.
— Zdaniem mojem, odrzekł, źle pan hrabia robi, szukając wyjścia z tej strony. Zasada pańska nie da się utrzymać; żaden adwokat nie podjąłby się tego. Jeżeliby dla dojścia do dowodu pewnego — to jest do dowodu, mającego wartość wobec sądu — zbadano trzydzieści kilka tomów dziennika barona Clinchan, to zdaje mi się, iż znalezionoby w nim nie jedno dziwactwo.
P. Mussidan rozmyślał, ale twarz jego nie zdradzała żadnego wzruszenia. Zdawało się że powziął już postanowienie i spierał się tylko dla formy.
— Niech i tak będzie, powiedział, zaniecham tego systemu.
— I słusznie.
— Ale któż mi dowiedzie, iż nie jest to dzieło fałszerza? Dziś bardzo zręcznie umieją naśladować każde pismo; wszakże sam bank francuski z trudnością odróżnia fałszowane swoje bilety od prawdziwych.
— Ale można sprawdzić, czy brakuje kartek w dzienniku p. Clinchan — czy nie.
— Cóż to dowiedzie?
— Wszystko, panie hrabio. Pozwól mi pan, bym mu wyjaśnił, że ten system nie więcej wart od tamtego. A naprzód usuwam świadectwo p. Clinchan; to pewna, że baron da odpowiedź zgodną z pańskim interesem.
— Dalej, dalej...
— Ale w sprawie obecnej, dziennik p. Clinchan będzie dla nas jakby grzbietem książki, z której wycięto kartki, niby kupony. Jeżeli wycięcia będą gładko przylegać do siebie, czy nie będzie to przekonywającem? Niestety osoby, które mię przysłały do pana hrabiego, są bardzo przebiegłe; nie zapomniały one o niczem.
Hrabia uśmiechnął się ironicznie, uśmiechem człowieka, który trzyma w odwodzie argument niezbity.
— Czy naprawdę takie jest zdanie pana? zapytał.
— Sumiennie to wyznaję! Z takiemi dowodami trudno nie mieć przekonania.
— A zatem, tak jest: Montlouis został zabity, jak to opisuje Clinchan. A Clinchan, chociąż dziwak, niemałej jednak jest człowiekiem serca. Wiedział on co mianowicie w kłótni mojej z Montlouis uniosło mię aż do szaleństwa, a powodów tych nie zanotował.
Mascarot odetchnął, chociaż w rzeczy samej, zaniepokoił go zwrot, jaki wzięła rozmowa i swobodny ton hrabiego.
— Ludzie ci, zaczął znowu hrabia, którzy zamyślali ukuć sobie broń przeciw mnie z tego okropnego nieszczęścia — to głupcy.
To rzekłszy wziął jednę książkę z półki, rozłożył i pokazując ją Mascarotowi, rzekł:
— Oto jest kodeks karny. Patrz pan, czytaj: „artykuł 537.“
„Publiczne i cywilne procesa, wynikające ze zbrodni pociągającej za sobą karę śmierci, lub kary dożywotnie... nie mogą być rozpoczynane po upływie dziesięciu lat i t. d., i t. d.“
P. Mussidan był pewnym, że artykuł ten zupełnie zbije z tropu stręczyciela. Bynajmniej.
Zamiast okazać zdziwienie, Mascarot uśmiechnął się szczerze i wyraziście.
— E! panie hrabio! zawołał; ja często bywam pośrednikiem w sprawach; to znaczy, że znam kodeks. W dniu, w którym osoby reprezentowane przezemnie, zgłosiły się do mnie, pierwszą moją rzeczą było wskazać im ten artykuł.
— A!... cóż odpowiedziały one na to?
— Odpowiedziały słowo w słowo: „Ba! wiemy o tem. Gdyby nie zachodziło przedawnienie, nie potrzebowalibyśmy usług pana; poszlibyśmy prosto do hrabiego i zażądali połowy jego majątku, a hrabia z chęcią oddałby nam ją.“
Ton mowy i pewność Mascarota nie pozostawiały żadnej wątpliwości.
P. Mussidan domyślał się, że niezmiernie zuchwali i zręczni nędznicy musieli znaleść jakiś nieomylny środek zużytkowania na swoją korzyść występku jego młodości.
Ale jeżeli, zapewniwszy się o tem, został przejęty tak wielką obawą, iż mu się serce ścisnęło, to miał dość mocy nad sobą, by tego nie okazać.
— No, powiedział, połowa mojego majątku, widocznie wymyka się im. Pretensje jak się spodziewam, będą skromniejsze nieco, gdy kartki, wykradzione memu przyjacielowi, okazały się tylko bezużytecznymi szpargałami!
— O!... bezużytecznymi!...
— Zdaje mi się, że co do tego kodeks wyraża się jasno.
Mascarot poprawił sobie okulary; znaczyło to, iż zamierza powiedzieć coś ważnego.
— Pan hrabia ma słuszność, tak zaczął. Niema co i myśleć o atakowaniu pana ze strony prawnej. Nie możesz pan ani być pociągany do sądu, ani karany za zbrodnię, popełnioną przed dwudziestu trzema laty.
— A więc!...
— Za pozwoleniem!... Nędznicy, w których imieniu przemawiam — i za których rumienię się — wynaleźli pewną małą kombinacje, która może być bardzo niemiłą, powiem nawet zgubną, naprzód dla pana, a potem dla barona Clinchan.
— A czy możnaby dowiedzieć się, co to za kombinacja tak... dowcipna?
— Owszem!... właśnie przysłany jestem do pana, aby mu ją wytłumaczyć i wykazać niezawodną jej skuteczność.
Tu zatrzymał się, rozmyślając zapewne nadtem, jakby najdokładniej wyłożyć hrabiemu cały projekt; po chwili rzekł:
— Przypuśćmy naprzód, panie hrabio, że pan odrzucisz żądanie, jakie mi polecono postawić panu.
— Oho!.. pan nazywasz to żądaniem?..
— Mój Boże! nazwa tu nic nie znaczy. Przypuszczam, że pan hrabia nie zgodzi się na nie. Cóż się wtedy stanie? Zaraz od jutra moi klienci, wstyd mi ich tak nazywać — każą wydrukować w gazetach wzruszające opowiadanie barona Clinchan pod prostym tytułem: „Historja jednego polowania.“ Rozumie się, że będą tam wymienione tylko początkowe litery nazwisk, ale należycie przejrzyste. Oprócz tego dodany będzie szczegół.
— Zapominasz pan, że istnieją sądy i że w potwarzy dowody nie przypuszczają się.
Zacny stręczyciel skrzywił się ironicznie.
— O!.. moi mocodawcy, odrzekł pamiętają o wszystkiem i właśnie na tem, o czem pan napomykasz, oparty jest cały ich plan. Owoż do wersji, udzielonej gazetom, wprowadzą oni osobę piąta, jednego ze swoich, wspólnika, którego nazwisko wypiszą wszystkiemi literami. Człowiek ten zaraz na drugi dzień po ogłoszeniu artykułu wytoczy proces autorom. Podniesie wielki krzyk, będzie wołać, że został spotwarzony i oświadczy, że wobec sądu dowiedzie, iż wcale nie należał do tego złowrogiego polowania.
— Cóż wtedy?
— Wtedy, panie hrabio, człowiek ten, żądający, by uznano, że gazeta była w błędzie, wezwie na świadków, naprzód pana, potem barona Clinchan, potem Ludwika. Ponieważ zadać będzie zwrotu kosztów, wiec znajdzie adwokata, który także należeć będzie do zmowy. Adwokat powie: „Że hrabia Mussidan jest mordercą, o tem niewątpimy, zważywszy na dowody, które mamy w ręku; że baron Clinchan złożył fałszywe świadectwo, to sam napisał; Ludwik, pozyskany, oszukał sąd. Ale mój klient, ten człowiek zacny, nie może być zaliczony do tej spółki i t. d.“ A zwróć pan uwagę na to, że artykuł ten i obronę będą czytać i odczytywać! Nie wiem, czy dość jasno tłumaczę się...
Niestety tak jasno i z taką nieubłaganą logiką, iż nie było co nawet myśleć o wymknięciu się z tej szkaradnej machinacji.
Hrabia bystro zmierzył przyszłość.
Widział rozgłos hańbiący i skandal straszliwy procesu. Widział całą Francję zajętą tą sprawa. Widział siebie i swoich potępionych przez opinię.
A jednak charakter jego tak nie znosił żadnego nacisku, iż był raczej zrozpaczony, a nie zmięszany.
Znał on życie i ludzi. Wiedział, że nędznicy, trzymający go pod nożem i żądający pieniędzy lub honoru, zawsze obawiają się sprawiedliwości. Powiedział sobie, że jeżeli odrzuci ich pretensje to zapewne nie ośmielą się wykonać swych pogróżek.
Gdyby tylko o niego chodziło, to niezawodnie odważyłby się stawić opór, a na początek zrobiłby sobie tę wielką przyjemność, iż obiłby tęgo kijem bezwstydnika, który stał przed nim.
Ale czy mógł narażać barona Clinchan, doświadczonego przyjaciela, który dla niego skompromitował się... Człowieka natury trwożliwej, niezdolnego przeżyć rozgłosu?..
Wszystkie te myśli, i wiele innych wirowały w jego głowie, gdy wielkimi krokami chodził po bibliotece. Wahał się pomiędzy postanowieniami najsprzeczniejszemi. To gotów był znieść obelgę, to rzucić się na stręczyciela.
Ruchy gorączkowe i wykrzykniki bez związku zdradzały gwałtowną walkę wewnętrzną. Aby stawić czoło uniesieniom takiego szaleńca, który, gdy mu krew do mózgu przypłynie, strzela do człowieka jak do królika, na to trzeba było bezczelności doprowadzonej do najwyższego szczytu.
Ale Mascarot nie takie już rzeczy widział.
Podczas gdy z mimowolnem drżeniem wewnętrznem zapytywał sam siebie czy wyjdzie z biblioteki drzwiami, czy też wyleci przez okno — palcami robił młynka z miną najspokojniejszą.
W końcu hrabia, wysiliwszy się niesłychanie, zdecydował się na rzecz rozsądku.
Stanął nagle przed stręczycielem i nie usiłując ukrywać swego wstrętu, powiedział krótko:
— Skończmy to!... Ile pan żądasz za te papiery?
Mascarot zrobił minę zapoznanego uczciwego człowieka.
— O! panie hrabio!... zawołał, czyż możesz pan przypuszczać bym był wspólnikiem...
P. Mussidan ruszył ramionami.
— Przynajmniej, rzekł przerywając, zrób mi pan ten zaszczyt i przypuść, że mam tyle rozsądku co pan... Ile pan żądasz?
Po raz pierwszy, od chwili jak przybył, stręczyciel zdawał się być zakłopotanym i wahał się.
— Mocodawcy moi nie chcą pieniędzy, odrzekł.
— Nie chcą pieniędzy!... zawołał zdziwiony hrabia, czegoż chcą?
— Chcą czegoś, co dla pana hrabiego jest niczem, a dla nich ma wagę niezmierną. Polecono mi powiedzieć, iż możesz pan być najspokojniejszym, jeżeli przystaniesz na to, by zerwać projekt małżeństwa panny Mussidan z panem Breulh-Faverlay. Kartki dziennika barona Clinchan wręczone będą panu w dniu ślubu panny Sabiny z każdym innym, którego pan wybierze.
Żądanie to, co najmniej śmieszne, tak było dalekiem od przewidywań hrabiego, iż stanął jak wryty.
— Ależ to szaleństwo! zawołał.
— Niemasz nad to nic prawdziwszego.
W tem p. Mussidan zadrżał; straszliwe podejrzenie opanowało go.
— Czy chciałbyś pan, zapytał, czy śmiałbyś pan zalecać mi i narzucać zięcia?...
Zacny stręczyciel podniósł się.
— Zanadto mam doświadczenia, odrzekł, aby nie być pewnym, iż nigdy pan hrabia nie zechce poświęcić swej córki swemu wybawieniu.
— Ależ w takim razie...
— Pan hrabia jest w błędzie co do zamiarów moich klientów. Zagrażają oni panu, to prawda; ale nie na niego, tylko na pana Breulh są zawzięci. Poprzysięgli, że nie poślubi on tej młodej osoby, mającej około miliona posagu. Postepowanie ich z panem jest postępowaniem nędzników; ale do celu mogliby prawie przyznać się.
Tak wielkiem było zdumienie p. Mussidan, iż nie zastanowiwszy się, nadał zupełnie nowy zwrot rozmowie.
Opierał się jeszcze, ale już bez uniesień. Odpowiadał raczej na uwagi, jakie mu własne zastanowienie nastręczyło, a nie na słowa Mascarota.
— P. Breulh ma moje słowo, powiedział.
— Pretekst znaleźć nie trudno.
— Hrabina Mussidan bardzo sobie życzy tego małżeństwa. Ciągle o niem mówi. Z tej strony napotkam wiele trudności.
Stręczyciel uznał za właściwe nie odpowiadać na to.
— Nakoniec, mówił dalej hrabia, obawiam się, że córkę moją bardzo zmartwi to zerwanie.
Dzięki Florestanowi, Mascarot wiedział co trzymać o tem.
— O!... powiedział, młoda osoba na stanowisku takiem jak panna Sabina, w jej wieku i przy jej wychowaniu nie miewa głębszych wrażeń.
Jeszcze kwadraus może hrabia opierał się. Znosić nacisk łotrów, nadużywających skradzionej tajemnicy — to go okropnie oburzało.
— Ale nie było rady. Znajdował się na łasce tych ludzi — ustąpił.
— Niech i tak będzie, powiedział, córka moja nie poślubi pana Breulh.
Mascarot tryumfował; ale twarz jego, pomimo to, żadnej zmianie nie uległa. Tyłem wycofał się z pokoju, kłaniając się niżej niż zwykle, z oznakami przesadnego uszanowania.
Ale idąc po schodach zacierał sobie ręce.

— Jeżeli doktorowi powiodło się tak jak mnie, mruknął, to rzecz już jak zrobiona.

VI.

Aby być dopuszczonym do honoru złożenia wizyty hrabinie Mussidan, doktor Hortebize nie potrzebował takich zachodów jak Mascarot, by dostać się do hrabiego.
Jak tylko się ukazał, to jest w pięć minut po przybyciu stręczyciela, dwaj lokaje, poziewający w przedpokoju, poznali w nim człowieka światowego, częstego dość gościa w pałacu.
Jednak ton ich mowy i spojrzenia, które zamienili z sobą gdy odpowiadali: „Tak jest, pani hrabina przyjmuje“, zastanowiłyby każdego, mniej wtajemniczonego aniżeli doktor w tryb życia w pałacu Mussidan.
Wyraz twarzy lokajów zdradzał zdziwienie, jakiego doznali odpowiadając:
— Pani hrabina jest u siebie.
Bo rzeczywiście był to wypadek rzadki, cud prawie.
Nigdy żaden ze znajomych pani Mussidan, chcąc się z nią zobaczyć, nie próbował dzwonić u jej drzwi — do czego?
Hrabinę można było znaleźć na wystawie, na wyścigach, na posiedzeniu akademii, w restauracji, w teatrze, w magazynie, na wykładach publicznych, na próbie opery, w pracowni jakiego znanego artysty, u profesora śpiewu, gdzie popisuje się tenor świeżo odkryty słowem wszędzie, wyjąwszy u siebie w domu.
— Jestto jedna z tych kobiet, których umysł niespokojny, ruchliwy, niezdolny do głębszego zastanowienia, ciekawy wszelkich błahostek, ciągle i ciągle jest czemści zajęty.
Ale mąż, córka, dom nigdy nie zajmowały jej myśli. Ba ma ona co innego na głowie! Kwestuje dla biednych, prezyduje w towarzystwie „żałujących dziewcząt“, dopomaga w zarządzie jednego przytułku dla starców.
W trybie jej życia panuje nieład z rodzaju tych, przeciw którym nie ostoi się największy majątek. Wątpić można czy hrabina ma choćby najmniejsze wyobrażenie o wartości pieniędzy.
Garście luidorów topnieją w jej ręku jak śnieg. Co z niemi robi? — nikt nie wie. Sama nie umiałaby objaśnić tego.
Przyczynę tego upatrują w przykrem pożyciu hrabiego z hrabiną.
Żonaty, hrabia znosi wszystkie ciężary małżeństwa, nie mając żadnych jego przyjemności. Ma dom przepysznie urządzony, a brak mu domowego życia.
Mówią, że przez długie lata hrabia co dzień czekał na hrabinę z obiadem i wieczerza. Hrabina albo przybywała, albo nie.
Znużony tem, postanowił jadać w swoim klubie i prowadzić życie człowieka bezżennego.
O wszystkiem tem doktor wiedział — i o wielu jeszcze innych rzeczach. To też śmiało postępował za lokajem, który miał otworzyć drzwi salonu i zaanonsować go.
Salon to wielce wspaniały, bardzo obszerny, niezwykle wysoki i umeblowany nadzwyczaj bogato.
A jednak jest on zimny i smutny. Już na progu czuć, że nikt w nim nie przebywa.
Na pół leżąc na kozetce przed kominkiem, hrabina czytała.
Ujrzawszy doktora, wstała i krzyknęła radośnie:
— O jakże pan jesteś grzeczny, doktorze, że przychodzisz odwiedzić mię!
To mówiąc, dawała służącemu znak by podsunął krzesło.
Dość słuszna, zgrabna, pani Mussidan, w czterdziestym piątym roku życia zachowała postawę młodej dziewczyny.
Włosy ma jeszcze gęste i obfite, a dzięki ich kolorowi, jasno popielatemu, nie można wyróżnić pomiędzy nimi siwych, których już pełno, a które sprawiają, iż głowa zdaje się zdaleka jakby pudrem przysypana.
Cała jej postać wydaje z siebie jakąś woń niezmiernie arystokratyczną, a jasno-błękitne oczy wyrażają zwykle wielce pańską wyniosłość i najzimniejszą pogardę.
— Tylko pan jeden, doktorze, umiesz tak trafnie wybierać chwile. Umierałam z nudów. Książki mię nie zadowalniają. Wszystko co czytam, zdaje mi się, żem już kiedyś czytała. Aby się zjawić tak w porę, musiałeś pan chyba zrobić układ z trafem.
To prawda, że doktor zrobił układ i przychodząc pewnym był, że znajdzie hrabinę, ale traf ten nazywał się Mascarot.
— Tak mało przyjmuję u siebie, mówiła dalej hrabina, iż już nikt prawie nie raczy mię odwiedzać. Muszę koniecznie wybrać w tygodniu jedno poobiedzie dla moich przyjaciół. Gdy jestem u siebie, samotność cięży mi okrutnie. A oto już dwa dni nie wychodzę z domu. Doglądam pana Mussidan.
Oświadczenie to było zanadto śmiałe i dziwne, by nie zastanowić człowieka dobrze poinformowanego.
Ale doktor ani mrugnął, a nawet ton, jakim wymówił: Doprawdy! znaczył tyle, co powinszowanie.
— Tak, tak, mówiła dalej hrabina, p. Mussidan przedwczoraj pośliznął się na schodach i skaleczył. Lekarz nas zapewnia, że to nic; ale ja wcale nie wierzę temu, co mówią lekarze.
— Wiem o tem z doświadczenia, pani hrabino.
— O!.. panie, doktorze, to co innego. Wierz mi pan, iż dawniej miałam w nim wielkie zaufanie. Przykro mi było rozstawać się z panem. Ale gdyś nagle nawrócił się na homeopatję wyznam panu, żem się przestraszyła.
Hortebize zrobił ruch obojętny i odrzekł:
— Ba.. ta szkoła warta tyle, co i każda inna.
— Tak pan sądzisz?
— Jak to, sądzę? Założyłbym się.
Pani Mussidan raczyła uśmiechnąć się.
— Jeżeli tak, zaczęła znowu, to wielką mam ochotę prosić pana o radę.
— Czy pani hrabina cierpiąca?
— Ja?.. Nie, Bogu dzięki! Tegoby jeszcze brakowało! Ale jestem bardzo niespokojna o zdrowie mojej córki.
— A!..
Macierzyński ten niepokój tyle był wart, co niedawne małżeńskie poświęcenie; to też owo „A!“ doktora znaczyło tyle co poprzednie „Doprawdy?“
— Tak jest, doktorze, rzekła hrabina, trzeba byś pan wiedział, iż od miesiąca już przeszło zaledwie widziałam Sabinę. Tak jestem zajęta! Wczoraj zobaczyłam ją i znalazłam bardzo zmienioną.
— Pytałaś jej pani, czy nie jest chora?
— Rozumie się. Odpowiedziała mi, że nie, że zupełnie jest zdrowa.
— Może ma jaką małą przykrość?
— Ona, doktorze? Czyż nie wiesz pan, że moja ukochana Sabina jest najszczęśliwszem dziewczęciem w Paryżu? Zresztą zobaczysz ją pan. Przyrzekasz mi to prawda?
To powiedziawszy zadzwoniła. Wszedł służący.
— Poproś tu panny Sabiny.
— Panny Sabina nie ma w domu, odrzekł służący.
— A!... dawno?
— Panna wyszła jeszcze przed trzecią.
— Z kim?
— Ze służącą swą, panną Modestą.
— Czy panna Sabina powiedziała dokąd idzie?
— Nie, pani hrabino.
— Możesz odejść.
Służący wyniósł się.
Obojętny na wszystko doktor zdziwił się nieco.
Jakto? hrabianka Sabina Mussidan, panna ośmnastoletnia, mogła wychodzić gdzie się jej podoba!... nikomu nie opowiedziawszy się, tak że nikt nie wiedział dokąd poszła!... a matka znajdowała to zupełnie naturalnem!
Szkoda, że nie ma Sabiny, rzekła hrabina. Zresztą mam nadzieję, że choroba jej nie jest tak zastraszająca, by przeszkodziła weselu, które wkrótce odbędzie się w pałacu Mussidan.
Doktorowi zwrot ten był bardzo na rękę; nie wiedział bowiem jak naprowadzić rozmowę na ten przedmiot.
— Pani hrabina wydaje zamąż pannę Sabinę? zapytał.
Pani Mussidan tajemniczo przyłożyła palec do ust.
— Ts!... powiedziała, to wielki sekret, a przytem nie masz jeszcze nic stanowczego. Ale pan jesteś lekarzem, a zatem z profesji dyskretny, jak spowiednik więc mogę mu się zwierzyć. Bardzo jest prawdopodobnem, że jeszcze przed końcem roku panna Sabina zostanie panią Breulh-Faverlay.
Nie ulega wątpliwości, że doktor Hortebize nie jest tak śmiały jak Mascarot. Często wobec pomysłów swego przyjaciela doktor bladł, cofał się, błagał o łaskę.
Ale gdy raz się zdecydował i powiedział: „Dobrze,“ to już można było liczyć na niego. Wtedy szedł prosto do celu, nie wahając się.
— Muszę wyznać pani, powiedział, iż słyszałem o tym projekcie.
— Doprawdy? więc zajmują się nami?
— Bardzo. Powiem nawet, że właśnie to małżeństwo sprowadza mię do pani.
Pani Mussidan dość lubiła doktora Hortebize i nieraz znajdowała przyjemność w jego dowcipnej rozmowie, w słuchaniu drobnych plotek, których zawsze miał wielki zapas.
Przyjmując go od czasu, do czasu, nie upatrywała w tem żadnej niewłaściwości i chętnie przypuszczała go do pewnego rodzaju nic nieznaczącej poufałości.
Ale aby doktor pozwalał sobie zajmować się jej córką, córką hrabiny Mussidan, z domu Sauvebourg — to wydawało się jej zupełnie nie w miejscu.
— Doprawdy, doktorze, iż robisz pan wielki honor mnie i hrabiemu Mussidan, zajmując się tem małżeństwem, rzekła.
Prostemu temu frazesowi towarzyszył uśmiech, od którego mógł zerwać się, jak od uderzenia biczem, człowiek najmniej wraźliwy pod względem miłości własnej.
Ale doktor przyszedł nie po to, by się gniewać.
Przyszedł by bądź co bądź wypowiedzieć pewnym sposobem pewne rzeczy.
Z góry wystudjował on i przygotował swoją role, i nic nie mogło zwrócić go z drogi, gdyż przygotował się na wszelkie możebne repliki.
Na tym gruncie był on wyższym od Mascarota, który nie potrafiłby tak jak on cieniować, przygotowywać przejścia, naprowadzać, jednem słowem mówić wszystko, nie urażając dziecinnej drażliwości.
Mascarot znał tę wyższość doktora, ale jako szczery przyjaciel nie zazdrościł mu jej.
„— To rzecz urodzenia, zwykł był mawiać o tem. Hortebize jest z porządnej rodziny; otrzymał piękną edukację; już w młodych swych latach bywał w najlepszych towarzystwach. Ja, przeciwnie, wszystkiego co umiem, sam się nauczyłem; jestem synem dzieł swoich.“
Hortebize zatem, usłyszawszy ten afront, uchylił czoło ale tylko chwilowo.
— Niech mi pani wierzy, odrzekł, iż aby podjąć się zlecenia, które spełniam obecnie, na to potrzeba było całego szacunku i przywiązania jakie mam dla państwa.
— A!... zawołała hrabina, przeciągając głos i mrugając oczyma w sposób niezmiernie impertynencki, a!... pan jesteś do nas przywiązany?!..
— Bardzo, pani hrabino. I jestem pewny, i gdy zostanę przez nią wysłuchany, pani sama nie będzie wątpić o tem.
Powiedział to tonem tak suchym, że pani Mussidan zadrżała, jakby od iskry elektrycznej.
— Upływa już dwadzieścia pięć lat jak praktykuje, to jest dwadzieścia pięć lat jestem poufale przyjmowany w rozmaitych domach i obecny przy okropnych dramatach domowych, wtajemniczony z musu w najstraszniejsze sekreta. Często znajdowałem się w położeniu delikatnem i trudnem ― nigdy jednak nie byłem tak zakłopotany jak w tej chwili.
— Więc to tak ważna rzecz? zapytała hrabina, zapominając być niegrzeczną.
— Być może. Gdybym miał do czynienia z szaleńcem, jak tego jeszcze się spodziewam... to prosiłbym panią najpokorniej o przebaczenie tylko. Jeżeli przeciwnie, ten kto się zgłosił do mnie jest przy zdrowych zmysłach, jeżeli prawdą jest to co utrzymuje, jeżeli w ręku ma niezbite dowody...
— W takim razie, doktorze?...
— W takim razie, pani hrabino, powiem: korzystaj pani z mego przywiązania, ponieważ istnieje człowiek mający moralnie prawo życia i śmierci nad panią, człowiek, którego wszelka wola powinna być wolą pani...
Hrabina głośno zaśmiała się, ale śmiechem fałszywym jak łza spadkobiercy.
— Doprawdy, doktorze, rzekła, od pańskiej pogrzebowej miny i ponurego głosu ja umrę... ze śmiechu...
Doktor rozmyślał.
— Za bardzo śmieje się, powiedział sam do siebie. Mascarot mnie nie zwodził. Bądźmy ostrożni.
Potem powiedział głośno:
— O! gdybym i ja mógł tak się śmiać z obaw urojonych. Ale w każdym razie, pozwól pani bym przypomniał jej coś pani sama powiedziała przed chwilą: lekarz to spowiednik. To prawda. Jak ksiądz tak i lekarz umie zapominać o tajemnicach, które mu jego misja wykrywa; umie doradzać i pocieszać. Lepiej nawet niż ksiądz, gdyż będąc bardziej bezpośrednio wmieszany do wypadków, pojmuje i tłumaczy sobie fatalności życia... skłonności...
— Doktorze, przerwała hrabina, zapominasz pan dodać, że tak jak ksiądz miewa kazania...
Aby rzucić ten sarkazm, udało się hrabinie nadać swej fizyonomii niezmiernie komiczny wyraz powagi.
Ale nie zdołała pobudzić do śmiechu doktora, który wydawał się coraz bardziej znękanym.
— Tem lepiej, odrzekł, jeżeli jestem śmieszny, tem lepiej jeżeli nie odżywiam jakich boleśnych ran, o których sądziłaś pani, że się zabliźniły...
— Nie obawiaj się doktorze.
— W takim razie, zacznę od tego, iż zapytam pani, czy też przypominasz pani sobie młodego człowieka z tegoż co i pani towarzystwa, który w pierwszych latach jej małżeństwa miał w Paryżu wielką reputację?... Mówię o markizie Jerzym Croisenois?
Pani Mussidan wychyliła się na kozetce, oczy utkwiła w sufit, czoło zmarszczyła nieco, jak gdyby niezmiernie wytężała swą pamięć.
— Jerzy Croisenois, powtórzyła, zdaje mi się... Czekaj pan!... Nie! napróżno szukam... nic sobie nie przypominam.
Doktor czuł się w obowiązku dopomożenia tej słabej pamięci.
— Croisenois, o którym wspomniałem, mówił dalej, ma brata imieniem Henryk, którego pani zna pewno, gdyż tej zimy widziałem go u księcia Sairmeuse, tańczącego z panną Sabiną.
— Prawda!... Tak jest!... masz słuszność, doktorze, teraz przypominam sobie...
Gdyby mówiono hrabinie o przedmiocie najobojętniejszym i wtedy nie zachowałaby większej zimnej krwi.
— Jeżeli tak, mówił dalej Hortebize, to zapewne przypomina sobie pani, iż jest temu teraz nieco więcej jak dwadzieścia trzy lata, Jerzy Croisenois nagle znikł. Zniknięcie to narobiło wielkiego hałasu, był to fakt, który spowodował interpelowanie ministerstwa...
— Tak jest, w samej rzeczy.
— Ostatni raz widziano Jerzego Croisenois w Kawiarni Paryzkiej. Jadł on tam obiad w towarzystwie kilku przyjaciół. Punkt o dziewiątej godzinie nagle wstał i gotował się do wyjścia. Jeden z bliskich znajomych chciał mu towarzyszyć — odmówił. Zapytywali go przyjaciele, czy się z nim dziś jeszcze zobaczą. Odpowiedział, że być może, w operze; ale nie trzeba na niego liczyć. Sądzono, że się udawał na jaką schadzkę miłośną.
— A!... tak sądzono?
— Tak, z powodu ubrania, staranniejszego niż zwykle, chociaż był elegantem w całem znaczeniu, lwem, jak wówczas mówiono. Koniec końcem, Jerzy Croisenois wyszedł sam i odtąd nikt go nie widział.
— Nikt! powiedziała hrabina może zanadto wesoło.
Doktor ani mrugnął.
— Nikt! odrzekł. Przez dwa czy trzy pierwsze dnie zniknięcie to wydało się nadzwyczajnem; w tydzień zaniepokoiło.
— O! doktorze, co za szczegóły!..
— Dawniejbyły mi one wyszły z pamięci, dziś rano znowu. Wraz z wielu innymi dobrze znane, potem przypomniano mi je znajdują się one w protokole śledczym. Bo było śledztwo, i to bardzo drobiazgowe. Przyjaciele Jerzego Croisenois rozpoczęli poszukiwania; a gdy te nie doprowadziły do niczego, zgłosili się do prefekta policji. Użyto najzręczniejszych ajentów. Pierwszem przypuszczeniem było samobójstwo. Jerzy mógł sobie strzelić w łeb gdzie w lesie. Jednak stan jego interesów, wcale pomyślny, wielki majątek, wesoły charakter, ciągłe powodzenie, przekonały, iż przypuszczenie takie nie ma podstawy. Wtenczas poczęto przypuszczać zbrodnię — i badania prowadzone były w tym kierunku. Nic a nic nie odkryto.
Hrabina skończyła poziewanie wątpliwej szczerości i jak echo powtórzyła:
— Nic.
— Policja była w najwyższym stopniu zdekoncertowana, gdy we trzy miesiące potem jeden przyjaciel Jerzego otrzymał od niego list.
— A!.. zatem, nie umarł.
Doktor zanotował sobie wyraz twarzy i akcent hrabiny, by nad nimi zastanowić się należycie.
— Kto wio?.. odrzekł. List datowany był z Kairu. Jerzy pisał, iż znudzony życiem paryskiem, zamierza dostać się do środkowej Afryki i prosił, by się nie niepokojono o niego: List ten, jak pani pojmuje, wydał się podejrzanym. Nikt nie udaje się w podróż bez pieniędzy, a były dowody, że markiz nie miał przy sobie nie więcej nad tysiąc franków, połowę z tego w złocie portugalskiem, które wygrał w wista przed obiadem. Podejrzywano fałszerstwo. Bynajmniej. Najdoświadczeńsi biegli uznali, że list pisany był przez Jerzego Croisenois. Wyprawiono dwóch ajentów do Kairu; ale ani tam, ani po drodze nikt nie widział człowieka, którego szukano. Od owego czasu nie było żadnego śladu...
Doktor mówił powoli i z wyraźnie obliczonym naciskiem; ale hrabina była jak ze spiżu.
— Jak to? zawołała, gdy się zatrzymał, to już koniec?
Hortebize wzrokiem szukał wzroku hrabiny i dopiero spotkawszy się z nim, odpowiedział:
— Może i nie. Wczoraj rano pewien jegomość przyszedł do mnie i powiedział że pani, pani hrabina, wie co się stało z markizem Jerzym Croisenois.
Najsilniejszy mężczyzna, nigdy nie będzie posiadać takiej siły oporu jak kobieta.
Mężczyzna, choćby najmocniej zahartowany, zatwardziały i bezwstydny, zawsze coś ujawni ze swych zamiarów tam, gdzie kobieta, poczytywana za niedoświadczoną, osłoni tajemnicę swych tortur uśmiechniętą twarzą.
W umiejętności udawania młoda dziewczyna pobije najwytrawniejszego dyplomatę, chociażby ten łączył w sobie geniusz i przebiegłość Talleyranda i Fouché.
Gdy mężczyzna, przytłoczony niezbitymi dowodami, pada na kolana, kobieta jeszcze rwie się do walki.
Bóg powiedział Kainowi: „Coś zrobił z bratem swym Ablem?“ i Kain osłupiał. Kobieta na jego miejscu jeszczeby rozumowała, zaprzeczała, dowodziła.
Na same nazwisko Montlouis pan Mussidan zbladł, i zachwiał się, jakby od uderzenia maczugi.
A w obec tak formalnego obwinienia doktora, hrabina wybuchła śmiechem donośnym, pełnym, dźwięcznym, który przez całą minutę, zdawało się, że nie dozwala jej odpowiedzieć.
— Ach! doktorze, zawołała wreszcie, opowiadasz mi pan dzieje z tamtego świata. Wyznaję, że doskonała jest ta historia nieznajomego, który chce dowieść, iż ja wiem to, czego nie wie nawet policja, i który sądzi, że jestem w stanie powiedzieć, co się stało z Jerzym Croisenois. To musi być lunatyk, doktorze, trzeba byś mu udzielił rady lekarskiej.
Ale i doktor także, gdy się zaweźmie, potrafi zdobyć się na odpowiedź i wcale nie źle gra swoją rolkę.
Wcale nie okazując zdziwienia, ani tego, by go zbiła z tropu wesołość hrabiny, doktor przybrał minę zachwyconą i odetchnął głośno, jakby się pozbył ogromnego ciężaru.
— Bogu niech będą dzięki! zawołał, oszukano mnie.
Wypowiedział to dziękczynienie tak naturalnie, z wyrazem tak naiwnej dobrej wiary, iż hrabina złapała się na to.
— W każdym razie, rzekła, chciałabym wiedzieć, cóż to za niefortunny żartowniś utrzymuje, iż jestem tak dobrze poinformowaną.
— Do czego? odpowiedział Hortebize; zrobił on sobie ze mnie igraszkę, naraził mię pani, tego dość. Jutro jeżeli się pokaże, służący mój przyjmie go należycie. Nawet, gdybym słuchał głosu mego oburzenia, to zaskarżyłbym go.
— Cóż znowu, doktorze?... skarga!... Znaczyłoby to nadawać błahostce rozgłos na jaki nie zasłużyła. Powiedz mi pan tylko nazwisko twej tajemniczej osoby. Czy ja znam ją?
— Nie możesz jej pani znać, zadaleko stoi ona od pani. Nazwisko nic pani nie wyjaśni. Jestto człeczyna, którego niegdyś leczyłem, zdaje mi się, jeżeli nie myli mię pamięć, pisarz od komornika, powszechnie zwany ojciec Tantaine.
— Tantaine?
— Musi to być przezwisko. Jestto istota najnikczemniejsza, rodzaj filozofa cynika, któremu nie brak inteligencji i to właśnie przestrasza mię. Powiedziałem sobie, że nie przychodzi do mnie z własnego popędu, że musi być narzędziem ludzi tem niebezpieczniejszych, że nie podobna będzie dojść aż do nich.
Hrabina znalazła, że doktor uspakaja się zanadto prędko i zbyt stanowczo.
Mówiłeś mi, doktorze, o pogróżkach, niezbitych dowodach, skrytej jakiejś potędze...
— Tak jest, pani hrabino, według słów Tantaine. Stary ten nikczemnik powiedział mi: „Pani Mussidan wie co się stało z markizem Jerzym, dla mnie rzecz ta wypływa jasno z listów, które otrzymała tak od samego pana Croisenois, jak i od księcia Champdoce.“
Teraz cios dosięgnął hrabiny.
Zerwała się odrazu, jakby poruszona niewidzialną sprężyną, zbladła, oczy jej rozszerzyły się, usta drgały.
— Moje listy!... zawołała dzikim głosem.
Prawdziwą litość mógł wzbudzić w tej chwili Hortebize, tak był wzruszony i przerażony wrażeniem jakie wywołał.
— Tak jest, listy pani, odrzekł z widocznem wahaniem; ten łotr Tantaine utrzymuje, że ma je w ręku.
Pani Mussidan krzyknęła przeraźliwie, krzykiem lwicy, której wydarto lwięta.
— Ach! nędznik!...
I natychmiast, zapominając o swej wyniosłej obojętności, nie myśląc o doktorze, wybiegła z salonu. Na schodach słychać było odgłos jej szybkich kroków i szelest jedwabnej sukni.
Opuszczony doktor wstał.
— Szukaj... szepnął z cynicznym uśmiechem, szukaj!... przekonasz się, że ptaszki odleciały.
Przybliżył się ku okno i machinalnie począł bębnić palcami w szybę.
— Powiedziano jest, pomyślał, że Mascarot nigdy się nie myli. Jak nie uwielbiać jego piekielnej domyślności, jego logiki nieubłaganej! Z najbłahszej okoliczności odgaduje on całą sprawę, wyprowadza z niej wszystkie wyniki, jak uczony, widząc liść zagnany wiatrem pod swe nogi, umie powiedzieć jakie drzewo go wydało, opisać jego ziarno, kwiat i owoc. O! gdyby zdumiewające zdolności swe, swą odwagę nieustraszoną zastosował był do jakiego celu szlachetnego i wielkiego!...
Przy tych myślach zasępiło mu się czoło i wielkiemi krokami począł chodzić po salonie, prowadząc dalej swój monolog.
— Ale nie! w tej chwili Baptysta jest na górze, zajęty dręczeniem hrabiego Mussidan, tak jak ja tu dręczę hrabinę. To rzemiosło!... I trwa to już dwadzieścia pięć lat. O! bywają dnie, w których znajduję, iż za drogo płacę za dobre jadło i wesołe życie!... Nie licząc tego, że...
Począł kręcić medalion w palcach i dodał:
— Nie licząc tego, że możemy znaleźć mistrzów, przegrać sprawę, a wtedy... jaki koniec!
Przerwał sobie, gdyż weszła hrabina.
Włosy roztrzepane, drżenie nią wstrząsające, bladość, wzrok nieruchomy, jakby osłupiały, wszystko zdradzało przerażenie i okropny nieład w myślach.
— Okradziono mię!... zawołała na progu.
Pomieszanie jej było tak wielkie, iż mówiła bardzo głośno, zapominając, że salon był otwarty i że lokaje w przedpokoju wszystko mogli słyszeć.
Na szczęście doktor nigdy nie traci głowy. Teraz ze swobodą aktora, poprawiającego zaniedbanie dostarczyciela teatralnych rekwizytów, poszedł i zamknął drzwi.
— Co pani skradziono? zapytał.
— Moje listy.
Padła raczej aniżeli usiadła na kozetce i głosem urywanym, świadczącym o bliskiem wielkiem niebezpieczeństwie, mówiła dalej:
— A jednak listy te znajdowały się w żelaznej skrzynce z sekretnym zamkiem, a skrzynka umieszczona była w szufladzie, od której klucz noszę zawsze przy sobie. I ani śladu złodzieja!..
Hortebize znowu przybrał zmieszaną minę.
— Miałżeby Tantaine powiedzieć prawdę? zapytał.
— Prawdę, odrzekła hrabina. Tak jest, są ludzie, których teraz jestem niewolnicą, którzy mogą giąć moją wolę jak pręt wierzbowy, którzy są panami mego życia, jak gdyby trzymali mi nóż przy gardle.
Zakryła twarz rękami, jakby w poczuciu resztek dumy chciała ukryć widok swej rozpaczy.
— Więc listy te są tak kompromitujące? zapytał doktor.
— Jestem zgubiona.
Widząc doktora, możnaby przypuszczać, iż łamie sobie głowę, szukając wyjścia z trudnego położenia.
— O! bardzo byłam przedtem występną, mówiła dalej hrabina, bardzo byłam nierozsądną. Niestety zupełnie nie znałam życia. Nienawidziłam i — szał mię opanował. Biedna, nieszczęśliwa... Teraz przeciw mnie zwraca się broń, którą przygotowałam dla mojej zemsty. Wykopałam przepaść, w nadziei rzucenia tam moich nieprzyjaciół — i sama w nią się staczam!...
Zacny Hortebize nie przerywał. Hrabina znajdowała się w chwili rozpaczliwego przesilenia, gdy wszystko co się ukrywa w głębi duszy na jaw wychodzi, jak morska trawa podczas burzy.
— Wolałabym umrzeć, mówiła; tak jest, raczej umrzeć, aniżeli widzieć te listy w ręku hrabiego Mussidan. Biedny Oktawiusz! Czyż jeszcze nie dość cierpiał przeze mnie!... O!... za późno poznałam go! A jednak tem właśnie grożą mi! czy tak doktorze? Pokażą mu te fatalne listy, jeżeli nie przystanę na pewne warunki. Chcą pieniędzy, prawda? dużo pieniędzy... ile?...
Doktor potrząsł głową.
— Nie? zapytała hrabina, nie pieniędzy wymagają?... Więc czegoż? O! nie pozostawiaj mię pan w tym śmiertelnym niepokoju, mów czego odemnie żądają?
Hortebize przyznaje, iż gdy jest sam wobec swego sumienia, to przychodzą mu przykre myśli, przyznaje, że gra grubo, a nawet, ponieważ nie jest z natury zły, ubolewa nad swemi ofiarami.
Ale gdy partja już rozpoczęta, zapomina o swym niepokoju; wtedy nic już nie jest w stanie rozczulić go i robi wszystko, co może, aby wygrać.
— To, czego żądają od pani, odpowiedział, jest stosownie do zapatrywania się, albo rzeczą wcale nie wielką, albo ogromną.
— Mów doktorze; mam dość siły.
— Fatalne te listy zwrócone będą pani w dniu, w którym panna Sabina poślubi brata Jerzego... markiza Henryka Croisenois.
Przerażenie hrabiny było tak wielkie, iż stanęła nieruchoma, jakby gromem rażona.
— Polecono mi powiedzieć pani, mówił dale doktor, iż będzie jej udzielony czas, jakiego pani żądać będziesz dla zmienienia projektów istniejących. Ale oto gdzie występuje cała szkarada: Kazano mi uprzedzić panią, iż gdyby panna Sabina poślubiła kogo innego, a nie markiza Croiseenois, listy pani oddane będą hrabiemu Mussidan.
Mówiąc to Hortebize badał, jakie wrażenie wywołają jego słowa.
Wrażenie to przeszło jego oczekiwania.
Hrabina wstała; ale tak się chwiała, iż zmuszoną była oprzeć się o gzyms kominka.
— Skończyło się więc! zawołała. To, czego odemnie żądają, nie jest w mojej mocy. Tem lepiej. Nie będę ani się niepokoić, ani walczyć. Odtąd los mój jest zdecydowany. Powiedz, doktorze, temu nędznikowi, który skradł moje listy, by je zaniósł hrabiemu.
Ton mowy hrabiny świadczył o postanowieniu tak nieodwołalnem, iż Hortebize nie wiedział co myśleć o tem.
— A więc prawdą jest, mówiła dalej hrabina, że istnieją nikczemni zbrodniarze, szkaradniejsi od morderców, prowadzący handel podchwyconą boleścią i żyjący z tego! Mówiono mi o nich, ale nie chciałam temu wierzyć. Sądziłam, że tacy ludzie są niezdrowym porodem romansopisarzy, którym brakuje pomysłów. Myliłam się. Ale niech się przed czasem nie radują nikczemnicy, myślący, iż jestem w ich mocy. Nie odniosą korzyści ze swego bezeceństwa. Jest schronienie, gdzie nie zdołają mię dosięgnąć.
— Pani... błagał doktor, pani hrabino!...
Ale błagał napróżno.
Hrabina nie była w stanie słuchać go, nawet słyszeć.
Mówiła dalej ze wzrastającą gwałtownością, roznamiętniając się przypomnieniem zniesionych cierpień.
— Czy nędznicy ci sądzą, iż obawiam się śmierci? O! wiele już lat błagam Boga karzącego mię, jak o łaskę, o spokój i ciszę grobu. To pana dziwi, nieprawdaż, że mówię to ja, ja, która byłam piękną, uwielbiana Dianą Sauvebourg, hrabiną Mussidan. Oto, jak świat sądzi!.. Dawniej, w chwilach najświetniejszych moich balów, gdy wszyscy zazdrościli memu szczęściu, ja doznawałam najokropniejszych udręczeń, znosiłam wszystkie możebne męczarnie... Teraz najlepsze moje przyjaciółki, zastanawiając się nad mojem postępowaniem, zapytują, czy nie jestem szalona. Szalona!.. Dla czegoż nie jestem nią na prawdę! Nie domyślają się ci, których dziwi mój gorączkowy niepokój, moje życie hałaśliwe, nie poznają oni, że uciekam przed widmem przeszłości, wszędzie mię goniącem. Nie mogą nawet domyśleć się, że samotność mię przeraża, że chciałabym uciec sama przed sobą, że szukam zapomnienia. Nieszczęśliwa!.. powinnabym przecież wiedzieć, że wrzawa całego świata, nie zdoła zagłuszyć głosu sumienia!
Mówiła, jak kobieta gotowa do poświęcenia, która nie ma co już oszczędzać i niczego się już nie boi.
Donośny jej głos rozlegał się po całym salonie.
A doktor drżał, gdyż tuż obok w przedpokoju słyszał kroki służących, nakrywających do stołu.
— Jak mogłam tak żyć? mówiła dalej hrabina. Żyłam, gdyż zawsze w pomroku przyszłości drgało małe światełko nadziei. Szłam ku temu wątłemu światłu, padałam, podnosiłam się rozbita i szłam znowu... Dziś wszakże znikła wszelka nadzieja. Widzę tylko ciemności. O! nie zabraknie mi siły do przerwania wątku nieubłaganych myśli. Dziś po raz pierwszy Diana Musidan spać będzie spokojnie, bez snów!..
Hrabina uniesiona była do tego stopnia, iż doktor z przerażeniem zapytywał sam siebie, jak powstrzymać ten wybuch, którego nie przewidział.
Donośny głos jej, mógł sprowadzić służących, a nawet hrabiego, który w tej chwili był pod nożem Mascarota.
Cóż w tedy będzie? Zmowa zostanie odkryta i wszystko przepadnie.
Widząc, że pani Mussidan zamierza wyjść i że próżne słowa nie zdołają jej powstrzymać, doktor ośmielił się pochwycić ją za ręce i siłą prawie usadowił na kozetce.
— Pani! na miłość boską! powiedział swoim najsłodszym głosem, w imieniu swej córki, racz mię wysłuchać. Niech pani tak się nie unosi! Czyż byłbym tu, czyż podjąłbym się tej roli pośrednika nędzników, którymi brzydzę się, gdybym sądził, że wszystko już stracone? Pozostaje pani moje przywiązanie; a jest to przywiązanie człowieka serca i doświadczonego. Czyż nie moglibyśmy walczyć razem, zakląć burzę?
Doktor mówił długo, przekonywająco, wysilając się teraz na uspokojenie hrabiny, jak przed chwilą wysilał się na wykazanie jej ogromu niebezpieczeństwa.
Hortebize jest lekarzem. Umie on, zdecydowawszy się na nieodzowną operację, łagodzić ból rany zabliźniać ją.
Tu miał przynajmniej tę pociechę, iż szybko przekonał się, że trud jego nie był stracony.
Pod wpływem tej wymowy łagodzącej, która jak krople wody spadała na rozpacz, pani Mussidan uczuła jakby odrętwienie.
Opanowała ją niemoc, następująca zwykle po wielkiem przesileniu, gdy nerwy, dotąd tak naciągnięte, iż omal się nie zerwą, raptem zwolnieją.
Po upływie kwadransa, dzięki cudom zręczności, doktor doprowadził ją do tego, iż poczęła zastanawiać się nad swem położeniem.
Wtedy dopiero odetchnął i obtarł sobie czoło.
— To szkaradne, powtarzała hrabina, ohydne!
— Bez wątpienia. Ale rozpatrzmy sam fakt. Czy masz pani co do zarzucenia markizowi Croisenois osobiście?
— Nic nie mam.
— Jest z dobrego domu, lubiony, szanowany, bardzo przystojny, ma zaledwie trzydzieści cztery lata, gdyż młodszy jest od swego brata o lat piętnaście... czyż nie dobra to partja?
— Tak, ale...
— Szalał? któż z młodych nie szalał? Mówią, że jest zadłużony, zrujnowany. To fałsz; w każdym razie panna Sabina jest bogata za dwoje. (Więcej powieści É. Gaboriau bezpłatnie do pobrania na Wikiźródłach). Zresztą Jerzy Croisenois pozostawił znaczny majątek, podobno dwa miliony; niepodobna, by Henryk, prędzej lub później, nie dostał spadku po bracie.
Pani Mussidan zanadto była jeszcze pod wrażeniem strasznych wzruszeń, by mogła stawić doktorowi zarzuty. Niesłychanie wysiliwszy się zaledwie zdołała zebrać swe pomącone myśli.
— Choćbym powiedziała: tak — to i to na nic nie zda się. Hrabia Mussidan postanowił, że Sabina będzie żoną pana Breulh-Faverlay. Ja nie jestem tu panią.
— Pani wszystko może zrobić ze swym mężem i gdybyś tylko pani chciała..
Hrabina smutno potrząsła głową.
— Dawniej, rzekła, było tak, to prawda; panowałam samowładnie nad sercem i umysłem Oktawiusza, rozrządzałam jego wolą. Wtedy kochał mię. Ale później!... czyż nie powiedziałam panu, żem była szalona. Zaniedbałam miłość potężną, która zdawała się być wieczną. Wszelki powrót zrobiłam niemożebnym, a teraz...
Zatrzymała się, jakby zawstydzona tem co ma powiedzieć, po chwili dodała:
— Teraz jestem zupełnie obcą dla pana Mussidan. I uskarżać się na to nie mogę sama tego chciałam... on jest sprawiedliwy i dobry.
— Zawsze możnaby spróbować, zyskać na czasie...
Spróbuję, doktorze. Ale Sabina!... któż może wiedzieć, czy Sabina nie kocha pana Breulh?
— O, pani!... pani!... matka ma zawsze taki wpływ...
Gwałtownym ruchem hrabina pochwyciła rękę doktora i ściskając ją bardzo silnie, rzekła głuchym głosem:
— Czyż mam panu opisywać całą głębię mojej niedoli? Jestem obcą dla mego męża. Ale moja córka, to co innego: ona pogardza mną, nienawidzi mnie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wielu ludzi jest zdania, iż życie można z łatwością podzielić na dwie różne części.
Jedną poświęcić zabawom, zadowoleniu wszystkich fantazyj; a potem, gdy popiół czasu przysypie ogień namiętności, część drugą poświęcić wypoczynkowi, czystym radościom rodzinnym.
To rzecz niemożebna.
Według tego jaką była młodość, starość bywa wynagrodzeniem, lub pokutą.
W życiu nie dostrzega się to z należytą jasnością. Tyle bywa szczęścia kłamliwego!
Hrabina Mussidan pokutowała.
Ale doktor Hortebize nie miał czasu zapuszczać się w takie rozmyślania; czas naglił, lada chwila mógł nadejść hrabia; w każdym razie mógł ukazać się lokaj, z oznajmieniem, iż podano do stołu.
Zaniechał więc na teraz wszelkich wypytywań i zajął się tylko uspokojeniem hrabiny, przedstawianiem, iż przeraża się tylko urojeniami, że nie może być obcą dla męża, że córka nie może jej nienawidzieć.
Był nawet tak wymowny, tak przekonywający, tak zręcznie rozwinął ile to można oczekiwać od jego poświęcenia, że promyk nadziei zabłysnął w duszy biednej kobiety.
— Ach! doktorze, powiedziała wzruszonym głosem, tylko w chwilach nieszczęścia poznać można prawdziwych przyjaciół.
Hrabina złapała się, tak jak i p. Mussidan.
Poddawała się; po długim oporze, to prawda ale poddawała się.
— Przyrzekła, że zaraz od jutra zajmie się zerwaniem zobowiązań, i jak tylko miejsce będzie opróżnione, wysunie naprzód markiza Henryka Croisenois.
Czegóż więcej można było żądać?
W zamian za te obietnice doktor poprzysiągł, iż potrafi powstrzymać tego nędznika Tantaine’a, i wymódz na nim, iż będzie cierpliwy. Przyrzekł także, iż często będzie uwiadamiać jak rzeczy stoją...
Już przeszło dwie godziny znajdował się Hortebize u hrabiny. Wreszcie mógł odejść.
Był złamany. Tryumfy podobne nie odnoszą się bezkarnie. Nawet będąc wspólnikiem Mascarota, nie można przestać być człowiekiem.
Chociaż było bardzo zimno, powietrze jednak na dworze wydało się doktorowi niezmiernie przyjemnem. Oddychał pełnemi piersiami, jak to zwykle bywa po dokonaniu ciężkiej roboty, albo gdy czujemy, iż szczęśliwie wybrnęliśmy z trudnej przeprawy.
Powoli poszedł ulica Matignon, przedmieściem Saint-Honoré i przybył do kawiarni, gdzie już raz czekał na wspólnika swego i gdzie umówili się zejść po wygranej bitwie.
Zacny stręczyciel był już tam.
Siedząc w kącie, przed nietkniętym kuflem, zatopiony w dziennik, którego nie czytał, Mascarot umierał z niecierpliwości, drżał przy każdem odemknięciu drzwi.
Tysiące przychodziło mu na myśl przypuszczeń, dlaczego Hortebize nie przybywa. Czy napotkał jaką nieprzewidzianą przeszkodę, owo niedostrzeżone ziarnko piasku wywracające najpotężniejsze kombinacje?...
Jak tylko doktor ukazał się, zapytał go nie bez pewnego drżenia w głosie:
— No i cóż?
— Zwycięztwo!.. odrzekł Hortebize.
I rzucił się na krzesło dodając:
— Och! twardo szło!...

VII.

Rozstawszy się z Mascarotem, odtąd swoim protektorem, Paweł Violaine krokiem niepewnym człowieka podchmielonego i przytrzymując się za poręcz, zstępował po schodach biura stręczeń.
Powodzenie tak nagłe, niespodziewane, które spadło na niego jak dachówka z dachu, zupełnie go upoiło; był jak w szale.
W jednej chwili, bez żadnych przejść, z położenia tak okropnego, iż idąc przez most, obłąkanem okiem spoglądał na Sekwanę, znalazł się w położeniu takiem, iż miał dwanaście tysięcy rocznie.
Bo taką była owa cyfra fantastyczna, niesłychana, którą stręczyciel zabłysnął mu przed oczyma.
Wyraźnie powiedział: dwanaście tysięcy rocznie, tysiąc franków na miesiąc i gotów był wyliczyć pieniądze za pierwszy miesiąc.
Od tego można było oszaleć, i Paweł był prawie szalony.
Myśli miał do takiego stopnia zamącone, iż oprócz cudownego faktu nie widział nic; nie starał się bynajmniej zdać sobie sprawy z rozmaitych wydarzeń.
Nie. Owo dziwne następstwo wydarzeń znajdował on zupełnie naturalnem: I tego starego pisarza od komornika, ukazującego się w sam czas, aby mu pożyczyć pięćset franków, i tego stręczyciela, który tak dobrze jak on sam znał całe jego życie i który tak od razu, nie targując się, zaproponował mu pensję naczelnika sekcji w ministerstwie.
Jednak, znalazłszy się na ulicy, pod wpływem szczególnych wrażeń, Paweł nie pomyślał o tem, by biedz do hotelu Peruwiańskiego z wielką nowiną...
Róża zapewne czekała na niego; ale nie to mu było w głowie. Usprawiedliwiał on przepowiednię doktora Hortebize.
Po tym pierwszym przystępie radości, uczuł nie przepartą ochotę, do ruchu, naglącą potrzebę zrobienia jakiego wydatku, wywnętrzenia się ze swego uniesienia. Zdawało mu się, że radość jego będzie dwa razy większą, gdy będzie mógł opowiedzieć o swem szczęściu.
Ale dokąd iść o tym czasie? A nie miał przyjaciół, którychby mógł zmartwić swem powodzeniem.
Długo rozmyślając nad tem, przypomniał sobie wreszcie, iż w pierwszych dniach swej paryskiej nędzy, pożyczył był cokolwiek pieniędzy — o!.. bardzo nie wiele, — dwadzieścia franków, u pewnego znajomego jednych z nim lat, nazwiskiem Andrzej, który zapewne nie był bogatszym od niego.
Pozostawała mu przeszło połowa z biletu bankowego starego pisarza od komornika; kilkanaście luidorów brzęczało w kieszeni, a czuł że rychło dostanie więcej... czyż nie była to dobra pora do uiszczenia się z długu, a z drugiej strony pyszna sposobność do popisania się ze swą niezmierną wyższością?
Na nieszczęście, ów znajomy mieszkał bardzo daleko, na samym końcu ulicy La Tour d’Auvergne.
Odległość ta cokolwiek przestraszała Pawła i wahał się. Ale wtem dostrzegł przejeżdżający próżny powóz. Wsiadł do niego i powiedział powożącemu adres, tonem człowieka nieprzywykłego do chodzenia piechotą.
Powóz ruszył, a Paweł począł rozmyślać o wspaniałomyślnym wierzycielu, do którego udawał się. Andrzej ten nie był jego przyjacielem, był zaledwie znajomym.
Paweł poznał go w jednej kawiarni przy bulwarze Clichy, gdzie bywał często z Różą, gdy przybywszy do Paryża mieszkał na Montmartre.
Do kawiarni tej uczęszczają najwięcej artyści: malarze, muzycy, aktorowie, dziennikarze, wszyscy wielcy ludzie w zarodku, gwałtownie rozprawiający i wypijający niezmierną ilość piwa.
Kawiarnia ta „pod Szpinetem“ otrzymała nazwę od umieszczonego w jednej sali na piętrze fortepianu, niefortunnego instrumentu, wystawionego na najcięższe próby, zwykle rozstrojonego, a którego jęki słychać było aż na środku ulicy.
Andrzej, według tego co wiedział o nim Paweł, nieznający nawet jego nazwiska, i który nigdy nie był u niego, Andrzej ten był artystą, miał nawet nie jedną cięciwę na swym łuku.
Był to naprzód rzeźbiarz-ornamentysta, to jest taki, który wykonywa za płacę dzienną, albo od sztuki, śmieszne często koncepta właścicieli domów, mających prawo przyozdabiać je, ale robiących źle, gdy każą lokatorom płacić za te ozdoby.
Jest to rzemiosło dość ciężkie. Najczęściej trzeba pracować na niezmiernych wysokościach, na rusztowaniach, drżących przy najmniejszem poruszeniu; trzeba powierzać się deskom wązkim, albo chwiejącym się drabinom. Oprócz tego, z małemi wyjątkami, artysta taki naraża się na wszelkie zmiany powietrza, w zimie marznie, w lecie piecze się; za całą ochronę od deszczu ma tylko lichy dach. Rzemiosło to jest ciężkie — ale też i korzystne.
Andrzej musiał nieźle żyć ze swych figur i girland.
Tylko, że przez długie lata, to, co przybywało z jednej strony od dłuta i młotka, uchodziło drugą stroną na pędzle i farby.
Bo Andrzej był także malarzem; ale to dla swojej przyjemności, dla zadowolenia swej ambicji, aby być powolnym nieprzezwyciężonemu pociągowi.
Wiele studjował, wiele pracował u rozmaitych mistrzów; nakoniec pewnego dnia, czując się dość silnym, by dalej iść samemu, założył pracownię.
Od tej pory malarstwo nic go nie kosztowało. Dwa razy już dawał obrazy swe na wystawę i kupcy poczynali już pamiętać drogę do jego pomieszkania.
W kawiarni „pod Szpinetem“ wysoko poważano Andrzeja. Mówiono, iż w samej rzeczy ma on talent prawdziwy i szczególną oryginalność, i że zajdzie daleko, gdyż przy tem wszystkiem był z niego niezmordowany pracownik.
Paweł zaledwie dwadzieścia razy siedział przy jednym z nim stole, gdy pewnego wieczora, wychodząc razem, przyciśnięty nędzą, pożyczył u niego dwadzieścia franków, przyrzekając, że odda na drugi dzień.
Ale na drugi dzień Paweł i Róża znaleźli się w większej biedzie, aniżeli dniem przedtem; położenie ich coraz pogorszało się, potem przenieśli się na drugi brzeg Sekwany... Koniec końcem, Paweł od ośmiu miesięcy nie widział Andrzeja.
Fiakr zatrzymał się przy ulicy La Tour d’Auvergne przed domem pod nr...
Paweł wyskoczył na chodnik, rzucił dwa franki powożącemu i poszedł szeroką i bardzo czysto utrzymaną aleją ku domowi.
W głębi jej stała kobieta tłusta, świeża, czyściutka, w białym czepku i czyściła miedziany zamek u drzwi. Musiała to być odźwierna.
— Pan Andrzej? zapytał Paweł.
— Jest u siebie, panie, odpowiedziała stara kobieta z niezwykłą uprzejmością i nawet pewną dystynkcją, co rzadko bardzo napotyka się u odźwiernych. Pan Andrzej zawsze prawie siedzi w domu... o bo co do pracy, to niema sobie równego.
— Prosiłbym panią...
— A jaki porządny! mówiła dalej stara kobieta, a jaki oszczędny! Nie słyszałam, by choć jeden sous miał długu. Raz tylko widziałam go podchmielonego. A przytem żadnych znajomości... wyjąwszy pewnej młodej damy, która... od miesiąca... Trudno mi nawet było zobaczyć ją, z powodu woalu... Ale co mi tam do tego?... nieprawdaż?... Ja znajduję, że to dama bardzo przyzwoita, przychodzi zawsze ze służącą i zapewne z czasem...
— Do licha przerwał Paweł zniecierpliwiony, czy pokażesz mi przecież pani, gdzie jest pracownia pana Andrzeja?
Gwałtowne to przerwanie widocznie bardzo obraziło odźwierną.
— Czwarte piętro... drzwi na prawo, odpowiedziała sucho.
A podczas gdy Paweł szedł po schodach, mruczała:
— Człowiek bez wychowania! przerywać tak kobiecie wiekowej!... Ale nic to, mój piękny chłopcze!... jeżeli kiedy jeszcze tu przyjdziesz, poznam cię — i nie znajdziesz pana Andrzeja w domu.
Paweł był już na czwartem piętrze.
Na środku drzwi, po prawej stronie, przybity był bilet wizytowy. Paweł przybliżył się i przeczytał „Andrzej.“
Nie widząc dzwonka, zapukał, a potem nadstawił uszu, jak to się zwykle robi w podobnych razach.
Wkrótce usłyszał kroki, potem szmer jakiegoś sprzętu, który przestawiano, potem skrzyp miedzianych kółek przesuwanych po drucie.
Wreszcie dźwięczny i młody głos odezwał się:
— Proszę wejść!
Protegowany Mascarota otworzył i wszedł.
Znajdował się w pracowni oświetlonej z góry, dość przestronnej, skromnej, ale czystej, aż do przesady prawie.
Szkice, rysunki, niedokończone obrazy zalegały wszystkie ściany. Na prawo stała bardzo niska sofa, przykryta tureckim dywanem. W głębi nad kominkiem wisiało zwierciadło w rzeźbionych ramach, które amator kupiłby nie targując się. Na lewo wznosiła się bardzo wielka sztaluga, ale zielone perkalowe firanki zakrywały obraz znajdujący się na niej; widać było tylko brzegi ramy wielkiej ceny.
Na środku pracowni, z paletrą na palcu i pędzlem w ręku, stał Andrzej.
Był to mężczyzna słuszny, prześlicznie zbudowany, bardzo ciemnej cery, z włosami krótko przystrzyżonemi i brodą arystokratyczną miękką, kędzierzawą, starannie utrzymaną.
W porównaniu z Pawłem, Andrzej był brzydki.
Ale młody malarz miał to, czego właśnie brakowało protegowanemu Mascarota, a mianowicie jedną z tych wyrazistych fizjonomij, które się nie zapominają.
Zresztą, widzieć go, znaczyło tyle co znać. Jego czoło, szerokie i dumne, usta dokładnie zarysowane, uśmiech, czarne oczy pełne ognia, odrazu świadczyły o naturze męskiej i prawej, o inteligencji, dobroci serca i energii woli.
Szczególnie zdziwiło to Pawła, że Andrzej, który widocznie zabierał się do malowania, gdyż miał pędzel i paletrę w ręku, nie był w zwykłym ubiorze do pracy.
Ubrany był nie bardzo według mody, ale nadzwyczaj starannie.
Ujrzawszy Pawła, Andrzej położył paletrę i poszedł ku niemu, szczerze wyciągając rękę.
— Co?... pan tu? zawołał sympatycznym swym głosem, co się z panem dzieje od czasu jak gdzieś zniknąłeś?
To przyjacielskie powitanie zażenowało cokolwiek protegowanego Mascarota.
— Doznałem zawodów, tak zaczął, tysiące miałem kłopotów...
— A Róża? przerwał mu Andrzej; spodziewam się, iż udzielisz mi pan o niej najlepszych wiadomości. Czy zawsze tak piękna?
— Zawsze, odrzekł Paweł nieco dotknięty; potem dodał prędko: pan nie będziesz mi miał za złe, iż zniknąłem na tak długo. Przyszedłem podziękować panu i oddać com dłużny.
Młody malarz obojętnie machnął ręką.
— Eh!... zawołał, z nas dwóch pan jeden tylko pamiętał o tej drobnostce. Pan nie robisz ze mną ceremonij, prawda? gdyby panu choć w najmniejszej rzeczy było trudnem...
Frazes ten nie miło zadźwięczał w uszach próżnego Pawła. Sądził, iż dopatruje w nim, pod udaną wspaniałomyślnością, zamiar upokorzenia go.
Nigdy nie mogła nadarzyć się lepsza sposobność do okazania swej wyższości.
— O! powiedział z miną niezmiernie zarozumiałą, wcale nie jest to trudnem dla mnie. Byłem dawniej, to prawda, w położeniu bardzo przykrem, ale teraz mam posadę, przynoszącą mi dwanaście tysięcy franków.
Sądził, że cyfra ta zdziwi artystę, wyrwie mu okrzyk zazdrości; ale mylił się de takiego stopnia, iż uznał potrzebę dodania:
— W moim wieku to nieźle.
— Przepysznie. A co pan robisz, jeżeli można zapytać?
Zapytanie to wynikło z samych okoliczności. Ale ponieważ Paweł nie mógł odpowiedzieć na nie, sam bowiem nie wiedział jakie ma obowiązki, obraził się więc, jakby za obmyślaną obelgę.
— Pracuje, odrzekł prostując się.
Postawa jego, gdy to mówił, była tak szczególna, że Andrzej wydał się zdziwionym.
— Mnie, odpowiedział, rzadko się zdarza, bym nic nie robił.
— Tak jest, ale ja zmuszony jestem pracować więcej niż kto inny, bo nikt nie myśli o mojej przyszłości, żaden krewny, żaden protektor.
Niewdzięczny zapomniał o Mascarccie.
Nad ty ton jego zabawiał malarza.
— Ba odpowiedział, czy myślisz pan, że zarząd dobroczynności dostarcza protektorów swoim podrzutkom?
Paweł wytrzeszczył oczy.
— Jakto? zapytał, pan byłbyś...
— Jestem właśnie i nie robię z tego tajemnicy, będąc zdania, iż nie ma tu nad czem płakać wprawdzie, ale też nie ma czego rumienić się. Wszyscy moi koledzy wiedzą o tem, i dziwię się, że panu nie było to znanem. Ja jestem po prostu dzieckiem ze szpitalu Vendome, gdzie nawet, mówiąc nawiasem, musiałem pozostawić po sobie pamięć wielkiego urwisa.
— Pan P...
— Ja sam i prawdę powiedziawszy, nie doznaję z tego powodu najmniejszej zgryzoty. Zaraz to panu wytłumaczę. Do lat dwunastu byłem najszczęśliwszym chłopcem, siostra — nauczycielka zachwycała się moją pamięcią. W dzień pracowałem w ogrodzie, ciągnącym się nad brzegiem Loary, wieczorami zabazgrywałem ogromną ilość papieru. Chciałem być malarzem. Niestety nie masz nic trwałego na świecie! Miałem dwanaście lat, gdy przełożona powzięła myśl umieszczenia mię w terminie u powroźnika.
Paweł usiadł na sofie i słuchając, skręcał sobie cygareto.
Już miał je zapalić, gdy Andrzej zatrzymał go, mówiąc:
— Wielką mi pan zrobisz przyjemność, gdy nie będziesz palić.
Nie bardzo zdając sobie sprawę z tego kaprysu, gdyż zwykle malarz sam wiele palił, Paweł rzucił precz zapałkę.
— Jestem posłuszny, odrzekł, ale żądam końca historji.
— O!... z chęcią, tem bardziej że nie długa. Rzemiosło powroźnika od razu mi się nie spodobało. Jak na dobitek, zaraz na drugi dzień, jeden niezgrabny robotnik wylał mi na rękę wiadro wody wrzącej i tak poparzył, że omal nie umarłem — i do tej pory mam ślady oparzenia.
— Mówiąc to, zasunął do góry prawy rękaw, i pokazał szeroką bliznę od łokcia do ramienia.
— Zniechęcony i oparzony, zaklinałem przełożoną, by mię kazała uczyć innego rzemiosła. Próżne błagania! Przełożona postanowiła, że będę powroźnikiem.
— To za surowo.
— Bardziej, aniżeli panu się zdaje. To też od owego dnia zrobiłem postanowienie uciec. A ponieważ aby uciec, trzeba było zebrać cokolwiek pieniędzy, stałem się więc najuleglejszym i najpilniejszym ze wszystkich uczniów. Po upływie roku, dzięki wielkiej wytrwałości i pracy, zaoszczędziłem, grosz po groszu, czterdzieści franków. Powiedziałem sobie, że tego dość, i jednego pięknego poranku kwietniowego, zaopatrzony w koszulę, bluzę i parę trzewików na zmianę, poszedłem piechotą do Paryża.
— I miałeś pan wszystkiego trzynaście lat?
— Nawet mniej nieco. Tylko że mię niebo obdarzyło sporym zasobem tej rozumnej woli, którą głupcy nazywają uporem. Poprzysiągłem sobie, że będę malarzem...
— Jesteś nim pan...
— Ale nie bez trudu. O! widzę, jak gdyby to dziś było, oberżę, w której przespałem pierwszą noc po mojem przybyciu do Paryża; znajdowała się ona na samym końcu przedmieścia Saint-Jacques. Byłem tak zmęczony, iż spałem szesnaście godzin bez przerwy. Przebudziwszy się, naprzód zjadłem z wielkim apetytem śniadanie; potem, przekonawszy się, że fundusze moje strasznie zeszczuplały, powiedziałem sobie: „Trzeba, mój chłopcze, byś sobie znalazł natychmiast robotę.“
Uśmiech zaigrał na ustach Pawła.
Przypomniał on sobie pierwsze swe zawody, gdy przybył do Paryża; a jednak nie miał wówczas trzynastu lat, ale dwadzieścia dwa; nie czterdzieści franków posiadał, ale trzy tysiące.
— I pan spodziewałeś się znaleźć robotę? — zapytał.
— Nie, odpowiedział artysta, miałem więcej rozumu. Powiedziałem sobie, że aby coś umieć, trzeba się nauczyć, a bardzo pragnąłem zarobić cokolwiek, aby być w możności płacenia za naukę.
Paweł dla stu przyczyn nie wymówił, usłyszawszy to, ani słowa.
— Na szczęście, mówił Andrzej dalej, tuż przy mnie, gdym jadł śniadanie, siedział jakiś otyły mężczyzna.
— Panie, powiedziałem do niego, niech pan spojrzy na mnie. Mam trzynaście lat, ale jestem silny jak chłopiec szesnastoletni, umiem czytać i pisać, jestem odważny, mam niezrównaną dobrą wolę co mam począć, by zarobić na życie?“
Człowiek ten przypatrywał mi się z minutę i surowym głosem odpowiedział:
„— Idź jutro rano na Grève, znajdziesz tam może jakiego majstra mularskiego, który cię przyjmie.“
— Nazajutrz, od czwartej godziny rano, przechadzałem się koło Hôtel de Ville. Już dość długo kręciłem się wśród robotników, gdy wtem ujrzałem mego tłustego mężczyznę z dnia wczorajszego. On także mię dostrzegł i poszedł prosto ku mnie...
„— Powiem ci, mój chłopcze, powiedział, że podobasz mi się. Jestem przedsiębiorcą robót rzeźbiarskich — chcesz być u mnie w terminie?... Będziesz dopomagać ornamentystom, a oni nauczą cię rzemiosła...
Uczyć się rzeźbiarstwa! Zdało mi się, iż widzę otwarte niebo...
„— Rozumie się, że chcę,“ odpowiedziałem. Jak się rzekło, tak się stało. Zacny ten człowiek był to Jan Lantier, ojciec mego teraźniejszego majstra.
— Ale malarstwo?
— O!... malarstwo dopiero później nastąpiło. Należało zacząć od pewnego wykształcenia się. Będąc w terminie bardzo pracowałem; uczęszczałem do szkoły wieczornej, uczyłem się rysunku, kupowałem książki, a w niedzielę... opłacałem nauczyciela, który mnie samemu dawał lekcję.
— Opłacałeś pan ze swoich oszczędności?
— Tak jest. Nie mało lat upłynęło, nim sobie pozwoliłem wypić szklankę piwa... Sześć sous?... do licha — to suma! Nakoniec nadszedł czas, gdy już zarabiałem ośmdziesiąt albo i sto franków tygodniowo, tak jak i koledzy; wtedy wziąłem się do malarstwa; złe czasy przeminęły...
— I nigdy nie chciało się panu powrócić do Vendome?
— Owszem ale wrócę tam, gdy będę w możności przeznaczyć dochód pięciuset franków jakiemu dzieciakowi, tak jak ja opuszczonemu.
Gdyby Andrzej, znając Pawła, zechciał umyślnie go urazić i zakrwawić rany jego chorobliwej próżności, nie potrzebowałby wyrażać się inaczej.
Każden jego frazes uderzał w serce protegowanego Mascarota, boleśniej aniżeli dłoń w policzek.
Pojmował jednak Paweł, że najprostsza grzeczność nakazuje mu zdobyć się na jakiś frazes podchlebny.
Zadał sobie gwałt i powiedział:
— Kto ma taki talent jak pan, ten nie potrzebuje nikogo.
I jakby chcąc stwierdzić ta zdanie, wstał i począł oglądać pracownię.
Pozornie, przypatrywał się szkicom.
W rzeczywistości zaś, pociągnął go ku sobie ów obraz, w ramach na sztaludze stojący, tuż naprzeciw i zasłonięty firanką.
Obraz ten wzbudzał w nim ciekawość.
Podczas gdy rozwijało się opowiadanie Andrzeja, tak go drażniące i upokarzające, Paweł nie mógł oderwać wzroku od tego płótna, tak starannie osłoniętego.
Rozmyślał, a mnóstwo szczegółów, zrazu nie dopatrzonych, żywo stanęło mu w myślach; zdawało mu się, iż zachodzi między temi szczegółami bliski stosunek.
Naprzód przypomniał sobie uwagi pani Poileveu, dyskretnej odźwiernej, o owej damie zakwefionej, która w towarzystwie służącej czasami odwidzała malarza.
Powtóre, gdy zapukał do drzwi, czyż nie kazano mu czekać? czyż nie słyszał jak coś porządkowano i przesuwano firanki?
A dalej — do czego ten ubiór staranny?
Nakoniec — z jakiego powodu Andrzej prosił go, by nie palił cygareta?
Ze wszystkiego tego Paweł wywnioskował, że młody malarz dziś właśnie spodziewał się tajemniczych odwiedzin, i że ten obraz był portretem zakwefionej damy.
Od tego, do chęci podniesienia firanki, — czy Andrzej zgodzi się na to, czy nie — był jeden krok tylko.
To też, zatrzymując się i unosząc nad szkicami, powtarzając: „Bardzo pięknie!“ albo: „Ach! jakie to trafne!“ Paweł manewrował w ten sposób, iż powoli przybliżył się do sztalugi.
Gdy już stanął przy niej, nagle wyciągnął rękę i zapytał:
— A to co? Zapewne perła pracowni?
Ale Andrzej, jeżeli nie miał nieufności żadnej, to nie był także pozbawiony i przebiegłości; zauważył on taktykę Pawła i odgadł jego zamiary. Dotknięty w swej delikatności, nie chciał nic mówić, z obawy, iż może mylnie przypuszcza, ale miał się na ostrożności.
A zatem w tej samej chwili, gdy Paweł wyciągał rękę, Andrzej jeszcze szybciej od niego wyciągnął swoją i zatrzymał go, mówiąc:
— Jeżeli zakrywam ten obraz, to znaczy, iż niechcę by go kto widział.
— Ach!... przepraszam! rzekł Paweł.
Starał się w żart obrócić tę niedyskrecję; ale w duszy był bardzo urażony tonem artysty, który wydał się mu śmiesznym.
— A!... to tak!... pomyślał; no, to przedłużę moją wizytę i jeżeli nie udało mi się widzieć portretu, to przynajmniej zobaczę oryginał.
Zrobiwszy to szlachetne postanowienie, rzucił się w wielki fotel skórą wybity, umieszczony koło stołu i rozpoczął długie opowiadanie, postanowiwszy nie zwracać uwagi na niespokojność Andrzeja, który co chwila spoglądał na zegarek i był jak na szpilkach.
Mówił i mówił bez końca, tem bardziej ożywiając się, iż prawie tuż pod ręką dostrzegł fotografie, przedstawiającą młodą kobietę.
Korzystając z roztargnienia Andrzeja, wziął ją, popatrzył czas jakiś, potem powiedział:
— A!... śliczna osoba!
Usłyszawszy to, malarz poczerwieniał jak ogień, usta mu drgnęły i z niesłychaną gwałtownością wyrwawszy fotografię z rąk Pawła, włożył ją w książkę.
Nagły ten ruch tak wymownie zdradzał ogromny gniew, że protegowany Mascarota wstał bardzo wzruszony. Najmniej minutę dwaj młodzi ludzie stali naprzeciw siebie w milczeniu, mierząc się wzrokiem jak dwaj śmiertelni nieprzyjaciele.
Zaledwie byli sobie znani; wypadek, który ich zbliżył, miał teraz rozłączyć; a jednak każden z nich przeczuwał niejasno, że będzie mieć na drugiego wpływ decydujący w życiu.
Andrzej, umiejący lepiej panować nad sobą, pierwszy się opamiętał.
— Przepraszam pana, powiedział, sam źle robię, iż kładę na wierzchu przedmioty, które powinny być starannie przechowane.
Paweł uchylił się, jako człowiek przyjmujący to wyjaśnienie; malarz dodał:
— Ufność ta pochodzi ztąd, iż przywykłem przyjmować u siebie tylko przyjaciół. Dziś zdarzył się wyjątek nieprzewidziany...
Ruchem Paweł przerwał artyście:
— Wierz mi pan, powiedział tonem, który chciał uczynić obrażającym, że bez wielkiej konieczności, wiadomej panu, nie ośmielilbym się przychodzić do pana.
To rzekłszy wykręcił się na piętach i wyszedł zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
— Eh!... idź do wszystkich djabłów, niedyskretny głupcze, mruknął Andrzej; bo przecież byłbym sam zmuszony wyrzucić cię za drzwi.
Paweł strasznie zagniewany opuścił pracownię.
Przyszedłszy z pięknym projektem upokorzenia swego znajomego, popisywaniem się ze swą podejrzaną pomyślnością, odchodził sam upokorzony.
Porównywając siebie z tym bohaterem woli, tak potężnym, a tak skromnym, czuł się małym, lichym, śmiesznym, prawie wstrętnym. I nienawidził Andrzeja za wszystkie szlachetne przymioty, które musiał mu przyznać; nienawidził śmiertelnie.
— Nic to, powiedział sam do siebie, postawię na swojem; zobaczę tę niewidzialną nieznajoma.
I nie zastanowiwszy się nad nikczemnością swego postępowania poszedł w poprzek ulicy i stanął naprzeciw domu, w którym mieszkał Andrzej.
Drżał od zimna, ale podobne liche charaktery znajdują szczególną przyjemność w takich drobnostkach, nie umiejąc na nic się zdobyć, gdy idzie o rzeczy ważniejsze.
Czekał już przeszło pół godziny, gdy wtem fiakr zatrzymał się przed domem Nr... Dwie kobiety wysiadły z niego; jedna bardzo młoda i dystyngowana; druga ubrana jak służąca porządnego domu.
Nie żenując się wcale, Paweł podszedł bliżej i pomimo gęstego woala z łatwością poznał tę, której widział fotografię przed chwilą.
— E powiedział sam do siebie, wole Różę, a na dowód tego idę prosto do niej. Zapłacimy panią Loupiasi opuścimy nazawsze ten przebrzydły hotel Peruwiański.

VIII.

Nie tylko sam protegowany Mascarota podpatrywał kobietę, która przyjechała do młodego malarza.
Usłyszawszy turkot powozu, pani Poileveu, najdyskretniejsza z odźwiernych, umieściła się we drzwiach na progu i utkwiła wzrok w młodą damę.
Gdy obie kobiety weszły, zamiast usunąć się, by je przepuścić, pani Poileveu wyszła. Miała ona swój zamiar.
— Brzydka pogoda, prawda? powiedziała powożącemu. W zimie nie bardzo wygodnie siedzieć na koźle.
— Nie mów mi pani o tem, odpowiedział zapytany, nóg nie czuję od zimna.
— Pewno dwie te damy przyjechały zdaleka?
— Okropnie wziąłem je na Polach Elizejskich, koło alei Matignon.
— Tęgi kurs!
— A tęgi i cztery sous na piwo. To prawdziwe nieszczęście!... Nie mów mi pani o uczciwych kobietach!
— O!... uczciwych!...
— Za to ręczę. Inne dają więcej — znam się na tem.
I jednocześnie zadowolony tem, że przekonał o swej domyślności, zaciął konie i odjechał.
Pani Poileveu powróciła do swego pokoiku na pół zadowolona.
— Przynajmniej wiem, mruknęła, w jakiej dzielnicy mieszka księżniczka. Nie na wiele to się przyda, ale zawsze!... następny raz, zaofiaruję cokolwiek służącej, tak, coś z łakociów i wygada mi wszystko.
Złudną nadzieją pocieszała się pani Poileveu.
Służąca ta, całkiem oddana swej pani, była oburzona uporczywem wpatrywaniem się odźwiernej; poczytywała to za straszne zuchwasltwo.
Zagniewana odgrażała się, iż opowie wszystko panu Andrzejowi, który megerę tę nauczy respektu.
Ale na jedną myśl skargi, młoda dama tak się przeraziła, że stanęła i zwróciwszy się do służącej rzekła:
— Zabraniam ci to, Modesto, nie pozwalam ci mówić o tem ani słowa panu Andrzejowi.
— Ależ, pani...
— Ts!.. Chcesz mi zrobić przykrość? No, idźmy, czeka na mnie.
Tak jest, była oczekiwana z rozkoszną niespokojnością, z niebiańską trwogą dwudziestoletnią.
Od samego wyjścia Pawła, Andrzej nie mógł usiedzieć na jednem miejscu: w każdej sekundzie widział całą wieczność. Drzwi od pracowni pozostawił otworem i każden raz, usłyszawszy szmer, wybiegł na schody.
Nakoniec rzeczywiście usłyszał szmer harmonijny jak niebiańska muzyka — szelest sukni ukochanej kobiety.
Pochyliwszy się na poręcz spojrzał na dół; to ona... tak jest... idzie na drugie piętro... nakoniec wchodzi do niego, do jego pracowni, od której zamknął za nią drzwi.
— Dzień dobry, Andrzeju, rzekła, podając mu rękę; widzisz pan jak jestem punktualna.
Blady ze wzruszenia, drżąc jak listek, Andrzej ze czcią przycisnął do ust podaną sobie rękę mówiąc:
— Panno Sabino!... O! jak pani dobra!... dziękuję!
Była to rzeczywiście Sabina, jedyna dziedziczka starożytnego i dumnego rodu Mussidauów. Ona to znajdowała się u Andrzeja, podrzutka ze szpitala Vendome.
Ta sama Sabina, młoda dziewczyna z natury trwożliwa, wychowana w całym szacunku towarzyskiej konwencjonalności. Ona to narażała obecnie to, co poczytywała za rzeczy najdroższe w świecie: swój honor i reputację.
Ona to, przezwyciężając przesądy wychowania swego i rodu, ośmielała się przekroczyć straszliwą przepaść, oddzielającą salon przy ulicy Matignon od pracowni przy ulicy La Tours d’Auvergne.
Zdarzają się takie zuchwalstwa, które rozum zaledwie przypuszcza, a które serce może wytłumaczyć z łatwością.
Sabina i Andrzej kochali się od dwóch lat.
Po raz pierwszy spotkali się w zamku Mussidan, znajdującym się w Poitou; tam złączył ich zbieg drobnych wypadków, które zawsze plątały i plątać będą wszystkie kombinacje ludzkiego rozumu.
— Człowiek obmyśla i układa projekta; ale ponad nim unosi się Opatrzność — głupcy nazywają to trafem — której przewidująca ręka układa i przysposabia wszystko dla spełnienia swych niedościgłych rozumowi zamiarów.
W końcu 1863 roku, Andrzej, którego zdrowie nadwerężył nieco nadmiar pracy, zamyślił trochę podróżować. Wtem Jan Lantier, jego pryncypał, zawezwał go jednego wieczora do siebie.
— Jeżeli pan chcesz, powiedział mu, wypocząć i zarazem zarobić trzysta lub czterysta frauków, to zdaje mi się, iż potrafię ułożyć to. Jeden z budowniczych żąda odemnie rzeźbiarza na prowincję, w okolicę przepyszną — czy chciałbyś pan podjąć się tam roboty?
— Propozycja ta była na rękę Andrzejowi, więc w końcu tygodnia puścił się w drogę, przyrzekając sobie, że dobrze się zabawi.
Wszystko poszło jak z płatka. W sam dzień przybycia do Mussidan, rozpatrzywszy się w robocie, dla której go wezwano, przekonał się, że ta będzie dla niego igraszką. Chodziło o wykonanie niektórych ozdób wzdłuż balkonu tylko co odrestaurowanego. Wszystko można było skończyć za kilkanaście dni.
Ale Andrzej nie spieszył. Okolica podobała mu się, znajdował wiele motywów do studjów, a zdrowie poprawiało się z każdym dniem.
A przytem, głównym powodem że się nie spieszył, do czego w połowie tylko przyznawał się przed sobą, było to, że dostrzegł w parku, jak cień między drzewami, przesuwającą się młodą dziewczynę, której jedno spojrzenie sprawiło na niem wrażenie cudne, dotąd zupełnie mu nie znane.
Młodą tą dziewczyną była Sabina.
Z nadejściem upałów hrabia Mussidan wyjechał do Niemiec, hrabina przeniosła się do Luchon i znalazła najrozsądniejszem córkę swą wyprawić na kilka miesięcy do starego rodzinnego zamku, pod opiekę bardzo podeszłej krewnej, pani Chevauché, wdowy.
Historja dwojga młodych ludzi, prosta i naiwna, była zupełnie taka sama jak wszystkich, którzy byli młodzi i kochali.
Drobnostka dała pretekst do przemówienia kilku słów, które wymówili do siebie rumieniąc się.
Raz Sabina wyszła na balkon i z dziecinną radością poczęła przypatrywać się obrabianiu twardego kamienia przez Andrzeja.
Gdyby jej kto powiedział, że zajmuje ją więcej rzeźbiarz aniżeli rzeźba, to pewnoby zdziwił się tem głęboko. A jednak tak było.
Andrzej, chociaż nigdy w życiu swem nie był tak zmieszany, ośmielił się przemówić pierwszy. Rozmawiali długo i Sabina była zdziwiona podniosłością myśli tego młodego człowieka, który w przestronnej bluzie i miękkim pilśniowym kapeluszu wydał się jej zrazu nie więcej jak prostym rzemieślnikiem.
W nieświadomości swej i niedoświadczeniu Sabina nie była w stanie należycie określić uczucia, które w niej się przebudziło.
Andrzej nie łudził się.
Pewnego wieczora, po ścisłem zbadaniu swego sumienia, zmuszony był uchylić czoło przed rzeczywistością.
— Nie ma co mówić, mruknął, zakochałem się.
Potem promień rozumu oświetlił jego szaleństwo: zmierzył on nieprzebyte przeszkody oddzielające go od tej młodej dziewczyny z tak wielkiego domu i tak bogatej — i przeraził się.
— Trzeba uciekać! zawołał, uciekać prędko, bez dalszego namysłu, nie oglądając się; tu mi nie dobrze.
Mówi się to z najlepszą w świecie wiarą, robi się postanowienie, a potem... pozostaje się w miejscu. Tak też zrobił i Andrzej.
To prawda, że, jak wszędzie, tak i tu, traf zdawał się wmięszać.
Zamek Mussidan leży w dość znacznej odległości od ludniejszych punktów. By dojść do najbliższej wioski, przechodzić trzeba część lasu Bivron. Gdy Andrzej przybył do Mussidan, postanowiono zatem, że będzie się stołował w zamku.
Jadał sam, w godzinach, które sam sobie wybrał, w wielkiej sali; posługiwał zaś mu służący pani Chevauché.
Wkrótce odosobnienie takie Sabina znalazła w najwyższym stopniu niewłaściwem, poczytywała je za upokorzenie najniesłuszniejsze.
— Dia czego pan Andrzej nie jada z nami? zapytała ciotki. Wszak bezwątpienia ma on nierównie więcej ogłady, aniżeli wiele osób, które przyjmujemy.
Stara dama zgodziła się na to. Dziwnem się jej jednak wydawało przypuszczanie do swego stołu młodego człowieka, który wylazłszy na drabinę obrabiał kamienie za dzienną płacę; ale sama tak się nudziła!...
Bezzwłocznie zaproszony, Andrzej przyjął zaproszenie, a starej damie zdawało się, że spada ze swej wysokości, gdy w obiadową godzinę ujrzała wchodzącego gościa, który z obejścia się i zachowania poczytany być mógł za jakiegoś gentlemana, bawiącego na wsi.
— To nie do uwierzenia, mówiła idąc spać, do swej siostrzenicy, ten kamieniarz ma minę jakby jaki wielki pan. Wyraźnie nadchodzi koniec świata: nie masz żadnych przedziałów społecznych; wszystko się pomięszało. Dążymy do chaosu; czas mi już umrzeć.
Pomimo to Andrzej umiał zjednać sobie względy wdowy, a ponieważ nie brakło mu sprytu, uzupełnił swe zwycięstwo, wymalowawszy jej portret, który jeżeli był podobny, to niemniej przeto był strasznie podchlebiony.
Od tej chwili, przypuszczony do poufałości, nie obawiając się już być urażonym, on, dotąd tak ostrożny, stał się wynurzającym i rozmownym.
Nawet jednego razu, namówiony przez panią Chevauché, opowiedział swoja historje, po prostu, tak jak opowiadał ją Pawłowi, tylko z większemi szczegółami.
Opowiadanie to rozpłomieniło wyobraźnię młodej dziewczyny, nie powiemy romansowej, gdyż byłoby to przesadą, ale pełnej rycerskości.
Sabinę zachwyciło to ciche i niewidzialne bohaterstwo, jedyne możebne i prawdziwe w naszych czasach. Zdumiała ją energia tego człowieka, który dziecięciem rzucony w straszliwy wir świata, umiał zająć w nim pewne stanowisko. Uwielbiała tę wielkość, geniusz, ambicję. Widziała w nim, i słusznie, ową istotę wyższą, o jakiej marzą młode dziewczęta.
Jednem słowem kochała go i ośmieliła się przyznać do tego przed sobą.
Czyż losy ich, pozornie tak różne, nie były w rzeczy samej jednakie?
Między ojcem i matką, którzy oboje z jednakowym wstrętem uciekali przed domowem ogniskiem, Sabina czuła się tak samo jak i Andrzej opuszczona.
W takiem położeniu dnie upływały im szybciej aniżeli sekundy.
Zapomnieni, że tak powiemy, przez cały świat, w głębi tego samotnego zamku byli wolni jak powietrze.
Bo pani Chevauché bynajmniej im nie zawadzała.
Regularnie po obiedzie stara dama prosiła zawsze Andrzeja, by jej czytał gazetę i również regularnie przy dwudziestym lub trzydziestym wierszu, według tego jaka była pogoda, zasypiała głębokim snem, którego pod surową karą nie wolno była nikomu przerywać.
Wtedy Andrzej i Sabina wysuwali się na palcach, weseli i uśmiechnięci jak szkolarze, którzy zmylili czujność nauczyciela.
I szli na chybi-trafi. To wolnym krokiem przechadzali się po ogromnej alei pod cieniem stoletnich dębów, to biegali po słońcu pomiędzy skałami pod lasem Bivron.
To znowu, wsiadłszy do starej spróchniałej łodzi, którą Andrzej naprawił jak umiał, wypływali na nie wielką rzeczułkę, o brzegach umajonych liliami i sitowiem.
Tak upłynęły dwa miesiące, zachwycające, pełne uroku.
Dwa miesiące najczystszej i najwznioślejszej miłości, podczas kórych wszakże wyraz miłość nie przeszedł z serca do ust.
Walcząc długo przeciw namiętności, która, jak to czuł dotąd, była jego życiem, a która jednak nie miała wyjścia, Andrzej skończył na tem, iż nie chciał już zastanawiać się.
Zabronił sobie myśleć o przyszłości, jak suchotnik zabrania sobie myśleć o swej niemocy.
Przeczuwał uderzenie piorunu... ale czekając nań, co wieczór dziękował Bogu, iż mu jeszcze jeden dzień użyczył.
Nie, mówił sobie czasami, to za wielkie szczęście aby mogło być trwałem.
Nie było niem.
Zajęty myślami jak tu usprawiedliwić dłuższy swój pobyt w Mussidan, Andrzej, ukończywszy robotę, zamierzył obdarzyć stare zamczysko arcydziełem współczesnej sztuki.
Postanowił starożytny balkon otoczyć kamienną girlandą powoju i dzikiego wina. Codziennie, gdy wszyscy jeszcze spali, pracował nad tem.
Pewnego poranku, gdy już miał udać się na robotę, stary sługa, który był przy nim od samego początku, oznajmił mu, że pani Chevauché prosi go do siebie.
— Pani kazała mi bym pana przyprowadził natychmiast, tak jak pan jesteś.
Złowrogie przeczucie, ostre jak sztylet, przeszyło serce artysty. Odgadł on, zrozumiał, że marzenia jego skończyły się i krokiem skazanego na śmierć poszedł za służącym.
W chwili gdy otwierał drzwi do salonu, w którym znajdowała się ciotka Sabiny, poczciwy sługa powiedział mu:
— Miej się pan na ostrożności... pani jest w takiem usposobieniu!... Nigdy nie widziałem jej taką od dnia w którym nieboszczyk mój pan... Zresztą, dość tego.
Rzeczywiście, stara dama była w strasznym gniewie i niezważając na swój reumatyzm szybko przechadzała się po salonie. Wysoki jej czepek zsunął się na jeden bok, a chodząc wymachiwała rękami i stukała w posadzkę laską z kruczym dziobem.
Ujrzawszy Andrzeja, nagle stanęła; głowę w tył wychyliła, wybierając postawę jak można najbardziej imponującą.
— Cóż to, mój kochany? zawołała głosem na pół męzkim, który mają zawsze w rezerwie dla wielkich okazyj kobiety ze starej arystokracji, jak mi donoszą, pozwalasz sobie kochać moją siostrzenicę? umizgać się do niej?...
Mówiła do niego „ty“... Ni mniej, ni więcej jak do parobka, sądząc, że tym sposobem lepiej mu da pojąć nikczemność jego stanowiska i swoją odwagę.
Andrzej, zrazu blady, poczerwieniał po same białka oczu.
— Pani!... wybełkotał...
— Na cnotę mojej matki!... przerwała mu wdowa, czy nie myślisz zaprzeczać, gdy ci na twarz wystąpiła taka czerwoność, sama za ciebie świadcząca! Musisz być niezmiernie zuchwałym, aby śmieć podnieść oczy aż na pannę Sabinę Mussidan. Zkąd ci się wzięła ta impertynencja? Zapewne jest to skutek mojej wielkiej pobłażliwości! Czy miałeś zamiar uwieść ją, czy też zamyślałeś prosić o rękę?...
— Przysięgam pani, na mój honor!...
— Na twój honor!... Sądziłby kto, że to szlachcic!.... Boże święty!... gdyby nieboszczyk hrabia Chevauché żył jeszcze!... ostatnie tchnienie wydusiłby z ciebie pod kijami. Ja poprzestaje na tem, że cię wypędzam. Zabierz swoje narzędzia i wynoś się ztąd mój kochany — idź sobie gdzieindziej obciosywać kamienie.
Andrzej nie ruszał się, sam był jak kamienny; on, zwykle tak drażliwy, teraz zdawał się nie uważać w jak krzywdzący sposób postępowano z nim.
Widział tylko jedno — że go wypędzano, że nie zobaczy więcej Sabiny.
Mązka jego energia nie mogła ostać się przeciw takiemu ciosowi, najokropniejszemu, jaki mógł sobie wyobrazić i wybuchnął głośnem tkaniem jak dziecko.
Objaw tej boleści ogromnej był tak niespodziewany, tak okropny w tym mężczyznie, iż stara dama osłupiała.
Odwróciła się nagle i upłynęła przeszło minuta, nim była w stanie przemówić znowu.
— Byłam z panem surową, panie Andrzeju, powiedziała wreszcie. Mam na nieszczęście zanadto żywy charakter. To, co się stało, to z mojej winy, jak dał mi to poznać proboszcz z Bivron, który uprzedził mię niedawno, za co mu jestem wdzięczna. Ja tylko jedna niczego nie domyślałam się, gdy wszyscy gadali już o panu i mojej siostrzenicy.
Andrzej zrobił poruszenie tak strasznej pogróżki, iż gdyby go widziało sześciuset mieszkańców Bivronu, to wszyscy by uciekli.
— O! zawołał, gdyby mi wpadł do rąk którykolwiek z tych nędzników!...
— No, no!... przerwała mu pani Chevauché, której to energiczne oburzenie spodobało się, czy nie myślisz pan uciąć wszystkie złe języki? Nic jeszcze złego nie stało się, a to rzecz główna; odjedź pan, zapomnij o mojej siostrzenicy.
Idź, zapomnij!... znaczyło to dla Andrzeja tyleż co „umrzyj!“
— Pani, tak zaczął tonem rozpaczy, wysłuchaj mię pani!... Jestem młody, mam odwagę!...
Rozpacz jego była tak wymowną, wzrok tak błagający, głos tak wzruszony, że stara dama, rozczulona, uczuła jak gorąca łza stoczyła się jej po pomarszczonej twarzy.
— Do czego mówisz mi pan to wszystko? zapytała. Czy Sabina jest moją córką? Wszystko co mogę uczynić, to że nie powiem nic ojcu mojej siostrzenicy o tej przygodzie. Boże wszechmocny! Gdyby Mussidan o tem wiedział! No, dość tego!... jestem tak wzruszona iż mogę stracić apetyt na dwa dni.
Andrzej wyszedł przytrzymując się ściany; zdawało mu się, że posadzka drży pod jego nogami jak pomost okrętowy. Myśli wirowały mu w głowie, jak suche liście podczas huraganu, w oczach ciemniało.
Ale w wielkim przedpokoju, przed salonem, uczuł, iż ktoś go bierze za rękę. Zrobił wysilenie, by zebrać myśli i spojrzał.
Nieruchoma i blada jak posąg marmurowy, stała przed nim Sabina.
— Wszystko słyszałam, panie Andrzeju, rzekła.
— Wszystko się skończyło, odpowiedział Andrzej, wypędzają mię, odjeżdżam.
— Dokąd?...
— Sam nie wiem, odpowiedział z rozpaczliwą rezygnacją, będę posłuszny, oddalę się ztąd, a potem... pójdę, pójdę...
Czuł, że szał go opanowuje, chciał odejść; Sabina zatrzymała go.
— Więc pan rozpaczasz? zapytała.
Andrzej spojrzał na nią takim wzrokiem, iż przeraziła się i głuchym głosem odrzekł:
— Tak.
Nigdy Sabina nie była tak piękną. Oczy jej błyszczały ogniem najszlachetniejszej stanowczości, twarz miała wyraz szczytny.
— Gdyby jednak, tak zaczęła, gdybym wskazała panu, daleko... w przyszłości, nadzieję... cobyś pan zrobił wtedy?
— Co zrobiłbym zawołał Andrzej w uniesieniu — wszystko!... tak! wszystko co jest po ludzku możebnem dla człowieka uczciwego. Niech dokoła pani mnożą się przeszkody-ja je wywrócę, niech mi stawią najtrudniejsze warunki — ja je spełnię. Czy trzeba majątku? Ja go zarobię!... talentu?... świetnego nazwiska?... będę je mieć.
— Trzeba jeszcze czegoś innego, panie Andrzeju, o czem pan zapominasz — cierpliwości.
— Mam ją, pani; będę ją mieć! Czyż nie pojmujesz pani, że od jednego jej słowa mogę żyć trojakiem życiem szczęścia, oczekiwania i nadziei P...
Przy tych słowach panna Mussidan położyła rękę na ramieniu Andrzeja, a drugą podniosła do góry, biorąc niebo za świadka.
— W takim razie, rzekła, pracuj i miej nadzieję Andrzeju!... Gdyż przysięgam wobec Boga, iż będę twoją żoną, lub umrę. Jeżeli trzeba walki, to będę walczyć, bo ja cię...
Straszliwy łoskot w głębi przedpokoju przerwał jej mowę.
Była to stara wdowa Chevauché, która laską swą z kruczym dziobem stukała wo drzwi z całej siły.
— Jeszcze tu!... krzyczała głosem donośnym jak trąba.
Andrzej uciekł, szczęściem upojony, unosząc w głębi duszy nadzieję, która sprawia, że cierpliwie znosimy wszelkie krzywdy rzeczywistości.
Co zaszło po jego odjeździe między panią Chevauché i jej siostrzenicą? Słudzy zauważyli, że po bardzo długiej rozmowie jedna i druga miała zaczerwienione oczy.
Być może, iż Sabinie udało się przejednać sobie starą wdowę. To pewna, że po śmierci, która nastąpiła w parę miesięcy po tej rozmowie, pani Chevauché zapisała cały swój majątek, wynoszący dwakroć stotysięcy liwrów, Sabinie.
Testamentem, bardzo dobrze ułożonym i nie ulegającym żadnemu zaprzeczeniu, zapewniła naprzód dochody z tej kwoty swojej siostrzenicy, a następnie cały kapitał, po dojściu do pełnoletności lub małżeństwie „zawartem za zgodą rodziców, lub też bez niej.“
Z powodu ostatniego tego zastrzeżenia powiedział p. Mussidan:
— Biedna nasza ciotka! w końcu życia straciła nieco głowę.
Nie, nie straciła. Sabina i Andrzej rozumieli to dobrze, opłakując śmierć zacnej kobiety, która ostatniem swem rozporządzeniem chciała przyjść im w pomoc.
Oboje byli wtedy w Paryżu; Andrzej podwajał swą energię, a Sabina dotrzymywała obietnic.
W Paryżu panna Mussidan była jeszcze swobodniejszą, aniżeli w głębi Poitou.
Dla doglądania swego postępowania miała tylko wierną swoją Modestę, oddaną jej, aż do zbrodni, gdyby tego było potrzeba.
Sabina po powrocie, pozwoliła Andrzejowi pisywać do siebie i odpowiadała mu bardzo punktualnie.
Później przystała na to, że się widzieli parę razy. W końcu, ustępując żywym naleganiom, zgodziła się przyjść do pracowni, zawsze w towarzystwie Modesty.
Należy jednak dodać do tego, że nigdy monarchini, odwiedzająca swoich wiernych poddanych, nie była przedmiotem takiego pełnego szacunku uwielbienia, jakie otaczało Sabinę w skromnej pracowni artysty.

IX.

Potrzeba było aby panna Mussidan miała najzupełniejszą i bezwzględną pewność, że będzie szanowaną nieograniczenie, ażeby zdecydować się przyjść do Andrzeja.
Pewna swej potęgi, nikogo się nie obawiała.
Wchodząc do tej pracowni, musiała czuć się jakby u siebie, jak dziewica w swej świątyni, jeszcze pachnącej wczorajszem kadzidłem.
To też widząc tę jej prostotę, spokój, naturalność, nikt nie przypuszczałby, że naraża się na krok najniebezpieczniejszy dla młodej dziewczyny.
Podawszy rękę Andrzejowi, rozwiązała powoli wstążki swego kapelusza, oddała go Modeście i zapytała:
— Czy mi tak do twarzy, mój przyjacielu?
Namiętny wykrzyknik, którym artysta odpowiedział na to zapytanie, wywołał uśmiech na jej usta i dodała wesoło:
— To jest, chcę powiedzieć: czy wyglądam tak jak należy dla portretu?
Sabina Mussidan była piękną; ale porównywać jej piękność z pięknością Róży, jak to uczynił Paweł, byłoby niedorzecznością i obelgą.
Zmysłowa piękność Róży mogła co najwięcej zachwycić zmysły tylko i rozniecić zachcianki libertyna.
Piękność Sabiny była z rodzaju tych, które po ciągają ku sobie idealnością i napawają rozkoszą, prawie niematerjalną tak głęboką.
Róża przykuwała ciało do ziemskiego błota; Sabina unosiła duszę do nieba.
Aby wydać zdanie o pannie Mussidan potrzeba było znać ją i poniekąd być jej godnym.
Dziewicza jej piękność nie była ani promienistą, ani oślepiającą. Wyraz łagodnej rezygnacji i powaga nieco wyniosła przycimniały jej blask. Mogła ona przejść niepostrzeżona, jak obraz Rafaela, kurzem pokryty w głębi jakiego wiejskiego kościoła.
Ale gdy się ją spostrzegło, nie można było nie zachwycić się tem dumnem czołem, uwieńczonem koroną włosów czarnych, miękkich i falistych, wielkiemi oczami łagodnemi, ustami cudnego rysunku, cerą tak przejrzystą, iż widać było żyłki pod skórą.
Dla swego portretu wybrała Sabina układ włosów, który oddawna już wyszedł z mody, ale w którym było jej nadzwyczaj pięknie i właśnie z powodu tego zaczesania, zapytała: „Czy mi tak do twarzy?“
— Niestety odpowiedział Andrzej, patrząc na panią uznaję moją bezsilność. Przed godziną, przypatrując się memu malowaniu, mówiłem sobie: Już wykończone. Teraz widzę, żem nic nie zrobił.
Odsunął firankę i portret Sabiny ukazał się w całem świetle.
Nie było to arcydzieło. Andrzej nie miał jeszcze dwudziestu czterech lat, a nim oddał się studjom, musiał zarabiać na chleb codzienny. Ale była to jedna z tych kompozycyj, nacechowanych potężną indywidualnością, których same błędy mają pewny wdzięk oryginalności, pociągający i uroczy.
Sabina przez minutę stała nieruchoma przed obrazem, a potem tonem najszczerszego przekonania powiedziała:
— To piękne!
Młody malarz był zanadto zniechęcony, by uczuć tę pochwałę.
— Podobne, odpowiedział; ale fotografia, którą mi pani dałaś, także podobna. Nie byłem w stanie przelać na płótno odblasku duszy pani. To pospolita próba; zacznę na nowo, a wtedy...
Sabina przerwała mu ruchem.
— Nie zaczniesz pan na nowo, rzekła głosem łagodnym, ale stanowczym.
— Dla czego? zapytał zdziwiony malarz.
— Dla tego, mój przyjacielu, że wyjąwszy, gdyby zaszło coś bardzo ważnego, dzisiejsza moja wizyta jest ostatnią.
Odpowiedź ta przeraziła Andrzeja.
— Ostatnią!... wybełkotał, cóżem pani zrobił, mój Boże! by mię karać tak okrutnie?
— Ja pana nie karzę, Andrzeju, odrzekła Sabina. Chciałeś mieć mój portret, uległam proźbom — nie żałuję tego. Ale teraz posłuchajmy głosu rozumu. Czyż nie pojmujesz pan, iż nie mogę ciągle narażać mego honoru, który jest twoją własnością? Czyś pomyślał o tem co świat powie, gdy dowie się, że przychodzę do ciebie, że przepędzam tu popołudnie?... odpowiadaj!
Nie odpowiedział nic, przytłoczony okropnym ciosem.
— A przytem, mówiła dalej panna Mussidan, cóż nam po tym portrecie, który trzeba ukrywać jak zły uczynek? Czy zapominasz pan, że od twego prędkiego powodzenia zależy nasza przyszłość, nasze... małżeństwo?
— O! nie!... pamiętam o tem!
— Więc pracuj dalej. Nie dość na tem, że ja powiem: „Nie zrobiłam pospolitego wyboru“, trzeba byś pan dowiódł tego swemi dziełami.
— Dowiodę!
— Wierzę temu, mój najlepszy przyjacielu! jestem tego pewną. Ale przypomnij sobie nasz układ przed rokiem. Powiedziałam ci: Zostań sławnym, a wtedy proś śmiało o moją rękę pana Mussidan, mego ojca. Jeżeli ci odmówi, jeżeli moje prośby nie wzrusza go... ha! wtedy, wśród białego dnia wyjdę z pałacu Mussidan pod rękę z tobą. A po takim czynie...
— Masz pani słuszność, zawołał Andrzej. byłbym szalonym, gdybym poświęcał całą przyszłość za kilkodniowe szczęście, chociażby największe. Zresztą słyszeć panią, znaczy to, być jej powolnym.
Panna Mussidan usiadła w wielkim fotelu. Andrzej zajął miejsce koło niej na małym taborecie z rzeźbionego dębu.
— A więc zgoda, powiedziała ze słodkim uśmiechem, który napełnił nadzieją malarza, korzystajmy z czasu, by pomówić o naszych interesach, które zaniedbujemy, jak mi się zdaje, okropnie.
Ich interesa!... znaczyło to powodzenie Andrzeja.
Wszystko, co obchodziło młodego artystę, ze wszystkich propozycyj, jakie mu robiono, zwierzał się on swej przyjaciółce i potem poważnie naradzali się oboje.
— Otóż, tak zaczął Andrzej, jestem w niezmiernym kłopocie. Przedwczoraj książę Crescenzi, znakomity amator, zwiedzał moją pracownię. Jeden z moich szkiców spodobał się mu i zamówił u mnie obraz, za który zapłaci sześć tysięcy franków.
— Ależ to bardzo pięknie!
— Tak jest. Na nieszczęście, książę chce mieć ten obraz jak najprędzej. Z drugiej znowu strony, Jan Lantier, przeciążony pracą, chce mi polecić wykonanie wszystkich ozdób ogromnego domu, który wybudował na Polach Elizejskich, bogaty przedsiębiorca, pan Gandelu; dobrałbym sobie robotników i mógłbym zarobić siedm do ośm tysięcy franków.
— Więc o co idzie? Zaraz. Już dwa razy widziałem pana Gandelu wybrał rysunki i chce, bym się zabierał do roboty w przyszłym tygodniu. Dwóch rzeczy na raz podjąć się nie mogę. Trzeba zrobić wybór.
Sabina pomyślała chwilę, potem rzekła:
— Ja wybrałabym obraz.
— O!.. i ja także!.. tylko...
Panna Mussidan znała dokładnie stan interesów swego przyjaciela, by odgadnąć, zkąd pochodzi jego wahanie się.
— Ach! szepnęła, nie dość mię kochasz, jeżeli pamiętasz o tem, żem bogata? Czyż nasze zamiary nie ziściłyby się prędzej, gdybyś zechciał...
Andrzej zbladł.
— Czy chcesz pani, zapytał, zatruć mi myśl o naszej miłości?
Sabina westchnęła, ale już nie nalegała.
— A więc wybierzmy, odrzekła, budynek pana Gandelu.
Piąta godzina wybiła na zegarze znajdującym się w pracowni.
— Nim odejdę, dodała, muszę cię mój przyjacielu uwiadomić o tem co mi zagraża. Chcą wydać mię zamąż za pana Breulh-Faverlay.
— Tego miljonowego pana, co trzyma wyścigowe konie?
— Tego samego. Gdy się sprzeciwię żądaniu mego ojca, to wywoła wyjaśnienia, a ja tego nie chcę. Postanowiłam zatem wyznać całą prawdę panu Breulh. Znam go; to człowiek zacny — usunie się. Co myślisz o tym moim zamiarze?
— Niestety zawołał Andrzej zadumany, myślę, że jeżeli ten się usunie, to przybędzie drugi.
— Być może!... i temu damy tak samo odprawę. Czyż nie powinnam i ja mieć także mój udział w trudnościach.
Ale trudności te przerażały artystę.
— Jakież to będzie życie pani, odrzekł, gdy zmuszoną będziesz opierać się naleganiom rodziny?
Sabina uważnie spojrzała na niego i powiedziała:
— Czyż ja o panu wątpię, Andrzeju?
Panna Mussidan była gotowa do wyjścia. Andrzej chciał sprowadzić jej powóz, ale nie przystała na to, mówiąc, że ona i Modesta umieją dobrze chodzić, i że zapewne po drodze spotkają jakiego fiakra.
Jak przy wejściu tak i teraz podała rękę Andrzejowi i wyszła mówiąc:
— Jutro zobaczę się z panem Breulh. Więc jutro, otrzymasz pan list.
Andrzej pozostał sam. Gdy panna Mussidan oddaliła się, zdało mu się, że jego życie razem z nią uchodzi.
Ale wrażenie to trwało niedługo. Nagłe przyszło mu natchnienie.
— Sabina, powiedział sam do siebie, poszła piechotą. Odemnie więc tylko zależy widzieć ją jeszcze kilka chwil. Wszak nie narażając jej mogę pójść za nią zdaleka.
W dziesięć sekund potem był już na ulicy.
Już się ściemniało; ale przy końcu ulicy La Tour d’Auvergne poznał, lub raczej odgadł, Sabinę i jej służącą.
— Zawsze to choć cokolwiek szczęścia, pomyślał i poszedł za niemi.
Szły prędko, ale rychło dopędził je, trzymając się w odległości dziesięciu kroków. Widział jak zwróciły w ulicę Douai.
Cały zajęty był uwielbianiem ruchów Sabiny jej dystynkcji, wdzięku z jakim idąc poprawiała sobie suknię.
— I pomyśleć tylko, powiedział sobie w duchu, iż być może, przyjdzie czas, gdy będę miał prawo wychodzić z nią razem. Będę czuć jak cudna jej ręka opierać się będzie o moją...
Na samą tę myśl zadrżał jakby dotknął baterji elektrycznej.
Sabina i Modesta przybyły na ulicę Blanche, wzięły tam fiakra i pojechały dalej. Zjawisko znikło.
Już powóz był daleko, a Andrzej stał jeszcze na rogu chodnika, nieruchomy i wpatrując się ciągle.
Nie mógł tak jednak stać wiecznie.
Postanowił powrócić powoli do swej pracowni, gdy w tem na ulicy Douai, przechodząc przed jednym oświetlonym sklepem usłyszał głos młody i wesoły, wymawiający jego imię.
— Panie Andrzeju! panie Andrzeju!
Podniósł szybko głowę, jak człowiek, którego budzą i spojrzał.
Przed nim, stojąc tuż koło zupełnie nowego coupé, zaprzężonego w parę pięknych koni, jakaś młoda kobieta, krzycząco wystrojona, przyjaźnie nań kiwała.
Musiał nieco wytężyć swą pamięć, by ją poznać.
— Nie mylę się, powiedział wreszcie... panna Róża, prawda?
Ale tuż za nim, prawie nad uchem, piskliwy głos odezwał się:
— Racz pan mówić panna Zora Chantemille.
Andrzej odwrócił się i spotkał oko w oko z młodym mężczyzną, który wydawał rozkazy stangretowi:
— A!... zawołał Andrzej, nieco zdziwiony i cofając się.
— Tak, tak mówił dalej młody człowiek. Chantemille, jest to nazwa majątku, który dam tej pani na drugi dzień po śmierci papy.
Malarz z widoczną ciekawością przypatrywał się takiemu hojnemu panu.
Krótka żakieta, szeroka kamizelka, nizki kapelusz, krzywe nogi, ogromny medalion, zawieszony na złotym łańcuchu, cwikier, czerwone rękawiczki... wszystko to było nader śmieszne.
Co do twarzy, to mówiąc o niej „małpa!...“ Toto nie bardzo przesadził.
— E!... zawołała Róża, mniejsza o nazwisko!.. Najważniejszą rzeczą jest to, że pan, będący z liczby moich przyjaciół, będzie u nas na obiedzie.
I nie czekając na odpowiedź, pochwyciła Andrzeja i wciągnęła do rzęsiście oświetlonego podsienia.
— A!... zawołał młody człowiek, doskonale!... tak jest! ja to znajduje doskonałem!... Bo przecież... przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi.
Zdziwiony tym nieprzewidzianym napadem, Andrzej jak mógł opierał się, ale bez skutku. Róża, chcąc popisać się przed nim ze swoją potęga, stanęła we drzwiach i rzekła:
— Pan będziesz u nas na obiedzie — ja tak chcę!... chcę!...
Potem, jako znająca się na przyzwoitem obejściu, wzięła jednocześnie za rękę Andrzeja i młodego jegomości, mówiąc:
— Panie Andrzeju, przedstawiam panu pana Gastona Gandelu!... panie Gandelu!... pan Andrzej, artysta malarz.
Dwaj młodzi ludzie skłonili się sobie.
— Andrzej!... rzekł p. Gaston, słyszałem gdzieś to nazwisko... widziałem nawet twarz... A! wiem teraz — a papy. Czy nie pan to masz ozdabiać rzeźbami jego dom?
— Tak jest, panie.
— A zatem pan jesteś z naszych. Dziś wieczorem obchodzimy przenosiny... A!... prawda, że to doskonale?... Pan wiesz, że im więcej się szaleje, tem więcej śmiechu.
Andrzej jeszcze się opierał.
— Nie mogę, mówił, mam ważne interesa...
— Interesa!... A! daj pan pokój!... znam ja te wybiegi ze mną to się nie uda!
Andrzej milczał niezdecydowany. Był on w takiem usposobieniu, kiedy czujemy jakąś tajemną potrzebę roztargniania, uniknienia samotności.
— Zresztą, pomyślał, dlaczegożbym nie miał przyjąć zaproszenia? Jeżeli przyjaciele tego młodego człowieka podobni są do niego — to będzie ciekawa rzecz.
— No, zawołała Róża, idąc ku schodom, to już rzecz postanowiona.
Andrzej chciał już iść za nią, ale p. Gandelu przytrzymał go z miną tajemniczą za połę surduta, mówiąc w zachwyceniu:
— Co za kobieta?... he?.. A to jeszcze nic! Poczekajno pan, niech ja ją uformuję!... Bo trzeba wiedzieć, że dla wykształcenia kobiety ja nie mam równego sobie. Spytaj się pan Augusty od Riche’a.
— Ja to uważam, odrzekł Andrzej najpoważniej.
— Prawda? Już ja taki jestem! Zora... co? tęgie imię? ja go wybrałem. Otóż Zora nie ma jeszcze dziś takiego szyku jak należy — ale poczekaj pan. Już zamówiłem jej sześć sukień u Van-Klopena... ale to suknie!... Pan znasz Van-Klopena?
— Wcale nie.
— A!... to dziwna! Gdybym powiedział to Julkowi, toby mię nazwał blagierem. Van-Klopen, kochany panie, to krawiec damski, Alzatczyk, przewyższający wszystkie szwaczki. Ten ma gust! pomysły... szyk!... On tylko jeden może ubrać kobietę jak należy...
Przybywszy do pokoju Róża niecierpliwiła się.
— A chodźcież panowie! wołała.
— Chodźmy! rzekł Gandelu, pociągając za sobą Andrzeja. Zora, gdy ją kto rozgniewa, dostaje okropnych paroksyzmów nerwowych. Nie chciała przyznać mi się do tego, ale ze mną takie rzeczy nie udają się — znam kobiety...
Róża i Paweł nie byli stworzeni na to, by się pojmować. Zanadto byli podobni do siebie.
Nowa pani Chantemille tak nalegała na Andrzeja, by był na obiedzie, dlatego iż spodziewała się olśnić go swoim przepychem.
Naprzód pokazała mu swoją kucharkę i młodszą, potem Andrzej musiał obejrzeć cały apartament, nie przepuszczono mu ani jednego pokoju, ani jednego sprzętu.
Musiał się zachwycać wiecznym niebieskim salonem, pełnym złocenia; musiał dotykać materyj i sprawdzać elastyczność krzeseł.
Gandelu z tryumfem otwierał pochód, uzbrojony kandelabrem ośmioramiennym, z którego świec stearyna spadała mu kroplami na ubranie. Zwracał uwagę na wytworność każdej rzeczy.
Do takich oględzin domu dodawał od czasu do czasu uwagi filozoficzne.
— Ten zegar, mówił, kosztuje sto luidorów; to na pół darmo. Jak to się śmiesznie składa? że pan znasz papę. Prawda, jaka to tęga głowa? Ta żardinierka trzysta franków!.. Ale nie bardzo pan mu ufaj, bo sknera. Czyż nie chciał zmusić mię, bym pracował? A to przedziwne! Ja mam pracować!.. Ten gierydon, dwadzieścia luidorów prawda, że to nie drogo?.. Ja, mój panie, kiedy mi, kto prawi morały, to go nie słucham!.. Człeczyna, któremu zaledwie sześć miesięcy życia pozostało!.. mówią lekarze, iż lepiejby zrobił...
Tu się zatrzymał. W przedpokoju dał się słyszeć wielki hałas.
— A otóż i moi goście! zawołał.
I postawiwszy kandelabr na stole, wyszedł prędko.
Andrzej był zdziwiony. Słyszał on o tych paniczach, których rozkoszą są wyścigi w Vincennes, ale nie miał z nimi styczności.
Zdziwiona mina jego musiała pochlebiać Róży.
— Jak pan widzisz, rzekła, porzuciłam Pawła. Bo naprzód, nudził mię, a potem, nie miał mi nawet za co kupić chleba.
— On?.. pani żartuje. Dziś właśnie był u mnie i mówił, że zarabia dwanaście tysięcy franków rocznie.
— Powiedz pan, dwanaście tysięcy kłamstw. Chybaby... kto wie, do czego zdolny jest człowiek, przyjmujący pięćset franków od ludzi, których nie zna...
Umilkła, ale zrobiła znak, iż mogłaby wiele o tem powiedzieć.
Młody Gandelu wprowadzał i przedstawiał swoich przyjaciół.
— Moje dzieci, mówił, wszystko jest od Potela. Pośmiejemy się nieco, a potem, wiadomo... mały banczek dla strawności...
Goście godni byli gospodarza i Andrzej cieszył się, że przyjął zaproszenie, gdy wtem służący w białym krawacie otworzył drzwi salonu i powiedział:
— Pani wice-hrabino! dano do stołu!!!..

X.

Gdy kto zapytuje Mascarota co jest najpotrzebniejszem dla osiągnięcia zamierzonego celu, ten zawsze i niezmiennie odpowiada:
— Naprzód potrzeba być czynnym, powtóre czynnym i jeszcze raz czynnym.
Nad ogółem ludzi z zasadami ma on ogromną przewagę, która stanowi jego siłę; a mianowicie, że zasady, które wyznaje, ciągle przeprowadza w praktykę.
Dlatego też zaraz na drugi dzień po swej wyprawie do pałacu Mussidan, od siódmej godziny rano siedział już przy biórku i pracował.
Chociaż, w skutek gęstej mgły, zaledwie było widno, już klienci poczynali zapełniać pierwszy pokój ajencji stręczeń.
Ta poranna klientela nie bardzo obchodzi Mascarota.
Składa się ona głównie z posługaczek w sklepach nabiału i kucharek stołujących subjektów z większych magazynów i mających tę korzyść, iż zaopatrują się w wiktuały na głównym rynku.
Takiego rodzaju słudzy w ogóle nie wiedzą nic o domach, gdzie służą i to co się w nich dzieje nie przedstawia żadnego zajęcia.
Mascarot zatem całkiem powierza tego rodzaju klientów opiece Beaumarchefa; sam się wdaje wtedy tylko, gdy się ukaże jaki maitre d’hotel, albo kucharz z wielkiego domu, co także zdarza się czasami.
To też szanownego stręczyciela tyle obchodził hałas w sąsiedniej sali, co wielkiego pana gwar w jego przedpokoju. Zajęty on był wyłącznie czytaniem i robieniem notat, tudzież układaniem w pewnym porządku małych czworokątnych tabliczek z grubego papieru, które tak zaintrygowały Pawła.
A tak był tem zajęty, iż jak naczynie zbyt pełne, wylewał swe wrażenia w następującym monologu:
— Co za praca szeptał, ale też jaka nagroda! A jednak sam, zupełnie sam, muszę znosić cały ciężar tego ogromnego zadania. Nikt nie zna ostatniego mego słowa. Ja sam trzymam w moich potężnych rękach wszystkie końce nici, które od lat dwudziestu z cierpliwością pająka snującego swą przędzę, przywiązuję do moich marjonetek. Ruszę się — i wszystko się rusza. Ktoby temu uwierzył, patrząc na mnie? Gdy przechodzę ulicą Montrgueil, mówią: „To Mascarot, stręczyciel sług i tym podobnych rzeczy.“ I śmieją się!... Niech się śmieją!... Prawdziwą potęgą, jest tylko potęga ukryta. Na potęgę znaną, napadają i wywracają ja. Mnie nikt nie zna!
Jakaś ważniejsza tabliczka ukazała się.
Mascarot szybko napisał na niej kilka wierszy i po krótkiem milczeniu mówił dalej:
— Mogę przegrać, to nie ulega wątpliwości. Może się znaleźć jaki śmiałek, który rozerwie jedno oko w mojej sieci... przez ten otwór wymkną się wszyscy tchórze, a wtedy... Czyż ten niedołęga hrabia Mussidan nie zapytywał mię czy znam kodeks karny. O! studjowałem ja ten kodeks i wiem, że w księdze 3, rozdziale II. znajduje się pewien artykuł 400, jakby umyślnie zredagowany w przewidywaniu moich operacyj. Ciężkie roboty... nie licząc, że jaki wytrawny urzędnik dołączyć może do tego artykuł 305 — wtedy będą ciężkie roboty dożywotne!..
Przy tych słowach, wymówionych zwolna, jakby dla zmierzenia całej ich doniosłości, dreszcz mu przebiegł po ciele; ale była to tylko błyskawica, gdyż potem z tryumfalnym uśmiechem mówił dalej:
— Tak... ale aby wyprawić Mascarota na Świeże powietrze do Tulonu, trzeba pierwej podłapać Mascarota — a to rzecz wcale nie łatwa. Nadejdzie niebezpieczna chwila i... dobranoc!... nie masz Mascarota, znikł, roztopił się, rozwiał!.. Czy dobiorą się do tych trwożliwych graczów, moich wspólników, — do tego skąpca Catenac’a, do tego epikurejczyka Hortebize? Nie! postawiłem ich po za obrębem strzałów. Czy zaczepionoby Croisenois? Nigdy. Zresztą onby raczej zginął, aniżeli wygadał się. W ostatku znalezionoby Beaumarchef’a, La Candele, Tota i jeszcze może dwóch lub trzech takich. Piękna zdobycz! Tacy nic nie powiedzą dla stu przyczyn, z których pierwszą jest ta, iż sami nic nie wiedzą.
Rozumowanie to wydało mu się tak ścisłem, iż zapomniał się do tego stopnia, że się zaśmiał.
Potem z dumnym ruchem, poprawiając sobie okulary, dodał:
— Pójdę prosto do celu, jak kula działowa. Co chcę, to się stanie. Za pomocą Croisenois pochwycę odrazu cztery miliony... już się obrachowałem. Paweł ożeni się z Flawią... poprzysiągłem to, a potem, by Flawia była szczęśliwa i by jej zazdroszczono, zostanie księżną z trzemakroćstutysięcami liwrów dochodu...
Tabliczki były już uporządkowane.
Z jednej skrytki swego biórka wyjął coś w rodzaju rejestru, z alfabetem na boku.
Otworzył go, dodał kilka nazwisk do tych, które się tam już znajdowały i znowu schował, mówiąc groźnym tonem:
— Wszyscy tam jesteście, drodzy przyjaciele, wszyscy, a nawet nie domyślacie się tego. Wszyscy jesteście bogaci i poważani, macie się za wolnych... Oho! Jest człowiek, do którego należycie z duszą, ciałem i mieniem, a człowiekiem, który was tak trzyma jest stręczyciel z ulicy Montorgueil. Wszyscyście bardzo dumni, a jednak, gdy on zechce, będziecie u nóg jego, spierając się o to, kto mu trzewik rozwiąże. O! moi drodzy przyjaciele! zechce on tego, ten ojciec Mascarot... znajduje on, że dość się napracował, znużyła go robota, chce się usunąć i potrzebuje zapewnić sobie niejaki fundusik.
Umilkł, gdyż zapukano do drzwi.
Palcem dotknął do dzwonka ze sprężyną i jeszcze dźwięk nie ucichł, a już ukazał się Beaumarchef.
— To nie do uwierzenia, pryncypale, zawołał już na progu były podoficer. Kazałeś mi pan ukompletować dokumenta, dotyczące młodego Gandelu...
— Więc cóż?
— Otóż, pryncypale, kucharka, którą on wynajął dla tej panienki, została przez nas ulokowana. To dawna nasza klientka; nawet była nam dłużna jedynaście franków i teraz je odniosła. Jest tam w pierwszym pokoju; ma imię Marja... To szczególny traf!
Mascarot ruszył ramionami.
— Głupiś poprostu, mój Beaumar, powiedział, że się tak zachwycasz. Przecież tłumaczyłem ci już co to właściwie jest traf. Jestto pole jak każde inne, tylko żyźniejsze i rozleglejsze, a którego posiadaczami są tylko ludzie zręczni. Otóż od dwudziestu pięciu lat zasiewam to pole i dziwnemby było, gdyby w końcu nie wydało mi zbioru.
Były podoficer ze skupieniem ducha słuchał tych słów swego pryncypała, otworzywszy usta, jak gdyby przez ten otwór nauki jego łatwiej mogły mu wcisnąć się do mózgownicy.
— Co to za kucharka? zapytał stręczyciel.
— O!... pryncypale! dość, byś pan popatrzył na nią, a odgadłbyś od razu. To stara klientka, oddawna już zapisana w kategorji D., to jest tam gdzie się zapisują kucharki do umieszczenia przy młodych domach, będących w modzie.
Stręczyciel nie słuchał już, ale rozmyślał.
— Przyprowadź mi tu tę kobietę, powiedział.
A gdy Beaumarchef odchodził, dodał, jakby odpowiadając na jakiś zarzut, który sam sobie postawił:
— Nie należy zaniedbywać najmniejszej wiadomostki, doświadczenie przekonało mnie o tem.
Ale już kucharka z kategorji D. stała przed nim, bardzo dumna z tego, iż została wprowadzona do samego przybytku ajencji.
To pewna, że dość było rzucić okiem, aby pojąć co zniewoliło Beaumarchefa do kwalifikacji wymienionej wyżej.
Mascarot przyjął ją z tą poważną słodyczą, która wyrobiła mu reputację w Paryżu.
— No i cóż, moja kochana, powiedział, znalazłaś miejsce, jakiegoś pragnęła, gdzie będziesz mogła zjednać sobie uznanie swej wartości?
— Sądzę, że tak jest, panie. Znam pannę Zorę Chantemille dopiero od kilku godzin.
— A nazywa się Zora Chantemille?
— To jest, pojmujesz pan, takie przybrała nazwisko. Ale długo spierała się o to z panem. Sama chciała mieć imię Rafaeli, ale pan uparł się przy Zorze, tak że...
— Zora, to bardzo piękne imię, rzekł z powagą stręczyciel.
— Właśnie toż samo mówiliśmy pani, ja i garderobiana. Zresztą piękna osoba, nie bardzo wymagająca i umiejąca należycie puszczać pieniądze. Mogę panu zaręczyć, iż według tego, com sama słyszała i widziała, pan wydał już na nią przeszło trzydzieści tysięcy.
— Oho!
— O! pani zna się na tem. A wszystko na kredyt. Pan Gandelu nie ma ani jednego sous, jak mi mówił garson od Potela; ale zdaje się, że jego ojciec jest tak bogaty, i sam nawet nie wie, ile ma pieniędzy. To też wczoraj, na przenosinach, jak to oni nazywają, był obiad, ale to obiad!.. Dość powiedzieć, że kosztował wraz z winem przeszło tysiąc franków.
Do tej pory stręczyciel nie dopatrzył nawet cienia przydatnej jakiej wiadomości i zamierzał już dać klientce odprawę, gdy ta, odgadując ten zamiar, rzekła żywo:
— Za pozwoleniem, nie wszystko jeszcze powiedziałam.
Mascarot nie spodziewał się wprawdzie niczego od kucharki, ale jest cierpliwy, umie zadawać sobie gwałt; wie, że człowiek ambitny, chociażby stał najwyżej, nigdy nie powinien odpychać współpracownika, choćby najlichszego i najnieprzydatniejszego pozornie.
Wychylił się więc na fotelu i z miną zadowoloną, jak gdyby był niezmiernie zainteresowany, powiedział:
— Zobaczymy, co tam jest jeszcze.
— Otóż, zaczęła znowu kucharka Róży-Zory, wczoraj mieliśmy wielki obiad: ośm osób; z kobiet była tylko pani. O! panie cóż to za dystyngowani ludzie, a jak uprzejmi, jak dowcipni, jak wystrojeni!.. Ale zawsze sam pan najlepiej wyglądał.
— Proszę!...
— Tak jest! O dziesiątej godzinie wszyscy mocno sobie podchmielili. I wiesz pan co im wtedy przyszło do głowy? Kazali odźwiernemu pilnować, by nikt nie przechodził dziedzińcem, bo chcą wyrzucać przez okno stołowe naczynie. I powyrzucali Półmiski, talerze, szklanki, butelki wszystko poleciało za okno. Garsoni od Potela mówili mi, że taką modę zaprowadzili w Paryżu moskiewscy kniaziowie.
Stręczyciel okrutnie mordował swe okulary. Największa rezygnacja ma przecież granice!
— Cóż wreszcie dostrzegłaś godnego uwagi?
— A oto co... W liczbie tych panów był jeden, tworzący jakby plamę w towarzystwie, słuszny brunet, o twarzy nieprzyjemnej, źle ubrany i milczący; można było przysiądz, że naśmiewa się ze wszystkich!... at! człowiek do niczego.
— Więc cóż?
— Otóż pani była dla niego szczególnie grzeczną. Podawała mu ciągle najlepsze przysmaki. „Czy nie chcesz pan tego? Bierz pan to! Pan nic nie pijesz“ i t. d., i t. d. Po obiedzie, gdy inni zaczęli grać, ten jegomość, pewno nie mający ani jednego sous, pozostał z panią.
— I wiesz o czem mówili?
— Naturalnie. Siedzieli przy drzwiach do sypialni, podsunęłam się tam i słuchałam.
— Może to nie bardzo pięknie...
— Tem gorzej dla nich. Ja lubię znać położenie ludzi, u których służę. Otóż rozmawiali o jednym panu, którego pani znała dawniej, a który jest przyjacielem słusznego bruneta. Nazywa się... poczekaj pan... nazywa...
Beaumarchef uznał, że teraz właśnie jest pora do popisania się pamięcią.
— Paweł Violaine... powiedział.
— Tak, tak, odrzekła kucharka zdziwiona.
Mascarot podniósł okulary, by rzucić piorunujący wzrok na swego wspólnika.
— Beaumar wie wszystko, odpowiedział obojętnie, to jego obowiązek.
Wyjaśnienie to być może, iż nie zupełnie zadowolniło kucharkę, ale ponieważ potrzebowała wygadać się, więc ciągnęła dalej:
— Otoż pani mówiła, że ten Paweł to człowiek tak sobie, że zdolny jest do wszystkiego, że ukradł dwanaście tysięcy franków...
Stręczyciel wyprostował się, widocznie mocno zajęty, cierpliwość jego była wynagrodzona.
— Czyś zapamiętała nazwisko tego słusznego bruneta? zapytał.
— Nie!... Inni nazywali go artystą.
Ogólnikowe takie wyjaśnienie nie wystarczało dla metodycznego stręczyciela.
— Słuchaj, moja kochana, powiedział miodowym głosem, czy chcesz wyświadczyć mi bardzo wielką usługę?
— Panu? królowi wszystkich służących? Czy trzeba rzucić się w ogień?
— Nie. Trzeba tylko poprostu dowiedzieć się o nazwisku i pomieszkaniu tego słusznego bruneta. Według tego co mówisz, bardzo on jest podobny do pewnego artysty, który jest moim dłużnikiem.
— Dość tego! niech pan liczy na mnie.
Głęboko odetchnęła i dodała:
— Dziś muszę zająć się śniadaniem; jutro, albo po jutrze, będziesz pan miał żądany adres. Do zobaczenia!...
Gdy kucharka wyszła i drzwi zamknęły się za nią, Mascarot straszliwie uderzył pięścią w swe biórko, mówiąc:
— Hortebize jest niezrównany, gdy idzie o zwietrzenie niebezpieczeństwa. Na szczęście mam sposób usunięcia tej dziewczyny i młodego niedołęgi, który się dla niej rujnuje.
Były podoficer, usłyszawszy wyraz usunięcie, stanął w postawie szermierskiej. Stręczyciel, ujrzawszy to, ruszył ramionami!
— Boże! zawołał, jakieś ty śmieszny Beaumar z twojemi ruchami!.. Nie bój się! mam ja coś lepszego nad to. Róża mówi, że ma dziewiętnaście lat, ale kłamie; ma już dwadzieścia jeden skończonych. Zatem jest pełnoletnia. Ten młody cymbał jest małoletni. A zatem, byle tylko papa Gandelu miał cokolwiek energii... W każdym razie dziwna to będzie moralna nauka... artykuły kodeksu są elastyczne...
— Co pan mówi? zapytał Beaumarchef, nic wcale nie rozumiejący.
— Mówię, że nim upłynie czterdzieści ośm godzin, potrzebuję mieć dokładne szczegóły o charakterze p. Gandelu, ojca. Chcę także wiedzieć jakie są stosunki jego z synem.
— Dobrze, wyprawię na zwiady La Candelle’a.
— A przytem, ponieważ młody p. Gaston szuka wszędzie pieniędzy, więc trzeba go poznajomić z naszym szanownym przyjacielem Verminet, dyrektorem, „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“.
— Ale to, patronie, należy do p. Tantaine.
Mascarot zanadto był zajęty, by słyszeć to.
— Co do tego drugiego, mówił dalej odpowiadając swoim tajemnym myślom, co do tego słusznego bruneta, tego artysty, który zdaje mi się być nierównie wyższym od innych pod względem inteligencji, — to biada mu jeżeli go spotkam na mej drodze! Gdy mi kto zawadza...
Straszliwe poruszenie uzupełniło te wyrazy. Po chwili milczenia dodał:
— Wróć do swojej roboty, Beaumar; ja tu czekam na parę osób.
Stary podoficer nie ruszał się, pomimo tak wyraźnego rozkazu.
— Za pozwoleniem, pryncypale, powiedział, tam La Candelle przyjmuje klientów. Mam panu złożyć mój raport.
— A prawda. Bierz krzesło i mów.
Ta wielka łaska, nie często spadająca na Beaumarchefa, zachwyciła go.
— Wczoraj, tak zaczął, nie zaszło nic nowego. Dziś rano, gdy jeszcze spałem, zabębniono do moich drzwi. Wstaję, odmykam, to był Toto.
— Spodziewam się, że nie spuścił z oka Karoliny Schimel?
— Ani na jedną minutę, pryncypale. Nawet udało mu się zawiązać z nią rozmowę, i już razem pili kawę.
— To nie źle.
— O! ten urwis Toto, bardzo jest sprytny, gdyby tylko był uczciwszy... Jednem słowem, sądzi on, że jeżeli ta kobieta upija się, to jedynie dla tego, by się zapomnieć, gdyż uroiła sobie, iż bezustannie grozi jej ktoś straszliwie. Tak się obawia być zamordowaną, iż nie śmie mieszkać sama. Ulokowała się więc przy jednej uczciwej rodzinie rzemieślniczej, u której sypia i jada; rodzinie z tem dobrze, gdyż Karolina ma pieniądze.
Stręczyciel wydał się mocno niezadowolonym.
— To rzecz bardzo niedogodna, mruknął, nie można zatem odwiedzić jej incognito... Ale gdzież mieszkają ci ludzie, którzy przyjęli ją do siebie?
— Daleko na Montmare, Chateau Rouge, przy ulicy Mercadet.
— Dobrze Tantaine zajmie się tem. Niech tylko Toto pilnuje, by ta warjatka nie wyśliznęła mu się.
— Tego nie ma co obawiać się; Toto przyrzekł mi, iż zasiągnie wiadomości o jej trybie życia, stosunkach i źródle, zkąd otrzymuje pieniądze.
Tu były podoficer zatrzymał się, gwałtownie targając sobie wąsy.
Ruch taki znaczy, iż jakaś myśl mu zaświtała więc stręczyciel zapytał:
— Cóż tam jeszcze?
— Jeszcze to, pryncypale, iż gdybym śmiał, to radziłbym panu nie bardzo ufać temu Toto. Wykryłem, że nicpoń ten robi interesa na swój rachunek. Okrada nas i sprzedaje nasz towar z rabatem.
— Czyś oszalał?
— Bynajmniej. Zasiągnąłem tych wiadomości od jednego łotra bardzo podejrzanej miny, który przychodził pytać się o Tota, utrzymując, iż jest jego przyjacielem.
Ludzie tęgiego charakteru umieją szybko powziąć postanowienie.
— Dobrze, powiedział stręczyciel. Sprawdzę fakt, i jeżeli tak jest istotnie, to na Tota zastawię łapkę, która poprowadzi go prosto do policji poprawczej.
Teraz, na dany znak, Beaumarchef oddalił się; ale wnet znowu powrócił.
— Pryncypale, powiedział, przyszedł służący pana Croisenois z listem.
Mascarot nie zadał sobie trudu, by ukryć niezadowolenie.
— Markizowi szalenie pilno, mruknął. Mniejsza o to; zawołaj tu służącego.
Od nowoprzybyłego na milę pachniało pańskim domem. Ubiór, ruchy, postawa, trzymanie głowy, wszystko dowodziło, iż ma sam siebie w wielkiem poszanowaniu.
A przytem naśladował i widocznie przesadzał maniery angielskie.
Wysoki stojący kołnierzyk, mocno nakrochmalony, podcinał mu uszy. Krawat zacisnął tak mocno, iż twarz jego, starannie wygolona, całkiem krwią zapłynęła.
Niezawodnie jakiś londyński krawiec wyrąbał mu siekierą niezgrabny ubiór.
Przy każdym jego ruchu można było dziwić się, iż nie słychać skrzypienia maszynerji.
Sam wydawał się jak z drzewa i ruszał się jakby za pomocą jakiegoś mechanizmu, zręcznie ukrytego pod czerwoną kamizelką.
— Oto, powiedział podając list Mascarotowi, co pan markiz kazał wręczyć panu.
Biorąc list, stręczyciel przez wierzch okularów rozglądał tego wzorowego lokaja.
Nie znał go.
Nie wdzięczny Croisenois nigdy nie chciał przyjąć służącego z jego poręki, choćby ten wybrany był z tysiąca.
— Zdaje mi się, mój kochany, powiedział, iż pan twój, wbrew swoim zwyczajom, dziś wstał równo ze dniem.
Lokaj angielskiego pokroju nie tylko nie zaśmiał się usłyszawszy ten docinek, ale wydał się być nim żywo dotknięty.
— Pan markiz, odrzekł, daje mi piętnaście luidorów więcej rocznie za to, że pozwala sobie „tykać“ mię. On jeden ma do tego prawo.
— A!... powiedział stręczyciel trzema różnemi tonami, a! a!...
Ruch jego przy tem był bardzo wyrazisty.
— No, proszę, pomyślał, gdzie się też to zagnieździła godność osobista i miłość własna. Jego pan, gdyby mi przyszło do głowy „tykać“ go, nie robiłby takich ceremonij!
Zrobiwszy tę uwagę służący markiza Croisenois powrócił do swej misji.
— Sądzę, powiedział, że pan markiz śpi w tej chwili. Napisał ten list, powróciwszy ze swego klubu.
— I żąda odpowiedzi?
— Yes, sir.
— W takim razie proszę poczekać.
Mascarot zręcznie zerwał pieczątkę i począł czytać:
—Kochany mistrzu!
„Gra ma swoje zobowiązania... resztę pan odgadniesz, prawda? Dzisiejszej nocy szło mi tak nieszczęśliwie, że przegrałem, oprócz wszystkiej gotówki jeszcze trzy tysiące franków na słowo honoru. Suma ta powinna być w ręku mego wierzyciela przed południem. Honor mój wymaga tego...“
Zacny stręczyciel, nie żenując się ruszył ramionami.
Potem na pół głośno, tak aby służący z boku nań spoglądający, mógł słyszeć, mruknął:
— Jego honor!... a! to można umrzeć ze śmiechu!... jego honor!...
Ani jeden muskuł nie drgnął na wygolonej twarzy lokaja.
Był sztywny jak pruski żołnierz na paradzie; zdawał się nic nie słyszeć, nic nie widzieć.
Mascarot znowu począł czytać:
„... Czy źle robię, licząc na pana w tej drobnostce? Sądzę, że nie. Jestem nawet pewny, i przyszlesz mi pan sto pięćdziesiąt lub dwieście luidorów więcej; bo nie mogę zostawać bez pieniędzy.
„A co tam słychać o wielkim interesie? Z największą, niecierpliwością czekam na decyzję.

„Życzliwy „Henryk markiz Croisenois.“

— Ot co jest!... mruknął stręczyciel; pięć tysięcy franków! hic et nunce! Płać poczciwy Mascarocie, wydobywaj pieniądze z kasy. O! minęły już czasy rejencji, mój ty mizerny panku!... Gdyby mi nie było nieodzownie potrzebnem twoje piękne imię, przekazane ci przez przodków, a które ty szargasz po błocie — poszukałbyś tych pięciu tysięcy!
Na nieszczęście Croisenois był jedną z bardzo ważnych kart w partji, rozpoczętej przez awanturniczego stręczyciela.
Powoli i z widoczną niechęcią wyjął on z kasy, zkąd wczoraj czerpał dla doktora Hortebize, pięć biletów tysiącfrankowych i podał je lokajowi markiza.
— Czy żąda pan potwierdzenia? zapytał lokaj.
— Nie potrzeba list mi wystarczy. Ale proszę poczekać.
Mascarot, ten roztropny poniter w grze hazardowej, szukał w kieszeni swej kamizelki sztuki dwudziestofrankowej.
Znalazłszy ją, posunął z najuprzejmiejszą miną po swem biórku mówiąc:
— Weź to, mój przyjacielu, za fatygę.
Ale lokaj zamiast wziąć ją, odsunął.
— Pan mi wybaczy, że odmawiam, powiedział wyraźnie. Gdy przyjmuję służbę w jakim domu, zawsze wymagam płacy dość wysokiej, aby nie potrzebować potem brać na piwo.
Po tej stoicznej odpowiedzi skłonił się z powagą jak kwakier i odszedł mierzonym krokiem.
Stręczyciel był zbity z tropu.
Dwadzieścia lat doświadczenia nie przedstawiły mu drugiego podobnego egzemplarza.
— To nie do uwierzenia! mruknął. Gdzież u licha Croisenois rekrutuje takich ludzi? Czyżby, co być nie może — był zręczniejszym aniżeli dotychczas przypuszczałem?
Nieokreślona niespokojność, jakby jakieś przeczucie, zamąciła jego zwykłą pewność siebie.
— Albo może, mówił dalej, ten lokaj, tak wierny, jest lokajem przebranym. Tylu w ciągu życia uzbierałem sobie nieprzyjaciół, i to różnego rodzaju, iż dziś muszą oni tworzyć lawinę. Chociaż tak umiejętnie trzymam karty, może też kto w nie zajrzał?
Zadrżał na samą tę myśl.
Zdarzają się partję tak niebezpieczne, iż w stanowczej chwili wszystko wzbudza nieufność i obawę.
Mascarot był w takiem położeniu, iż obawiał się własnego cienia.
Wtedy zwłaszcza, gdy się znajdujemy od celu na długość ręki, niepokój nasz bywa największy.
— Nie, odpowiedział sam sobie, jestem szalony, biję się młotem we własną głowę z powodu dziwacznych przypuszczeń. Gdyby się znalazł jaki człowiek do takiego stopnia zręczny, by przeniknął moje zamiary, tak cierpliwy, by się aż przebierał w liberję markiza Croisenois dla doglądania mię bliżej, to człowiek taki nie byłby do tyła prostym, by się przedzierżgnąć w oryginalność tak uderzającą.
Mówił to do siebie, ale tylko dodawał sobie rezonu, jak tchórz, który świszczę podczas ciemności.
Pomiędzy wszystkiemi sposobami wywiadywania się, jakie miał pod ręką, musiał też przecie znaleźć się choć jeden, który pozwoli mu zajrzeć w przeszłość tego podejrzanego sługi.
Łamał sobie nad tem głowę, gdy znowu ukazał się Beaumarchef przerażony.
— Znowu! powiedział surowo stręczyciel, któż cię woła? Czyż nie będę miał dziś ani jednej minuty spokojnej?
— Bo to, pryncypale...
— Wynoś się!
Ale powolny zwykle podoficer nie ruszył się.
— Mały jest tam, powiedział.
— Paweł?
— On sam, pryncypale.
— Jakto? o tej porze?... Mówiłem mu, by przyszedł po obiedzie. Czyżby zdarzył mu się jaki wypadek?
Przerwał sobie.
Drzwi, które Beaumarchef przymknął tylko, otworzyły się i wszedł Paweł.
Widocznie musiało mu się wydarzyć coś nadzwyczajnego.
Był blady, w oczach miał wyraz niepokoju i szału, jak zwierz przez długi czas przez psiarnię ścigany.
Ubiór w nieładzie i pomięta bielizna zdradzały noc przepędzoną na błąkaniu się bez celu.
— Ach, panie tak zaczął.
Nakazującym ruchem stręczyciel zalecił mu, by milczał.
— Zostaw nas samych, Beaumar, powiedział potem, a pan, moje dziecię, usiądź!
Paweł usiadł, albo raczej padł na fotel.
— Skończyło się!... zawołał, jestem zhańbiony!... zgubiony!...
Zacny stręczyciel zrobił minę jakby spadł z obłoków.
Ale wielkie to zdziwienie było udaniem; każdy bliżej z Mascarotem znajomy, poznałby to po ruchu okularów, które stanowiły jakby nieoddzielną część jego osobistości i jakby same odczuwały jego wrażenia.
Przyczyna stanu w jakim znajdował się Paweł była mu znaną, gdyż sam ją podgotował starannie, jak dramatyczny autor, który już w pierwszym akcie obmyśla scenę rozwiązania.
Jeżeli był zdziwiony, to chyba zbyt pospiesznym i gwałtownym rezultatem swych kombinacyj. Człowiek najdoświadczeńszy, gdy podkłada minę, nie potrafi obliczyć dokładnie jej skutków.
Jednak z naturalnością uprzejmego słuchacza, oczekującego wrażeń, rozparł się w fotelu i powiedział:
— Ależ, kochany panie, uspokój się, zaufaj mi, otwórz swe serce. Co ci się stało?
Paweł wstał i z najtragiczniejszym tonem i z rozpaczliwym ruchem, odpowiedział:
— Róża mię porzuciła.
Maskarot podniósł ręce do nieba, jakby brał je za świadka niesłychanego szaleństwa swego protegowanego.
— I to dla tego mówisz pan, żeś zgubiony!.. w jego wieku, kiedy nie możesz nawet domyślać się, jaki odwet gotuje ci przyszłość!..
— Kocham Różę!..
Wykrzyknik ten, był tak komiczny, iż uśmiech, choć strzeżony, przebiegł po ustach stręczyciela.
— Do licha!.. powiedział.
— Ale to nie wszystko jeszcze! zaczął znowu biedny chłopiec, czyniąc bohaterskie wysilenia, ale bezskuteczne, by powstrzymać swe łzy, jestem obwiniony o haniebną kradzież.
— Pan? zawołał stręczyciel, jednocześnie mówiąc sobie w duchu: A! ot co jest!..
— Ja, — i tylko pan jeden w całym świecie możesz dowieść mojej niewinności, gdyż tylko pan znasz prawdę.
— Prawdę?
— Tak jest; pan mię uratowałeś. Wczoraj raczyłeś mi okazać tyle życzliwości, iż dziś zaraz przyszedłeś mi na myśli dla tego, uprzedzając godzinę wyznaczoną mi, przychodzę prosić pana o pomoc i opiekę.
— Ale cóż ja mogę zrobić?
— Wszystko, panie. Pozwól pan, niech mu opowiem, jakiej fatalności jestem ofiarą.
Twarz Mascarota wyraziła najżywsze zajęcie.
— Słucham pana, powiedział.
— Wczoraj, tak zaczął Paweł, wkrótce po rozstaniu się z panem, powróciłem do hotelu Peruwiańskiego. Przybywam, wchodzę na moje poddasze i na widocznem miejscu, na kominku, spostrzegam ten oto list Róży.
Podawał list, ale stręczyciel nie raczył wziąć go.
— Róża, mówił dalej Paweł, oświadczyła mi w nim, że już mię nie kocha i prosi bym nigdy nie starał się zobaczyć jej. Mówi, iż znudzona znoszeniem naszej nędzy, przyjmuje ofiarowaną sobie fortunę, diamenty, powóz...
— I to pana dziwi?
— Ach! panie!... czyż mogłem spodziewać się tak szkaradnej zdrady, gdy jeszcze dniem przedtem nie znajdowała dość przysiąg, by mię zapewnić o swej miłości! Na co kłamała! Czy chciała bym tem okrutniej uczuł jej stratę? Odjechała!... Upadłem pod tym ciosem. Ja, który idąc wystawiałem sobie jak się uraduje, gdy jej opowiem coś mi pan przyrzekł!... Przeszło godzinę pozostawałem w moim pokoju, jak by bez pamięci, płacząc jak dziecko na tę myśl okrutną, iż nigdy już jej nie zobaczę...
Mascarot z właściwą sobie uwagą i przenikliwością studjował Pawła.
— Za wiele tracisz słów, mój chłopcze, pomyślał, aby twoja boleść była tak szczerą, zwłaszcza tak głęboką jak mówisz.
Potem zapytał głośno:
— Ależ ta kradzież, to oskarżenie?...
— Właśnie chcę o tem mówić. Gdy pierwszy szał przeminął, postanowiłem być panu posłusznym i opuścić hotel Peruwiański, do którego doznawałem większego wstrętu niż kiedykolwiek.
— Bardzo dobrze!
— Zszedłem więc, by wymówić pani Loupias pomieszkanie i zapłacić. Ach panie!... co za wstyd! Gdym jej podał należność za cztery tygodnie, to jest dwadzieścia dwa franki, zmierzyła mię pogardliwym wzrokiem i zapytała zkąd dostałem pieniędzy.
Mascarot z trudnością ukrywał swe zadowolenie. Paweł bowiem uwiadamiał go o powodzeniu małej machinacji, którą ułożył.
— Cóż pan odpowiedziałeś na to? zapytał.
— Nic, panie; byłem jak skamieniały; słowa zamarły mi w gardle. Mąż pani Loupias przybliżył się do niej i oboje drwiąco poczęli mi się przypatrywać. Nacieszy wszy się mojem pomięszaniem, oświadczyli, iż są pewni, że w porozumieniu z Różą okradłem pana Tantaine.
— I nie broniłeś się pan?
— Straciłem głowę. Widziałem, iż wszystko zdawało się przekonywać tych ludzi, i przekonanie to dręczyło mię. Dniem przedtem pani Loupias żądała od Róży zapłaty, a ta odpowiedziała jej, iż ja pieniędzy nie mam i nawet nie wiem zkąd ich dostać. A tymczasem zaraz na drugi dzień ujrzano mię w nowem ubraniu, płaciłem długi, Róża znikła, ja sam zapowiedziałem, że się wynoszę...
— Nic dziwnego, że wszystko to musiało zastanowić gospodarzy pana...
— Jak na dobitek Róża zmieniała bilet pięćsetfrankowy, który nam pożyczył p. Tantaine u jednego znajomego kupca korzennego. Ten to właśnie nędznik podburzył przeciw nam wszystkich. Ośmielił się nawet powiedzieć, iż był u niego ajent policyjny, mający polecenie aresztowania nas.
Mascarot lepiej od Pawła znał całą tę historje i dokładnie wiedział co mógł powiedzieć kupiec Mélusin; przerwał jednak swemu protegowanemu:
— Zastanówmy no się, powiedział; gwałtowność zmartwienia mąci panu myśli; nie rozumiem pana należycie. Czy była popełniona kradzież tak, czy nie?
— Ach, panie!... jak to panu powiedzieć?... Nie widziałem od tego czasu pana Tantaine, nie pokazał się on już w hotelu Peruwiańskim. Mówią nie wiem czy to prawda że skradziono mu znaczne wartości i że w skutek tego nieszczęścia znajduje się w więzieniu.
— Dla czegóż nie powiedziałeś pan prawdy?
— Do czego? Wiadomo, iż nie znałem pana Tantaine, żem nigdy nie mówił z nim. Zaśmianoby się mi w oczy, gdybym powiedział, że wczoraj wieczorem, zupełnie niespodziewanie p. Tantaine wszedł do mnie i — ni z tego ni z owego, ofiarował mi pięćset franków, które przyjąłem.
Zacny stręczyciel miał w twarzy taki wyraz, jakby z wielką powagą namyślał się nad rozwiązaniem trudnego zadania.
— Zdaje mi się, powiedział po chwili, że już zrozumiałem o co rzecz idzie, gdyż najdokładniej znam charakter Tantaine’a.
Paweł słuchał z taką uwagą jak gdyby całe jego życie zawisło od jednego słowa.
— Tantaine, mówił dalej Mascarot, jest najuczciwszym z ludzi, jakich znam i ma najlepsze w świecie serce; ale brak mu czegoś w mózgu. Niegdyś był bogaty i własna wspaniałomyślność zrujnowała go. Teraz jest ubogi jak Hiob, a miewa jeszcze czasami zachcianki wyświadczania usług jak dawniej.
— Jednak, panie...
— Pozwól mi pan skończyć. Na nieszczęście na skromnem stanowisku, jakie zajmuje, a które mnie zawdzięcza, miewa czasami znaczne pieniądze w ręku. Zdjęty litością na widok waszej nędzy, rozporządził się cudzem dobrem jak swojem własnem. Zniewolony do zdania rachunku tego jeszcze wieczora, znalazłszy się w deficycie, stracił głowę i powiedział, że został okradziony. Zaczęto poszukiwać, pan jesteś jego sąsiadem, widziano u pana pieniądze, których nie umiano wyjaśnić sobie pochodzenia i podejrzenie padło na pana.
Wyjaśnienie to było jasne, ścisłe, dokładne. Paweł zadrżał, zimny pot wystąpił mu na skronie; widział się już aresztowanym, sądzonym, skazanym.
— Jednak, dodał, p. Tantaine ma mój rewers, dowodzący mojej dobrej wiary.
— Biedne dziecię!... czyż sądzisz pan, że jeżeli Tantaine ma nadzieję uratować się obwiniając pana, to pokaże ten rewers?
— Ale na szczęście, pan znasz całą prawdę!...
Zacny stręczyciel smutno wstrząsnął głową.
— Alboż mnie uwierzą? zapytał. Sprawie dliwość, to instytucja ludzka, mój przyjacielu, a zatem podlega błędom. Mając do wyboru między prawdą a fałszem, przechyla się na stronę prawdopodobieństw. Owóż powiedz pan sam, czy wszystkie prawdopodobieństwa nie są przeciw niemu?
Nieubłagana ta logika ostatecznie przytłoczyła Pawła.
— Nie pozostaje mi zatem, szepnął, jak tylko umrzeć, jeżeli mam uniknąć hańby.
Kombinacja wynaleziona przez samego stręczyciela dla opanowania Pawła YViolaine była prawdziwie dziecięcej prostoty; ale uznał on ją za wystarczającą i miał słuszność.
Paweł tak stracił głowę, iż pomiędzy szczególną pożyczką pięciuset franków i oskarżeniem o kradzież, opartem na zmianie biletu na tę sumę, nie dostrzegał żadnego związku; co jednak uderzało w oczy.
Łatwy do zastraszenia, jak wszyscy nie bardzo pewni swego sumienia, zaczął był uciekać, a teraz oddawał się ze związanemi rękami i nogami.
Tego właśnie chciał, to przewidział i podgotował Mascarot.
Chirurg, zamierzający zrobić operację, zaczyna od osłabienia swego pacjenta. Przed poważnem rozpoczęciem jakiej sprawy, przyjaciel doktora Hortebize stara się złamać ostatnie sprężyny woli swego subjekta. Owóż Paweł w tej chwili nie należał już do siebie. Był bezwładny, znękany, i nie widział innego wyjścia nad samobójstwo.
Nadeszła chwila zadania ostatniego ciosu.
— Ależ, kochany panie, zaczął znowu stręczyciel, nie należy tak się oddawać rozpaczy.
Żadnej odpowiedzi. Czy Paweł słyszał, czy nie? W każdym razie zdawał się nie być w stanie zrozumienia tego.
Ale zacny stręczyciel, chciał, by słyszał. Wyciągnął więc rękę i mocno go wstrząsnął, mówiąc:
— Do licha!... gdzież się podziała pańska odwaga? Wszak to właśnie w trudnych okolicznościach człowiek składa jej dowody.
— Na co to się przyda?... jęknął Paweł Czyż sam pan nie dowiodłeś mi, iż nigdy nie zdołam przekonać o mojej niewinności?...
Ta słabość charakteru okropnie zniecierpliwiła Mascarota, ale nie okazał tego.
— Nie, odpowiedział, nie. Chodziło mi tylko o wykazanie panu złych stron tej sprawy.
— Nie ma ona dobrych.
— Owszem!... tylko nie dałeś mi pan dokończyć. Wszystko brałem z najgorszej strony, ale mogę mylić się. Naprzód, czy na prawdę istnieje oskarżenie? Przypuszczamy, że Tantaine rozporządził się pieniędzmi, które mu były powierzone. Ale czy to dowiedzione? Sądzimy, że jest aresztowany. A czy jest? Przypuszczamy, że zwalił winę na pana. Czy to prawda? Przecież pierwej należy odmierzyć, a potem dopiero odcinać, do licha! Należy sprawdzić.
W miarę jak zacny stręczyciel mówił, Paweł przychodził do siebie.
— To prawda, powtórzył, należy sprawdzić.
— Rozumie się. Nie licząc tego, iż jak sądzę, mam dość wpływu na Tantaine’a, aby go zniewolić do wyjaśnienia mi prawdy.
Natury, tak jak Pawła, nerwowe, mają tę wielką zaletę, iż jeżeli gną się przy lada podmuchu nieszczęścia, to znowu przy lada nadziei podnoszą się.
Paweł, który przed minutą widział się zgubionym, teraz miał się już za uratowanego.
— O, panie! zawołał, kiedyż będę w stanie przekonać go o mojej wdzięczności!
Mascarot uśmiechał się po ojcowsku.
— Zobaczymy, odpowiedział, zobaczymy. Ana początek potrzeba, byś pan zupełnie zapomniał o przeszłości. Gdy dzień nadejdzie, odpędzamy wspomnienia o przykrych snach, wszak tak? Ja budzę pana do nowego życia; bądź więc mężczyzną.
Paweł westchnął głęboko.
— Zapomnieć Różę!.. szepnął.
Zacny stręczyciel, usłyszawszy to imię, zmarszczył brwi.
— Jak to? zawołał, to pan jeszcze myślisz o tej kreaturze? Wiem, że są ludzie, z łatwością pocieszający się, nawet przy każdej nowej zdradzie. Jeżeli i pan jesteś z takiego samego mięsa, to najniższy sługa!.. nigdy nie zrozumiemy się. Biegnij pan za swoją niewierną, rzuć się jej do nóg, błagaj, by ci przebaczyła twoje ubóstwo.
Pod biczem tej ironii Paweł ofuknął się.
— Przeciwnie myślę zemścić się nad nią! zawołał w uniesieniu.
— To bardzo łatwo — zapomnij o niej.
Pomimo stanowczego tonu Pawła, w oczach jego można było widzieć pewne wahanie, które nie spodobało się Mascarotowi.
— Słuchaj pan tak zaczął, jesteś ambitny, czy chcesz dójść do czego?
— O!.. panie!.. chcę!
— Imyślisz przysparzać sobie kłopotu z taką kobietą jak Róża!.. Trzeba mieć obie ręce wolne, mój kochany, jeżeli kto chce przepchać się łokciami w tłumie. Co powiedziałbyś pan o człowieku biegnącym na wyścigi o nagrodę, któryby przywiązał sobie kulę do nóg? Powiedziałbyś, że jest szalony — i słusznie... Otóż pan jesteś tym ścigającym się.
— Pójdę za radą pana, odpowiedział Paweł, bez długiego namysłu.
— To co innego. Wierz mi pan, prędko przyjdzie czas, w którym błogosławić będziesz niebo, iż Róży przyszło na myśl porzucić cię. Sam będziesz mógł dojść daleko!..
Od trzydziestu już lat Mascarot systematycznie wyzyskuje namiętności i słabości ludzkie. Zna on ludzi.
Dziesięcią frazesami potrafił zapewnić sobie stanowczy wpływ na Pawła.
— A więc, panie, zaczął znowu młody człowiek, ta posada na dwanaście tysięcy...
— Eh, mój przyjacielu! posada taka nigdy nie istniała.
Paweł zbladł okropnie.
Znowu ujrzał siebie bez jednego sous, w jakiej norze podobnej do hotelu Peruwiańskiege, i to jeszcze samotnym.
— Ależ, wybełkotał, pan zrobiłeś mi nadzieję...
— Co? Na dwanaście tysięcy franków? Bądź pan spokojny, będziesz je miał, a nawet więcej; ale nie opuścisz mnie... starzeję, nie mam rodziny, będziesz moim synem...
Przy tych słowach czoło Pawła zachmurzyło się.
Myśl, że także zostanie stręczycielem, że będzie musiał zamykać się w „konfesjonale“ w pierwszym pokoju i zapisywać starających się i szukających miejsca, oburzała jego próżność.
Mascarot, przypatrujący się mu i śledzący każde jego wzruszenie, łatwo poznał co się w jego duszy dzieje.
— Alboż to nie chleb? pomyślał. Głupiec nadęty!... O gdyby tu nie szło o Flawię, o sprawę Champdoce!
Potem odpowiedział głośno:
— Nie myśl pan, drogie dziecię, iż chcę go skazać na ciężkie rzemiosło stręczyciela. Nie. Mam dla pana inne widoki, bardziej odpowiednie jego zaletom.
Paweł odetchnął.
— Dlaczegoż nie miałbym powiedzieć prawdy? mówił dalej Mascarot. Spodobałeś mi się pan i postanowiłem sobie ziścić wszystkie marzenia jego ambicji. Aby dojść do czegoś, posiadasz pan wszystko... wyjąwszy to, czego zawsze braknąć będzie młodym ludziom roztropności i wytrwałości. No!... to ja będę pańską roztropnością i wytrwałością.
Zatrzymał się na chwilę, jakby chciał nadać większą wagę swym słowom; po chwili zaczął:
— Wczoraj właśnie myślałem o panu i w głowie mej budowałem całą jego przyszłość. Jest on ubogi, mówiłem sobie, a w jego wieku, i z jego poglądami, to rzecz okrutna. Ale dlaczegoźby nie miał ożenić się z jedną z tych dziedziczek, które temu, kto umiał ująć ich serce, przynoszą w fartuszku miljon posagu?
— Niestety!...
— Jakto — niestety?... Czyż myślałbyś pan jeszcze o Róży?
— O! nie!... bez wątpienia!... chciałem tylko powiedzieć...
— Jeżeli mówię o takiej dziedziczce, to dla tego, że znam ja... i gdybym zechciał, gdyby mój przyjaciel, doktor Hortebize, zechciał także... Róża piękna; ale ta, o której myślę, jest prawie tak piękna jak Róża, a przytem dobrze urodzona, rozsądna, dowcipna... ma wielkie stosunki, a gdyby mąż jej był artystą z talentem, poetą, albo kompozytorem — to mógłby dojść daleko...
Paweł poczerwieniał jak ogień, o wszystkiem tem marzył niegdyś.
— Więcej jeszcze, mówił dalej stręczyciel; zastanawiając się nad nieprawem urodzeniem pana, usnułem cały wspaniały romans. Przed rokiem 1793 jak panu wiadomo, każde nieprawe dziecię poczytywane było za szlachcica. Czy znasz pan swego ojca? Nie. Któż panu zaręczy, że nie nosi on jakiego świetnego nazwiska i dla zwiększenia jego blasku, nie posiada pół miljona liwrów dochodu? Może w tej właśnie chwili każe on szukać pana, by nadać mu swe imię i przekazać majątek? czy miłoby było panu zostać księciem?
— Panie, bełkotał Paweł, panie!...
Mascarot wybuchnął śmiechem.
— Wszystko to są tylko przypuszczenia, powiedział.
Młody człowiek nie wiedział co o tem myśleć.
— Nakoniec, zapytał czego pan żądasz odemnie?
Stręczyciel spoważniał.
— Żądam posłuszeństwa, odrzekł. Posłuszeństwa biernego, bezwzględnego, bez namysłu.
— Będę posłusznym, panie; ale na miłość boska nie igraj pan sobie ze mną.
Zamiast odpowiedzi Mascarot zadzwonił na Beaumara, który wszedł natychmiast.
— Sam tu zostaniesz, powiedział; ja idę do Van-Klopena.
Potem zwróciwszy się do Pawła, dodał:
— Nie żartuję nigdy — dziś jeszcze przekonasz się pan o tem. Pójdziemy razem na śniadanie do restauracji; mam z panem do pomówienia, a potem...
Zatrzymał się, bo go bawiło zdziwienie Pawła, po chwili dodał:
— Potem pokażę panu młodą osobę, którą mu wybrałem: muszę wiedzieć czy spodoba się panu.

XI.

Nie bez tysiąca słusznych powodów młody Gaston Gandelu, ten typ współczesnego paryskiego rycerza, wykrzyknął, przekonawszy się, że Andrzej, malarz rodzajowy, nie wiedział nawet o istnieniu Van-Klopena.
Niepospolity ten przemysłowiec posiada — można powiedzieć — sławę europejską.
By się przekonać o ten, dość rzucić okiem na blankiety jego rachunków, ozdobione medalami, zdobytemi na wszystkich wystawach.
Z jednej strony czytamy: „Uprzywilejowany przez J. k. M. królowę hiszpańską“, z drugiej: „Dostawca dworów północnych“.
Ale Van-Klopen nie jest Alzatczykiem, jak to utrzymywał inteligentny Gandelu, sądzący zapewne, że Niemcy są częścią Alzacji. Van-Klopen jest Holendrem.
Koło roku 1850 obrotny ten człowiek, który był dotąd krawcem w swem mieście rodzinnem, z sukna, wziętego na kredyt, wykrawywał przestronne surduty, nadające rotterdamskim burmistrzom szczególnie poważną postawę.
Rzemiosło nie wiodło mu się.
Ogłoszony bankrutem wskutek rozmaitych mętnych operacyj, zmuszony był zamknąć swój sklep i zmykać przed wierzycielami.
W Paryżu, tym środkowym punkcie wszelakich konkurencyj, zdawało się, iż czeka go śmierć głodowa. Wcale nie.
Pewnego poranku wynajął on przy ulicy Grammont apartament za 26.000 franków rocznie i po obu stronach drzwi wywiesił dwie marmurowe tablice z napisem

VAN KLOPEN
krawiec damski.

Potem w reklamach obficie rozrzuconych zapowiedział, że jest „reformatorem mód“ i nadał sobie tytuł najwyższej wyroczni w sprawach kobiecej elegancji“ i „krawca królowych“.
Jaki śmiałek rzucił pierwszy zaród tych myśli w mózg opasłego Holendra? jaki kapitalista dostarczył funduszów? Nigdy tego nie powiedział nikomu.
Faktem jest, że w początkach próba nie bardzo się wiodła.
Przez cały miesiąc Paryż trzymał się za boki, myśląc o błazeńskich pretensjach „rotterdamskiego reformatora“.
Ten pozwolił śmiać się, uchylając czoło pod nawałnicą dwuznaczników.
Miał wielką słuszność.
Prospekta jego, hojnie sypane, zjednały mu dwie klientki, które pierwsze roztrąbiły jego sławę.
Jedną z nich, bardzo wielką damą, ale bardziej jeszcze awanturniczą i ekscentryczną, aniżeli wielką, była księżna Sairmeuse.
Drugą była ni mniej ni więcej, jak gwiazda pół-świata, piękna Jenny Fancy, protegowana podówczas przez hrabiego Tremorel.
To pewna, iż dla obu tworzył on stroje stanowczo odróżniające się od wszystkiego co robiono i wymyślano dotąd w tym rodzaju.
Od tej pory drogę miał przed sobą utorowaną. Powodzenie spadło na niego, jak to bywa w Paryżu, piorunem. A na uzupełnienie tego ogromny chór garderobianych, jak gdyby się zmówił wyśpiewywać jego pochwały...
Dziś reputacja Van-Klopena może stawić czoło wszelkiej konkurencji.
Doszło do tego, iż nieraz nie przyjmuje zamówień.
— Lubię wybierać sobie klientki, tak zwykł mawiać, lubię przebierać pomiędzy memi praktykami.
I wybiera, i przebiera! Pan ma swoje kaprysy.
Dla tego też najszlachetniejsze i najbogatsze damy ubiegają się o zaszczyt być przezeń ubieranemi.
Najdumniejsze nie rumienią się, gdy bada sekreta ich kibici. Zwierzają mu się z tajemnic, których nie wyznają własnym mężom. Znoszą bardzo spokojnie, gdy szerokie jego łapy suwają się po ich ramionach, gdy zdejmuje miarę.
Bo taka moda!
Salony jego są jakby neutralnym gruntem, na którym spotykają się kobiety wszelkich towarzystw.
Być może, iż jestto jedną z przyczyn jego wziętości.
Księżna R* nie gniewa się, widząc tuż przy sobie sławną Bichy, z powodu której baron N* wystrzelił sobie resztę mózgu jaki miał. Być może, iż używając tego zacnego krawca spodziewa się nabrać tyle co i Bichy wdzięku.
Ze swojej strony panna Diamant, która, jak wiadomo, pobiera trzysta franków rocznie w teatrze Delassement, doznaje delikatnej rozkoszy, gdy przepychem swych toalet przygnębia wielkie damy podczas przejażdżki w Bulońskim lasku.
Zręczny Van-Klopen umie doskonale utrzymać równowagę swych względów pomiędzy tak różnemi klientkami. To też jest to człowiek, któremu najwięcej się nadskakuje i pochlebia.
Ile to razy słyszano piękne a dumne usta mówiące:
— Uprzedzam cię, mój Klopenku, że jeżeli nie będę miała mojej sukni na wtorek to umrę!..
W zimie, w dniach wielkich balów, ekwipaże długim szeregiem stoją na ulicy przed magazynem Van-Klopena.
Między godziną dziewiątą a dwunastą w nocy, dwieście kobiet szturmem bierze ten zakład, gorąco pragnąc, by mistrz przyłożył ostatnią rękę do ich toalety, i pyszniąc się jego przychylnym uśmiechem.
A on, poważny, zimny, beznamiętny, czasami z cygarem w rękach — bo jemu wszystko wolno — spogląda, jak przed nim defiluje ten świetny szwadron. Skąpy jest na pochwały. Wie on, że jedno „bardzo dobrze z ust jego upaja rozkoszą jednę wybraną i martwi dwadzieścia rywalek...
Ale umiał on przytem przywiązać swą klientelę więzami mocniejszemi nad próżność.
Gdy zasięgnął wiadomości i ma poważne rękojmie, Van-Klopen daje na kredyt.
Tak jest, daje na kredyt nietylko swój krój, ale i materje. Wrazie potrzeby zjednywa opornych dostawców, a nawet pożycza pieniędzy.
To też w dniach obrachunków małżeńskich, damski krawiec jest postrachem mężów.
Poczciwi mężowie! Śpiąnajspokojniej, uwielbiają ład, oszczędność i rządność swoich żon, a w tem — okrutne przebudzenie!.. ukazuje się flegmatyczny Holender z rachunkiem na dwadzieścia tysięcy franków.
Co począć? Zapłacić.
Tak jest zaplacić, albo procesować się; bo Van-Klopen i to robi.
Prosta kupcowa strojów, sprzedająca swe wyroby biednym dziewczętom, cofnęłaby się przed sposobami, jakich używa ten lichwiarz od jedwabiu i aksamitu.
Biada kobiecie dającej się ułowić na zasadzkę kredytu, którą jej pan Klopen zastawił! Kobieta, która mu się zadłużyła trzy tysiące franków jest zgubiona, gdyż nie może wiedzieć, jak daleko zajdzie, starając się o pieniądze, gdy ich od niej zażąda.
A jednak w księgach jego znajduje się wiele zacnych nazwisk!..
Czyż dziwnem się wyda, że takie powodzenie zawróciło głowę Van-Klopenowi?
Jest on za to pulchny, rumiany, bezwstydny, próżny, cyniczny!.. Pochlebnisie jego dochodzą aż do tego, iż mówią, że ma dowcip.
Takim jest człowiek, do którego udał się Mascarot wraz ze swym protegowanym Pawłem Violaine, po długiem śniadaniu u Philippe.
Lokal Vau-Klopena zasługuje także na wzmiankę. Pyszny dywan zdobi jego schody, wiodące na pierwsze piętro, które zajmuje.
W bardzo obszernym przedpokoju dwóch strzelców w połyskującej złotem liberji siedziało przy kaloryferze.
Ujrzawszy Mascarota wstali z uszanowaniem i jeden z nich, uprzedzając zapytanie stręczyciela, powiedział:
— Pan Van-Klopen pracuje w tej chwili z księżną Korazow; ale przerwie naradę jak tylko się dowie, i pan tu jest. Czy raczy pan przejść do prywatnych apartamentów pana Van-Klopena?
I wspaniały strzelec już chciał iść; ale Mascarot zatrzymał go.
— Nie bardzo nam spieszno, powiedział, zaczekamy z innymi klientami w wielkim salonie. Jest tam wiele osób?
— Kilkanaście dam, bo to teraz bale...
— Bardzo dobrze, to mię rozerwie.
I nie czekając na odpowiedź strzelca, Mascarot pocisnął kryształową gałkę, drzwi otworzyły się na rozcież, i przez nie wprowadził Pawła do salonu.
Salon ten, wspaniale przyozdobiony, wyzłocony i wymalowany, jest gustu najnędzniejszego; dziwi w niem przytem jeden śmieszny szczegół.
Obicie ścian znika całkiem pod mnóstwem małych akwarel, przedstawiających kobiety w najrozmaitszych ubiorach.
Pod każdem malowidłem znajduje się podpis; przybliżywszy się można wyczytać.
Suknia pani C... na obiad w ambasadzie moskiewskiej.
Garnitur markizy V.., na bal w Hotel-de Ville.
Kostium kąpielowy pani H... R...
Peplum panny S...
Sam krawiec wynalazł ten sposób przekazywania swych pomysłów potomności.
Salon ten tak zadziwił przepychem swym Pawła, iż zbity z tropu, olśniony, stanął na progu, nie śmiejąc iść naprzód, nie widząc krzesła, na któremby mógł usiąść.
Ale Mascarot ma zimnej krwi za dwóch.
Ująwszy swego protegowanego za rękę, posadził go koło siebie na kanapie, szepcząc:
— Trzymaj się, do pioruna! dziedziczka jest tu!
Wejście Mascarota i Pawła do salonu Van-Klopena skandal prawie wywołało.
Rzadko mężczyzna dostaje się do tego przybytku elegancji; to też wszystkie damy, które cierpliwie czekały na łaskawe ukazanie się króla wszystkich krawców, zdumione zostały zuchwalstwem tego intruza.
Wrażenie to jeszcze zwiększyła niepospolita piękność Pawła, tego młodzieńca o drżącem oku, trwożliwego i rumieniącego się jak dziewczę.
Rozmowy ustały i pod ogniem kilkunastu par oczu, czując jak mu pałają policzki, Paweł tracił pewność siebie, dręczył swój kapelusz jak wieśniak wobec sądu i nie śmiał podnieść głowy.
— Pomieszanie to nie mogło podobać się zacnemu stręczycielowi.
Sprowadził on tu swego protegowanego, by kogoś zobaczył; chciał więc by patrzał.
Bo jego wcale nie zatrwożyło to imponujące zebranie.
Wchodząc zaraz powitał wszystkich dokoła z zastarzałą gracją eleganta z roku 1820, a potem usiadłszy na kanapie, zdawał się być tak swobodnym, jak we własnej ajencji, wśród swoich klientek.
Niczem nie zamącona pewność Mascarota jest wynikiem pogardy ludzkości i szkieł jego okularów.
Gdyby wiadomem było: ile usług mogą wyświadczyć te szkła kolorowe, po za któremi kryją się wszelkie wrażenia — to cały świat nosiłby niebieskie okulary.
Zacny stręczyciel raczył udzielić swemu protegowanemu kilka minut dla opamiętania się i oswojenia z atmosferą salonu, zanadto ciepłą i przeciążoną pachnidłami.
Ale po upływie pewnego czasu, widząc, że Paweł ciągle trzyma nos w kamizelce, trącił go lekko łokciem, mówiąc:
— Więc to po raz pierwszy widzisz pan damy w wielkiej toalecie? Czy się boisz?
Paweł zrobił wysilenie by się wyprostować.
— Patrz pan na prawo, szeptał dalej Mascarot, między fortepianem a oknem... to ona!
Przy oknie, obok swej służącej, siedziała młodziutka panienka, najwięcej ośmnastoletnia.
Nie była ona tak piękną jak zapowiedział stręczyciel, ale piękność jej miała w sobie coś żywego, szczególnego i niespokojnego.
Była mała, drobna, wątła pozornie i bardzo mocno brunetka.
Rysom jej brakło regularności, ale czarne i połyskujące włosy zdawało się, iż rzucały snopy światła; ciemno-szafirowe jej oczy miały pociąg nieprzezwyciężony. Purpurowe usta, nieco za grube, zdradzały gorącą krew w nich krążącą, czoło wypukłe świadczyło o uporze aż do bezsensu.
Wszystko w niej oddychało namiętnością, lub raczej cała ona zdawała się być uosobieniem namiętności.
Paweł musiał odwołać się do całej swojej energii, by zdobyć się na to by spojrzeć na nią.
Jednak ośmielił się oczy ich spotkały się i oboje zadrżeli jednocześnie, jakby od dotknięcia baterji elektrycznej.
Paweł był osłupiały, olśniony. Co do młodej dziewczyny, to wzruszenie jej było tak gwałtowne, iż musiała nagle odwrócić się, z obawy, by tego nie dostrzeżono.
Ale nikt nie zwracał na nią uwagi.
Rozmowy znowu poszły swoim torem; wszystkie klientki znakomitego Van-Klopena z największem skupieniem ducha słuchały jednej młodej damy, opisującej ostatni swój strój balowy.
— To zdumiewające, mówiła dama; tylko jeden Van-Klopen zdolny jest do takich kreacyj. Wszystkie te panny w karetach o ośmiu resorach nie posiadały się ze złości. Wiem od markiza Croisenois, że Jenny Fancy płakała ze wściekłości. Wystawcie sobie tylko trzy zielone spodniczki, każda innego odcienia, podpięte...
Mascarota bynajmniej nie zajmował ten opis.
Przypatrywał się on i uważał.
Drżenie dwojga młodych ludzi wywołało uśmiech na jego zwiędłe usta.
— No i cóż? zapytał swego protegowanego.
Paweł z trudnością stłumił wykrzyknik uwielbienia.
— Cudna! szepnął.
— I ma miljon!... dodał stręczyciel.
— Choćby nie miała ani jednego sous, jeszcze możnaby było oszaleć dla niej.
Mascarot kaszlnął i uczuł potrzebę poprawienia sobie okularów.
— Teraz, pomyślał, mam cię już, mój chłopcze! Czy wzruszenie twoje jest udane, czy rzeczywiste, czy uwielbiasz, posag czy kobietę — mniejsza o to; zrobisz jak chcę.
Po tej ojcowskiej uwadze nachylił się znowu ku swemu protegowanemu.
— Chcesz pan wiedzieć jej nazwisko? zapytał.
— O! powiedz pan! proszę!
— Flawia.
Paweł był zachwycony. Teraz ośmielił się spojrzeć na młodą dziewczynę, która nieco odwróciła się. Zapominając o zwierciadłach sądził, że go nie dostrzeże.
Tymczasem młoda dama rozpowiadała dalej:
— To strach co się stało tej biednej hrabinie Luxé, temu prawdziwemu aniołowi. Tak, tak, moje panie!... kazała sobie farbować suknie. Robi oszczędności!... Jaka naiwność!... Tymczasem hrabia Luxé szaleje z jedną aktorką z teatru Bouffes. Dowiedziawszy się o tem omal nie umarła z żalu; a ja poprzysięgłam sobie, że jeżeli mój mąż zrujnuje się kiedy, to pewno przezemnie, a nie przez inną...
Przerwała sobie.
Drzwi w głębi otworzyły się z łoskotem i Van-Klopen we własnej osobie ukazał się w całej okazałości.
Jest on na pięć i pół stóp wysoki i barczysty nieproporcjonalnie; na czerwonej jego twarzy można zliczyć kieliszki, które wypija; oko ma zuchwałe, głos słodziutki i mówi czystym rotterdamskim akcentem.
Jak zawsze tak i teraz był w szafirowej aksamitnej czapeczce, koronkowych żabotach i mankietach. Ogromny dyament błyszczał mu na palcu.
— Na którą z pań kolej? zapytał.
Kolej była na damę, która właśnie opowiadała. Ta wstała już; ale wielki krawiec zatrzymał ją ruchem.
Dostrzegł Mascarota i z widocznym pośpiechem poszedł ku niemu.
— Jakto? zawołał, pan tu?... i musiałeś czekać!... O!... jakże mam przeprosić!...
Lekki szmer przeszedł po zgromadzeniu.
— Proszę bardzo, mówił dalej Van-Klopen, chciej pan wejść do mego gabinetu!... pan, dodał wskazując na Pawła, zapewne przyszedł razem z nim?... niech panowie raczą...
I to mówiąc ciągnął za sobą Pawła i Mascarota.
Sam miał także pójść za nimi, nie przeprosiwszy innych obecnych, gdy wtem jedna z klientek poskoczyła aż ku niemu i siłą prawie wciągnęła go w korytarz, zemknąwszy za sobą drzwi.
— Panie! zawołała, na miłość boską — jedno słowo!
Van-Klopen zmierzył ją znudzonym wzrokiem.
— Co tam jeszcze? zapytał.
— Panie jutro przypada termin wekslu na 3000 franków, który panu podpisałam.
— Bardzo być może.
— Otóż, panie, nie mam pieniędzy.
— I ja także.
— Zaklinam pana, chciej mi go przedłużyć na dwa miesiące, nawet na miesiąc, na jakich chcesz warunkach...
Damski krawiec ruszył ramionami.
— Za dwa miesiące, powiedział, będzie pani jeszcze trudniej zapłacić aniżeli dziś. Jeżeli weksel nie będzie zapłacony jutro... to nastąpi pozew...
— Boże! Ale w takim razie mój mąż dowie się.
— Niezawodnie i wiem z pewnością że zapłaci.
Nieszczęśliwa kobieta struchlała.
— Tak, rzekła, mąż mój zapłaci, ale ja będę zgubiona. . — Nic na to poradzić nie mogę; mam wspólników
— O! nie mów mi pan tego!... błagam!... ratuj mnie! Mąż mój trzy razy już płacił za mnie długi i poprzysiągł... że gdyby chodziło o mnie tylko!... Ale mam dzieci!... mąż w gniewie gotów mi je zabrać... Przez litość!... panie! dobry panie Van-Klopen...
Załamywała ręce, Ikala, omal że nie padła na kolana.
Znakomity krawiec był jak z lodu.
— Kiedy kto jest matką dzieci, powiedział, to bierze szwaczkę dziennie... są szwaczki doskonale robiące suknie.
Jeszcze próbowała rozczulić go, wzięła za ręce, chwila — a ucałowałaby je.
— Panie gdybyś pan wiedział!.. za nic nie odważę się powrócić do siebie... nie będę miała śmiałości przyznać się mężowi.
Van-Klopen zachychotał ze straszliwym cynizmem.
— No i cóż? odrzekł, jeżeli pani tak się obawia męża, to zgłoś się do kogo innego!...
I wyrwawszy się po brutalsku, porzucił biedną kobietę w korytarzu i wszedł do gabinetu, gdzie nań czekali Paweł i Mascarot.
Naprawdę był niezadowolony; dowodziło to, że zatrzasnął za sobą drzwi z gwałtownością niezwykłą.
— Czyś pan słyszał, rzekł do Mascarota, tę żałośną scenę? Zdarzają mi się podobne od czasu do czasu — to nie wesoło.
Przerwał sobie, gdyż uczuł lekkie łechtanie w ręku; popatrzył ciekawie, obtarł i rzekł śmiejąc się donośnie:
— Co widzę!... spłakała mi się na rękę!...
Paweł był naprawdę oburzony.
Pierwszy popęd jego serca był jeszcze dobry. Gdyby miał trzy tysiące franków, zaniósłby je tej biednej kobiecie, której stłumione jęki słychać było jeszcze w korytarzu.
— To okropność!... powiedział.
Wykrzyknik ten zdawał się urażać Van-Klopena.
— A!... zawołał z niewysłowionym cynizmem w głosie, pan miewa przypadłości nerwowe. Gdyby pan był na mojem miejscu, to prędko dowiedziałby się, co to wszystko właściwie znaczy. Zresztą bronię tu pieniędzy moich i moich wspólników. Więc pan nie wiesz, że wszystkie te płoche kobietki, które ubieram, są pełne próżności i szaleją za strojami. Ojca, matkę, męża oddadzą one, z dziećmi na dokładkę, byle otworzyć sobie rachunek. Pan nie możesz wiedzieć do czego są zdolne kobiety, by tylko mieć suknię, na której widok rywalka pęknie ze złości... Dopiero przy obrachunku przypominają sobie o rodzinie.
— Jednak, pan wiesz dobrze, że na tej damie nic się nie straci; jej mąż...
— A, tak! mąż zawołał Van-Klopen, roznamiętniając się w toku dyskusji, gadajmy o tem. O! ci mężowie! to można umrzeć od śmiechu. Przynoszę suknie, przyjmują mię ze wszystkiemi oznakami grzeczności; bo i oni lubią piękne materje, ale gdy przedstawiam rachunek — to inna rzecz. Straszliwie wytrzeszczają oczy i grożą wyrzuceniem za okno...
Z najlepszą wiarą w świecie, Paweł bronił dalej sprawy biednej dłużniczki.
— Mężowie, powiedział, bywają często oszukiwani...
— Dajże pan pokój!... wiedzą oni o wszystkiem, a w każdym razie ich rzeczą jest wiedzieć. Ale nie!... udają nieświadomych to dogodniej. Gdy dadzą sto luidorów na miesiąc, sądzą, że już są pokwitowani i spokojnie przyglądają się tuzinom strojów, od których dęba stanęłyby konie fiakra. Jeżeli nie mówią sobie, że żony ich biorą to wszystko na kredyt, to — jak im się zdaje — skąd one to mają?... Ale nie! porozumiewają się. Pani zaczyna od otwarcia sobie rachunku, a pan potem spiera się o całą kwotę i żąda redukcji. Znam ja tę grę!...
Wielki krawiec wydawał się tak zagniewanym, iż Mascarot uznał potrzebę interwencji.
— Może pan byłeś zanadto surowym, powiedział.
Van-Klopen spojrzał na niego znacząco.
— Ba! powiedział, jutro będę zapłacony, wiem przez kogo i jak i dostanę drugie zamówienie; jeżelim tak postąpił, to miałem do tego powody.
Być może, iż powody te nie były bardzo uczciwe, gdyż nie ośmielił się ich wypowiedzieć.
Zaciągnął zacnego stręczyciela w zagłębienie okna i tam we dwóch poczęli mówić z sobą bardzo cicho, śmiejąc się szczerze, jakby sobie opowiadali doskonały figiel.
Nie mogąc usłyszeć ani jednego wyrazu, Paweł począł rozglądać to, co Van-Klopen nazywał swoim „gabinetem konsultacji.“
Nie znajdowało się tam nic z rzeczy potrzebnych do pisania, ale było mnóstwo miar, nożyczek, linij, a przytem pełno próbek i szkiców ubiorów. W głębi sześć manekinów podtrzymywało papierowe formy nowych kreacyj damskiego krawca.
Zaledwie Paweł miał czas obejrzeć wszystko, a już dwaj przyjaciele bo poczytywał ich za takich powrócili przed kominek.
— Tracimy czas, powiedział Mascarot; a chciałbym rzucić okiem na nasze księgi... ale tyle jest osób w salonie.
— I to pana zatrzymuje! powiedział obojętnie krawiec; proszę zaczekać chwilę.
To powiedziawszy wyszedł i prawie w tejże chwili dał się słyszeć jego głos słodkawy.
— Przykro mi bardzo, szanowne panie; jestem w rozpaczy, słowo honoru; ale mam konferencje z kupcem materyj... panie pojmują... to dla pan... ale to może potrwać długo...
— Zaczekamy, — odpowiedział nieustraszony chór klientek. Van-Klopen powrócił, dumą promieniejąc.
— Ot i cała sztuka! powiedział; będą tu do nocy czekać na swego Klopenka. Biedne koteczki!... Otóż to paryskie klientki. Biegaj za niemi, wyczerpuj się w grzecznościach uciekają jak zające. Przeciwnie — drwij sobie z nich, przyjmuj niegrzecznie — płyną jak woda. Jeżeli kiedy opuści mię powodzenie, zamknę sklep i napiszę na drzwiach: „Publiczności wchodzić nie wolno!“... Na drugi dzień tłum wyłamie mi drzwi.
Mascarot raczył kiwać głową, podczas gdy krawiec damski wyjmował z szafy gruby rejestr.
— Nigdy interesa nie szły pomyślniej, powiedział; to prawda, że jesteśmy w pełni sezonu. Od dziewięciu dni, jak pan tu byłeś, otrzymaliśmy na 87.000 franków zamówień.
— Doskonale! Ale dajmy pokój sprawom bieżącym, a zajmijmy się wątpliwemi... pilno mi.
Wyrocznia elegancji, Van-Klopen, przerzucał kartki swego rejestru.
— Oto, naprzykład, powiedział. Panna Wirginia Cluche żąda pięciu toalet do teatru i na wieczór, dwóch domin, trzech sukień wizytowych.
— To za wiele.
— Dla tego właśnie chciałem naradzić się. Dłużna błahostkę — tysiąc ośmset franków.
— I to już nie mało, jeżeli, jak słyszałem, protektor jej jest zrujnowany. Nie odmawiaj pan, ale nie rób nic do dalszego rozkazu.
Za całą odpowiedź Van-Klopen nakreślił z boku swego rejestru jakiś znak kabalistyczny tajemnicze objaśnienie woli stręczyciela.
— Tego miesiąca, 6-go, ważne zamówienie dla hrabiny Mussidan. Suknia bez garnirowania dla córki. Rachunek jej jest jednym z najwyższych; hrabia nie płaci, zapowiedział mi to.
— Nic nie szkodzi! rób pan, a nawet podmawiaj.
— Nowy znak na rejestrze.
— Tegoż miesiąca, dnia 7-go. Zada otwarcia rachunku panna Flawia Martin-Rigal; nowa klientka, pewno córka bankiera.
Usłyszawszy to nazwisko Paweł drgnął; ale zacny stręczyciel zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.
— Mój kumie, rzekł tonem najpoważniejszym, zapamiętaj pan sobie dobrze to nazwisko. Co tylko zażąda ta młoda panna, choćby całego pańskiego magazynu — z góry na wszystko przystań. A głównie — największe względy. Najmniejsze nieuszanowanie przyprawiłoby pana o nieprzyjemności... Ta dama znajduje się obecnie w pańskim salonie pan ją przyjmiesz natychmiast jak tylko wyjdę ztąd.
— Łatwo było poznać ze zdumienia krawca, iż Mascarot nie nadużywa takiego rodzaju rekomendacyj. Paweł był nie mniej zdziwiony, ale z innych powodów.
— Stanie się, jak pan każesz, odrzekł Van-Klopen. Dnia 8. bieżącego miesiąca niejaki pan Gaston Gandelu przedstawiony mi był przez swego jubilera, p. Liper. Ojciec jego jest bardzo bogaty, jak mówią, a sam p. Gaston, przy dojściu do pełnoletności, która jest niedaleką, ma otrzymać znaczny spadek. Młody ten człowiek żąda kredytu od piętnastu do dwudziestu tysięcy franków dla jednej młodej damy.
Stręczyciel ukrył uśmiech i z góry przez okulary spojrzał na swego protegowanego. Paweł ani się ruszył. Nazwisko Gandelu nie wywarło na nim żadnego wrażenia.
Mascarot zastanowił się.
Kumie, powiedział wreszcie, nie uwierzysz jak mi zawadza ten młody człowiek. Na Clichy[1] nie ma już co liczyć... Coby też wymyśleć, by w danej chwili oddalić go z Paryża?
Twarz Van-Klopena przybrała barwę szkarłatną. Najmniejsze wysilenie rozumowania, pędząc mu krew do głowy, sprawia ten efekt.
— Ba!... powiedział, uderzając się w czoło, jest na to sposób. Ten Gandelu, mający minę próżnego głupca, gotów na wszystko, i na wiele innych jeszcze rzeczy dla tej pięknej blondynki.
— I ja tak myślę.
— A zatem rzecz tak się ma. Otworzę mu mały rachunek, tak, by mu ślina przyszła do gęby; dobrze! Nadchodzi ważniejsze zamówienie — ja kraję, przymierzam; ale w chwili oddania udaję, że się obawiam i żądam kilku nie wielkich wekslów, poprzysięgając, że ich nie będę eskontować... rozumie się z dwoma podpisami. Wtedy naszego panicza zaznajamiamy z „Towarzystwem wzajemnych zaliczek“, a nasz kochany Verminet łatwo go namówi do napisania własnoręcznie jakiego znanego nazwiska na dole papieru. Gandelu przynosi mi takie weksle, ja je przyjmuję już go trzymamy.
— Maleńkie fałszerstwo!...
— Ba!.. nie widzę innego sposobu, chybaby...
Tu przerwał sobie. W przedpokoju dał się słyszeć niezwykły hałas, jakby dwóch spierających się osób.
Beznamiętny Van-Klopen wstał, nieco wzruszony i nadstawił uszu, słuchając z wytężeniem.
— Chciałbym wiedzieć, mruknął, co to za impertynent pozwala sobie robić u mnie taki harmider. Zobaczycie, że będzie to znowu jaki śmieszny mąż.
Jeżeli mężowie nienawidzą i obawiają się krawca królowych, to łatwo pojąć, że ten oddaje im piękne za nadobne, i że są oni rodzajem widma dla niego.
Gdyby go słuchać, to instytucję małżeństwa należałoby skasować od jutra.
— Zobacz pan co to jest, radził Mascarot.
— Ja?!... ja mam się kompromitować niewiadomo przed kim, narażać się na całą lawinę obelg?... nie głupim. Płacę służbie, by mi zaoszczędziła tych nudów.
Było to bardzo rozsądnie.
Zresztą hałas przycichał, głosy słabły. Słychać jeszcze było jak otwierały się i zamykały drzwi salonu, potem nic. Wszystko ucichło.
— Wracajmy do rzeczy, zaczął znowu zacny stręczyciel. Propozycję pana przyjmuję. Miałem wprawdzie inny sposób; ale ten może chybić. Piękne małe fałszerstwo to broń zawsze nabita.
Wstał z fotelu i poszedł z krawcem w kąt pokoju.
Po tem, z czem już się sobie zwierzyli — cóż jeszcze okropniejszego i niegodziwszego mieli do uradzenia?
Od samego początku tej szkaradnej rozmowy Paweł był blady jak śmierć.
Paweł, jako nieświadomy życia — nie mógł nic zrozumieć.
Już u Philippe, podczas śniadania, Mascarot wykazał mu zdaleka dziwne rzeczy; to, co słyszał teraz oświecało go ostatecznie.
Widocznem było dla niego, że człowiek ten, którego przyjął dziwną protekcję, układał jakąś ciemną i ohydną intrygę.
Jego postępowanie, wyrazy, wszystko miało pewne znaczenie, rację jakąś i zmierzało ku jakiemuś tajemniczemu celowi.
Rozbierając i porównywając to, co widział, słyszał, lub zauważył, Paweł odgadywał, lub raczej czuł jakąś zasadzkę, cierpliwie urządzaną.
Upatrywał jakiś nie wyjaśniony stosunek między tą Karolina Schimel, którą szpiegowano i tym markizem, Croisenois, tak dumnym a tak uległym, i ta hrabiną Mussidan, którą wpędzano w ruinę, i Flawią, tą bogatą dziedziczką, której przyrzeczono mu rękę, i tym Gastonem Gandelu, u którego namiętności miano wyrwać fałszerstwo, to jest zbrodnię prowadzącą na galery.
A on, Paweł, czyż nie był narzędziem, które także zmuszano do uległości? Ku jakiej przepaści przez jakie błota miano go prowadzić?
Ten tajemniczy stręczyciel, ten świetny krawiec, nie byli to dwaj przyjaciele, jak zrazu przypuszczał, ale dwaj wspólnicy.
Widział, z jakiego nieczystego źródła Mascarot czerpał swą władzę, straszliwą i bez granic. Wiedział, że był on jakby żywym wyrzutem sumienia, nieustającą groźbą, prześladującą swe drżące ofiary z biczem w ręku.
I Paweł czuł, że znajduje się w ręku tego słodziutkiego despoty. W oczy uderzała widoczność zmowy jego z Tantainem. Za późno!
On, niewinny, znalazł się pod ciężkim zarzutem kradzieży.
Gdy nie miał żadnej nieufności, Mascarot związał go, skrępował ze straszliwą zręcznością owych nocnych pająków podrównikowych, które osnuwają ptaszka swą pajęczyną, nie przebudziwszy go.
Czy mógł walczyć z jakąkolwiek nadzieją na powodzenie?. Nie. Przy najmniejszem usiłowaniu zerwania podobnych sieci zostałby zgruchotany.
Zadrżał na tę pewność, ale nie uczuł szlachetnego wstrętu, jakiego doznaje człowiek uczciwy wobec zbrodni.
Trzeba przyznać, że wszystkie złe instynkta, jakie miał w zarodku, fermentowały w nim jak zgnilizna na słońcu.
Jeszcze był olśniony pysznym widokiem, jaki mu stręczyciel roztoczył przed oczyma. Przypomniał sobie, iż powiedziano mu, że ojciec jego był wielkim panem, pomyślał o tej młodej pannie milionowej, od której jednego spojrzenia zadrżały w nim nie znane dotąd struny.
Powiedział sobie, że człowiek taki, jak Mascarot, gardzący prawami i przesądami, silny, cierpliwy, musi w końcu pomimo wszystkiego dojść do celu.
I na cóż się narażał, oddając się na wolę nurtu, który go unosił? Na nic. Mascarot jest dość potężnym pływakiem by mu utrzymać głowę nad wodą...
Paweł nigdy nie ćwiczył się w przymuszaniu siebie, nie mógł wierzyć by był pilnie strzeżony; to też łatwo było poznać w jego ruchliwych rysach całe odbicie jego uczuć.
Tem właśnie zajęty był zacny stręczyciel.
Jeżeli ta bezecna rozmowa odbyła się w obecności jego protegowanego, to dlatego, że sam tak chciał.
Nim mu wyjawi słowo zagadki, nim wykryje czego od niego spodziewa się, chciał on przyzwyczaić jego trwożliwy umysł do zapatrywania się z najzimniejszą krwią na najszkaradniejsze kombinacje.
Zauważył, że fakt nagi, niespodziewany, demoralizuje i przyspiesza zepsucie tysiąc razy prędzej, aniżeli najsubtelniejsze teorje.
Wyczytał w oczach Pawła postanowienie opuszczenia go i z najzupełniejszą pewnością swej siły na nowo rozpoczął głośną rozmowę.
— Przejdźmy, powiedział, do kwestji poważnej, która jest jakby post-scriptum mojej wizyty. Jak stoimy z wice-hrabiną Bois-d’Ardon?
Damski krawiec zrobił ruch uspakajający, jak to zwykł był czynić mówiąc o swych najlepszych klientkach.
— Tam dobrze idzie, odpowiedział. Właśnie wykończyłem jej całą serję najświetniejszych strojów.
— Ile jest dłużna.
— Najwięcej 25.000 franków; nie tyle już należało się od niej!
Mascarot okrutnie mordował swe okulary.
— Jestto, powiedział, kobieta prawdziwie spotwarzana. Jest ona lekkomyślna, zalotna, próżna, rozrzutna ale nic więcej. Od piętnastu dni badam całą jej przeszłość, a nie znajduję najmniejszego grzeszku, któryby mógł oddać ją w nasze ręce...Na szczęście ten dług wyda nam ją. Czy mąż jej wie, że ona ma tu rachunek?
— Mąż?... rozumie się, że nie. On daje żonie swej szalone pieniądze, i gdyby tylko podejrzywał.
— Doskonale Trzeba mu przedstawić jej rachunek.
— Ależ panie zawołał zdziwiony Van-Klopen, przeszłego tygodnia dała grubo na konto.
— Tem lepiej pewno teraz nie jest przy pieniądzach.
Wyrocznia elegancji, Van-Klopen, pałał chęcią przedstawienia tysiąca uwag; ale nakazujący ruch stręczyciela zamknął mu usta.
— Chcę pana prosić, zaczął znowu Mascarot, byś mię wysłuchał i dobrze zapamiętał to co powiem; a przedewszystkiem zrób mi pan tę łaskę i zaoszczędź swych uwag.
Van-Klopen stracił bezwstydną pewność siebie, którą tak imponował swym klientkom.
— Czy znają pana u wice-hrabiny Bois-d’Ardon? zapytał.
— O!... jak zły szeląg.
— Bardzo dobrze. A zatem, pojutrze, punkt o godzinie trzeciej — ani wcześniej, ani później — przedstawisz się wice-hrabinie. Odpowiedzą panu, że pani ma gości.
— Więc zaczekam.
— Wcale nie. Będziesz pan nalegać by się widzieć z nią natychmiast. Gdyby lokaje byli zanadto uparci, pogroź im mną.
— Tego nie trzeba potrafię sobie poradzić.
— Wejdziesz zatem do salonu i znajdziesz tam wicehrabinę rozmawiającą z markizem Croisenois. Sądzę, że go pan znasz?...
— Tylko z widzenia.
— Tego dość. Obecność jego nic pana nie obejdzie. Wyjmiesz z kieszeni rachunek i po brutalsku będziesz żądał pieniędzy.
— O, panie!... pomyśl pan tylko! Wice-hrabina zagrozi mi wyrzuceniem za drzwi.
— To bardzo być może. A pan zagrozisz jej, że zaniesiesz rachunek do męża. Każe ci wyjść; ale zamiast być posłusznym, pan zuchwale uplacujesz się na fotelu, oświadczając, że nie wyjdziesz bez pieniędzy.
— Ale to okropność.
— Bez wątpienia. Ale markiz Croisenois położy koniec tej scenie. Rzuci ci w oczy pugilares i powie: „Zapłać sobie gałganie!“
— I wyniosę się.
— Tak jest; ale przedtem jeszcze, ponieważ będziesz miał w kieszeni ołówek należycie zatemperowany, napiszesz pokwitowanie na imię markiza Croisenois, który zapłacił za wicehrabinę Bois-d’Ardon.
Nigdy żaden człowiek nie widział się tak upokorzonym jak w tej chwili wyrocznia elegancji.
— Nie rozumiem ani odrobiny mruknął.
— To rzecz zbyteczna. Słyszałeś com powiedział.
— Będę posłuszny, ale stracimy klientelę wicehrabiny.
— Więc cóż?...
Być może, iż Van-Klopen chciał próbować zasłaniać się swoją godnością, gdy wtem jakiś krzykliwy głos, który przed chwilą słychać było w przedpokoju, zapiszczał znowu; ale teraz tuż blisko w korytarzu.
— A to mi się podoba! krzyczał ów głos. Ze mną tak nie uchodzi!... Czekać całą godzinę!.. Co nie — to nie! Gdzie jest mój miecz! mój miecz! mój miecz!... Van-Klopen zajęty!... Znamy to. Zobaczycie, że dla mnie pofatyguje się cokolwiek.
Wynikiem tych wykrzykników było przynajmniej to, że zasępione czoła dwóch wspólników wypogodziły się.
Zamienili z sobą spojrzenia, jak gdyby poznali ów ostry głos, rażący uszy.
— To on, mruknął Mascarot.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi i do gabinetu damskiego krawca wpadł młody Gaston Gandelu.
W dniu tym miał on na sobie żakietę jeszcze krótszą niż zwykle, spodnie jeszcze jaśniejsze i obciślejsze, kołnierzyk jeszcze wyższy, a krawat zdumiewający.
Płaska twarz jego była zaczerwieniona od gniewu.
— To ja, zawołał, stanąwszy na progu... Co?.. znajdujesz pan to grackiem? Już ja taki jestem: dobry chłopiec, ale stanowczy. Czekać przeszło dwadzieścia minut!... ja!?... O! co nie, to nie!
Nie ulega wątpliwości, że takie naruszenie prawideł domowych, taka pogarda etykiety uświęconej, w najwyższym stopniu oburzały krawca królowych.
Ale znajdował się pod okiem stręczyciela, otrzymał rozkaz zawładnięcia Gastonem Gandelu, wiedział, że muchy nie łapią się na ocet — więc zrezygnował się przełknąć to wszystko.
— Wierz mi pan, tak zaczął, z trudnością usiłując ochłonąć; wierz mi pan, że gdybym wiedział...
Zwykłe te wyrazy zachwyciły dowcipnego młodego człowieka.
— Wyjaśnienia zawołał, przyjmuję je. Niech odniosą miecze!... A! żartowniś!... Ale zawsze nie należało tak sobie ze mną postępować. Tam na dole stoją moje konie, które mogą dostać kataru. Pan znasz moje konie? To mi bydlęta — co? I powiedzieć tu sobie, że Zora chciała czekać dłużej!... Jeszcze tak młoda... Ale ja ją uformuję, zobaczysz pan!... Biegnę po nią.
To powiedziawszy, znikł w korytarzu, wołając:
— Zora!... Pani Chantemille!... kochana wicehrabino!...
Wielki krawiec czuł się w położeniu człowieka siedzącego na węglach rozżarzonych. Jaki to afront dla jego domu!... Rzucał rozpaczliwe spojrzenia na stręczyciela, który umieściwszy się przy drzwiach, wychodzących na schody, zachowywał postawę augura.
Co do Pawła, to ten nie był dalekim od tego, by poczytać młodego Gandelu, którego powóz czekał na dole, za wzór skończonej wykwintności i najlepszych manier.
Ściskało mu się nawet serce na myśl o szkaradnej zasadzce, w którą miał być schwytany ten interesujący młodzieniec.
To ostatnie wrażenie było tak żywe, iż podszedł do stręczyciela, by mu się z niego zwierzyć.
— Czy też nie ma jakiego sposobu, zapytał cicho, zaoszczędzenia tego nieszczęśliwego młodego człowieka?
Mascarot uśmiechnął się tym bladym uśmiechem, od którego drżeli wszyscy, gdy mu się pojawił na ustach.
Nim upłynie kwadrans, odpowiedział, ja sam zadam panu toż pytanie, pozostawiając mu wolność rozwiązania go według upodobania.
— O! w takim razie...
— Ts!... Oto pierwsza pańska próba. Jeżeli pan nie jesteś tak silnym jak sądziłem — dobranoc. Trzymaj się pan ostro!... Komin spada mu na głowę.
Wyrażenia były pospolite, ale ton tak wyrazisty, że Paweł, przerażony, upatrywał już najfantastyczniejsze niebezpieczeństwa i skupił całą swoją energię.
Dobrze zrobił, gdyż i tak zaledwie mógł powstrzymać wykrzyknik zdumienia i gniewu na widok kobiety, która weszła.
— Owa wicebrabina, owa Zora, młodego Gastona Gandelu była to jego Róża, w ubraniu kupionem w magazynie gotowych strojów, nie mniej jednak bardzo świetnem.
Widocznie miała piękne skłonności, a pod kierunkiem takiego Gandelu mogła dojść daleko... Przekonywał o tem cwikier, który zaledwie mogła utrzymać na nosie, i który zdawał się robić jdj wiele ambarasu.
Była nieco zastraszona i p. Gandelu prawie ciągnął ją za sobą.
— Czybyś się pani obawiała? mówił; toby było śmiesznem. Chodź pani; wszak powiadam; okropnie jest rozgniewany, iż kazano nam czekać. Pewno rozpędzi swoich lokajów.
Gdy Zora-Róża usiadła w fotelu, ujmujący młody człowiek zwrócił się ku znakomitemu dostawcy dworów północnych.
— No, i cóż, zapytał, czyś pomyślał pan o nas? czyś wynalazł i utworzył strój właściwy rodzajowi piękności tej pani?
Van-Klepen nic nie odpowiedział. Brwi miał zasępione i twarz pomarszczoną, jak wieszcz, który siedząc na trójnogu czeka na natchnienie.
— Mam już!... zawołał wreszcie ze wspaniałym ruchem, mam, znalazłem!...
— A!... powiedział Gaston zachwycony, co za człowiek!
— Słuchaj pan, mówił dalej krawiec — a oko jego błyszczało natchnieniem wielkich wynalazców naprzód suknia do miasta: polonezka z wolnym stanikiem, obszycie atłasem a la pensionaire, pas, rękawy i spódniczka ciemno-orzechowe, zwierzchnia spodniczka koloru włosów królowej z wycięciami podłużno-okrągłemi, z tyłu szeroka szarfa w kształcie muszli.
Mógł i dalej tak mówić — Zora-Róża nie słuchała go wcale.
Ujrzała Pawła i pomimo całej swej śmiałości, przestrach jej był tak wielki, iż omal nie zrobiło się jej słabo.
Czem się skończy to szczególne spotkanie?
Jak Paweł mógł pozostawać pozornie spokojnym, kiedy w oczach jego mogła wyczytać najokropniejsze pogróżki?
Przerażenie jej było tak widocznem, iż w końcu młody Gandelu zauważył to.
Ale nie znając Pawła, na którego zaledwie spojrzał wchodząc, obdarzony domyślnością bardzo ograniczoną, zupełnie, nie zrozumiał powodów zmięszania się Zory-Róży.
— Stój pan! stój! zawołał na Van-Klopena, czyż nie widzisz skutków radości. Ja znam się na tem! Stawię dziesięć luidorów, że dostanie nerwowego paroksyzmu! Ależ nie! nie trzeba!
Podczas tej sceny Mascarot nie spuszczał oka ze swego protegowanego. Sadząc, że gotów jest wybuchnąć, uznał, że przedłużenie próby byłoby nieroztropnem i bez sensu.
— Odchodzę, powiedział Van-Klopenowi; nie zapominaj pan o naszej umowie. Moje uszanowanie panu i pani.
To rzekłszy wziął Pawła pod rękę i wyniósł się. Wielki czas był po temu.
Odetchnął dopiero gdy się znaleźli na schodach.
— Co pan myślisz o tej przygodzie? zapytał.
Paweł taki gwałt sobie zadał, wściekłość pokrzywdzonej miłości własnej tak mu zacisnęła zęby, iż mógł tylko odpowiedzieć głuchym jękiem.
— Do licha pomyślał ajent z ulicy Montorgueil, ostro go dotknęło. Zresztą mniejsza o to, jeżeli umiał powstrzymać się — świeże powietrze oprzytomni go.
Wcale nie. Znalazłszy się na ulicy, Paweł zmuszony był zatrzymać się, tak nogi chwiały się pod nim. Potrzebował punktu oparcia.
Zacny protektor nie mógł wlec go za sobą w takim stanie. Odetchnął więc z zadowoleniem, ujrzawszy niedaleko kawiarnię.
— Wejdźmy tu, powiedział, napijesz się pan czegokolwiek — to zaraz poprawi moralność.
Zaszli do ciasnej sali, gdzie dwóch ich tylko znalazło się. Po upływie dziesięciu minut i wypiciu dwóch kieliszków araku, Paweł przybrał znowu twarz ludzką; krew poczęła krążyć mu w policzkach.
— Lepiej panu? zapytał stręczyciel.
— Lepiej.
Żelazo kuje się dopóki gorące. Gdy Mascarot obałamuci człowieka, to już nie daje mu czasu do opamiętania się.
— Przed kwandransem, tak zaczął, przyrzekłem, iż przypomnę panu jego dobre usposobienie względem pana Gandelu.
— Dosyć tego przerwał gwałtownie Paweł, dosyć!
Zacny stręczyciel uśmiechnął się po ojcowsku.
— W każdym razie, powiedział, widzisz pan jak to widoki zmieniają się, stosownie do punktu zapatrywania. Oto naprzykład, jaż i pan zaczynasz być rozsądnym.
— Tak!.. jestem rozsądny, to jest chcę być bogatym, chcę... O! nie masz pan potrzeby naglić mnie. Ja to, owszem, wezwę pana, byś urzeczywistnił swe obietnice. Nie chcę po raz drugi znosić takiego jak dzisiejsze upokorzenia!
Mascarot ruszył ramionami; ale jego protegowany nie dostrzegł tego.
— Pan gniewa się, powiedział.
— Gniew przejdzie, ale usposobienie pozostanie też same.
Teraz, kiedy Paweł posuwał się naprzód, stręczyciel rejterował się. To zwykła jego taktyka.
— Niech pan nie bierze się do niczego, nie zastanowiwszy się, powiedział. W tej chwili jeszcze jesteś panem siebie; jutro, jeżeli mnie się oddasz, potrzeba będzie zrzec się własnej woli.
— Pójdę aż do ostateczności.
Nakoniec stręczyciel tryumfował.
— Dobrze!.. powiedział zimno. Doktor Hortebize przedstawi go panu Martin-Rigal, ojcu panny Flawii, a ja w ośm dni po ślubie dam panu koronę książęcą, którą każesz sobie wymalować na drzwiczkach powozu.

XII.

Zapowiedziawszy Andrzejowi, że odwoła się do prawości pana Breulh-Faverlay, panna Mussidan radziła się raczej swojej miłości, a nie sił.
Przekonała się o tem, zostawszy sam na sam, i stawiąc sobie pytanie: jak dotrzymać przyrzeczenia?
Cała jej istność oburzała się na myśl, iż będzie zmuszoną prosić mężczyznę, by ją wysłuchał, i że koniecznie trzeba będzie odkryć mu całą głębię duszy.
Obcy człowiek mniejby ją przestraszał, aniżeli p. Breulh-Faverlay.
Zdawało się jej i słusznie — iż tym jednym czynem, że starał się o jej rękę, to jest pragnął jej osoby, zjednał już sobie ku niej pewne prawa.
Przez całą drogę, siedząc w powozie z Modesta, Sabina nie wymówiła ani jednego słowa.
Miano siadać do stołu, gdy przybyła do pałacu Mussidan.
Obiad był smutny.
Najokropniejsza niepewność dręczyła młodą dziewczynę; hrabia zaś i hrabina milczeli, zastraszeni pogróżkami doktora Hortebize i Mascarota.
We wspaniałej sali jadalnej uwijała się służba, pełniąc swą czynność ze wszelkiemi pozorami gorliwości.
Co tych ludzi mógł obchodzić smutek państwa? Czyż nie byli dobrze karmieni i akuratnie płatni? Czyż nie potrafią sobie we właściwem miejscu wynagrodzić przymusu?
Powróciwszy o dziewiątej godzinie do swego pokoju, Sabina pracowała nad przygotowaniem swego umysłu do stanowczego kroku, starając się zawczasu oswoić z cierpieniami, na jakie się narazi, znalazłszy się w obecności p. Breulh-Faverlay.
Nie spała całą noc.
Z rana czuła się osłabioną. Ale nie przeszło jej nawet przez myśl uchylenie się od przyrzeczenia, ani nawet zyskanie na czasie.
Bo naprzód poprzysięgła, a Andrzej musiał czekać na list ze śmiertelną niespokojnością. A potem, w miarę jak się zastanawiała nad swem położeniem, coraz bardziej uczuwała naglącą potrzebę stanowczego rozwiązania.
Pozostawiać rzeczy tak jak są, znaczyłoby to narażać się na spotkanie przeszkód nieprzezwyciężonych.
Mówią, że nie wydaje się zamąż młodych dziewcząt wbrew ich woli. Jestto twierdzenie mylne. Sabina wiedziała o tem.
A nie mogła zwierzyć się ojcu, a tem mniej matce.
Nigdy nie była dopuszczona do serdecznej otwartości z nimi; ale czuła, że jakieś nieszczęście wisiało nad ich rodziną.
Gdy wyszedłszy z klasztoru znalazła się wśród swoich, zrozumiała, iż była zbyteczną, to żenowała ich.
Była pewna, że hrabia i hrabina całem sercem pragnęli, by nadszedł dzień, w którym wyswobodzą się od niej w skutek zamąż pójścia. Wtedy wolno im będzie rozstać się; każde będzie mogło uciec w swoją stronę, poprzysiągłszy sobie nigdy nie widzieć się.
Była ona łącznikiem dwóch nienawiści.
Wszystkie te okoliczności, przyszedłszy jej na myśl, zwiększały trwogę.
W takiem usposobieniu umysłu młode dziewczęta zdobywają się zwykle na postanowienia rozpaczliwe.
Mniejby jej było przykrem, mniej okropnem, opuszczenie nazawsze rodzicielskiego domu, aniżeli wytrzymanie spojrzenia pana Breulh, gdy wyzna mu całą prawdę.
Na szczęście przywykła żyć skupiona w sobie; posiadała męzką energię.
Dla Andrzeja, więcej jeszcze aniżeli dla samej siebie, życzyła sobie tego, by pozostać w ciasnem kole towarzyskiej konwencjonalności. Cierpiałaby wśród szczęścia, któreby trzeba było ukrywać jak wstyd, a za które świat, przewrotny i złośliwy, mści się prędzej lub później. Dla niej potrzeba było szczęścia dozwolonego, zgodnego i z towarzyskiemi przesądami i własną jej namiętnością, szczęścia, które śmiało staje wobec Boga i ludzi.
O południu, jeszcze nie zdecydowana, pochylona nad klęcznikiem, modliła się i płakała.
Niestety dla czegóż nie miała matki?
Przez chwilę miała zamiar pisać. Ale zrozumiała, że byłoby szaleństwem powierzać papierowi wyrażenia, których nie ma śmiałości wypowiedzieć.
Czas uchodził, a Sabina gorzko sobie wyrzucała to, co nazywała swoją małodusznością, gdy wtem usłyszała skrzypnięcie bramy.
Powóz wjechał w dziedziniec pałacowy.
Młoda dziewczyna machinalnie przybliżyła się ku oknu i krzyknęła radośnie.
Zobaczyła pana Breulh-Faverlay wysiadającego z parokonnego faetonu, którym, pomimo zimna, sam powoził.
— Bóg mię wysłuchał, szepnęła; zaoszczędził mi najprzykrzejszej części mego przedsięwzięcia.
— Jakto? zapytała wierna Modesta, pani chce mówić z p. Breulb, tu?
— Tak jest. Matka moja jeszcze nie ubrana, ojciec zamknął się w bibliotece; zatrzymawszy p. Breulh w korytarzu i zaprosiwszy go do salonu, będę miała kwadrans czasu, — więcej mi nie trzeba.
Zebrawszy więc całą swoją odwagę i pokonawszy resztę wahania, wyszła.
Andrzej miał wszelkie prawo pysznić się tem, że został przeniesiony, on, biedny malarz, podrzutek, nad człowieka, którego hrabia Mussidan wybrał na męża jedynej swej córki.
P. Breulh-Faverlay jest poza obrębem świata urzędowego jednym z dziesięciu może takich którymi zajmuje się Paryż.
Zdaje się, iż fortuna szczególnie sobie upodobała, zlewać na niego wszystkie swe dary.
Nie ma jeszcze czterdziestu lat; jest bardzo przystojny, obdarzony wyższą inteligencją, a dowcipu jego obawiają się; jest przytem jednym z najbogatszych właścicieli ziemskich we Francji.
Zkąd pochodzi, że pozornie zdaje się być obcym sprawom swego kraju i czasu? dla czego trzyma się na uboczu? Często zapytywano go o to.
— Mam ja dość roboty, odpowiadał, z wydatkowaniem moich dochodów, tak by się nie bardzo narażać na śmieszność.
Czy jest to skromność rzeczywista, czy też udawanie? Niewiadomo.
To jednak pewna, i pan Breulh jest jakby ostatnim wyrazem wszystkiego, co arystokracja francuska miała w sobie pięknego, świetnego, poetycznego. Jest to człowiek wysokiej prawości, umysłu rycerskiego i szlachetnej gotowości do ujmowania się za sprawami straconemi.
Mówią, że miał wielkie powodzenie u kobiet. Jeżeli to co mówią, jest prawdą, to umiał zarazem być dość dyskretnym i zręcznym, by nigdy nikogo nie skompromitować.
Pewien rodzaj tajemniczej a romansowej mgły otaczającej jego młodość, powiększa jeszcze urok.
Nie zawsze był tak bogaty.
Sierotą, z małym funduszem, p. Breulh, mając wszystkiego dwadzieścia lat, popłynął do Ameryki południowej. Bawił tam dwanaście lat, to przyjmując udział w wojnie partyzanckiej, to poświęcając się najrozmaitszym zajęciom dla zarobienia na życie.
Po powrocie do Francji nie był bogatszy jak kiedy odjeżdżał; ale wkrótce umarł wuj jego, stary markiz Faverlay i zapisał mu swój ogromny majątek, z warunkiem, iż do nazwiska Breulh, doda nazwisko Faverlay, które miało już wygasnąć.
Znaną jest jedna tylko jego namiętność, konie. Ale jeżeli bierze udział w wyścigach, to jak wielki pan, a nie jak masztalerz.
Oto, co wiedziano w świecie o człowieku, który trzymał w swoim ręku losy Andrzeja i panny Mussidan.
Wszedł do przedpokoju i chciał już przemówić do lokaja, który wstał na jego spotkanie, gdy na ostatnich schodach ujrzał Sabinę. Oddał głęboki ukłon.
Młoda dziewczyna prosto poszła ku niemu.
— Panie, rzekła głosem wzruszonym i zaledwie dosłyszanym, chcę prosić, byś mi pan udzielił parę chwil rozmowy... Potrzebuję rozmówić się z panem... sam na sam.... i to zaraz.
P. Breulh skłonił się z szacunkiem, nie okazując bynajmniej zdziwienia.
— Jest to dla mnie wielki zaszczyt, odpowiedział. Stawię się na rozkazy pani.
Na znak Sabiny jeden z lokajów otworzył drzwi tego samego salonu, gdzie dr. Hortebiza widział niedawno na kolanach prawie przed sobą dumną hrabinę Mussidan.
Młoda dziewczyna weszła pierwsza, nie wiele dbając o domysły i przypuszczenia służących.
Nie wezwała pana Breuhl by usiadł.
Stanąwszy przy kominku, wsparła się o gzyms, jakby w obawie, by siły jej nie zawiodły.
Dopiero po długiem milczeniu, podczas którego oboje byli okropnie zakłopotani, zdołała wreszcie przezwyciężyć się.
— Moje niezwykłe postępowanie, tak zaczęła, przekona pana, lepiej aniżeli długie wyjaśnienia, o szczerości mojej i szacunku, jaki mam dla charakteru pana, i o wielkiem zaufaniu, jakie w nim pokładam.
P. Breuhl ani drgnął.
Dokąd zmierzała Sabina? Myśl jego błąkała się wśród tysiąca sprzecznych przypuszczeń.
— Pan jesteś przyjacielem naszej rodziny, mówiła dalej, mogłeś pan zmierzyć tajne troski naszego domu. Musiałeś pan poznać, że między moim ojcem a matką stoję opuszczona jak sierota.
Zatrzymała się, zmieszana i za wstydzona.
Myśl, iż pan Breulh może przypuścić, iż chce tłumaczyć się mu z jakiego niewłaściwego kroku, obruszyła jej dumę.
Więc z pewną wyniosłością, która mogła wydać się dziwną w jej położeniu, dodała:
— Ale, czy mam usprawiedliwiać się?.. Jeżeli ośmieliłam się prosić pana o rozmowę, to dla tego, iż chcę błagać go, byś się zrzekł... projektu, o którym była mowa, i wziął na siebie odpowiedzialność za zerwanie.
Oświadczenie to było tak niespodziewane, że pan Breulh, przy całej umiejętności udawania, jaka się pozyskuje w życiu światowem, okazał wielkie zdziwienie, osłonięte pewnem niezadowoleniem.
— Pani... zaczął.
Sabina przerwała mu.
— Jest to wielka usługa, o którą błagam pańskiej wspaniałomyślności. Od pana zależy zaoszczędzić mi wielkich zmartwień...
Smutno uśmiechnęła się i dodała:
— Jestem przekonana, że wymagam od pana usługi niewielkiej. Zaledwie mam zaszczyt być panu znaną; mogę być dla niego tylko obojętną.
Rysy twarzy pana Breulh zdradzały głębokie cierpienie.
— Mylisz się pani, odpowiedział głosem poważnym, i sądzisz mię niesprawiedliwie. Już przebyłem lata lekkomyślnych postanowień. Jeżeli starałem się o rękę pani, to dla tego, żem umiał należycie ocenić wysokie przymioty jej serca i umysłu. Sądzę, że ten, którego pani raczysz przyjąć imię, będzie najszczęśliwszym z ludzi.
Panna Mussidan, już otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale pan Breulh mówił dalej:
— Z czego mogłem tak niespodobać się pani, by być w ten sposób odrzuconym? Nie wiem tego. Tylko wiedz pani, że jest to dla mnie nieszczęściem, po którem nie pocieszę się przez całe życie.
Szczerość smutku pana Breulh była tak widoczną, iż Sabinę wzruszyło to.
— Wierz mi pan, rzekła, iż jestem więcej tem dotknięta, aniżeli mogę wyrazić. Nie powiem, byś mi się pan nie spodobał, a staranie się pana o moją rękę, zaszczyt mi przynosi. Byłabym szczęśliwą i dumną zostawszy jego żoną, gdyby...
Musiała zatrzymać się, gdyż wszystka krew uderzyła jej do głowy.
Ale p. Breulh był okrutny; nalegał:
— Gdyby co?.. zapytał.
Panna Mussidan odwróciła głowę, aby ukryć swoje pomieszanie i zaledwie miała siłę odpowiedzieć:
— Gdybym nie oddała mego serca i nie przyrzekła mojej ręki innemu...
Pan Breulh nie mógł powstrzymać się od wykrzyknika:
— A!..
Czy umyślnie, czy przypadkowe, czy też z zazdrości, wykrzyknik ten miał w sobie coś ironicznego, co obraziło i oburzyło Sabinę.
Odwróciła się wzruszona i z podniesioną głową, oczami szukając oczu pana Breulh, rzekła:
— Tak jest, panie, innemu, którego wybrałam z pomiędzy wszystkich, własnowolnie, bez wiedzy mojej rodziny. Innemu, dla którego jestem wszystkiem, tak jak on jest wszystkiem dla mnie.
Pan Breulh nic nie odpowiadał.
— Wybór ten nie może pana obrażać, mówiła dalej młoda dziewczyna. Pan nie wiedziałeś nawet o mojem istnieniu, gdym spotkała tego innego. Zresztą czyż można pod jakimkolwiek względem porównywać pana z nim? Nie. Pan stoisz na najwyższym szczeblu towarzystwa; on na najniższym. O ile pan jesteś szlachetnie urodzonym, o tyle on jest z ludu. Pan jesteś dumny z tego, że nie nosisz żadnego tytułu: mówią sires de Breulh, jak mówią sires de Couçy; on nie ma nawet nazwiska. Majątek pana przenosi pańskie fantazje, on walczy o chleb codzienny. Takim on jest panie! Być może, iż to człowiek genialny, ale najlichsze przeszkody codzienne hamują jego popędy. Aby zdobyć sobie prawo zostania wielkim artystą, został on rzemieślnikiem.. I jeżeli kiedy uściśniesz pan jego uczciwą rękę, to uczujesz na niej odciski od pracy.
Gdyby panna Mussidan zamierzyła z umysłu martwić tego zacnego człowieka, od którego oczekiwała wielkiej usługi i większej jeszcze ofiary, to i wtedy nie mogłaby mówić inaczej.
W niedoświadczeniu swem robiła wszystko co migla dla rozjątrzenia rany, którą mu zadawała.
A nigdy nie była tak piękną jak w tej chwili, gdy drżała pod tchnieniem namiętności. Głos jej miał dźwięk szczególny. Dusza patrzyła jej z oczu.
— Teraz, mówiła dalej, pojmujesz pan dlaczego przeniosłam tamtego nad innych. Im szerszą, głębszą, im bardziej nieprzebytą pozornie jest przepaść oddzielająca go odemnie, tem wierniejszą powinnam być wymienionym przysięgom. Znam moją powinność. Kobieta, godna tego nazwiska, powinna być dla tego kogo kocha nadzieją i wiarą, bo te tworzą cuda. Niech mówią żem szalona — zgadzam się na to. Wiem na jakie niebezpieczeństwa naraża się ten, kto dotyka przesądów. Być może, iż przyszłość zachowuje dla mnie karę okrutna... ale nikt nie usłyszy skarg moich. Zresztą ten inny...
Zawahała się przez chwilę, a potem głosem spokojnym, ale stanowczym, dodała:
— Ten inny... ja go kocham.
P. Breulh słuchał, pozornie nieruchomy i zimny jak marmur. W rzeczywistości zaś, najstraszliwsza z namiętności, zazdrość, wrzała mu w głębi serca.
Bo kochał Sabinę i kochał od dawna. Nie wiedząc o tem, nie dostrzegając tego, panna Mussidan wywracała całą jego przyszłość. Tak jest; był on szlachetnie urodzony, był bogaty, ale tytuły i majątek — wszystkoby oddał, by być na miejscu tego innego, który zarabiał na życie, był podrzutkiem, ale był kochanym.
Wielu na jego miejscu ruszyłoby ramionami i wytłumaczyło Sabinę jednym wyrazem: rozromansowana.
On — nie. On godzien był pojmować ją.
Co najbardziej uwielbiał w niej, to ową piękną szczerość, idącą prosto do celu, bez wykrętów i ogródek. tę śmiałość stawiącą czoło niebezpieczeństwu, po jego rozpoznaniu i po namyśle.
To prawda, że Sabina była niezręczna i nieoględna; ale to samo już podnosiło ją w jego oczach.
W tych czasach czczej galanterji, miłośnych intryg, głupich i płaskich jak książka nieprzyzwoita, w czasach kiedy notarjusz spisujący kontrakt ślubny przedstawia najpoetyczniejszą stronę połowy małżeństw, p. Breulh znajdował się wobec kobiety zdolnej do głębokiej i potężnej namiętności.
Spodziewał się, że ta kobieta będzie należeć do niego — i oto uchodzi przed nim.
Pałał chęcią wypytania się jej; czy to że jeszcze miał jaki cień nadziei, czy też że znajdował jakąś gorzką rozkosz w przeświadczeniu się o swem nieszczęściu.
— Ależ ten inny, zapytał Sabiny, jakże pani mogła zejść się z nim.
Sabina zrozumiała, iż nie ma co ukrywać się.
— Spotkałam go na przechadzce, odrzekła; a potem byłam u niego...
— U niego?!...
— Tak jest piętnaście razy przychodziłam do niego, gdy malował mój portret.
Potem dodała dumnie:
— Taka jak ja dziewczyna, może bezpiecznie chodzić do człowieka, którego sobie wybrała: nic tam nie dzieje się takiego z czego miałaby rumienić się.
— P. Breulh milczał; był zmieszany, znękany.
— Teraz wiesz już pan wszystko. Zadałam sobie gwałt, by powiedzieć panu to czego nie śmiałabym wyznać mojej matce. Czegoż teraz mogę spodziewać się?
Tylko ci, którzy, namiętnie rozkochani, spotkali się z kobietą dość prawą, by ta im powiedziała:
„— Nie kocham cię, oddałam moje życie innemu, nigdy cię kochać nie będę, wyrzecz się wszelkiej nadziei“.
Tylko ci mogą powziąć dokładne wyobrażenie o stanie umysłu p. Breulh i mękach, jakie cierpiał.
Bo gdyby jakim sposobem z boku dowiedział się był o miłości Sabiny, toby się nie cofnął. Przyjąłby walkę, w nadziei zatryumfowania nad tym szczęśliwym śmiertelnikiem, którego przenoszą nad niego.
Ale teraz, gdy panna Mussidan oddawała się na jego łaskę, niepodobna było nadużywać jej zaufania.
— Stanie się według żądania pani, odpowiedział, nie bez pewnej goryczy. Dziś jeszcze napiszę do ojca pani, zwracając mu jego słowo. Po raz to pierwszy nie dotrzymam mojego. Sam siebie zapytuje, jak mam upozorować moje cofnięcie się; w każdym razie p. Mussidan będzie miał wielki żal do mnie. Ale pani tak chcesz...
Po wielkiej egzaltacji Sabiny nastąpiło ogromne osłabienie fizyczne i moralne, jak to zawsze bywa po niezwykłem wytężeniu energii.
— Wdzięczna jestem panu, szepnęła, z całej duszy. Dzięki panu uniknę walki, na której myśl samą drżałam, gdyż zdecydowaną byłam oprzeć się życzeniu moich rodziców. Tymczasem teraz...
Zdawało się, że p. Breulh wcale nie podzielał spokojności młodej dziewczyny.
— Na nieszczęście, powiedział, obawiam się, iż poświęcenie moje będzie bezużytecznem... Pozwól mi pani wytłumaczyć się. Do tej pory pani bywałaś bardzo mało w świecie, a gdyś się pani tam pojawiła, już wiedziano o projekcie związku, jaki istniał między mną a jej rodzicami. Ztąd pochodziło, że nie bardzo pani nadskakiwano. Niech jutro będzie wiadomo że się cofnął, a zaraz wystąpi dwudziestu pretendentów.
Panna Mussidan westchnęła. Tę samą uwagę zrobił jej i Andrzej.
— Zgódź się pani na to, mówił dalej pan Breulh, że położenie jej będzie nadzwyczaj trudnem. Jeżeli szlachetne przymioty pani zdolne są roznamiętnić uczucia najszczytniejsze, to wielki jej majątek może stać się celem zabiegów najbrudniejszych.
— To prawda, odrzekła Sabina smutno, mam wielki posag.
— Cóż pani odpowiesz tym, którzy się przedstawią?
— Nie wiem — zapewne znajdę jaki pretekst do odmowy. Zresztą słucham głosu mego serca i sumienia, więc źle postąpić nie mogę, Bóg będzie miał litość nademną.
Ten ostatni frazes oznaczał pożegnanie. Pan Breulb, jako człowiek światowy, zrozumiał to, jednak nie ruszał się.
— Jeżeli ośmielę się przypuszczać, powiedział, że jestem przyjacielem pani, to czy pozwoli mi pani dać sobie jedną radę?
— Mów pan, słucham.
— Otóż, dlaczego nie mielibyśmy pozostać nadal w takich samych stosunkach, jak obecnie? Dopóki zerwanie nasze nie rozgłosi się, spokojność pani będzie zapewniona. Łatwo mi będzie opóźnić nawet o cały rok kroki stanowcze, a będę zawsze gotów do usunięcia się za najmniejszym znakiem.
Czy w propozycji tej ukrywała się jaka myśl tajemna? Nie. Ale zawsze Sabina zaniepokoiła się.
— Nie, panie, odpowiedziała żywo, nie! Byłoby to nadużyciem życzliwości pańskiej i narzucaniem mu roli ubliżającej. A przytem, pomyśl pan, czy taki podstęp byłby godnym pana, mnie... i jego.
P. Breulh nie nalegał więcej. Po pierwszem wrażeniu przykrego zawodu, opanowało go nieprzezwyciężone rozczulenie.
Pewien projekt, godny jego rycerskiego charakteru, opanował mu umysł, a wahał się z wypowiedzeniem go; do takiego stopnia ta piękna młoda dziewczyna, tak trwożliwa, a zarazem tak mężna, tak czysta i tak nieroztropna przejmowała go szacunkiem. Zdołał jednak pokonać obawę, tak dla siebie nową.
— Czy byłoby to, powiedział z młodzieńczem wahaniem, czy byłoby to nadużyciem ufności, jaką mi pani okazać raczyłaś, gdybym oświadczył... gdybym wyznał pani, że byłbym... szczęśliwym, gdybym mógł poznać człowieka, którego pani wybrałaś?...
Sabina mocno poczerwieniała.
— Nie chcę nic ukrywać przed panem, odrzekła. Nazywa się Andrzej, jest malarzem, mieszka przy ulicy La Tour-d’Auvergne pod N*...
P. Breulh zapamiętał i nazwisko i adres.
— Zaklinam panią, rzekł, byś nie przypuszczała w tem próżnej ciekawości. Zdecydowałem się na to zapytanie jedynie w chęci być pani pożytecznym. Tak mi będzie błogo zostać sprzymierzeńcem pani, być jej przydatnym na cokolwiek. Mam potężnych przyjaciół, stosunki, wynikające z wielkiego majątku...
Wszelka namiętność jest niezręczna. Jest to jeden z głównych rysów zdradzających ją.
Przy całej swej delikatności, pan Breulh, ten ukończony typ ugrzecznienia, każdem wypowiedzianem słowem urażał Sabinę.
Proponował teraz swoją protekcję Andrzejowi! To jest zdawał się chcieć okazać swą wyższość nad człowiekiem ukochanym. Tego nigdy kobieta nie zniesie.
— I za to dziękuję panu, odrzekła Sabina. Ale znam Andrzeja. Ofiarowanie usług upokorzyłoby go okropnie. To śmieszne? Wiem o tem. Ale nasze wyłączne położenie nakazuje nam największe skropuły. Biedny chłopiec!.. Duma jest całem jego szlachectwem.
To powiedziawszy i chcąc odrazu zakończyć rozmowę, która była dla niej męczarnią, panna Mussidan zadzwoniła. Wszedł lokaj.
— Czyś uprzedził moją matkę o wizycie pana? zapytała.
— Nie, pani pan hrabia i pani hrabina kazali nam powiedzieć, że nikogo nie przyjmują.
— Dlaczegoż nic nie powiedzieliście mi o tem? zapytał surowo pan Breulh.
I nie słuchając usprawiedliwień się lokaja skłonił się ceremonialnie Sabinie, przeprosił, że mimowolnie stał się jej natrętnym i wyszedł, ukazując niezadowolenie, aby to zostało dostrzeżonem.
— Ten także, powiedziała Sabina, wart być kochanym.
Już miała powrócić do siebie, gdy zatrzymał ją odgłos jakiegoś sporu w przedpokoju.
Drzwi do salonu były otwarte i Sabina usłyszała jak ktoś nalegał, chcąc koniecznie widzieć się z hrabią Mussidan natychmiast, pomimo uwag lokajów, którzy opierali się temu z uszanowaniem, ale stanowczo.
— Trédame!... mówił gość uparty, co wy mi tam śpiewacie o waszych rozkazach!... czy one do mnie stosują się? Czy nie znacie mnie? Czy jestem bliskim przyjacielem waszego pana, czy nie? Jestem. Powiedzcież mu natychmiast żem przybył, że czekam.... Jeżeli nie — to sam pójdę.
Upor przybyłego pokonał wreszcie opór slużących. Gość wszedł do salonu.
Był nim we własnej osobie p. Clinchan, towarzysz młodości hrabiego Mussidan, jedyny wraz z Ludwikiem świadek śmierci nieszczęśliwego Montlouis; ten sam p. Clinchan, który powierzył papiero wi swe wrażenia w chwili skladania fałszywego świadectwa.
P. Clinchan nie był ani słuszny ani mały, ani tłusty ani chudy, ani ładny ani brzydki. Osobistości jego brak wszelkich cech charakterystycznych, tak jak jego umysłowi i ubraniu. Owszem ma on jedną cechę wyróżniającą: przy brelokach jego wisi ogromna koralowa ręka; gdyż pan Clinchau boi się złego oka.
W młodości był on systematykiem; zestarzawszy został maniakiem. W dwudziestym roku codziennie zapisywał ile razy puls mu uderza na minutę. W czterdziestym roku prowadzi dziennik swego trawienia.
Jeżeli raj ma być urzeczywistnieniem wszelkich naszych niemożebnych na tym świecie żądań, top. Clinchan na tamtym świecie będzie wahadłem od zegara.
W obecnej chwili był tak zirytowany, i nie powitał nawet Sabiny.
— Co za wzruszenie! mówił sam do siebie, a tu, jak na dobitek, jadłem dziś więcej niż zwykle. Jeżeli nie umrę, to najmniej sześć miesięcy doznawać będę skutków tego.
Ujrzawszy hrabiego Mussidan wchodzącego, przerwał sobie. Pobiegł ku niemu, lub raczej rzucił się na niego, krzycząc:
— Oktawiuszu, ratuj nas! Przepadliśmy, jeżeli nie zerwiesz małżeństwo swej córki z...
Żylasta ręka hrabiego Mussidan zasłoniła mu usta.
— Czyś oszalał, powiedział, czy nie widzisz Sabiny?
Posłuszna nakazującemu wzrokowi ojca, panna Mussidan wybiegła.
Ale p. Clinchan dość powiedział, by napełnić jej serce niepokojem i trwogą.
Cóż to za zerwanie? z kim? dlaczego? Zkad że to ratunek ojca i p. Clinchan mógł zależeć od jej małżeństwa?
Było w tem coś niezawodnie, jakaś zagadka; hrabia z takim pospiechem zasłonił mu usta...
Nazwisko, którego nie zdołał wymówić pan Clinchan, ona odgadła. Było to nazwisko Breulh-Faverlay.
Złowrogie jakieś przeczucie mówiło jej, że w przerwanym tym frazesie zawierała się cała jej przyszłość.
Była pewną, że jej życie, przyszłość, sama osoba, postawione będą na kartę w grze, która rozpoczynała się w tej chwili.
Ale jak tu dowiedzieć się co ojciec i p. Clinchan będą mówić z sobą? Bo chciała koniecznie wiedzieć o tem, choćby to ją najwięcej kosztować miało. Nie tyle ciekawość, ile niepokój miotał nią.
Szukała sposobu i przyszło jej na myśl, iż obszedłszy salę jadalną, będzie mogła ukryć się w małym pokoju, oddzielonym portierą tylko od salonu.
Pobiegła i słyszała ztamtąd całą rozmowę.
P. Clinchan jeszcze narzekał.
Ruch hrabiego Mussidan był tak szybki i nawet tak brutalski, iż przyjaciel jego uczuł ból i omal że się nie wywrócił.
— Trédame... jęczał p. Clinchan, jaki z ciebie impetyk!... Ach cóż to za dzień nieszczęśliwy! Pomyśl tylko... śniadanie zanadto sute, gwałtowne wzruszenie, szybka jazda, gniew, spowodowany przez twych służących, radość gdy cię ujrzałem, potem uderzenie i przerwa w funkcjonowaniu organów oddechowych... Jest to dziesięć razy więcej, aniżeli trzeba, aby nabawić się choroby w naszych latach!...
Ale hrabia, zwykle wielce uwzględniający dziwactwa swego przyjaciela, teraz nie był usposobiony do słuchania go.
— Do rzeczy... powiedział krótko i ostro, co się stało?
— Stało się, jęknął p. Clinchan, że znaną jest historja z lasku Bivron. Bezimienny list, który otrzymałem przed godziną, przepowiada mi straszliwe nieszczęścia, jeżeli nie przeszkodzę oddaniu ręki twej córki panu Breulh... Ach!... łotry, piszący do mnie, znają prawdę i mają dowody.
— Gdzie jest ten list?
P. Clinchan wyjął go z kieszeni. List był dobitny i nadzwyczaj groźny; ale nie zawierał w sobie nic nowego dla p. Mussidan.
— Czyś sprawdzał twój dziennik? zapytał swego przyjaciela. Czy rzeczywiście brakuje w nim trzech kartek?
— Tak jest.
— Jakim sposobem zdołano je pochwycić?
— A jakim sposobem?... Tego sam sobie objaśnić nie mogę i jeżeli możesz mi powiedzieć...
— Czyś pewny swoich służących?
— Eh! czy nie wiesz, że Lorin, mój kamerdyner, jest już u mnie od szesnastu lat, że wychowany był u mego ojca i że uformowałem go na moje podobieństwo? Nigdy noga żadnego innego z moich służących nie postała w moim gabinecie. Tomy mego dziennika zamknięte są w dębowej szafie, od której klucz mam zawsze przy sobie.
— A jednak musiano dostać się do ciebie!
Pan Clinchan pomyślał chwilę, potem nagle uderzył się w czoło, jakby sobie coś przypomniał.
— Trédame!... krzyknął, wiem już...
— Co?
— Słuchaj. Już temu jest kilka miesięcy, jednej niedzieli Lorin poszedł na zabawę gdzieś w okolicy Paryża, podpił sobie trochę z jakiemiś nieznajomymi, jadącymi koleją żelazną. Potem wszczął z nimi kłótnię i tak został utraktowany, że sześć tygodni leżał w łóżku. Dostał nożem w bok.
— Któż ci usługiwał przez ten czas?
— Jakiś młody człowiek, którego mi sprowadził mój stangret z bióra stręczeń.
P. Mussidan sądził, że już ma wskazówkę. Pamiętał, że człowiek, który do niego przychodził i który ośmielił się zostawić mu swój bilet wizytowy, słowem Mascarot, był stręczycielem sług obojej płci z ulicy Mont-orgueil.
— Wiesz, zapytał, gdzie się znajduje to bióro?
— Doskonale: przy ulicy Dauphin, prawie naprzeciw mnie.
Hrabia krzyknął gniewnie.
— O! zawołał, ci nędznicy są zręczni, bardzo zręczni. Trzeba uledz. A jednak, gdybyś podzielał moje zdanie, gdybyś czuł w sobie dość energii, by nie dbać o skandal, jeszcze moglibyśmy stawić czoło burzy...
Dość było tej propozycji, by p. Clinchan zadrżał całem ciałem.
— Nigdy zawołał, nigdy! Już zrobiłem postanowienie. Jeżeli ty zamyślasz opierać się, to powiedz mi otwarcie — ja wrócę do siebie i strzelę sobie w łeb.
I zrobiłby jak mówił. Bo pominą wszy dziwactwa znany był z odwagi; był przytem takiego temperamentu, iż uciekłby się raczej do ostateczności, aniżeli się narażał na szykany, mogące popsuć mu trawienie.
— Więc ulegne! rzekł p. Mussidan ze wściekłą rezygnacją bezsilności.
Wtedy dopiero p. Clinchan odetchnął całemi piersiami. Nie wiedząc jaki szturm wytrzymał jego przyjaciel, sądził, że był on tak skłonnym do porozumienia się.
— Przecież, powiedział, raz w życiu jesteś rozsądny.
— To jest, wydaję się tobie takim, dla tego że słucham rad twego przestrachu!... Ach! przeklęte kartki... I przeklęta ta twoja niepojęta mania powierzania papierowi tajemnic życia własnego i życia innych!
Ale pod względem swego dziennika, p. Clinchan jest nieugięty.
— Trédame!.. zawołał czy nie przyczepisz się jeszcze do mnie? Gdybyś nie popełnił zbrodni, to i ja nie popełniłbym jej, by ci przysłużyć się... a potem zapisać...
Dość długie milczenie nastąpiło po tej okrutnej odpowiedzi.
Zlodowaciała z przerażenia, drżąca jak liść, Sabina wszystko słyszała. Najstraszliwsze przeczucia przewyższyła rzeczywistość... Zbrodnia!.. zbrodnia była w życiu jej ojca!..
Hrabia Mussidan zaczął znowu:
— Do czego te wyrzuty?.. ustąpmy. Dziś jeszcze napiszę do p. Breulh z oznajmieniem, że cofam moje słowo.
Dla p. Clinchan znaczyło to wybawienie. Ale po takiej trwodze, radość taka wywarła na nim niezmierne wrażenie.
— Był czerwony — teraz posiniał, zachwiał się, wykręcił i padł na kanapę, szepcząc:
— Zanadto sute śniadanie!.. gwałtowne wzruszenia!.. to było do przewidzenia!..
I źle mu się zrobiło.
Przestraszony p. Mussidan schwycił za sznurek.
Nadbiegli słudzy z całego prawie pałacu, a za nimi sama hrabina.
Potrzeba było dziesięciu minut czasu i całego flakona wody kolońskiej, by przywrócić pana Clinchana przytomność.
Nakoniec poruszył się, otworzył oczy, potem podniósł się na łokciach.
— Jeszcze poradzę sobie na to, powiedział, blado uśmiechając się. Osłabienie, zawrót głowy — wiem co to jest; mam na to lekarstwo: eliksyr karmelicki, dwie łyżki, w szklance wody z cukrem, wypoczynek...
To mówiąc, podniósł się całkiem.
— Pojadę do siebie, mówił dalej, mam tu mój powóz, na szczęście; a ty, Oktawiuszu, bądź roztropny.
I wsparłszy się na ramieniu lokaja, wyszedł, pozostawiając hrabiego z hrabiną.
W małym salonie Sabina słuchała ciągle.

XIII.

Od dnia wczorajszego, to jest od chwili, gdy pochwycił laskę z zamiarem należytego skarcenia Mascarota, hrabia Mussidan był w położeniu mogącem litość wzbudzić.
Zapomniawszy o swej chorej nodze, całą noc spędził na chodzeniu po bibliotece, napróżno szukając sposobu wyswobodzenia się z najszkaradniejszej i najbardziej upokarzającej tyranii.
Czuł, że należy radzić sobie szybko, gdyż dość miał doświadczenia aby zrozumieć, iż pomimo zaręczeń słodkiego stręczyciela, pierwsze to usiłowanie było tylko przedmową do wymagań, które staną się coraz natarczywszemi.
Tysiące roiło mu się projektów, które odrzucał kolejno.
To zamierzał opowiedzieć wszystko prefektowi policji; to znowu chciał wezwać jakiego policjanta in partibus, jednego z takich, którzy operują na rachunek osób prywatnych po za obrębem prefektury i często wbrew jej.
Ale im więcej zastanawiał się, tem bardziej tylko uczuwał węzły, któremi był skrępowany.
W każdym razie musiałby nastąpić skandal. Mascarot z żadnej strony nie był dostępny.
Ale dwadzieścia godzin gniewu osłabiły sprężyny jego gwałtownego charakteru. Wtedy właśnie przybył p. Clinchan i hrabia mógł go przyjąć ze stosunkową spokojnością.
Bezimienny list nie zdziwił go. Spodziewał się czegoś podobnego. Wyprawienie do niego p. Clinchan było krokiem zręcznym i dowodziło głębokiej znajomości człowieka.
Dręczony wszystkiemi temi myślami p. Mussidan chodził wielkiemi krokami po pokoju, nie wiele zwracając uwagi na obecność swej żony i od czasu do czasu wykrzykując, lub wymawiając oderwane słowa bez związku.
Zachowanie się takie zirytowało w końcu hrabinę, której ciekawość wzbudziły ostatnie wyrazy p. Clinchan.
— Co cię tak wzruszyło, Oktawiuszu? zapytała. Czy cię tak niepokoi niestrawność p. Clinchan?
Hrabia znał swoją żonę, gdyż znosił ją długie już lata.
Powinien był zatem być przyzwyczajonym do tego cierpkiego głosu i sardonicznego uśmiechu, który jakby przyschnął do jej ust.
Ale teraz takie drwiny oburzyły go.
— Nie wyrażaj się pani tak, rzekł drżącym głosem.
— Boże! jak ty to mówisz!... Co ci jest, mój przyjacielu? Czyś także chory?
— Pani!...
— Nakoniec, czy też raczysz mi powiedzieć co zaszło tak nadzwyczajnego?
Twarz hrabiego poczerwieniała. Gniew opanował go, tem większy, iż długo był powstrzymywany.
— Stało się to, powiedział, że nasza córka nie może być żoną pana Breulh-Faverlay.
Niespodziewane te oświadczenie powinno by było napełnić radością panią Mussidan. Połowa roboty, narzuconej jej przez doktora Hortebize, dokonana była bez trudu.
Ale pierwszym popędem hrabiny była chęć sprzeciwienia się.
Kobiety zwykle zaczynają od instynktowego sprzeciwiania się temu, czego w duszy pragną najwięcej. To ich sposób.
— Zartujesz chyba! odrzekła. Odrzucać pana Breulh! Czyż znajdzie się inna partja tak świetna, mogę nawet powiedzieć, tak niespodziewana?
— O!... nie obawiaj się pani, odrzekł hrabia z gorzką ironią, znajdą się tacy, którzy podejmą się wyszukania pretendenta.
Usłyszawszy te słowa, hrabina uczula jak się jej serce ściska.
Co to znaczy? Czy jest to napomnienie? Czy hrabia chciał jej wskazać markiza Croisenois? Czy wiedział pod jak straszliwym naciskiem zmuszoną została do działania?
Ale była odważna. Była jedną z tych kobiet, które najokropniejsze nieszczęście przenoszą nad trwogę niepewności. Chciała wiedzieć wszystko. — O jakim pretendencie pan mówisz? zapytała z udaną obojętnością. Kto go ma przedstawić? jak? kto ośmielił się rozrządzać przyszłością mojej córki bez mojej wiedzy?
— Ja!...
Hrabina uśmiechnęła się drwiąco, a uśmiech ten był dla hrabiego, jakby uderzeniem prętem po twarzy. Stracił głowę, zapomniał się.
— Czyż nie jestem panem! krzyknął straszliwym głosem. I przekonam o tem, gdyż taka jest, wola nędzników, którzy podchwycili tajemnicę mojego życia, mojej zbrodni, i którzy mają w ręku dość dowodów, by zhańbić moje imię.
Pani Mussidan zerwała się, zapytując sama siebie, czy mąż jej nie stracił rozumu.
— Zbrodni!... powtórzyła, pan?...
— Tak. A to panią dziwi! nie podejrzywałaś tego! Jednak tak jest. Może też przypominasz sobie pani wypadek na polowaniu, który smutkiem napełnił pierwsze dni naszego małżeństwa. Pamiętasz pani... ten młody człowiek... w lesie Bivron... Otóż — nie był to przypadek. Z przeświadczeniem mierzyłem do niego i strzeliłem. Jednem słowem, zamordowałem go!... I są ludzie, którzy o tem wiedzą, którzy mogą to zeznać, dowieść.
Hrabina struchlała i cofnęła się.
— A! przerażasz się pani! zawołał hrabia ze złowrogim uśmiechem. Może przestraszam ją? Nie drżyj pani... nie mam krwi na ręku, bądź spokojna...
Przycisnął obie ręce do serca, jak gdyby tchu mu brakło, i mówił dalej:
— Tu jest krew — i dusi mnie! Już upłynęło dwadzieścia trzy lata, a jednak jeszcze czasami, w nocy, budzę się potem oblany, gdyż we śnie słyszałem ostatnie chrapanie nieszczęśliwego.
Pani Mussidan zsunęła się na fotel.
— Okropność!... jękła.
— Prawda?... A jednak pani jeszcze nie wiesz dla czego zabiłem. Wiesz pani, co mi się ośmielił powiedzieć ten nieszczęśliwy?... Powiedział mi, że moja młoda żona, którą ubóstwiałem, miała kochanka...
Hrabina Mussidan zerwała sie z zaprzeczeniem na ustach, ale gdy hrabia dodał zimno:
— I to było prawdą; przekonałem się o tem później.
Padła, jakby gromem rażona, zakrywając sobie twarz rękami.
— Biedny Montlouis, mówił dalej hrabia, on także był kochany. Miał kochankę, gryzetke, dziennie zarabiającą na życie. Ale ta nieszczęśliwa dziewczyna była pod względem serca stokroć szlachetniejszą, aniżeli dumna dziedziczka, którą poślubiłem, aniżeli panna Sauvebourg!
— Oktawiuszu!... panie!..
— A tak! dowiodła tego. Oddała się biednemu Montlouis, który miał się z nią ożenić. W skutek śmierci kochanka okryła się hańbą. W małych miasteczkach ludzie są bez litości. Gdy po raz pierwszy wyszła ze szpitala z dziecięciem swem na ręku, stare baby obrzuciły ją błotem. Musiała uciekać... Umarłaby z głodu, gdyby nie ja. Biedna dziewczyna! Niewiele jej dawałem; ale z tą odrobiną, wyrzekając się sama wszystkiego, wychowała przyzwoicie swego syna. Dziś jest on już człowiekiem — i w każdym razie przyszłość ma zapewnioną...
Przy wielkich wytężeniach duszy, postronne okoliczności nie istnieją. Gdyby pan Mussidan i jego żona nie byli tak wzruszeni, to usłyszeliby tłumione tkania, które przerywały ciszę, gdy przestali mówić.
Często pani Mussidan — jak sama utrzymywała — musiała znosić gwałtowność swego męża. Ale nigdy jeszcze hrabia tak się nie uniósł. Zawsze zachowywał pewne granice, jakby mówił swemu gniewowi: „Dotąd, ale nie dalej!“
W tej chwili jakiś niesłychany wypadek zerwał wszystkie więzy przez wolę nałożone.
A trzeba przyznać, iż hrabia doznawał pewnego rodzaju cierpkiej rozkoszy, niezmiernej ulgi, puściwszy wodze wszelkim goryczom, które od wielu już lat po kropli nagromadziły mu się w duszy.
— Powiedz mi pani teraz, mówił dalej, czy słusznem byłoby przyrównywać panią do tej biednej dziewczyny, kochanki Montlouis! Czyż pani nigdy nie zstepowałaś do głębi własnego sumienia? nigdy nie zadrżałaś na myśl o Bogu, który ukarze ją kiedyś niezawodnie? pani, która byłaś dziewczyną występną, żoną zbrodniczą i matką niegodną?...
Zwykle brabina śmiało stawiła czoło swemu mężowi, oburzała się na słuszne jego wyrzuty; — dziś nie śmiała.
— Wraz z panią, mówił dalej hrabia, hańba i nieszczęście weszły w mój dom. Ale któż to mógł przewidzieć, widząc ją wesołą i uśmiechniętą pod wielkiemi drzewami w Sauvebourg? Ilet to razy w owym czasie, gdy jedynem mojem marzeniem było połączenie jej losu z moim przypatrywałem się pani, nie domyślając się nawet, żem był ofiarą szkaradnej komedji! Jeszcze będąc młodą dziewczyną doszłaś pani do szczytu w sztuce udawania. Nigdy ohydne myśli, które karmiłaś w swem łonie, nie rzuciły cienia na twoje czoło. Nigdy najszkaradniejsze twe zamiary nie zamąciły czystości twego wzroku. O! któżby się nie oszukał, tak jak ja! Wchodząc do małego kościółka, w którym pobłogosławiono nasz przeklęty związek, w duchu przepraszałem się, żem był tak mało godny ciebie. Nieszczęśliwy szaleniec!.. Byłem w pierwszem upojeniu posiadania, a pani już wprowadzałaś cudzołostwo do mego domu!
Hrabina ruchem zaprzeczyła.
— To fałsz!... zawołała, skłamano panu!..
Hrabia zaśmiał się lodowatym śmiechem, który jest najwymowniejszym wyrazem rozpaczy.
— Nie, powiedział, mam dowody. A! to się pani wydaje dziwnem! Pani poczytywałaś mię zawsze za jednego z takich mężów ciemięgów, którym można przywodzić bezkarnie. Sądziłaś, że nałożyłaś mi na oczy gęstą przepaskę. Nieprawda! Widziałem dobrze! A dla czego nie powiedziałem jej tego nigdy? A!... dla czego!... Bo nie mogłem przestać kochać pani. Było to silniejszem nad moją wolę, nad moją dumę, nad mój rozum. Niema co śmiać się z przerażających nikczemności, z nędznych ugód namiętności. Śmiać się z tego mogą tylko ci, którzy nigdy nie kochali całą potęgą duszy i ciała.
Hrabia mówił z niesłychaną gwałtownością, a hrabina, zmieszana, słuchała go, zaledwie śmiejąc odetchnąć.
— Milczałem, mówił dalej p. Mussidan, gdyż czułem, iż w chwili, gdy powiem jedno słowo, pani będziesz stracona dla mnie. Owóż, mogłem panią zabić, ale żyć bez niej — to było nad moje siły. O! nie wystawisz sobie pani, ile razy byłaś o dwa cale od śmierci. W chwili, gdym cię całował, zdawało mi się, iż czuję na twej twarzy pocałunki innego i potrzebowałem bohaterskich wysileń, by cię nie zdusić w moich objęciach. W końcu już nie wiedziałem czy cię kocham, czy nienawidzę...
— Oktawiuszu zlituj się! szeptała hrabina załamując ręce.
Hrabia ruszył ramionami.
— Mogłem panią złapać na uczynku, gdybym chciał, rzekł na to, — ale... nie chciałem!...
Hrabina drżała. Czy mąż jej wiedział o listach, czy nie? Dla niej wszystko się w tem zawierało. Ale pomyślawszy, przekonała się, że hrabia ich nie czytał. W takim bowiem razie inaczej wyrażałby się.
— Pozwól mi pan powiedzieć, tak zaczęła.
— Nie pozwalam! odpowiedział surowo pan Mussidan.
— Przysięgam panu!..
— O! to rzecz zbyteczna! Słuchaj pani! powiem jej co mi się roiło, gdym był młody. Pani będziesz śmiać się z tego!... Mniejsza o to! Kołysałem się nadzieją, że z czasem zwrócisz się do mnie. Podłość ma także swój heroizm. Mówiłem sobie, że prędzej lub później wzruszy cię ta miłość wielka, głęboka, tkliwa, jaką czułem ku niej. Co za urojenie! Jak gdyby kiedykolwiek serce twoje zadrgało nieco prędzej z uczucia!
— Ach! pan jesteś nielitościwy!
Hrabia spojrzał na nią oczami, z których tryskała nienawiść dwudziestoletnia i zapytał zimno:
— A pani jaką byłaś?
— Gdybyś pan wiedział...
— Wiem do czego doprowadziły wszystkie moje usiłowania. A do samych mętów wypiłem kielich trucizny, jaki ubóstwiana kobieta podaje oszukiwanemu mężowi. Każden dzień rozszerzał otchłań nas rozdzielającą; doszliśmy do tego, iż zmuszeni jesteśmy żyć piekielnem życiem, które mnie zabija.
— Gdybyś pan tylko chciał...
— Co? Powstrzymać panią siłą? zrobić się jej stróżem więziennym? Do czego?.. Ja chciałem duszy pani!.. Uwięziłbym ciało, a kto wie, na jaką schadzkę wybiegałaby myśl? Zkąd brałem siłę, by żyć z panią? Bo należało ratować, nie honor — ten już przepadł — ale pozory honoru. Dopóki ja byłem przy pani, dopóty imię moje nie szargało się błotem.
Raz jeszcze pani Mussidan próbowała protestować; ale mą, zdawało się, iż nie słyszał nawet, że mu przerywa.
— Chciałem także ratować majątek, mówił dalej, bo rozrzutność pani, to otchłań, w której przepadają miliony. Przy jakim też ogniu fantastycznym palisz pani bilety tysiącfrankowe, tak, że nawet popiołu ich odszukać nie można? Odmawiają pani kredytu. Dostawcy jej sądzą, żem zrujnowany i to właśnie nie dopuszcza mnie do ruiny. Dlaczego nie zlikwiduję naszego położenia? Dlatego, że nie chcę, byśmy kończyli w szpitalu. Trzeba przytem wyposażyć Sabinę; wyposażę ją sowicie... a jednak...
Zawahał się. Zkad mogło pochodzić to wahanie, po tem wszystkiem, co powiedział?..
Pani Mussidan zapytała.
— Jednak?..
— A jednak, odpowiedział hrabia, ze straszliwym wybuchem wściekłości, nigdy nie mogłem pocałować jej, bez tego, bym nie uczuł okropnego bolu. Czy Sabina jest moją córką!..
Hrabina zerwała się drżąca. Tego już znieść nie mogła.
— Dosyć już, zawołała, dosyć. Tak jest, Oktawiuszu, byłam występną, bardzo występną; ale nie tyle, jak sądzisz.
— Do czego pani bronisz się?
— Przynajmniej Sabinę bronić będę.
Pan Mussidan pogardliwie ruszył ramionami.
— Lepiej byłoby kochać ją, odpowiedział, pilnować rozwoju pierwszych jej pojęć, wtajemniczać w to, co jest dobre i piękne, nauczyć się czytać, jak w księdze, w tem młodocianem sercu, jednem słowem, być jej matką.
Hrabina była tak wzruszona, i mąż jej niezawodnie zdziwiłby się, gdyby tylko to dostrzegł.
— Ach, Oktawiuszu! zawołała, dlaczego nie przemówiłeś pierwej?.. gdybyś wiedział!. Ale powiem ci wszystko!.. tak jest!.. wszystko!..
Na nieszczęście hrabia ją zatrzymał.
— Zaoszczędźmy sobie tych wyjaśnień, powiedział. Jeżelim przerwał milczenie, które sobie nakazałem, to dla tego, że już nic z tego, co pani możesz powiedzieć, nie dotknie mię i nie wzruszy...
Pani Mussidan padła na kanapę. Zrozumiała, że znikła już wszelka nadzieja.
W małym pobocznym salonie tkania umilkły. Sabina miała siłę dowlec się do swego pokoju.
Hrabia zamierzał już odejść do biblioteki, gdy wtem jeden ze służących zapukał do drzwi. Przynosił list.
Pan Mussidan złamał pieczęć. Był to list od p. Breulh, który zwracał dane słowo.
Po tylu wrażeniach, cios ten dobił hrabiego. Poznał on w tem rękę człowieka, który przychodził do niego z pogróżkami i przeraził się straszliwą a tajemniczą potęgą tych, których sam był niewolnikiem.
Ale nie miał czasu zastanawiać się. Służąca Sabiny, Modesta, blada i wystraszona, wpadła do salonu, wołając:
— Panie!.. pani!.. ratunku! panna umiera!..

XIV.

Van-Klopen, znakomity krawiec damski, zna Paryż na palcach — jego ludzi i sprawy.
Jak wszyscy przemysłowcy, których operacje opierają się na rozległym kredycie, potrzebuje on mieć wiele informacyj, które też czerpie wszędzie potrosze, i których nie zapomina.
Kwadratowa jego głowa jest jakby Przewodnik Bottina, przejrzany i rozszerzony, w którym pozwala wertować swoim przyjaciołom.
To też gdy Mascarot mówił mu o ojcu owej brunetki Flawii, której oczy wywarły tak wielkie wrażenie na Pawła Violaine, wyrocznia elegancji odpowiedział bez wahania:
— Martin-Rigal? znam. To bankier.
Rzeczywiście Martin Rigal jest bankierem i mieszka w jednym z najpiękniejszych domów przy ulicy Montmartre, prawie naprzeciw kościoła św. Eustachego.
Prywatne jego pomieszkanie znajduje się na drugiem piętrze; bióra zajmują całe piętro pierwsze.
Chociaż nazwisko jego nie jest zapisane w złotej księdze arystokracji finansowej, nie mniej przeto p. Martin-Rigal jest bardzo znany, niezmiernie potężny i należycie szanowany.
Ma on przede wszystkiem stosunki z tym drobnym handlem paryskim, który raczej wegetuje a nie żyje, a który poczytałby się za szczęśliwego gdyby nie perjodyczne widmo, nazywane terminem wekslowym.
Wszystkich, którzy do niego zgłaszają się, albo prawie wszystkich p. Martin-Rigal ma w ręku. Coby się z nimi stało, gdyby mu przyszła fantazja zamknąć kasę? Nie spełniliby swych zobowiązań, nastąpiłyby protesty, sądy, potem bankructwo, ruina.
Może więc sobie wszystkiego pozwolić — i pozwala, i używa, i nadużywa.
Despotyzm jego nie przypuszcza uwag. Jeżeli wobec jakiego nowego środka jakikolwiek śmiałek odważy się zapytać: „Dlaczego?“ odpowiada mu wyraźnie.
— Ot, tak...
I nic więcej.
Rozumie się, że to kasjer tak odpowiada, a nie p. Martin-Rigal.
Jego samego rzadko można spotkać. Z rana zawsze jest niewidzialny; pracuje w swoim gabinecie, w samym końcu biór.
I niemasz między jego podwładnymi ani jednego tak śmiałego, by zapukał do jego drzwi.
Zresztą do czego? Nie odpowiedzianoby mu. Już były próby. Pożar w domu nie oderwałby go od rachunków.
Co do strony fizycznej. p. Martin-Rigal jest słuszny i łysy. Koścista twarz jego jest zawsze starannie wygolona, a małe oczka ciągle poruszają się niespokojnie. Gdy mówi, gdy mu się wyrwie jakie słowo, gdy się nad czem zastanawia, palcem prawej ręki gładzi się po nosie; to ruch właściwy mu.
Grzeczności jest wyszukanej. Najokrutniejsze rzeczy wypowiada głosem miodowym. Nie zaniedbuje nigdy odprowadzać aż do drzwi z wielkiemi ukłonami ludzi, którym odmawia pieniędzy.
W ubraniu swem naśladuje młodzieńczą wykwintność, będącą charakterystyczną cechą finansistów nowej szkoły.
Po za obrębem interesów jest miły, usłużny i nawet dowcipny.
Chętnie, jak utrzymują, wyszukuje rozmaitych słodyczy, które dopomagają do kroczenia przez życie, ten padeł płaczu. Nie pogardza dobrym obiadem i nigdy nie dasa się na piękną twarzyczkę.
Jednak, chociaż jest wdowcem, znaną jest jedna tylko jego namiętność: jedynaczka córka, Flawia.
To prawda, że w jego ojcowskiej miłości jest pewien rodzaj głupiego fanatyzmu Indjanina, który rzuca się pod koła wozu swego bóstwa.
Dom p. Martin-Rigal nie jest urządzony na bardzo wielką stopę, ale w dzielnicy, gdzie mieszka, mówią, że panna Flawia ma dość ostre zęby by zgryść miliony.
Bankier chodzi zwykle piechotą; mówi, że to najzdrowiej; ale córka jego ma piękny powóz i dwa cenne konie dla wyjazdów do lasku, pod opieką pewnej kobiety, niby służącej, niby krewnej, którą doprowadziła prawie do ogłupienia.
Pan Martin-Rigal nigdy jeszcze nie odpowiedział nie na żadną zachciankę Flawii.
Czasami przyjaciele próbowali dać mu do zrozumienia, ze taka nieustająca adoracja przygotowywała Flawii przyszłość bardzo smutną; ale co do tego punktu, bankier jest nieprzekonany.
Zawsze odpowiada, że wie co robi i że jeżeli pracuje jak koń, to dla tego jedynie, aby córka jego mogła sobie pozwolić wszystkiego, co tylko przyjdzie jej do głowy.
Przynajmniej tyle jest w tem prawdy, że sam pracuje więcej, aniżeli wszyscy jego podwładni razem.
Przez cały dzień, od samego rana przesiedziawszy nad rachunkami, o czwartej godzinie otwiera on swój gabinet i przyjmuje tych, którzy mają do niego interes.
Tak samo na dwa dni po pierwszem spotkaniu się Pawła Violain z Flawią u słynnego krawca, około godziny pół do szóstej, p. Martin-Rigal dawał posłuchanie jednej ze swych klientek.
Klientka ta była bardzo ładna, młoda i ubrana z wielkim gustem i prostota; ale wydawała się smutną; piękne jej oczy były pełne łez, z trudnością powstrzymywanych.
— Muszę panu, mówiła, wyznać z całą szczerością, że jeżeli nam odmówisz rachunku bieżącego, tak jak w przeszłym miesiącu, to będziemy zmuszeni złożyć nasz bilans. Wszystko spieniężyliśmy dla dotrzymania termieu styczniowego. Wszystkie klejnoty, jakie posiadałam, leżą już w zastawie; cierpimy okrutnie!..
— Biedna kobiecina!... mruknął bankier.
Te wyrazy dodały jej otuchy.
— A jednak, zaczęła znowu, położenie nasze nigdy lepszem nie było; należność za zakład spłaciliśmy całkiem, sprzedaż idzie dobrze.
Mówiła z niejaką pewnością, co zdawało się zachwycać bankiera, wyrażała się jasno, dobitnie.
Paryżanka celuje w takich trudnych okolicznościach. Obrotniejsza od męża, pewna siebie, zachowuje ona swobodę umysłu tam, gdzie ten traci głowę.
To też najczęściej w przesileniach pomniejszego handlu, podczas gdy mąż rozpacza, żona działa.
Słuchając tego przedstawienia sytuacij, którą znał bardzo dobrze, bankier kiwał swoją łysą głową.
— Wszystko to bardzo piękne, powiedział wreszcie, ale zawsze nie czyni to pewniejszym podpisu, jaki mi pani ofiaruje. Jeżelibym miał ufność, to tylko w pani...
— O, panie mamy przeszło za trzydzieści tysięcy franków towarów w magazynie.
— Nie to chciałem powiedzieć...
Tym ostatnim wyrazom towarzyszył uśmiech tak wymowny, że biedna kobieta zarumieniła się do samych białek i prawie zbiła się z tropu.
— Chciej pani zrozumieć, zaczął znowu, że wasze towary nie wzbudzają we mnie więcej ufności, aniżeli wasze weksle. Przypuśćmy jakie nieszczęście, za wiele sprzeda się to wszystko? Nie licząc tego, że ci przeklęci właściciele domów mają swoje przywileje...
Tu się zatrzymał. Służąca Flawii, nadużywając despotyzmu swej pani, weszła nie zapukawszy...
— Panna, powiedziała, prosi byś pan przyszedł zaraz, natychmiast!...
P. Martin Rigal wstał.
— Idę, odpowiedział, idę!...
I biorąc swą klientkę za rękę, aby prędzej pozbyć się jej, dodał:
— No, nie martw się pani... jakoś to ułożymy.
Chciała mu podziękować, ale już był na schodach.
Flawia posłała po ojca, aby zachwycił się jej nowym ubiorem, który tylko co przysłał Van-Klopen, a który przymierzała i znajdowała cudnym.
To pewna, że „krawiec królowych“ nietylko był niezwykle akuratnym, ale jeszcze przeszedł sam siebie.
Ubiór Flawii był jednym z tych arcydzieł złego smaku, które wszystkim kobietom nadają pozór lalek, które możnaby sądzić, że są wynalezione dla odjęcia im wszelkiej dystynkcji i poezji.
Były to same szlarki, falbanki, koronki i spodniczki piętrzące się, barw najdziwaczniej dobranych.
Van-Klopen, wierny był swemu systemowi; bo i on ma system zawierający się w dwóch pewnikach bardzo jasnych:
1° Nadawać sukniom krój taki, aby jak tylko stracą świeżość, nie były już do niczego przydatne.
2° Wyszukiwać materje tanie, co podoba się mężom i powiększać ilość garnirowań.
On to wynalazł, ten Holender przebiegły; teraz nie masz już najpospolitszej szwaczki, któraby nie starała się użytkować tego wynalazku.
Ale Flawię nadzwyczaj mało obchodziła strona ekonomiczna.
Stojąc we środku ojcowskiego salonu, w którym kazała pozapalać wszystkie świece, gdyż już dzień miał się ku schyłkowi, młoda dziewczyna studjowała rozmaite efekta swej toalety.
I rzeczywiście, była z natury, tak miła, zgrabna i pełna gracji, że utwórVan-Klopena prawie nie szpecił jej.
Wtem nagle odwróciła się.
W zwierciedle ujrzała ojca, który ciężko oddychał, gdyż prędko biegł po schodach.
— Jakże się spóźniasz!... powiedziała.
Ojciec nie stracił ani chwili, ale pomimo to począł tłumaczyć się.
— Konferowałem z klientem, powiedział, i dlatego...
— Eh! trzeba go było odprawić.
Począł szukać innego tłumaczenia, ale młoda dziewczyna poprzestała na tem.
— Popatrz no ojcze, mówiła, otwórz dobrze oczy, spojrzyj na mnie i powiedz... ale szczerze: jak mnie znajdujesz?
Nie było potrzeby pytać o to. Najwyższe uwielbienie malowało się na jego twarzy.
— Śliczna zawołał, boska!..
Chociaż przywykła do ojcowskich kadzideł, Flawia była zachwycona.
— A zatem, rzekła, sądzisz, że się jemu spodobam?
Jemu — znaczyło to Pawłowi Violaine; pan Martin-Rigal dobrze o tem wiedział. Westchnął głęboko i odrzekł:
— Jakże możesz nie podobać się?
— Niestety zawołała Flawia w zamyśleniu; gdyby szło o każdego innego, nie wątpiłabym o sobie, niczego nie obawiałabym się, nie czułabym niepewności okrutnie ściskającej mi serce...
P. Martin-Rigal usiadł przy kominku i pociągnął ku sobie córkę, by złożyć na jej czole pocałunek; a ona z ruchem młodej kotki, czekającej na pieszczoty, umieściła się na kolanach ojca.
— Bo widzisz, mówiła dalej, gdyby nie zwrócił na mnie uwagi, gdybym mu się nie podobała... Słuchaj, ojcze — czuję, że umarłabym.
Bankier odwrócił głowę, aby ukryć boleśne wrażenie.
— Więc go tak kochasz? zapytał.
— O!...
— Więcej niż mnie?
— Jakiś ty dziwny, ojczulku! rzekła. Pytam się ciebie, czy możesz porównywać jedno z drugiem? Ciebie kocham, boś ty mój ojciec. Potem kocham ciebie boś dobry, bo wszystkiego co ja chcę i ty chcesz. Kocham ciebie, bo jesteś jak ów czarnoksiężnik w bajce, wiesz taki stary, bardzo stary, brodaty i który spełnia wszelkie zachcianki swych dzieci. Kocham cię za to szczęśliwe życie, którem mię obdarzasz, za mój powóz, piękne konie, świetne stroje, za nowe sztuki złota, któremi napełniasz moją portmonetę, za te perły, która mam na szyi, za tę bransoletkę.. słowem za to wszystko.
Było to zabójcze wyliczanie. Każden wyraz zdradzał drapieżny egoizm w całej jego naiwności. A jednak bankier słuchał z miną uśmiechniętą, zasklepiony w jakiejś błogości bezmyślnej.
— A jego?... zapytał.
— O, jego!... odrzekła Flawia, nagle spoważniawszy, jego kocham na przód dlatego, że to on, powtóre dlatego... dlatego, że go kocham.
Akcent młodej dziewczyny zdradzał taką namiętność, iż biedny ojciec nie zdołał powstrzymać gniewnego ruchu.
Flawia dostrzegła to i wybuchnęła śmiechem.
— Brzydki zazdrośnik! powiedziała tonem, jaki się przybiera, by skarcić dziecko za lekki błąd, fe!... to brzydko, panie! Pokazujesz pięść temu biednemu oknu, bo przez nie ujrzałam Pawła po raz pierwszy. To nie pięknie! to bardzo nie pięknie!...
P. Martin Rigal spuścił głowę, jak karcone dziecko.
— Otóż ja, zaczęła znowu Flawia, ja lubię to okno, które mi przypomina najsilniejsze i najsłodsze wrażenia mego życia. Wszak to już upłynęło cztery miesiące od tego czasu. A wiesz, ojcze, iż zdaje mi się jakby to było wczoraj... Usiadłam w oknie, sama niewiem po co... I mówią tu, że jesteśmy panami naszych losów! Szaleństwo!... Spoglądam obojętnie... Wtem w oknie domu przeciwległego spostrzegam go. Była to jakby błyskawica. Ale dość było tej sakundy, by zdecydować o całem mojem życiu. Ja, która nigdy nie czułam nic tu — i położyła rękę na sercu — znałam okropnego bolu, wrażenia, jak gdybym dotknęła się do gorącego żelaza.
Bankier był jak na mękach, ale córka nie dostrzegła tego.
— Przez cały dzień, mówiła dalej, zdawało mi się, że mi brak powietrza do oddychania, tu w piersi czułam ciężar ogromny, a dokoła głowy, jakby żelazną opaskę. Nie krew krążyła w moich żyłach, ale ogień... W nocy niepodobieństwo zasnąć... drżałam, a cała oblana byłam potem. Niewiedzieć dla czego strach mię przejmował...
Bankier smutno potrząsł głową.
— Flawio, zawołał, drogie, ubóstwiane, biedne, szalone dziecię, dla czego wtedy nie zwierzyłaś mi się?
— Chciałam to zrobić!...
— I cóż P...
— Nie śmiałam.
Pan Martin-Rigal podniósł do góry ręce. Brał niebo za świadka, że jeżeli córka nie śmiała, jak to mówiła, to nie miała w tem żadnej racji, żadnej.
— Ty tego nie rozumiesz, zawołała Flawia. Nie... Pomimo, że jesteś najlepszym ojcem, zawsze jednak jesteś meżczyzną. Gdybym miała matkę, ta zrozumiałaby mnie.
— Eh! i cóżby takiego zrobiła twoja biedna matka, czegobym ja już nie próbował? mruknął p. Martin-Rigal.
— Może nic, masz słuszność. Bo, widzisz, bywają dnie, w których sama siebie nie rozumiem. A jednak, po tej pierwszej przygodzie byłam okrutnie odważna. Poprzysięgłam, że nigdy za nic nie odemknę tego okna. Walczyłam trzy dni, och! walczyłam z sobą niezmiernie. Na czwarty dzień już nie mogłam wytrzymać. Otwieram, patrzę... On także był w oknie; czołem oparł się o szybę, a był smutny... tak smutny, że poczęłam płakać.
Bankier, człowiek tak twardy, iż nigdy nie zdołał go rozczulić najnieszczęśliwszy klient, sam teraz miał pełne łez oczy.
— Od tego czasu, zaczęła znowu Flawia, której głos przybierał słodycz szczególną, od tego czasu nie mogłam już opierać się. Czyż można walczyć przeciw przeznaczeniu?... Codziennie siadałam w oknie. Prędko odgadłam czem się zajmował. Dawał lekcje fortepianu tym dwom długim i chudym pannom, których czasami spotykamy. Biedny chłopiec!... pilnowałam jego wyjścia i powrotu. Gdybyś wiedział ojcze, jaką on miał nieszczęśliwą minę!... Bywały dnie, w których tak był blady, wlókł się z takim trudem, iż zapytywałam sama siebie, czy jadł co. Czy zdołasz wystawić to sobie? On!... cierpi głód, gdy ja jestem bogata! Bo myśmy bogaci, prawda? W końcu znałam już każdy wyraz jego twarzy. Gdy był zadowolony, to ruszał ramionami tak...
I jednocześnie naśladowała ruch Pawła, właściwy mu, gdy się nadarzyło co pomyślnego.
— Ale niestety!... mówiła dalej Flawia, jednego dnia znikł... Przez cały tydzień siedziałam w oknie, wyglądając, oczekując... napróżno. Wtedy to zachorowałam, wszystko wyznałam tobie i powiedziałam: Ten będzie moim mężem, kocham go!...
Z twarzą ponurą i widocznym przymusem p. Martin-Rigal słuchał tego opowiadania, które Flawia powtarzała mu już po raz setny, przynajmniej od trzech miesięcy.
— Tak, mruknął, tak to się wszystko stało. Byłaś chora, miałem cię za umierającą i przyrzekłem, iż ten młody człowiek, ten nieznajomy, którego nie znałaś nawet nazwiska, będzie twoim mężem...
W uniesieniu wdzięczności Flawia objęła ramionami szyję ojca, i okryła mu czoło dzwięcznemi pocałunkami.
— I natychmiast wyzdrowiałam, rzekła. Ale ty dotrzymasz słowa, prawda?... Ach drogi ojcze! kocham cię za to więcej, aniżeli za wszystko. Bo pamiętam dobrze, że tegoż samego dnia, wiedząc tylko tyle, ile ja ci mogłam powiedzieć, tyś począł szukać mego tajemniczego artysty.
— Niestety!... nie mam sił oprzeć ci się!
Flawia podniosła się, grożąc swemu ojcu żartobliwie.
— Co to znaczy, mój panie, zapytała, te „niestety?“ Czybyś przypadkiem nie żałował twej dobroci, twego posłuszeństwa?
Bankier nie odpowiadał. Rzeczywiście żałował.
— Wiesz, mówiła dalej Flawia, iż chętnie dałabym mój naszyjnik za to, by wiedzieć, jak sobie poradziłeś, by go odszukać. Dlaczego nigdy mi nic o tem nie mówiłeś. No, nie ukrywaj nie, jakim sposobem zdołałeś dostać się aż do niego, a następnie sprowadzić go do nas, nie wzbudzając podejrzeń?
P. Martin-Rigal uśmiechnął się dobrotliwie.
— To moja tajemnica, odpowiedział.
— Niech i tak będzie, zachowaj ją sobie. Bo zresztą, co mię mogą obchodzić środki, jeżeli ci się powiodło! Bo powiodło się, prawda? Ja nie marzę, nie tracę zmysłów. Dziś wieczorem, może za kilka chwil, doktor Hortebize przedstawi go nam. I zasiędzie on za naszym stołem, i będę mogła patrzeć na niego dowoli, będę słyszeć dźwięk jego głosu...
— Szalona!.. przerwał bankier, nieszczęśliwe dziecię!..
Nie mogła nie zaprzeczyć temu.
— O! odpowiedziała, szalona?.. być może. Ale nieszczęśliwa?.. dlaczego?
— Zanadto go kochasz, odpowiedział bankier tonem głębokiego przekonania, on nadużyje tego.
— On!.. zawołała młoda dziewczyna z całem przeświadczeniem namiętności, on nigdy!..
— Dałby Bóg, biedne, drogie dziecię, aby mię omyliły moje przeczucia. Ale co chcesz? to nie jest mąż, o jakim marzyłem dla ciebie. Artysta...
Flawia, teraz na serjo rozgniewana, wstała z kolan ojca.
— A więc to, zawołała, znalazłeś przeciw niemu! Artysta! Czyż to zbrodnia? Dlaczego nie wyrzucasz mu takie jego ubóstwa? Tak, on jest artystą, ale ma geniusz, czytam to na jego czole. Tak, jest on bardzo biedny, ale ja jestem bogata za dwoje. Za wszystko mnie będzie obowiązany — tem lepiej! Gdy będzie miał majątek, nie będzie zmuszony nużyć się dawaniem lekcyj fortepianu; wolno mu będzie rozwijać swój talent. Będzie pisał opery jak Felicjan Dawid, piękniejsze aniżeli Gounod. Będą je przedstawiać w teatrach, sala będzie drżeć z oklasków. A ja, sama, w zasłoniętej loży, upajać się będę sławą wybrańca mego serca. Świat będzie miał poezję, — ja poetę... a jak zechcę, to boskie jego melodje śpiewać się będą dla mnie samej!..
— Mówiła z niezwykłem uniesieniem, tak przejęta swemi rojeniami, iż jakby odczuwała je w samej rzeczywistości.
Ale musiała zatrzymać się — kaszel przerwał jej słowa.
Podczas gdy młoda dziewczyna dusiła się, a czerwoność występowała jej na twarz, p. Martin-Rigal patrzal na nią z wyrazem niewysłowionego przerażenia.
Matkę Flawii w dwudziestym czwartym roku życia porwała nieubłagana choroba, zwana suchotami galopującemi, które nigdy nie przebaczają, wobec których nauka jest bezsilną, które w parę tygodni z dziewczyny promieniejącej zdrowiem i życiem robią trupa.
— Ty cierpisz, Flawio? zapytał bankier tonem zdradzającym okropną niespokojność, której ukryć nie mógł.
— Ja? cierpię? odpowiedziała z uniesieniem, chyba z rozkoszy!
Pan Martin-Rigal zrobił gwałtowne poruszenie.
— Do wszystkich piorunów!... zawołał; jeżeli kiedykolwiek przez tego nędznika jedną łzę wylejesz — to śmierć jemu!
Głos bankiera był tak groźny, iż córka jego prawie się przestraszyła.
— Co ci jest, ojcze? zapytała, cóż powiedziałam żeś wpadł w gniew taki? Dlaczego nazywasz Pawła nędznikiem?
— Dlaczego?... odpowiedział p. Martin-Rigal, nie mogąc zapanować nad sobą, dla tego, że drżę o ciebie. On mi ukradł serce mojej córki i nie mogę przebaczyć mu tego, chyba, że znajdziesz z nim więcej szczęścia aniżeli z twoim starym ojcem. Tak, jestem strwożony, gdyż jeżeli ty go nie znasz, to ja znam, ja! od dnia, w którym wskazałaś mi go w tłumie, wszystkich przyjaciół, ludzi, którzy mi są obowiązani, wszystkich użyłem. Od owej chwili był on otoczony szpiegami, pilnowany, śledzony. Nie poprzestałem na poznaniu jego życia teraźniejszego, przetrząsłem całą jego przeszłość. Nie miał on ani jednej myśli, o której niewiedziałbym, nie wymówił ani jednego słowa, o któremby mi nie doniesiono. Studjowałem go... to jest moi przyjaciele studjowali go tak ściśle i wytrwale, iż nie masz w głębi jego sumienia ani jednej tajemnicy, któraby nie została podchwycona.
— Jednak, ojcze, sam mi mówiłeś, że nic nie wykryto przeciw niemu.
— Nic... Tylko jest on słabszy od trzciny, niestalszy od suchego listka, unoszonego najmniejszym powiewem. Nic!... Ale jest to jedna z tych istot nijakich, wahających się między złem a dobrem, które idą tam gdzie się je popycha, bez obmyślanego celu, bez energii, bez woli.
— Tem lepiej! moja wola będzie jego wolą.
P. Martin-Rigal smutnie się uśmiechnął.
— Mylisz się, drogie dziecię, odrzekł; zresztą mylisz się jak wszystkie kobiety. Sądzisz, że najłatwiej kierować istotami słabemi, wahającemi się, chwiejnemi. Nie! Prawdziwie panować można tylko nad silnymi, tak jak oprzeć się bezpiecznie można na tem tylko co samo opór stawi. Sciśnij ręką kawałek marmuru, a nie wyśliznie ci się. Sprobujże zacisnąć garść piasku — wysypie się przez palce.
Flawia milczała.
Ojciec łagodnie ujął ją za kibić i przyciągnął ku sobie.
— Słuchaj twego starego ojca, dziecię najdroższe, mówił dalej, słuchaj najlepszego twego przyjaciela. Czyż nie masz we mnie zaufania? Czyż nie wiesz, że w żyłach moich nie ma jednej kropli krwi, któraby do ciebie nie należała? Czyż wszystkie myśli moje nie należą do ciebie? Paweł przyjdzie tu, bądź uważną. Miej się na baczności przeciw możebnemu rozczarowaniu...
— To niepodobna!
— A więc dobrze! Ale w takim razie, w interesie własnej twojej przyszłości, twego szczęścia, zaklinam cię, nie pozwalaj odgadnąć nic z tego co się dzieje w twej duszy; uważaj, by cię nie zdradził własny twój wzrok. Mężczyźni tak już są stworzeni, iż głupio narzekając na dwulicowość kobiet, nigdy nie przebaczają im szczerości. Wierz doświadczenia starego twego przyjaciela. Pamiętaj, że bezwzględna pewność zabija miłość.
Zatrzymał się, gdyż dzwoniono w przedpokoju.
Na odgłos dzwonka Flawia drgnęła całem ciałem.
— To on!... rzekła stłumionym głosem, on!..
I zrobiwszy nad sobą wysilenie, dodała:
— Jestem ci posłuszną, ojcze, uciekam; chce, zanim pokażę się, stłumić te moją nieszczęśliwą wraźliwość... Powrócę, gdy już inni tu przy będą. Bądź spokojny; dowiodę ci, że gdy tego potrzeba, córka twoja potrafi być komedjantką...
I znikła właśnie gdy się otwierały drzwi salonu.
Ale to nie był Paweł.
Nowoprzybyły był poważnym fabrykantem, jednym z przyjaciół p. Martin-Rigal. Wiódł on pod rękę swoją żonę, wykwintnie ubraną, ale bez żadnej dystynkcji.
Bankier uznał za stosowne zaprosić tego wieczora około dwudziestu osób. Wielki obiad usprawiedliwiał obecność Pawła.
Właśnie w tej chwili protegowany Mascarota wchodził do d która Hortebize, który miał mu otworzyć drzwi wyższego towarzystwa.
Paweł nie był podobny do siebie. Powracał on od sławnego krawca i z tego to powodu spóźnił się nawet.
Dzięki wpływowi zacnego stręczyciela, krawiec ten w ciągu dwudziestu czterech godzin zrobił Pawłowi jeden z tych ubiorów wieczornych, które odrazu decydują o małżeństwie.
Miękkość tkanin, doskonałość kroju, bogactwo dodatków, uwydatniały wszystkie „awantaże“ Pawła i podnosiły jeszcze jego naturalną dobrą minę.
Może był nieco zażenowany tą nową dla niego elegancją, ale w jego wieku zakłopotanie niejakie można było poczytać za trwożliwość, jeszcze więcej wdzięku dodającą.
W każdym razie wyglądał tak dobrze, iż doktor, ujrzawszy go, uśmiechnął się przychylnie.
— Nie ma co mówić, mruknął, Flawia ma dobry gust.
Potem przerywając Pawłowi, który tłumaczył swe opóźnienie, powiedział:
— Nie ma w tem nic złego; siadaj pan; wezmę tylko świeży krawat i zaraz służę.
Pozostawiony sam przez doktora, który odszedł do innego pokoju, Paweł Violaine usiadł, lub raczej ciężko rzucił się na fotel.
Strasznie był zmęczony.
Od pięciu nocy nie spał.
Jak tylko kładł się, wnet opanowywała go okropna gorączko, paliła i spędzała z łóżka.
Bo jeżeli ciało jego było zażenowane w tych pięknych sukniach, to myśli szamotały się wśród udręczeń niemożebnego położenia, zupełnie nieprzewidzianego.
Uczciwość jego, którą chełpił się przed Różą z taką pewnością siebie, została wystawiona na próbę i nie umiała oprzeć się.
Gdy wychodząc od świetnego Van-Klopena, powiedział stręczycielowi: „Należę do pana“, powolny był wtedy natchnieniem urażonej miłości własnej i chęci zemszczenia się.
Zresztą był jeszcze olśniony straszliwą potęgą stręczyciela, spojrzeniami Flawii i fantastycznemi milionami, które zabłysły mu przed oczyma.
Wieczorem dopiero struchlał, gdy sam siebie zapytał, jakich szkaradnych zamiarów stał się narzędziem, gdy pomyślał o zobowiązaniu, którego nie mógł zerwać.
Ale na drugi dzień był na obiedzie wraz ze swoim protektorem u doktora Hortebize, i pewność, że i sam miły ten doktor jest czynnym wspólnikiem w tem przedsiębiorstwie, zdecydowała go do stłumienia ostatnich wstrząśnień jego sumienia.
Tak to się dzieje: według sfery, w której żyjemy, występek — a można powiedzieć, zbrodnia — być może zachętą, lub też zbawienną nauką.
Brzydki, brudny, głupi, pognębiony, występek — wywołuje wstręt i dodaje siły wahającej się cnocie. Bogaty, szczęśliwy, dowcipny, tryumfujący — wzbudza w słabych duszach wściekłą zazdrość, kołysaną nadzieją bezkarności.
Przepych doktora, jego wielko-światowe maniery, powaga, znaczenie, genialne paradoksy co do przesądów kodeksu, uzupełniły dzieło zepsucia, rozpoczęte przez Mascarota.
— Byłbym głupcem — pomyślał Pawel — gdybym się opierał jeszcze, kiedy ten doktor, bogaty, szczęśliwy, poważany, nie ma skrupułów.
Zawahałby się jednak, gdyby wiedział jaka relikwia zawiera się w złotym medalionie, wiszącym na okrągłym brzuszku roztropnego wspólnika zacnego stręczyciela.
Ale Paweł nie mógł wiedzieć o tem, i przypuszczony poraz pierwszy do życia szerokiego a łatwego, zachwycał się wspaniałym apartamentem doktora, który zajmował całe pierwsze piętro starego domu przy ulicy Luxembourg.
Już w przedpokoju można było odgadnąć nałogi samoluba, dowcipnego epikurejczyka, który nie żałuje ani czasu, ani pieniędzy, by wywatować sobie życie.
— Tak chcę mieszkać — powiedział sobie Paweł, ugryziony w samo serce gadziną zazdrości.
Doktor ukazał się, ubrany jak zawsze gdy wyjeżdża robić wizyty, to jest z całem wyszukaniem.
— Jestem na pańskie rozkazy — rzekł do protegowanego Mascarota, który stał się jego protegowanym. — Jedźmy! w samą porę przybędziemy.
Na dziedzińcu stał powóz doktora, zaprzężony w parę silnych koni.
Siadając na miękkich poduszkach, Paweł znowu powiedział sam do siebie.
— Ja takle będę miał taki powóz.
Ale jeżeli młody człowiek zapomniał dla rojeń o rzeczywistości; doktor, który otrzymał instrukcje, czuwał.
— Pomówmy no teraz, tak zaczął, jak tylko powóz potoczył się, pomówmy niewiele, ale dobrze. Nadarza się panu sposobność, jakiej nie jeden młodzieniec dobrze urodzony nie znajdzie przez całe życie trzeba z niej korzystać.
— Postaram się, odpowiedział Paweł, z pewnym odcieniem zarozumiałości.
— Brawo!... lubię tę młodzieńczą pewność siebie. Ale pozwól pan, że ją podszyję mojem starem doświadczeniem. A na początek, zapytam pana, czy też wiesz co to jest dziedziczka?
— Tak mi się zdaje...
— Pozwól mi pan mówić. Dziedziczka, zwłaszcza jedynaczka, jest to zwykle młoda osoba bardzo nieprzyjemna, kapryśna, fantastyczna, wielce przeświadczona o swej wartości i kompletnie popsuta uwielbianiem, jakiego była przedmiotem od dzieciństwa. Pewna, dzięki swemu posagowi, że nie zabraknie jej męża, sądzi, że wszystko jej wolno.
— O!... zawołał Paweł, szczególnie ochłodzony, czy też nie szkicujesz mi pan portretu panny Flawii?
Doktor wybuchnął szczerym śmiechem.
— Nie ze wszystkiem, odpowiedział; tylko muszę pana uprzedzić, że i nasza dziedziczka ma swoją część fantastyczności. Tak, naprzykład, ja poczytuje ją za bardzo usposobioną do zawrócenia głowy wielbicielowi, jedynie dlatego, by go potem osadzić na koszu i zabawić się jego zgłupiałą miną.
Paweł, który do tej pory rozpatrywał tylko świetne strony przedsiębiorstwa, zmieszał się, gdy mu ukazano tę stronę odwrotną, której nie podejrzywał.
— Jeżeli tak, powiedział smutno, to dlaczegoż mnie przedstawiać?
— Ależ dla tego, byś pan doszedł do celu. Czyż nie masz wszystkiego co do tego potrzeba? Być może, iż panna Flawia przyjmie go z podchlebną dystynkcją — ale nie wyprowadzaj pan z tego bynajmniej żadnych bezpośrednich wniosków. Choćby rzuciła się panu na szyję, jeszcze i wtedy powiedziałbym mu: Bądź ostrożny; może to zasadzka. Między nami mówiąc, dziewczyna, posiadająca miljon, zawsze może być wytłumaczoną, gdy chce dokładnie dowiedzieć się, czy do niej zwrócone są zaloty, czy do jej pieniędzy.
Powóz zatrzymał się. Przybyli na ulicę Montmartre.
Dawszy stangretowi rozkaz, by przyjechał zabrać ich o dwunastej w nocy, doktor poprowadził swego protegowanego.
Paweł był tak wzruszony w chwili gdy miał zrobić krok stanowczy, iż nie był w stanie włożyć rękawiczek.
Piętnaście osób znajdowało się w salonie bankiera, gdy lokaj zaanonsował doktora Hortebize i p. Pawła Violaine.
Jeżeli p. Martin-Rigal nie cierpiał człowieka wybranego pomiędzy wszystkimi przez swą córkę, to jednak wcale tego nie okazał, przyjmując go.
Uścisnąwszy rękę swego starego przyjaciela, doktora, podziękował mu z całem wylaniem za przedstawienie młodzieńca, tak dystyngowanego jak p. Violaine.
Przyjęcie to przywróciło Pawłowi część utraconej pewności siebie. Ale na próżno spoglądał na wszystkie strony nigdzie nie dostrzegł panpy Martin-Rigal.
— Obiad zapowiedziany był na godzinę siódmą. Dopiero na pięć minut przed siódmą ukazała się Flawia, którą wnet otoczyli goście.
Młoda dziewczyna umiała zapanować nad sobą. Pomimo wewnętrznego wzruszenia, oczy jej, zatrzymawszy się na Pawle, który oddawał ukłon, wyrażały najzupełniejszą obojętność.
— Pan Martin-Rigal nie spodziewał się takiej energii i takiej ostrożności.
Ale Flawia zastanowiła się nad jego ostatniemi uwagami i zrozumiała ich trafność.
Dopiero po obiedzie, gdy ustawiono stoły do gry, ośmieliła się przybliżyć do Pawła i głosem drżącym poprosiła go, by zagrał na fortepianie którą ze swoich kompozycyj.
Paweł był miernym wykonawcą, muzyka jego nie wiele była warta; a jednak Flawia słuchała go z wielkiem skupieniem ducha, jak gdyby Bóg zesłał anioła aby jej dał wyobrażenie o symfoniach niebiańskich.
Pan Martin-Rigal i doktor Hortebize, siedząc obok siebie, wzrokiem pełnym zajęcia śledzili wzruszenia młodej dziewczyny.
— Jak ona go kocha!... szepnął bankier. I nie módz wiedzieć z pewnością co sobie roi ten błazen, który pewno nie domyśla się swego szczęścia.
— Ba... Mascarot wyspowiada go jutro.
Bankier nic nie odpowiedział.
— Sądzę, że jutro ten kochany Mascarot będzie miał djabelnie wiele do roboty. O godzinie dziesiątej rada jeneralna. Zobaczymy nareszcie dno worka kochanego Catenac’a. Ciekawy jestem jaką minę zrobi markiz Croisenois, gdy dowie się czego się od niego oczekuje.
Tymczasem goście poczęli powoli rozchodzić się.
Doktor dał znak swemu protegowanemu i wyszli razem.
Flawia, zgodnie ze swem przyrzeczeniem, była tak zręczną komedjantką, iż Paweł zapytywał sam siebie, czy ma wierzyć i mieć nadzieję.

XV.

Gdy Mascarot zbiera na naradę swych szanownych wspólników, Beaumarchef zwykł przywdziewać swój galowy uniform.
Oprócz, że często bywa przywoływany dla udzielenia wyjaśnień i lubi ukazywać się w korzystnem świetle, ma on wrodzone uszanowanie dla hierarchii i wie co się należy starszym.
Na takie uroczyste wypadki zachował on najpiękniejsze swe huzarskie spodnie, czarny surdut, pięknie uwydatniający talję i wyniosłe piersi, buty uzbrojone w olbrzymie ostrogi.
Przede wszystkiem zaś nadzwyczaj starannie podkręca wąsy, których ostre końce przeszyły tyle serc.
Dziś jednak, chociaż zapowiedziano mu przed dwoma dniami, że odbędzie się narada, były podoficer o godzinie dziewiątej rano miał na sobie zwykłe ubranie.
Mocno go to martwiło i tem tylko się pocieszał, że taki akt nie uszanowania był całkiem mimowolny.
Równo z dniem wyciągnięto go z łóżka, dla obrachowania dwóch kucharek, które znalazłszy miejsca opuszczały zakład, gdzie Mascarot umieszcza służących bez posad.
Po dokonaniu tej czynności, spodziewał się mieć tyle czasu, by powrócić do siebie; ale właśnie w chwili, gdy przechodził dziedziniec, spostrzegł Tota, przybywającego ze swym dziennym raportem; kazał mu więc wejść do pierwszego pokoju ajencji.
Beaumarchet spodziewał się, że raport ten potrwa kilka tylko minut, mylił się.
Jeżeli Toto nie zmienił się powierzchownie, jeżeli zachował swoją szarą bluzę, bezkształtny kaszkiet i cyniczny wyraz twarzy, to jednak myśli jego ogromnej zmianie uległy.
Gdy były podoficer wezwał go, by mu w krótkości zdał sprawę — ponieważ spieszył się — z dnia wczorajszego, młody urwisz, ku wielkiemu jego zdziwieniu, przerwał mu ruchem drwiącym i bardzo znaczącem wykrzywieniem się.
— Nie straciłem czasu, odpowiedział, i nawet odkryłem coś nowego; ale nim zacznę mówić... nim coś powiem...
— Co?
— Chcę postawić moje warunki — ot tak!
Oświadczenie to, któremu towarzyszyło wymowne poruszenie rąk, tak zbiło z tropu byłego podoficera, iż nie wiedział co odpowiedzieć.
— Warunki powtórzył, wytrzeszczywszy zdumione oczy.
— Tak właśnie, odrzekł Toto; można je przyjąć albo odrzucić. Czy myślisz pan, że będę mordować mój temperament do ostateczności, tak, za nic, za „bardzo dziękuję?“ To się nie da zrobić. Wiemy cośmy warci, nieprawdaż?
Beaumarchef był zrozpaczony.
— Wiem żeś nie wart psiej podkowy, odrzekł.
— Być może, odrzekł Toto.
— I że jesteś nędznikiem, jeżeli ośmielasz się przemawiać w ten sposób po tylu dobrodziejstwach pryncypała dla ciebie.
Toto wybuchnął śmiechem.
— Dobrodziejstwach!... powtórzył głosem okropnie drwiącym; ohoho!... Powiedziałby kto, że pryncypał zrujnował się dla mnie! Biedaczysko! Bardzobym chciał poznać te dobrodziejstwa!
— Wziął cię na ulicy, w nocy, podczas gdy śnieg padał i od tego czasu masz pokoik w zakładzie.
— Norę.
— Codzień daje ci śniadanie i objad.
— Tak, tak i do tego pół butelki lichego czerwonego wina, które nawet nie plami należycie obrusu, tyle w niem wody.
Oto jak Toto odwdzięcza się.
— To jeszcze nie wszystko, mówił dalej Beaumarchef, urządzono ci kuchnię z kasztanami.
— Tak, w bramie. Od rana do wieczora trzeba być na nogach, marznąć z jednej strony, piec się z drugiej, aby zarobić dwadzieścia sous. Dość już mam tego. Zresztą na tej profesji często traci się!...
— Wiesz dobrze, że na lato urządzi się ci piecyk dla smażenia ziemniaków.
— Dziękuję zapach tłustości szkodzi mi.
— Cóż chcesz robić?
— Nic. Czuję żem zrodzony na kapitalistę.
Były podoficer wyczerpał już wszystkie swe argumenta.
— Opowiem to wszystko pryncypałowi, odrzekł i zobaczymy wtedy.
Ale pogróżka ta bynajmniej nie wywarła wrażenia na Tota.
— Bardzo ja tam dbam o pryncypała! odpowiedział. Odpędzi mnie? Wielka rzecz!
— Ty, niegodziwcze!...
— A to zkąd? Czyż nie jadałem i przed poznaniem pryncypała? Żyłem lepiej — i byłem wolny. Żebrząc tylko, śpiewając w dziedzińcach i otwierając drzwiczki od powozów, miewałem po trzy franki na dzień. Przepijało się je z przyjaciołmi, potem szło się spać do Ivry, do fabryki wichówek, gdzie nigdy nie postała noga policji. Tamto dobrze, zimą, koło pieca!... Wówczas badałem się, a tymczasem teraz...
— Niemasz co uskarżać się!... Teraz, jeżeli śledzisz kogo, daję ci co rana pięć franków.
— Tak jest. A ja znajduję, że to mało.
— Proszę!...
— O! nie warto byś się pan gniewał. Żądam podwyżki, pan mówisz: Nie. Bardzo dobrze ja robię strike.
Beaumarchef chętnie dałby dziesięć sous ze swej własnej kieszeni, byle Mascarot słyszał Tota.
— Jesteś łotr zawołał. Uczęszczasz do towarzystw, które cię daleko wciągną. Nie zaprzeczaj temu. Przychodził tu pytać się o ciebie niejaki Polyte, w lakierowanym kaszkiecie, z włosami przyklejonemi na skroniach, w pięknej krawatce wełnianej jestem pewny, że ten urwis...
— Naprzód panu nic do mojego towarzystwa.
— Mówię ci, że będziesz miał nieprzyjemności, zobaczysz.
Przepowiednia taka oburzyła Tota; pojmował że pod nią ukrywa się pogróżka bardzo poważna.
— Co? co?... zawołał poczerwieniawszy od gniewu. Któż to mi narobi nieprzyjemności? Pryncypał?... Ja mu radzę, by cicho siedział.
— Toto!...
— Eh! bo koniec końcem nudzisz mię pan straszliwie. To łotr, to urwis!... A któż to panowie jesteście — i pan i pryncypal?... Wyraźnie bierzecie mię za kogo innego. Czy sądzicie, że nie pojmuję waszych obrotów i biorę za dobrą monetę to co mi prawicie!... Dajcie pokój... Widzę ja jasno, Bogu dzięki! Gdy mi każecie śledzić te, albo tego przez całe tygodnie, to pewno nie w tym celu, by takiej osobie udzielić wsparcie we własnym jej mieszkaniu, prawda? Niech mi się zdarzy jakie nieszczęście — wiem co powiem komisarzowi. Wtedy przekonacie się, że dobry robotnik wart więcej niż pięć franków dziennie.
Beaumar jest bez wątpienia byłym wojskowym, męztwo jego nie ulega wątpliwości; fechtuje się znakomicie ale bardzo łatwo zbija się z tropu.
Zdumiewający bez wstyd Tota wzbudził w nim podejrzenie, że uparty urwis ma jakiegoś doświadczonego doradcę. W takim razie nie podobna było obliczyć donośności jego pogróżek.
Nie wiedząc jak postąpić w tym trudnym razie, nie mając żadnego zlecenia, były podoficer uznał, że należy działać łagodnie.
— Koniec końcem, zapytał, czego żądasz?
Naprzód żądam siedmiu franków dziennie.
— Oho!... aż tyle! Ale mniejsza o to, przedstawię żądanie twoje pryncypałowi, a tym czasem dziś dam ci ile zadasz. Teraz możesz mówić...
Ale młody łotr z najwyższą pogardą przyjął tę ugodową propozycję.
— O tak zaraz!... powiedział.
— Co?
— Pan liczysz na to, że wygadam się za czterdzieści sous? Nic z tego! Przysięgam, że nie otworzę ust, jeżeli pan nie dasz mi zaraz stu franków.
— Sto franków! powtórzył Beaumarchef zdziwiony.
— Ni mniej, ni więcej.
— A z jakiegoż tytułu mam ci dać tę sumę?
— Bom ją zarobił.
Beaumarchef ruszył ramionami.
— Oszalałeś, powiedział. C6% ty zrobisz ze stu frankami? na co je wydasz?
— Bądź pan spokojny, pewno nie na taką pomadę, jakiej pan używasz do wąsów.
Nierozsądny Toto!... Jak można było obrażać wąsy Beaumarchefa

Miał już otrzymać za to nogą, gdy wtem lekki szmer za pozostały otwarte, zmusił obu potężne uderzenie drzwiami, które do obejrzenia się.
Wszedł ojciec Tantaine we własnej osobie.

Zacny, czcigodny ojciec Tantaine!
Takim ukazał się on Pawłowi w izdebce pod strychem, takim samym był teraz w długim swym czarnym surducie, wylakierowanym pokładami tłustości i pyłu, w jakiejś czarnej, połyskującej płachcie, którą nazywał swoim kapeluszem.
Wieczny uśmiech igrał na jego zawiędłych ustach.
— A to co? a to co? zawołał, co to znaczy? Jak widzę gniewamy się i to przy drzwiach, otwartych!...
Beaumarchef w duchu błogosławił Opatrzność opiekującą się słusznemi sprawami, która przysłała mu ten posiłek.
— Panie, powiedział, Toto ma pretensję...
— Słyszałem wszystko, odpowiedział łagodnie ojciec Tantaine.
Przy tych słowach Toto uznał za pożyteczne cofnąć się na odległość ręki.
Zapamiętały ten urwis jest głębokim spostrzegaczem. Od wielu lat żyjąc na bruku paryskim, z konieczności zaostrzył swą wrodzoną domyślność.
Wypatrując codziennie w tłumie tę lub ową osobę, stał się on fizjonomistą jak wszyscy ci, których istnienie zawisło od kaprysu tych, którzy ich wyzyskują.
Toto zaledwie znał Mascarota, ale nie dowierzał mu.
Beaumarchefa miał w wielkiej pogardzie, gdyż poznał jego głupotę, osłoniętą wielką miną.
Ale bał się jak ognia słodkiego Tantaina; upatrywał w nim bowiem mistrza, z którym nie można żartować bezkarnie.
To też pospieszył wytłumaczyć się.
— Niech mi pan pozwoli powiedzieć, tak zaczął.
— Co? przerwał mu zacny człeczyna, że jesteś chłopak roztropny? Wiemy o tem; co jednak nie przeszkadza temu, że źle skończysz.
— Bo to, panie, ja chciałem...
— Pieniędzy? to rzecz bardzo naturalna. Ba!... jesteś zanadto cennym pomocnikiem, aby się pozbawiać twoich usług. Beaumar! prędko! daj bilet stufrankowy temu pięknemu chłopcu!
Były podoficer, zdziwiony tą wspaniałomyślnością, pewno miał zamiar opierać się; ale na znak Tantaina, którego Toto nie zauważył, wyjął z kasy pięć sztuk dwudziesto-frankowych i podał młodemu urwisowi.
Ale teraz stało się, że Toto nie śmiał wziąć pieniędzy, tak natarczywie żądanych.
Czy przypuszczał że chcą drwić sobie z niego? Czy też zwąchał jaką zasadzkę pod tą zdumiewającą wspaniałomyślnością?
— Weź, nalegał Tantaine, jeżeli wiadomości twoje nie są warte tyle ile żądasz, ja cię jeszcze podłapię. Spodziewam się, że teraz będziesz mówić...
— O, panie najchętniej!... odrzekł Toto tryumfująco.
— Jeżeli tak, to chodź ze mną do konfesjonału, tam nie przeszkodzą nam klienci.
Nie bardzo widno w tym konfesjonale ajencji Mascarota; zielone firanki nie przepuszczają światła. Zresztą nie źle tam jest.
Znajduje się tam fotel z poduszkami, dwa krzesła i stolik.
Tantaine, jako domowy, usiadł w fotelu i zwracając się do Tota, który trzymał w ręku kaszkiet, powiedział z wielką prostotą:
— Słucham cię.
Ulicznik odzyskał wrodzony swój bezwstyd. Przez płótno swej kieszeni czuł pięć luidorów, danych przez Beaumarchefa.
— Od pięciu dni, tak zaczął, śledzę Karolinę Schimel, teraz znam już ją jak moją ciotkę. Ta kobieta, to zegarek pod względem regularności; kieliszki, które wypija, oznaczają godziny.
Stary pisarz od komornika raczył się uśmiechnąć, usłyszawszy to porównanie.
— Wstaje o dziesiątej godzinie, mówił dalej Toto, pije kieliszek piołunówki, je śniadanie w pierwszym lepszym handlu win, potem pije kawę i gra w bezika z kim się trafi. Tak przechodzi dzień. Punkt o szóstej godzinie idzie pod „Turka“ i wychodzi ztamtąd dopiero po północy.... spać...
— Pod Turka“? zapytał ojciec Tantaine.
— To jest do wspólnego stołu przy ulicy Poissoniers... To mi panie, zakład! Tam to można i najeść się, i napić, i wytańczyć... słowem, wszystkie przyjemności życia! Zdaje się, że tam wewnątrz musi być przepysznie.
— Jakto, zdaje się? Więc nie byłeś tam?
Żałosnym ruchem Toto wskazał na swe liche ubranie.
— Nie puściliby mnie, powiedział. Ale niechno tylko!... mam mój plan!
Rozmawiając bez przerwy ojciec Tantaine, notował sobie adres tego przybytku rozkoszy. Gdy skończył, powiedział surowo:
— I za to liczysz sobie sto franków, mości Toto?
Ulicznik wykrzywił się jak małpa, obmyślająca psotę.
— Zaczekaj pan, odrzekł. Aby wieść takie życie, jak Karolina, na to trzeba mieć pieniądze, prawda? Kobieta ta nie ma nieruchomej własności... ale ja wiem zkąd dostaje monetę.
Słabe światło, panujące w konfesjonale, pozwoliło staremu pisarzowi od komornika ukryć zadowolenie, jakiego doznał, dowiedziawszy się o tem...
— A!... powiedział na dwa różne tony, a!... więc wiesz to?...
— Cokolwiek, panie... i jeszcze coś więcej. Słuchaj pan historji: Wczoraj po śniadaniu, moja Karolina zasiadła do kart z dwoma jegomościami, którzy zjedli coś przy sąsiednim stole. Byli to mistrze, panie, i doskonali. Dość było popatrzeć na ich ręce, jak suwali kartami. Powiedziałem też sobie: „Zobaczysz, moja kobiecino, jak oni cię oporządzą!“ I to nie chybiło. Nie upłynęła godzina, a była już tak na sucho, że nie mając ani sous dla zapłacenia za jadło. dała kupcowi w zastaw swój pierścionek. Kupiec nie przyjął go, mówiąc, że i bez tego pokredytuje jej. Wtedy powiedziała: „Dobrze, zajdę do siebie i zaraz wrócę.“ Widziałem to i słyszałem, gdyż stałem wtedy przy bufecie i piłem kieliszeczek.
— I nie do siebie poszła?
— Nie, panie, nie. Wynosi się, przechodzi cały Paryż krokiem pieszego strzelca i dzwoni wprost do najpiękniejszego domu przy ulicy Varennes... prawdziwy pałac. Otwierają, wchodzi, ja czekam.
— Czy wiesz przynajmniej kto mieszka w tym pałacu?
— Rozumie się. Kupiec korzenny z przeciwka powiedział mi, że pałac ten należy... zaczekaj pan... należy do księcia... Champdoce... tak jest do księcia Champdoce, wielkiego pana, który jak się zdaje ma piwnice pełne złota, jak bank.
Nigdy ojciec Tantaine nie wydaje się tak obojętnym, jak kiedy jest na serjo zainteresowany.
— Skracaj, Toto, powiedział, skracaj, mój chłopcze.
Toto, który liczył na wielki efekt, zdawał się być urażony nieco.
— Trzeba mi dać czas na to, odpowiedział. Otóż w pół godziny potem ukazuje się moja Karolina, wesoła jak ptaszek. Przejeżdża fiakr, siada i ruszaj!.. Dzielny fiakr!.. tak pędził!.. Na szczęście mam nogi... Przybywam więc do Palais-Royal właśnie w chwili, gdy Karolina wysiadła przed wekslarzem, i rozmieniała dwa bilety stufrankowe.
— Jakieś to odgadł?
— Ba! zdaje się, że mam oczy. Papierki były żółte.
Poczciwy Tantaine uśmiechnął się po ojcowsku.
— Więc znasz się na biletach bankowych? zapytał.
— Dlaczego by nie? Odbywało się studja wzdłuż sklepów. Ale nigdy nie miałem ich w ręku. Mówią, że to miękkie jak atłas. Raz, chciałem przekonać się o tem i wszedłszy do wekslarza prosiłem go, by mi pozwolił pomacać bilet tysiącfrankowy... O! tylko pomacać!.. A on palnał mię w kark i powiedział: „Masz łotrze!“ Ale ja jemu odpowiedziałem: „A na co pan wystawiasz takie fortuny w oknie?“
Ale ojciec Tantaine już nie słuchał.
— To już wszystko? zapytał.
— Zaraz!.. odpowiedział Toto; najciekawszą rzecz zachowałem na koniec. Muszę panu powiedzieć, że nie my jedni podpatrujemy Karolinę.
Teraz Toto musiał być zadowolony z efektu. Stary pisarz tak podskoczył na fotelu, że aż spadł mu kapelusz.
— Nie sami zawołał, cóż to mi śpiewasz?
Śpiewam to, com widział. Od trzech dni zauważyłem, że koło naszej zwierzyny uwija się wielki drab z harf4 na grzbiecie i powziąłem podejrzenie. A miałem słuszność. On także zrobił kurs z przedmieścia Saint-Germain...
Ojciec Tantaine rozmyślał.
— Wielki drab... mruczał, muzykant... hm!.. W tem jest Perpignan, albo bardzo się mylę... Zobaczymy.
I zwracając się do Tota powiedział:
— Trzeba dać spokój Karolinie i śledzić tego draba z harfą... A przed wszystkiem bądź ostroźny!.. No, teraz ruszaj sobie. Zarobiłeś sto franków.
Toto wyszedł, a stary pisarz smutnie pochylił głowę.
— To chłopak zanadto mądry, mruknął, zanadto, zanadto... nie zestarzeje się..
Beaumarchef już otworzył usta, chcąc prosić ojca Tantaine, by popilnował ajencji, podczas gdy sam pójdzie przebrać się, ale staro wina zatrzymał go.
— Chociaż wiem, że pryncypał nie lubi, by mu przeszkadzano, powiedział, pójdę jednak do niego. A gdy ci panowie przybędą, wprowadź ich natychmiast, bo widzisz, panie Beaumar, owoc już tak dojrzał, że może upaść, jeżeli się go nie zerwie.

Koniec tomu pierwszego.




Część II.


I.

Doktor Hortebize pierwszy przybył na naradę, na którą Mascarot zawezwał swoich szanownych wspólników.
Wstać przed godziną dziesiątą rano, to prawdziwa męka dla niego; odczuwa on to potem cały dzień. Ale interesa przede wszystkiem.
Ajencja, gdy przy był do niej, przepełniona była klientami i Beaumarchef błogosławił niebo. Naprzód bowiem mniej zwracano uwagi na jego zaniedbane ubranie, a przytem unikał tym sposobem nieodzownych słów doktora: Zanadto kieliszków, Beaumar.“
— Pryncypał czeka na pana z niecierpliwością, rzekł były podoficer; p. Tantaine znajduje się także u niego.
— A!... bardzo będę rad zobaczyć tego poczciwego ojca Tantaine.
Ale wszedłszy do głównego przybytku ajencji znalazł jednego tylko Mascarota, układającego jak zwykle swoje kartki.
— No, zapytał, po serdecznem uściśnieniu ręki, co nowego?
— Nic.
— Nie widziałeś jeszcze Pawła?
— Nie.
— Czy przynajmniej przyjdzie?
— Przyjdzie.
Szanowny stręczyciel był zwykle lakoniczny; ale nie w takim stopniu jak obecnie.
— Co ci jest? zapytał poczciwy doktor, masz jakąś pogrzebową minę, możeś chory?
— Jestem tylko bardzo zajęty, co łatwo można sobie wytłumaczyć przededniem bitwy stanowczej.
Niezawodnie że była to jedna z przyczyn zmartwienia zacnego stręczyciela; ale były też i inne jeszcze, których nie wyjawił swemu przyjacielowi.
Niepokoił go Toto. Tak słoma, jak i najmocniej ukuta oś stalowa zarówno złamać się mogą. Toto, mizerny ulicznik, mógł stać się ziarnkiem piasku, które wsunąwszy się między zazębione koła maszyny, zatrzymuje ja i łamie.
Mascarot rozmyślał właśnie nad usunięciem tego ziarnka piasku.
— Basta!... rzekł doktor, głaszcząc swój medaljon, uda się nam! Czego masz się obawiać? Oporu Pawła?
Zacny stręczyciel pogardliwie ruszył ramionami.
— Paweł będzie się opierał tak niewiele, iż zdecydowałem się wezwać go na dzisiejszą naradę, która będzie burzliwą. Możnaby mu odmierzać prawdę, jak wino wyzdrawiającemu, ale wolę nalać odrazu.
— Do licha to rzecz ważna. A gdyby też przestraszył się i umknął z naszą tajemnicą?...
— Nie umknie, powiedział Mascarot głosem od którego zadrżałby jego protegowany; tak samo, jak nie zdoła umknąć chrząszcz, przez dziecko trzymany na nitce. Czyż nie znasz tych charakterów miękkich i bezsilnych? Paweł jest rękawiczką, a ja żylastą ręką, która i pod skórą zachowuje swą potęgę i siłę.
Doktor nie myśląc zaprzeczać temu, powiedział:
Amen!
— Jeżeli spotkamy opór, zaczął znowu stręczyciel, to ze strony Catenac’a. Mogę na nim wymódz współpracownictwo pozorne, ale szczerego — nie...
— Catenac!... zawołał doktor zdziwiony; a mówiłeś, że zamierzasz obejść się bez niego?
— Rzeczywiście miałem taki zamiar.
— Dla czego zmieniasz go?
— Bom się przekonał, że nie obejdziemy się; bo gdy się zrzekniemy jego pomocy, potrzeba będzie wyjawić ostatnie słowo naszego stowarzyszenia innemu jakiemu prawnikowi, bo...
Tu przerwał sobie, mówiąc:
— Słuchaj!
W korytarzu słychać było chrząkanie i sapanie człowieka, z rodzaju tych, którzy przy każdej zmianie temperatury, nawet przechodząc z zimnej ulicy do ogrzanego pokoju, męczą się i kaszlą.
— To on, powiedział Hortebize.
Drzwi otworzyły się. Był to w samej rzeczy Catenac.
Czy z natury, czy też skutkiem umiejętnych ćwiczeń, Catenac ma taką postawę i maniery, że od pierwszego spojrzenia każdy mówi o nim: „To prawdziwie uczciwy człowiek“.
Dość popatrzeć na tę łagodną twarz, by czuć się szczęśliwym, gdy mu się zwierzy cały majątek.
Tartuf, któryby miał oczy zyzowate, usta zaciśnięte, czoło w tył uciekające, wzbudzałby nieufność, a zatem nie byłby Tartufem.
Wzrok Catenac’a, jasny i otwarty, śmiało spotyka się ze wzrokiem tego kto z nim rozmawia. Głos jego jest czysty i dźwięczny. Posiada on przytem tajemnicę jowialnej natarczywości, która nigdy nie chybia efektu. Catenac, adwokat wielce poważany w trybunale za swą naukę, broni spraw rzadko i źle.
Jeżeli zarabia trzydzieści tysięcy franków rocznie, to dla tego, że ma pewną specjalność.
A mianowicie godzi spory, które nie nadają się dla procesów, z powodu, że wytoczone przed trybunał, wyprawiłyby na galery obie strony, a przynajmniej zbezcześciłyby je.
W Paryżu codziennie powstają takie procesa.
Gwałtowniejszy przeciwnik wydaje pozew, rozpoczyna kroki prawne. Publiczność, zwąchawszy skandal czeka... Nic.
Przerażeni dwaj przeciwnicy udali się do Catenaca — i wszystko się ułożyło!...
Iluż to znakomitych oszustów i powszechnie poważanych złodziejów, którzy już gotowi byli wzajemnie się zadenuncjować, doprowadził on do pojednania!...
Pogodził morderców, którzy kłócili się o łup zdobyty na ofierze swej i już gotowi byli wezwać władzę, by uregulowała ich części.
Ale to jeszcze nie są najohydniejsze jego sprawy.
Sam on powiada czasami: „W życiu mojem babrałem się już w całych kupach błota.“
W gabinecie jego, przy ulicy Jacob, szeptano sobie nieraz o takich rzeczach, że dziwić się trzeba, iż sufit nie zapadł się nad szepczącymi.
Doprowadzenie do ugody w tego rodzaju sprawach, przynosi godzącemu tyle ile zażąda.
Klient, który obnażył przed adwokatem rany swego sumienia, należy do adwokata, jak chory do lekarza, który go leczył na sekretną słabość, jak pokutnik do spowiednika.
W skutek tej specjalności, Catenac nabył pewnego rodzaju wymowy przebiegłej, sypiącej wyrazami, podchwytującej, niezbędnej dla arbitrów, którzy przede wszystkiem muszą łagodzić gwałtowność przeciwników, stających oko w oko sobie.
— Otóż jestem zawołał. Wezwałeś mię, kochany przyjacielu, sprowadziłeś, zaciągnąłeś, zaprosiłeś — przybywam, stawię się, przybiegam, jestem, słucham...
— Weź że krzesło, przerwał stręczyciel.
— Dziękuję, kochany przyjacielu, bardzo jestem wdzięczny, niezmiernie obowiązany; ale spieszno mi; jestem naglony, naciskany; czekają na mnie; jestem zaangażowany, zamówiony.
— No, no, powiedział doktor, pomimo to, siadaj. To, co ci ma powiedzieć Mascarot, ma innego rodzaju wagę i większą aniżeli wszystkie twoje zamówienia.
Catenac usłuchał, nie przestając uśmiechać się; chociaż w duchu był bardzo zagniewany i zaniepokojony.
— O cóż idzie zapytał, co się stało?
Mascarot wstał i zamknął drzwi na zasuwkę. Potem, powróciwszy na swe miejsce, powiedział:
— Oto, o co idzie! Jesteśmy zdecydowani, ja i Hortebize, rozpocząć ważną sprawę, o której kiedyś napomknąłem ci w ogólnych zarysach. Na czele możemy postawić osobistość poważną — markiza Croisenois.
— Mój kochany... zaczął adwokat.
— Zaczekaj. Współudział twój, jest dla nas niezbędny; tak, że...
Catenac zerwał się nagle.
— Dość tego, przerwał, wystarczy, sprawa wysłuchana. Jeżeli dla tego pisałeś do mnie, bym przybył, aby mi proponować, aby mi ofiarować ten interes, toś się zawiódł, poszedłeś fałszywą drogą, tysiąc razy mówiłem ci już to, przedstawiałem, powtarzałem...
I wstał gotując się do rejterady. Ale między nim a drzwiami stał poczciwy doktor Hortebize i spoglądał szczególnym wzrokiem.
Catenac nie łatwo daje się zastraszyć.
Ale postawa zacnego Hortebize była tak wyrazista, blady i zimny uśmiech Mascarota, miał tak budujące znaczenie, iż adwokat zmięszał się.
— Co to znaczy? wybełkotał; co to jest? Czego chcecie odemnie? czego żądacie, czego życzycie sobie?
— Naprzód chcemy, powiedział doktor, kładąc nacisk na każdym wyrazie, żebyś raczył słuchać, gdy się do ciebie mówi.
— Ależ, zdaje mi się, że słucham.
— Usiądź więc i otwórz twój umysł na propozycje naszego przyjaciela Mascarota.
Rysy Catenac’a nie zdradzały wcale jego uczuć; wyćwiczył on je i uśpił do takiego stopnia, iż nawet, gdyby otrzymał policzek, kropla krwi nie wystąpiłaby mu na twarz.
Tylko ruchem, gdy siadał, dal poznać, jak go oburza podobnie gwałtowne postępowanie.
— Niech Mascarot wytłumaczy się, powiedział.
Wyjąwszy machinalnego ruchu przy poprawianiu okularów, zacny stręczyciel dotąd ani drgnął.
— Nim przystąpię do szczegółów, powiedział lodowatym tonem, zapytać muszę naszego szanownego przyjaciela — i wspólnika — czy trzyma z nami, czy też nie?
— Eh! czy może być choć cień wątpliwości co do tego? przerwał adwokat, czyż wszystkie moje życzenia...
Za pozwoleniem. Tu niema mowy o jałowych życzeniach. Nam potrzeba współudziału lojalnego, faktycznego.
— Ależ, moi przyjaciele...
— Muszę cię uprzedzić, mówił dalej Mascarot, że mamy za sobą wszystkie szanse i jeżeli wygramy, to każdy z nas zyska około miljona.
Hortebize nie miał tyle cierpliwości co stręczyciel i dorzucił:
— No, oświadczaj się! Odpowiadaj: tak czy nie?
Catenac, jak to mogli widzieć jego przyjaciele, był okrutnie niezdecydowany. Minute przeszło nie odpowiadał: rozmyślał.
— A więc... nie zawołał wreszcie z gwałtownością, która zdradzała walkę wewnętrzną; wszystko należycie rozpatrzywszy, zważywszy, oceniwszy, jasno i stanowczo odpowiadam: nie!
Mascarot i doktor krzyknęli razem:
— A!...
Nie było to zdziwienie, ale raczej owo nieokreślone uczucie, jakiego się doznaje, gdy to co przewidywaliśmy, urzeczywistnia się.
— Pozwólcie, mówił Catenac, że wytłumaczę to, co nazwiecie mojem odstępstwem.
— Powiedz. zdradą, to będzie dokładniej.
— Zgoda. Nie chcę sprzeczać się o wyrazy; będę szczery.
— O! że ci tam raz się zdarzy! mruknął doktor.
— Zdaje mi się jednak, że nigdy nie robiłem przed wami tajemnicy z mego sposobu myślenia. Już przed dziesięciu laty proponowałem rozwiązanie naszego stowarzyszenia. Czy przypominacie sobie com wtedy mówił? Mówiłem: Wielka konieczność, nasze ubóstwo, mogło usprawiedliwiać wszystkie nasze przedsiębiorstwa; teraz nie mogą być one uniewinnione.
— A, tak! odrzekł stręczyciel, zawiadomiłeś nas o twych skrupułach.
— A... widzicie! Tylko skrupuły te nigdy nie przychodziły ci na myśl, w chwili gdyś brał z kasy twoją część, co zawsze spełniałeś regularnie.
— To jest, dorzucił doktor, miałeś wstręt do ryzyki, ale chętnie przyjmowałeś wynikłe ztąd zyski. To jest chciałeś wygrać, ale nie chciałeś narażać swoich pieniędzy.
Argument ten, który zdawał się nie znosić repliki, nie zdekoncentrował wcale Catenac’a.
— To prawda, odrzekł, zawsze podnosiłem moją trzecią część. Ale czyż nie tak samo jak wy przyczyniłem się do postawienia ajencji na odpowiedniej stopie? Czy teraz nie idzie ona sama sobą, bez stuku i wysileń, jak doskonała maszyna? Czyż nie doprowadziliśmy do tego, że operacjom naszym nadaliśmy cechę handlową? Co miesiąc bez żadnych trudności otrzymujemy piękne zyski i ja niezaprzeczenie mam prawo do trzeciej ich części. Chcecie, by rzeczy dalej szły tym samym trybem? I owszem! Chętnie przystaję na to.
— To wielkie szczęście, doprawdy!
— Ale wam chce się wciągnąć mię w niebezpieczeństwa nieobliczone, więc wołam: Stójcie!.. nie chcę należeć do tego. W oczach waszych czytam, że macie mnie za głupca. Daj Boże, by wypadki nie przekonały was nieubłaganie, że miałem słuszność. Pomyślcie tylko: już przeszło dwadzieścia lat mamy szansę; czy wiele trzeba, by się odwróciła? Bardzo niewiele. Wierzcie mi, nie nadużywajcie jej. Wiecie, że fortuna prędzej lub później mści się na tych, którzy, zamiast rozsądnie poślubiać, gwałcą ją.
— O! tylko bez morałów, jeżeli łaska, rzekł doktor.
— Bardzo dobrze... zamilczę. Ale jeszcze raz powiem zastanówcie się póki czas. Chociaż tak świetne macie widoki — są one niczem w porównaniu z tem, na co narażacie się.
Takie zimne rozumowanie do rozpaczy doprowadziło doktora Hortebize.
— Łatwo ci to mówić, odrzekł, boś bogaty.
— Rzeczywiście mam z czego żyć; oprócz tego co zarabiam, mam jeszcze moich własnych dwakroćstotysięcy franków. Jeżeli idzie o to, by się niemi podzielić z wami aby zniewolić was tem do zaniechania waszych projektów, powiedzcie tylko słowo — i rzecz skończona.
Mascarot, który dotąd pozwalał sporowi rozwijać się swobodnie między dwoma stowarzyszenymi, teraz uznał, że nadeszła pora wmięszania się.
— Biedny przyjaciel! zawołał, czy naprawdę masz dwakroćstotysięcy franków?
— Jeżeli brakuje do tego, to nie wiele.
— I ofiarujesz nam trzecią część!... O! mistrzu... jaki to piękny rys! bylibyśmy bardzo niewdzięczni, gdyby to nas nie rozczuliło głęboko; tylko że...
Zatrzymał się, poprawił okulary i tonem bardzo stanowczym dodał:
— Tylko, że gdy dasz każdemu z nas po pięćdziesiąt tysięcy franków, to ci jeszcze zostanie przeszło milion.
Gatenac wybuchnął tak szczerym śmiechem, z taką pewną intonacją, iż każdy spostrzegacz złapałby się na to.
— Dlaczegoż to nie jest prawdą!... zawołał.
— A jeżeli ci dowiodę że to prawda?
— Bardzo mię to zdziwi.
Zacny stręczyciel wysunął jedną ze swych szuflad, wydobył z niej małą książkę rejestrową, przerzucił kilka kartek i pokazał swemu wspólnikowi, mówiąc:
— A więc patrz; bo to jest dokładny stan twego majątku z końcem grudnia zeszłego roku. Od tego czasu porobiłeś rozmaite kupna za pośrednictwem pewnego pana L. Tych nie zaciągnąłem, ale mam je zanotowane. Czy mam ci i to pokazać?...
Teraz na obojętnej twarzy Catenaac’a coś się wyraziło. Zerwał się rozgniewany. Oczy jego miotały błyskawice.
— No i cóż? zawołał; tak jest, mam milion dwakroćstotysięcy franków majątku i właśnie dlatego nie chcę należeć do spółki! Tak jest! mam sześćdziesiąt tysięcy dochodu, to jest sześćdziesiąt tysięcy dostatecznych powodów do tego, by się nie kompromitować — i nie skompromituję się!... A zazdrośni jesteście! Czy to moja wina, że nasze położenie stało się różnem? Wszak tak samo jak wy, i ja nie miałem jednego sous, gdyśmy rozpoczynali! Żyłem nie tak, jak wy — ot i wszystko. Wyście wydatkowali, nie licząc; ja oszczędzałem. Wyście myśleli tylko o teraźniejszości, ja o przyszłości. Hortebize robił wszystko co mógł, by porozpędzać swoich klientów; ja wysilałem się jak mogłem, by sobie swoich przysparzać. A teraz, ponieważ jestem bogaty, a wy nic nie macie, więc mam ulegać waszym wymaganiom!.. Cóż to znowu? Doszedłszy do celu moich życzeń, miałbym znowu cofać się razem z wami? Nigdy! Idźcie waszą drogą, ja pójdę moją; nie znam już was!
Już wstawał i brał za kapelusz: ale ruch stręczyciela zatrzymał go.
— A gdybym ci powiedział, zapytał Mascarot, żeś nam potrzebny, niezbędny.
— Odpowiedziałbym: tem gorzej dla was.
— Gdybyśmy jednak zechcieli...
— Co?.. zmusić mnie? A to jak? Trzymacie mnie, ale i ja was trzymam. Nie możecie mnie nic zrobić, tak jak ja wam nie mogę. Chcąc mnie zgubić, sami się zgubicie.
— Czyś pewny tego?
— Tak pewny, że powtarzam wam raz jeszcze: Między wami a mną, nie masz odtąd nic wspólnego.
— Sądzę, żeś w błędzie mistrzu!..
— Ja? dlaczego?
— Dlatego, że już od roku utrzymuję w naszym zakładzie bezpłatnie jedną młodą dziewczynę, imieniem Klarysę. Czy też nie znasz jej przypadkiem?..
Nie bez zamiaru, zręcznie obrachowanego, Mascarot od dziesięciu minut pozwalał wynurzać się Catenac’owi i szamotać bezskutecznie, jak ryba na piasku.
Chciał tym sposobem przeniknąć zamiary szanownego swego wspólnika i poznać dokąd zmierza.
Jeżeli jakby naumyślnie irytował go, jeżeli zachęcał doktora, by go smagał swoją ironią, to dla tego, iż wiedział o ile może być niedyskretnym gniew człowieka, choćby najlepiej umiejącego panować nad sobą.
Czując się należycie poinformowanym, zacny stręczyciel jednem słowem odzyskał całą swą przewagę.
Usłyszawszy to imię Klarysa, adwokat znalazł się w położeniu człowieka, który przechadzając się zupełnie bezpiecznie, nagle ujrzał pod swemi nogami zapalony lont, wiodący do miny, która wybuchnie lada chwila.
Instyktowo cofnął się, spazmatycznie drgnąwszy i z wytrzeszczonemi oczyma.
— Klarysa!... wybełkotał, kto ci powiedział? zkąd mogłeś dowiedzieć się?
Ale ironiczny uśmiech dwóch wspólników tak potężnie oddziałał na niego, iż natychmiast odzyskał pozory zimnej krwi.
— Doprawdy, powiedział, zmysły straciłem. Zapytuję jak mogliście odkryć to wszystko? Sądziłby kto, iż nieznam sposobów jakiemi podchwytujecie tajemnice.
— Nie omyliłem się co do ciebie, rzekł stręczyciel.
— W czem?
— W tem, żem przewidział chwilę, w której poczujesz się dość silnym, by się obejść bez nas i że wtedy będziesz próbował zerwać więzy łączące nas. Dziś chciałeś nas porzucić. Jutro zdradziłbyś, gdyby tylko to się dało zrobić bez niebezpieczeństwa. Przedsięwziąłem środki.
Poczciwy doktor zacierał sobie ręce.
— Oto co jest! powiedział; nigdy wszystkiego przewidzieć nie można!
— Nie pojmuję tego, mówił dalej Mascarot, jak ty, Catenac, człowiek tak wytrawny, mogłeś dać się tak złapać. Jakto? od roku nienawidzisz nas, rozmyślasz jakby tu nas zgubić i tak sobie niezręcznie postąpiłeś!... To nie do uwierzenia!
— Nie do uwierzenia!... powtórzył doktor jak echo.
— A jednak, mówił dalej stręczyciel, twoja... jakby to nazwać... twoja nieroztropność należy do rzędu najpospolitszych, do rzędu takich, które najczęściej obserwowaliśmy i które nam najwięcej przyniosły zysku. Wszak to codzień widzieć można. Czyż nie czytujesz gazet?... Wczoraj jeszcze czytałem w nich historję, słowo w słowo jakby twoją. Pewien jegomość, ambitny a fałszywy, na świeżo polakierowany uczciwością, sprowadza ze wsi dziewczynę, ładniutką, dobrą, pełną zdrowia, naiwną, z czerwonemi rękami... i pozwala sobie na wytworną przyjemność uwiedzenia jej. Przez kilka miesięcy wszystko idzie dobrze. Ale oto biedna dziewczyna nie może już ukryć swego stanu. Mój jegomość przestrasza się. Co powiedzą sąsiedzi i odźwierny?... Otóż dziecię usuwa się, a matkę wyrzuca poprostu na ulicę. To rzecz bardzo zwyczajna...
— Baptysto zlituj się!...
— ...Ależ też bardzo nieroztropna. Takie rzeczy zawsze się wykrywają. Jeżeli zbrodnia ma swoje kombinacje i wybiegi, to znowu sprawiedliwości nadarzają się przypadki, które nazywają nieprawdopodobnemi, a które wydarzają się w życiu co chwila. Masz tam ogrodnika w twoim wiejskim domu w Champigny? Przypuść, że temu człowiekowi przyszła fantazja kopać ziemię przy studni, znajdującej się w twoim ogrodzie. Wiesz co on tam znajdzie?
— Dość tego!... rzekł Catenac, poddaję się.
Mascarot poprawił swe okulary, jak to zwykle robi w chwili stanowczej.
— Poddajesz się?... powiedział. Nie jeszcze. W tej chwili szukasz sposobu odbicia ciosu, który ci zadałem.
— Zapewniam cię...
— Oszczędź sobie trudu. Twój ogrodnik nic nie znajdzie.
Adwokat krzyknął wściekle. Teraz począł pojmować w jak szkaradną wpadł zasadzkę.
Nie znajdzie nic, mówił dalej stręczyciel. A jednak prawdą jest, że w styczniu przeszłego roku, pewnej nocy, wykopałeś tam dół i w tym dole położyłeś ciało dziecięcia, owinięte w szal... ten sam szal, który ty, Catenac, kupiłeś w magazynie „pod Pigmalionem“, dla przyspieszenia upadku matki... Jeżeli będzie potrzeba, zaświadczą to komisanci. Teraz, szukaj ile chcesz nic nie znajdziesz.
— I to ty, ty uniosłeś...
— Nie, odpowiedział stręczyciel tonem szczególnie ironicznym, to Tantaine. Co chcesz? ja jestem ostrożny. Wiem gdzie jest trup, jak to mówią pospolicie, a ty nie wiesz. Ale bądź spokojny! nie zginie on: w dobrem znajduje się miejscu. Najmniejsza chętka zdrady, a jutro przeczytasz w Petit Journal, pod artykułem „Paryż“: „Wczoraj, robotnicy, pracujący w tem a tem miejscu, znaleźli trup dziecięcia nowonarodzonego. Komisarz policji, któremu natychmiast dano znać o tem, udał się na miejsce i rozpoczął śledztwo...“ Przeczytasz to, a znasz mnie dość, by z góry być pewnym, że śledztwo dojdzie do celu. Łatwo możesz domyśleć się, że do szalu tej biednej Klarysy dołączyłem dość wskazówek, aby z łatwością można było dojść do sprawcy... to jest do ciebie.
Po gniewie, Catenac’a opanował straszny upadek na duchu. Człowiek ten, którego nic nie powinno było dziwić, był zupełnie z tropu zbity i zdawało się, że zupełnie stracił zdolność zastanawiania się i rozważania.
Rozpacz jego ujawniała się w wyrazach bez związku; a cierpienia swego nie ukrywał, jakby miał nadzieję wzruszyć nieubłaganych swoich wspólników.
— Zarzynacie mię, mruknął, zabijacie w chwili, gdym miał zebrać owoce dwudziestoletniej pracy i oszczędności.
— To wyrażenie „pracy“, jest bardzo piękne! zauważył lekarz.
Ale czas naglił, lada chwila Paweł i markiz Croisenois mogli nadejść. Mascarot pojmował dobrze, iż należy dodać otuchy Catenac’owi.
— Słuchajno, powiedział, krzyczysz, jak gdybyśmy zamierzali zamordować cię. Do czego to? Czyż masz nas za tak ograniczonych, abyśmy się narażali, nie mając prawie bezwzględnej pewności, że się nam powiedzie? Hortebize tak samo jak ty, stawał dęba, gdym mu mówił o wielkiej operacji. Wytłumaczyłem mu ją, a teraz zgadza się zupełnie.
— Tak jest, oświadczył Hortebize.
— Owóż, zaczął znowu stręczyciel, nie możesz mieć, że tak powiem, żadnego powodu do obawy. A jesteśmy, przekonani, żeś gracz zanadto oględny, by mieć żal do nas...
Catenac uśmiechnął się wymuszenie.
— Żadnego żalu nie mam do was, odpowiedział mów, będę posłuszny.
Mascarot zamyślał się na chwilę.
— To, czego będę od ciebie żądać, odrzekł, bynajmniej nie może cię skompromitować. Chcę, byś nam ułożył akt stowarzyszenia, na warunkach, jakie ci zaraz wyłuszczę. Następnie zajmiesz się sprawą, ale nie jawnie.
— Dobrze!...
— To jeszcze nie wszystko. Książę Champdoce dał ci zlecenie bardzo trudne, bardzo delikatne... Chodzi tu o poszukiwania, które powinny pozostać w tajemnicy.
— Jakto P... i to wiesz?
— Wiem wszystko, co może być dla nas przydatnem. Dowiedziałem się, naprzykład, że zamiast zgłosić się do mnie, tyś — najgłupiej w świecie udał się do jedynego człowieka, którego powinniśmy obawiać się, do Perpignan’a, człowieka prawie tak zręcznego jak my, a nierównie ryzykowniejszego.
— Koniec końcem — czego żądacie?
— Niewiele. Będziesz mię uwiadamiał o rezultatach twoich poszukiwań. Księciu zaś nie powiesz ani jednego słowa, o którem nie ułożylibyśmy się zawczasu.
— Zgoda.
Spór, zdawało się, iż został ukończony; zacny Hortebize zachwycał się.
— No!.. zawołał, i było czego krzyczeć, jak gdyby cię obdzierano ze skóry.
— Prawda, odrzekł Catenac, źle zrobiłem.
Podał rękę dwóm swoim przyjaciołom i dodał, uśmiechając się:
— Puśćmy to wszystko w zapomnienie.
Czy szczerze mówił? Szybkie spojrzenie, jakie wymienił Mascarot z doktorem, pełne było wątpliwości.
Ale już od kilku chwil pukano do drzwi. Doktor poszedł otworzyć i ukazał się Paweł, z afektacją, kłaniając się swoim protektorom.
— Przede wszystkiem, moje dziecię, zaczął stręczyciel, muszę pana przedstawić jednemu z moich starych przyjaciół.
A zwracając się do Catenac’a, dodał:
— Kochany mistrzu! proszę cię o względy dla mego młodego przyjaciela, Pawła, zacnego chłopca, nie mającego ani ojca, ani matki, ale którego wyprowadzimy na ludzi.
Usłyszawszy te wyrazy, którym towarzyszył dziwny uśmiech, adwokat podskoczył na krześle.
— Do kroćset tysięcy! krzyknął, czemuś nie powiedział mi tego pierwej!
Jako powiernik księcia Champdoce, Catenac zrozumiał teraz cały plan Mascarota...

II.

Markiz Croisenois zawsze każe czekać na siebie. Jest to jego system, który przerodził się w manię.
Może sądzi, że tym sposobem nada sobie więcej wagi. Ale takie obrachowanie jest fałszywe. Człowieka zręcznego nie wiele obchodzi, czy się spóźni, czy nie; chodzi mu głównie o to, by się stawił w chwili gdy jest najpożądańszy.
Przybyć w samą porę — na tem wszystko zależy. Jestto tajemnica nie jednego powodzenia, którą nie każdy umie sobie wytłumaczyć.
P. Croisenois zawezwany był przez Mascarota na godzinę jedynastą; a było już dobrze popołudniu gdy się zjawił w świeżych rękawiczkach, ze szkiełkiem w oku, prętem w ręku, miną impertynenckiej poufałości, jaką przybierają głupcy, gdy sądzą, iż robią jakieś ustępstwo.
W trzydziestym piątym roku życia, Henryk Croisenois lubi przybierać powierzchowność zużytego dwudziestoletniego chłopca. Owa lekkomyślność, o nic nie dbająca, jest jego zbroją i zawsze gotowem wytłumaczeniem najryzykowniejszych szaleństw.
Jeszcze o nim mówią po każdym większym wybryku:
— To szaleniec, prawdziwy szkolarz, nie można mu mieć za złe, taki dobry chłopiec... ma tak poczciwe serce!...
A on sam śmieje się w duchu z takiej opinii świata.
Zapamiętały kalkulator, miły ten panicz, który w życiu swojem nie miał dobrego popędu, długo ćwiczył się w tem, aby nie ufać pierwszemu swemu natchnieniu.
Pod maską obojętności, zręczny ten człowiek ukrywa znakomitą przebiegłość. Pod względem szykan może stawić czoło adwokatom najprzebieglejszym. Wyprowadził on w pole i nawet oszukał nie jednego z lichwiarzy, z którym miał do czynienia.
Jeżeli był zrujnowany, to dlatego, iż uparł się prowadzić taki sam tryb życia jak jego znajomi, dziesięć razy od niego bogatsi. Znana to historja.
Żyjąc w towarzystwie świetnej młodzieży, Croisenois chciał także mieć swoją stajnię wyścigową. Pomiędzy wszystkiemi sposobami stopienia majątku — ten jest niezaprzeczenie najpewniejszy i najprędszy.
Lekkomyślny markiz wie o tem cośkolwiek. Nadużył on wszystkich sposobów i już miał dać nura, gdy Mascarot podał mu rękę.
Pochwycił ją rozpaczliwie, jak tonący chwyta za rozpaloną sztabę żelaza.
Ale jeżeli dręczyła go największa niespokojność, to tego bynajmniej nie było widać w jego zachowaniu się. I teraz, powitawszy obecnych, najswobodniejszym tonem rzekł do stręczyciela:
— Kazałem cokolwiek czekać na siebie, kochany mistrzu; doprawdy, że to mi bardzo przykro, ale tyle miałem zajęcia... Zresztą — oto jestem i jeżeli pan chcesz pomówić ze mną, to z chęcią zaczekam, aż pan skończysz z tymi panami...
To powiedziawszy pociągnął parę razy dym z cygara, które trzymał w ręku.
Frazes był w wysokim stopniu impertynencki, a jednak nie uraził wcale zacnego Mascarota. Nie odpowiedział on ani słowa, chociaż niecierpiał zapachu tytoniu.
Silni posiadają taką wspaniałomyślność. Można przecież przebaczyć coś podłemu człowiekowi, gdy czujemy, że od nas zależy zgnieść go w ręku..
A przytem Mascarot potrzebował Henryka Croisenois, który był jednym z niezbędnych pionów w jego partji.
— Zaczynaliśmy już rozpaczać, że pana nie ujrzymy, odpowiedział. Mówię my, ponieważ panowie ci przybyli tu dla pana, W naszym interesie...
Markiz nie zadawał sobie trudu, by ukryć swe niezadowolenie.
— Panowie ci, mówił dalej stręczyciel, są moimi wspólnikami. Ten pan, to doktor Hortebize; ten, to adwokat Catenac, nakoniec pan — i wskazał na Pawła jest naszym sekretarzem.
W przedstawieniu tem widoczna była pewna komiczna powaga.
Jeżeli panu Croisenois nie spodobało się, iż znalazł czterech konfidentów zamiast jednego, to Catenac był niesłychanie rozgniewany, widząc, że stowarzyszenie odkryte zostało nieznajomemu.
Tajemnica, to rzecz subtelna, lotna jak eter, który znika, choćby najhermetyczniej zamknąć naczynie.
Hortebize, pomimo ślepego swego zaufania, także niemniej był zdziwiony.
Co do Pawła, to ten nie wierzył ani swoim uszom, ani oczom.
Jeden tylko stręczyciel zachowywał niezamąconą zimną krew człowieka, mającego wytknięty cel i zmierzającego prosto ku niemu, jak kula, której nie zatrzymują ani nie zmylają z drogi krzaki i gałęzie.
— Panie markizie, tak zaczął gdy Croisenois usadowił się, nie pozostawię pana ani jednej chwili w wątpliwości. Wszelkie dyplomatyzowanie byłoby zbytecznem między takimi ludźmi jak my.
Owa liczba mnoga my wydała się tak szczególną panu Croisenois, iż odpowiedział tonem dobitnie drwiącym.
— Podchlebiasz mi pan, kochany panie.
Gdyby lekkomyślny markiz był uważniejszym, to dostrzegłby lekkie poruszenie okularów Mascarota, poruszenie, które wyraźnie znaczyło:
— Litość wzbudzasz we mnie!...
Hortebize utrzymuje, że okulary zacnego stręczyciela są „mówiące“ i ma słuszność.
Napróżno znakomici matacze, w obawie, by wzrok ich nie zdradził, ukrywają oczy za ciemnemi szkłami. Okulary, z czasem, stają się jakby częścią tego kto je nosi; żyją one, że tak powiemy, i w końcu same wyjawiają to co wyjawiłoby oko, ukrywające się za niemi.
— Wyznam panu bez ogródki, panie markizie, zaczął znowu stręczyciel, że jeżeli my, to jest ja i moi wspólnicy, zechcemy, to małżeństwo pana przyjdzie do skutku. Możemy panu zapewnić czynną pomoc hrabiego i hrabiny Mussidan. Pozostanie tylko pozyskać przychylność młodej panny.
Croisenois zrobił ruch wielkiej pewności siebie.
— O! zawołał, pozyskam ją, podejmuję się tego. Każda epoka na właściwe sobie środki uwodzenia; ja studjowalem środki epoki naszej. Przyrzeknę najpiękniejsze konie, lożę w teatrze włoskiej opery, nieograniczony kredyt u Van-Klopena, najzupełniejszą swobodę... Jakaż młoda osoba zdoła ostać się przeciw temu? O! zjednam sobie przychylność... ale pod jednym warunkiem, a mianowicie, że będę protegowany przez kogoś, co ma pewien wpływ w rodzinie...
— Jak pan sądzisz, czy wicehrabina Bois-d’Ardon byłaby przydatną w tym względzie?
— Ba!.... spodziewam się!.... krewna hrabiego!...
— A więc dobrze!... jeżeli zechcemy, to pani Bois-d’Ardon będzie pana popierać i śpiewać jego pochwały.
Markiz tryumfująco wyprostował się.
— W takim razie, powiedział, sprawę można uważać za załatwioną.
Paweł zapytywał sam siebie, czy mu się nie marzy we śnie. Jakto?... niedawno przyrzeczono bogatą żonę jemu, a oto znowu żenią innego.
— Ludzie ci, powiedział sam do siebie, oprócz umieszczania służących obojej płci, jak mi się zdaje, zajmują się także „sprawami matrymonialnemi“.
Markiz tymczasem badał wzrokiem Mascarota, wahając się, czy mu odkryć całą swoją myśl.
— O!... mów pan; rzekł zacny stręczyciel, jesteśmy tu między swoimi.
— A więc pozostaje, zaczął p. Croisenoise ustanowić... jakby to powiedzieć?... wysokość komisowego...
— Właśnie zmierzałem do tej kwestji.
— Bardzo dobrze, kochany mistrzu. Nie cofam mego słowa. Powiedziałem już, że dam czwartą część posagu. Na drugi dzień po ślubie podpiszę panu weksel na tę sumę.
Teraz wydało się Pawłowi, że wszystko należycie zrozumiał.
— Słowo stanowcze wyrzekło się, pomyślał. Więc i ja, gdy się ożenię z Flawią, będę musiał podzielić się posagiem z tymi szanownymi panami. Teraz pojmuję zajęcie, jakie w nich wzbudzam i ich uprzejmość.
Ale propozycja markiza bynajmniej nie zdawała się zadowalniać zacnego stręczyciela.
— Dalecy jeszcze jesteśmy od porozumienia się, odrzekł.
— A więc... zgadzam się, oprócz tego, spłacić gotówką, to, com panu dłużny.
Mascarot potrząsł głową ku wielkiemu zmartwieniu pana Croisenois, który zaczął znowu:
— Chcecie panowie trzeciej części? Niech i tak będzie.
Stręczyciel był jak z lodu.
— Nie o trzecią część tu idzie, odpowiedział, ani nawet nie o połowę. Cały posag nie wystarczyłby nam. Więc go pan sobie zatrzymasz, razem z tem com panu pożyczył.... jeżeli ułożymy się.
— Więc czegoż panowie żądacie?... powiedz pan, powiedz!...
Mascarot starannie poprawił okulary.
— Powiem, odrzekł, ale przede wszystkiem muszę opowiedzieć historję stowarzyszenia, którego jestem naczelnikiem.
Do tej pory Catenac i Hortebize słuchali nieruchomi, milczący i poważni, jak rzymscy senatorowie na swych kurulskich krzesłach.
Sądzili, że są obecni przy jednej z tych komedyj, do jakich przyzwyczaił ich Mascarot, komedyj, których przejścia bywały różne, ale rozwiązanie zawsze jednakie.
Przysłuchując się tej rozprawie markiza z Mascarotem, doznawali złośliwego zadowolenia ludzi przypatrujących się, jak kot igra z biedną myszką nim ją pożrę.
Ale, gdy stręczyciel zapowiedział, iż wyda niebezpieczną ich tajemnicę, oba zerwali się jednocześnie, gniewni, przerażeni.
— Czyś oszalał?.. zawołali razem.
Mascarot ruszył ramionami.
— Jeszcze nie, odrzekł spokojnym tonem, i proszę was byście mi pozwolili mówić dalej.
— Sacrebleu!... zawołał pomimo to Catenac. Przecież i my mamy głos w kapitule!
— Dość tego!.. krzyknął gwałtownie stręczyciel, wszak ja tu jestem panem!
I tonem gorzkiej ironii ciągnął dalej:
— Czyż nie można wszystkiego wyznać panu?
Doktor i adwokat siedli. Corisanois sądził, że będzie bardzo zręcznem i zupełnie zgodnem z jego widokami, gdy ich uspokoi.
— Między uczciwymi ludźmi... tak zaczął.
— My nie jesteśmy uczciwi ludzie, przerwał mu Mascarot.
A potem, odpowiadając na niezmierne zdumienie markiza, dodał tonem ostrym i patrząc mu natarczywie w oczy:
— Zresztą i pan nie należysz do ich liczby.
Wszystka krew zbiegła do głowy markiza, gdy usłyszał tę brutalską deklarację. Bo czyż kodeks dobrego towarzystwa nie zabrania wyraźnie mówić ludziom w oczy, co się o nich myśli?
Miał wielką ochotę rozgniewać się; ale znaczyłoby to zerwać, to jest pozwolić wyśliznąć się zbawczej desce. Uchylił więc głowę przed tą zniewagą i postanowił w żart ją obrócić.
— Do licha!.. zawołał, paradoks za gruby.
Ale zacny stręczyciel nie raczył zwrócić uwagi na tę podłość, która wywołała uśmiech na usta dobrego doktora Hortebize.
— Będę panu bardzo wdzięczny, panie markizie, zaczął znowu Mascarot, jeżeli zechcesz słuchać mię z uwagą.
A zwracając się ku Pawłowi dodał:
— I pan także, kochane dziecię.
Nastąpiła chwila uroczystego prawie milczenia, podczas której słychać było szmer klientów, tłoczących się w pierwszym pokoju dokoła Beaumara.
Jeżeli Hortebize i Catenac zdawali się zmięszani, to Croisenois był tak zdumiony, że zgasło mu cygaro, a Paweł drżał już z góry.
Sam Mascarot wyglądał wcale nie tak jak zwykle. Nie pozostało w nim prawie ani śladu z potulnego stręczyciela; poczucie potęgi zwiększyło jego rozmiary, okulary jego miotały iskry.
— Jak nas pan widzisz, panie markizie, tak zaczął, moi szanowni wspólnicy i ja, nie zawsze byliśmy tem czem dziś jesteśmy.
Przed dwudziestu pięciu laty byliśmy młodzi, byliśmy uczciwi, wtedy uśmiechały się nam jeszcze wszystkie ułudy młodości, mieliśmy wiarę, która podtrzymuje w chwilach prób, mieliśmy tę odwagę, która zapala żołnierza idącego do szturmu.
Mieszkaliśmy wszyscy trzej razem w nędznym hotelu przy ulicy La Harpe i kochaliśmy się jak trzej bracia!...
— Dawne to czasy, mruknął Hortebize, dawne!...
— Tak jest, dawne, ciągnął dalej stręczyciel; a jednak dla mnie czasu tego mgła nie osłania; widzę jeszcze nas takimi jak byliśmy i serce mi się ściska, gdy porównam owoczesne nadzieje z dzisiejszą rzeczywistością...
Zdaje mi się, moi przyjaciele, że wszystko to było nie dalej jak wczoraj.
Wtedy byliśmy ubodzy, panie markizie, strasznie ubodzy, a jednak świat nas kołysał najzłudniejszemi rojeniami. Dyrektorowie wszystkich cieplarni przeznaczonych do wysiadywania talentów, w zarodku jeszcze będących, szeptali do ucha każdemu z nas ponętne słowa Powiedzie ci się. Tu Marcellus eris...
Croisenois starał się ukryć uśmiech. Historja nie bardzo mu się wydała ciekawą.
— Oho! powiedział, pan umiesz po łacinie.
— Przynajmniej umiałem. Otóż muszę panu powiedzieć, że każdy z nas zdawał się być przeznaczonym do świetnej karjery. Catenac, niedawny adwokat, otrzymał nagrodę za rozprawę: „O przekazywaniu własności;“ Hortebize uwieńczony został za „Analizę materyj podejrzanych,“ którą to pracę znakomity Orfila umieścił prawie całkiem w swoim „Traktacie o truciznach.“ Ja sam zwycięzko obroniłem rozprawę na stopień doktora nauk i literatury...
Paweł ogromnie wytrzeszczył oczy. Nigdy nie przychodziło ma do głowy zapytać co się dzieje z dziewięcią z dziesięciu uwieńczonych na konkursie.
— Na nieszczęście, mówił dalej stręczyciel, Hortebize był poróżniony ze swoją rodziną; rodzina Catenac’a sama walczyła z nędzą, a ja nie mam rodziny... Umieraliśmy z głodu.
— Ja jeden tylko z nas trzech zarabiałem nieco, przygotowując uczniów do szkoły Saint-Cyr i politechnicznej.
Za trzydzieści pięć sous dziennie — to jest za połowę tego co zarabia prosty wyrobnik-pakowałem algebrę i jeometrję w głowy chłopców, którzy wyśmiewali moje połatane ubranie.
Trzydzieści pięć sous!... i za to mieliśmy wyżyć we trzech!... a miałem oprócz tego kochankę, którą kochałem do szaleństwa i która umierała na piersiową chorobę!..
Któżby mógł spodziewać się czegoś podobnego po tym sfinksie z kolorowemi okularami, który nazywał się Mascarotem?...
— Skracam, mówił dalej. Nadszedł dzień, w którym we trzech nie mogliśmy znaleźć ani jednego sous. A Hortebize powiedział mi, że z braku pokarmu pożywnego, mięsa, wina, kochanka moja umrze.
— Zaczekajcie, moi przyjaciele, zawołałem, potrafię znaleźć pieniądze!...
Nie wiedząc jeszcze jak sobie pocznę, wybiegłem. Byłem szalony, wściekły. Zapytywałem siebie, czy mam wyciągnąć rękę dla kilku sous, czy też zadusić jakiego przechodzącego, by mu odebrać worek. Zszedłem aż do Sekwany i kroczyłem wzdłuż wybrzeży, wykrzykując bez związku. Wtem błyskawica mignęła w ciemnościach mojej rozpaczy.
Przypomniałem sobie, że to była środa, dzień rekreacji w szkole politechnicznej, więc gdybym udał się do Palais-Royal, do kawiarni Lemblin, niezawodnie znalazłbym tam którego z moich dawnych uczniów, a ten możeby pożyczył mi pięć franków.
Pięć franków, to niewiele, prawda panie markizie?... Otóż w dniu tym pięć franków przedstawiało dla mnie życie moich przyjaciół i ratunek mojej kochanki. Czyś pan był kiedy głodny, panie markizie?
Croisenois zadrżał. Nie, nigdy on nie doznał głodu. Ale czy wiedział co mu gotuje przyszłość, jemu, którego środki były do takiego stopnia wyczerpane, że mógł nie dalej jak jutro spaść ze szczytu swej pozornej świetności na bruk, w błoto!...
W kawiarni Lemblin, mówił dalej Mascarot, nie znalazłem ani jednego ucznia ze szkoły politechnicznej. Garson, ku któremu zwróciłem się naprzód, zmierzył mię pogardliwie wzrokiem; ubior mój rozpadał się w łachmany. Ale gdy się dowiedział, żem był korepetytorem, raczył mi odpowiedzieć, że panowie ci byli już, i że zapewne znowu powrócą. Powiedziałem, że zaczekam. Garson zapytał, czem mi może służyć; odpowiedziałem: niczem — i usiadłem w kącie.
Od czasu wyjścia z domu czułem w mózgu, jakby rozżarzone węgle: ale w tej chwili doznałem stosunkowej ulgi. Miałem nadzieję. Pomiędzy nazwiskami, które mi wymienił garson, znajdowało się dwóch młodych ludzi, bardzo mi niegdyś przychylnych.
Czekałem już około kwadransu, gdy wtem wszedł do kawiarni pewien człowiek, którego twarzy nie zapomnę, choćbym żył lat sto.
Był blady jak chusta, rysy miał zmienione, oko błędne i usta na pół otwarte jak konający.
Cierpienie, tak samo jak moje, straszliwe, dręczyło tego człowieka; zrozumiałem to.
Ale on był bogaty; to było widać.
Gdy się rzucił na kanapę, garsoni nadbiegli z zapytaniem co każe sobie podać. Głosem chrapliwym, tak niezrozumiałym, iż musiał powtórzyć, rzekł:
— Butelkę wódki i co potrzeba do pisania!
Historja, którą opowiadał Mascarot, była prawdziwą. Tylko prawda może wywołać owo głębokie wzruszenie, owe dźwięki, od których, że tak powiemy, drżą wnętrzności.
Stręczyciel umilki, a nikt ze słuchaczy nie śmiał odezwać się.
Sam słodki i uśmiechnięty zwykle Hortebize miał wyraz ponury.
— Widok tego człowieka, mówił dalej stręczyciel, przyniósł mi ulgę. Już tak jesteśmy stworzeni, że cudze nieszczęście jest dla nas pewną osłodą we własnej naszej biedzie.
Widocznem było dla mnie, że nieznajomy ten cierpiał okropnie; mówiłem sobie z jakiemś chorobliwem zadowoleniem:
„A więc to nietylko nędzarze przeklinają życie; bogacze także mają swoje tortury.“
Garsoni przynieśli wódkę, papier, pióro...
Nieznajomy zaczął od nalania sobie sporej szklanki, którą wypił jak wodę. Skutek był nagły i okropny. Zrobił się karmazynowy, jak gdyby dostał uderzenia krwi i przez minutę prawie pozostawał bez czucia.
Przypatrywałem mu się z niezmierną ciekawością. Wewnętrzny głos mówił mi, że odtąd istnieje między nami jakiś tajemniczy związek, że oddziała on w pewnym względzie na moje istnienie i że wpływ jego będzie fatalny.
Głos ten był tak przerażający, iż przez chwilę miałem zamiar wyjść. Alem pozostał; ciekawość mię zatrzymała.
Tymczasem nieznajomy przychodził do siebie. Pochwycił pióro i szybko nakreślił kilka wierszy na papierze, leżącym przed nim.
Nie zadowolniły go one; gdyż nagle przerwał, wyjął z kieszeni zapałki i spalił tę pierwszą próbę.
Brakowało mu odwagi. Nalał i wypił drugą szklankę wódki.
Nowy list niezadowolnił go, tak jak i pierwszy, bo zmiął go gniewnie i wsunął do kieszeni w kamizelce.
Zaczął po raz trzeci, widocznie zamierzając napisać bruljon; gdyż widziałem, jak pisząc, zastanawiał się i przekreślał.
Dla mnie widocznem było, iż nie miał już należytego przeświadczenia o tem, gdzie się znajdował, ani o sobie samym. Machał rękami, wykrzykiwał głucho, jakby był u siebie, sam w swoim gabinecie.
Po raz ostatni przeczytawszy swój brulion, zdawał się być zadowolonym. Przepisał go, co trwało nie dłużej nad minutę, a potem bruljon ten podarł na drobne kawałki i rzucił pod stół.
Sam list złożył starannie i zawołał garsona.
— Masz tu dwadzieścia franków, powiedział; zanieś sam ten list podług adresu. Odpowiedź bo będzie odpowiedź — przyniesiesz do mnie, do domu. Oto mój adres — spiesz się.
Garson wybiegł i prawie tuż za nim wyszedł nieznajomy rozpłaciwszy się.
Jaki to dramat odegrał się przedemną? Przypuszczałem jakąś ciemną intrygę z życia prywatnego. Człowiek ten mógł być mężem oszukanym graczem zrujnowanym, ojcem, którego imię syn zhańbił.
Starałem się myśleć o czem innem; nie mogłem.
Drobne kawałki papieru, nieroztropnie pod stół rzucone, ciągnęły mię ku sobie. Pałałem chęcią pozbierania ich, złożenia, dowiedzenia się...
Ale, jak już mówiłem, byłem uczciwy, a czyn taki oburzał wszystkie moje instynkta.
Sądzę, że pokonałbym moją pokusę, gdyby nie jedna z tych drobnych okoliczności, które nieraz decydują o całem istnieniu.
Otwarto drzwi i spowodowany tem wiatr zagnał aż pod moje nogi kawałki bruljonu.
W głowie mi się zamąciło. Byłem zwyciężony. Podniosłem kawałek jeden i wyczytałem na nim te wyrazy:

„... wypalić sobie w łeb...“

Więc nie myliłem się. Miałem przed sobą straszliwą zagadkę i odemnie tylko zależało wynaleźć jej słowo.
Po raz pierwszy uległszy szkaradnej pokusie, byłem już jak człowiek, którego rękę pochwyciło koło, byłem zgubiony. Już nie opierałem się.
Garsoni przychodzili i odchodzili, nikt nie zwracał na mnie uwagi; powoli podsunąłem się ku miejscu, gdzie niedawno siedział nieznajomy i znowu podniosłem dwa kawałki. Na pierwszym z nich wyczytałem:

„... hańby i nieszczęścia...“

a na drugim:

„... dziś wieczorem stotysięcy franków...“

Zdecydowałem się. Chciałem podchwycić tajemnicę i już ją trzymałem. Trzy te urywki frazesów były dla mnie jasne jak dzień.
Zebrałem wszystkie kawałki, ułożyłem je i przeczytałem następujący list straszliwie lakoniczny:
„Karolu! Potrzebuję jeszcze dziś wieczorem mieć stotysięcy franków i od ciebie jednego tylko mogę ich zażądać nie rozgłaszając mojej hańby i nieszczęścia.
„Czy możesz zebrać tę sumę za dwie godziny?
„Stosownie do twojej odpowiedzi będę ocalony, albo zmuszony wypalić sobie w łeb.“
Może zdziwi pana moja pamięć, panie markizie. Trzeba jednak byś pan wiedział, iż są rzeczy, które się nie zapominają.
Teraz jeszcze widzę przed sobą ten bruljon i jestem w stanie wyliczyć wszystkie jego przekreślenia.
Ale dalej!
Pod temi kilku wierszami znajdował się podpis wielkiego przemysłowca, bardzo znanego, prawie sławnego, który jednak, pomimo iż był najzacniejszym człowiekiem, przechdził przez jedno z tych przesileń, w których handlujący może zarazem utopić swój majątek, honor i życie.
Mascarot przerwał sobie na chwilę, jakby upadając pod ciężarem tych wspomnień; ale nikomu ze słuchaczów na myśl nawet nie przyszło robić najmniejszą uwagę.
Świetny Croisenois rzucił cygaro.

— Wyznam panu, zaczął znowu stręczyciel, e odkrycie to wprawiło mnie w osłupienie. Zapomniałem o swoim niepokoju i myślałem tylko o nieznajomym. Bo czyż nie doznawaliśmy jednakiej trwogi, on z braku stutysięcy franków, ja z braku stu sous?...
Ale już wśród ciemni mego nieszczęścia poczęla błyskać myśl piekielna.
Czy nie można też wyciągnąć jakiej korzyści z tego ukradzionego sekretu?
Było to natchnienie. Wstałem, zażądałem opłatków do pieczętowania i spisu adresów paryskich.
Powróciwszy na moje miejsce, szybko nakleiłem kawałki na innym papierze, zanotowałem sobie adres przemysłowca i wyszedłem.
Nieszczęśliwy ten człowiek mieszkał przy ulicy Chaussée-d’Antin.
Przeszło pół godziny przechadzałem się przed jego wspaniałym domem.
Czy żył jeszcze? Ten przyjaciel, ten Karol, czy mu odpowiedział?
Nakoniec zdecydowałem się wejść.
Lokaj w liberji powiedział mi zuchwale, że pan jego nie przyjmie mnie, że zresztą jest teraz przy obiedzie ze swoją rodziną.
Zuchwalstwo oburzyło mnie.
— A więc dobrze!... zawołałem; jeżeli chcesz zapobiedz wielkiemu nieszczęściu, to powiedz swemu panu, że jeden biedak odnosi mu brulion listu, który napisał w kawiarni Lemblin.
Oburzenie nadało mi ton tak imponujący, że lokaj nie wahał się.
Wrażenie sprawione tą zapowiedzią musiało być straszliwe, gdyż natychmiast prawie lokaj wpadł do przedpokoju i powiedział:
— Chodź pan!... proszę!... pan czeka na niego.
I wprowadził mię, lub raczej wepchnął do obszernego gabinetu, pysznie umeblowanego.
Na środku stał przemysłowiec, blady, groźny.
Ja byłem w stanie godnym litości. Dławiłem się.
— Czyś pan zebrał kawałki brulionu, który podarłem, zapytał mię ten uczciwy człowiek.
Głową dałem znak, że tak było i jednocześnie pokazałem pozlepiane kawałki.
— Ile pan chcesz za ten list? zapytał. Dam panu tysiąc franków.
Przysięgam, iż przyszedłem nie po to, by sprzedać tę tajemnicę. Przyszedłem, by powiedzieć temu człowiekowi: kto inny mógłby znaleźć ten list i zrobić z niego użytek; ja odnoszę go panu; wyświadczam mu tem usługę; wiec i pan ze swojej strony wyświadcz mi ją, pożyczając pięćdziesiąt, sto franków...
Tak jest, to chciałem powiedzieć; ale widząc jak mię traktuje, rozjątrzyłem się do wściekłości i odrzekłem:
— Chcę dwa tysiące franków!...
Otworzył szufladę; z ogromnego pęku wyrwał dwa bankowe bilety, zmiął je i rzucił mi w twarz, mówiąc:
— Masz nędzniku! zapłać sobie.
Mascarot wyrażał się z niesłychaną gwałtownością.
Ktoby mógł przy puszczać, że ten człowiek, zwykle zasklepiony w lodowatej apatji, był w stanie tak roznamiętnić się!
Głos jego zwykle łagodny i miodowy, teraz, miał ostry dźwięk miedzianego instrumentu.
Nie historję to on opowiadał.
Czy przytaczał łagodzące okoliczności straconej swojej sprawy? Czy próbował usprawiedliwić się w oczach swoich wspólników, przed trybunałem własnego sumienia?
Paweł i Croisenois drżeli, jak gdyby kto wsunął im w rękę sztylet dla popełnienia morderstwa.
— Com uczuł, mówił dalej stręczyciel, pod wrażeniem tej zniewagi, szkaradnej a niezasłużonej — tego nie potrafię wypowiedzieć. Zdawało mi się, jak gdyby kto szarpał mi wnętrzności. Straciłem możność rozrządzania sobą. Sumiennie zapewniam wobec Boga, iż nie czułbym się odpowiedzialnym za zbrodnię, gdybym ją popełnił w tej chwili.
A tylko com jej nie popełnił.
Nigdy człowiek, o którym mówię, nie był tak bliskim śmierci, jak w owej chwili. Na biurku jego leżał wielki nóż kataloński, jakich używają do rozcinania kartek; schwyciłem go, miałem uderzyć...
Myśl o kochance, która umierała z braku pożywienia, wstrzymała moją rękę...
Gwałtownie rzuciłem nóż na ziemię i wybiegłem jak szalony; w głowie paliło mi się.
Wszedłem do tego przeklętego domu z czołem podniesionem, dumny moją nędzą — uczciwą wychodziłem zhańbiony.
Z wyjątkiem Pawła, wszyscy obecni znali odwrotną stronę życia. Umysł ich już splugawił się wielkim błotem cywilizacji, trwoga przytępiła już ich wrażliwość. A jednak nie mogli nie zadrzeć.
— Ale idźmy dalej, zaczął znowu stręczyciel. Gdym stanął na ulicy, owe dwa bankowe bilety, które podjąłem z ziemi i konwulsyjnie ściskałem, sprawiały mi ból niewysłowiony. Zdawało mię się, że od nich ręka mi się kurczy i pęka, jak od dotknięcia rozpalonego żelaza. Wszedłem, lub raczej wpadłem do wekslarza, który pewno wziął mię za warjata, lub mordercę. Jak się stało, że nie kazał mię aresztować? Nie wiem. W zamian za moje dwa bilety dał mi on, nie złoto — w owym czasie złoto było rzadkością i sprzedawało się — ale dwa ciężkie wory, zawierające po tysiąc franków w sztukach srebrnych. Z tym ciężarem powróciłem do naszego nędznego lokalu przy ulicy La Harpe. Hortebize i Catenac czekali na mnie z największą niecierpliwością. Przypominacie to sobie, przyjaciele? Tak dobrze wiedzieliście, że już wyczerpaliśmy wszystkie środki, widzieliście, jak wychodziłem zrozpaczony, ja, którego energia was dotąd podtrzymywała, widzieliście, iż pewny byłem śmierci kobiety czule kochanej ― i zapytywaliście sami siebie, czy będę miał odwagę oprzeć się chęci samobójstwa, aby raz skończyć... Bo do tego doszliśmy, markizie. Ujrzawszy mię wchodzącego, przyjaciele moi chcieli rzucić mi się na szyję, ale odepchnąłem ich po brutalsku. „Nazad!.. krzyknąłem, nazad! nie jestem już was godzien, ale przynajmniej na niczem nam braknąć nie będzie!..“ To powiedziawszy, rzuciłem worki na ziemię. Jeden z nich pękł i srebrne monety potoczyły się po podłodze. Na ten odgłos, kochanka moja, leżąca na nędznym tapczanie, podniosła się jak widmo. „Pieniądze! zawołała, tyle pieniędzy. Więc będziemy mieli co jeść!.. Jestem uratowana!..“
Przyjaciele moi, markizie, nie byli tem, czem są dziś. Odsunęli się odemnie ze wstrętem, którego nie zdołali ukryć; przypuszczali zbrodnię. „Nie, powiedziałem im, nie masz tu zbrodni, ponieważ prawo nie zdoła mię dosięgnąć. Chociaż te pieniądze są ceną naszego honoru, to jednak nikt tego nie domyśli się.“
Owej nocy, markizie, nie spaliśmy.
Ale, gdy dzień zastał nas za stołem, zastawionym butelkami, my, zwyciężeni przez życie, wypowiedzieliśmy wojnę społeczności, poprzysięgliśmy, że wszelkiemi sposobami dojdziemy do fortuny; plan naszego straszliwego stowarzyszenia był już ułożony.......

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

III.

Pozostawiając Pawła i markiza Croisenois pod silnem wrażeniem, Mascarot wstał i począł chodzić po swym gabinecie.
Jeżeli zamierzał sprawić wielki efekt, to mógł sobie powinszować; rezultaty przeszły jego oczekiwanie.
Paweł chwiał się na krześle, jak gdyby go kto potężnie uderzył maczugą w głowę.
Croisenois walczyl jeszcze; ale napróżno usiłował zdobyć się na żart jaki, który by świadczył o jego silnym duchu; ani pamięć, ani wyobraźnia nie nasuwały mu nic odpowiedniego.
Pojmował on bardzo dobrze, iż między tem opowiadaniem, a jego sprawa, istniał związek wewnętrzny; ale jaki? Tego nie mógł dopatrzeć.
Co do doktora Hortebize i Catenac’a, którzy sądzili, iż dostatecznie znają Mascarota — to ci spoglądali na siebie ze zdziwieniem i niespokojem.
Zapytywali sami siebie:
— Czy jest on dobrej wiary, czy też gra komedję, której celu domyśleć się nie można?
Z Mascarotem wiedzieć dokładnie czego należy trzymać się, jest trudno, prawie niepodobna.
Sam on jednak zdawał się dbać nadzwyczaj mało o wrażenia swoich słuchaczów. Powrócił na swoje miejsce przy biórku.
Twarz jego, rozpłomieniona przed chwilą całym ogniem gniewa i nienawiści, powróciła do zwykłego swego wyrazu.
— Spodziewam się, panie markizie, powiedział, iż wybaczysz pan tę przedmowę, długą ale niezbędną. Przedmowa ta jest, że tak powiem, stroną romansową. Posłuchaj pan teraz strony realnej... i praktycznej.
Wiedząc ile postawa nadaje wagi słowom, Mascaret wstał znowu i wsparł się o kominek.
Okulary zasłaniały mu oczy, ale z całej jego postawy wywiązywał się jakby płyn magnetyczny, subtelny wynik energicznej jego woli, nakazujący uwagę.
— Tej nocy, o której mówiłem panu, panie markizie, tak zaczął, ja i moi przyjaciele zerwaliśmy stanowczo więzy moralności i honoru, zwaliliśmy wszelką tyranie obowiązku. A plan, który cały i kompletny wyszedł z mego mózgu, mogę panu rozwinąć posługując się wyrażeniem, którego użyłem przed dwudziestu laty, przedstawiając go moim przyjaciołom.
Musisz pan wiedzieć, panie markizie, że gdy lato postępuje, nie masz ani jednej wiśni w którejby nie znajdował się robak. Najpiękniejsze, najczerwieńsze, pozornie najzdrowsze, gdy się je otworzy, okazują się najmocniej popsutemi.
Tak samo w społeczności, wyrafinowanej jak nasza, niemasz rodziny, któraby w łonie swem nie ukrywała jakiej tajnej rany, jakiej tajemnicy bolesnej, albo śmiesznej.
Teraz wystaw pan sobie człowieka, znającego tajemnicę innych.
Czy taki człowiek nie byłby panem świata? czy nie byłby potężniejszym od najpotężniejszego monarchy? Czy nie rozrządzałby według swego kaprysu i bez wszelkiej kontroli wszystkiem i wszystkimi?
Otóż... ja sobie powiedziałem, że będę takim człowiekiem...
Markiz Croisenois podejrzywał ten rodzaj operacyj, od czasu jak wszedł w stosunki ze stręczycielem.
— Ależ to co pan wygłaszasz, to teorja wyzyskiwania! zawołał.
Mascarot ironicznie skinął głową.
— Tak jest, odpowiedział. Tak jest, markizie, jestto to, co zwykle nazywają wyzyskiwaniem. Słowo stosunkowo nowe, ale sama rzecz stara jak świat. W dniu, w którym człowiek, podpatrzywszy czyn haniebny innego człowieka, zagroził mu, że go rozgłosi, jeżeli nie uczyni zadość pewnym jego wymaganiom, w dniu tym już było wynalezione wyzyskiwanie.
Jeżeli wszystko co stare godne jest poszanowania, to i wyzyskiwanie z pewnością zasługuje na nie.
Jak żył, zapytuję pana, „boski Aretin“ ten poeta bezwstydny, który dumnie nazywał sam siebie „klęską panujących?“ Wyzyskiwał monarchów. I jakich monarchów? Franciszka I. i Karola V. Ale wszystko demokratyzuje się, markizie, i my poprzestajemy teraz na wyzyskiwaniu ludzi pospolitych, rozumiem tu takich, którzy mają pieniądze...
Oświadczenie to było tak straszliwie cynicznem, że lekki rumieniec wystąpił na twarz markiza.
— O, panie! zawołał, panie!...
— Ba... odrzekł na to zacny stręczyciel, byłżebyś pan tak wstydliwy, by go przestraszało właściwe wyrażenie? Któż w życiu choć cokolwiek nie posługiwał się wyzyskiwaniem? A nawet pan sam... czy przypominasz pan sobie, że pewnej nocy tej zimy, w klubie, podpatrzyłeś pan jak szachrował w karty pewien młody cudzoziemiec bardzo bogaty? Coś mu pan wtedy powiedział? Nic. Tylko na drugi dzień pożyczyłeś pan u niego dziesięć tysięcy franków. Kiedy mu je pan oddasz?
Croisenois tylko co nie upadł na ziemię.
— Dziwnie!... mruknął, przerażająco!...
Ale już Mascarot mówił dalej:
— Znam w Paryżu dwa tysiące osób żyjących wcale dobrze, a nie mających żadnego innego sposobu do życia, oprócz wyzyskiwania. Studjowałem ich wszystkich, tak jest, wszystkich, od nędznego galernika, który wyłudza pieniądze u swego towarzysza więzienia, aż do łotra jeżdżącego w dog cart, ponieważ traf zrobił go powiernikiem słabości biednej kobiety i zmuszającego ją do oddania mu swej córki za żonę.
Jeżeli kiedykolwiek na bulwarze książę D* spotka się z panem J*, tym giełdzistą tak brudnym, iż ja nie chciałbym go powitać, to zobaczysz pan, że książę, jeden z najdumniejszych magnatów jakich znała, najczulej ściska rękę tego nikczemnika. Dlaczego? Nie mogłem tego odkryć, ale czuję w tem sekret, wartujący stotysięcy franków...
W okolicach ulicy Douai znałem pewnego komisjonera, który w pięć lat zebrał wcale piękny majątek. Zgadnij pan, jakim sposobem? Gdy mu wręczano list, zaczynał od tego że go rozpieczętowywał i czytał. Jeżeli w nim znajdował się choć jeden wiersz kompromitujący, to go nie oddawał według adresu, ale odnosił temu, kto go napisał — i sprzedawał.
Nie masz żadnego ważniejszego interesu przemysłowego, któryby nie miał swoich pasożytów, ludzi zręcznych, którzy wykryli jakąkolwiek sprężynę podejrzaną i każą sobie płacić za milczenie.
Znam jedną wielką i uczciwą spółkę, która dla tego, że raz naruszyła swe statuta. skazana jest na płacenie dwudziestu pięciu tysięcy franków pensji pewnemu łotrowi, zagranicznemi orderami udekorowanemu, który potrafił podchwycić jej tajemnicę.
To prawda, że wszystko to układa się w tajemnicy, w największej tajemnicy. Pod względem „wyzyskiwania“, sądy francuskie nie żartują, a policja jest czujna...
Widocznie Mascarot postawił sobie za zadanie przeprowadzić swoich słuchaczów przez całą gamę wzruszeń.
Usłyszawszy te wyrazy, sady, policja rzucone po tylu niezwykłych wyjawieniach, dreszcz po nich przebiegł.
On patrzał śmiało i wyzywająco.
— Na tym gruncie, mówił dalej, Anglicy są naszymi mistrzami.
W Londynie tajemnica kompromitująca negocjuje się jak weksel. W City znajduje się znany jubiler, który za prostem okazaniem listu niebezpiecznego, z podpisem jakiego „szanownego“ nazwiska, wylicza pieniądze. Sklep jego jest jakby bank eskoatujący infamię.
„Wyzyskiwicze“ londyńscy wyłudzili u szlachetnego lorda Palmerstona pięćdziesiąt tysięcy funtów szterlingów. Stary Pam miał bowiem tę słabość, iż lubił więcej aniżeli wypada żony bliźnich swoich, a okrutnie bał się skandalu.
W Ameryce jeszcze lepiej się dzieje. Tam, wyzyskiwanie podniesione jest do wysokości instytucji, utrzymuje kantor i opłaca patent. Obywawatel Nowego-Yorku, obmyślając jaką wątpliwą moralności kombinację, więcej zajmuje się handlarzami sekretów aniżeli policją...
Oddawna już Hortebize, a zwłaszcza Catenac jawnie okazywali wielkie zniecierpliwienie.
Ale ani ich spojrzenia, ani znaki doktora, wskazującego na Pawła, który był blizki omdlenia, nie zdołały powstrzymać nieustraszonego stręczyciela.
— Początki nasze trudno były, panie markizie, mówił dalej: wtedy zasiewaliśmy, pan przybywasz w chwili, gdy ma nastąpić żniwo. Na szczęście studja Catenac’a i kochanego mego Hortebize, były jakby umyślnie wybrane w przewidywaniu naszych operacyj. Jeden był adwokatem, drugi lekarzem. Jeden leczył rany ciała, drugi kieszeni. Pojmujesz pan, ile to wykonywanie ich profesyj, mogło im wykryć tajemnic. Co do mnie, głowy stowarzyszenia, ja także nie chciałem pozostawać z założonemi rękami. Ale co robić? Przez długi czas wahałem się między najrozmaitszemi projektami, a tu trzeba było spieszyć, gdyż fundusze nasze malały. Nakoniec po długim namyśle, wynająłem ten lokal, w który znajdujemy się i założyłem ajencję stręczeń. Stręczyciel nie zwraca niczyjej uwagi... Zresztą obrachowanie, które zdecydowało mój wybór, było trafne. Skutki o tem przekonały, stowarzyszeni moi potwierdzą to panu.
Catenac i Hortebize twierdząco skinęli głowami.
— W naszych czasach, mówił dalej stręczyciel, i przy naszych obyczajach, przyznać trzeba, że domownicy i w ogóle służba, jest jakby ogromną siecią, o bardzo gęstych okach, pod którą szamocą się klasy zamożniejsze.
Długo by mówić dlaczego tak się dzieje.
To tylko jest pewnem i niewątpliwem, że bogaty człowiek w swoim pałacu, wśród swej służby jest ściślej dozorowany, aniżeli człowiek oskarżony, otoczony w więzieniu niewidzialnymi szpiegami.
Nic z tego co robi człowiek bogaty nie zdoła ujść przed ciekawością ciągle podbudzaną interesem. Mówi, czy milczy, gniewa się czy jest zadowolony, smutny, czy wesoły — zawsze jest pod dozorem.
Słowa, ruchy, spojrzenia, zaledwie dostrzegalna zmiana rysów — wszystko to uważa się, bada, komentuje, analizuje.
Ukrywać przez ośm dni, nie czyn jakikolwiek, ale jakąkolwiek myśl swoją, jest dla niego niepodobieństwem.
Z tajemnicy, którą w nocy, przy drzwiach zamkniętych zwierzył się swej żonie, zawsze coś musi na wierzch wypłynąć...
P. Croisenois, który niemogąc postąpić inaczej, postanowił zrezygnować się, teraz raczył się uśmiechnąć.
— Znamy to!... mruknął, znamy!
Pan markiz zapewne rozmyślał o tych prawdach, pan, który nigdy nie chciałeś bym mu nastręczył kamerdynera.
— O! ja mam szczęśliwą rękę! Wiem o tem. Umiesz pan znaleźć sług jedynych, nieocenionych, odmawiający luidora, który się im ofiaruje. A czy pomimo to nie jestem ja najdokładniej powiadomiony o wszystkich czynnościach pana? Tymczasem trzymasz pan przy sobie — czy to roztropnie — człowieka, którego nie znasz.
— O!... Morel był mi zalecony przez jednego z moich przyjaciół, sir Waterfielda...
— Być może!... zawsze jednak ten człowiek o sztywnych ruchach niepokoi mię... Powrócimy do niego... Aby już skończyć z tem, powiem panu, że poznawszy i obrachowawszy ogromną potęgę służących, postanowiłem przywłaszczyć ją sobie, a następnie zużytkować na naszą korzyść, uporządkowawszy. I tak zrobiłem. To bióro, nie przedstawiające nic szczególnego, jest jakby środkiem wielkiej pajęczyny, która kosztowała dwadzieścia lat pracy i cierpliwości, ale która osnuwa cały Paryż.
Ja tu siedzę, z nogami wyciągniętemi przed kominkiem, ale mam wszędzie oczy wytężone i nastawione uszy, które za mnie patrzą i słuchają.
Policja wydaje miljony na utrzymanie swoich ajentów. Ja, nie rozwiązując worka, mam całą armię ajentów, wiernych i nieprzekupnych.
Średnio przyjmuje dziennie około pięćdziesięciu sług obojej płci. Oblicz pan ile to uczyni przez rok cały.
I podczas gdy szpiegi policji skazani są na ukradkowe uwijanie się dokoła domów, które im polecono pilnować, moje szpiegi są w samem wnętrzu, żyją tam, mieszają się do interesów, do namiętności, do intryg jakie się tam rozwijają. I to jeszcze nie wszystko. Za pomocą oficjalistów, których umieszczam, kasjerów i buchalterów, mam grunt w handlu. Przez moich garsonów hotelowych mam klucz do osobnych gabinetów najsekretniejszych.
Tonem zadowolonej dumy Mascarot wyjaśniał skład swojej straszliwej maszyny. Okulary jego sypały iskry.
— I nie myśl pan, mówił dalej, że wszyscy ci ludzie są wtajemniczeni. Nie! dzięki Bogu!... Po większej części nie wiedzą co robią — i w tem zawiera się moja siła. Każdy z nich przynosi mi swoją odrobine, cieniutką nitkę, a ja robię z tego powróz, krępujący moich niewolników. Przychodzą tu, rozprawiają, są niedyskretni, ogadują — ot i wszystko. My, we trzech, spędzamy nasze życie na słuchaniu.
Potem, wieczorem, przesiewamy przez przetak wszystko co nam było powiedziane i zawsze z tej gadaniny pozostaje cośkolwiek, co ja użytkuję.
Wszyscy ci ludzie, którzy mi służą, nie domyślając się tego, podobni są do tych szczególnych ptaków brazylijskich, których obecność zawsze znamionuje, iż gdzieś w pobliżu znajduje się podziemne źródło. W miejscu, gdzie one śpiewały, umierający z pragnienia wędrowiec śmiało może kopać znajdzie wodę. Moje ptaki dają mi tylko znać, że istnieje tajemnica. Kopać, to już moja rzecz. Wypuszczam moich ajentów specjalnych, szukam i znajduję... Oto, panie markizie, czem jest właściwie nasze stowarzyszenie.
— I w niektórych latach, dodał doktor Hortebize, daje ono przeszło dwieście pięćdziesiąt tysięcy franków dochodu.
Jeżeli p. Croisenois niecierpiał długich rozpraw, to bardzo był wrażliwy na wymowę cyfr.
Zanadto dobrze znał on życie paryskie, aby nie pojać, że zarzucając tak codziennie sieci swoje w mętną wodę, Mascarot musiał nałowić wiele ryb — to jest nie mało pieniędzy.
Ztąd do ścisłego połączenia się z ludźmi tak obrotnymi, wiodła już pochyłość naturalna.
Przybrał zatem najprzyjemniejszą swoją fizjognomię i zapytał tonem drwiąco-ugrzecznionym:
— Za jakież to usługi zasłużyłem sobie na protekcję stowarzyszenia?
Mascarot zanadto był przebiegły, by nie dstrzedz natychmiast tego odcienia. Gdyby wyjaśnienia jego osiągnęły tę tylko niezbędną dobrą wolę, to już byłyby usprawiedliwione.
Ale miały one inny jeszcze rezultat, bardzo pożądany dla szanownego stręczyciela.
Paweł, zrazu struchlały, widocznie przyszedł do siebie. Odzyskał ufność, zmierzywszy potęgę tych ludzi, którzy zajęli się jego przyszłością. Zapomniał o podłości spekulacji, unosząc się nad świetnemi kombinacjami.
— Przystępuję do rzeczy, panie markizie, rzekł Mascaret. Jeżeli dotąd nie mieliśmy nieprzyjemności, to dla tego, że będąc pozornie niesłychanie śmiali, byliśmy bardzo ostrożni. Używaliśmy broni, którą umieliśmy zdobyć; ale nadużywaliśmy jej. Strzyżemy ręką bardzo dyskretną naszych... jakby ich nazwać... danników. Nigdy nie obdarliśmy ani jednego. Nigdy nie dokuczaliśmy dłużnikowi nie mogącemu płacić; a tym, którzy są w trudnem położeniu, kredytujemy. Tak się dzieje. Ja sprzedaję sekreta na zasadzie „temperamentu“, jak niektórzy tapicerowie sprzedają meble loretkom. A przytem zwróć pan uwagę na to, że nie zawsze wymagaliśmy pieniędzy. Catenac znalazł możność zaopatrzenia swojej rodziny bardzo licznej; Hortebize miał mnóstwo drobnych przyjemności, które są niejako upiększeniem naszej... profesji. Zresztą i ja często szukałem zadowolenia miłości własnej. Nikt nie jest doskonały.
Jednak, panie markizie, chociażby najkorzystniejszą była jaka profesja, to zawsze w końcu znudzi. Oto upływa już dwadzieścia pięć lat, jak ja i moi przyjaciele pracujemy... starzejemy się, potrzebujemy wypoczynku. Postanowiliśmy zatem zarzucić interesa. Ale przedtem chcemy zlikwidować i jak można najkorzystniej odstąpić przedsiębiorstwo.
— To bardzo słusznie, rzekł Croisenois.
— Mam w ręku, mówił dalej stręczyciel, ogromną masę dokumentów; ale są one szczególnego rodzaju i nie każdy potrafi je zużytkować. Liczyłem na pana, myśląc o zrealizowaniu znacznych wartości, jakie one reprezentują.
Usłyszawszy to oświadczenie Croisenois, zbladł, posiniał.
Jakto?... on, nikczemniejszy aniżeli rozbójnik na szerokiej drodze, który przynajmniej ma tę wymówkę, iż naraża się na niebezpieczeństwo, on, uzbrojony dokumentami kompromitującemi, ma żądać od ludzi pieniędzy, albo honoru?
Chętnie przystawał na dzielenie się zyskiem z podłych obrotów; ale nie mógł zdobyć się na to, by, jak to mówią, przykładać rękę.
— Nigdy!... zawołał, nigdy!... Nie licz pan na mnie...
Oburzenie markiza wydawało się tak szczerem, postanowienie powziętem tak nieodwołalnie, iż doktor Hortebize i Catenac spojrzeli po sobie, cokolwiek zaniepokojeni zwrotem, jaki kwestja przyjęła...
Spojrzenie, zwrócone na Mascarota, uspokoiło ich.
Stręczyciel ruszył ramionami i poprawił okulary...
— No, powiedział, dość tego dzieciństwa, panie markizie, zanadto słów straciłem z panem. Zastanów się pan nim zaczniesz krzyczeć. Powiedziałem panu, że dokumenta moje są natury specjalnej oto dla czego: Największa trudność w interesach takiego rodzaju, jak nasze, zawiera się w tem, iż często mamy do czynienia z ludźmi żonatymi, którzy chociaż są bardzo bogaci, nie mogą swobodnie rozrządzać swoim majątkiem. Mężowie mówią: „Wziąć z majątku dziesięć tysięcy franków, tak, by moja żona nie wiedziała, to rzecz niemożebna!“ Żony mówią: „Mogę mieć pieniądze, tylko gdy ich zażądam od męża“. I ludzie ci mówią szczerze. Iluż to takich widziałem, którzy zrozpaczeni tem, iż mam w mojem ręku ważną ich tajemnicę, rzucali mi się do nóg i wołali: Litości... zrobię co chcesz; będziesz miał więcej aniżeli żądasz, znajdź mi tylko pretekst!... Otóż pretekstu takiego dla tych akcjonarjuszów dobrej woli, szukałem i znalazłem. Pretekstem tym będzie stowarzyszenie przemysłowe, które pan puścisz w obieg nim miesiąc upłynie.
— Na honor!... zaczął markiz, nie widzę...
Za pozwoleniem!.. Widzisz pan bardzo dobrze. Taki mąż, który nie mógł nam dać pięciu tysięcy franków, bez tego, by nie narobić sobie w domu okropnego kłopotu, z wesołą twarzą wniesie dziesięć tysięcy, gdyż będzie mógł powiedzieć żonie: „To lokacja.“ Taka żona, która nie ma dziesięciu sous, potrafi zniewolić męża do wniesienia nam tyle ile zażądamy... Co pan mówisz o tym pomyśle?
— Doskonały... ale do czego ja tu jestem panom potrzebny?
— Do tego, że na czele kompanii postawić trzeba człowieka.
— Ależ pan...
— Markiz żartuje sobie. Czyż mogę ja, stręczyciel, wprowadzać taki interes? Wyśmianoby mię. Hortebize, lekarz, a do tego homeopata, zebrałby tylko dwuznaczniki. Co do Catonac’a, to jego stanowisko zabrania mu wszelkich spekulacyj; poprzestanie on na tem, iż będzie naszym doradzcą. Otóż, aby pretekst był dobry, potrzeba, by stowarzyszenie było poważne.
Pan Croisenois był okrutnie zakłopotany.
— Doprawdy, powiedział, nie upatruję w sobie żadnego przymiotu, wymaganego od finansisty, spekulanta.
— Zanadto pan jesteś skromny. Naprzód masz pan tytuł i nazwisko.
— O!.. tytuł nazwisko!..
— Nic nie znaczą — wiem o tem; ale rzadko chybiają celu. Czyż nie masz stowarzyszeń, płacących bardzo drogo za nazwisko i tytuł, które drukują na czele swoich prospektów, tak samo, jak restauratorowie utrzymują udekorowanych majorów, prezydujących przy wspólnych 0biadach...
— Sytuacja moja, mówiąc finansowo, jest bardzo trudna.
— Owszem, przewyborna. Przed rozpoczęciem interesu, popłacisz pan swe długi i zaraz z tego, będą wnioskować, że posiadasz kapitały ogromne. Spadek po bracie, obecnie wartości prawie żadnej, nabierze niezmiernej wagi. Nakoniec jednocześnie świat się dowie o małżeństwie pana z panną Mussidan. Czego pan chcesz więcej?
— Reputację mam szkaradną. Mówią, żem lekkomyślny, marnotrawca...
— Tem lepiej. W dniu, w którym oznajmisz pan o likwidacji towarzystwa, znajdziesz tylko pobłażanie. Powiedzą, śmiejąc się: „A to dziwny ten Croisenois!.. po jakiego licha wlazł w te przemysłowe spekulacje!“ Ale ponieważ w grze tej wygrasz pan naprzód swoją część, a powtóre posag panny Mussidan, to pozwolisz śmiać się.
Cóż to za perspektywa dla człowieka, którego istnienie było rodzajem zadania, które trzeba było rozwiązywać co rana!
— Przypuśćmy, że przystaje, powiedział, jakże zakończy się cała komedja?
— Najprościej w świecie. Gdy wszyscy moi akcjonarjusze spełnią swe zobowiązania, powiesisz pan klucz na kołku i wszystko będzie skończone.
Croisenois zerwał się gniewnie.
— To jest, powiedział, zamierzacie poświęcić mię. Powiesić klucz na kołku!.. Więc chcecie posłać mię na galery?
— Niewdzięcznik odrzekł Mascarot, oto jak mi dziękuje za to, żem robił wszystko co można, by tam już nie był.
— Panie!..
Ale teraz wstał Catenac.
Nie mogąc usunąć się z interesu, poznał on i wypada mu pracować wszelkiemi siłami nad tem, by Mascarotowi powiodło się.
— Pan jesteś w błędzie, powiedział; czyż nie mamy stowarzyszeń z odpowiedzialnością ograniczoną? Słuchaj pan raczej. Jutro udasz się pan do notarjusza i oświadczysz, że odwołujesz się do kapitałów inteligentnych w celu eksploatowania — mniejsza o to czego... marmurów pirenejskich, jeżeli pan chcesz. Ale znajdziemy coś lepszego, bądź pan spokojny... A zatem otwierasz pan subskrypcję. Akcjonarjusze przyjaciela mego Mascarota pokryją ją... Otrzymawszy pieniądze — co robimy? Najspokojniej spłacamy akcjonarjuszów obcych, a do innych piszemy, że przedsiębiorstwo nie powiodło się, że wszystko przeciw nam się spiknęło, jednem słowem, że kapitał przepadł... Owóź ponieważ Mascarot będzie umiał wyjednać od każdego z nich pokwitowanie, żaden ani piśnie... To rzecz prosta jak dzień dobry.
Markiz słuchał z wielkiem wytężeniem; zastanawiał się.
— Ależ panowie, zawołał, wszyscy ci przymusowi akcjonarjusze będą wiedzieli, żem zrobił spekulację niegodną.
— Bardzo być może.
— Będą mną pogardzać.
— I to mniej więcej pewne; ale nikt nie będzie tak śmiały, by to okazać.
— O!...

Jakto — o? Czy pozory nie wystarczają panu? Djabelnie pan jesteś trudny. Między nami mówiąc kogoż to szanuje się szczerze i bez restrykcji w naszych czasach? Nikogo. Udaje się szacunek ot i wszystko! Nawet dla wyrażenia tego szczególnego uczucia wynaleziono nowy wyraz konsyderacja, to jest hołd składany sile połączonej ze zręcznością. Pan będziesz konsyderowany.
Świetny markiz mocno się zawahał.
— I panowie jesteście pewni swoich... akcjonarjuszów? zapytał. I czy naprawdę macie panowie dość funduszu dla pokrycia wydatków przedwstępnych, które będą znaczne?
Na to pytanie czekał właśnie zacny stręczyciel, aby zadać cios ostatni.
— Obrachunek zrobiony, powiedział i jest najzupełniej dokładny.
To mówiąc wziął ze swego biórka pęk tabliczek, na których całe swe życie robił notaty i rozsunąwszy je jak karty, mówił dalej:
— Mam tu spisane nazwiska trzechset pięćdziesięciu osób, z których każda może zapłacić średnio dziesięć tysięcy franków.
— Trzy miljony pięćkroć stotysięcy!...
— Taką jest cała suma, jeżeli arytmetyka nie kłamie. A może pan zechcesz poznać teraz naturę naszej broni? W takim razie, udziel mi pan dziesięć minut czasu i osądź sam — ja nie wybieram.
Zręczną ręką skartował tabliczki i na chybi trafi począł czytać:
„N... inżynier. Pięć listów stanowczych do żony protektora, który wyjednał mu posadę i który jednem słowem może sprawić, że ją straci. — Wniesie 15.000 franków.
„P... kupiec. Wykaz udowadniający, że ostatnie jego bankructwo było podstępne i że ukrył 200.000 z aktywów. — Da niezawodnie 20.000 franków.
„Pani V.. Portret jej fotografowany w kostiumie zanadto lekkim. Nie bogata. — Jednak wniesie 3000 franków.
„Pani H... — Trzy bileciki jej matki, nie pozostawiające żadnej wątpliwości, że miała bardzo przykrą awanturę przed zamaż pójściem. Dołączy się, na poparcie tego, list akuszerki. Przywodzi mężowie. — Powinna wnieść najmniej 10.000 fr.
„L... Sprośna i bezbożna śpiewka, własnoręcznie napisana i podpisana. — Może dać 2000 fr.
„S... wyższy urzednik kompanii...*** Oryginał umowy jego z dostawcą, który zobowiązuje się dać mu dobre porękawiczne. — Dojdzie, jeżeli go nacisnąć, do 15.000 fr.
„X... Część jego korespondencji z L... z roku 1848. Wniesie 3000 fr.
„Pani M. M. — Maleńki romans, zawierający dokładny opis przygód jej z panem J...“
Nie trzeba było, aż tyle dla zdecydowania markiza.
— Dość tego, przerwał, poddaje się. Tak jest schylam czoło przed waszą tajemniczą potęgą, straszliwszą aniżeli potęga policji.
— I nierównie skuteczniejszą, dodał zacny doktor. Nigdy nie zastanawialiśmy się nad naszemi operacjami z tego punktu. To źle. Nie należy przedsiębrać nic przeciw prawu i obowiązkom, w takim razie wyzyskiwanie nie będzie miało miejsca. A zatem wyzyskiwanie jest środkiem moralizującym...
Ale markiz był zanadto wzruszony, by mu ten żart smakował. Zwrócił się on do Mascrota i powiedział krótko:
— Czekam na rozkazy.
Jak zawsze tak i teraz Mascarot był górą. Kolejno pokonał on hrabiego Mussidan, Pawła Violaine i samego Catenac’a. Teraz widział u swych nóg markiza Croisenois.
Wszedłszy z podniesionem czołem, promieniejący zuchwalstwem i bezczelnością, świetny markiz, zdecydował się iść pod kaudyńskie jarzmo stręczyciela, tak nizkie, iż trzeba było czołgać się pod nim.
Dziesięć razy podczas dyskusji przychodziło mu do głowy powiedzieć:
— A gdybym nie przyjął? gdybym odmówił?...
Ale dziesięć razy rozwaga powstrzymała na jego ustach takie nieostrożne wyzwanie.
Pojął on, że tacy ludzie, jak ci trzej stowarzyszeni, nie wydają lekkomyślnie swej tajemnicy.
A im więcej Mascarot w swem opowiadaniu okazywał swobody i cynicznej szczerości, tem bardziej Croisenois uczuwał, iż całkiem był w mocy tego szczególnego człowieka.
Nie mógł niewiedzieć wszystkiego ten, kto wykrył jego hańbiącą tranzakcję w grze.
Owóz markiz miał na swem sumieniu dość rozmaitych grzeszków, aby drżeć przed wzrokiem, który czuł, że jest weń utkwiony z poza zielonych okularów, wzrokiem upartym i ostrym jak wzrok sędziego śledczego, od którego prawda drzy w głębi duszy oskarżonego.
Próżność jego cierpiała okropnie z powodu tej upokarzającej i hańbiącej zależności i burzyło się w jego żyłach kilka pozostałych jeszcze kropli krwi uczciwej.
Ale z drugiej strony, olśniony świetnością tej tajemniczej potęgi, która mu się ukazała, pocieszał się tem, że będzie miał do pomocy w swem życiu takich potężnych zapaśników.
Jeżeli zrazu obawiał się, że będzie poświęcony, to teraz uspokoił się, przekonany o wspólności interesów.
Po wszystkich takich uwzględnieniach, wyrwał mu się frazes, który na godzinę przedtem skaleczyłby jego dumne usta.
— Czekam na rozkazy!...
Upokorzenie zbyteczne. Tylko słabi doznają niegodnego zadowolenia, gdy dają uczuć swoją tyranię. Mascarot nie nadużywa nigdy. Wie on, że jeżeli zwyciężony, może zapomnieć o swej porażce, to nigdy nie przebacza bezużytecznej obelgi.
Więc z największą grzecznością odpowiedział:
— Nie mam panu nic do rozkazania, panie markizie. Wszyscy w powodzeniu mamy jednakowy interes; możemy tylko naradzić się i porozumiewać, nim ostatecznie przedsięweźmiemy właściwe środki.
Croisenois uchylił głowę, wzruszony tą niespodziewaną uprzejmością, która nastąpiła po takiem brutalstwie.
— Zbyteczną byłoby rzeczą, nieprawdaż, tak zaczął zacny stręczyciel, wykazywać panu korzyści jego postanowienia. Ale dla uniknięcia wszelkich rekryminacyj w przyszłości, rozpatrzmy obecne pańskie położenie. Pisałeś pan do mnie niedawno: „Jestem jak na rozżarzonych węglach...“ Innemi słowy znaczy to, że już doszedłeś pan do ostateczności i nie masz się czego spodziewać na przyszłość.
— Za pozwoleniem!... przepraszam!... Spodziewam się spadku po moim biednym bracie Jerzym, który znikł w sposób tak niepojęty...
Mascarot pogroził po przyjacielsku.
— Ponieważ jesteś pan teraz jednym z naszych, kochany markizie, odrzekł, to pozwól sobie powiedzieć, że między nami szczerość jest obowiązkową. Spytaj pan o to naszego przyjaciela Catenac’a.
— Rzeczywiście!... odrzekł adwokat, któremu ta koląca ironia wyrwała raczej wykrzywienie, a nie uśmiech.
Markiz silił się okazać zdziwienie.
— Nie widzę, odrzekł, w czem miałbym uchybiać przeciw szczerości...
— Do czego, u licha, prawisz nam pan o tym spadku?...
— Ależ on istnieje!... jest znaczny!..
— Dość tego, dość!.. Jesteśmy poinformowani co do tego punktu. Pomimo wszystkiego, można go jeszcze ocenić na milion dwakroć, albo milion cztery kroć stotysięcy franków.
— A więc!... Czyż nie mogę wyjednać oddania mi go w posiadanie?... Artykuły kodeksu Napoleona...
Przerwał sobie, dostrzegłszy na twarzy zacnego doktora Hortebize wszystkie oznaki wielkiej chęci parsknięcia śmiechem.
— Nie mów nam pan tego, odrzekł stręczyciel. Dopóki szło o wyjednanie dowodu nieobecności i wprowadzenia w tymczasowe posiadanie, pozwalające pobierać dochody, pan bardzo się uwijałeś; ale sytuacja pańska zmieniła się — i w ostatnich czasach pracowałeś pan potajemnie rękami i nogami, byle tylko uniknąć posiadania stanowczego.
— Jak to?.. możesz pan sądzić...
— Ts!.. postąpiłeś pan bardzo rozsądnie. Spadek ten, jest już tak zeskontowany, iż nie wystarczyłby dla pańskich wierzycieli. Niech zostanie jutro zlikwidowany, a pojutrze cały pański kredyt przepadnie. W obecnej chwili sławny ten spadek jest dla pana rodzajem zwierciadła oślepiającego wierzycieli.
Croisenois był dzielnym graczem. Widząc się na wylot przenikniętym, wybuchnął śmiechem.
— Robi się co może, odpowiedział.
Zacny stręczyciel znowu usiadł na krześle. Całe jego ożywienie znikło. Wydawał się być mocno znużonym.
— Barbarzyństwem byłoby, markizie, powiedział po chwili milczenia, byśmy pana dłużej zatrzymywali. Zobaczymy się w tych dniach aby obmyślić środki dla zniewolenia pańskich wierzycieli do kapitulacji pod najkorzystniejszemi warunkami. Tymczasem Catenac zajmie się ukonstytuowaniem stowarzyszenia i nada panu niezbędny połysk finansowy.
Catenac i Croisenois wstali i po serdecznem uściśnieniu rak Mascarota i doktora, lekko skłoniwszy się Pawłowi, wyszli razem podobni raczej do dwóch przyjaciół, aniżeli do ludzi znajomych zaledwie od dwóch godzin.
Jak tylko drzwi zamknęły się za nimi, stręczyciel zapytał Pawła:
— No i cóż, kochany panie, co pan myślisz o naszej historji?
Natury miękkie i kruche, mogą mieć wrażenia głębokie i żywe; ale te nigdy nie są długotrwałe.
Będąc niedawno w stanie bliskim omdlenia Paweł, chociaż jeszcze nieco blady, odzyskał już całą swoją zimną krew.
Teraz, gdy mu się już prawie udało stłumić całkiem głos swego sumienia, powinien był on bo tak mu doradzała opłakana jego próżność, wytężyć całą swoją miłość własną na okazanie cynizmu, godnego zacnych jego opiekunów.
— Sądzę, panie, odpowiedział bez wielkiego drżenia w głosie, jestem nawet pewny, że pan mię potrzebujesz. Tem lepiej!... Ja, który nie jestem markizem, będę panu posłuszny, bez wszystkich tych zachodów jakie robił p. Croisenois!
Ta pewność siebie, całkiem nowa w Pawle, zdawało się, że bynajmniej nie dziwiła stręczyciela.
Ale czy mu się podobała? Czy też, przeciwnie, była mu stanowczo niemiłą? Trudno to było rozpoznać.
Zawsze jednak wytrawny spostrzegacz dopatrzyłby w jego rysach, zwykle nic nie mówiących, ślady walki dwóch uczuć sprzecznych: żywego zadowolenia i wyraźnej niechęci.
Co do poczciwego doktora Hortebize, to ten poprostu był zachwycony bezwstydną śmiałością tego neofita, który poniekąd był jego uczniem.
Dokładne znaczenie tej sceny, która tylko co się odbyła, tak mu się rzucało w oczy, iż uderzył się w czoło, jak człowiek zdziwiony i wymawiający sobie samemu, że nie wpadł na myśl tak prostą.
— Jakiż ze mnie głupiec! pomyślał. Wszak to w rzeczywistości Mascarot miał na myśli nie markiza, ale Pawła. Cóż to za znakomity komedjant! Z jaką zdumiewającą dokładnością każdy jego wyraz stłumiał po jednym wyrzucie sumienia, albo też rozbudzał po jednej żądzy w duszy tego chłopca, tak słabego, a tak próżnego!
Pawła tymczasem niepokoiło milczenie stręczyciela.
Jeżeli zrazu przeraziło go to, gdy się uczuł w ręku tego szczególnego człowieka, to teraz drżał na samą myśl, że będzie przez niego opuszczony i pozostawiony własnym siłom.
— Czekam, panie, powiedział.
— Na co?
— Byś mi pan wyjaśnił na jakich warunkach mogę zdobyć sobie wielkie imię, stać się panem miljonowym i poślubić pannę Pławię Rigal... którą kocham.
Mascarot uśmiechnął się gorzko, prawie złośliwie.
— Kochasz pan posag, powiedział; nie mięszajmy jednego z drugim.
— Przepraszam pana, powiedziałem to właśnie, com chciał powiedzieć.
Doktor, który nie miał powodów być tak poważnym jak jego szanowny wspólnik, nie zadawał sobie trudu, by ukryć ironię.
— Już zawołał; a Róża?... ta śliczna Róża?
— Co do Róży, odpowiedział młody człowiek, to przekonałem się o mojej naiwności. Dla mnie Róża już nie istnieje.
Niemasz wątpliwości, że Paweł mówił prawdę. Przynajmniej tonem szczerości, który niepodobna było udać, dodał:
— I przeklinam majątek panny Rigal, który kopie przepaść między nami.
Oświadczenie to rozwiało chmury, które zaciemniały czoło stręczyciela; okulary jego zadrżały od zadowolenia.
— Bądź pan spokojny, powiedział wesoło, zasypiemy tę przepaść. Prawda, Hortebize? Tylko Pawle, kochane dziecię moje, nie ukrywaj tego przed sobą: rola, jaką ci przeznaczam, będzie trudniejszą od roli markiza Croisenois, a przede wszystkiem niebezpieczniejszą.
— Tem lepiej!
— Prawda, że i nagroda będzie wspanialsza.
— Podtrzymywany radami pana, czuję, że jestem w stanie narazić się na wszystko, wszystko pokonać.
— Rzeczywiście potrzebną ci będzie odwaga i wiele odwagi, i konsekwentność. Może wypadnie ci zrzec się swojej osobistości...
— Zrzeknę się jej z największą ochotą.
— Będziesz musiał przedzierzgnąć się w osobistość innego, wziąć temu innemu jego nazwisko, przeszłość, zwyczaje, myśli, jego zalety i wady.
Będziesz musiał koniecznie zapomnieć, że ty jesteś ty i wmówić w siebie samego, że jesteś tamtym; tym tylko sposobem zdołasz wmówić to w innych. Żyłeś życiem nie swojem, ale życiem tego człowieka. O! zadanie będzie trudne!...
— Eh, panie zawołał Paweł z łatwem uniesieniem ludzi słabych, czy kto się zajmuje przeszkodami na drodze, gdy ma utkwione oczy w cel olśniewający?
Poczciwy doktor nie mógł przemódz na sobie by nie klasnąć lekko w dłonie.
— Dobrze powiedziano! zawołał.
— Jeżeli tak, zaczął znowu stręczyciel, to jak przyjdzie pora właściwa, nie zawahamy się wykryć ci tajemnicę twoich wysokich przeznaczeń. Tymczasem przygotowuj swoją odwagę, pracuj nad tem, by twarz twoja zawsze była obojętną, oczy nigdy nie zdradzały myśli. Rozumiesz mię... mości książę?...
Tu przerwał sobie.
Ukazał się Beaumarchef, poprzednio dyskretnie zapukawszy do drzwi.
Były podoficer postawił na swojem.
Korzystając z chwili, gdy prawie nikogo nie było w ajencji, wymknął się do domu i przywdział wielki swój uniform.
— Co tam? zapytał Mascarot.
— Podczas posiedzenia z tymi panami przyniesiono te oto dwa listy.
— Daj... dziękuję ci — i zostaw nas samych.
Podczas gdy Beaumar, przyzwyczajony do takiej odprawy, wynosił się, zacny stręczyciel rozpatrywał podpisy na listach.
— Wiadomości od Van-Klopena, powiedział i z pałacu Mussidan. Zobaczmy, co też pisze nasz znakomity krawiec damski.
I począł czytać głośno:

„Kochany panie!

—„Stało się jak pan sobie życzył. Nasz przyjaciel Verminet, bardzo zręcznie spełnił pańskie rozkazy.
„W skutek jego nalegań, młody pan Gaston Gandelu bardzo zręcznie naśladował na pięciu wekslach tysiącfrankowych podpis pana Martin Rigal, tego bankiera, którego córkę pan mi zaleciłeś.
„Pięć tych wekslów trzymam do pańskiej dyspozycji.
„W oczekiwaniu dalszych jego rozkazów co do pani Bois-d’Ardon, jestem najniższym sługą.

Van-Klopen“.

— Jedno już się zrobiło! zawołał Mascarot. Jeżeli mu kiedy przyjdzie ochota włazić w drogę naszemu przyjacielowi Pawłowi...
— Jemu?... jakże on potrafi.
Stręczyciel nic nie odpowiedział. Rozpieczętował drugi list i także przeczytał głośno:
„Oznajmiam panu, że małżeństwo panny Sabiny z panem Breulh-Faverlay, jest zerwane. Z panną bardzo źle. Słyszałem jak mówili lekarze między sobą, że może dnia nie przeżyje.

„Florestan“.

Na tę wiadomość, która zagrażała wszystkim jego projektom, Mascarot uniósł się takim gniewem, iż uderzywszy pięścią w stół, nadłamał go.
— Do wszystkich piorunów!... krzyknął, byle tylko ta gąska nie wyrządziła nam psoty i nie umarła!... Piękniebyśmy wyszli z markizem Croisenois na barkach!... Cały plan trzebaby było przerabiać!...
Gwałtownie popchnął krzesło i począł chodzić po pokoju, mówiąc:
— Czy tylko Florestan nie myli się? Cóż to znaczy ta choroba panny Mussidan, schodząca się razem z zerwaniem jej małżeństwa? Coś w tem musi być!... Co? Trzeba dowiedzieć się nie możemy pozostawać w tej niepewności...
— Może chcesz, zapytał doktor, bym się udał do pałacu Mussidan?
— Tak, to dobra myśl. Twój powóz czeka w dziedzińcu, prawda?.. Jesteś lekarzem, dopuszczą cię do Sabiny.
Doktor już przywdziewał palto, gdy Mascarot zatrzymał go.
— Niepotrzeba, powiedział, zostań. Rozmyśliłem się. Ani ty, ani ja, nie możemy pokazywać się w tym pałacu. To przez nas podłożone miny, doktorze, wybuchają. Zanadto były przeładowane. Nastąpiły, jak widzisz, wyjaśnienia między hrabią a hrabiną...
— A więc, jakże dowiedzieć się?
— Sam pójdę na zwiady, zobaczę się z Florestanem i dowiem się szczegółów!..
I nie czekając na odpowiedź doktora, wpadł do swej sypialni.
Drzwi pozostawił otworem i zmieniając ubranie, mówił z drugiego pokoju do doktora:
— Nicby to nie znaczyło, gdybym miał do czynienia tylko z markizem. Ale myślę o Pawle. Sprawa Champedoce nie cierpi zwłoki żadnej... A Caterac, ten zdrajca, który zawiązał stosunki między księciem a Perpignanem!.. Muszę widzieć Perpignana, dowiedzieć się z pewnością co mu wyjawiono z całej sprawy, a czego sam się domyślił... Muszę także zobaczyć się z Karoliną Schimel i wydobyć od niej ostatnie słowo zagadki! Ach, czasu, czasu trzeba!
Był już gotów; wezwał doktora do sypialni i powiedział mu:
— Odchodzę; ty nie zostawiaj Pawła samego. Nie jesteśmy go jeszcze tak pewni, by pozwolić mu spacerować z naszą tajemnicą. Zaprowadź go na obiad do Martin-Rigala i znajdź pretekst, by przenocował u ciebie.... Do jutra.
I wyszedł, zanadto zajęty, by słyszeć, jak doktor wołał za nim:

— Dowidzenia!

IV.

Wyszedłszy z pałacu Mussidan, po rozmowie z Sabiną, p. Breulh-Faverlay nie wsiadł do powozu, którym przyjechał i który czekał na niego w dziedzińcu.
— Wracajcie powoli do domu, powiedział swoim służącym, ja pójdę piechotą.
Czuł on jak zwykle, po przesileniach potrzebę ruchu. Chciał chodzić, znużyć się, jeżeli można, aby nieco opamiętać się, uporządkować myśli i odzyskać zimną krew.
Jeżeli był głęboko i boleśnie dotknięty, to więcej jeszcze był zdziwiony. Czuł się ogłuszonym jakby po upadku.
Tyle już lat nie wzruszało go żadne uczucie głębsze i trwalsze, że sam siebie nie poznawał.
Przyjaciele takżeby go nie poznali, gdyby widzieli jak szerokimi krokami szedł po Polach Elizejskich.
Co się stało z jego piękną lodowatą obojętnością, przedmiotem uwielbienia wszystkich młodych ludzi jego klubu. Twarz ta, której regularnych linij nigdy nic nie zmieniało, była teraz zmieniona do niepoznania.
Wzruszenie, namiętność, zdumienie, tak go uniosły, iż idąc mówił sam do siebie, głośno wykrzykiwał i wywijał rękami, co jest ogromną pospolitością i przeciw wszelkim przepisom przyzwoitości.
— To życie... mówił. Człowiek myśli, że jest z brązu, zużyty, zestarzały, zawiędły, zdaje mu się, że wszystko w nim wymarło; a dość jednego spojrzenia pięknych oczu, by powróciły wszelkie wrażenia młodzieńcze. Mięsza się jak szkolarz, bełkoce, rumieni się i nawet... do wszystkich djabłów!... czuje jak łza ciśnie mu się do oczu!...
Kochał on Sabinę już w dniu, w którym prosił o jej rękę hrabiego Mussidan... ale nie tak jak teraz.
Od chwili, gdy poznał, że ona jest dla niego straconą, odkrył w niej zalety nadzwyczajne. Wydała mu się piękniejszą, rozsądniejszą, ozdobioną przymiotami zdumiewającemi, jednem słowem, tysiąc razy pożądańszą.
Któż mógł to kiedy przewidzieć, że on, wielki pan, nad którym unoszono się, któremu zazdroszczono, którego wszędzie poszukiwano, on, wielbiony przez wszystkie kobiety, gdy z drugiej strony obawiali się go wszyscy mężczyzni — zostanie odepchnięty właśnie wtedy, gdy przejęty uczuciem poważnem, będzie ofiarował wybranej przez siebie swoją fortunę i imię?
— Ach!... o takiej to towarzyszce życia marzyłem zawsze! Czyż znajdę jeszcze kiedy duszę tak tkliwą, umysł tak silny, tyle niewinności i dziewiczej odwagi, wśród ponętnych lalek, które widzę dokoła siebie uwijające się, ubierające, spacerujące, naśladujące w mowie ekscentryczne kobiety półświata. Czy jest choć jedna Sabina pomiędzy temi dziwaczkami, dla których życie jest jakby nie ustającym kotylionem i które wybierają męża, jak tancerza do walca... bo samej nie można walcować.
W tej chwili wszystkie kobiety były mu nienawistnemi i z góry czuł przesyt, myśląc o znanych sobie pannach na wydaniu.
Jakiż szczytny wyraz miała w oczach, gdy mówiła o tym Andrzeju!... Wierzy, że on ma geniusz i przyswoiła sobie wszystkie jego myśli. Jego dusza drga w jej duszy. Z jaką szlachetną dumą mówiła: My... my jesteśmy ubodzy... nie mamy nazwiska!...
Usiłował otrząść się z okrutnego smutku, który go przytłaczał.
— Basta!... zawołał wreszcie, robiąc szybkiego młynka swą trzciną, po takiem przejściu umrę beziennym. Na starość mój kamerdyner będzie moim najlepszym przyjacielem. Boga sobie utworzę z mego żołądka. Baron Brisse utrzymuje, że można jeść do czterech razy dziennie... to już coś znaczy... A potem, dla rozweselenia mego trawienia, będę miał przy moim fotelu kemedję ze spadkobierców.
Zaśmiał się szyderczo; ale prawie w tejże chwili dodał, nie bez bolesnego westchnienia:
— Ha... w każdym razie, życie moje jest chybione!
Ale chociaż zawód jego był tak okrutny, rana tak paląca, p. Breulh nie miał żalu ani do Sabiny, ani do tego innego, któremu zazdrościł zdumiewającego szczęścia.
Dumny w najwyższym stopniu, stał on wyżej nad głupią próżność ludzi pospolitych. Nie upatrywał nic nadzwyczajnego, nienormalnego, potwornego, w tem że kobieta przeniosła innego nad niego. Cierpiał na tem — ot i wszystko.
Sabina słusznie go osądziła, mówiąc: „Ten także godzien być kochanym“.
P. Breulh zasługiwał na inny piedestał, aniżeli ten, który mu wznieśli przyjaciele i współzawodnicy, zarówno ograniczeni.
Wart był więcej aniżeli jego reputacja, aniżeli życie, aniżeli jego epoka; a przede wszystkiem wart był więcej aniżeli liczni jego przyjaciele.
Po śmierci wuja rzucił się w to, co nazywają „wirem wielkiego świata“; ale prędko znudził się tem istnieniem, próżnem a ruchliwem.
Posiadać stajnię zwyciężającą na wyścigach, czytać jak dzienniki sportu wymieniają każdą w niej zmianę, być oszukiwanym do wysokości dwóchset lub trzech set luidorów miesięcznie przez jaką piękność teatralną, wszystko to nie wystarczało dla szczęścia tego przebierającego śmiertelnika.
Oddawna już, trawiony nudami, szukał on celu dla swej ambicji, zadania, będącego na wysokości energii i inteligencji, jakie czuł w sobie.
Poprzysiągł, że w przeddzień swego małżeństwa posprzedaje wszystkie konie wyścigowe i zerwie ze wszystkiemi dotychczasowemi przyzwyczajeniami. I oto owo małżeństwo’, tak pożądane, stało się niemożebnem!...
Gdy wszedł do swego klubu, wzruszenie jego było tak widoczaem, iż wielu młodych ludzi, grających w karty, okazało wielkie zdziwienie i poczęło pytać czy czasem nie zachorował „Chamboran“, jeden z koni, któremu góry zapowiadano pierwszą nagrodę.
P. Breulh odpowiedział, że „Chamboran“ ma się doskonale i pospieszył przejść do jednego z małych pokoików, przeznaczonych dla prowadzenia korespondencji.
— Na jakież to ziele stąpił Breulh?... zapytał jeden z graczów.
— Kto wie?... poszedł coś pisać.
Rzeczywiście pisał do hrabiego Mussidan z oznajmieniem, iż cofa swe słowo; zadanie to było nie łatwe.
Odczytując swój list, pan Breulh musiał wyznać przed sobą, że w każdym frazesie przebijała ironia, a ogólny ton zdradzał gorycz, której wyjaśnienia pewno będą żądać od niego.
— Nie, powiedział, list ten nie jest mnie godzien.
Zrobiwszy sobie tę uwagę, zaczął pisać na nowo, wyszukując wymówek najnaturalniejszych, mówiąc ogólnikowo o swem życiu, zakorzenionych przyzwyczajeniach, pewnych stosunkach, których nie miał odwagi zerwać.
Po ukończeniu tego małego arcydzieła dyplomacji, wręczył je jednemu ze sług klubowych, z rozkazem bezzwłocznego odniesienia według adresu.
Spełniwszy ten obowiązek honoru, spaliwszy za sobą okręty, sądził, że mu się lżej zrobi na sercu i umyśle. Bynajmniej.
Usiadł do gry, ale w kwandrans miał już jej dość. Chciał jeść obiad, nie miał apetytu. Zaszedł do teatru opery i ziewał tam; muzyka draźniła mu nerwy.
Znużony tą walką powrócił do siebie koło godziny drugiej, co mu się nie zdarzyło od roku.
Nic nie pomagało.
Oderwać myśli swoje od Sabiny, było dla niego tak niemożebnem, jak niedopuścić, by własny jego puls nie bił szybciej niż zwykle.
Cóż to był za człowiek, którego przeniesiono nad niego?
Zanadto szanował charakter panny Mussidan, aby dopuszczać, że zrobiła wybór niegodny jej.
Ale z drugiej strony tyle już widział w życiu swojem namiętności niewyjaśnionych!..
Jeżeli ludzie najdoświadczeńsi dają się nieraz ułowić w sidła najprostsze, to jakże młoda dziewczyna potrafi obronić się przeciw popędom własnego serca?
— Jednak, mówił do siebie, gdyby się myliła... gdyby udało się otworzyć jej oczy?..
Potem, zapewne aby wytłumaczyć się przed samym sobą, z tego że zachowuje podobną nadzieję, dodał:
— A jeżeli, przeciwnie, on jest godny jej?!.. ha! w takim razie dopomogę mu do usunięcia przeszkód.
Podobał sobie w tej myśli, z góry smakując w gorzkiej rozkoszy, jakiej dozna, zapewniając szczęście tej, którą kochał, a która go odrzuciła.
Być może, iż mimo własnej jego woli, do tej pięknej wspaniałomyślności przyłączało się nieokreślone żądanie okazania swej wyższości przed Sabiną.
O czwartej rano siedział jeszcze w fotelu, przed kominkiem, w którym wygasł ogień.
Był prawie zdecydowanym udać się do Andrzeja. Bogaty człowiek ma zawsze w kieszeni pretekst do zwiedzania pracowni malarza.
Co tam będzie robić i mówić, tem nie zajmował się wcale, spuszczając się na wypadek i własne doświadczenie. Zrobiwszy to postanowienie poszedł spać.
Ale nazajutrz wstawszy, zawahał się w tem postanowieniu. Po co ma się wtrącać w tę sprawę?.. Z drugiej strony pobudzała go ciekawość.
Nakoniec, koło drugiej godziny, kazał zaprządz konie i wkrótce potem szybkim kłusem jechał ku ulicy Tour-d’Auvergne.
Pani Poileveu, dyskretna odźwierna Andrzeja, stała we drzwiach, wsparta na swej miotle, gdy wspaniały zaprząg pana Breulh zatrzymał się przed domem.
Szanowna ta osoba omal że nie dostała zawrotu głowy. Przez całe swe życie nie widziała cna tak blisko tak pysznych koni, przybranych w uprząż srebrem nabijaną, z kokardami przy uszach, ani takiego powozu połyskującego, ani tak bogatej liberji.
— Wielki Boże! pomyślała, czy tylko do nas przyjechał ten wielki pan? Czy się nie omylił?...
Ale zdumienie jej przeszło wszelkie granice, gdy p. Breulh, wysiadłszy z coupé, przybliżył się ku niej i zapytał:
— Pan Andrzej, artysta-malarz?
— Tak jest, panie, odrzekła, tu właśnie mieszka... już około dwóch lat jest naszym lokatorem. O... gdyby wszyscy artyści byli do niego podobni Nigdy nie zalega w czynszu!... A jaki porządny, grzeczny, uprzejmy!... Nigdy nie masz u niego ani hulanki, ani hałasów!... Doskonała istota... I gdyby nie owa kobietka z Pól Elizejskich... ale cóż to?... sam pan pojmie, że młodość...
I mówiła dalej a dalej, sama nie mając wielkiego przeświadczenia o swej gadaninie, tak bardzo wytężała swoją uwagę na postawę właściciela pysznego powozu.
— Wskaż mi pani jego pracownię, rzekł pan Breulh zniecierpliwiony.
— Bardzo dobrze!... na czwartem piętrze, na prawo, nazwisko jest na drzwiach, niepodobna omylić się... Ale to nic ja poprowadzę pana.
— Nie potrzeba, moja pani, sam trafię; niech się pani nie trudzi.
Pan Breulh zwrócił się ku schodom, a pani Poileveu pozostała na progu z gębą strasznie otwartą, nieruchoma jak żona Lota po swej krystalizacji.
— A to historja! pomyślała. Do pana Andrzeja przyjeżdżają tacy magnaci i o takiej porze! Co za szyk!... A to chłopiec — at sobie!... mąż mój od czterech już dni nie sprzątał u niego, a on nawet nie poskarżył się!... A!... ale to długo trwać nie może! Artystę, mającego takie znajomości trzeba pielęgnować!... Taki dobry chłopak!... może nam wyjedna patent na trafikę!... Ale kto być może ten wielki pan?...
Po tych uwagach umieściła miotłę za drzwiami, postanowiwszy wyciągnąć na język służących.
Tymczasem p. Breulh kroczył powoli po schodach, jak człowiek nie chcący męczyć się.
Wszedł już na ostatnie piętro i miał zapukać do drzwi, na których wyczytał nazwisko Andrzeja, gdy wtem usłyszał za sobą lekkie kroki i odwrócił się.
Przed nim stał młody człowiek, słuszny, ciemnej cery, ubrany w długą białą bluzę, jaką zwykle noszą ornamentyści przy robocie. W ręku trzymał wielkie blaszane wiadro, które właśnie napełnił wodą w domowym rezerwoarze.
— Pan Andrzej? zapytał p. Breulh.
— Ja nim jestem, panie.
— Chciałbym pomówić z panem...
— W takim razie racz pan wejść do mnie.
To mówiąc, młody człowiek otworzył drzwi swej pracowni i poszedł przed swym gościem.
Pierwsze wrażenie pana Breulh było przychylne Andrzejowi. Uderzył go wyraz tej twarzy otwarty i śmiały, to spojrzenie jasne i szczere, ten głos dźwięczny i miły.
— W każdym razie, pomyślał, to człowiek.
Z drugiej strony, chociaż z powodu doświadczeń własnej swej młodości pozbył się wielu przesądów, zawsze jednak ubiór Andrzeja dziwił go.
Trudno mu jakoś było wystawić sobie człowieka, wybranego przez Sabine Mussidan, w bluzie i który sam sobie przynosił wodę.
Ale zdziwienia tego wcale nie było widać; od wczoraj miał czas przybrać właściwą sobie postawę człowieka, którego nic nie dziwi.
— Muszę pana przeprosić, tak zaczął Andrzej, że go przyjmuję w ten sposób... Ale co pan chcesz! dopóki człowiek nie jest bogaty, najlepiej sam sobie służy, a nawet...
I jednocześnie wskazywał, bez zakłopotania, ale i bez chełpliwości, na swoją bluzę i na wiadro, które postawił w kącie.
Ton ten podobał się panu Breulh, który uśmiechnął się przyjaźnie.
— Ja to właśnie, odrzekł, powinienem przeprosić pana, że mu przeszkadzam. Zalecony jestem panu przez jednego z moich przyjaciół... przez...
I zatrzymał się, szukając w pamięci.
— Może przez księcia Crescenzi? zapytał Andrzej.
P. Breulh zaledwie znał tego znakomitego amatora, ale skwapliwie pochwycił gałązkę podawaną mu.
— Tak właśnie odpowiedział. Książę bardzo wysoko ceni talent pana; mówi o nim z uniesieniem. Znając wytworny jego gust, powiedziałem sobie, że i ja także muszę mieć jeden obraz od pana... Bądź pan spokojny!... będziesz u mnie w dobrem towarzystwie.
Andrzej skłonił się i zarumienił, jak pensjonarka, którą biskup pochwalił.
— Bardzo jestem panu wdzięczny, powiedział, że raczyłeś uwierzyć na słowo księciu Crescenzi; na nieszczęście, sądzę, żeś się pan fatygował niepotrzebnie.
— Dlaczego?
— W ostatnich czasach tyle miałem zajęcia, tyle roboty, że nie mam nic wykończonego, nic takiego, coby...
P. Breulh przerwał mu.
— Cóż to znaczy? Czyż przyszłość nie należy potroszę do nas? Co się nie zrobiło, to jeszcze zrobi...
— Tak jest, jeżeli pan masz we mnie cokolwiek zaufania...
— Jakto, zaufania? Czyż Crescenzi nie jest rękojmią?...
— Więc możemy ułożyć się o przedmiot...
Nie domyślając się tego, Andrzej ostatecznie zawojowywał swego gościa.
— To dziwna, myślał pan Breulh, powinienbym nienawidzieć tego człowieka, mam do tego tysiące powodów; a jednak nigdy nikt nie był dla mnie bardziej sympatycznym.
Gdy milczał, usiłując zdać sobie sprawę ze swych wrażeń, jeszcze niejasnych, Andrzej zaczął znowu.
— Mam tu, powiedział, ze trzydzieści szkiców, które, jak się spodziewam, staną się z czasem znośnemi malowidłami; jeżeli który spodoba się panu...
— Tak, tak!... odrzekł pośpiesznie p. Breulh.
Poznawszy charakter, nie gniewał się o to, że pozna talent, i z największą uwagą zaczął przeglądać malowidła na ścianach.
Andrzej nie mówił ani słowa.
Zamówienie to, myślał sobie, przybywające za pośrednictwem księcia Crescenzi, może być początkiem jego artystycznej karyery. Książę jest z liczby siedmiu lub ośmiu amatorów w Europie, którzy jednem swem słowem mogą podmówić do zapłacenia 10.000 franków za najlichszą bazgraninę.
Ale Andrzej nie był usposobiony do radowania się swemu szczęściu.
Rzadko w jego niespokojnem życiu zdarzało mu się doznawać takiego smutku, jaki w tej chwili ścisnął mu serce.
Bo Sabina, zapowiedziawszy mu, że zrobi krok stanowczy, odchodząc dodała: „Jutro list“.
Owóż owe „jutro“ przeszło; a nie otrzymał ani litery, ani znaku życia... nic.
Od czterdziestu ośmiu godzin był jak na rozżarzonych węglach.
Nie wątpił o Sabinie; prędzej zwątpiłby o sobie. Ale cóż mogło stać się tam, w pałacu Mussidan, którego drzwi były dlań zamknięte?
Czuł on okrutną mękę, jakiej doznaje człowiek energiczny, gdy los jego rozstrzyga się, a który jest zarazem przeświadczony, iż żadną miarą nie może przyśpieszyć rozwiązania.
Tymczasem pan Breulh skończył swój przegląd.
Przekonał się, że Andrzej ma talent niezaprzeczony.
We wszystkich tych szkicach, pośpiesznie robionych, można było dopatrzeć wielkie wady, niedoświadczenie, niefortunne zuchwalstwa; ale każdy z nich cechowała potężna indywidualność.
Andrzej był człowiekiem w ścisłem znaczeniu tego wyrazu; był także „artystą“, godnym tej wspaniałej nazwy.
Trudnoby utrzymywać, że duma p. Breulh-Faverlay nie cierpiała na tem. Ale umiał on poskromić złe podszepty zazdrości. Szczerze i lojalnie podał rękę młodemu malarzowi.
— Gdym tu wchodził, powiedział, życzyłem sobie mieć obraz pańskiej roboty; teraz żądam tego... Już nie na wiarę słów cudzych wierzę w jego talent.
A gdy Andrzej nie odpowiadał, dodał:
— Wybrałem szkic, teraz ułóżmy warunki. Ubogi, bez protektorów, zniewolony do ciężkiej pracy powszedniej, która chleb dawała, Andrzej nie miał ani czasu, ani sposobności studjowania tajników poezji w krajach klasycznych. Poprzestawał na odtwarzaniu tego, co widział i czuł.
Pomiędzy jego szkicami znajdował się jeden, który nazwał „Poniedziałkiem za rogatką.“
Na pierwszym planie dwóch ludzi borykało się, a trzeci usiłował ich rozdzielić. Z za podartego ubrania wyglądały nagie członki. Twarze wyrażały opilstwo, nienawiść i zawziętość.
Nieco wprawo leżała na ziemi kobieta, przyczyna tej bójki, z włosami w nieładzie i szeroką raną na skroni, a tuż obok siedziały dwie jej towarzyszki, usiłujące przywrócić ją do zmysłów.
Kilku próźniaków przypatrywało się temu; dzieci uciekały, a w odległości ukazywał się trójgraniasty kapelusz nadbiegającego sierżanta miejskiego.
Rzecz pospolita — ale prawdziwa.
— W naszych czasach tylko prawda może uratować sztukę... ale prawda, że tak powiemy, prawdziwa, nie konwencjonalna, ta, która powiększa i uogólnia, a nie ta, co partykularyzuje i pomniejsza...
Na ten sam szkic wskazał pan Breulh, mówiąc:
— To chciałbym mieć.
Wtedy Andrzej wszedł w szczegóły wykonania, objaśniając kompozycję, rozmiary, słowem wszystko.
Pan Breulh ruchem i głosem potwierdzał.
— Co pan zrobisz, powiedział, to będzie dobrze zrobione; niech pana nic nie żenuje... słuchaj pan swego natchnienia.
Teraz chciał wszystko ukończyć jak najspieszniej; zanadto był delikatny, by nie doznawać przykrości z powodu swego fałszywego położenia. Zaufanie Andrzeja mocno go zbijało z tropu: tracił pewność siebie.
Gdy wszystko już zostało ułożone, p. Breulh musiał zrobić wysilenie nad sobą, aby przystąpić do kwestji ceny zamówionego malowidła.
Może spodziewał się udawania fałszywej skromności i śmiesznej bezinteresowności... Nic tego nie było.
— Ponieważ wartość malowidła, powiedział Andrzej z godnością, jest rzeczą całkiem warunkową, więc w tym względzie nic powiedzieć nie mogę. Płótno takich rozmiarów, jak umówiliśmy się, kosztuje, białe, osmdziesiąt franków. Pokryte farbami może nie mieć żadnej wartości, albo też być warte...
— Czy sądzisz pan, przerwał mu p. Breulh, że gdybym ofiarował dziesięć tysięcy franków...
Andrzej odpowiedział natychmiast.
— Zawiele, panie zawiele.
— Jednakże.
— W obecnem mojem położeniu, gdy jestem tak mało znany, cztery tysiące franków byłoby ceną przepyszną. Gdyby jednak udało mi się lepiej aniżeli spodziewam się... no!... w takim razie żądałbym sześć tysięcy.
— Dobrze, odrzekł pan Breulh, rzecz skończona.
Wyjął z kieszeni elegancki pugilares z cyfrą, a z niego dwa bilety tysiącfrankowe i położył je na stole, mówiąc:
— W każdym razie, oto połowa z góry.
Młody malarz poczerwieniał jak karmin na jego paletrze.
— Pan żartuje, wybełkotał.
— Bynajmniej, odrzekł z powagą p. Breulh; w interesach mam pewne zasady, od których nigdy nie odstępuję.
Potem tonem nader zachęcającym dodał:
— Któż to panu powiedział, że nie mam zamiaru skrępowania go, kochany mistrzu? Te dwa bilety zastąpią nam kontrakt.
Tym sposobem wyjaśnione postępowanie pana Breulh było bardzo podchlebnem. Ale delikatność Andrzeja, może zbyt wielka, obruszała się tem.
— Bo widzisz pan, tak zaczął, obrazu tego nie będę mógł doręczyć panu prędzej, jak za pięć, albo sześć miesięcy... Zrobiłem układ z bogatym przedsiębiorcą, panem Gaudelu o dostarczenie rzeźb do jego domu.
— To nic, odrzekł p. Breulh, nigdy nie cofam tego com powiedział.
Andrzej byłby szalony, gdyby się jeszcze opierał. Skinął więc głową na znak, że przystaje, nie mogąc nie wyznać przed sobą, że pieniądze te przybywały mu bardzo w porę.
P. Breulh, zabierając się do wyjścia i otwierając drzwi pracowni, dodał:
— A zatem, życzę, panu wszelkiego powodzenia, kochany mistrzu. Spodziewam się, że będziesz pan tak grzeczny i zechcesz kiedy zajść do mnie na śniadanie; pokażę panu Murilla, który sam wart tej podróży.
I dla stwierdzenia swych zaprosin, jako też dla oznajmienia kim jest, podał Andrzejowi swój bilet wizytowy i wyszedł.
Wobec gościa Andrzej nie spojrzał nawet na bilet, gdy ten wyszedł, uczynił to.
Nazwisko Breulh-Faverlay rzuciło mu się w oczy jak błyskawica piorun poprzedzająca.
Chwilę stał w osłupieniu. Potem straszliwy gniew wpędził mu wszystką krew do głowy.
Ujrzał się wyprowadzonym w pole, wydrwionym, upokorzonym...
Nie zdając sobie sprawy z tego co robi, rzucił się na schody i pochyliwszy na poręcz zawołał donośnym głosem:
— Panie!... panie!...
P. Breulh, który już zszedł był na drugie piętro, podniósł głowę.
— Wróć się pan!... wołał Andrzej.
Po chwili wahania p. Breulh powrócił.
Gdy wszedł do pracowni, Andrzej rzekł głosem, od gniewu zaledwie zrozumiałym.
— Weź pan swoje pieniądze!
— Co panu jest?... co się stało?
— Nic, tylko rozmyślałem się; nie moge zrobić, nie zrobię panu tego obrazu!
— A!... dlaczegćΣ to?
Dlaczego?... p. Breulh wiedział dobrze dlaczego. Domyślał się, że Sabina wymieniła jego nazwisko Andrzejowi i mówiła mu o jego zamiarach. Nie bardzo wspaniałomyślny w tej okoliczności, nawet nieroztropny, nadużywał on trudnego i tak delikatnego położenia młodego malarza.
— Ot, tak!... odpowiedział Andrzej.
— Ale to nie racja!
Andrzej tracił głowę. Powiedzieć, jaki jest prawdziwy powód odmowy, było niepodobieństwem. Prędzejby umarł, aniżeli wymówił imię Sabiny. Czuł, że tylko gwałtownością zdoła wyjść z trudnego położenia.
— No, to przypuść pan, rzekł głosem pełnym nienawiści, że mi się nie spodobała twarz pańska... To już racja!...
— Ale to jest wyzwanie, panie Andrzeju!
— Niech będzie co się panu podoba!...
Cierpliwość nie była przeważną cnotą pana Breulh. Zbladł jak chusta i drgnął.
Ale szlachetna natura rychło górę wzięła i wzruszonym głosem powiedział:
— Szczerze proszę pana o przebaczenie, panie Andrzeju. Wyznaję, żem grał rolę, która nie była godną ani pana, ani mnie... Wszedłszy powinien byłem zaraz wymienić moje nazwisko i powiedzieć: wiem wszystko.
— Nie rozumiem pana, odrzekł Andrzej zimno.
— Owszem, pan mię rozumiesz, ale mi nie ufasz... Zasłużyłem na tę obelgę... Jednak przestań pan udawać. Panna Sabina powiedziała mi wszystko... wszystko, rozumiesz pan?... A jeżeli chce pan na to dowodu, to powiem mu, że ten obraz, odwrócony do ściany, to portret panny Mussidan.
Andrzej milczał ciągle; p. Breulh uśmiechnął się smutnie.
— Dodam do tego, mówił dalej, aby rozproszyć wszystkie jego wątpliwości, że wczoraj, na żądanie panny Sabiny, cofnąłem moją prośbę o jej rękę.
Słuchając tego człowieka, tak szlachetnie przyznającego się do swego błędu, Andrzej czuł, jak gniew jego stygnie powoli.
— Nie wiem jak panu dziękować, zaczął.
— O... przerwał mu żywo p. Breulh, nie ma co dziękować temu, kto tylko ściśle spełnia swój obowiązek... Skłamałbym, gdybym powiedział panu, że nie byłem boleśnie zdziwiony... Ale zresztą, to co ja zrobiłem i pan zrobiłbyś na mojem miejscu.
— Tak jest, panie.
— A teraz jesteśmy przyjaciółmi, prawda? rzekł p. Breulh podając rękę.
Nie bez gwałtownego wzruszenia Andrzej uścisnął tę rękę lojalną.
— Tak jest, przyjaciele... szepnął, przyjaciele!...
Pan Breulh musiał uwierzyć, że wszystko zapomniane.
— Jeżeli tak, rzekł z nieco wymuszoną wesołością, to nie mówmy o tym obrazie, który był tylko pretekstem... Będę z panem otwarty, jak z samym sobą. Idąc tu, mówiłem sobie: „Jeżeli człowiek, którego przeniosła nademnie panna Sabina, jest jej godny, to zrobię wszystko co tylko będę mógł, by został przyjęty. Otóż przybyłem tu, poznałem pana i mówię mu: Zrób mi pan te wielką przyjemność i ten wielki zaszczyt i pozwól oddać na usługi swej miłości moją osobę, majątek, stosunki i przyjaciół.
Z najczystszem poświęceniem i w całej szczerości duszy p. Breulh-Faverlay oddawał się w rozporządzenie młodego człowieka, którego szczęścia zazdrościł.
Wspaniałomyślność ma swoje porywy i dobrowolne poświęcenie, choćby najprzykrzejsze, sprawia jakby gorżką przyjemność, która jest jego wynagrodzeniem.
Ale Andrzej smutno wstrząsnął głową.
— Nigdy nie zapomnę ofiary pańskiej, powiedział tylko...
Zawahał się; pan Breulh zapytał:
— Tylko?..
— Tylko nie mogę jej przyjąć.
P. Breulh zdziwił się.
— Dlaczego? zapytał.
— O!.. słuchaj pan, odrzekł Andrzej, ja także będę z panem otwarty, i wypowiem mu całą moją myśl... Może pan znajdziesz w niej co śmiesznego, ale co pan chcesz!.. nieszczęście, jeżeli nie złamie poczucia godności, to egzaltuje dumę. Kocham pannę Mussidan całą siłą mej duszy, w żyłach moich nie masz ani jednej kropli krwi, któraby do niej nie należała, dałbym połowę mego życia, by zapełnić otchłań, która nas rozdziela, a jednak...
Tu przerwał sobie, szukając odpowiednich wyrazów dla tego, co czuł, i dopiero po chwili dodał z powstrzymywaną gwałtownością:
— Zaklinam pana! nie obrażaj się tem, co powiem... Wolałbym raczej zrzec się panny Sabiny, aniżeli przyjąć pańską pomoc.
— Ależ to szaleństwo! zawołał p. Breulh.
— Nie, panie, to nie jest szaleństwo, ale rozsądek. Są poświęcenia, które należy odrzucać, gdyż można zapłacić za nie tylko najczarniejszą niewdzięcznością?.. Jeżelibym się przychylił do żądania pana, to rola jego byłaby zanadto piękną, zanadto szczytną, czułbym się okropnie upokorzonym i doznawałbym zazdrości. Czyż nie dość jeszcze jestem przytłoczony pańską wyższością?.. Podczas, gdy pan jesteś człowiekiem znakomitego rodu i jednym z najbogatszych w Paryżu, ja jestem ubogi i nie mam stanu cywilnego. Jestem tak osamotniony, nieznany, zatracony w tym świecie, iż nawet nie wzywano mię do popisu wojskowego. Pan masz wszystko to, czego mnie brakuje i chciałbyś...
— Ależ i ja także byłem ubogi, zawołał pan Breulh, i tak samo jak pan nieszczęśliwy, a może więcej.
Andrzej, który wcale nie znał przeszłości p. Breulh, a widział tylko świetną jego teraźniejszość, spojrzał zdumiony.
— Czy wiesz pan com robił w jego latach? mówił dalej p. Breulh, umierałem z głodu w Sonorze. Aby żyć, zmuszony byłem przywdziać grubą wełnianą koszulę wyrobnika i wejść do służby jednego spekulanta w Guyamas jako poganiacz wołów... Czy sądzisz pan, że w tych czasach czułem się poniżonym?
— A! zawołał młody malarz, tem lepiej żeś pan cierpiał — tem łatwiej pojmiesz pan mnie. Czyż sadzisz pan, że się nie uznaję za równego mu? Ale przestałbym poczytywać się za takiego, gdybym uciekł się do jego pomocy... Czyż nie mojej energii i odwadze zawdzięczam to, że zostałem wyróżniony przez pannę Mussidan? Ona miała wiarę we mnie w chwili gdy mi powiedziała: Podnieś się aż do mnie!“ To co ona rozkazała, ja spełnię, albo zginę spełniając. Ale w każdym razie zdecydowany jestem zwyciężyć, lub zginąć sam. Nie chcę mieć wyrzutów sumienia po zwycięztwie. Nie chcę, by ktoś mógł powiedzieć o mnie Mojej to rzadkiej wspaniałomyślności, mojej rycerskiej abnegacji zawdzięcza on swoje szczęście!“
— O, panie, protestował pan Breulh, o, panie!...
— Pewno, przerwał mu Andrzej, nie powiedziałbyś pan tego głośno, za wielką jest pańska delikatność. Ale czy nie pomyślałbyś? I ja wiedziałbym o tem, i córka szlachetnego hrabiego Mussidan, zostawszy żoną malarza Andrzeja, wiedziałaby także. To jest pozyskałbym Sabinę ogołocony z jedynego mego szlachectwa, mojej dzikiej dumy. Małżeństwo nasze w takim razie byłoby pierwszem rozczarowaniem. Czy Sabina, mimowolnie nie zaczęłaby znowu porównywać nas? Czemże byłbym wtedy w jej oczach? Przyszłość koniecznie musiałaby zmienić dobrodziejstwo na śmiertelną obrazę. O, panie! życie moje byłoby zatrute. Między mną, a moją żoną ciągle stałoby widmo pana...
Nagle zatrzymał się, jakby przerażony własną gwałtownością. Jeszcze jeden frazes, a począłby już grozić człowiekowi, który postąpił sobie tak szlachetnie.
Energicznie skupił całą swoją wolę i tonem największej grzeczności dodał:
— Ależ doprawdy, sam nie wiem co mówię!... Zanadto już wiele zawdzięczamy panu, abym nie cenił wysoko zaszczytu pozostania jego przyjacielem.
Sprawdzało się to co przepowiedziała panna Mussidan na samą myśl protekcji Andrzej oburzył się.
P. Breulh godzien był zrozumieć uniesienie Andrzeja, które wyśmiałoby wielu ludzi naszego czasu, wyśmiewanie każdego uczucia poważnego i głębokiego poczytujących za dowód dowcipu i dobrego gustu.
Był nawet tak gwałtownie wzruszony, iż nie przychodziło mu na myśl dodać choćby jedno słowo.
Powoli włożył nazad do pugilaresu dwa bilety tysiącfrankowe leżące na stole i głosem stanowczym powiedział:
— Masz pan słuszność. Zawsze jednak pamiętaj pan, że w każdej chwili dnia i nocy, możesz liczyć na Breulh-Faverleya... Zegnam pana!...
Pozostawszy sam Andrzej uczuł się mniej nieszczęśliwym aniżeli był w ciągu dwóch dni.
Dzięki panu Breulh, wiedział teraz, że Sabina nie spotkała przeszkód niespodziewanych, i jeżeli smucił się, że nie ma dotąd od niej wiadomości, to zawsze jednak mniej się niepokoił.
Zanadto wszakże był wzruszony, ażeby w tym dniu ukończyć niektóre ornamenta, przyrzeczone panu Gandelu, ojcu.
Rzucił się na fotel i usiłował zebrać i rozważyć wszystkie szczegóły sceny, która się odbyła.
Pewno zapomniałby o godzinie obiadowej, gdyby w chwili, gdy się najgłębiej pogrążył w rozmyślanie, — nie weszła pani Poileveu nie zapukawszy.
— Przyniesiono list z poczty, powiedziała.
Był to wielki cud, że pani Poileveu sama zanosiła list na czwarte piętro, ale wywiedziawszy się kto był p. Breulh, postanowiła, że „artysta“ będzie odtąd obsługiwany jak książę.
Andrzej był tak zajęty, iż uprzejmość ta wcale go nie zdziwiła. Myślał tylko o Sabinie.
— List!... zawołał, zerwawszy się, daj pani!
Wziął go, lub raczej wyrwał z rąk odźwiernej.
Ale nie Sabina to nakreśliła nieregularne litery na adresie, chociaż łatwo było poznać pismo kobiece...
Z nerwową niecierpliwością zerwał kopertę, spojrzał na podpis: „Modesta“.
Modesta, służąca panny Mussidan? Co to znaczy?
Zadrżał, przeczuwając jakieś okropne nieszczęście i jakby przez mgłę począł czytać:
„Przesyłam panu niniejszy list w tym jedynie celu, aby go uwiadomić, iż pannie Sabinie zupełnie powiodło się, to co pan wiesz.
„Jeżeli pozwalam sobie pisać do pana bez rozkazu, to dla tego, że, niestety! panna jest tak chora, iż sama pisać nie może.“
List ten przeraził Andrzeja. — Sabina chora!... mruknął, nie pomyślawszy o ciekawych uszach Poileveu, tak chora, że ale może pisać do mnie... Ależ, w takim razie... jest w niebezpieczeństwie, może umarła...
Stał nieruchomy, z oczyma w jeden punkt utkwionemi, twarzą strasznie zmienioną i powtarzał bez myśli:
— Umarła!... umarła!...
Ale prawie w tejże chwili nastąpiła reakcja. Zmiął list Modesty, rzucił na ziemię i z nieprzykrytą głową, w roboczej bluzie, wybiegł.
Pani Poileveu była niezmiernie zdumiona.
— A to awantura! zawołała, a to historja!
Zatrzymała się i uśmiechnęła. U nóg swoich ujrzała list. Podniosła go i przeczytała.
— Ta, ta, ta!... mruknęła, panienka ma na imię Sabina. Piękne imię!... a!... chora!... Dla tego to jakby oszalał! To nic, pewna jestem, że ten stary, tak licho ubrany, a taki miły, który dziś rano był tu i wypytywał się o pana Andrzeja, da mi coś za ten list... Ale, nie!... tego nie będzie!... Trzeba być uczciwym!

V.

Gdy mówiła, że jej artysta oszalał, dyskretna pani Poileveu nie bardzo rozmijała się z prawdą.
Takiego zdania byli zapewne wszyscy, którzy widzieli jak słuszny młody człowiek, biało ubrany, biegł niesłychanie szybko ulicami, wiodącemi z dzielnicy Martyrs do Pól Elizejskich.
Wyszedłszy z domu spotkał próżnego fiakra, którego woźnica zachęcał go, by wsiadł; ale to mu nawet na myśl nie przyszło. Uśmiechnął się nawet litościwie: czyż chude te szkapy mogą porównać się z nim w szybkości?!...
Pędził jak wiatr, wiedziony wśród tłumu jakby instynktem. Twarz jego miała wyraz tak szczególny, iż usuwano się przed nim, a potem oglądano i przeprowadzano wzrokiem.
Ale nie miał nawet ani cienia żadnego projektu. Dla czego biegnie ulicą Matignon, co zrobi, lub powie, sam nie wiedział.
Sabina była chora, umierająca; przybliżał się do niej — ot i wszystko.
W Paryżu co chwila można widzieć ludzi tak biegnących wśród tłumu, nie widzących go i nie słyszących ludzie ci gnani są namiętnością jak kula z działa wyrzucona. Dopiero przybywszy na ulice Matignon, Andrzej odzyskał możność zastanowienia się, rozmyślenia i cierpienia.
Aby zebrać myśli i odetchnąć, gdyż we dwadzieścia minut przebiegł całą przestrzeń, usiadł na słupku o kilka kroków od pałacu Mussidan.
Przyszedł po to, by mieć wiadomości pewne, dokładne, szczegółowe. Ale jak ich zasięgnąć? Jaki sposób wynaleźć na to?
Już się ściemniało. Drobne płomyki gazu drżały w latarniach, walcząc z lutową mgłą, następującą zwykle po mrozach.
Było zimno. Ulica Matignon, rzadko ożywiona, nawet w dzień, teraz była zupełnie pusta. Ani jednego fiakra, ani jednego przechodnia; żadnego szmeru, oprócz głuchego turkotu powozów na przedmieściu Saint-Honoré.
Ale myśli młodego malarza były posępniejsze aniżeli ta noc, ta samotność, ta cisza.
Z głęboką rozpaczą poznał on swoją zupełną bezsilność. Najmniejszy krok jego mógł skompromitować tę, która powierzyła mu swój honor.
Wstał jednak i podszedł ku sztachetom pałacu Mussidan. Spodziewał się, że sam widok tego gmachu coś mu wyjaśni. Zdawało mu się, że jeżeli rzeczywiście Sabina była umierającą, to same kamienie pałacu krzyk podniosą.
Smutne szaleństwo! Pałac był jakby we mgle zatopiony; niepodobna nawet było rozpoznać, które okna były oświetlone...
Głos rozumu doradzał mu odejść, czekać, mieć nadzieję.
Ale bardziej nakazujący i naglący głos namiętności wołał: zostań!..
I został. Dlaczego? Sam nie wiedział. Zdawało mu się, że jeżeli Modesta pisała do niego, to powinna była domyśleć się, że jest tu, pożerany najokropniejszą niepewnością, że wyjdzie do niego.
Ale oto nagle krzyknął radośnie. Nadzieja ratunku, jak błyskawica oświetliła jego umysł.
— P. Breulh!.. zawołał. Jemu łatwo będzie dowiedzieć się!..
Na szczęście miał adres tego szlachetnego człowieka; wyczytał go z trudnością i popędził jak strzała we wskazanym kierunku.
P. Breulh-Faverlay zajmuje w alei cesarzowej piękny dom, gdzie mu jest bardzo niewygodnie, jak sam utrzymuje, dla stu przyczyn. Ale konie jego mają tam świeże powietrze, przestronno im i wogóle bardzo dobrze... więc pozostaje i on.
Gdy Andrzej wszedł w dziedziniec, stał tam powóz. W sieniach, jasno oświetlonych, gawędziło i śmiał się czterech czy pięciu służących. Poszedł prosto ku nim i zapytał:
— Pan Breulh?..
Lokaje zmierzyli go wzrokiem ciekawym i zdumionym.
— Pan wyszedł, odpowiedział wreszcie jeden z nich, i na długo.
Andrzej, który odzyskał przytomność umysł u zrozumiał co to znaczy i nie nalegał.. Wyjął bilet wizytowy pana Breulh i szybko napisał na nim ołówkiem te wyrazy.
„Na małą chwilę wielka przysługa — Andrzej.“
— Proszę wręczyć to panu, powiedział, gdy powróci.
I odszedł powoli. Pewnym był, że p. Breulh znajdował się u siebie, i że, jak tylko przeczyta bilet, zaraz poślę po niego.
Stało się, jak przewidywał. We trzy minuty potem, lokaj wprowadzał go do wspaniałego gabinetu.
Spojrzawszy na Andrzeja, p. Breulh odgadł natychmiast, że zaszła jakaś katastrofa.
— Co się stało? zapytał.
— Sabina umiera, odpowiedział młody malarz.
I szybko opowiedział o liście Modesty, o szalonym swym kursie po Paryżu, o bolesnem wyczekiwaniu przed pałacem Mussidan.
Ale ku wielkiemu swemu zdumieniu, w miarę jak mówił, czoło pana Breulh zachmurzało się. Gdy skończył opowiadać nowy jego przyjaciel rzekł:
— Ta niepewność to rzecz okropna, nieznośna, a jednak nie w mojej jest mocy by ustała...
— Jakto?
— Na nieszczęście tak jest, kochany panie Andrzeju... Zastanów się pan tylko. Wczoraj pisałem do hrabiego Mussidau, uwiadamiając go o zerwaniu małżeństwa, prawie zdecydowanego... Dziś posyłać dowiedzieć się o zdrowiu jego córki, byłoby to największą niegrzecznością, impertynencją nie do przebaczenia. Wyprawić którego z moich służących znaczyłoby to jakbym mówił: „Dałem odprawę, więc pewno panna umiera ze smutku.“
— Prawda... mruknął Andrzej.
Pan Breulh był nie mniej od malarza wzruszony. Ale rozmyślał szukając skutecznego sposobu.
— Już mam!... zawołał nakoniec. Jestem cokolwiek spokrewniony z pewną młodą kobietą, kuzynką Mussidanów, wicehrabiną Bois-d’Ardon. Ucieszy ją niezmiernie gdy będzie mogła wyświadczyć nam usługę. To kobieta szalona; ale serce ma złote... Powóz mój zaprzężony; chodź pan prędko.
Służący osłupieli, widząc poufałość, jaka zdawała się panować między ich panem a tym młodym człowiekiem w bluzie. Gdy powóz szybko potoczył się, jeden stary lokaj, weteran liberji wynurzył zdanie, że w tem musi coś być.
Ani słowa nie przemówili do siebie dwaj młodzi ludzie podczas przejazdu, który trwał nie długo. Dom zamieszkały przez panią Bois-d’Ardon wychodził frontem na aleję Pól elizejskich.
Zaledwie powóz zatrzymał się, już p. Breulh wyskoczył z niego.
— Czekaj pan na mnie, rzekł do Andrzeja, zaraz wrócę.
I wpadł do domu.
— Pani przyjmuje? zapytał służącego, który go znał.
— Przyjmuje.
Biała, pulchna, świeża, uśmiechnięta, jasnowłosa z natury, a dzięki sztuce czerwono-włosa — bo taka moda z najpiękniejszemi oczami w świecie, pani Bois-d’Ardon poczytywana jest za jedną z najprzyjemniejszych kobiet w Paryżu.
— Ma trzydzieści lat. Wszystko zna, wszystko wie, wszystko widziała, o niczem nie wątpi, mówi bezustannie, często dowcipnie, a złośliwie zawsze. Mówią, że niebezpieczna.
Wydaje czterdzieści tysięcy franków rocznie na stroje, ale kiedy mówi swemu mężowi: „Nie mam co wziąć na siebie,“ to mówi prawdę. Wielka marnotrawnica.
Zdolna do największych niedorzeczności, do niesłychanych wybryków, bardzo jest spotwarzana. Na tuziny liczą jej kochanków, a nigdy nie miała ani jednego.
Pomimo niezmiernych swych dziwactw i życia szalonego, ubóstwia swego męża i boi się go jak ognia.
On wie o tem i nie chełpi się z tego; to mędrzec. Pozwala wicehrabinie wirować w próżni, jak marjonetka na nitce, ale nitkę tę trzyma silną ręką.
Taką jest w rzeczywistości kobieta, do której wprowadził pana Breulh lokaj w krzyczącej liberji.
Wicehrabina Bois-d’Ardon znajdowała się w prześlicznym saloniku, położonym tuż przy jej sypialni, gdy zaanonsowano jej pana Breulh-Faverlay.
Tylko co ukończyła swą toaletę, dopiero piątą w dniu dzisiejszym.
Dla zabicia czasu rozglądała śliczny kostium wiwandierki z epoki Ludwika XV. — arcydzieło Van-Klopena, który przywdziać miała po powrocie z opery włoskiej, udając się na bal kostiumowy do ambasady austrjackiej.
Ujrzawszy pana Breulh krzyknęła radośnie i klasnęła w ręce.
P. Breulh i wicehrabina lubili się bardzo, chociaż rzadko widywali się gdzie indziej wyjąwszy w towarzystwach. Gdy byli młodsi oboje całe miesiące nieraz spedzali razem w zamku ich wuja, starego hrabiego Faverlay.
Z dziecinnych swych czasów zachowali serdeczną poufałość, nazywali się po imieniu.
— Jakto, to ty, Gontranie! zawołała młoda kobieta, o tej porze, u mnie!... Ależ to jest fakt niepojęty, szczególny, cud, marzenie!...
I przerwała sobie nagle, zdziwiona zmienionemi rysami swego gościa.
— Ale co ci jest? zapytała, masz taką pogrzebową minę, czy ci się wydarzyło jakie nieszczęście?
— Spodziewam się, że jeszcze nie, ale jestem strasznie zaniepokojony; powiedziano mi, że panna Mussidan jest niebezpiecznie chora.
— Ach!... mój Boże!... teraz pojmuję twoje zmartwienie. A cóż jest tej kochanej Sabinie?
— Nie wiem, i to właśnie sprowadza mię tu. Przyszedłem, kochana Klotyldo, prosić cię byś posłała kogo ze swych ludzi do pałacu Mussidan, aby się dowiedział ile jest prawdy w tem co mi powiedziano.
Pani Bois-d’Ardon okrutnie wytrzeszczyła oczy.
— Żartujesz! zawołała. Dlaczegóż sam nie poszlesz?
— Nie mogę. I słuchaj, jeżeli jesteś litościwa, nie pytaj mię o przyczynę. Bo naprzód skłamałbym... A przytem zaklinam cię, byś nikomu nie mówiła o tym moim kroku.
Chociaż zdjęta niezmierną ciekawością, młoda kobieta nie nalegała dłużej.
— Niech i tak będzie, odrzekła, szanuję twoją tajemnicę. Możesz być pewnym, że sama udam się do Oktawiusza. Pojechałabym natychmiast, gdyby nie to, że p. Bois-d’Ardon wyłajałby mnie, gdyż niecierpi sam jeść obiadu. Ale zaraz po obiedzie puszczam się w drogę.
— Dziękuję po tysiąc razy. A teraz powracam do siebie i czekam na parę słów od ciebie.
— Do siebie?... O! co to, to nie. Będziesz na obiedzie u nas.
— Niepodobna; jeden z moich przyjaciół czeka na mnie na dole.
Z akcentu pana Breulh hrabina domyśliła się, że nalegałaby na próżno. Ale jeżeli w tej chwili uznawała się pobitą, to przyrzekała sobie i odwet. Niejasno domyślała się jakiejś zagadki i poprzysięgła że ją rozwiąże.
— Jeżeli tak, rzekła tonem swobodnym, to w ciągu wieczora przyrzekam ci przesłać list... A teraz spiesz do swego przyjaciela.
P. Breulh ścisnął serdecznie rękę młodej kobiety i wyszedł.
Andrzej, jak tylko go ujrzał, podbiegł ku niemu.
— No i cóż? zapytał.
Chociaż nieobecność pana Breulh trwała niedługo, Andrzej nie miał jednak cierpliwości czekać w powozie, ale wysiadł i przechadzał się szybko po chodniku.
— Uspokój się pan, odpowiedział pan Breulh, panią Bois-d’Ardon nie uwiadomiono o chorobie panny Sabiny, to już dobry znak. W każdym razie za trzy godziny będziemy mieli wiadomości dokładne.
— Trzy godziny!... szepnął Andrzej takim samym tonem, jakby mówił: trzy wieki.
— To długo, wiem; ale przez ten czas będziemy mówić o niej. Bo nie rozstaniemy się; zabieram pana do siebie na obiad.
Andrzej skinął głową, wsiedli do powozu, który szybko powrócił tą samą drogą.
Niemasz energii, któraby z czasem nie osłabła. Andrzej od rana doznał więcej może wzruszeń aniżeli przez całe swe życie. Po egzaltacji bliskiej szaleństwa wpadł w rodzaj odrętwienia, następującego zwykle po każdem bolesnem przesileniu.
Służba pana Breulh była niepomału zdziwiona, gdy ten wychodzi z domu z człowiekiem w białej bluzie. Ale zdumiała się, widząc, że powrócili razem.
Awantura w końcu przybrała rozmiary fantastyczne, gdy ujrzeli, że dumny pan usiadł naprzeciw Andrzeja we wspaniałej sali jadalnej i kazał odejść wszystkim, aby mogli swobodniej rozmawiać.
Jadło było wykwintne, ale biesiadnicy zanadto byli wzruszeni, aby zwracać na to uwagę. Machinalnie prawie poruszali nożami i widelcami; nie pili i nie jedli.
Dziesięć razy próbowali rozpoczynać rozmowę o przedmiotach postronnych; dziesięć razy po kilku jednozgłoskowych wyrazach rozmowa urywała się.
Tak dobrze pojęli bezowocność swych wysileń, że przyszedłszy po obiedzie do gabinetu p. Breulh, gdzie im podano kawę, milczeli oba, pogrążeni w dumanie.
Andrzej usiadłszy w kącie, nie odrywał oczu od zegara. Pan Breulh ciągle poprawiał ogień w kominku.
Koło dziesiątej godziny, w przedpokoju dał się słyszeć szmer, szepty i szelest sukni jedwabnej.
P. Breulh wstawał, gdy drzwi nagle otworzyły się.
Pani Bois-d’Ardon wpadła jak huragan.
— To ja!... zawołała na progu.
Krok ten jej był więcej aniżeli śmiały. Ale wice-hrabina widocznie nie wiele dbała o to.
— Jeżeli ośmielam się przychodzić do ciebie, Gontranie, zawołała z wielką gwałtownością, to dla tego, iż chcę ci powiedzieć w oczy co myślę o twojem postępowaniu: jest ono szkaradne, niegodne człowieka przyzwoitego!...
— Klotyldo!...
— Milcz jesteś potwór. A teraz pojmuję dlaczego nie śmiałeś sam posłać dowiedzieć się o zdrowiu Sabiny. Przewidziałeś skutki twego listu.
P. Breulh uśmiechnął się i zwróciwszy się ku Andrzejowi powiedział:
— Czyż nie mówiłem?
Teraz dopiero dostrzegła pani Bois-d’Ardon obcego człowieka. Przyszło jej na myśl, że popełniła okropną niedyskrecję.
— Ach! mój Boże! krzyknęła, cofając się instynktowo, a ja sądziłam, że jesteś sam.
— Tak jakbym był nim, odpowiedział z powagą p. Breulh; pan... jest jednym z tych przyjaciół, przed którymi niemasz tajemnic.
To rzekłszy wziął Andrzeja za rękę i podprowadzając go do wicehrabiny dodał:
— Pozwól, kochana Klotyldo, przedstawić sobie p. Andrzeja, malarza, które imię, dziś nie znane, jutro będzie sławnem.
Andrzej skłonił się głęboko, ale wicehrabina była tak zdumiona, iż nie zdobyła się na odpowiedź.
— Panie, powtarzała, szukając jakiegokolwiek frazesu, panie...
Ubiór tego poufałego przyjaciela zdumiewał ją. A potem, do czego ta szczególna rekomendacja?
— A więc, zaczął znowu p. Breulh, nie zwodzono nas na wyrazie nas położył nacisk panna Mussidan jest rzeczywiście chora.
— Niestety!...
— Widziałaś ją?
— Widziałam. Biedna Sabina!... Nie poznała mię gdym weszła do jej pokoju, może nawet nie spostrzegła... Leżała w łóżku, blada, nieruchoma i zimna jak posąg, z oczyma szeroko otwarte mi, bez ognia, bez wyrazu. Ani jednego słowa, ani jednego poruszenia, nic! I oto już przeszło dobę znajduje się w takim stanie. Możnaby myśleć, że nie żyje, mówiła mi jej matka, gdyby nie łzy, chwilami spływające po twarzy...
Andrzej przyrzekł sobie, że będzie panować nad swemi uczuciami w obecności pani Bois-d’Ardon. Ale dowiedziawszy się o smutnej prawdzie, wzruszenie jego przemogło wolę, i nie był w stanie stłumić tkania wyrywającego się z piersi.
— Ach!... zgubiona! krzyknął, czuję to!...
Ten wybuch boleści był tak rozdzierający, że wicehrabina uczuła jak się jej serce ścisnęło.
— Zapewniam pana, rzekła, że przesądzasz ważność położenia. Niemasz żadnego niebezpieczeństwa, przynajmniej w tej chwili. Lekarze utrzymują, że jestto rodzaj katalepsji... Mówią że to się często wydarza osobom nerwowym, w skutek jakiej niespodziewanej katastrofy, wielkiego zmartwienia.
— Ale jakież zmartwienie? zapytał Andrzej.
Pani Bois-d’Ardon nie odpowiadała. Zwróciła się ku panu Breulh, a oczy jej błyszczały najżywszą ciekawością.
Co to znaczy że tu, w tem miejscu, znajduje się jakiś młody człowiek, zdający się być rzemieślnikiem? Zkąd pochodzi to jego niezwykłe zajęcie się Sabiną?
— Mój Boże!... odpowiedziała wreszcie, nikt mi nie mówił, że choroba Sabiny spowodowana jest zerwaniem jej małżeństwa, ale przypuszczam...
— Nie, przerwał jej p. Breulh, to nie może być powodem.
— Jednak...
— Jestem tego pewny — i to najwięcej mię niepokoi. Co się stało? Czyś się nie wypytywała, Klotyldo? czy ci nic nie powiedziano?
Niezwykła pewność, z jaką mówił p. Breulb, porozumiewanie się jego wzrokiem z Andrzejem, poczynały nieco rozjaśniać myśli wicehrabiny.
— Rozumie się, żem się rozpytywała, odrzekła; ale odpowiedzi były bardzo nieokreślone. Jeżeli Sabina podobna jest do umarłej, to Oktawiusz i jego żona, siedzący przy jej łóżku są jak by dwa widma. Gdyby zabili ją własnemi rękami, to i wtedy nie byliby w okropniejszym stanie. Patrzyli na siebie wzrokiem tak okropnym, że aż strach mię przejmował. Teraz, po tem co słyszę od ciebie, poprzysięgłabym, że nie powiedziano mi wszystkiego, bo widzisz...
P. Breulh nie zadawał sobie trudu, by ukryć swą niecierpliwość.
— Dalej, dalej zawołał, co ci odpowiedziano na twoje pytania?
— Oto co: naprzód przez cały ranek Sabina wydawała się nadzwyczaj wzruszoną, tak, że nawet matka zapytywała jej czy nie jest cierpiącą.
— Wiemy to; wiemy również dla czego znajdowała się w takim stanie.
— A!... zawołała wicehrabina niezmiernie zdziwiona; więc pomijam to. Popołudniu spędziłeś około pół godziny z Sabiną. Dokąd poszła gdyś się oddalił? Nikt tego nie wie. Przekonano się tylko, że nie otrzymała żadnego listu i że nie wychodziła z pałacu... Koniec końców, w godzinę potem powróciła do swego pokoju, gdzie się znajdowała jej służąca, Modesta, niezmiernie do niej przywiązana. Sabina miała twarz nadzwyczaj zmienioną i szeptała jakieś niezrozumiałe wyrazy. Widząc, że się chwieje, Modesta podbiegła ku niej. Już było zapóźno. Sabina padła na ziemię, krzyknąwszy przeraźliwie. Podniesiono ją i położono. Od tej chwili znajduje się w takim stanie, jak ci mówiłam; nie odzyskała przytomności, nie wyrzekła ani jednego wyrazu, nawet się nie ruszyła.
Rzecby można, że całe życie Andrzeja zawisło na ustach pani Bois-d’Ardon. Dla niego to, co mówiła, nie było opowiadaniem. W skutek szczególnego fenomenu wyobraźni, nie uznającej ani czasu ani przestrzeni, był on obecnym przy scenach opisywanych, widział Sabinę padającą, widział na łóżku nieruchomą i zlodowaciała.
Więcej panujący nad sobą, nie przejęty takiem uczuciem jak Andrzej, p. Breulh nie tyle słuchał młodej kobiety, ile raczej silił się odgadnąć jej myśli ukryte.
— I to już wszystko? zapytał szczególnym tonem.
— A wszystko, odpowiedziała wicehrabina, wszystko.
— Mogłabyś to zaprzysiądz?
Młoda kobieta zadrżała; wahanie jej było widocznem.
— Jak ty mi to mówisz! zawołała z przymuszonym uśmiechem; jak ty się patrzysz na mnie!.. Wiesz, że z ciebie byłby doskonały sędzia śledczy.
— Być może, odrzekł p. Breulh być może...
Przerwał sobie. Tysiąc nieokreślonych podejrzeń, których niemógł należycie wyformułować, opanowało jego umysł.
Miał on doświadczenie, nabyte kosztem życia własnego, wiedział, że przede wszystkiem nie należy ufać pozorom, które głupcy nazywają faktami przekonywającemi.
Ale przed powzięciem stanowczej decyzji, wahał się, obliczał skutki. Aby ukryć swe wahanie począł chodzić po pokoju wielkiemi krokami.
Po minucie bardzo uciążliwego milczenia, stanął nagle przed wice hrabiną, która siedziała przed kominkiem i zaczął tonem uroczystym:
— Moja kochana Klotyldo, nie będzie w tem dla ciebie nic nowego, gdy ci powiem, że często byłaś spotwarzana.
— Ba!... niech sobie gadają...
— Ale szczerze ci mówię, iż ja sądzę o tobie wcale nie tak, jak świat. Jesteś tylko niezmiernie nieostrożna; obecność twoja u mnie, o tej godzinie, przekonywa o tem. Jesteś lekkomyślna, płocha, cokolwiek.... szalona... Ale zarazem jesteś — wiem o tem — kobieta uczciwa, zacna i masz dobre serce.
Wicehrabina, z natury swej wcale nie trwożliwa, wydawała się niezmiernie zmieszaną.
— A to co? zapytała, do czego to zmierza?
— Do tego, kochana Klotyldo, że można — wszak prawda? — nie narażając się bynajmniej, powierzyć ci tajemnice, od której zależy honor, a może i życie wielu osób.
Jeszcze bardziej wzruszona pani Bois-d’Ardon wstała.
— Dziękuję ci Gontranie, odrzekła z prostotą, słusznie mię osądziłeś.
Ale Andrzej, który nakoniec zrozumiał zamiar pana Breulh, wysunął się naprzód i zapytał prędko:
— Czy masz pan prawo mówić?
Pan Breulh wziął go za rękę i przez chwilę trzymał.
— Mój przyjacielu, powiedział, w tej sprawie honor mój jest tak samo w grze, jak i twój. Czyżby ci zabrakło zaufania?
Potem, zwróciwszy się ku pani Bois-d’Ardon, powiedział:
— Opowiedz nam pani resztę. Ja będę mówić potem.
— O!... resztę!.. zaczęła młoda kobieta, reszta nie wiele warta; niektóre szczegóły mam od Modesty. Zaledwie wyszedłeś z hotelu, przybył tam p. Clinchan...
— Clinchan!... stary fiksat, serdeczny przyjaciel hrabiego?
— Ten sam. Mieli z sobą... jakby to powiedzieć? zwadę tak gwałtowną, że w końcu panu Clinchan źle się zrobiło; trzeba go było cucić i z wielką trudnością zdołał dojść do swego powozu, wsparty na służącym.
— A!... to już wskazówka.
— Czekaj!... Gdy Clinchan odjechał, Oktawiusz strasznie posprzeczał się z żoną. Znasz mego kochanego kuzyna. Od krzyków jego trząsł się pałac. Podczas tej to sceny Sabina, umierająca, przybyła do swego pokoju. Modesta sądzi że pani jej coś słyszała.
W całem tem opowiadaniu, nie było ani jednego wyrazu, któryby nie wzmacniał przypuszczeń pana Breulh.
— Widzisz, kochana Klotyldo, powiedział, że w tem coś jest; sama przekonasz się, gdy się dowiesz o wszystkiem.
I natychmiast, krótko, jasno, nieopuszczając żadnego ważnego szczegółu, opowiedział historję Andrzeja, Sabiny i swoją.
Podczas tego opowiadania pani Bois-d’Ardon drżała, cokolwiek ze strachu, a cokolwiek z radości. Mogła nakoniec zadowolnić z całą przyzwoitością ową niespokojną ciekawość, dręczącą kobiety niemające zajęcia, a która często bywa powodem ich największych szaleństw.
Gdy p. Breulh skończył, wicehrabina podała mu rękę i rzekła:
— Przebacz mi, Gontranie, moje niesprawiedliwe wyrzuty. Teraz zupełnie podzielam twoje zdanie. Tak, w tem coś jest.
— I to coś, jest dla naszego przyjaciela Andrzeja jedną przeszkodą więcej.
— O! zawołał malarz, a to dlaczego?
— Sam nie wiem. Jestto tylko przeczucie, niemam dowodów; a jednak prawie pewny jestem. Otóż, zapamiętaj to pan, dodał groźnym tonem mogłem, ulegając prośbom cudnej kobiety, usunąć się przed panem... ale niechcę otwierać pola pretensjom innych. Jeżeli panna Mussidan nie może być żoną moją... to musi być żoną pana.
— Tak, szepnęła wicebrabina; ale jak tu odgadnąć co się stało?
— Wykryjemy to, kochana Klotyldo... jeżeli ty zechcesz nam dopomódz.
Niemasz kobiety, młodej ani starej, którąby nie zachwyciła perspektywa zajęcia się swataniem.
Pani Bois-d’Ardon wielce przypadła do smaku myśl oddania usług namiętności tak szlachetnej i tak czystej, a której początki były tak romantyczne.
Przeszkody, jakie upatrywała, nie tylko że ją nie zniechęcały, ale jeszcze podbudzały. Czyż nie dostarczą jej one sposobności do przekonania raz jeszcze o ile wyższą jest dyplomacja kobieca od meskiej? Trzeba będzie walczyć, ukrywać, kombinować, otaczać się tajemnicą i ostrożnościami... Cóż to za wyborna rzecz!...
— Najzupełniej oddaję się ci do rozrządzania kochany Gontranie, odrzekła. Czy masz jaki projekt?
P. Breulh niemiał jeszcze żadnego projektu, ale go szukał.
— Nie właściwemby było, powiedział, postępować z panną Mussidan nieszczerze. Zgłośmy się prosto do niej. Nasz przyjaciel, Andrzej, napisze do niej i zażąda wyjaśnień; a gdy jutro będzie zdrowszą, jak się można spodziewać, ty wręczysz jej list.
Propozycja była... nieco żywa, zlecenie szczególne; ale to najmniej obchodziło wicehrabinę.
— To zły sposób, odrzekła z miną poważną, z którą jej było wcale do twarzy; bardzo zły!
— Tak sądzisz?
— Jestem pewna. Zresztą p. Andrzej słucha nas — niech sądzi.
Rzeczywiście Andrzej słuchał. Zdawał się on być złamany gwałtownemi wzruszeniami, ale nie był z tych, którzy zrzekają się własnego zdania, i którzy w stanowczych chwilach powierzają się natchnieniu innych.
Zainterpelowany przez panią Bois-d’Ardon odpowiedział:
— Sądzę, że pani ma słuszność. Uwiadomić tak nagle pannę Mussidan, żeśmy się rozporządzili tajemnicą, która jest więcej tajemnicą jej aniżeli naszą, byłoby nieroztropnością.
Wicehrabina potakująco skinęła głową.
— Jest sposób prostszy i pewniejszy, mówił dalej malarz. Jeżeli jutro pani wicehrabina zechce poprosić Modesty, by o południu znajdowała się na rogu ulicy Matignon, to znajdzie mnie tam, a od niej dowiem się o wszystkiem najdokładniej.
— A to co innego!... zawołała pani Boisd’Ardon, to jest rozsądnie!... Jutro, panie Andrzeju, zaraz rano, będę u Oktawiusza i życzenie pańskie będzie ściśle spełnione...
Tu zatrzymała się nagle i wydała lekki okrzyk pięknej kobiety przestraszonej. Wzrok jej padł na zegar, który wskazywał dwunastą godzinę bez dwudziestu minut.
— Ach!... Boże wielki!... zawołała, zrywając się; mam być w ambasadzie austrjackiej, a nie jestem jeszcze ubrana!...
I wdzięcznym ruchem zarzuciwszy na ramiona ogromny szal kaszmirowy, wybiegła wołając:
— Do jutra, Gontranie, zajadę do ciebie udając się do lasku.
Wszystko to stało się tak szybko, że p. Breulh nie miał czasu ani odprowadzić wicehrabiny, ani zadzwonić, by jej poświecono. Gdy wyszedł była już daleko.
Andrzej i p. Breulh, już spokojniejsi, długo jeszcze rozmawiali, siedząc przy kominku, wynurzając się jak ludzie, którzy wspólnie cierpią dla wspólnego celu.
Zrana nie znali się jeszcze. A gdy się rozstali byli jak dwaj starzy przyjaciele, których skłonności oparte są na nie wzruszonym szacunku, i którzy zatem nie liczą wyświadczonych sobie nawzajem usług.
P. Breulh chciał odwieźć Andrzeja w swoim powozie, ale młody malarz podziękował i prosił tylko o kapelusz i okrycie, które wdział na białą swoją bluzę.
— Jutro, szepnął odchodząc, jutro Modesta opowie mi mnóstwo szczegółów... Byle tylko ta młoda dama, tak poczciwa a tak lekkomyślna, nie zapomniała o mnie.
— Ale pani Bois-d’Ardon — jak to sama lubi dowodzić — umie być poważną, gdy potrzeba. Powróciwszy z balu nie kładła się spać, aby przed dziesiątą jeszcze być w pałacu Mussidan.
To też gdy popołudniu Andrzej wyszedł na umówioną schadzkę, znalazł Modestę już czekającą na niego.
Zacna dziewczyna miała minę bardzo przygnębioną. Wybladłe jej policzki i zaczerwienione oczy przekonywały, że odczuła wszystkie boleści swej ubóstwianej pani.
Sabina nie przyszła do przytomności. Domowy lekarz nie wydawał się zaniepokojonym, ale zażądał konsylium.
O tem naprzód Modesta uwiadomiła Andrzeja. Ale na inne jego nalegające zapytania nie mogła nic odpowiedzieć; wszystko, co wiedziała, opowiedziała już hrabinie.
Pomimo to rozmowa toczyła się długo, a przy rozstaniu umówili się, że jutro rano i wieczorem zejdą się na tem samem miejscu.
Przez dwa dni jeszcze położenie Sabiny nie zmieniało się. Andrzej wiódł żywot opłakany. Cały czas przechodził mu na bieganiu na ulicę Matignon, a ztamtąd do p. Breulh, gdzie spotykał panią Bois-d’Ardon.
Nakoniec na trzeci dzień rano znalazł Modestę jeszcze bardziej zmartwioną.
Katalepsja przeminęła, ale teraz Sabina dostała paroksyzmu gorączki nerwowej.
Wierna pokojówka i Andrzej tak byli zajęci swemi troskami, iż nie wiedzieli, jak przed niemi przechodził jeden ze służących pałacu Mussidan, piękny Florestan, który do skrzynki pocztowej wrzucał list do Mascarota.
— Słuchaj, Modesto, rzekł Andrzej głosem zaledwie dosłyszanym; ona jest w niebezpieczeństwie, w wielkiem niebezpieczeństwie, prawda?
— Lekarz utrzymuje, że podobne przesilenie nie może trwać długo. Przed końcem dnia będzie to wiadomem. Przyjdź pan o piątej.
Andrzej odszedł szybkim krokiem człowieka, który stracił przytomność. Przybywszy do pana Breulh, był jak w szale. Myśl, że Sabina może umiera, a on nie może przyjąć ostatniego tchnienia, tej duszy całkiem jemu oddanej, zmysłów go prawie pozbawiała.
Tak stracił głowę, że, gdy nadeszła chwila, w której miał widzieć się z Modestą, p. Breulh wymógł na nim to, iż będzie mu towarzyszyć.
W miejscu, gdzie się schodzą aleje ujrzeli Modestę, która szybko ku nim pobiegła.
Śpi, powiedziała, lekarz utrzymuje, że jest uratowana.
Andrzej zachwiał się i pan Breulh był zmuszony poprowadzić go do ławki, na którą padł bez czucia...
Nie domyślali się, że byli szpiegowani.
O dwadzieścia kroków od ławki, dwóch ludzi, Mascarot i Florestan, podpatrywali ich.
Przebudzony ze swego złudnego bezpieczeństwa lakonicznym biletem Florestana, zacny stręczyciel, wychodząc z domu, bez ceremonii zajął coupé doktora Hortebize.
Doskonały kłusak w kwadrans przebiegł znaczną odległość między ulicą Montorgueil i przedmieściem St. Honoré.
Ale niespokojność Mascarota była tak wielką, że dziesięć razy w ciągu drogi, chociaż powóz pędził jak strzała, wychylał się z drzwiczek i wołał na stangreta:
— Prędzej, prędzej!
Kazał zatrzymać się przed zakładem ojca Canon, tego światłego lubownika gry na trąbce.
Fakt szczególny! Była to pora w której zwykle pije się kieliszek, a jednak Florenstana nie było u kupca win!
— Przyjdzie, powiedziano.
Ale Mascarot, niemogąc dłużej znosić niepewności, posłał po niego do pałacu.
Gdy piękny lokaj, przybywszy, uwiadomił go o szczęśliwem przesileniu w chorobie Sabiny, która pewno przyjdzie do zdrowia, wtedy dopiero odetchnął.
Przez chwilę zapytywał sam siebie, czy krucha budowa, cierpliwie przez dwadzieścia lat wznoszona, już się nie rozsypała na tysiąc kawałków.
Zmarszczył brwi, gdy Florestan uwiadomił go o schadzkach codziennych Modesty z młodym człowiekiem, którego nazywał kochankiem panny.
— Ach! mruknął, dlaczegoż nie mogę choć zdaleka być przy tej schadzce!
— Ależ zdaje mi się, że to bardzo łatwo, odrzekł Florestan.
I wyjąwszy z kieszeni śliczny złoty zegarek, zapewne podarunek miłośny, dodał:
— Właśnie o tej porze schodzą się, zawsze w jednem i tem samem miejscu, a zatem, jeśli panu serce doradza...
— Tak jest, idźmy!
Wyszli natychmiast, a obawiając się, by ich nie postrzeżono i dla większego bezpieczeństwa udali się na Pola elizejskie przez ulicę Cyrku.
Miejscowość bardzo się dla nich nadawała.
Niedaleko od chodnika alei Matignon od strony Cyrku wznosiło się kilka drewnianych sklepików, w których latem stare kobiety sprzedają zabawki i ciastka.
— Doskonale nam będzie za jedną z tych budek, powiedział Florestan.
Nadchodziła noc. Już zapalacze latarń przebiegali wzdłuż alei, rozpoczynając swoją robotę. Ale jeszcze można było rozpoznawać osoby.
Około pięciu minut czekał stręczyciel, gdy godny towarzysz potrącił go łokciem.
— Uważaj pan!... zawołał, nadchodzi Modesta... byle tylko nie przyszło jej do głowy iść po naszej stronie!... Nie!... poszła zwykłą drogą!... A!... dziś kochanek jest z jednym ze swych przyjaciół... Ale co?... rzekłbyś, że mu się źle zrobiło... Na szczęście ten drugi podtrzymał go!... Widzisz, papa?
Mascarot widział bardzo dobrze. Scena ta, zdradzająca ognistą namiętność, niespodobała mu się w wysokim stopniu.
Chcieć zniszczyć szczęście człowieka, który kocha szczerze i czuje, że jest kochanym, to rzecz zawsze niebezpieczna.
— A więc, zapytał stręczyciel, to ten słuszny brunet, który rozwalił się na ławce, ma być wielbicielem twojej panny?...
— Tak jest.
— Koniecznie trzeba, mruknął wy wiedzieć się dokładnie co to za jeden.
Florestan przybrał minę wielce dyplomatyczną i uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Ty go znasz? zapytał żywo stręczyciel.
— No, no, niech się papka nie unosi; powie mu się wszystko bez odwlekań. Pan jesteś poczciwina!... Otóż, przedwczoraj, paliłem sobie fajeczkę przed bramą pałacową, gdy wtem widzę przechodzi nasz kogucik. O! ale czub zwisł mu bardzo! To się rozumie. Gdyby moje sumienie zachorowało, i ja byłbym nie lepszy... Jednem słowem, nie mając nic pilnego do roboty, powiedziałem sobie: „Dowiem się kto ty jesteś.“ I to rzekłszy, poszedłem za nim z rękami w kieszeni. Mój kogut idzie, idzie... ja, naturalnie, także idę. Nakoniec wchodzi do jednego domu. Dobrze! I ja tam wchodzę w minutę po nim. Przystępuję prosto do odźwiernej i pokazując jej mój kapszuk na tytoń, który wydobyłem z kieszeni, mówię: „Oto co zgubił ten młody człowiek, który idzie po schodach, czy go pani znasz?“ Rozumie się, że znam, odpowiada odźwierna, to artysta z czwartego piętra, pan Andrzej...
— Ale to się odbyło przy ulicy Tour d’Auvergue, pod N... przerwał Mascarot.
— Tak! odpowiedział zdziwiony lokaj. A!... pan mię wyciągasz na słowo, a jesteś poinformowany lepiej aniżeli ja.
Nie; zacny stręczyciel nie wyciągał na słowo.
Sam on był zdziwiony tem, jak uporczywie traf stawiał ciągle tego młodego człowieka na drodze jego kombinacyj.
Na drugi dzień po tem, gdy mu kucharka Róży utytułowanej przez Gastona Gandelu wicehrabiną Zorą opowiedziała o artyście, znającym przeszłość Róży i Pawła Violaine, przedsięwziął ostrożności.
Tantaine poszedł na zwiady i dotarł aż do pani Poileveu, to jest, aż do Andrzeja.
Dziś, ten kochanek panny Mussidan, tak mu obecnie zawadzający, a który mógł się stać groźnym, okazał się być tym samym Andrzejem.
— Przynajmniej, zapytał pięknego lokaja, zażądałeś u odźwiernej, by ci zwróciła kapszuk?
— Nie. Powiedziałem, że zajdę po niego. Bardzo mię on tam obchodzi!
— Nierozsądny zawołał stręczyciel, szalony!
— Ja?... a to dla czego?
Mascarot zawahał się przez chwilę, potem odpowiedział:
— Nic... tak...
Prawdy nie mógł wyjawić Florestanowi.
Prawdą jednak było, że mocno go obeszło, iż taki dowód śledzenia znajdował się w ręku pani Poilevou.
Tak niewiele potrzeba, by zręcznego człowieka naprowadzić na trop intrygi najzawilszej!
— Otóż to są, szepnął tak cicho, iż Florestan nie mógł go słyszeć, owe niezręczności nie dające się poprawić.
Ale zatrzymał się, by zwrócić na Andrzeja całą swoją uwagę. Młody malarz przyszedł do siebie, podniósł się i rozmawiał z wielkiem ożywieniem. Musiał mówić coś bardzo ważnego, gdyż Modesta zdawała się przestraszoną i podniosła ręce do góry.
— A tente, zapytał po chwili, co to za jeden ten drugi, co ma angielską minę?
— Jakto? pan go nie znasz? To p. Breulh-Faverlay!
— Breulh?... ten, co...
— Ten co miał się żenić z panną...
Zacny stręczyciel był jednym z tych niebezpiecznych awanturników, których nic nie zbija z tropu i nie dziwi, którzy zawsze gotowi są na wszystko; nie mógł jednak teraz ukryć swego przerażenia i zaklął straszliwie.
— Do wszystkich piorunów!... zawołał. Więc Breulh i Andrzej są z sobą w przyjaźni?...
Mascarot musiał chyba stracić całą swoją zimną krew, by się wyrwać z tym wykrzyknikiem. Wszystko bowiem w obejściu się tych dwóch ludzi dowodziło wielkiej zażyłości.
Modesta rozstała się z nimi, a oni poszli w kierunku alei Cesarzowej, trzymając się poufale pod ręce.
— Jak widzę, zaczął znowu stręczyciel, pan Breulh pociesza się po odprawie.
— Po odprawie?... on?... Więc nie powiedziałem panu? Ale, prawda — nie. Otóż p. Breulh sam napisał, że cofa swoje słowo.
Na ten raz Mascarot miał siłę ukryć wrażenie, jakie sprawił na nim ten cios straszliwy. I nawet z wesołą twarzą, zadawszy jeszcze kilka pytań Florestanowi, rozstał się z nim.
Ale był okropnie zmieszany. Sądził, że już sprawa wygrana, a teraz dostrzegł, że chociaż jeszcze nie przepadła ostatecznie, zawsze jednak jest mocno skompromitowana.
— Jakto?... mruczał gniewnie zaciskając pięście, gdy już dochodzę do celu, miałaby mnie zatrzymywać głupia namiętność dziecięca P... Nie! tego nie będzie!... Muszę dojść. Spotykam go na mojej drodze. Tem gorzej dla niego!

VI.

Dawno już doktor Hortebize zrzekł się występowania przeciw woli Mascarota.
Mascarot rozkazuje — on słucha. To mu zaoszczędza wiele trudu.
Zacny stręczyciel zalecił mu nie spuszczać Pawła z oczu; nie rozstał się więc z nim ani na minutę.
Zaprowadził go do Martin-Rigala, gdzie zostali na obiedzie, chociaż bankiera nie było w domu, potem do siebie, gdzie wymógł na nim, że przyjmie przez noc gościnę.
Czuwając długo w nocy, Hortebize i uczeń jego wstali bardzo późno.
Ale koło jedenastej godziny ukończyli już swoją toaletę i przygotowywali się do doskonałego śniadania. Wtedy służący zaanonsował pana Tantaine.
W tejże chwili człeczyna ukazał się w pokoju jadalnym, ze zgiętym karkiem, uśmiechnięty i słodki.
Ujrzawszy tego fatalnego protektora, Paweł uczuł jak mu zawrzała wszystka krew w żyłach.
Zerwał się nagle, zaczerwieniony, gniewny, i tak groźny, iż można było sądzić, iż się rzuci na starego pisarza od komornika.
— Nakoniec znajduję pana!... zawołał, mamy z sobą rachunek do załatwienia!...
Zdawało się, że poczciwy ojciec Tantaine spadł z obłoków.
— Rachunek?... zapytał.
— Tak jest, panie, rachunek!... Czy zaprzeczysz pan temu, że dzięki jego przewrotnym manewrom byłem obwiniony o kradzież przez panią Loupias?
— Cóż dalej?
— Czy nie pan przychodziłeś do mnie?
Stary pisarz od komornika ruszył ramionami.
— Sądziłem, odrzekł miodowym głosem, że p. Mascarot wyjaśnił panu wszystko; sądziłem, że pan chcesz poślubić pannę Flawię... Mówiono mi, że pan jesteś człowiek młody, pełen inteligencji i przenikliwości...
Doktor począł śmiać się. Paweł zrozumiał że rzeczywiście spóźnione jego oburzenie było śmiesznem. Pochylił głowę i usiadł, upokorzony i zmięszany.
— Jeżeli przeszkodziłem panu doktorowi, zaczął znowu ojciec Tantaine, to dlatego, że wysłany tu jestem przez pryncypała.
— Jest co nowego?
tak, i nie. Naprzód panna Mussidan wyszła z niebezpieczeństwa. Stan zdrowia jej polepszył się wczoraj wieczorem; dziś rano miała się wcale dobrze. Pan Croisenois może stawić już swoją kandydaturę. Zaszła wprawdzie jedna przeszkoda z tej strony; ale się ją usunie.
Doktor przełknął kieliszek doskonałego bordeau, klasnął językiem i powiedział:
— A zatem, co do małżeństwa tego kochanego markiza z panną Sabiną...
— Amen, odrzekł słodki Tantaine. Teraz druga rzecz: Pana Pawła uprasza się, by nie opuszczał pana Hortebize. Zechce pan Paweł posłać po swoje rzeczy do hotelu, w którym zamieszkał, i przeniesie się tu...
Doktor skrzywił się tak wymownie, że Tantaine pospieszył dodać:
— O!... tylko na pewien czas. Polecono mi wynająć panu Pawłowi i umeblować mały apartament. Nie może mieszkać w hotelu, to rzecz kompromitująca.
Paweł nie ukrywał zadowolenia, jakie mu sprawiało to nowe rozporządzenie. Mieć własne meble, to początek fortuny.
— A teraz, mój zacny ojcze Tantaine, zawołał wesoło doktor, gdyś już spełnił swoje zlecenie, siadaj do śniadania...
Ale stary pisarz przecząco potrząsł głową.
— Bardzo dziękuję za honor, odpowiedział, ale już jestem po śniadaniu. A przytem nie mam ani chwili do stracenia. Sprawa księcia Champdoce nagli okropnie; a przed otwarciem ognia muszę jeszcze widzieć się z tym łotrem Perpignanem. Prosto ztąd idę do niego.
Na znak, zrobiony przez Tantaina, a którego Paweł nie zauważył, doktor wstał i odprowadził poczciwego człeczynę aż do przedpokoju. Staną wszy tam Tautaine powiedział półgłosem:
— Nie opuszczaj chłopaka ani na chwile; jutro uwolnię cię od niego... A tymczasem rozgrzewaj go, podgotowuj...
— Spuść się na mnie, odrzekł doktor.
I powróciwszy do stołu zawołał:
— Mój ukłon kochanemu Perpignan’owi!...
Ten kochany Perpignan“, który tak zajmował Mascarota, a do którego udawał się ojciec Tantaine, bardzo jest znany w Paryżu. Niektórzy mówią, że nawet zanadto jest znany.
Według metryki nazywa się on Izydor Crocheteau, ale przybrał nazwisko swego rodzinnego miasta.
Koło roku 1845 Perpignanowi, liczącemu obecnie lat pięćdziesiąt, wydarzyło się wielkie nieszczęście.
Będąc kuchmistrzem w jednej restauracji w Palais-Royal, gdzie stołowano za 32 sous, pochwycony był na gorącym uczynku szacherki z dostawcami, pociągnięty do sądu policji poprawczej i skazany na trzy lata więzienia.
Ale nieszczęście zawsze na coś się przyda.
W ciągu trzech owych lat obmyślał on projekt wielkiego interesu, który, jak sądził, zbogaci go bez niebezpieczeństwa.

W tydzień po uwolnieniu swem kazał wydrukować i rozesłał prospekta następujące:
J. C. Perpignan.

Informacje i poszukiwania. Dozorowanie prywatne.

Dyskrecja.
Szanowny Panie!

„Nie masz nikogo, ktoby w życiu swem, nie doznał potrzeby posiadania ajenta zręcznego i dyskretnego, któremuby mógł powierzyć »pewne poszukiwania, z natury swej delikatne i sekretne.
Wierzyciele, których dłużnicy ukrywają się, ojcowie, których obchodzi postępowanie synów marnotrawnych, rodziny chcące poznać obyczaje jednego ze swych członków, wszyscy ci, jednem słowem, którzy pragnęliby rozciągnąć nad kim czuwanie moralne, lub też którym potrzebne są pewne wiadomości, mogą z zupełnem zaufaniem zgłosić się do p. Perpignan, znanego ze swej zręczności spostrzegawczej, a którego uczciwość stoi wyżej nad wszelkie powątpiewania.
„Opłata według umowy“.
Tym bezwstydnym cyrkularzem Perpignan zapowiedział utworzenie jednego z tych szkaradnych biór policji prywatnej, które zawsze są na usługi brudnych namiętności.
Potrzebował jakiejś specjalności — i znalazł ją. Stał się opatrznością zazdrośnych mężów.
Pomysł ten tak mu się powiódł, że po upływie roku dawał zajęcie ośmiu nikczemnym szpiegom.
To prawda, że nadużywając powodzenia, grał on grę dwoistą.
Nie mając owej uczciwości, która jest właściwą nawet infamii, wyzyskiwał on niegodnie swoich klientów i bez skrupułu dwa razy sprzedawał swój towar.
Zawsze, gdy miał zleconem sobie szpiegowanie jakiej kobiety, zgłaszał się do niej i przemawiał w ten sposób:
— Przyrzeczono mi tyle a tyle, jeżeli wykryję i powiem prawdę; co mi pani dasz za to, że dam tylko takie wyjaśnienia, jakie mi pani podyktuje?
Na tem polu szpiegowania, dwa czy trzy razy ludzie Perpignana spotkali się z ajentami stręczyciela.
Jeżeli nie doszło do starcia, to jedynie dla tego, że obawiali się siebie nawzajem i jakby w skutek milczącego układu, unikali eksploatowania jednych i tych samych miejscowości w wielkim mieście, zwanym Paryż.
Ale podczas gdy eks-kuchmistrz, źle obsługiwany przez nędznych łotrów, nie potrafił nigdy przeniknąć tajemnicy Biura stręczeń, Mascarot, doskonale wspierany przez swych ochotników, wiedział o wszystkiem co się dzieje u Perpignana.
Bo Perpignan żyje szeroko. Jeżeli zakład jego nie bardzo jest pokaźny, to za to ma on w mieście lokal, który go musi kosztować ogromnie drogo i miesięcznie wynajmuje powóz.
Ma także pretensję do „artystycznego gustu“. Gust ten ujawnia się w noszeniu jaskrawych kamizelek i okrywaniu się kosztownościami. Przyznaje się, że ma słabość do wytwornego jadła, nie może jeść obiadu bez dobrego wina i chętnie składa ofiary damie pikowej.
Nakoniec lubi popisywać się, występować. Spotkać go można na wyścigach i w lasku, bywa w wielkich restauracjach i na pierwszych przedstawieniach w teatrze.
Zkąd bierze pieniądze? zapytał sam siebie Mascarot.
I szukał — i znalazł.
— Tem go trzymamy, pomyślał poczciwy Tantaine, i doprawdy, że to wielkie szczęście dla nas. Perpignan jest łotr niebezpieczny, bez czci i wiary, zanadto zaszargany, by miał obawiać się czegokolwiek, ale perspektywa wędrówki do Kajenny zawsze będzie go trzymać w respekcie. W najgorszym razie, jeżeli Catenac miał język zanadto długi, to mu się go utnie kawałek.
Stary pisarz stanął przed drzwiami eks-kuchmistrza, przystrojonemi w najrozmaitsze ogłoszenia i zadzwonił.
Tłusta baba o twarzy strasznie pospolitej, otworzyła mu.
— Pan Perpignan? zapytał dobry Tantaine.
— Wyszedł.
— A kiedy powróci?
— Nie wiem czy powróci przed wieczorem.
— Znamy to. Ale ponieważ muszę widzieć się z nim dziś jeszcze, będę zatem pani bardzo obowiązany, gdy mi powiesz, gdzie go mogę spotkać.
— Nie mówił dokąd odchodzi. Ale, jeżeli pan chce zasięgnąć jakich informacyj...
Zacny człeczyna uśmiechnął się tym śmiechem, który zwykle nadawał jego twarzy wyraz najczystszej głupoty.
— Czy nie ma go też w fabryce? zapytał.
Tłusta baba tak mało przewidywała zapytanie tego rodzaju, że cofnęła się i zadrżała...
— Jakto? wybełkotała, pan wiesz...
— Ba!.. a zatem, nie żenuj się pani zemną Czy jest na dole?
— Taksądzę.
— Dziękuję. Idę tam.
I skłoniwszy się wbrew swemu zwyczajowi nie bardzo grzecznie, dobry ojciec Tantaine zawrócił.
— Niemiła przygoda, mruknął. Kurs milowy... dziękuję!.. Ale z drugiej strony, łotr, podchwycony niespodzianie wśród swych zajęć, gdy się nie ma na ostrożności, łatwiej wygada się. Idźmy więc.
Nie szedł, ale biegł z szybkością, jakiejby nikt nie przypuszczał w jego chudych nogach.
Pędząc dwa razy prędzej, aniżeli fiakr wzięty na godzinę, przebiegłszy ulicę Tournon, wpadł w ulicę Gay Lussac.
Tym samym krokiem przeszedł ulicę Feuillantines, Mouffetard i wpadł w uliczki zbiegające się i krzyżujące między fabryką gobelinów i szpitalem Ourcine.
Jest to dzielnica nieznana, dziwna, której istnienia nie przypuszczają nawet Paryżanie.
— Możnaby sądzić, że się znajdujemy o tysiąc mil od bulwaru Montmartre, gdy się idzie po tych ulicach — raczej ścieżkach, niedostępnych dla powozów, gdzie rzadko wznoszą się lepianki niemożebne, a jednak zamieszkałe, wszystkie prawie otoczone walącemi się murami.
Z wyżyn uliczki Gobelinów widok jest szczególny.
U stóp jej znajduje się dolina, w głębi której płynie, lub raczej stoi czarna i błotnista Bièvre. Ze wszystkich stron, fabryki garbarnie o czerwonych dachach z ogromnemi kupami kory dębowej, suszarniami i innemi budynkami. Dalej, tu i ówdzie, pomiędzy drzewami kupy śmiecia, błoto, czasami jakiś dom nędznego pozoru.
Po lewej stronie budynki ludnej i pracowitej ulicy Mouffetard. Na prawo, wzrok przesuwa się po bulwarach zewnętrznych.
Naprzeciwko, po drugiej stronie placu Włoskiego, szereg topol nad brzegiem Bièvry zamyka horyzont.
Odwróciwszy się widzieć można Paryż.
Ojciec Tantaine mimowolnie zatrzymał się i spojrzał.
Jakaś myśl przyszła mu do głowy i uśmiechnął się grżko.
Ale po chwili ruszył ramionami i poszedł dalej.
Zdawał się być mieszkańcem tej dzielnicy, tak śmiało kroczył po krętych uliczkach.
Wreszcie stanął na ulicy Alouette, odetchnał z zadowoleniem i mruknął:
— To tu.
Znajdował się przed trzypiętrowym domem bardzo obszernym, z dziedzińcem z przodu i otoczonym płotem z desek na pół przegniłych.
Dom był odosobniony, miejscowość ponura. Można było wątpić czy dom ten jest zamieszkały, albo czy nie palił się kiedyś.
Stary pisarz, po minucie namysłu, przeszedł podwórze, gdzie pasła się koza przywiązana do tyczki i śmiało wszedł do domu.
Wnętrze odpowiadało powierzchowności.
Na dole znajdowały się tylko dwa pokoje.
W jednym rozrzucono słomę na ziemi w dość znacznej ilości, a na niej leżały kawałki rozmaitych grubych tkanin i szmaty kołder.
Drugi pokój przerobiono na kuchnię i ustawiono w nim stół, to jest przymocowano dwie deski do dwóch kozłów.
Przed piecem tej kuchni, szkaradna megera, o cerze zaognionej od wódki, oku błyszczącem złośliwością i w brudnej chustce na głowie, uzbrojona długą drewnianą warząchwią pilnowała ogromnego kotła, gdzie warzyły się ingredjencje nie do opisania.
W zagłębieniu koło pieca, na łóżku wysłanem materacem z morskiej trawy, wił się i drżał od zimna chłopiec dziesięcioletni.
Blada jak wosk twarz jego szczególnie odbijała od brudnej poduszki; ręce miał strasznie wychudłe, a gorączka nadawała jego wielkim czarnym oczom połysk złowróżby.
Chwilami ból wyrywał mu z piersi jęk głośniejszy, ale natychmiast stara kobieta odwracała się i groziła mu warząchwią, mówiąc:
— Będziesz ty milczeć, szkaradny mazgaju!
— Ach! boli mnie, wołał nieszczęśliwy chłopak włoskim akcentem, bardzo boli!...
— Trzeba było pracować, niegodziwy próżniaku, odpowiadała stara. Gdybyś przyniósł dobry zarobek niebyłbyś bity; a gdybyś nie był bity, to nie leżałbyś tu!...
— Ach! boli mnie! zimno mi!... chciałbym powrócić do kraju, do mamy!...
Chociaż stary pisarz od komornika bardzo był zahartowany pod względem czułości, gdyż nieraz musiał działać z urzędu wśród najokropniejszej nędzy, scena ta jednak była tak rozdzierająca, że dobry Tantaine wzruszył się.
Kilkakrotnie kaszlnął umyślnie, by oznajmić o swej obecności.
Nakoniec megera odwróciła się, mrucząc jak buldog, obawiający się by mu nie wyrwano kości.
— Czego pan chcesz? zapytała głosem zachrypłym od wódki.
— Gdzie jest pan?
— Nie masz go.
— A czy przyjdzie tu?
— Ba... to zależy. Wprawdzie to jego dzień, ale nie bardzo się pilnuje. Zresztą zgłoś się pan do pana Poluche?
— Któż to jest pan Poluche?
Obrzydliwa stara skrzywiła się pogardliwie. Zdziwiło ją, że ten, o którym mówiła, tak mało był znany.
— Profesor, odpowiedziała.
— Gdzież on jest?
— Eh!... na górze, w konserwatorjum.
I żywo odwróciwszy się, gdyż kocioł kipiał, dodała:
— Dość już tych zapytań. Nie jesteś pan policjantem, by mu odpowiadać. Zrób mi więc tę przyjemność i wynieś się.
Taka nagła odprawa, zdawało się, że bynajmniej nie obraziła starego pisarza.
Spojrzał na schody, którym brakło poręczy i stopni w kilku miejscach. A były tak spadziste i niepewne, że akrobata zażądałby chwili namysłu nimby odważył się iść po nich.
Ale ojciec Tantaine jest odważny. Stąpił ostrożnie, trzymając się jak można najbliżej ściany.
W miarę jak się podnosił, poczęły go dochodzić coraz wyraźniej szczególne dźwięki, które już zwróciły uwagę jego na dziedzińcu. Były to dźwięki ostre, piskliwe, płaczliwe.
Rzekłbyś, że to koncert pił ostrzonych pilnikiem, z akompaniamentem miauczenia kotów.
Chwilami straszliwa ta kakofonia ustawała.
Wtedy słychać było głos poważny, klnący, potem suchy szelest, potem krzyki bolu.
Muzyka ta mogła obrazić słuch ojca Tantaine; ale go nie dziwiła.
Stanąwszy na pierwszem piętrze, znalazł się przed lichemi drzwiami, wiszącemi na jednym zawiasie.
Drzwi te prowadziły do tego, co megera nazywała konserwatorjum.
Była to ogromna sala, utworzona ze wszystkich pokojów pierwszego piętra. Ściany przedziałowe zwalono niezręczną ręką, i ślady ich były widoczne od sufitu do samego dołu.
Pięć okien, w których wszystkich razem nie było całych trzech szyb, oświetlało konserwatorjum.
Czy była tam posadzka, czy podłoga, tego niktby nie odgadł, z powodu niezmiernie grubej warstwy śmiecia i wszelkiego brudu.
Wybielone wapnem ściany szkaradnie były poplamione, okryte napisami i obrzydliwemi rysunkami węglem.
Do ostrego zapachu sąsiednich garbarni, łączyły się szczególne wyziewy, co wszystko razem wytwarzało woń najobrzydliwszą.
Sprzętów nie było żadnych oprócz kulawego krzesła, a na nim pręta.
Ojciec Tantaine wiele widział i wiele zapamiętał od czasu, jak się przesuwa po wszystkich brudnych zakątkach Paryża, jak węgorz w mule.
Zatrzymał się jednak na progu konserwatorjum, milczący i nieruchomy, zadowolony prawie, że go nie dostrzeżono, tak się zdumiał.
Koło stołu do ściany przypartego siedziało około dwudziestu chłopców od siedmiu do dwunastu lat, w szkaradnych łachmanach i odrażająco brudnych.
Łachmany, które ich okrywały, nie były przykrojone według ich wzrostu. Drżeli oni od zimna w paltotach zwieszających się do ziemi, lub spodniach, których pas dochodził aż pod brodę. Bielizny — żadnej.
Jedni trzymali w ręku skrzypce, drudzy stali przy harfach, wyższych niż oni sami. Na gryfach skrzypcowych Tantaine dostrzegł kreski kredą zrobione.
Na środku sali stał mężczyzna trzydziestoletni, słuszny i cienki jak świeca, bardzo brzydki, o twarzy wyżółkłej, nosie przypłaszczonym. Długie czarne włosy spadały mu na ramiona.
Surdut, wątpliwego zielono-oliwkowego koloru, wisiał mu na chudym grzbiecie, jak żagiel na maszcie, gdy nie ma wiatru.
Jak chłopcy tak i on, uzbrojony był w skrzypce, które trzymał nie pod podbródkiem, ale opierał sobie o bok.
Widocznie musiał to być Poluche, profesor i właśnie odbywał lekcję.
— Uwaga!.. wołał; każdy powtórzy z kolei. No, Ascanio, przygrywka do „Zamku Małgorzaty...“ a pilnuj taktu.
I począł śpiewaći grać, podczas, gdy chłopak rozpaczliwie rzępolił i powtarzał głosem ochrypłym i nosowym wieśniaków piemonckich:

„Ach mój Boże! ach mój Boże! jakże piękny
„Zamek...

— Łotrze!.. przerwał Poluche, urwisie!.. Czyż nie powtarzałem ci tysiąc razy, że przy wyrazie „zamek“ trzeba przycisnąć palcem czwartą kreskę i pociągnąć smyczkiem! Zaczynaj z początku!
Chłopak zaczął:

„Ach, mój Boże!... ach, mój Boże!... jakże...

— Stój!... krzyknął profesor straszliwym głosem, stój!... koźle uparty!... Czy umyślnie to robisz!... Zaczynaj znowu, a jeżeli nie powtórzysz całej przygrawki bez najmniejszego błędu — to pamiętaj! No! palce na pierwszą kreskę!...

„Ach, mój Boże!...

Niestety Ascanio znowu omylił się.
Profesor z powagą wziął pręt leżący na krześle i z zimną krwią, nie okazując żadnego gniewu, pięć czy sześć razy uderzył nim po nogach biedaka, który począł wyć żałośnie.
— Naucz się na drugi raz, powiedział Poluche, jak trzeba uważać gdy co mówię. Jak przestaniesz beczyć, zaczniemy znowu. A jeżeli znowu tak źle pójdzie, to wiesz: nie dostaniesz wieczerzy; zapowiadam ci to. No, zamiast beczeć jak osioł, nastaw uszy i oczy, a uważaj na innych. Teraz ty, Giuseppe.
Chociaż młodszy o dwa lub trzy lata od Ascania, Giuseppe lepiej grał na skrzypcach i bez omyłki powtórzył całą przygrawkę

„Ach mój Boże! ach mój Boże! jakże piękny
„Zamek Małgorza... a... aty!...

— Nieźle, powiedział Poluche, sam pociągając smyczkiem po strunach, wcale nieźle! Jeszcze dwa, trzy dni dobrej woli — a wyjdziesz. Co? kontent będziesz gdy wyjdziesz!...
— O! kontent, panie odpowiedział chłopak zachwycony, ja także przyniosę pieniądze.
Sumienny profesor nie marnuje czasu na bezużyteczne rozmowy.
Zwrócił się do innego ucznia i zawołał:
— Teraz ty, Fabio... a w takt!...
Fabio, maleńki chłopczyna, najwyżej siedmioletni, sprytnej miny, czarnooki, nie bardzo spieszył.
Dostrzegł on starego pisarza od komornika, stojącego na progu konserwatorjum i wskazał go profesorowi.
— Panie!... zawołał jakiś człowiek!... Poluche nagle odwrócił się i ujrzał ojca Tantaine, który przekonawszy się, że jest dostrzeżony, szedł naprzód.
Nagłe ukazanie się widma nie przestraszyłoby tyle profesora. Są profesje, przy których wykonywaniu nigdy nie można być zupełnie spokojnym, zawsze należy obawiać się nieznajomych, ciekawych i niedyskretnych.
— Czego pan sobie życzy, zapytał zmienionym głosem, kto pan jesteś? Przerażenie profesora zachwyciło Tantaine’a.
Było ono dla niego niejako rękojmią powodzenia jego kroku i wskazywało z jakiego tonu zaczynać miał z Perpignanem, gdy się dostanie aż do tej ważnej osoby.
Dlatego z zadowolnieniem przedłużał trudne położenie i biedny profesor musiał przeszło minutę patrzeć na jego uśmiech drwiący i cichy i coraz więcej mieszał się.
„W końcu litość go wzięła.
— Bądź pan spokojny, powiedział, jestem bliskim przyjacielem pryncypała i jeżeli ośmieliłem się przyjść tu, to dlatego, że mam z nim pomówić o interesach bardzo ważnych dla naszego przemysłu.
Poluche odetchnął długo i głośno, jak człowiek, który się uwolnił od wielkiego ciężaru.
— Jeżeli tak, odpowiedział, podając Tantainowi jedyne krzesło, to racz pan usiąść; pryncypał wkrótce nadejdzie.
Ale ojciec Tantaine grzecznie odmówił, oświadczając, że przykroby mu było przeszkadzać, że bardzo łatwo może czekać stojący i woli raczej odejść, aniżeli przerywać lekcję tak interesującą.
— O!... odpowiedział profesor, lekcja już się kończy. Właśnie o tym czasie gospodyni daje jeść moim urwisom.
I zwracając się do uczniów, z których żaden nie śmiał ani ruszyć się, powiedział:
— Dosyć na dzisiaj! ruszajcie precz!
Chłopaki nie kazali powtarzać sobie tego dwa razy. Położyli instrumenta na ziemi i krzycząc i popychając się rzucili się na schody.
Być może, iż mieli nadzieję, że profesor, zajęty gościem, zapomni o niektórych pogróżkach zrobionych podczas lekcji.
Próina nadzieja!... Surowy, ale sprawiedliwy Poluche obdarzony jest pamięcią nieubłaganą.
Poważnie podszedł on ku drzwiom i nachyliwszy się nad schodami zawołał ogromnym głosem, panującym nad wrzaskiem chłopców.
— Hej! matko Butor!
Megera w kuchni usłyszała.
— Co, panie? zapytała z dołu.
— Niedasz pani ciasta Morelowi, odrzekł profesor, a Ravanillat otrzyma tylko pół porcji.
Wydawszy te ważne rozkazy, powrócił z miną zadowoloną człowieka, który spełnił swoją powinność.
— Już się uporządkowałem, powiedział do ojca Tantaine. Uważaj pan, że nie cudzoziemców karze. Nasi Piemontczycy i Kalabryjczycy idą nieźle. Ale nie mów mi pan o tych Włochach z Batignolles, albo Montrouge, których przyprowadza mi pryncypał od niejakiego czasu. Mówi, że to ekonomiczniej, ale ja zginę od pracy. Małe te urwisy tak są zepsute, bezwstydne i zarozumiałe, że ja, który to panu mówię, rumienię się; głowy mają twarde jak kamień, a przytem żadnego po wołania, żadnej odpowiedniej organizacji...
Stary pisarz od komornika okrutnie wytrzeszczył oczy pod swemi okularami.
Wszystko co słyszał i widział było dla niego zupełnie nowem; a ponieważ człowiek uczy się całe życie, a on lubił oświecać się, więc był bardzo uważnym.
— Ciężkie rzemiosło, panie, powiedział. Uczyć muzyki tak małe dzieci, musi być bardzo trudno.
Profesor rozpaczliwie podniósł oczy do sufitu.
— Dałby to Bóg, zawołał, bym uczył szczytnego kunsztu. Pierwsze nawet zasady, tak suche, miałyby dla mnie urok. Ale tak nie jest!... pryncypał nie chce tego, wyraźnie mi powiedział. Gdyby zobaczył tu kawałek papieru rozlinjowanego, nie większy jak dłoń, wypędziłby mnie.
— Jednak przed chwilą...
— Ja katarynkowałem panie, odpowiedział Poluche, smutny i upokorzony, katarynkowałem...
— A...
— Tak jest. Sądzę, żeś pan słyszał o tych starych kobietach, właścicielkach małych katarynek, które za dwadzieścia sous dają po domach lekcje kanarkom?
Nie, ojciec Tantaine nie znał tego rodzaju przemysłu, i z całą pokorą przyznał się do tego.
— Otóż, zaczął znowu profesor, gorzko uśmiechając się, taką właśnie jest moja profesja. Zamiast uczyć kanarków, uczę tym samym sposobem chłopców. Smutne to zadanie dla człowieka z wyobraźnią. Bywają dnie, w których zazdroszczę losu ludzi, którzy się poświęcili edukowaniu papug. Ach!... jakiej do tego potrzeba cierpliwości!
Przy tych słowach słodki pisarz komornika nie mógł się powstrzymać, by nie wskazać palcem na pręt, leżący na krześle.
— A to? zapytał.
Poluche ruszył ramionami.
— Chciałbym, kochany panie, odpowiedział, widzieć pana na mojem miejscu. Pryncypał wynajduje chłopca i mnie go przyprowadza. Dziecię jest przestraszone, zahukane tem gorzej! Za piętnaście dni, a najwyżej w ciągu trzech tygodni, muszę go nauczyć rzępolić cośkolwiek. Nie wie on co to są skrzypce i smyczek, to nic! Potrzeba, bym mechanicznie ułożył mu palce do wykonywania najprostszych pozycyj, potrzebnych dla akompaniamentu. Naturalnie łotr opiera mi się, wtedy ja... nalegam. Czyś pan kiedy widział, by gwóźdź wlazł w deskę bez młotka? Prawda że nie? Otóż, mój pręt... to młotek, za pomocą którego wbijam arje w głowy moich uczniów. I nie sądź pan, by się oni obawiali mego karcenia. Ci mali nędznicy oswajają się z rózgą jak zepsute dzieci z konfiturami. Po miesiącu ćwiczeń trzebaby im zedrzeć skórę, by wydobyć nie krzyk — bo jak tylko podniosę rękę to krzyczą — ale łzę prawdziwą... Na szczęście mam inne sposoby. Pokonywam moich łotrów przez żołądek. Odejmuję im czwartą część, połowę, w razie potrzeby nawet całą porcję jadła. Nic tak nie rozwija inteligencji jak post... Na krnąbrnych mam lepsze jeszcze sposoby. Pozbawiam ich snu... Jedna lekcja późno w nocy odbyta, warta więcej aniżeli cztery lekcje dzienne... Nieomylną tę receptę mam od jednego berajtera z cyrku, który używał jej do dresowania koni...
Podczas tego długiego opowiadania, poczciwy Tantaine czuł jak mu kilka razy przebiegało mrowie po grzbiecie.
Nie bardzo powodował się on skrupułami, ale taki system muzykalnej edukacji wydał mu się naprawdę przesadnym.
— Gdybym, zaczął znowu profesor, mógł swobodnie rozrządzać narzędziem popularności, jakie mam w ręku!...
— Przyznam się, że...
— Co?... nie rozumiesz pan?.. Eh, panie! mam tu czterdziestu uczniów, którzy o ósmej rano rozbiegają się po całym Paryżu i nigdy nie powracają przed północą. Niech jutro wyuczę jakiego kawałka...a za tydzień stanie się on popularnym. Patrz pan: od trzech miesięcy wyuczyłem ich „Zamku Małgorzaty“ — i powiedz mi pan, co teraz wygrywa się i rzępoli na najrozmaitszych instrumentach? Zawsze i wszędzie: „Ach mój Boże! ach mój Bole! jaki to piękny...“
Teraz stary pisarz od komornika wytłumaczył sobie dlaczego pewne arje nagle dają się słyszeć od razu we wszystkich dzielnicach i prześladują Paryżanina w każdem miejscu.
Poluche wziąwszy skrzypce pod pachę, wymachiwał smyczkiem.
— Ach!.. gdyby tylko pryncypał zechciał, mówił dalej, jabym wytworzył w Francuzach zamiłowanie do prawdziwej muzyki!.. Ale on nie jest artystą. Czyż omal nie odpędził mnie za to, żem zaczął uczyć arji z jednej mojej opery?..
Czas naglił, ale ojciec Tantaine nie nudził się.
— Jakto? zapytał, z pańskiej opery?..
— Tak jest, odrzekł Poluche, tonem zupełnie różnym od tego, jakim mówił dotąd. Nie masz ani jednego teatru, któryby w swej bibliotece nie posiadał jakiejkolwiek mojej opery. Jeden z moich przyjaciół, wielki poeta, który dostał pomieszania zmysłów, z powodu, że pił zawiele piołunówki, komponował mi libretta przepyszne!.. O! nie śmiej się pan. Tak, jak mię pan widzisz, otrzymałem premium w konserwatorjum. Marzyłem, chciałem zostać sławnym, wielbionym!.. Piłem czystą wodę i pracowałem po nocach!.. Nadszedł jednak dzień, w którym znudziłem się ciągłem tańcowaniem przed bufetem sławy i poczęłem szukać lekcyj... Niestety!.. jestem tak śmieszny i brzydki, że nie chciano mię przyjąć na żadnej pensji. Umierałem z głodu, gdym spotkał pryncypała. Podmówił mię uległem. Mam stałej pensji pięć franków dziennie i dwa sous za każdego ucznia. Prowadzę rzemiosło bezecne, sam sobą gardzę... ale jak....
Tu nagle przerwał sobie i niespokojnie począł przysłuchiwać się.

— Idzie pryncypał, powiedział; poznaję jego chód. Jeżeli pan chcesz z nim rozmówić się, to zejdźmy na dół; tu on nigdy nie przychodzi, bo schodów się obawia.

VII.

Widzieć tego handlującego informacjami, którego Poluche nazwał pryncypałem, i który nosi pyszne imię Perpignan, znaczy to wyrobić sobie o nim zdanie.
Niepodobna omylić się na tym znakomitym egzemplarzu łotra, w którym zawarło się coś z szarlatana, fryzjerskiego garsona, szpiega i handlarza końmi.
Perpignan jestto mały człowieczek apoplektyczny, bardzo otyły, krępy, czerwony o ustach bezwstydnych i ognistych oczach.
Zawsze jest bardzo porządnie ubrany. Rzekłbyś że okradł wystawę jakiego jubilera, tyle na nim pierścionków, łańcuszków, spinek i breloków.
Mówi jakoś z głębi żołądka, siedziby jego myśli, i to głosem basowym, którego skalę lubi przesadzać.
Takim przerażającym w swej pospolitości przedstawił się aks-kuchmistrz poczciwemu ojcu Tantaine, idącemu za profesorem po niebezpiecznych schodach.
Jeżeli Poluche zmięszał się ujrzawszy starego pisarza od komornika, to niemniej zmieszał się i jego prvncypał, ale zupełnie z innych powodów. Wiedział on, że Tantaine jest prawą ręką stręczyciela z ulicy Montorgueil.
— Do pioruna!... pomyślał, aby ludzie ci zadawali sobie tyle trudu, by dotrzeć aż tu, do tego miejsca, do tajników mojej eksploatacji, to muszą mieć na to ważne powody. Trzymajmy się ostro!
I ukrywając pod uśmiechem, zanadto hucznym by był szczery, przykre swe wrażenie, podał rękę Tantainowi.
— Cieszę się bardzo, że widzę kochanego pana, powiedział, tak jest cieszę się, słowo honoru. A zatem będę mógł być w czemkolwiek pożytecznym! Bo przyznaj pan, że zażądasz odemnie jakiejś małej usługi.
— O!.. zawołał poczciwy człeczyna, drobnostka!...
— Tem gorzej, do licha! tem gorzej! Ja lubię pana Mascarota!...
Przyjacielska ta rozmowa miała miejsce w korytarzu i co chwila przerywana była krzykiem i śmiechem uczniów Poluche’a, którzy siedząc za stołem zajadali strawę uwarzoną w kotle przez matkę Butor.
Jednocześnie z temi krzykami słychać było, jakby głuchy akompaniament, płacz i jęki.
— A! do wszystkich piorunów! zawołał Perpignan, głosem od którego zadrżałyby szyby, gdyby tylko znajdowały się w oknach, któż tu jest niezadowolony?
Ponieważ nie było żadnej odpowiedzi, więc Poluche sądził, że powinien interweniować.
— To ci dwaj nasi urwisi Paryżanie, których wsadziłem na dyetę. Niech mię powieszą, jeżeli dam im choć opłatek nim się nauczą!...
Ale tu się zatrzymał przerażony piorunującym wzrokiem pryncypała.
— Na dyete!... ryknął Perpignan, któż to śmie u mnie, bez mojej wiedzy, pozbawiać biedne dzieci żywności?... Ależ to niegodziwie, potwornie, nikczem nie!... Kroćsettysięcy piorunów!... panie Poluche, zkąd się panu wzięła ta śmiałość?
— Ależ pryncypale, wybłlkotał zakłopotany profesor, sam pan mówiłeś mi ze sto razy...
— Co?... żeś głupiec? to wielka prawda! Stul gębę i powiedz matce Butor, by dała jeść tym małym cherubinom!
Scena była przykra, ale nie do naprawienia.
Nie okazując by go ona obeszła, chociaż w rzeczywistości wściekał się, Perpignan wziął pod rękę ojca Tantaine i poprowadził wgłąb korytarza.
— Chcesz pan, rzekł, rozmówić się ze mną, na osobności? Bardzo dobrze. Chciej pan wejść do tego pokoiku... to moje bióro.
Bióro nie było świetne: mała izdebka brudna, smutna i spustoszona, jak i cały dom. Trzy krzesła, drewniany stół, półka z kilku rejestrami, stanowiły umeblowanie.
Usiadłszy, Tantaine i Perpignan dość długo patrzyli na siebie, nie mówiąc ani słowa. Każdy z nich wysilał się, by przeniknąć myśli drugiego.
Dwaj przeciwnicy ze szpadami w ręku, czekający na znak sekundantów, by zacząć walkę, nie wpatrują się w siebie z większą uwagą.
Ale w tej wstępnej scenie wszystkie korzyści były po stronie starego pisarza od komornika, który miał oczy zasłonięte ciemnemi okularami.
To też Perpignan pierwszy przerwał milczenie.
— A więc pan słyszałeś, tak zaczął, o moim małym zakładzie?
— O!... przypadkiem dowiedziałem się!.. odpowiedział ojciec Tantaine głosem najswobodniejszym. Biegając wszędzie, tak jak ja, można dowiedzieć się wielu rzeczy... Tak naprzykład wiemy bardzo dobrze, że przedsięwziąłeś pan wszelkie środki ostrożności, by nie być skompromitowanym.
— Co?... co?...
— Tak jest. Pan tu jesteś wynajmującym, czy też właścicielem rzeczywistym... pozornie jesteś pan niczem. Dla wszystkich założycielem instytucji jest mąż pańskiej gospodyni, niejaki Butor, i kontrakt najmu spisany jest na jego imię. Gdyby się zdarzyła jaka nieprzyjemność, gdyby sądy nacisnęły pana — raz, dwa, trzy!... pan znikłbyś jak djabelek ze sprężyną w skrzynce i policja nałożyłaby swoją szeroką łapę na tego podstawionego bałwana Butora. Jako pomysł, to rzecz elementarna, ale w praktyce obrót taki udaje się zawsze.
Zdawał się rozmyślać, a potem dodał z obliczoną na efekt powolnością:
— Jeżeli mówię zawsze... to chcę tem powiedzieć, że w każdym razie, kiedy tylko nie masz nieprzyjaciela dość zręcznego, który by uczynił te ostrożności bezużytecznemi, przedstawiając dowody... współwinności...
Eks-kuchmistrz był zanadto przebiegły, by nie zrozumieć pogróżki i jej donośności.
— Do kroćset piorunów! pomyślał, ci ludzie muszą coś wiedzieć. Ale co?... ha!... gawędźmy dalej.
I głośno powiedział:
— Najpewniejszą rzeczą jest czyste sumienie. W takiem położeniu ja się znajduję. Nie mam nic do ukrywania. Widziałeś pan mój zakład; cóż myślisz o nim?
— Zdaje mi się, że jest urządzony na dobrą stopę.
— Prawda? Powiesz mi pan może, że spekulacja nie jest tego rodzaju, by mi mogła zjednać powszechne poważanie. Wiem o tem dobrze. Naturalnie, że wolałbym posiadać piękną fabrykę w Roubaix. Ale co pan chcesz! robi się co można.
Stary pisarz od komornika potakiwał głową.
— Nie masz głupich rzemiosł, powiedział.
— To samo i ja sobie mówiłem, ciągnął dalej eks-kuchmistrz. Zresztą nie ja jeden tak robię. Idź pan na ulicę Marguerite; mam tam kolegów. Ale nie lubię przedmieścia św. Antoniego. Tu moje cherubiny mają świeższe powietrze.
— Nie licząc tego, dodał Tantaine najniewinniej w świecie, że jeżeli przypadkiem krzyczą gdy się ich nieco karci, to nie masz sąsiadów, którzyby to słyszeli.
Perpignan nie uznał za właściwe podnosić tej uwagi.
— Dzienniki, mówił dalej, mocno na nas napadały. Do wszystkich piorunów!... niechby lepiej zajmowały się polityką. Bo w ostateczności, komu wyrządzamy szkodę? Nikomu, prawda? Tylko, na nieszczęście, ogromnie przesadzają nasze zyski.
— No, no!... zarabia się przecież na życie.
— Bez wątpienia; nie dokładam z własnej kieszeni; ale zapewniam pana, że w rzemiośle tem jest wiele takiego, co nie ma wartości. Ot, patrz pan w tej chwili sześciu moich cherubinów jest chorych, trzech na górze, a trzech w szpitalu, nie licząc, że ten, którego widziałeś pan w kuchni jak sądzę, wybiera się w drogę...
— Doprawdy! rzekł z powagą Tantaine, bardzo ubolewam nad panem.
Niczem nie zamacona zimna krew pisarza zaczęła mocno intrygować eks-kuchmistrza.
— Do kroćset!... zawołał, jeżeli spekulacja jest tak korzystna, to czemu Mascarot nie przedsiębierze jej? Słowo honoru, że gdyby kto słyszał pana, to mógłby pomyśleć, że takich dzieciaków jak moje, można zebrać ile się podoba. Trzeba jechać do Włoch, werbować, przeprawiać przez granicę jak kontrabandę, przywieźć aż tu. Wszystko to rujnuje.
Nie bez zamiaru Perpignan wynurzał się z taką przyjacielską swobodą.
Uprzedzał on pytania. Kto sam mówi, ten najlepiej wypowiada co chce.
Ale zacny Tantaine nie jest z tych, których wolę zatopić można w powodzi słów.
Perpignan zatrzymał się, by odetchnąć; uznał on za rozsądne skrócić ekspozycję, którą znajdował przydługą.
— W ogóle, zapytał Tantaine, tonem najniewinniejszym, ile też pan masz wychowańców?
— Czterdziestu, do pięćdziesięciu.
— Oho! to pan operujesz na szeroką skalę. A.... jakiej sumy wymagasz pan od każdego co wieczór?
Zapytanie było tak niedyskretne, że eks-kuchmistrz zawahał się.
— To zależy, odpowiedział.
— Ba! przecież masz pan jakąś średnią cyfrę.
— Przypuśćmy trzy franki.
Fizjonomia starego pisarza od komornika była tak naturalnie niewinną, iż doprawdy trudno było przypuszczać, by miał jaką myśl ukrytą.
— Niech będzie trzy franki, odrzekł, i liczmy tylko czterdziestu cherubinów, jak ich pan nazywasz, czyni to okrągło sto dwadzieścia franków dziennie...
Łagodna natarczywość człeczyny bardzo dziwiła Perpignana.
— Jak pan liczysz! zawołał. Czy myślisz pan, że każdy z moich urwiszów przynosi taką sumę?
— Ba!.. jak gdybyś to pan nie miał na to sposobów!
Eks-kuchmistrz nie mógł ukryć drżenia.
— Do kroćset! rzekł głosem nieco zachrypłym z powodu zaniepokojenia, co pan chcesz tem powiedzieć?
— O! nic takiego, coby pana mogło obrażać, odrzekł łagodny Tantaine z wylaniem. Kto chce’ skutków, ten chce i środków, prawda? Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że opinia jest panu przychylną. Między nami mówiąc, Gazeta Sądowa szkodzi panu. Podała ona do wiadomości publicznej pewne sposoby postępowania... nieco za żywe, jakich używają niektórzy z jego kolegów dla zachęcenia dzieciaków do pracy. Czyś pan nie słyszał o tym pryncypale, który przywiązywał swoich wychowańców na żelaznym łóżku i tak pozostawiał ich na całą dobę, czasami na dwa dni. Na co to został on skazany?
Od niejakiego czasu, Perpignan, czując się naciskanym, wstał.
— A czy ja wiem! za wołał tonem gniewnym. Czy mnie obchodzą podobne historje?.. W życiu mojem nie popełniłem żadnego gwałtu...
Stary pisarz od komornika mordował swoje okulary, jak to czynił zawsze, gdy przystępował do węzła kwestji.
— Można być, powiedział, bardzo ludzkim, mieć serce złote, a pomimo to być... wciągniętym przez okoliczności.
Stanowcza chwila przybliżała się. Perpignan czuł to dobrze, ale nadrabiał miną.
— Niech mię piorun roztrzaska, zawołał, jeżeli pana rozumiem!
— A więc, weźmy przykład: Przypuśćmy, że dziś wieczorem masz pan powód być niezadowolonym z jednego ze swych cherubinów. Cóż pan robisz? Zamykasz go w piwnicy. Przeciw temu nie ma co mówić. Potem kładziesz się pan do łóżka ze spokojnem sumieniem i spisz w najlepsze. A tymczasem, w nocy, powstaje ogromna ulewa; strumień płynący w pobliżu zamula się i woda wpada do piwnicy. Rano idąc wypuścić cherubina, znajdujesz pan tylko trupa... dziecko zalała woda.
Czerwona zwykle twarz eks-kuchmistrza, teraz posiniała.
— Dalej?.. powiedział.
— Tu dopiero zaczyna się „wciąganie przez okoliczności.“ Naturalnie, powstaje naprzód zapytanie co począć? Pójść do komisarza policji i opowiedzieć mu wszystko, byłoby rzeczą najprostszą... Ale znaczyłoby to wywoływać poszukiwania, zwracać uwagę sądów... Z drugiej strony... człowiek jest sam... nikt nie wie, że dziecko było zamknięte w piwnicy. Więc wykopuje się dół, wrzuca się tam trupa... i sza!
Perpignan oparł się o drzwi swego gabinetu, zamykając tym sposobem pisarzowi od komornika drogę do odwrotu.
— Pan wiesz bardzo wiele, panie Tantaine, powiedział, zanadto wiele!...
Nie było co wątpić, słysząc akcent pryncypała pana Poluche.
Ale zdawało się, że ojciec Tantaine bynajmniej nie zwracał uwagi na te nieprzyjacielskie przygotowania.
Owszem uśmiechał się swoim najsłodszym uśmiechem, zadowolony z siebie jak dzieciak, po dopuszczeniu się szkaradnego wybryku, którego nie obliczył ciężkich skutków.
— To nic, mówił dalej; co najwięcej zabójstwo w skutek nieprzezorności. Trzeba sądów djabelnie zawziętych, by skazać za to więcej jak na pięć lat więzienia. I to jeszcze sąd musiałby powoływać się na anteriora... Ale, jeżeli panu o to idzie, to mu przypomnę coś ważniejszego naprzykład pewną podróż w okolice Nancy...
Tego było już za wiele, eks-kuchmistrz wybuchnął.
— Kroćset piorunów!... zawołał, czego pan żądasz odemnie? wytłumacz się przecie!...
— Już miałem przyjemność nadmienić: żądam małej usługi...
— Doprawdy?... I dla takiej drobnostki probujesz pan zastraszyć mnie, ni mniej ni więcej tylko jak gdybyś chciał wyzyskiwać!
— O, panie! O jednej tylko rzeczy zapominasz pan, że nie tak łatwo mnie zastraszyć...
— Przepraszam; wszak pan pierwszy rozpocząłeś rozmowę o swoim... przemyśle.
— A więc to dlatego, by mi się przypodobać, pan od godziny opowiadasz mi głupie historje?
Za całą odpowiedź, stary pisarz od komornika ruszył lekko ramionami.
— No!... zaczął znowu Perpignan, usiłując hamować się, czy chcesz pan bym i ja powiedział mu co myślę?
— Owszem; niech się pan nie żenuje.
— Powiem zatem panu, iż zdarzają się sprawy, których człowiek sam nie podejmuje się. Ażeby przyjść do człowieka, takiego jak ja, i mówić mu to co pan mnie mówisz, na to trzeba być nie tak starym jak pan i cokolwiek silniejszym. Ja przekonam pana, że nieroztropnie jest, gdy kto dba o swoją skórę, zaawanturowywać się do takiego domu jak ten, zupełnie odosobnionego.
— Eh, mój Boże! cóż mi się może stać?
Perpignan nie odpowiedział. Ale skurczona twarz, oczy krwią nalane i pobielałe usta zdradzały ów przystęp wściekłości, podczas którego człowiek najsilniejszej woli przestaje być panem siebie.
Prawą swą rękę wsunął pod paletot i widocznie coś poruszał w bocznej kieszeni.
Ale zacny Tantaine, bardzo uważający, chociaż nie okazywał tego, nie tracił z oczu Perpignana. Dostrzegłszy nagły jego ruch i wściekłą nienawiść we wzroku, zerwał się i poskoczył ku niemu.
Eks-kuchmistrz jest niepospolicie silny i jak wół barczysty jednak gdy Tantaine nacisnął go swą żelazną ręką, zgiął się i zachwiał.
Po straszliwem wysileniu wyprostował się, począł szamotać i machać na chybi trafi rękami. Tantaine pochwycił go za krawat, który skręcił w ręku i począł dusić. Perpignan zachrapał.
Walka trwała nie więcej nad cztery sekundy. Trzy razy zacny człeczyna okręcił swego potężnego przeciwnika, potem nagle pochwyciwszy go w pół z siłą, jakiej niktby w nim nie przypuszczał, podniósł do góry i na pół zduszonego rzucił na krzesło.
I wszystko. Ani jednego słowa. Ani jednego krzyku.
Ale pewno nikt w tej chwili nie poznałby potulnego ojca Tantaine. Zdawało się, że urósł na stopę i odmłodniał o dwadzieścia lat; twarz jego, zwykle tak słodka, wyrażała najgłębszą pogardę i lodowatą złośliwość.
— A! chciałeś pobawić się z nożem! powiedział do Perpignana, który z trudnością oddychał; a! chciałeś, tak sobie, trocha zabić biednego starego człowieka, który ci nigdy nie zrobił nic złego! Czy masz mnie za tak naiwnego, żem tu do twej jaskini wlazł nie przedsięwziąwszy należytych ostrożności?
Wyjął do połowy i pokazał kolbę rewolweru.
— Jak widzisz, miałem ci czem odpowiedzieć!.. No, rzuć twój scyzoryk!
Zacny człeczyna nie omylił się. Perpignan, przebierając ręką w kieszeni, usiłował otworzyć bardzo ostry sztylet... Ale teraz był tak zdemoralizowany, tak upokorzony, iż usłuchał rozkazu staro winy i rzucił swoją broń w kąt.
— Tak, to co innego! powiedział pisarz od komornika; widzę, że poczynasz powracać do rozsądku; ale przed chwilą byłeś szalony... Jak to? ty, mający sławę człowieka tak sprytnego, chciałeś... Ależ nie zastanowiłeś się, nieboraku! Przyszedłem tu sam, to prawda; ale wiadomo żem tu przyszedł, ponieważ posłano mię. Gdybym nie powrócił dziś wieczorem, czy myślisz, że mój pryncypał, p. Mascaret, nie zdziwiłby się? Jutro byłby już niespokojny. Pojutrze poszedłby do pana prokuratora jeneralnego, a we dwie godziny potem siedziałbyś już pod kluczem!... A! musisz postawić mi tęgą świecę... i jeżeli nie zgodzisz się na to, by zrobić wszystko czego zażądam — toś niewdzięcznik!
Rysy eks-kuchmistrza wyrażały bolesne przygnębienie. Pobito go i wyśmiewano! Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek doznał podobnego upokorzenia.
— Musi być posłusznym, powiedział ponuro, kto jest słabszy.
— Bardzo słusznie. Powinienbyś był zrozumieć to od razu.
— Straciłem głowę. Zagrażałeś mi pan, widziałem dobrze, że będziesz żądał odemnie rzeczy... rzeczy...
— Właśnie mylisz się... A może też przychodzę z doskonałym interesem...
— W takim razie, do kroćset piorunów!... Do czego tyle korowodów? Do czego?...
Nakazującym ruchem Tantaine przerwał mu.
— Do tego, odpowiedział sucho, że nim ci co wyjawię, chciałem dowieść, że więcej jesteś zależnym od Mascarota, aniżeli twoje biedne małe chłopcy są zależni od ciebie. Oni są twoimi niewolnikami... ty jesteś jego niewolnikiem. Ty, mój kochany, jesteś w jego ręku jak jajko. Ruszysz się i już jesteś stłuczony... Zna on twoje historje i ma w ręku dowody.
Eks-kuchmistrz uchylił głowę i wybełkotał:
— Ten wasz Mascarot, to djabel; niepodobna oprzeć się djabłu.
— Doskonale!... takim chciałem cię właśnie widzieć! Teraz możemy pomówić jak dwaj przyjaciele.
Z miną bardzo nieszczęśliwą Perpignan usiadł naprzeciw ojca Tantaine, po drugiej stronie stołu, i o ile można starając się poprawić nieład swego ubrania.
— No, mruknął, usiłując obrócić wszystko w żart, gdy nie mogło być inaczej, jestem teraz wzięty na uzdę, rób pan co chcesz!
Ale stary pisarz nie był z tych, którzy nadużywają swej potęgi. Przybył on z planem gotowym; przewidywania zawiodły go po części — więc zastanowić się musiał przed rozpoczęciem akcji.
— Zapomnijmy, powiedział, o tem co zaszło, i zacznijmy od początku. Oto już od kilku dni każesz pan śledzić niejaką Karoline Schimel.
— Ja?...
— Tak, cokolwiek, mój kumie. Do śledzenia jej używasz najstarszego ze swoich cherubinów, wielkiego draba, lat szesnastu, lub siedmnastu, grywającego na arfie, i nazywającego się Ambrozio, co nie jest jego imieniem rzeczywistem.
— Ha! prawda!
— Ten urwis, trzeba mu oddać sprawiedliwość, jest dość niezręczny. Najprzód ze wszelką łatwością przyjmuje kieliszek od każdego, kto go nań zaprosi; a powtóre co jest wielką wadą w śledzącym łatwo się upija. Wczoraj wieczorem, ponieważ obawialiśmy się, by jego nieobecność nie wzbudziła w panu podejrzeń, byliśmy zmuszeni wpakować go do fiakra i złożyć na ziemi o parę ztąd kroków, na rogu ulicy Anglaise...
Eks-kuchmistrz uderzył się w czoło, jakby sobie coś nagle przypomniał.
— Więc to wy chodzicie za Karoliną Schimel?...
— Zgadłeś pan!...
— Eh!... wiedziałem dobrze, że nie ja sam to robię; widocznie nie znasz pan odwrotnej strony Paryża. Obok prawdziwej policji, i wbrew jej woli, rusza się, uwija, intryguje, nie wiem wiele policyj nieznanych. Jeżeli kto upiera się przy tem, by sobie jaką rzecz wyjaśnić, to naraża swoją skórę, a ja ogromnie dbam o moją.
Widocznie chciał Perpignan wprowadzić rozmowę na manowce.
— No, no, przerwał mu Tantaine, wracajmy do rzeczy; dla czego śledzisz pan Karolinę Schimel?...
— Dla czego?... ba!... dla czego... Doprawdy nie wiem czy mogę... Pan znasz dewizę moich cyrkularzy Szybkość i dyskrecja. Dotykasz pan tajemnicy, która nie jest moją, która powierzona została mojej uczciwości.
Poczciwy Tantaine skrzywił się ze zniecierpliwienia i zapytał:
— Czy gramy w otwarte karty?
— O! rozumie się.
— A więc do czego tu mówić o dyskrecji kiedy właśnie śledzisz pan Karolinę na własny swój rachunek, w nadziei, że przez nią owładniesz tajemnicą, której powierzono panu tylko małą cząstkę?
Eks-kuchmistrz, chociaż mocno przygnębiony, jeszcze próbował wykręcić się.
— Czyś pan pewny tego co utrzymujesz? zapytał.
— Tak pewny, że mogę panu powiedzieć, że ów klient posiadający tajemnicę, zalecony został panu przez pewnego adwokata, nazwiskiem Catenac.
Perpignan stanowczo był pobity. Nie zdziwienie już wyrażała twarz jego, ale osłupienie, przerażenie.
— Do kroćset piorunów!.. zawołał, podnosząc ręce w górę, cóż to za gracz ten Mascarot! Wie wszystko! wszystko!..
Nakoniec stary pisarz od komornika doczekał się pożądanego efektu ― i z widocznem zadowoleniem począł mordować swe okulary.
— Nie, odrzekł, pryncypał nie wie wszystkiego; a przekonywa o tem okoliczność, iż chce się dowiedzieć od pana, co mianowicie zaszło między klientem Catenac’a a panem. Oto jest usługa, jakiej wymagamy od pańskiej uprzejmości.
— I wyświadczę wam ją, sacrebleu!.. Mascarot ma niezaprzeczenie tęgą glowe... stoję po jego stronie!.. I, słuchaj pan! słowo honoru!.. Będę szczerym!.. Oto co jest! Już temu trzy tygodnie, pewnego poranku wyekspedjowałem u siebie przy ulicy Du Tour kilkunastu klientów, gdy wtem gospodyni moja przynosi mi bilet wizytowy. Czytam:„ Catenac, adwokat.“ Odpowiadam: nieznam, niech wejdzie. Wchodzi i po krótkiej rozmowie zapytuje, czy byłbym wstanie odszukać osobę, której ślady zaginęły już od dawna. Mówię, że mogę, bo przecież jest to moje rzemiosło. Następnie prosi mię, bym był u siebie w domu na drugi dzień rano, gdyż około godziny dziesiątej zostanę bliżej poinformowany. I rzeczywiście, na drugi dzień, punkt o dziesiątej, wchodzi do mnie człowiek poważny, ubogo ubrany. Lat sześćdziesiąt, surdut, jakby pisarka bez miejsca, kapelusz zużyty, ale czysty. Ale, Bogu dzięki, człowiek ma węch. Spoglądam na bieliznę — biała jak śnieg, cienka jak jedwab. Spoglądam na obuwie — buty pierwszego gatunku. Rozpatruję ręce — skóra delikatna, paznokcie wygładzone i starannie utrzymane... Z ugrzecznieniem podsuwam mu mój własny fotel. Siada i nie każąc się prosić, opowiada swój interesik:
„— Jak mię pan widzisz, mówi, nie zawsze byłem szczęśliwy. Był czas, w którym do takiego stopnia brakowało mi wszystkich środków do życia, iż musiałem zanieść do domu podrzutków małego chłopczyka, syna mojego i kobiety, która już nie żyje... Jest temu dwadzieścia cztery lata. Dziś jestem chory, sam jeden na świecie, mam niejaką fortunkę... Dałbym połowę jej, byle odszukać to dziecię... Czy sądzisz pan. że to jest możebnem?“
Perpignan mówi gładko, pomimo że był tylko kuchmistrzem i kieruje biórem wywiadowczem, utrzymując przytem trupę małych śpiewaków.
Podchlebiała mu niezmiernie uwaga, z jaką słuchał go ojciec Tantaine i to, że, jak mu się wydawało, sam pod pewnym względem wart był Mascarota.
Dlatego też mówił powoli, by wzbudzić niecierpliwość w swym słuchaczu, kładąc nacisk na to, co zamierzał robić, przebierając we frazesach i wyrazach.
— Łatwo pan pojmiesz, kochany pani Tantaine, zaczął znowu po chwili, że naiwne położenie tego starca mocno mię rozweseliło. Sądziłem, że będę miał do zrobienia rzecz zupełnie prostą, polegającą na tem, by się udać do szpitalu, dokąd odniesiono dziecię, o którem mowa. Powiedziałem sobie, że ten stary byłby chyba bardzo ubogi gdyby połowa, a nawet czwarta część jego majątku nie wynagrodziła mię hojnie za moją pracę. Powiedziałem więc śmiało,
iż podejmuję się uczynić zadość jego żądaniu, byleby udzielił mi na to nieco czasu. Ale, jak pan zobaczysz, zawcześnie radowałem się; stary jegomość był to lis przebiegły. Dawszy mi mówić, potem przerwał. „— Nie dałeś mi pan skończyć, powiedział; wytłumaczę mu wszystkie okoliczności, a może zapał pana ostygnie nieco i uznasz, że zadanie nie jest tak łatwem.“
Naturalnie, i odrzekłem, że przy niepospolitych środkach do poszukiwań, jakie posiadam, nic nie zdoła ukryć się przedemną; że Europa jest dla mnie klatką, do której dość mi sięgnąć ręką, aby wyjąć ptaka jaki mi się spodoba, tak pewnie jak on był pewny, że się ukrył. Bo w samej rzeczy organizacja bióra mego jest taka, iż nie chwaląc się...
— Pomińmy to, pomińmy!... rzekł ojciec Tantaine, to rzecz znana...
— Niech i tak będzie, odrzekł eks-kuchmistrz. To też pan jesteś w stanie pojąć co mogę powiedzieć klientowi. Ale on, który nie znał tej rzeczy tak jak pan, słuchał mnie z wielkiem zadowoleniem.
„— Tem lepiej, odpowiedział, tem lepiej, jeżeli pan jesteś tak zręcznym jak utrzymuje pan Catenac i tak potężnym jak sam mówisz. Nigdy nie nadawała się piękniejsza sposobność do okazania zręczności. Jak łatwo pan domyślisz się, ja także z mojej strony próbowałem różnych kroków, ale nadaremnie. A naprzód udałem się do szpitalu, gdzie zaniesione było moje dziecię. Pamiętano je tam dobrze. Pokazano mi rejestr, w którym zapisana była data przyjęcia. Ale nie wiedziano co się następnie stało z nieszczęśliwym chłopcem. W trzynastym roku życia uciekł i od tego czasu nie było żadnej o nim wiadomości. Wszelkie usiłowania w celu odszukania go pozostały bez skutku. Nie wiedziano dokąd się udał, ani co się z nim stało, ani nawet czy żyje.
— Oho! rzekł uśmiechając się ojciec Tantaine, zadanie piękne, niema co mówić.
— Piękne!... odrzekł Perpignan, tak się to mówi; ja zaś utrzymuję, iż jest prawie nie do rozwiązania. Szukaj pan po upływie dziesięciu lat tropu dzieciaka, który stał się mężczyzną.
— Zdarzały się rzeczy trudniejsze!
Ton starego pisarza od komornika wyrażał tak mocne przekonanie, że Perpignan zmieszał się i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
Mógł przypuszczać, że sprawa ta była proponowana Mascarotowi, że podjął się jej i prowadził z niejaką nadzieją na powodzenie.
— Trudne czy nie, odpowiedział, nie ukrywając tego, że czuł się obrażonym w swej próżności, ale ponieważ nie mam pretensji być tak potężnym jak pryncypał pana, propozycja mego klienta dała mi wiele do myślenia. Jednak nie okazałem tego i zapytałem, czy nie możnaby mieć rysopisu chłopca. Odpowiedział, że rysopis otrzymam jak najdokładniejszy, ponieważ wiele osób, a w tej liczbie przełożona szpitalu, bardzo dobrze przypominały go sobie, i że oprócz tego dane mi będą jeszcze rozmaite inne wskazówki, mogące być wielce przydatnemi.
— I zapewne pan już masz ten rysopis i te wskazówki?
— Jeszcze nie.
— No, no! To chyba żarty.
— Czysta prawda, słowo honoru!... Nie wiem czy stary jegomość wyczytał w mojej twarzy jakie wahanie się, dość, że na ten raz stanowczo odmówił wszelkich dalszych wyjaśnień. Być może, iż w tym dniu przybył tylko dla zasiągnięcia rady.
„— Sprawa tego rodzaju, powiedział mi, zasługuje na to, by się nad nią zastanowić, by się namyśleć. Tembardziej jest trudną i delikatną, że wszelkie poszukiwania wypadnie odbywać w najgłębszej tajemnicy. Nie można myśleć ani o zażądaniu pomocy policji, ani o ogłoszeniach za pomocą dzienników“.
Sądziłem, że stary przede wszystkiem potrzebował zapewnień; począłem mu więc dowodzić, że zakład mój jest grobem tajemnic. Odpowiedział mi po prostu, że wierzy temu. Potem zawezwawszy mię, bym mu nakreślił projekt zamierzanych poszukiwań i wręczył go panu Catenac, dodał, że nie chce bym napróżno marnował mój czas, i wyjąwszy z pugilaresu bilet pięćsetfrankowy, położył go na stole. Nie przyjąłem go, chociaż to wiele mię kosztowało. Było to albo za wiele, albo za mało; spodziewałem się lepiej obłowić w przyszłości. Ale począł nalegać, mówiąc, że jeszcze zobaczymy się, i że tymczasem będę się porozumiewał z jego adwokatem Catenac’iem. Potem wstał i wyszedł pozostawiając mię nie tyle zajętego przyszłemi poszukiwaniami, ile zaintrygowanego tą sprawą... Ot i wszystko!...
Jasnem było dla ojca Tantaine, że eks-kuchmistrz mówił prawdę. Jednak, ponieważ opuścił pewien ważny punkt, więc go zapytał:
— Jakto?... i nie starałeś się pan dowiedzieć, kto był ten starzec, uciekający się do przebrania?
Przez chwilę Perpignan zdawał się namyślać. Ale prędko zrozumiał, że z człowiekiem tak dokładnie poinformowanym, jak wysłannik Mascarota, wszelkie wybiegi byłyby dzieciństwem.
— Owszem!... odpowiedział. Klient mój był jeszcze na schodach, a ja już wziąłem bluzę, kaszkiet na głowę i puściłem się w trop za nim. Stanąwszy na ulicy ujrzałem go o dziesięć kroków przed sobą. Poszedłem za nim i wkrótce dostrzegłem jak wchodził, zupełnie tak jak do siebie, do pięknego pałacu przy ulicy Varennes.
Szczerość taka powinna była trafić do serca starego pisarza od komornika.
— Rzeczywiście klient pański był u siebie, powiedział miałeś pan zaszczyt odbyć naradę z księciem Champdoce we własnej osobie.
— Tak jest. Zaliczam do moich klientów ks. Champdoce, co mogę powiedzieć, jest wcale dla mnie pochlebnem. Ale niech mię diabli zaduszą, gdy pan tego nie uczyniłeś, jeżeli domyślam się, jak pan mogłeś wykryć to wszystko.
— O!.. odpowiedział skromnie Tantaine, traf tak czasem posłuży!.. Ale czego nie pojmuję, to owego łącznika między księciem a Karoliną.
Eks-kuchmistrz skrzywił się ironicznie.
— Doprawdy?.. powiedział. Więc dlaczegoż każecie ją śledzić?.. Moje powody są bardzo proste. Jak możesz pan domyślić się, zasiągałem wszelkich możebnych wiadomości o księciu Champdoce. Powiedziano mi, że jest to wielki pan, niezmiernie bogaty i obyczajów bardzo surowych. Żonaty i żyje bardzo dobrze z żoną. Mieli syna jedynaka, którego stracili w przeszłym roku i od czasu tej śmierci są niepocieszeni. Wtedy powiedziałem sobie: I książę jest człowiekiem. W młodości swej musiał uwieść jaką dziewczynę, a potem odesłał dziecię do szpitalu i zapomniano o niem. Po śmierci legalnego swego spadkobiercy, niemajac komu przekazać majątku i nazwiska, książę przypomniał sobie o owem dziecięciu, które w każdym razie jest jego dziecięciem i chce je odszukać... Co pan myślisz o tej konkluzji?
— Wydaje mi się logiczną; ale nie wyjaśnia mi wcale kroków pana względem Karoliny Schimel.
Nie masz wątpliwości że Perpignan nie był tej siły co słodki wysłannik Mascarota. Ale nie był do takiego stopnia ograniczonym, by nie czuć że jest formalnie badanym.
Jeżeli nie oburzał się na to, chociaż tak zarozumiały, to dla tego, że zanadto mocno był przekonany o zupełnej swej zależności.
Zresztą, gdy się już raz spowiedź zaczęła, to najlepiej niech będzie szczerą i zupełną. W ostatnim wyniku tych badań dopatrywał on jakąkolwiek korzystną propozycję.
— Łatwo się pan domyślisz, kochany panie Tantaine, że wyrozumowawszy sobie powody postępowania księcia Champdoce, pierwszem mojem staraniem było wywiedzieć się o jego przeszłości. Nie miałem pretensji dochodzić aż do matki dziecięcia, ale zawsze spodziewałem się zebrać niejakie szczegóły biograficzne. Przykro mi wyznać, że moje poszukiwania pozostały zupełnie bezowocnemi.
— Jakto?... z danemi jakie pan masz?...
— Śmiej się pan ze mnie; a jednak tak jest. Z trzydziestu służących, zapełniających przedpokoje, kuchnie i stajnie księcia Champdoce, niemasz ani jednego który by był w służbie dłużej nad dwanaście lat. Gdzie się podzieli ci, którzy służyli u księcia, gdy był młody? Niemogłem wykryć tego. Byłem niezmiernie zmartwiony, gdy w tem pewnego dnia, trafem najszczególniejszym, wszedłszy do jednego handlu win przy ulicy Varennes, posłyszałem mówiących o jednej kobiecie, która była w służbie książęcej przed dwudziestu pięciu laty i która dotąd otrzymuje małą pensyjkę. Kobietą tą była Karolina Schimel. Dostałem jej adres od jednego lokaja i teraz śledzę ją...
— Czegoż pan spodziewasz się od niej?
— Przyznam się, że nie wiele. Jednak owa mała pensja, wypłacana tej kobiecie, każe przypuszczać, że swojego czasu wyświadczyła ona swoim państwu pewną usługę. Czyż nie może też ona mieć jakich wiadomości o urodzeniu tego dziecka naturalnego?
— Przypuszczenie nie bardzo prawdopodobne, odpowiedział pisarz tonem najobojętniejszym...
— Zresztą, rzekł Perpignan, nie widziałem już więcej księcia Champdoce.
— A pana Catenac?
— Tego widziałem trzy razy.
— I nie dał panu żadnych nowych wskazówek? Nie powiedział nawet do jakiego szpitala oddane było dziecię?
— Nic... Tak że podczas ostatniej jego tu wizyty oświadczyłem mu, że zaczyna mię już nudzić ta cała sprawa. Zażądałem, by mi wyjawił wszystko co sam wie. Ale gdzietam! Gotówbym poprzysiądz, że sam chce się zrzec wszystkiego i że nawet żałuje że się w to wmięszał.
Tantaina nie dziwiło to wahanie się zacnego adwokata. Poznawał on w tem skutek pogróżek Mascarota. Ale zdawało się, że podziela niezadowolenie Perpignana.
— Czy te wszystkie wykręty nie wydały się panu szczególnemi? zapytał.
— Nie bardzo. Założyłbym się, że ten p. Catenac nie więcej wie odemnie. Najprawdopodobniej książę sam waha się z wyjawieniem wszystkiego. Bo zgodzisz się pan, że to rzecz ważna. Na jego miejscu ja tyleż obawiałbym się odszukać chłopca, ilebym pragnął tego. Kto wie, co teraz robi przyszły spadkobierca książąt Champdoce? Może gdzie wałęsa się pod rogatkami, jeżeli nie uzupełnia swego wykształcenia w jakim domu kary. Czego można spodziewać się od urwisa, który w trzynastym roku uciekł z miejsca, gdzie mu było bardzo dobrze?
Perpignan, tyran czterdziestu małych śpiewaków, pojmuje lepiej aniżeli kto inny w jakie okropne położenie wpaść może dziecię opuszczone.
— Obmyślałem, wszakże, plan wcale nie zły, mówił dalej. Przy pieniądzach i cierpliwości w materji poszukiwań można spełnić cuda.
— I ja jestem tego zdania.
— Oto com zamierzał zrobić. Dokoła miasta nakreśliłem jakby koło idealne, które metodycznie zwiedzałem. Mówiłem sobie: będę wstępował we wszystkich wsiach, do wszystkich domów do wszystkich oberży; będę zbierał mieszkańców i mówił do nich tak: Czy nie pamięta z was który, aby w tym a tym czasie przyjął do swego domu, albo może widział dziecko tylu a tylu lat, ubrane tak a tak, wyglądające tak a tak i t. d.“ A niezawodnie znalazłby się ktoś kto by mi powiedział: „Ja pamiętam. Owoż bądź pan pewny, że gdybym tylko pochwycił koniec takiej nitki przewodniej, to dostałbym się z czasem i do kłębka.
System ten okazał się tak sprytnym i praktycznym ojcu Tantaine, iż nie sądził, by należało ukryć wrażenie jakiego doznał.
— Nieźle pomyślano! zawołał.
Ale eks-kuchmistrz nie bardzo się pysznił z tego uznania. Pisarz od komornika miał tak szczególny sposób udzielania pochwał i nagany, iż niezmiernie trudno było odróżnić jedne od drugiej.
— Eh do kroćset piorunów! zawołał Perpignan, w końcu wmówisz pan we mnie żem głupiec. Nie masz w tem nic dziwnego — trzymacie mnie. Nie przeszkadza mi to jednak miewać natchnienia. Tak, naprzykład co do tego dziecięcia, przyszła mi pewna myśl, która należycie przeprowadzona, mogłaby być bardzo korzystną.
— Czy można też poznać ja?
— Panu można ze wszystkiego bezpiecznie zwierzyć się, prawda? Otóż powiedziałem sobie: Wynaleźć to dziecię jest prawie niepodobieństwem, ale dlaczegoźby zamiast niego nie podstawić kogo innego dobrze wyuczonego?
Usłyszawszy tę niespodziewaną propozycję Tantaine zerwał się z krzesła i gwałtownie poprawił okulary.
— To za śmiało!... zawołał, to zuchwalstwo!
Perpignan dobrze podpatrzył wzruszenie starego pisarza, ale poczytał je za oznakę uznania dla swego pomysłu. Zręczniejszy, a mniej głęboko przekonany o swej niższości, co jest jedną z największych wad, poczułby pewno, że wykrył słabe miejsce zbroi.
— Tak! powiedział, to rzecz djabelnie ryzykowna. Ale nie myślę już o tem.
— Boisz się pan?
— Ja?... i to pan pytasz mnie, czy się boję?... Do wszystkich piorunów!... czyż pan mnie nie znasz?... Bać się!... ja!...
Stary pisarz musiał być wzruszony, gdyż głos jego stawał się coraz słodszym.
— A więc dlaczego zrzekłeś się pan? zapytał.
— Dla czego?... naiwne zapytanie! Dlatego luby tatulu, że nie masz sposobu... dlatego, że jest przeszkoda.
— Nie widzę jej, powiedział stanowczo Tantaine, który chciał przeniknąć aż do głębi myśl Perpignana.
— Ach!... sacrebleu!... prawda, żem pominął ten szczegół!... Książę Champdece wyraźnie mi powiedział, iż ma niezawodny sposób przekonania się o tożsamości swego syna, dzięki pewnym bliznom.
— Jakiego rodzaju?
— A!... za wiele pan wymagasz.
Na tę odpowiedź stary pisarz zerwał się nagle, ukrywając tem swoje wzruszenie i najswobodniejszym tonem powiedział:
— Doprawdy, kochany panie Perpignan, martwi to mię mocno, żem go zaniepokoił. Pryncypał mój przypuszczał, że pan tropisz tę samą zwierzynę co i on — omylił się!... Znaczy to, że pozostawiamy panu wolne pole.
Eks-kuchmistrz chciał odpowiedzieć, ale Tantaine już otworzył drzwi i mówił dalej:
— Na miejscu pana trzymałbym się pierwszego planu. Do dziecięcia pewno pan nie dojdziesz, ale jeżeli będziesz umiał należycie rzecz prowadzić, to wyciągniesz od księcia Champdoce niemało biletów tysiącfrankowych. Jeszcze raz przepraszam... i żegnam.
Czy eks-kuchmistrz złapał się na to oświadczenie? Tantaine nawet nie zadawał sobie tego pytania. Co go to mogło obchodzić!... Szło mu głównie o to, by nie okazać swego wzruszenia, obawiał się zdradzić. Dla tego tak pospiesznie opuścił „fabrykę“ Perpignana.

— Są blizny, mruczał idąc ulicą Reculettes, a ja nie wiedziałem o tem, a Catenac, zdrajca, nie uprzedził mnie!...

VIII.

Mascarot w sposób bardzo prosty a wymowny objaśniał swe operacje, przyrównywając siebie do tych właścicieli teatru marionetek, którzy niewidzialni trzymaj nitki wszystkich lalek, poruszających się na małej scenie.
Jak tylko dobrowolnie lub przypadkowo jakakolwiek osobistość znalazła się wplątaną w akcję, którą podgotowywał oddawna z cierpliwością i zamiłowaniem, przywiązywał on jej, wyrażając się własnemi jego słowami, „nitkę do poruszania*.
Czyli innemi słowy, jaśniejszemi nad te teatralne porównanie, osobistość taką oddawał pod dyskretny dozór jednego ze swoich aniołów stróżów.
To też nie upłynęło dwóch godzin od czasu jak Andrzej rozstał się z Modestą na rogu ulicy Matignon, gdy już miał przy sobie szpiega, któremu polecono podpatrywać wszystkie jego czynności i nawet o najbłahszych donosić stręczycielowi...
Szpiegiem tym był kolega Beaumarchefa, La Candele, chłopak wielkiej wartości, jak utrzymuje Mascarot. Miał on przede wszystkiem zlecenie być ostrożnym i ukrywać się jak można najstaranniej.
Ale nie potrzebną tu była ostrożność.
Myśl, że Sabina Mussidan została ocaloną, zanadto przepełniała serce i umysł Andrzeja, by najmniejszą uwagę zwracał na rzeczy zewnętrzne. Gdyby walił się świat cały i to nie zamąciłoby jego szczęścia.
Teraz zresztą miłość jego wchodziła w nowy okres i nigdy nadzieje jego nie wydawały mu się tak bliskiemi spełnienia.
Miał przyjaciela, pana Breulh-Faverlay i powiernice, panią Bois d’Ardon, to jest dwóch sprzymierzeńców, których wpływ, w danym razie, mógł być decydującym.
Nie obruszała go już życzliwość p. Breulh.
Wspólna a straszliwa niepewność, w jakiej przez trzy dni pozostawali, połączyła ich przyjaźnią, jaką tylko czas wytwarza.
Ale im bardziej przyszłość uśmiechała się Andrzejowi, tem częściej powtarzał sobie, że musi wziąć się do roboty z całym zapałem.
Więc wcześnie wieczorem rozstał się z panem Breulh, po bardzo wesołym obiedzie.
— Od jutra, powiedział ściskając mu rękę, jeżeli zechcesz pan podnieść oczy do góry, przejeżdżając przez Pola Elizejskie, to zobaczysz mię na rusztowaniu lepiącego gzymsy.
Musiał poświęcić część nocy na wykończenie rysunku, dla pana Gandelu, tego bogatego przedsiębiorcy, którego dom miał zdobić od otworów piwnicznych aż do gzymsów pod dachem.
Wstawszy rano, westchnął, popatrzał jak zwykle na portret Sabiny, przed wszystkimi ukrywany i wziąwszy tekę z rysunkami, udał się do pana Gandelu, szczęśliwego ojca młodego Gastona.
Przedsiębiorca ten, prawie znakomity od czasu, jak wybudował piękny teatr „Comèdies-Parisiennes“, mieszka przy ulicy Chaussée-d’Antin we własnym domu.
Gdy koło dziesiątej Andrzej przybył do niego, służący, ku któremu zwrócił się, szczerze mu doradzał, by wizytę swoją odłożył na inny czas.
— Nie wiem co się panu dziś rano stało, powiedział, ale, ani razu, od pięciu lat, jak jestem w jego służbie, nie widziałem go w takim stanie... Wszystko połamał w swoim gabinecie. Ot i teraz... słuchaj pan!...
Nie bardzo trzeba było nastawiać uszu, by usłyszeć potężny głos, stuk łamanych sprzętów i klęcia, od których zadrżałby podoficer kawalerji.
— Takim jest pan już od godziny, dodał służący; opanowało go to po wizycie adwokata, pana Catenac’a; to też na miejscu pana...
Ale Andrzejowi było spieszno.
— Nic to! powiedział, przecież pan twój nie zje mnie. Proszę mię zaanonsować.
Służący był posłuszny i otworzył Andrzejowi drzwi do ogromnego pokoju, bardzo bogato ozdobionego, na którego środku przedsiębiorca gwałtownie wymachiwał poręczem krzesła, którego szczątki leżały na podłodze.
Chociaż przeszło sześćdziesiątletni, może jednak p. Gandelu śmiało utrzymywać, że nie ma więcej nad pięćdziesiąt lat.
Jest to rodzaj Herkulesa o szerokich barkach, porosłych włosem rękach, dłoniach szerokich jak barania łopatka, słuszny, krwisty, któremu nie wygodnie w surducie podszytym atlasem i który zdaje się ciągle żałować swej bluzy z młodych lat.
Czy dumny jest, czy też zakłopotany tą myślą, iż ma trzy do czterech milionów? Nie łatwo to odgadnąć.
W każdym razie ma prawo mówić o swoim majątku; gdyż dwa są jego szlachetne źródła: praca i oszczędność. Ludzie zazdroszczący mu, dochodząc aż do pierwszej pięciofrankówki, którą zaniósł do kasy oszczędności, nie zdołaliby wykryć ani jednej plamy.
Nie bardzo jednak głośno pobrzękuje pieniędzmi. Woli raczej mówić o owych dobrych czasach, kiedy był nieszczęśliwy, kiedy się wspinał po drabinie, ugięty pod ciężarem cebra z wapnem.
Jest twardy jak chleb razowy i pospolity i brutal, i gwałtowny i źle wychowany. Tylko...
Tylko pod tą grubą powłoką ukrywają się, jak dyament pod skorupą, najszlachetniejsze uczucia i nieskalana niczem uczciwość.
Klnie jak poganin, to prawda; wszystkie swe porównania zaczerpuje od budynków, to śmieszne. Ale jest dobry; ale nigdy nie odmówił usługi. Ręce zgrubiały mu od pracy, ale nie serce.
Jak tylko drzwi się otworzyły, zawołał:
— Któż to pozwala sobie nalazić do mnie?
Pan zawezwałeś mnie, zaczął Andrzej.
Poznawszy go, stary przedsiębiorca wypogodził czoło.
— A! to pan, powiedział głosem, który nagle złagodniał; chodź pan, chodź, młody człowieku, w samą porę nadarzasz się; lubię widzieć pana u siebie. No, siadaj... jeżeli jest jeszcze jakie całe krzesło.
Służący miał słuszność, utrzymując, że pan jego przechodził straszliwą kryzys. W całym gabinecie nie było prawie ani jednego sprzętu nie Uszkodzonego. Nawet gzyms od kominka leżał na ziemi.
— Lubię pana, mówił dalej p. Gandelu, nie puszczając z rąk kawałka krzesła, boś pan szczery, solidny jak kamień węgielny. Lubię pana, bo masz serce, honor i chęć czynienia dobrze; bo nie nudzisz się przy robocie...
— Doprawdy, panie...
— Nie rumień się pan, jak młoda mężatka, chociaż to pięknie być skromnym. Ja od pierwsze go spojrzenia rozmierzyłem go wzdłuż i wszerz. Czyż Jan Lantier, pański pryncypał, a mój przyjaciel, nie mówił mi o panu? Czyż nie wiadomo, że pan sam siebie uformowałeś, własnemi rękami?
— O, panie, za to co umiem, obowiązany jestem panu Lantier.
— Tak, Jan także jest dzielny człowiek, to wiadomo. Ale to nic. Gdzie nie ma fundamentu, tam się dom nie wznosi. Kto nie ma nic tu — i potężnie uderzył się w piersi — kto nie ma nic tu — i palnął się w czoło — to nie ma z nim co tracić czasu i zachodu. Pan nie jesteś już nic — jesteś pan już coś!
Napróżno Andrzej, którego żenował ten panegiryk, starał się powstrzymać pana Gandelu.
— Tak jest, mówił dalej przedsiębiorca, pan już jesteś coś. Potrzebujesz pan sto tysięcy franków by rozpocząć jakie przedsiębiorstwo? Mam je na pańskie usługi, na trzy od sta i na jak długo zechcesz. O!... gdybym miał córkę i ta podobała się panu! Powiedziałbym: Daj rękę chłopcze!... weź ją, oto posag!... A potem wybudowałbym wam dom!...
Andrzej nieznał tak dalece pana Gandelu, by zmiarkować zkąd nadeszła burza.
— Prawda, mówił dalej stary, głosem zdradzającym okropne cierpienie, prawda, nieznałeś pan nigdy swoich rodziców. Pan nie wiesz co to jest ojciec... dobry ojciec... ale kochałbyś twego ojca!
Tu przerwał sobie, a ponieważ Andrzej nie mówił nic, więc zapytał go nagle:
— Znasz pan mego syna?
Ton, jakim wymówione były te wyrazy, oświecił Andrzeja.
Wszystko co dotąd mówił przedsiębiorca wyjaśniło mu się. Domyślał się powodów wszystkich tych gwałtowności.
Widocznem było, iż znajdował się w obecności ojca słusznie zagniewanego, który znajdował gorzkie zadowolenie w porównywaniu swego syna z młodzieńcem, którego poważał za inteligencję i energię.
Andrzej, który dobrze pamiętał obiad u Róży i który miał jeszcze na sercu pewne wyrażenia pana Gandelu syna, zawahał się nieco z odpowiedzią.
Sam siebie zapytywał, czy dla przerwania wszystkiego od razu nie będzie rozsądnem powiedzieć poprostu: „nie.“ Ale potem przyszło mu na myśl, iż byłoby to kłamstwem bezużytecznem, więc poczerwieniawszy rzekł:
— Miałem przyjemność spotkać się parę razy z panem Gastonem.
Usłyszawszy to, przedsiębiorca podskoczył, jakby go kto biczem w samą twarz smagnął i kawałkiem poręcza od krzesła, które ciągle trzymał w ręku, uderzył z całej siły w piękną szafę dębową.
— Święty i wielki Boże! zawołał piorunującym głosem, nie wymawiaj pan nigdy przede mną tego imienia Gaston!.. Czy na prawdę myślisz pan, że mój syn, syn Mikołaja Gandelu, ma imię Gaston? Ochrzczono go Piotrem na cześć nieboszczyka mego ojca, który z rzemiosła był kopaczem, ale był człowiekiem. Imienia Piotra wstydził się ten głupiec, będący moim synem. Znajdował je nie dość dźwięcznem. Jemu potrzeba imienia słodkiego, a przede wszystkiem dystyngowanego. Piotr!... to imię pospolite, to śmierdzi pracą i uczciwością!... Ale Gaston!... Do licha!... to pachnie księciem jak pomada. Ładny Gastonie, śliczny, miluchny, podaj łapkę twojej lubej!
Głos przedsiębiorcy, który silił się naśladować piskliwość kobiecą, miał w sobie coś tak komicznego, że Andrzej z wielką trudnością zdołał powściągnąć uśmiech.
— Gdyby to było wszystko, mówił dalej pan Gandela, ruszyłbym ramionami, i nie rzekł ani słowa. Ale czyś pan widział jego bilety wizytowe? Kazał wypisać na nich: Gaston de Gaudelu, i w jednym rogu umieścić koronę markizowską. Markiz! on! syn człowieka, który był posługaczem mularskim!... markiz!... kiedy ja, jego ojciec, jeszcze nie wygładziłem należycie na moim grzbiecie odcisków od worów wapna, które nosiłem! O! pokażę ja tobie de, dam ja tobie markiza!...
— Młodzi ludzie miewają takie słabostki, powiedział Andrzej.
Ale p. Gandelu nie był z tych, którzy uwzględniają dzieciństwa tego rodzaju.
— Nie!... tak zaczął ze wzrastającą gwałtownością, pan tego nie potrafisz uniewinnić. Mój pan syn wstydzi się mnie. Ženuje go nazwisko bez skazy. Lepszem znajdowałby, gdyby był synem jakiego łotra utytułowanego. Sądzi, że tytuł daje mu stanowisko w towarzystwie. Wart też jest tego towarzystwa, tego zbiorowiska oszustów, kobiet upadłych i oszukanych! Znam jego przyjaciół, tych próżniaków, wyperfumowanych i wyfryzowanych jak lalki; to karykatury ludzi! Szkaradne rozpustniki! Gdyby pootwierać im wszystkie żyły, to nie wypłynęłoby pół kwarty czystej krwi. Dla tych to ludzi dodał on sobie de... Gdy garson hotelowy mówi mu „panie markizie“, to jest jak w niebie. Głupiec!... Za połowę tego co on wydaje, mnie, gdybym zechciał, nazywanoby najjaśniejszym panem, albo przynajmniej jego wysokością!... I nie widzi, że drwią sobie z niego! Tłoczą się koło niego, podchlebiają mu, pieszczą go, a on sądzi, że oddają hołdy jego rozumowi, piękności!... Bałwan! To do talarów ojca mularza tak się wdzięczą!...
Położenie Andrzeja stawało się coraz trudniejszem i delikatniejszem. Wiele dałby za to, by uniknąć tych zwierzeń, wyrywających się w gniewie. Ale nie miał możności przemówienia, a nieśmiał oddalić się.
— Ma dopiero dwadzieścia lat, mówił dalej pan Gandelu, a jest już zużyty, zawiędły, zmarniały. Jest stary, oczy mu migocą i wypadają włosy. Zaledwie trzyma się na nogach, ledwo dyszy, a noce całe przepędza na pijaństwie. Ale to także i moja wina; zanadto byłem pobłażający. Gdyby zażądał odemnie starej mojej skóry, by użyć jej zamiast dywana przy łóżku, ja bym mu ją dał. Od czasu, jak nauczył się mówić, dość, by powiedział: Chcę — i ma co chce... Straciłem moją zacną żonę, jego mam tylko!... Wiesz pan, że ma on tu apartament książęcy, dwóch ludzi i cztery koni do rozporządzenia. Co miesiąc daję mu tysiąc pięćset franków na cygara; drugie tyle wyłudza u mnie... a wszędzie mówi, że jestem stary sknera, dusi-grosz, i zadłuża się, i już zeskontował majątek swojej biednej matki.
Nagle zatrzymał się i z czerwonego zrobił się siny. Dreszcz konwulsyjny wykrzywił mu usta, a oczy ogniem zabłysły.
Drzwi otworzyły się i młody p. Gaston właściwie Piotr ukazał się w nich, wystrojony, zadowolony, świetny jak zawsze.
Poszedł naprzód krokiem mierzonym, w kapeluszu na głowie i z cygarem w ustach.
— Dzień-dobry papo! powiedział, jakże się miewamy dziś rano?
Ale ojciec odtrącił go.
— Nie przybliżaj się do mnie! krzyknął, nazad!
Młody Gaston zatrzymał się nieco zdziwiony, wzrokiem zapytując Andrzeja.
— W złym humorze jesteśmy, dziś rano, powiedział, czy podagra powróciła?... To rzecz nie miła...
Przedsiębiorca stłumił krzyk boleści człowieka, ugodzonego w samo serce, i takiego wywinął młynka kawałkiem krzesła, iż syn uznał za stosowne odsunąć się nieco.
Andrzej rzucił się między ojca i syna.
— O! nie bój się pan, rzekł przedsiębiorca ponurym głosem, nie straciłem jeszcze rozumu.
I czy dla tego, by uspokoić młodego malarza, czy że sam nie ufał sobie, rzucił w kąt kawał krzesła, będący straszliwą bronią w jego ręku.
Gaston był niezawodnie nieco przestraszony; ale jest to chłopiec należycie zahartowany i nie łatwo tracący piękną pewność siebie.
— A to co?... mruknął; dzieciobójstwo! Ależ nie!... ja to znajduję nie pięknem!... Ządam, by mię wyłączono z tego rodzinnego obchodu!
Nie skończył. Andrzej chwycił go za ręce, ścisnął okropnie i powiedział do ucha:
— Ani słowa więcej!
Ale ponure milczenie, jakie nastąpiło, nie na rękę było panu Piotrowi-Gastonowi.
— Tak jest, powiedział, milczenie i tajemnica, znamy to. Tylko chciałbym wiedzieć, czego on się tak rozchodził i co to wszystko znaczy?
P Gandelu odpowiedział Andrzejowi:
— Wszystko panu wytłumaczę, panie Andrzeju, a pan pożałujesz mnie i pojmiesz moje cierpienia. Niestety! pewno nie jeden ojciec jest tak samo, jak ja nieszczęśliwy. Mówią, że takie jest przeznaczenie nas wszystkich, parweniuszów, i widzieć musimy, jak upadają wszystkie nasze projekta, jakie sobie tworzymy co do przyszłości naszych dzieci. Synowie nasi, którzy powinniby być uwieńczeniem naszej pracy, stają się jakby karą za naszą dumę.
— Nieźle! nieźle, jak na człowieka, który bierze się do rzeczy nienależącej do jego rzemiosła, mruknął młody Gaston; zawsze mówiłem, że papa potrafi być patetycznym.
Na szczęście pan Gandelu nie słyszał tej nowej inpertynencji i mówił dalej głosem ochrypłym i urywanym:
— Ten nędznik, którego pan widzisz, panie Andrzeju, jest moim synem. Na pamięć jego świętej matki, nieboszczki żony mojej, poprzysięgam, że od dwudziestu lat, jego tylko ciągle miałem na myśli. Od dwudziestu lat, on jeden zapełniał moje serce i głowę, ni tylko żyłem. A tymczasem, zeszłego tygodnia, on się zakładał o mnie, grał o moje życie lub śmierć, tak, jakbyś się pan zakładał o jedną z tych szkap, które skaczą przez płoty w Vincennes...
— A! ale nie! zawołał młody Gaston, to już za grubo.
Przedsiębiorca ruszył się pogardliwie.
— Miałbyś też przynajmniej odwagę właściwą nawet podłości i zbrodni. Biedny chłopcze!.. sądziłeś, żem ślepy, ponieważ nie podobało mi się powiedzieć ci: Widzę! Ależ w końcu musiałem przecię otworzyć oczy!
— Jednak, papo...
— Nie zaprzeczaj!... Dziś rano był u mnie adwokat mój, p. Catenac, i miał okropną odwagę, jaką miewają tylko prawdziwi przyjaciele aby powiedzieć całą prawdę. Wiem wszystko...
Ton mowy pana Gandelu zdradzał tak głębokie oburzenie, tak było czuć to, iż pojmował, że dla niego wszelkie szczęście przepadło na świecie, że Andrzej nie bez trwogi zapytywał sam siebie, jakie wyznanie usłyszy.
A będzie pewno straszliwe, gdyż pewność siebie, jaką dotąd Gaston okazywał, słabła widocznie i dowcip jego tępiał.
— Trzeba byś wiedział, panie Andrzeju, zaczął przedsiębiorca, że przeszłego tygodnia miałem jeden z tych napadów podagry, jakie nie zdarzają się dwa razy w życiu. Przez trzy dni sądzone, i ja sam byłem tego zdania, że już gaszę ostatni mój worek wapna. Zrobiłem testament. Mocno zbudowane domy walą się odrazu, a ja czułem się wstrząśnięty od podwalin do dachu. Podczas długich godzin cierpienia, syn mój prawie mię nie opuszczał. A ja, biedny, głupi ojciec, widząc go przy moim łóżku, z twarzą zamyśloną i smutną, czułem radość głęboką. „On mnie kocha, mówiłem sobie. Głowę ma szalona, ale serce dobre. Będzie po mnie płakać gdybym umarł; płakać szczeremi łzami.“ To znowu myślałem: „Dobrze to czasami być chorym; przynajmniej mam przy sobie syna.“ Niestety właśnie gdym to sobie myślał i mówił, mylilem się najszkaradniej. Nikczemnik ten, nie życie moje podpatrywał, ale wyglądał śmierci, któraby oddała mu mój majątek!... Jeżeli twarz jego była smutna, to dla tego, że go prześladowali, że mu dokuczali bezustannie wierzyciele, grożąc, że zgłoszą się do mnie. Jeżeli oddalał się na chwilę z mego pokoju, to dla tego, że spekulując na mój zgon, układał się o pożyczkę i miał w tem interes, aby wierzono, iż stan mój jest bardziej rozpaczliwy, aniżeli był w samej istocie. Zgłosił się on do obrzydłego lichwiarza, nazwiskiem Clergeot i otrzymał od niego przyrzeczenie, że pożyczy mu stotysięcy franków, zapewniając go na piśmie, że zaledwie kilka dni przeżyję. Przed godziną miałem w ręku dokument, obejmujący warunki tymczasowe. Powiedziano tam wyraźnie, że jeżeli umrę do ośmiu dni, to syn mój da tylko 20.000 komisowego. Jeżeli będę żyć dłużej nad jeden miesiąc, to obowiązuje się zapłacić 150.000 franków. Nakoniec, jeżeli wyjdę z choroby, to uznaje się za dłużnego 200.000 fr...
Przedsiębiorca zatrzymał się. Oddech miał przyspieszony, dusił się.
Wyjął chustkę i począł obcierać sobie czoło zroszone zimnym potem.
— Boże mój!... pomyślał Andrzej, ten nieszczęśliwy człowiek, nigdy mi nie przebaczy, że mimowolnie stałem się powiernikiem jego cierpień.
Ale młody malarz mylił się. Natury pierwotne nie umieją cierpieć w milczeniu i muszą szukać wyjścia dla swej boleści, gdy ta jest zbyt wielką.
To samo co Andrzejowi, powiedziałby p. Gandelu bez wahania każdemu innemu człowiekowi, godnemu szacunku, lub nie — gdyby ten zjawił się w tej chwili.
— Wszystko to jeszcze nic, mówił dalej. Przed pożyczeniem takiej wielkiej sumy, bo sto tysięcy franków, to wielka suma, Clergeot chciał mieć pewność, czy naprawdę mam się tak źle jak utrzymywano. Potrzebował zapewnienia, żądał poświadczeń! Jakże tu zrobić, by przekonać go? Syn mój szukał sposobu — i wynalazł... Począł mi ciągle prawić o jakimś lekarzu specjaliście, jedynym w świecie, jak mię zapewniał całując, na choroby takie jak moja. Widziałem, że jest tak zaniepokojony, wzruszony; nalegał tak słodkim głosem, iż przychyliłem się do jego próśb i pewnego wieczora powiedziałem: Więc sprowadź tego doktora, jeżeli sądzisz, że on mię wyleczy. I sprowadził. Bo trzeba panu wiedzieć, panie Andrzeju, że znalazł się lekarz tak nikczemny, iż przyjął zlecenie podłego lichwiarza. Lekarza tego powinienbym wydać na pogardę publiczną i słuszne oburzenie jego kolegów!... Przyszedł tu, ten człowiek, i siedział przy mnie pół godziny... Zdaje mi się, że go jeszcze widzę, jak pochylony nad mojem łóżkiem, liczy uderzenia pulsu, rozgląda mnie, dotyka i zarzuca pytaniami... Wyszedłszy po zapisaniu jakiegoś błahego lekarstwa, powiedział — w obecności mego syna, który poszedł za nim — do Clergeota, czekającego go na ulicy: „Możesz pan zaryzykować pieniądze, człeczyna nie wyliże się z tego“... W pięć minut potem ukazał się mój syn, uśmiechnięty, uszczęśliwiony i zawołał najweselszym swym głosem: „Dobrze idzie, papo!“... Nie — nie poszło dobrze. Przynajmniej nie poszło według przepowiedni doktora!... W dzień było źle ze mną, ale w nocy, po przesileniu, widocznie począłem powracać do zdrowia. Na trzeci dzień byłem już na nogach... Owoż Clergeot potrzebował czterdziestu ośmiu godzin dla zebrania pieniędzy. Dowiedział się żem wyzdrowiał i układy zostały zerwane... Mój syn nie dostał stu tysięcy franków!...
Biedny ojciec płakał. Przykro to było widzieć, jak wielkie łzy spływały mu po policzkach i zmarszczkach.
Rozdzierającym tonem dodał:
— Dlaczego żeś nieszczęśliwy nie miał tyle odwagi aby przyspieszyć śmierć twego ojca, jeżeli pragniesz jej tak gorąco! Możeś nie wiedział, że jedno z lekarstw, które mi przepisano, było trucizną? Czemu! do szklanki, którą mi podawałeś, zamiast jednej kropli nie wlałeś dziesięciu?... Jużby wszystko było skończone... i zbrodnia twoja nie byłaby większą jak teraz...
Andrzej nie spuszczał z oczu młodego Gastona.
Spodziewał się, że lada chwila rzuci się do nóg tego ojca, którego obraził tak śmiertelnie i będzie błagał o przebaczenie, zapomnienie tak szkaradnego czynu. Bynajmniej.
Gaston pozostawał nieruchomy, sztywny z ustami zaciśniętemi.
Zdawał się upokorzonym, zirytowanym, ale nie rozczulonym i wzruszonym. Właśnie w tym momencie zapytywał sam siebie, jakim sposobem wiadomość o układach z Clergeotem mogła dojść do uszu adwokata jego ojca, a zwłaszcza, jak Catenac mógł przedstawić dowody i okazać projekt kontraktu.
Jak Andrzej, tak samo i przedsiębiorca spodziewał się, że syn jego będzie błagał o przebaczenie być może, że już gotów był przebaczyć...
Ale widząc, że uporczywie zachowywał milczenie, zaczął znowu:
— Wiesz pan, kochany panie Andrzeju, jaki szlachetny użytek syn mój zrobiłby z mego majątku? Zaniósłby go kreaturze, wydobytej z rynsztoku, z której zrobił swoją metresę, a która go odrwiwa tak jak i inni. Zamianował ją wicehrabiną, jak sam się utytułował markizem. Wicehrabina Chantemille!... Markiz Gaston!... Godne jedno drugiego!...
Teraz Gaston-Piotr zadrżał. Atakowano istotę ulubioną. — Zbuntował się.
— A!... nie!... zawołał, nie chcę, by dotykano Zory!
Przedsiębiorca zaśmiał się nerwowym śmiechem.
— Nie chcesz?... odpowiedział. A jeżeli ja chcę? Gdy będziesz miał dwadzieścia jeden lat skończonych, wtedy powiesz chcę. Ale nim ten czas nadejdzie, ja wpakuję do więzienia wszystkie wicehrabiny, nadużywające twojej głupoty.
— Co?... co?... nie zrobisz tego ojcze.
— Nie?... zapytał p. Gandelu, którego ten opór do wściekłości doprowadzał, będę się żenował... Znam ja moje prawa; pan Catenac wyjaśnił mi je!... Jesteś nieletni, twoja Zora, która ma imię Róża, jest pełnoletnią... kodeks mówi wyraźnie czytałem artykuł.
— Ojcze!...
— O! nie ma co prosić. Adwokat mój zredagował skargę do prokuratora; dziś o dwunastej będzie ona wręczona, a nim nadejdzie noc, twoja wicehrabina otrzyma przynależną jej zapłatę.
Był to cios tak okropny dla młodego człowieka, iż łzy trysły mu z oczu.
— Zora w więzieniu!... jęknął żałośnie.
— Naprzód w cyrkule, potem w policji poprawczej, a w końcu u świętego Łazarza. Catenac mi opowiedział — to już rzecz ułożona.
Te ostatnie drwiące słowa do rozpaczy doprowadziły młodego Gastona.
— O!... nadużywasz ojcze twoich praw, zawołał, to wstyd!... O Zoro! ty, która tak pięknie wyglądasz w pysznej toalecie! Ale nic to! Ty pójdziesz do policji poprawczej — i ja tam pójdę!... sprowadzę wszystkich moich przyjaciół. Tak, papo! już ja taki jestem! Zasiądę przy niej i dowiodę, że to kobieta uczciwa. Powiem, że kocham ją, szanuję. Jeżeli zostanie skazana, to kupię jej brylanty. A gdy będę miał dwadzieścia jeden lat, będę z nią żył, a potem ożenię się!... Tak będzie! Dzienniki będą pisać o mnie i o niej; to mi właśnie na rękę!... to mię dobrze postawi!...
Człowiek choćby najwięcej był panem siebie, zawsze jednak nie zdoła oprzeć się walce zbyt długiej.
Pan Gandelu, który miał dosyć siły, by się powstrzymywać, gdy wyrzucał swemu synowi najszkaradniejszą ze zbrodni, nie mógł znieść śmiesznych a cynicznych odgrażań się jego.
Krew uderzyła mu na mózg, stracił głowę i rzucił się ku broni, którą niedawno trzymał w ręku, nie wiedząc sam co zrobi.
Na szczęście Andrzej, który nie spuszczał z niego oczu, dostrzegł ten ruch.
W jednem mgnieniu oka otworzył drzwi, schwycił w pół młodego Gastona i wypchnął.
A gdy przedsiębiorca odwrócił się z podniesioną ręką, znalazł się sam na sam z malarzem.
Zdziwienie przywróciło mu, jeżeli nie rozsądek, to przynajmniej możność zastanowienia się.
— Swięty i wielki Boże, zawołał, cóżeś pan zrobił?
— Panie, zlituj się!..
— Eh! czyż nie domyślasz się, że nędznik pobiegnie teraz do tej łotrzycy, uprzedzi ją, ułatwi ucieczkę!.. Pójdę za nim!
A gdy Andrzej, obawiający się jakiego okropnego nieszczęścia, chciał go wstrzymać, Gandelu odtrącił go swojem herkulesowem ramieniem i wybiegł, wołając służących.
Młody malarz był zmieszany i zgrozą przejęty.
Napróżno chciał z zimną krwią zastanowić się nad tą przerażającą sceną, w której mimowolnie grał także rolę.
Nie był on ani purytaninem, ani głupcem; wiele żył, wiele wycierpiał.
W życiu spotykał wielu niegodziwców i łokciem potrącał wielu łotrów; znał libertynów, których rozpusta przeraża rodziny, znał zapaleńców unoszonych szałem namiętności.
Ale nigdy nie widział z bliska tych bladych a złych urwisów bez młodości, bez inteligencji i bez serca, którzy między sobą chełpią się, iż przedstawiają kwiat młodzieży francuskiej, i którzy posiadają tajemnicę połykania nawet własnych brudów.
Bawiła go ich strona śmieszna, którą owładnęły teatry; ale nie domyślał się ich strony szkaradnej.
Nie wiedział, ile może zawierać chełpliwego bezwstydu, zimnej zbrodniczości i płaskiej głupoty ciasna mózgwnica takiego petit-crevé.
Lepiej, aniżeli kto inny, mógł on sądzić o postępku młodego Gastons, on, który sam, w trzynastym roku życia musiał walczyć z trudnościami istnienia, on, któremu ściskało się serce na myśl o spokojnem a błogim szczęściu rodzinnem.
Ale nie miał czasu długo zastanawiać się; gdyż p. Gandelu powrócił.
Zapewne stary przedsiębiorca musiał odwołać się do całej swej energii, gdyż potrafił przybrać zwykłą fizjonomię zarazem surową i łagodną.
— Oto co się stało, powiedział głosem jeszcze nieco drżącym, syn mój zamknięty jest na klucz w swoim pokoju i strzeżony przez jednego z moich służących, starego mego niegdyś towarzysza kielni, którego nie potrafi ani przekupić, ani oszukać.
— Czy pan nie obawiasz się jego egzaltacji?
Przedsiębiorca ruszył ramionami.
— Dałby to Bóg, odpowiedział, by było czego obawiać się! Niestety! pan go nie znasz. Długo musiałbyś pan bić po jego paltocie, by się pod nim odezwał człowiek. Czy wiesz pan co on teraz robi? Leży na łóżku i płacząc przywołuje swoją księżniczkę, swoją Zorę! pytam się pana czy jest takie chrześciańskie imię? Święty i wielki Boże! cóż to im dają pić te kreatury, aby ich oglupić do takiego stopnia!... I to mój syn! O, Franciszko, biedna moja nieboszczko! gdybym nie wiedział, że jesteś w niebie, to powiedziałbym: „Nie, nie może być, by ten nicpoń był moim synem!“
Rzucił się na fotel, i oparłszy ręce na biórko zasłonił sobie twarz.
— Pan cierpisz? zapytał go Andrzej.
— Cierpię krew mi się burzy wewnątrz. Ale dosyć już czasu byłem takim ojcem; teraz chcę być człowiekiem. Wiem co zrobię: p. Catenac wyjaśnił mi jak mam sobie postąpić. A! nędzniku... pragnąłeś mojej śmierci, aby zmarnotrawić spadek po mnie! Poczekaj nie dostaniesz spadku nawet po matce. Prawo jest za mną. Jutro zwołam radę familijną i zażądam kurateli nad moim synem. A potem, ani jednego sous. Zobaczy on, gdy będzie miał próżne kieszenie, czy go tak będą uwielbiać i nazywać markizem! Co do dziewczyny tem gorzej dla niej!... pójdzie do więzienia, zapłaci za wszystkie inne.
Zatrzymał się, i dopiero po chwili bolesnej rozwagi zaczął smutnie:
— Zastanowiłem się nad wszystkiemi skutkami skargi mojej do prokuratora. Są one okropne. Syn mój zrobi jak powiedział, to pewna. Widzę go, jak się afiszuje obok tej kobiety zgubionej, jak czule spogląda na nią, woła że ją ubóstwia, popisuje się ze swoją głupotą i hańbą wobec całego Paryża... Wiem dobrze, że dzienniki pochwycą ten skandal, że śmieszność mego syna odbije się na mnie, że imię moje będzie poniekąd splamione..
— Moly jest jaki inny sposób, odważył się napomknąćAndrzej.
— Nie. Potrzeba przykładu. Gdyby wszyscy ojcowie mieli moją odwagę, nie widzielibyśmy tylu synów wycieńczonych w dwudziestym roku życia. Tego zdania jest p. Catenac. Zresztą nie podobieństwem jest, aby ta pożyczka na moją śmierć i ta komedja z lekarzem wyrosły w głowie mego syna. To dzieciak, uosobiona słabość — ktoś mu to musiał doradzić.
— Nieszczęśliwy ojciec już próbował wytłumaczyć swego syna.
— Ale dość tego, powiedział, znam siebie: jeżeli pogrążę się w moje czarne myśli, tom zginął. Rysunki pańskie przepatrzę innym razem. Teraz wyjdźmy.
Wstał i spojrzawszy do koła, zawołał:
— Patrz pan, co ja tu narobiłem. Takie piękne meble. Gdym dostrzegł na nich plamę, tom wycierał połą mego surduta. Ale gdy się rozgniewam, to jak dzikie zwierzę, muszę burzyć.
Gwałtownie pochwycił Andrzeja za ręce i ściskając je z całej siły, powiedział głuchym głosem:
— Być może, iż uratowałeś pan życie memu chłopcu i mnie. Gdym pochwycił odłamek krzesła, w oczach mi czerwieniało...
A gdy Andrzej chciał coś powiedzieć, dodał:
— O!... wiem, że takie usługi nie płacą się, ale to jest rachunek do uregulowania... Chodźmy, chodźmy aż do mego budynku na Polach Elizejskich; po drodze zjemy śniadanie.
Budynek ten, który Andrzej podjął się ozdobić rzeźbami, wznosi się prawie na rogu ulicy Chaillot i alei Pól Elizejskich; był on jeszcze cały obstawiony rusztowaniami.
Już kilkunastu ornamentystów, zamówionych przez Andrzeja, pracowało przy domu. Od rana czekali oni na swego kolegę, który na jakiś czas stał się ich pryncypałem, dziwiąc się, że dotąd nie przychodzi. To też powitali go przyjacielskiemi zapytaniami gdy ujrzeli przychodzącego z bogatym przedsiębiorcą.
Ale p. Gandelu, zwykle uprzejmy, zdawało się, że teraz nie dostrzegł nawet młodych rzemieślników.
Jak widmo, przesunął się po kilku piętrach, nie przypatrując się nawet robocie.
Ciało samo sunęło się naprzód, wskutek przyzwyczajenia; ale myśl pozostała na ulicy Chaussée d’Antin, w pokoju młodego Gastona.
Po kwadransie może powrócił do Andrzeja.
— Nie dobrze mi jest, powiedział, wracam do siebie; do jutra.
I odszedł z pochyloną głową, tak zatopiony w myślach, iż nawet robotnicy to dostrzegli.
— Od ostatniego napadu podagry, mówili między sobą, ojciec Gandelu jest jak nie swój.

IX.

Przybywszy do budynku bogatego przedsiębiorcy Andrzej zrzucił paletot i przywdział bluzę, która się znajdowała w torbie z narzędziami.
— Trzeba odzyskać czas stracony, powiedział sobie.
I rzeczywiście wziął się do roboty; ale zaledwie dwadzieścia razy uderzył młotkiem, gdy podszedł ku niemu mały czeladnik z oznajmieniem, że jakiś pan czeka na niego na dole.
— I to jakiś pan co się zowie, dodał chłopak, co może być najlepszego w tym gatunku.
Niezadowolony tem, że mu przeszkadzają, Andrzej rzucił dłuto i zszedł; ale zły jego humor rozproszył się natychmiast, gdy na chodniku ujrzał pana Breulh-Faverlay.
Z pospiechem i szczerą radością Andrzej podszedł ku niemu.
Wielką czuł wdzięczność do tego szlachetnego człowieka, który usunąwszy się mu z drogi z takiem zaparciem się siebie, stał się następnie tak mu pomocnym i oddanym.
— A, to doskonale, zawołał wesoło, dziękuję panu, żeś pamiętał o mnie.
A pokazując swe ręce, już gipsem wybielone, dodał:
— Wszak nie weźmiesz mi pan za złe, te ich nie podaję; widzisz pan, rzemiosło...
Słowa zamarły mu na ustach. Dostrzegł bowiem zakłopotanie w twarzy pana Breulh i przymuszone milczenie.
— Co się stało? zapytał z niepokojem, czy panna Mussidan znowu zachorowała?
P. Breulh smutno spuścił głowę. Łatwo było zrozumieć ten ruch; mówił on wyraźnie:
— Dałby Bóg, by tylko to było!...
Oprócz tego Andrzej nie upatrywał nic coby mogło go dotknąć mocno. Więc też nie pytał, ale czekał.
— Już drugi raz przychodzę tu, kochany przyjacielu, rzekł p. Breulh, i muszę koniecznie pomówić z panem. Idzie o sprawę bardzo ważną, która wymaga szybkiego zdecydowania się. Masz pan chwilę wolnego czasu?
— Ależ... jestem na rozkazy, odpowiedział młody malarz, zdziwiony i zmieszany.
— W takim razie chodźmy aż do mnie. Nie mam tu mego powozu, ale za kwadrans dojdziemy.
— Służę. Udziel mi pan tylko kilku chwil, bym poszedł na czwarte piętro.
— Czy masz pan tam wydać jakie rozporządzenia?
— Nie.
— A więc cóż?
— Chciałbym wziąć ubiór stosowniejszy.
P. Breulh machnął ręką.
— Do czego? powiedział; czy to pana żenuje iść tak jak jesteś.
— Mnie? rozumie się że nie; przywykłem do tego; ale ze względu na pana...
— O! w takim razie — w drogę! spieszony!
— Ależ zauważą pana...
— A niech sobie zauważą!
— Będą gadać!...
— Ba! niech gadają.
I nie czekając na dalsze uwagi Andrzeja; wziął go pod rękę i uprowadził.
Przewidywania młodego malarza sprawdziły się.
Dwaj przyjaciele zaledwie zrobili dziesięć kroków, a już dziesięć osób zatrzymało się, by popatrzeć na człowieka, ubranego z całą wykwintnością, wyglądającego jak książę, albo par angielski, który poufale szedł pod rękę z jakimś chłopakiem w bluzie, poplamionej gipsem i w kaszkiecie również brudnym.
Efekt, jaki to sprawiło u p. Breulh, nie mógł nie przewidzieć.
Ludzie, tak jak on stojący na widowni, nie robią wybryków. Wiedząc o tem, że najmniejsze czynności ich będą komentowane, przyzwyczajają się oni do opierania się pierwszym swym popędem.
Jeżeli zatem p. Breulh występował z pewną ostentacją z Andrzejem, to dla tego, iż leżało w jego widokach, aby mówiono o tej szczególnej przyjaźni. Wiedział, że ciekawi nieomieszkają wywiadywać się i zamierzał odpowiadać im w taki sposób, by potężnie poprzeć talent młodego malarza.
Ale krok to był zanadto obmyślany, by nie zaintrygował głęboko Andrzeja. Umysł jego gubił się w tysiącach domysłów, jednych nieprawdopodobniejszych od drugich.
Próbował wypytać pana Breulh, ale ten na wszystkie zapytania odpowiadał:
— Zaczekaj pan, aż przyjdziemy do mnie.
— Nakoniec przyszli, nie zamieniwszy dwudziestu słów przez drogę i zamknęli się w bibliotece.
Tu pan Breulh nie kazał długo czekać swemu młodemu przyjacielowi.
— Dziś, koło południa, tak zaczął natychmiast, gdym przechodził aleje Matignon, ujrzałem Modestę, która już od godziny czekała na pana.
— Ach! nie moja to wina, żem nie mógł przyjść...
— Mniejsza o to. Ujrzawszy mnie, Modesta przybliżyła się. Zwątpiła już, by mogła widzieć się z panem, a wiedząc jaka przyjaźń nas łączy, poleciła mi oddać panu list od panny Mussidan.
Andrzej zadrżał. List ten mógł oznajmiać tylko o wielkiem nieszczęściu; czuł on to po głosie pana Breulh.
— Gdzie ten list? zapytał.
P. Breulh podał mu go, mówiąc:
— Odwagi, mój przyjacielu! odwagi!
Drżącą od wzruszenia ręką Andrzej rozerwał kopertę i przeczytał:
„Mój przyjacielu!
„Kocham cię i czuję, że nie przestanę kochać całą siłą mej duszy. Ale są obowiązki święte, których nikt z Mussidanów zrzec się nie może. Spełnię je, choćbym, to miała nawet życiem przypłacić.
„Nie zobaczymy się już nigdy; jest to ostatni mój list.
„Wkrótce zapewne dowiesz się pan o mojem zamęzciu. Pożałuj mnie. Rozpacz pana, choćby, największa, niedorówna mojej.
„Boże! miej litość nad nami!.. Staraj się zapomnieć o mnie, Andrzeju. Ja nie mam prawa, nawet umrzeć...
„Jeszcze jedno, mój jedyny przyjacielu, ostatnie pożegnanie!..

„Sabina.“

Jeżeli panu Breulh szło o to, by Andrzeja sprowadzić aż do siebie, to dlatego, że wiedząc od Modesty o treści tego listu, spodziewał się straszliwego wybuchu boleści. Był w błędzie.
Andrzej, po przeczytaniu, zbladł okropnie, oczy jego przez kilka sekund były jakby obłąkane; drżał nerwowo; ale nie wydał najmniejszego krzyku.
Ruchem automatycznym podał list p. Breulh i powiedział:
— Czytaj pan!..
P. Breulh był posłusznym. Spokój Andrzeja przerażał go więcej, aniżeli najgwałtowniejszy wybuch.
— Nie trzeba upadać na duchu, mój przyjacielu, powiedział.
Andrzej dumnie wyprostował się i spojrzał na niego iskrzącem okiem.
— Ja!.. zawołał, ja miałbym upadać na duchu! Źle pan sądzisz o mnie. To prawda, i gdym się dowiedział, że Sabina jest umierającą, płakałem jak dziecko. Ale w chwili walki i niebezpieczeństwa jestem mężczyzną!
P. Breulh już otworzył usta, by odpowiedzieć, ale Andrzej mówił dalej:
— Cóż to za małżeństwo, o którem panna Mussidan oznajmia mi, jak o swoim wyroku śmierci? A więc zerwano z panem pierwej, niż pan sam zerwałeś. Może mają nadzieję na świetniejszą partję? Nie. Zkądże się wziął ten pretendent, natychmiast przyjęty? Sabina nie słyszała jeszcze o nim, gdy powierzała panu swoją tajemnicę. Jakież okropne wypadki zaszły od tego czasu? Moja szlachetna i mężna Sabina nie jest z liczby tych istot słabych i lichych, które wydają zamąż wbrew ich woli. Sto razy mówiła mi: „Gdyby chciano mię zmuszać, w takim razie wśród białego dnia wyjdę z pałacu mego ojca i nigdy tam nie wróce. I ona miałaby się tak zmienić?.. O! wierz mi pan... jesteśmy ofiarą jakiejś szkaradnej intrygi...
Wszystkie te uwagi już p. Breulh robił sobie. Andrzejowi powiedział prawdę, ale nie cała.
Jemu to, a nie młodemu malarzowi Modesta miała zlecenie wręczyć list Sabiny.
Uwiadomiona o postanowieniu jakie pani jej zrobiła, chociaż nie znając powodów jego, wierna służąca uczuła jak krew ścina się jej na samą myśl do jakich ostateczności Andrzej dojść może.
Wyglądała zatem pana Breulh i zwierzywszy się mu ze wszystkiego co sama wiedziała, dodała zalewając się łzami:
— Pan jesteś jego przyjacielem, na miłość boską czuwaj nad nim.
Ztąd pochodziły wszystkie ostrożności pana Breulh, ostrożności zbyteczne, jak się przekonał z nieustraszonej zimnej krwi młodego malarza. Bynajmniej nie upadając pod ciosem, on raczej czerpał w niem siłę, i bez żadnych złudzeń wymierzając głębię nieszczęścia, wyraźnie obmyślał nad wynalezieniem nań lekarstwa.
— Zauważyłeś pan zapewne, zaczął znowu Andrzej, ten dziwny zbieg choroby panny Mussidan i jej rozpaczliwego listu. Opuściłeś ją pan wesołą i uśmiechniętą, uszczęśliwioną twoją wspaniałomyślnością, a w pół godziny potem, ona pada jakby rażona piorunem. Straszliwe nerwowe konwulsje. Potem, zaledwie powróciwszy do zmysłów i do przeświadczenia się o swem położeniu, pisze do mnie ten list okropny.
Młody człowiek w tej chwili był jakby przeobrażony. Nieruchome oczy jego rozszerzyły się niezmiernie; wyciągniętą ręką zdawało się, że chciał pochwycić słabe, zaledwie dostrzeżone światełko, migające gdzieś w oddali, a które miało go doprowadzić do prawdy.
— Czy przypominasz pan sobie, że podczas gdy Sabina była w gorączce, pan i pani Mussidan kolejno siedzieli przy jej łóżku, usuwając z pokoju wszystkich służących, nie pozwalając nikomu podzielać ich trudu. Wszak powiedziała to nam Modesta.
— Tak jest, przypominam sobie.
— A więc czyż nie jest to dowodem, że między hrabią, hrabiną i ich córką istnieje jakaś tajemnica, której strzegą jak skarbu, jak swego honoru?
I to już mówił sobie p. Breulh, ale jego przypuszczenia miały poniekąd podstawę. Znał hrabiego i hrabinę, przyjmowany był w ich domu, wiedział co świat mówi o ich stosunkach i trybie życia.
— Zawsze przypuszczałem, powiedział, że od niejakiego czasu rodzina Mussidan cierpi na jedną z tych ran ukrytych, jakie znalazłyby się w wielu familjach, gdyby tylko szukać.
— Czy takie jest pańskie zdanie?
— Honorem ręczę.
Nie zajmując się wcale panem Brulh, jak gdyby wcale nie był obecnym, Andrzej począł szerokiemi krokami chodzić po ogromnej bibliotece.
Zmarszczone brwi i zaciśnięte usta świadczyły o wysileniach myśli.
Jak przy złowrogiem świetle błyskawicy ukazywało mu się całe jego życie, od chwili gdy poznał Sabinę.
Przypominał sobie najkrótsze i najniebezpieczniejsze schadzki, przechodził myślą wszystkie wyrazy, jakie od Sabiny słyszał, nawet najzwyczajniejsze napomknienia o rodzinie. Wytężał pamięć, by pochwycić wątek najbłahszych rozmów zmarłej pani Chevauché w zamku Mussidan.
I z tych słów, z tych urywków frazesów, wypowiedzianych tak dawno, usiłował utworzyć sobie dokładny obraz, znaleźć związek między niemi, jak człowiek pracujący nad złożeniem łańcucha z połamanych i rozrzuconych ogniw.
Potem nagle stanął przed panem Breulh.
— Tak jest zawołał, tak! w tem wszystkiem jest tajemnica, którą przenikniemy, bo ja tak chcę. Kto chce, ten może, jeżeli tylko co rana wstaje z coraz gorętszą żądzą tego samego co chciał wczoraj... Ja umiem chcieć!...
Wziął krzesło, usiadł naprzeciw pana Breulh, napół leżącego na kanapie i głosem głuchym, jakby się obawiał być podsłuchanym, zaczął:
— Proste rozumowanie doprowadzi nas do prawdy. Słuchaj mię pan, a jeżeli wystąpię Z czemści takiem, co nie jest stanowczo dowiedzione, to mię zatrzymaj. Czy jesteś pan przekonany, że panna Sabina kocha mnie?
— O!... z całej duszy.
— A zatem napisała ten list do mnie pod naciskiem śmiertelnej konieczności?
— Wyraźnie!
— A zatem panna Mussidan do rzeczy tu nie należy.
Przerwał sobie. Zdawało się, że szukał sposobu przedstawienia jak można najdowodniej i najjaśniej swoich myśli, potem mówił dalej półgłosem:
— Hrabia i hrabina Mussidan przyjęli starania się pana o rękę swej córki? Małżeństwo pana z panną Sabiną było już prawie ułożone.
— Tak jest...
—Otóż, pytam pana, czy hrabia Mussidan może znaleźć dla swej córki partję świetniejszą, przedstawiającą zarazem wszystko, czego świat wymaga pod względem wieku, majątku, szacunku powszechnego...
P. Breulh nie mógł nie uśmiechnąć się.
— Doprawdy, zawołał, pan za wiele wymagasz.
— Eh! panie! tu nie chodzi o skromność!... odpowiadaj pan!...
— Niech i tak będzie. Oświadczam zatem panu, że jeżeli będziemy zapatrywać się na kwestję ze stanowiska warunków światowych, to p. Mussidan nie łatwo zastąpić mnie zdoła kim innym.
— A widzisz pan!... A więc jakże się to stało, że hrabia i hrabina, którzy upatrywali w panu feniksa zięciów, nie zrobili nic, by pana zatrzymać?
— Urażona miłość własna.
— Nie, nie mów pan tego. W dniu, w którym cofnąłeś pan swoje słowo, hrabia Mussidan zamierzał cofnąć swoje, wszak to wiadomo panu; powiedziano to nam, udowodniono.
— Takie jest przynajmniej przekonanie Modesty.
Andrzej wstał, jakby dla nadania większej wagi swym słowom.
— A zatem, powiedział, gdyby ten pretendent, o którym mówi nam list, a który pojawił się tak nagle, ożenił się z panną Mussidan, to ożeniłby się wbrew jej woli, wbrew woli jej rodziców. Dla czego? Zkąd ten człowiek posiada tak tajemniczą potęgę? Wpływ ten jest zanadto wielki, zanadto oczywisty, by go nie widzieć. Jeżeli hrabia i hrabina są zdecydowani na taki krok haniebny, aby zmusić do małżeństwa swą córkę, to dla tego, że sami są zmuszeni. A wierz mi pan, że nacisk ten jest całkiem moralnej natury. Sabina nie zniosłaby innego; znam ją. Wskazano jej poświęcenie, mówiąc: „Tam jest obowiązek“ — i poświęca się... A zatem ten człowiek, w każdym razie, jest ostatnim z nędzników!...
Było to jasno, dokładnie, niezaprzeczenie.
Wielkie te myśli błyskały w głowie p. Breulh wśród pół cieniów wątpliwości, ale nie umiał ich sobie wyformułować.
— Jeżeli to przypuścimy, zapytał, to co zamierzasz pan począć?
Oczy Andrzeja zabłysły. Był to straszliwy znak dla tych, którzy znali jego potężną energię.
— Ja, powiedział, tymczasem nic. Sabina zaklina mię, bym zapomniał o niej, więc będę udawał, żem zapomniał. Modesta ma we mnie dość zaufania, by mi dopomagać i milczeć. Będę umiał czekać i przygotowywać się do walki. Nędznik, który w tej chwili łamie mi życie, nie wie, że istnieje... W tem zawiera się moja siła i moja nadzieja. Wykryję mu moje istnienie w dniu, w którym go zgruchoczę.
Ale pan Breulh nie podzielał tej pięknej pewności.
— Uważaj pan, Andrzeju, bądź ostrożny: najmniejszy wybuch może na zawsze popsuć sprawę.
Młody malarz dumnie potrząsł głową.
— Nie będzie skandalu, odpowiedział, bądź pan spokojny. Teraz wiem, czego należy się trzymać. W pierwszej chwili powiedziałem sobie: „Jak tylko poznam tego nędznika, pójdę do niego, wyzwę, będziemy się bić i albo ja go zabije, albo on mnie“! To była rzecz bardzo prosta.
— Nieszczęśliwy!... znaczyłoby to uniemożebnić małżeństwo wasze.
— Być może; ale nie to mię powstrzymywało. Nie chcę, by między mną a Sabiną był trup; krew na ślubnej sukni wróży nieszczęście. A przytem skrzyżować moją szpadę z tym człowiekiem, jeżeli jest on takim, jak przypuszczam, jakim być musi, znaczyłoby to robić mu za wiele honoru. Chcę zemsty dokładniejszej, kompletniejszej. Nie zapomnę nigdy, że on tylko co nie zabił panny Mussidan.
Pomyślał chwilę, potem znowu zaciął:
— Ażeby nadużywać swej władzy, tak jak ten człowiek, na to trzeba być nikczemnym łotrem. Nikt od razu nie staje się nędznikiem bez czci i wiary. Życie jego musi być pełne bezeceństw. Otóż ja go zdemaskuje, i tak napiętnuje, iż będzie zmuszony uciekać, ukrywać się.
— Tak to trzeba zrobić...
— I zrobimy panie, przy boskiej pomocy. Mówię my, bo stanowczo liczę na pana. Gdym w mojej pracowni odrzucał jego propozycje, tak szlachetne, miałem słuszność. Teraz, po wszystkich dowodach przyjaźni, jakie mi pan dałeś, byłbym nadętym głupcem, gdybym nie żądał pańskiej pomocy. Nam dwom, poświęcającym się jednej i tej samej sprawie, musi się powieść. Ani jeden ani drugi z nas nie należy do liczby ludzi, zniewieściałych w skutek zbytku i wygód do takiego stopnia, iż nie są w stanie nic przedsięwziąć sami. I pan i ja mieliśmy dwóch mistrzów, którzy nie zapominają się nigdy nieszczęście i ubóstwo. Będziemy umieli milczeć i działać.
Andrzej umilkł; może czekał na jakie uwagi; ale gdy pan Breulh milczał, mówił dalej:
— Plan mój jest nadzwyczaj prosty. Jak tylko poznamy tego tajemniczego pretendenta, będzie już on w naszej mocy. Kiedy najmniej to będzie przypuszczał, my przybliżymy się do niego i nie opuścimy, jak cień... Są policyjni ajenci, którzy za niewielką kwotę podejmują się odtworzyć całe życie danego człowieka i wyjaśnić wszystkie jego postępki. Czyż namiętność nie nada mi przenikliwości tych ludzi? My dwaj, panie, doskonale uzupełniamy się w tej kwestji, gdyż możemy działać swobodnie w różnych sferach, pan na górze, ja na dole. Pan w świecie, w swoim klubie, w salonach, wszędzie będziesz się wywiadywał, zbierał pogłoski, napomknienia, plotki. Tym sposobem poznasz pan stronę świetną i zewnętrzną naszego nieprzyjaciela. Ja na dole, w cieniu, będę studjował odwrotną stronę tej egzystencji. Przetrząsnę przeszłość, zejdę do szczegółów najtajniejszych. Ja mogę działać wszędzie, mogę iść za człowiekiem dzień i noc po ulicy, stać pod bramami, wydobywać prawdę od dostawców, pić wódkę w szynkach ze służbą.. Nikt nie będzie mię podejrzywać. Ja jestem lud! Gdy mam na sobie bluzę i kaszkiet, tom nie przebrany.
P. Breulh wstał zachwycony.
W jego tak bezczynnem istnieniu pojawiał się interes ogromny, dotykalny.
Będzie miał zajęcie ciągłe; wszystkie godziny dnia, tak dotąd próżne, będzie teraz miał czem zapełnić.
Była to po prawdzie zajmująca partja, w której stawką było życie trzech osób, w niczem nie podobne do owych partyj przy zielonym stoliku, gdzie obojętnie rzucał garściami luidory, tracąc i wygrywając bez przyjemności, nie doznając nawet wrażenia.
— Tak jest zawołał, zrobię co pan chcesz! jeżeli trzeba będzie pieniędzy, wiele pieniędzy, to pamiętaj pan, że jestem niezmiernie bogaty.
Młody malarz nie miał czasu odpowiedzieć ktoś gwałtownie pukał do drzwi biblioteki.
— A to co? zawołał p. Breulh, namarszczywszy brwi, któż to sobie pozwala?...
Zatrzymał się, gdyż w tejże chwili dał się słyszeć głos kobiecy:
— Gontranie!... to ja!.. czyś oszalał?... Otwórz!...
P. Breulh uderzył się w czoło i zawołał:
— Ach to pani Bois-d’Ardon.
Nie mylił się. Po odsunięciu zasuwek wicehrabina wpadła do biblioteki, według swego zwyczaju, jak huragan i rzuciła się na kanapę.
Wtedy Andrzej i p. Breulh mogli zauważyć, że piękne jej rysy były mocno zmienione i że ciągle obcierała łzy.
P. Breulh nieco przestraszył się. Jeżeli pani Bois-d’Ardon plakala, narażając się tem na popsucie sobie cery, to pewno albo musiało się stać coś bardzo ważnego, albo nic.
— Co ci jest, kochana Klotyldo, zapytał ze współczuciem, co ci się stało?
— Ach okropne nieszczęście! Nie mogę nawet pomyśleć o tem. Ale może ty potrafisz mię uratować...
— Jeżeli tylko mogę...
— Możesz mi pożyczyć dwadzieścia tysięcy franków?
P. Breulh odetchnął i nawet nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Jeżeli tylko o to idzie, powiedział, toś uratowana.
— Ach! ale potrzeba mi ich zaraz, natych miast.
— Nie mam ich tu; ale mogę mieć za pół godziny.
— No, to dobrze.
P. Breulh napisał prędko kilka wierszy, które wręczył lokajowi, zaleciwszy mu by się spieszył.
— Dziękuje, rzekła wice-hrabira. dziękuję po tysiąc razy. Ale to jeszcze nie wszystko. Oprócz pieniędzy potrzebuję rady.
— Przypuszczając, że pani Bois-d’Ardon chce pozostać sama z panem Breulh, Andrzej gotował się do wyjścia.
Ale młoda kobieta przyjaźnym i pełnym wdzięku ruchem zatrzymała go.
— Zostań pan, panie Andrzeju, rzekła, zostań, nie będziesz pan nadto.
A gdy się jeszcze wahał, dodała:
— Będzie tu mowa o osobie bardzo bliskiej jego sercu.
— Czy o pannie Mussidan?
— Tak właśnie!... A!... co?... już pan nie masz ochoty odchodzić?
W ciągu całego życia mila wice-hrabina nie mogła pozostawać pięciu minut pod wpływem jednego wrażenia, zwłaszcza gdy to było przykre. Tłumaczy to ona tem, że powaga nie jest w jej naturze.
Wszedłszy do pana Breulh w bardzo smutnem usposobieniu, zapomniała już o trudnem swem położeniu i upatrywała w niem tylko komiczną stronę.
— Doprawdy, kochany Gontranie, tak zaczęła, nigdy nikomu nie zdarzyła się tak dziwna przygoda jak ta, która mię do ciebie sprowadza. Tylko mnie przytrafiają sie podobne rzeczy!
Jeszcze jedno uprzedzenie pani Bois-d’Ardon: ma ona to przekonanie, że całe jej życie jest nieprzerwanym szeregiem szczególnych wypadków.
— Słucham cię, kochana Klotyldo, rzekł p. Breulh.
— I pewno, że nie stracisz czasu! Wystaw sobie, że dziś rano, to jest przed dwoma godzinami, przyjmowałam u siebie kolejno dwadzieścia osób. Już chciałam iść ubierać się, gdy w tem anonsują mi jeszcze jednego gościa. Byłam strasznie rozgniewana, ale natręt szedł tuż za lokajem, i widział mię z przedpokoju; nie podobna było dać mu odprawę. Chcąc nie chcąc daję rozkaz prosić. Wchodzi. Zgadnij kto był tym gościem? Założę się że nie zgadniesz!... No, cóż, domyślasz się?...
— Wcale nie.
— Otóż był nim markiz Croisenois.
— Brat tego Croisenois, który tak tajemniczo znikł przed dwudziestu laty?
— Ten sam.
— Więc on liczy się do twoich przyjaciół?
— To jest nie znam go wcale. Spotykaliśmy się w towarzystwach, pewno musiałam z nim kiedyś tańczyć; kłania mi się w lasku — ot i wszystko.
— I tak przyszedł, ni z tego, ni z owego?
Nadąsanym ruchem wicehrabina nakazała milczenie panu Breulh.
— Ależ poczekaj zawołała nieco zagniewana, psujesz mi cały efekt. Otóż przyszedł. Zresztą jest to bardzo przystojny mężczyzna, ubrany z gustem, miły, w rozmowie przyjemny. Przedstawił mi się pod najlepszym patronatem. Przyniósł list polecający od markizy d’Arlange, starej przyjaciółki mojej babki i twojej; wszak znasz ją dobrze.
— Czy nie będzie to ta ekscentryczna babka młodej hrabiny Commarin?
— Ona właśnie!... Trzeba ci wiedzieć, że ja zachwycam się tą starą damą; klnie ona jak saper, a jak zacznie opowiadać przygody swej młodości, to trzeba się naderwać!...
Usłyszawszy ten ostatni wyraz Andrzej aż podskoczył na krześle. Był jeszcze bardzo naiwny. Z kobiet arystokratycznych znał tylko jednę Sabinę i według niego wszystkie powinny były być podobne do tego doskonałego wzoru!
Nie wiedział, że w obecnych czasach młode kobiety światowe, w rzeczywistości najuczciwsze, mają szczególne zamiłowanie w przybieraniu najszkaradniejszego tonu. Być może, iż sądzą, że tym sposobem udowadniają swą umysłową niezależność.
Szpikowanie rozmowy wyrazami, które schwyciły z ust swych braci, lub mężów, sprawia im niezmierną przyjemność.
Być o ile można podobnemi do tych „panien“, które nazywają „szkaradnemi“, ale których kopiują maniery i małpują toalety to zdaje się najmilsza ich ambicja.
Nie bez pewnej dumy opowiada pani Bois-d’Ardon, że dwa czy trzy razy w życiu wzięto ją za jednę z takich „panien“. To moda.
Mówiła dalej.
— W liście, który mi wręczył p. Croisenois, markiza d’Arlange pisała, że jest on z nią w wielkiej przyjaźni i prosiła, bym mu dla jej miłości wyświadczyła wielką usługę, której zażąda.
— A czemuż sama z nim nie przyjechała?
— Nie mogła; reumatyzm przykuł ją do łóżka. Musiałam tedy przyjąć jak najlepiej jej protegowanego. Proszę więc siedzieć i usiłuję ośmielić by przedstawił swą prośbę. Markiz ma wiele dowcipu. Opowiadał mi awanturę jednej panienki z teatru Variétes z panem Clinchan, nadzwyczaj... malowniczą.
Bosko się bawiłam. Wtem w przedpokoju słyszę jakiś spór. Ktoś hałasuje, klnie... Już miałam zadzwonić, by się dowiedzieć co to wszystko znaczy, gdy wtem drzwi się otwierają i wchodzi Van-Klopen, czerwony, zaperzony.
— Van-Klopen?
— Tak, mój krawiec. Zrazu pomyślałam sobie: „Jeżeli tak wpada, to pewno wynalazł jakiś nowy fason. pełen szyku i chce mi go okazać“. Wcale nie. Wiecie czego chciał ten łotr?
P. Breulh zachowywał powagę, ale śmiech błyszczał mu w oczach.
— Założyłbym się, odpowiedział, że chciał pieniędzy.
Wicehrabinę zdawało się, że zmięszała ta domyślność.
— Tak jest, odrzekła z powagą. Przyszedł z rachunkiem, do mnie, do salonu, przy obcym człowieku; i wszedł pomimo oporu moich ludzi! Któżby się kiedy spodziewał takiej bezczelności po Van-Klopenie, dostawcy wyższego towarzystwa!
— Tak jest, to rzecz niepojęta.
— To też byłam oburzona i kazałam mu wyjść natychmiast. Wyobrażałam sobie, że odejdzie przepraszając najuniżeniej. Myliłam się. Łotr poczyna gniewać się, hałasować i grozi, że jeżeli mu nie zapłacę natychmiast, to uda się do mego męża.
P. Bois-d’Ardon jest jednym z najwspaniałomyślniejszych mężów; co miesiąc daje on swojej żonie grubą sumę na stroje; ale pod względem długów, nie żartuje. P. Breulh wiedział o tem.
— Straszliwa pogróżka, powiedział. Więc rachunek był tak znaczny?
— Wynosił dziewiętnaście tysięcy kilkaset franków!... Możesz sobie wystawić moja przerażenie było ono tak wielkie, iż zaczerwieniona od wstydu poczęłam grzecznie prosić Van-Klopena, by był cierpliwy i przyrzekłam mu, że w ciągu dnia będę u niego i dam mu a konto. Ale słabość moja podwoiła jego zuchwalstwo. Tracąc wszelką miarę zasiadł on w fotelu i oświadczył, że nie wyjdzie, dopóki nie otrzyma pieniędzy, albo nie zobaczy się z moim mężem.
Pan Breulh zrobił poruszenie, na którego jeden widok zadrżałby krawiec królowych.
— Cóż p. Croisenois na to?
— Aż do tej chwili nie rzekł ani słowa. Ale po tem zuchwalstwie, wstał, wydobył swój pugilares, rzucił go w oczy Van-Klopenowi i powiedział: „Zapłać sobie łajdaku i idź precz“.
— I Van-Klopen wyszedł?
— O! nie tak się stało. „Muszę panu dać pokwitowanie“, powiedział. I rzeczywiście wyjął z kieszeni pióro i atrament i widziałam jak napisał w dole na moim rachunku: „Otrzymałem od pana Croisenois na rachunek wice-hrabiny Bois-d’Aradon kwotę... i t. d... i t. d...“
— O! zawołał p. Breulh na trzy różne tony, o!. o!.. wyobrażam sobie, że przynajmniej po oddaleniu się Van-Klopena, p. Croisenois nie zaniedbał przedstawić ci swej proźby!
Wicehrabina w szczególny sposób ruszyła głową.
— Właśnie, że mylisz się, odrzekła, zaraz chciał odchodzić i tylko z wielką trudnością zdołałam wyrwać mu jego tajemnicę.
— Czegoż nareszcie chciał?
— Przybył, by wyznać mi, że jest szalenie zakochany w pannie Mussidan i prosić, bym go przedstawiła Oktawiuszowi, zaklinając mię, bym mu dopomagała całym moim wpływem.
Andrzej i p. Breulh zerwali się jakby dotknięci jedną i tą samą iskrą elektryczną.
— To on.. zawołali razem.
Ruch ich był tak nagły i zarazem tak groźny, iż pani Bois-d’Ardon lekko krzyknęła ze zdziwienia.
— On?.. zapytała niezmiernie zaciekawiona, co chcesz powiedzieć? że twój markiz Croisenois jest nędznik, który nadużył dobrej wiary pani d’Arlange.
— Wcale nie myślę przeczyć temu, ale zdaje mi się...
— Przede wszystkiem, kochana Klotyldo posłuchaj.
I natychmiast z niezwykłą żywością p. Breulh opowiedział, jaki jest stan rzeczy, pokazał jej list Sabiny i prawie w słowo w słowo powtórzył wywody Andrzeja.
Pani Bois-d’Ardon, musiała być nadzwyczaj zainteresowana, gdyż nie przerwała ani razu. Poprzestawała tylko na potakującem lub przeczącem poruszaniu głową.
Giy pan Breulh skończył, powiedziała z miną poważną, z którą było jej bardzo do twarzy:
— Wszystko to dobrze jest obmyślane. Ale na nieszczęście rozumowanie wasze ma wadę w podstawie.
— Naprzykład.
— Może wątpicie o tem? A więc dowiodę. Zarysowuje się tajemniczy pretendent, czy tak? Bardzo dobrze. Jeżeli otrzyma rękę tej biednej Sabiny, to czemu będzie za to obowiązany? Jakiejś niepojętej władzy nad panem Mussidan i jego żoną, jakimś haniebnym machinacjom, pogróżkom...
— Zdaje mi się, że to bije w oczy.
— Tak jest, kochany Gontranie; ale i to jest tak że widocznem, że ten nieznajomy musi mieć przynajmniej stosunki z rodziną, którą doprowadził do rozpaczy. Nikt obcych ludzi nie ma na swej łasce. A tymczasem noga p. Croisenois nigdy, nie postała w pałacu Mussidan. Oktawiusza zna tak mało, iż prosił mię, bym go zaprezentowała.
Spostrzeżenie to było tak trafne, iż p. Breulh zastanowił się.
— Do licha zawołał, uwaga bardzo słuszna.
Ale Andrzej był z ludzi nie łatwo dających się zbić z tropu.
— Przyznam, powiedział, że jest to okoliczność szczególna i trudna do wytłumaczenia. Czy to nie jest zręczny zwrot dla zmylenia poszukiwań i pogłosek? Skłaniam się do wierzenia temu. To pewna, że im więcej zastanawiam się nad sceną, którą nam opisała pani wice-hrabina, tem bardziej wzrastają i wzmacniają się moje podejrzenia.
— Jednak panie...
— Daruj mi pani, że jej przerwę; ale zdaje mi się, iż upatruję w tem pewne szczegóły, mogące nas oświecić. Pozwól pani, że powrócimy do tego co zaszło w jej domu. Czy postępowanie tego krawca nie wydaje się pani dziwnem?
— Potwornem, panie, oburzającem, niesłychanem!
— Boś pani była dla niego dobrą praktyką? Najlepszą. Wydawałam u niego ogromnie.
Andrzej widocznie uradował się.
— Bardzo dobrze! powiedział. A zatem nasz punkt wyjścia jest faktem anormalnym.
Nie tego zdania był p. Breulh.
— Nie tak anormalnym jak się zdaje, powiedział. Słyszałem, że ten sławny Van-Klopen nie żartuje gdy chodzi o pieniądze. Czyż nie pociągnął on do sądu markizy Reversay?
— Dobrze ale czy śmiał siadać w jej salonie wobec nieznajomego?
— Trzeba także sprawdzić, dodała wice-hrabina, czy markiza dała mu, tak jak ja zeszłego miesiąca, 17.000 franków na rachunek.
— Obraza jest tem trudniejszą do wytłumaczenia, rzekł Andrzej; ale idźmy dalej.
Zwrócił się do pana Breulh i zapytał:
— Znasz pan markiza Croisenois?
— O!... bardzo mało. Wiem że jest z bardzo wielkiej rodziny, że starszy jego brat, Jerzy, który znikł w sposób tak szczególny, był bardzo poważany, ale oprócz tego...
— Czy jest bogaty?
— Mówiono mi, że lada dzień może objąć dziedzictwo bardzo znaczne. Ale tymczasem sądzę, że ma więcej długów, aniżeli dochodów.
— A jednak miał w kieszeni równo dwadzieścia tysięcy franków. Jestto naprzód suma bardzo znaczna, której nie nosi się po wizytach... a przytem okazało się, że właśnie tyle było potrzeba...
Od chwili Andrzej nie był już podobny do siebie. On, zwykle tak oględny, teraz rzec można było, iż owładnął sytuacją. Tonem pewnej przewagi, prawie nakazującym, mnożył on swe pytania, jak gdyby potęga namiętności nadawała mu prawo do tego.
— Jeszcze należy zanotować, zaczął znowu jedną szczególną okoliczność. Będę tylko prosił by pani wice-hrabina raczyła zebrać swe wspomnienia. Co powiedział Van-Klopen, gdy mu rzucono w twarz pugilaresem?
— Nic.
— Jakto? ani słowa? Przyjął tę obelgę nie zmarszczywszy brwi, zimne, spokojnie? Nie powiedział nawet temu obcemu, by się nie mięszał do jego interesów?
— Deprawdy, że to dziwna!... a ja...
— O! zaczekaj pani. Czy krawiec otworzył pugilares i przeliczył bankowe bilety?
Pani Bois-d’Ardon widocznie wytężała swą pamięć.
— Tego, powiedziała z widocznem wahaniem, nie umiem powiedzieć. Jak pan możesz domyślać się, byłam bardzo wzruszona, zatrwożona. Zdaje mi się jednak, mogę prawie twierdzić... poprzysięgłabym, żem nie widziała bankowych biletów w ręku Van-Klopena.
Andrzej rozpromieniał.
— Co raz lepiej!... zawołał. Powiedziano temu krawcowi: „Zapłać sobie“ i on uznał się za zapłaconego. Ani chwili nie wątpił, że w pugilaresie znajduje się 20.000 franków i schował go do kieszeni. Zauważmy oprócz tego, że szczególniejszym trafem p. Croisenois nie miał w tym pugilaresie ani żadnego listu, ani adresu? jednem słowem nic, oprócz 20.000 franków.
— Jasna rzecz, zauważył p. Breulh, że wszystko to nie bardzo jest naturalne.
— Ba!.. ja widzę więcej jeszcze. Między sumą, wystawioną w rachunku, a kwotą, zawartą w pugilaresie, była pewna różnica.
— Tak jest, odrzekła pani Bois-d’Ardon, stotrzydzieści, czy stopięćdziesiąt franków, nie wiem dokładnie.
— Doskonale... A czy krawiec oddał tę dyferencję?
— Nie; ale sam był mocno zirytowany.
— Tak pani sądzi?... Czy to naturalne, że miał w kieszeni co potrzeba do napisania pokwitowania?
Wicehrabina osłupiała. Zdawało się jej, że dotąd miała jakby mgłę przed oczyma, która teraz rozprasza się.
— A przytem, mówił dalej Andrzej, jakże to było zredagowane to pokwitowanie? Na imię pana Croisenois. A więc znali się. Zresztą Van-Klopen, jako roztropny w interesach, dodał: „Na rachunek pani Bois-d’Ardon“.
P. Breulh był zachwycony.
— Wspólnictwo jest tak jak dowiedzione! zawołał.
— Ostatni szczegół zdecyduje. Co się stało z rachunkiem Van-Klopena, tym rachunkiem pokwitowanym?
Zatrzymał się pani Bois-d’Ardon zbladła okropnie i drżała.
— Ach!... szepnęła, coś mi mówiło, że doznam okropnego nieszczęścia. Dla tego to, Gontranie, chcę cię prosić o radę.
— Mów, droga Klotyldo.
— Eh!... czyż nie domyślasz się, że nie mam tego rachunku. P. Croisenois zmiął go gniewnie, potem, włożył do kieszeni, jakby w roztargnieniu. Nie śmiałam wtedy prosić by mi go dał.
Andrzej tryumfował.
— A co? zawołał, czy nie dość widoczna komedja? P. Croisenois potrzebował poparcia pani i chciał postawić ją w niemożności odmówienia. Przypuśćmy, że pani nie byłabyś tyle wspaniałomyślna, by się nim zajmować, czy nie uczułaś się pani obowiązaną do uczynienia tego w skutek prostego faktu, że ci pożyczył 20.000 franków?
— Tak, to prawda, prawda.
Nieraz już w życiu swojem wicehrabina Bois-d’Ardon rzucała się bez zastanowienia w awantury najniebezpieczniejsze. Dla kaprysu, przez roztrzepanie, z nudów, ni z tego ni z owego narażała swoje imię, reputację, szczęście swoje i męża. Miewała czasami przejścia okropne. Ale nigdy serce jej nie ściskała tak straszna trwoga jak w tej chwili.
— Boże mój szeptała, do czego tak mię przestraszać? To nie szlachetnie. Cóż p. Croisenois może zrobić z tego rachunku?
Co może zrobić!... sama czuła to zanadto dobrze, a jednak w skutek niepojętej a bardzo zwyczajnej słabości umysłu, nie chciała sama uznać niebezpieczeństwa.
— Co może zrobić, odrzekł p. Breulh — nic, jeżeli gorliwie zajmiesz się jego sprawą. Ale zawahaj się tylko, a zobaczysz czy ci nie da uczuć, że chcąc nie chcąc musisz się z nim sprzymierzyć, gdyż honor twój trzyma w swoim ręku.
— A na nieszczęście, dodał Andrzej, reputacja kobiety zawsze była i będzie na łasce pierwszego lepszego nikczemnika, lub samochwała.
Pani Bois-d’Ardon jeszcze próbowała protestować.
— O! przesadzacie panowie, rzekła tonem dziecięcia, zaczynającego powątpiewać o strachu, tworzycie sobie widziadła.
— Czyż nie wiesz, rzekł smutno p. Breulh, że w skutek szalonego zbytku i zamiłowania w strojach, jakie teraz panują, kobiety światowe, lekkomyślnie się prowadzące, uchodzą za rujnujące swych kochanków tak zręcznie, jak najzręczniejsze istoty zgubione? Ależ to wszystkim znane!
— Co za wstyd!
— Niech jutro pan Croisenois powie w swoim klubie: „Ta mała Bois-d’Ardon kosztuje mię szalenie wiele“! potem niech od niechcenia pokaże twój rachunek na 20.000 franków, pokwitowany na jego imię, pytam się ciebie — co o tem pomyślą?
— Spodziewam się, że zrobią mi ten honor...
— Nie, Klotyldo, nie: nie zrobią ci żadnego honoru. Komuż, u licha, przyjdzie na myśl, że to jest pożyczka? Powiedzą poprostu: „Ta kochana wicehrabina jest okropnie zalotna, pieniądze, które otrzymuje od swego męża, nie wystarczają jej apetytowi — i skubie tego Croisenois“. I będą się śmieli. Czy nie widzimy tego codzień? Sama znasz przykłady. W tydzień potem plotki dojdą do uszu pana Bois-d’Ardon, upiększone, rozszerzone, jadem doprawione...
Nieszczęśliwa wicehrabina załamywała ręce w rozpaczy.
— Ach! to okropnie!.. powtarzała, okropnie!.. Czy wiesz, że mój mąż bodaj czyby wątpił! Utrzymuje on, że kobieta, która, tak ja, zalicza się do pierwszych elegantek, zdolna jest do wszystkiego, byle podtrzymać swą wyższość, przyprawiającą o zgryzotę inne kobiety. Tak on mówi i tak myśli...
Milczenie Andrzeja i pana Breulh dało do zrozumienia wicehrabinie, że oba najzupełniej podzielali zdania pana Bois-d’Ardon.
— Ach! przeklęte gałganki, mówiła dalej, niegodziwe stroje!.. Ja, która mam wszystko, by być najszczęśliwszą z kobiet!.. Nie! przysięgam, że nie będę więcej robić długów!..
Takie bohaterskie postanowienie opanowywało zawsze panią Bois-d’Ardon, po każdym większym nieco wybryku. Ale przysięga kokietki warta tyle, co przysięga pijaka. Wicehrabina bardzo prędko zapomina o swej perjodycznej skrusze.
— Poradź mi, dobry Gontranie, rzekła, jak się tu wydobyć z tego kłopotu? Mam nadzieję? ze przecież znajdziesz na to sposób. Gdybyś ty zażądał tego rachunku od pana Croisenois?
Pan Breulh pomyślał chwilę, potem odpowiedział:
— Rozumie się, że mogę to zrobić, tylko, że krok taki nietylko ci nic nie pomoże, ale nawet zaszkodzi. Czy mam stanowcze dowody nikczemności pana Croisenois? Nie. On zaprzeczy wszystkiemu a pomimo to będzie rozgadywać. Iść do niego, znaczy to powiedzieć mu, żeś przeniknęła jego zamiary; tym sposobem będziesz miała śmiertelnego wroga.
— Nie licząc tego, dodał Andrzej, że w skutek takiej reklamacji, pan Croisenois będzie się miał na ostrożności i raz uprzedzony, wymknie się nam.
Nieszczęśliwa wicehrabina uchyliła czoło przed tak wymownemi dowodami.
— Czyż jestem zgubiona! zawołała wybuchając płaczem. Czyż przez całe życie będę w mocy tego szkaradnego człowieka, skazaną na to, by być mu we wszystkiem posłuszną, zmuszoną drżećprzed jego wzrokiem, jak niewolnik pod biczem!
Ale Andrzej miał czas zastanowić się nad położeniem i dopatrzeć korzystne jego strony.
— Nie, pani, nie, odrzekł; uspokój się pani. Spodziewam się, że niezadługo postawię pana Croisenois w takiem położeniu, iż nikomu szkodzić nie zdoła. Tylko jeszcze jedno pytanie, jedyne: Coś pani odpowiedziała na jego żądanie prezentacji?
— Nic stanowczego; myślałam o panu i Sabinie.
— O!.. w takim razie, spij pani spokojnie. Dopóki będzie miał nadzieję na zjednanie sobie poparcia pani, pan Croisenois będzie się sam wystrzegał zamącenia jej spokoju. Dopomagaj mu więc pani, nie wspominaj ani słowa o rachunku, oświadczaj szacunek i przyjaźń, otwórz mu drzwi pałacu Mussidan, popieraj go, śpiewaj jego pochwały.
— Ależ pan, pan?..
— Ja, pani, przy pomocy pana Breulh, będę pracował nad zdarciem maski z nikczemnika, a zadanie nasze będzie tem łatwiejsze, im bezpieczniejszym czuć się będzie p. Croisenois...
Służący wysłany przez p. Breulh powrócił z pieniędzmi.
Gdy się oddalił, p. Breulh wziął dwadzieścia biletów bankowych i wręczył je młodej kobiecie.
— Oto masz, kochana Klotyldo, na wszelki wypadek, pieniądze dla zapłacenia pana Croisenois. Jeżeli chcesz usłuchać mojej rady, to mu je odeszlesz dziś jeszcze z bardzo grzecznym listem.
— Dziękuję, Gontranie, zrobię jak mi radzisz.
— A przede wszystkiem wsuń w ten list parę słów otuchy co do przyszłej prezentacji. Co o tem myśli mistrz Andrzej?
Mistrz Andrzej był bardzo zajęty.
— Myślę, odpowiedział, że gdyby można było wydostać od p. Croisenois recepis na sumę, którą się mu przeszle, to byłoby wcale nieźle.
— Ależ żartujesz pan.
— Wcale nie.
— Łotr mógłby tym sposobem powziąć podejrzenie.
— Kto wie... szepnął młody malarz; wziąwszy się zręcznie do rzeczy...
A potem zwróciwszy się do pani Bois-d’Ardon powiedział:
— Niepodobna by pani wice-hrabina nie miała w swoich usługach jakiej obrotnej kamerystki...
— O! mam jednę, nadzwyczaj sprytną.
— A więc dobrze! czy niemożnaby powierzyć tej dziewczynie osobno listu, a osobno pieniędzy? Nauczy się ją zawczasu jak ma sobie postąpić. Przyszedłszy do pana Croisenois uda bardzo przerażoną ogromem sumy, którą przynosi; okaże niepokój i obawę, że może być podejrzewaną, że pieniędzy nie doręczyła i w końcu będzie prosić o recepis, któryby zasłonił ją od wszelkiej odpowiedzialności.
— A tak można zrobić.
— I zrobi się! ręczę za to, dodała wicehrabina. Józefina nie ma równej sobie w odegrywania komedji.
Na to wspomnienie komedji, podstępów, wyprowadzania w pole, znowu uśmiech ukazał się na pięknych ustach wicehrabiny. Stanowczość Andrzeja i pana Breulh rozproszyła całkiem jej niespokój. Nie mogła wierzyć temu, aby protegowana przez tych dwóch ludzi narażała się na jakiekolwiek niebezpieczeństwa.
— A przytem, rzekła, spuśćcie się też trocha i na mnie; patrafię uśpić pana Croisenois. Nie upłynie piętnastu dni, będę już jego powiernicą; a o wszystkiem co mi powie wy wiedzieć będziecie.
Potem pogroziła z wdziękiem i dodała:
— To gra szczera i otwarta, prawda? Bo na cóż było zastawiać na mnie łapkę? Wszak to szkaradnie!.. I ten Van-Klopen, który także należał do zmowy!.. Ach! Boże mój! komu teraz można zaufać! Człowiek nie mający sobie równego pod względem wynajdywania kostiumów!.. Któż teraz będzie mnie ubierał? Bo, niema co mówić, muszę go puścić z kwitkiem!..
Natura powracała galopem. Wicehrabina wstała.
— No! zawołała, muszę w drogę. Dziś na obiedzie mam u siebie czterech przyjaciół pana Bois-d’Ardon. Zegnam więc, lub raczej do zobaczenia.
Lekko i uśmiechnięta wybiegła.
— Takie one są teraz wszystkie, zawołał p. Breulh. Ta jeszcze przynajmniej ma serce, jeżeli nie ma mózgu.
Ale Andrzej był zanadto zajęty swemi myślami, by podnieść tę uwagę.
— Teraz, zawołał, Croisenois jest w naszej mocy. Punkt wyjścia jest wynaleziony. Trzyma on pana Mussidan, jak, zdaje mu się, że trzyma panią Bois-d’Ardon. Znamy teraz sposoby, jakiemi posługuje się ten zacny jegomość: kradnie tajemnice, a potem wyzyskuje. Ale p. Mussidan nie będzie wyzyskany, my w tem jesteśmy!

X.

Być panem najwygodniejszego pomieszkania, urządzić się zupełnie według swego gustu, przywyknąć do przetrawiania tam w spokoju egoistycznych przyjemności człowieka bezżennego — a potem nagle zostać wywłaszczonym!
Czy można wystawić sobie większą mękę?
Takiej mianowicie męki doznawał doktor Hortebize, gdy dobry ojciec Tantaine w imieniu Mascarota prosił go o gościnność dla Pawła Violaine.
Zbladł i zadrżał miły epikurejczyk na samą myśl tej inwazji. Dzielić się swoim apartamentem a być z niego wypędzonym przez komornika, — wydawało mu się jednem i tem samem.
Widział w ponurym obrazie całe swoje życie wstrząśnięte, zwyczaje naruszone, swobodę skompromitowaną.
Co począć, co robić, dokąd iść, jak się bawić z takim przymusowym towarzyszem, śpiącym pod jego dachem, jadającym przy jego stole, chodzącym wszędzie razem, trzymającym się paltota jak dzieciak fartucha swej bony?
Skończyły się wytworne obiady w restauracjach w towarzystwie dowcipnych smakoszów. Skończyły się tajemnicze wizyty, na które nieraz czekał z niecierpliwością, wieczorem, zasunąwszy firanki, wysławszy służbę do teatru.
To też z całego serca posyłał do djabła zacnego stręczyciela i jego protegowanego.
Ale nie przyszło mu na myśl nawet próbować usunąć się od tego ciężkiego obowiązku.
Zupełnie prawie wtajemniczony w projekta Mascarota, czuł on, że pilnowanie Pawła w pierwszych dniach było niezbędnem.
Trzeba było chłopca tego oddalić od dawnego życia, olśnić, przeistoczyć, między jego przeszłością i przyszłością wykopać przepaść tak głęboką, aby żadną miarą nie mógł powrócić.
Czyż nie było koniecznem, aby nie wyjawiając Pawłowi całej prawdy, przygotować go do niej! Trzeba było zahartować umysł jego przeciw buntowi, jeżeli nie możebnemu, to zawsze przypuszczalnemu sumienia w ostatniej chwili.
Doktor więc zrezygnował się i umiał nadrobić miną.
Paweł znalazł w nim najprzyjemniejszego towarzysza, dowcipnego i łatwego doradcę, wyłączającego moralność wygodną i filozofię bez skrupułów.
Przez pięć dni nie rozstawali się. Śniadanie jadali w wielkich restauracjach, przejeżdżali się po lasku, obiadowali w klubie doktora.
Wieczory ich były wszystkie zajęte.
Spędzali je punktualnie u pana Martin-Rigal. Doktor grał z bankierem, gdy ten był w domu, — a Paweł z Flawią rozmawiali półgłosem, lub też zajmowali się muzyką.
Ale nic na tym świecie nie masz wiecznego. W piątym dniu tego przyjemnego istnienia ukazał się poczciwy Tantaine i oświadczył, że przybywa po Pawła i jego rzeczy.
— Wyszukałem panu i urządziłem, powiedział, najśliczniejszy lokalik, o jakim tylko marzyć można. Wprawdzie nie tak tam pięknie jak tu, ale wszystko zgodne jest z pozycją, jaką panu należy przybrać.
— Gdzież to jest?
Człeczyna uśmiechnął się znacząco.
— Myślałem o tem, żeby panu zaoszczędzić butów; nie będziesz pan mieszkał o milę od pana Martin-Rigal.
— Idźmy więc!.. zawołał młody człowiek zaciekawiony.
Jako factotum stary pisarz nie ma sobie równego. Wie wszystko, zna się na wszystkiem, przewiduje wszystko, myśli o wszystkiem.
Paweł przekonał się o tem, jak tylko rzucił okiem na swoje nowe pomieszkanie.
Znajdowało się ono przy ulicy Montmartre, prawie na rogu ulicy Joquelet.
Było to, jak już ojciec Tantaine dał do zrozumienia, skromne pomieszkanie artysty początkującego; ale takiego, który już pokonał pierwsze zawady, myślał o przyszłości i nawet zajmował się wygódkami w teraźniejszości.
Apartament położony na trzeciem piętrze, składał się z małego przedpokoiku, dwóch pięknych pokojów i dość obszernego gabinetu. W jednym pokoju urządzona była sypialnia; w drugim salonik; przy oknie stał fortepian.
Sprzęty, firanki, obicie wszelkie drobiazgi były czyste, ale nie nowe.
Jeden szczegół zastanowił Pawła.
Apartament ten, który jak mu mówiono, został dopiero od trzech dni wynajęty dla niego i umeblowany, zdawał mu się zamieszkałym. Zycie tam przebijało się wszędzie. Można było przysiądz, że lokator tylko co wyszedł i zaraz powróci.
Wszystko, od łóżka, które zdawało się jeszcze ciepłem, aż do niedopalonych świec w lichtarzach zdradzało codzienne życie niczem nie zamącone.
Pod łóżkiem stały pantofle już przechodzone, ogień na kominku jeszcze nie wygasł, tu i owdzie leżały kawałki niedopalonych cygar, na stole papier zalinjowany do nut, na którym rozpoczęto jakąś arję.
Wrażenie to, iż ktoś tu mieszkał, było tak silne, że Paweł nie mógł powstrzymać wykrzyknika:
— Ależ ten apartament jest zajęty, my tu jesteśmy u kogoś!
— Jesteśmy u pana, moje dziecię.
— Teraz, być może, gdyż pan zakupiłeś to wszystko razem; ale ten, kto panu sprzedał te ruchomości, zapewne tylko co się oddalił.
Słodki Tantaine miał zachwyconą minę szkolarza, któremu udała się psota.
Od roku, powiedział, jedynym lokatorem pan tu jesteś. Czyż nie poznajesz swego pomieszkania?
Paweł słuchał z otwartemi ustami, przeczuwając mistyfikację, albo tajemnicę.
— Żarty powiedział, byle się odezwać.
— Nigdy w życiu nie mówiłem tak serjo. Oto już przeszło rok przeniosłeś pan tu swoje penaty. Czy chcesz pan dowodów. Zaraz dam je panu.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł, nachylił się nad schodami i całym głosem krzyknął:
— Matko Bigot!... Wejdź no pani tu!
— To oddźwierna tutejsza, powiedział, zobaczysz pan.
W tej chwili weszła do apartamentu otyła stara kobieta, wstrętnego pozoru, czerwona z miną słodką i złośliwemi oczyma, błyszczącemi z pod siwych gęstych brwi.
— Dzień dobry, matko, rzekł do niej stary pisarz od komornika; przywołałem tu panią dla zasiągnięcia niejakich wiadomości.
— Jestem na usługi, panie Tantaine.
Człeczyna palcem wskazał na Pawła, ciągle zwracając się do odźwiernej.
— Znacie tego pana? zapytał.
— Czy to żarty? to nasz lokator.
— Jak się nazywa?
— Paweł.
— Tak krótko?
— A tak, Paweł, inaczej zwany Razem Nic. Czy nie będziesz mu pan wyrzucał, że nie zna swego ojca, ani matki?
— Jakiej pan jest profesji?
— Artysta daje lekcje fortepianu, komponuje arje i przepisuje nuty.
— Ile na tem zarabia?
— A!.. nie obliczałam z nim tego. Tak, od oka, musi zarabiać do czterech set franków miesięcznie.
— I to mu wystarcza?
— Rozumie się. Ale bo też to takie rozsądne, takie oszczędne! prawdziwa panienka. Do takiego stopnia, że ja, która mam córkę, chciałabym by ta była do niego podobna. A taki pracowity, a taki dystyngowany, a rządny!...
Wyjęła tabakierkę, zażyła sporą szczyptę i tonem przekonywającym dodała: I piękny chłopiec.
To oświadczenie rozweseliło ojca Tantaine. Mówił jednak dalej:
— Aby być tak dobrze poinformowaną, musisz pani oddawna znać już pana Pawła i zapewne mówiłaś z nim o jego interesach.
— Ba! na przyszły kwartał będzie już piętnaście miesięcy jak się tu sprowadził, a od tego czasu każdy boży dzień porządkuję mu jego gospodarstwo.
— A wiesz pani gdzie mieszkał przedtem?
— Naturalnie, ponieważ chodziłam tam aby się wywiedzieć. Mieszkał przy ulicy Jacob, za rzeką. Bardzo go tam nawet żałowano, ale musiał przenieść się bliżej do miejsca, gdzie pracuje, niedaleko ztąd, przy ulicy Richelieu, w bibliotece.
Człeczyna skinieniem powstrzymał odźwierną.
— Dość tego, matko Bigot, powiedział, zostaw mnie samego z panem.
Dziwnej tej rozmowy Paweł słuchał ze zdumioną miną człowieka, który sam siebie dotyka, aby się przekonać, czy śpi, czy czuwa, czy żyje, czy marzy.
Słodki ojciec Tantaine zamknął starannie drzwi za odźwierną i powrócił ku swemu protegowanemu, śmiejąc się głośno, zanadto nawet głośno, aby ten śmiech był naturalnym.
— No i cóż? zapytał, co pan powiesz o tej przygodzie?
Dwie minuty upłynęło nim Paweł mógł przemówić. Bohaterskie robił wysilenia, by zebrać rozpierzchłe myśli.
Przypomniał sobie rady, jakich od pięciu dni doktor Hortebize udzielał mu na wszystkie tony: „Przygotuj się pan do wypadków najszczególniejszych, nie dziw się niczemu i bądź gotów na wszystko.“
Jak na pierwszy szturm, nieźle się trzymał.
— Wnoszę, powiedział wreszcie, żeś pan dał lekcję tej kobiecie.
Skrzywienie się starego pisarza nie pozostawiało wątpliwości, że odpowiedź ta nie spodobała mu się.
— Do licha! powiedział z ironią, której ukrywać nie zadawał sobie trudu, jeżeli to jest wszystko coś pan pojął, to dalecy jeszcze jesteśmy od porozumienia się.
Drwiny te musiały do żywego dotknąć próżność protegowanego Mascarota.
— Przepraszam, odrzekł z zarozumiałością, pojmuję, że scena ta jest tylko przedmową i czekam na romans.
Było to powiedziane z taką pewnością, że stary pisarz od komornika zachwycił się.
— Tak jest, moje dziecię, zawołał rozczulonym głosem ojcowskiego wylania, tak, to tylko niezbędna przedmowa! Romans wykryje ci się, gdy nadejdzie właściwa pora... a zobaczysz jaką wspaniałą rolę zachowano dla ciebie, i pojmiesz jakie cię czeka powodzenie, jeżeli potrafisz być aktorem utalentowanym!
— Dlaczegóż nie powiedzieć wszystkiego odrazu?
Zacny człeczyna łagodnie kiwnął głową.
— Cierpliwości, powiedział, cierpliwości! Nie w jednym dniu Paryż zbudowano. Pozwól się prowadzić, mój synu! pozwól nam wymierzać ciężar według twoich sił, spuść się na naszą opiekę! Na dziś dość. Otrzymałeś pierwszą lekcję; teraz powtórz ją sobie..
— Lekcję?
— Albo repetycję, jak ci się podoba; tak jest moje dziecię. To, czego miałem cię nauczyć, ułożyłem w fakta, by cię żywiej zajęło, by głębiej wyryło ci się w umyśle.
Wyrazy te zostały wypowiedziane tak dobitnie, iż nie było co ani wątpić, ani wahać się.
— Wszystko, coś słyszał od tej kobiety, mówił dalej słodki Tantaine, kładąc nacisk na każdy wyraz, by mu tem większą nadać donośność, wszystko co powiedziała, powinno być prawdą. Gdy dojdziesz do tego, że sam w siebie to wmówisz, wtedy będziesz gotów do walki, aż do tej pory — nie. Pamiętaj o tem: można zmusić do wierzenia tylko w to, w co sami wierzymy. Niemasz żadnego znakomitszego oszusta, który by sam nie był najprzód pierwszą ofiarą swego oszustwa.
Usłyszawszy ten brzydki wyraz: oszust, protegowany Mascarota próbował protestować.
Ale było to jednym więcej powodem dla Tantaina, aby tem większy nacisk położyć na swoją replikę, tak jak się akcentuje frazes stanowczy, dający klucz do sytuacji nieznanej.
— Jeden z moich przyjaciół, tak mówił dalej, który żył w bliskich stosunkach z fałszywym Ludwikiem XVII., który miał swoich stronników, opowiadał mi mnóstwo szczegółów o nim. Chłopak ten, syn szewca z Amiens, tak dalece wyrzekł się sam siebie, aby się przeniknąć osobistością zapożyczoną, że raz znalazłszy się niespodziewanie wobec dziewczyny z własnej jego okolicy, która była niegdyś jego metresą, i którą kochał do szaleństwa nie poznał jej.
— O!... zawołał Paweł, jakaż historja!...
— Nie poznał. Do takiej perfekcji i pan dojść musisz. Nie uśmiechaj się kwestja jest bardzo poważna. Musisz dojść do tego, by się zupełnie wyzwolić od samego siebie i wejść w skórę człowieka nowego. Paweł Violaine, nieprawy syn handlarski z Poitiers, zanadto naiwny kochanek pięknej Róży nie istnieje już. Umarł z wycieńczenia na strychu w hotelu Peruwiańskim, jak to może zaświadczyć w razie potrzeby pani Loupias.
Stary pisarz od komornika nie żartował.
Zrzucił z siebie maskę ciemięgowatej dobroduszności i mówił tym nieprzepartym akcentem, który w najtwardsze mózgownice wbija myśli jak zaostrzone gwoździe.
— Pozbędziesz się tej indywidualności zawadzającej, mówił dalej, jak zużytego ubrania, które odrzuca się i zapomina. Taka jest cena powodzenia. I nie zalecam ci, byś stracił pamięć inteligencji, to niepotrzebne; nakazuję tylko stracić pamięć ciała, która jest ograniczona, głupia, zawsze zdradzająca. Nie trzeba, ażeby, jeżeli kto krzyknie na ulicy Viclaine!... tyś się odwracał machinalnie.
Paweł, chociaż przygotowany do tej lekcji, czuł jednak, że rozsądek jego chwieje się i drżyjak płomienie świecy na wietrze.
— Któż jestem? zapytał.
Słodki Tantaine pozwolił sobie uśmiechnąć się drwiąco.
— Odźwierna powiedziała to, odrzekł, bardzo dokładnie, lepiej i ja sam nie potrafiłbym. Masz imię Paweł, całkiem krótko, wychowany byłeś w domu podrzutków, nigdy nie znałeś swoich rodziców, od piętnastu miesięcy mieszkasz tu, a przeszłego roku mieszkałeś przy ulicy Jacob. Odźwierna, usługująca ci, nie wie nic więcej... Ale gdy pójdziesz ze mną na ulicę Jacob, to poznają cię tam odźwierni i powiedzą gdzieś mieszkał przedtem... gdy tam pójdziemy — również przypomną sobie ciebie.
— I będę tak mógł dojść do przeszłości? Ależ mój Boże! aż do dnia twego urodzenia. Być może, iż szukając dobrze, dojdziesz aż do twego ojca...
— O! panie!...
— Jeżeli ten nie dojdzie do ciebie.
Paweł zamyślał się coraz głębiej.
— Ależ jeżeli będą mnie wypytywać o szczegóły mego życia, o to, com robił? Wszak to może się zdarzyć; mogę być zapytanym przez p. Martin-Rigal, przez pannę Flawię!...
— Aha!.. jesteśmy nakoniec!.. Otóż, bądź pan spokojny; udzieli mu się dokumentów tak dokładnych, iż z łatwością będziesz mógł opowiedzieć, godzina po godzinie, całe swoje dwadzieścia trzy lata.
— A więc, panie, ten którego mam zająć miejsce, był tak samo jak ja muzykiem, kompozytorem?..
Zniecierpliwiony pisarz od komornika, nie żenował się zakląć:
— Sacrebleu!.. zawołał, udajesz pan prostotę? Czyż mówiłem panu, że masz zająć czyjekolwiek miejsce?.. Co mi pan mówisz o jakimści innym? Tu tylko pan jesteś; Czyż nie słyszałeś co mówiła odźwierna?
— Tak, ale...
— Powiedziała panu, że jesteś artysta. Sam się wykształciłeś, jak wszyscy ludzie energii. Czy talent potrzebuje nauczycieli? Aby żyć do czasu, kiedy opery twoje poczną być przedstawiane, dajesz lekcje.
— Komu? Przecież będą mię pytać.
Ojciec Tantaine wyjął z kubka stojącego na kominku trzy bilety wizytowe i podał je Pawłowi, mówiąc:
— Oto są nazwiska i adresy trzech pańskich uczennic, z których każda płaci sto franków miesięcznie za dwie lekcje na tydzień. Te dwie zaświadczą, jeżeli będziesz wątpić o tem, że jesteś ich nauczycielem oddawna. Trzecia, pani Grodorge, wdowa, zezna nawet w sądzie pod przysięga, że lekcjom jego zawdzięcza wszystko co umie, umie wiele. Jutro przedstawisz się tym uczennicom w godzinach wskazanych na biletach. Przyjęty będziesz jak znajomy... staraj się być swobodnym, jak dawny nauczyciel.
— Postaram się.
— Jeszcze słowo. Obok lekcji, dla przysporzenia sobie dochodu, kopiujesz w bibliotece dla bogatych amatorów fragmenta dawnych oper nie wydanych. Oto na fortepianie leży niedokończona robota dla markiza Crois-nois, prześliczny utwór Valserry: I tredici mesi...
Na ten raz było dość. Wziął pod rękę Pawła i oprowadził go po całem mieszkaniu.
— Jak pan widzisz, mówił, nic nie zapomniano; sądzić można, że mieszkasz tu od wieków. Więcej jeszcze: jako chłopak porządny, pan nie wydajesz wszystkiego co zarabiasz. W szufladzie swego biórka znajdziesz ośm obligacyj kolei orleańskiej i około tysiąca franków — są to twoje oszczędności.
Tysiąc zapytań przychodziło jeszcze na myśl Pawłowi, ale już zacny człeczyna otworzył drzwi.
— Przyjdę tu jutro z doktorem, powiedział.
Potem zwracając się do swego pupilla z ironicznem błogosławieństwem, powiedział, jak niegdyś Mascarot:
— Będziesz księciem!..
We drzwiach swego pokoiku odźwierna domowa, matka Bigot, czekała na wyjście starego pisarza od komornika.
Ujrzawszy go powoli zstępującego ze schodów, z pochyloną głową, jak człowiek przytłoczony interesami, pobiegła ku niemu z szybkością, na jaką tylko pozwalała jej otyłość.
Jesteś pan kontent ze mnie panie Tantaine? zapytała najsłodszym swym głosem:
— Ts... odrzekł poczciwina, po brutalsku wpychając ją do pokoiku, cicho! Czyś oszalała? mówisz tak głośno, że cię posłyszeć może pierwszy lepszy przechodzący!
Dobry Tantaine wydawał się tak rozgniewanym, że odźwierna spuściła nos i zadrżała jak winowajca wobec sądu.
— Sądzę, rzekła, żem dobrze odpowiadała.
— Bardzo dobrze, matko Bigot; doskonaleś mnie zrozumiała. Oświadczę to p. Mascarotowi.
— Co za szczęście!... w takim razie jesteśmy uratowani, ja i mąż!
Stary pisarz ruszył głową z powątpiewaniem.
— Uratowani... odpowiedział, nie ze wszystkiem. Wprawdzie pryncypał ma ramię potężne, ale też i wy macie nieprzyjaciół, wielu nieprzyjaciół. Wszyscy słudzy tego domu nienawidzą was i bardzoby się cieszyli — tego ci ukrywać nie będę — gdybyście doznali jakiego kłopotu.
— O! panie... czy być może? czy można mówić coś podobnego! Ja i mój mąż jesteśmy dla nich tak dobrzy!
— Teraz, być może, bo się obawiacie ich świadectwa; ale dawniej!... Ach! i ty i twój mąż, oboje wleźliście w bardzo brzydką sprawę. Prawo mówi wyraźnie: Artykuł 386, paragraf 3. To pachnie więzieniem. Szczególniej ta przeklęta historja z pękiem kluczów, które widziała w waszych rękach bona z drugiego piętra to straszne.
— Teraz otyła kobieta zadrżała, złożyła ręce i błagającym głosem szepnęła:
— Ciszej panie!... zaklinam pana, ciszej!...
— Zbłądziliście bardzo, mówił dalej Tantaine, żeście tak późno zgłosili się do pryncypała. Już wiele gadano, policja była uprzedzona i nie mogła nie działać.
— To nic, gdyby p. Mascarot chciał...
— Ale i chce, kochana kobieto, chce być wam przydatnym. Jestem przekonany, że mu się uda zatrzeć poszukiwania; już kilka osób przyrzekło mu, że będą świadczyć przychylnie dla was... Tylko wiecie usługa za usługę, trzeba mu być najściślej posłusznym.
— O! kochany pryncypał!... Ja i Bigot poszlibyśmy w ogień dla niego; moja córka Eufemia poszłaby także...
Stary pisarz cofnął się ostrożnie. Obawiał się, że w przystępie rozczulenia odźwierna rzuci mu się na szyję.
— Pryncypał nie wymaga takich ofiar, odpowiedział. Wszystko czego od was żąda, to, byście nie plątali się w opowiadaniach o Pawle, byście zachowali największą dyskrecję. Jeżeli jednem słowem zdradzicie tajemnicę wam powierzoną, opuści was, a wtedy, jak powiedziałem artykuł 386...
Artykuł ten, stanowiący karę za złodziejstwo domowe, widocznie nabawiał kolek odźwiernę.
— Niech mi położą głowę na rusztowaniu, zawołała, a i wtedy utrzymywać będę, że pan Paweł jest naszym lokatorem od roku, że jest artystą, że go znam. Co do wygadania się jednem słowem, to wolałabym raczej uciąć sobie język!...
Ton tego oświadczenia był tak szczery, że stary pisarz od komornika powrócił do zwykłej swej słodyczy.
— Przy takich warunkach, powiedział, jestem umocowany oświadczyć wam: Miejcie nadzieję. Tak jest, w dniu, w którym ukończona zostanie sprawa naszego młodego człowieka, wyjedna się wam zaświadczenie, które uczyni was białymi jak śnieg i pozwoli twierdzić z otwartem czołem, żeście byli spotwarzeni.
Był to układ; matka Brigot widziała dobrze.
— A niechże się kończy najpomyślniej i najprędzej! zawołała.
— Nie potrwa to długo, zaręczam. Ale do tego czasu, wiecie? największy dozór i ciągły.
— Damy baczenie.
— Każdemu, ktoby przyszedł do Pawła, wyjąwszy pryncypała, doktora i mnie, mówić, że go nie masz w domu.
— Rozumiem, nikt nie wejdzie.
— Oprócz tego trzeba wywiedzieć się o nazwisku tego kto przychodził i zaraz dać nam znać na ulicę Montorgueil.
— W pięć minut wiadomość będzie już tam.
Poczciwy Tantaine namyślał się nad tem, czy nie ma jeszcze czego zalecić.
— To już wszystko, rzekł po chwili. A! jeszcze! Notować trzeba najściślej godziny, w których ten piękny chłopiec wychodzi i powraca do domu; mówić do niego jak najmniej, ale podpatrywać wszystkie jego czynności.
To powiedziawszy i nie zwracając uwagi na oświadczenia gorliwej odźwiernej, odszedł powtarzając:
— Pilnujcie! pilnujcie! żeby nie zrobił głupstwa.
To ostatnie zalecenie, przynajmniej na teraz, było zupełnie zbytecznem.
Paweł nie był w stanie nic przedsięwziąć.
Dopóki czuł się pod okiem Tautaire’a, dopóty w szkaradnej swej próżności czerpał dość energii, by zachować pozory stanowczości. Ale jak tylko poczciwy człeczyna oddalił się, opanowało go takie przerażenie, że padł na fotel jak bez czucia.
Bo pomiędzy wszystkiemi pomysł mi wstrętnemi dla wyobraźni, nie masz wstrętniejszego nad stratę własnej osobistości.
Jeżeli umysł z łatwością uznaje potrzebę przebrania się, nakazaną okolicznościami, to dla tego, że przebranie jest tylko chwilowem i że zresztą pod fałszywem imieniem i zapożyczonem ubraniem człowiek pozostaje samym sobą.
Nie w takiem położeniu był Paweł.
Nie tylko widział się zmuszonym do zrzeczenia się swej indywidualności, ale i do przybrania indywidualności innego.
Być może, iż będzie bogaty i szczęśliwy, poślubi Flawie, będzie nosić znakomita imię; ale żona, pieniądze, szlachectwo, szczęście. wszystko to zawdzięczać będzie haniebnej komedji.
A po zawarciu układu, co się już prawie stało, niepodobna mu cofnąć się. Będzie on jak aktor, skazany na życie pod maską i w kostiumie swojej roli. Będzie musiał aż do samej śmierci być tym innym, którego ukradł przeszłość.
Zadrżał, przypomniawszy sobie ponure wyrazy Tantaina:
— Pawel Violaine umarł.
I zdawało mu się, że rzeczywiście coś w nim pękło.
Dręczył swoją pamięć, szukając pomiędzy swemi wspomnieniami jakiegokolwiek przykładu podobnie dziwnej sytuacji; nie znajdował żadnego.
Owszem, był jeden.
Przypomniał sobie historje pewnego Cognard, śmiałego bandyty wcielonego w hrabiego Sainte-Hélène, którego cały Paryż uwielbiał męską postawę i świetny uniform na czele wojska podczas przeglądów królewskich.
Cognard ten był galernikiem, którego zdradził jeden dawny towarzysz łańcucha.
Grając tę ryzykowną partję on także naraża się na galery.
Czyż także nie może być poznanym przez jakiego zapomnianego towarzysza, który w chwili tryumfu wskaże na niego palcem i krzyknie:
— Stójcie!.. To Paweł Violaine z Poitiers, syn właścicielki sklepiku z ulicy Vignet.
Co wówczas pocznie, co odpowie? Czy pod strasznem wrażeniem takiej chwili będzie miał dość siły, by okupić się śmiałością spojrzeć z uśmiechem na takiego skarżyciela mówiąc mu:
— Mylisz się, ja cię nie znam.
Nie czuł w sobie takiego zuchwałego bezwstydu, a przekonanie, że nie stoi na wysokości swej roli jeszcze zwiększał jego trwogę.
Gdyby już niebył poniekąd wciągnięty, gdyby wiedział co zrobić z sobą, dokąd iść, jak żyć, toby uciekł.
Ale czy mógł?
Niestety chociaż bardzo niedoświadczony, pojmował on, że tacy ludzie jak stręczyciel, Hortebize i Tantaine, nie rzucają swoich tajemnic na chybi trafi. Wszyscy trzej udzielili mu dość zwierzeń, aby go przekonać, że poczytują go jako całkiem pozostającego w ich mocy.
A wiedział, co ma trzymać o potędze Mascarota. Był pewnym, że w żadnym razie nie zdoła ukryć się przed jego zemstą.
Przyjąć umowę, znaczyło narażać się na niebezpieczeństwo, ale dalekie; może prawdopodobne, ale nie pewne.
Wywijać się od układu znaczyło to narażać się na niebezpieczeństwo niechybne i najwyraźniejsze.
Między temi pogróżkami, Paweł powinien był wybrać odleglejszą.
Były to zresztą ostatnie konwulsje jego umierającej uczciwości.
— Przyjmuję, mruknął, naprzód!.. Przyznać trzeba, że owe pięć dni. spędzonych w towarzystwie doktora Hortebize ogromnym ciężarem zaważyły na szali decyzji Pawła.
Szanowny doktor w najwyższym stopniu posiadał umiejętność przyozdabiania wszelkiego złego i czynienia go dostępnym wszelkiemu sumieniu.
Dla wykazania swych szkaradnych teoryj musiał on zawsze znaleźć wyrażenia potoczyste, przyjemne, przyzwoite.
Gdy, pomimo to, ktokolwiek zdawał się zdziwionym, doktor natychmiast przytaczał przykłady najzupełniej uspokajające.
Tak, że zdawało się nie podobieństwem, aby przy zetknięciu z nim uczciwość, zaledwie nieco zahartowna, młodzieńca pożeranego żądzami jeszcze nie nasyconemi, nie została zdezorganizowaną.
Chłopak mający zasady honoru nierównie mocniej wkorzenione aniżeli Paweł, prawdopodobnie uległ by pod temi bezustannemi atakami, z pozoru niewinnemi, a mającemi potęgę kropli wody, która w końcu rozsadza skalę.
Nikt tak jak doktor nie umiał porę występować z maksymami rozkładającemi, które są jakby pewnikami korrupcji.
Mówił, że wyznaje wiarę silnych.
Uznawał dwie moralności: moralność ludzi rozumnych i głupców.
— Od kogo chcesz pan pochodzić, pytał Pawła — od Abla, czy od Kaima? Bez odkładania trzeba zrobić wybór. Synowie Abla, wieczne barany, wiecznie też będą strzyżone. Potomkowie Kaima, przeciwnie, umieją uzbroić się w nożyce i strzydz. Czego się pan obawiasz? Dziś już nie Bóg woła z obłoków: Kaimie coś zrobił ze swym bratem? ale sprawiedliwość ludzka, która poporzestaje na zapytaniu, czy pozbyto się Abla, według przepisów kodeksu.
Potem wszystkie te rozmowy przyprawiał aforyzmami, wprowadzonemi w praktykę, jak utzymywał, przez szczęśliwych tego świata.
Mówił Pawłowi:
„Powodzenie usprawiedliwia wszystko.“
„Jedna porządna wielka podłość, zbogacająca od razu, oszczędza mnóstwo małych podłości szczegółowych, których pozwalają sobie najuczciwsi ludzie.“
Albo też:
„Wielka droga do fortuny jest tak zawalona, że ci tylko dochodzą do celu, którzy mieli tyle zręczności, iż puścili się manowcami.“
Nauki doktora miały w sobie to straszliwego, że w każdej chwili mógł postawić siebie, jako wzór i powiedzieć:
— Popatrz pan na mnie!
I rzeczywiście przedstawiał on jeden z przykładów, które kazały wątpić o sumieniu i sprawiedliwości.
W nim występek tryumfował, używał, jeździł powozem i śmiejąc się zabryzgiwał błotem uczciwą biedę.
Co do kary, która następuje prędzej lub później, — jeżeli obawiał się jej, to nie przyznawał się do tego.
Nie powiedział Pawłowi, że medalion ozdobiony drogiemi kamieniami, kołyszący się na jego brzuchu finansisty, zawiera subtelną truciznę, na którą liczy w razie katastrofy.
Nie mówił tylko:
— Odwagi, przyjacielu Pawle! spuść się pan na Mascarota, tak jak ja, jak markiz Croisenois, jak Van-Klopen, jak tylu innych. Mascarot może wszystko czego zechce, jest przywiązany i niezawodzi. Gdy między fortuną a którymkolwiek z jego przyjaciół znajduje się błoto, nie waha się; jak święty Krzysztof bierze on na swe potężne barki przyjaciela i przechodzi.
Co do tego ostatniego punktu, to doktor przemawiał do wierzącego.
Daleki od powątpiewania o potędze Mascarota, Paweł raczej chętnie przesadzał ją. Po ostatniej scenie nie upatrywał on, że tak powiemy, granic tej potęgi, opartej na terroryzmie.
Jeżeli od czasu opuszczenia hotelu Peruwiańskiego olśniony był szybkością wypadków, to zainstalowanie go w apartamencie przy ulicy Montmartre, zdawało mu się rodzajem cudu.
Zdumiony był ilością osób, które zacny stręczyciel umiał wprawiać w ruch i zmuszać do współdziałania przy przeprowadzeniu swoich projektów.
Ta odźwierna, zapewniająca, że go zna, ci ludzie z ulicy Jacob, u których można było wywiedzieć się, te uczennice, które mu wynalazł czyż wszyscy oni nie byli niewolnikami, których tajemnica wydała z powiązanemi rękami i nogami na łaskę Mascarota?
Czyż mógł się obawiać rozbicia z takiemi żywiołami powodzenia? Czy ryzykował nawet co, protegowany przez człowieka, któremu nie zdoła się wymknąć, który, zdaje się, że według swej woli rozrządza wypadkami, organizuje traf według tego jak mu potrzeba?
— I ja miałbym się wahać! mówił Paweł, niespokojnie chodząc po swym nowym apartamencie, i miałbym jeszcze skrupuły? O toby było za głupio!
Jednak źle mu się spało tej pierwszej nocy. Kilka razy zrywał się. Zdawało mu się, że dokoła jego łóżka błąka się mściwy cień człowieka, któremu ukradł osobistość.
Ale na drugi dzień, gdy nadeszła godzina pierwszej lekcji, czuł w sobie odwagę, lub raczej bez wstyd, i lekkim krokiem, z podniesioną głową i pewną miną udał się według adresu wskazanego na bilecie do pani Grodorge wdowy, tej, która miała być jego najstarszą uczennicą.
Nie domyślał się bynajmniej, że dwaj jego protektorowie, ukryci za węgłem, podpatrywali go.
Tak jednak było.
Powodowani wspólną chęcią przekonania się jak Paweł przyjmuje nową swą sytuacje, gdy jest pozostawiony sam sobie, Tantaine i Hortebize spotkali się na ulicy Jacquelet, właśnie w samą porę, by widzieć jak uczeń ich przechodzi i pochwycić wyraz jego twarzy.
Widząc go jak szedł napuszony, zamienili z sobą tryumfujące spojrzenie.
— Ohoho! zawołał stary pisarz od komornika, młody nasz kogucik podnosi już czub, który nie dalej jak wczoraj zwisał mu jeszcze... dobrze idzie!
— Tak, odrzekł doktor; już się puścił, dojdzie daleko.
Dla dokładniejszego jednak przekonania się, weszli do matki Brigot.
Z najuniżeńszemi oznakami nieograniczonego szacunku, stara odźwierna przyjęła przybyłych i odpowiadała na ich zapytania.
— Nikt nie był u młodego człowieka, powiedziała. Wczoraj wyszedł z domu dopiero o siódmej. Prosił mię, bym mu wskazała najbliższą restaurację; posłałam go do Duvala, tuż obok. O ósmej godzinie powrócił; przebrał się i wyszedł znowu. O dwunastej już spał.
— A dziś?
— Dziś, gdym do niego przyszła rano, było około dziewiątej. Wstał już i kończył ubierać się. Gdym uporządkowała apartament, prosił mię, bym poszła po śniadanie i przyrządziła kawę. Byłam posłuszną. Potem zaczął zajadać z takim apetytem, iż powiedziałam sobie: ptaszek przywykł już do klatki!
— Dalej?
— Począł śpiewać, zawsze jak ptaszek. Potem grał na fortepianie. Ach! drogi chłopczyk! głos ma tak piękny jak buzię! Słowo daję, że możnaby oszaleć od tego chłopczyka! Na szczęście moja córka Eufemia nie często przychodzi do mnie...
Reszta frazesu utonęła w ruchu, jaki zrobiła pociągając ogromną szczyptę tabaki.
— A gdy odchodził, rzekł ojciec Tantaine, czy nie powiedział jak długo zabawi?
— Tyle czasu, ile zajmą lekcje. Wie on, że pan ma przyjść...
— Dobrze.
Zadowolony z dozoru Tantaine, zwrócił się do doktora Hortebize.
— Może pan doktor pójdzie do ajencji? zapytał.
— Tak właśnie, chciałbym zobaczyć się z Mascarotem.
— Niemasz go w domu ale jeżeli pan każesz mu co oświadczyć, to racz wejść ze mną do apartamentu młodego człowieka; ja muszę rozmówić się z nim i zaczekam na niego.
— Niech i tak będzie, odrzekł doktor.
Był to jakby rozkaz dla odźwiernej. Wręczyła natychmiast dwom gościom klucze, pozostawione przez lokatora. Poszli szybko po schodach.
Doktor Hortebize lepiej aniżeli Paweł mógł sądzić o zręczności z jaką urządzono apartament, tak by wyglądał, jak dawno zamieszkały przez człowieka spokojnego i pracowitego.
— Sacrebleu! mój stary!.. zawołał tonem Szczerego uwielbienia, jak ty to umiesz robić!..
Jednym rzutem oka objął on najdrobniejsze szczegóły i mówił dalej:
— Słowo honoru! na sam widok tej małej pracowni, ojciec oddałby córkę zamieszkującemu ja.
Ale zatrzymał się, zdziwiony milczeniem starego pisarza od komornika. Spojrzał na niego i uderzyła go ponura mina Tantaine’a.
— Co ci jest? zapytał z pewnym odcieniem niespokojności, co się stało?
Tautaine przez chwilę nie odpowiadał. Usiadł, skrzyżowawszy nogi przed ogniem gasnącym na kominku i zaczął go gwałtownie rozdmuchiwać.
— To mi jest, mruknął, że nam zaczynają plątać się karty.
Na to oświadczenie wesołe czoło doktora zachmurzyło się także.
— Zawadza ci Perpignan, powiedział. Spotkałeś u niego trudności nieprzezwyciężone?..
— Nie. Perpignan jest poprostu głupiec. Zrobi właśnie to, co mu doradzę zrobić. Trzymamy księcia Champdoce...
Zacny Hortebize, przed chwilą znękany, odetchnął z zadowoleniem.
— W takim razie, powiedział, niewidzę...
— Co?.. zapominasz o małżeństwie markiza Croisenois? Tu jest przeszkoda. Robota tak umiejętnie wykombinowana, prowadzona z taką przezornością! Wczoraj jeszcze głową moją zaręczyłbym za powodzenie.
— A!.. może szedłeś ze zbytnią pewnością.
— Wcale nie. Przytrafiło się nieszczęście ot i wszystko. Czyż istnieje mądrość ludzka?.. Mądrość ludzka!.. to tylko wyraz. Zaradzić można temu, co nie było przewidziane, ale nie temu, co jest niemożebne.
— Jednak...
— Tak jest. Nigdy zręczny nieprzyjaciel nie wymyśli takiego szeregu przeszkód, jakie traf może przeciwstawić. Bywasz w świecie, doktorze powiedz więc czyś słyszał w r. 1868 o dziedziczce, bardzo pięknej i bardzo wysoko urodzonej, nieczułej na ponęty zbytku i próżności i zdolnej do wielkiej i prawdziwej namiętności...
Doktor uśmiechnął się tak, iż uśmiech ten stał za wszystkie zaprzeczenia.
— Otóż, mówił dalej, dziedziczka taka istnieje i nazywa się Sabina Mussidan. Kocha — i wiesz kogo?.. człowieka, którego już trzy razy w życiu spotkałem na mojej drodze, artystę, malarza... Chłopak ten musi posiadać największą energię, jaką tylko wystawić sobie można.
— Ba!.. artysta, zapewne bez majątku, bez stosunków...
Ruchem Tantaine przerwał mu.
— Na nieszczęście artysta ten nie jest bez stosunków; ma przyjaciela — i to jakiego!.. tego samego, który miał poślubić Sabinę, pana Breulh-Faverlay.
Wiadomość była tak dziwna, że doktor Hortebize nie zdołał wymówić ani słowa.
— Jakim sposobem doszło do tego zbliżenia, mówił dalej Tantaine, tego sobie wyjaśnić nie mogę. Musi to być genialny pomysł Sabiny. Koniec końcem fakt istnieje. Ci ludzie we dwóch umieli zjednać sobie kobietę, którą przeznaczałem do popierania kandydatury markiza Croisenois.
— Ale to być nie może!
— I ja jestem tego zdania. Nie przeszkadza to jednak temu, że wczoraj wieczorem wszystko troje naradzali się i poprzysięgli — tak przynajmniej sądzę uczynić co tylko można, byle przeszkodzić temu małżeństwu.
Doktor podskoczył na fotelu.
— Co?... zawołał, co?... domyśleli się projektu markiza! A?... a toż jak?
Stary pisarz smutno kiwnął głową.
— Otóż to właśnie!... jak? odpowiedział. Jenerał nie może być na wszystkich punktach, gdzie toczy się wielka bitwa, i zawsze pomiędzy jego pomocnikami znajdą się niedołęgi, lub zdrajcy. Ułożyłem między Vau-Klopanem a markizem komedję, która miała nam wydać wice-hrabinę Bois-d’Ardon. Wszystko było przewidziane, wykombinowane, ułożone; obmyślałem wszystkie szczegóły, jak ja jeden to umiem. Nie mogłem nie liczyć na tryumf zupełny... Na nieszczęście, po jeneralnej próbie przewybornej, samo przedstawienie wypadło nędznie. Ani Croisenois, ani Van-Klopen nie zadali sobie trudu, by odegrać role swe na serjo. Przygotowałem im arcydzieło pod względem dowcipu i sytuacji, a zrobili z niego scenę brutalską, śmieszną, oburzającą, parodję!... Sądzili niezdary, że łatwo oszukać kobietę... A tu, jak na dobitek, markiz, któremu zaleciłem największą oględność natychmiast zdemaskował swoje baterje!... tak, jest!... ten próżny głupiec mówił o Sabinie. Od tej chwili wszystko było stracone. Wicehrabina, za chwilę oszukana, zastanowiła się, i porozumienie, istniejące między aktorami, rzuciło się jej w nocy. Domyślając się zasadzki, wpadła w wielki strach, i krzycząc „Ratuj cie!“ poleciała do pana Breulh.
Doktor słuchał widocznie zmięszaby.
— Któż cię mógł tak o tem poinformować? zapytał.
— Nikt — odgaduję. Widzę rezultaty, domyślam się więc przyczyn. O!... już dane jest hasło, by się mieć na ostrożności!...
Słodki Tantaine nie jest z liczby ludzi marnujących na niepotrzebnych rozmowach czas, który nazywa swoim kapitałem.
Jeżeli otwiera usta, to znaczy że ma coś do powiedzenia i słowa jego, pozornie najbłahsze, mają zawsze poważną donośność.
Doktor dobrze o tem wiedział.
Dla tego też niespokojność jego wzrastała w miarę jak czuł, że przybliża się do celu, którego nie mógł domyśleć się.
— Do czego mówisz mi to wszystko? zapytał; dla czego nie powiesz bez ogródki, że partja jest przegrana?
— Bo jeszcze nie jest przegrana.
— Jednak, słysząc ciebie...
— Powiedziałem, że jest mocno narażona, nie więcej a to co innego. Gdy grasz w écarté o pięć punktów, twój przeciwnik ma cztery a ty ani, jednego, czy rzucasz wtedy kartę i grę? Nie. Masz nadzieję zrobić jeszcze pięć punktów, czy tak?
Niczem nie zamącona flegma pisarza od komornika, do rozpaczy przyprowadzała doktora.
— A zatem, za wołał, opierasz się przy tem by walczyć dalej?
— Naturalnie.
— Ale to szaleństwo, to znaczy biedz z lekkiem sercem prosto w przepaść, której zmierzyliśmy głębokość.
Stary pisarz pozwolił sobie gwizdnąć w sposób wielce drwiący.
— A cóż mamy robić, zapytał, według zdania waszej ekscelencji?
— Nic. Zarzucić tę kombinację a szukać innej, może nie tak korzystnej, ale też nie tak niebezpiecznej. Tobie się chce grać dalej? Byłaby to, doprawdy, próżność wcale nie na miejscu. Chciałeś ukąsić ten kawałek, ale za twardy, prawda? Rzuć więc go; na co masz się upierać i łamać sobie zęby? Obejrzeliśmy tych ludzi; są to gracze nad nasze siły, dajmy im pokój. Zresztą, co to nas może obchodzić, czy pana Mussidan zaślubi markiza Croisenois, czy pana Breulh, czy kogo innego? Czy w tem leży spekulacja? Na szczęście nie. Pomysł rzeczywiście produkcyjny, pomysł utworzenia towarzystwa, do którego zapiszą się wszyscy twoi daunicy, pozostaje cały i nietknięty. Zajmijmy się nim. A tymczasem, wierz mi, przyznajmy się między sobą do porażki, zatrąbmy do odwrotu i udawajmy zabitych.
Zatrzymał się, zmieszany szyderskim uśmiechem ojca Tantaine.
— Zdaje mi się, dodał tonem urażonym, że w mojej propozycji nie ma nie śmiesznego, że jest rozsądna.
— Być może. Pozostaje tylko rozpatrzeć czy jest praktyczna.
— Nie upatruję nic takiego, coby ci przeszkadzało przyjąć ją.
— Doprawdy? W takim razie przestrach ukazuje tobie sytuacje przez szczególniejsze okulary. Zadaleko zaszliśmy, kochany doktorze, aby mieć jeszcze wolność wyboru. Iść naprzód jest dla nas koniecznością niezbędną. Cofać się w tej chwili, znaczyłoby to naprowadzać przeciwników na nasze tropy. Bądź co bądź, musimy to rozplątać. Lepiej zatem wybrać miejscowość dla bitwy i zaczynać. Przy równych siłach, atakujący ma trzy pewne szanse na dziesięć. To już obrachowano.
— Wszystko to tylko słowa...
— Ba!... — a nasze zwierzenia się markizowi Croisenois — czy także tylko słowa?...
Argument ten, jeżeli nie pokonał doktora, to wstrząsł go żywo.
— Czyż byłby on tak nikczemnym by nas zdradzić zawołał.
— Czemu nie! jeżeli będzie miał w tem interes? Zastanów się i osądź: Croisenois goni ostatkami; olśniliśmy go perspektywą fortuny książęcej. Czego się on chwyci, gdy mu powiemy: „Przepraszamy! nic się nie da zrobić; jesteś pan w nędzy; pozostań w niej.“
— Możnaby go załagodzić, dopomódz mu.
— A dokąd że to nas doprowadzi? Czy chcesz popłacić jego długi, wyzwolić sukcesję, podtrzymywać jego wymagania? Od chwili, gdym mu wyjawił tajemnicę naszego stowarzyszenia, on trzyma nas tak dobrze jak my jego; lepiej nawet, bo ma mniej do stracenia. Nauczyliśmy go muzyki, doktorze, a teraz on nam każe tańczyć.
— O!... byłeś bardzo nieostrożny!
— Sacrebleu!... trzeba przecież zwierzyć się komuś. Zresztą dwie sprawy: księcia Champdoce i Sabiny, są z sobą w związku. Razem je ułożyłem i obie też powiodą się, albo zgruchoczą w mojem ręku.
— A więc chcesz wytrwać?
— Więcej aniżeli kiedykolwiek.
Od niejakiego czasu doktor z afektacją, która nie mogła ujść uwagi starego pisarza, poruszał i pobrzękiwał złotym medaljonem wiszącym na łańcuszku od zegarka.
— Poprzysiągłem niegdyś, powiedział z bladym uśmiechem, że losy nasze będą wspólne. Nie cofam słowa. Idź! a chociaż tak niebezpieczną wydaje mi się droga, przy której upierasz się, ja pójdę za tobą do samego końca... do przepaści. Mam pod ręką co trzeba dla uniknięcia cierpień upadku: Lekkie ściśnięcie gardła, jak przy przełykaniu pigułki, piorunująca konwulsja, zawrót głowy, czkawka... i wszystko skończone.
Ta złowroga przezorność doktora zawsze oburzała Tantaine’a. W tej chwili szczególnie była mu niemiłą.
— O! dość tego! zawołał. Gdy sprawa przyjmie ostatecznie zły obrót, wtedy zrobisz użytek z twego medalionu; do tego czasu, daj mu pokój, jeżeli łaska.
Wstał z miną wielce niezadowoloną, oparł się o kominek i mówił dalej:
— Dla ludzi naszego hartu, niebezpieczeństwo znane nie jest już niebezpieczeństwem. Zagrażają nam — będziemy bronić się. Biada temu kto zawadza! W najgorszym razie ucieknę się do środków stanowczych.
Przerwał sobie, poszedł otworzyć wszystkie drzwi, aby być pewnym, że nikt nie podsłuchuje i powróciwszy na swoje miejsce zaczął znowu głuchym głosem:
— Wszystko dobrze zważywszy, jeden tylko człowiek zawadza nam: Andrzej. Usuńmy go a wszystko pójdzie jak z płatka.
Zacny Hortebize podskoczył jakby dotknął rozpalonego zelaza.
— Nieszczęśliwy zawołał: chciałbyś...
Stary pisarz uśmiechnął się przerażająco i odrzekł:
— Jednak, gdyby było potrzeba!... Czyż nie lepiej zabić djabła, aniżeli być zabitym przez niego.
Przerażenie doktora było tak wielkie, iż dzwonił zębami. Przystawał on na to, by żądać od ludzi „pieniędzy lub honoru“, ale nie „pieniędzy lub życia“...
— A gdyby nas wykryto! wybełkotał.
— Nas? Co znowu? Przypuść, że zbrodnia jest popełniona: sprawiedliwość będzie szukać, komu ona korzyść przynosi. Czy dosięgnie do nas? Nigdy. Będzie ona wiedzieć naprzykład, że wskutek tej śmierci pan Breulh może otrzymać rękę osoby, którą ubóstwia, a która przenosiła nad niego Andrzeja...
— Okropność!... zawołał doktor oburzony.
— Eh! wiem o tem. To też będę robił wszystko co można, aby uniknąć tej ostateczności. Gwałtowne środki są mi wstrętne tak jak i tobie. Będę szukał, znajdę coś lepszego.
Nagle zatrzymał się. Wszedł Paweł z listem w ręku.
Protegowany Mascarota był rozpromieniony; z miną śmiesznej pewności siebie podał rękę doktorowi Hortebize i staremu pisarzowi od komornika.
— Słowo daję powiedział tonem nadzwyczaj swobodnym, żem liczył na wasze uprzejme odwiedziny, ale nie tak wcześnie. Dziękuję trafowi, który natchnął mię myślą zajścia do siebie na chwile.
Ojciec Tautaine z trudnością powstrzymał ruszenie ramionami.
Mimowolnie porównywał on teraźniejszą zarozumiałość Pawła z jego rozstrojeniem w tem samem miejscu przed dwudziestu czterma godzinami.
— Więc interesa idą według życzenia? zapytał doktor.
— Idą tak dobrze, że nawet, choćbym chciał, nie znalazłbym powodu do uskarżania się.
— Wracasz pan z lekcji?
— Tak jest. Tylko com rozstał się z panią Grodorge. Co to za miła i śliczna kobieta! A jak uprzejmą była ze mną!...
Gdyby Paweł najzupełniej nie wiedział dla czego i jakim sposobem drzwi pani Grodorge stanęły dla niego otworem, to i w takim razie nie wyrażałby się inaczej.
— Jeżeli tak, to łatwo można sobie wytłumaczyć pańskie zadowolenie, odrzekł doktor z małym odcieniem szyderstwa, którego Paweł nie dostrzegł.
— O! powiedział, taka błabostka nie bardzoby mię rozruszała. Jeżeli wydaję się panu zachwyconym, to dla tego, że mam inne powody... ważniejsze...
— Czy byłoby to niedyskrecją zapytać jakie?
Paweł przybrał minę poważną i tajemniczą młodzieniaszka, którego dławi pierwszy sekret miłośny.
— Nie wiem z pewnością, czy mam prawo mówić... zaufanie wkłada obowiązki.
— Do licha!... miłośna przygoda!... już!...
Zarozumiałość Pawła rozkoszowała się.
— Zachowaj pan swoją tajemnicę, kochany panie, zachowaj, doradzał ojciec Tantaine.
To był właśnie środek rozwiązania mu języka; zacny człeczyna przewidział to.
— O panie, zawołał, czy masz mię pan za tak niewdzięcznego, bym cokolwiek ukrywał przed wami!...
Tryumfująco machnął papierem, który trzymał w ręku i spekulując na wywołanie efektu, mówił dalej:
— Oto list, który mi wręczyła odźwierna, gdym wchodził. Przyniósł go posługacz z banku. Zgadnijcie od kogo? No, nie łamcie sobie głowy — od panny Flawii Martin-Rigal i nie pozostawia żadnej wątpliwości co do uczucia, jakie ma dla mnie.
— O!...
— Tak, tak. W dniu, w którym na serjo tego zażądam, panna Flawia będzie panią... moją żoną.
Przelotny rumieniec, który znikł natychmiast, ukazał się na zgrubiałej i pomarszczonej twarzy starego pisarza od komornika.
— Szczęśliwy pan jesteś! zawołał, nie bez pewnego drżenia w głosie, bardzo szczęśliwy!...
Paweł, niedbale odchyliwszy swoje paletot i wsunąwszy palce w dziurkę od guzika, odpowiedział:
— Ach mój Boże! tak jest!.. Ale wierzcie mi panowie, że bez wielkich wysileń. Nie byłem wstrętny pannie Flawii i przy trzeciej mojej wizycie wyznała mi to ona bardzo uprzejmie.
Ojciec Tantaine, jak gdyby sądził, że okulary nie dość ukrywają jego wzruszenie, słuchał zasłoniwszy sobie twarz rękami.
— Wczoraj wieczorem, wszakże, zaczął znowu Paweł, panna Flawia była rozpaczliwie obojętna. Może myślicie, żem starał się ja zmiękczyć? Wcale nie. Powiedziałem sobie: „Napróżno tracisz czas, moja śliczna“ i wyniosłem się wcześniej niż zwykle.
Kłamał; zaniepokoił się tem okropnie.
— I mądrze sobie postąpiłem, mówił dalej. Biedna dziewczyna walczyła z własnem sercem, by się okazać surową względem mnie. Ale posłuchajcie lepiej co pisze:
Odrzucił w tył głowy włosy, przybrał najkorzystniejszą, jak sądził, pozę i zaczął czytać:
„Mój przyjacielu!
„Wczoraj byłam niedobra i żałuję tego. Całą noc spać nie mogłam, rozmyślając o głębokim smutku, jaki widać było w oczach pana, gdyś odchodził. Pawle, to była próba. Czy przebaczysz mi? Więcej cierpiałam, aniżeli ty, wierz mi.
„Ktoś taki, kto kocha mnie bardzo, niestety! być może więcej niż ty, ciągle mi powtarza, że, młoda dziewczyna, wyjawiająca temu, którego kocha, całą swoją myśl, naraża całe swoje szczęście.
„Czy to prawda? “ Byłoby to okropnie, Pawle, bo ja nigdy nie potrafię udawać. A na dowód tego, powiem ci wszystko. Mój drogi ojciec jest najlepszym, najzacniejszem z ludzi; czego ja chcę — i on chce. Jestem pewną, że gdyby twój przyjaciel, nasz dobry doktor Hortebize, w twojem imieniu przedstawił mu pewne żądania, to nie odpowiedziałby — nie. Jestem pewna, że gdybym ja także poprosiła go, jak to umiem, odpowiedział» by mi — tak...“
— I ten list nie rozczulił pana? zapytał ojciec Tantaine.
— Szczerze powiedziawszy: rozczulił. Bo widzisz pan, jest milion posagu...
Usłyszawszy te chełpliwe wyrazy stary pisarz od komornika, zerwał się tak groźny, że Paweł odskoczył, zdziwiony tym niepojętym napadem gniewu.
Ale od jednego spojrzenia zacnego doktora Hortebize, pisarz od komornika opamiętał się.
— Gdyby przynajmniej tak myślał, jak mówi, mruknął gdyby zbrodnia jego nie była fanfaronadą.
— To nasz uczeń!.. rzekł doktor z uśmiechem.
Poczciwy Tantsine przybliżył się do Pawła. Szeroką swoje rękę położył mu na głowie i prawie po brutalsku, mnąc jego piękne włosy, powiedział:
— Nigdy nie dowiesz się, mój chłopcze, ile masz zawdzięczać pannie Flawii! Ta szybka scena, tem większe wywarła na Pawła wrażenie, że nie mógł pojąć ani jej motywów, ani donośności.
Oto dwaj ludzie, którzy wprawili w ruch dwie najpotężniejsze dźwignie fatalnego swego rozumu, aby wywrócić w nim wszelkie podstawy moralności; on wprowadza ich nauki w praktykę, w nadziei zjednania sobie pochwał, a zamiast tego oni go traktują z największą pogardą. To rzecz nie pojęta.
Ale nim się opamiętał, by zapytać, już ojciec Tantaine zapanował nad swojem wzruszeniem.
— Kochane dziecię, powiedział; zlecenie moje już spełniłem. Jeżeli chciałem cię widzieć, to jedynie dlatego, że obawiałem się, iż ci może zabraknąć energii.
— Jednak, panie...
— O!.. wracam honor! Pan jesteś silniejszy, nierównie silniejszy aniżeli przypuszczałem.
— Chłopaczek zrobił postępy, dodał doktor.
— Takie postępy, że nadeszła chwila, by go już uznać za człowieka. Dziś wieczorem kochany Pawle, pan Mascarot otrzyma od Karoliny Schimel słowo zagadki, którego szuka. Jutro o drugiej bądź pan w ajencji dowiesz się o wszystkiem.
— Paweł chciał odpowiedzieć, poinformować się; ale poczciwy Tantaine nie dał mu na to czasu.
Przerwał pożegnaniem bardzo suchem i wyszedł, zabrawszy z sobą doktora, z miną człowieka unikającego wyjaśnień przykrych i niebezpiecznych.
— Chodźmy, powiedział mu do ucha, jeszcze chwila, a wygrzmocę tego błazna. O Flawio! Flawio!... twoje dzisiejsze szaleństwo przypłacisz kiedyś krwawemi łzami!...
Dwaj stowarzyszeni zeszli już ze schodów, a protegowany Mascarota stał jeszcze na środku swego małego salonu z wyciągniętą ręką, otwartemi ustami, nieruchomy i przedstawiający najdoskonalszy posąg ogłupienia.
Cała zarozumiałość, którą nadymał się przed chwilą, rozwiała się jak gaz balonu, który pękł od ukłucia szpilką.
— Bóg wie, co powie sobie o mnie ten nędzny doktor i ten szkaradny pisarz od komornika. Zapewne śmieją się z mojej naiwności i drwią sobie z moich pretensyj!...
Myśl ta przyprowadzała go do takiej rozpaczy, że aż zazgrzytał zębami.
Gniew niesłuszny!... Ani doktor, ani poczciwy Tantaine nie wymówili nawet jego imienia, gdy wyszli.
Krocząc ulicą Montmartre, Tantaine i doktor zajmowali się tylko wynalezieniem sposobu sparaliżowania działań Andrzeja.
— Informacje moje są zanadto nieokreślone, mówił Tantaine; za mało wystudjowałem grunt, aby coś przedsięwziąć. Taktyka moja w tej chwili polega na tem, aby nie dawać znaku życia; w tym duchu dałem instrukcję markizowi Croisenois. Ale odkomenderowałem do każdego z naszych przeciwników po jednym ajencie. Andrzej, pan Breulh, wicehrabina, nie ruszą się bez tego, bym nie wiedział o tem. Mam uszy przy ich drzwiach, oko w dziurce ich zamków, wtedy właśnie, gdy czują się najbezpieczniejszymi. Wkrótce będę jasno widział ich grę, a wtedy... Bądź spokojny, tak jak dotąd, i spuść się na mnie.
Doszli do bulwaru. Stary pisarz od komornika nagle zatrzymał się i wydobył wielki swój srebrny zegarek.
— Już czwarta godzina! zawołał. Jak czas uchodzi! Żegnam cię, bo nie mam ani chwili do stracenia. Czyż nie powinienem dopilnować moich ajentów, i zapewnić się, czy są na posterunkach!..
— Ale przynajmniej zobaczymy się wieczorem?...
— Wątpię. Jak mnie widzisz, mam zamiar jeść objad w jednej z restauracyj na bulwarach zewnętrznych.
Doktor wytrzeszczył oczy.
— O!... pewno, że nie dla mojej przyjemności, mogę ci zaręczyć, dodał Tantaine. Dziś wieczorem mam schadzkę „pod Turkiem“ z tym urwisem Totem. Mam tam znaleźć Karolinę Schimel, która posiada dałbym na to rękę w ogień tajemnicę księcia Champdoce. Jest ona dyskretna, przebiegła, zapewne pod strachem groźby; ale lubi kieliszek, i źleby było, gdybym nie wynalazł takiego płynu, który rozwiąże jej język. A teraz spieszno mi... do jutra.

XI.

Tak jest; spieszno było ojcu Tantaine; przekonywał o tem fakt, że on, niezmordowany w chodzeniu, wziął fiakra na godzinę i przyrzekł pięć franków na piwo byle jechał prędko.
Naprzód kazał się zawieźć na róg ulic Blanche i Douai. Tam kazał stangretowi czekać i szybkim krokiem poszedł ku domowi, gdzie młody pan Gandelu ulokował swoją boginię.
Nie pytając o nic odźwiernego, poszedł jako człowiek znający miejscowość, zadzwonił, nie omyliwszy się, do wspaniale umeblowanego apartamentu, w którym Róża przeistoczyła się w wice-hrabinę Zorę Chantemille.
Długo czekał nim mu otworzono.
Nakoniec, po dwóch minutach, ukazała się we drzwiach dorodna i czerwona dziewczyna w czepku na bakier. Była to kucharka Zory-Róży, ta sama Marja, która tak sumiennie odniosła Mascarotowi jedynaście franków.
Ujrzawszy starego pisarza, krzyknęła radośnie.
— Ach! to ojciec Tantaine! w sam czas przybywa!
— Cicho! rzekł poczciwina zaniepokojony.
— A dlaczegoż mam się żenować?
— Gdyby twoja pani usłyszała, mogłaby nadejść...
Kucharka parsknęła śmiechem.
— Tego nie ma co obawiać się, zawoła; pani znajduje się w pewnem miejscu, z którego nie łatwo się powraca. Pan wiesz, że kosztowne klejnoty mogą zaginąć... więc się je zamyka.
Frazes ten, oznaczający, że biedna Róża została aresztowaną, zdawał się mocno dziwić pisarza.
— Nie może być! zawołał.
— Tak, tak! Ale wejdź pan; opowiemy panu różne rzeczy, a tymczasem wypijesz cośkolwiek w naszem towarzystwie.
W jadalnej sali, dokąd wszedł ojciec Tantaine, sześć osób siedziało za stołem zastawionym butelkami, i kończyło śniadanie rozpoczęte o dwunastej w południe.
Szanowne towarzystwo składało się z czterech kobiet, które Tantaine poznał jako praktykantki ajencji i dwóch mężczyzn. Dość było spojrzeć na twarze tych panów, by nie powierzać im swego worka.
— Jak widzisz, papko, zaczęła dama, która go wprowadziła, gdy już wypił z nią kieliszek, spędzamy czas jak możemy. Ale w każdym razie rzecz to śmieszna. Wystaw sobie, że wczoraj, właśnie gdym się zabierała do przyrządzenia obiadu, przybyło dwóch panów, którzy chcieli rozmówić się z panią. A gdy ich wprowadzono, oświadczyli, że przyszli aby ją zabrać do więzienia. Pani zaczęła krzyczeć tak okropnie, że pewno było ją słychać na sąsiedniej ulicy. Nie chciała iść, chwytała się za meble. Wtedy ci panowie wzięli ją bardzo zręcznie za głowę i nogi i zanieśli do fiakra, czekającego na dole. Wpakowali. To już czwartej mojej pani zdarza się taka nieprzyjemność... Ale pan nic nie pijesz?
Słodki Tantaine dowiedział się o tem po co przyszedł; grzecznie zatem wymówiwszy się odszedł, pozostawiając gości przy festynie, który zapewne skończył się dopiero z ostatnią butelką.
— Z tej strony, szeptał, wsiadając do fiakra, wszystko idzie bardzo dobrze... Zobaczymy w innem miejscu.
W innem miejscu, było to na Polach elizejskich.
Wysiadł niedaleko od budynku pana Gandelu ojca i podszedł ku niewielkiemu człeczynie o czarnych włosach, który uzbrojony kawałkiem tarcicy odganiał przechodzących, którzy mogli być skaleczeni przez rozmaite odłamy spadające z rusztowania.
— Co nowego, La Candelle? zapytał.
— Nic, panie Tantaine; chciej pan powiedzieć pryncypałowi, że pilnuję dobrze.
Następnie stary pisarz rozmawiał przez chwilę z lokajem pana Breulh i jedną z dziewcząt służących pani Bois-d’Ardon.
Potem rozpłaciwszy się z fiakrem, szybkim krokiem poszedł ku zakładowi ojca Canon, kupca win przy ulicy St. Honoré, gdzie znalazł Florestana.
O ile piękny ten lokaj jest pokornym przed Mascarotem, o tyle puszy się przed biednym Tantainem.
Na ten raz, aby okazać swą wyższość, zmusił go do przyjęcia obiadu. Ale nie był w stanie powiedzieć nic nowego, wyjąwszy, że panna Sabina była niezmiernie smutna.
Było już około ósmej, gdy stary pisarz pozbył się wreszcie Florestana i wsiadłszy do fiakra kazał się wieść „pod Turka.“
Przy ulicy Poissoniers, o sto kroków od bulwaru zewnętrznego, kołysze się na wichrze szyld „Turka“, zakładu, którego urok tak bardzo od ośmiu dni podbudzał namiętności Tota.
Sama fasada zdaje się przyobiecywać przechodzącym, że wewnątrz znajdą wszystkie roskosze tego świata: dobry obiad wspólny o godzinie szóstej, kawę, piwo, likiery, a oprócz tego tańce, dla przyspieszenia trawienia.
Dość długi korytarz prowadzi do tego raju ziemskiego.
Dwoje drzwi w głębi wiodą, z prawej strony do sali balowej, z lewej do jadalnego pokoju.
Tu wieczorami bywa mnóstwo oficjalistów, początkujących artystów i pomniejszych okolicznych kapitalistów.
W niedzielę zawsze tu ciasno; dzieci mające mniej jak siedm lat, trzymają się na kolanach, jak w omnibusach.
Niezawodnie, że prawdziwy smakosz zażądałby pewnych zmian w tutejszym obiedzie; ale ponieważ najpotężniejszy apetyt znajduje tu przynależne sobie zadosyćuczynienie, więc wszystko idzie dobrze.
Jadło zresztą jest tu rzeczą najmniej pociągającą.
Zaledwie przełknie się ostatni kąsek deseru, na znak gospodarza rozpoczyna się wielka krzątanina.
W jednem mgnieniu oka wynosi się naczynie i restauracja przeistacza w kawiarnię, piwo płynie strumieniami. Stuk kości domino zastępuje brzęk widelców.
To jeszcze nic. Za drugim sygnałem otwierają się na rozcież szerokie drzwi i orkiestra balowa potokiem wlewa harmonie do jadalnego pokoju.
Wolno wtedy tym, którzy obiadowali, korzystać z trąb i klarnetów; opłata za obiad daje prawo do bezpłatnego udziału w balu.
A jednak, pomimo tego przywileju, dwa rodzaje klienteli zakładu żołądkowa i tańcująca, wcale się nie łączą z sobą.
Czy pochodzi to od specjalności balu? Nie suwają tam, jak gdzie indziej, wiecznego kadryla, ale wyłącznie prawie tańczą polki, walce i tym podobne „tańce wirujące“; a zwłaszcza walca. Zakład „pod Turkiem“ jest rodzajem konserwatorjum walca — to rzecz znana.
Odrazu można przekonać się, iż wszystko tu zostało poświęcone temu rodzajowi tańca. Środek sali oddzielony jest ławkami, tworzącemi koło.
Malowidła na suficie, przedstawiające gołębi latających w lazurze, być może iż nie są dość świeże, ale posadzka jest bardzo starannie utrzymana, wywoskowana i gładka jak zwierciadło.
Paryska Germania tłoczy się namiętnie na bale „pod Turkiem“. Tam wykwintny kawaler, angażując damę, powinien dla szyku przemówić do niej po niemiecku, albo przynajmniej znać dźwięczne narzecze z okolic Strasburga.
Ale też za to jaka rozkosz, jakie upojenia! „Pod Turkiem“ to trzeba widzieć damy z Alzacji, sztywne, bez najmniejszego ruchu głowy, z otwartemi ustami, zamierającem okiem, wirujące cały kwadrans z gracją lalek w katarynkach.
Po raz już dziesiąty balowy mistrz ceremonii wołał swoim strasznie zachrypłym głosem: „Miejsce miejsce dla walca!“ gdy ukazał się zacny ojciec Tantaine, zapłaciwszy pięć sous za wejście.
Zabawa była bardzo ożywiona i atmosfera poczęła już nasycać się ciężkiemi wyziewami i szczególnym zapachem. Każdy nowo przybyły dusił się. Ale stary pisarz od komornika w tem podobay jest do Alcybiadesa, iż wszędzie, dokąd zagna go potrzeba jego profesji, jest tak swobodny jakby był u siebie.
Po raz pierwszy dopiero był „pod Turkiem“, a jednak z miną zwykłego gościa przechadzał się po miejscach zarezerwowanych dla pijących, naprzód na dole, a potem na galerjach.
Ale napróżno przecierał szkła swoich okularów, zaciemnione atmosferą balu; nie dostrzegał ani Karoliny Schimel, ani Tota.
— Czyżbym przyszedł napróżno, mruknął, czy tylko poprostu zawcześnie.
Czekać było niepodobieństwem. Wyszedł więc i usiadł w części najbardziej oświetlonej, koło kantoru i kazał podać sobie szklankę piwa.
Dla rozerwania się miał przed sobą symboliczny obraz zakładu.
Było to wielkie malowidło, na którego wykonanie nie szczędzono krzyczących farb.
Przedstawiało ono człowieka niezmiernie otyłego, z głową obwiązaną białą chustką, w niebieskich trykotach, siedzącego na krześle czerwonem, pod zieloną ścianą, z nogami na żółtym kobiercu. Jedną ręką trzymał się on za brzuch, drugą wyciągnął naprzód, żądając, by mu dano pić.
Jasna rzecz, że był to sam „Turek“; przekonywała o tem naprzód ogromna fajka, potem lew, tuż przy nim leżący, wreszcie sułtanka, z niezmierną gracją nalewająca mu musujące piwo.
Sułtanka ta, pyszna osoba jasnowłosa, dorodna i bogato ubrana, urodziła się — poznać to można było od jednego spojrzenia w Alzacji, co było rodzajem delikatnego pochlebstwa ze strony artysty dla przeważnej części zwykłych tancerek zakładu.
Stary pisarz od komornika zachwycał się, gdy wtem doleciał uszu jego głos piskliwy, spierający się o coś nieco dalej.
Machinalnie począł słuchać; zdawało mu się, że głos ten zna.
— Ależ to Toto! zawołał po chwili, ten nędzny urwis! gdzież on zalazł, że go nie dostrzegłem?
Odwrócił się i o dwa stoły dalej, w dość ciemnym kącie, poznał wreszcie tego, kogo szukał.
Że przeszedł przed Totem, nie poznawszy go, nic w tem nie było dziwnego: Toto nie był podobnym do siebie.
Nie, Toto nie miał wcale żałośnej miny chłopaka drżącego od zimna pod dziurawą bluzą; błyszczał, jaśniał, promieniał.
Plan już miał gotowy w dniu, w którym wydrwił sto franków u słodkiego Tantaine’a — i plan ten wprowadził w wykonanie.
Poprzysiągł sobie, że będzie piękny — i był przepyszny. Wszystkie cuda magazynu gotowych ubiorów złożyły się na to. Obrażająco wyśmiał niedawno młodego Gastona Gandelu, którego przyrównał do małpy, a teraz widocznem było, iż starał się naśladować go.
Miał na sobie żakietę krótką i jasną, kamizelkę barw zdumiewających i spodnie ze strzemiączkami. On, który przedtem tak gardził koszulą, teraz z trudnością obracał szyję w fałszywym kołnierzyku, straszliwie nakrochmalonym, który mu zwisał aż na piersi. Ponieważ głowę miał nie przykrytą, łatwo zatem można było poznać, iż powierzał ją fryzjerowi; brudno-żółte włosy jego kędzierzawiły się.
Siedział za stołem, zastawionym mnóstwem próżnych kuflów, a naprzeciw niego, popijając, siedziało dwóch jegomościów, widocznie takiego samego jak i on kalibru. Mieli oni krawaty z długiemi końcami, ceratowe ładne czapeczki, a włosy po bokach wdzięcznie podwinięte i przylepione do skroni.
Z powagi Tota, z jego dumnej miny, donośnego gadania nie trudno było odgadnąć, że on to podejmował towarzystwo, ciesząc się wyższością tego, który płaci, nad tym, który przyjmuje.
Poczciwy Tantaine już wstał, by pochwycić łotra za ucho, ale nagle zatrzymał się.
Poszedł, aby nie zwrócić uwagi miłej trójki, podsunął się o dwie ławki bliżej i umieścił za słupem podtrzymującym galerję pierwszego piętra.
Dzięki temu manewrowi, który mu zajął pięć minut czasu, był w stanie słyszeć wszystko.
Toto miał głos.
— Drwijcie sobie ile chcecie, mówił do jednego ze swoich przyjaciół i nazywajcie mnie do niczego ja zawsze będę tem czem jestem; bo naprzód tak sobie postanowiłem, a powtóre, aby pracować na szeroką skalę, jak zamierzam, trzeba mieć i minę odpowiednią.
Dwaj przyjaciele śmieli się do łez.
— O! wiem ja dobrze; mówił dalej Toto, że dziwnie cokolwiek wyglądam w tem mojem ubraniu, ale to dlatego, że nie przywykłem. Wielka sztuka! oswoję się prędko. Jak będzie potrzeba, będę brał lekcje tańca, aby być podobnym do ludzi z wielkim szykiem.
Śliczne projekta! rzekł jeden z biesiadników. Słuchaj Toto; jak pojedziesz na spacer do lasku, czy weźmiesz mi do swego pojazdu?
— Czemu nie? Cóż potrzeba by mieć pojazd? Pieniądze. Kto zarabia pieniądze? Ten, kto ma sposób. Otóż ja mam jeden sposób, na którym doskonale wychodzą ci, co mię go nauczyli. Dlaczegoż bym i ja nie potrafił?
Z prawdziwem przerażeniem Tantaine zauważył, że Toto był pijany. Co wiedział właściwie? co chciał powiedzieć?
To też przygotował się, aby przy pierwszem słowie kompromitującem palnąć w łeb łotra i nie dać mu wygadać się.
Dwaj przyjaciele Tota wiedzieli także, że zawiele pił.
Od chwili, w której zdawał się być usposobionym do wyjawienia im tajemnicy swoich zamiarów, stali się bardzo uważającymi i wymieniali z sobą znaczące spojrzenia.
Bo dlaczegożby w samej rzeczy ten zapamiętały urwisz nie miał, tak jak utrzymywał, jakiego szezególnego „sposobu?“
Jego nowy ubiór, pewność siebie, hojność, dowodziły w każdym razie, że ma pieniądze. Zkąd ich dostał? Trzeba więc wybadać go, by się dowiedzieć o źródle. Podchmieliwszy sobie był tak wynurzający się, że wszystko od niego można było wydobyć bez wielkiej trudności.
Jednem spojrzeniem na siebie jegomoście ci porozumieli się zupełnie i rozdali sobie role.
Młodszy kiwnął głową z niedowierzaniem i zarazem ironicznie.
— Ty?... masz „sposób?“ zawołał, nigdy w świecie!
Drugi natychmiast wziął stronę Tota; był to pewny środek połechtania jego próżności i rozwiązania mu języka.
— Dlaczegożby nie? powiedział.
— Mam rzekł stanowczo Toto.
— Więc powiedz, jeżeli nie chcesz byśmy myśleli, że tylko chwalisz się.
— To rzecz nadzwyczaj prosta; ale trzeba było wynaleźć ją. Powiem wam jak się to robi. Przypuśćmy, że widziałem Polyta, który tu oto siedzi, jak zwędził parę butów na wystawie.
Wyżej wymieniony Polyte począł protestować z taką energią, że poczciwy Tantaine, który nie stracił ani jednego słowa z całej rozmowy, ani wątpił, że przyjaciel Tota miał coś podobnego na sumieniu.
— Nie potrzebnie unosisz się, powiedział urwis, kiedy mówię ci że to przypuszczenie. Otóż dajmy na to, że tak się stało i że ja wiem o tem. Wiecie co robię w takim razie? Idę prosto do mojego Polyta i mówię mu do ucha: „Po połowie, albo sprzedam interes.“
— Być może; ale w takim razie, ja, z mojej strony, rozwaliłbym ci łeb.
Zapominając o roli człowieka dystyngowanego Toto zrobił ruch właściwy ulicznikom.
— Nic nie rozwaliłbyś, odrzekł, boś nie głupi. Powiedziałbyś sobie. Jeżeli co zrobię temu chłopcu, to się rozkrzyczy; rzecz rozgłosi się i zostanę aresztowany. Otóż, zamiast tego wszystkiego, starałbyś się, wyjść z kłopotu najtańszym kosztem; począłbyś targować się i ułożylibyśmy rzecz polubownie.
— I to ty nazywasz twoim „sposobem?“
— A tak. Może zły? Niech głupcy ryzykują... Potem podzielilibyśmy się zarobkiem.
— Znamy ten system! To poprostu wyzyskiwanie.
— Tak właśnie, jak mi się zdaje.
Potem dumnem oświadczeniu Toto pochwycił próżny kufel i począł stukać w stół z całej siły, krzycząc, że ma pragnienie i że żąda piwa dla siebie i dwóch przyjaciół.
Tymczasem dwaj jegomoście spoglądali na siebie z głupią miną. Przyrównanie Tota nie wykryło im nic nowego, a zwłaszcza nic praktycznego.
Wyzyskiwanie jest to spekulacja prostoty prawdziwie pierwotnej, dostępna wszelkiej inteligencji; trudność zachodzi tylko w wynalezieniu osoby, którąby można wyzyskać i któraby miała pieniądze.
Uwaga Polyta zaraz wyjaśniła to.
— Nie powiem, by nie można było zrobić cokolwiek w tym wydziale, powiedział, ale i tu także nadarzyć się mogą zawody. Wszakże nie przyjdzie do ciebie co rana filut jaki i nie powie: „Chodź no, popatrz jak ja wędze buty z wystawy.“
— A to koncept! zawołał Toto, ruszając ramionami, jestto przecież rzemiosło jak każde inne: ażeby zarobić pieniądze, trzeba ruszać się. Pewno, że gdy się będzie czekać na klientów w domu, to się nie pojawię; ale szuka się ich i znajduje.
— Gdzie?
— A! w tem sztuka!
Nastąpiło milczenie, z którego słodki Tantaine miał ochotę skorzystać i ukazać się. Pewny był, że tym sposobem przerwie wszelkie zwierzenia się. Ale z drugiej strony uznał za pożyteczne poznać pomysły młodego urwisa. Podsunął się jeszcze bliżej, tak że oddzielony był od kompanii tylko słupem.
Toto, zapominając o eleganckiej swej fryzurze, drapał się w głowę z miną śmiesznie poważną, jaką przybierają pijacy, gdy chcą zebrać myśli.
— Zresztą, powiedział po chwili, dlaczegożby nie?
— Pochylił się ku swym znajomym i powiedział tajemniczo:
— Jesteśmy między swoimi? można mówić?
— Nie bój się.
— Otóż, najczęściej podłapię interes na Polach elizejskich; częściej dwa razy aniżeli raz na dzień.
— Ależ ja tam nie widzę wystaw do wyzyskania.
Toto pogardliwie ruszył ramionami.
— Czy myślisz, że zadaję się ze złodziejami? Zła to afera! Uczciwi ludzie — to rzecz, to praktyka uczciwi ludzie są łagodni, wspaniałomyślni.
Ojciec Tantaine zadrżał. Przypomniał sobie, że raz Mascarot powiedział coś podobnego. Czyżby Toto podsłuchiwał pod drzwiami?
— No, no!... zawołał Polyte, uczciwi ludzie nie dają powodów do wyzyskiwań.
Toto omal że nie rozbił kufla, tak mocno stuknął nim w stół.
— Dasz ty mnie mówić? krzyknął.
— Mów Toto, mów, rzekł drugi przyjaciel.
— Otóż idę dalej. Gdy się potrzebuje monety, wędruje się na Pola elizejskie z rękami w kieszeni i siada się na ławce przy alejach. Na ławce robi się co chce; ale jednocześnie uważa się na fiakry przejeżdżające powoli. Jak tylko jeden z nich zatrzyma się, trzeba natychmiast podbiedz ku niemu i zobaczyć kto wysiada. Jeżeli uczciwa kobieta, to dzień nie jest stracony.
— A potrafisz poznać uczciwą kobietę?
— Czemu nie! Czyż to nie rzuca się w oczy? Uczciwa kobieta, wysiadająca z powozu tam gdzie niepowinnaby, ma zawsze szczególną minę, słowo daje. Wysuwa naprzód głowę przez drzwiczki, ogląda się na prawo i na lewo i spuszcza woalkę, jeżeli ją ma. Jak tylko sądzi, że nikt na nią nie patrzy, wyskakuje i biegnie, jak gdyby diabeł gnał za nią.
— A potem?
— Potem?... Potem notuje się numer fiakra i pędzi się w też tropy za damą.
Tantaine nie wątpił już, że opowiadanie Tota mocno zajmowało jego słuchaczów.
— Potem, mówił dalej urwis, staje się przy drzwiach, aby dać damie czas powrócenia do siebie. Jak tylko tam przybyła, trzeba wpaść do odźwiernego i powiedzieć: „Bardzo przepraszam, ale chciałbym wiedzieć nazwisko damy, która tylko co weszła“.
— I sądzisz, że odźwierny tak ci zaraz powie?
— Wcale nie. To też zawsze trzeba mieć przy sobie przynętę w kształcie portmonety, wartości około dwudziestu pięciu sous. Gdy odźwierny odburknie ci: „Nie wiem“; natenczas portmoneta wyjmuje się z kieszeni i mówi się tonem ubolewania: „Jaka szkoda! bo dama ta właśnie upuściła przed domem te oto portmonetę, którą chciałbym jej oddać“.
Zachwycony efektem, jaki sprawiał, Toto wychylił od razu całą szklankę i mówił dalej:
— Usłyszawszy to, odźwierny staje się uprzejmym i grzecznym, wyjawia nazwisko, wskazuje apartament — więc się wchodzi. Na ten pierwszy raz idzie tylko o wywiedzenie się, czy dama jest zamężna, czy też nie, co nie bardzo trudno. Jeżeli nie zamężna, to przepadła robota. Jeżeli zamężna, to wszystko dobrze...
— Cóż się mówi w takim razie?
— Nic. Tylko należy wywiedzieć się. Potem na drugi dzień, wcześnie, staje się przed domem na straży, by podpatrzeć jak mąż wyjdzie. Jak tylko już się oddalił, — nie czekając i nie zwlekając dzwoni się do jego pomieszkania i oświadcza, że jest potrzeba widzenia się z panią. Tu trzeba mieć przytomność umysłu! „Pani, mówi się jej, wczoraj wziąłem fiakra z numerem tym a tym — przyczem wymienia się numer jej fiakra wczorajszego — i miałem to nieszczęście, żem zapomniał w nim moją portmonetę, w której znajdowało się pięćset franków. Ponieważ widziałem, że następnie pani wsiadała do tegoż samego powozu, przyszedłem więc spytać panią, czyś przypadkiem nie znalazła mojej zguby.“ Możecie sobie łatwo wystawić, że dama nie będzie z tego zodowolona. Zaprzecza, broni się, gniewa, grozi. Ale wtedy mówi się jej grzecznie: „Jeżeli tak, to zgłoszę się do męża pani“. Dama przestrasza się — i rzecz załatwia.
— I sztuka skończona?
— Na ten raz tak, ale nie na zawsze. Później, gdy fundusze się wyczerpią, robi się damie drugą wizytę i wykonywa się ta sama scena: „Ja to jestem, pani, tym biednym młodym człowiekiem, którego pieniądze zginęły w fiakrze pod numerem tym a tym“... A gdy się ma z tuzin takich praktyk, wtedy żyć można „z własnych funduszów“. Pojmujecie teraz dla czego tak mi chodzi o to, bym był porządnie ubrany? Pierwej, gdym nosił bluzę, dawano mi pięć franków; gdy tymczasem teraz mogę śmiało żądać tysiąc.
Drwiąca mina przyjaciół Tota powoli zmieniła się. Rozmyślali.
Ojcu Tantaine wydało się, że każdy z nich z osobna wyprowadzał ostatnie konsekwencje z tego co słyszał.
Ale wkrótce znowu rysy ich wyrażały ironiczną pogardę.
— Sposób nie nowy! oświadczył Polyte.
— Wcale nie nowy, dodał drugi.
To prawda. Szkaradna ta spekulacja jest stara jak zdrada, jak zazdrość, jak małżeństwo.
I zdaje się, że będzie trwać dopóki stanie mężów zazdrośnych o swe szczęście i kobiet zapominających o swych obowiązkach.
Niestety któż zdoła policzyć ile w samym tylko Paryżu jest nieszczęśliwych kobiet, których jedna chwila szału, nieraz gorżko żałowana, wydaje bezbronnych na łup najokropniejszej i najnikczemniejszej tyranii.
W dniu, w którym szczęśliwe a strwożone udawały się na schadzkę miłośną, były one szpiegowane i śledzone przez nędznika. A w kilka dni potem, właśnie gdy nadeszła chwila żalu, ten sam nędznik ukazał się, nieubłagany, z prośbą na ustach, a pogróżką we wzroku i żądał zapłaty za swe milczenie, zapłaty za pewien rodzaj wspólnictwa.
Od tej pory dla tych nieszczęśliwych niewolnic wyzyskiwania życie jest tylko nieustającą trwogą. Nie masz już spokoju, wypoczynku ducha. Przy każdym odgłosie dzwonka przy drzwiach drżą one i bledną. Kto przybywa? Czyż znowu on, istota nikczemna i ohydna, z jaką straszliwą proźbą w rodzaju wymyślonej przez Tota:
Pani zapewne nie odmówi biednemu młodemu człowiekowi, który miał to nieszczęście, iż, zgubił swą portmonetę w powozie, do którego pani wsiadła następnie, zapewne pani przypomina sobie...“
Czasami Gazette de Tribunaux wykrywa publiczności brudy tego rodzaju, ale któż na to zważa?
Dla wielu jeszcze, wyzyskiwanie, ta zbrodnia szkaradna, którą znaleźć można wszędzie, poczynając o pierwszego do ostatniego stopnia towarzystwa, jest tylko czczem słowem. Człowiek śmieje się, nie czuje się zagrożonym.
Któż jednak nie zna historji biednej pani V*...?
Pewnego poranku zdecydowała się ona na krok nadzwyczaj kompromitujący i niebezpieczny; a jednak w istocie swej niewinny.
Postanowiła odwiedzić we własnem pomieszkaniu, w hotelu przy ulicy Szkoły wojskowej, pewnego młodego rotmistrza od huzarów, który przez całą zimę stale jej nadskakiwał i napisał trzy czy cztery listy bardzo tkliwe.
Jeżeli ośmieliła się iść do niego, to dlatego że był niebezpiecznie chory i chciał ją widzieć po raz ostatni przed śmiercią.
Ubiera się więc odpowiednio, w ciemną suknię z woalką bardzo gęstą. Wychodzi, wsiada do fiakra i każe się wieźć w aleje Lowendal.
Rzeczywiście była strwożona, ruchy jej zdradzały niespokojność, którą opisywał Toto swoim przyjaciołom, jako nieomylny dowód uczciwości.
Cechy te były nawet tak widoczne, że i stangret zauważył je. I postanowił sobie wywiedzieć się koniecznie kto jest ta dama, aby następnie korzystać z jej błędu, jeżeliby błąd był.
Środków do wykonania tego nie brakło mu.
Spędziwszy około półgodziny przy chorym, który nawet nie poznał jej, pani V... wyszła zapłakana, wsiadła napowrót do fiakra i kazała się odwieźć nie przed swoje pomieszkanie, ale w pewnej od niego odległości.
Próżna ostrożność. Nędznik kazał pilnować swoich koni komisjonerowi i poszedł za biedną kobietą.
Tegoż samego wieczora znał już nazwisko, wiedział, że była zamężna i miała dwie małe córeczki, że mąż jej był bardzo podejrzliwy, chociaż nie miał do tego powodów, i że oboje uchodzili za bardzo bogatych. Wreszcie wywiedział się dokąd jeździła.
Na drugi dzień przyszedł w nieobecności pana domu i zażądał od pani V... pięćset franków na piwo.
Pani V... była tak słabą i nieostrożną, że dała je.
Powiedziała sobie, że człowiek ten może zgubić ją jednem słowem, złamać jej życie, zrujnować szczęście i honor tak jej, jak również męża i dzieci.
Łotr widział dobrze jakiego nabawił strachu i postanowił wyzyskać to. W ośm dni później zjawił się znowu, prosząc o tysiąc franków, które też otrzymał. Pieniądze te nie na długo wystarczyły. Przyszedł trzeci raz, potem czwarty, dwudziesty Przychodził co tygodnia.
A gdy pani V... wahała się, uskarżała, targowała, zapewniała, że nie ma środków, że zrujnował ją, łotr powtarzał z cynicznym uśmiechem:
— Więc będę musiał zgłosić się do pana V..., on będzie wspaniałomyślniejszy!... czego by on nie dał, by się dowiedzieć...
—I nigdy nikczemny wyzyskiwacz nie wychodził z próżnemi rękami.
Już zarzucił rzemiosło stangreta. Bawił się, żył dobrze, pił niepomiernie. Miał kochankę, a gdy ta nalegała by uczynił zadość jej zachciance jakiej — szedł do pani V...
Ponieważ z czasem przyzwyczaił się do takiej nikczemności i w końcu uwierzył w swoją bezkarność, więc już nie bardzo się wystrzegał. Przychodził zrana, wieczorem, o każdej porze, nie pytając nawet, czy pani V... jest w domu lub nie. Kilka razy pojawił się zupełnie pijany, klnąc i odgrażając sie. Słudzy miejscowi nie mogli wytłumaczyć sobie co to był za człowiek i dlaczego pani tak mu ulega.
Doszło do tego, że pani V... znalazła się kompletnie ogołoconą. Wszystko czem tylko mogła rozrządzić przeszło do rąk łotra. Doszło do tego, iż musiała zastawić swoje srebra; nie śmiała kupić sobie sukni, musiała oszczędzać na wydatkach domowych...
Tak stały rzeczy gdy były woźnica zamierzył zażądać odrazu sumy bardzo znacznej, ażeby jak mówił, zaoszczędzić sobie częstego chodzenia.
Gdy pani V... nie mogła mu jej wyliczyć, uniósł się, począł kląć i zrobił w salonie scenę oburzającą, szkaradną.
Nie mogąc nic otrzymać od biednej kobiety, która sama nic już nie miała, wyszedł z oświadczeniem, że daje dwadzieścia cztery godziny do namysłu i że to wielka łaska z jego strony.
Zaledwie wyszedł, panią V... musiano zanieść do łóżka. Dostała ogromnego ataku nerwowego, potem gorączki i omal nie umarła.
Było to szczęście dla niej. Podczas majaczenia w paroksyzmie, mąż jej odkrył całą prawdę i gdy nędznik przyszedł z żądaniem „swej należytości“, znalazł urzędnika policyjnego, który zabrał go z sobą.
Dziś były stangret rozpamiętuje w więzieniu jak niebezpiecznem jest zanadto naciągać struny.
Bo sprawiedliwość nie żartuje gdy chodzi o wyzyskiwanie, obrzydliwą ranę, która leczy się tylko ogniem i żelazem. Policja śledzi bardzo pilnie, gdzie tylko przypuszcza coś podobnego, tropi i mści się za ofiary.
Słuchacze Tota, pomimo swych min pogardliwych, byli bardzo zdziwieni.
Oni, którzy praktykowali tyle nieuczciwych rzemiosł, nie znali jednak tego, którego prostota zachwyciła ich. Było to jednym powodem więcej do udawania obojętności, aby wyciągnąć od Tota ile można szczegółów.
— Takie rzeczy, zaczął Polyte, opowiadają się, ale nie robią.
— Robią się powiedział Toto.
— Czyś próbował kiedy?
W każdym innym razie młody urwis odpowiedziałby śmiało: Tak! Ale w tej chwili nadmiar trunku osłabił mu głowę i prawda mimowolnie wypłynęła.
— Nie zawszystkiem, odpowiedział, ale widziałem jak się rzecz robi. W większych nierównie rozmiarach, to prawda... ale tem łatwiej udać się może na małą skalę.
— Widziałeś? widziałeś?
— Tak jak ciebie widzę.
— Należysz więc do interesu?
— Należałem i przykładałem rękę. O! za iluż to powozami uganiałem się!... Ileż to pięknych panów i pięknych pań śledziłem. Ale pracowałem nie na mój rachunek. Byłem, że tak powiem, jak pies, który łapie zwierzynę, ale jej nie je... Gdyby jeszcze od czasu do czasu rzucono mi choć kość!... Gdzietam!... Suchy chleb, wymówki, czasem na deser szturchańca! Nie chcę już tego! Sam się urządzę.
— A dla kogoż to tak pracowałeś?
Toto wyprostował się z wielką dumą. Nie myślał on wcale mówić cokolwiek złego o Mascarocie; owszem chciał podnieść jego wartość, jak gdyby ze sławy mistrza spadło coś promieni i na niego.
— Dla ludzi, którzy nie mają równych sobie w całym Paryżu. O! ci nie bawią się w takie drobnostki jak wyzyskiwanie pod drzwiami! To też bogaci są aż strach. Mogą wszystko czego tylko zechcą... i gdybym wam począł opowiadać...
Nagle zatrzymał się, oczy mu się wytrzeszczyły, usta rozwarły ze zdumienia i strachu.
Ujrzał stojącego przed sobą ojca Tantaine.
Pozorne przerażenie Tota było niewyjaśnione.
Nigdy rysy starego pisarza od komornika nie wyrażały głupszej dobroduszności.
Całkiem ojcowskim głosem zawołał on:
— Nakoniec jest mój Toto, ten łotr, którego szukam od pół godziny! Ach ty niecnoto!... A jaki śliczny!... Rzekłbyś, że syn książęcy!...
Ale urwis pozostał nieczułym na ten komplement, którym powinien był zachwycić się. Niezwykła ta wyrozumiałość zmięszała go.
Jedno ukazanie się tego człowieka rozproszyło jakby czarem piwne mgły, zaciemniające mu mózg.
W miarę jak odzyskiwał zimną krew, przypominał on sobie niejasno wszystko, co tylko opowiadał. Zmartwiła go własna głupota i zaciężyło nad nim przeczucie nieszczęścia, nieokreślonego, niemniej jednak pewnego.
Naiwność nie była w liczbie wad tego dziecięcia Paryża. Inteligencje, ciągle zaostrzaną potrzebą, miał nad wiek swój.
Wiara jego w słodkie pozory ojca Tantaine była bardzo chwiejną.
Czuł się wobec zadania i pojmował, że od szybkiego rozwiązania zależało poniekąd jego istnienie. Czy Tantaine słyszał, czy nie? Wszystko w tem się zawierało.
— Jeżeli ten stary niegodziwiec podsłuchał mnie, pomyślał w duchu, zginąłem.
I rozglądał go z całą uwagą, do jakiej był zdolny, jak gdyby miał nadzieję wyczytać tę żywą zagadkę.
Zanadto jednak był sprytny, by nie ukryć swej niespokojności. Najkrótsze trwożliwe milczenie mogło go zdradzić.

wesołością zatem, za nadto hałaśliwą, by była szczerą, odpowiedział:
— Czekałem właśnie na pana i dla jego to uczczenia, mianowicie, tak się wystroiłem.
— A to co innego! to bardzo pięknie!
— Tak, tak. To też spodziewam się, iż pozwolisz pan ofiarować sobie cokolwiek: kufelek, kieliszeczek, odrobinę, byle się stuknąć...
Toto ośmielał się do takiego stopnia, że proponował ojcu Tantaine coś wypić — to była rzecz niezwykła. Ale ośmieliłby się jeszcze na wiele innych rzeczy, byle urosnąć w opinii swoich dwóch przyjaciół, którym, jak sądził, wielce zaimponował.
Spodziewał się, że zaproszenie jego będzie impertynencko odrzucone, ale omylił sie. Stary pisarz wymówił się bardzo grzecznie, jakby wszystko było zupełnie w porządku.
— Tylko com wstał od obiadu, powiedział.
To właśnie jest powód, by mieć pragnienie.
I z dumą wskazując na próżne kufle, stojące na stole, dodał:
— Oto cośmy już wypili, ja i moi przyjaciele, od obiadu.
Był to rodzaj prezentacji. Ojciec Tantaine lekko uchylił swój zatłuszczony kapelusz, a przyjaciele Tota skłonili się głęboko.
Byli oni mocno niezadowoleni z ukazania się starego pisarza.
Zważywszy, że wkrótce zapewne nadejdzie chwila rozpłacania się, uznali za roztropne usunąć się, bo mogło się przytrafić i to, że Tuto wyrzeknie się swej hojności. „Pod Turkiem“ często się zdarza, że zaproszony znajduje się w konieczności zapłacenia za to, co jadł i pił.
Chwila była po temu: tylko co się zakończył walc i mistrz ceremonii powtarzał wieczne swoje: „Proszę na miejsca! na miejsca!“
Uścisnęli więc rękę Tota, skłonili się pisarzowi i znikli w tłumie.
— Dobre chłopcy! zawołał Toto, nie rumieniący się za swych przyjaciół.
Tantaine świsnął pogardliwie i powiedział:
— Zadajesz się ze szkaradnem towarzystwem, Toto, które cię popsuje...
— O!.. już się to stało!
— Obawiam się o ciebie. Zresztą to twoja rzecz; wiesz co ci nieraz powtarzałem: źle skończysz.
Ta przepowiednia, do której już się dawno przyzwyczaił, całkiem prawie przewróciła spokojność Totowi.
— Gdyby stary niegodziwiec domyślał się czego, powiedział sobie w duchu, to pewno nie takby zaczynał.
Biedny Toto! właśnie, gdy odzyskiwał pewność siebie, niebezpieczeństwo było największe.
— Nie ulega wątpliwości, pomyślał ojciec Tantaine, że ten urwis za wiele ma sprytu — nie wychowa się. O!.. gdybym miał dalej prowadzić interess, to koniecznie przywiązałbym go do siebie; wielce byłby mi pomocnym. Ale w chwili, gdy się zamyka buda, pozostawić za sobą takiego obrotnego niegodziwca, byłoby nieroztropnością zbyt wielką ze strony ludzi opłacanych za to, by wiedzieli co kosztować może, tajemnica podchwycona.
Tymczasem Toto przywołał garsona, rzucił na stół sztukę dziesięciofrankową i powiedział ze wspaniałą miną:
— Co się należy?
Ale stary pisarz sprzeciwił się temu wydatkowi i zapłacił z własnej kieszeni należność.
Hojność ta wprowadziła Tota w dobry humor.
— Dobrze, że i to się zaoszczędziło! zawołał. Teraz idźmy do Karoliny Schimel.
— Czyś pewny, że ona tu jest? Nie mogłem jej odszukać.
— Boś pan nie umiał szukać. Gra ona w pikietę w sali kawiarnianej. Chodźmy.
Ojciec Tantaine nie bardzo się spieszył.
— Zaczekajno, zawołał, ułóżmy się wprzódy. Czyś powiedział tej kobiecie wszystko, jak ci zaleciłem?
— Słowo w słowo.
— Powtórz że mi, aby potem nie splątać się.
Toto, który już wstał, usiadł znowu.
— Otóż, tak zaczął, od pięciu dni jeden tylko Toto istnieje dla Karoliny. Znalazłem sposób. Grywamy w pikietę po pięć godzin, a przy każdem rozdaniu kart daję jej czternaście asów. Kartując zaś karty, pomaleńku opowiedziałem jej mnóstwo pięknych rzeczy. Zwierzyłem się, że mam wuja, zacnego człowieka, w cenie pięćdziesięciu lat, jeszcze czerstwego, zagwarantowanego, gotowego iść w ogień i wodę, cokolwiek głupowatego wprawdzie, ale bardzo przyjemnego, wdowca, bezdzietnego i pałającego chęcią ożenienia się z pewną osobą bardzo miłą... którą ona zna; a to z powodu, że zobaczywszy ją, zakochał się.
— Nie źle, Toto, nie źle!.. A cóż odpowiedziała?
— Ba! uśmiechnęła się kobiecina, to jej pochlebiło. Ale ponieważ jest bardziej niedowierzającą aniżeli nasza kotka, dostrzegłem, że była w obawie, by tu nie szło jedynie o jej monetę. Więc ja conajprędzej, udając, że nie wiem co ma na myśli począłem wyśpiewywać, że mój wuj, to wuj prawdziwy, solidny, na urząd budowany, że ma spory worek, jest właścicielem i zarabia co najmniej cztery tysiące franków rocznie.
— I wymieniłeś moje nazwisko?
— Tak jest, na końcu. Wiedząc, że zna pana, powiedziałem sobie, nie pochlebiając mu: „Twardo pójdzie!“ Gdzie tam! Jak tylko wymówiłem pańskie nazwisko, oczy jej zaiskrzyły się i zawołała: „Ja go znam, znam dobrze!“ Widziała go u pryncypała. Przypadłeś jej pan do gustu... No?.. kiedy wesele?.. Będę służył... Czeka na pana dziś wieczorem.
Stary pisarz, stanowczym ruchem poprawił swe okulary, wstał i powiedział:
— Chodźmy.
Młody urwis nie mylił się. Była posługaczka w pałacu Champdoce siedziała przy pikiecie.
Ale jak tylko ujrzała mniemanego wuja Tota, chociaż miała piętnaście od króla i czternaście dziesiątek, rzuciła karty, aby tego zakochanego gacha przyjąć jak można zachęcająco i najuprzejmiej.
Gach ukazał się na wysokości zadania. Toto, pośredniczący w tej matrymonialnej sprawie, nigdy nie widział Tantaina tak miłym i tak rozmownym.
Miał on wdzięk i grację rozkochanego buldoga, co wywarło wielkie wrażenie na serce Karoliny Schimel.
Nigdy, nigdy w życiu, nikt jej nie szeptał do ucha tak czułych frazesów, głosem tak ujmującym. Było od czego stracić głowę.
Stary pisarz wspaniale rzecz prowadził; zażądał wazki ponczu z kirszem. Szklanki i słodkie wynurzenia następowały kolejno po sobie.
Tantaine zdawał się nie mieć więcej nad dwadzieścia lat. Pił, śpiewał, tańczył. Tak jest! na jedno słowo Karoliny, pochwycił ją w pół i poprowadził do sali balowej. Toto, zgłupiały ze zdziwienia, widział, jak się rzucili w wir walcujących.
Ale też za to jaka nagroda! O dziesiątej godzinie małżeństwo było ułożone, i Karolina, pokonana, wyszła ze swym przyszłym pod rękę. Pozwoliła się zaprosić na przedślubną wieczerzę do restauracji........

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na drugi dzień, o świcie, zamiatacze ulic, schodząc z wyżyn Montmartre, znaleźli na bulwarze rozciągnietą i bez życia kobietę.
Byli tak litościwi, iż zanieśli ją do najbliższego posterunku. Nie umarła ona, jak zrazu myślano, ale tylko omdlała.
Odzyskawszy zmysły, nieszczęśliwa ta oświadczyła, że nazywa się Karolina Schimel, że zaszła do restauracji na wieczerzę ze swym narzeczonym i że od tego czasu nic sobie nie przypomina.
Odprowadzono ją na żądanie do pomieszkania przy ulicy Mercadet.

XII.

„Nikt tak nie dopilnuje jak pańskie oko,“ powiedział Lafontaine; trafność tej sentencji można było sprawdzić w biórze stręczeni przy ulicy Montorgueil.
Zaledwie od ośmiu dni Mascarot nie zajmował zwykłego swego miejsca w konfesjonale, a już cierpiała na tem ajencja i połączony z nią zakład dla służących bez miejsca. Klienci uskarżali się, Beaumarchefa znajdowano bardzo miłym, ale nie wystarczającym.
Były podoficer, przerażony własną odpowiedzialnością, odważył się na robienie ostrożnych uwag; ale otrzymał tak ostrą odprawę, że potem nie pisnął już ani słowa i poprzestawał na cichem stękaniu.
Ale co Mascarota obchodziła ajencja! Kto dba o środki, gdy już dochodzi do celu?
Na drugi dzień po wyprawie „pod Turka,“ podczas gdy Beaumar odpowiadał wszystkim klientom: „Pryncypał wyszedł,“ — pryncypał siedział zamknięty w swoim gabinecie.
Twarz jego nosiła ślady wielkiego znużenia. Kilkakrotnie podnosił okulary by przetrzeć sobie oczy; powieki miał czerwone i zapuchnięte. Na kominku stała filiżanka z ziółkami, z której od czasu do czasu popijał, jakby dla stłumienia ognia wewnętrznego.
On, zawsze tak zimny i spokojny, tak umiejący panować nad każdą namiętnością, teraz doznawał straszliwego wzruszenia.
Wielcy wodzowie, w przeddzień stanowczej bitwy, mogą się wydawać beznamiętnymi i osobom zbliżonym do nich, ale pomimo to nie są w stanie uniknąć gorączkowego rozdraźnienia, poprzedzającego akcję.
Owóż, dla Mascarota wybiła godzina walki stanowczej. Miał zrobić krok, po którym niepodobna już było cofnąć się.
Czekał na Catenac’a, Hortebize i Pawła, by im wykryć cały swój plan. Pierwszy przybył doktor Hortebize.
— Otrzymałem twoje instrukcje, Baptysto, powiedział już na progu i jestem posłuszny. Wracam prosto z pałacu Mussidan.
— Jakże tam wyglądają?
— Smutno, ale są zrezygnowani. Panna Sabina nigdy się nie odznaczała szaloną wesołością; ale teraz jest tylko poważniejsza i bledsza, aniżeli przed swą chorobą — nie więcej.
— Czy znalazłeś sposobność pozostania sam na sam z hrabiną?
— Znalazłem. Powiedziałem jej, że mi okrutnie dokuczają ludzie mający jej korespondencję, że powinna mieć się na ostrożności. Odpowiedziała na to z westchnieniem rozdzierającem duszę, że Croisenois ożeni się z Sabiną, ponieważ tak być musi; że sama jest w rozpaczy, ale że pewną jest przyzwolenia męża i powolności córki.
O ile słodki Tantaine był wynurzającym się, o tyle zacny stręczyciel nim nie był. Chociaż powinienby zachwycić się temi wiadomościami, odpowiedział jednak prawie zimno:
— To com postanowił, spełni się. Dziś rano widziałem markiza Croisenois i jeżeli będzie mi posłuszny — a nie może być inaczej — wyprzedzimy Andrzeja i pana Breulh. Markiz będzie już mężem Sabiny, a oni będą jeszcze czekać na ogłoszenie zapowiedzi. Po weselu, drwię ja sobie z nich. Co do naszej sprawy ostatecznej — już należycie obmyślałem plan towarzystwa, którego dyrektorem będzie Croisenois; za ośm dni wydane będą prospekta. Ale dziś chodzi wyłącznie o sprawę Champdece...
Przerwało mu pojawienie się Pawła, który wchodził bardzo trwożliwie, mocno przypuszczając złe przyjęcie, po szczególnem rozstaniu się z ojcem Tantaine.
Wbrew wszelkim oczekiwaniom przyjęcie było najprzyjaźniejsze, czy to, że stary pisarz od komornika nic jeszcze nie mówił, czy też, że zacny stręczyciel inaczej zapatrywał się na rzecz.
— Winszuję panu powodzenia, powiedział, u bankiera Martin-Rigal. Nie tylko podobasz się pan córce, ale zachwyciłeś i ojca...
— Jednak tak mało go widziałem; wczoraj wieczorem także nie był w domu...
— Wiemy o tem. Był na obiedzie u jednego z naszych przyjaciół, który badał jego zamiary względem pana. Jeżeli jutro Hortebize będzie go prosić w imieniu pańskiem o rękę panny Flawii, to bankier nie powie: nie.
Paweł zachwiał się. Milion posagu panny Martin-Rigal mignął mu przed oczyma jak błyskawica.
— Uwaga!... zawołał Hortebize, słyszę w korytarzu drepczący krok Catenac’a.
Zacny doktor nie mylił się; był to w samej rzeczy adwokat, który, według swego zwyczaju, spóźnił się i osłaniał swoje niezadowolenie najsłodszym uśmiechem.
Ujrzawszy go, Mascarot uniósł się strasznym gniewem i podstąpił z miną tak groźną, że Catenac, przez ostrożność odskoczył.
— Co to znaczy? wybełkotał.
— Nie domyślasz się? odpowiedział stręczyciel straszliwym głosem. Zmierzyłem całą głębię twojej niegodziwości. Przed kilku dniami sprowadziłem cię tu do nas, ale zaledwie pozostałeś sam, już począłeś rozmyślać jakby nas zdradzić. Wierzyłem w szczery twój współudział, a ty zastawiałeś sidła, w które miałem wpaść w chwili tryumfu!
— Przysięgam ci, Baptysto...
— O! tylko bez przysiąg! Jedno słowo Perpignana wyjaśniło mi rzecz całą. Czy nie wiesz o tem, że książę Champdote może z pewnością poznać syna, którego szuka, po bliznach?
— Zapomniałem...
Ale tu zatrzymał się, zbity z tropu, pomimo pewności siebie, wzrokiem stręczyciela.
— Otóż, powiem ci otwarcie, mówił dalej Mascarot, że jesteś nikczemnik i zdrajca! Nawet galernicy między sobą dotrzymują słowa. Wiedziałem żeś lichy człowiek, ale nie do takiego stopnia...
— A więc dlaczego używacie mnie pomimo mojej woli?
To usiłowanie buntu, uniosło Mascarota takim gniewem, iż schwyciwszy Cantenac’a za kołnierz, wstrząsnął nim, jakby chciał udusić.
— Posługuję się tobą, gadzie jadowity, zawołał, ponieważ postawiłem się w niemożności szkodzenia. I będziesz mi służył, gdy ci dowiodę że twoja kradziona reputacja, twoje pieniądze, wolność, a może i życie zawisły od naszego powodzenia. A wiedziałem, na szczęście gdzie jest trup! Niezbite dowody twojej zbrodni — słuchaj mnie dobrze — są w ręku osoby pewnej. Niech mnie się nie uda, z jakiejkolwiek przyczyny, dowody te zostaną przesłane prokuratorowi.
Nastąpiło milczenie, które Pawłowi wydało się straszliwem.
— I proś Boga, dodał stręczyciel tonem lodowatym, aby nas Hortebize’a, Pawła i mnie zachował od wszelkiego wypadku. Gdyby jeden z nas umarł cokolwiek za nagle, skarga na ciebie w tym samym dniu wrzucona będzie do skrzynki pocztowej. Powiedziałem już, a dobra rada warta czegoś... Liczę na twój rozsądek.
Catenac stał z pochyloną głową, nieruchomy, jakby piorunem rażony.
Twarz jego, wykrzywiona od wściekłości, nie zapowiadała nic dobrego, ale któż dbał o to? Zresztą sam czuł, że jest związany, wciągnięty, tak że nie zdoła zrobić najmniejszego poruszenia.
Nie było sposobu wywinąć się, ani żadnej nadziei na zemstę.
Stanowisko swoje zawdzięczał wyzyskiwaniu, a teraz wyzyskiwanie zagrażało jemu.
Mascarot popił z filiżanki i spokojnie, jakby nic nie zaszło nadzwyczajnego, usiadł w fotelu przed ogniem i począł poprawiać okulary, nieco wykrzywione w skutek gwałtownych ruchów.
— Muszę ci także powiedzieć, mości Catenac, że wyjąwszy tego szczegółu, który ukrywałeś przedemną, znam cokolwiek lepiej od ciebie sprawę księcia Champdoce. Bo cóż ty wiesz? Tyle tylko, ile księciu podobało się powiedzieć tobie i Perpignanowi. Czy myślisz, że książę powiedział wam prawdę? Na szczęście ja jestem cokolwiek lepiej poinformowany. Ciebie to nie zdziwi, gdy ci powiem, że już lata pracuję nad tym interesem...
— O! już dawno, dorzucił doktor.
— Zresztą, trzeba byście wiedzieli, jakim sposobem wpadłem na trop tej sprawy. Może przypominacie sobie tego pisarza publicznego, który miał swą budę przy pałacu sprawiedliwości i który próbował wyzyskiwać ludzi. Niezręczna spekulacja doprowadziła go do policji poprawczej i poszedł na dwa lata do więzienia.
— Rzeczywiście przypominam sobie...
— Był to łotr inteligentny. Kupował na wagę rozmaite rękopisma, a potem całą górę papierów przebierał, rozglądał, czytał...
Trudno wypowiedzieć ile to czasami można znaleźć pomiędzy korespondencjami oddawanemi gałganiarzom...
Pomyślcie tylko, iż nie masz człowieka, któryby przynajmniej raz w życiu nie pożałował, że umiał pisać w danej chwili. Czy jest jakikolwiek znakomitszy proces bez listu bardzo obciążającego, wyszukanego przez policję?..
Fakt ten zastanawiał mię tak często, iż sam siebie zapytuję, dlaczego ludzie ostrożni nie pisują tym szczególnym atramentem, który po upływie dni trzech, czterech, ośmiu, znika, nie pozostawiając śladu na papierze.
Krótko mówiąc, zrobiłem tak jak ten pisarz publiczny. Począłem kupować niepotrzebne papiery i między innemi ciekawemi rzeczami odkryłem następującą:
Wziął z biórka kawałek papieru, pomiętego, zabrukanego, poplamionego i podał doktorowi i Pawłowi mówiąc:
— Popatrzcie.
U góry tego papieru jakaś drżąca ręka napisała: okceizdezsanimjaddoanniweinmetsejeisjutilz
a pod tym szeregiem liter znajdował się tylko jeden wyraz, grubem pismem wypisany:
Nigdy!
Widocznem było, iż miałem przed sobą, tak zwany kryptogram, to jest pismo ułożone według szczególnej umowy, ażeby zabezpieczyć od niedyskrecji pewne zwierzenia się kompromitujące.
Ponieważ sama natura rzeczy przekonywała o tem, powiedziałem więc sobie, że przecież nie używa się ostrożności tak kłopotliwych w zwykłych stosunkach życia. Wywnioskowałem więc, że szpargał ten zawierał w sobie jakieś niebezpieczne zeznanie...
Catenac słuchał tego wszystkiego z mocnem postanowieniem stawiania jak można najsilniejszych zarzutów.
Należał on do rodzaju tych upartych, a zawziętych bojowników, którzy nigdy nie przyznają się do tego by ich ramię dotknęło piasku areny, ale którzy leżąc na ziemi jeszcze zaprzeczają rzeczywistości swej porażki.
— Konkluzję nie trudno było wyprowadzić, powiedział drwiącym tonem.
— Była to rzecz elementarna, to prawda; ale zawsze potrzeba było wpaść na nią. Właśnie to nad prostemi rzeczami zastanawiamy się najmniej, do takiego stopnia wszystko co proste wstrętnem jest naszej naturze. Dowodem tego rozbite jajko Kolumba. Co do mnie, to poczytywałem siebie za tem bardziej obowiązanego do odgadnięcia tej zagadki, żem był naczelnikiem stowarzyszenia, którego członkowie zręcznemu wyzyskiwaniu cudzych tajemnic zawdzięczają nie tylko pieniądze, które wypożyczają na wypłaty tygodniowe, ale jeszcze i fałszywą konsyderację, którą się osłaniają.
Hortebize spojrzał drwiąco na Catenac’a i powiedział:
— Schowaj to do kieszeni; pokwitowania nie wymaga się.
Skinieniem głowy zacny stręczyciel podziękował przyjacielowi:
— Było to rano, mówił dalej, zamknąłem drzwi i poprzysiągłem sobie, iż nie wyjdę z mego gabinetu, dopóki nie przetłumaczę tego hieroglifu.
Kolejno, Paweł, doktor Hortebize i nawet Catenac rozglądali z największą uwagą papier podany im przez Mascarota.
Litery te zestawione jakby przypadkowo, w oczach ich nie miały żadnego sensu.
— Niepotrzebnie łamię sobie głowę, rzekł w końcu doktor zniecierpliwiony. W życiu mojem nie odgadłem żadnego logogryfu.
Zacny stręczyciel uśmiechał się. Nie bardzo on grzeszył brakiem miłości własnej, a miał powody do przedłużania zdziwienia swoich słuchaczów.
— Nie odgadujecie? zapytał wreszcie, biorąc z rąk Pawła kawałek papieru.
— Wcale nie, odrzekł cierpko adwokat.
— Przyznam się, zaczął znowu Mascarot, że na pierwszy rzut oka i ja zrozumiałem nie więcej aniżeli wy w tej chwili. Jednak nie rzuciłem do kosza tego szpargału, który dostał się do mnie może już z dziesiątych rąk, jak tego dowodziły plamy, któremi był pokryty. Pożółkły papier i wyblakły atrament przekonywały, że dokument ten był dawno pisany. A przytem jakiś tajemny głos mówił mi, że trzymam w ręku narzędzie, za którego pomocą wszyscy trzej dojdziemy do fortuny.
— Zwykle wielcy ludzie słyszą podobny głos, mruknął adwokat.
Ale Mascarot nie uznał za właściwe podnosić ten przycinek.
— W zakątkach umysłu każdego człowieka, mówił dalej, ukrywa się jakaś niewyjaśniona żądza poznania, niepojęty instynkt ciekawości. Temu to zawdzięczają swe powodzenie rebusy i szarady, lichy pokarm, rzucony próżniaczej ciekawości.
A zauważcie to jeszcze, że dla podbudzenia siebie nie miałem entuzjazmu dziecinnej pewności. Mogłem dojść do błahostki, tak samo jak i do odkrycia ogromnego. Szanse były równe, nie łudziłem się co do tego.
Naprzód, rozglądając z wielką uwagą ten zagadkowy szpargał wyróżniłem na nim dwa rodzaje pisma, zupełnie odmienne. Jeżeli kobieta ułożyła rebus, to ten, kto na dole podpisał „Nigdy“ był niezawodnie mężczyzną.
Jasnem było, że owo „nigdy“ stanowiło konieczną odpowiedź na niezrozumiały wiersz poprzedzający.
Wszystko zatem było jakby rozmową między dwiema osobami. Kobieta o coś prosi, mężczyzna odmawia.
Teraz, dla czego użyto w tem dwóch języków, że tak powiem? Dla czego ten frazes tajemniczy, a pod nim jedno słowo napisane zwykłym sposobem?
Krótkie zastanowienie wyjaśniło mi tę pozorną anomalie.
Zadanie kobiety, niebezpieczne ze swej natury, mogło wyjawić fakta, które wszelkiemi siłami chcianoby zachować w tajemnicy; lakoniczna zaś odpowiedź „Nigdy!“ nic nie kompromitowała.
Ale jak się stało, zapytacie, że żądanie i odmowa znajdują się na jednej i tej samej ćwiartce papieru, na tej samej stronie? Pytanie to, które i ja sobie postawiłem, rychło zostało rozwiązane.
List, którego kawałek trzymam w ręku, nigdy nie był przeznaczony na pocztę i nigdy też tam się nie znajdował. Korespondencja wymieniona była między dwoma sąsiedniemi domami, między dwoma piętrami jednego domu, a kto wie? może między dwoma pokojami jednego apartamentu.
Pod wpływem straszliwych wzruszeń i naglących okoliczności, kobieta napisała te litery i przez służącego kazała je zanieść człowiekowi, którego błagała o coś. On, uniesiony gniewem, pochwycił pióro, napisał tę nieubłaganą odmowę i oddał papier służącemu, mówiąc: „Oddaj to swojej pani“. Po zrobieniu takich przypuszczeń, pozostawało wyczytanie kryptogramu. Bardzo niedoświadczony w tej robocie, doznawałem — nie będę tego ukrywał przed wami — niezmiernych trudności. Wskutek tego uprzedzenia bardzo zwykłego, że się w innym przypuszcza więcej przebiegłości aniżeli w sobie samym, niesłychanie wytężałem mój umysł, zapuszczając się w kombinacje coraz zawilsze.
Traf podał mi klucz, którego szukałem.
Machinalnie podniósłszy do góry ten kawałek papieru literami ku światłu, od razu przeczytałem co było napisane na drugiej stronie.
Miałem przed sobą próbkę kryptografii prawdziwie dziecięcej. Litery i wyrazy zamiast od lewej strony ku prawej, szły od prawej ku lewej; dla doczytania się do sensu, dość było ustawić je w zwykłym porządku.
Szybko pochwyciłem ołówek i przepisałem wszystkie litery, poczynając od końca: z, l, i, t, u, j, 8, i, ę i t. d. Porozdzielałem wyrazy naumyślnie pozłączane i otrzymałem taki znaczący frazes:
Zlituj się, jestem niewinna, oddaj mi nasze dziecko!
Zacny Hortebize już pochwycił szpargał lążacy na biurku i powtórzył wskazany manewr.
— Prawda zawołał, to niemowlęctwo sztuki.
Zacny stręczyciel mówił dalej:
— A zatem przeczytałem; ale była to rzecz najmniejsza. Ten kawałek listu znaleziony był pomiędzy pięciu czy sześciuset funtami szpargałów kupionych podczas licytacji jednego zamku w okolicy Vendome jak tu dojść do jego autorów?
Wątpiłem bardzo, by mi się to udało. W tem na rogu tego świstka — popatrzcie sami — dostrzegłem ślady dewizy. Nie zrozumiała dla mnie, była ona łatwą do wyczytania dla jednego mego przyjaciela, byłego ucznia szkoły dyplomatyki. Jestto dewiza szlachetnego i damnego domu Champdoce...
Wstał, jak gdyby chciał rzucić te wyrazy z wyższego miejsca, oparł się o kominek i mówił dalej:
— Taki był, panowie, mój punkt wyjścia. Idea była wątła. Słabe światełko miało mię prowadzić. Inny zniechęciłby się; ja — nie.
Jestem cierpliwy i umiem budzić się z tą samą myślą, z którą zasnąłem.
W sześć miesięcy potem widziałem już, że ten błagalny frazes zwrócony był przez księżnę Champdoce do jej męża, kiedy i w jakich okolicznościach.
Potem, z czasem, przeniknąłem tajemnicę o której istnieniu przekonywał mię ten list.
Jeżeli nie działałem szybciej, to dlatego, że jeden punkt, jeden tylko, pozostawał dla mnie nie wyjaśnionym., Od wczoraj już nim nie jest.
— A!.. zawołał doktor, Karolina Schimel wygadała się!
— Tak jest. Trunek wyrwał z jej ust tajemnice, zachowywaną przez dwadzieścia trzy lata.
To rzekłszy, zacny stręczyciel otworzył jedną z szuflad swego biurka, wyjął z tamtad gruby rękopism i podniósł go tryumfalnie do góry.
— Oto jest moje arcydzieło! zawołał, wyjaśnienie tego, com zrobił w ostatnich piętnastu dniach. Wysłuchawszy to opowiadanie, pojmiecie, jakim sposobem w jednej i tej samej sieci trzymam księcia i księżnę Champdoce i Dianę Sauvebourg, hrabinę Mussidan. Słuchaj doktorze, ty, który miałeś we mnie ślepe zaufanie; słuchaj i ty, Catenac, który chciałeś mię zdradzić — a potem powiecie mi, czy przesadzam, twierdząc, że jestem pewny powodzenia.
Podał rękopism Pawłowi i dodał:
— A ty, moje kochane dziecię, czytaj. Przedewszystkiem dla ciebie to napisałem. Czytaj z całą uwagą do jakiej jesteś zdolny; jest to historja wielkiego domu. I zauważ to dobrze, iż nie masz tam ani jednego szczegółu, choćby wydał ci się on najbłahszym, któryby nie miał wielkiego znaczenia dla twojej przyszłości... Paweł otworzył zeszyt i głosem drżącym zrazu, ale który stopniowo wzmacniał się, począł czytać smutną historję spisaną przez Mascarota.




Tajemnice rodziny Champdoce.
Część III.


I.

Chcąc się udać z Poitieis do Loudun, najlepiej jest zamówić sobie miejsce w dyliżansie kursującym między stolicą departamentu Vienne a Saumur, najładniejszym z miast, które przeglądają się w błękitnych wodach Ligiery.
Kantor tego dyliżansu znajduje się o dwa kroki od Hotelu Francuskiego, między restauracją pod „Śmiałym Kogutem“ i „Kastylską Kawiarnią.“
Podróżnych przyjmuje tam bardzo uprzejmy urzędnik, któremu daje się pięć franków zadatku, a w zamian za to zaręcza on za dobre miejsce.
Gdy wszyscy są w komplecie, rozlega się trzask z bicza; dyliżans ruszył z miejsca.
Konduktor usiadłszy na koźle nakłada sobie fajkę.
Zacni podróżni! wychylcie się przez okno i spojrzyjcie na okolice.
Od strony Poitoix ciągną się rozległe pastwiska i wielkie lasy. Dolina nastepuje za doliną i jak okiem zajrzeć wszędzie widać czerwone pola, na których z rzadka sterczą kasztany, zwieszające gałęzie aż do ziemi.
Z tej strony leżą także grunta Bivron.
Miejsce to obfituje w zwierzynę, dla tego, że właściciel tutejszy, hrabia Mussidan, nie strzelił ani razu od dnia w którym miał nieszczęście zabić na polowaniu jednego ze swoich domowników. Jest temu dwadzieścia trzy lata.
Cokolwiek dalej, na prawo, leży zamek Mussidan. Na Boże Narodzenie minie dwa lata jak dziedziczka Chevauché, dzielna i zacna kobieta, według słów wieśniaków, zmarła tam, pozostawiwszy cały majątek wnuczce swej, pannie Sabinie.
Po drugiej stronie drogi ukazuje się, na pół ukryty między drzewami, wysoki zamek Sauvebourg. Jeden z natchnionych artystów z czasów Franciszka I. wyrzeźbił jego balkony i otoczył okna cudnemi girlandami, które czas uszanował.
Nakoniec dalej na szczycie stromego wzgórza, jak twierdza na skale, wznosi się imponujący budynek w staroświeckim stylu.
Jest to siedziba Champdoce.
Niemasz nic smutniejszego nad ten gmach, niegdyś najwspanialszy w okolicy Poitoux.
Opuszczony, zaniedbany przez swych panów od ćwierci wieku, z każdym dniem tracąc swą wartość, rozpada się on w ruinę.
Tam, około 1840. roku, żył ze swym jedynym synem, spadkobierca jednej z najświetniejszych rodzin francuskich, Cezar Wilhelm de Dompair książe Champdoce.
W okolicy poczytywano go za dziwaka.
Spotkać go można było na drodze, ubranego jak najbiedniejszy wieśniak, w połatanej kurtce, skórzanej czapce z uszami, ogromnych sabotach na nogach, zawsze uzbrojonego grubym kijem widłowato zakończonym.
W zimie zarzucał na grzbiet cielęcą skórę, całą podziurawioną, której nie włożyłby na siebie ostatni poganiacz wołów.
Byłto w owym czasie człowiek sześćdziesiątletni, potężnych kształtów, siły herkulesowej, jeden z egzemplarzy generacji z r. 1789., która się nadawała do wszelakiej pracy i wszelakich zbytków.
Już sam wzrok jego zdradzał wolę żelazną, jak jego muskuły.
Pod gęstemi krzaczystemi brwiami błyszczało mu dwoje małych jasno-siwych oczu, które gdy był zirytowany i gdy mu krew przypływała do mózgu, całkiem czerniały.
Służąc w armii Kondeusza, otrzymał cięcie szablą w górną wargę; blizna ta nadawała jego twarzy wyraz straszliwie surowy.
Nie był on jednak zły, ale obdarzony uporem dochodzącym do szaleństwa, despotyzmem szkaradnym i gwałtownością nadzwyczajną.
Na szczęście dla tych, którzy żyli w jego otoczeniu, trzy zaklęcia najdokładniej wyrażały stopień jego gniewu.
Niezadowolony, wykrzykiwał: Jarnicoton! rozgniewany: Jarnidieu! Dotąd nie było czego obawiać się. Ale gdy potężnym swym glosem ryknął: Jarnitonnere! wtedy najlepiej było usunąć się coprędzej w miejsce, gdzieby nie dosięgnął jego kij widłowaty.
Strasznie go się obawiano.
Z szacunkiem, połączonym ze strachem, zdejmowano przed nim czapki w niedzielę, gdy w towarzystwie syna przechodził przez miasteczko Bivron, udając się do kościoła, gdzie miał ławkę przed samym ołtarzem.
Podczas mszy czytał półgłosem w grubej książce od nabożeństwa, albo nucił, dopomagając śpiewakom. Przy kweście dawał regularnie pięć franków.
Ta ofiara tygodniowa, koszta prenumeraty Gazette de France, pięć talarów rocznie wyznaczonych cyrulikowi, który go golił dwa razy na tydzień, stanowiły cały jego osobisty wydatek.
Nie znaczy to jednak, by się źle żyło u niego. Tłusty drób, zwierzyna, soczyste jarzyny, wyborne owoce były tam w obfitości. Ale nigdy na jego stole nie okazywało się nic takiego, coby nie było zebrane lub zabite w jego posiadłościach. Mięso rzeźne było ztamtąd ostatecznie wywołane, ponieważ za nie płacić trzeba.
Często zapraszany na obiady i uczty przez sąsiednich właścicieli, którzy pomimo wszystkiego poczytywali go za swego szefa, zawsze wymawiał się, utrzymując że szlachcic nie może przyjmować nic bez tego, by się nie odwzajemnić — a odwzajemnienie kosztuje.
— 2 To pewna, że nie ubóstwo zniewalało księcia Champdoce do takich oszczędności.
Wiadomo było w Poitoux i okolice, że miał przeszło za milion dwakroćstotysięcy gruntów, nie licząc lasu Champdoce, który umiejętnie zagospodarowany przynosił rocznie do trzydziestu tysięcy franków.
Przypuszczano przytem, i najsłuszniej, że majątek jego w gotowiżnie przewyższa znacznie majątek w ziemi.
Naturalnie że miano go za skąpca — ale w tem mylono się. Nie był on skąpcem w zwykłem znaczeniu tego wyrazu.
Uparty ten magnat wykonywał poprostu plan oddawna obmyślany i stanowczo ułożony.
Przeszłość jego mogła pod pewnym względem wytłumaczyć takie postępowanie.
Urodzony w roku 1770., książę Champdoce emigrował i służył w armii Kondeusza. Nieubłagany wróg rewolucji, mieszkał on w Londynie przez cały czas trwania cesarstwa, zmuszony dla utrzymania się przy życiu, dawał lekcje szermierki.
Powróciwszy do Francji wraz z Burbonami, szczególnemu trafowi zawdzięczał to, że odzyskał jedną część ogromnych dóbr swej rodziny.
Ale cóż znaczyła ta część dla niego? Nic. Porównywając swoje teraźniejsze bogactwo z książęcym przepychem przodków, poczytał się za nędzarza.
A tu, jak na dobitek, obok starej arystokracji, próżniaczej i zdenerwowanej, widział jak wzrasta arystokracja nowa, młoda, ambitna, ruchliwa, dumna ze swych bogactw, jakby losem przeznaczona do wydarcia dawniejszej arystokracji całego jej wpływu i uroku.
Wtedy to ten człowiek, którego rodowa duma egzaltowała aż do szału, powziął myśl, której następnie poświęcił całe życie.
Sądził, że wynalazł środek przywrócenia dawnemu rodowi Champdoce całej jego przeszłej świetności i potęgi. Trzy czy cztery generacje miały się poświęcić na korzyść potomności.
— Mogę, powiedział sobie, żyjąc jak prosty wieśniak, wyrzekłszy się wszelkich przyjemności, we trzydzieści lat potroić moje kapitały. Niech tylko syn mój pójdzie tym śladem, a za sto lat książęta Champdoce, dzięki swemu monarszemu majątkowi, odzyskają stanowisko, do jakiego ród ich daje im prawo.
Około roku 1820., wierny planowi zbogacenia się, ożenił się wbrew swemu usposobieniu z młodą dziewczyną, brzydką, ale należycie wyposażoną, osiedli się z nią w zamku Champdoce.
Związek ten nie był szczęśliwy.
Po roku pożycia żona powiła mu syna, któremu na chrzcie dano imiona Ludwik Norbert.
Ale w sześć miesięcy potem zmarła w skutek przestrachu, jakim nabawił ją mąż.
Księcia wcale nie zmartwiła ta śmierć, owszem cieszył się nią w duchu. Miał sukcesora zdrowego i dobrze zbudowanego, a majątek matki pozyskany był dla rodziny Champdoce. Cóż go mogła obchodzić reszta?
Wdowieństwo dało nawet pretekst do nowych oszczędności. Książe stanowczo przyswoił sobie ubiór i obyczaje sąsiadujących z nim dzierżawców.
Osobiście zarządzając majątkiem i wchodząc w najdrobniejsze szczegóły, nie oszczędzał on i sam siebie.
Wstawszy przededniem, szedł z robotnikami na pole i pracował jak oni. Jeździł na targi i jarmarki, i sam sprzedawał swoje zboże i bydło ze sknerstwem nieokrzesanego chłopa.
Synem zajmował się tylko o tyle, że zastanawiał się nad tem, czy będzie on dość silnym, aby prowadzić dalej rozpoczęte dzieło.
Gdy syn ten doszedł dziewięciu lat, rozpoczęła się jego wiejska edukacja.
Norbert był wychowany tak samo jak dzieci dzierżawców, ani lepiej, ani gorzej. Pozwalano mu wałęsać się swobodnie, tarzać po murawie, babrać w błocie latem bosonogiemu, a zimą w sabotach słomą wysłanych.
Naprzód pasał krowy, uzbrojony długim prętem. Wychodził równo ze dniem, niosąc z sobą w koszyku przez ramię przewieszonym jadło na cały dzień.
Potem w miarę jak mu lat przybywało uczył się orki głębokiej i płytkiej, koszenia, siejby od ręki, obliczania od oka ile jaki grunt da zbioru, wreszcie targowania się.
Długo książę Champdoce wahał się czy ma swego syna uczyć czytać i pisać.
Jeżeli rozwiązał tę kwestję twierdząco, to zapewne namówiony do tego przez miejscowego proboszcza.
Wszystko szło dobrze, aż do dnia, w którym Norbert doszedł do lat szesnastu, albo raczej do dnia, w którym ojciec po raz pierwszy zabrał go z sobą do miasta Poitiers.
W szesnastym roku Ludwik Norbert Champdoce wydawał się dziewiętnastoletnim, i był młodzieńcem pięknym w całem znaczeniu tego słowa.
Miał wyraz twarzy zamyślony, właściwy skromnym pracownikom wiejskim, przywykłym do samotności, skupionym w sobie, pozostającym w ciągłem zetknięciu z naturą.
Ogorzała od słońca twarz jego błyszczała bogatem cieniowaniem starych brązów, włosy miał czarne, lekko faliste i wielkie niebieskie melancholijne oczy, oczy matki. Biedna kobieta! była to cała jej piękność.
Ciężka praca, do której był przyniewalany, nadała muskułom jego rzadką siłę, bez nadwerężenia jednak wrodzonej zgrabności; ręce, chociaż zgrubiałe, zachowały szczególnie poprawne kształty.
Był to zresztą chłopak najzupełniej dziki.
Trzymany przez ojca w najściślejszej zawisłości, nigdy o milę nie oddalał się od zamku.
Dla niego miasteczko Bivron ze swemi sześćdziesięcią domami, merostwem, małym kościołem i wielką oberżą, było miejscem rozkosznem, pełnem gwaru i ruchu.
W życiu swojem nie przemówił do trzech obcych osób; liczni robotnicy, używani przez księcia Champdoce, zanadto obawiali się swego pana, by ośmielić się wymówić przed jego synem jedno słowo, któreby coś wyjaśniło mu, lub dało co do myślenia.
Tak wychowany, Norbert nie pojmował żadnego innego istnienia, oprócz swego własnego. Wstawać gdy kogut zapieje, pracować do nocy, pochyliwszy się nad skibą, a potem spać po dobrej wieczerzy, zdawało mu się jedynym celem człowieka na ziemi.
Miał jednak i rozrywki.
Niedzielne nabożeństwo było dla niego wielką uroczystością. Bawiło go patrzeć na odświętnie wystrojone grupy wychodzące z kościoła. Zachwycał się przystrojonym w pióra hełmem szarlatana, wychwalającego swój towar.
Od roku już młode wieśniaczki spoglądały na niego ukradkiem i czerwieniały po same uszy, gdy do nich przemówił; ale Norbert był zanadto naiwny by to zauważyć.
Nie miał najmniejszego wyobrażenia o życiu rzeczywistem, o świecie, towarzystwie; żadnego pojęcia o stosunkach ludzi między sobą, o wartości pieniędzy, o niczem.
Takim był Norbert, gdy jednego wieczora ojciec polecił mu, by się przygotował do wyjazdu nazajutrz razem z nim do Poitiers.
Dniem przedtem książę Champdoce otrzymał znaczne pieniądze za drzewo i od swoich dzierżawców; szło mu więc o umieszczenie ich, gdyż kapitałom swoim nie pozwalał próżnować.
Jeżeli postanowił, że syn będzie mu towarzyszył, to dla tego, że czuł konieczną potrzebę wtajemniczenia go w zarząd ogromnego majątku, który mu pozostawi, z obowiązkiem by go potroił.
Wyjechali bardzo rano w małym niewygodnym wózku, zawieszonym na czterech resorach.
W nogach ich leżało około czterdziestu tysięcy franków w srebrze, które tak ciężyły, iż resory gięły się i przy każdym wzgórku trzeba było wysiadać i iść piechotą. Norbert był rozpromieniony.
Od roku przeszło pałał chęcią widzenia Poitiers, od którego zamek Champdoce oddalony był tylko o pięć mil.
Tak często słyszał opowiadania o tem „pięknem mieście“, że począł doznawać jakiegoś nieokreślonego drżenia w miarę jak się ku niemu przybliżali.
Prawdę powiedziawszy, Poitiers nie należy właściwie do najweselszych miast Francji. Nie jeden uczeń szkoły prawa poziewa tam, lub wzdycha pomyślawszy o Paryżu. Bruk jest szkaradny, ulice wązkie i krzywe, domy wysokie i czarne, jakby stały od dziesięciu wieków. Ale Norbert był zachwycony.
Był to dzień targowy; zdumiewał go ruch i hałas panujący wśród tłumu. Być może iż nie przypuszczał nawet, by ziemia miała tylu mieszkańców.
Tak był zajęty, iż nie zauważył, że koń stanął sam, nie zatrzymywany, przed domem ozdobionym szyldem notarjusza. Ojciec musiał go wstrząsnąć, jak gdyby spał.
— Przyjechaliśmy! powiedział.
Wysiedli; ale myśli Norberta błąkały się po mieście.
Machinalnie dopomógł do wydobycia worków z pieniędzmi i nie dostrzegł, z jakiemi oznakami szacunku notarjusz wyszedł na ich spotkanie. Nie słyszał ani słowa z nieskończonej rozmowy tego urzędnika ze swym ojcem.
Nakoniec książęwyszedł z bióra, zabrawszy z sobą syna.
Konia umieścili w wielkiej oberży przy placu targowym i zjedli śniadanie, składające się z kawałka słoniny i kwaśnego wina, we wspólnej sali, między parobkami i dwoma poganiaczami wołów, należycie podpiłymi.
Zjadłszy skromne śniadanie, książę kazał synowi czekać na siebie a sam wyszedł.
Norbert siadał na ławce przed oberżą, nieco zakłopotany tem, że pozostał sam pomiędzy tylu nieznajomymi ludźmi, gdy wtem uczuł, jak go ktoś trąca w ramię.
Zadrżał i odwróciwszy się nagle, znalazł się przed chłopcem tych samych co on lat, który zawołał głośno śmiejąc się:
— Cóż to nie poznajemy już dawnych przyjaciół?
Norbert musiał zamyśleć się na chwilę, nim sobie przypomniał tego przyjaciela. W końcu zawołał:
— Montlouis!
Ten Montlouis, syn jednego z dzierżawców księcia Champdoce, był kolegą Norberta.
Dawniej często umawiali się, by razem wypędzać krowy na pastwisko, dnie przepędzali na wspólnej zabawie, stawianiu trzcinowych młynków na wodzie i wydzieraniu gniazd.
Dopiero od pięciu lat stracili się z oczu.
Norbert zawahał się z razu, z powodu ubioru swego kolegi. Montlouis miał na sobie mundur kolegium, w którym kończył nauki.
Podczas gdy wielki pan pracował nad tem, by ze swego syna zrobić wieśniaka, wieśniak ze swego zamierzał zrobić „pana.“ Norbert tak był zdziwiony, iż zapomniał języka w gębie.
— Co tu porabiasz? zapytał Montlouis.
— Czekam na ojca.
— Ja także. Mamy zatem dość czasu, by wypić filiżankę kawy razem.
I nie czekając na odpowiedź byłego kolegi, zaciągnął go do małej kawiarni.
— Gdyby bilard nie był zamówiony, rzekł Montlouis, proponowałbym ci partję. Prawda że to kosztuje, a ojciec twój pewno nie wiele ci daje pieniędzy.
W życiu swojem Norbert nie posiadał nawet dziesięciu sous. Teraz czuł się głęboko upokorzonym i poczerwieniał.
— Mój ojciec, mówił dalej Montlouis, nic mi nie odmawia. Ale bo też pracuję ogromnie. Jestem pewny, że na popisie otrzymam dwie nagrody. Gdy ukończę nauki, hrabia Mussidan weźmie mię do siebie na sekretarza, pojadę do Paryża, będę się bawił. A ty co będziesz robił?...
— Ja?... nie wiem.
— E! to rzecz wiadoma. Będziesz orał ziemię, jak twój ojciec. Czy cię to bawi?... I powiedzieć sobie tylko, że jesteś synem wielkiego pana, człowieka najbogatszego w Poitou, a nie jesteś nawet tak szczęśliwy jak ja, syn jego dzierżawcy... Zresztą...
Rozstali się, a gdy książę Champdoce powrócił do oberży, znalazł syna na tem samem miejscu gdzie go był zostawił.
— No, zaprzęgajmy! powiedział.
Powrót do Champdoce był milczący. Rozmowa z Montlouis zapadła w umysł Norberta jak kropla subtelnej trucizny w naczynie z czystą wodą.
Dwadzieścia nierozważnych słów dzieciaka zniszczyło dzieło szesnastu lat pracy i wytrwałości.
Od owego dnia nastąpił kompletny przewrót w charakterze Norberta, przewrót, którego nikt się nie domyślał. Jak przedtem tak i teraz ze zwykłą pilnością wykonywał on swoje codzienne roboty, które niegdyś lubił, a któremi obecnie brzydził się.
Ale często widziano go jak — sądząc że jest sam — stał całe godziny nieruchomy, wsparty na rękojeści łopaty, z namarszczonemi brwiami, w zamyśleniu; on, który dawniej był tak swobodnej myśli jak ptaszek śpiewający w krzakach.
Rozbudzona przez Montlouis inteligencja jego czuwała teraz. Odkrywał mnóstwo okoliczności, dawniej nie dostrzeżonych, a które teraz były dlań tyluż wskazówkami.
Przypatrując się na przykład stosunkom swego ojca z wieśniakami, zmierzył rychło, pomimo pozornej familjarności, otchłań, która ich rozdzielała.
Stary hrabia Mussidan, tak imponujący swemi białemi włosami, markiz Sauvebourg, tak dumny, a któremu wieśniacy kłaniali się do ziemi, z widocznem ugrzecznieniem podawali rękę księciu Champdoce i jego synowi, wychodząc z kościołu.
Najpiękniejsze i najdumniejsze damy, które jak królowe przechodziły przez dziedziniec, zamiatając proch ogonami swych pysznych sukień, tak jest, najbardziej nawet wyniosłe pomiędzy niemi zdawały się być uszczęśliwione, gdy książę Champdoce, który pod grubemi sukniami zachował maniery dawnego dworu, z galanterją całował je w ręce.
Wszystko to musiało oświecić Norberta. Czuł on siebie równym wszystkim tym dumnym ludziom. A jednak jakaż to różnica między nim a nimi!
Podczas gdy on wraz z ojcem szedł do kościoła piechotą, w ogromnych podkutych trzewikach, tamci przybywali w pysznych powozach ze wspaniałymi lokajami.
Jak na dobitek, wszystkim tym szczęśliwym tego świata towarzyszyli młodzi ludzie, tychże co i Norbert lat, ich synowie. Wszystkie tortury zazdrości dręczyły go aż do łez, gdy się przyrównywał do nich. Czasami, gdy powracał z pola, zapędzając woły z batem w ręku, spotykał któregokolwiek z nich, jadącego na pięknym rumaku.
Przy takich spotkaniach znajomi wołali do niego:
— Dzień dobry, Norbercie!
A to przyjaźne powitanie wydawało mu się zniewagą.
Młodych tych ludzi poczytywał za zuchwalców nienawidził ich.
Jakież może być ich życie w mieście, dokąd powracali z pierwszem zimnem, podczas gdy on zajmował się siejbą? Tego nie mógł sobie wystawić, a nieświadomość jego błądziła w przypuszczeniach bez sensu.
To co dotąd słyszał wymienianym jako przyjemność, nie przedstawiało jego wyobraźni nic godnego zazdrości. Wieśniacy nazywają zabawą zamknięcie się w izbie karczemnej, gdzie piją, krzyczą, spierają się, a w końcu — często biją.
Tamci — rozumiał to dobrze — musieli mieć inne rozrywki, więcej wyszukane, wesołość całkiem różną od wesołości pijaka, powracającego ze śpiewką na ustach do domu. Ale co to było?
Po za tą pustynią, nakreśloną dokoła niego ręką ojcowską, czuł on, że porusza się świat, dla niego cudowny jak wszystko nieznane. Co tam się działo, niepodobna odgadnąć.
A kogoż zapytać? komu zwierzyć się?
Wtedy to oburzyła go straszliwa nieświadomość, w której był trzymany, podczas gdy Montlouis, syn dzierżawcy, chodził do kolegium.
I on, który dotąd poziewał na sam widok drukowanej stronnicy, który musiał sylabizować każdy wyraz, złożony więcej aniżeli z trzech sylab, teraz zawzięcie wziął się do czytania.
Ale namiętność ta nie mogła się podobać ks. Champdoce, który pewnego wieczora oświadczył mu, iż nie lubi, „próżniaczych czytelników“.
Zapał Norberta wzmógł się od tego, podburzony przeszkodami i ciągłą niespokojnością. Począł kryć się.
Wiedział, iż w jednej z sal zamkowych wyższego piętra pełno było książek, w tej liczbie najmniej pięćset romansów, które w ostatnich latach swego życia czytywała jego matka.
Norbert rzucił się do tych książek jak zgłodniały do chleba. Czytał wszystko, nie przebierając, bez zastanowienia.
I z czasem wszystko mu się pomięszało w głowie, romans i historja, przeszłość i teraźniejszość. Jednak z tego chaosu wyłoniły się dwie myśli.
Uznał siebie za najnieszczęśliwszego w świecie i znienawidził swego ojca nienawiścią zimną i z całą gwałtownością niewyjaśnionych palących go żądz. I gdyby tylko śmiał...
Ale nie śmiał. Książę Champdoce przejmował go nieprzezwyciężoną trwogą.
Sytuacja taka trwała już ośmnaście miesięcy, gdy książę Champdoce uznał, iż nadeszła chwila, w której może wykryć swe myśli i nadzieje synowi, mającemu prowadzić dalej dzieło odrodzenia.
Było to w niedzielę po wieczerzy we wspólnej sali, z której kazał wyjść wszystkim służącym.
Nigdy Norbert nie widział swego ojca z tak uroczystą miną. Wyprostował on swe barki pochylone od roboty w polu. Cała duma rasowa, przez tyle lat ukrywana, błyszczała mu w oczach. Opowiedział on dzieje rodziny Champdoce, której początek ginie w legendach kronikarskich. Opowiedział życie wszystkich bohaterów, którzy ją uświetnili; jakiemi zaszczytami była zasypana, ile liczy pokrewnych związków z domami panujacemi, jak była bogatą i potężną w czasach, kiedy Dompairowie de Champdoce, istni monarchowie, pobierali podatki, mieli swoje fortece i wojska.
— Oto, czem byliśmy! mówił donośnym głosem. Cóż nam pozostaje z takiej świetności? Pałac w Paryżu przy ulicy Varennes, ten zamek, trocha gruntów, trocha kapitału, najwięcej dwakroćstotysięcy liwrów dochodu — nie całe pięć miljonów!...
Norbert wiedział, że jego ojciec jest bogaty, ale nie w takim stopniu. Ogromna ta cyfra pięciu miljonów zdumiała go. Potem, mniej niż w sekundę, tysiące myśli przebiegło mu po głowie.
Pięć miljonów!... A jego zmuszano do nużącej pracy człowieka, który aby żyć potrzebuje zarobić trzydzieści sous dziennie. Dwakroćstotysięcy liwrów dochodu!... a ta wspóln
a sala, gdzie w tej chwili znajdował się z ojcem, podobna była do prostej izby włościańskiej. Przodkowie jego mieli całą armię sług, a tu wszyscy parobcy z okolicy mówili mu ty. Jakże zgodzić się na tyle upokorzenia i na takie ubóstwo, będąc tak szlachetnie urodzonym i tak bogatym?.
Po egzaltacji, jaka opanowała księcia gdy opowiadał o przeszłej świetności swej rodziny, nastąpił ogromny upadek na duchu.
Ciężkim krokiem począł przechadzać się po sali, zwiesiwszy głowę na piersi.
— To mało, szeptał, bardzo mało.
Bardzo mało... A Norbert wiedział, że żadna z rodzin, poczytywanych w okolicy za bogate, nie posiadała nawet połowy tej ogromnej sumy.
Mussidanowie mieli wszystkiego sześćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu. Sauvebourgowie z pewnością nie mieli stu.
Był wprawdzie w okolicy niejaki p. Puymadour, którego miano za arcymiljonowego; ale szlachectwo jego było co najmniej wątpliwem, a przytem mówiono, że nie należy bardzo wglądać w jego majątek, jeżeli kto nie chce dopatrzeć tam błota w samem źródle.
Zagniewanem okiem Norbert wodził za swym ojcem, który przechadzał się ciągle, od czasu do czasu wykrzykując bez związku.
Nakoniec książę Champdoce stanął przed swym synem.
— Majątek mój, powiedział gorzkim tonem, jest niczem, niczem w czasach kiedy tryumfuje mieszczaństwo zbogacone, próżne i zarozumiałe. Ludzie ci, ponieważ kupili nasze zamki i do swoich śmiesznych nazwisk pododawali nazwiska majątków, poczytują się za szlachtę, i silą się kopiować, nie nasze zalety, ale wady. Prawdziwa szlachta nie pojęła swej epoki, podupada i skończy na tem, że wymrze z głodu. Teraz niczem być nie można bez pieniędzy. Aby walczyć z tymi ludźmi od wczoraj bogatymi, tymi książętami finansów, których herbem jest skradziony talar, takiemu Champdoce trzeba mieć najmniej miljon dochodu. Słyszysz, mój synu?... miljon!...
Nor bert wytrzeszczył zdumione oczy; pomimo wytężonej uwagi, rozsądek jego nie był w stanie pojmować dokładnie wyjaśnień ojca.
— Ani ty, ani ja, mój synu, mówił dalej książę, nie będziemy widzieli w naszych skrzyniach kapitału, który by mógł dać taki dochód. Ale nasi potomkowie, jeżeli spodoba się Bogu, znajdą go tam. Męstwem i mieczem przodkowie nasi ufundowali potęgę naszego domu; do nas należy okazać się godnymi ich i utrwalić go pracą i oszczędnością.
Stary magnat przerwał sobie, mocno zdziwiony, iż tak rozwijał przedmiot własnych rozmyślań.
— Spełniłem moją powinność, zaczął znowu, spokojniejszym już tonem, teraz ty spełnij swoją. Nie miałem piętnastu tysięcy liwrów dochodu gdym się wziął do dzieła — a powiedziałem ci co mam teraz. Będziesz mnie naśladował. Ożenisz się z jaką bogatą dziewczyną, która ci da syna, wychowasz go surowo, jak ja ciebie wychowałem. Żyjąc tak jak ja, zostawisz mu do piętnastu miljonów. Niech on nas naśladuje, a zostawi swemu synowi fortune monarszą. Oto co powinno być, co będzie — bo tak trzeba, bo ja tak chcę.
Teraz Norbert zrozumiał i milczał, bo mu się zawracało w głowie od tak dziwnego zwierzenia.
— Trudny obowiązek wkładam na ciebie, mówił dalej książę, ale jest to obowiązek wszystkich naczelników znakomitych rodzin. Kto chce założyć wielki dom, ten powinien żyć w przyszłości a nie w teraźniejszości, powinien zapomnieć o sobie a myśleć o potomności. Tak ja robiłem. Istnieję, że tak powiem, dla moich potomków i przez nich. Żyję myślą o świetnem życiu, jakie im zgotujemy, i za które będą nam obowiązani.
Norbertowi zdawało się, że śni.
— Widziałeś mnie, mówił dalej książę Champdoce, jak przez całe godziny targowałem się o jednego nędznego luidora, bo mówiłem sobie, że luidor ten potomkowie moi rzucą kiedyś wspaniałomyślnie ze swej karety ubogiemu. Ze wszystkiego co zbieram, robię w ten sposób użytek dla nich. Na przyszły rok powiozę cię do Paryża — zwiedzisz pałac, który tam mamy. Obaczysz tam obicia, jakich już nie ma, sprzęty jedyne w swoim rodzaju, arcydzieła najznakomitszych artystów. Ja ten pałac pielęgnuje, upiększam, jak kochanek lokal przeznaczony dla swej oblubienicy, bo przeznaczam go dla naszych dzieci, Norbercie, dla przyszłych Dompairów de Champdoce.
Mówił to głosem tryumfującym, wszystko co opisywał widział oczy ma duszy.
— Opowiedziałem ci to wszystko, zaczął znowu tonem nie znoszącym repliki, dla tego, że jesteś w takim wieku, iż możesz poznać prawdę. Wskazałem ci regułę twego przyszłego życia. Jesteś już mężczyzną, mój synu, i powinieneś przywykać do postępowania według własnej woli, tak jak dotąd postępowałeś, by mnie być powolnym. Powiedziałem. Jutro rano wydasz dwadzieścia pięć worków zboża, które sprzedałem do Bivron... Możesz odejść.
Norbert odszedł chwiejąc się.
Jak wszyscy despoci, nie przywykli do spotykania przeciwnego zdania, tak i stary magnat nie przypuszczał, aby wola jego mogła napotkać nie opór, ale nawet wahanie.
Nie upatrywał przeszkód żadnych; a jednak w tej samej chwili Norbert najstraszliwszemi przysięgami zaklinał się w duchu, iż nie będzie posłuszny.
Gniew jego, powstrzymywany obawą, dopóki się znajdował pod okiem ojca, wybuchnął nakoniec swobodnie.
Poszedł w wielką aleję orzechową po za zamkiem, i tam rzucił na świat wśród nocy tysiące pogróżek i gniewnych wyrzutów.
Widział siebie skazanym, i to skazanym nieodwołalnie.
Dopóki poczytywał swego ojca za skąpca, dopóty miał nadzieje: namiętności miewają zwroty wsteczne. Teraz, pomimo niedoświadczenia, pojął, że nie burzy się rojeń takich, jak te, które miał książę Champdoce.
— Mój ojciec jest szalony!... powtarzał, szalony!
Wszystko, co słyszał niedawno, wydawało mu się potwornem i bez sensu.
Zdecydowany był, przynajmniej w tej chwili, wyzwolić się, bądź co bądź, z tej nieznośnej tyranji; ale jak? co począć?
Niestety źli doradzcy znajdują się tak łatwo! Zaraz nazajutrz Norbert wyszukał jednego z nich w Bivron. Był to niejaki Daumau, nieprzyjaciel księcia Champdoce.


II.

Ten Dauman nie był rodem z okolicy, nawet nie bardzo wiedziano zkąd się wziął, ani też jaką była jego przeszłość.
Mówił, że dawniej był komornikiem sądowym w Barbezieux, co zresztą mogło być, nikt tego nie sprawdzał.
Był to niewielki człowieczek, przeszło pięćdziesiątletni, z twarzą przypominającą kunę. Przedewszystkiem zwracał uwagę jego nos spiczasty, oczy ruchliwe i wąskie a płaskie usta. Sam jego widok wzbudzał nieufność.
Już mijało piętnaście lat, jak przybył do Bivron, jak to mówią, w jednym bucie i chodaku; ale miał szatańską chęć zrobienia majątku i gotów był na wszystko.
Dobrze mu się powiodło miał pola i winnice, a nawet dom w Croix du Patre, gdzie gininna droga z Bivron łączy się z wielkim gościńcem. Przypuszczano że i oszczędności ma dość spore.
Profesją jego przedewszystkiem było to, że nie miał żadnej, że mieszał się do wszystkiego, że wszędzie wściubiał się.
Nie obyła się bez niego żadna sprzedaż ani licytacja. Przede wszystkiem zajmował się pośredniczeniem. Kupował zboże na pniu i wysławiał siebie za biegłego mierniczego. Potrzebujący pieniędzy, lub zboża na zasiew, zgłaszali się do niego, i jeżeli przedstawiał pewne rękojmie, to chętnie im służył na pięćdziesiąt od sta.
Był wreszcie przysięgłym doradzcą wszystkich ludzi wątpliwej moralności i podżegaczem wszystkich hultajów na pięć mil w około.
Uchodził za nadzwyczaj zręcznego, za mogą cego wyratować każdego z największego kłopotu. „W prawie był kuty“, jak mówiono. Faktem jest, że nie mógł mówić przez jedną minutę bez tego, by nie przytoczyć jakiego artykułu kodeksu.
Marzeniem jego, jak utrzymywał, było polepszenie bytu wieśniaków. Dla tego też, wymagając od nich lichwiarskich procentów, podburzał zarazem przeciw szlachcie, mieszczanom i księżom.
Łatwość wymowy, wiadomości prawnicze i długi czarny surdut, który zwykle nosił, zjednały mu nazwę „prawnika“ albo „prezydenta“.
Był okrutnie zawzięty na ks. Champdoce dla tego, że książę otwarcie oświadczył się przeciw niemu po pewnej awanturze, która wytoczyła się aż do sądu karnego, i z której wydostał się tylko podstawiwszy kilku świadków.
Poprzysiągł wtedy że się zemści, i od pięciu lat wyczekiwał na sposobność do tego.
Takim był pod względem moralnym i fizycznym człowiek, którego Norbert na drugi dzień po rozmowie ze swym ojcem spotkał w Bivron.
Spełniając dany sobie rozkaz, przy wiózł on sam zboże i sam je zniósł do spichrza.
Właśnie wkladał na siebie kaftan i gotował się wracać z końmi do zamku, gdy Dauman podszedł ku niemu, skłonił się do ziemi i prosił, by mu dał miejsce na swoim wozie.
— Spodziewam się, powiedział, że pan markiz przebaczy mi moją niedyskrecję, mam niegodziwy reumatyzm, utrudniający mi chodzenie, starzeję, nie mam już szczęśliwego wieku pana markiza.
Dauman umiał każdego tytułować odpowiednio. Wyczytał on gdzieś, że starszy syn książęcy nosi tytuł markiza.
Norbert po raz pierwszy słyszał że go tak nazwano. O kilka dni wcześniej zdrowy rozsądek nakazałby mu mieć się na ostrożności wobec takiego pochlebstwa i ruszyłby tylko ramionami, ale teraz zgłodniała próżność jego szukała pożywienia.
— Bardzo proszę, prezydencie, odpowiedział, czekam tylko by mi zniesiono jeden próżny worek, o którym zapomniano podczas ostatniej dostawy.
Dauman znowu skłonił się z uśmiechem.
A sypiąc podziękowania, spoglądał z podełba na Norberta i myślał w duchu:
— Czyż byłaby to sposobność, tak gorąco wyczekiwana, dla uczynienia zadość nienawiści? Przeczuwał to.
Dawno już powiedział sobie, iż spadkobierca starego magnata mógłby w jego ręku być straszliwem narzędziem zemsty, że dobrze by to było zadać ojcu cios przez syna.
Jeden z robotników przyniósł worek. Mistrz Dauman wlazł na wóz i usiadł na słomie. Norbert lekko skoczył na drabki i konie ruszyły.
„Prezydent“ zachowywał milczenie. Szukał właśnie dla rozpoczęcia rozmowy jakiegoż frazesu ogólnikowego, któryby nie wzbudził podejrzenia młodego Champdoce.
— Musiałeś pan wstać dziś bardzo rano, panie markizie, zaczął wreszcie, gdyż tak wcześnie skończył już robotę.
Młody człowiek nie odpowiadał.
— Księciu panu, ojcu pańskiemu, mówił dalej Dauman, bardzo na rękę, że ma takiego syna. O! nie jeden mieszkaniec Bivronu chciałby być tak szczęśliwym! Znam wielu, mówiących do swoich synów: „Bierzcie przykład z pana markiza. Patrzcie! czy nudzi go praca? czy się obawia, że mu ręce zgrubieją? A jednak to pan, ma wielkie dochody i od niego tylko zależy, by żył z założonemi rękami.“
Silne wstrząsnienie wozu przerwało mowę „prawnikowi“, ale po chwili znowu zaczął:
— Nie ma co mówić, żaden z nich pana nie wart. Tylko com się przypatrywał jak pan wnosiłeś worki ze zbożem, zdawało się że nie ważą więcej jak piórko... I powiedziałem sobie: „Cóż to za barki! co za ręce!..“
W innym razie Norbertowi pochlebiało to wychwalanie jego siły, z którą lubił popisywać się. Teraz nie spodobało mu się to i obraziło jak zniewaga.
Silne a nie potrzebne uderzenie biczem konia wyraziło gniew jego.
Prawdę to mówią, panie markizie, ciągnął dalej Dauman, że za dobrem życiem idzie dobre zdrowie i pełny worek. To właśnie odpowiadam tym, którzy żartują sobie z pana, żeś skromny jak panienka. Lepiej to, aniżeli naśladowanie mnóstwo urwisów, których znam, amatorów bilardu, hulanek i tam dalej, którzy grają, mają kochanki, bawią się jednem słowem używają!...
— Cała ta gadanina do rozpaczy przyprowadzała Norberta.
— Eh!... i ja robiłbym tak jak oni, gdybym mógł, zawołał.
— Co, co?... zapytał prezydent.
— Mówię, że żyje się jak można, ale nie jak chce się, i że gdybym był wolny, gdybym był panem siebie, gdybym miał pieniądze...
Nie dokończył, ale dość już powiedział, by oświecić Daumana.
Radość zabłysła mu w przyćmionych oczach.
— Wiem teraz gdzie siodło dolega, powiedział sobie. Daleko mogę zaciągnąć tego pięknego chłopca, a księcia Champdoce doprowadzić do tego, że będzie przeklinał i opłakiwał chwilę, w której wmięszał się do mego prywatnego życia. Ale uważmy, byśmy się nie splątali.
I półgłosom a tonem udanego współubolewania mruknął:
— Ach! bywają rodzice zanadto surowi.
Nagły ruch Norberta przekonał go, że się nie mylił, więc z większą już pewnością mówił dalej:
— Tak to, tak na świecie. Djabeł gdy starzeje staje się pustelnikiem. Czoło łysieje, krew oziębia się w żyłach i człowiek nie pamięta już, te tam kiedyś miał tyle włosów i ognia, — choć sprzedawać. Zapomniał o tem, że trzeba by młodość swoje wzięła, że młodym dla samego zdrowia potrzebna zabawa, roztargnienie, wyszumienie się. Ojciec pana w dwudziestym piątym roku nie był takim jak dziś.
— Mój ojciec?
— A on. Ktoby to przypuszczał... co? Ale spytaj się pan jego przyjaciół — opowiedzą oni ciekawe rzeczy.
Wóz dojechał do wielkiego gościńca.
— Otóż i przyjechaliśmy, panie markizie, rzekł Dauman, niewiem jak panu odwdzięczyć!... O! gdybyś mi pan pozwolił ofiarować sobie kieliszek prawdziwego koniaku, cóż to za honor byłby dla mnie!
Norbert wahał się chwilę. Tajemniczy głos mówił mu że źle robi, że powinien odmówić ale go nie usłuchał. Zatrzymał konie i poszedł za prezydentem.
Dom Daumana znamionował dobrobyt.
Posługiwała mu stara kobieta, tak jak on przybłęda. Rola jej nie była dokładnie określona; reputację zaś, pomimo bogobojnej powierzchowności, miała szkaradną.
Gabinet Daumana — gdyż mówił on „mój gabinet“, ni mniej ni więcej jak adwokat lub notarjusz — był poniekąd podobny do właściciela.
Z jednej strony widać było biuro zawalone papierami, z drugiej pod ścianą stały worki ze zbożem i jarzynami.
Były tam półki z książkami prawniczemi, a od belek zwieszały się paczki z nasionami.
Z oznakami służalczego uszanowania prezydent przyjął syna księcia Champdoce.
Usadowił go we własnym fotelu wybitym skórą, i zamieniwszy kapelusz na grecką czapeczkę, sam osobiście poszedł do piwnicy wyszukać co ma najlepszego.
— Spróbujno pan tego, panie markizie, powiedział, napełniwszy dwa kieliszki, wódkę tę mam od jednego właściciela z Archiac; dał mi on ją jeszcze kiedy zajmowałem się interesami, odwdzięczając za jedną wielką usługę, którą mu wyświadczyłem. O! bo ja, nie chwaląc się, wyświadczyłem nie jedną usługę, gdym był komornikiem sądowym — a nawet i potem.
Trzymał w ręku kieliszek i maczając w nim usta klaskał językiem i powtarzał:
— Debra, co? jaki bukiet! Teraz takiej kupić nie można.
Tyle uprzejmości i względów nie poszło na darmo.
Nie upłynęło pół godziny, a już Dauman wyspowiadał Norberta.
Nieszczęśliwy chłopak mógł być wytłumaczonym do pewnego stopnia.
Przebywał on tę porę, w której zwierzenie się komukolwiek jest potrzebą, niezmierną ulgą. A przytem nie wiedzieć jakim właściwie człowiekiem był Dauman.
Opowiedział mu więc wszystko bez ogródki.
A podczas gdy się tak wynurzał ze swemi najtajniejszemi myślami, słuchacz jego radował się w duchu; ale powierzchownie zachowywał poważny smutek lekarza, który zastanawia się nad niebezpieczną chorobą.
— Wszystko to jest okropne, powtarzał, okrutne. Biedny młody człowiek! Gdyby nie uszanowanie, jakie mam dla księcia Champdoce — to mówiąc podniósł rękę do greckiej czapki — powiedziałbym, że nie władza on wszystkiemi swemi zdolnościami umysłowemi...
Czyż dziecię, takie jak Norbert, mogło nie zaufać tak wyraźnym dowodom wspólubolewania?
— Oto w jakiem jestem położeniu, mówił on ze łzami wściekłości w oczach. Droga moja jest wytknięta, nic w niej nie zmienię. Muszę zrezygnować się, chybabym...
Zatrzymał się na chwilę, a potem głosem głuchym i zacisnąwszy zęby, dodał — Chybabym skończył raz z życiem! Czyż nie lepiej gnić w ziemi, aniżeli tak wegetować? Czyż nie lepiej....
Znowu urwał, głęboko zdziwiony dobrotliwym uśmiechem, który zaigrał na mezkich ustach Daumana i wykazał czarne jego zęby.
— A zawołał, pan myślisz że to jest dziecięca gadanina?
— Boże uchowaj! panie markizie. Za wiele pan ucierpiałeś, by nie myśleć o rozpaczliwych środkach. Tylko nie należy tak mówić, mając lat ośmnaście i najpiękniejszą przyszłość przed sobą.
— Przyszłość! przerwał Norbert, uniósłszy się przy tem jednem słowie, przyszłość! gdy moje cierpienia trwać mogą lat dziesięć, dwadzieścia!...
— Pan markiz przesadza.
— W czem? mój ojciec nie jest stary...
— Tak; ale pan nie będziesz mieszkać przy nim, ot i wszystko. Czyż nie będziesz pan pełnoletnim za trzy lata? Czyż nie będziesz mieć wtedy prawa reklamowania spadku po matce?
Ze zdumionej miny Norberta prezydent przekonał się, że był on bardziej „niewinnym“ aniżeli przypuszczał, i że uwiadomił go o rzeczy, o której dotąd nie miał pojęcia.
Załował że się tak pospieszył, ale za daleko już zaszedł, by się zatrzymywać.
— Mężczyzna doszedłszy do pełnoletności, panie markizie, powiedział, może rozrządzać swoją osobą i majątkiem. Tak mówi prawo. Owóż dostanie się panu po świętej pamięci matce jego — tu uchylił czapki — dosyć majątku, by prowadzić swobodne życie.
Norbert, zdawało się, że źle słyszał.
— Nigdy nie ośmielę się, mruknął, reklamować cokolwiek od mojego ojca.
— To się rozumie. Książę pan, gdy się rozgniewa, sam o sobie zapomina. Ale takie rzeczy nie robią się osobiście. Daje się pełnomocnictwo notarjuszowi, który podejmuje się zrobić potrzebne kroki, i jeżeli się zdarzy, dostać nawet po grzbiecie widłowatym kijem. Kije liczą się osobno; przewidział to kodeks w księdze III. artykule 222. — od miesiąca do dwóch lat. A zatem pan musisz być cierpliwym co najwięcej trzy lata.
— Za nic niechcę czekać aż do tego czasu, odpowiedział Norbert, i głową nałożę, jeżeli nie znajdę jakiego środka do wyzwolenia się z tej tyranji.
— Na szczęście są środki...
— Tak sądzisz, prezydencie?
— Jestem tego pewny, panie markizie, i pozwolę sobie wskazać je panu. O! czemuż pan nie jesteś pełnoletni! byłaby to rzecz tak prosta. Poszedłbyś do adwokata, onby ułożył reklamację...
— O!
— Za pozwoleniem pana markiza, to się robi codziennie. Zdarza się często, że ojciec nie może zdecydować się, aby dzieci jego skorzystali z tego co ma... Ba! w takim razie trzeba go zniewolić legalnie. To rzecz bardzo zwyczajna w wielkich rodzinach.
Popił wódki i mówił dalej:
— Ale tu trzeba pomyśleć o innym sposobie. Nie jesteśmy pełnoletni.
Dauman zwykle tak gorąco zajmował się sprawami swoich klientów, że łącząc ich osobistość ze swoją, mówił „My“.
— Mamy ośmnaście lat i chcemy wyzwolić się od ojca, którego szaleństwo nas gnębi. Najprzód możemy zaciągnąć się do wojska na prostego żołnierza.
— To zawsze środek.
— Nędzny, panie markizie, wierz mi pan. Powtóre możemy wystąpić ze skargą do pana prokuratora tu podniósł grecką czapeczkę.
— Ze skargą!
— Rozumie się. Czy myślisz pan, że prawodawca nie przewidział wypadku nadużycia władzy ojcowskiej? Mylisz się pan.
Po chwili obmyślanego milczenia Dauman mówił dalej:
— Moglibyśmy w skardze, którąbym ja ułożył a pan przepisał, przedstawić sędziemu, że nie jesteśmy wychowani według naszego stanu, że pozbawiono nas dobrodziejstwa wykształcenia, że posługują się nami jak parobkiem. Czy ojciec nie uderzył kiedy pana?
— Nigdy!
— Mniejsza o to, ale my i to napiszemy. O! z kombinacjami naszemi będą mieli nie mało kłopotu obżałowani. „Jakowe fakta — powiemy — poświadczy cała okolica, gdyż chociaż ojciec nasz posiada na dwa przeszło miljony własności ziemskiej, jesteśmy w ogóle przedmiotem ogólnego politowania do takiego stopnia, że w gminie Bivron nazywają nas nie inaczej jak małym dzikim „Champdoce“...
Na te słowa Norbert zerwał się jak młody koń, ostro biczem zacięty.
— Kto śmie tak mię nazwać! krzyknął, kto?.. wymień mi go pan!
Prezydenta nie zdziwił ten wybuch, umyślnie podżegany.
— Nieprzyjaciele pańscy, albo przynajmniej nieprzyjaciele pańskiego ojca, a ma ich on nie mało. Nie tylko panu cięży jego despotyzm.
— Jednak, ja...
— O! pan, panie markizie, masz tylko przyjaciół, i nawet więcej jak sądzisz, zwłaszcza między kobietami. Ot nie dalej jak przeszłego czwartku mówiono o panu w obecności panny Diany de Sauvebourg, która usłyszawszy pańskie nazwisko poczerwieniała jak grzebień mojego koguta. Pan markiz zna pannę Dianę?
Młody człowiek, czując że czerwienieje, pochylił głowę i milczał.
Sufficit! rzekł Dauman, przyjdzie czas, w którym będziemy wolni i zabawimy się. Wracając tedy do owej skargi...
Ale Norbert, którego wzrok padł na stary zegar, zdobiący gabinet prezydenta, wstał nagle.
— Dwunasta godzina! zawołał, u nas siadają do stołu. Co powie mój ojciec!...
— Jak to więc pan go się tak boisz?
Ale Norbert nie słyszał tych drwiących wyrazów, powrócił do woza i wyjechał szybkim kłusem.
Z progu swego domu prezydent przeprowadzał go wzrokiem.
— Spiesz, spiesz, mój chłopcze. Nie powiedziałeś mi do widzenia, ale powrócisz. Mam ja na ciebie jeszcze inny sposób i tego się chwycisz, bo ja tak chcę. Jedź! rzuciłem ci w mózgownicę ziarno, które zejdzie i owoc wyda. A, mości książę! za grzeszek miłośny wysyłasz ludzi na galery!.. Zobaczymy dokąd ja wyszle twego spadkobiercę.
Dauman nie kłamał, gdy dla podniecenia gniewu Norberta mówił:
— Nie nazywają pana inaczej jak „dzikim z Champdoce.“
Tylko do przezwiska tego nie przywiązywano nic krzywdzącego. Uczucia bowiem sąsiadów względem księcia Champdoce w ciągu dwudziestu lat uległy szczególnym zmianom.
Wszyscy jego dalecy przyjaciele i sąsiedzi poczęli zastanawiać się, widząc że bezustannie dodaje do swych posiadłości to winnicę, to łąkę, że rozszerza się, zdobywa terytorjum jak morze, ciągle w jedną stronę uderzające.
Od owego czasu punkt zapatrywania zmienił się.
Śmieszność księcia Champdoce podnoszono jako ekscentryczność, skąpiec stał się oryginałem, surowość uznano za męzką energję, chciwość zysku za rozsądek i dobre pojmowanie administracji.
Pyszniono się nim. Promienie miljonów nadawały jego samodziałowej kurtce świetniejszy połysk, niżeli atlas lub aksamit.
Więcej aniżeli mężczyźni zajmowały się Norbertem kobiety.
Matki, mające córki na wydaniu, marzyły o „dzikim z Champdoce.“ Bo cóżto za związek!
Na nieszczęście ojciec pilnował go bardzo ściśle. Jak tu dostać się aż do niego, albo też przywabić do siebie?
To dzieło uwiedzenia, którego żadna matka nie ośmieliła się spróbować, postanowiła spełnić młoda dziewczyna.
Śmiałą tą istotą była panna Diana Sauvebourg.
Ale też miała szanse.
W ośmnastym roku (bo tyle lat miała), panna Diana uchodziła za najpiękniejszą w całem Poitoux.
Była dość słusznego wzrostu i bardzo jasnowłosa. Biała jej i gładka cera miała połysk niezrównany; włosy były tak obfite, że aż jej kłopot sprawiały; niepodobna było oprzeć się urokowi jej uśmiechu.
Jedna wszakże rzecz w niej zaniepokoiłaby spostrzegacza.
Oczy jej, gdy zagłębiała się w tajnych swych myślach, błyszczały ponurym ogniem i zdradzały ambicję i energję, które stanowiły podstawę jej charakteru.
Wychowaną była w klasztorze w Niort i rodzice jej życzyli sobie by została mniszką.
Następnie zabrali ją do siebie, naprzód w skutek wielokrotnych jej prośb, potem także na żądanie przełożonej, bardzo zaniepokojonej pensjonarka, która ciągle odgrażała się, że ucieknie przelazłszy przez mur klasztorny.
Ojciec jej był bardzo bogaty; ale miała brata starszego od siebie o dziesięć lat, a stary pan bez ceremonji oświadczył, że cały swój majątek pozostawi dziedzicowi swego imienia.
Co do córki, ojcowska hojność jego dochodziła tak daleko, iż przyrzekł, w razie gdyby kiedy za mąż poszła, dać jej czterdzieści tysięcy franków w gotówce i ani szeląga więcej.
— A zatem, moje biedne dziecię, powiedział jej gdy powróciła do domu, musisz polować na męża swoją własną bronią, to jest twojemi pięknemi oczyma. Sądzę wszakże, iż pomimo całego twego sprytu narażasz się na powrót za klauzurę.
Wykołysana w myśli, że będzie wydziedziczoną na korzyść swego brata, panna Sauvebourg oswoiła się z tem.
— Pozwól mi ojcze spróbować, odpowiedziała. Jeżeli nie uda się — no! to będzie jeszcze czas uwięzienia mię.
— Jak chcesz, moje dziecię, spróbuj, spróbuj, zobaczemy.
Pan Sauvebourg ganił przedtem bardzo energicznie postępowanie księcia Champdoce, który według jego zdania poświęcał swego syna.
Poświęcenie córki znajdował zupełnie naturalnem.
A uparta dziewczyna powtarzała:
— Uda mi się, jestem tego pewna.
W takiem usposobieniu była panna Diana, gdy po raz pierwszy usłyszała o „dzikim Champdoce.“
— Dlaczegożby ten nie był moim mężem? powiedziała sobie.
I zaraz na drugi dzień, z cudowną zręcznością, jaką kobiety rozwijają w podobnych razach, poczęła zbierać wiadomości. Były one tak świetne o jakich zaledwie śmiała marzyć. Wzięła się do studjowania silnych i słabych stron swego położenia.
Silną stroną było: zostać księżną, posiadać dwakroćstotysięcy liwrów dochodu, mieszkać w Paryżu, mieć loże we włoskiej operze, olśniewać przedmieście Saint-Germain.
Słabą trudność spotkania Norberta, a jeszcze więcej — skąpstwo księcia.
— Ale ba! pomyślała, przecież on nie wieczny. Ile lat może żyć jeszcze? Sześć albo siedm. Będę więc miała dwadzieścia pięć lat gdy umrze.
Jednak, nic nie decydując sama, postanowiła zobaczyć pierwej Norberta. Kazała go sobie pokazać w kościele w niedzielę, i od pierwszego spojrzenia doznała głębokiego i żywego wrażenia. Zdumiała ją męzka jego piękność, ognisty wyraz oczu i postawa, pełna szlachetności pod ubogą odzieżą.
Gdy po mszy wychodzono z kościoła, poprzysięgła sobie że będzie żoną Norberta. Ale nie powiedziała o swych zamiarach rodzicom.
Zresztą nie wątpiła, że się jej powiedzie.
Panna Diana Sauvebourg była bardzo romansowa, i nieraz w klasztorze wyrzucano jej egzaltację; ale jednocześnie była bardzo pozytywną.
Tylko kobiety mają dość siły do zespolenia tych dwóch usposobień, tak sprzecznych; umiała zachować zimną głowę, gdy serce pałało.
Młodziutka ta dziewczyna umiała, oddając się rojeniom, pozostawać rozsądną i rachować. Wielu rzeczy nauczyła się w klasztorze; dziewicza jej postawa i niewinny wyraz twarzy ukrywały znakomite doświadczenie, a przede wszystkiem doskonałe pojmowanie interesów społecznych.
Głównie szło naprzód o to, by spotkać Norberta, i to spotkać najniespodziewaniej. Jak?
Nagle opanowało ją nadzwyczajne miłosierdzie. Nieść pomoc chorym, starcom, dzieciom, stało się jej najmilszem zajęciem.
Ciągle spotykano ją w okolicy, czasem ze służącym, niosącym koszyk, ale najczęściej samą.
— Często można nie pojmować własnego swego powołania, mówił pan Sanvebourg. Diana wyraźnie urodziła się na siostrę miłosierdzia.
Nie zauważył tego zacny szlachcic, a wraz z nim nikt nie zauważył, że wszyscy protegowani panny Diany mieszkali w stronie Bivron, w okolicy zamku Champdoce.
Nie przypuszczano także, że w ten sposób z góry sobie zastrzegła prawo ukazywania się sama i gdzie się jej podoba, bez narażania się na gadaniny.
Ale napróżno robiła coraz częstsze wycieczki, zmieniała godziny, chodziła to bocznemi drogami, to wielkim gościńcem, — „dziki z Champdoce“ pozostawał niewidzialnym.
Nawet nie zawsze widywano go na mszy w niedzielę. Często książę przychodził sam.
Bo wypadek, bez znaczenia dla innych, a dla niego ogromny i zupełnie niespodziewany, sprawił przewrót w życiu Norberta.
W tydzień po wyjawieniu tego, co nazywał „rozumem stanu“ domu Champdoce, ojciec zatrzymał go po objedzie we wspólnej sali, do którego razem przy jednym stole zasiadali panowie i około czterdziestu sług zamkowych. Było to w końcu sierpnia i wszyscy zajęci byli żniwami.
— Nie ma potrzeby, mój synu, zaczął stary magnat, byś szedł do robotników.

― Ależ, mój ojcze...
— Pozwól mi mówić, proszę cię. Od dnia dzisiejszego nie będziesz już pracował jak dotąd. Przeznaczam cię do czynności mniej ciężkich może, ale trudniejszych. Będziesz dozorował i wydawał rozkazy pod mojem kierownictwem.
Z miny Norberta możnaby wnosić, iż nie wierzy temu. by ojciec jego mówił serjo.
— Nie jesteś już dzieckiem, mówił książę dalej, za życia mego jeszcze chcę cię przyzwyczaić do niezawisłości, aby po mojej śmierci wolność nie olśniła cię.
Wstał, wziął z kąta bardzo piękne myśliwskie przybory, położył przed synem i dodał:
— Jestem kontent z ciebie i oto dowód. Masz tu co potrzeba do polowania. Mój leśniczy, Tomasz, dziś rano sprowadził dla ciebie wyżła. Będziesz polował. Młody człowiek potrzebuje roztargnienia. Oprócz tego, ponieważ strzelec miewa wydatki nieprzewidziane, oto są pieniądze, które proszę byś oszczędzał, pamiętając o tem, że niewłaściwa rozrzutność może opóźnić chwilę, w której nasi potomkowie odzyskają swe stanowisko.
Długo jeszcze mógł mówić stary magnat. Syn słuchał go z otwartemi ustami, nie wyciągnowszy nawet ręki, by wziąć sześć sztuk pięciofrankówek, które mu podawał.
Ta pozorna obojętność nie podobała się księciu, który spodziewał się radośnych uniesień.
Jarnicoton! zawołał, przyjmujesz to tak zimno... sadziłem że ci zrobię przyjemność.
Norbert pojął, że dłużej nie może zachowywać milczenie, i zrobiwszy wysilenie nad sobą wybełkotał:
— Bardzo dziękuję ojcu, bardzo jestem wdzięczny.
Ale książę zniecierpliwiony, odwrócił się mrucząc:
Jarnibleu! Co to znaczy? Czy chłopak powziął jaki zły zamiar?
To zwolnienie rygoru, które przed rokiem napełniłoby radością serce Norberta, teraz nie sprawiło mu żadnej przyjemności. Było już za późno.
Nienawiść jego ku ojcu, którego nazywał swoim tyranem, była zanadto wielką, by mogła być w ten sposób rozbrojoną.
Zresztą jakąż to taką wielką łaskę robił mu? Dawał strzelbę — wielka rzecz! Trzydzieście franków!...
Czyż przez to będzie on mniej licho odziany, mniej niezgrabny, mniej śmieszny, mniej ciemny, mniej samotny? Czyż i nadal nie będą go nazywać „dzikim?“
Ale pora polowania nadeszła, Norbert polował, nie tyle znajdował przyjemności w marnowaniu prochu, ile w wałęsaniu z pięknym psem, nazwiskiem Bruno. Miał wreszcie towarzysza, przyjaciela, który czytał w jego oczach i który według tego, jak on sam, był smutny, lub wesoły, szedł ze zwieszonym łbem, lub skakał.
Ale nie mógł przestać myśleć o Daumanie.
Wypytywał się kilku robotników i wszyscy odpowiadali mu, że prezydent był człowiekiem niebezpiecznym, gotowym na wszystko.
Pomimo to, Norbert był zdecydowanym pójść do niego i żądać rady. Wahał się jednak, nie śmiał. Ostatni błysk rozumu oświetlał przepaść, w którą miał rzucić się.


III.

Dauman także czekał, wiedząc że ptasznik, który zręcznie rozstawił sieci, może założyć ręce i być pewnym, że skowronki złapią się.
Jak wszyscy eksploatujący po wsiach kolejno to chciwość, to nędzę, Dumain miał szpiegów wszędzie.
Godzina po godzinie, że tak powiemy, wiedział o wszystkiem co się dzieje w zamku Champdoce.
Powtórzono mu prawie dosłownie ostatnią rozmowę księcia z synem.
Nie bardzo się tem niepokoił, przekonany bowiem był, że zwalniając swój despotyzm, książę Champdoce przyspiesza tylko bunt syna.
Często wieczorem, gdy po obiedzie według zwyczaju wychodził z fajeczką na przechadzkę na wielki gościniec, Dauman zatrzymywał się przy lasku Bivron, zkąd widać było zamek Champdoce.
Pięścią groził staremu budynkowi i głuchym głosem powtarzał:
— Przyjdzie, przyjdzie..
Przyszedł.
Po tygodniu walki wewnętrznej, w końcu Norbert ośmielił się zapukać do drzwi nieprzyjaciela swego ojca.
Dauman z okna dostrzegł, jak wstępował on powoli z góry ze strzelbą na ramieniu, wyżeł Bruno biegł przy nim.
Stary hipokryta miał zatem czas do ułożenia swej fizjonomji i przybrania miny zupełnie różnej od tej, jaką miał przy pierwszem spotkaniu.
Z oznakami przesadnego uszanowania przyjął „pana markiza,“ ale umiał okazać się zakłopotanym; Norbert postrzegł to.
On, zwykle tak wymowny, posiadający zawsze tak wielki zapas ogólników, które wypowiadał swym klientom, teraz jakby nie mógł znaleźć wyjścia z frazesów, pełnych szacunku, i powtarzał tylko:
Jestem na usługi pana markiza, całkiem na usługi.
Norberta, który spodziewał się gorącego przyjęcia, tak jak i za pierwszym razem, zmięszała ta szczególna oziębłość, tak że przez chwilę miał zamiar odejść.
Dziecinna próżność powstrzymała go. Powiedział sobie, że jeżeli już przyszedł, to powinien zdobyć się na tyle odwagi, by przemówić.
— Chciałem się poradzić pana, tak zaczął, względem tego co pan wiesz. Nie mając sam zadnego doświadczenia, postanowiłem skorzystać z doświadczenia pańskiego.
Dauman, zdawało się, że spadł z obłoków. Wychylił w tył głowę, oczy podniósł do góry, jakby szukał natchnienia u belek.
— Cóż ja wiem, powtarzał, cóż ja wiem...
— Czyż nie miałeś mi pan, odrzekł Norbert, wskazać środka do zmiany na lepszą sytuację, która mnie trapi?
— W samej rzeczy, zdaje mi się...
— Wskazałeś mi pan dwa sposoby i napomknąłeś o trzecim, jak zapewniałeś skuteczniejszym; co to za sposób?
Zdawało się, że zakłopotanie, tak zręcznie udawane przez Daumana, jeszcze wzrosło po tem zapytaniu, zanadto dobitnem, by je można było uniknąć.
— Jakto, odpowiedział, z najprostoduszniejszym uśmiechem, na jaki mógł się zdobyć, jak to, pan markiz jeszcze pamięta?
— Ciągle o tem myślałem.
Łotr zachwycony był w duchu, ale zawsze z tym samym uśmiechem odpowiedział:
— O! panie markizie, pan wiesz, że tyle rzeczy mówi się!.. Między zamiarem a faktem jest jeszcze kawałek drogi. Ja z natury jestem tak szczery, że nie zawsze umiem powstrzymać mój przeklęty język. Ja mówiłem na wiatr.
Norbert był bardzo nieświadomym, ale zarazem energicznym. Zresztą w żyłach jego płynęła czerwona a gorąca krew Dompairów Champdoce.
Zerwał się nagle i kolbą strzelby uderzył w podłogę.
— To jest, powiedział, wziąłeś mię pan za głupca!...
— O! panie markizie...
— I sądziłeś, że ze mną można igrać bezkarnie. Zabawnem wydało się panu wyrwanie mi mojej tajemnicy. Co pan zamyślasz zrobić z niej? Rozgłaszać dla wyśmiania?... to za drogo kosztowałoby pana, panie prezydencie!...
Przerwał, zdziwiony zasmuconą miną Daumana, pożałował prawie swego uniesienia, gdy usłyszał jak ten zawołał tonem najboleśniej wzruszonym:
— Tak pan o mnie sądzisz, panie markizie? przypuszczasz pan, że jestem zdolny do takiej nikczemności!...
— Więc cóż znaczy dzisiejsze zachowanie się pana?
Zdradziecka fizjonomja Daumana wyraziła najżywszy niepokój.
Wahał się, zdawał namyślać co było właściwszem — milczeć czy mówić.
— Nakoniec wstał. Widocznie powziął już postanowienie.
— Słuchaj pan, panie markizie, powiedział stanowczo — powiem panu prawdę. Będziesz się gniewał kiedy zechcesz.
— Nie będę się gniewał. Mów, pan śmiało.
— Otóż rozważyłem....
— A!
— Tak jest. Ja, panie markizie, jestem tylko biedny człowiek, i nie wiele potrzeba by mnie zgubić. Najmniejsza moja nieostrożność może być ukarana brakiem chleba. Cóż ja robię, dopomagając panu memi radami? Wyraźnie krzyżuję projekta pańskiego ojca. Spojrzyjże pan teraz na mnie, Daumana, walczącego z potężnym i bogatym księciem Champdoce... (Ta się skłonił.) Co się stanie, jeżeli kiedykolwiek książę dowie się o mojem zuchwalstwie! Uda się prosto do prokuratora jeneralnego... (Tu znowu uchylił czapeczkę.) A jutro przyjdą żandarmi po imci pana Daumana i zaprowadzą go do więzienia.
Norbert nie dostrzegł w tem związku.
— Żandarmi?... zapytał, a to po co?
— Jak to po co? Więc pan nigdy nie czytałeś kodeksu, panie markizie? Boże! jak to rodzice są niedbali. Ja znam pewien artykuł 354., z którego można wyciągnąć co się spodoba, nawet pięć lat więzienia dla jego najniższego sługi. Oho! prawo nie żartuje, gdy chodzi o nieletniego, będącego synem milionowego księcia!... Drżę na samą myśl o tem, że ojciec pana może dowiedzieć się, iż ja panu wyjaśniłem jego prawa.
— Jakże może dowiedzieć się?
Dauman nie odpowiadał; a to znaczące milczenie wydało się Norbertowi tak ubliżającem, iż tupnąwszy nogą, powtórzył:
— Pytam się pana, jak mój ojciec może dowiedzieć się?

― Niestety, panie markizie! pan zanadto szanujesz a przede wszystkiem obawiasz się swego ojca, co zresztą jest obowiązkiem pańskim...
— To jest, pan sądzisz, że jestem tak naiwny, że mu wszystko wygadam?
— Nie, ale książę może powziąć podejrzenie i badać pana. Sam pan mówiłeś mi, że jeżeli spojrzy na pana w pewien sposób, to wymoże na nim co zechce.
Wszystko wyjaśniło się Norbertowi. Gniew jego ochłonął, i tonem gorżkim, ale prawie zimno odpowiedział:
— Mogę być „dzikim“, ale jeżeli przyrzekłem zachować tajemnicę, to żadne pogróżki ani tortury nie wyrwą mi jej. Obawiam się mego ojca, trwoga moja w jego obecności silniejszą jest nad moją wolę, ale jestem Champdocem i nikogo więcej nie boję się czy słyszysz pan?
— A!... tak!...
— Nikt i nigdy nie dowie się odemnie, żeś mi pan powiedział cokolwiek, daję panu na to moje słowo honoru.
Rysy prezydenta przybierały znowu wyraz sympatycznego współczucia, które takiem zaufaniem napełniało Norberta.
— Doprawdy, powiedział, widząc moje wahanie się, powiedziałby kto, że zamierzam podmawiać pana do czego złego, panie markizie, gdy tymczasem przeciwnie... Ale doświadczenie czyni ostrożnym. Ja miałbym dawać złe rady?! Nigdy! Czy to ja nie znam kodeksu? To mój brewiarz, to wskazówka mego postępowania, moja wiara i moje sumienie.
Wziął z biurka małą grubą książkę, zatłuszczoną w skutek częstego używania, i dumnie podnosząc ją dodał:
— Ale trzeba znać wszystko co się tam zawiera.
Panegiryk ten szczególnie zainteresował Norberta.
— A więc, zapytał, co mam robić?
Dauman mrugnął okiem i odrzekł:
— Nic, panie markizie. Nie całe trzy lata braknie panu do pełnoletności, trzeba mieć cierpliwość, czekać...
— Eh! gdybym czuł, że mam na to dość odwagi, to nie byłbym tu!
— A jednak jest to jedyny rozsądny sposób. Ojciec pana jest stary, po co go martwić? Pozwól mu pan jeszcze trzy lata pieścić się swemi rojeniami.
Silnem uderzeniem w stół Norbert przerwał mu.
— Jeżeli tylko tyle masz mi pan do powiedzenia, zawołał, to żałuję żem tu przyszedł.
— Wstał, gwizdnął na psa, jakby miał odchodzić.
Dauman nie ruszał się, pewny, że jednem słowem potrafi powstrzymać Norberta.
— Pan taki żywy, panie markizie, powiedział, iż nie dajesz mi skończyć.
— Więc kończ pan, rzekł młody człowiek nie siadając.
Ale Dauman, pomimo to, nie mówił ani prędzej, ani wolniej.
— Zauważ pan, panie markizie, tak zaczął, iż jeżeli wzywam pana abyś oszczędzał ojca, to z drugiej strony nie namawiam, byś znosił wszystkie jego fantazje. Czegoż ja chce? Widzieć was obu szczęśliwymi. Jestem w tej chwili jako poczciwy sędzia, usiłujący pogodzić dwóch przeciwników. Porozumienie może nastąpić w sytuacjach najtrudniejszych. Czyż nie mógłbyś pan, zachowując pozory najpowolniejszego syna, w rzeczywistości postępować według swego upodobania? Nigdy nie należy otwarcie sprzeciwiać się rodzicom. Iluż te młodych ludzi znajduje się w tem co i pan położeniu! Przed papą i mamą choć do komunii ich posyłaj, a poza plecami to istne djabełki. Gdzie nie ma siły, tam trzeba sprytem nadrabiać.
Z miny swego „klienta“ Dauman mógł sądzić o wrażeniu. Było ono wielkie.
— Czy teraz nie masz pan już pewnej swobody, panie markizie? mówił dalej Dauman. To rzecz główna. Czy ojciec pana może wiedzieć jak jej używasz? Czy na to by polować, czy też na co innego?
— Na co?
Dauman wybuchnął głośnym śmiechem.
— Ba!... czy ja wiem na co? To zależy od gustu. Ja mogę mówić tylko o tem, co robiłbym sam, gdybym był na jego miejscu...
— Mów pan!
— Otóż pozostawałbym w zamku równo tyle tylko, ile potrzeba, by się papa nie niepokoił. Resztę czasu spędzałbym w Poitiers. Wynająłbym tam mały apartamencik i żyłbym sobie jak młody człowiek, będący panem siebie. W Champdoce chodziłbym w kurtce i sabotach, ale w Poitiers miałbym śliczne ciżemki i suknie od najlepszego krawca. Potem wdałbym się w towarzystwo studentów, wesołych chłopców, przepędzających noce przy ponczu, bilardzie i śpiewkach. To się nazywa życiem. Miałbym przyjaciół, kochanki; chodziłbym na widowiska, na bale, do kawiarni. Praktykowałem ja to gdym odbywał studja!...
Tu przerwał sobie i nagle zapytał:
— W liczbie koni, które ojciec pana markiza hoduje, są pewno dobre bieguny...
— Rozumie się!
— A więc, cóż łatwiejszego jak wydresować jednego z nich dla swego użytku? Przypuszczam, że przyszła panu ochota jechać do Poitiers — cóż pan wtedy robisz? Wieczorem, gdy wszyscy myślą że już śpisz, pan wysuwasz się po cichu ze strzelbą i tym pięknym wyżłem co tu leży, siodłasz konia i marsz! we dwa tempa galopu jesteś pan w Poitiers. Konia zostawiasz w oberży, ubierasz się jak panicz, bo rzeczywiście jesteś nim — i ruszasz do przyjaciół. Jeżeli podoba się panu pozostać dłużej, to w zamku będą mówili, nie widząc ani psa, ani strzelby: „Poszedł na polowanie“, I sza!...
Norbert miał charakter prawy i silny. Myśl o takiem istnieniu, polegającem na ciągłem oszukaństwie, kłamstwach i podstępach, szczególnie była mu wstrętną.
Z drugiej strony ten obraz łatwych przyjemności, jaki mu przedstawiał Dauman, tak dobrze się zgadzał z jego rojeniami, że aż zbladł, tak mocnego doznał wzruszenia, i ogień najgorętszych żądz zabłysł mu w oczach.
— Tak, tak, powiedział, właśnie o tem myślałem.
— Więc cóż panu przeszkadza?
Biedny chłopak nie mógł powstrzymać głębokiego westchnienia i szepnął bardzo cicho:
— Na to trzeba pieniędzy, wiele pieniędzy, a ja ich nie mam. Gdybym prosił o nie ojca, to odmówiłby mi; zresztą nigdybym nie śmiał...
— Jakto, panie markizie? pan, który będziesz tak bogaty za trzy lata, pan nie masz przyjaciela, któryby mógł mu przyjść w pomoc?
— Nie mam nikogo!
I przytłoczony uczuciem własnej bezsilności, Norbert ciężko upadł na krzesło.
Dauman, zmarszczywszy brwi, zdawał się rozmyślać. W jego duszy odbywała się gwałtowna walka między dwiema całkiem sprzecznemi ideami.
— Otóż nie, panie markizie! zawołał wreszcie, nie będzie powiedziano, że byłem nieużyty widząc pana w nieszczęściu, i że nie starałem się być mu pomocnym. Źle to jest wprawdzie wkładać palce między drzwi — ale mniejsza o to — ryzykuję. Pożyczy się panu ile będzie trzeba.
— Pan mi pożyczysz, panie prezydencie?
— Na nieszczęście, nie ja! Ja jestem biedny człeczyna, nie mam nic odłożonego, zaledwie z największą trudnością zchodzi mi się koniec z końcem; ale mam zaufanie u wielu okolicznych zamożnych dzierżawców, którzy mi oddają swoje oszczędności dla lokacji. Któż mi przeszkodzi rozrządzić niemi na korzyść pana?
Norbert zaledwie oddychał, tak niepewność i nadzieja ściskały mu serce.
— O! gdyby to dało się zrobić, zawołał.
— Da się, panie markizie. Tylko będzie to drogo kosztować. Zażądają od pana i słusznie procentów, stosownie do ryzyki i strat, które mogą być znaczne.
— Mniejsza o to.
— Bo widzisz pan, kodeks nie uznaje tranzakcji tego rodzaju; a ja, wdając się w to, rozmijam się z zasadami całego mego życia. Powiedzą że to lichwa. Być może. Ja odpowiem że zysk, jeżeli jest niepewny, powinien być wielki. Obowiązkiem moim jest uprzedzić pana; — teraz niech się pan zastanowi. Wyraźnie oświadczam, że na jego miejscu nie zgodziłbym się na tę pożyczkę, czekałbym lepszej sposobności.
— Nie chcę czekać.
Dauman ruszył ramionami.
— Jak się panu podoba, odpowiedział. Pojmuję że pan nie wiele dbasz o to. Doszedłszy do pełnoletności będziesz pan tak bogaty, że zapłacenie kilku tysięcy franków nie zrobi mu różnicy.
I zaraz, dla zaspokojenia swego sumienia, jak mówił, chociaż Norbert nie słuchał go, począł mu wyliczać warunki pożyczki, z umysłu kładąc nacisk na najbardziej uciążliwe, twierdząc że obcym był tym śmiesznym pretensjom, że spełnia tylko zlecenia swych mocodawców.
— Rozumiesz pan? powtarzał za każdym frazesem, rozumiesz pan?
Norbert rozumiał tak doskonale, że z największą radością w zamian za dwa tysiące franków podpisał dwa weksle, na cztery tysiące każdy — a podpisałby dziesięć — na rzecz niejakich panów Besson i Lantaine, dwóch rolników z okolicy, podupadłych i pozostających całkiem na lasce Daumana, ich wierzyciela.
Przytem zobowiązał się honorem, że w żadnym razie nie wyzna, że prezydent wmięszany był w ten interes.
— Przede wszystkiem, panie markizie, ostrożność, ostrożność jak największa!... Nie mów pan ani żywej duszy o naszych stosunkach, a przychodząc do mnie ukrywaj się.
Była to ostatnia rada Daumana, po której „klient“ jego oddalił się.
Pozostawszy sam w gabinecie, prezydent począł odczytywać weksle Norberta, czy były w porządku, czy nie zawierało się w nich nic takiego, coby mogło je unieważnić.
Nie. Znał prawo, o niczem nie zapomniał, przewidział wszystko.
Naturalnie że Dauman miał nadzieję, że operacja nie zakończy się na tej niewielkiej pożyczce. Liczył na to, że Norbert prędko roztrwoni te dwa tysiące, sumę ogromną gdy idzie o jej zarobienie, a nic nie znaczącą gdy się ją rzuca przez wszystkie okna swej fantazji.
Namiętność ma sposoby i wybiegi niespodziewane. Niezmierna obawa, jaką Norberta napełniał ojciec, stała mu za dziesięć lat dyplomacji.
Czasami niedowierzał sobie i zapytywał sam siebie, czy naprawdę jemu, tak nieszczęśliwemu dotąd, zabłysło tak nadzwyczajne szczęście — i dla zapewnienia się, że nie był igrzyskiem snu, przebierał w kieszeni bankowe bilety.
Noc wydała mu się wieczną. Pożerany istną gorączką niecierpliwości, wił się na łóżku, gwałtownie pragnąc usnąć, aby stracić pamięć o zbyt powolnych godzinach.
Równo ze dniem był już na drodze do Poitiers, ze strzelbą na ramieniu, szybko krocząc i gwiżdżąc na psa, który przystawał na każdem polu.
Plan miał ułożony.
— Przyjdę, mówił sobie, wynajmę mały piękny apartamencik; pójdę do krawca, poznajomię się ze wszystkimi studentami i t. d. i t. d.
Na nieszczęście między życzenie a spełnienie wsunie się zawsze jakaś przeszkoda.
Przybywszy do Poitiers, gdzie był dotąd wszystkiego jeden raz, Norbert uczuł się zagubionym jak ptak wychowany w klatce, który wyleciał z niej, a nie umie posłużyć się swemi skrzydłami.
Szedł oszołomiony ulicami, spoglądając na domy, przypatrując się sklepom, śmiertelnie zakłopotany tem, jak sobie poradzi.
Zrozpaczony, zamierzył już powrócić do Champdoce, o tyle smutny, o ile z rana był wesoły.
Ale znalazł się Dauman.
Naśmiawszy się należycie z Norberta, poznajomił go z jednym ze swych przyjaciół, który za dobre komisowe podjął się być kierownikiem młodego „dzikiego“, wynajął mu mały apartament umeblowany, a potem zaprowadził do krawca, gdzie zamówił mu za 500 franków ubrania.
Wtedy sądził Norbert, że życzenia jego spełniły się w zupełności. Zachowując przez długie lata wstrzemięźliwość, znalazł się przy dobrym stole — i nic jeść nie mógł.
Stało się z nim to, co się zwykle zdarza z tymi, którzy żyli marzeniem.
W porównaniu z kłamliwą wyobraźnią, rzeczywistość wydała mu się zimną, wstrętną, odpychającą.
Zresztą trwożliwość, dzikość, poczucie własnej nieświadomości życia, paraliżowały go i nie dozwalały nasycić się żadną z tych przyjemności, jakie sobie przyrzekał. Potrzeba mu było przyjaciela — zkąd go wziąć?
Pewnego wieczora ośmielił się wejść do Kawiarni Kastylskiej. Chociaż był to czas wakacyj, znalazło się tam kilku studentów. Hałaśliwa ich wesołość strwożyła go i uciekł.
Żył więc sam w Poitiers, jak w Champdoce, nawet smutniej.
Godziny wycieczek przepędzał samotnie w swym apartamencie, w towarzystwie psa, który pewno wolałby biegać po polach. Lub też zdjąwszy kurtkę, przywdziewał piękne swe suknie i wychodził na przechadzkę.
Ogółem tylko pięć przyjemnych wieczorów spędził w teatrze.
A ileż to ryzyki kosztowała taka skąpa przyjemność, ile potrzeba było zachować ostrożności, ile nakłamać!
A potem ileż trwogi! Czyż ojciec nie mógł otworzyć oczu?
Książę rzeczywiście dostrzegł te wydalania i nieobecność syna, ale o sto mil od prawdy, przypisywał je rozmaitym innym przyczynom, przeciw którym niewiele miał do zarzucenia.
Jednak pewnego poranku począł wyśmiewać się z niezręczności myśliwskiej Norberta. Od czasu jak miał strzelbę, nie przyniósł on ani trzech sztuk zwierzyny.
— Przynajmniej dziś, powiedział mu, staraj się powrócić z pełną torbą, bo jutro będziemy mieli na obiedzie jednego znajomego.
— Znajomego?...
— Tak jest, odpowiedział książę Champdoce, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, będzie tu pan Puymaadour. Nawet na jego przyjęcie kazałem otworzyć i uporządkować sale jadalną na drugiem piętrze; tam będziemy jeść obiad.
Norbert oddalił się znowu zaintrygowany.
Ten obiad i te przygotowania były to wypadki nadzwyczajne. Ale wybór współbiesiadnika by! jeszcze dziwniejszy.
— Mniejsza zresztą o to! powiedział sobie, pójdę, może co upoluję.
Ale nie zawsze wystarcza chęć. Norbert był bardzo niedoświadczony.
Napróżno zrobił około sześciu mil rano i zmarnował mnóstwo prochu.
Jednak koło drugiej godziny, podchodząc do krzaków pod Bivron, zdało mu się, że o dwadzieścia kroków pod płotem dostrzegł jakiegoś nieostrożnego królika, zajętego skubaniem lucerny. Doskonała sposobność!
Z nadzwyczajnemi ostrożnościami podsunął się, zmierzył i wystrzelił.
Gdy huk strzału ucich, krzyk bolu czy przerażenia — krzyk straszliwy — odpowiedział na naszczekiwanie psa, który rzucił się w krzaki.


IV.

Mężczyźni bardzo chętnie chełpią się swoją konsekwencją, stałością, wytrwałością. Jestto z ich strony czysta próżność.
Tylko u kobiet znaleźć można wytrwałość, uparta, nieugiętą, dochodzącą do szału.
Pod tym względem panna Diana Sauvebourg była po dziesięćkroć kobietą.
Piękna ta i naiwna dziewczyna, pozornie zajęta drobnostkami, którą ojciec nazywał żartem „chorągiewką“, pod tą płochą powierzchownością ukrywała żelazną wolę i prędzejby umarła, aniżeli dobrowolnie zrzekła się projektu raz ułożonego — zostania księżną Champdoce.
Jednak długie jej przechadzki po okolicy, umiejętnie obmyślane dla spotkania, które, jak sądziła, będzie stanowczem, pozostały bezowocnemi.
Chociaż pogoda nie sprzyjała, było zimno, a na ścieżkach pełno błota, Diana ciągle odbywała w miłosiernym celu wycieczki dokoła zamku Champdoce.
— Przyjdzie przecież dzień, myślała, że ujrzę tego niewidzialnego.
Dzień ten, tyle upragniony, nadszedł.
Było to w połowie listopada, we czwartek; od początku tygodnia ociepliło się nieco.
Niebo błękitniało, ostatnie liście drżały wiatrem poruszane, kawki przelatywały po drzewach z gałęzi obnażonych.
Panna Sauvebourg, sama, z małym koszykiem w ręku, szła ścieżką, wiodącą do Mussidan, pod lasem Bivrou, od którego oddzielał ją tylko rów i gęsty wysoki żywopłot.
Szła powoli, gdy w tem na szmer łamiących się gałęzi podniosła głowę.
Spojrzała — i wszystka krew zbiegła jej do serca.
Po za płotem, po drugiej stronie, poznała tego, którym myśl jej była zajęta przeszło od dwóch miesięcy — Norberta.
Przybliżał się bardzo powoli, z ostrożnością myśliwca, z utkwionemi w jeden punkt oczyma i palcem na cynglu strzelby.
Nieprzezwyciężone wzruszenie przykuło Dianę do miejsca. Czuła, że siły ją opuszczają, myśli jej mącą się. Zmierzyła otchłań oddzielającą marzenia od rzeczywistości i cała piękna fantasmagorja jej projektów rozwiała się.
Sposobność, tak gorąco pożądana, tak cierpliwie wyczekiwana, przedstawiła się nakoniec; ale przerażenie jej było tak wielkie, iż czuła, że nie potrafi z niej skorzystać. Nie była w stanie wymówić ani jednego słowa.
Co to będzie?
Norbert przejdzie koło niej, skłoni się, ona odpowie mu skinieniem głowy, potem odejdzie ot i wszystko. A potem może znowu trzeba będzie czekać miesiące na drugie spotkanie.
Wszystkie te uwagi przez myśl jej przechodziły szybko jak błyskawice.
Bohaterskie robiła wysilenie, by zebrać całą swą odwagę, gdy wtem dostrzegła wymierzoną ku sobie strzelbę Norberta.
Groziła jej podwójna lufa. Chciała krzyknąć — nie mogła....
Ostry ból, jakby od ukłócia rozpaloną igłą, uczula w ciele, nieco wyżej ponad kostka. Podniosła ręce do góry, krzyknęła i padła na ścieżkę.
Nie straciła jednak zupełnie przytomności, gdyż słyszała huk wystrzału, straszny krzyk, który odpowiedział na jej wykrzyknik, a potem szczekanie psa i wielki łomot gałęzi.
Prawie w tejże chwili uczuła na swej twarzy jakby gorący oddech, potem coś mokrego.
Otworzyła oczy. Bruno, piękny legawiec, stał nad nią i lizał jej ręce.
W tejże chwili gałęzie rozsunęły się pod potężnym naciskiem i ukazał się Norbert, blady, zmieszany, z włosami najeżonemi od przerażenia.
Widok jego miał ten cudowny skutek, iż od razu przywrócił pannie Sauvebourg przytomność umysłu i zimną krew. Pojęła dobrą stronę swego położenia, postanowiła skorzystać z niej i zamknęła oczy.
Norbert, wobec tej kobiety leżącej na ziemi, nieruchomej i bledszej od marmuru, czuł że go szał opanowuje. Poznał ją — zabił pannę Sauvebourg!...
Pierwszym jego zamiarem było uciekać, biedz ile si stanie. Ale wrodzone uczucie obowiązku powstrzymało go.
Przybliżył się, drżąc straszliwie; schylił i poznał, że nie mogła być nieżywą.
Wtedy ukląkł przed tą dziewczyną, którą często zachwycał się w kościele, ostrożnie podniósł piękną jej głowę i sparł ją na swem ramieniu. Szukał gdzie otrzymała ranę.
— Pani, powiedział głosem z trwogi zaledwie zrozumiałym, pani! ulituj się! przemów choć jedno słowo!
Ona nie odpowiadała, namyślała się, błogosławiąc wypadek.
Nakoniec zrobiła poruszenie, które Norbertowi wyrwało okrzyk radości; potem bardzo powoli podniosła swe długie rzęsy i powiodła dokoła okiem zdumionem osoby, która się przebudza.

― To ja, pani, bełkotał biedny chłopiec, ja, Norbert Champdoce; czyż pani mię nie zna? Wielki Boże! co za okropne nieszczęście! Ja to panią zraniłem. Czy przebaczysz pani mi to kiedy? Pani pewno bardzo cierpi?
Niespokojność jego była szczera, panna Diana zlitowała się nad nim i nie nadużyła jej. Ruchem pełnym nieskończonej słodyczy odsunęła rękę podtrzymującą ja i wstała.
— Uspokój się pan, rzekła, ja to powinnam pana prosić o przebaczenie, żem zemdlała z powodu takiej błahostki, bo więcej doznałam strachu aniżeli bolu.
Uśmiechała się tak cudnie, mówiąc to, iż Norbert sądził, że niebo otwiera się nad nim. Odetchnał.
— Mogę więc biedz po ratunek? zapytał.
— Do czego? Wszak to nic więcej jak draśnięcie bez znaczenia.
— Wysunęła nóżkę, od której zawróciłaby się głowa silniejsza aniżeli Norberta i dodała:
— Patrz pan, to tu.
Rzeczywiście nieco wyżej butynka dość duża plama krwi zaczerwieniła cieniutką pończoszkę.
Na ten widok znowu Norberta ogarnęło przerażenie. Zerwał się żywo.
— Biegnę do zamku, powiedział, i najdalej za godzinę...
— Zabraniam panu, przerwała młoda dziewczyna; powtarzam że to nic. Patrz pan, mogę przecież poruszać nogą we wszystkich kierunkach.
I rzeczywiście poruszała wdzięcznie i zalotnie.
— Jednak proszę pani...
— Milcz pan! zaraz zobaczymy co to jest.
To rzekłszy, wyjęła z kieszeni mały scyzoryk i rozciąwszy pończochę, odkryła to, co nazywała straszliwą swoją raną.
Prawdę powiedziawszy, była to drobnostka. Trafiona została dwoma ziarnkami śrótu. Jedno zadrasnęło skórę, a drugie uwięzło w mięsie, ale nie głęboko, tak że można było widzieć je.
— Potrzeba lekarza, rzekł Norbert.
— Do tego?... E! nie warto zachodu.
I bardzo zręcznie końcem scyzoryka wydobyła ziarnko śrótu, które potoczyło się na ziemię.
Na środku ścieszki, nieruchomy, dech zatrzymując jak dziecko budujące już trzecie piętro pałacu z kart, Norbert przypatrywał się zachwycony pięknej dziewczynie, u stóp jego siedzącej.
Nigdy nie wystawiał sobie, aby ludzka istota mogła zjednoczyć w sobie tyle wdzięków. Nie miał wyobrażenia o przyjęciu tak przyjacielskiem i zarazem wesołem. W życiu swojem nie słyszał podobnego głosu, słodkiego i dźwięcznego zarazem, idącego prosto do serca.
A przytem jakie była piękna, niezupełnie jeszcze pozbywszy się wzruszenia. Łza drżała jeszcze w jej uroczych oczach, a jednak piękne usta już się uśmiechały. Cera jej była tak przejrzystą, że dawało się, iż można było widzieć krew nieco szybciej krążącą. Włosy, na pół rozplecione przez upadek, z dziwnym wdziękiem spadały złotemi zwojami na ramiona.
Norbert, tak łatwo zatrważający się, nie czuł bynajmniej pomieszania.
Panna Sauvebourg podarła swą batystową chustkę i zrobiła z niej cztery bandaże, któremi obwinęła ranę.
— Już rzecz skończona, rzekła, złe już naprawione.
To rzekłszy, podała mu swą delikatną rączkę, by pomógł jej wstać.
Stanąwszy, próbowała iść i zrobiła kilka kroków, lekko kulejąc może naumyślnie.
— Ach! zanadto dobrze widzę, rzekł Norbert, że pani cierpisz.
— Ależ nie, zapewniam pana. Piecze mię cokolwiek w tej chwili, ale do wieczora zapomnę już o tem.
Uśmiechnęła się donośnie i szczerze, jak pensjonarka, i z przyjacielską ironią dodała:
— A choćby i tak było, panie markizie, będzie to pamiątka naszego pierwszego spotkania.
Norbert zdziwił się, że Diana nazwała go panem markizem. Do tej pory tylko Dauman tak go tytułował. Grzeczność ta była jakby balsamem na zakrwawione ciągle rany jego miłości własnej.
— Przynajmniej, pomyślał, nie pogardza mną.
Panna Sauvebourg mówiła dalej:
— Ta tragi-komiczna przygoda powinna być dla mnie nauką. Mama zawsze mi zaleca, bym chodziła wielką drogą, ale ja tego nie lubię, to mię nudzi. O ileż przenoszę tę cienistą i wąską ścieżkę, z której widać całą naszą dolinę...
To mówiąc wyciągnęła rękę, a Norbertowi zdawało się, że przy tym ruchu podnosiła się zasłona jak w teatrze i że po raz pierwszy ujrzał krajobraz, wśród którego żył dotąd.
— Prawda, że to śliczne, powiedział.
— Ja codziennie przechodzę tędy, mówiła dalej Diana, chociaż to bardzo brzydko być matce nieposłuszną. Chodzę tędy do tej biednej Besson, której dom leży tam pod górą. Biedna kobiecina! umiera na piersiową chorobę i doktor sądzi, że nie przeżyje zimy. Robię co mogę, by jej dopomódz, noszę bułki, buljon, trochę mięsa...
Wyrażała się z rozczuleniem prawdziwej zakonnicy św. Wincentego à Paulo. Kobieta znikała ustępując miejsca aniołowi. Norbertowi zdawało się, że brak jej tylko skrzydeł.
— Ale to jeszcze nie wszystko, mówiła dalej, ta biedna Besson ma troje dzieci, którym brak wszystkiego. Zkąd może ona co dostać dla ich przyodziania, gdy nie zawsze miewa dość chleba, by ich nakarmić? Ojciec tych nieszczęśliwych jest próżniak. Zarabia niewiele, a i to co zarobi trwoni w szynku, powróciwszy zaś do domu, gdy jest podpiły, bije żonę.
Właśnie to na imię tego Bessona, pijaka, którego żona była żebraczką prawie, Norbert podpisał weksel na 4000 franków.
Ale Norbert nie zwrócił uwagi na tę okoliczność.
Jedno tylko rozumiał: że Diana wkrótce opuści go, powróci do Sauvebourg i że nie zobaczy już jej więcej.
Młoda dziewczyna podniosła już koszyk, który upuściła padając.
— Przed rozstaniem się z panem, zaczęła z widocznem wahaniem, chciałabym... gdybym śmiała... prosić pana markiza o jedną grzeczność....
— Mnie?... o błagam! mów pani!
Nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc uniesienie Norberta.
— Bardzo będę panu obowiązaną, tak zaczęła, jeżeli pan nikomu nie powiesz o dzisiejszym wypadku. Gdyby wiadomość o tem doszła do moich rodziców, toby się zaniepokoili i może pozbawili tej odrobiny wolności, jaką mam teraz, a z której tyle korzystają moi ubodzy.
— Będę milczał; nikt się nie dowie o okropnym wypadku, który...
— Dziękuję panu markizowi, przerwała Diana, dziękuję.
I skłoniwszy się z wdziękiem, dodała wesoło: — Na drugi raz, nim pan wystrzelisz, dobrze będzie gdy się zapewnisz przedtem, że nikogo nie ma na ścieżce.
Potem oddaliła się.
Ale już nie kulała; była tak szczęśliwa, że zdawała się nie dotykać ziemi stopami.
Bo dobrze zrozumiała spojrzenie Norberta, drżenie jego głosu, ruchy, zachowanie się. Czytała w jego twarzy i sercu myśli najtajniejsze i nie wątpiła, że wywarła wielkie wrażenie.
Zresztą kobiety mają jakby szósty zmysł, który im wszystko wykrywa.
— Teraz, powiedziała sobie, nie masz już wątpliwości — będę księżną Champdoce.
O! jakże błogosławiła ów strzał, który mógł ją o śmierć przyprawić...
W kilku frazesach i zachowując wszelkie pozory dziewicze niewinności, uwiadomiła Norberta o wszystkiem, co powinien był wiedzieć.
Powiedziała, że codziennie chodzi tą ścieżką. Nie znaczyło to, iż spodziewa się spotkać go tam, ale że nie zdziwi się gdyby spotkała.
Mówiła o pewnej swobodzie, jaką miała; czyż nie znaczyło to, że, gdyby co zaszło, nie będzie zmuszoną do obliczania minut rozmowy?
Pewną była, że Norbert nie był w stanie odgadnąć jej tak jak była pewną, że żadne jej słowo nie przepadnie marnie.
A zatem nie upatrywała przeszkód.
Po oddaleniu się Diany biedny chłopak uczuł, jak gdyby mu się coś rozdarło wewnątrz. Długo wiódł za nią oczyma i chociaż nie widział już, czuł się jednak jeszcze pod wpływem jej uroku.
Ale czy nie śnił?... Czy naprawdę była ona tuż przy nim przed chwilą, patrzała nań, mówiła do niego?...
Przyszło mu natchnienie, które uznał za boskie. Mógł mieć dowód rzeczywistości swych wrażeń — i jaki dowód?...
Ukląkł na ścieżce i po pilnych poszukiwaniach w trawie wynalazł owo ziarnko, którem zranił Dianę. Nawet cokolwiek krwi przywrzało na niem.
Zwolna, pogrążony w najsłodszych marzeniach, poszedł ku zamkowi.
Ku wielkiemu swemu zdumieniu, wszedłszy na dziedziniec, zastał główne drzwi otwarte, a w nich ojca, który, ujrzawszy go, zawołał:
— Jesteś nareszcie! Chodźże prędzej! przedstawię cię naszemu gościowi.


V.

Od śmierci nieszczęśliwej księżnej Champdoce górne piętra zamku były ciągle zamknięte.
Ale pomimo to, książę utrzymywał i upiększał znajdujące się tam apartamenta, tak samo jak pałac w Paryżu, nie dla siebie, lecz dla swoich prawnuków.
Sala jadalna na przykład była przepyszna. Zdobiły ją wielkie szafy z czarnego rzeźbionego dębu, pełne sreber z herbami Dompairów Champdoce. Wszystko tam było wspaniałe, bufet, stoły, krzesła obite drogą materją...
Gdy Norbert, przywołany przez ojca, wszedł do tej sali, ujrzał naprzód w zagłębieniu jednego okna niewielkiego otyłego mężczyznę, czerwonego, z grubemi wargami, oczyma na wierzchu głowy, nieco łysego, z wąsami i bródką hiszpańską.
Ubrany był starannie, nawet z wyszukaniem. Krawiec jego niezawodnie miał wiele gustu; ale maniery samego pana były pospolite.
Rzekłbyś, że jestto wczorajszy podwładny, nie oswojony jeszcze ze stosunkami wyższego towarzystwa, który trwożliwie wprawiał się w zuchwalstwo.
Gdy Norbert wszedł, książę Champdoce wziął go łagodnie za rękę i podprowadził do tego jegomościa, mówiąc:
— Panie hrabio! markiz Champdoce, mój syn.
Następnie zwrócił się do Norberta i dodał:
— Markizie hrabia Puymandour.
Norbert, kłaniając się, może zbyt nisko, był zdumiony widocznie. Tego tytułu markiza ojciec nigdy mu przedtem nie dawał.
Ten nieznajomy, nagle wprowadzony wbrew wszystkim zwyczajom zamkowym, ten obiad w wielkiej sali, ta ceremonjalna prezentacja według wszelkich przepisów etykiety, szczególny wyraz twarzy księcia wszystko to dało mu wiele do myślenia.
Opanowała go jakaś nieokreślona niespokojność, jak gdyby przeczuwał, iż dzień ten stanowczo wpłynie na jego los i będzie początkiem życia zupełnie odmiennego od dotychczasowego.
Tymczasem wielki dzwon zamkowy, milczący od piętnastu lat na zardzewiałych zawiasach, odezwał się uroczyście.
W tejże prawie chwili ukazał się lokaj, niezgrabnie niosący z niezmiernemi ostrożnościami ogromną srebrną wazę, którą ustawił na stola.
Biesiadnicy zasiedli.
Ten obiad we trzy osoby, w tej ogromnej sali, byłby bardzo ponury, gdyby nie hr. Puymandour. Ale tłusty ten człeczyna, oprócz że mówił wiele i z łatwością, posiadał niewyczerpane skarby dykteryjek, przygód, anegdot, które wygłaszał trybem pospolitym, śmiejąc się donośnie z własnych dowcipów.
A rozmawiając bez przerwy, jadł z wielkim apetytem i zachwycał się doskonałem winem, które książę kazał przynieść z piwnicy, gdzie miał wielkie zapasy, przeznaczone dla potomków.
Książę Champdoce, zwykle tak poważny, prawie ponury, milczący jak ludzie zajęci jedną stałą myślą, sam książę Champdoce uśmiechał się dobrotliwie, jak gdyby znajdował szczególną przyjemność w gadaninie swego gościa.
Norbert bardzo się nad tem zastanawiał.
Chociaż nie obdarzony wielką przenikliwością, studiował on swego ojca jak niewolnik pana i znał go. Miał dokładne zdanie o wielu rzeczach i dobrze wiedział, jakie przedmioty miały dar podobania mu się, a jakie oburzały.
Owóż gdyby p. Puymandour założył się, że obrazi wszystkie idee księcia Champdoce i wszystkie jego przesądy, to nie brałby się do tego inaczej.
Ale zacny ten hrabia nie zakładał się o nic podobnego. Widocznem było, że dalekim był od takich myśli. Twarz jego wyrażała najzupełniejsze zadowolenie z siebie i — z innych. Cieszył się, promieniał, tryumfował.
Zachowanie się jego nie miało w sobie nic zadziwiającego dla każdego, kto znał jego położenie w kraju.
Miał on tam reputację szkaradną.
Pan Puymandour mieszkał ze swą córką jedynaczką, panną Marją, w prześlicznym domu, może o milę od Champdoce. Przyjmować u siebie gości było dla niego największą przyjemnością — i przyjmował wspaniale.
Ale okoliczni arystokraci, najchętniej przyjmując jego dobre obiady, nie żenowali się przy trawieniu ogadywać go całą gębą. Mówiono wyraźnie: „Ten złodziej Puymandour“, albo „ten łotr Puymandour.“ Gdyby zbogacił się, rabując dyliżanse na szerokiej drodze, to i wtedy nie traktowanoby go gorzej.
Rzeczywiście był bardzo bogaty, miał niemniej pięciu milionów, jak mówili dobrze świadomi rzeczy. Ztąd zapewne pochodziła ta nienawiść.
Po prawdzie zaś p. Puymandour był porządnym człowiekiem, który bardzo uczciwie zarobił miliony na handlu wełną na granicy hiszpańskiej. Jedynym i największym jego błędem było to, że nazywał się po prostu Palouzet.
Niestety żył szczęśliwy i szanowany w Orthez, rodzinnem swem mieście, gdy pewnego poranku ukąsiła go tarantula szlachectwa i zatruła całe życie.
Nazwisko Puymandour zapożyczył od jednego ze swych majątków; hrabiowski tytuł kupił sobie za granicą; herby zamówił u najlepszego paryskiego fabrykanta.
Od owego czasu jedno miał tylko na myśli: być, albo przynajmniej wydawać się szlachetnie urodzonym.
Wygnany z Orthez wyśmiewaniem, osiadł w Poitoux, w nadziei, że znajdzie tam szlachtę mniej wymagającą i dostępniejszą. Błąd złowrogi!
Tolerowano go od pierwszego dnia, nie uznano zaś nigdy. Od dwunastu lat codziennie obijało mu się o uszy w średniej liczbie pięć napomknień, dowodzących, — że nie zapomniano o jego pochodzeniu.
Można zatem sobie wystawić, z jak głębokiem uczuciem wdzięczności udawał się do zamku Champdoce.
Jeść obiad u tego straszliwego księcia, który nigdy nie dopuszczał nikogo do swego stołu, znaczyło tyle, co otrzymać niezaprzeczony dyplom na szlachectwo.
Gdy podano kawę, wdzięczność p. Puymandour ujawniła się w oświadczeniach i przyrzeczeniach bezwzględnego poświęcenia.
A gdy wybiła dziesiąta, oddalił się, dumny z tego, że mógł podać rękę księciu Champdoce, który nalegał na to, że odprowadzi go aż do drogi.
Szli powoli, zatrzymując się od czasu do czasu, a Norbert, idąc za nimi, mógł pochwycić niektóre urywki z ich rozmowy.
— Zrobię com powiedział, mówił p. Puymandour, dam okrągło milion — to suma.
— O całą połowę za mała, odrzekł książę.
— Ależ gotówką.
Jarnicoton! kochany hrabio, dojdziesz pan do półtora miliona.
— Ach! książę zarzynasz mnie!...
Ale co mogły obchodzić Norberta te pieniężne rozprawy!
Myśl jego była o sto mil od nich. Od czasu jak Diana ukazała mu się, jak cudowny obraz mistykowi, myśli jego nie należały już do niego.
Zajęty był tak mocno, żę często machinalnie zatrzymał się, gdy jego ojciec i p. Puymandour stanęli.
Nie słyszał wyrazów, które wymienili rozstając się przy wielkich oświadczeniach i ściskaniu rąk.
— Znasz pan moje ostatnie słowo, rzekł książę Champdoce.
— O! nigdy! to być nie może!
— Więc dajmy temu pokój — namyślisz się pan we własnym swym interesie.
— Ha! pomyślę. Mamy czas. Bez pożegnania mości książę!...
— Do widzenia kochany hrabio. Moje winne uszanowanie pannie Puymandour.
„Kochany hrabia“ był już daleko, a książę ciągle jeszcze stał w miejscu, przysłuchując się krokom odchodzącego. A gdy był pewnym, że go już nie słyszy, zawołał:
Jarnicoton! ten Puymandour może poczytywać się za szczęśliwego, że go potrzebuję. Czy widział kto kiedy takiego bezczelnego łotra!...
Po tem przyjacielskiem wynurzeniu się wziął za rękę Norberta i poszli ku zamkowi. Ale przymus, jakiemu ulegał w ciągu wieczora, zanadto był wielki, aby nie czuł potrzeby wylania się.
— A jednak, mówił, jestto jeden z przedstawicieli nowej arystokracji i to jeden z lepszych. Bo chociaż wprawdzie wielki to bufon i nędznie próżny, jest inteligentny i uczciwy. Za sto lat potomkowie tych ludzi, lepiej wychowani aniżeli panowie ich ojcowie, utworzą szlachtę nową, tak samo żądną prerogatyw i wpływów jak stara.
Jeszcze przeszło godzinę książę rozszerzał się nad tym przedmiotem, zwykłym tekstem jego rozmyślań. Mógłby mówić całą noc bez przeszkody.
Naprzód syn nie ośmielał się mu przerywać, a powtóre nie słuchał go.
Norbert wysilał się nad zebraniem w jedno najdrobniejszych szczegółów swego porannego spotkania. Widział pannę Sauvebourg, dotykał jej skrwawionej pończoszki, harmonijny głos jej dźwięczał mu w uszach.
Ale czy nie był trochę za prostakowaty, nawet śmieszny?
To go najmocniej zajmowało i niepokoiło.
Tylko co nie zabiwszy panny Diany, tłumaczył się on przed nią zupełnie tak, jakby poprostu tylko nastąpił jej na nogę, lub rozdarł suknię.
Jakie zdanie mogła wyrobić sobie o nim?
Na myśl, że niezawodnie uzna go za nieokrzesanego i źle wychowanego, zupełnie jej niegodnego, krew mu uderzała do głowy.
Do kogo mógł mieć żal, że z obejścia się i wychowania był nie więcej jak prostym wieśniakiem? do ojca. Ach! gdyby był książę wychował go według stanu!... Od takich rozumowań nienawiść jego podwajała się jeszcze.
Tymczasem to, co Diana podgotowała i przewidziała, sprawdzało się.
Nie zapomniał Norbert o tem, iż powiedziała mu, że codziennie przechodziła ową ścieżką, gdzie ją spotkał.
A więc może poprawić swoją niezręczność.
W tej chwili zdawało mu się, że ma jej tysiąc rzeczy do powiedzenia, i że gdyby tylko spotkał ją, to znalazłby słowa, mogące rozczulić.
Ale trwożliwość mogłaby go zdradzić. Więc przepędził noc na obmyślaniu i pisaniu listu, który zamierzył wręczyć.
O! kłopot był z tem! Podarł i spalił ze czterdzieści brulionów.
Napisać po prostu „kocham panię“, zdawało mu się zuchwalstwem i nieprzyzwoitością. Silił się więc na wynalezienie frazesu równoznacznego.
Nakoniec nad ranem zdało mu się, że utworzył arcydzieło.
Rzucił się na łóżko, spał źle i zaraz po pierwszem śniadaniu wziął strzelbę, gwizdnął na psa i poszedł ku miejscu, gdzie dniem przedtem widział leżącą na ziemi omdlałą Dianę.
Niestety napróżno czekał.
Godziny wlokły się powoli. Nie przybywała.
A podczas gdy Norbert, miotany najokropniejszą niepewnością, czekał na nią i rozpaczał, Diana dwa razy podpatrzyła go, mając się na ostrożności, by sama nie była widziana.
Był to rys kokietki doświadczonej, a Diana wyszła z klasztoru. Ale wiadomo, że w klasztorach można nauczyć się wszystkiego, czego się tam nie wykłada.
Na drugi dzień zapewniwszy się, że Norbert czeka na nią, wycofałaby się może znowu tak jak wczoraj, gdyby nie jedna okoliczność.
Norbert rzeczywiście przyszedł znowu na miejsce, które poczytywał za święte i poprzysiągł sobie przychodzić tam codziennie, dopóki nie uda mu się zobaczyć Diany.
Usiadł smutny na brzegu rowu, pies Bruno położył mu się u nóg.
W chwili, gdy panna Sauvebourg przybywała od strony lasu Bivron, piękny legawiec odgadł ją. Zerwał się, szczeknął wesoło i poskoczył ku niej.
Nie było co wahać się, młoda dziewczyna postąpiła naprzód.
Nagle wyrwany ze swych marzeń, Norbert podniósł się i w dziesięć sekund stał już przed panną Sauvebourg.
Oboje mocno poczerwienieli, ona więcej jeszcze aniżeli on, przestraszona myślą, iż może dostrzeżono ją, jak ukrywała się, by podpatrywać.
Przez chwilę stali nieruchomi, milczący, okrutnie zmięszani, a tak blisko siebie, że czuli swój oddech.
Instynktowo spuścili oczy.
Norbertowi serce biło gwałtownie, myśli mu się mąciły.
W ręku trzymał ów sławny list. Czy ma go wręczyć?
W ostatniej chwili przestrach go ogarnął. Był to krok, po którym nie wypadało cofać się.
Cały ten list przedstawił mu się w ognistych zgłoskach i Norbert uznał go za to, czem był właściwie za deklamację dziecinną i śmieszną.
Natchnienie posłuży mu lepiej!
Zebrawszy więc całą swoją energię zdobył się na to, iż pierwszy przerwał milczenie.
— Jeżeli ośmielam się stanąć przed panią, tak zaczął głosem stłumionym i drżącym od wielkiego wzruszenia, to dla tego, że pożerał mię najnieznośniejszy niepokój. Czy też miałaś pani przynajmniej tyle sił, by dojść do Sauvebourg?
Zatrzymał się, oczekując na słowa zachęty; ale te nie odezwały się. Mówił więc dalej:
— Pragnąłem biedz do zamku, by dowiedzieć się czegoś; ale pani zabroniłaś mi wspominać o nieszczęśliwym wypadku... a za nic w świecie nie chciałbym być jej nieposłusznym.
— Dziękuję panie markizie, wybełkotała nakoniec Diana.
— Wczoraj, mówił Norbert dalej, cały dzień tu spędziłem, licząc minuty. Czy przebaczysz mi pani moje szaleństwo? Mówiłem sobie: być może, iż widząc moją boleść, odgadniesz pani mój niepokój, że zlitujesz się nademną, że raczysz...
Panna Sauvebourg wszakże nie wydała się tem dotkniętą.
— Wczoraj, odpowiedziała z najskromniejszą minka, matka mię zatrzymała.
Znaczyło to powiedzieć wszystko... lub nic...
Można było wziąć to za milczącą wdzięczność za to, że Norbert przybył na schadzkę, na którą sama przybyć nie mogła, albo też za prostą grzeczność.
Tej tajemnicy dwuznacznych odpowiedzi Diana nie nauczyła się w klasztorze. Wszystkie kobiety posiadają ją od urodzenia. Ale Norbert był jeszcze za naiwny, by o tem wiedzieć.
— Od dwóch dni, tak znowu zaczął, straciłem władzę nad samym sobą. Nie odemnie zależy przestać myśleć o tem, żem tylko co nie popełnił zbrodni i że widziałem panią w tem tu miejscu leżącą na ziemi, nieruchoma, bladą jak śmierć!... Jakże mogę zapomnieć, że pochylony nad panią, podpatrywałem jej ocknięcie się, że podniosłem ją, że głowa pani wsparła się na mojem ramieniu!... Chwilę tylko tak leżała, a jednak zdaje mi się, jak gdyby włosy pani pozostawiły tam woń przecudną, która mię upaja i która się nie ulotni, choćbym żył na wieki!...
— Panie markizie!... szeptała Diana, panie markizie!...
Powiedziano to było tak cicho, że Norbert nie słyszał. Mówił dalej:
— O! gdybyś pani wiedziała!... gdybyś wiedziała!... W owej chwili straciłem głowę i nie umiałem znaleźć słów dla wyrażenia tego com czuł. Zresztą czyżbym śmiał? Ale gdyś pani znikła na zakręcie drogi, gdym już nie widział jej błękitnej sukienki, zdało mi się, że nagle nastała noc i że serce bić mi przestaje.
Drżał, mówiąc to, na myśl o doznanem wrażeniu.
— Wtedy to, zaczął znowu ze wzrastającem wzruszeniem, przyszło mi na myśl owe ziarnko śrótu, które skaleczyło panią. Długo pochylony nad ziemią szukałem go!... Nie! nigdy nie pojmiesz pani, jak się uradowałem, gdym je znalazł!.. Nie pojmiesz, z jakim szacunkiem podniosłem je jeszcze zwilgocone krwią... Czemże były dla mnie wszystkie relikwie w porównaniu z tym skarbem nieocenionym, świętym!...
Panna Sauvebourg odwróciła głowę. Nie czuła się panią wyrazu własnej twarzy, nie mogła ukryć radości, jaka ją opanowała.
Nigdy nie spodziewała się ani tak prędkiego, ani tak wielkiego tryumfu.
Norbert nie pojął ruchu młodej dziewczyny.
— O! przebacz mi pani! zawołał prawdziwie zrozpaczony, przebacz, jeżeli mimowolnie obraziłem. Będziesz pani miała litość nade mną, jeżeli tylko zdołasz pojąć jakiem życiem żyłem do owej chwili!... Niestety! pożałuj mię pani... Gdyś mi się pani ukazała, pomyślawszy o jej spojrzeniu tak łaskawem, o głosie tak słodkim, wystawiłem sobie, żem nakoniec znalazł kobietę, którą zajmie mój los; a w zamian za to współczucie małoby było, gdybym oddał wszystką moją krew, całe moje poświęcenie, życie moje!ź
Dwięczny głos jego miał w tej chwili odcień szczególny, namiętność błyszczała mu w oczach i rozpromieniała jagody.
Panna Sauvebourg cofnęła się mimowolnie.
— Więc byłem szalony, zawołał Norbert rozdzierającym głosem, byłem szalony zanadto dobrze to widzę! Wyczytałem w książkach, że są fatalne losy — niezmiennie spełniające się!
Tego było nadto dla Diany. Była ona zdolną do wyrachowań, dochodzących aż do szkarady, ale była kobietą i miała ośmnaście lat.
Wzruszenie jej było silniejsze nad wolę; łkanie ścisnęło gardło, łzy trysły z oczu.
— Na miłość boską, panie markizie, szepnęła, nie mów pan tak! W naszym wieku nie rozpacza się...
Wzrok, towarzyszący tym słowom, był dość znaczący, by przywrócić śmiałość Norbertowi.
Biedny chłopiec zachwiał się, upadając pod ciężarem przewidywanego szczęścia.
— Przez litość, zawołał, nie igraj pani sobie ze mną, byłoby to źle, okrutnie!... Nie obudzaj pani nadziei nie do spełnienia... nędza moja byłaby w takim razie zanadto wielką.
Diana pochyliła głowę i nie odpowiadała. Wtedy Norbert padł przed nią na kolana, pochwycił za ręce i okrył pocałunkami.
Blada, drżąca, z zaciśniętemi ustami, Diana czuła jak ją unosi huragan namiętności młodej i potężnej. Pulsa jej biły w skroniach z gwałtownością niesłychaną, oddech był przyspieszony, ręce drżały.
Złapała się w sidła, które sama zastawiła i musiała zdobyć się na całą energię, aby się wyplątać.
— Masz pan słuszność, szepnęła z przymuszonym uśmiechem, wielką słuszność, pan jesteś szalony, wyraźnie szalony!
Uczuła jednak potrzebę przerwania nagle rozmowy.
— A moi ubodzy! zawołała, moi ubodzy, o których zapominam z panem!...
Norbert podniósłszy się, patrzał na nią błagalnym wzrokiem.
— O! gdyby mi wolno było towarzyszyć pani! zawołał.
— Dobrze! ale trzeba iść prędko.
Diana szła z pomocą do jednej staruszki w okolicy. Norbert widział, jak z poświęceniem i nieopisanym wdziękiem spełniała posłannictwo siostry miłosierdzia.
Wycieczka ta trwała około dwóch godzin. Powracali najdłuższą drogą. Nadszedł wreszcie czas rozstania. Doszli do pierwszych domów Bivron.
Położywszy palce na ustach, Diana nakazała milczenie, potem zwróciwszy się ku drodze, rzuciła Norbertowi ten jeden wyraz:
— Do jutra.
Wtedy dopiero Norbert odzyskał nieco zimnej krwi i mógł zebrać myśli rozproszone, jak liście w jesieni, burzą namiętności gnane.
Nakoniec los przestał go prześladować; miał więc zaznać szczęścia — które dotąd nie miało dla niego znaczenia.
Bo kochał tę młodą i piękną dziewczynę i gotów był przelać za nią wszystką krew.
Pojmował pomimo swego niedoświadczenia, że fakt pozostawienia w jego ręku owego ziarnka zakrwawionego ołowiu, znaczył tyle, co wyznanie, prawie zobowiązanie się.
To też z uczuciem tryumfu zdarł list, tak pracowicie pisany i rozrzucił na wiatr kawałki.
Wtedy żaden niepokój o przyszłość nie mącił mu myśli. Był pewnym, że opatrzność będzie się nim opiekowała, że wyraźnie wskazała mu swe zamiary, przygotowując w tak szczególny sposób spotkanie z panna Sauvebourg.
Nie mogło mu przyjść na myśl, że ta dziewczyna, tak niewinna, przynajmniej w połowie wyręczyła tym razem opatrzność, którą błogosławił w duchu.
Był tak wesoły przy wieczerzy, że aż ojciec zdziwił się.
Ale jakże książę Champdoce mógł domyśleć się powodów tego?
Jarnicoton! mój synu, zawołał, założyłbym się, że ci się powiodło na polowaniu.
— Tak jest, ojcze, — odpowiedział śmiało Norbert.
Na szczęście nikomu nie przyszło na myśl zajrzeć do jego torby myśliwskiej.
Na drugi dzień nie potrzebował czekać i rozpaczać tak jak wczoraj.
Znajdował się na miejscu zaledwie od pół godziny, gdy Bruno wesołem szczekaniem oznajmił mu o przybyciu panny Sauvebourg.
Była nadzwyczaj blada, a sine kręgi pod oczyma świadczyły o niepokoju, dręczącym ją od doby.
Opuściwszy Norberta, rozsądek przedstawił jej na co się narażała.
Stawiła na kartę całe swe życie, całą przyszłość i to, co młoda dziewczyna ma najdroższego — reputację i honor.
Przez chwilę miała zamiar zwierzyć się rodzicom, ale w końcu, odrzucając to szczęśliwe natchnienie, powiedziała sobie:
— Nie! oni mię nie zrozumieją. Ojciec zacznie dowodzić, że nigdy skąpy książę Champdoce nie da swego przyzwolenia. Nie wypuszczą mię z zamku, a może nawet odeszlą do klasztoru.
Ta ostatnia obawa położyła koniec jej wahaniu. Zrobiła postanowienia wytrwać w swoich zamiarach i działać sama, — nikogo nie pytając o radę.
Poszła więc, a widok Norberta rozprószył wszystkie smutne myśli.
Była zatem taką samą jak wczoraj: ożywioną i uprzejmą; jednak zachowywała się z większą oględnością, nauczona doświadczeniem, iż powinna mieć się na ostrożności przed własnem sercem.
Długo rozmawiali na tem miejscu, tak dla nich drogiem, i dopiero odgłos kroków wieśniaka, przechodzącego ścieżką, przypomniał Dianie w jakiem znajduje się położeniu.
Czyż nie powinna była odwiedzić swoich ubogich? Zaniedbać to w takim czasie byłoby najwyższym nierozsądkiem...
Norbert towarzyszył jej tak jak i wczoraj. Ośmielił się do tego stopnia, że podał jej rękę, którą przyjęła. W trudniejszych przejściach, gdzie ścieżka była śliską, opierała mu się lekko na ramieniu.
Tak było nazajutrz i dni następnych.
Spotykali się w tem samem miejscu w umówionej godzinie, rozmawiali przez chwilę, potem szli dalej.
Widywano ich idących ręka w rękę, pochylonych ku sobie, jak para kochanków; a wieśniacy przeprowadzali ich wzrokiem, przerywając swą pracę. W Poitoux plotki kwitną tak jak i w każdem innem miejscu.
Było to szkaradną nieostrożnością ze strony panny Sauvebourg, wiedziała o tem dobrze; ale właśnie skompromitowanie się było w jej widokach. A przytem tak samo jak Norbert nie mogła oprzeć się urokowi tych schadzek.
On położył w niej całe zaufanie i po upływie tygodnia nie miał przed nią żadnej tajemnicy. A Diana, w miarę jak go poznawała, utwierdzała się w swem postanowieniu.
Nie wątpiła o tem, iż będzie jej we wszystkiem posłuszny, gdy tego zechce; a obliczał, że wkrótce dojdzie do pełnoletności, będzie miał wolność rozrządzania sobą i będzie panem majątku swej matki.
Były to najszczęśliwsze chwile ich miłości.
Na nieszczęście listopad już się kończył i zima nadchodziła.
Pewnego rana Norbert wstawszy zauważył, że pogoda zmieniła się. Słońca nie było. Zimny wiatr kręcił poczerniałemi gałęźmi drzew i sypał deszczem.
Musiał przyznać sam przed sobą, że przecież nie pozwolą Dianie wyjść przy takiej pogodzie i smutno zasiadł z książką przed kominkiem we wspólnej sali.
Jednak panna Sauvebourg wyszła, lub raczej wyjechała w powozie do jednej biednej wdowy, mieszkającej w lichej lepiance przy wjeździe do Bivron.
Biedna ta kobieta przeszłego tygodnia złamała sobie nogę; córka jej, Franciszka, z trudnością zarabiała na wyżywienie.
Gdy Diana weszła do jedynej izby tej smutnej chaty, zastała wdowę we łzach, córkę także zapłakaną i klęczącą przy łóżku z głową ukrytą w poduszkach.
— Co się wam stało? zapytała, jakie nowe nieszczęście?
Wdowa pokazała jej leżący na łóżku arkusz papieru ze stemplem i opowiedziała, że dłużną jest sto trzydzieści franków, których nie mogła zapłacić na termin, że rujnowano ją na koszta sądowe, że mają zająć dwie jej krowy i sprzedać na licytacji, że następnie pozostanie bez chleba.
Powiedziała dalej, że przyczyną tego wszystkiego był prezydent, ten łotr Dauman; że działał tu jakby nie w swojem imieniu, ale wiedziała dobrze co należy trzymać o tym rozbójniku, złodzieju....
I następnie z prostotą wdowa opowiedziała, iż posłała błagać tego niegodziwca Daumana o przedłużenie terminu, ale on odmówił i miał czoło dodać, iż może zmieni swe zdanie, jeżeli poprosi o to córka wdowy...
Córka ta nie była piękna. wiele do tego brakowało; ale była to czerstwa wieśniaczką, jak jabłko rumiana; dzielna robotnica, która bez trudności mogła znaleźć męża.
Opowiadaniu wdowy towarzyszył krzyk córki, jak gdyby ja kto obdzierał ze skóry.
Panna Sauvebourg oburzyła się.
— To niegodnie zawołała; pójdę rozmówić się z tym człowiekiem, zaczekajcie na mnie.
Szybko wsiadła do powozu, kazawszy stangretowi spieszyć — i w dziesięć minut potem wchodziła już do prezydenta.
Dauman ujrzawszy wchodzącą, odsunął prędko krzesło i wstał z aksamitną czapeczką w ręku, udając pomieszanie pełne szacunku, które dalekiem było od niego.
— Po jakie licho przyjechała tu ta piękna panna? pytał się w duchu.
Ale Diana, chociaż niewiele znała Daumana, nie była jak Norbert do tyla naiwną, aby dała się złapać na takie sposoby.
Ruchem w najwyższym stopniu pogardliwym odepchnęła krzesło podsuwane jej przez Daumana.
— Panie Dauman, tak zaczęła głosem suchym i urywanym, jakiego używają młode panny wyższego towarzystwa, gdy się zwracają do niższych, — panie Dauman, właśnie w tej chwili wracam od wdowy Rouleau.
— A! pani zna tę biedną kobietę?
— Tak jest zajmuję się nią.
— Pani jest bardzo dobra, odrzekł prezydent, podle uśmiechając się.
— Nieszczęśliwa ta jest w najokropniejszej nędzy. Leży chora, bez żadnych środków, bez chleba, ma złamaną nogę.
— A tak... słyszałem o tym wypadku.
— A jednak prześladują ja, procesują, rujnują na papier stemplowy, zagrażają zajęciem dwóch krów, to jest wszystkiego co posiada...
Daumanowi udało się nadać swym rysom wyraz najszczerszego współubolewania.
— Biedna matka Rouleau! zawołał; słusznie mówi przysłowie: nieszczęście nie przychodzi samo.
Dianę zdumiał taki bezwstyd.
— Ależ zdaje mi się, rzekła, że to nowe nieszczęście panu tylko przypisać należy. Tak mi przynajmniej powiedziano.
Z miną oczernionej niewinności, prezydent podniósł do góry oczy, szepcząc:
— Boże! czy podobna?
— Któż prześladuje tę kobietę, jeżeli nie pan?
Dauman wydał się zrozpaczonym.
— Ja? zawołał, uderzając się pięścią w piersi, ja?.... A smocze języki! ja?... To tak, jak gdybym powiedział pani... ale nie, pani tego nie pojmie. Zresztą to wszystko równo. Rzecz tak się ma: Matka Rouleau pożyczyła u jednego mieszkańca w Mussidan pewną ilość zboża i ziemniaków; dobrze! W miesiąc potem kupiła u niego na kredyt trzy wieprzki; dobrze! Potem jeszcze coś. Wszystko razem czyni..... już sam nie wiem ile.
— Zdaje mi się, że sto trzydzieści franków.
— Być może. Wiadomo także, że powtarzała codziennie:„ zapłacę, zapłace“, a pieniędzy jak nie ma tak nie ma. W końcu znudziło to wierzyciela. Człowiek ten także jest w interesach!... Koniec końcem ja jestem jego doradcą; przyszedł do mnie z dokumentami. „Dość już mnie uwodzą, powiedział, teraz zajmij się pan tem.“ Zacząłem go namawiać, żeby był cierpliwy — ale gdzietam! Ani słyszeć nie chciał. Nawet zagroził mi, że jeżeli nie będę działał według prawa, to sprawę powierzy komu innemu. Cóż miałem począć? Zresztą ma on prawo za sobą...
Ile było prawdy w tej gadaninie, panna Sauvebourg nie mogła zmiarkować.
— Gdyby jeszcze, szeptał jakby do siebie, gdyby przynajmniej był jaki sposób uratowania tej nieszczęśliwej. Ale nie! wierzyciel żąda pieniędzy. Zkąd je wziąć? Gdybym je miał, wszystko ułożyłoby się od razu. Cóż kiedy nie mam.
Otworzył szufladę, w której znajdowało się kilka sztuk monety, razem około pięćdziesięciu franków i pokazując je, dodał:
— Oto wszystko, co jest w domu.
Ton, ruchy, spojrzenie były tak doskonałe, iż trudno było wątpić o szczerości.
— Ale jakiż ze mnie głupiec! zawołał nagle, matka Rouleau jest uratowana! nie będzie fantowana od chwili, gdy tak szlachetna dama nią się zajmuje.
Na nieszczęście Diana nie miała pieniędzy. Tak rozszerzyła zakres swej dobroczynności dla rozszerzenia zakresu swych wycieczek, iż nietylko poszły na to wszystkie oszczędności, ale już nawet kolejno dokuczyła swemi prośbami markizie i markizowi Sauvebourg.
— Rzeczywiście, muszę pomówić o tem z ojcem, odpowiedziała tonem, z którego można było domyśleć się, że wątpi o pomyślnym skutku tego kroku.
Prezydent posmutniał.
— Z panem markizem Sauvebourg! powiedział, o! w takim razie rzecz się nie skończy. Pan markiz pocznie wywiadywać się, będzie się wahał, targował, a tymczasem wdowa zostanie zfantowaną. Gdybym się ośmielił dać pani jedną radę, to powiedziałbym, że jeżeli pani sama nie ma stu trzydziestu franków, to najlepiej zrobi, gdy zażąda ich u kogokolwiek ze znajomych, naprzykład u markiza Norberta Champdoce.
Wymówił to nazwisko ze złośliwym naciskiem. Był to początek zemsty za pogardę, jaką mu okazano.
— Wiem, że książę nie napełnia złotem kieszeń swego syna, ale młody ten człowiek nie powinien mieć wielkich trudności w dostaniu pieniędzy, ponieważ bliskim jest pełnoletności. Nie licząc że nawet przedtem przez małżeństwo może mu dostać się ogromny majątek.
Panna Sauvebourg złapała się w zastawione na nią sidła.
— Małżeństwo!... zawołała.
— Ha!... czy ja wiem? Mówię małżeństwo, jak powiedziałbym dziedzictwo.... tak na chybi-trafi. To prawda, że jeżeli pan Norbert zamierza ożenić się według swego upodobania, a nie według woli ojca, to musi jeszcze poczekać przynajmniej ze sześć lat.
— Sześć lat!... ależ on będzie pełnoletnim za piętnaście miesięcy.
— I cóż z tego! Aby się ożenić bez przyzwolenia rodziców trzeba mieć nie dwadzieścia jeden, ale dwadzieścia pięć lat skończonych.
Cios był tak silny, tak niespodziewany, że Diana pobladła. Wszystka zimna krew ją odbiegła.
— Czy być może?... zawołała tonem najwyższej niespokojności, czy pan nie mylisz się? Ależ w takim razie...
— Prezydent uśmiechnął się z tryumfem.
— Ja nigdy nie mylę się, odrzekł, gdy idzie o prawo. Znam je, dzięki Bogu! Czy pani chcesz dowodów tego?
Podsunął swój brewiarz i otworzywszy go w miejscu, gdzie jest rzecz o małżeństwie, wskazał młodej dziewczynie.
Diana chciwie czytać poczęła, a tymczasem Dauman spoglądał na nią z boku jak kot, czatujący na ptaka na drzewie.
— Czy mam słuszność? zapytał. A zatem pan Norbert poczeka. Albowiem spodziewać się, że ojciec jego pójdzie przed tym czasem ad patres, byłoby szaleństwem; ci starzy — to mocni jak dęby....
Diana w zupełności została przekonaną. Wyprostowała się blada, z błędnym wzrokiem i poczęła mówić bez wielkiego przeświadczenia o własnych wyrazach:
— Cóż to mię obchodzi?... Pomówię z ojcem o tej biednej Rouleau... Dziękuję... wszystko pójdzie dobrze... spieszno mi bardzo...
Wyszła, zaledwie trzymając się na nogach.
Dauman kłaniając się ciągle, odprowadził ją aż do powozu i z wielkim szacunkiem otworzył drzwiczki.
— O! mówił sam do siebie zacierając ręce, będzie gorąco.
Oprócz tego, co sam mógł wywnioskować z zachowania się i oderwanych wyrazów panny Sauvebourg, Dauman nie wiedział nic więcej o zamiarach młodej dziewczyny.
Ale ta odrobina powinna była wystarczyć tak obrotnemu człowiekowi, aby wyjaśnić sobie i przewidzieć okropną walkę, w której obie strony uciekną się do środków ostatecznych.
Perspektywa ta zachwycała go.
Aby skorzystać ze swego położenia, powinien był być dokładnie poinformowany. No, nie było to morze do wypicia.
Czyż nie mógł przyciągnąć Norberta pod jakimkolwiek pozorem?
Znalazłszy się w swym powozie Diana oddala się najgwałtowniejszej rozpaczy.
Fatalne przewidywanie prawodawcy wywróciło jej wyrachowania.
Powiedziała sobie, czując się silną: „Z mojemi czterdziestu tysiącami franków posagu nigdy bogaty książę Champdoce nie zechce mnie za synowe. Ale mniejsza o to! Jak Norbert dojdzie do pełnoletności, ożeni się ze mną i bez przyzwolenia ojca. Trzeba czekać nieco dłużej nad rok.“
A zamiast tego ukazywało się jej sześć lat walki, niepewności — a w końcu możebność niepowodzenia.
I żadnej nadziei pomyślnego zwrotu. Słowa Daumana, wyrzeczone o księciu Champdoce, przyszły jej na pamięć:
„Tacy starcy żyją jak dęby.“
I jakże nie nienawidzieć tego straszliwego starca, jedynej przeszkody między nią a tem, co nazywała swem szczęściem?
Jaką bronią walczyć przeciw prawu?
Łkala. Jak szklanny pałac pod uderzeniem młotu, tak cała budowa jej rojeń rozprysła się na tysiąc kawałków.
Ale zanadto była energiczną, by się poddać. Nie należała do rzędu tych słabych istot, które idąc do celu, wstrzymują się przy pierwszej przeszkodzie i zawracają.
Co zrobi — nie wiedziała, ale więcej niż kiedykolwiek utwierdziła się w postanowieniu — walczyć i zwyciężyć. Najważniejszą rzeczą było widzieć się co najprędzej z Norbertem.
Gdy przybyła do wdowy Rouleau, już miała plan ułożony.
— Widziałam prezydenta, powiedziała, bądźcie spokojni, wszystko się ułoży, dzięki komuś, co mi dopomoże.
Zaczęły się dziękczynienia, ale przerwała je.
— Tylko, rzekła, potrzeba mi papieru i pióra.
Przerzuciwszy wszystko w izbie, znaleziono kawałek brudnego papieru i stary kałamarz, w którym kilku kroplami wina rozrobiła atrament. Potem śmiałą ręką nakreśliła co następuje:
„Poszłaby tam, pomimo pogody, gdyby nie musiała zająć się biedną chorą. Ten obowiązek zatrzyma ją jutro, a nawet zmusi, choćby czas był najgorszy, udać się koło drugiej godziny do, niejakiego Daumana.

D....“

Napisawszy ten list, odczytała go z uwagą dwa razy.
Ktoby Dianie dniem przedtem powiedział, że odważy się na krok tyle ryzykowny, jak napisanie listu do Norberta, temu śmiało odpowiedziałaby: „Nigdy!“
Tak jednak bywa zawsze. Raz wszedłszy na manowce wyrachowań i fałszu, nigdy nie można stanowczo powiedzieć: „Tego nie zrobię.“
Złożywszy list, Diana powiedziała do matki Rouleau:
— Trzeba to dziś jeszcze wręczyć panu Norbertowi Champdoce; ale tak, aby ani jego ojciec, ani nikt w zamku nie widział.
Właśnie Franciszce należało się kilkadziesiąt sous za robotę bluz dla ludzi zamkowych; podjęła się więc zlecenia.
Dziewczyna ta nie była tak niezręczną, jakby można było przypuszczać. Włożyła saboty, okryła się chustka i wyszła, a w godzinę potem list już był wręczony Norbertowi.
Na drugi dzień cokolwiek przed drugą godziną, pomimo ulewnego deszczu, Norbert stawił się u Daumana dla ułożenia się, jak mówił, co do swego długu; bo dwa tysiące franków już się wyczerpały i trzeba było pomyśleć o nowych zasobach.
Biedny chłopak także był zajęty myślami o małżeństwie. Poślubić tę modą dziewczynę, tak piękną, kochającą go do szaleństwa, żyć z nią w pałacu takim jak Sauvebourg, widzieć ją, słyszeć, rozmawiać z nią, wydawało mu się szczytem szczęścia.
Ale chociaż pożerany był ognistą żądzą, nie doszedł jednak do tego, by nabrać tyle odwagi i wynurzyć się ojcu ze swemi projektami. Z góry pewny był odmowy stanowczej. Zdawało mu się, że słyszy ostre drwiny, w których książę wyrazi swą odmowę.
Czyż los jego nie był stanowczo określony wolą niezłomną? Skazawszy go na najnędzniejszą młodość, zamierza ożenić z kobietą, której niecierpiał. Książę powiedział: „Poślubisz dziewczynę bardzo bogata.“
Ale co do tego punktu Norbert poprzysiągł, że się oprze. Zdecydowany był raczej umrzeć pod widłowatym kijem ojca, przy wykrzykach Jarnitonnere! aniżeli ustąpić.
Liczył na to, że Dauman dostarczy mu środków do oporu.
Rozpoczął właśnie rozmowę w tym przedmiocie, gdy usłyszał łoskot powozu, zatrzymującego się przed domem prezydenta. W tej samej właśnie chwili ukazała się panna Sauvebourg. Była bardzo blada, a zaciśnięte usta zdradzały wysilenie, jakie robiła sama nad sobą.
Jednym rzutem oka Dauman zrozumiał korzyści swego położenia; to też skracał formułki grzeczności i zaraz począł wyjaśniać Dianie, iż chcąc się jej przypodobać, zajął się sprawą matki Rouleau i że poczytuje ją za ułożoną.
— Mogę nawet, powiedział, pokazać pani list od komornika, który zgadza się na zatrzymanie procesu.
Zawzięcie szukał tego listu między papierami, jak gdyby ten znajdował się tam w samej rzeczy.
— Nie mogę wynaleźć, rzekł z niezadowoleniem, musiałem zostawić w sypialnym pokoju. Tyle mam zajęcia, że tracę głowę... Ale musi on gdzieś być. Niech mi pani pozwoli wyjść na chwilę — zaraz powrócę!
Wyszedł spiesznie i zamknął drzwi za sobą.
Był w samej rzeczy zmięszany nieco szczególnym zbiegiem okoliczności, które bez trudu i wysileń z jego strony sprowadziły dwoje młodych ludzi do jego domu i oddały poniekąd na łaskę. Potrzebował zastanowić się.
Nic nie ryzykował, gdyż tylko po drugą stronę drzwi wyszedł. A przykładając kolejno to oko to ucho do zamku, i widział i słyszał.
Ta chwila wolności wydała się Norbertowi łaską niebiańską.
Zaraz po ukazaniu się panny Sauvebourg zastanowiła go zmiana pięknych jej rysów, zwykle wyrażających najgłębszy spokój niewinności.
Ośmielił się ująć ją za rękę, której nie cofnęła i począł szukać jej spojrzenia, w nadziei, że wyczyta, co się dzieje w głębi duszy.
— Na miłość boską! tak zaczął, co pani jest? Nieszczęście tej biednej kobiety nie może przecież tak panią zasmucać!
Głębokie westchnienie było jedyną odpowiedzią Diany. Łza zabłysła jej w oku, drżała przez chwilę na rzęsach i zwolna stoczyła się po twarzy.
Łza ta boleścią napełniła duszę biednego chłopca.
— Na imię nieba, powtórzył głosem drżącym od niespokojności, co się z panią stało?... Diano! zaklinam, mów!... czyż nie jestem najszczerszym, najbardziej przywiązanym przyjacielem pani?
Diana zrazu opierała się, lekko odsuwając Norberta i odwracając głowę. Potem wreszcie z ogromnem wahaniem, i jak gdyby największy gwałt zadawała swej dziewiczej wstydliwości, wyznała, że wczoraj wieczorem, gdy tego najmniej spodziewała się, ojciec jej począł mówić o partji, która się nastręczała, o pewnym młodym człowieku, przedstawiającym wszelkie rękojmie urodzenia, charakteru i majątku, co zwykle skłania rodziców do przyzwolenia.
Norbert słuchał wybladły i miotany wszystkiemi furjami zazdrości i gniewu.
— I pani nie odmówiłaś! zawołał, nie odrzuciłaś tej okropnej propozycji?
— Niestety czyż mogłam!
Nie odpowiadając stanowczo, Diana poczęła rozwodzić się ze skargami nad tyranią rodziny. Cóż może biedna dziewczyna bezbronna przeciw kaprysom i wyrachowaniom rodziców, gdy na nią nalegają, obarczają wymówkami.
Jakże może swobodnie rozrządzić swem sercem pomiędzy dwiema ostatecznościami, zarówno przerażającemi: między wstrętnem jej małżeństwem i klasztorem, na którego samą myśl drżała.
Przytulony do drzwi swego gabinetu, nie tracąc ani jednego ruchu, ani wyrazu, Dauman cieszył się w duchu.
— Oho! powiedział sobie, nieźle, nieźle jak na pensjonarkę od wczoraj wyemancypowaną. Mała ma zdolności, a natchniona przezemnie może zajść daleko. Dobrze sobie poradziła dla wymuszenia wyznania na tym cymbale. Ale czy się jej uda?..
Najokropniejsza śmierć, pewna, niechybna, topór nad głową, nie przeraziłyby tak Norberta, jak to co usłyszał.
— I pani mogłaś wahać się! rzekł tonem wyrzutu. Z klasztoru można się wydostać, pomimo najwyższych murów, ale małżeństwo... małżeństwo!...
Zatrzymał się. Nie znajdował słów, by określić swe wrażenie przy jednej myśli — że panna Sauvebourg mogła należeć do innego.
Ona tymczasem, jeszcze piękniejsza w swem pomieszaniu, smutnym głosem dalej rozwodziła swe żale. Rzekłbyś, że pierś jej pęknie od bolu.
Jakież-bo powody uporu swego przedstawi ojcu? Czyż nie wiadomo, że nie będzie miała posagu, że poświęcona jest starszemu bratu, oddana na ofiarę głupiej dumie rodowej! Któż przy takich warunkach zajmie się nią, kto kiedy pomyśli o jej ręce?
— A ja! zawołał Norbert z drżeniem, a ja! Więc pani mię nie kochasz, kiedy nie raczyłaś pomyśleć o mnie?
— Niestety mój przyjacielu, szepnęła, czyż wolniejszy jesteś odemnie? Czyż losy nasze nie są jednakie? Czyż zapomniałeś, coś mi sam mówił? Czyż sam nie jesteś ofiarą rodowych uprzedzeń?...
Norbert słuchał, a rysy mu się skurczyły od zimnej wściekłości. Czuł, jakby nowy człowiek ocknął się w nim. Potężna energia przodków buntowała się. Czerwona krew Champdoce’ów, płynąca w jego żyłach, rozogniona namiętnością, kipiała jak lawa.
— Więc jestem tylko dziecięciem wątłem i lichem? rzekł, zaledwie powstrzymując się.
— Ojciec twój jest wszechpotężny, odpowiedziała mu z łagodnością rezygnacji, jest surowy i nieubłagany, a ty jesteś w jego mocy... ojciec twój, mój przyjacielu...
Tego było zanadto; burza, wrząca w sercu Norberta, wybuchła.
— Mój ojciec, zawołał głośno, mój ojciec!.. Eh! cóż mię to obchodzi! Jestem Dompaire Champdoce tak dobrze jak i on; a tem gorzej dla niego, jeżeli staje mi na drodze! O! biada temu, choćby to był ojciec, ktoby stanął między mną a kobietą, którą kocham! Bo ja cię kocham Diano! kocham! tyś moją i żadne siły ludzkie nie wyrwą mi cię póki żyję!
Stracił prawie przytomność, szalał. Wyciągnął ręce i ująwszy w pół młodą dziewczynę przycisnął ją z całej siły do swych piersi. I jak gdyby biorąc ją w posiadanie, złożył na czole gorący pocałunek.
Dauman, z okiem przy zamku, zatrzymywał oddech.
— Ba, ba! mruknął, miejsce, które teraz zajmują, warto dla mnie sto pięćdziesiąt tysięcy franków, które dadzą mi ci kochankowie. Co za ogień!.. jak jeszcze młoda dziewczyna i ja poczniemy razem dmuchać do pożaru niedaleko.
Drżąca, jak ptaszyna w ręku dziecięcia, panna Sauvebourg odpychała Norberta, usiłując wydobyć się z jego objęć.
Szczytnym wydawał się on jej w tej chwili, rozpromieniony gniewem, dumą i namiętnością. A czując, że w niej samej zadrżały wszystkie struny, przestraszyła się jego.. i siebie...
Po tym wielkim wybuchu Norbert umilkł, zmieszany własnem swem uniesieniem.
Teraz począł szukać owych argumentów rozsądnych, przekonywających, zapewniających tryumf. Wkrótce zdało mu się, że je znalazł.
— Czy odmówisz mi pani, czy odepchniesz mnie, powiedział spokojniejszym głosem, jeżeli na kolanach ze złożonemi rękami będę prosił, byś została moją żoną księżną Champdoce?
Panna Sauvebourg wzrokiem tylko odpowiedziała, ale nie było wątpliwości, że wzrok ten mówił: „Dobrze! o jak będę szczęśliwą!“..
— A więc, mówił dalej Norbert, do czego trwożyć się chimerami? Czyż wątpisz o mnie, o mojem słowie, o mojej miłości? Być może, iż ojciec oprze się zamiarom, które zapewniają szczęście całego mego życia cóż ztąd? Rychło uwolnię się od jego despotyzmu. Za kilkanaście miesięcy będę pełnoletnim, będę mógł iść za natchnieniem mego serca, a wtedy...
Z najsmutniejszą miną Diana potrząsła głową. Norbert umilkł nieco zaniepokojony i zapytał:
— Co pani chcesz tem powiedzieć? Jaką przeszkodę upatrujesz?
— Kołyszesz się złudnemi marzeniami, odrzekła Diana. Dopiero po skończonych dwudziestu pięciu latach mężczyzna ostatecznie wyzwala się z pod władzy rodzicielskiej i może nadać swe nazwisko komu zechce...
Przewidujący prezydent czekał na to oświadczenie pod drzwiami.
— Brawo! szepnął, brawo panna! A więc dla tego tu przyjechała!... chciała uprzedzić dzieciaka. O! można jej dawać lekcje, bo jak się pokazuje, pamięć ma dobrą...
Norbert nie mógł wierzyć swym uszom.
— To być nie może! zawołał.
— Na nieszczęście jest to prawda, mój przyjacielu. Ponad nami, ponad naszą wolą i najgoretszemi pragnieniami stoi prawo, a prawo to ustanowiło pełnoletność, jak powiedziałam dwadzieścia pięć lat! Więc trzeba będzie czekać siedm lat!... siedm lat! Wtedy posiędziesz swój majątek. Norbercie, zamieszkasz w Paryżu, otoczą cię pochlebcy, wszystkie rozkosze będziesz miał na zawołanie. Czyż pomyślisz wtedy o mnie? Czy przypomnisz sobie nawet, że istnieje jakaś biedna dziewczyna, której mówiłeś, że ją kochasz i która sama...
— Champdoce nic nie zapomina, zawołał Norbert i nigdy nie ustępuje! Co mi tam prawo? Gdy dojdę do pełnoletności, będę miał pieniądze i znajdę ludzi, którzy mię nauczą jak je obejść. A gdyby i to bylo niemożebnem to zobaczymy jeszcze. Powiedziałem: chcę i jeżeli potrzeba będzie, to przyzwolenie ojca siłą wyrwę...
Dauman wstał i powiedział sobie:
— Teraz pora ukazać się. Wpadnę odrazu, to mi zaoszczędzi długiej gadaniny.
To rzekłszy wstał.
Krzyk zdziwienia i przerażenia wyrwał się jednocześnie z ust panny Sauvebourg i Norberta.
Całkiem zajęci wrażeniami własnemi, zapomnieli oni o miejscu gdzie się znajdują, nawet o istnieniu prezydenta.
Ten zaś wcale nie wydał się zbitym z tropu, przewidział wszystko. Więc tonem najswobodniejszym, jakby szło o rzecz najprostszą w świecie, powiedział:
— Niepodobna znaleźć tego przeklętego listu. Ale mniejsza o to; zapewniam państwa, że sprawa wdowy Rouleau da się ułożyć... chciałbym powiedzieć to samo o własnej sprawie państwa.
Norbert i Diana zadrżeli i spojrzeli po sobie wzrokiem niespokojnym.
Obawa ta, zupełnie widoczna, zdawało się że okrutnie martwi Daumana.
— Eh, mój Boże! zawołał gderliwym tonem, wiem, że to do mnie nie należy i że macie prawo powiedzieć mi: „Nie wtrącaj się poczciwcze!“ Ale cóż państwo chcecie? to nad moje siły, niesprawiedliwość oburza mię i chcąc nie chcąc muszę zawsze stawać po słabszej stronie. O! nieraz wiele to mię kosztowało. Już ja się nie przerobię. Owóż przybywam i słyszę, jak wypowiadacie państwo sobie własne zmartwienia; czego nie słyszałem, tego się domyślam i natychmiast mówię sobie: Prezydencie, oto para ślicznych kochanków, stworzonych dla siebie...
— Panie przerwała mu Diana, urażona w całej swej niewieściej delikatności, panie!... pan się zapominasz.
Twarz Daumana wyraziła śmieszne i naiwne zdumienie człowieka, który sądząc, że oddaje usługę, postrzega swoją ogromną niezręczność.
— Niech mi pani przebaczy, wybełkotał, ja jestem tylko biednym wieśniakiem, mówię jak mi serce dyktuje; jeżeli zawiniłem, to nie umyślnie — milczę.
Ale Norbertowi bardzo chodziło o to, by rzecz się wyjaśniła, powiedział więc:
— Dobrze, dobrze, pani przebacza; mów dalej, prezydencie.
— Jedynie by być posłusznym panu markizowi.
— Dobrze, będę mu wdzięczny.
Dauman poczekał jeszcze kilka sekund na zarzuty Diany, ale ponieważ ta milczała, więc począł znowu:
— Otóż powiedziałem sobie: oto dwoje młodych ludzi, mających życzenia całkiem naturalne, rozsądne, nawet słuszne, a którzy będą zmuszeni walczyć przeciw woli swych rodzin. Młodzi, bez doświadczenia, nie znający kodeksu, niezawodnie zostaną pokonani. Dla czegoż nie miałbym stanąć po ich stronie? Rady moje zrównoważą partię. Bo ja znam prawo, studjowałem je, badałem; poznałem słabe i silne jego strony; wiem, jak je należy atakować i obracać.
Jeszcze dobrą chwilę śpiewał sam sobie pochwały, czy to że nie mógł pozbyć się tego przyzwyczajenia, czy też chciał pozostawić Dianie czas do zastanowienia się.
W każdym razie udawał, że nie patrzy na nich i że nie uważa, jak stojąc w zagłębieniu okna naradzają się po cichu.
— Dla czego nie mamy zwierzyć się mu? przemówił Norbert, ma doświadczenie, na trzy mile w około przychodzą do niego po radę w trudnych sprawach.
— Jakto? ydać mu naszą tajemnicę? Czyż nie podchwycił jej? On nas zdradzi; on za pieniądze zdolny jest zrobić wszystko.
— Tem lepiej, jeżeli jest chciwy, ta sama chciwość ręczy nam za niego; będzie milczeć, gdy mu się przyrzeknie hojne wynagrodzenie.
— Więc rób jak ci się zdaje, mój przyjacielu.
Ośmielony tem Norbert, przybliżył się do Daumana.
— Dość tego, powiedział, mam w panu zaufanie i poręczyłem za niego pani. Znasz pan sytuację — więc przejdźmy do faktów. Co pan nam radzisz?
— Zechciejcie czekać, powiedział żywo prezydent. Wszystko zależy od tego. Przed waszą pełnoletnością najmniejszy krok zgubić może wszystko.
— Jednak...
— Eh, panie markizie, cóż znaczy rok cierpliwości w pańskim wieku, z pewnością szczęścia w końcu? Na drugi dzień po dwudziestym pierwszym roku, przyrzekam wam — słowo Daumana — że potrafię trzema sposobami doprowadzić do kapitulacji księcia Champdoce i wymódz na nim przyzwolenie.
Mówił z niczem niezamąconą pewnością siebie.
— Do tego czasu, ciągnął dalej, ostrożność, panie markizie, ukrywaj się pan, udawaj... kto nie jest silniejszym, ten powinien być obrotniejszym. Spotkano pana przechadzającego się z panną Sauvebourg... gdyby ta gadanina doszła do uszu hrabiego i księcia Champdoce... zostalibyście rozdzieleni, zamknięci, pilnowani. Chcecie by się wam powiodło? Nie obudzajcie czujności. Im bardziej niespodziewane będą nasze ciosy, tem pewniejsze będą szanse.
Bliżej nie chciał tłumaczyć się, ale miał dar przekonywania, a gdy Diana i Norbert wyszli od niego, byli uspokojeni i pełni nadziei.
Była to zresztą pierwsza ich schadzka w tych czasach. Pogoda ciągle była tak szkaradna, że nie mogli myśleć o spotkaniu, a obawa, że będą szpiegowani, nie pozwalała im korzystać z gościnności Daumana.
Mieli jednak pomimo to wiadomości o sobie. Codziennie córka wdowy Rouleau zanosiła list do Sauvebourg i przynosiła ztamtąd odpowiedź do Champdece. Norbert pisał całe tomy.
Czas upływał i sąsiedni obywatele, gnani pierwszem zimnem, poczęli przenosić się do miasta. Stary hrabia Mussidan pojechał pod cieplejsze słońce do Włoch. P. Puymandour wybrał się z córką do Paryża.
Tylko pan Sauvebourg, zapamiętały strzelec, trzymał się jeszcze. Ale gdy spadł wielki śnieg, postanowił wreszcie naśladować ogólny przykład i przeniósł się do pięknego i obszernego domu w Poitiers.
Norbert i Diana przewidzieli ten rozdział i przedsięwzięli środki.
Zresztą i Poitiers nie było na końcu świata.
Dwa lub trzy razy na tydzień Norbert przyjeżdżał konno do miasta, szybko zmieniał ubranie i wychodził na przechadzkę przed niewielką furtkę wiodącą do obszernego ogrodu.
A w umówionej zawczasu godzinie furtka ta otwierała się tajemniczo, Norbert wsuwał się przez nią i znajdował Dianę, piękniejszą i więcej uwielbianą za każdym razem.
W skutek tej wielkiej namiętności i przekonania że jest kochanym, pozbył się on wiele ze swej dawniejszej trwożliwości.
Raz siedząc w kawiarni znalazł tam Montlouis, Owego syna dzierżawcy swego ojca, który go niegdyś zaprosił był na kawę.
Montlouis bawił tylko chwilowo w Poitiers. Skończywszy nauki miał on z nadejściem wiosny udać się do Paryża, do młodego wicehrabiego Mussidan i pozostawać przy nim w charakterze sekretarza-intendenta.
Odjazd ten jednak zasmucał go, gdyż jak to wyznał Norbertowi, kochał namiętnie pewną dziewczynę w Chatellerault, którą odwiedzał co niedzieli.
Wywzajemniając się za zwierzenie, Norbert nie mógł ukryć przed nim i swojej miłości. Nieraz też Montlouis towarzyszył mu do furtki ogrodu markiza Sauvebourg.
Jakim sposobem książę Champdoce mógł pozostawić synowi tyle swobody? Niepodobna wytłumaczyć tego zwolnienia surowości.
Jakkolwiek bądź, nie przeszkadzał on młodym ludziom przez zimę. Oboje oni pilnie obliczali dni onej upragnionej pełnoletności. Każde z nich miało kalendarzyk, w którym co wieczór wykreślał się dzień miniony.
Tak wykreślili grudzień, potem styczeń, potem jeszcze trzy miesiące; piękne dnie powracały, zamki zaludniały się; p. Puymandour i p. Mussidan powrócili, p. Sauvebourg także.
Jakże się uradowali Norbert i panna Sauvebourg, znalazłszy się u Daumana, wolni od wszelkiego przymusu!
Kilka tylko miesięcy mieli jeszcze czekać, a dla dodania sobie otuchy, przy tysiącznych ostrożnościach codziennie poobiedzie spędzali razem na ścieżce do Bivron, ale po drugiej stronie żywopłotu, ukryci za drzewami.
Właśnie gdy Norbert powracał z takiej schadzki z umysłem swobodnym i sercem przepełnionem radością, powiedziano mu, że ojciec wzywa go do wspólnej sali. Poszedł tam.
— Markizie, zaczął książę bez żadnej przedmowy, ciesz się, znalazłem dla ciebie partje, nie upłynie dwa miesiące, a będziesz miał żonę.


VI.

Człowiek najwięcej powinien obawiać się wtedy, gdy jest szczęśliwy.
W chwili, gdy przyszłość zdaje się uśmiechać, gdy słodko kołysane nadzieje zdają się urzeczywistniać — wtedy właśnie drżeć potrzeba.
Słońce świeci, najmniejszej chmurki nie masz na niebie, wonny wietrzyk powiewa, człowiek zasypia. A budzi się wśród huku piorunów i przy świetle błyskawic.
Piorun padając u stóp Norberta nie tyle przeraziłby go, co oświadczenie ojca.
„— Nie minie dwa miesiące, a będziesz miał żonę.“
Chwiejąc się pod ciosem niespodziewanym, który go wyrywał z błogich rojeń i stawił wobec nieubłaganej rzeczywistości, próbował odpowiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach.
Książę nie widział, czy też nie chciał widzieć pomieszania swego syna i tonem najspokojniejszym mówił dalej:
— Sądzę, mój synu, że nie mam potrzeby wyjawiać ci nazwiska twej przyszłej, bo zapewne odgadujesz je...
Norbert nie odpowiadał.
— Młodą tą dziewczyną, mówił dalej książę, jest panna Marja Puymandour. Znasz ją, widziałeś; nawet pewnej niedzieli, wychodząc razem z tobą z kościoła, przemówiłem do niej. Otóż... ale cóż to? nie słyszysz? nie odpowiadasz? nie przypominasz sobie?
— Mój ojcze, tak jest... przypominam...
— Pewno ci się spodoba. Jestto osoba bardzo piękna, słuszna, brunetka, silna, doskonale zbudowana dla obdarzenia nas tęgim spadkobiercą. Oczy, włosy i zęby ma prześliczne. Czy nie prawda?
— Rzeczywiście, odrzekł Norbert, nie bardzo wiedząc co mówi, zdaje mi się... sądzę... Jednak poprawdzie, zaledwie spojrzałem na nią.
Stary hrabia zrobił ruch dwuznaczny, bardzo godny byłego faworyta hrabiego d’Artois.
Jarnicoton! zawołał z drwiącą miną, sądziłem, że więcej o tem jesteś przekonany. Zresztą... będziesz miał czas rozpatrzeć się we wszystkiem jak się ożenisz.
Zona księcia umarła ze zmartwienia, syna swego doprowadził on do ostatniej rozpaczy; ale co go to obchodziło? Ani księżna, ani Norbert nigdy w życiu nie odważyli się podnieść skargi, lub zrobić jaką uwagę; zatem tryumfował.
— Zresztą markizie, mówił dalej, od twego ożenienia zacznie się nowa era. Twój wiejski ubiór jest już niewłaściwy. Jutro pojedziemy do Poitiers i każę cię ubrać jak przystoi młodemu człowiekowi twego stanu. Idzie o to, by nie zastraszyć tej turkawki...
— Jednak, mój ojcze...
— Zaczekaj. Odstąpię wam jeden apartament na górze i tam przepędzicie miesiąc miodowy, Ty się postarasz, by trwał on jak najkróciej. Wziąwszy się jak należy, prędko przyzwyczaimy twoją młodą żonę do naszego trybu życia. Sądzę, że nim rok upłynie, będzie już ona tem czem pozostać powinna dobrą wiejską gospodynią, rozsądną, oszczędną, wglądającą we wszystko, całe swe szczęście upatrującą w tem, by zebrać wielki majątek dla naszych potomków. Gdy do tego już dojdzie, zamkniemy apartament; ty powrócisz do roboczej kurtki — i rzecz skończona.
Niesłychane te pretensje nie były nowemi, sto razy książę jawnie je wygłaszał, a jednak Norbert był przerażony, jakby je usłyszał po raz pierwszy.
— Jednak mój ojcze, zaczął bez wielkiego wahania, gdyby panna Puymandour nie spodobała mi się?...
— No, to co?
— Gdybym prosił cię, ojcze, abyś mię uwolnił od małżeństwa, które będzie nieszczęściem całego mego życia?...
Książę Champdoce ruszył ramionami.
— Dzieciństwo odpowiedział. Związek ten podoba się mnie i tego dość...
— Mój ojcze...
— Przerywasz mi, jak się zdaje wahasz się?..
Sześć miesięcy przedtem Norbert uchyliłby czoło; ale teraz miał do bronienia swe szczęście. Zebrał więc wszystką swoją odwagę i powiedział:
— Nie, nie waham się.
Przywykły do biernego posłuszeństwa syna, uparty magnat nie pojął znaczenia tej odpowiedzi.
— A, to co innego, odrzekł. że tam jaki mieszczanin, ktoś pospolity, radzi się swego serca i szuka szczęścia w małżeństwie — to bardzo pięknie. Ale dla człowieka naszego rodu, małżeństwo powinno być sprawą rozsądku. Prawda, że związek jaki ci proponuję jest okropnym mezaliansem, ale trzeba to przebyć. Zresztą dla mężczyzny mezalians jest niczem. Nazwisko osłania kobietę, jak bandera towar. Choćbyś poślubił ostatnią pomywaczkę, zawsze twój syn będzie Dompaire Champdoce.
Mówiąc to, przechadzał się po sali i wymachiwał rękami z wielką gwałtownością.
Z— resztą nacisnąłem należycie tego bałwana Puymandour. Czy znasz warunki? półtora miliona liwrów w gotówce, donacja dwóch części jego majątku, z których zastrzega sobie tylko używalność. A wiesz, że ma najmniej pięć milionów. Pięć milionów wejdzie w nasz dom!... Przed moją śmiercią jeszcze będziesz miał przeszło sześć kroć sto tysięcy liwrów dochodu.
Egzaltacja jego wzrastała z każdą chwilą, dochodziła do szału.
Pochwycił za rękę syna i ściskając ją potężnie, zawołał:
— Jeden powód więcej do oszczędzania, do zbierania dla przyspieszenia odrodzenia naszego domu. Pomyśl o wspaniałej przyszłości naszych potomków, wielkich rodem i potężnych majątkiem!.. O, mój synu! przy tej jednej myśli można dokonać cudów abnegacji!...
Dwa czy trzy razy przeszedł się po sali, wykrzykując bez związku, a potem stanąwszy przed synem, powiedział:
— Rzecz ułożona. Jutro powiozę cię do Poitiers, uekwipuję, a w niedzielę będziemy na obiedzie u p. Puymandour.
Norbert odzyskał dość zimnej krwi, aby się zastanowić; niepokój jego był okropny.
Co tu przedsięwziąć w tej ostateczności?
— Czekaj! mówił mu rozsądek; przebiegłość jest bronią słabych. Dauman znajdzie jaki sposób.
Ale duma krzyczała:
— Oprzyj się podnieś twoją energię do wysokości energii twej kochanki; czyż miałbyś mniej od niej odwagi?
Głos dumy przemógł.
Potrzeba było ogromnej miłości, aby go natchnęła postanowieniem oparcia się ojcu, by ośmielił się stawiać czoło gniewowi, o którym wiedział że będzie straszliwy.
Jednak dwa razy otwierał usta, nim zdołał wymówić jeden wyraz. Siły fizyczne zdradzały wolę. Dusił się, krew mu uderzała do głowy, ogień palił wnętrzności.
— Mój ojcze, zaczął nakoniec, nie potrzeba jechać jutro do Poitiers...
— Co mówisz? co chcesz powiedzieć?
— Nie potrafię kochać panny Puymandour, mój ojcze, i... nigdy nie będzie ona moją żoną.
Od tylu już lat książę Champdoce widział zawsze swego syna na klęczkach przed najmniejszym objawem swej woli, że zdumiał się, skamieniał.
Wszystko mógł przewidzieć, oprócz tego.
Umysł jego wzdragał się zrozumieć to, co mu się wydawało potworną obrazą ojcowskiego majestatu.
Dobrze słyszał, a jednak wątpił jeszcze.
— Oszalałeś, powiedział wreszcie, i sam nie wiesz co mówisz.
— Wiem.
— Zastanów się, mój synu.
— Już się zastanowiłem.
Zdawało się, że Norbert naumyślnie chciał zrazić ojca, tak postawa jego była wyzywająca, głos oschły i urywany. Była to jednak z jego strony niezręczność tylko.
Książę Champdoce znowu robił wszelkie możebne wysilenia, by pozostać spokojnym.
— I myślisz, zaczął tonem pogardliwej litości, że poprzestanę na tej odpowiedzi?
— Spodziewam się, że ojciec ustąpi moim prośbom.
— Doprawdy?... Ja, stary, głowa rodziny, ułożyłem plan wspaniały, godny świetnego naszego rodu, wypracowałem go, całe życie poświęciłem na jego wykonanie, poświęciłem mu wszystko; i dziś, tak odrazu, zrzekłbym się go dla fantazji dziecka, dla kaprysu szaleńca!
Norbert zanadto dobrze rozumiał, że nie zdoła przezwyciężyć nieubłaganego oporu ojca, ani też zmiękczyć go. Ale chciał próbować rzeczy niemożebnej.
— Nie, mój ojcze, odrzekł, nie przez kaprys zaklinam cię, byś mi pozostawił swobodę. Czyż nie byłem dobrym synem zawsze? Sam to przyznałeś. Czym kiedy opierał się twoim rozkazom? Mówiłeś mi: „rób to“ — i robiłem; „idź tam“ — i szedłem. Jestem synem człowieka najbogatszego w okolicy, żyłem jak syn jednego z naszych wyrobników — a czym się skarżył? Czym choć raz zaszemrał, pracując na roli obok naszych parobków? Rozkaz mi, co się tobie spodoba...
— Rozkazuję ci ożenić się z panną Puymandour.
— Ojcze nie wymagaj tego ode mnie.
— Powiedziałem — będziesz posłuszny.
Norbert rozjątrzony bezskuteczną swą prośbą podniósł się i powiedział:
— Nie!... nie będę posłuszny.
Taka odpowiedź była bohaterstwem z jego strony.
Znał swego ojca i wiedział, jak straszliwym wybuchnie gniewem.
Rzeczywiście, książę zwykle czerwony teraz posiniał.
Jarnidieu! krzyknął straszliwym głosem, co cię ośmiela do takiego opierania się mojej woli?
— Poczucie mojego prawa.
— Od jakiegoż to czasu synowie nie słuchają gdy rodzice rozkazują?
— Od czasu, jak rodzice wydają im rozkazy niesprawiedliwe.
Tego nie mógł już znieść książę Champdoce.
Rzucił się na swego syna z podniesionym kijem, krzycząc: Jarnitonnere!... śmiesz mię wyzywać?...
Ale spuścił ów kij widłowaty, broń straszliwą w ręku człowieka zaślepionego gniewem. Rzucił go daleko od siebie i rzekł ochrypłym głosem:
— Nie!... nie uderzę Dompaira Champdoce!
Być może, że postawa Norberta zaimponowała mu.
— Młodzieniec ten, wczoraj tak trwożliwy, teraz ani się nie ruszył, ani zadrżał. Wobec tej pogróżki pozostał spokojnym, z założonemi rękami i podniesioną głową.
W wyniosłej tej obojętności, prawie do pogardy dochodzącej, książę Champdoce nie mógł nie poznać własnej krwi i może duma jego była wewnętrznie zadowolona.
Norbert ciągle patrzał wyzywająco. Tego książę znieść nie mógł.
I uchwyciwszy syna swego za kołnierz, powlókł go, lub raczej poniósł do jednego z pokojów drugiego piętra i rzucił tam jak przedmiot bezduszny.
Potem, zamknąwszy drzwi na klucz, powiedział:
— Masz dwadzieścia cztery godzin do zdecydowania się na poślubienie tej, którą ci przeznaczyłem...
— Nigdy odpowiedział Norbert, nigdy! nigdy!
Ostatnie to zuchwalstwo było zbytecznem. Książę nie mógł go słyszeć, bo był już na schodach.
Norbert pozostawszy sam więźniem, uczuł wysokie zadowolenie, jakiego się doznaje po spełnieniu czynności bardzo trudnej.
W tej chwili rzeczywiście był godnym Diany, tej dziewczyny tak energicznej; zasłużył ja sobie niejako i zastanowiwszy się nad tem co dla niej zrobił, na co się ośmielił, co zaryzykował, kochał ją tysiąc razy więcej.
Ale jak się z nią obaczyć, opowiedzieć wszystko? Czyż nie był zamknięty?
A jednak potrzeba było uprzedzić ją jak najprędzej, aby się miała na ostrożności.
Niezbędnem również było zawiadomić Daumana o zaszłym niespodziewanym wypadku, aby zasięgnąć rady, co dalej począć w takich okolicznościach.
Konieczność tego wszystkiego tak żywo przedstawiła się Norbertowi, iż miał projekt uciec.
Ale było to trudniejszem niż myślał zrazu. Drzwi były dębowe, przeszło na cal grube; chyba siekierą możnaby je rozrąbać.
Pozostawało okno. Znajdowało się ono przeszło na czterdzieści stóp od ziemi. Ale Norbert powiedział sobie, że zapewne urządzą mu łóżko na noc, że zatem będzie miał dwa prześcieradła, i że związawszy je razem zdoła spuścić się na dół.
Wymknąwszy się w nocy, z zamiarem powrócenia o świcie, wiedział on, że nie będzie mógł widzieć się z Dianą, ale powie przynajmniej Daumanowi, by ją uprzedził.
Zrobiwszy takie postanowienie, wyciągnął się w fotelu z lekkiem sercem, jakiego nie miał od czasu poznania Diany.
Między ojcem a nim lody zostały przełamane, a według jego zdania była to rzecz najważniejsza. Reszta, pozostająca do zrobienia, wydawała mu się błahostką w porównaniu z tem, co już dokonał.
— Ojciec musi być wściekły, pomyślał.
Co do tego punktu nie mylił się.
Nigdy nie widziano u księcia tak straszliwego wyrazu twarzy. Przy wieczerzy, na którą schodzili się wszyscy domownicy, nikt nie ośmielił się wymówić ani jednego wyrazu. Wiedziano jednak, że między synem a ojcem odbyła się scena gwałtowna i ciekawość była rozbudzona.
Po wieczerzy książę zawołał starego zaufanego służącego, będącego już od trzydziestu lat w jego domu.
— Janie, powiedział mu, Norbert jest zamknięty na drugiem piętrze w żółtym pokoju. Oto masz klucz, zanieś mu wieczerzę.
— Natychmiast.
— Zaczekaj. Noc przepędzisz w pokoju pana Norberta. Czy będzie spał, czy nie, ty nie zmrużysz oka. Być może, iż zechce wymknąć się przeszkodzisz mu. Jeżeli trzeba będzie użyć siły, to jej użyjesz. Jeżeli nie będziesz silniejszym, to mnie zawołaj.... ja przyjdę.
Rozporządzenie to księcia Champdoce niweczyło wszystkie projekta Norberta.
Próbował on prosić swego stróża, by mu pozwolił wymknąć się na dwie tylko godziny, poprzysięgając że powróci przed tym jeszcze czasem; prośby były próżne, tak samo jak obietnice i pogróżki.
Słowa Norberta, jego postawa, spojrzenie, sam sposób wyrażenia się, wyraźnie dowodziły księciu Champdoce, że w życiu jego syna istnieje cała jedna strona, której nawet nie podejrzywał.
— Wtem musi być kobieta, mruknął.
Konkluzja ta wynikła z samych faktów. Tylko kobieta może w tak krótkim czasie owładnąć umysłem młodego człowieka, by tak zmienić jego charakter z białego na czarny.
— A przytem, pomyślał książę, aby tak uporczywie odrzucać to co mu proponuję, on musi kochać inną.
Ale kto jest ta kobieta i jak ją wykryć?
Żądać, by Norbert wymienił ją, byłoby szaleństwem, książę to rozumiał.
Z drugiej strony wywiadywać się, rozpocząć rodzaj śledztwa — do tego miał wstręt.
— Część nocy przeszła na zastanawianiu się nad rozmaitymi sposobami; z rana przyszła mu myśl, którą uznał za wyborną.
— Mam Brunona! zawołał, psa Norberta, on mi wskaże domy, gdzie mój syn bywa i doprowadzi aż do owej kobiety...
Ten system poszukiwania był doskonały.
Książe zauważył, że od czasu zamknięcia polowania Norbert nigdy nie wychodził z zamku przed drugą godziną po południu. Była to wskazówka i postanowił czekać do tego czasu.
Uspokojony tem nieco, wydał zwykłe dzienne rozkazy. O południu, jak zwykle, siadł do stołu, a więźniowi kazał odnieść obiad na górę, zalecając, by go teraz strzeżono jeszcze pilniej.
Nakoniec nadeszła chwila wyprawy.
Gwizdnął na Bruna, który zwykle niechętnie z nim chodził, ale teraz pieszczotami i zachęcaniami książę doprowadził do tego, że pies wyprowadził go a na koniec alei kasztanowej. Tędy Norbert chodził codziennie.
Na końcu tej alei znajdowały się trzy drogi, idące w różnych kierunkach.
Wyżeł bez wahania rzucił się w lewo, jako wiedzący doskonale dokąd ma iść.
Około kilometra biegł ciągle drogą, potem doszedłszy do pewnego miejsca, nagle rzucił się na prawo w las, jak to zwykł robić jego pan. Szedł prosto w jednym kierunku, książę Champdoce podążał za nim.
Pochód ten trwał około czterdziestu minut; nakoniec Bruno wyszedł na ścieżkę, wiodącą do Bivron, ku miejscu, gdzie Norbert tylko co nie zastrzelił panny Sauvebourg.
Tu począł wietrzyć dokoła, ale nic nie upatrzywszy, usiadł. Rozumne jego oko zdawało się mówić: „Zaczekajmy.“
— Widocznie, powiedział sam do siebie ks. Champdoce, kochankowie tu się schodzą.
Obejrzał się i uznał, że miejsce zręcznie było wybrane. Ścieżka, mało uczęszczana, wiodła ku wiosce, las przedstawiał pewne schronienie, nakoniec, dzięki wzniesionej pozycji, zdaleka można było dostrzedz niebezpieczeństwo.
Ostatnia ta uwaga sprawiła, że książę ukrył się coprędzej.
Jasnem było, że jeżeli ta, która udaje się na schadzkę, zobaczy go z daleka, to wnet zwróci drogą ku wiosce i nic z tego nie będzie.
Wszedł więc w las i usiadł na mchu pod cieniem dębów.
Zastanowiwszy się uznał niebezpieczeństwo za mniejsze, aniżeli wystawiał sobie zrazu. W kim Norbert mógł się zakochać? W jakiejś ambitnej a obrotnej wiejskiej dziewczynie, która zauważywszy, że chłopak był naiwny, powzięła zamiar zrobienia go swym mężem.
Pozbyć się jej było nie wielką rzeczą.
Naprzód liczył na to, że ją zastraszy tak, że sama będzie namawiać Norberta, by ustąpił ojcu. W najgorszym razie zgłosi się do rodziców, którzy na jedno jego wezwanie wyszlą gdziekolwiek córkę.
Przypuszczał pewne nadwerężenie reputacji; ale nie wiele go to obchodziło, bo postanowił wszystko opłacić pieniędzmi.
W takich uwagach pogrążony był ks. Champdoce, gdy wtem usłyszał wesołe szczekanie psa, witającego znaną mu osobę.
— A, otóż i ona! rzekł wstając.
W tejże chwili gałęzie rozsunęły się i panna Sauvebourg lekko przeskoczyła niewielki rów.
Wtedy dopiero poznała księcia Champdoce i nie mogła powstrzymać krzyku przerażenia.
— Książę!...
Czuła się zgubioną, a przynajmniej w wielkiem niebezpieczeństwie. Uciekać!... zrazu myślała o tem, ale nie mogła; chwiała się, zmuszona była oprzeć się o drzewo.
Stary magnat był niemniej od niej zdumiony.
Czekać na jakąś dziewkę od krów i spotkać córkę markiza Sauvebourg! Ręce mu opadły.
Ale gniew przemógł zdumienie. Jednym rzutem oka objął nowe swoje położenie.
Jeżeli nie miał czego obawiać się wieśniaczki, to od panny szlachetnie urodzonej mógł się spodziewać wszystkiego. Pretensje pierwszej byłyby tylko śmieszne, głupie, zamiary drugiej miały zupełną słuszność za sobą.
Tu nie było co odwoływać się do rodziny.
Któż mu mógł poręczyć, że markiz i markiza Sanvebourg nie byli w porozumieniu z Dianą?
— Eh! eh! tak zaczął ze złośliwym uśmiechem, obecność moja zdaje się że nie bardzo panią zachwyca, kochane dziecię?
— Panie!
— No, no!... rozumiem. Idzie się do syna, a spotyka się ojca — zawód okrutny. Jednak nie miej pani za złe Norbertowi, że go tu nie ma; biedny chłopiec! to nie jego wina.
Panna Sauvebourg wcale nie była dziewczyną pospolitą.
Pod uroczą powierzchownością, po za temi pięknemi oczyma ukrywała się energia nie ustępująca w niczem energii starego magnata o herkulesowych kształtach.
Zmieszana przez chwilę rychło odzyskała całą swoją zimną krew, i chociaż okropność wypadku przerażała ją, nic jednak nie było widać na jej spokojnej twarzy.
Chociaż złapana na gorącym uczynku mogła zaprzeczyć: wszystkiemu można zaprzeczyć.
Ale to jej nawet przez myśl nie przeszło. Wyparcie się swego postępowania wydawało się jej nikczemnością niegodną jej. Zresztą zanadto była urażona drwiącym tonem księcia Champdoce i impertynenckiemi jego spojrzeniami, aby nie obruszyć się, aby nie odpłacić zuchwalstwem — niech się dzieje co chce.
— W samej rzeczy, mości książę, odrzekła głosem bynajmniej nie zmienionym, przyszłam tu dla pana markiza, syna pańskiego. Przebaczysz mi pan zatem, że się oddalę.
Skłoniła się z wielkim wdziękiem i zabierała do odejścia. Książę Champdoce zatrzymał ją łagodnie za rękę.
— Chciałbym z panią pomówić, moje dziecię, powiedział, usiłując przybrać ton jak najbardziej ojcowski i pomówić serjo.
— W takim razie słucham pana, odrzekła Diana z taką swobodą i naturalnością, jak gdyby była w salonie w Sauvebourg.
— Czy wiesz pani dlaczego Norbert nie przybył na umówioną schadzkę?...
— O! sądzę, że ma dobre i ważne przyczyny dla usprawiedliwienia się przedemną.
— Syn mój, moja pani, zamknięty jest i strzeżony przez moich służących, którzy mają rozkaz sprzeciwienia się nawet siłą wszelkiemu zamiarowi ucieczki.
Chociaż cios był tak ciężki, jednak Diana miała tyle energii, iż ułożyła twarz swoją jak osoba, dowiadująca się o małej przykrości, która się wydarzyła jednemu z jej przyjaciół.
— Jakto? zawołała, robiąc minkę, uwięziony? O! biedny chłopak, jakże go żałuję!
Książę był zmieszany tem, co w duchu nazywał bezprzykładną efronterją, zdziwiony i rozwścieczony.
— Mogę pani powiedzieć, rzekł podnosząc głos, mogę panią uwiadomić, dla czego z taką surowością traktuję mego jedynego syna, dziedzica mego majątku i imienia.
Oczy jego miotały błyskawice, ale od tego ani drgnął nawet wzrok Diany.
— Mów pan! odpowiedziała obojętnie.
— Otóż, ponieważ pani chcesz o tem wiedzieć, to uwiadamiam ją, iż znalazłem dla Norberta narzeczonę, której ręki pozazdrościłby książę udzielny. Jest ona prawie w latach pani, przytem piękna, miła, dowcipna, bogata...
— I zapewne bardzo szlachetnie urodzona?
Od tej ironii aż podskoczył uparty magnat.
— Półtora miliona franków posagu, odpowiedział ostro, warte przynajmniej tyle, co dziewięć pałek w koronie i wieża w błękitnem polu.
Był to herb Sauvebourgów, Książę zatrzymał się, by tem więcej dobitności nadać swej przymówce, potem mówił dalej:
— Oprócz tego majątku ma ona w przyszłości widoki również pewne fortuna jej niezawodnie potroi się co najmniej. Otóż taką dziedziczkę, mnie podobającą się, syn mój odrzuca... tego tolerować nie mogę.
— I masz pan słuszność, mości książę; jeżeli tylko przekonany pan jesteś, że małżeństwo to zapewni szczęście jego syna...
— Szczęście! a cóż to mię obchodzi, jeżeli zapewni przewagę naszego domu? Ród przedewszystkiem. Niech pani będzie pewną, że nigdy żaden Dompaire Champdoce nie zmieniał zdania raz powziętego, a ja postanowiłem, że Norbert poślubi tę, którą mu przeznaczam. Tak jest! poślubi, czy chce czy nie chce, poprzysiągłem to, tak chcę i to mu powiedziałem.
Diana cierpiała okropnie, ale niepohamowana duma podtrzymywała ją.
Będąc, a przynajmniej sądząc że jest pewną Norberta, zdobyła się na odwagę.
— A on? zapytała drwiącym głosem, cóż on na to?
Zuchwałe to zapytanie tak zdumiało księcia, iż na chwilę zatrzymał się.
— On?... wybełkotał, szukając w myśli wyrażenia niezbyt brutalskiego, on...
Ale wyzywająca postawa panny Sauvebourg tak go obruszyła, iż po chwili zawołał:
— Norbert usłucha głosu swego obowiązku, gdy mi się spodoba pozbawić go niebezpiecznych uwodzeń, a to mi się właśnie podoba teraz.
— O! Będzie mi posłuszny, gdy mu przedstawię, że jeżeli sam nie pojmuje znaczenia swego majątku i rodu, to są osoby znające się na tem i zazdroszczące. Być księżną Champdoce!... To piękne rojenie! Syn mój jest dzieckiem tylko; ale ja mam doświadczenia za dwóch. Ustąpi, gdy mu wykażę spekulację i interes tam, gdzie ten szaleniec widział tylko czystą miłość i poświęcenie. Wyjaśnię mu co należy myśleć o tych dumnych pannach, mających za całe mienie tylko piękną buzię i młodość, a które polują na mężów wszelkiemi sposobami, z wielkim uszczerbkiem własnej reputacji.
Panna Sauvebourg zbladła, usłyszawszy tę obelgę, tem boleśniejszą, że do pewnego punktu była zasłużoną.
— Śmiało, mości książę! zawołała tonem, w którym zarazem przebijał gniew i duma, śmiało!.. krzywdź pan biedną dziewczynę, nie mogącą bronić się, wyśmiewaj ją to i szczytne i zarazem szlachetne... godne człowieka dobrze urodzonego!
Książę ruszył ramionami na ten sarkazm.
— Sądziłem, odrzekł, że mówię do tej, której rady doprowadziły mego syna do buntu. Małżebym się omylić? Masz pani bardzo łatwy sposób dowieść, że jestem w błedzie: wymóż na Norbercie aby uległ.
Diana w milczeniu pochyliła głowę.
— A widzisz pani, zaczął znowu książę, unosząc się coraz bardziej, że po stokroć mam słuszność. Ale bądź pani ostrożną! ja nie przebaczę uporowi zawadzającemu moim zamiarom. Zastanów się pani: upór usprawiedliwi z góry wszelki odwet. Jesteś pani uprzedzona. Dość już tych miłostek.
Ten wyraz „miłostki“, wymówiony z najobraźliwszym naciskiem, do reszty zmącił myśli Diany. W tej chwili, aby się zemścić, poświęciłaby ona cały swój honor, ambicję, nawet życie.
Zapominając o wszystkiem i dumnie zrzucając maskę, wyprostowała się z twarzą zaczerwienioną od gniewu i oczami błyszczącemi nienawiścią.
— A więc... tak! zawołała głosem donośnym i z dumnym giestem pogróżki, tak jest! poprzysięgłam, że Norbert będzie moim mężem i będzie nim. Więź pan swego syna, mości książę, wydawaj go na ofiarę swoim brutalnym lokajom... nigdy nie wyrwiesz od niego nikczemnego przyzwolenia. Będzie się on opierał — bo ja tak chcę — do śmierci jeżeli trzeba. Nigdy energia jego, zdwojona moją energią, nie ugnie się...
Nie przestając wpatrywać się ostro w księcia, Diana cofnęła się aż do brzegu rowu, oddzielającego las od małej ścieżki.
Tam zatrzymała się i z ironicznym ukłonem dodała:
— Radzę, mości książę, byś oszczędzał swego syna, i nim zaczniesz napastować honor młodej dziewczyny, pomyśl, że przyjdzie dzień, w którym będę należała do jego rodziny. Żegnam...
Diana była już daleko, a książę stał jeszcze ciągle w jednem miejscu, drżąc od gniewu, machając rękami i miotając na wiatr najstraszliwsze przekleństwa i groźby.
Gdy tak wynurzał swój gniew, sądził, że jest sam. Ale mylił się. Dziwna ta scena miała jednego niewidzialnego świadka: Daumana.
Uwiadomiony przez jednego ze służących zamkowych o tem, co nazywał „sekwestracją młodego markiza“, prezydent o jednem tylko myślał: jakby o tem uwiadomić Dianę.
Na nieszczęście nie miał żadnej sposobności po temu. Osobiście nie mógł udać się do Sauvebourg, a za nic w świecie nie napisałby dwóch słów.
Był więc w wielkim kłopocie, gdy przyszło mu na myśl udać się na miejsce zwykłych schadzek dwojga kochanków.
Znając miejsce i godzinę, wybrał się w porę i przyszedł w chwili, gdy Diana, ujrzawszy księcia, krzyknęła. To go przestrzegło. Wprawdzie Bruno zwietrzył go, ale pogłaskany uspokoił się.
Wtedy z niezmierną ostrożnością wśliznął się, czołgając aż do miejsca, zkąd nie tracił ani jednego ruchu, ani jednego wyrazu.
Jeżeli delektował się wściekłością księcia, tego nieprzyjaciela, którego nienawidził aż do zbrodni, to z drugiej strony uwielbiał śmiałość Diany. Energia jej wydała mu się szczytną, jemu, którego jedno spojrzenie tego straszliwego magnata trwogą przejmowało. Nigdy nie marzył nawet, aby tak dzielny charakter był na usługi jego nikczemnych zamysłów.
Ale gdy Diana znikła, ważniejsze zajęły go myśli.
Pojął on, że panna Sauvebourg, spaliwszy za sobą okręty i przyjąwszy jawną walkę, znajdzie się w nadzwyczaj trudnem położeniu i że niezawodnie przed powrotem do Sauvebourg nie zaniedba zajść do niego.
— Otóż powiedział sobie, jeżeli chcę skorzystać z jej gniewu, nim ten ochłonie, muszę być w domu, by ją przyjąć.
I nie obawiając się już niczego, zerwał się szybko z ziemi i pobiegł polem.
Szmer w gęstwinie przerwał monolog księcia Champdoce. Nadstawił uszu i zdało mu się, iż słyszy czyjeś kroki.
— Kto tu? zawołał, podchodząc ku miejscu, zkąd szmer wychodził.
Żadnej odpowiedzi.
Może się mylił. Przywołał psa i krzyknął:
— Szukaj! szukaj!
Bruno wiedząc o co idzie, nie bardzo się kwapił. Obiegł jednak parę razy krzaki, w których ukrywał się był Dauman, a potem zatrzymał się na jednem miejscu.
Książę Champdoce pooszedł i nachyliwszy się dostrzegł na mchu wyraźne ślady nóg.
— Podsłuchiwano nas! zawołał bardzo tem zdziwiony, ale kto?... Czyżby Norbert uciekł?...
We dwadzieścia minut książę już był w domu.
Przez dziedziniec przechodził właśnie jeden z parobków. Przywołał go i zapytał:
— Gdzie jest mój syn?
— Tam na górze, mości książę.
Odetchnął. Norbert nie zdołał oszukać czujności swych strażników. Więc to nie on podsłuchiwał w lesie.
— Nawet, dodał służący z miną bardzo zmartwioną, nasz młody pan jest w stanie bardzo smutnym...
— Co mu jest?
— A!... chciał uciec. Jan był zmuszony wołać o pomoc... Pan Norbert jest okrutnie silny. Ledwo w sześciu zdołaliśmy go utrzymać.
— Ale nic mu złego nie stało się? — Eh, nie. Ale gdyby nie my, to rzuciłby się przez okno. Krzyczał w niebogłosy, że oddali się tylko na dwie godziny, że tu idzie o jego szczęście, o życie...
Była trzecia godzina, to jest właśnie chwila, w której Diana przybywała ścieżką od Bivron. Ale co to mogło obchodzić zatwardziałego starca?
Ze stanowczością człowieka przekonanego że spełnia święty obowiązek, książę poszedł po schodach na drugie piętro i zapukał do drzwi pokoju, w którym Norbert był więziony.
Jan, zaufany sługa, otworzył mu. Przeszło minutę książę stał na progu nieruchomy i rozglądał się.
Wszystkie sprzęty w pokoju były porozrzucane lub połamane.
Barczysty parobek od pługa siedział w oknie.
Na łóżku leżał Norbert zupełnie ubrany i twarzą odwrócony do ściany.
— Zostawcie nas, rzekł książę Champdoce do służących, którzy się oddalili.
Potem podszedłszy do łóżka, rzekł do syna:
— Wstań Norbercie.
Młody człowiek był posłuszny.
Więcej jeszcze aniżeli pokój ubranie jego świadczyło o zaciętej walce jaką odbył. Kołnierz i przód koszuli był rozdarty, kawałek koszuli zwisał na boku.
Kogo innego a nie księcia Champdoce zdziwiłby ponury i gniewny wyraz twarzy Norberta, która napuchła i skurczyła się; błędne oczy błyszczały jak u szaleńca.
— Co to znaczy? zapytał książę najsurowszym swym głosem, rozkazy moje nie wystarczają?
w nieobecności mojej trzeba było użyć siły, by cię zatrzymać?
Norbert milczał.
— A więc takie to, mój synu, są natchnienia samotności? Jakież masz nadzieje, zamiary?
— Chcę być wolnym.
Chociaż odpowiedź była jasna i stanowcza, książę Champdoce nie chciał jej słyszeć i mówił dalej:
— W tym twoim zaciętym uporze widzę wpływ przewrotnych rad kobiety, która postanowiła skorzystać z twego niedoświadczenia, a która, aby tem snadniej zawładnąć tobą, schlebia twej dumie i złym skłonnościom.
Zatrzymał się, czekając na odpowiedź, ale gdy tej nie było, mówił dalej:
— Szukałem tej kobiety, którą podejrzywałem, i jak możesz domyśleć się, znalazłem. Wracam z lasu Bivron. Czyż potrzebuję ci mówić, że spotkałem tam pannę Sauvebourg?
— I... mówiłeś z nią ojcze?
— Tak jest. Powiedziałem jej co myślę o tych awanturnicach, które zalotami podchwytują fryców, by ich wyzyskiwać.
— Mój ojcze!
— Jakto?... Czyżbyś się dał złapać na piękne pozory miłości tej jejmościanki? Sądziłem żeś przezorniejszy. Nie do ciebie, markizie, umizga się ona, lecz do naszego majątku i imienia. Ale ja tu jestem, jarnidieu! i wyjaśniłem jej, jeżeli nie wiedziała o tem, że są domy, w których zamykają kobiety bałamucące młodych ludzi!...
Twarz Norberta okryła się śmiertelną bladością.
— Powiedziałeś to jej ojcze!.. zawołał dzikim głosem. Poszedłeś znieważyć kobietę, którą kocham, podczas gdy mię tu trzymasz. O! bądź ostrożny!... gdyż skończy się na tem, że zapomnę i jesteś moim ojcem!...
Jarnitonnere! ryknął książę, mój syn grozi mi!
I szalejąc od gniewu, oślepiony krwią na mózg mu uderzającą, zamachnął się na Norberta straszliwym swym widłowatym kijem.
Na szczęście chłopiec cofnął się instynktowo. Tylko koniec kija dosięgnął mu skroni i zsunął się po niej, odrapawszy twarz.
Wściekły od gniewu Norbert miał już rzucić się na swego ojca, gdy wtem dostrzegł, że drzwi były otwarte — była to wolność, wybawienie.
Jednym skokiem znalazł się na schodach i nim książę miał czas zawołać o pomoc, wybiegł jak szalony w pole.


VII.

Droga, którą wybrał Dauman, aby powrócić do domu, była nierównie dłuższą od zwyczajnej, którą poszła panna Sauvebourg.
Ale nie miał wyboru, ponieważ szło mu głównie o to, by go nie widziała młoda dziewczyna.
Gdy stanął w domu pot lał się z niego kroplami; ale przybył pierwszy. Panny Sauvebourg nie było jeszcze.
Szybko wbiegł na strych i z dziury urządzonej w belce, a starannie zasłoniętej, wyjął flaszkę z czarnego szkła, zatkniętą korkiem szklannym i wsunął ją do kieszeni.
Powróciwszy do swego gabinetu, patrzał chwilę na ten flakon z okropnym uśmiechem, a po tem postawił go na biórku po za papierami.
Uczyniwszy to, odetchnął, obtarł czoło, włożył na głowę aksamitną czapeczkę i przy w dział brudny łachman, służący mu za szlafrok, Zapukano lekko do drzwi.
— Proszę wejść!.. powiedział.
Była to panna Sauvebourg.
Szła powoli, i ani jednem słowem nie odpowiadając na uniżone ukłony prezydenta, nie zdając się nawet dostrzegać jego obecności, usiadła, lub raczej padła na krzesło.
— Prezydencie, rzekła krótko, potrzebuję rady. Słuchaj pan: przed godziną może...
Rozpaczliwym ruchem Dauman przerwał jej.
— Niestety!.. zawołał wzdychając, wiem o wszystkiem!
— Pan wiesz?...
— Że pan Norbert jest uwięziony, wiem o tem; że pani spotkałaś księcia Champdoce w lesie — i to wiem. Więcej jeszcze: uwiadomiono mię o wszystkiem, co książę powiedział pani.
Diana nie była w stanie ukryć swego zdumienia i przerażenia.
— Uwiadomiono pana? wybełkotała, kto?...
— Jeden drwal, który tylko co ztąd wyszedł. O lasy są bardzo zdradliwe. Człowiek mówi głośno, wywnętrza się ze swych tajemnic, sądzi że jest sam bynajmniej. Za każdym pniem słucha dwoje uszu. Rozmowę pani słyszało czterech drwali i ci nie stracili z niej ani jednego wyrazu. Jak tylko pani opuściłaś księcia, oni rozeszli się w rozmaite strony, by rozgłaszać wiadomość w okolicy. Wprawdzie wymogłem na tym, który tu był, by milczał, ale na co się to zdało — to człowiek żonaty i pewnie wygada się przed swoją połowicą. A oprócz tego jest trzech innych! Któż zawiąże języki?
Zatrzymał się, jakby chciał odetchnąć, właściwie zaś, aby zauważyć jakie sprawił wrażenie. Mógł być zadowolony. Smiertelna trwoga wykrzywiła piękne rysy biednej dziewczyny.
— Jestem zgubiona, zawołała, zgubiona!
Dauman pochylił głowę. Była to odpowiedź.
Ale nie. Panna Sauvebourg nie mogła ustąpić tak, bez walki.
Schwyciła prezydenta za rękę i mocno ją wstrząsnąwszy, zawołała:
— Nie wszystko jeszcze skończyło się! Norbert dochodzi do pełnoletności, i jeżeli ja zechcę to się oprze. Czy nie możnaby spróbować?
— Czego?
— Eh! czy ja wiem? Pan powinieneś to wiedzieć. Co tu począć? Mów pan, jestem na wszystko gotowa, bo nie mam nic do stracenia. Nie! nie będzie powiedziano, że książę Champdoce upokorzył mnie nikczemnie, a ja nie zemściłam się! Czy chcesz pan dopomódz mi?...
Prezydent wydawał się nadzwyczaj przerażony gwałtownością swej klientki.
— Na miłość boską! zawołał, uspokój się pani!... mówmy ciszej!... O! ze wszystkiego widać, że pani nie znasz księcia Champdoce...
— Znaczy to, że pan obawiasz się go!...
— Tak jest bardzo się obawiam i nie rumienię się tego. Ach! co to za człowiek! Jeżeli zaweźmie się na kogo, to gotów na wszystko. Czy wiesz pani, że chciał mi kark skręcić, mnie, który to do pani mówię, za to, żem go zawezwał przed sędziego pokoju w imieniu jednego z moich klientów. To też gdy kto przybywa do mnie w sprawie przeciw niemu — uniżony sługa!
Zdziwiła się Diana i obruszyła na nagły zwrot prezydenta, nie odgadując jego manewrów.
— Innemi słowami, rzekła tonem najwyższej pogardy, doprowadziwszy do ostateczności, pan opuszczasz nas w ostatniej chwili.
— O!... pani! czyż możesz pani sądzić?...
— Jak sobie chcesz, prezydencie! pozostaje mi Norbert... tego dość!
Dauman melancholijnie potrząsł głową.
— Bądź pani ostrożną, powiedział; czyż możemy wiedzieć, że w tej chwili markiz nie mówi Amen na wszystkie propozycje swego ojca?
Znaczyło to dodać oliwy do ognia; prezydent dobrze o tem wiedział. Celował on w sztuce podbudzania namiętności przez obrachowany opór.
— Nie zawołała Diana, przypuszczać coś podobnego znaczyłoby to krzywdzić Norberta. On miałby zdradzić!... prędzej zabiłby się. Jest on trwożliwy, to prawda, ale nie podły.
Dauman padł na fotel stojący przed biórkiem, jakby złamany wrażeniami tej rozmowy.
— My tu rozumujemy na zimno, odrzekł, jesteśmy wolni i bezpieczni. Pan Norbert zaś jest w więzieniu, wystawiony na wszelkie możebne męki fizyczne i moralne, bez obrony wobec kaprysów najzłośliwszego i najupartszego z ludzi... Bywają chwile rozpaczy, w których najbardziej zahartowane charaktery miękną.
— Niech i tak będzie. Przypuszczam że Norbert opuści mnie, że ożeni się z inną, że ja będę zhańbioną, zgubioną, stanę się ofiarą plotek całej okolicy! I myślisz pan że na tem koniec?...
— Biorąc rzecz ściśle, pozostawałoby pani...
— Pozostanie mi życie, prezydencie, które z roskoszą oddam w zamian za straszliwą zemstę.
— Tak to się z nami dzieje!... Ja taki sam byłem owego wieczora, gdy zaskarżony przez ks. Champdoce musiałem stawać przed sądem. Pokazując pięść jego przeklętemu zamkowi powtarzałem jedno tylko: „O! zobaczysz! zobaczysz!“ Nic nie zobaczył. Wielu tak jak my poprzysiegało zemstę, a nie były to także mokre kury. Mówili, klnąc, że aż kogut spadłby z dzwonnicy: „Niech drży ten pan niegodziwy jeden wystrzał z za węgła lub z za płotu... oto co go czeka!“ I nabili broń i zasiedli... a książę zdrów jak ryba.
Westchnął głęboko, a potem mówił ciszej, jakby do samego siebie:
— Sprawiedliwość czuwa, a w jej oczach zabójstwo jest zbrodnią. A jednak gdyby czasem sędziowie wiedzieli... gdyby się należycie rozpatrzyli w okolicznościach... kto wie ilu nieszczęśliwym śmierć księcia Champdoce zapewniłaby szczęście!
Panna Sauvebourg zbladła słuchając tych złowrogich narzekań. Każdy wyraz prezydenta znajdował w niej jakby echo i wzbudzał szkaradne myśli.
— Ale, mówił dalej Dauman, książę będzie żył sto lat. Jest bogaty, potężny, poważany.... zgaśnie sobie spokojnie w łóżku, otoczony szacunkiem i zabieg mi... mnóstwo ludu zbierze się na pogrzeb... a ksiądz proboszcz w mowie będzie go wychwalał i zalecał...
Przed chwilą już prezydent wydobył z poza papierów swoją czarną flaszeczkę i obracał w ręku na pozór machinalnie.
— Tak jest, powiedział, książę Champdoce pochowa nas wszystkich, chybaby...
Odetkał flaszeczkę i z wielką ostrożnością wysypał sobie na dłoń część tego, co w sobie zawierała.
Był to proszek miałki, białawy, połyskujący jak mikroskopijne kryształy.
Powiedział głosem głuchym:
— Odrobina tego proszku — i nikt nie obawiałby się już tego straszliwego księcia... Nie ma co obawiać się człowieka, leżącego o sześć stóp pod ziemią, pod szerokim kamieniem z pięknym napisem.
Zatrzymał się, a wzrok jego spotkał się ze wzrokiem Diany.
Najmniej przez dwie minuty stali tak przeciw sobie, oko w oko, nieruchomi, drżący, milczący...
Była to wyraźna umowa, której warunki wzrokiem układali.
Porozumieli się, gdyż w końcu Dauman zaczął mówić bardzo cicho, jak gdyby obawiał się własnego głosu.
— To nie sprawia żadnych cierpień, powiedział.
— A!...
— Wystaw sobie pani uderzenie pałką w skroń, nie więcej. W dziesięć sekund wszystko skończone. Ani krzyku, ani konwulsji, ani nawet czkawki nic!...
— Nic...
— I żadnych przygotowań. Jedna szczypta. Wpuszcza się ją w jakikolwiek płyn, do wina albo kawy... nim upadnie na dno, już się rozpuściła. Nie zmienia ani barwy. ani smaku, ani zapachu...
— Ale potem szukają... i znajdują...
— W Paryżu i wielkich miastach z— casami. Na wsi rzadko bardzo. A tam, gdzie nie masz podejrzeń — nigdy. A gdyby szukano...
— No i cóż?
— No... znalezionoby symptomata piorunującej apopleksji. W całej Francji zaledwie jest czterech lekarzy, którzyby poznali się na tem, a i to jeszcze...
Panna Sauvebourg wzięła krzesło i przysunęła się do Daumana.
— Zresztą, zaczął znowu Dauman, nie dość powiedzieć, że „tam znajduje się to i to“ — trzeba wynaleźć tego, kto to włożył.
— A tak, być może...
— Tu nie ma żadnego „być może“. Śledztwo prędkoby się skończyło. Nie wykryje tej...
Tu urwał sobie nagle, gdyż na ustach miał słowo, które nie śmiał wymówić. Kaszlnął, by zamaskować swe wahanie i powiedział żywo:
— Tego proszku nie wydają w aptekach. Jest to substancja rzadka, trudna do spreparowania i nadzwyczajnie kosztowna... Jeżeli w czterech lub pięciu laboratorjach znajduje się jej po kilka centygramów w stanie czystym, to jedynie dla potrzeb nauki. Niepodobna przypuszczać, by w tej okolicy ktokolwiek posiadał jej choćby jeden atom. Bo jak i zkąd mógłby dostać?
— Jednak pan...
— To inna historja. Gdym jeszcze zajmował się interesami, wyświadczyłem wielką usługę pewnemu znakomitemu chemikowi i on mi zrobił prezent z tej... z tego... produktu swej sztuki. Już temu jest dziesięć lat... a chemik nie żyje.
— Dziesięć lat!
— Przeszło. A jednak substancja ta starannie przechowana, nie straciła żadnego ze swych wielkich przymiotów.
— Żadnego?
— Przed miesiącem przekonałem się o tem... Wypadkiem!... Rozpuściłem szczyptę tego proszku w misce mleka, które dałem bardzo wielkiemu psu. Nie chlipnął dziesięciu razy, a już leżał bez ducha.
Przejęta niewysłowionem przerażeniem panna Sauvebourg cofnęła się szepcząc:
— Okropność!... okropność!...
Zaledwie dostrzeżony uśmiech przeleciał po wązkich ustach prezydenta.
— Dlaczego okropność? zapytał. Ten pies kąsał, mógł dostać wścieklizny, mógł mnie także ukąsić i wyzionąłbym ducha wśród najstraszliwszych męczarni. Czyż nie zachodzi tu wypadek legalnej obrony? Nie odchodźmy od rzeczy. Człowiek niebezpieczniejszy od psa, zamierza zamordować mie moralnie... ja go usuwam. Czy jestem winien? Prawo mówi że tak jest i potępia mię, ale moje sumienie mnie rozgrzesza. Lepiej zabić djabła...
Ręka Diany powstrzymała wykład potwornej teorji.
— Słyszysz pan! zawołała.
Na schodach słychać było odgłos ciężkich kroków.
— To Norbert!...
I wyrwawszy z rąk Daumana czarną flaszkę wsunęła ją sobie za gors.
Na widok Norberta prezydent i Diana krzyknęli jednocześnie.
Wszystko zdradzało w nim straszliwą katastrofę; jego ruchy automatyczne, wzrok błędny krew źle starta z twarzy.
Daumanowi przyszła na myśl zbrodnia.
— Pan jesteś raniony, panie markizie? zawolał.
— Tak jest... ojciec mię uderzył.
— Jakto?... on?...
— On...
Diana drżała jak listek podchodząc do Norberta.
— Pozwól mi pan, rzekła, opatrzeć ranę.
I objęła mu głowę rękami, podniósłszy się, by lepiej zobaczyć.
Ale Norbert lekko ją odsunął.
— Potem zajmiemy się tem dzieciństwem, rzekł głosem ostrym, jaki miewa człowiek po pokonanem niebezpieczeństwie, lub po powzięciu ważnego postanowienia. Uniknąłem ciosu straszliwego który miał mię o śmierć przyprawić. Gdyby nie instynktowy ruch, padłbym na miejscu z ręki ojca...
— Księcia? A to za co?... Cóż to się stało?
— Obraził panią, Diano, i ośmielił się powiedzieć mi to... chełpić się z tego... przede mną! Przez Boga żywego! czyż ma mię za pokurcza? czyż nie wie, że w moich żyłach płynie taka sama krew jak w jego, krew Dompairów Champdoce! Na jego podłą zniewagę odpowiedziałem pogróżka... i uderzył mnie.
Panna Sauvebourg zalała się łzami.
— I to ja, rzekła, ja jestem przyczyną tego!
— Pani?... Być może, iż pani uratowałaś mu życie. Gdyby nie pani, Diano, jabym na miejscu go ukarał za te zniewagę. Bić kijem mnie, mnie, jakby jakiego lokaja!... Pamięć o pani powstrzymała mię... uciekłem i już nigdy w życiu noga moja nie przestąpi progu zamkowego. Mówią o przekleństwie rodziców przekleństwo dzieci również nie powinno przynosić szczęścia. Książę Champdoce nie jest już moim ojcem... nie znam go... chcę zapomnieć o nim! albo nie!... chcę pamiętać, aby nienawidzieć i pomścić się.
W życiu swojem Dauman nie doznawał większej radości. Wszystkie jego szkaradne instynkta tryumfowały.
Uznał, że nadszedł czas by sam przemówił.
— W każdym razie, panie markizie, tak zaczął, nieszczęście zawsze na coś się przyda. Nakoniec ojciec pański popełnił błąd, który drogo będzie go kosztował... A! mości książę! dla człowieka tak zręcznego, jakiżto krok szkolarski!... Trzymamy teraz waszą książęcą mość!...
— Co pan chcesz tem powiedzieć?
— To, że poprostu od nas zależy zrzucić od jutra jarzmo rodzicielskie. Mamy nakoniec podstawę do skargi!... Mamy uwięzienie, gwałt z pomocą osób trzecich, razy i rany życiu zagrażające... wszystko co potrzeba! Sprowadzimy lekarza, ten zrobi obdukcję głowy i spisze protokół. Czy fakta te dadzą się zaprzeczyć? Nie. Postawimy mnóstwo świadków. Co do rany, to prześwietny sąd może widzieć okropną bliznę. A na początku zrobimy podanie, aby nas uwolniono od obowiązku przemieszkiwania pod dachem rodzicielskim: „Zważywszy, że książę Champdoce zamierza pogwałcić najżywsze i najszacowniejsze nasze uczucia, upraszamy niniejszem i t. d. i t. d.“, jak wyraźnie stoi we wzorze 7. formularza. Nastąpi sąd, który nas usamo — wolni, a przynajmniej...
— Dość tego, przerwał Norbert. Czy sąd ten nada mi prawo poślubienia kogo mi się podoba, bez przyzwolenia księcia Champdoce?
Dauman zawahał się. Według jego zdania, zważywszy na okoliczności i stan umysłowy księcia, Norbert mógłby otrzymać przyzwolenie na zawarcie związku stosownego. Ale wyjawiać to znaczyło doradzać cierpliwość.
Odpowiedział więc śmiało:
— Nie, panie markizie.
— A zatem nie warto podawać skargi. Dompairowie Champdoce zawsze myli swą brudną bieliznę między sobą; ja uczynię toż samo.
Stanowczy ton Norberta zdziwił prezydenta.
— Jeżelibym śmiał, zaczął znowu, dać panu markizowi jedną radę...
— Radę? Nie. Zrobiłem już postanowienie; ale potrzebuję usługi. Potrzebuję, nim upłynie doba, wielkiej sumy dwudziestu tysięcy franków.
— Znajdzie się, panie markizie... ale będzie to wiele kosztować... bardzo wiele!...
— Mniejsza o to!
Panna Sauvebourg chciała zrobić jakąś uwagę, ale Norbert zatrzymał ją ruchem, mówiąc:
— Czyż nie pojmujesz pani, nie domyślasz się moich zamiarów? Tu nasze życie byłoby tylko długiem męczeństwem; ohydny kaprys rodziców rozdziela nas... Trzeba uciec. Wynośmy się... potrafię znaleść jakiekolwiek schronienie, gdzie będziemy żyć szczęśliwi i nieznani...
— Ależ to szaleństwo! zawołał Dauman przerażony.
— Czy tak pani sądzisz, Diano? zapytał Norbert.
Młoda dziewczyna pochyliła głowę i milczała.
— Posłanoby pogoń i niezawodnie wykryto, rzekł prezydent.
— Milcz pan!... krzyknął rozkazująco Norbert.
I ukląkłszy przed Dianą, powiedział głosem drżącym od najżywszego uczucia:
— Czyż być może, Diano, abyś wahała się powierzyć mi swe życie, jeżeli zaprzysięgnę przed Bogiem, iż poświęcę ci całe moje istnienie, wszystkie myśli? jeżeli błagam cię na kolanach i ze złożonemi rękami, czyż nie zechcesz uciec ze mną?..
Ze zmiany rysów panny Sauvebourg można było łatwo domyśleć się, iż wrzała w niej gwałtowna walka.
— Nie mogę, szepnęła wreszcie, nie mogę.
Norbert zerwał się.
— A! bo mnie nie kochasz! krzyknął głosem rozpaczy. Szalony byłem, żem wierzył... Pani mię nigdy nie kochałaś!
Diana podniosła w górę swe piękne oczy i zawołała ze szczytnem uniesieniem:
— Boże! ty go słyszysz! mówi że go nie kocham!...
— A więc dla czegoż odrzucasz jedyny środek ratunku?... Rozumiem: obawiasz się świata, przesądów, opinii...
Przerwał sobie, znękany wzrokiem wyrzutu, jaki nań Diana rzuciła.
— Czyż trzeba, rzekła, bym zstąpiła aż do usprawiedliwień? Co mi mówisz o przesądach? czyż nie pogardziłam niemi?... Czy obawiałam się ukazywać wśród białego dnia na publicznej drodze ręka w rękę z tobą? Świat!... On już mię potępił, chociaż nie miał za co... Wszystko cośmy mówili mogę powtórzyć nie rumieniąc się mojej matce — a znajdź kogo, by temu uwierzył. Opinia?... co mi ona może jeszcze odebrać? Czyż reputacja moja nie jest zgubiona, chociaż poprawdzie nigdy nie przekroczyłam granic najsurowszej wstydliwości? Gdy w Bivron mówią o pannie Sauvebourg, dodają: „A! to kochanka młodego markiza Champdoce!“
Głos jej był tak słodki i zarazem tak przenikający, że sam Dauman wzruszył się. W kącie pod powieką czuł rodzaj świerzbu, zapowiadającego pojawienie się łzy, gdy wtem wydało mu się, że Diana robi mu znak jakiś...
Nie podobna było łudzić się. — Nie podobna było nie zrozumieć spojrzenia, które nań rzuciła: nakazywała mu oddalić się. Dla czegożby nie był posłuszny?
— Ach, wołają mię!... zawołał, przepraszam...
I wyszedł, z hałasem zamykając drzwi za sobą.
— Okrutna pani jesteś, zaczął alem przejęty Norbert po wyjściu Daumana. Jaką przysięgą mam poprzysiądz, iż nigdy nie będę miał innej żony oprócz pani?
Panna Sauvebourg nie odpowiadała; Norbertowi zdało się, jakby jakieś światło zabłysło mu wśród ciemności.
— Wielki Boże! zawołał z drżeniem nadziei, czy pani nie chcesz uciekać ze mną dla tego, że wątpisz o mnie?
— Nie, toby mię nie zatrzymało.
— A więc cóż, jeżeli pani gardzisz głupi gadaniną ludzi? Czyż nie wolność i szczęście proponuję pani? Cóż cię zatrzymuje?
Podniosła się dumnie i stanowczym głosem odpowiedziała.
— Sumienie!
Norbert osłupiał.
Do tej pory podtrzymywała go nadzieja, która kazała mu zapominać o doznanej obeldze i o nienawiści; i oto nadzieja ta uciekała mu jak woda, którą usiłował utrzymać w dłoni.
Diana mówiła dalej:
— Tak jest, moje sumienie, którego głosu nie potrafię stłumić, sumienie, które dotąd dodawało mi odwagi i pozwalało iść z podniesionem czołem, pomimo szemrań, które słyszałam po drodze. W tej chwili sumienie to woła na mnie: „Stój! Dalej nie pójdę. Ciężką jest moja powinność, ale choćby mi serce pękło, nie zachwieję się — nie pójdę.
Spazm nerwowy przerwał jej mowę, ale stłumiła go i zaczęła znowu z energia:
— Gdybym sama była na świecie może — bym się jeszcze wahała. Ale mam rodzinę, w której honor jest świętym zakładem.
— Rodzinę, która panią poświęca starszemu bratu!...
— Niech i tak będzie!... tem większą jest moja zasługa! Zkądże to pan wziąłeś, że cnota jest rzeczą łatwą?
Podburzała do buntu, a dawała przykład miłości rodzinnej... Ale Norbert nie był w stanie dostrzedz tej sprzeczności.
— Ale tu, mówiła dalej, mój rozsądek i sumienie zgadzają się. Dla młodej dziewczyny wystąpienie z ciasnych ram konwencjonalności, to śmierć. Pan sam rychło przestałbyś szanować tę, którą wszyscy gardzą.
— Czyż myślisz, że jestem....
— Myślę, że jesteś mężczyzną, mój przyjacielu. Przypuść, że dziś pójdę za tobą, i że jutro dadzą ci znać, że mój ojciec z powodu jakiego odezwania się o mnie pojedynkował się i został zabity... co wtedy zrobisz?
Tyle uwag naraz przeszło przez myśl biednemu chłopcu, iż nie wymówił ani słowa.
— Wierz mi, zaczęła znowu Diana, uciekaj... ale sam. Życie w tych okolicach obok ojca byłoby dla ciebie nieznośnem. Czuję, że byłoby rozsądniejszem, gdybyś mu był posłuszny, ale doradzać ci, byś poślubił.... te inną to nad moje siły. Jedź, mój przyjacielu... nie masz boleści, którejby czas nie ułagodził... Zapomnisz o mnie... ja tego chcę!...
— Zapomnieć!... wykrzyknął Norbert, ja!...
I ująwszy za rękę panne Sauvebourg, dodał:
— Więc pani mogłabyś zapomnieć o mnie?
Stał tak blisko koło niej, iż czuła na swej twarzy jego gorący oddech.
— Ja!... wyszeptała, ja!...
Norbert cofnął się nieco, jakby chciał lepiej wpatrzeć się w nią.
— A jeżeli odjadę, zapytał, to co pani zrobisz?...
To pytanie zdawało się że ostatecznie złamało pannę Sauvebourg. Łkanie pierś jej podniosło, energia ją opuszczała.
— Ja, odrzekła głosem łagodaym i zrezygnowanym, jakim musiał być głos męczenniczek, wchodzących do cyrku, ja znam mój los. W tej chwili widzimy się po raz ostatni Powrócę do Sauvebourg... tam pewno wszystko wiedzą! Ojca znajdę zagniewanym i grożącym. Każe mi wsiąść do powozu i... jutro... będę w klasztorze.
— O! nigdy! Czyż nie wiem, że byłoby to dla pani powolnem konaniem, czy nie powiedziałaś tego sama?
Podszedł, by ją podtrzymać, gdyż chwiała się.
— Tak jest, odrzekła, ale tak być musi, to obowiązek... Aby uratować mię w tej chwili, na to trzebaby... cudu: przyzwolenia twego ojca. Tam będę żyć wspomnieniami naszemi... A zresztą... gdy ciężar jest tak wielki, że aż przytłacza — to go się zrzuca. Bóg nie zechce karać za to. Konanie będzie trwało tylko dopóki zechcę.
I to mówiąc wsunęła rękę za gors i wyjęła ztamtąd flaszeczkę z czarnego szkła.
Norbert zrozumiał.
— Nieszczęśliwa zawołał.
Chciał wziąć flaszeczkę, ale opierała się temu, szamotała, wreszcie udało mu się pochwycić ją.
Ale walka ta, zdawało się, że wyczerpała wszystkie siły Diany. Piękne jej oczy zamknęły się, głowę w tył wychyliła i bezwładna padła na ręce Norberta, który przerażony zapytywał sam siebie, czy nie przyjmuje ostatniego jej tchnienia.
Rzekłbyś że umiera, a jednak słabym głosem szeptała jeszcze jakieś wyrazy.
Zaklinała Norberta, by jej oddał flaszeczkę, stanowiącą całą jej wolność. Potem z wielką dokładnością powtórzyła wszystkie objaśnienia Daumana.
— O mój jedyny przyjacielu, mówiła, oddaj mi ją. To nie sprawia żadnego cierpienia... dziesięć sekund... szczypta do wina lub do kawy... Niczego nie można domyśleć się...
Na myśl, że chciała umrzeć, ona, kochanka jego duszy, i umrzeć ponieważ odrywają ją od niego — i to jaką śmiercią umrzeć!... Norbert czuł, że myśli mu się mącą.
— Diano!... powtarzał, pochyliwszy się ku niej, Diano!...
Ale ona jakby w przystępie gorączkowego obłędu, mówiła dalej:
— Umrzeć... po tylu niebiańskich rojeniach! Ach!... książę Champdoce! tyś bez litości!... Zabrałeś mi szczęście, potrzeba ci było jeszcze mojego dziewiczego honoru, teraźniejszości i przyszłości!... Litości, książę!
Norbert ryknął straszliwie rykiem rozpaczy i wściekłości, który aż przestraszył Daumana, zaczajonego w korytarzu.
Okropny zamiar błysnął mu w głowie.
Podniósł Dianę, posadził na krześle prezydenta i powiedział stłumionym głosem:
Nie, ty nie zabijesz się — i ja nie odjadę....
Spojrzał na nią raz jeszcze. Diana nastawiła usta jakby do pocałunku i wyszeptała jego imię.
Gdyby jeszcze miał cokolwiek rozsądku, to ta ostatnia kropla dopełniłaby miary szału.
— Będziesz moją, szepnął, a ta trucizna, dla ciebie przeznaczona, będzie karą i zemstą...
I natychmiast wyszedł chwiejnym krokiem lunatyka.
Jeszcze słychać było odgłos jego kroków W sieni, a już Dauman wpadł do gabinetu.
Twarz miał siną, a zęby mu dzwoniły.
Ta scena, z której nie stracił ani jednego wyrazu, straszliwie go wzruszyła.
Ale omal nie stanął słupem, gdy wszedłszy ujrzał Dianę (która, jak sądził, leży, bez zmysłów) stojącą w oknie i spoglądającą jak Norbert oddalał się.
— Co za kobieta! mruknął, co za kobieta!
Norbert zszedł z głównej drogi. Panna Sauvebourg nie mogła go już więcej widzieć i odwróciła się.
Była blada, ale nie bardzo. Powieki miała zaczerwienione i napuchłe, ale duma zwycięstwa błyszczała w jej oczach.
— Jutro, prezydencie, jutro, zawołała, będę księżną Champdoce.
Dauman był tak tem wszystkiem zmieszany, iż nie mógł wymówić ani słowa.
— Chybaby, dodała Diana, wszystko odkryło się jeszcze dziś wieczorem...
Prezydent uczuł, jak mu dreszcz przebiega po ciele. Mówiła to takim tonem... brr!...
Jednak na wszelki wypadek próbował urządzić podstawy przyszłego systemu obrony.
— Nie rozumiem pani, wybełkotał, co się ma odkryć? co pani chcesz tem powiedzieć?...
Diana spojrzała na niego wzrokiem tak pełnym pogardy i ironii, iż skamieniał i owa zamarły mu w gardle.
Uznał swój błąd. Chciał igrać z Dianą jak kot z myszką — a tu ona go sama wyprowadziła w pole.
— Powodzenie zdaje się niezawodnem, tak zaczęła znowu, tylko że Norbert jest niezręczny.
Z udaną spokojnością, prawie nie do uwierzenia po wszystkich doznanych od samego rana wzruszeniach, poprawiła sobie włosy i suknię.
Skończywszy to i po raz ostatni spojrzawszy w zwierciadło, powiedziała:
— W Sauvebourg zapewne niepokoją się, że mnie tak długo nie ma, muszę wracać...
A potem tonem, w którym pomimo całej jej mocy nad sobą przebijała śmiertelna trwoga, miotająca nią, dodała:
— Ach! dzisiejszej nocy godziny będą długie!.. Dla czego to już nie jutro! Gdy się zobaczymy, prezydencie, wszystko będzie zdecydowane! Teraz... adieu!
Wszystko to odbyło się tak prędko, tak niespodzianie, iż Dauman zapytywał sam siebie, czy to nie sen.
Ale nie. Czuwał. Przed odejściem swem panna Sauvebourg, jakby naumyślnie, rzuciła w duszę jego niepokój, który wzrastał co chwilę, dusił jak widmo, tłoczące we śnie piersi.
Te trzy wyrazy: „Norbert jest niezręczny“; były jak kamień młyński, zawieszony nad jego głową i kołyszący się.
Rzucił się na krzesło i wsparłszy głowę na ręku próbował zastanowić się, opamiętać.
Norbert szedł tymczasem boczną drogą do Champdoce.
W ciemnościach zalegających mu rozsądek, postanowienie powzięte jaśniało wyraźnie. Wiedział dokładnie jak sobie ma postąpić.
Wszyscy domownicy zamkowi i Norbert wraz z nimi pijali wino, zbierane w okolicy, bardzo zdrowe, ale i bardzo zwyczajne. Książę dla swego własnego użytku trzymał wino lepsze.
To „pańskie wino“, jak mówiono w zamku, podawano w wielkiej butelce, którą po każdym obiedzie stawiano na półce we wspólnej sali, bez obawy, aby go kto dotknął.
Norbertowi przyszła na myśl ta butelka.
Poszedł prosto do wspólnej sali. Nikogo w niej nie było. Odetchnął.
Z nadzwyczajną szybkością podbiegł do butelki, odkorkował ją zębami i wsypał nie jedna, ale dwie czy trzy szczypty proszku z flaszeczki.
Potem kilka razy potrząsł butelką, by przy spieszyć rozpuszczenie proszku.
Wszystko było ukończone mniej niż w minutę.
Postawił butelkę na swojem miejscu, a potem usiadł w kącie i czekał...
Książę Champdoce chodził wtedy wielkiemi krokami po alei kasztanowej.
Po raz pierwszy może w życiu ten człowiek uparty aż do szaleństwa prawie, ten despota, żałował tego co zrobił.
Nie dla samego czynu, bo był zdania, że Norbert zasłużył w zupełności na skarcenie, ale z powodu skutków jakie mogły nastąpić.
Widział wszystkie motywa do skargi sądowej. Jakie będą tego wyniki? O! nie łudził się. Wiedział, że tryb życia, jakie prowadził, przedstawiał wszystkie cechy monomanii.
Czyż trybunał, raz pochwyciwszy te sprawę, nie odbierze mu całej władzy nad synem?
Zgłoszenie się do sądu nie przyjdzie na myśl Norbertowi, tak rozumował, ale czyż nie znajdzie doradców, którzy mu to podszepną?
Wszystkie te uwagi oburzały go, ale zarazem wykazywały niezbędną konieczność udawania, działania z największą ostrożnością.
Nie zrzekał się on widoków na pannę Puymandour, ale aby dojść do celu postanowił gwałtowność zastąpić przebiegłością.
Najważniejszą i zarazem najtrudniejszą rzeczą było sprowadzenie nazad Norberta.
Potem nie tak już będzie trudno ułagodzić go i skłonić karesami do zapomnienia szkaradnej sceny.
W tych właśnie myślach był pogrążony, gdy dano mu znać, że Norbert powrócił.
— Mam go! pomyślał.
I szybkim krokiem powrócił do zamku.
Gdy wszedł do wspólnej sali, Norbert zapominając o należytym szacunku nie wstał.
To naruszenie prawideł domowej etykiety bardzo zdziwiło księcia.
Jarnicoton! pomyślał, czy ten cymbał poczytuje się za uwolnionego już od wszystkich obowiązków?
Ale nie okazał niespokojności, jakiej doznał z tego powodu. Zresztą krew, którą ujrzał na twarzy syna, zrobiła na nim pewne wrażenie.
— Norbercie, mój przyjacielu, powiedział, czyś cierpiący? Dla czego nie kazałeś sobie opatrzeć rany?
Czekał na odpowiedź. Nie było jej.
— Do czego ta krew w tej chwili jeszcze, mówił książę dalej, czy to wyrzut? Nie potrzeba tego, mój synu, abym żałował mego uniesienia... mojej gwałtowności.
Norbert milczał ciągle, a milczenie to bardzo niepokoiło księcia.
W tej ostateczności, więcej dla nadania sobie kontenansu aniżeli z pragnienia, wziął z półki szklankę, postawił na stole i przysunąwszy następnie butelkę, napełnił ją do połowy winem.
Dreszcz przerażenia przebiegł po całem ciele Norberta.
— Słuchajno, mój synu, jakże ma się przed tobą tłómaczyć ojciec? Mów, człowiek sam siebie szanuje, gdy się przyznaje do winy.
Wziął szklankę i machinalnie podniósł ją w górę.
Norbert nie oddychał prawie; zdawało mu się że dokoła niego tworzy się jakaś próżnia.
Głowa mu się zawracała, w uszach dzwoniło, w żyłach jakby lawa toczyła się... Jednak nie ruszył się.
— Przykro to, mówił dalej książę, boleśnie upokarzać się przed synem... i upokarzać napróżno.
Darmo Norbert odwracał głowę... widział.
Książę Champdoce już miał przyłożyć szklankę do ust i napić się...
Ale Norbert nie mógł znieść tego.
Jednym skokiem przybliżył się do ojca i wyrwawszy mu z rąk szklankę, rzucił ją za okno, krzyknąwszy przeraźliwym głosem:
— Nie pij, ojcze!
Poruszenie Norberta, wyraz jego twarzy, głos — warte były tyle, co wszelkie możebne wyjaśnienia.
Straszliwe światło ukazało się księciu.
Twarz jego skurczyła się, poczerwieniała, oczy krwią się zalały; otworzył usta by przemówić i wydał tylko jakiś głos chrapliwy, potem podniósł ręce do góry, machnął niemi w powietrzu i padł jak długi na wznak, uderzywszy się tyłem głowy o dębowy kredens.
Norbert wybiegł z sali i krzyknął:
— Na pomoc! ratujcie!... zabiłem ojca!


VIII.

Wszystko, co mówił książę Champdoce o wielkiem pragnieniu uszlachcenia się, które paliło p. Puymandour, i wszystko nawet co myślał o tem, było jeszcze dalekiem od smutnej a zarazem śmiesznej rzeczywistości.
Biedny człowiek!
Był szczęśliwym niegdyś, gdy nazwisko Palouzat, nazwisko jego ojca, człowieka uczciwego, wystarczało dla jego ambicji.
Wtedy posiadał powagę niezaprzeczona.
Wielkie dochody stawiły go o sto łokci wyżej od okolicznych panków zazdrośnych i gołych, a umizgających się do jego pieniędzy.
Cały ten urok znikł w dniu, w którym powziął fatalną myśl podpisania się na zaproszeniu na obiad: „Hrabia Puymandour.“
Od tej chwili zaczęły się jego kłopoty i klęski.
Między arystokracją, która drwiła z niego i nie chciała przyznać za swojego, a mieszczaństwem, które go się wyrzekło i drwiło z jego pretensyj, znalazł się jak piłka, rzucana to w tę to w ową stronę.
Łatwo domyśleć się, że to go oburzało.
Można sobie zatem wystawić, jak gorąco pragnął, aby córka jego została żoną potężnego magnata Dompair księcia Champdoce.
Małżeństwo to położyłoby koniec jego zmartwieniom. Zięć umiałby nakazać milczenie żartownikom.
Wszystko to wydawało mu się tak pięknem, iż ani słowa nie pisnął o tem przed nikim, nawet córce nic nie powiedział. Kobiety są gadatliwe.
Dopiero na drugi dzień po otrzymaniu stanowczego słowa księcia Champdoce pomyślał o tem.
Rano w pokoju zanadto zbytkownie umeblowanym, który nazywał swoją biblioteką, powziął to postanowienie.
Zadzwonił — wszedł lokaj.
— Pójdź, powiedział mu, i zapytaj panny Marji, czy zechce przyjąć mię i udzielić chwilę rozmowy.
Z najuroczystszą miną wydał ten szczególny rozkaz, który zresztą wcale nie zdziwił służącego. Tak bowiem urządzone były stosunki między ojcem a córką. Oddawna już hr. Puymandeur zaprowadził u siebie etykietę, z której śmiano się mówiąc, że zapożyczył ją u dworu jakiejś starej arcyksiężnej.
Mniej niż we dwie minuty po wyjściu lokaja zapukano do biblioteki.
Powiedział: „Proszę!“ i w tejże chwili ukazała się Marja i objąwszy ojca za szyję ucałowała go w oba policzki.
Nie bardzo go to zachwyciło. Być może, iż takie obejście się poczytał za zbyt pospolite.
Wydobył się z objęć dość szorstko i marszcząc brwi powiedział:
— Dla czegoś tu przyszła, Marjo, kiedym prosił, byś czekała na mnie u siebie?
— Eh, kochany ojcze, dla tego, że jestto rzecz naturalniejsza i że prędzej dała się zrobić. Nie, nie gniewaj się!
— Zawsze ta sama!... kiedy też przecie nabierzesz powagi, jaka przystoi o obie twego stanowiska?
I w złym humorze rzucił się na kanapę. mrucząc coś na młode dziewczęta, nie dbające o własną godność.
Marja spoglądała na niego jak dziewczyna, która chociaż widzi śmieszność ojca, nie sądzi go, a przede wszystkiem tłumaczy.
Była zachwycającą, i książę Champdoce, kreśląc jej portret Norbertowi, bynajmniej nie przesadził.
Piękność jej, chociaż zupełnie różna od piękności panny Sauvbourg, niemniej jednak była wielką i niepospolitą.
Słuszna i cudnie zbudowana, miała przytem owe niedbale ruchy, tak urocze w kobietach południowych.
Szczególnie zastanawiał w niej kontrast zachodzący między czarnemi, wielkiemi, aksamitnemi oczyma a cerą niezwykle biała. Włosy swe czarne, aż w niebieski prawie kolor wpadające, skręcała i układała jakby od niechcenia na wierzchu głowy.
Ale oprócz tego miała to, czego nie posiadała Diana: dusze czuła, zdolną do wszystkich poświęceń i naturalne usposobienie do uznawania się za szczęśliwa, byle czuła że jest kochaną.
— No, no, ojcze, zaczęła, gdy się jej zdało, że p. Puymandeur wysapał się, nie gniewaj się. Wszak wiesz, że tej zimy markiza d’Anglars dawała mi lekcje pańskiego obejścia. Przysięgam ci że ćwiczę się w skrytości i ty sam kiedyś przestraszysz się, gdy przybiorę wielką minę...
Pan Puymandour ruszył ramionami. Wstał, oparł się o kominek, rękę jedną zasunął za kamizelkę, drugą przygotował do gestykulacji, co zawsze robił, gdy zamierzał wywołać efekt oratorstwem, i tak zaczął:
— Udziel mi całej twej uwagi, moja córko. W roku przeszłym skończyłaś ośmnaście lat; czas pomyśleć o twoim losie. Mam ci udzielić wielką nowinę... Proszono mię o twoją rękę.
Marja spuściła oczy w nadziei, że tym sposobem ukryje swe pomieszanie.
— Nim coś postanowiłem w tej ważnej materji, mówił dalej p. Puymandour, zastanawiałem się głęboko... Potrzebowałem zapewnić się, że związek nam proponowany przedstawia wszelkie rękojmie ludzkiego szczęścia.. Nie podobna spodziewać się, ani nawet marzyć o czemś lepszem. Młody człowiek jest o kilka lat starszy od ciebie, przystojny, majątek ma znaczny i nosi tytuł markiza.
— Więc on mówił z tobą, ojcze? przerwała Marja nie bez drżenia w głosie.
— On?... kto on?
— On!...
P. Puymandour osłupiał.
— Kto: on?
— P. Jerzy Croisenois.
Nazwisko to wyrwało byłemu handlarzowi wełną zaklęcie, nie mające w sobie nic arystokratycznego.
— Co mi tam mówisz o Croisenois! zawołał. Co to za markiz Croisenois? Czy nie ten elegancik z wąsikami, który tej zimy uwijał się koło ciebie?
Biedna dziewczyna była okrutnie zmieszana.
— Tak jest, on, ojcze, wyszeptała.
— A zkądże ci przyszło, iż on mię prosił o twoją rękę? Jakie masz powody przypuszczać coś podobnego? Może panicz ten ośmielił się powiedzieć że cię kocha?
— Przysięgam na...
— Dość tego!... Jeżeli przysięgasz, to znaczy, że moje domysły są słuszne. Moja córka, hrabianka Puymandour słucha oświadczeń i nie uprzedza mmie! Morbleu! Może ten panicz pisał do ciebie?...
Nie była zdolną do wykrętów, zachowywała milczenie; twarz jej miała wyraz błagający.
— Milczysz? mówił dalej p. Puymandour, a zatem zgadłem... Coś zrobiła z jego listami?
— Ja...
— Zachowałaś je starannie, to się rozumie! Ale mnie nie można oszukać. Gdzie są?
— Ojcze, przysięgam ci...
Listy!... przerwał p. Puymandour straszliwym głosem, gdzie są listy? chcę je mieć. I będę miał choćbym miał przetrząść dom cały.
Drogie te listy, tak starannie przechowywane, Marja oddała.
Było ich cztery. Hrabia wziął jeden na chybi-trafi i począł czytać głośno, wtrącając tu i ówdzie wykrzykniki i zaklęcia.
„Pani!
„Chociaż niczego tak się nie obawiam jak narażenia się jej, ośmielam się jednak pisać pomimo jej zakazu. Przebacz mi pani... Dowiedziałem się, że wkrótce opuścisz pani Paryż na kilka miesięcy.
„Mam dwadzieścia cztery lat, jestem sierotą, i panem swych czynności; należę do wielkiej i, zacnej rodziny, majątek posiadam znaczny i..... kocham panią najgłębszą i najuczciwszą miłością.
„Błagam panią, byś mię upoważniła do proszenia p. Pumandour o jej rękę.
„Dziad mój cioteczny, p. Sairemeuse, który ma zaszczyt znać ojca pani, w imieniu mojem, będzie się stawił zaraz po swym powrocie z Włoch, gdzie zabawi najdłużej trzy lub cztery tygodnie.
„Racz mi pani przebaczyć i t. d.“
Pan Puymandour nie miał tyle taktu by zrozumieć, iż oschłość tego listu była delikatnością ze strony tego, kto go pisał.
— Pięknie zawołał, bardzo pięknie! Do licha! Jegomość wyraża się bez ogródki! Ten jeden list uwalnia mię od czytania innych... A ty? coś ty mu na to odpowiedziała?
— Żeby zgłosił się do ciebie, drogi ojcze.
— Proszę... Co za honor. I mogłaś sobie roić, że ja tak od razu przystanę na żądanie tego sowizdrzała!... A więc kochasz go?...
Odwróciła głowę bez afektacji; łzy, które dotąd powstrzymywała, trysnęły.
Wyznanie to — bo było niem — przyprowadziło do rozpaczy p. Puymandour.
— Kochasz go! wrzasnął i masz śmiałość wyznać mi to! W jakichże to czasach żyjemy?... Biedni ojcowie!... Zasypiamy na wiarę honorowych tradycyj naszych przodków, a córki nasze korzystają z tego, aby ukłdać małżeństwo z pierwszym lepszym paniczem, który olśnił je, prowadząc z gracją kotyliona. Córki nasze chcą postępować według własnego zdania. Ale ponieważ są głupie, ponieważ są niedoświadczone, wpadają w zasadzki, zastawione przez intrygantów.
Brutalstwo to oburzyło Marję.
— P. Croisenois, mój ojcze, odrzekła, jest z dobrego domu, jego rodzina...
— No, no!.. sama nie wiesz co mówisz. Pierw szy z tej rodziny był pisarczykiem u R chelieu’go, gryzipiórkiem. Ludwik XIII. nadał mu szlachectwo niewiadomo za jaką sekretną zaslugę. Znane są jego herby. Czy też ma przynajmniej przyzwoite środki utrzymania ten twój markizik?...
— Ma pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu.
— Tak sam twierdzi.
— A zresztą czyż nie jestem dość bogata na dwoje?
P. Puymandour skłonił się ironicznie.
— Aha! jesteśmy! rzekł drwiąco. Dość bogata na dwoje!... Do licha! tak pewno i on kalkulował, ten twój gagatek. A zatem ja dwadzieścia lat pracowałem dla tego tam Croisenois! Wybij to sobie z głowy! Jak to? ty, osoba tak rozsądna, dałaś się tak złapać!...
Nigdy biedna dziewczyna tyle nie wycierpiała.
— Mylisz się, ojcze, przerwała tonem niewzruszonego przekonania, ręczę za jego bezinteresowność tak jak za moją.
— Ot, gadanie! Czy chciałabyś nie uczyć? Sądzę o tym człowieku po jego czynach. Czego się on spodziewał, potajemnie zgłaszając się do ciebie? Zainteresować cię, skompromitować, uwieść i — kto wie! może uczynić niemożebnym twój związek z innym.
— O! dlaczegoż przypuszczasz?...
— Nie przypuszczam, ale twierdzę. Czy wiesz, co robi honorowy człowiek, gdy się zakocha?
— Mój drogi ojcze!...
— Idzie do swego notarjusza, moja panno.
— Jednak...
— Cicho!.. i przedstawia mu swoje położenie i zamiary. Notarjusz ten udaje się bezzwłocznie do notarjusza młodej osoby, a gdy oba rozpatrzą się i wystudjują właściwość związku, gdy go zatwierdzą, wtedy pozwala się sercu przemówić.
Co tu odpowiedzieć na to. Marja zalewała się gorzkiemi łzami.
— Zresztą, zaczął znowu p. Puymandour, nie ma co rozszerzać się nad tem: zapomnisz o p. Croisenois. Wybrałem ci męża i dałem za ciebie słowo. Ty go dotrzymasz. W niedzielę prezentacja młodego człowieka. W poniedziałek wizyta u ks. biskupa Poitiers, który pobłogosławi wasz związek. We wtorek przejażdżka po okolicy dla rozgłoszenia nowiny. We środę odczytanie intercyzy. We czwartek wielki obiad i zaręczyny. W piątek przygotowanie i oględziny wyprawy, w niedzielę zapowiedzie. A w końcu przyszłego tygodnia wesele.
Marja nie mogła wierzyć własnym oczom.
— Na miłość boską, ojcze! zawołała, nie podobna byś mówił serjo.
Ojciec ruszył ramionami.
— Nakoniec, dodał, mężem tym jest syn ks. Champdoce, pan markiz Norbert.
Biedna dziewczyna zbladła jak śmierć.
— Ależ ja go nie znam, szepnęła, nie będę mogła kochać go.
— Ja go znam... i tego dość. A przytem zkądże to wzięłaś, że małżeństwo jest miłostką?... Z jakiego romansu? Powiedziałem: będziesz księżną.
Marja kochała pana Croisenois więcej aniżeli to wyznała ojcu, więcej może aniżeli wyznawała sama przed sobą. To też zrazu opierała się z wytrwałością, można nawet powiedzieć z bohaterstwem dalekiem od jej słabego charakteru.
Ale pan Puymandour nie był człowiekiem, który by tak łatwo zrzekł się marzenia całego swego życia. Ani na chwilę nie opuszczał swej córki, pilnował ją, śledził, dokuczał. Na trzeci dzień wieczorem Marja uległa i wśród łkania wymówiła fatalne tak.
Zachwycony pan Puymandour zaledwie miał czas podziękować jej za to fatalne poświęcenie.
— Muszę biedz do Champdoce, powiedział, od trzech dni nie mam wiadomości o księciu; ostateczne nasze układy jeszcze nie uporządkowane.
I wyszedł mówiąc:
— Do widzenia, moja śliczna księżno!
P. Puymandour miał w swej stajni słynne na całą okolicę konie, a w wozowniach pojazdy wszelkiego rodzaju.
Niemniej jednak poszedł piechotą do zamku Champdoce. Sądził, że udawanie szlachetnej prostoty będzie w najlepszym guście, kiedy on, dorobkiewicz, udaje się z wizytą do magnata tak surowych obyczajów.
Szedł prędko pomimo wielkiego gorąca i pomimo swej tuszy, gdy wtem koło Bivron ujrzał Daumana z zajęciem rozmawiającego z córką matki Rouleau.
Była to dla pana Puymandour sposobność do zatrzymania się. Podgotowując, chociaż tego nie mówił, swoją kandydaturę na deputowanego, starał się o popularność i nigdy nie zaniedbywał rozmawiać z ludźmi mającymi pewne wpływy. Owoż Dauman, chociaż okrzyczany, był bardzo czynnym i bardzo ruchliwym ajentem wyborczym.
— Dzień dobry, prezydencie, zawołał, a co tam słychać?
Dauman skłonił się aż do ziemi.
— Bardzo przykra nowina, panie hrabio, odpowiedział, mówią, że książę Champdoce jest mocno chory.
— Książę?... czy być może?
— Ta oto dziewczyna uwiadomiła mię o tem, panie hrabio. Prawda Franciszko?
Franciszka nie poczerwieniała więcej niż zwykle, gdyż było to niepodobieństwem, ale dygnęła jak mogła najpiękniej i odrzekła:
— Mówiono mi w zamku, że nic z niego nie będzie.
— Cóż mu jest?
— Tego mi nie powiedziano.
P. Puymandour jakby skamieniał.
— Człowiek tak czerstwy... zdrów był jak dąb, mruknął, gdym go widział ostatni raz.
— Tak to się z nami dzieje, zauważył filozoficznie Dauman, niewiadomo kiedy śmierć zawita. Człowiek sądzi, że jest....
— Do widzenia, prezydencie, przerwał mu p. Puymandour, spieszę zasięgnąć dokładniejszych wiadomości.
Pobiegł z szybkością której niktby w nim nie przypuszczał, ale niepokój popędzał go.
Na dziedzińcu w Champdoce wszyscy zamkowi ludzie zebrawszy się rozprawiali.
Jak tylko ukazał się pan Puymandour jeden z nich podszedł ku niemu. Był to Jan, zaufany sługa księcia.
— Co tam?... zapytał go p. Puymandour.
— Ach!... panie hrabio! co za nieszczęście! mój biedny pan...
— Umarł?...
— Nie!... ale bardzo z nim źle!
Godny p. Puymandour drżał jak listek.
— Cóż to być może? zapytał, zkąd mu się to wzięło?
— O! spadło jak piorun, odrzekł Jan nie bez widocznego wahania. Było to przedwczoraj, o tej samej porze, książę pan znajdował się sam na sam z panem Norbertem w wielkiej sali. Wtem słyszymy krzyk, o! krzyk przerażający...
— Krzyk księcia Champdoce?
— Nie, pana Norberta, wzywającego pomocy. Przybiegamy. I cóż widzimy? Książę pan leży na ziemi, bez tchu, z twarzą rozdętą, czarną...
— Dostał uderzenia krwi?
— Nie ze wszystkiem. Doktor powiedział, że jestto... zaraz... jak on to nazwał... Koniec końcem to pewna, że jeżeli odrazu nie wyzionął ducha, to dla tego, że uderzył się głową o róg stołu i że krew zaraz popłynęła. Rozumie się, żeśmy zanieśli go na łóżko. Chrapał, szamotał się, oczy miał tak wywrócone, że tylko białka było widać.
— I żadnego doktora? szepnął p. Puymandour.
— Był już doktor. A tymczasem zawezwaliśmy Mechineta, naszego pastucha, który jest zarazem weterynarzem, a zna się i na chorobach chrześcjańskich. Puścił księciu krew i postawił bańki. Doktor przybywszy pochwalił to.
— A teraz?
— W tej chwili nie można powiedzieć, by książę pan nie żył, bo rusza się jeszcze... ale też nie można mówić że żyje, gdyż nic nie słyszy i nie widzi...
P. Puymandour wysilał się by zapanować nad swem wzruszeniem.
— Jeżeli kto nie wyzionął ducha od razu, zauważył, w chwili uderzenia krwi na mózg, to może przyjść do siebie.
Stary lokaj smutno pokiwał głową i odrzekł:
— Doktor utrzymuje, że jeżeliby książę przyszedł do zdrowia, to i w takim razie, uczciwszy uszy, pozostanie niespełna rozumu.
— Okropność!... okropność! Taki człowiek! Nie chcę, mój kochany, iść do księcia, nie, widok jego wywarłby na mnie zbyt przykre wrażenie, ale gdybym mógł zobaczyć się z p. Norbertem.
Jan przestraszył się.
— Czego się panu zachciewa! zawołał.
— Byłem przyjacielem jego ojca.... bardzo bliskim przyjacielem... i jeżeliby słowa pociechy mogły złagodzić gwałtowność jego boleści...
— To być nie może, odpowiedział lokaj. Pan Norbert jest przy ojcu; nie opuszcza go ani na minutę i zabronił, by go wzywano dla jakiegokolwiek interesu... Nawet teraz muszę pójść do niego, gdyż czekamy na dwóch lekarzy z Poitiers...
— A więc odchodzę... Dziś wieczorem przyszlę dowiedzieć się.
P. Puymandour rzeczywiście odszedł, ale powoli, przytłoczony ponuremi myślami.
Czy też powiedziano mu całą prawdę? Czy ten nagły atak nie miał jakiego powodu, który starano się ukryć? Dla czego Norbert nie chciał przyjmować nikogo?
Szczególnie uderzyło go to, że Norbert od chwili wypadku był ciągle przy ojcu.
Mając jeszcze w świeżej pamięci opór swej córki, p. Puymandour wywnioskował, że i książę musiał w swoim synu napotkać taki sam wstręt, że nastąpiła gwałtowna scena i że w przystępie gniewu groźnemu magnatowi uderzyła krew na mózg.
— Jeżeli tak jest, pomyślał, to czy książę Champdoce umrze, czy zostanie idiotą tylko, Norbert zerwie nasze projekta związku.
To go okropnie przeraziło. Co począć w takim razie?
Tymczasem Norbert siedział przy łożu swego umierającego ojca i ze ściśnietem od trwogi sercem śledził w jego oczach iskierki życia lub odblasku rozsądku.
Trzy dni straszliwej rozpaczy zrobiły go zupełnie innym człowiekiem. Przepaść, którą sam czas nie zdołałby zapełnić, oddzielała go w tej chwili od niedawnej przeszłości, o której nie mógł pomyśleć bez drżenia.
Dopiero w ostatniej sekundzie, gdzie ojciec ustami już dotykał szklanki, pojął całą okropność i szkaradę swej zbrodni.
Cała jego istność oburzyła się. Zdawało mu się, jak gdyby słyszał straszliwy głos, wołający: Morderca Ojcobójca!...
Gdy ojciec upadł, Norbert miał siłę wołać o pomoc, ale zaraz potem zdjęty szaloną trwogą wybiegł w pole z największą szybkością, jak gdyby spodziewał się uciec przed mściwemi furjami, szarpiącemi sumienie...
— W pierwszych chwilach zamieszania, jakie nastąpiło po katastrofie, ludzie zamkowi myśleli że pobiegł po lekarza.
Tylko najdawniejszego sługę rodziny, Jana, świadka tej nagłej ucieczki, opanowały złowrogie domysły.
Posiadając całe zaufanie swych panów, wiedział on o nieporozumieniu istniejącem między ojcem a synem. Znał gwałtowność obu i wiedział, że miedzy nimi stała kobieta, podburzająca jednego przeciw drugiemu.
Świadek uniesienia się księcia Champdoce gdy ten uderzył syna, Jan zmieszał się, ujrzawszy powracającego Norberta. Z jakiemi zamiarami przybywał?
Zajęty jakąś robotą na dziedzińcu, widział jak Norbert rzucił przez okno szklankę i płyn znajdujący się w niej rozlał się po ziemi.
Wszystkie te okoliczności razem zebrane, wydały się staremu słudze tak ważnemi, tak formalnie obwiniającemi, że jak tylko księcia położono na łóżku, zszedł do wspólnej sali, pewny będąc, że tam jakiś ślad znajdzie.
Butelka z winem księcia stała jeszcze na stole w trzech czwartych częściach wypróżniona. Jak tu wytłumaczyć ten fakt?
Idąc za natchnieniem swego poświęcenia, Jan zabrał butelkę i pewny że go nikt nie podpatruje, zaniósł do swego pokoju i tam schował.
Następnie poszedł szukać Norberta.
Dwie godziny przeglądał napróżno okolicę.
Zmartwiony już powracał do zamku drogą z Bivron, gdy wtem pod lasem nad rowem zdało mu się, że dostrzega postać ludzką.
Podszedł bliżej... Norbert leżał w trawie.
Zacny sługa pochylił się ku swemu młodemu panu i przekonawszy się, że ten zaledwie był przy zmysłach, mocno targnął go za rękę.
Norbert zerwał się i krzyknął.
Jan raczej odgadł aniżeli dostrzegł ten ruch niezmiernego przerażenia.
— To ja, panie!... powiedział.
— Ach, tak, to ty!... czego chcesz?
— Szukałem pana by go zakląć, żeby powracał do Champdoce.
Norbert w tył odskoczył.
— Wracać do zamku!... rzekł stłumionym głosem, nie!.. nie teraz.
— Jednak tak trzeba koniecznie. Nieobecność pana wyda się niepojętą... ludzie poczną zastanawiać się, szukać... i kto wie?... Miejsce pańskie jest przy łóżku ojca.
— Nigdy za nic!...
Mówił to, ale nie ruszał się. Wtedy Jan wziął go za rękę i poprowadził.
Norbert nie opierał się temu rodzajowi gwałtu. Chwiał się jak człowiek pijany, utykał na wszystkich kamieniach; upadłby, gdyby go nie podtrzymywano. Po scenie, która wytężyła wszystkie jego siły, nastąpiła reakcja i wszystko w nim łamało się.
Razem z Janem przeszli przez dziedziniec i wstąpili na schody.
Ale przed drzwiami pokoju księcia Champdoce Norbert nagle stanął i wsparłszy się nogami, zamierzał stawić opór.
— Nie chcę!... bełkotał szamocąc się, nie mogę!...
Wierny sługa ścisnął mu mocno ręce i powiedział:
— Pan wejdziesz!... Bądź co bądź uratujesz pan przynajmniej honor domu!
Tych kilka wyrazów przywróciły mu nieco energii. Wszedł do pokoju i rzucił się ku łóżku.
Gdy uklakł i oparł czoło na zlodowaciałej ręce ojca, łzy dławiące go dotąd trysnęły.
Teraz już poczęło powoli rozjaśniać mu się w umyśle, a zarazem powracała zdolność do cierpienia.
Był dość panem siebie, by się okazać nie więcej jak zrozpaczonym synem, gdy przybył lekarz z Bivron.
Był to człowiek uczciwy, bardzo uczony, bez pretensji, słowem zupełnie na swojem miejscu.
Gdy mu opowiedziano jaką pomoc dano przed jego przybyciem, począł długo rozglądać chorego, a potem napisał receptę, którą wręczył Norbertowi, mówiąc:
— Ojciec pana jest zgubiony. Być może, iż uratujemy mu życie, ale nigdy nie uratujemy rozumu... Krewnym należy się prawda, więc mówię ja. Pan mi wybaczy; jutro rano powrócę.
Norbert padł na krzesło i ścisnął rękami głowę, gdyż czuł, jakby mu pękała.
Siedział tak nieruchomy, potem nagle zerwał się tłumiąc krzyk.
Przyszła mu myśl straszliwsza nad wszystkie inne.
Przypomniał sobie o butelce, w którą wsypał truciznę, a która pozostała na stole... Co się z nią stało?... a jeżeli kto wypił znajdujące się w niej wino?... Wtedy wszystko odkryje się!...
Ogromna niespokojność przywróciła mu siły, zszedł do wspólnej sali.
Butelki nie było już na stole, ani też w zwykłem miejscu na półce.
Począł szukać po wszystkich szafach i kątach, gdy wtem drzwi otworzyły się i ukazał się Jan.
Na widok swego młodego pana wierny sługa doznał takiego wzruszenia, iż omal nie upuścił świecy, którą trzymał w ręku.
— Co pan tu robi? zapytał drżącym głosem.
— Chciałem.... odrzekł Norbert, szukałem....
Podejrzenia starego sługi zmieniły się w przerażającą pewność.
Podszedł do młodego człowieka i schyliwszy się do jego ucha szepnął:
— Pan szuka butelki?.. prawda? Bądź pan spokojny... Ja ją wziąłem, mam ją w moim pokoju.
Jan mówił bardzo cicho, tak że prawie trzeba było odgadywać jego słowa z ruchu ust.
A jednak Norbertowi zdawało się że ten głos przypominający jemu jego szkaradny czyn, huczał jak piorun i echem napełniał zamek.
— Milcz!!... odrzekł, wiodąc dokoła błędnym wzrokiem, milcz!...
— O! my jesteśmy zupełnie sami, szepnął Jan. Niech się pan niczego nie obawia.
Norbert zrozumiał, że stary sługa sądził go winniejszym niż był nim rzeczywiście.
— Nieszczęśliwy!.. przerwał, czemu ty śmiesz wierzyć?.. Mój ojciec nie pił tego wina: wyrwałem mu szklankę nim ją dotknął ustami i rzuciłem na dziedziniec, gdzie znajdziesz jeszcze kawałki...
— Nie jestem sędzią pana i nie masz pan potrzeby tłumaczyć się przedemną. Będę wierzył temu co pan chce...
— A!... on wątpi! zawołał Norbert, nie chce mi wierzyć!... Janie! przysięgam ci na wszystko co mam najświętszego, żem niewinny!
Stary sługa smutno pokiwał głową.
— Trzeba byś pan nim był, odrzekł, tak, potrzeba... Czyż nie powinniśmy ratować honor domu?... Nawet słuchaj mię pan: gdyby coś odkryto albo podejrzywano... no!... to zwal pan wszystko na mnie.. Ja będę bronił się, ale tak niezręcznie, że uwierzą iż jestem winny... I wiesz pan co? te butelkę zachowam... a gdy będą robić rewizję to ją znajdą... Będzie to dowód... Cóż to szkodzi, że taki biedak jak ja zostanie skazany?... Tymczasem gdyby był nim pan... Champdoce...
Norbert załamywał ręce z rozpaczy. Ten dowód szczytnego poświęcenia przekonywał go, że przekonanie Jana było niewzruszone.
Próbował jednak wyjaśnić mu co zaszło, gdy wtem na pierwszem piętrze dał się słyszeć stuk zamykających drzwi.
— Cicho! powiedział Jan, ktoś idzie. Nie potrzeba by nas tu zastano na naradzie, to by zaraz wzbudziło podejrzenie!.. Odejdź pan ztąd prędko!... a przede wszystkiem bądź ostrożny, staraj się być spokojnym... tu idzie o honor rodziny...
Norbert był posłuszny i odszedł.
W pokoju księcia, gdy tam stanął, nie było nikogo oprócz Mechineta, pastucha-weterynarza, który siedząc w oknie, walczył ze snem i silił się mieć otwarte oczy.
Gdy ukazał się „młody pan“ Mechinet wstał i rzekł:
— Przyniesiono lekarstwo przepisane przez doktora. Dałem jedną łyżkę księciu i zdaje mi się że skutkuje. Niech pan sam zobaczy...
Nie było co począć — wypadało spojrzeć.
Wydało się Norbertowi, że twarz księcia była mniej zapuchnięta. Jedna powieka podniosła się nieco i pokazało się oko zamglone, bez życia i ognia.
— Doktor zalecił, dodał Mechinet, dawać tę miksturę co pół godziny, dopóki flaszka nie wypróżni się.
— Dobrze.
— Bo to.. gdyby pan pozwolił... jestem okrutnie zmęczony... Jan przyrzekł mi, że przyjdzie. Gdybym teraz cokolwiek przespał się, jutro rano mógłbym znowu pilnować...
Norbert wskazał mu drzwi i podsunąwszy krzesło usiadł przy łóżku.
Jakieś niewyjaśnione uczucie, silniejsze nad wolę, pociągało go do bezwładnego ciała ojca.
Pogrążony w pewien rodzaj osłupienia silił się pomimo to rozważyć, jaki szereg wypadków doprowadził go aż do przepaści.
Zdawało mu się, że jeszcze słyszy surowy głos ojca, mówiącego mu:
„— Ta dziewczyna to tylko intrygantka; ona cię nie kocha; pragnie tylko twego imienia i majątku.“
Niestety książę miał słuszność... teraz trzeba było przyznać się do tego.
Pewność, że został tak wyprowadzony w pole, oburzyła go. A zatem naprawdę był takim prostakiem, takim głupcem, że niczego nie dostrzegł!
Przychodziło mu na myśl tysiące szczegółów.
Jakże nie dostrzegł, że ta dziewczyna narzucała mu się, że używała sposobów niegodnych uczciwej kobiety, że wszystko było w niej obmyślane, że skorzystała z jego niedoświadczenia, że powoli popychała go na drogę, na której końcu napotkał przepaść!
Prawdziwe znaczenie potwornej komedji, odegranej u Daumana, ukazało mu się w całem świetle.
Ta, którą miał za szlachetną i czystą dziewicę, była wspólniczką prezydenta. Oboje porozumieli się, by nienawiść jego spotęgować aż do szaleństwa... i w ostatniej chwili wręczyli mu truciznę, którą miał zadać ojcu.
Dreszcz go przejmował, gdy przekonywał się o tem; i tę Dianę Sauvebourg, którą kochał aż do zbrodni — teraz znienawidził z taką samą gwałtownością.
Nadchodził dzień. Norbert był złamany i usnął snem niespokojnym, pełnym widziadeł.
Było już około południa gdy się przebudził. Doktor stał przy łóżku chorego.
Po krótkiem obejrzeniu przybliżył się do Norberta i powiedział:
— Ciało uratujemy.
Doktor nie mylił się.
Tegoż samego wieczora ks. Champdoce mógł już podnieść się. Na drugi dzień wymówił kilka wyrazów niezrozumiałych. Następnego dnia dał do zrozumienia że jest głodny.
Był uratowany, ale lepszą byłaby śmierć.
Potężna wola, ożywiająca to herkulesowe ciało, znikła. Oko straciło ogień, rysy inteligencję; dolna warga opadła na dół z przykrym wyrazem idiotyzmu.
I żadnej nadziei wyleczenia. Książę miał pozostać takim na zawsze.
Uznawszy ogrom zbrodni Norbert mógł zmierzyć i ogrom kary...
Wtedy to dopiero Jan ośmielił się napomknąć o wizycie p. Puymandour; a Norbert był w takiem usposobieniu umysłu, iż uznał to za wskazówkę nieba.
Przynajmniej, powiedział sobie, wola ojca zostanie spełni?.
I nie tracąc ani chwili napisał do p. Puymandour, że czeka na niego i że spodziewa się, że nieszczęście, które go nawiedziło, nie zmieni w niczem zawartych układów.
Tak zawyrokował o swej, przyszłości.


∗             ∗

Diana wyszedłszy od Daumana pospieszyła prosto do domu.
Godziny, jak to przewidziała, wlokły się jej śmiertelnie długo i boleśnie.
Pomimo całej potęgi swej energii, pomimo ogromnej władzy nad sobą, nie mogła w zupełności ukryć niespokoju, który ją pożerał, a który wzrastał w miarę, jak nadchodził wieczór.
Podczas wieczerzy, którą w zamku Sauvebourg zawsze zastawiano o dziewiątej, nie była prawie w stanie mówić i potrzebowała niesłychanych wysileń by przełknąć coś.
Na szczęście ani markiz ani markiza nie zwracali na nią uwagi. Otrzymali bowiem tegoż samego dnia wiadomość, że syn ich mocno zasłabł w Paryżu. Niepokoili się więc i mówili o podróży do stolicy.
Nie wiele zatem zajęło ich, gdy wstawszy od stołu, Diana powiedziała, że ma straszną migrenę i prosiła o pozwolenie odejścia do siebie.
Pozostawszy sama w pokoju i odesławszy służącę, odetchnęła swobodniej nieco. Nie potrzebowała nakoniec przymuszać się, układać fizjonomię, jednem słowem pilnować się.
Nie przychodziło jej na myśl kłaść się spać. Owinęła się w wielki szal i otworzywszy okno, oparła się na niem.
Zdawało się jej niepodobieństwem, by Norbert nie szukał i nie znalazł jakiego sposobu zawiadomienia jej, czy mu się udało... czy nie.
Tymczasem dzień nadchodził. Niebo na wschodzie czerwieniało i liście na drzewach poczęły się poruszać od porannego wiatru.
Diana, do kości przeziębła, zamknęła okno i drżąca wsunęła się pod kołdrę, nie śmiejąc przywoływać snu.
— Norbert, powiedziała sama do siebie, zapewne uznał za właściwe nie oddalać się; niepodobna, bym prędzej jak przed śniadaniem miała od niego wiadomości.
Ale wszystkie te wyrachowania nie uspakajały jej. Pierwsza w całym zamku wstała i wyszedłszy do ogrodu stanęła w miejscu, zkąd widać było drogę.
Nikt się nie pokazał. Dzwonek począł zwoływać na śniadanie; musiała zasiąść do stołu z rodzicami. Było to powtórzenie wczorajszej męczarni tysiąckroć boleśniejsze.
Nakoniec koło trzeciej godziny, nie mogąc dłużej wytrzymać, pobiegła do Daumana.
Wnosiła, że prezydent musi coś wiedzieć, a w każdym razie znajdzie jaki sposób uspokojenia jej choć cokolwiek. Myliła się.
Dauman nie lepsze od niej spędzał godziny; pocił się całą noc ze strachu.
Przez cały ranek siedział zamknięty w swym gabinecie, drżąc przy najmniejszym szmerze i zaledwo przed chwilą zdobył się na to by wyjść, w nadziei że czegoś się dowie.
Nadzieja ta nie ze wszystkiem go zawiodła. Jeden z mieszkańców Bivronu, którego spotkał, opowiedział mu, że wczoraj wieczorem zawezwano lekarza do ks. Champdoce, który umierał.
Dauman powrócił z tą jedną wiadomością, bardzo groźną, gdy przybyła Diana.
Na jej widok twarz mu poczerwieniała, oczy zabłysły, i nie dbając już o grzeczność zakłął najszkaradniejszem zaklęciem z całego swego repertouru.
— A! to pani! powiedział ostro, czego pani chcesz? Chybaś pani oszalała że tu przychodzisz!.. Czy chcesz pani wszystkim ogłosić że jesteśmy wspólnikami Norberta?
— Wielki Boże!... cóż się stało?
— Stało się to, że ten przeklęty książę żyje, i jeżeli przyjdzie do zdrowia, tośmy przepadli! Kiedy mówię my, to znaczy: ja. Panią w każdym razie wyplączą; pani jesteś córką magnata, a wielcy panowie nie zjadają jeden drugiego. Ja to zapłacę za wszystkich!
— A mówiłeś pan, że to było.... piorunujące....
— Ja tego nie mówiłem!... to fałsz!... O! gdybym wiedział!..
. Ale wyprę się wszystkiego, tak jest!... Was wszystkich panów z błotem zmięszam. Ja jestem uczciwy człowiek!... Trzeba było byś sama pani tem się zajęła, pani jesteś zuch; nie straciłabyś głowy.... a ten bałwan, kochanek pani, pokpił sprawę!... Być tak obrażoną i przez takiego nędznika! Diana próbowała zbuntować się.
Ale Dauman nie dał jej mówić. Trwoga człowieka nikczemnego nie zna litości.
— Nie mam czasu wkładać rękawiczek, by mówić z panią, zaczął znowu, i to mówić w chwili gdy czuję, że mi głowa chwieje się na karku. A więc zrób mi pani tę grzeczność wynieś się ztąd i nie pokazuj się więcej.
— Niech i tak będzie!.... poszlę kogo do Champdoce.
— Do kroćset piorunów! krzyknął Dauman z groźnym ruchem, tego jeszcze brakowało!... Dlaczegoż, jeżeli już tak jest, nie pójdziesz pani sama spytać księcia Champdoce, jak mu smakowała trucizna?...
Ale panna Sauvebourg trzymała się mocno. Po prośbach uciekła się do gróźb i w końcu wymogła na Daumanie, iż na zwiady wyprawi do Champdoce córkę matki Rouleau.
Miał doskonały pretekst do otwarcia jej podwojów zamkowych, a mianowicie żądać od Mechineta, pastucha-weterynarza, zapłacenia dłużnych mu kilkudziesięciu franków.
Przywołał więc Franciszkę i zręcznie ją poinformował, jak ma zasięgnąć najważniejszych wiadomości.
Nawet dla większej pewności i ponieważ pożerała go niecierpliwość, sam odprowadził ją aż pod górę zamkową; tu powiedział, że będzie czekał na nią i usiadł.
Czekał nie długo.
Zaledwie upłynęło dwadzieścia minut, gdy ujrzał powracającą swoją posłankę szybkim bardzo krokiem. Zerwał się cały drżący.
— No i cóż? zawołał, czy ten lichy płatnik Mechinet oddał należność?
— Gdzietam, prezydencie, nawet nie widziałam go.
— Nie było go?
— Zdaje się, że od czasu jak książę zachorował wszystkie drzwi zamku są zamknięte i nikogo tam nie wpuszczają. Z tym biednym księciem jest źle, bardzo źle...
— Czy powiedziano ci przynajmniej na co jest chory?
— Nie. To co panu mówię wiem od jednego parobka, którego spotkałam na dziedzińcu; mówiłby on ze mną dłużej, ale nadszedł pan Jan...
— Stary sługa księcia?
Franciszka kiwnęła głową.
— On sam, odrzekła. Pan Jan był rozwścieczony. Ty, wrzasnął na parobka, pójdź do obory i zobacz czy mnie tam nie ma! Potem zwrócił się do mnie i zapytał: „A ty czego chcesz?“ Naturalnie że powiedziałam mu, iż przychodzę do Mechineta. A on mi rzekł: „Nie ma go tu, więc ruszaj z Bogiem i przychodź w przyszłym miesiącu.“
— A ty, głupiutka, nie rozkrzyczałaś się?
— Owszem, nalegałam. Ale on wytrzeszczył na mnie okrutnie oczy i zapytał: „Kto tu ciebie przysyła, mały szpiegu?“
Prezydent zadrżał.
— A!... zawołał, tak powiedział?... A ty mu co na to?
— Ba!... powiedziałam że pan!...
— Tak, to słusznie... A potem co?...
— Pan Jan podrapał sobie podbródek i powiedział: „A! przychodzisz od prezydenta!... Powinien byłem domyśleć się tego. Dobrze, dobrze, będzie on miał wiadomości.“
Przy tem opowiadaniu Dauman doznał takiego wzruszenia iż mało nie upadł, nogi mu drżały.
Nie wypytywał się już więcej. Usłyszał że go ktoś woła. Był to pan Puymandour, idący do zamku.
Pewny, że zasięgnie od niego dokładniejszych wiadomości, Daumau odprawił Franciszkę.
Przewidywania jego sprawdziły się. Dowiedział się nareszcie jakiej natury była choroba księcia i że Norbert nie cofnął się; więc nie można było wytoczyć mu procesu bez wytoczenia go zarazem Norbertowi, więc czuł się prawie uratowanym.
Z wielkiem zadowoleniem w kilka chwil potem udzielił tych wiadomości Dianie.
— Pan Norbert, powiedział, widocznie nie wsypał dość wielkiej dozy; ten przeklęty książę ma końskie zdrowie; działanie nie było kompletne. Ale bądź pani spokojna, substancja ta nie przebacza; jeżeli książę odżyje to zostanie idiotą, w każdym razie cel nasz będzie osiągnięty.
Diana rozmyślała.
— Co to znaczy, szepnęła, że Norbert nic do mnie nie pisze?... dlaczego...
— Dlaczego?... bo jest ostrożny. Zkąd pani możesz wiedzieć, że go nie szpiegują? To dzielny młodzieniec, pojmujący iż są rzeczy, których nigdy się nie pisze. Pozostaje nam tylko czekać...
Czekali. Ale przeminął cały tydzień bez wiadomości od Norberta.
Panna Sauvebourg cierpiała okropnie w ciągu tych dni, które wydawały się jej nieskończonemi.
Nadeszła niedziela.
Wstawszy rano, markiza Sauvebourg poszła na cichą mszę i zaleciła córce by się wybrała na sumę wraz ze służącą. Rozporządzenie takie bardzo spodobało się Dianie. Może tu zobaczy Norberta...
Niestety nie. Gdy przybyła msza już się zaczęła. Ale ławka rodziny Champdoce była próżna.
Powoli poszła na swoje miejsce, ukląkłszy próbowała czytać, a nawet modlić się, ale nie mogła.
Ksiądz wszedł na ambonę. W Bivron była to ważna część nabożeństwa, gdyż przed kazaniem zawsze wygłaszano zapowiedzi.
Mężczyźni, którzy dotąd stali przy progu, podsunęli się bliżej; cisza tak wielka zaległa, iż słychać było jak pobożni zażywali tabakę.
Ksiądz powiódłszy okiem po zgromadzeniu, głośno wytarł nos, odchrząknął, wreszcie wydobywszy z brewiarza kartkę zapisanego papieru, począł czytać:
„Wstępują w stan małżeński...“
Wszyscy ciekawie nastawili uszu, ksiądz przeczekał chwilę, potem donośnym głosem czytał dalej:
„Pan Ludwik-Norbert Dompair markiz Champdoce, nieletni i prawy syn Wilhelma — Cezara Dompair i zmarłej Izabeli Barneville, małżonki jego, zamieszkały w tutejszej parafii...“
„I panna Anna-Marja Palouzat, córka nieletnia i prawa Augusta Palouzat hrabiego Puymandour i zmarłej Zoe Staplet, jego małżonki, również z tutejszej parafii...“
Piorun z ambony uderzył w Dianę. Serce jej bić przestało. Zdawało się jej że umiera.
Ksiądz mówił dalej:
„Zapowiedź pierwsza i ostatnia z powodu dyspensy, jaką strony otrzymały od jaśnie wielmożnego arcypasterza.“
Potem mrucząc wypowiedział zwykłą formułę: Ktoby wiedział o przeszkodach i t. d.
O przeszkodach!... jaka przerażająca ironia!... Panna Sauvebourg dobrze wiedziała, jakie zachodzą przeszkody.
Nakoniec dało się słyszeć Ite missa est. Diana schwyciła rękę swej służącej i wyszła, nie wymówiwszy ani słowa. Pragnęła samotności, jak szermierz śmiertelnie raniony i usiłujący ukryć swe konanie przed widzami.
W domu czekało ją nowe wzruszenie.
Gdy weszła, ujrzała ojca i matkę siedzących obok siebie i zapłakanych. Przystąpiła bliżej i wtedy ojciec, sadzając ją na swych kolanach, przycisnął do serca, mówiąc jakby w szale:
— Biedna córko! biedne moje ukochane dziecię już tylko ciebie jedną mamy!...
— Brat Diany umarł. Wiadomość ta nadeszła, gdy była w kościele.
Została jedynaczką i dziedziczką sześćdziesięciu tysięcy liwrów dochodu. A więc najświetniejszą partją w okolicy.
To najpierwej przyszło jej na myśl.
Płakała jednak tak jak rodzice, ale były to łzy wściekłości.
Gdyby katastrofa ta wydarzyła się o ośm dni wcześniej, byłaby uratowaną; małżeństwo jej z Norbertem byłoby niewątpliwem; oszczędziłaby sobie szkaradnej zbrodni.
Teraz był to tylko okrutny żart przeznaczenia, kara.
Brata nie żałowała. Myśli swych nie mogła oderwać od Norberta; fatalne zapowiedzie ciągle brzęczały jej w uszach.
Zkąd się wzięło to dziwne postanowienie, to przeklęte małżeństwo?
Dzień przeszedł na domysłach i szukaniu sposobu, jakby zerwać zamierzony związek. Bo Diana nie zrzekła się walki, jeszcze nie rozpaczała. Teraz majątek mógł przechylić szalę na jej stronę.
Przeczuwała, że niezawodnie odniesie zwycięstwo, jeżeli choć minutę będzie się widzieć z Norbertem. Czy potrafi on oprzeć się jej prośbom łzom? Zobaczy go u nóg swoich jak przedtem, gdyby tylko mogła powiedzieć mu:
— Ja cię kocham, ty jesteś panem swej woli a poślubiasz inną?...
Ale trzeba było dostać się do Norberta i to prędko. Czas naglił. Każden dzień wart był tyle co rok.
Postanowiła zatem, że tej jeszcze nocy wymknie się z Sauvebourg i pójdzie do Champdoce.
Przedsięwzięcie było ryzykowne, prawie szalone. Znaczyło to stawić na kartę całą przyszłość, może biedz w przepaść.
Po północy zarzuciwszy okrycie i zapewniwszy się że wszyscy śpią w domu, zeszła po cichu ze schodów i wybiegła za bramę.
Nie bardzo była zakłopotana tem jak potrafi znaleźć Norberta. Często opisywał on jej wnętrze zamku Champdoce; wiedziała, że pokój jego znajduje się na dole i ma dwa okna, wychodzące na dziedziniec. Tego było jej dość.
Przybywszy na miejsce zawahała się. A jeżeli omyli się co do okna?...
Ale, powiedziała sobie, że już nie czas cofać się, że jeżeli kto inny a nie Norbert otworzy okno, to ucieknie i na chybi-trafi zapukała, zrazu słabo, potem mocniej, potem z całej siły.
Norbert otworzył okne i zapytał:
— Kto tam?...
— To ja, Norbercie, ja, Diana...
Norbert poznawszy ją krzyknął i cofnął się.
Skorzystała z tej chwili i przez okno wskoczyła do pokoju.
— Czego pani chcesz, zapytał Norbert jakby obłąkany, po coś tu pani przyszła?
Diana patrzała na niego i nie poznawała, tak dziwną wydała się jej jego fizjonomia. Przestraszyła się, zmieszała.
— Żenisz się z panną Puymandour? szepnęła.
— Tak jest.
— A jednak utrzymywałeś że mię kochasz!..
Całe oburzenie powróciło Norbertowi. Podstąpił ku niej i powiedział:
— Byłem dzieckiem, byłem nieświadomy wszystkiego, gdy na nieszczęście spotkałem panią na mojej drodze. Któżby nie uwierzył pani, mającej oczy tak czyste, że aniołowie mogliby ich pozazdrościć?... O! tak! kochałem panią szalenie, aż do zbrodni!... A pani szukałaś tylko tytułu i majątku!
Diana zrobiła rozpaczliwy ruch.
— Nieszczęśliwy!... zawołała, czyż znajdowałabym się tu, o tej porze, gdyby tak było jak mówisz? Brat mój umarł, Norbercie, jestem tak jak ty bogatą, a jednak jestem tu!.. Obwiniasz mnie o szkaradne wyrachowanie! I dla czego? Zapewne dla tego, żem nie chciała uciekać z tobą!... O mój jedyny przyjacielu! Broniłam naszego przyszłego szczęścia... wszak...
Tu nagle przerwała, oczy słupem stanęły jej od przerażenia.
Otworzyły się drzwi, a przez nie wszedł książę Champdoce, bełkocąc coś niezrozumiałe i śmiejąc się strasznym śmiechem idiotów.
— Czy pojmujesz teraz pani, rzekł Norbert, dlaczego wspomnienie o naszej miłości jest mi wstrętnem? Czy ośmielisz się pani mówić o szczęściu wobec tego widma mojego ojca?
I ręką wskazał jej na okno.
Diana wyskoczyła uniesiona wściekłością i zazdrością, a pożegnanie jej było pogróżką.
— Zemszczę się, Norbercie, zawołała, do zobaczenia!


IX.

W trzy dni ukończono przygotowania do ślubu Norberta z Marją.
Przyszli małżonkowie nie spodobali się sobie nawzajem. Od pierwszego spojrzenia uczuli ku sobie instynktowy wstręt, którego często lata zatrzeć nie mogą.
Norbert codziennie po obiedzie zjawiał się u pana Puymandour z ogromnym bukietem. Wprowadzano go do salonu, tam wręczał kwiaty Marji, bełkotał jakiś komplement; Marja dziękowała mu mocno rumieniąc się, a potem siadali, mając do towarzystwa jakąś starą kuzynkę, umyślnie na ten cel sprowadzoną.
Przez całe godziny Marja siedziała pochylona nad krosienkami, a Norbert nie wiedząc co z sobą zrobić, okrutnie zakłopotany, milczał najczęściej, pomimo ogromnych wysileń, by podtrzymać jaką taką rozmowę.
Nigdy tak się nie radował, jak gdy p. Puymandour proponował mu wycieczkę w okolice. Z nim przynajmniej ustawało nieznośne milczenie.
Ale wycieczki te nie były częste, bo p. Puymandour nie miał ani chwili wolnego czasu.
Nigdy nie widziano go tak hałaśliwym, zajętym, zakłopotanym, jak od czasu gdy to nieszczęśliwe małżeństwo stało się znanem.
Ciągle spotykano go na drodze, to konno, to w powozie. Sam rozwoził zaproszenia, a próżność jego zachwycała się powinszowaniami, któremi go zasypywano.
To jeszcze nie wszystko. Musiał pilnować przygotowań do wesela, a chciał by wesele to było wspaniałe.
Norbert wprawdzie przedstawiał mu, że cały ten przepych był nie w miejscu wobec położenia, w jakiem znajdował się książę Champdoce; p. Puymandour nie chciał słyszeć o tem.
W pałacu wszystko odnawiano, zdejmowano pokrowce, wyklejano ściany; na powozach malowano herb książąt Champdoce obok herbu hrabiego Puymandour.
Herby te wszędzie można było widzieć: po nad wszystkiemi drzwiami, na naczyniach, na najdrobniejszych przedmiotach; p. Puymandour, gdyby tylko śmiał, kazałby je sobie wymalować na piersiach.
Wśród tego gwaru smutek Norberta i Marji wzrastał, jak gdyby oboje przeczuwali przyszłe swe nieszczęścia.
Ale pan Puymandour miał oczy dla tego by nie widzieć. Gdy sam z niemi znajdował się występował z konceptami, często bardzo wątpliwego smaku.
Raz jednak złapał podczas swych wycieczek wiadomość, iż natychmiast pobiegł z nią do salonu.
— Wiecie, moje dzieci, krzyknął już na progu, że daliście dobry przykład? Mer i proboszcz będą mieli w tym roku nie mało do roboty.
Marja wzrokiem zapytała ojca.
— Tak, tak, mówił dalej. Dowiedziałem się o małżeństwie, które nastąpi wkrótce po waszem, a które będzie miało rozgłos...
— Jakie małżeństwo?...
— Znasz pan, zapytał Norberta, syna hrabiego Mussidan?
— Wicehrabiego Oktawiusza?
— Tak właśnie.
— Sądziłem że mieszka w Paryżu.
— Mieszkał tam rzeczywiście i hulał. Ale teraz jest tu, u swego ojca od tygodnia i już się zakochał. Zgadnijcie z kim go żenią? założę się, że ani przypuszczacie!
— Nie odgadniemy, ojcze, więc nie dręcz nas.
Pan Puymandour przybrał minę niezmiernie tajemniczą.
— Niech to będzie między nami, powiedział. Dowiedziałem się o tem od notarjusza, któremu przyrzekłem sekret. Owóż hrabia Oktawiusz Mussidan poślubi pannę Diane Sauvebourg.
Marja ruszyła się z niedowierzaniem.
— To być nie może, rzekła. Nie dawniej jak przed tygodniem panna Diana straciła brata.
— Ba! tem bardziej! Teraz została bogatą dziedziczką. Mussidanowie są przebiegli... bardzo być może, iż napisali do syna, by przybywał i wyprzedził innych, którzy pewno wystąpią. Otóż Oktawiusz przyjechał... kawaler bardzo miły — i doprawdy.... ja to znajduję całkiem naturalnem.
Norbert zrazu mocno poczerwieniał, potem zbladł. Tak się zmieszał, że upuścił album, które trzymał w ręku.
P. Puymandour mówił dalej:
— Zresztą pochwalam wybór wice hrabiego Mussidao. Panna Diana oprócz swej zdumiewającej piękności jest w moich oczach osobą doskonałą w całem znaczeniu. Niepodobna mieć bardziej pańskiej miny. Co za wyniosłość, co za duma!... Spojrzawszy na nią zaraz można odgadnąć, że to córka wielkiego rodu, głęboko pogardzająca pospolitym tłumem. Co do jej dowcipu — to sam doznałem jego żądła. To dla ciebie wzór, Marjo, właśnie gdy zostać masz księżną.
Marja wiedziała, że ojciec, wpadłszy na tę materję nie prędko zamilknie, więc korzystając z chwili gdy się zatrzymał by odetchnąć, wyszła pod pozorem, że ma wydać jakieś rozkazy.
Hrabia nie bardzo gniewał się na to, gdyż pozostał mu Norbert.
— Wracając do panny Diany, zaczął znowu, powiem panu, że tylko com ją spotkał jak wychodziła od matki Rouleau. Śliczna jest w czarnej sukni! zachwycająca! O! żałoba to gratka dla blondynek!.. Ale przepraszam, opiewam panu jej wdzięki, jak gdybyś nie wiedział o tem lepiej niż inni...
— Ja, panie hrabio?
— A tak, panie markizie... No, czy niechciałbyś pan czasami zaprzeczać żeś się do niej umizgał... i to bardzo blisko?... No, no, nie rumień się pan, nie ma czego. Cóż dziwnego że młody człowiek umizga się, ma metresy...
— Ale przysięgam panu hrabiemu...
P. Puymandour wybuchnął śmiechem.
— Gadaj to pan komu innemu!... zanadto często spotykano was pod leszczynami... eh! eh! dyskrecja tu zbyteczna.
Napróżno Norbert usiłował bronić się z całą energią prawdy. Miał do czynienia z człowiekiem nie dającym się przekonać.
— Zresztą, mówił dalej hrabia, nie masz pan co wyrzucać sobie. Wszakże nie oszukiwałeś panny Diany. Bo czyż mogła ona spodziewać się, że zostanie pańską żoną? Nie, bo nie miała ani szeląga. Teraz gdy brat jej umarł i jest bogatą — to inna historja...
Bezecna ta teorja tak obruszyła Norberta, że już miał na ustach bardzo ostrą odpowiedź. Ale powstrzymał się z rezygnacją.
Lecz tak był rozgniewany, iż nie mógł przemódz na sobie by pozostać na obiedzie, i pod pozorem, że ma dopilnować ojca, oddalił się.
Najsprzeczniejsze uczucia miotały nim gdy powracał do zamku Champdoce.
Wątpił jednak o prawdzie tego co słyszał od p. Puymandour i właśnie przemyśliwał nad sposobem wywiedzenia się jak rzeczy stoją, gdy idąc drogą ku Bivron usłyszał że go ktoś woła:
— Panie markizie! panie!...
Odwrócił się i ujrzał Montlouis, owego syna dzierżawcy, który przeszłej zimy był jego powiernikiem w Poitiers.
— Pan markiz nie zauważył mię przechodząc, rzekł Montlouis.
Dawniej Montlouis mówił Norbertowi ty; ale od trzech miesięcy ocierał się już w świecie i poznał niezmierną odległość rozdzielającą jego, syna dzierżawcy, nie mającego stu liwrów renty, od milionowego pana.
— Byłem bardzo zamyślony, odrzekł Norbert.
I obawiając się obrazić dawnego kolegę podał mu rękę.
— Już od tygodnia, zaczął znowu Montlouis, przybyłem tu z moim pryncypałem. Bo mam teraz pryncypała. Wicehrabia Mussidan stanowczo zamianował mię swoim sekretarzem lub raczej intendentem. Wprawdzie z panem Oktawiuszem sprawa nie bardzo łatwa, gdyż byle o co wpada zaraz w straszliwy gniew; ale w gruncie jest to człowiek najlepszy. Zachwycony jestem moją posadą.
— Tem lepiej, mój przyjacielu, tem lepiej!
Ale nie dla udzielenia tych szczegółów Montlouis zaczepił Norberta.
— A pan żenisz się z panną Puymandour, panie markizie? Gdy mi to powiedziano, spadłem z obłoków.
— A toż dla czego?
— Ba, panie markizie, myślałem jeszcze o owych czasach, kiedyśmy to razem czekali na końcu pewnego ogrodu, by się otworzyła pewna furtka.
— Powinienbyś zapomnieć o tem, Montlouis.
— O, panie! ja to tylko panu mówię, ale kto inny nie wydobyłby odemnie ani jednego słowa, choćby szło o moją głowę. Chciałem tylko powiedzieć, że dziwnie to się nieraz wydarza na świecie. Pomyśleć tylko, że dawna pańska...
Norbert przerwał mu groźnym ruchem.
— Nieszczęśliwy zawołał, co śmiesz mówić!..
— Panie!...
— Wiedz o tem, że panna Sauvebourg jest tak czysta jak w dniu, w którym ujrzałem ją po raz pierwszy. Była szalona, nierozsądna — tak; ale występna — nie! Przysięgam ci przed Bogiem...
— Wierzę panu, wierzę!
Poprawdzie jednak nie wierzył ani jednemu słowu, co łatwo było poznać z jego fizjonomii i tonu mowy.
— W każdym razie, zaczął znowu, panna Sauvebourg będzie moją panią.
— Ona?... czy jesteś tego pewny?
— Przynajmniej mam wszelkie powody tak sądzić; wszak o tem tylko mówią w Mussidan.
A więc pan Puymandour był dobrze poinformowany.
— Jednak, zapytał Norbert, kiedy to wicehrabia zobaczył pannę Dianę? gdzie? jak?
— O! stało się to w sposób bardzo prosty. W Paryżu p. Oktawiusz był dość zbliżony z synem markiza Sauvebourg i odwiedzał go podczas choroby. Jak tylko rodzice tego biednego młodzieńca dowiedzieli się, że pan wicehrabia jest tu, zaprosili go, a on przyjął zaproszenie. Naturalnie że zobaczył pannę Dianę, zachwycił się, zakochał i o niej tylko marzy.
Wzruszenie Norberta było tak widocznem, iż Montlouis zatrzymał się.
— Zresztą, dodał jakby dla pocieszenia, nic jeszcze dotąd nie ma stanowczego.
Ale Norbert nie mógł dłużej znieść gadaniny dawnego towarzysza. Uścisnął mu rękę, powiedział, „do widzenia“ i odszedł szybkim krokiem, pozostawiwszy go na drodze nieruchomym i oniemiałym z podziwu.
Nigdy, nawet w najpiękniejszych chwilach miłości — jedno imię Diany nie wywarło na Norbercie takiego wrażenia. Wściekał się sam na siebie.
— Jakto, myślał, po wszystkiem co zaszło nie mogę przemódz na sobie, by zapomnieć o niej!... Wiem, że drwiła sobie ze mnie, że byłem tylko narzędziem jej szkaradnej ambicji; że z zimną krwią przygotowywała śmierć memu ojcu — i miałbym kochać ją jeszcze?...
Do tych nieznośnych udręczeń łączyła się w tej chwili jeszcze i najstraszliwsza niespokojność.
Zastanawiając się nad przyszłością, Norbert upatrywał w niej tylko nieszczęścia i przeczuwał najokropniejsze komplikacje. Wszystko zwracało się przeciw niemu.
Czuł się jakby w spiżowem kole, które coraz więcej ścieśnia się i grozi mu uduszeniem.
Widział pannę Sauvebourg poślubiającą wicehrabiego Oktawiusza Mussidan i spotykającą Montlouis w charakterze sekretarza swego męża.
Jakichże dozna ona wrażeń, gdy się znajdzie oko w oko z tym powiernikiem dawniejszych jej miłostek, który może dziesięć razy nosił jej listy od niego?
A Montlouis?... jak się on zachowa?.. Czy będzie miał dość zimnej krwi i taktu dla utrzymania się w położeniu tak delikatnem?
Co wyniknie z tego zbliżenia, które było jakby ironią Opatrzności?
Najpewniej, że kobieta nie zniesie obecności wspólnika błędów młodej dziewczyny. Wynajdzie jakiś pretekst do oddalenia go. A Montlouis, zagniewany tem że traci dobrą posadę, wygada się.
Wtedy p. Mussidan słusznie oburzony, że go tak nikczemnie oszukano, wypędzi żonę.
A co zrobi Diana, gdy się znajdzie tak bezpowrotnie zgubioną, wywołaną ze świata, na którym zamierzała panować?
Czy nie będzie mścić się na Norbercie?
Już myślał, czy śmierć nie byłaby dobrodziejstwem, gdy podchodząc do Champdoce ujrzał córkę matki Rouleau, która ukryta w krzakach czekała na niego od dwóch godzin.
— Mam do pana list, powiedziała dziewczyna.
Norbert rozpieczętował go i przeczytał.
„Mówisz, że cię nie kocham. Zapewne chcesz dowodów! A więc dobrze! uciekajmy dziś jeszcze... Będę zgubioną, ale będę twoją.
„Zastanów się, Norbercie, jeszcze czas. Jutro „będzie już zapóźno...“
I to panna Sauvebourg śmiała tak pisać!
Długo Norbert miał oczy utkwione w ten list, jakby silił się odgadnąć uczucie, które go podyktowało.
Pismo Diany, zwykle gładkie i równe, było teraz niewyraźne i pogmatwane, trzy ostatnie wyrazy prawie nieczytelne. W kilku miejscach były jakieś plamy... czy łzy?...
Ale pismo często kłamie... papier można zmoczyć kilku kroplami wody.
Pojmował jedno: że aby zdobyć się na krok tak stanowczy, aby się narazić na możebne upokorzenia, Diana musiała zadać okropny gwałt swej dumie.
— A gdyby mię kochała?... szepnął.
Wahał się przerażony tą myślą, że poświęca dla niego swój honor, rodzinę, majątek, że gdyby chciał byłaby jego, że od niego tylko zależy znaleść się przy niej nim dwie godziny upłynie, w głębi powozu, w drodze do jakiego nowego kraju. Serce biło mu gwałtownie, gdy o kilkadziesiąt kroków przed sobą ujrzał podchodzącego — swego ojca.
Po raz już drugi prosta obecność księcia Champdoce zatryumfowała nad najpotężniejszym urokiem Diany.
— Nigdy zawołał Norbert z takiem uniesieniem, że córka matki Rouleau aż odskoczyła nigdy! nigdy!
— I zmiąwszy list rzucił na drogę. Franciszka pochwyciła go, a Norbert poszedł ku ojcu.
Książę o tyle wyzdrowiał, że wstał, chodził, jadł i pił jak przedtem.
Ale dusza nie kierowała tem ciałem. Inteligencja na zawsze zgasła.
Kierując się instynktem, tą pamięcią ciała, książę robił mechanicznie to do czego był przywykł: przypatrywał się pracującym robotnikom, zwiedzał stajnie i obory, ale nie miał żadnego przeświadczenia o swych czynnościach.
Taki stan księcia postawił Norberta w położeniu bardzo trudnem, z którego nie wydobyłby się, gdyby nie pomoc p. Puymandour.
Zacny ten hrabia zawsze ruchliwy, w obecnych okolicznościach cudu dokazał. Dzięki radzie familijnej i rozmaitym decyzjom sądowym, wyjednał on Norbertowi usamowolnienie i prawo zarządzania tymczasowo majątkiem.
Wszystko to spóźniło nieco małżeństwo, ale wreszcie nadszedł i ten dzień.
Po niespokojnie przepędzonej nocy Norbert został pochwycony przez swego teścia, przedstawiony sproszonym gościom i wydany na łup ich komplementom.
O jedynastej wsiadł do powozu, zawieziono go naprzód do merostwa, potem do kościoła. O dwunastej wszystko już było skończone.
Jeden tylko wypadek z owego dnia pozostał mu na zawsze w pamięci.
Przed obiadem przedstawiono mu wicehrabiego Oktawiusza Mussidan, który skorzystał z tej sposobności, by uwiadomić go o przyszłem swem małżeństwie z panną Sauvebourg.
W pięć dni potem młodzi małżonkowie osiedlili się w Champdoce.
Znalazłszy się między kobietą której nie mógł kochać i której smutek zdawał mu się wyrzutem, a ojcem idiotą, Norbert zamyślał już o samobójstwie.
Trawiony żalem i wyrzutami sumienia, nie upatrując końca swych męczarni, wzmacniał się coraz bardziej w tej myśli, gdy pewnego poranku dano mu znać, że ojciec nie chce wstać z łóżka.
Posłano po lekarza, który znalazł, że książę jest w niebezpieczeństwie.
Nastąpił pewien rodzaj reakcji. Chory przez cały dzień wił się na łóżku. Język, zdawało się, odzyskuje władzę; z nadejściem nocy książę mógł już mówić z łatwością. Wtedy począł okropnie majaczyć. Jan i Norbert musieli oddalić wszystkich ludzi, z obawy, by nie wykrył tajemnicy swej choroby, gdyż ciągle plótł coś o ojcobójstwie, truciźnie...
Koło jedynastej jednak uspokoił się i zadrzemał. Ale wkrótce zerwał się i krzyknął:
— Do mnie!
Norbert i Jan rzucili się ku niemu i skamienieli...
Książę odzyskał dawny swój wyraz twarzy, oczy mu błyszczały, usta drgały, jak kiedy był rozgniewany.
— Przebacz!.. jęknął Norbert, padając na kolana, przebacz mi ojcze!
Książę Champdoce łagodnie wyciągnął ku niemu rękę i powiedział:
— Duma moja była szalona. Bóg mię skarał. Synu mój przebaczam ci.
Nieszczęśliwy młodzieniec łkał.
— Zrzekam się moich projektów, Norbercie, mówił dalej książę, nie chcę byś poślubiał pannę Puymandour, ponieważ nie kochasz jej.
Norbert podniósł się.
— Byłem ci posłuszny, mój ojcze, odrzekł, ona jest moją żoną.
Przy tych słowach twarz księcia Champdoce zmieniła się straszliwie, oczy w słup mu stanęły, wyciągnął ręce jakby chciał odegnać jakieś widmo i zachrypłym głosem ryknął:
— Nieszczęśliwy... zapóźno!...
Skurczył się, padł na poduszki — już nie żył.
Jeżeli to prawda, że czasami przed umierającymi spada zasłona przyszłości, to książę Champdoce zobaczył ją.


X.

Po brutalsku przepędzona przez Norberta Diana, ze śmiercią w duszy posła drogą ku Sauvebourg.
Ukazanie się księcia Champdoce przejęło ją niepojętą trwogą. Teraz dopiero poznała całą okropność zbrodni.
Ale wyobraźnia jej nie znosiła długich wrażeń. Powróciwszy po cichu do swego pokoju i zmieniwszy zabłocone ubranie, poczęła odzyskiwać spokojność.
Zastanawiając się doszła do tego przekonania, że gdyby książę nie pojawił się, to być może, iż odzyskałaby serce Norberta; powiedziała sobie, że słabością byłoby oddawanie się rozpaczy, dopóki fatalne tak nie zostało wymówione.
W takiem znajdowała się usposobieniu umysłu, gdy przedstawiano jej wicehrabiego Mussidan, przyjaciela zmarłego jej brata.
W owej epoce Oktawiusz Mussidan łączył w sobie w wysokim stopniu wszystkie przymioty, jakie zdają zapewniać długie lata szczęścia.
Słuszny, dobrze zbudowany, obdarzony bardzo ujmującą fizjonomią, żelaznego zdrowia, miał przytem za sobą wszystkie korzyści dobrego imienia i znacznego majątku.
Wyprawiony do Paryża w dwudziestym roku z dobrym zapasem pieniężnym, odrazu znalazł się, dzięki stosunkom rodzinnym, w najlepszem towarzystwie stolicy. Rychło też nabrał doświadczenia, które zdawało się, że go zabezpieczy od wszystkich nagłych uniesień namiętności.
Inaczej jednak stało się.
Na sam widok panny Sauvebourg uczuł wewnętrzne wzruszenie — zapowiedź jednej z tych miłości, które stanowią rozkosz lub męki całego życia.
To prawda, że i Diana nigdy dotąd nie była tak ponętną.
Oktawiusz Mussidan nie spodobał się jej, zanadto różnił się od Norberta.
Zresztą nic w świecie nie było w stanie zatrzeć obrazu tego ostatniego.
Oktawiusz zaś zakochał się i z roskoszą oddał się całkiem uczuciu, które nim owładło i które po każdej wizycie w Sauvebourg potężniało.
Ale zakochany po rycersku, pragnąc posiąść kobietę tylko zgodnie z własną jej wolą, naprzód więc zgłosił się do samej Diany.
Gdy mu się udało raz znaleźć ją samą, z wielkiem uszanowaniem i głosem drżącym zapytał, czy raczy mu pozwolić prosić o swą rękę markiza Sauvebourg.
Krok ten zdziwił ją mocno. Całkiem zaniepokojona walką, którą przedsięwzięła, nic nie zauważyła.
Oktawiusz zniewolił ją poniekąd do zastanowienia się nad rzeczywistością.
Wpatrzyła się głęboko w pana Mussidan i po długiem wahaniu przyrzekła dać na drugi dzień stanowczą odpowiedź.
Cała noc przeszła na rozmyślaniu. Wynikiem tego był list, który powierzyła Franciszce.
Obwiniony, oczekujący na wyrok sędziów, mających stanowić o jego życiu i śmierci, nie cierpi tyle, ile wycierpiała Diana, gdy na końcu parku wyczekiwała powrotu swej posłanki.
Trwało to prawie cztery godziny. Nakoniec ukazała się Franciszka zadyszana.
— Cóż ci powiedział? zapytała Diana.
— Nic!... to jest powiedział... rozkrzyczał się i wołał: nigdy!... nigdy!...
Nie wypadało by dziewczyna ta domyśliła się czegoś. Więc Diana zdobyła się na uśmiech.
— Dobrze, powiedziała, właśnie tegom sobie życzyła.
Potem wręczyła Franciszce luidora za drogę i dała znak by odeszła.
Panna Sauvebourg była straszliwie znękana, bez wątpienia, ale zarazem doznała jakiejś nieokreślonej ulgi, jak gracz, który zaryzykowawszy całe swe mienie, postawił ostatnie pieniądze, przegrał je i powiedział sobie: Nakoniec!...
Od tej pory nie było już żadnej wątpliwości. Nie pozostała żadna nadzieja, oprócz nadziei — zemsty.
Teraz cieszyło ją oświadczenie się Oktawiusza. Bo powiedziała sobie, że wyszedłszy zamąż będzie wolną i może udać się za Norbertem i jego żoną do Paryża.
Powróciwszy do zamku zastała tam Oktawiusza.
Młody człowiek zapytał ją wzrokiem, a Diana skinieniem głowy, pełnem najcudniejszych przyrzeczeń, odpowiedziała mu: Tak.
Sądziła, że jest wolną od przeszłości — myliła się.
Zapomniała o swym wspólniku, Daumanie.
Dowiedziawszy się, że sprawa była chybiona, prezydent ściągnął ile mógł na prędce pieniędzy gotował się do ucieczki przy pierwszym alarmie.
Wiadomości, udzielone przez p. Paymandour, uspokoiły go nieco, zwłaszcza gdy się przekonał, że książę stanowczo stracił rozum i że lekarz nie bywa już w zamku.
Ale potem dostał pewnego rodzaju zawrotu głowy, jakiego doznaje człowiek, gdy zmierzył przepaść, w którą tylko co nie wpadł. Reakcja była tak silną, iż skończyła się gorączką, która przez kilkanaście dni nie dozwoliła mu wstać z łóżka.
Przyszedłszy do siebie dowiedział się o małżeństwie Norberta i śmierci księcia.
Nie upatrując teraz żadnego niebezpieczeństwa, począł rozmyślać z całą swobodą ducha.
Miał wekslów Norberta za dwadzieścia tysięcy; teraz było to czyste złoto. Ale apetyt przybywa przy jadle; prezydent znalazł, że to bardzo mała zapłata za całe jego ryzyko.
Szybko ułożył plan i jak tylko był w stanie wychodzić, począł wałęsać się pod zamkiem Sauvebourg.
Długo musiał być cierpliwym. Diana wychodziła wprawdzie codziennie na przechadzkę, lecz zawsze w towarzystwie służącej.
Nakoniec spotkał ją wreszcie raz samą, podążającą ku Bivron.
Widok jego zrobił na Dianie przykre wrażenie.
— Czego pan chcesz? zapytała ostro.
Dauman nie odpowiedział wyraźnie, ale począwszy najprzód przepraszać, przeszedł następnie do powinszowań przyszłego małżeństwa; wszyscy o tem tylko mówili; on sam był zachwycony, gdyż miał dla Diany najgłębszy szacunek, a był tego zdania, że pan Mussidan, jako człowiek, stał nierównie wyżej aniżeli...
Dumnym ruchem Diana zatrzymała tę powódź słów.
— Czy to wszystko, co masz mi pan powiedzieć? zapytała.
I już się miała odwrócić, gdy Dauman ośmielił się zatrzymać ją za koniec szala.
— Mam jeszcze dodać cokolwiek, odrzekł, względem tego... pani wie...
Diana zniecierpliwiła się.
— Względem czego? zapytała, nie ukrywając głębokiej pogardy.
Dauman uśmiechnął się nikczemnie, a potem zapewniwszy się wzrokiem, że nikt go słyszeć nie może, nachylił się ku Dianie i szepnął:
— Względem trucizny.
Młoda dziewczyna odskoczyła, jakby ujrzała gadzinę pod swemi nogami.
— Co pan śmiesz mówić?... zapytała.
Ale prezydent już znowu przybrał pokorną minę i począł narzekać. Jakiegoż to okropnego figla mu wypłatano!... Skradziono mu czarną flaszeczkę!.. Gdyby się odkryło, to niezawodnie przypłaciłby swoją głową za zbrodnię, której nie popełnił. Chorował ze zmartwienia.... i teraz jeszcze nie może zasnąć, bo go dręczą straszliwe wyrzuty...
— Do rzeczy... zawołała Diana, tupnąwszy nogą, do rzeczy!...
— A więc powiem pani, odrzekł, że nie mogę pozostawać w kraju; umieram z niespokojności... chciałbym wynieść się za granicę... Cały majątek mój zrujnowała ta sprawa!...
— Więc czegóż pan chcesz?
Wzrok Diany mocno żenował prezydenta. Począł więc znowu rozszerzać się nad tem, iż chciałby czemkolwiek pocieszać się na wygnaniu... prosiłby o pamiątkę... o słabą pomoc... tak o maleńką rentę trzech tysięcy franków.
Panna Sauvebourg nie była w stanie pohamować swego oburzenia i wstrętu.
— Rozumiem, rzekła, pan chcesz zapłaty za to, co nazywasz swem poświęceniem?
— Pani!...
— I oceniasz je na sześćdziesiąt tysięcy franków!... to za drogo.
— Niestety!... to zaledwie połowa tego, co mię kosztuje ta nieszczęśliwa sprawa!...
— O wiem, co należy sądzić o tych wymaganiach!
Dauman podniósł ku niebu oczy.
— Wymaganiach! jęknął żałośnie. O! jakże gorzko być tak zapoznanym!... Cóż robię w tej chwili?... oto stoję przed panią z pokorą, jakbym prosił o jałmużnę!... Gdybym wymagał — to co innego!... Wtedy powiedziałbym chcę tyle a tyle albo wszystko wygadam!... Ale ja jestem stary, biedny człowiek!... Pan Norbert i pani, to inna rzecz państwo jesteście młodzi, bogaci, przyszłość się wam uśmiecha...
Zatrzymał się, by osądzić wrażenie, jakie zrobił.
Diana rozmyślała.
— Choćbyś pan i wygadał się, rzekła, to i wtedy nie uwierzonoby mu. Gdy się mówi pewne rzeczy pewnych osobach, to potrzeba dowodów.
— Tak jest, pani, ale któż pani powiedział że ich nie mam?... Eh, eh! ja jestem człowiek oględny i mam dowody na wiele rzeczy. Czy sądzisz pani naprzykład, że gdybym zgłosił się do markiza, ojca pani, to on nie dałby mi pięknej okrągłej sumy za bilecik, który tu mam, a któryby szczególnie wyświecił wszystko panu Mussidan? Ja pani oddaję pierwszeństwo, a pani jeszcze skarżysz się?
To mówiąc wyjął z zatłuszczonego pugilaresu papier, który widocznie był zrazu zmięty, a potem starannie wygładzony.
Diana stłumiła okrzyk przerażenia.
Poznała ostatni swójlist do Norberta.
— Ach! zawołała, Franciszka zdradziła mię... zapewne odwdzięczając się za to, żem uratowała jej matkę.
Prezydent trzymał list otwarty, Diana ruchem szybkim jak błyskawica próbowała wyrwać mu go.
Ale miał się na ostrożności. Odskoczył i ironicznie pogroził palcem.
— O! co to, to nie! zawołał tonem szkaradnej poufałości. Nie stanie się z tem to, co z flaszeczką!.... Ten bilet oddam pani wraz z innym, który pani pisałaś do mnie, gdy otrzymam to czego żądam. Aż do tego czasu... nic. Gdy mię pociągną do kryminału, chciałbym zasiadać tam w dobrem towarzystwie.
Panna Sauvebourg była w rozpaczy.
— Ależ ja nie mam pieniędzy! zawołała.
— Pan Norbert ma je.
— Więc zgłoś się pan do niego!
Dauman potrząsł głową.
— Oho! powiedział, nie głupim!... Gotów upiec mnie! Znam ja pana Norberta, to istny portret ojca... Tymczasem pani potrafi wyjednać to ze wszelką łagodnością... Pani jesteś, że tak powiem, interesowana w tem więcej niż on.
— Prezydencie!
— O! co tam prezydent!... Jak to? ja przychodzę do pani z całą pokorą, a pani traktujesz mnie jak ostatniego z ludzi... W końcu muszę się zbuntować!... Jestem człowiek uczciwy, dowiedzie tego czterdzieści siedm lat zacnego życia. Ja nigdy nikogo nie otrułem... Dość tych przekomarzań!... Dziś mamy środę; jeżeli w piątek przed szóstą godziną nie będę miał tego czego żądam, to ojciec pani i pan Mussidan dowiedzą się czegoś odemnie. Czy chodzi pani o to by wyjść za mąż?...
Skłonił się ironicznie, wykręcił na piętach i odszedł mówiąc:
— Można przyjąć albo odrzucić!..
Panna Sauvebuig skamieniała od takiego bez wstydu. Dauman był już daleko, a jeszcze rozmyślała — i napróżno — nad tem, co ma odpowiedzieć.
— Nędznik zawołała, drżąc całem ciałem, nędznik!
Tak jest; ale nędznik ten może ją zgubić stanowczo gdy zechce.
Wszakże głupcy tylko oddają się rozpaczy zamiast działać. Silni szukają sposobu wyrwania się z niebezpieczeństwa.
Tak też zrobiła Diana. Nie miała jednak wyboru. Trzeba było spełnić żądania Daumana. Jedynym środkiem było — zgłosić się do Norberta.
Diana nie wątpiła, że Norbert zrobi wszystko w świecie, aby tylko zapobiedz niebezpieczeństwu, zagrażającemu tak samo jemu jak jej; ale myśl błagania go o pomoc oburzała jej dumę.
Oto do jakiej doszła ostateczności! Była na łasce istoty tak nikczemnej jak Dauman i zmuszona wlec się u nóg człowieka, którego przedtem zanadto kochała, by teraz nie nienawidzieć śmiertelnie.
Jednak nie wahała się.
Poszła prosto do matki Rouleau; poleciła Franciszce, by się udała do Norberta i powiedziała mu, że koniecznie potrzeba, by z nadejściem nocy znajdował się przy furtce parku w Sauvebourg, że będzie tam czekać na niego, że idzie tu o życie ich obojga.
Z zachowania się Franciszki łatwo było poznać, że zdradziła swą dobroczynną opiekunkę; ale Diana nie chciała nic widzieć. Mówiła do niej ze zwykłą łagodnością.
Przez resztę dnia pozostając w zamku była słodka i uśmiechnięta jak zwykle, pomimo wszelkich mak, jakich doznawała.
W miarę jak przybliżała się stanowcza chwila, coraz większa niepewność ogarniała ją.
Czy Norbert przyjdzie? Czy Franciszka potrafi dostać się do niego? A jeżeli wyjechał? Już od pięciu dni pogrzebano księcia Champdoce, a słyszała, że Norbert zamierza zamieszkać w Paryżu z żoną.
Tymczasem noc nadchodziła, do salonu wniesiono lampy.
Diana wymknęła się i pobiegła do furtki.
Norbert czekał na nia.
— Wezwałaś mię pani, rzekł ponuro.
— Tak jest, mości książę.
Przy tym tytule nieuważnie wymienionym oboje zadrżeli. Tytuł ten Norbert zawdzięczał śmierci swego ojca, a książę Champdoce umarł z powodu iż Diana chciała być księżną.
Pierwsza przyszła do siebie i czując potrzebę raz skończyć wszystko, poczęła opowiadać szkaradne pretensje Daumana, przesadzając jeszcze, chociaż bezpotrzebnie, donośność jego pogróżek.
Przypuszczała, że słysząc o takiej nikczemności Daumana, Norbert uniesie się gniewem; ale ten ku wielkiemu jej zdumieniu zachował się spokojnie. Tyle wycierpiał, że wpadł w rodzaj nieczułości, z której nic go wydobyć nie mogło.
— Bądź pani spokojna, odrzekł, zobaczę się z Daumanem.
Zdawało się, że zamierza odejść, zatrzymała go ruchem.
— Tak mię pan porzucasz, rzekła smutno, bez jednego słowa...
— Cóż mogę powiedzieć pani? Co może być wspólnego między nami?... Ojciec umierając przebaczył mi... ja przebaczam pani. Żegnam.
— Żegnam cię więc, Norbercie. Zapewne nie zobaczymy się więcej. Wychodzę za mąż, musiano to panu powiedzieć. Czyż mogłam opierać się woli rodziców?.. Zresztą do czego?...
Przerwała sobie jakby opadała pod ciężarem wrażenia, przetarła ręką oczy i dodała:
— Jeszcze raz żegnam!... Pamiętaj pan, że nikt tak gorąco nie pragnie jak ja byś był szczęśliwym.
— Szczęśliwym!... zawołał Norbert, ja! czy to być może? Więc pani możesz być szczęśliwą!... pani?... Nauczże mnie pani co należy czynić, by zapomnieć o przeszłości, zniszczyć myśl. Więc pani nie wiesz, że sama pamięć o tem będzie nieszczęściem całego mego życia, choćbym żył tysiąc lat! Więc pani nie wiesz...
Tu urwał, jakby przeraził się tem co miał powiedzieć, jakby pojął że się zdradza.
Szybko odwrócił się i znikł.
Złośliwa radość, radość przewidzianego tryumfu, musiała w tej chwili rozjaśnić twarz Diany.
— Ja go nie kocham już, szepnęła, a on kocha mnie więcej niż kiedykolwiek. Zemsta będzie łatwa.
Gdy ukazała się znowu w salonie, zadowolenie jej było tak widoczne, że wicehrabia Mussidan nie mógł przemódz na sobie, by nie zapytać jej o przyczynę tego.
Odpowiedziała żartobliwie ale uprzejmie, prawie czule, gdyż w ogóle była wielce słodką ze swoim przyszłym, co go czyniło najszczęśliwszym z ludzi.
— Byle tylko, myślała w duchu, Norbert w czas zobaczył się z Daumanem.
Zobaczył się z nim. Zaraz na drugi dzień Jan, wierny sługa domu Champdoce, podszedł ku Dianie gdy wracała z przechadzki i wręczył jej dość wielki pakiet.
Otworzyła go. Znalazła tam oprócz dwóch listów, które posiadał prezydent, całą swą korespondencję z Norbertem. Więcej niż sto listów, po większej części bardzo długich i niezmiernie kompromitujących.
Zrazu chciała spalić wszystkie.
Ale rozmyśliła się i cały pakiet złożyła w kryjówce, gdzie już znajdowały się listy Norberta do niej pisane.
— Kto wie?... szepnęła, może to się kiedy przyda...
Norberta kosztowało sześćdziesiąt tysięcy odebranie tego, co Dauman nazywał swoją gwarancją. Oprócz tego musiał mu zapłacić dwadzieścia tysięcy za swoje weksle.
Prezydent zebrawszy taki kapitalik i dołączywszy doń swoje oszczędności postanowił opuścić Bivron i szukać w Paryżu szerszego pola dla swych zdolności.
W tydzień potem dowiedziano się, że Dauman wyniósł się z Franciszką.
Niespodziewana ta dwoista ucieczka zachwyciła pannę Sauvǝbourg.
Norbert także wyjechał do Paryża wraz z żona, a p. Puymandour rozgłaszał wszędzie, że nie prędko okolice Bivronu ujrzą znowu księżnę Champdoce, jego córkę.
Diana zatem odetchnęła swobodnie. Badając horyzont, zdawało się jej, iż wszystkie groźne chmury już się rozwiały.
Przyszłość do niej należała. Mogła zająć się swem małżeństwem.
Miało się odbyć za dwa tygodnie. Przybył już nawet jeden z przyjaciół Oktawiusza, p. Clinchan, mający służyć mu za świadka. Był to chłopiec miły, najgrzeczniejszy i najgładszy z ludzi, nieoceniony w chwilach nudów, gdyż miał wiele Śmieszności, z któremi popisywał się naiwnie.
Panna Sauvebourg zmierzyła całą wielkość miłości, jaką natchnęła Oktawiusza i postanowiła czynić wszystko co można, by ją jeszcze zwiększyć.
Oktawiusz złapał się i każdy inny złapałby się na jego miejscu. Diana posiadała dar uwodzenia i nigdy może dziwniejsza komedja miłości nie była odegraną przez bardziej wyrafinowaną kokietkę.
W dniu swego ślubu była rozpromieniona. Ale było to tylko udawanie. Czuła, że patrzą na nią. Gdy wychodziła z kościoła pomiędzy dwoma rzędami ciekawych mieszkańców Bivronu, podchwyciła nie jedno nieprzychylne spojrzenie.
Większe i rzeczywiste nieszczęście oczekiwało ją w zamku Mussidan, gdzie teraz zamieszkała.
Znalazła tam Montlouis i tak się zdziwiła, iż poczerwieniała aż do białek oczu, gdy go jej prezentowano.
On, przewidziawszy ten wypadek, miał czas przygotować się do niego.
Ale chociaż skłonił się z największem uszanowaniem pannie Dianie, teraz już pani Mussidan, zdawało się jej, iż dostrzegła w oczach jego ironiczny wyraz pogardy i pogróżki, jaki widziała u Daumana.
— Ten człowiek, pomyślała, nie może tu pozostać i nie pozostanie.
Najprostszą i najłatwiejszą rzeczą było zażądać od Oktawiusza by go odprawił. Ale było to zarazem ryzykownem. Było to jakby wyzywaniem tego młodego człowieka, by powiedział co wie o przeszłości.
Najrozsądniejszem było zachować dobrą minę, a odprawę odłożyć do pierwszej sposobności.
Na sposobność te nie trzeba było czekać długo. Oktawiusz był bardzo niezadowolony ze swego sekretarza.
Montlouis, bardzo gorliwy, gdy mieszkał ze swym panem w Paryżu, szczególnie się zaniedbywał od czasu pobytu w Mussidan. Zawiązał znowu stosunki z ową młodą dziewczyną z Chatellerault, którą ubóstwiał, i ani jeden tydzień nie przechodził, by nie znikał na całe dwa dni. To nie mogło trwać długo.
Ale nie z tej strony padł pierwszy cios na młodą małżonkę.
Od kilkunastu dni była już wicehrabiną Mussidan, gdy raz po obiedzie Oktawiusz zaproponował jej przechadzkę piechotą. Zarzuciła szal i wyszli, weseli jak szkolarze na wakacjach.
Szli droga koło miasta Bivron, gdy wtem dało się słyszeć szczekanie w krzakach.
W tej prawie chwili wybiegł ztamtąd wielki pies i ciągle szczekając rzucił się ku młodej kobiecie. Nie mogła powstrzymać krzyku. Poznała Brunona.
Wyżeł podbiegłszy oparł się jej przedniemi lapami na piersiach, podnosząc swój piękny pysk.
— Do mnie tu! Oktawiuszu!... krzyknęła.
Ale już pan Mussidan odpędził wyżła.
— Pies ten przestraszył cię, moja przyjaciółko? zapytał.
— Okropnie!...
Była bardzo blada i drżała jak listek. Drżała na myśl, jakie ten wypadek pociągnie za sobą skutki. Pan Mussidan przypatrywał się Brunonowi.
Zdziwiony przyjęciem, piękny wyżeł usiadł nieco opodal, a oczami zdawał się żądać wyjaśnienia.
— Pies ten pewno nie chciał ci zrobić nic złego, powiedział wreszcie Oktawiusz.
— To nic... odpędź go!...
I sama podeszła do Brunona z podniesioną parasolką. Ale pies nie uciekł. Sądząc, że dawna jego przyjaciółka chce się z nim bawić, jak niegdyś, począł skakać dokoła niej, wesoło naszczekując.
— Ależ ten pies zna cię Diano, zauważył p. Mussidan.
— Mnie?... a to zkąd?...
— Patrz sama.
Bruno w tej chwili lizał jej rękę.
— Zresztą być może, odrzekła, sama nie wiedząc co mówi, możem go kiedy pogłaskała, a ma lepszą pamięć aniżeli ja... Jednak boję się; chodźmy, Oktawiuszu.
Poszli i zapewne zapomnieliby o całym wypadku, gdyby Bruno nie uparł się biedz za nimi krok w krok.
— To rzecz szczególna, powtarzał Oktawiusz, bardzo szczególna.
Robił co mógł by odpędzić wyżła, rzucał na niego kamieniami, gdy wtem na polu dostrzegł pracującego wieśniaka.
— Słuchajno, mój kochany, zawołał, czy znasz ty tego psa?
— Znam dobrze, panie.
— Do kogo on należy?
— Do naszego pana, księcia Norberta Champdoce.
Diana drgnęła jakby dotknięta baterją elektryczną.
— Ach, prawda! zawołała, teraz przypominam sobie... psa tego często widywałam u matki Rouleau... dawałam mu chleba... Tak, tak! teraz poznaje go, nazywa się Bruno.
Pójdź tu, Bruno! Pies podbiegł. Diana nachyliła się ku niemu, nie dla tego by go pogłaskać, ale by ukryć swój rumieniec.
Oktawiusz podał żonie rękę, nie mówiąc ani słowa. Podejrzenie dotknęło go swojem niedoperzem skrzydłem. Scena ta wydała mu się nienaturalną; wzruszenie Diany było widocznem. Nieokreślona nieufność przebudziła się w nim.
Diana również dręczyła się. Czy wypadek ten nie był przestrogą?
Od owego dnia pani Mussidan jedną myśl miała odjechać, opuścić Bivron, uciekać, mniejsza o to dokąd, byle uciec.
Przeczuwała jakąś katastrofę, czuła ją w powietrzu.
Katastrofa nastąpiła.
Było to 26. października, we czwartek, koło czwartej godziny po południu.
Diana ukończyła swą toaletę i usiadłszy w oknie wsparła się na ręce, gdy wtem cały dziedziniec zamkowy zapełnił się tłumem widocznie wzruszonym. Kilka kobiet płakało, obcierając sobie łzy fartuchami.
Prawie w tejże chwili weszli wieśniacy z noszami na ramionach.
Nosze pokryte były zakrwawionem płótnem, a pod niem zarysowały się nieruchome kształty trupa.
Na ten widok Diana uczuła jak zimno przejmuje ją aż do kości.
Tego samego rana mąż jej i pan Clinchan w towarzystwie Montlouis i jednego służącego, imieniem Ludwik, wyszli na polowanie.
Niezawodnie jeden z tych ludzi leżał na noszach, ale który?
Cała ta scena trwała niedługo. Ukazał się Oktawiusz blady jak trup. P. Clinchan i Ludwik prowadzili go pod ręce.
Trupem był Montlouis...
A więc nie trzeba już będzie używać podstępów, aby wyjednać oddalenie nieszczęśliwego sekretarza. Nie ma już obawy by się wygadał.
Ta szkaradna myśl dodała młodej kobiecie sił, by zejść na dół i wywiedzieć się. Ale na połowie schodów pan Clinchan schwycił ją nagle za rękę i powiedział głuchym głosem:
— Wróć się pani, wróć!...
— Cóż się stało, na miłość boską?
— Okropne nieszczęście. Wróć pani do siebie... mąż zaraz przyjdzie.
Wepchnął ją prawie do salonu. W tej chwili wpadł tam Oktawiusz.
Ujrzawszy żonę wyciągnął ręce, przycisnął ją do siebie i wybuchnął głośnem łkaniem.
— Płacze, szepnął pan Clinchan, jest uratowany!... zrazu sądziłem że oszaleje.
Nakoniec po długich wypytywaniach i odpowiedziach niejasnych pani Mussidan domyśliła się że mąż jej zabił Montlouis na polowaniu przypadkowo.
W kilka godzin Ludwik opowiadał całą rzecz w salonie, dowodząc, że pan jego nic nie winien, że to prosta fatalność.
Diana uwierzyła temu.
A jednak nie powiedziano jej prawdy.
Montlouis zginął przez nią, tak samo jak ks. Champdoce. Zginął dla tego że znał jej tajemnicę. Oto jak się rzecz miała:
Po myśliwskiem śniadaniu w lesie, Oktawiusz podochocony butelką wina, począł żartować sobie z Montlouis, jego częstych wycieczek i drwić z kobiety, która była tego przyczyną.
Przez czas niejaki Montlouis pozwolił naśmiewać się nad tą, którą kochał do szaleństwa; ale w końcu, dotknięty sarkazmem nieco za ostrym, obruszył się i odpowiedział dość niegrzecznie.
Tego było dość dla zirytowania pana Mussidan. Oświadczy wszy swemu sekretarzowi, iż nie myśli tolerować dłużej jego wybryków, począł mu potem gorzko wyrzucać, iż naraża dobre swe stanowisko dla dziewczyny, która tego nie warta, która go zwodzi, drwi sobie z niego z innymi, która wreszcie jest hultajka.
Montlouis zbladł jak chusta.
— Ani słowa więcej panie! zawołał.
Ton jego był tak groźny, iż Oktawiusz, sądząc że się rzuci na niego, podniósł rękę by go uderzyć.
Odskoczywszy na bok Montlouis uniknął ciosu, ale oszalał od gniewu. Ta ostatnia obelga do reszty zawróciła mu głowę.
— Co pan tu mówisz o zwodzeniu, zawołał, pan, któryś sam poślubił cudzą metresę!... Co pan mówisz o hultajkach, pan, którego własna żona jest...
Ostatnie słowo nie zostało wymówione. Padł trafiony w piersi całym nabojem ze strzelby Oktawiusza.
Jak się to stało, że p. Mussidan ukrył prawdę przed Dianą? Dla czego nie starał się wywiedzieć ile jest prawdy w szkaradnym zarzucie Montlouis?
Bo nie śmiał. Szalenie kochał swą żonę, a prawdziwa namiętność zdolna jest do wszystkich kapitulacyj i wszystkich nikczemności. Czuł że nigdy nie będzie miał odwagi by się rozejść z Dianą; wolał przebaczyć wszystko.
A przytem do czego tu wywiadywać się? Lepszą była wątpliwość, aniżeli smutna pewność. Wątpliwość — to w każdym razie drzwi otwarte dla iluzji.
Uniewinniony przez sędziów, dzięki śmiałej inicjatywie Ludwika, nie był nim wobec własnego sumienia.
Kazał szukać owej dziewczyny kochanej przez Montlouis, i w końcu udało mu się wynaleźć ją. Biedna istota! powiła syna i wygnana przez rodzinę ginęła z nędzy.
Oktawiusz wyratował ją od rozpaczy i nie mówiąc co go do tego powodowało, poprzysiągł jej, że dopomoże do wychowania dziecięcia, któremu dał imię Paweł.
W kilka dni potem państwo Mussidan opuścili Poitou. Diana koniecznie chciała zamieszkać w Paryżu. Potrafiła wciągnąć do swojej służby dawną służące panny Puymandour, i od tej dziewczyny dowiedziała się, że przed zamążpójściem swem Marja kochała Jerzego Croisenois. Liczyła na to, by się zemścić na Norbercie.


XI.

Małżeństwo Norberta z panną Puymandour nie miało nawet cenia miodowego miesiąca.
Jeżeli dla Norberta Marja była zawsze kobietą narzuconą mu przez despotyczną wolę, to Marja znowu nie mogła mu przebaczyć, że się z nią ożenił.
Hrabia Puymandour opuścił ich. Na drugi dzień po przeprowadzeniu się córki począł o tem tylko myśleć, jakby z tego skorzystała jego próżność. Ciągle jeździł po okolicy powozem z herbami Champdoce i dwadzieścia osób odwiedzał codziennie, by mieć sposobność powiedzieć: „księżna, moja córka.“
A Gdy Norbert nazajutrz po pogrzebie ojca swego wynurzył zamiar udania się do Paryża, pan Puymandour całą siłą go poparł.
Przybywszy do stolicy, młoda kobieta dopiero zmierzyła cały bezmiar swego smutnego losu.
Znalazłszy się w ogromnym pałacu przy ulicy Varennes, sądziła że się tam zagubi.
Zmarły książę Champdoce, tak oszczędny gdy szło o niego lub Norberta, stawał się rozrzutnym do szału, gdy myślał że pracuje dla swych potomków.
Wszystko tam było wspaniałe, pyszne lub rzadkie, od obić do najdrobniejszych przedmiotów, od srebrnych naczyń stołowych z herbami do obrazów i posągów zdobiących galerję.
A wszystko było tak wypielęgnowane w tym pałacu i tak urządzone, jakby lada chwila oczekiwano przybycia właściciela.
Norbert i jego żona przybywszy mogli sądzić, że powracają do siebie po krótkiej, nieobecności; wszystko było na swojem miejscu.
Trzej starzy słudzy pilnujący pałacu, oznajmili im, że pokoje ich są gotowe i że natychmiast podany będzie obiad.
Norbert sam sobie pozostawiony, byłby bardzo zakłopotany. Ale miał wiernego doradcę w osobie Jana. Ten w parę tygodni zaludnił kuchnię i przedpokoje służbą dobrze wydresowaną, zapełnił wozownie pojazdami a stajnie końmi.
Ale księżna nie lubiła tego świetnego pałacu. Znajdowała że apartamenta są za obszerne, sufity za wysokie, obicia ponure, obrazy strasznie smutne, wszystkie meble zbyt wielkie i ciężkie.
Żyła ciągle pod wrażeniem jakiejś trwogi nieokreślonej, drżała przy najmniejszym szmerze.
I nikogo by się zwierzyć!...
Dawnych przyjaciółek paryskich Norbert nie pozwolił jej widywać; poczytywał je za nie dość arystokratyczne. Byli w grubej żałobie... Norbert oświadczył, że zawiążą stosunki dopiero po upływie roku.
Pozostała więc sama, opuszczona.
Jakże nie miał przyjść jej na pamięć Jerzy Croisenois?
Gdyby nie ojciec, byłaby teraz jego żoną i może w tej chwili znajdowaliby się gdzie daleko, we Florencji lub Neapolu. Tamtego kochała, a tymczasem Norbert....
Norbert prowadził wówczas życie szalone. Przedstawiony w klubie przez wuja swego, kawalera Septvair, przyjęty był jednogłośnie. Wkrótce miał serdecznych przyjaciół, pochlebców i zwyczajnych pasożytów.
Czując wadliwość swego wychowania, szukał tylko łatwych tryumfów, które zjednywa się pieniędzmi, nadużyciem sił fizycznych, szalonemi wybrykami i przesadną pogardą wszystkich konwencjonalności towarzyskich.
Nie mogąc stać się najwykwintniejszym i dowcipniejszym, chciał przynajmniej odznaczyć się cynizmem i brutalstwem.
Oknem wyrzucał złoto, urządził stajnię wyścigową, odbył parę szczęśliwych pojedynków i wszędzie pokazywał się w towarzystwie kobiet straconych.
Dnie przechodziły mu na jeżdżeniu konno i ćwiczeniu się w robieniu bronią. Noce spędzał na kolacyjkach i grze w karty. Żona nie widywała go. Do pałacu powracał nad rankiem krokiem chwiejnym, najczęściej zgrawszy się.
Szalone to życie pociągało Norberta jak przepaść, nad którą się pochylił. Nie walczył już, nie zastanawiał się.
Jedna tylko myśl zaciemniała mu je, myśl o Dianie. Tej nie mógł się pozbyć. Nawet wśród mgły pijaństwa obraz tej kobiety, tak kochanej, ukazywał mu się jak lampa w nocy.
Istnienie takie trwało już około sześciu miesięcy, gdy pewnego dnia po południu, w lutym, w chwili, gdy jechał konno po alei Pól Elizejskich, Norbert ujrzał kobietę, przyjaźnie go witającą.
Była w pysznej otwartej karecie, osłonięta drogiem futrem.
Norbert sądząc że to która z jego znajomych teatralnych, nie mając co lepszego do roboty podjechał do powozu.
Ale omal że nie spadł z konia z podziwu. Poznał panią Dianę Mussidan.
Młoda kobieta zdawała się niemniej od niego wzruszoną. Przez chwilę zachowywali milczenie.
Nakoniec Norbert pojął, iż trzeba przecież coś przemówić.
— Pani w Paryżu? wybełkotał.
— Tak jest, mości książę.
— Dawno?
— Od dwóch miesięcy przybyliśmy tu z mężem.
— Od dwóch miesięcy?
— Ni mniej ni więcej; ale zaledwie sama mogę temu wierzyć, tak czas szybko uchodzi.
Uśmiechnęła się szczególnie, potem dodała:
— Ale mów mi pan o księżnie Champdoce,rzekł a, podoba się jej w Paryżu?
Norbert zmarszczył brwi.
— Księżna — powiedział głuchym głosem, księżna...
Pani Mussidan przerwała mu, wydobyła jedną rękę z pod futra i podając ja, powiedziała tonem na pół czułym a na pół drwiącym:
— Spodziewam się, że zawsze jesteśmy przyjaciółmi... dobrymi przyjaciółmi... Dowidzenia!..
Stangret jakby na sygnał zaciął konie i kareta szybko odjechała.
Norbert nie dotknął podawanej sobie ręki. Zanadto był zmieszany.
Ale w kilka sekund opamiętawszy się, dał koniowi ostrogę i puścił się aleją.
— A krzyknął wściekle, ja ją jeszcze kocham... ją tylko kochać mogę. Oprócz niej nigdy nikogo nie kochałem i kochać nie będę.
Tak myślał, pędząc koniem pomiędzy powozami i oczami szukając karety pani Musidan. Ale musiała opuścić aleje, gdyż nigdzie jej nie znalazł.
— Znajdę ją jednak! mruczał, nie zapomniała o mnie czuję to w jej głosie.
Wieczorem udał się do klubu, przekonany że spotka tam niezawodnie kogoś, kto mu powie gdzie mieszka Diana.
W klubie nie było jeszcze nikogo. oprócz barona Dusourd, starego gaduły, niezmiernie ciekawego, wtrącającego się do wszystkiego i wiedzącego wszystko.
Do niego głosił się Norbert. Baron przy pierwszych słowach wybuchnął śmiechem.
— Jeszcze jeden!... zawołał, jakto i pan także. kochany książę, zakochałeś się w boskiej wicehrabinie?
Norbert poczerwieniał. Nie odwykł jeszcze od tego.
— O! nie ma się czego wstydzić, rzekł z powagą baron. Nie panu pierwszemu wicehrabina zawróci głowę. Według mego obrachunku będziesz pan... zaraz... którym pan będziesz z kolei? mniej więcej piątym...
— Piątym?...
— A tak!... czy mam wyliczyć ofiary? Naprzód Mussidan; ten ożenił się. Potem najmłodszy Sairemeuse, potem Clairin, potem Jerzy Croisenois... Jak pan widzisz wicehrabina zaprzęga swój rydwan czwórką; książę będziesz na przyprzążkę.
Znecierpliwiony Norbert odwrócił się tyłem do barona, który nie obraził się za to, gdyż był przyzwyczajony do podobnego obejścia.
Na drugi dzień spotkał panie Mussidan na Polach Elizejskich; tożsamo powtórzyło się dni następnych...
Przy każdem spotkaniu wymieniali z sobą po kilka słów. W początku drugiego tygodnia, po długiem wahaniu, Diana przyrzekła Norbertowi, że nazajutrz o trzeciej godzinie każe powozowi swemu zatrzymać się przy lasku, że wysiądzie, by przejść się nieco i że może się z nim zobaczyć.
Jeszcze nie wybiła druga godzina, a już Norbert był na stanowisku, drżąc z niecierpliwości i dręczony niepewnością.
Od godziny już sześćdziesiąt razy spoglądał na zegarek.
— A jeżeli nie przyjdzie?...
Właśnie gdy to sobie mówił, ujrzał zatrzymujący się powóz i wysiadającą z niego kobietę.
To była ona.
Szybko weszła pomiędzy drzewa; wzięła go za rękę i uprowadziła dalej.
— Idźmy, rzekła krótko, idźmy... mogą nas zobaczyć z wielkiej drogi. Przedsięwzięłam wielkie ostrożności, ale mogę być szpiegowana, śledzona, śpieszmy.
— Dawniej nie byłaś pani tak trwożliwa...
— Wtenczas byłam panią siebie. Reputacja była całą moją fortuną ale była moją własnością; tracąc ją, sama tylko sobie złe wyrządzałam. Wyszedłszy za mąż mam powierzony sobie honor człowieka, który mi dał swe imię... będę umiała zachować je nienaruszone.
— Powiedz pani raczej, że już mnie nie kochasz.
Zatrzymała się nagle, przytłoczyła Norberta lodowatem spojrzeniem, którego posiadała tajemnicę i odpowiedziała powoli:
— Straciłeś pan pamięć, mości książę... co do mnie, to przypominam sobie pewien list.
Błagalnym ruchem Norbert przerwał jej.
— Litości!... wybełkotał, litości!... Żałowałabyś mnie pani, gdybyś znała wielkość kary!... Byłem ślepy, szalony, głupi!... Nigdy panią nie kochałem tak jak w tej chwili.
Uśmiech prześliznął się po ustach pani Mussidan. Norbert nie powiedział jej nic nowego; ale chciała tego wyrazu, tej pewności.
— Niestety! szepnęła, cóż mogę odpowiedzieć na to zapóźno!...
— Diano!...
Chciał ją wziąć za rękę, ale młoda kobieta odskoczyła.
— O! nie! mości książę! rzekła jakby w szale, nie nazywaj mię tak... nie masz do tego prawa... Dość żeś zgubił młodą dziewczynę — nie hańb młodej kobiety!... Trzeba zapomnieć o mnie, słyszysz pan? Przyszłam tu właśnie by to panu powiedzieć. Przed kilku dniami ujrzawszy pana, nie byłam w stanie stłumić mojego wzruszenia... Nie staraj się pan korzystać z mojej słabości... Powiedziałam: „Bądźmy przyjaciółmi!“ Byłam szalona. Nawet przyjaciłłmibyć nie możemy.... Powinniśmy zostać jedno dla drugiego.... obcymi.
Słowa barona powiedziane w klubie, przyszły na pamięć Norbertowi.
— Pani nie jesteś, powiedział z goryczą, tak surową dla pana Sairemeuse, dla p. Jerzego Croisenois, dla...
— Co pan chcesz tem powiedzieć? odrzekła wyniosłym tonem. Ci panowie są przyjaciółmimojego męża, a tymczasem pan...
Schwyciła go za dłonie i ścisnąwszy je jak w kleszczach w swoich delikatnych rączkach, rzekła, nachyliwszy mu się prawie do ucha:
— Zapominasz książę, że w Bivron utrzymywano, że jestem jego metresą!... Czy sądzisz, że potwarz ta nie doszła do uszu mego męża?... Raz gdy wymówiono w jego obecności nazwisko pana, widziałam jak nienawiść i podejrzenie zabłysły mu w oczach.... Boże wielki!... gdyby się dowiedział że spotkałam pana, że go tak trzymam za ręce, wypędziłby mnie jak ostatnią nędznicę... Czyż drzwi naszego domu nie są dla pana na zawsze zamknięte.
— Ach!... jestem bardzo nieszczęśliwy! Czy sadzisz pan, że mój los jest godny zazdrości?... Ale do czego jęki? Nie zmienimy przeznaczeń. Bądź pan mężczyzną... i jeżeli zachowałeś dla mnie cokolwiek uczucia, to przekonaj o tem, starając się nigdy już nie widzieć mnie...
Norbert był zrozpaczony, zaklinał, by pozostała jeszcze choć chwilę.
— Ach!... zawołała, nie odbieraj mi pan odwagi!...
I wyrwawszy się powróciła do powozu, który odjechał galopem.
Oddalała się, ale w sercu Norberta pozostawiła truciznę subtelniejszą aniżeli ta, którą przeznaczała dla księcia Champdoce.
Wyrachowanie jej było trafne. Chodząc za nią jak cień, chociaż w pewnej odległości, przez całe dwa tygodnie, w końcu Norbert ośmielił się przybliżyć do niej na Polach Elizejskich. Rozgniewała się, ale nie tak bardzo, by znowu nie ukazał się. Ukazał się... płakała. To nic, znowu ukazał się.
Obrona jej, wydająca się Norbertowi bohaterską, zwolna słabła; Norbert stawał się natarczywszym.
Przyzwoliła na schadzkę, potem na draga...
Ale co to za schadzki były? W kościele, czasami w muzeum, w lasku... zaledwie miał sposobność ukradkiem ścisnąć jej rękę.
A jednak nie śmiał skarżyć się; tak straszliwy rysowała mu obraz niebezpieczeństw, na jakie narażała się dla niego.
Nakoniec po długich wahaniach, łzach, wszelkiego rodzaju oporze, wyznała, iż wynalazła sposób, by mogli widywać się częściej, dłużej, prawie bez niebezpieczeństwa.... gdyby.... ale nie śmiała powiedzieć.... bo to było bardzo źle... gdyby... gdyby została przyjaciółką księżnej Champdoce...
Teraz Norbert przekonał się że była aniołem. Ułożono się, że zaraz jutro przedstawi ją swej żonie.


XII.

Było to w początkach marca.
Zamiast jeść śniadanie u siebie lub z przyjaciółmi w klubie, jak to zwykle robił, ks. Champdoce oznajmił, że będzie na śniadaniu u księżnej.
Był w doskonałym humorze; żona nigdy dotąd nie widziała go takim. Śmiał się, żartował, opowiedział parę najświeższych anegdot.
Gdy podano kawę prosił, by mu księżna pozwoliła zapalić cygaro i zasiadł wygodnie przy ogromnym piecu w sali stołowej.
Księżna Champdoce była zdumiona. Ta metamorfoza tak szybka i niespodziewana, zaniepokoiła ją i przeraziła.
Jak tylko służba oddaliła się i pozostał sam z żoną, podsunął krzesło do niej i pocałowawszy z wielką galanterją w rękę, rzekł nie bez pewnego wahania:
— Dawno już, droga Marjo, zamierzam otworzyć ci moje serce. Szczere i przyjacielskie wyznanie jest miedzy nami niezbędne.
— Mości książę!...
— Pozwól mi wytłumaczyć się. Od czasu jak jesteśmy w Paryżu, nie widujemy się prawie. Wychodzę wcześnie, powracam późno, czasami przez trzy dni nie przemówimy do siebie ani słowa....
— Nigdym się na to nie uskarżała, wyszeptała młoda kobieta.
— Wiem Marjo, boś zacna i godna istota... Ale jesteś młoda... niepodobna byś mię źle nie osądziła.
— Nie sądziłam pana.
— Tem lepiej!... Nie potrzebuję więc ani bronić się, ani uniewinniać. Ale chcę, byś wiedziała, Marjo, że byłaś moją jedyną myślą... Nie często pozostawałem w domu... bo rozmaite okoliczności... interesa.. projekta... Ale podczas gdyś może przypuszczała, że jestem zajęty rozrywkami, ja cierpiałem na tem, że siedzisz sama jakby opuszczona.
— Znam obowiązki uczciwej kobiety, rzekła z godnością księżna.
— Na miłość boską, Marjo, zawołał Norbert, niech między nami nigdy nie będzie mowy o obowiązkach! Znasz tak dobrze jak ja powody swego osamotnienia. Przyjaciółki panny Puymandour nie mogły zostać przyjaciółkami księżnej Champdoce.
— To też nie nalegałam.
— Tak jest. Z drugiej strony żałoba nie pozwala nam robić wizyt jeszcze cztery lub trzy miesiące.
Księżna wstała w nadziei, że przerwie tę niemiłą rozmowę.
— Czyż kiedy chciałam robić wizyty? zapytała.
— Nigdy. Tembardziej powinienem się sam zająć uprzyjemnieniem ci domu. O!... ile to razy pragnąłem widzieć przy tobie nie jedną z tych kobiet szalonych, myślących tylko o strojach, ale młodą osobę twojego wieku, stanowiska, jednem słowem przyjaciółkę... Ale gdzie znaleźć taką?... Stosunki między młodemi kobietami są pełne niebezpieczeństw...
Plątał się w frazesach.
— Nakoniec, zaczął znowu żywo, sądzę że wynalazłem taką towarzyszkę, o jakiej marzyłem dla ciebie. Miałem sposobność spotkać ją u pani d’Arlange, która ją niezmiernie wychwala... i sądzę, że dziś jeszcze poznacie się.
— Tu?
— Rozumie się. Cóż w tem nadzwyczajnego? Zresztą ta młoda osoba nie jest dla nas obcą; jest z naszego kraju i ty ją znasz.
Czuł że rumieni się, więc schylił się niby dla poprawienia drzwiczek od pieca i dodał:
— Przypominasz sobie zapewne pannę Sauvebourg?
— Pannę Dianę?
— Tak jest.
— O rzadko ją widywałam. Rodzice nasi nie bardzo dobrze, z sobą byli. Markiz Sauvebourg poczytywał nas za ludzi nie z jego sfery.
Norbert nabrał otuchy.
— Spodziewam się, powiedział, że córka okupi w twoich oczach winę ojca. Wkrótce po naszem pobraniu się panna Sauvebourg poślubiła wicehrabiego Mussidan, spokrewnionego z Comarin’ami... koniec końcem dziś złoży ci wizytę.
Księżna Champdoce nic nie odpowiedziała, ale nie uszło jej uwagi zakłopotanie Norberta.
Milczenie trwało już pewien czas, gdy wtem w dziedzińcu dał się słyszeć turkot powozu i prawie w tejże chwili lokaj zaanonsował panią Mussidan.
Norbert zerwał się, wziął żonę za rękę i prawie wciągnął do salonu, mówiąc:
— Chodźmy Marjo, to ona!
Nie bez długiego wahania Diana zdecydowała się na tę wizytę, na ten śmiały krok, naruszający wszelkie konwenanse. Przeszło minutę czekała już w wielkim salonie pałacu Champdoce, gdy nakoniec wszedł tam Norbert z żoną.
Chwila była stanowcza, serce Diany bić przestało i chociaż umiała panować nad sobą, rysy jej zdradzały okropną niespokojność.
Ale trwało to ledwie sekunde. Jedno spojrzenie na Marję przekonało ją, że ta nie ma najmniejszego podejrzenia.
Z pełną wdzięku swobodą i uśmiechem na ustach pani Mussidan poczęła przepraszać za swe natręctwo; ale nie mogła oprzeć się chęci odwiedzenia dawnej sąsiadki, pomówienia o Poitoux, Bivronie, Champdoce, o tym cudnym kraju, który ubóstwiała.
Księżna słuchała, nie odrzekłszy ani słowa. Skłoniła się bardzo zimno, a twarz jej wyrażała tylko zdziwienie.
Pani Mussidan usiadła przy ogniu. Norbert chodził tam i nazad po salonie. Nie wiedział co ma zrobić z sobą; czuł bowiem dobrze, jak szkaradną odgrywa rolę. Ale jak tylko między kobietami zawiązała się rozmowa, wyszedł, nie wiedząc czy ma go cieszyć, czy też smucić ta niegodna komedja.
Jednak gdy wyszedł z salonu trwoga jego znikła.
— Ba! powiedział sam do siebie, Diana da sobie radę.
Nie było to tak łatwo jak sądził.
Sądząc z tego co słyszała od Norberta o jego żonie, pani Mussidan mniemała, że zostanie przyjęta przez księżnę jak anioł zstępujący z nieba dla pocieszenia więźnia.
Spodziewała się znaleźć istotę prostoduszną, która już przy pierwszej wizycie rzuci się jej na szyję i rychło potem w uniesieniu wdzięczności cała się jej odda.
Ale prędko poznała, że Norbert, tak jak wielu innych mężów, źle znał swoją żonę; że Marja jest osobą, którą można opanować tylko przy zachowaniu największych ostrożności.
To jednak nie odjęło jej bynajmniej odwagi. A taką była potęga jej uroku, że gdy się oddaliła, pierwszy krok był już zrobiony.
Tegoż samego wieczora księżna Champdoce mówiła mężowi:
— Wicehrabina jest bardzo miła osoba.
— O, tak, odrzekł Norbert, zacna osoba. Cały Bivron płakał, gdy odjeżdżała; była tam bowiem prawdziwą opatrznością biednych...
W duchu cieszył się tem powodzeniem Diany.
— Co za zręczność i spryt! myślał.
Dwulicowość ta nie przerażała go, ale owszem zachwycała. Miał nowy powód do uwielbiania tej kobiety, tak górującej rozumem. Zresztą czyż nie dla niego to rozwijała tyle zręczności?
Zadowolenie jego zmniejszyło się znacznie nazajutrz, gdy spotkał panią Mussidan na Polach Elizejskich. Była smutna i zakłopotana.
— Co pani jest? zapytał.
— Jest mi to, że teraz gorzko żałuję, żem była powolną natchnieniu mego serca i błaganiom pana. Niestety!... popełniliśmy wielką nieostrożność!...
— My?... a to jaką?
— Norbercie, żona pana coś podejrzywa.
— Nie może być! Wynosiła panią pod niebiosa gdyś odjechała.
— Jeżeli tak, to jest jeszcze sprytniejsza, aniżeli przypuszczałam!.... A pan mi mówiłeś, że jest prosta i łatwowierna!... Ma ona nie mniej od nas sprytu.
Ton Diany był tak poważny, że Norbert na serjo przeraził się.
— Cóż począć w takim razie? zapytał.
— Najlepiej byłoby zrzec się naszych schadzek...
— O!... za nic! nigdy!
— Więc pozwól, mój przyjacielu, niech się namyślę.... a do tego czasu bądź ostrożny!.... zaklinam.
Wynikiem namysłu pani Mussidan było, że Norbert na raz zmienił tryb życia. Rozstał się z klubem, z wycieczkami, z kolacyjkami; nie przepędzał już noce na grze w karty lub piciu.
W dzień wyjeżdżał z żoną, wieczorami przesiadywał w pałacu.
W klubie pomawiano go, że chce zostać wzorowym mężem.
Zmiana ta nie odbyła się bez buntu. Oburzało go ciągłe udawanie, na jakie był skazany. Ale delikatna i biała rączka Diany miała siłę żelazną.
— Trzeba byś tak żył, odpowiadała na jego skargi, naprzód dla tego że trzeba, a powtore, że ja tak chcę. Zresztą od teraźniejszego twego zachowania się zależy bezpieczeństwo nasze w przyszłości.. Trzeba żeby wraz ze mną weszło dla księżnej Champdoce szczęście do domu.
Co na to odpowiedzieć? Norbert był teraz zakochany więcej niż kiedykolwiek i okropna trwoga lodowaciła mu na ustach wszystkie zarzuty.
I był posłuszny.
Pocieszał się tem, że przynajmniej zabiegi pani Mussidan nie pozostawały bezowocnemi.
Przez długi czas trzymając się odporni, księżna nie była wreszcie w stanie oprzeć się urokowi tej przyjaźni, pełnej względów i inteligencji, jaką jej ofiarowała Diana, i skończyło się na tem, iż całkiem oddała się w ręce śmiertelnej swej nieprzyjaciółki.
Wkrótce nie miała już dla niej żadnych tajemnic i pewnego dnia, mocno rumieniąc się, wyznała jej pierwszą swą miłość — jedyną miłość dziewiczą, której wspomnienie pozostało w jej sercu jak woń cudna. Ośmieliła się wymienić Jerzego Croisenois.
Pani Mussidan zadrżała z radości.
Dawno już czekała na to wyznanie, potrzebowała go dla przeprowadzenia swoich zamysłów; robiła co tylko mogła by je wywołać.
Jaką z tego wydobędzie korzyść? Wiedziała o tem dobrze, że kobiety więcej zgubiły kobiet, aniżeli uwiedli ich mężczyźni.
— Trzymam ją nakoniec! pomyślała, nareszcie zostanę pomszczona!
W obecnym czasie dwie te kobiety żyły z sobą jak dwie siostry, nie rozstawały się prawie. Doszło to do takiego stopnia, że sam Norbert począł być zazdrośny o tę wielką przyjaźń, którą sam przecież ukartował.
Bo przyjaźń ta nie tylko nie ułatwiała mu, ale owszem utrudniała nawet stosunki o jakich sobie roił.
Od czasu jak Diana bywała prawie codziennie w pałacu Champdoce, rzadko mógł ją widywać na osobności, czasami przechodziły tygodnie, a ani razu nie znaleźli się sam na sam.
Kilka razy omal że nie wybuchnął; ale zawsze pani Mussidan dla zamknięcia mu ust miała gotowy zapas mniej więcej zręcznych rozumowań.
To żartowała sobie z niego nielitościwie, to znowu imponowała mu, mówiąc:
— A czegożeś się pan spodziewał?... Do jakich to nikczemności uważasz pan mię za zdolną?
Widocznie Diana igrała z nim jak z dzieckiem, jak z głupcem. Widział to, czuł.
Widocznem było że chytre te manewra zmierzały ku jakiemuś celowi. Ku jakiemu?
Gdyby przynajmniej mógł widywać panią Mussidan tak jak przedtem!... Ale i po za obrębem pałacu była strzeżona. Czy to przejeżdżała się po lasku, czy była na wyścigach, zawsze jakiś usłużny kawaler galopował przy drzwiczkach jej karety. To p. Sairmeuse, to p. Clairin, a najczęściej Jerzy Croisenois.
Wszyscy ci panowie strasznie niepodobali się Norbertowi; ostatni miał szczególny dar irytowania go. Jerzego Croisenois poczytywał Norbert za impertynenta i samochwała. Sądził go jednak bardzo błędnie.
W dwudziestym piątym roku życia — tyle bowiem liczył wówczas — markiz Croisenois poczytywany był za jednego z najdowcipniejszych ludzi wyższego towarzystwa paryskiego. Reputacja ta była całkiem zasłużona; a przytem, rzecz rzadka, nie był złośliwy. Mógł mieć wielu zazdroszczących, ale nie nieprzyjaciół. Szanowano go i lubiano za prawość. Charakter jego miał pewne strony rycerskie i awanturnicze, co się w nim szczególnie podobało.
Był to męzczyżna średniego wzrostu, kształtny, ciemny brunet, o czole otwartem i inteligentnem, ślicznych czarnych włosach, spojrzeniu łagodnem i uśmiechu nieco sarkastycznym.
— Bardzobym chciał wiedzieć, pytał Norbert pani Mussidan, jaką przyjemność znajdujesz pani w towarzystwie tego impertynenta?
Na to odpowiadała Diana zawsze z szatańskim uśmiechem:
— Bardzoś pan ciekawy.... dowiesz się później.
Gdyby Norbert był oględniejszy i więcej się zastanawiał, to podobne odpowiedzi powinneby były zaniepokoić go. Zamiast unosić się bez sensu począłby analizować postępowanie Diany, a bardzo być może, iż takie studjum naprowadziłoby go na ślad prawdy.
Tymczasem pani Mussidan z niesłychaną wytrwałością i zarazem nadzwyczaj ostrożnie prowadziła dalej swoje dzieło zniszczenia.
Ani jeden dzień nie upłynął bez tego, by między nią a księżną Champdoce nie było mowy o Jerzym Croisenois. Powoli umiała przyzwyczaić umysł księżnej do zastanowienia się z zimną krwią nad tysiącem możliwych wypadków, przypuszczeń, o których jedna myśl na kilka miesięcy przedtem dreszczem przejęłaby ją.
Po zdobyciu tego ważnego stanowiska, Diana uznała, iż nadeszła chwila zbliżenia dwojga kochanków i zarazem, że jedno niespodziewane spotkanie warte będzie więcej, aniżeli najprzebieglejsze namowy.
Otóż pewnego dnia, gdy księżna Champdoce zajechała po Dianę, by ja zabrać z sobą na przejażdżkę, poproszono ją, by się zatrzymała chwilę w salonie. Weszła tam i znalazła markiza Croisenois.
Oboje krzyknęli jednocześnie, poznawszy się, potem pobledli. Księżna tak się wzruszyła, że padła na fotel koło progu.
Jerzy był niemniej wzruszony. Kochał on głęboko Marje Puymandour i dotąd nie pocieszył się po jej zamążpójściu.
— Niegdyś wierzyłem pani, rzekł głosem ledwie dosłyszanym, a pani zapomniałaś o mnie...
— Pan sam nie wierzysz temu co mówisz, odrzekła księżna, na pół podnosząc się.
Ale prawie natychmiast padła znowu, mówiąc dalej, lecz nie zdając sobie sprawy z własnych słów.
— Ojciec kazał... byłam posłuszna... byłam słaba... nic nie zapomniałam.
Przytulona za drzwiami pani Mussidan nie traciła ani jednego wyrazu. Szkaradna radość opanowała jej serce. Powiedziała sobie, że spotkanie, tak się zaczynające, nie może być ostatniem.
Nie myliła się. Wkrótce usłyszała, jak księżna układała się z Jerzym, by się znowu zobaczyć bez wiedzy pani Mussidan.
Ale zanadto była zręczną, by okazać że wie cokolwiek.
Czegoż jeszcze trzeba było dla sprowadzenia katastrofy tak cierpliwie podgotowanej? Wypadku, trafu, drobnostki, która porusza lawinę i rzuca ją z góry.
Traf taki nadarzył się.


XIII.

Nadszedł wrzesień i chociaż czas był szkaradny, młody książę Champdoce w towarzystwie wiernego Jana przeniósł się do Maison, gdzie się znajdowały jego wyścigowe wierzchowce.
Zrobił to pod pretekstem, że sam chce dopatrzeć trenowania kilku koni, z których jeden, kosztujący go 30.000 franków, miał szansę wygrania wielkiej nagrody.
Poprawdzie zaś posprzeczał się z panią Mussidan i chciał pokonać ją swoją nieobecnością; słyszał bowiem w klubie, że nieobecność podobna jest do wiatru, który rozdmuchuje płomień.
Już dwa dni był w Maison i niepokoił się tem, że nie miał wiadomości od Diany, gdy wtem wieczorem dano mu znać, że jakiś człowiek chce się z nim widzieć.
Wyszedłszy ze stajni znalazł się wobec charłaka, znanego w okolicy, który żył częścią z jałmużny, częścią ze spełnienia rozmaitych zleceń.
— Czego chcesz? zapytał książę Champdoce.
Człeczyna wydobył z kieszeni, ale tylko do połowy, list i mrugnął, sądząc że bardzo sprytnie postępuje.
— To do jegomości, powiedział.
— Daj więc.
— Ale bo to, widzi jegomość... polecono mi wręczyć go, gdy jegomość będzie sam...
— Mniejsza o to! dawaj!
— Ha! jeżeli pan tak chce...
Według zdania Norberta list ten mógł pochodzić tylko od Diany.
Zlecenie dane komisjonerowi dowodziło, że osoba pisząca mocno się obawia być odkrytą. Może Diana była w Maison, o sto kroków od niego?
Rzucił luidora biedakowi i podszedł ku latarni przy stajni.
Ale na adresie nie poznał delikatnego i arystokratycznego pisma Diany.
Litery były grube, niezgrabne, zdradzające rękę nieprzywykłą do pisania, rękę jakiejś kucharki.
Nawet był błąd gruby, szkaradny: zamiast Champdoce napisano było Champdosse.
— Któż to pisze? pomyślał Norbert.
Złamał pieczątkę. Papier był strasznie pospolity, miejscami zatłuszczony, pismo szkaradne, myłek ortograficznych mnóstwo.
List był taki:

„Mości książę!

„Przykro mi jest, iż muszę wyznać księciu prawdę, ale to przechodzi moje siły; muszę ulżyć memu sumieniu. Nie mogę dłużej znosić, by kobieta tak mało miała serca i honoru, aby zwodziła takiego człowieka jak książę.
„Chcę tem powiedzieć, że żona księcia zdradza go i wyśmiewa się z niego z innym.
„Możesz mi książę wierzyć, gdyż jestem uczciwa dziewczyna, i łatwo księciu przekonać się, że nie kłamię.
„Niech książę tego jeszcze wieczora ukryje się w takiem miejscu, zkąd widać małą furtkę do jego ogrodu, a między dziesiątą a jedynastą na pewno zobaczy wchodzącego kochanka. Klucz dawno mu już dano.
„Godzina schadzki dobrze wybrana. Służby, nie będzie w pałacu.
„Ale zaklinam księcia by nie robił hałasu dla, takiej błahostki. Nie chciałabym robić księżnie przykrości.
„A teraz piszę się itd.“
Jednym rzutem oka Norbert objął całą tę nikczemną bezimienną denuncjację.
Krew mu uderzyła do głowy. Ryknął, że aż stajenni nadbiegli.
— Gdzie ten człowiek, zawołał, który tylko co przyniósł mi list? Biegnijcie za nim!... sprowadźcie go tu!... prędzej!... prędzej!...
Nie upłynęła minuta, a już charłaka prowadzili dwaj masztalerze.
— Ależ ja go nie ukradłem!.. krzyczał szamocąc się, dostałem go!... weźcie go sobie!..
Mówił o luidorze, którego mu dał Norbert.
Sądził że zaszła jakaś omyłka.
Norbert zrozumiał to.
— Puśćcie go! zawołał na masztalerzy.
A potem zwracając się do biedaka, dodał:
— Zatrzymaj sobie co ci dałem, ale odpowiadaj mi. Kto ci wręczył ten list?
— Nie wiem, panie, odrzekł biedak drżąc.
— Kobieta czy mężczyzna?
Mężczyzna.
— I ty na prawdę nie znasz go?
Biedak podniósł w górę rękę jakby brał niebo na świadka.
— Nigdym go nie widział, odrzekł. Wysiadł z fiakra, zatrzymał się przy moście. Ja przechodziłem tamtędy; zbliżył się do mnie i powiedział: „Widzisz ten list? Powierzam go tobie. Jak wybije pół do ósmej, ni pierwej ni później, oddasz go księciu Champdoce, którego dom znajduje się przy drodze do lasu.“ Opowiedziałem: „Dobrze.“ Potem człowiek dał mi list i pięć franków, wsiadł do fiakra i odjechał.
— Która godzina była wtedy?
— Koło czwartej.
Norbert zawiódł się. Przez chwilę miał nadzieję dopędzić fiakra.
— A jak wyglądał ten człowiek? zapytał.
— Ot tak sobie, zwyczajnie. Miał gruby złoty łańcuch przy zegarku... a z pozoru był sobie niczego... ni wielki ni mały, ni młody ni stary.
— Dość tego... możesz odejść.
Gniew Norberta był gwałtowny i cały zwracał się ku autorowi bezimiennego listu.
Nie wierzył temu by go księżna zdradzała: nie kochał jej, nawet nie nienawidził, ale szanował.
— Moja żona, mówił do siebie, jest kobieta uczciwa; to pewno jaka służąca mści się.
Ale począł odczytywać szkaradny list; zdało mu się, że złośliwy styl jego nie był naturalnym, lecz wyszukanym. Wskazówka by nie robić hałasu była poprostu drwinami.
Jedno jeszcze irytowało go: napomknienie że nie będzie służby. Zawołał Jana.
— Czy to prawda, że dziś w pałacu nie będzie nikogo?
— Tak jest, wieczorem i przez część nocy.
— A to dlaczego?
— Książę nie przypomina sobie? Drugi stangret żeni się i wszyscy słudzy są zaproszeni na bal, książę sam pozwolił...
— Prawda, ale jeżeli księżna będzie czego potrzebować?
— Księżna pani była tak dobra, iż powiedziała, że nie chce nikogo pozbawiać przyjemności, i byle tylko pozostał odźwierny z żoną, tego będzie dość.
Po chwili uniesienia Norbert począł udawać wielki spokój. Ale było to kłamliwem. Zwątpienie opanował jego umysł.
Spojrzał na zegarek — była ósma.
— Tyle tylko mam czasu, mruknął, by dojechać do Paryża.
Poszedł do domu i przywołał Jana.
Wobec tego sługi tak wiernego uznał, że udawanie jest zbytecznem.
— Janie, powiedział krótko, muszę natychmiast jechać do Paryża.
Poczciwy sługa smutno kiwnął głową.
— Z powodu tego listu? zapytał z uszanowaniem.
— Tak jest.
— Oszkalowano księżnę panią?
— Zkąd wiesz o tem?.... zapytał Norbert groźnie.
— Niestety!... łatwo było domyśleć się.
— A więc prędko! ubierać się!.. niech konie zakładają. Powóz będzie czekać na mnie przy klubie. Pójdę piechotą.
Jan ośmielił się zaprzeczyć swemu panu.
— Tak być nie może, powiedział. Ludzie muszą mieć takie same podejrzenie jak ja. Bóg wie coby sobie myśleli, gdyby zobaczyli że książę odjeżdża. Jeżeli książę chce koniecznie udać się do Paryża, to trzeba to tak zrobić, by potem mógł powrócić i nikt o tem nie wiedział.
— Może masz słuszność... ale jak to zrobić?
— Podejmuję się wyprowadzić potajemnie jednego konia ze stajni na drugą stronę mostu, gdzie książę przyjdzie. Potem będę czekał na powrót księcia w jakim szynku.
— Dobrze, ale spiesz się, minuty mam policzone.
Jan wyszedł, a Norbert słyszał jak mówił:
— Niech przyrządzą dla księcia zimną wieczerzę.
Książę Champdoce wszedł do swego pokoju sypialnego, wziął okrycie, długie buty i włożył do kieszeni rewolwer, którego odnowił naboje.
Potem wyszedł tylnemi schodami, pewny że nikt go nie dostrzegł.
Noc była ciemna; padał deszcz drobny, gęsty, zimny, zwiększający jeszcze ciemność.
Stary sługa czekał już z koniem. Norbert wskoczył na siodło.
— Nie dostrzeżono mnie, rzekł Jan, wszystko dobrze idzie. Powrócę i każę podać wieczerzę, jak gdyby książę był w domu. Nawet zjem cokolwiek, by się nie domyślano.
— Dobrego apetytu, stary Janie.
Starzec westchnął głęboko.
— Książę może jeszcze żartować... rzekł tonem wyrzutu. Niech i tak będzie! za trzy godziny będę w tym tu szynku na lewo. Gdy książę powróci proszę zastukać dwa razy w okno wyjdę natychmiast.
— Dobrze.
Wsiadł na konia, ścisnął go nogami i popędził jak strzała.
Ale gdy dojechał do pierwszych domów przedmieścia, nieufność jego obudziła się.
Gdyby też zażartowano sobie z niego? Gdyby list ten napisał który z przyjaciół klubowych, teraz podpatrujący go?...
Ileżby było śmiechu!... „A! książę zazdrośny!“
Więc pojechał stępo bulwarami.
Ale teraz powstało pytanie — co zrobić z koniem?
Już myślał przywiązać go poprostu do drzewa, gdy wtem spotkał żołnierza wolno przechodzącego się.
— Czy chcesz, mój przyjacielu, zapytał go, wyświadczyć mi wielką usługę i zarazem zarobić dwadzieścia franków?
— Bardzo chętnie, jeżeli to nie sprzeciwia się regulaminowi.
— Idzie o to, byś mi potrzymał konia i przeprowadzał go, by się nie zaziębił. Ja mam tu zrobić jedną wizytę w okolicy.
— O! jeżeli tylko tyle, tom gotów.
Norbert zsiadł z konia i umówiwszy się gdzie go ma znaleźć następnie, szybko oddalił się.
Poszedł na ulicę Barbet de Jony, na którą wychodziła furtka z ogrodu przy pałacu Champdoce.
Umieścił się w ciemnym kącie i czekał. Wybiła dziesiąta godzina.
Przedtem jeszcze rozpatrzył całą ulicę; przekonał się że nikt go nie szpieguje. Więc nie obawiał się już mistyfikacji.
Szło teraz tylko o przekonanie się, czy denuncjacja nie była prostem oszczerstwem. Postanowił zatem czekać do północy — gdyby do tej pory nikt się nie pokazał, w takim razie niewinność księżnej byłaby widoczną i wróciłby do Maison.
— Z miejsca w którem umieścił się, widać było część pałacu Champdoce. Trzy tylko okna sypialni księżnej były oświetlone. Co ona ona robi w tej chwili? Zapewne siedzi samotna i płacze.... jak zwykle.
Długo przesiedział zamyślony. Jak długo? Nie wiedział.
Już myślał odejść, gdy wtem zdało mu się, że słyszy lekki szmer na końcu ulicy. Nadstawił uszu.
Wyraźnie słychać było czyjeś kroki.
Wkrótce dostrzegł jakby cień, przesuwający się pod murem. Stanąwszy przed furtką ogrodową cień zatrzymał się.
Nastąpiła cisza. Cień — zdawało się — że się rusza... Potem coś jakby stuknęło i wszystko znikło.
Ale stuk ten przekonał Norberta, że furtka otworzyła się i zamknęła.
Jakiś człowiek wszedł do ogrodu... Niepodobna było wątpić — a jednak Norbert wątpił.
Może to prosty złodziej?... Może człowiek ten przychodzi do jakiej służącej?
Spojrzał na okna sypialni swej żony. Po chwili oświetliły się one jaśniej...
Widocznie zapalono świece. Widział jak jasność migała w przedpokoju, potem na schodach.
Teraz trzeba było ustąpić rzeczywistości!... przychodził kochanek.... księżna czekała na niego. Zapewne dał umówiony znak i księżna wyszła na przeciw niemu.
Norbertowi krew uderzyła do głowy.
— Jak ukarać nędznika, — który plamił jego honor?!
Krzyknął. Szatańska myśl mu przyszła do głowy. Przyjął ją jak natchnienie z nieba.
Pobiegł do furtki i wyłamawszy ją wpadł do ogrodu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XIV.

Osoba, która napisała denuncjację, była dobrze poinformowana.
Księżna Champdoce w samej rzeczy czekała tego wieczora na Jerzego Croisenois.
Było to po raz pierwszy! Niestety! biedna kobieta wpadła w zasadzkę zastawioną na nią przez tę, którą poczytywała za najszczerszą swoją przyjaciółkę.
Dniem przedtem znajdowała się w salonie pani Mussidan sama jedna z Jerzym Croisenois i nie zdołała oprzeć się jego namiętnym błaganiom; straciła głowę i przyzwoliła na schadzkę.
— Dobrze, powiedziała, niech i tak będzie... jutro wieczorem o pół do jedynastej przyjdź pan do małej furtki ogrodowej, będzie tylko przymknięta... a gdy wejdziesz do ogrodu klaśnij rękami.
Słowa te słyszała Diana, która przez cały dzień nie opuszczała biednej Marji.
Dopiero zostawszy samą, księżna Champdoce zmierzyła cały ogrom swego błędu. O! jakże żałowała swej słabości! Cóżby dała za to, by odwołać fatalne swe przyrzeczenie.
Był jeszcze jeden sposób ratunku. Mogła zejść do ogrodu i zamknąć furtkę. Wstała by już biedz... za późno.
W ogrodzie dało się słyszeć klaśnięcie, które ozwało się w jej duszy jak dzwon pogrzebowy.
Szybko nachyliła się do kominka by zapalić świecę; ale tak drżała, że wosk spływał na ogień, rozniecał go, a knot się nie zapalał.
Spieszyła jednak. Czuła że jest otoczona atmosferą niebezpieczeństw.
Myśl, że Jerzy Croisenois dostanie się do pałacu, wejdzie do jej pokoju — lodowaciła ją.
Chciała biedz naprzeciw niemu, zaklinać by się oddalił — ale czy ją usłucha? W każdym razie gotowa była uciec się do podstępu, do kłamstwa, powiedzieć że nie jest sama, że ją pilnują.
Przekonaną była, że Croisenois pozostanie w ogrodzie dopóki mu na jego znak nie odpowie. Nie mogła przypuszczać, że ośmieli się wejść do pałacu.
Ale nie znała przewidującej przewrotności tej, która zaprzysięgła jej zgubę.
Diana bardzo zręcznie umiała uprzedzić Jerzego Croisenois, że dziś wieczorem nie będzie nikogo w pałacu Champdoce.
Przychodząc tam, wiedział on już, że księżna będzie sama, że książę znajduje się w Maison i że wszyscy słudzy są na weselu.
Nie wahał się więc. Wszedł do sieni, drzwi były otwarte; po omacku poszedł po schodach.
I gdy księżna ze świecą wyszła nakoniec, spotkała się z nim oko w oko.
Odskoczyła nazad krzyknąwszy.
— Uciekaj... zawołała, albo będziemy zgubieni!
Ale Jerzy zdawało się że jej nie słyszy. Szedł ciągle naprzód i tylko cztery czy pięć schodów rozdzielało ich jeszcze.
Księżna cofała się instynktowo... Cofała się aż do swego pokoju on szedł za nią, przymykając drzwi za sobą.
Wtedy poczucie obowiązku nadało jej energię nadnaturalną.
— Panie markizie, tak zaczęła głosem okropnie wzruszonym, trzeba byś się pan oddalił.... natychmiast. Wczoraj miałam chwilę szału... pan jesteś zanadto szlachetny, by z tego korzystać...
Jerzy patrzał na nią błagalnym wzrokiem. Mówiła dalej:
— Słuchaj pan niech moja szczerość będzie dowodem mego postanowienia niezłomnego. Ja kocham pana.
Croisenois krzyknął w uniesieniu.
— Tak jest, mówiła dalej księżna, aby być twoją oddałabym z rozkoszą całe życie. Kocham cię, Jerzy... ale głos obowiązku mówi we mnie głośniej aniżeli miłość. Być może, iż umrę ze smutku, ale przynajmniej za całun posłuży mi mój honor nieskalany... To jest wszystko co mogę powiedzieć... żegnam.
Markiz spuścił głowę; nie mógł przemódz na sobie by się oddalić.
— Odejdź pan!.... rzekła księżna dobitniej, odejdź!
A gdy nie ruszał się z miejsca, dodała:
— Jeżeli rzeczywiście kochasz mię, to honor mój powinien ci być drogi jak twój własny... Oddal się i nie staraj się nigdy mnie widzieć. Nie! nigdy już nie zobaczymy się!... Obecne niebezpieczeństwo oświeciło mię... Jestem księżną Champdoce i zachowam bez zmazy imię, które noszę. Nie umiem zresztą ani oszukiwać ani zdradzać...
Szlachetne uniesienie nadawało szczytny wyraz jej piękności.
Nigdy Croisenois tak jej nie kochał. Wydała mu się cudniejszą nad wszelkie marzenia; gotów był umrzeć dla niej.
— Co mi pani mówisz o zdradzie, zawołał. Tak jest, pogardzam kobietą, uśmiechającą się do męża którego oszukuje; ale utrzymuję że szlachetną i odważną jest ta, która śmiało naraża swe życie i rzuca wszystko dla tego, kogo kochała. Rzuć, Marjo, twój tytuł, twój majątek ogromny, wszystkie ułudy zbytku i próżności... i uciekajmy.
Ksieżna uśmiechnęła się smutno.
— Zanadto kocham cię, Jerzy, odrzekła, bym zgadzała się na złamanie twego życia... Nadejdzie dzień, w którym pożałujesz swego kroku... Kobieta zhańbiona musi być wielkim ciężarem!..
Jerzy nie zrozumiał znaczenia tych wyrazów.
— A!.... wątpisz o mnie!... zawołał, widzę to, czuję... Drżysz, bym z czasem nie zerwał węzła, który nas połączy. A więc znajdę węzeł, który cię zabezpieczy. Mówisz, że będziesz zhańbioną! Dobrze... I ja będę zhańbiony! Dziś w nocy, w klubie poszachruję w karty... dostanę policzek, nie odpowiem nic na to. Wypędzą mię, a ja wyjdę z pochyloną głowa. Będą wołać: „Croisenois złodziej!...“ Czy dość będę zhańbiony?... Jednak będę się miał za szczęśliwego, o! za najszczęśliwszego, jeżeli nazajutrz zechcesz uciec ze mną, daleko, daleko, dokąd zechcesz, pod przybranem nazwiskiem.
Przybliżył się, ujął za rękę księżnę Champdoce — nie cofała jej. Ten dowód miłości był tak wielki, tak niesłychany, iż czuła jak postanowienie jej chwieje się... I jaka przyszłość!... sami, daleko, daleko!...
Ale okropna myśl przyszła jej do głowy. Żywo cofnęła się, wołając:
— Ja nieszczęśliwa!... zapomniałam! Ach to być nie może, nie może!...
— Dlaczego? Ach! Jerzy, bo.. bo gdybyś wiedział!..
Łkania słowa jej przerwały.
Jerzy ujął ją w pół; słabo broniła się. Już się pochylił ku temu tak czystemu czołu, gdy wtem uczuł, że księżna mdleje w jego ręku, rysy jej zmieniają się straszliwie. Ku drzwiom wyciągnęła zesztywniałe ręce.
Jerzy żywo odwrócił się.
Drzwi były otwarte, a na progu stał nieruchomy książę Champdoce.
Markiz Croisenois był mężny; a jednak wszystka krew ścięła mu się w żyłach.
Jak przy świetle błyskawicy poznał swe położenie, okropne, rozpaczliwe, bez wyjścia.
— Nie podchodź pan!... krzyknął straszliwym głosem, nie podchodź!...
Był w obcym domu, w nocy, bez broni — i groził! Ale zdało mu się, że życie księżnej jest w niebezpieczeństwie i stracił przytomność umysłu.
Sardoniczny wybuch śmiechu Norberta oprzytomnił go. Poznał wielkość niebezpieczeństwa i wstyd mu się zrobiło wzruszenia doznanego.
Podniósłszy jak piórko księżne Champdoce, którą podtrzymywał dotąd, umieścił ją w fotelu.
Była nieruchoma i bezwładna, ale z poza długich przymkniętych rzęs błyszczało ostatnie spojrzenie miłości i przebaczenia dla tego, który ją zgubił.
Croisenois podchwycił to spojrzenie; wystarczyło mu ono dla odzyskania całej zimnej krwi i rozpaczliwej odwagi.
Żywo odwrócił się do Norberta i powiedział:
— Jakiekolwiek mogą być pozory, masz pan tu tylko jednego winnego do ukarania: mnie. Najmniejszy cień podejrzenia, rzucony na księżnę Champdoce, byłby niesłuszną obrazą... Bez jej wiedzy i przyzwolenia ośmieliłem się przyjść tu, wiedząc, że w pałacu nie ma nikogo.
Norbert milczał.
On także potrzebował zebrać swe myśli.
Idąc po schodach wiedział że zastanie kochanka u księżnej; ale nie mógł przewidzieć, by kochankiem tym był właśnie człowiek, którego najmocniej w świecie nienawidził.
Jeżeli milczał to dlatego, iż nie chciał okazać pomięszania swych myśli.
Croisenois stojąc z założonemi rękami, mówił dalej:
— Wszedłem tylko co przed panem... Dlaczego, o mój Boże! nie słyszałeś pan naszej rozmowy!... Poznałbyś całą szlachetność, całą szczytność uczuć księżnej Champdoce!.. Czuję to, że obraza przeze mnie wyrządzona jest wielka... i dla tego jestem na rozkazy pana Gotów jestem dać mu wszelkie żądane zadośćuczynienie.
Te ostatnie wyrazy zdawało się że złamały urok, który przykuwał Norberta do progu. Wszedł do pokoju ciężkim krokiem i pozamykawszy wszystkie drzwi, klucze pochował do kieszeni.
Potem oparł się o kominek, mając żonę swą na pół omdlałą po prawej stronie, a Jerzego przed sobą.
— Jeżeli dobrze zrozumiałem, tak zaczął, to pan proponujesz mi pojedynek. To jest, zhańbiwszy mię dziś, raczysz zabić jutro... za wiele uprzejmości!
— Panie!
— Za pozwoleniem!.. Być może i jestem dzieckiem, tak jak to pan mówiłeś pani Mussidan, zawsz jednak mam dość doświadczenia, by wiedzieć że głupio jest zrzekać się zyskanych korzyści. W grze, jaką pan rozpocząłeś, ryzykuje się życie... a pan przegrałeś, czy tak?
Croisenois machinalnie kiwnął głową na znak że się zgadza. Imię pani Mussidan wykryło mu prawdziwe uczucia Norberta.
— Zginąłem, pomyślał, spoglądając na księżnę, ale nie ona tego przyczyną... lecz tamta.
Norbert mówił dalej, egzaltując się własnemi wyrazami:
— Pojedynek!... Gdzieżby tu były moje korzyści?... Zabiję pana — to czyż przez to będę mniej zhańbiony? Nie. Pan mnie zabijesz... jestem zhańbiony więcej jeszcze, a na domiar tego — śmieszny. Do czego ten pojedynek? Przychodzę w nocy, jestem uzbrojony strzelam panu w łeb!... prawo ma dla mnie wytłumaczenie.
To mówiąc wyjął z kieszeni rewolwer i zmierzył do Jerzego Croisenois.
Była to chwila straszliwa. Ale Jerzy ani drgnął. Widząc jednak, że Norbert stoi nieruchomy, zawołał:
— Strzelajże pan!
— Nie... odrzekł Norbert.

<poem> chowając rewolwer, dodał zimno:
— Rozmyśliłem... trup pana zawadzał by mi.
Croisenois poświęcił już swe życie; ale znosić wahanie człowieka szalonego, znaczyło to umierać dwa razy. Schwycił Norberta za rękę i wstrząsnąwszy nią mocno, powiedział:
— Niech się to raz skończy!... i moja cierpliwość ma granice!... Czegoż pan chcesz wreszcie?
— Chcę pana zabić! krzyknął książę tonem tak wielkiej zemsty i wściekłości, że Croisenois zadrżał, ale zabić nie kulą.... gdyż nie czułbym, gdy będzie wchodzić w ciało.
Odsunął się nieco i mówił dalej:
— Chciałbym zabić pana z korzyścią dla mojego honoru. Mówią, że krew zmywa błoto... to fałsz Gdybym wycisnął z pana wszystką krew to jeszcze nie zmyłbym plamy, którą pan zrobiłeś na mojej tarczy herbowej. Trzeba by jeden z nas znikł tak, by nigdy nie odszukano jego śladów...
— Znajdź pan środek!
Norbert zdawał się rozmyślać.
— Znalazłbym go, szepnął, gdybym był pewny, że nikt w świecie nie wie... nie domyśla się że pan tu jesteś.
— Nikt o tem nie wie i wiedzieć nie może.
Uśmiech tryumfu rozjaśnił twarz Norberta.
— W takim razie, powiedział, zamiast korzystać z mego prawa zabicia pana, zgadzam się postawić moje życie przeciw jego życiu.
Croisenois nie bez trudności stłumił westchnienie ulgi. Był młody, bogaty, szczęśliwy przedstawiała mu się szansa ratunku.
— Powiedziałem, że jestem na rozkazy pana, odrzekł.
— Ale nie łudź się pan, ciągnął dalej Norbert, nie będzie to pojedynek zwyczajny, wśród białego dnia, wobec świadków, którzy zawyrokują, że honorowi stało się zadość zupełnie, trochę, lub wcale nie...
— Będziemy się bili jak pan zechcesz...
— Bardzo dobrze. A więc na szpady, zaraz, w ogrodzie.
Markiz spojrzał przez okno.
— Sądzisz pan, rzekł Norbert, że noc jest tak ciemna, iż niepodobna dojrzeć końca szpady?
— Tak jest.
— Bądź pan spokojny, dość będzie światła dla tego, który będzie konać... gdyż jeden z nas musi zostać na miejscu, pan to pojmujesz...
— Pojmuję!... idźmy więc.
Norbert otrząsł głową.
— Tak panu spieszno, panie markizie? powiedział, pozwólże mi skończyć...
— Mów pan.
— W końcu ogrodu jest dość obszerna przestrzeń, tak wilgotna, że się tam nic nie sadzi i nikt do niej nie zbliża się. Tam pana zaprowadzę. Weźmiemy każdy po łopacie i wykopiemy dół dość głęboki dla umieszczenia w nim tego, który będzie zabity. Potem dopiero weźmiemy szpady i będziemy się bić, dopóki jeden z nas nie padnie. Ten który utrzyma się, dobije drugiego, wepchnie w dół i zasypie ziemią.
Straszliwe przerażenie opanowało Jerzego.
— Nigdy! zawołał, nigdy nie przyjmę takich warunków!
— Ha! w takim razie, odrzekł Norbert, ja skorzystam z mego prawa.
I podniósłszy rewolwer, dodał:
— Za cztery minuty wybije jedenasta... jeżeli z pierwszem uderzeniem zegara pan się nie zdecydujesz strzelę.
Ani jeden muskuł nie drgnął na twarzy Jerzego. Poczwórna lufa rewolweru wymierzona mu była prosto w piersi przez śmiertelnego wroga.
Ale miał cztery minuty do zastanowienia się, zebrania myśli.
Od pół godziny tyle zaszło wypadków, iż te wydały się mu absurdem i zapytywał sam siebie, czy nie jest igraszką jakiego szkaradnego snu. W głowie mu się mąciło.
— Panie markizie, powiedział Norbert, pozostaje panu tylko dwie minuty.
Croisenois drgnął. Wzrok jego kolejno przechodził z Norberta na księżnę Champdoce.
Biedna Marja zdawała się bliską śmierci. Spazm nerwowy wstrząsał ją od głowy aż do stóp i kania w nierównych odstępach przerywały ciszę ponura.
Norbert zachowywał swoją postawę posągu. Croisenois uważniej przypatrując się mu, dostrzegł dziwny jakiś blask w jego oczach.
— Niech nas Bóg ma w swojej opiece, pomyślał, jesteśmy na łasce szalonego. Dla mego ratunku, dla uratowania tej, której życie byłoby tylko długiem konaniem, muszę zabić księcia Champdocǝ.
Przy tej myśli ostatnie jego wahanie znikło.
— Przyjmuję!.. powiedział stanowczym głosem.
Był już czas. Zegar bić począł.
— Dziękuję panu, rzekł zimno Norbert.
Ale Croisenois postanowił teraz bronić swe życie i życie księżnej.

― Przyjmuję, powtórzył, lecz przy pewnych warunkach.
— Umówiliśmy się...
— Pozwól mi pan wytłumaczyć się: Będziemy bili się w pańskim ogrodzie, w nocy, bez świadków, nad brzegiem rowu przez nas wykopanego zgoda. Ten który zostanie przy życiu przysypie ziemią drugiego i na to zgoda!... Ale czy myślisz pan, że na tem wszystko się skończy i że ziemia zachowa wieczną tajemnicę?...
Norbert pogardliwie ruszył ramionami.
— Pan nie wiesz, zaczął znowu Croisenois, co się stanie, jeżeli kiedykolwiek przypadkiem odkryje się coś...
— A!...
— Ten, który zostanie przy życiu, pan czy ja, będzie obwiniony o morderstwo.
— Zapewne.
— Będzie przytrzymany, uwięziony, stawiony przed sądem, skazany, wysłany na galery...
— Tak sadze.
— Pan tak sądzisz i mniemasz, że narażę się na takie ryzyko?
— Rzeczywiście, że ryzyko takie istnieje, odrzekł Norbert, ale to właśnie stanowi dla mnie rękojmię. Ta obawa sądu zapewnia mnie, że w razie gdy zostanę zabity, śmierć moja zostanie zatajona, jak tego sobie życzę.
Widocznem było, że Norbert zaledwie powstrzymywał się.
— Uważaj pan, panie markizie, rzekł głuchym głosem, skończyć się może na tem, iż będę myślał, że pan się boisz.
Boję się być obwinionym o morderstwo... tak jest.
— Toż same niebezpieczeństwo i mnie zagraża.
Ale Croisenois był mocno zdecydowany nie ustępować.
— A więc, powiedział tonem niezłomnego postanowienia, jeżeli tak jest — nie przyjmuję pojedynku... Nie chcę bić się w takich warunkach, iż zmuszony byłbym chcieć raczej być zabitym, aniżeli zostać przy życiu. Szanse nasze nie są równe. Niech ja zniknę, a pewno nikt nie będzie szukać tu mego trupa. Pan jesteś u siebie i możesz przedsięwziąć wszelkie ostrożności... Jeżeli ja pana zabije... to co wtedy?... Czy mam prosić księżnę Champdoce o pomoc?... Czy sama księżna nie będzie wtedy podejrzywaną?
Norbert zamyślił się. Uwagi Jerzego trafiały powoli do jego przekonania.
Pomyślał o owym bezimiennym liście, o tej która go napisała, która posiadała jego tajemnicę i mogła wydać.
— Więc jakże pan chcesz zrobić? zapytał.
— Niech każdy z nas nie wyjawiając powodów pojedynku, spisze jego warunki; następnie takie deklaracje wymienimy.
— Dobrze, ale spieszmy.
Wyjął z małego biórka pióra i papier wkrótce deklaracje takie były gotowe.
Potem zgodnie z propozycją Jerzego każdy z przeciwników napisał listy datowane z zagranicy, który ten kto zostanie przy życiu, odda na pocztę w miejscu, zkąd będą datowane; tym sposobem wszelkie poszukiwania wprowadzone zostaną w mylną drogę.
Gdy wszystko zostało ułożone Norbert wstał.
— Teraz chodźmy, powiedział.
Wychodzili, gdy Norbert uczuł, że go ktoś ciągnie za okrycie.
Księżna nie mogąc utrzymać się na nogach, przyczołgała się do niego na kolanach.
Biedna kobieta! Wszystko słyszała i ze złożonemi rękami poczęła błagać:
— Norbercie!... zlituj się!.. jestem niewinna, przysięgam!... Nie kochasz mnie... dla czegoż macie bić się?... Zlituj się!.... jutro wstąpię do klasztoru na całe życie... zlituj się!...
— Eh!.... zawołał Norbert, proś pani Boga, by kochanek twój mnie zabił.... potem będziesz wolna...
I odepchnąwszy nieszczęśliwą kobietę, która upadła, zamknął drzwi za sobą.


XV.

Wyszedłszy z pokoju księżnej, Norbert widocznie niecierpliwił się coraz bardziej. Przyświecając jeszcze na schodach powtarzał ciągle:
— Spieszmy! spieszmy!...
Stanąwszy na dole wprowadził Jerzego do obszernego pokoju, podobnego do arsenału, tyle tam było broni wszelkiego rodzaju i z rozmaitych epok.
— Tu, rzekł drwiąco, znajdziemy czego nam trzeba.
Postawił świecę na stole, wskoczył na kanapę, zdjął ze ściany kilka par szpad i rzucił je na stół, mówiąc:
— Wybieraj pan!...
Croisenois niemniej gorąco od Norberta pragnął wszystko zakończyć.
Ostatnie spojrzenie księżnej sztyletem weszło mu w serce. Widząc jak Norbert odepchnął klęczącą swą żonę, niewiele brakowało do tego, by mu dał w twarz.
Nie raczył nawet obejrzeć szpad. Wziął jednę na chybi-trafi, mówiąc:
— Niech będzie pierwsza lepsza.
— Biorę drugą — odrzekł Norbert. Teraz chodźmy....
Ale gdy doszli do bramy ogrodowej, spotkali trudność, którą Croisenois przewidział.
Po deszczu nastąpiła mgła tak gęsta i noc tak była ciemna, że wyciągnąwszy rękę nie podobna było widzieć jej końca.
Norbert zaklął straszliwie.
— Niepodobna bić się wśród takiej ciemności, powiedział.
A gdy Jerzy nic na to nie odrzekł, dodał:
— Jak się panu zdaje?
— Mnie?... odrzekł ironicznie Croisenois, mnie zdaje się wszystko co się panu podoba.
— Ale to nas nie zatrzyma, zawołał Norbert. Chciej pan tylko iść za mną tędy, tym korytarzem, ażeby nie zwrócić uwagi odźwiernego.
Weszli do stajni. Norbert wziął tam latarnię i zapalił.
— Teraz, rzekł zadowolony, będziemy się widzieć.
Powrócili do ogrodu, przeszli go cały aż do miejsca, o którem wspominał Norbert.
Była to przestrzeń dość wielka, osłonięta bardzo zręcznie żywopłotem i drzewami. Tu ogrodnicy wyrzucali zielsko, potłuczone doniczki, nawóz, słomę, suche liście i gałęzie.
Norbert zawiesił latarnie na drzewie.
— Tu, rzekł wskazując na miejsce pod murem, wykopiemy dół w tym kącie. Rzecz nie będzie trudna, gdyż ziemia jest świeżo poruszona.
Zdjął okrycie, dał Jerzemu jedną łopatę, sam wziął drugą, mówiąc:
— Do roboty!...
Sam Croisenois przez całą noc nie dałby sobie rady. Ale książę Champdoce nie zapomniał jeszcze praktyk swej młodości. Za kazdem poruszeniem łopatą wydobywał ogromne bryły ziemi.
Po upływie czterdziestu minut dół był już gotów.
— Dość już zawołał.
I rzuciwszy łopatę, pochwycił za szpadę, dodawszy:
En garde! panie markizie!
Ale Croisenois nie ruszał się. Nie mógł oderwać oczu od otwartego dołu.
— No i cóż? zapytał surowo Norbert.
Croisenois zadrżał.
Za minutę, mości książę, rzekł uroczystym tonem, jeden z nas będzie tam leżał bez życia... Nie kłamie się wobec śmierci... Otóż przysięgam panu na mój honor i zbawienie, że księżna Champdoce jest niewinna...
Norbert niecierpliwie tupnął nogą.
— Jużeś mi pan to mówił, rzekł tonem wyraźnie dowodzącym, że wcale temu nie wierzy. Do czego powtarzać?...
— Bo jestto moim obowiązkiem, panie, gdyż jeżeli umrę, to umrę w rozpaczy na myśl, że moja szalona namiętność zgubiła najszlachetniejszą i najczystszą z kobiet. O! wierz mi pan! umierający nie kłamią!... pan nie masz jej nic do przebaczenia... i patrz pan!... nie rumienię się... proszę pana, błagam... Jeżeli mię zabijesz, to niech ci to wystarczy! Bądź ludzkim dla swej żony... nie czyń z jej życia długiej męczarni!..
— Dość tego!.. zawołał Norbert, po raz trzeci mówię dość!... albo zacznę wierzyć temu żeś podły...
— Nędzniku!... zawołał Croisenois, a więc en garde! i niech los rozstrzyga.
Szpady skrzyżowały się i zaczęła się walka zawzięta, wściekła, milcząca.
Markiz Croisenois uchodził za zręcznego szermierza, za to Norbert obdarzony był ogromną siła, a przytem nauczył się od ojca cięć nagłych, gwałtownych, bardzo mogących zmieszać na razie.
To też zgubiło Jerzego Croisenois.
Gdy on nacierał, Norbert odskoczył w bok i parując z niezmierną siłą jego uderzenie, przeszył mu pierś na wylot.
Nieszczęśliwy upuścił szpadę, podniósł ręce do góry i padł na ziemię, nie wydawszy najmniejszego krzyku.
Trzy razy próbował wstać i trzy razy zdradzały go siły.
Chciał przemówić, krew buchnęła mu z ust.
Skręcił się konwulsyjnie, zaciśniętą ręką pochwycił ziemię i westchnął głęboko.
I skończyło się.
Jerzy Croisenois już nie żył.
Jerzy Croisenois nie żył, a Norbert Champdoce stał nad nim jak obłąkany, z oczami szeroko rozwartemi od trwogi, włosami najeżonemi, drgając nerwowo.
Wtedy poznał ile człowiek cierpi, patrząc na ostatnie drgania tego, którego o śmierć przyprawił.
Ale nie ta myśl, że zabił Jerzego, do szału doprowadzała Norberta. Sprawę swoją poczytywał on za słuszną, sądził że postąpił jak był powinien. Jeżeli oblewał się zimnym potem, to na myśl, iż będzie musiał nachylić się nad tym trupem, podnieść go i ciało jeszcze ciepłe i niezesztywniałe wrzucić do grobu.
Na to nie mógł się zdobyć.
Walczył z sobą przeszło dziesięć minut.
Nachylił się, wyciągnął ręce... potem odskoczył. Zabrakło mu odwagi.
Nakoniec, pokonawszy niewymowną trwogę, pochwycił trupa Jerzego podniósł w górę i jednym zamachem wrzucił do dołu.
Ciało padło z głuchym łoskotem, który odbił się aż we wnętrznościach Norberta.
Porwawszy łopatę, tę samą, którą przed chwilą nieszczęśliwy Jerzy trzymał w ręku, z nadludzką siłą i zręcznością począł przysypywać dół.
Po chwili ciało znikło. Wygładził ziemię i wydeptał. Potem rozrzucił na mogile suche liście i słomę.
— Tak się mści Dompair Champdoce, mruknął. Oto co kosztuje...
Nagle urwał.
O kilka kroków w cieniu pod drzewami, zdało mu się, że tuż przy ziemi widzi głowę ludzką i oczy straszliwie w niego wlepione.
Zjawisko to tak go przeraziło, że zachwiał się. Ale prędko przyszedł do siebie i instynktowym ruchem pochwyciwszy za szpadę jeszcze zakrwawioną, rzucił się ku miejscu, gdzie się pokazała głowa.
Przy pierwszem poruszeniu Norberta postać ludzka zerwała się z ziemi jednym skokiem, postać kobiety, która poczęła co sił uciekać ku pałacowi.
Norbert dopędził ją na ganku.
Czując się złapaną, kobieta padła na kolana i wyciągnąwszy ku niemu ręce krzyknęła rozpaczliwie:
— Litości!... nie zabijaj mnie pan!...
Pochwycił ją za suknię, podniósł i siłą wciągnął do ogrodu pod latarnię.
Była to dziewczyna ośmnastoletnia, brzydka, niezgrabna, brudna i źle odziana.
— Kto jesteś? zapytał.
Odpowiedziała strumieniem łez.
Zrozumiał, że nie wydobędzie z niej ani wyrazu, jeżeli przedtem nie uspokoi.
— Uspokój się, powiedział łagodnie, nie płacz i nie drżyj tak... ja ci nic złego nie zrobię. Kto jesteś?
— Jestem Karolina Schimel.
Nazwisko to nic mu nie wyjaśniało.
— Karolina?... powtórzył.
— Tak jest, proszę księcia, jestem przy kuchni księcia pana od trzech miesięcy.
Teraz przypomniał sobie, że widział ją raz na dziedzińcu.
Najważniejszą rzeczą było wywiedzieć się, co rzeczywiście dziewczyna ta podpatrzyła.
— Jakie znalazłaś się tu, w ogrodzie? zapytał Norbert.
— Ujrzałam światło w ogrodzie... pomyślałam, że to może złodzieje i zeszłam na palcach przez schody do kuchni...
— Cóżeś widziała?
Karolina za milkła; przestraszyła się.
— Mów, nalegał Norbert, drżący z niecierpliwości, ale zarazem czując potrzebę powstrzymywania się, nie obawiaj się wyznać mi całej prawdy... a jeżeli będziesz szczerą, to zostaniesz wynagrodzoną.
— Ha!... wszystko widziałam.
— Wszystko?... cóż takiego?
— Gdym przyszła książę pan kopał dół z tym drugim, kopał bardzo pilnie... zdziwiłam się poznawszy księcia!... Zrazu pomyślałam, że państwo wykopujecie skarb... Jakże się myliłam!... Wkrótce ten drugi począł coś mówić do księcia, ale nie słyszałam co... potem panowie zaczęli bić się!.... Boże wielki!... jakież to było śliczne!... Szpady błyszczały jak węże ogniste, gdy światło padało na nie... Byłam w okropnym strachu, a nie mogłam oderwać oczu... Potem widziałam jak ten drugi upadł nawznak.
— A potem?...
Karolina zadrżała tak, że aż jej zęby zadzwoniły, gdy mówiła głosem przerywanym:
— Potem, odrzekła z widocznem wahaniem, widziałam... jak książę pan... zakopał go... tam!...
Norbert zamyślił się. Należało powziąć coś stanowczego i to prędko.
— Słuchaj, moja kochana, powiedział po chwili, jeżeli umiesz milczeć, jeżeli potrafisz zapomnieć, to będzie dla ciebie wielkiem szczęściem żeś dziś zaszła do ogrodu.
— O! nie powiem nikomu! przysięgam!...
— Jeżeli tak, jeżeli dotrzymasz przysięgi to będziesz szczęśliwa. Jutro dam ci porządną sumę, wrócisz do domu i wyjdziesz za mąż za jakiego dzielnego chłopca, który ci się spodoba.
— Czy to być może?...
— Będzie. Teraz wróć do swej izdebki i kładź się spać. Jutro mój kamerdyner, Jan, powie ci co czynić należy; będziesz mu posłuszną jak mnie samemu.
— O! książę! książę panie!
I w uniesieniu radości śmiała się i płakała.
— Liczę na twoje milczenie, mówił dalej Norbert. Jeżeli będziesz dyskretną — to twoje szczęście. Jeżeli kiedy piśniesz choć słowo toś zginęła... Pojmujesz dobrze, że człowiek taki jak ja zrobi co zechce!... Teraz idź — i trzymaj język za zębami!...
Dwie potężne siły: interes i strach, zdawało się że ręczą za Karolinę Schimel i zapewniają że milczeć będzie.
Nie ulega wątpliwości, że najszczerzej przysięgała.
Ale nie znaczyło to jeszcze iż będzie miała dość siły do zniesienia całego ciężaru straszliwej tajemnicy.
Teraz cztery osoby posiadały tę tajemnicę Norberta ta która napisała list bezimienny, księżna, Karolina i nakoniec Jan, któremu zmuszony będzie zwierzyć się.
Norbert poszedł do pokoju księżnej.
Sądził że znajdzie ją bez zmysłów, umierającą, leżącą na tem samem miejscu, na które rzucił.
Przewidywania zawiodły go.
Księżna siedziała w krześle przed kominkiem, blada, z okiem suchem i błyszczącem gorączkowym ogniem.
Gdy mąż wszedł, wstała, utkwiła w niego wzrok tak dziwny, że nie mogąc go znieść pochylił głowę.
Ale prawie w tejże chwili podniósł ją, zawstydzony i sam na siebie oburzony za to, co poczytywał za niegodną siebie małoduszność.
— Honor mój jest pomszczony, powiedział złośliwie. Markiz Croisenois nie żyje!... zabiłem kochanka pani...
Księżna była przygotowana na ten cios, gdyż ani drgnęła. Tylko wyraz jej twarzy stał się jeszcze pogardliwszym, a ogień czarnych oczu jeszcze się podwoił.
— Mylisz się pan, odrzekła głosem, w którego dźwięku nie było najmniejszego drżenia, pan Croisenois... Jerzy, nie był moim kochankiem.
— O!... możesz sobie pani zaoszczędzić to kłamstwo!... nie żądam od pani nic...
Spokojna postawa księżnej obrażała i drażniła Norberta. Gotów był zrobić wszystko, byle ja wyrwać z tego spokoju, niewyjaśnionego dla niego.
Ale napróżno. Księżna wzniosła się do takiej wysokości, iż nie mógł jej dosięgnąć.
— Nie kłamię, odpowiedziała. Na cóż mi się zda oszukiwać i udawać? Czegoż mogę odtąd obawiać się? Chcesz pan wiedzieć prawdę?... Dobrze. Wiedz zatem, że nie bez mojej wiedzy Jerzy przyszedł tu dziś wieczorem. Zaprzeczał temu... nieszczęśliwy!.. chciał mnie ratować. Ale prawdą jest, że jeżeli przyszedł tu, to dla tego żem mu wyznaczyła schadzkę, żem czekała na niego.... umyślnie dla niego pozostawiłam niezamkniętą ogrodową furtkę.
— Pani?!...
— Gdyś pan się zjawił, on tylko co wszedł, wszedł po raz pierwszy do mnie... Mogłam pana opuścić, zdradzić nie!... Jerzy miał duszę zanadto prawą i wielką, aby zniżyć się do nikczemnych układów cudzołóstwa. Gdyś go pan zastał u nóg moich, on mię zaklinał, bym z nim uciekała. W tej chwili miałam w ręku jego życie i honor... i wahałam się... Teraz żyłby jeszcze, bylibyśmy daleko ztąd... jutrzenka nowego istnienia i szczęścia wznosiłaby się nad nami...
Ożywiała się, mówiąc, ona, zwykle tak trwożliwa i oględna; usta jej drżały, przelotny rumieniec występował na bladą twarz... Ogień namiętności dotknął jej ust.
— O!... wszystko panu powiem!... mówiła dalej, wszystko!... ponieważ sam chcesz tego. Kochałam go, tak jest, kochałam całą siłą mej duszy, całą potęgą mego umysłu.... w całej mojej istocie nie było ani jednego tętna, któreby do niego nie należało... I kochałam go tak na długo przedtem, nim na moje nieszczęście dowiedziałam się, że pan istniejesz. Jeżelim płakała potem, tom opłakiwała moją złamaną miłość, opłakiwałam ten dzień przeklęty, w którym byłam tak słaba, tak nikczemną, żem panu oddała moją rękę! Czy sadzisz pan, żeś zabił Jerzego?... Nie panie! Pamięć o nim jest teraz we mnie żywszą niż kiedykolwiek, promienistszą, niespożytą!...
— Pani!... krzyknął Norbert, bądź ostrożną, bo...
— Bo co?... Bo i mnie pan zabijesz?... Zabij, nie będę bronić mego życia... jest ono niczem bez niego. Nie masz go... skończyło się. Śmierć! oto jedyne dobrodziejstwo, jakie jest w pańskiej mocy zrobić dla mnie!... Uderz pan!... Połączysz nas w śmierci, nas, którzy nie mogliśmy być połączeni za życia! Padnę, mówiąc panu: dzięki!
Norbert słuchał zdumiony, przerażony, skamieniały, dziwiąc się, że jeszcze może doznawać jakichkolwiek wzruszeń, gdy sądził że w ciągu tej straszliwej nocy wszystkie się już wyczerpały.
Byłaż to ona, Marja, jego żona? Czy ona to wyrażała się z taką niesłychaną gwałtownością, rozdzierającą zasłonę całej przeszłości? czy ona to tak śmiało w oczy wyzywała go?...
Czy być może by dotąd nie znał jej?...
Zapomniał się, uwielbiając ją nawet w gniewie. Zdawała mu się przeistoczoną; piękność jej stała się jakąś nadziemską, cała jej postać jakby dźwięczała, niezrównane zuchwalstwo błyszczało w jej rozpłomienionych oczach, a ciężkie zwoje czarnych włosów miotały iskry gdy się poruszyła.
Była to namiętność prawdziwa, a nie cień wiotki, który go już znudził oddawna. To Marja była zdolna kochać, a nie Diana, ta kobieta jasnowłosa, o oczach stalowego koloru, dla której miłość była tylko turniejem lub igraszką.
Dnie tracił na uganianiu się za chimerą, a szczęście znużyło się, czekając nań w domu.
Pewien rodzaj nagłego przewrotu odbył się w nim. Cóżby teraz dał by zgładzić przeszłość?... Myśl szalona, bez sensu, przyszła mu do głowy. Może też żona przebaczy mu?...
Podszedł ku niej z wyciągniętemi rękami, bełkocąc:
— Marjo!.. Marjo!...
Zatrzymała go wzrokiem nieubłaganej pogardy.
— Zabraniam panu, zawołała, zabraniam nazywać mię Marja!
Nie odpowiedział nic i znowu podstąpił, gdy wtem księżna gwałtownie odskoczyła i krzyknęła:
— Boże!... on ma na rękach krew Jerzego!..
Norbert zatrzymał się i spojrzał. Tak było rzeczywiście.
Całą lewą dłoń miał zaczerwienioną, a na mankietach plamy krwi.
Na ten widok osłupiał, ale po chwili odważył się na błagalne poruszenie.
Za całą odpowiedź księżna pokazała mu drzwi.
— Wyjdź pan! zawołała z niesłychaną gwałtownością, wyjdź!... Nie zdradzą pana, zachowa w tajemnicy twoją zbrodnię.. ale nie żądaj odemnie nic więcej!... I pamiętaj na zawsze, że między nami jest trup i że cię nienawidzę.
Wszystkie furje wściekłości i zazdrości rozdzierały serce Norberta. Croisenois — nieżywy — jeszcze go zwyciężał.
— A! pani, rzek ponurym głosem, pani zapominasz, że jestem jej mężem, że do mnie należysz, że mogę wszystkie chwile jej życia zrobić jedną męczarnią. Przypomnę to pani!... Jutro o dziesiątej będę tu. Do widzenia.
Gdy wyszedł biła już druga godzina.
Żołnierz wierny przyrzeczeniu trzymał konia.
W godzinę potem Norbert pukał w okiennicę szynkowni, gdzie na niego czekał stary Jan.
— Uważaj by cię nie spostrzeżono, jak będziesz wyprowadzał konia, powiedział mu, a potem przyjdź do mnie... potrzebuję twego doświadczenia...


XVI.

Boleść, gniew, przerażenie przyprawiły księżnę o straszliwą gorączkę — i to ją właśnie podtrzymywało w obecności męża.
Wtenczas działała instynktowo, mówiła pod najżywszem wrażeniem, ożywiona chęcią pomszczenia się za Jerzego Croisenois.
Ale cała ta energja była w niej chwilową, przelotną jak błędny ognik. Duszę miała mężną, ale umysł trwożliwy.
Gdy została sama a niebezpieczeństwo przeszło, cała jej egzaltacja znikła, jak ogień z zapalonej słomy. Padła bez sił na kanapę i zalała się łzami.
A gdy służebne kobiety weszły z rana do sypialni, znalazły ją zupełnie ubraną, zesztywniałą, z pałającą głową i oczami błyszczącemi złowrogiem światłem.
W całym pałacu zaniepkojono się i zmartwiono. Służba uwielbiała księżnę.
Wszyscy stracili mniej więcej głowę. Czterech ludzi wysłano po lekarzy, gdy Norbert przyjechał z Maison.
Zaprowadzono go do pokoju księżnej. Nie poznał żony.
Jego także opanowała niezmierna niespokojność. Co zaszło w jego nieobecności?
Umieścił się przy łóżku żony, z mocnem postanowieniem nie ruszania się ztamtąd dopóki nie wyzdrowieje albo nie umrze.
Księżna była w strasznej gorączce i co chwila wyrywały się z ust jej frazesa o dreszcz przyprawiające Norberta.
Już drugi raz w życiu był w podobnem położeniu.
Niegdyś pilnował swego ojca, który mógł wyjawić jakiej straszliwej zbrodni tylko co nie popełnił. Dziś siedział przy żonie, aby zatrzymać na jej ustach w razie potrzeby historję Jerzego.
Zmuszony do wejrzenia w siebie przeraził się tem, ile już w swem życiu zbrodni miał sobie do wyrzucenia... a nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat. Jakaż przyszłość była możebną po takiej przeszłości?
I nietylko gorączka księżnej przyprawiała go o niepokój. Co kwadrans dzwonił, wypytując się, czy nie masz Jana, kamerdynera.
Widziano go bardzo rano, rozmawiał nawet z niektórymi służącymi, ale od kilku godzin wyszedł i nie masz go dotąd.
— Jak tylko powróci, powtarzał za każdym razem, przyszlijcie mi go tu natychmiast.
Nakoniec ukazał się Jan. Norbert zerwał się żywo i poprowadził go ku oknu.
— No i cóż? zapytał.
— Z tej strony wszystko już uporządkowane, odpowiedział wierny sługa, niech książę będzie spokojny.
— Więc Karolina...
— Wyjechała. Sam ją wsadziłem do wagonu wyliczywszy 20.000 fr. Opuszcza Paryż i Francję. Zamierza udać się do Ameryki, do jednego ze swych krewnych, który, jak się spodziewa, ożeni się z nią.
Norbert odetchnął swobodniej nieco.
— A druga sprawa? zapytał.
— Ta druga, odrzekł, przeraża mię. Widzę jasno jej niebezpieczeństwa — są ogromne, a korzyści nie upatruję.
— Powiedziałem ci już Janie, że co do tego moje postanowienie jest nieodwołalne.
— To też jestem posłuszny panu... i zrobiłem co tylko można było.
— A!
— Wynalazłem jednego komiwojażera, człowieka, jak mię zapewniano, uczciwego, którego wyprawiam do Egiptu z poleceniem zakupienia dla mnie partji bawełny... wmówiłem w niego, że puszczam się na spekulacje. Dziś jeszcze wyjeżdża zachwycony i dobrze zapłacony... Przy tej sposobności odda na pocztę dwa listy, które mamy od pana Croisenois, jeden w Marsylii a drugi w Kairze...
— I nie pojmujesz tego, że te dwa listy stanowią moje bezpieczeństwo?...
— Wypadek, niezręczność komiwojażera, mogą nas zdradzić...
— Tak być musi.
Jan umilkł. Listy zostały wyprawione.
Po upływie dwóch dni lekarze zaczęli robić niejaką nadzieje. Ale gorączka księżnej nie ustawała.
Przez tych dwa dni Norbert nie ośmielał się zmrużyć oka. Z drżeniem pozwalał kobietom slużebnym przybliżać się do łóżka księżnej. W gorączce chora ciągle widziała Jerzego przeszytego szpadą.
Nakoniec czwartego dnia księżna usnęła. Norbert miał czas zastanowić się.
Jak się to stało, że pani Mussidan, która przedtem bywała u księżnej codziennie, teraz ani się pokazała? To wydało mu się tak szczególnem, iż odważył się napisać do niej, uwiadamiając o chorobie żony.
W godzinę potem otrzymał następującą lakoniczną odpowiedź:
„Czy przypuścisz pan że to pretekst? Nie spodziewam się. Hrabia Mussidan postanowił, że przepędzimy zimę we Włoszech, i dziś tam wyjeżdżamy. Zegnam D.“
Czy to był pretekst tylko, czy nie, dość że Diana pozostawiała go samego, opuszczała, a odjeżdżając pozbawiała ostatniej nadziei szczęścia.
W pięć dni potem, gdy jeszcze był pod wrażeniem tego nowego ciosu a pani Champdoce wyszła już z niebezpieczeństwa, lekarz z tajemniczą a poważną miną odprowadził go na stronę.
Miał mu udzielić wielką, szczęśliwą, doskonała wiadomość.
Księżna Champdoce była w poważnym stanie.
Była to właśnie tajemnica, z której chciała się zwierzyć Jerzemu Croisenois, gdy nadszedł mąż.
Ta to myśl zatrzymała ją w domu mężowskim i dała siły do oparcia się błaganiom Jerzego, gdy on zaklinał ją by uciekała z nim.
Wiadomość ta rozbudziła całą wściekłość Norberta. Silił się jednak ukryć swe wrażenie.
— Dziękuję ci, doktorze, rzekł stłumionym głosem, dziękuję za dobrą nowinę!... Ale pozwolisz pan, że pobiegnę do księżnej.
I wyszedł spiesznie, pozostawiając lekarza zdziwionego i zaintrygowanego.
Zamiast udać się do żony, zamknął się w bibliotece.
Potrzebował samotności, by puścić wodze swym uczuciom, by zbadać nowe swoje położenie.
Po tem co zaszło, ten ostatni wypadek był fatalniejszym aniżeli wszystko co się stać mogło.
Im więcej zastanawiał się, tem większego nabierał przekonania, że był niegodnie oszukiwany.
Zaczął od zwątpienia, a w końcu był już pewnym, że to przyszłe dziecię nie było jego dziecięciem. Zdawało mu się, że nie ma w tem najmniejszej wątpliwości.
A więc będzie doprowadzony do takiej hańby, iż zmuszony zostanie uznać za swoje dziecię Jerzego Croisenois...
Jakto?... dziecię to będzie rosnąć w jego domu, nosić jego nazwisko, a potem odziedziczy ogromny majątek książąt Champdoce...
— O!... nigdy! zawołał, nigdy! Raczej uduszę je własnemi rękami.
Potem pomyślał, iż będzie musiał taić się z prawdziwemi swemi uczuciami, pieścić to dziecię, aby świat czego nie domyślił się i nie czuł się zdolnym do takiej potwornej komedji ojcowstwa.
— Tysiąc razy wolę, mówił do siebie, wychować jakiego dzieciaka, wziętego na chybi-trafi z domu podrzutków; tego przynajmniej nie będę nienawidził, a w tym ciągle zdawać mi się będzie iż widzę podobieństwo do rysów tego przeklętego Croisenois.
Ale właśnie dla tych powodów, że gotów był na wszelki krok gwałtowny, przymuszał się do udawania i z księżną obchodził się ze wszelkiemi względami.
Bo w pierwszych chwilach mógł obawiać się od niej wszystkiego. Tajemnicze zniknięcie Jerzego Croisenois fatalnie się rozgłosiło, i jeżeli listy oddane na pocztę przez wysłańca Jana, zaciemniły fakt, to z drugiej strony ani policja, ani opinia nie były zadowolone.
Ale z czasem wszystko znuży: zapomniano i o Jerzym. Norbert mógł sądzić, że już jest zupełnie bezpieczny.
Dręczony wyrzutami sumienia ten wielki pan, któremu tak zazdroszczono, Norbert Champdoce, wiódł żywot najopłakańszy.
Nie żył jeszcze, a już czuł się znudzonym, przesyconym. Nie miał dwudziestu pięciu lat, a już z żadnej strony nie widział najmniejszego błysku nadziei.
Upłynęło trzy miesiące od wyjazdu Diany, a nie miał od niej żadnej wiadomości; od żony oddzielała go cała otchłań krwi; między znajomymi nie widział żadnego przyjaciela; rozpusta znudziła go.
Żył w pałacu swym sam, smutny i ponury.
Myśli swych nie mógł oderwać od tego dziecięcia, które miało przyjść na świat.
Od czterech miesięcy myślał nad tem, jakby go się pozbyć, i ciągle powracał do swej pierwotnej myśli, którą tak wyformułował:
W miejsce dziecięcia księżnej podstawić dziecię inne, mniejsza o to zkąd się je weźmie.
Czas upływał, postanowił więc że tak zrobi. A co do wykonania tego zamiaru to w tem liczył na Jana, wiernego sługę, z którego zrobił wspólnika swych zbrodni.
Po raz pierwszy Jan oparł się. Czyn taki wydał mu się szkaradnym. Ale gdy zauważył, że Norbert gotów jest zgłosić się do kogo innego, mniej skrupulatnego, popłakał i przyrzekł być posłusznym.
W miesiąc potem Jan oświadczył swemu panu, iż gdyby tylko udało się namówić księżnę by się przeniosła do zamku L*, który rodzina Champdoce posiadała w okolicy Montoir, on, Jan, odpowiada za wszystko.
Zaraz na drugi dzień Norbert wyjechał z żoną do zamku L*.
Biedna księżna!... Była już tylko cieniem siebie samej. Nikt w tej bladej, wychudzonej kobiecie nie poznałby dawniejszej uśmiechniętej Marji Puymandour.
Z czasem Norbert i ona żyli pod jednym dachem jakby zupełnie obcy sobie. Często nie widywali się po całych tygodniach. W razie potrzeby pisywali do siebie.
Zamek L* był doskonale wybrany. Księżna była w nim zupełnie na łasce męża. Pomocy od nikogo spodziewać się nie mogła. Ojciec jej umarł wskutek przeziębienia, gdy objeżdżał wyborców.
Co zaszło w L* po rozwiązaniu księżnej?
Tajemnica dobrze była zachowana. Tylko ta kartka, na której nieszczęśliwa matka napisała: „Zlituj się oddaj mi moje dziecię!“ zdradzała jakąś okropną walkę, która niezawodnie musiała się odbyć.
To pewna, że dziecię księżnej Champdoce odniósł Jan do szpitalu w Vendome.
I to także pewna że dziecię, które przy chrzcie nazwano Antoni-Rene-Gontrand Dompair markiz Champdoce, było synem jednej biednej dziewczyny z okolic Montoir, nazwiskiem Fougereusse.

Koniec tomu trzeciego.




Część IV.


XIX.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tem miejscu nagle urywał się rękopism Mascarota.
Paweł Violaine położył na stole gruby zeszyt, mówiąc tonem dość zdziwionym: — I to wszystko?...
Czas był już zresztą skończyć; przy ostatnich stronnicach zabrakło mu prawie głosu.
Pomimo, że się spieszył, upłynęło nie mniej nad sześć godzin na czytaniu tego opisu nędzy, szaleństw i zbrodni świetnego domu Champdoce.
Wypoczywał wszystkiego tylko kwadrans, i to obowiązany był za tę przerwę Baaumarehef’owi, który zawezwał szanownego stręczyciela do załatwienia pewnego interesu ajencji, nie cierpiącego zwłoki.
Prawda, że zachęcała go surowa i ciągła uwaga słuchaczów.
Ani Catenac, ani zacny doktor Hortebize nie pozwolili sobie najmniejszej uwagi. Nie odważyli się na najmniejsze poruszenie.
Co do Mascarota, to ten słuchał z pozornem zadowoleniem autora, delektującego się własnem dziełem. Ale w rzeczywistości, podczas gdy wychylony na fotelu w błogim spokoju obracał palcami, biegłym wzrokiem z po za okularów uważał jakie wrażenie historja sprawia na słuchaczach.
Wrażenie było wielkie, takie jakiego spodziewał się.
Czytanie ukończyło się już od niejakiego czasu, a Paweł, Catenac i Hortebize spoglądali na siebie ze zdumieniem i nie bez pewnego przerażenia. Każdy z nich silił się objąć myślą fakta, które go najwięcej zajęły.
Wszyscy zapytywali się z jakich powodów Mascarot zatrzymał się nagle, w chwili, gdy wypadało zakończyć i wyprowadzić wnioski.
Catenac, którego położenie w stowarzyszeniu było tak fałszywem, pierwszy rozpędził ciężką atmosferę domysłów, ciążącą nad obecnymi.
— Eh! eh! zawołał, uśmiechając się przymuszenie, zawsze mówiłem, że nasz przyjaciel, Baptysta, zrodzony na literata. Jak tylko weźmie za pióro, natychmiast stręczyciel znika, a występuje poeta. Zapowiedział nam notaty, pamiętniki, a dał romans.
Zacny Hortebize patrzał na adwokata niedowierzającem okiem.
— Czy naprawdę myślisz, że to romans? zapytał.
P— rzynajmniej co do formy...
Doktor ruszył ramionami.
Mascarot podczas tej rozmowy wstał i oparł się o kominek. Poprawił okulary ruchem sobie właściwym, który zawsze zapowiadał stanowcze wyjaśnienie.
— Lepiej niż kto inny, powiedział, Catenac powinienby ocenić i... zasmakować w tem co jest rzeczywistego w powyższem opowiadaniu; adwokat, doradca szlachetnego księcia Champdoce, to jest tego samego Norberta, którego opowiedziałem wam młodość.
— O! nie zaprzeczam treści! rzekł żywo Catenac.
— Czemu zaprzeczasz?
— Na serjo niczemu. Pozwoliłem sobie zażartować tylko z formy, cokolwiek... jakby to powiedzieć?... cokolwiek romansowej — ot i wszystko. Byłożby to zbrodnią?
— Nie, odrzekł zimno stręczyciel, na twojem miejscu to tylko głupota.
Zawsze jak tylko Catenac ściągnął na siebie jakikolwiek wyrzut mistrza, poczciwy doktor zachwycał się.
— Schowaj to do kieszeni, adwokacie, powiedział teraz.
Ale Mascarot nie był usposobiony do żartów.
— Catenac powiedział tonem nie bardzo przyjaznym, otrzymał pewne zwierzenia od swego szlachetnego klienta. Ale nam ich nie udzielił. Według jego zdania, według tego co wiedział, my narażaliśmy się na zgubę, i patrzał na to, ten czcigodny przyjaciel, zachwycony tem, że przecież pozbędzie się nas.
Adwokat chciał protestować, ale stręczyciel zatrzymał go ruchem i mówił dalej:
— Dla anatoma dość jednej kości, aby odtworzyć szkielet całego zwierzęcia. Ze mnie byłby lichy dostrzegacz, gdybym przechodząc od ilości znanych do nieznanych, nie był w stanie odtworzyć dokładnej historji ludzi, których studjuje od tylu lat. Wierzcie jednak, żem nie bardzo wysilał wyobraźnię. Rękopism mój jest odwzorowaniem. Nawet tę formę cokolwiek za-romansowa nie mnie należy wyrzucać, ale kobiecie... hrabinie Mussidan, pani Dianie..
— Hrabinie Mussidan?
— Tak jest, kochany adwokacie, a także Norbertowi... Jestem pewny, że ustępy, które zwróciły twoją uwagę, są ich pióra. Ja je tylko przepisałem; uczucia ich wyrażone są własnemi ich słowami... To cię dziwi?...
— Zdawało mi się...
— Co?... więc zapomniałeś o korespondencji podchwyconej u pani Mussidan?... To kobieta wielce dbała. Zachowała ona nietylko listy Norberta, ale i swoje własne, które jej Norbert zwrócił...
— I mamy je?
— Wszystkie. Od razu podchwyciliśmy i pytania i odpowiedzi. Cały romans w listach i romans znakomity... Te coście słyszeli, jest tylko słabem streszczeniem.
Zacny Hortebize spojrzał z uwielbieniem na Mascarota.
— Teraz, zawołał, pojmuję trwogę pani Mussidan. A ja obwiniałem cię o nieostrożność, Baptysto!... O! masz słuszność! z taką bronią w ręku na wszystko możemy odważyć się... Pani Mussidan odda rękę swej córki, Sabiny, komu zechcemy.
Ale Mascarot nie miał czasu cieszyć się z tego małego tryumfu.
— To jeszcze nie wszystko, powiedział. Miałem, dla wyjaśnienia sobie niektórych ciemnych ustępów, głównego instygatora całej tej intrygi — Daumana...
— Prezydenta!... on żyje jeszcze?...
— Doskonale. To nasz człowiek, ty go znasz nawet!... nie jest wprawdzie pierwszej młodości, powłóczy nogami, wzrok ma krótki, ale mózg w zupełnym porządku.
Catenac głęboko się zamyślił.
— Co ty prawisz, mruknął zdumiony, co ty prawisz...
— Powiem ci jeszcze, że cała relacja o pojedynku i śmierci tego dzielnego Croisenois spisana została ze słów Karoliny Schimel... Rzeczywiście kobieta ta zamierzała, opuściwszy Paryż, jechać do swego krewnego do Ameryki... Ale dojechała nie dalej jak do Hawru. Wdzięki i słodkie słowa pewnego majtka, z którym poznajomiła się w drodze, zmieniły nagle jej postanowienie... Do póki były pieniądze, dane przez Jana, majtek był najprzyjemniejszym z ludzi. Ale potem znikł, wraz z ostatnim biletem bankowym.
Zrozpaczona i doprowadzona do najszkaradniejszej nędzy, Karolina powróciła do Paryża. Umierała z głodu.... Zgłosiła się do księcia Champdoce. Ten czuł się złapanym; dopomógł jej i cztery czy pięć razy próbował zapewnić jej jakiekolwiek stanowisko. Ale wszystkie podobne usiłowania rozbiły się o bezładne życie Karoliny.
W końcu książę zdecydował się na to, żeby być obdzieranym z dnia na dzień; przyjmując może ten wstyd jako karę...
Co do Karoliny, to trudno sobie wystawić jej życie. Czasami, zdjęta wyrzutami sumienia, przyjmuje miejsce i pracuje przez tydzień... Ale rychło przyzwyczajenie do próżniactwa bierze górę i biegnie po pieniądze do pałacu Champdoce.
Jednak wiernie dotrzymała tajemnicy i gdyby nie fatalne zamiłowanie w kieliszku, wątpię, by Tantainowi udało się wydobyć z niej choć jedno słowo.
Zdawało się, że Mascarot mówił raczej do siebie a nie do swoich wspólników. Rzekłbyś, że zajęty jest zbijaniem pewnych zarzutów, jakie mu stawiał własny jego umysł.
— To pewna, mówił ciszej, że Karolina Schimel z natury nie jest zła. Tajemnica, którą podchwyciła, przyniosła jej nieszczęście. Owe pieniądze, tak łatwo zarobione, popsuły ją. O ile ją pojmuję, to jeżeli, przebudziwszy się, przypomni sobie o zwierzeniach, jakie się jej wyrwały po pijanemu, to gotowa zaryzykować wszystko i uprzedzić księcia Champdoce.
Usłyszawszy to Catenac podskoczył na krześle zaklął.
— Kroćset-tysięcy djabłów!.. w takim razie!..
Stręczyciel pogardliwie ruszył ramionami.
— Znowu, powiedział, nabijasz sobie głowę przywidzeniami!...
— On to nazywa przywidzeniem!...
— Rozumie się. Czyż byłbym tak spokojny jak mię widzisz, gdybym upatrywał choć cień niebezpieczeństwa? Zastanowiwszy się należycie, cóż nas może obchodzić to, co powie Karolina? Kogo obwini, że jej wyłudził tajemnicę? Starego pisarza od komornika, nazwiskiem Tantaine. Jakże możesz przypuszczać, aby książę, twój szlachetny klient, znajdował jakiś łącznik między tym człeczyną a szanownym mistrzem Catenac’iem.
— Rzeczywiście, trudnoby to było.
— Powiedz niepodobna, dorzucił Hortebize. Nie licząc tego, że przy najmniejszym alarmie Tantaine zniknie jak djabeł w czarodziejskiej sztuce... i nic się po nim nie zostanie...
Przyjacielskiem skinieniem głowy Mascarot potwierdził słowa doktora.
— Zresztą, dodał, napróżno zapytuję sam siebie, dlaczego mielibyśmy obawiać się ks. Champdoce? Czyż nie jest on tak samo w naszej mocy, jak wielbiona przez niego niegdyś hrabina Mussidan? Zdaje mi się, że mamy jego listy. Czyż nie wiemy coby się znalazło, gdyby dobrze poszukać w jego ogrodzie? A zauważcie, że tożsamość szkieletu łatwo byłoby udowodnić. Croisenois, gdy znikł, miał przy sobie około tysiąca franków w złocie portugalskiem; fakt ten zanotowany jest w protokole śledztwa, które wówczas się odbywało.
Łatwo było poznać z rysów Catenaca, że usposobienie jego zmieniało się, w miarę jak mu przedstawiano, iż wszystko ujdzie bezkarnie.
— Tak mi prawicie, powiedział z udaną opryskliwością, jakbym nie był w zależności od was! Czyż nie muszę iść z wami chcąc nie chcąc?
— Idzie nam o to byś czynił to chętnie.
Adwokat zdawał się namyślać przez chwilę, potem nagle wstawszy podał rękę stręczycielowi.
— Będę postępował lojalnie, powiedział, masz moje słowo. Przedstaw nam twój plan, a zaraz ci powiem, czego się dowiedziałem od księcia Champdoce.
Uśmiech zadowolenia zaigrał na ustach Mascarota. Nakoniec zwyciężył. Na ten raz bynajmniej nie wątpił o szczerości adwokata.
— Przede wszystkiem, rzekł, dłużny wam jestem koniec historji, którą Paweł wam czytał. Jest on prosty i opłakany.
Książe i księżna Champdoce nie mieli razem pięćdziesięciu lat, nosili imię historyczne we Francji, otoczeni byli zbytkiem królewskim, a jednak życie ich było stracone, skończona, wszystko w nich zamarło, zrzekli się nawet nadziei szczęścia.
Pożycie ich musiało być piekłem, starali się jednak uratować choć pozory — i to się im powiodło. Nic nie wyszło na jaw z ich straszliwej nędzy domowej.
Księżna, ciągle prawie cierpiąca, zajmowała się tylko dobroczynnością. Książę zająwszy się własnem wykształceniem, uciekł się do pracy i stał się człowiekiem znakomitym, jakim go znacie.
— A pani Mussidan? zapytał Catenac.
— Zaraz. Tak kobieta, tak niepospolicie przewrotna, nie poczytywałaby siebie za należycie pomszczoną, gdyby Norbert nie wiedział, że to ona zmarnowała mu życie. Po powrocie z Włoch ośmieliła się wszystko wyjawić Norbertowi.
Tak jest, ośmieliła się powiedzieć mu, że ona to popchnęła niejako księżnę w objęcia Jerzego Croisenois, że ona uprzedziła go o schadzce, ona napisała ów list fatalny.
— I on jej nie zabił!.. zawołał Hortebize.
Stręczyciel świsnął z cicha, ale znacząco.
— Nie dotknął ani jednego włosa jej pięknej głowy, odpowiedział.
— O!.. na jego miejscu!..
— Na jego miejscu, doktorze, ty milczałbyś tak jak i on. Czyż nie miała wszystkich jego listów?.. Zagroziła mu niemi. O!.. ta kobieta ma zacięcie, a my nie ma by monopolu wyzyskiwania. Cóż tak na mnie patrzysz? Czy wątpisz? A jednak to czysta prawda. Ta szlachetna hrabina wyzyskiwała księcia Champdoce jak prosta łotrzyca. Znacie jej życie bezładne, jej marnotrawstwo... Gdy wpadnie w kłopoty — zgłasza się do Norberta. Nie masz więcej jak dziesięć dni, pożyczyła u księcia dziesięć tysięcy franków dla zaspokojenia Van-Klopena.
Stowarzyszeni ajencji byli widocznie skonfundowani.
— Co za kobieta! mruczał doktor, co za kobieta!... a ja ubolewałem nad nią z całego serca, w dniu, w którym przykładałem jej pistolet do piersi!
Mascarot ruchem nakazał mu milczenie.
— Czas już skończyć z przeszłością, powiedział. Pomówmy-no cokolwiek o tem dziecięciu owej Fougerousse, podłożonem na miejsce dziecięcia nieszczęśliwej księżnej i przedstawionem światu pod imieniem Gontrana Champdoce. Musiałeś go znać, doktorze? — Przynajmniej widziałem go nieraz; był to bardzo przystojny chłopiec...
— Rzeczywiście, ale przytem był wielki hultaj. Wychowany po książęcemu, chłopiec ten miał gusta i obyczaje lokajskie, i gdyby żył, to niezawodnie zhańbiłby imię, które nosił.
Przyprowadzał on do rozpaczy księcia i księżnę, gdy przed dziesięcią miesiącami wskutek orgii dostał gorączki i we trzy dni umarł.
Umarł, błagając o przebaczenie tych, których poczytywał za swoich rodziców, a książę i księżna zapomnieli o swej nienawiści, połączyli swe łzy i pogodzili się przy śmiertelnem łożu tego nieszczęśliwego, którego postępowanie było najstraszniejszą karą dla Norberta.
Widocznem było, że Mascarot chciał skończyć jak najprędzej.
On, lubiący pięknie wysławiać się, bo drwiny Catenac’a nie były bez podstawy, zdawał się myśleć tylko o tem, by rzecz skrócić.
Po tych ostatnich wyrazach odetchnął głęboko i z zadowoleniem, wyciągnął się w fotelu i powiedział: Teraz przystąpmy do nowego interesu.
Uwaga Catenac’a, doktora i Pawła, znużona posiedzeniem, przeszło sześć godzin trwającem, rozbudziła się, żywsza niż dotąd. Nakoniec wyjawione im będzie ostatnie słowo.
— Gdy umarł Gontran, tak zaczął Mascarot, ród książąt Champdoce skazany został na wygaśnięcie.
Wtedy to Norbert, uproszony przez żonę zgodził się na myśl, która zresztą i jemu samemu nieraz przychodziła do głowy, aby wyszukać to nieszczęśliwe dziecię, niegdyś wydziedziczone i oddane do domu podrzutków. Nie miał on możności odrobienia tego co zrobił i cierpiał na tem mocno, ale zawsze wolno mu było adoptować dziecię i przekazać mu swój majątek i imię. Teraz nie wątpił już o swem ojcowstwie.
Z sercem przepełnionem nadzieją pojechał do Vendome, zaopatrzywszy się we wskazówki niezbędne dla poznania chłopca.
Czekał go najokropniejszy zawód.
Przyznano wprawdzie w zakładzie, iż w dniu i godzinie, wskazanych przez Norberta, przyniesiono tam dziecię w powijakach jakie opisywał. Świadczyły też o tem i wykazy. Nawet pokazano mu medalik, jaki miała na szyi mała opuszczona istota.
Ale dziecię to nie było już w zakładzie i nie wiedziano co się z niem stało.
W dwunastym roku, gdy wszyscy zachwyceni byli jego inteligencją i postępowaniem, chłopak uciekł z zakładu i najpilniejsze poszukiwania nie zdołały wykryć jego śladów.
Ze źle ukrytem niezadowoleniem Catenac słuchał tych szczegółów, tak dokładnych.
Wyraźnie stowarzyszeni jego byli poinformowani o całej sprawie tak dobrze, jeżeli nie lepiej, niż on, któremu jednak zwierzył się sam książę.
A właśnie liczył na ważne wskazówki, których udzieli, dla okupienia dawniejszej swej zdrady!!! Ale Mascarot nie chciał widzieć tego niezadowolenia i spieszył ze swem opowiadaniem.
— Nowe to nieszczęście strasznie przygnębiło księcia Champdoce.
Tyle wycierpiał od dwudziestu lat, tak był ze wszystkich stron nękany, tyle wylał tajemnych łez, i sądził, że zbrodnia jego jest okupiona i że w końcu sprawiedliwości boskiej uczyniło się zadość.
Po nędzach i szaleństwach młodości, po dotkliwych wyrzutach sumienia w wieku dojrzałym, zdawało mu się, że na starość będzie miał spokój i wypoczynek w braku szczęścia. A tymczasem znękało go nieszczęście niepowrotne.
Rzucony z wysokości najsłodszych nadziei w największą głębię otchłani, doznał tak wielkiego wzruszenia, iż omal nie upadł pod ciosem.
Zestarzał się o dwadzieścia lat, gdy powrócił, aby powiedzieć księżnej, która na niego czekała, drżąc z obawy i nadziei, że wszystko skończyło się, że Bóg nie przebaczył, że potępiony jest nieodwołalnie.
Jednak, po kilku dniach, przyszedłszy nieco do siebie po straszliwem wstrząśnięciu, począł zastanawiać się i uznał, że zaniechanie wszystkiego byłoby nikczemnością nie do przebaczenia.
Z długich jego a boleśnych rozmyślań, zabłysnął promyk, słaby wprawdzie i wątły, ale zawsze promyk, przerywający rozpaczliwą jednostajność ciemności.
Cóż mu przeszkadzało zająć się wyszukaniem tego nieszczęśliwego opuszczonego, i dla czegoż nie miałby go znaleźć?
Wprawdzie świat jest ogromny, a biedak bez imienia i majątku, wyrwawszy się z domu podrzutków, jest w nim niedojrzanym atomem; ale przy pomocy czasu i pieniędzy spełniają się cuda.
Otóż książę oddawał swe życie i majątek.
Znajdował się w takiem położeniu, że przy wielkich swych stosunkach mógł zainteresować w poszukiwaniach całą dyplomację.
Dość posiadał miljonów, by mu łatwo było wziąć na swój żołd i zorganizować całą armię oddaną jego zamiarowi, złożoną z najzręczniejszych ajentów policyjnych Europy.
Czy mu się powiedzie, czy nie zawsze spełni tem swój obowiązek. To będzie odtąd dla niego bodźcem i celem życia.
Poprzysiągł sobie, że się nie zatrzyma i że nie odda się rozpaczy, chyba w dniu, w którym będzie miał dowody niezaprzeczone, faktyczne, że syn jego nie żyje!
Nie zwierzył się jednak ze swego zamiaru księżnej.
Obawiał się w niej przejść, które przewidywał, od obawy do nadziei. Zdrowie biednej kobiety było tak nadwerężone, że zawód, albo fałszywa radość mogły ją zabić.
Zrobiwszy takie postanowienie, należało zacząć i zaczął rzeczywiście od zgłoszenia się do tej opatrzności, która z głębi ulicy Jerozolimskiej czuwa nad ruchem machiny socjalnej, to jest do policji.
Ale od policji nie dowiedział się nic nowego książę Champdoce. Powiedziano mu: „Dobrze... zanotujemy to... zobaczymy... Proszę przyjść za miesiąc...“
Nadmienić tu trzeba, że wyjątkowe jego położenie, przeszłość, której nie wolno było poruszać, nakazywały mu największą ostrożność. Nie mówił całej prawdy, źle przedstawiał kwestję; jednem słowem wcale nie zainteresował.
Wyraźnie nieszczęściło mu się, gdyż wskazano mu pewnego jegomościa wcale zręcznego, posiadającego wielką reputację w prefekturze, który sąsiadował z przyjacielem naszym, panem Martin-Rigal, niejakiego Leccq...
Ku wielkiemu zdumieniu Pawła, to nazwisko wywarło na doktora takie wrażenie, jakby go kto smagnął biczem po łydkach.
Machinalnie sięgnął ręką do medalionu zawieszonego na łańcuszku od zegarka i zerwał się blady i przerażony.
— Stójcie!... zawołał stłumionym głosem, jeżeli ten Lecoq wmieszany jest w tę grę — to cofam moją stawkę. Nic nie idzie!... wynoszę się!..
Trwoga jego była tak dziwną, że Catenac raczył uśmiechnąć się.
— Eh eh! zawołał, pojmuję twoje wzruszenie, doktorze... Ale uspokój się: Lecoq nie ma tu już nic do czynienia.
Zapewnienie to jednak nie uspokoiło zacnego doktora i stał z podniesioną nogą, wzrokiem zapytując Mascarota.
— Nie ma nic... potwierdził stręczyciel z naciskiem. Ten hultaj, kapryśny jak piękna kobieta, odpowiedział, że stanowisko jego nie pozwala mu zajmować się poszukiwaniami prywatnemi, co jest prawdą, i że przytem sprawa ta przechodzi jego możność. Książę dawał mu zmaczne pieniądze, gdyby zechciał opuścić swą posadę — odmówił, pod pozorem, że nie pracuje dla pieniędzy, ale dla sztuki tylko.
— Tak jednak jest, zauważył Catenac.
— Eh... ale zawsze... mruknął Hortebize, ponuro spoglądając na swój medalion, zawsze ta jedna myśl, że radzono się Lecoq’a niepokoi mię.
— A toż dla czego? Może i ty wierzysz, że to czarownik? Nie jest on sprytniejszy od innych, tylko lepiej pojmuje reklamę, ot i wszystko... Jednem słowem, po odmowie tego Lecoq, ks. Champdoce zgłosił się do Catenac’a, który nastręczył mu Perpignana... Czy to wszystko?
Adwokat wstał i odpowiedział:
— Wszystko. Dodam tylko — ale o tem musicie wiedzieć — że książę polecił mi pilnować ludzi, którzy podejmą się poszukiwań.
— Macie jaki plan?
— Nie jeszcze. Rozkaz księcia brzmi tak: Wyszukać, choćby trzeba było wypytywać się wszystkich ludzi na świecie, jednego po drugim. Jak widzicie — pole szerokie.
— Czy zaczęto operacje?
— Nie jeszcze. Do tej pory tylko sam książę jeździł do Vendome, gdzie bez wątpienia będzie główna kwatera; w tych dniach i my tam mamy się udać.
— Bardzo dobrze.
— Zresztą, dodał Catenac, ruszając ramionami, jestem zdania Perpignana: przedsięwzięcie całkiem nie ma sensu...
— Lecoq mówi, że może się udać...
— Tak mówi, to prawda; ale gdyby tak myślał, to sam zająłby się tą sprawą.
Od niejakiego czasu Mascarot uśmiechał się łagodnie. ciągle mordując swe okulary.
— Otóż ja, powiedział, od pierwszego dnia byłem tego samego zdania co Lecoq.
— A!...
— I dla tego zaraz wziąłem się do roboty.
— Ty?... Jeździłeś do Vendome?... byłeś...
— Co cię to może obchodzić?... Szukałem... i teraz wiem gdzie się znajdzie jedyny spadkobierca rodziny Champdoce.
Catenac okrutnie wytrzeszczył oczy.
— Żartujesz, wybełkotał.
— Nigdy w życiu nie mówiłem tak serjo. Znalazłem go... Tylko, ponieważ niepodobna, bym sam występował, więc tobie i Perpignanowi pozostawiam przyjemność powrócenia tego dziecięcia ojcu. Wy tylko sami otrzymacie wspaniałą nagrodę, którą książę niezawodnie wam udzieli. Więc targujcie się, ułóżcie należycie warunki.
Adwokat nie mógł przyjść do siebie ze zdumienia.
Błędny wzrok jego przenosił się kolejno z Mascarota na Hortebiza i nawet na Pawła Violaine, jak gdyby chciał zapewnić się, że z niego nie żartowano...
— Nie chcesz występować, powiedział nakoniec swemu wspólnikowi tonem podejrzanym, dlaczego? Więc zwąchałeś niebezpieczeństwo? Czy nie zastawiasz czasem łapki na mnie?
Stręczyciel ruszył ramionami.
— Naprzód, powiedział, ja nie jestem zdrajcą, ty wiesz o tem, powtóre interes nasz odpowiada twoje bezpieczeństwo. Czy jeden z nas może być skompromitowany bez skompromitowania się innych? Wszak nie. Zresztą uspokoi cię sama prostota twej roli. Wszakżesz tylko początek śladu. Inni pójdą nim dalej na własne ryzyko. Ty będziesz całkiem na stronie.
— Jednak...
Ale Mascarot, zniecierpliwiony, straszliwie namarszczył brwi.
— Dość tego powiedział ostro. Nie idzie o gadaninę, ale o działanie. Czy ja tu przewodzę?..
Kiedy ten djabeł nie człowiek odezwie się w taki sposób, opierać się mu, znaczy to, tracić tylko czas napróżno. Ponieważ zawsze kończy się na tem, iż należy zrobić co on chce, więc najlepiej być mu posłusznym odrazu.
— Catenac zamilkł, bardzo upokorzony w duchu, ale więcej jeszcze zaintrygowany.
— Siadaj tu przy biórku, zaczął znowu Mascarot i notuj skrupulatnie to, co ci będę mówił. Powodzenie, jak ci powiedziałem, jest pewne, ale zawsze potrzebować będę pomocy. Wszystko zależy od twojej akuratności. Jeden fałszywy manewr może wszystko popsuć. Jesteś więc uprzedzony.


XX.

W milczeniu, z pochyloną głową, ukrywając pod dwuznacznym uśmiechem złość wewnętrzną, Catenac usiadł przy biurku stręczyciela.
Rozłożył swą książkę do notat, wziął ołówek i rzekł:
— Czekam.
Mascarot znowu zajął ulubione swe miejsce przed kominkiem.
W jednej chwili rysy jego całkiem się zmieniły. Nie był to już stowarzyszony, odbywający naradę, ale władca nieograniczony, który wydaje rozkazy i nie znosi, by roztrząsano jego wolę.
Wyjął z kartonowego pudełka kilkanaście świstków, na których studjowaniu przepędzał życie i rozsunął je w ręku ze zręcznością gracza.
— Nastaw-że uszy, adwokacie, powiedział.
Potem zwróciwszy się do Pawła, dodał ostro:
— A pan staraj się nie stracić ani jednej sylaby.
Tylko Hortebize uśmiechał się, jak gdyby domyślał się co nastąpi.
— Powiedzieliśmy zatem, zaczął stręczyciel, że dziś mamy czwartek. Rozporządzisz się tak, adwokacie, by rozpocząć operacje pojutrze, to jest W sobotę. Czy podejmujesz się namówić księcia Champdoce i Perpignana, by w tym dniu pojechali do Vendome?
— O!... bardzo prawdopodobnie...
Mascarot, zawsze tak cierpliwy i spokojny, teraz gwałtownie tupnął nogą.
— Dość tych wykręcań się, zawołał, potrzebuję czegoś stanowczego. Czy jesteś pewny, że namówisz te dwie osoby? Tak czy nie?
— Więc... tak.
— To co innego. Więc w sobotę wyjeżdżacie. Przybywszy do Vendome, stajecie w Hotelu Pocztowym.
— Hotelu Pocztowym.... mruknął Catenac, tonem pisarza, powtarzającego ostatnie podyktowane wyrazy.
Stręczyciel nie zwrócił na to uwagi, ale Hortebize niecierpliwił się.
— Można się założyć, mówił dalej Mascarot, że w dniu waszego przyjazdu nie przedsięweźmiecie nic. Będziecie musieli wypocząć, rozpatrzeć miejscowość i zasięgnąć języka. Zresztą będzie to niedziela.
Jednak w tym dniu udacie się razem do domu podrzutków, aby odnowić zapas waszych wiadomości. Przełożona, kobieta światowa, najlepsza w świecie, chętnie będzie się starała być wam pożyteczną.
Od niej znowu otrzymacie rysopis dziecka, którego szukacie i dokładną datę jego ucieczki.
Powie wam, że 1856. roku 9. września, wieczorem dostrzeżono ją.
Powie, że w owym czasie był to chłopiec słuszny i dobrze zbudowany, o twarzy rozumnej, oku żywem, pulchny, rumiany, pełen zdrowia, lat dwunastu i pół, ale wydawał się, jakby miał piętnaście najmniej.
Przełożona uwiadomi was, że ten mały hultaj, uciekając, miał na sobie spodnie wełniane w pasy niebieskie i białe i bluzę z szarego płótna, na głowie czapkę bez daszka, a na szyi czarną chustkę w białe cętki.
Dalej, zawsze dla ułatwienia wam poszukiwań, zrobi uwagę, że niezawodnie urwis ten, bardzo przezorny, zabrał z sobą chustkę w kratki czerwone, białą bluzę, spodnie szare sukienne i parę nowych trzewików.
Adwokat z podełba ciekawie przypatrywał się stręczycielowi.
— Oho!... powiedział, doskonale jesteś poinformowany.
— Nieźle, odrzekł obojętnie Mascarot.
Szanowny stręczyciel ciągnął dalej:
— Powróciwszy do hotelu — i wtedy dopiero — rozumie się, że złożycie rade dla zastanowienia się nad planem kampanii. Ja przyjmuję ten, który zaproponuje Perpignan.
— Znasz go?
— Tak sądzę. Zaproponuje on wam podzielić okolice Vendome na kilka części i kolejno zwiedzać wszystkie domy w każdej.
— Projekt wydaje mi się rozsądnym.
— Jest nim. Ty pozostawisz inicjatywę Perpignanowi wpływu twego będziesz używał tylko dla zmodyfikowania wykonania. Zrobisz uwagę, że podział jest już zrobiony i że najprostszą rzeczą będzie zwiedzenie naprzód wszystkich gmin, a potem kantonów okręgu. Na poparcie twego zdania zażądasz jeograficznego słownika Bescherella i doradzisz by iść w porządku przez niego wskazanym. To jest zwiedzicie naprzód gminę Areines, potem gminę Azé, potem Marcilly... ale to więcej niż potrzeba.
— Areines, powtarzał Catenac, jak echo, Azé, Marcilly...
Mascarot przerwał sobie, pochylił się ku adwokatowi i palcem lekko dotknąwszy mu ramienia powiedział:
— Zanotuj, dobrze zanotuj porządek, w jakim wyliczam, wszystko od tego zależy.
— Bądź spokojny, już napisano; dalej...
Stręczyciel potakująco kiwnął głową.
— Gdy ułożycie sobie porządek, mówił dalej, niezawodnie przyjdzie wam na myśl wynaleźć kogo takiego, ktoby wam służył za przewodnika.
— Naturalnie.
— Przywołacie zatem właściciela Hotelu Pocztowego i poprosicie go, by wam wskazał człowieka znającego dobrze okolice Vendome na pięć do sześciu mil wokoło. Tu, mój przyjacielu, pozostawisz cokolwiek trafowi, nie mogąc uczynić inaczej. Można założyć się o sto przeciw jednemu, że właściciel hotelu zaleci wam niejakiego Fregot, którego używa do rozmaitych posyłek. Ale być może także, że wybór jego padnie na kogo innego. W takim razie, ty powinieneś zręcznie zażądać naszego człowieka...
— Fregota?
— Tak jest, pisz F, r, e, g, o, t... Ale pewno, że wam na niego wskażą.
— Cóż mu powiem?
— Wcale nic. On sam wie co ma robić, rola jego jest określona jeszcze dokładniej niż twoja... Ale nie potrzebujecie znać się.
Wszystko to było tak jasne, tak dokładne, że słuchacze Mascarota nie mogli powstrzymać okrzyku podziwu.
Sam Catenac wypogodził czoło. Instrukcje te, dawane z takim autorytetem talentu, przypominały mu przeszłość, młodość, owe błogie czasy, kiedy pożerany chciwością, a bez grosza, ślepo był posłusznym naczelnikowi straszliwego stowarzyszenia.
— Po uporządkowaniu tych czynności przedwstępnych, zaczął znowu stręczyciel: w poniedziałek rano rozpoczniecie pochód od gminy Areines, pod przewodnictwem Fregota. Ty, o ile będzie można, trzymaj się na dalszym planie, kierownictwo, a zatem i odpowiedzialność pozostaw Perpignanowi... ale koniecznie zrób tak, by książę wam towarzyszył.
Jak się weźmiesz do rzeczy?... eh!... bardzo prosto, po głupiemu, tak jak robi policja w podobnych razach.
Zgłosicie się naprzód do władz miejscowych... Te nic nie będą wiedziały. Potem będziecie chodzić od drzwi do drzwi, od domu do domu, wypowiadając mieszkańcom sentencję, zawczasu przygotowaą... coś prostego, a zrozumiałego. Tak naprzykład:
„Moi przyjaciele, szukamy pewnego chłopca; dziesięć tysięcy franków nagrody temu kto nas naprowadzi na jego ślad. W roku 1856. około miesiąca września musiał on przechodzić tędy, uciekłszy z domu podrzutków w Vandome. Czy kto z was nie przyjął go do siebie?... może kto rozmawiał z nim?... Dziesięć tysięcy franków wyliczymy gotówką!... Chłopak miał trzynaście lat, ale wydawał się piętnastoletnim itp. itp.“
Adwokat przerwał stręczycielowi.
— Zaczekaj, powiedział, niech napiszę... trudno wynaleść coś lepszego.
— Ispisał co mu Mascarot podyktował.
— W poniedziałek, mówił stręczyciel dalej, otrzymacie same nic nie znaczące odpowiedzi. Nie znajdziecie nic we wtorek, ani przez trzy dni następne. Ale w sobotę, uzbrój się przeciw zdziwieniu. W tym dniu Fregot wprowadzi was do wielkiego folwarku, zupełnie odosobnionego, nad brzegiem jeziora, a który w okolicy nazywają „Białym Słupem. Gospodaruje w nim niejaki Lorgallin, przy pomocy swej żony i dwóch synów.
Zacnych tych ludzi znajdziecie zapewne przy stole. Zaproszą was także; wy przyjmiecie zaproszenie.
Ale przy pierwszych wyrazach waszej przemowy zobaczycie, że twarze ich zmieniają się. Żona dzierżawcy poblednie i zawoła podnosząc ręce do góry:
— Matko boska! Lorgellinie! ci panowie mówią zapewne o naszym biednym Bez-Ojca!...
Od czasu, jak począł rozwijać ten plan, tak dokładnie obmyślany, Mascarot, zdawało się, że urósł na sześć stóp; jakiś duch przewrotności oświetlał jego rysy, zwykle tak nic niewyrażając.
Tryb jego wykładu był dobitny, ruchy pełne pewności, głos mimowolnie przenikał do głębi duszy i wzbudzał tam przekonanie, jakie ożywiało i mówiącego.
Mówił o wypadkach mających dopiero nastąpić, przypuszczalnych, uległych wszelkim możebnym ewentualnościom; ale rozwijał je z taką jasnością, z taką nieubłaganą logiką, że sam zdawał się przejęty poczuciem rzeczywistości.
— Jakto? żona dzierżawcy powie to? zawołał Catenac zdumiony.
— To, a nie co innego. A potem zaraz mąż jej wyjaśni wam, że nadał nazwę Bez-Ojca jednemu nieszczęśliwemu chłopakowi, którego pewnego poranku znalazł drżącego od zimna nad rowem przydrożnym, zabrał z litości i trzymał u siebie.
Powie wam, że właśnie było to w r. 1856. na początku września.
Wy zechcecie dać mu jego rysopis, a on wam zamknie usta i sam go wypowie, słowo w słowo tak jak wy.
Jeżeli macie rozum, to będziecie bardzo uważać na księcia Champdoce. Niepodobna by to niespodziane szczęście nie wywarło na nim niebezpiecznego wrażenia.
— A potem?...
— Potem, Lorgellin pocznie wam wychwalać dzieciaka. Opowie jaki był łagodny i roztropny: jak cały folwark napełniał wesołością, tak że dzierżawca żadną miarą nie mógł zdobyć się na odprowadzenie go do domu podrzutków w Vendome, chociaż czuł dobrze, że to było jego obowiązkiem.
Potem będzie słyszeć jak cała rodzina, matka i dwaj synowie — chłopy lat dwudziestu pięciu, lub sześciu — pocznie potwierdzać pochwały dzierżawcy. Taki zuch był z tego Bez-Ojca, taki sprytny!... W trzynastym roku pisał jak notarjusz... pokażą wam nawet jego pismo w jednej książce. Ale w końcu matka Lorgellin, ze łzami w oczach, opowie wam, że to dziecię, tak lubione, było niewdzięcznem i że następnego, 1857. roku, także koło miesiąca września opuściło rodzinę, która je przygarnęła.
Tak jest, opuściło, aby pójść z kuglarzami, którzy dniem przedtem, w niedzielę, dawali na wsi przedstawienie i których trąby i wyszywane trykoty rozpłomieniły jego młodą wyobraźnię.
Rozczuli was ubolewanie tych zacnych ludzi. Lorgellin nie będzie ukrywał przed wami, iż czynił rozmaite kroki dla odzyskania Bez-Ojca, że nawet chodził na jarmark do Chateau-Renault, na drugi wtorek w październiku, a raz nawet aż do Blois. Napróżno!...
Na zakończenie przedstawią wam pozostałości po chłopcu, jego ubranie, bluzę niedzielną, nową czapkę, którą mu nie na długo przedtem kupiono...
Jeżeli Catenac czekał na rozwiązanie, to pewno nie na takie; niezadowolenie jego wyraziło się tak komicznie, że zacny Hortebize nie mógł powstrzymać się od wykrzyknika:
— A... spadłeś z porządnej wysokości! co?
— Przyznaję to, ale wyznam także, iż nie widzę co nam z tego przyjdzie, gdy wysłuchamy całej historji tego Lorgelina.
Mascarot zrobił ręką poruszenie, oznajmujące, że prosi o cierpliwość, potem mówił dalej:
— Pozwólże mi skończyć...
W takiem położeniu, ty, bezwątpienia, byłbyś bardzo zakłopotany, ty adwokat paryski. Co się tyczy labiryntów, to ty znasz tylko prawne.
Ale Perpignan, który zna policyjne sposoby poszukiwań, nie będzie wahać się ani chwili, zaręczam ci.
Zobaczysz jak rozweselony oświadczy wam, że od chwili, kiedy trzyma koniec nitki, podejmuje się rozmotać cały kłębek nie zerwawszy jej i doprowadzić was aż do chłopca, jeżeli ten żyje, albo do jego mogiły, jeżeli umarł.
— Hm... może masz Perpignana za zręczniejszego, aniżeli jest rzeczywiście.
— Wcale nie!.. Każde rzemiosło ma swoje prawidła. To, co będzie miał do zrobienia jest abecadłem rzemiosła prywatnych przedsiębiorców poszukiwań, jeżeli mam mu nadać tytuł, jakiego używa w swych cyrkularzach.
Zresztą, gdyby zabłądził, stracił drogę, to przecież ty będziesz tam, by go naprowadzić na dobry trop rozumie się delikatnie. Ale on nie zbłądzi jestem tego pewny!
Pierwszym jego krokiem będzie to, że zaprowadzi was do merostwa w Azé, w którem leży folwark Biały Słup.
Tam zażądacie wykazu osób przejeżdżających i wykazów kart pobytu z roku 1857.
Wykazy to będą wam wydane; przejrzycie je i przekonacie się, że we wrześniu 1857. roku przejeżdżała i przebywała w Azé trupa artystów-kuglarzy, składająca się z dziewięciu osób i udająca się w dwóch brykach, pięcią końmi z Wersalu do Tours, pod dyrekcją niejakiego Vigoureux, zwanego „konikiem polnym.“
Catenac znowu wziął się do pisania, ołówek jego bystro suwał się po papierze.
— Powoli... powiedział, powoli, nie mogę nadążyć.
Po chwilowym przestanku, stręczyciel mówił dalej:
— Po dokładnem zbadaniu wykazu przekonacie się, że we wrześniu nie przejeżdżała przez Azé żadna inna trupa kuglarzy. A z tego wywnioskujecie, że mały Bez-Ojca musiał koniecznie powędrować z tą trupą, i na wszelki wypadek zanotujecie sobie rysopis konika polnego wypisany na marginesie wykazu. Rysopis ten będzie zawierał następujące pożyteczne wskazówki:
Vigoureux, urodzony w La Bourgonce (Wogezy), lat 47, wysokość 1 metr 72 centymetry, oczy małe, szare i zezowate. Cera smagła. Znaki szczególne drugi palec lewej ręki odcięty do pierwszego stawu.
Jeżeli z tem wszystkie weźmiecie jakiego innego kuglarza za niego, to już doprawdy nie bardzo z was mądrzy ludzie.
— Gdybym ja tylko miał go szukać... nruknął Catenac.
— Ależ będziecie mieli Perpignana, a to jest jego rzemiosłem. Zobaczysz jak zebrawszy notaty w merostwie, będzie się on pysznił, nadymał, jak głupiec, któremu się zdaje, że wykonywa jakie arcydzieło. Tonem pełnym powagi oświadczy on wam, że operacje w okolicy Vendome są już ukoń czone i że dalsze poszukiwania można robić tylko w Paryżu.
Ty zatwierdzisz to. Pozwolisz twemu szlachetnemu klientowi wynagrodzić, jak mu się spodoba Fregata i Lorgellina, ale ułożysz rzecz tak, by książę powrócił razem z wami.
Nie można, by sam tam pozostawał. Niewiadomo, co mogłoby się wydarzyć...
— O! sądzę, że mu pilno będzie wrócić.
— Ja także. W Paryżu zręczny Perpignan zaprowadzi was prosto na ulice Jerozolimską, gdzie powie wam, że niezawodnie Vigoureux musi mieć swoją osobną tekę, jak wszyscy wędrowni artyści.
W prefekturze naprzód odeszlą was z kwitkiem. Policja — i doprawdy, że to wielkie szczęście — bardzo jest skąpą w udzielaniu dokumentów, które posiada, i nie daje bynajmniej wyjaśnień pierwszemu lepszemu.
Ale jedno słowo księcia Champdoce do prefekta otworzy wam wszystkie szuflady jej.
Poczną szukać, i za jaki tydzień uwiadomią was, że artysta Vigoureux był w r. 1864. skazany na dwa lata więzienia za razy i rany, że zaszczytnie odsiedział karę i że obecnie, zostając jeszcze pod dozorem, zmienił profesję i trzyma handel win w okolicach dawnej rogatki Etoile, na rogu ulicy Dupleix.
— Zaraz!... zawołał adwokat, niech zanotuję ten adres.
Nie bez słuszności Catenac powiedział: „zaraz.“ Mascarot bowiem, mniej przywiązując wagi do tych instrukcyj, spieszył się.
Mówił dalej:
— Przyszedłszy na ulicę Dupleix, od jednego rzutu oka poznacie waszego Vigoreux. Jest to szkaradny brutal, którego jedno nazwisko Bez-Ojca rozwścieczy. Oświadczy on wam, że rzeczywiście ten mały rozbójnik był w jego trupie około dziesięciu miesięcy.
Był to, powie wam, łotr bardzo zdolny, ale dumny jak pan i leniwy niesłychanie. Rzeczywiście miał tylko wyraźne usposobienie do muzyki i lubił tylko starego Alzatezyka, imieniem Fryc, który był naczelnikiem orkiestry w trupie.
Stary ten i młody chłopak tak sobie podbechtali wyobraźnię, iż pewnego dnia drapnęli razem z towarzystwa, pozostawiając je w wielkim ambarasio.
Naturalnie, że zapytacie, co się stało ze starym Frycem, a Vigoureux pocznie wam wymyślać. Ale ty, jako adwokat, zagroź mu małem zaskarżeniem za podchwytywanie dzieci — i Vigoureux od razu zmięknie jak rękawiczka. Poprzysięgnie wam, że zaraz się zabierze do odszukania go.
Nie upłynie ośmiu dni, a już Vigoureux uwiadomi was że nakoniec znalazł Fryca i że wy znajdziecie go także w szpitalu Saint-Magloir, gdzie udało mu się zostać przyjętym.
Dawno już Catenac, uśmiechnięty Hortebize i nawet Paweł Violaine stracili wszelkie illuzje.
Dawno już, zwłaszcza doktor i adwokat, przestali się dziwić wszelkim niespodziankom przy swem awanturniczem życiu.
A jednak z rzeczywistem zdumieniem słuchali tych rozmaitych zwrotów i przejść w poszukiwaniach, pozornie tak prostych, wysnuwających się, jakby same z siebie, ale które dla nich świadczyły o niepospolitej znajomości wszystkich stosunków społecznych, szczególniejszej przenikliwości i niezrównanem pojmowaniu wszelkich środków, jakie przedstawia cywilizacja.
— Fryc, zaczął znowu Mascarot, jestto szczwany lis, jak wszyscy Alzatczycy zresztą, osłaniający pozorami dziecinnej prostoty południową chytrość, połączoną z normandzką przebiegłością.
Znajdziecie w St. Magloir starca drżącego, jak światełko, które zgaśnie lada chwila, osądzicie go jako gadułę, który zupełnie prawie stracił głowę.
Powiedz księciu Champdoce, by mu tylko w połowie wierzył.
Alzatczyk ten opowie wam strasburgskim akcentem, we trach rozmoczonym, ile robił poświęceń dla swego małego ulubieńca, opowie, ile razy on, Alzatczyk, pozbawiał się tytuniu i „sznapsu“ by opłacić lekcje kompozycji i fortepianu za biednego Bez-Ojca.
Bo przysięgnie wam, że zamierzał oddać go do konserwatorjum. Poznał w chłopcu zdolności zdumiewające i żył nadzieją, iż z czasem ujrzy go wielkim kompozytorem, jak Weber, albo Mozart.
Jestem pewny, że te łzy krokodyle rozczulą twego szlachetnego klienta. Ujrzy on swego syna wyrwanego z błota nędzy, i to bez obcej pomocy, jedynie siłą swego geniuszu. Będzie mu się zdawało, iż poznaje w nim krew Dompairów Champdoce...
Podchwycić prawdziwą myśl Mascarota jest rzeczą trudną, prawie niemożebną.
Od trzech kwadransów Catenac, ten artysta w sztuce przewrotności, wysilał się na odgadnięcie tego sfinksu w okularach, a wiedział tyle co i w pierwszej minucie.
Dokąd zmierzał stręczyciel? kiedy był szczerym? kiedy drwił, a kiedy mówił serjo? Co należało przyjąć, a co odrzucić z jego planu?
Od tego mogła się zbić z tropu domyślność największa.
— Dalej, dalej, mówił adwokat, czas uchodzi, a wszystko co mi opowiadasz wyniknie z samych faktów...
Jedno spojrzenie Mascarota, spojrzenie ironiczne i zarazem jakieś litościwe, któremu towarzyszyło ruszenie ramionami, powstrzymało uwagi adwokata.
— Charakter dziecinny, mruknął stręczyciel, głupi i uprzedzony, zuchwały i trwożliwy, zły i przewrotny.
A głośno dodał:
— Z faktów, mój kochany, wyniknie tylko to, co ja zechcę... i jeżeli twoja domyślność odgaduje rozwiązanie, to pozwól, że wszystko objaśnię naszemu młodemu przyjacielowi, Pawłowi Violaine, którego rola będzie więcej skomplikowana, aniżeli twoja.
Zniecierpliwiony temi przerwami i liczący na efekt końcowy, doktor gniewnie spoglądał na Catenac’a.
— Ale Alzatczyk Fryc, mówił dalej stręczyciel, rozczuli was głęboko opowiadaniem zmartwienia, jakiego doznał w dniu w którym malec czując się dość silnym, aby lecieć dalej o własnej odleciał, pozostawiwszy go samego, w mocy smutku, bez chleba.
„— Bo porzucił mnie samotnego w mojej nędznej norze, tak będzie jęczał, a sam przeniósł się do wspaniałego hotelu przy ulicy Arras-Saint-Victor, do pięknego pokoju, dokąd sprowadził sobie fortepian. Talent jego poczynał przynosić mu owoce; miał dwóch uczniów płacących po trzydzieści franków miesięcznie, a wieczorem grywał na kontrabasie w jednym lokalu.“
Zmęczy was to opowiadanie starego Fryca, pierwej aniżeli on przestanie wynurzać swe żale, tem bardziej, że pod temi skargami dopatrzycie zawiść obrażonej chciwości i chybioną nadzieję wyzyskiwania; w końcu wszakże nadmieni, iż obecne swe dobre położenie zawdzięcza „temu małemu niewdzięcznikowi.“.
Naturalnie, że książę da mu dowód swego zadowolenia; potem popędzicie na ulicę Arras całą szybkością waszych koni.
Tam zawiadowca hotelu, gderliwy, powie wam, że mija już cztery lata, jak pozbył się tego artysty, jedynego, który miał śmiałość wleźć do takiego zakładu. Ale przy niejakiej zręczności i po wsunięciu mu w rękę dwudziestu franków, dowiecie się o nazwisku i adresie jednej z owoczesnych uczennic artysty, pani Grodorge, wdowy, przy ulicy Saint-Louis.
Ta kobieta, jeszcze bardzo ponętna, odpowie wam, mocno rumieniąc się, iż nie zna teraźniejszego pomieszkania swego nauczyciela, ale że przedtem mieszkał on przy ulicy La Harpe pod nr. 57.
Z ulicy La Harpe poszlą was na ulicę Jacob, nakoniec ztamtąd wyprawią na ulicę Montmartre, róg ulicy Joquelet...
Zacny stręczyciel przerwał sobie by odetchnąć, uśmiechając się tym śmiechem bezgłośnym, który zwykle zapowiada rychle i szczęśliwe rozwiązanie żartu.
— Uspokój się, przyjacielu Catenac, zaczął znowu, tam się skończą wasze wędrówki. Odźwierna z ulicy Montmartre, matka Brigot, najgadatliwsza z odźwiernych, z wielką własną przyjemnością opowie wam, że „artysta“ trzyma dotąd swój kawalerski apartament, ale go już nie zajmuje.
— Bo miał szansę, doda, co mnie mocno cieszy; przed miesiącem ożenił się z córką bogatego bankiera z naszej ulicy, która się w nim za kochała, z panną Martią-Rigal.“
Catenac musiał zapewne przewidywać coś podobnego, nie mógł jednak nie wykrzyknąć.
— No, proszę!...
— Tak jest, odrzekł skromnie Mascarot. Książę Champdoce, drżąc z nadziei, zabierze was z sobą do naszego przyjaciela bankiera Martin-Rigal. A tam znajdziecie... naszego młodego protegowanego, tu obecnego, Pawła, który został szczęśliwym mężem pięknej Flawii.
Wyprostował się, poprawił okulary, które mu się zsunęły nieco w skutek szybkiego poruszenia i zwróciwszy się do Catenaca, powiedział:
— No, mistrzu, bez urazy, przekonaj, że masz spryt i pokłoń się szczerze Pawłowi-Gontranowi markizowi Champdoce!...
Rozwiązanie takie doktor Hortebize bez wątpienia przewidywał. Znał sztukę, gdyż miał udział w jej opracowywaniu; ale pomimo to był nią zajęty, ni mniej ni więcej jak prosty autor dramatyczny, obecny na jeneralnej próbie swego dramatu.
— Brawo!... zawołał klaszcząc w dłonie, brawo, Baptysto!...
Paweł, chociaż był uprzedzony, padł na krzesło; głowa mu się zawracała, serce ściskało.
— Dobrze... zawołał Mascarot dźwięcznym głosem, tak jest!... przyjmuję pochwały bez skromności i pychy. Przyjmuję, bo powodzenie jest pewne, bo nie potrzebujemy obawiać się nawet tego niedojrzanego ziarnka piasku, od którego wywracają się czasami najlepiej kierowane wozy.
Przedłożyłem wam moje kombinacje, studjujcie je, a jeżeli dostrzeżecie jaką wadliwość, wskażcie mi ją — poprawię.
Kto jest naszym najcenniejszym narzędziem? Perpignan. Otóż, ten cymbał próżny będzie nam służył, sam nie wiedząc o tem. Tak jest, będzie nam służył z tem lubem przekonaniem, które zresztą wmówi w niego Tantaine, iż krzyżuje plany Mascarota.
Czy książę będzie mieć jakie podejrzenie, kiedy sam będzie szedł tym labiryntem, i po takich drobnostkowych poszukiwaniach, które trwać będą około dwóch miesięcy, i po zebraniu tylu dowodów? Nie.
A mam jeszcze jeden projekt, aby z umysłu jego usunąć cień nawet wątpliwości. Gdy dojdzie do celu, zmuszę go, że pójdzie wstecz tą samą drogą.
Kolejno poprowadzi Pawła do wszystkich punktów, gdzie pozostały ślady jego syna i nabierze jeszcze silniejszego przekonania.
Pawła, zięcia bankiera Martin-Rigal, męża Flawii, poznają przy ulicy Montmartre i przy ulicy Jacob i przy ulicy La Harpe; powitają go po imieniu przy ulicy Arras-Saint-Victor. Fryc rzuci się w objęcia „swego małego“. Vigoureux przypomni mu jego zdumiewające zdolności do koziołków. Nakoniec Lorgellinowie przycisną do serca swego kochanego Bez-Ojca.
Tak będzie, mój adwokacie, bo ten trop, po którym pójdziecie, ja sam utworzyłem. Ponieważ wszyscy ci ludzie, począwszy od matki Brigot aż do Lorgellina, to moi ludzie; trzymam ich, są to moi niewolnicy, nie mogący mieć innej woli oprócz mojej.
Ośmiel się więc teraz twierdzić, przyjacielu Catenac, że tryumf nie jest zapewniony, i że nie możemy od dziś już podzielić się dwunastu milionami rodziny Champdoce!...
Catenac wstał powoli.
— Uwielbiam, Baptysto, powiedział twoją cierpliwość i twój geniusz Tak jest, na honor! Tylko... niestety!... i tu jest tylko!... Jednem słowem wywrócę cały ten gmach twoich nadziei... tak być musi.
Catenac mógł być tchórzem, którego przejmowała obawa skompromitowania fortuny, nabytej ceną niesłychanych nikczemności; mógł być zdrajca, gotowym bez wahania wydać swoich wspólników, dla wyjednania tem własnej swojej bezkarności...
Niemniej jednak był człowiekiem niepospolitej przezorności, nieocenionym doradcą, który dawniej w wielu sprawach dowiódł swej wartości.
To też doktor Hortebize nie mógł ukryć przykrego drżenia, słysząc jak oświadczał z całą stanowczością, iż należy zrzec się wszelkiej nadziei.
Ale stręczyciel nie stracił swego tryumfującego uśmiechu.
— Mów rzekł do adwokata.
— Otóż, Baptysto, stary mój kolego, odpowiedział Catenac, nie uda ci się wyprowadzić w pole księcia Champdoce.
Mascarot spojrzał na niego z ubolewaniem.
— Czyś tylko pewny, odrzekł, że ja zamierzam jego właśnie wyprowadzić w pole? Któż ci powiedział, że w tem wszystkiem ty tylko jeden nie jesteś oszukany? Czyś szczerze postępował z nami? Nie. Dlaczegoż ja nie miałbym szachrować?... Czy mam zwyczaj zwierzać się tym, którym nie ufam? Czy Perpignan podejrzywa role, którą mu przeznaczam? Dla czegoźby w celu, którego nie upatrujesz, ja nie miałbym ukrywać właśnie przed tobą tego, że Paweł, którego tu widzisz, jest rzeczywiście dziecięciem, którego szukacie?...
Streczyciel mówił z taką powagą, był to człowiek, który, aby dojść do celu. gotów był chwycić się sposobów tak szczególnych, że Catenac, zmieszany, szeroko otworzył oczy i milczał.
Przebiegły adwokat nie miał ani czystego sunmienia, ani spokojności umysłu. Zdrada jego była jasna jak dzień — dla czegoźby więc i stowarzyszeni nie mieli go zdradzać? Kto mu zaręczy, że aby zemścić się, nie zrobili na niego jakiej chytrej zasadzki, w której utopi swe pieniądze, swą skradzioną reputację, a może nawet wolność?...
W jednej sekundzie niespokojny jego umysł zmierzył wszystkie te możebności.
Ale napróżno zastanawiał się nad wszelkiemi rozwiązaniami, jakie tylko mógł sobie wyobrazić — nie dostrzegł ani cienia niebezpieczeństwa dla siebie.
— Pragnąłbym, odrzekł przychodząc nieco do siebie, pragnąłbym dla nas samych, aby Paweł był rzeczywiście tym, co mówisz... Jednak bardzo o tem wątpię. Czyż sam nie wyznałeś mi zupełnie co innego? Zresztą do czego tyle zabiegów? Tylko... wiedz o tem na pewno i stanowczo, że książę ma najnieomylniejszy sposób wykrycia podejścia.. Co chcesz? tak się to w życiu dzieje. Okoliczność najbłahsza, najgłupsza, wystarczy dla rozbicia najuczeńszych kombinacyj i obrócenia w nic cudów geniuszu.. Nie znam takiego cudownego pomysłu, który by ostał się przeciw faktowi.
Stręczyciel ruchem przerwał swemu wspólnikowi.
— Paweł jest rzeczywiście synem ks. Champdoce, odpowiedział.
Co to miało znaczyć?.. Catenac domyślił się komedji i uzna ją za dziecinną, śmieszną, głupią.
— Tak mówisz? zapytał. W takim razie pozwól mnie samemu przekonać się o prawdzie.
— O!.. ile chcesz!.. o to mniejsza!..
Adwokat przybliżył się do Pawła i z pewną żywością powiedział:
— Chciej pan wstać i zrób mi tę grzeczność, zdejm twój surdut.
Mascarot i doktor Hortebize spojrzeli po sobie jakby porozumiewając się, a potem oba uśmiechnęli się ironicznie.
Doktor Hortebize, oprócz tego, odetchnął długo i głęboko, jako człowiek, którego pierś pozbyła się odrazu ogromnego ciężaru.
— Jeżeli tylko tyle, mruknął, no!.. to wszystko skończy się tylko na strachu. Gmach trzyma się teraz mocniej, niż kiedykolwiek...
Paweł jednak wahał się i wzrokiem zapytywał Mascarota.
— Zrób zadość, moje kochane dziecię, rzekł stręczyciel, spełnij żądanie naszego przyjaciela...
Paweł zdjął surdut i położył go na poręczy krzesła.
— Teraz, dodał Catenac, podnieś pan prawy rękaw koszuli, wysoko, aż do ramienia...
Zaledwie młody człowiek spełnił to żądanie, zaledwie adwokat spojrzał na ramię, odwrócił się do swych wspólników i powiedział:
— To nie on!
Ku niesłychanemu jego zdumieniu, Mascarot i Hortebize wybuchnęli głośnym śmiechem.
— Nie, upierał się adwokat, nie, to nie jest syn opuszczony przez księcia Champdoce, i książę pozna to lepiej niż ja... Śmiejecie się!.. bo nie wiecie...
— Dość tego przerwał stręczyciel.
I zwracając się do doktora, dodał: Wytłumacz naszemu lojalnemu przyjacielowi, powiedział, że i my wiemy nie mało...
Zacny doktor przybliżył się z miną dwuznaczna, na poł uroczystą, na pół drwiącą, jaką zwykle przybierał, wystawiając swoim klientom zalety i korzyści homeopatji.
— A więc mistrzu Catonac, powiedział, biorąc za rękę Pawła, utrzymujesz, że to nie jest ten, za kogo go podajemy, ponieważ nie widzisz na ręku pewnych znaków, o których ci mówiono...
Byłyby już teraz te znaki, gdybyś, jako lojalny wspólnik, wykrywszy naszą nieświadomość, uprzedził nas o niej.
Znajdą się one w dniu, w którym Paweł będzie przedstawiony księciu Champdoce; będą widoczne, namacalne tak, że przekonają najniewierniejszego Tomasza...
— Jakto, chcesz...
— Pozwól mi skończyć. Jeżeli Paweł, w dzieciństwie, kiedy miał zaledwie kilkanaście lat, oblany został wiadrem gorącej wody, co spowodowało ranę gnojącą się, to dziś miałby na ramieniu szeroką bliznę, której natura i szczególna forma świadczyłaby o pochodzeniu; to jest mielibyśmy bliznę o trzech odgałęzieniach; środkowe, głębokie byłoby na ramieniu, a pomniejsze szłyby, zwężając się po plecach i grzbiecie, według fizycznych praw rozlewania się płynu gorącego, spadającego z góry. Oprócz tego mielibyśmy tu i ówdzie lekkie blizny, rozmaitych rozmiarów, okrągławe, przedstawiające krople spadłej gorącej wody...
Catenac potakiwał głową i ręką.
— Tak, tak, mówił, zupełnie tak...
— Otóż słuchaj:
— Wiesz co zrobię, rozstawszy się z tobą?
— Zaprowadzę Pawła do mnie, do mojego gabinetu konsultacyjnego. Położę go na znajdującem się tam „łożu boleści“ i uspić chloroformem... bo nie chcę by poczciwy chłopiec cierpiał... Do trzymania gąbki będę miał Baptystę. Gdy Paweł będzie należycie uśpiony, obnażę mu ramię i przyłożę na skórę kawałek flaneli, poprzednio namoczonej w pewnym płynie, zrobionym według przepisu mnie wiadomego... Eh eh!... miałem kiedyś talencik! Sądzę, że zbytecznem jest mówić ci, że ten kawałek flaneli, znajdujący się w tej chwili w jednej szufladzie mego biórka, został przezemnie artystycznie wykrojony, tak, aby jak najdokładniej przedstawiał kapryśne zarysy rany, wynikającej z oparzenia. Kilka małych kawałków przedstawi krople do złudzenia wiernie.
Gdy taki kompres jątrzący wywrze pożądany skutek, to jest po upływie ośmiu do dziesięciu minut, odejmę go, obandażuję, według mojej metody, ranę, obudzę Pawła... i siądziemy do obiadu z najlepszym apetytem.
— Ty zrobisz to?...
— Za godzinę. Jeżeli lubisz dobrze podjeść to chodź z nami; będzie bażant i sandacz. A przytem i operacja ciekawa. Zobaczysz prześliczną bliznę...
Mascarot zacierał sobie ręce.
— No!... zapytał Catenaca, całkiem ogłupiałego, co na to powiesz?
— Powiem, odrzekł adwokat, że pomysł jest szatański...
— O!...
— Ale, te zapominacie o jednym szczególe.
— Naprzykład?
— A tak. Nie obliczyliście, że tylko czas jedynie nadaje bliźnie pewną powierzchowność...
— Trarararara!... przerwał doktor, oto co ci na to odpowiem:
1. Gdybyśmy potrzebowali tylko czasu: trzy miesiące, sześć miesięcy, rok, nawet więcej, to o tyle oddalilibyśmy chwilę, w której książę Champdoce odszuka swego syna.
To zrobić możemy — nieprawdaż?
2. Podejmuję się, ja, Hortebize, nim upłynie dwa miesiące, przedstawić wam, dzięki pewnemu sposobowi bandażowania, bliznę białą, stwardniałą, jak mówili nasi starzy podoficerowie, niewystarczającą wprawdzie dla oszukania profesora medycyny sądowej, ale wystarczającą dla przekonania człowieka światowego i nawet zwyczajnego lekarza... Widzisz bo, mój kochany, homeopatja to śliczna rzecz...
Adwokat rozmyślał. Przedstawiono mu tyle szans powodzenia, iż teraz gorżko sobie wyrzucał swe wahanie, które niezawodnie będzie mu policzone w chwili rozpłaty.
W jego małych oczach, zwykle zimnych i ponurych, teraz błyszczał ogień chciwej duszy, rozpłomieniony tą cudowną cyfrą: dwanaście miljonów.
— Tem gorzej!... zawołał z uniesieniem na teraz szczerem, do djabła wszystkie przesądy, skrupuły i niepokoje. Jeżeli zginiemy, to w sprawie, która warta zachodu. Moi przyjaciele! liczcie na starego Catenac’a, on jest wasz z duszą i ciałem. Schylam się przed wami i upokarzam. Jesteście silni, a ja jestem tylko głupiec.
Na ten raz spojrzenia, które wymienili między sobą Mascarot i Hortebize, nie miały nic dwuznacznego.
— Nakoniec trzymamy go, pomyśleli.
— Ale podzielimy się, wszak prawda? dodał adwokat. Przybywam najpóźniej, jestem robotnikiem ostatniej godziny, ale moja robota jest ważna, delikatna, bezemnie nic nie poradzicie.
— Dostaniesz twoją część, odpowiedział wymijająco stręczyciel.
— Chcę by była równą waszej.
— Niech i tak będzie.
— Będziesz ją widział!... mruknął przez zęby doktor.
Ale wykrzyknik ten przeszedł niepostrzeżony. Z uniesieniem najczulszej przyjaźni trzej wspólnicy uścisnęli sobie ręce, zdecydowawszy ostatecznie zgubę rzeczywistego spadkobiercy księcia Champdoce.
— Teraz, zaczął znowu adwokat, jeszcze jedno wyjaśnienie. Czy jesteście pewni, że książę nie ma innych jeszcze sposobów poznania syna?
— Tej pewności nie mamy, ale tego niepodobna przypuszczać... Książę nie widział nawet dziecięcia, gdy się urodziło. Uniesiono je nim księżna przyszła do siebie.
— Ale Jan je widział, a Jan żyje jeszcze. Ma ośmdziesiąt siedm lat, sam zdziecinniał prawie; ale gdy idzie o rodzinę Champdoce, której poświęcał więcej niż życie, powraca mu cała inteligencja...
— Więc cóż?
— Jan, jak wiecie, sprzeciwiał się wszelkiemi siłami substytucji. Czy nie można przypuszczać, iż przewidział wypadek, gdy książę dozna wyrzutów sumienia?...
Twarz stręczyciela spoważniała.
— Myślałem o tem, rzekł; ale jak się dowiedzieć?...
— Ja się dowiem!... zawołał Catenac. Jan ufa mi; ja go wybadam.
Niepodobna było poznać zimnego Catenac’a rozruszał się, okazywał gorliwość, jak wszyscy którzy tylko co przystąpiwszy do interesu, sądzą że zaraz staną się przydatnymi.
— Z tej strony, powiedział, wszystko już ułożone. Ale z drugiej?.. Kto mię zapewni, że nikt nie pozna Pawła?
— Ja, który wiem jak nędza go osamotniła ja, który tymczasem wysłałem do św. Łazarza metresę, którą miał, piękną Różę. Ty ją znasz Catenac, przeciw niej to namówiłeś przedsiębiorcę Gandelu do wytoczenia skargi. Przez chwilę byłem niespokojny, wiedząc, że Paweł ma protektora, którego nie znałem... Ale protektor ten wyście odgadli go pewno to hrabia Mussidan, zabójca jegoojca, ponieważ Paweł jest synem Montlouis’a.
— Konkluzja rzekł doktor, nie ma czego obawiać się.
— Nie ma. Niech Catenac robi swoje; ja podejmuję się wyrobić Pawłowi dokumenta, potrzebne do ożenienia się z Flawią Martin-Rigal. A wierzcie mi, że wśród tych zabiegów nie zaniedbam i innej operacji, i że przed upływem miesiąca Henryk Croisenois puści w świat nasze towarzystwo i zostanie mężem Sabiny Mussidan.
Nadeszła noc i wspólnicy zaledwie mogli widzieć własne twarze.
— Nieźlebyłoby pójść na obiad, zauważył doktor.
I zwróciwszy się do protegowanego przez stowarzyszonych, dodał:
— No, Pawle, w drogę.
Ale Paweł nie ruszył się z miejsca i wtedy dopiero zauważano, że biedny chłopak był na pół omdlały. Musiano mu skronie skropić wodą, aby przyszedł do siebie.
— Jakto? zawołał doktor, od jednej myśli o małej operacji, której nawet nie poczujesz, już ci się źle robi?...
Paweł smutno potrząsnął głową.
— To nic to, odrzekł.
— Cóż więc?
— To, zaczął znowu ze drżeniem, że on istnieje, ja znam go, wiem gdzie się znajduje.
Wspólnicy myśleli, że Paweł oszalał.
— Kto — on?... zapytali.
— On... syn księcia Champdoce!
Piorun, uderzający w ajencję stręczeń, nie wywołałby takiego przerażenia.
— Zaraz, zaraz, odezwał się Mascarot, który pierwszy odzyskał zimną krew. Wytłumacz się!... co chcesz powiedzieć?
— To, że ostatnie szczegóły, przytoczone przez pana, rozjaśniły mi rzecz... i dla tego to źle mi się zrobiło... Znam młodego człowieka, dwudziestu trzech lat, który oddany był do domu podrzutków w Vendome, który uciekł ztamtąd mając dwanaście lat, który na ramieniu ma bliznę od oparzenia, z czasów, gdy był w terminie u garbarza.
— To on... zawołał Catenac.
— A gdzież jest ten młody człowiek? zapytał żywo stręczyciel, co robi? jak się nazywa?
— Jest rzeźbiarzem, nazywa się Andrzej, mieszka...
Przerwało mu straszliwe zaklęcie Mascarota.
— Miljon piorunów!... ryknął wściekle, oto już trzeci raz ten przeklęty artysta staje między nami a naszym celem!... ale to już będzie po raz ostatni przysięgam!...
Catenac i Hortebize pobledli.
— Co chcesz zrobić? zapytali.
Dzięki ogromnemu wysileniu stręczyciel odzyskał pozory zimnej krwi.
— Nic nie chcę robić! odrzekł. Tylko, wiecie: ten Andrzej jest ornamentystą i rzeźbi fronty domów, często niezmiernie wysokich... Czyi nie słyszeliście, że życie takich ludzi, pracujących jakby w powietrzu, często wisi na włosku?


XXI.

Niemało jest, niestety, w naszej cywilizacji zajęć, narażających na ciągłe niebezpieczeństwo tych, którzy się im oddają.
Andrzej był rzeźbiarzem-ornamentystą, dnie całe przepędzał na rusztowaniach słabych, lub źle ustawionych. Mascarot zatem miał słuszność, że życie jego wisi na włosku.
Ale włos ten był mocny i co za tem idzie, trudniejszy do zerwania, aniżeli stręczyciel przypuszczał.
Gdy mówił o człowieku, który w niwecz obraca jego projekta z taką łatwością, jakby szło o dmuchnięcie na świecę, która zawadza, nie przypuszczał jednej okoliczności, mającej szczególnie skomplikować jego zadanie.
Andrzej był uprzedzony.
Datowało to od dnia, w którym otrzymał od Sabiny list rozpaczliwy, z uwiadomieniem, że wychodzi zamąż; że postawiona między miłością a zagrożonym honorem rodziny, poświęca się i zaklina go, by zapomniał o niej.
Datowało to zwłaszcza od owego wieczora, kiedy po naradzie z panem Breulh-Faverlay i szaloną a zacną wicehrabiną Bois-d’Ardon, zebrawszy w jedno wszystkie wiadomości, doszedł do tego przekonania, że hrabia i hrabina Mussidan, a zatem i Sabina, byli ofiarą jakiejś szkaradnej machinacji, której autorem, a przynajmniej narzędziem był Henryk Croisenois.
Kiedy zostanie zaatakowany i jak? Tego nie wiedział, ale przewidywał. Pewnem było, że zaatakowanym będzie.
I gotów był do bronienia się z zawziętością rozpaczy. Bronił własnego życia; więcej jeszcze!... życia Sabiny, swej miłości, swego szczęścia.
Gdyby nie miał tej rozumnej przezorności, to p. Breulh-Faverlay natchnąłby nią go.
Ten także wiedział co robi, biorąc udział w tem dziele wybawienia i zanadto poważał Andrzeja, by ukrywać przed nim swe obawy.
— Założyłbym się o cały mój majątek, powiedział, że mamy przed sobą sprawę o wyzyskiwanie. To rzecz ważna. A co jest najgorszego, to, że musimy liczyć tylko na własne siły, że nie możemy zawezwać pomocy policji. Najprzód nie mamy do wymienienia żadnego stanowczego faktu, a policja może działać tylko na podstawie faktów... Powtóre, nędzną usługę wyświadczylibyśmy tym, których zamierzamy wyratować, gdybyśmy rozbudzili władze... Kto wie, jaką straszliwą tajemnicą uzbrojeni są nędznicy przeciw hrabiemu i hrabinie Mussidan!...
Uwagi te były zupełnie słuszne, Andrzej nie mógł uczynić przeciw nim żadnego zarzutu.
— Zatem, mówił dalej p. Breulh, nic nie można ryzykować. Oto jest sposobność okazania, że uczciwy człowiek może być tak przebiegłym jak łotr. Gdy się przedsiębierze kampania w rodzaju naszej, pierwszą cnotą powinna być ostrożność, dochodząca aż do trwożliwości... Pamiętaj pan, że od tej chwili nie masz prawa z nadejściem nocy chodzić po ulicach pustych... Byłoby zanadto wielką.... naiwnością nastawiać gardło pod nóż...
— O!... będę ostrożny, przysięgam panu.
Ale p. Breulh nie bardzo temu wierzył. I dla tego zatrzymał u siebie Andrzeja jak mógł najdłużej, usiłując wykazać mu potrzebę zachowania pozorów obojętności, zwłaszcza gdyby wykrył jaką nikczemność Henryka Croisenois.
Rezultatem tej rozmowy było, że Andrzej i p. Breulh postanowili do pewnego czasu przestać widywać się jawnie.
Mogli się spodziewać, że będą szpiegowani przez emisarjuszów Henryka Croisenois, a stosunki ich w takim razie niezawodnie zaniepokoiłyby go. Owóż powodzenie zależało głównie od tego, by nieprzyjaciele ich nie mieli żadnej obawy.
Umówili się, że każdy w swojej sferze będzie śledził Henryka Croisenois, i że z nadejściem nocy będą się schodzić, by sobie nawzajem udzielać wiadomości, w małej kawiarni na Polach Elizejskich, niedaleko od domu pana Gandelu, którego przyozdobienia podjął się Andrzej.
Gdy się rozeszli uścisnąwszy sobie ręce, Andrzej znalazł się w usposobieniu, jakiego właśnie potrzeba było dla dobrego przeprowadzenia całej tej trudnej sprawy.
Postanowienie jego w niczem się nie zmieniło, ale ślepe uniesienie pierwszej chwili uspokoiło się. Wyrozumował sobie potrzebę dyplomatyzowania, udawania, postępowania tak przebiegle, aby pod tym względem prześcignął nędzników, których nie mógł atakować bezpośrednio.
— Przedewszystkiem, mówił sam do siebie idąc piechotą po północy ulicą Tour-d’Auvergne, przede wszystkiem powinienem wystrzegać się nawet myśli o tem, by mi się nie powiodło, powinienem zabronić sobie to tak surowo, jak chory zabrania sobie myśleć o swej chorobie... Myśl stracenia Sabiny wystarczyłaby dla zupełnego zamącenia mojej inteligencji, w chwili, gdy najwięcej będę jej potrzebować... Dość będzie czasu na rozpaczanie, gdy się nie powiedzie.
Powróciwszy do siebie Andrzej znaczną część nocy przepędził na rozmyślaniu.
W tej chwili najwięcej go zajmowało zobowiązanie zawarte z panem Gandelu.
Czyż będzie mógł jednocześnie doglądać robót rzeźbiarskich, których się podjął i szpiegować Henryka Croisenois? Trudno.
Z drugiej strony trzeba było żyć, jeść i będzie potrzebował pieniędzy, a miał wstręt szczególny do pożyczania ich u pana Breulh. A przytem, gdyby nagle zaniechał robót, narażał się na to, iż podejrzywanoby, że ma jakieś projekta.
Pan Gandelu mógł jednem słowem pogodzić te sprzeczności; Andrzej przypomniał sobie życzliwość tego zacnego człowieka i uznał, że rzeczą najprostszą było zwierzyć się jemu.
Do niego zatem udał się naprzód zaraz nazajutrz rano.
Dopiero dziewiąta godzina wybiła, gdy Andrzej przybył do bogatego przedsiębiorcy, a jednak pierwszą osobą, którą spotkał, wszedłszy na dziedziniec, był młody Gaston, który jakimsiś cudem wstał tak rano.
Stojąc z rękami w kieszeniach i oparty o drzwi stajenne miły ten i dowcipny młodzieniec, zdawał się przypatrywać z największem zajęciem ruchom masztalerza czyszczącego konia.
Zawsze był to ten sam Gaston Gandelu, wielbiciel Róży, ale łatwo było zauważyć, że jakiś przerażający wypadek zaszedł w jego życiu, że piorun uderzył w nie w samej chwili szczęścia.
Kołnierzyk miał pomięty, chustkę zawiązaną niedbale; fryzyer widocznie nie porządkował dziś jego włosów, już przerzedzonych.
Sam sposób, w jaki wciągał i wypuszczał dym ze swego cygara, zdradzał myśli pełne największej goryczy, straszliwy zawód, zniechęcenie do wszystkiego, głębokie znużenie się samem życiem.
Poznawszy Gastona, Andrzej, który przypomniał sobie obiad u Róży, uznał, że nie może uwolnić się od obowiązku powitania.
Właśnie młody Gaston podniósł głowę.
— Patrz! patrz!... zawołał głosem strasznie piskliwym, który z taką trudnością przyswoił sobie, wszak to mój artysta!... Zakładam się o dziesięć luidorów, że przy chodzisz pan w interesie do papy.
— Zgadłeś pan!... czy jest w domu?...
— O!... jest!... Tylko jeżeli się panu uda zobaczyć go, to będziesz miał więcej szansy, aniżeli ja, jedyny jego spadkobierca... Papa dąsa się... Prawda że to doskonale?... Zamknął się i nie chce mi otworzyć.
— Pan zapewne żartujesz...
— Ja!... nigdy Ja znany jestem z powagi... Spytaj się pan Karola od Herdera!.. Papa niezadowolony i zażywa ze mną despotyzmu. Ja znajduję to bardzo dziwnem... słowo honoru! niepospolicie dziwnem!...
Masztalerze mogli słyszeć. P. Gandelu syn powinien był mieć tyle zdrowego rozsądku, by odprowadzić Andrzeja nieco dalej. Ale nie zrobił tego.
— Wystaw sobie pan, mówił dalej, że mam stawać do konskrypcji, a papa poprzysiągł, że jeżeli dostanę zły numer, to mię nie wykupi. Wystaw sobie pan mnie w roli wojownika!.. Filip od Vachetta mówi, że będę miał szyk zdumiewający... Gdzie mój szaspot!...
Wyraźnie młody Gaston silił się na okazanie swej wyższości w razie niepowodzenia, co znamionuje szlachetny charakter; ale nie bardzo mu się to udawało. Uśmiechał się, ale śmiech ten podobny był do wykrzywienia, jak blady uśmiech człowieka, dręczonego kolką.
— I ani szeląga! mówił dalej, jestem zdebankowany!... oddaję karty. To mi szansa!... Człowiek, któremu rozpruł się worek, nie jest już człowiekiem, jak mówi Leontyna. A tu na dobitek papa chce zburzyć mój kredyt... Zamierza ogłosić w dziennikach, że nie będzie płacić zrobionych przezemnie długów. Narażać mię tak wobec moich dostawców!... Wszak to ogromna niedelikatność!... Ale zresztą śmieję się ją z tego, podobne ogłoszenie dzielnie mię postawi, prawda, co?... Jaka reklama!...
Zatrzymał się, jakby mu przyszła do głowy nagle jakaś nowa myśl, i zmieniwszy twarz i ton głosu, zapytał szybko młodego rzeźbiarza:
— Czy nie mógłbyś pan pożyczyć mi dziesięć tysięcy franków?... Oddam panu dwadzieścia, gdy dojdę do pełnoletności...
Andrzej sądził, że zna już dobrze p. Gandelu syna; ale teraz, ku swemu wielkiemu zdumieniu, przekonał się, że wcale tak nie było.
— Muszę wyznać panu, tak zaczął.
Ale miły młodzieniec przerwał mu:
— Rozumiem!... odrzekł, nie wyznawaj pan nic, to rzecz zbyteczna. Zresztą, jakiż ze mnie głupiec artysta!... Gdybyś pan miał dziesięć tysięcy franków, to przecież nie byłbyś to. A jednak potrzebuję takiej kwoty. Podpisałem weksle Verminetowi... & on bardzo twardy... Znasz pan Vermineta?...
— Wcale nie.
— A to doskonałe!... zkądże pan przybywasz? Jest on dyrektorem Towarzystwa wzajemnych zaliczek, kochany panie. Prawdę powiedziawszy, nie zły to człeczyna. Potrzebowałem pieniędzy — dał mi je natychmiast... Żenuje mnie tylko cokolwiek, że idąc za jego radą — dla ułatwienia eskonty, pojmujesz pan — podpisałem nazwisko innej osoby...
— Przy tem wyznaniu, zrobionom z najnaiwniejszym bezwstydem, Andrzej cofnął się przerażony.
— Ależ to fałszerstwo!... zawołał.
— Wcale nie, ponieważ zapłacę... Zresztą pilno potrzeba mi było pieniędzy dla Van-Klopena. Spodziewam się, że pan znasz Van-Klopena? O!.. niemasz jak on, gdy idzie o ubranie kobiety! Zamówiłem u niego trzy kostiumy dla Zory! W końcu temu wszystkiemu winien papa. Dla czego doprowadza mię do ostateczności?
Gniew go opanowywał, podniósł głos, machał rękami.
— Tak jest, mówił dalej, papa doprowadza mię do ostateczności... znajduję to brzydkiem. Gdyby jeszcze na mnie tylko zawziął się!... Ale nie! czepia się do biednej kobiety, niewinnej, bezbronnej, która mu nigdy nic złego nie zrobiła, do pani Chantemille... to jut nikczemność, niegodziwość.
— Do pani Chantemille? zapytał Andrzej, któremu nazwisko to nic nie przypominało.
— A tak, do Zory, wszak pan pamiętasz.... byłeś u niej na przenosinach...
— A! pan mówisz o Róży!
— Tak jest; ale pan wiesz, iż nie lubię, by ją tak nazywano. Na nią to papa gniew swój wywiera. Założę się o dwadzieścia luidorów, że pan nie zgadniesz co zrobił!... Podał na nią skargę o bałamucenie nieletniego... To mi się podoba!... Jak gdybym ja był cymbałem, którego można bałamucić!... Koniec końcem, aresztowano ją i teraz siedzi w więzieniu św. Łazarza.
Okropna ta myśl przeszywała mu serce. Z wielkim trudem powstrzymał łzę, która mu się wytoczyła na zaczerwienione powieki.
— Biedna Zora!... zawołał żałośnie. O!.. słuchaj pan!... kobiety nie mają już dla mnie pociągu... ale ta — kochała mię. A jaki szyk!... Fryzjer jej mówił mi ze dwadzieścia razy, że nigdy nie widział takich pięknych włosów... I siedzi u św. Łazarza!... Gdy przybyli po nią ajenci, naprzód o mnie pomyślała. Powiedziała: „Ten kochany wilczek gotów sobie zrobić co złego“. Opowiadała mi to kucharka. O!... Zora ma serca!... Aresztowanie wywarło na niej takie wrażenie, iż krew jej uderzyła do głowy... A tu nie masz najmniejszej możności dostać się do niej, rozmówić się, pocieszyć... Chodziłem do św. Łazarza, ale dostałem nosa... O! jakiego jeszcze nosa!...
Musiał przerwać, gdyż tkanie głos mu stłumiło.
— No, no, panie Gastonie, powiedział Andrzej, odwagi...
— O!... mam ją... Zaraz na drugi dzień po dojściu do dwudziestu pięciu lat ożenię się z Zorą; zobaczysz pan!... A jednak to nie papa wpadł na ten nikczemny pomysł. Podmówił go do tego jego pełnomocnik, adwokat, niejaki Catenac. Znasz go pan? Nie. No, niech się trzyma; jutro posyłam mu sekundantów... Ale, apropos... chcesz być moim świadkiem?...
— Nie jestem obeznany z tego rodzaju sprawami.
— No, to nie trzeba. Chcę mieć świadków, którzyby mię od razu należycie postawili i których ton i zachowanie się dałoby do myślenia.
— W takim razie...
— Postaram się wyszukać wojskowych... pojmujesz pan? Naprzód sprawa jest najprostsza. Jestem znieważony, wybieram pistolety, o dziesięć kroków. Od tego nie odstąpię. Jeżeli boi się, to niech namówi papę, by zrzekł się procesu. Jeżeli nie to kije. Już ja taki jestem pistolety, przeprosiny, albo kije — do wyboru.
Przy innem usposobieniu umysłu, być może, iż bawiłyby Andrzeja te śmieszności nieszczęśliwego chłopca. W tej chwili jednak myślał tylko nad tem, jakby się go pozbyć, gdy wtem z domu wyszedł służący i zwrócił się prosto ku niemu, mówiąc:
— Pan Gandelu zobaczył pana z okna swego gabinetu i prosi, byś pan zechciał zajść do niego.
— Idę, żywo odpowiedział Andrzej.
I podając Gastonowi rękę, zaczął:
— Bądź pan dobrej myśli.
Ale Gaston zatrzymał go.
— Słuchajno pan, powiedział cicho i prędko, zobaczysz się pan z papą... pomów tam o mnie. On pana bardzo lubi, słowo honoru, będzie słuchać. Powiedz mu pan, iż jestem zdolny rozsadzić sobie mózg, co P. Napomknij mu o samobójstwie, to się zawsze udaje... Niech każe wypuścić Zorę, a mnie da możność zapłacenia Vermineta, a zrobię co zechce...


XXII.

Gdy Andrzej pozbywszy się nakoniec młodego Gastona, stanął przed panem Gandelu, przeraził się ogromną zmianą, jaką dostrzegł w jego rysach.
Szczera i wesoła zwykle twarz jego, miała teraz wyraz głębokiego smutku i upadku na duchu. Był strasznie blady; krew uderzyła ma tylko na powieki, zaczerwienione i napuchłe, dolna warga obwisła.
Płakał, a od obcierania łez rękawem porobiły mu się czarne plamy na twarzy.
Ale gdy się ukazał Andrzej, szkliste oko pana Gandelu rozjaśniło się i wstał z krzesła.
— A, to pan, zawołał smutnym głosem; cieszy mię to, że pana widzę! Niech będzie błogosławiony szczęśliwy traf, który go ta sprowadza.
Andrzej smutno zwiesił głowę.
— Nie bardzo to szczęśliwy traf, odrzekł.
Wtedy dopiero przedsiębiorca zauważył jego niezwykłą powagę i zmarszczone czoło.
— Co panu jest, Andrzeju? zapytał żywo, czy zdarzyła się panu jaka przygoda?
— Zagraża mi wielkie nieszczęście.
— Panu?.. cóż to pan mówisz?
— Niestety!.. prawdę. A wynikiem tego nieszczęścia dla mnie, może być rozpacz... śmierć.
Blada twarz przedsiębiorcy nagle poczerwieniała.
— Święty i dobry Boże!.. zawołał gniewnie, czyż niemasz Opatrzności!.. Co ona robi? Czyż zawsze udziałem uczciwych i sprawiedliwych ludzi będzie cierpienie!.. Łotry i źli tryumfują, powodzi się im, szczęście dla nich jest tylko...
Zatrzymał się i utkwiwszy wzrok w Andrzeja, powiedział po chwili:
— Jestem twoim przyjacielem, mój chłopcze i chcę być ci przydatnym.
— Właśnie, z pełnem zaufaniem przychodzę prosić pana o wyświadczenie mi jednej usługi.
— A!.. myślałeś o mnie!.. Dobrze! to mię cieszy. Daj mi rękę, Andrzeju, lubię czuć twoją lojalną rękę w mojej; to mi przywraca nieco życia... mów!..
Młody artysta przez niejaki czas zbierał myśli.
— Jest to tajemnica mego życia, powiedział w końcu tonem uroczystym.
Pan Gandelu nic na to nie odrzekł, ale pieścią potężnie uderzył się w piersi, a ruch ten był lepszą rękojmią jego dyskrecji aniżeli największe przysięgi.
Andrzej zatem nie wahał się już i przemilczawszy tylko nazwiska, opowiedział zajmującą a prostą historję swojej miłości, swe zamiary, nadzieje i skończył dokładnem przedstawieniem swego obecnego położenia.
Gdy młody artysta skończył mówić, panGandelu zapytał go:
— Co mogę zrobić dla pana?
— Przyzwolić na to bym robotę, którą mi pan powierzyłeś, ustąpił jednemu z moich przyjaciół. Pozornie zachowam kierownictwo i odpowiedzialność za wykonanie, w rzeczywistości zaś będę tylko prostym robotnikiem... Taka kombinacja da mi swobodę i zarazem środek do zarobienia w kilku godzinach tyle bym mógł żyć.
— I to pan nazywasz wielką usługą?
— Panie...
— Cicho!... przerwał mu przedsiębiorca z udawanem brutalstwem. Rób sobie pan z przedsiębiorstwem co ci się spodoba, rozumiem — i z domem także... Rozwal go sobie, jeżeli ci to zrobi przyjemność. Za kogo to mnie masz? Kiedy stary ojciec Gandelu pokocha kogo, mój chłopcze, to nie w połowie; a taki człowiek pokochany może rozrządzać jego osobą i workiem...
Żywo zerwał się i otworzywszy wielką żelazną skrzynię, stojącą w rogu gabinetu, wyjął z niej pęk bankowych biletów i położył przed Andrzejem, mówiąc:
— Do wojny, takiej jak pan przedsiębierzesz potrzeba pieniędzy, wiele pieniędzy.. Oto są. O!. nie marszcz pan brwi!... Oddasz mi je kiedy zechcesz.
Przychylność tego zacnego człowieka, który zapominał o własnych swoich troskach, by zająć się sprawą obcą, rozczuliła Andrzeja do łez.
— Ależ ja nie potrzebuję pieniędzy, zaczął wzruszonym głosem, mam niejakie oszczędności...
P. Gandelu ruchem nakazał mu milczenie.
— Weź pan te dwadzieścia tysięcy, powiedział; zachęcisz mnie tem do wyznania jakiej usługi zamierzałem żądać od pana, gdym posłał prosić byś zaszedł do mnie.
Odmówić, znaczyłoby to okazać dumę wcale nie na swojem miejscu. Andrzej przyjął i czekał.
Przedsiębiorca usiadł w fotelu i wsparłszy rękę na biórku a na niej czoło, zdawał się zagłębiać w najboleśniejsze rozmyślania.
— Mój kochany Andrzeju, zaczął wreszcie głosem stłumionym, mogłeś, będąc u mnie niedawno, zmierzyć cały ogrom mego nieszczęścia. Mój syn jest nędznik i przestałem go szanować.
Młody artysta domyślał się, że będzie mowa o Gastonie.
— Ma on wielkie wady, odpowiedział, ale jest młody.
P. Gandelu gorżko się uśmiechnął.
— Mój syn, odrzekł, jest stary jak występek. Zastanawiałem się nad tem i osądziłem go. Wczoraj zagroził mi, że się zabije... Oni zabić się!... zanadto jest nikczemny — i nie tego obawiam się. Przestrasza mię to, że w końcu zhańbi moje imię.
Andrzej zadrżał. Pomyślał o fałszerstwie, do którego przyznał się ten młody hultaj.
— Aż do dzisiejszego dnia, mówił dalej przedsiębiorca, byłem niegodnie pobłażliwy. Teraz już zapóźno okazywać surowość. Więc ustąpię. Ten biedny głupiec zakochał się do szaleństwa w niecnej kreaturze, imieniem Róża, którą wpakowałem do więzienia. Jestem zdecydowany oddać mu ją... Zgadzam się także na popłacenie jego długów. Jest to nikczemność, ja to czuję... ale jestem jego ojcem... nie szanuję go już... ale zawsze kocham... Rozdarł mi serce, ale strzępy do niego należą...
Młody malarz milczał, przerażony cierpieniem, jakie zdradzała ta okropna rezygnacja.
— Nie łudzę się, zaczął znowu po chwili p. Gandelu, mój syn jest zgubiony. Ja mogę tylko próbować powstrzymać zgubę. Jeżeli ta Róża nie jest istotą ostatecznie przewrotną, to możnaby zużytkować jej wpływ na tego nieszczęśliwego. Ale kto się podejmie układów?... Kto wymoże na moim synu szczere wyznanie, ile ma długów?... Andrzeju! liczę w tem na pana.
— I nie zawiedziesz się pan. Dziś jeszcze pomówię z panem Gastonem, a z Różą jak tylko zostanie wypuszczona na wolność.
Przystanie na to, by zająć się ratunkiem młodego Gastona, było ze strony Andrzeja czynem poświęcenia bohaterskiego, w chwili gdy nie było zanadto całej siły jego inteligencji, by pracować nad sprawą własnego zbawienia.
Oderwać myśl swoją od Sabiny, zagrożone, najokropniejszem nieszczęściem, jakie może dosięgnąć młodą dziewczynę, zdawało mu się prawie zbrodnią. Potrzebował, by się zdobyć na to, energicznego wytężenia swej woli.
Jednak, pomimo że prawdziwa namiętność jest w wysokim stopniu egoistyczną, uznał, że winien tak sobie postąpić z tym uczciwym człowiekiem, który tak wspaniałomyślnie oddawał mu do rozporządzenia tak ważny i tak potężny żywioł powodzenia, którego mu właśnie brakowało.
Usiadł więc przy panu Gandelu i z zimną krwią poczęli naradzać się, jak należy postąpić.
Ostrożność, a nawet udawanie było niezbędne.
Ostatnie wypadki tak zdemoralizowały młodego Gastona, że wszystko można było wymódz na nim. Ale należało spieszyć. Jasnem było, iż gdyby tylko domyślał się prawdziwego usposobienia ojca, to natychmiast nadużyłby go.
Ułożono się więc, że Andrzej będzie miał zupełną swobodę działania i że przedsiębiorca pozornie nigdy nie ustąpi, tylko na jego prośby.
Tym sposobem spodziewał się władzę ojcowską, której słabość była udowodnioną, zastąpić władzą obcą, nową, która zdoła nakazać dla siebie uszanowanie i wzbudzać obawę.
Młody Gaston był więcej upadły na duchu bardziej zrozpaczony, aniżeli nawet Andrzej przypuszczał. Z nie wysłowioną niespokojnością, przechadzając się po dziedzińcu, oczekiwał on powrotu swego ambasadora.
Jak tylko ujrzał go na progu domu, natychmiast pobiegł ku niemu.
— No, i cóż? zapytał, co papa mówi?
— Ojciec pana, odrzekł Andrzej, jest bardzo oburzony. Jednak mam niejaką nadzieję, że wymogę na nim pewne ustępstwa.
— Każe wypuścić Zorę?...
— Być może.
Dowcipny młody człowiek wykrzyknął wesoło.
— To mi szansa!...
I zrobi wszy kilka podskoków, dodał:
— Zaraz kopię jej powóz na ośmiu resorach!...
Andrzej przewidywał coś w tym rodzaju.
— Powoli, kochany panie, powiedział; hamuj się pan. Gdyby ojciec słyszał pana, Zora naraziłaby się na pozostanie tam, gdzie jest teraz...
— Cóż znowu?...
— Tak, tak. Bądź pan pewny, że ojciec nie odda mu Zory, ani nie popłaci długów, jak tylko, gdy mu pan przyrzeczesz zmienić swój tryb postępowania i być rozsądniejszym na przyszłość.
— O!.... co się tyczy przyrzeczenia — owszem!
— Ja tak sądzę... i ojciec jest tegoż zdania. Dla tego też w zamian za te ustępstwa, zażąda więcej aniżeli przyrzeczenia... zażąda rękojmi.
Wyraz ten widocznie oziębił radość Gastona.
— Co?... zapytał, rękojmi?... to mi się podoba! Czyż moje słowo nie wystarczy? Jakichże to rękojmi papa wymaga?
— Szczerze powiedziawszy panu — nie wiem. My sami musimy je wynaleźć. Potem, jeżeli będą mogły być przyjęte, zaproponuję je w imieniu pana, a pan Gandelu przyjmie je niezawodnie.
P. Gandelu syn spojrzał na Andrzeja z komicznem zdziwieniem.
— A to doskonałe!... krzyknął drwiąco. Więc pan możesz zrobić z papą co zechcesz?...
— Nie... ale jak pan odgadłeś, mam pewien wpływ na niego. Czy chcesz pan dowodu? Wyjednałem u niego sumę dla wykupienia wiadomych panu wekslów...
— Wekslów Vermineta?
— Tak sądzę... Mówię o tych, na których byłeś pan tyle nieoględny, żeś podrobił podpis...
Oczy młodego człowieka zamigotały.
Okropnie go dręczyła ta sprawa. Gdy myślał o niej, czuł się jak na rozżarzonych węglach.
Pojmował, że mogła pociągnąć za sobą skutki przerażające, których nie odwróci ani wpływ, ani majątek ojca.
— Jakto?... zawołał, klaszcząc w ręce. papa popuścił worka?... wyborna rzecz!... Dawaj pan, dawaj!...
Ale Andrzej drwiąco potrząsnął głową.
— Za pozwoleniem, powiedział, mam rozkaz wydania pieniędzy dopiero po otrzymaniu wekslów. Formalnie mi to nakazano. Ale jeżeli nic pana nie zatrzymuje, weksle te możemy wycofać dziś jeszcze, zaraz. Im prędzej tem lepiej.
Młody Gaston nie odpowiedział na razie. Wykrzywienie wyrażające zawód, zastąpiło tryumfujący uśmiech.
— A to brzydka rzecz!... zawołał wreszcie. Dziękuję za zaufanie. A z papy starowina przebiegły.
Ale zdecydował się.
— Zresztą, dodał, ponieważ nie można inaczej... chodźmy... Wezmę tylko okrycie, panie Andrzeju, i zaraz mu służę.
Wyraźnie pilno mu było, gdyż nie upłynął kwadrans, a powrócił wystrojony.
— To przy ulicy Saint-Anne, powiedział biorąc Andrzeja za rękę; pójdziemy tam piechotą, co?...
Rzeczywiście tak było. Verminet przy ulicy Saint-Anne umieścił „siedzibę towarzystwa“ — wyrażając się stylem jego cyrkularzy — „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“, którego jest jedynym naczelnym dyrektorem.
Dom, który wybrał i ozdobił marmurową tablicą ze złoconym napisem, nie wyglądał ponętnie. Przechodzący spojrzawszy przypadkiem na jego poczerniałe ściany, zatłuszczone firanki i brudne a zapylone okna, zapytują sami siebie:
— Jakiego też rodzaju przemysł zagnieździł się tu?
Pomysł Vermineta nie łatwo określić.
„Towarzystwo wzajemnych zaliczek,“ jak utrzymują prospekta, założone jest jedynie w celu dostarczenia kredytu tym, którzy go już nie mają i pieniędzy takim samym.
Pomysł wielce filantropijny, ale trudny do przeprowadzenia w praktyce.
Sposób operowania Vermineta, który on nazywa swoim „systemem finansowym,“ jest wszakże bardzo prosty.
Jeżeli biedny zrujnowany kupiec, w przeddzień bankructwa, zgłasza się do towarzystwa — Verminet pociesza go, każe podpisać weksle na żądaną sumę i daje mu w zamian... inne weksle, podpisane przez innego kupca, tak samo zrujnowanego i bliskiego bankructwa jak pierwszy.
I każdemu z nich mówi:
— Pan nie znajdziesz pieniędzy na swój podpis. Ale oto jest podpis, równający się złotu w sztabach, który pan zeskontujesz tak łatwo, jak bilet bankowy.
Potem najspokojniej bierze komisowe, płatne w gotówce, w stosunku dwóch od sta od całej sumy na jaką weksle były podpisane.
Takim, którzy nie poprzestają na jednym podpisie, daje dwa, trzy, cztery... O! nie bardzo w to wgląda!
Zkąd Verminet bierze klientów?
Łatwo to sobie wytłumaczyć, wiedząc na co zdobyć się może biedny handlujący, prześladowany przez widmo bankructwa, gdy straci głowę... chwyta on wszelki podpis, jak tonący słomkę.
Czasami taka wymiana podpisów udaje się na jaki dzień. Ten, którego sytuacja jest znaną, znajduje kredyt na podpis tego, którego położenie znanem nie jest. Dzień wypłaty bywa tem straszniejszy.
To pewna, że ktokolwiek wchodzi do Vermineta z jaką taką nadzieją poprawienia sobie interesów wychodzi ztamtąd zgubiony bezpowrotnie.
Jest to jedna dopiero strona operacyj „Towarzystwa wzajemnych zaliczek.“
Dochody jego najznaczniejsze pochodzą z 828cherki nierównie gorszej jeszcze.
Prowadzi ono obroty tak zwanemi „efektami cyrkulacyjnemi, które przerażają i do rozpaczy przyprowadzają bank francuski. Wszyscy kulisjerowie wiedzą o tem, że towarzystwo prowadzi handel podpisami na wekslach. Niemasz syndyka, któryby nie był pewny, że Verminet fabrykuje weksle zmyślone i należytości fałszywe dla użytku bankrutujących.
Mówią, że Verminet grubo zarabia.


XXIII.

Obdarzony trafnem okiem i ową sztuką pojmowania treści przedmiotu z jego powierzchowności, co jest szczególnie właściwe artystom, Andrzej odgadł niejako historję „Towarzystwa wzajemnych zaliczek,“ jak tylko spojrzał na dom przy ulicy Sainte-Anne.
— Hm... powiedział, coś mi się ta buda nie podoba.
— Pozory nieszczególne, to prawda, odrzekł młody Gaston, tonem zachęty, ale rzecz sama poważna, bardzo poważna... Odrabiają się tam interesa, jakich pan nawet nie podejrzywasz... O! Verminet, to człowiek znający się na obrotach.
Andrzej myślał toż samo.
Wyrobił on już sobie stanowcze zdanie o tym człowieku, tak dobrze znającym się na obrotach, zdolnym nadużyć łatwo wierności młodego idjoty i podającym do ręki nieletnim chłopcom pióro dla sfałszowania podpisu.
Nie zrobił wszakże najmniejszej uwagi i poszedł za panem Gandelu synem, który, jak się zdawało, wybornie znał miejscowość.
Szli długim niezmiernie, wązkim, ciemnym i brudnym korytarzem, potem znaleźli się na dziedzińcu wilgotnym jak studnia, następnie poszli po schodach o mokrych a śliskich poręczach i nierównych stopniach.
Stanąwszy na drugiem piętrze przed drzwiami ozdobionemi rozmaitemi napisami i ogłoszeniami, oznajmiającemi o godzinach otwarcia i zamknięcia kasy, Gaston zatrzymał się.
— To tu, powiedział do swego towarzysza, wejdźmy...
Pociągnął za dzwonek, według wskazówki na drzwiach umieszczonej i razem z Andrzejem weszli do obszernego i wysokiego pokoju, ozdobionego poobdzieranem tu i owdzie obiciem i ławkami pokrytemi brudno -zielonym aksamitem. Pokój ten rozdzielony był na dwoje gęstą kratą, po za którą czterech czy pięciu komisantów jadło właśnie śniadanie.
Wyziewy z żelaznego pieca, zbutwiałych papierów i wiktuałów, w tej chwili konsumowanych, tworzyły w pokoju atmosferę niezmiernie draźniącą powonienie.
— Pan Verminet?... zapytał Gaston.
— Zajęty! odrzekł jeden z komisantów z pełną gębą chleba.
Przyjęcie takie wydało się w najwyższym stopniu nieprzyzwoitem inteligentnemu młodemu człowiekowi. Jak można traktować go tak, bez ceremonii!...
— Co?.. zawołał podnosząc głos swój piskliwy i tonem tak impertynenckim na jaki tylko mógł się zdobyć, ja tak robię innym, ale mnie tak się nie robi...
I jednocześnie wyjąwszy z kieszeni swój bilet wizytowy, na którym w jednym rogu była wylitografowana korona hrabiowska, której widok przyprowadzał do rozpaczy i podnosił z krzesła uczciwego przedsiębiorcę, podał ją komisantowi.
— Jeżeli Verminet jest zajęty, to mu pan przerwij zajęcie! powiedział. Oświadcz mu pan, że to mnie każe on czekać na siebie, mnie Gastonowi de Gandelu!
Komisanta „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ tak zmięszała ta pyszna mina, że nie wyrzekłszy ani słowa, wstał, wziął bilet wizytowy i wyszedłszy z za kraty znikł bocznemi drzwiami, na których napisano było „Dyrekcja“.
Cóż to za zwycięstwo dla młodego Gastona! To też rzucił na Andrzeja wzrok tryumfujący, a we wzroku tym błyszczała najsłuszniejsza duma.
Komisant powrócił w tej prawie chwili.
— P. Verminet, powiedział, ma teraz konferencję i prosi, byś mu pan zechciał przebaczyć, że musisz czekać; przyjmie pana jak tylko skończy.
Potem, pragnąc zapewne zjednać sobie przychylność tak wielkiej osoby i zarazem wystawić w dobrem świetle swego pryncypała, dodał kłaniając się z wielkiem uszanowaniem:
— Pryncypal konferuje w tej chwili z panem markizem Croisenois.
— Ba, ba, ba!... zawołał Gaston, ten kochany markiz!... a to doskonałe!... Założę się o dziesięć luidorów, iż zachwyci się, gdy mi tu uściśnie rękę.
Usłyszawszy nazwisko Croisenois, Andrzej zadrżał wszystka krew przypłynęła mu do głowy.
Croisenois!... ten człowiek, którego nienawidził całą energią swej duszy, ten nędznik, który uzbroiwszy się skradzioną tajemnicą, jak morderca nożem, miał zmusić Sabinę Mussidan do oddania mu swej ręki!... Był to właśnie ten nikczemny łotr, z którego p. Breulh-Faverlay, i on. Andrzej, i pani Bois-d’Ardon poprzysięgli zedrzeć maskę!
Ale Andrzej nigdy go nie widział. Zamyślał tego dnia jeszcze podpatrzeć go, poznać, śledzić jego kroki, podchwycić stan teraźniejszy, zbadać przeszłość, zgłębić wszystkie tajemnice jego życia.
Dreszczem przejmowała go myśl, że tylko drzwi jedne oddzielają go od tego śmiertelnego wroga, że zobaczy go, ze będzie on przechodził przez salę, że spotkają się ok w oko, że wzrok ich skrzyżuje się, że usłyszy dźwięk jego głosu, że będzie mógł wzrokiem przynajmniej sięgnąć do głębi tej zabłoconej duszy...
Wzruszenie jego było tak wielkie, iż zaledwie miał dość siły, by je ukryć. Na szczęście towarzysz jego nie zwracał wcale na to uwagi.
Wezwany przez komisanta, Gaston usiadł, raczej rozwalił się na krześle, założył nogę na nogę, rękę wsunął za kamizelkę, i tak się umieścił, by najkorzystniej przedstawić figurę swoją kilku zdumionym biedakom, pracującym za kratą.
Gdy uznał, że już sprawił żądany efekt, pociągnął Andrzeja za paletot i pochyliwszy swe krzesło ku niemu, powiedział:
— Pan znasz tego kochanego markiza?
A powiedział to tak głośno, by nikt w sali nie stracił ani jednego wyrazu.
Andrzej mruknął głucho. Gaston wziął to za odpowiedź przeczącą.
— Jakto zawołał, pan nie słyszałeś o nim!... a to wyśmienite!... na jakimże świecie pan żyjesz?... Henryk Croisenois jest jednym z moich dobrych przyjaciół!... nawet dłużny mi jest pięćdziesiąt luidorów, które wygrałem u niego w karty, u Ernestyny... at, drobnostka!...
Andrzej nie słuchał.
Zdumiony był i zmieszany tym szczególnym trafem, lub raczej tajemniczą drogą wybraną przez opatrzność.
Nigdy, poświęci wazy, tak jak sobie ułożył, cały ranek dzisiejszy na przedwstępne poszukiwania, nie wykryłby nic, coby choć w części zbliżało się do tego, co odkrył w tej chwili.
Otrzymał ważną wskazówkę, czuł to.
Pojmował Vermineta, a stosunki markiza Croisenois z tym więcej niż podejrzanym aferzystą miały całkiem jasne znaczenie. Widocznie, że ku tej stronie należało skierować poszukiwania.
Do tej pory Andrzej szamotał się wśród gęstych ciemności, które, jak to czuł niejasno, zaludnione były jego nieprzyjaciółmi; w tej chwili dostrzegł jakby światło. Miał się rzucić na chybi-trafi, a oto, zawało się, że pochwycił za koniec nitki, która go doprowadzi do labiryntu niegodziwości markiza.
Jak w grze w chowanego, gdy skazany na szukanie, kierowany jest przez współgrających drwiącemi wskazówkami, tak samo Andrzej czuł wewnątrz głos jakiś, wołający mu:
— „Ciepło!“
Oprócz tego pokazało się, że ten niedołęga Gaston, którego stał się mentorem, miał stosunki z tym nędznikiem Dla czegożby nie dało się wyprowadzić z tego jakich wniosków — może bardzo cennych?
— Doprawdy? zapytał, pan jesteś w przyjaźni z markizem Croisenois?...
— Ba... odrzekł interesujący młodzieniec, spytaj się pan Adolfa od Brèbanta... zresztą zaraz zobaczysz sam. Zwłaszcza jestem w bardzo bliskich stosunkach z pewną damą, która go kosztuje niesłychanie wiele... a tymczasem ja... O! to wyborne!.. ale tajemnica!... jak mówi Leoncya!... wielka tajemnica!...
Zatrzymał się. Przez boczne bowiem drzwi wszedł w tej chwili Verminet z markizem.
Henryk Croisenois był w ubiorze porannym, bardzo wykwintnym, modnym, ale nie śmiesznym, tak jak ubiórp. Gandelu syna.
W rękach trzymał wieczne cygaro, a końcem pięknego pręta ze złotą gałką uderzał się po sukiennych spodniach jasno-szaraczkowych.
Jednem spojrzeniem, spojrzeniem, w którem skupił swoją duszę, wszystką inteligencje i przenikliwość, Andrzej objął całą postać markiza, tak żeby jej nigdy już nie zapomnieć, by być w stanie zrobić jego portret po upływie lat dwudziestu.
Minę jego znalazł fałszywą i zdradziecką, a pod pozorami obojętności i sceptycyzmu wyższego towarzystwa zdawało się mu, że dopatrzył rozmyślną chytrość, zimną złośliwość i ową straszliwą determinację ludzi na wszystko gotowych.
Wzrok, zwłaszcza, zdziwił go swoją ruchliwością. Oczy jednak wydały mu się mętne, niespokojne, zastraszone, jak u człowieka, który zrobiwszy coś złego, wie, że powinien wszystkiego się obawiać, że może w każdej chwili i wszędzie spotkać się z niebezpieczeństwem.
— Nie może być, pomyślał Andrzej, by ten człowiek nie był zbrodniarzem.
W odległości pięciu kroków markiz ze swemi starannie utrzymanemi wąsikami wydawał się jeszcze młodym człowiekiem; ale Andrzej poznał, że w rzeczywistości musiał być starszym aniżeli wyglądał.
Pod osłoną umiejętnej toalety, pod cold-creamem i proszkiem ryżowym, artysta widział wyraźnie przekwitłe rysy zużytego libertyna.
Wzruszenia gry, noce spędzone na rozpuście, niespokojności istnienia coraz trudniejszego, zbytek niepomierny, namarszczyły mu czoło, przerzedziły włosy; usta wyblakły, a powieki obrzękły.
Zresztą pan Croisenois zdawał się być w najdoskonalszym humorze. Verminet i on tonem bardzo wesołym kończyli rozmowę zaczętą, lub raczej streszczali ją, jak to się prawie zawsze robi po dłuższej konferencji, w chwili rozstania.
— A zatem, rzecz ułożona, mówił markiz; ja nie mam potrzeby zajmować się sprawą, która tylko mnie i pana dotyczy.
— Zadnej potrzeby!... ja sam dopilnuję!...
— Ale pilnuj się pan!... do licha!... Spóźnienie, nieporozumienie, zapomnienie się może pociągnąć za sobą ważne skutki.
Zalecenie to naprowadziło na poważne myśli Vermineta, gdyż pochyliwszy się ku swemu klientowi, począł mu coś szeptać bardzo cicho do ucha. Ale wkrótce oba się zaśmieli.
Co mówili? Napróżno Andrzej słuch wytężył — ani jednej sylaby nie dosłyszał.
Ale i to już wiele znaczyło, iż wiedział, że ten szlachetny pan i dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ mieli wspólne interesa.
Gaston także nastawiał uszu, bardzo zbity z tropu tem, że go nie dostrzeżono, pomimo głośnych hm! hm!
Wkrótce nie mogąc już wytrzymać, podszedł do markiza Croisenois, zdecydowany przerwać mu wyprostował się i wyciągnął rękę.
— Eh!.. zawołał, przesadzając jeszcze swój szkaradny akcent, kochany markiz!.. A to wyborne. Nigdy nie spodziewałem się spotkać tu pana. A Sara?.. czy zawsze grają u niej?..
Jeżeli markiz był zadowolony ze spotkania, to bynajmniej nie okazał tego. Zdawał się zdumiony, ale nie zbyt przyjemnie. Brwi mu nawet namarszczyły się.
Jednak końcem palców uścisnął lekko podawaną sobie rękę i powiedział tonem wcale niezachęcającym:
— Cieszę się, widząc pana, doprawdy, że się cieszę.
Ale też tyle tylko powiedział. Potem nie bardzo grzecznie odwrócił się tyłem do Gastona i znowu począł mówić do Vermineta:
— Co do reszty, to wszystkie trudności są usunięte; a ponieważ nie ma minuty do stracenia, zobacz się pan dziś jeszcze z Martin-Rigalem i Mascarotem...
Andrzej drgnął. Czy ludzie, o których mówił Croisenois, nie byli jego wspólnikami?.. Wszędzie widział wspólników.
W każdym razie dwa te nazwiska utkwiły mu w pamięci.
— Ojciec Tantaine przychodził dziś rano, odrzekł Verminet. Naznaczył mi na czwartą godzinę schadzkę u pryncypała. Spotkam tam Van-Klopena i pomówię z nim o pięknej pani!..
Markiz ruszył ramionami i wybuchnął głośnym śmiechem.
— Słowo daję zawołał, zapomniałem o tym szatanku!.. a jesteśmy w pełnym karnawale... potrzeba sukień, jedwabiów, koronek... Pomów pan, kochany panie, z Van-Klopenem, pomów... ale wiesz!.. żadnych zbytków!.. Drwię ja sobie teraz. z takiej Sary.
— Rozumiem, odrzekł Verminet, rozumiem. Unikajmy rozgłosu; ale zawsze nagle zrywać niebezpiecznie. Może nastąpić ruch flankowy... likwidacja z tej strony...
— O! z tej strony, odrzekł markiz, nie ma czego obawiać się.
Po raz ostatni uścisnął rękę dyrektorowi „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ i dodał:
— A więc — do jutra.
Wszystko zostało ułożone. Markiz szybko przeszedł przez salę i oddalił się, lekko kiwnąwszy głową Gastonowi, nie racząc nawet zauważyć obecności Andrzeja, który zresztą o ile mógł, trzymał się w cieniu.
Gaston podszedł do młodego artysty.
— Jaki szyk!.. zawołał, zdumiewający!.. To prawdziwy markız — Julek od Bonnefoy zaręczał mi.. i — widziałeś pan — to mój przyjaciel.
Widocznie zamierzał udzielić wielu jeszcze zajmujących szczegółów o Sarze, gdy przerwał mu Verminet.
— Jestem na usługi panów, zawołał ten zacny finansista. Raczcie wejść... Po tysiąckroć przepraszam!.. Bardzo pilno!... Już pierwsza... a nie byłem na giełdzie!.. kulisa zaniepokoi się!..
Gdy Andrzej i Gaston weszli, starannie drzwi zamknąwszy za sobą, pan Varminet usiadł na krześle.
P. Verminet wygląda lepiej aniżeli jego bióro, i świetniej niż komisanci tego bióra.
Naprzód trzyma się czysto. Postawę jego, podobną do postawy młodych likwidatorów — najwykwintniejszych giełdzistów — bardzo wychwala krawiec.
Czy jest młody, czy stary? Trudno powiedzieć. Nie ma on daty, tak jak pięciofrankówka.
Jest pulchny, rumiany, świeży, jasnowłosy, nosi faworyty angielskie, a przyćmione oko jego przypomina nieco otwór piwniczny.
Wielkiem zadaniem jego jest wydawanie siebie za człowieka poważnego, bardzo poważnego, dokładnie znającego się na wartości wszystkiego. Dla zaoszczędzenia czasu, tego tak cennego kapitału, używa on języka murzynów i telegrafów.
— Niech panowie siadają, powiedział.
Panu Gandela synowi także było spieszno.
— Dziękuję!... odrzekł, nie będziemy natrętni. Jedno tylko słowo... proste słowo. Przeszłego tygodnia pożyczyłeś mi pan pieniądze.
— Tak jest. Żądasz pan jeszcze?
— O, nie!... przeciwnie, przyszliśmy wycofać nasze weksle.
Lekka chmura zasępiła czoło Vermineta.
— Termin dopiero piętnastego przyszłego miesiąca, odpowiedział.
— Mniejsza o to... mam gotówkę, a zatem... pojmujesz pan... Chciej mi więc zwrócić te szpargały...
— Niepodobna.
— Co?... dlaczego?
— Są znegocjowane.
Wyraz ten spadł jak pałka na łeb Gastona.
— Znegocjowane!... wybełkotał słabnącym głosem, znegocjowałeś pan mój podpis!... A! ja to znajduję brzydkiem, bardzo brzydkiem!... Ale nie, to być nie może, pan żartujesz... co?
— Nigdy nie żartuję.
Biedny chłopiec nie mógł wierzyć swym uszom; nie był w stanie wystawić sobie, by to było prawdą. Był ostatecznie zbity z tropu, zmięszany, przerażony.
— Ależ tak się nie robi! zawołał, to nie jest gra!... cofam moją stawkę. Jeżeli podpisałem, to dlatego, iż umówionem zostało, iż weksle te nie wyjdą z portfelu pana, tak pan przyrzekłeś...
— Nie mówię nie; ale przyrzec i dotrzymać, to dwie rzeczy różne. Sprawa ciężka, korzyści niepewne, znalazłem kupca, oddałem weksel.
Wszystko to nie bardzo zdziwił Andrzeja, przeczuwał on mniej więcej coś podobnego. To też widząc, że p. Gandelu syn całkiem traci głowę, uznał, iż teraz jemu wypada odezwać się.
— Za pozwoleniem pana, rzekł do lakonicznego dyrektora, zdaje mi się, że pewne okoliczności... wyłączne... wkładały na pana obowiązek dotrzymania układu.
Verminet skłonił się całą swoją osobą i zamiast odpowiedzi, zapytał:
— Z kim mam honor mówić?
Andrzej, który stawał się coraz bardziej niedowierzającym, w miarę jak się wdawał w tę sprawę, nie uznał za właściwe wymienić swoje nazwisko.
— Jestem, odrzekł wymijająco, przyjacielem pana Gandelu.
— Bardzo dobrze.
— Zaczynam więc. Pożyczyłeś pan memu przyjacielowi dziesięć tysięcy franków.
— Przepraszam pięć tysięcy.
— Andrzej, nieco zdziwiony, zwrócił się do swego towarzysza, który z bladego stał się karmazynowym.
— Co to ma znaczyć? zapytał.
— Żart doskonały!... Powiedziałem panu dziesięć tysięcy, ponieważ reszty potrzebowałem dla Zory, pojmujesz pan?
— Niech i tak będzie, odrzekł młody malarz. A zatem, panie Verminet, dałeś pan pięć tysięcy franków mojemu przyjacielowi na jego podpis. Nic nad to naturalniejszego. Nie tyle już jest naturalnem żeś go pan podmówił do... naśladowania podpisu innej osoby... To, panie, fałszerstwo!...
Verminet zerwał się z krzesła.
— Fałszerstwo!... mruknął, nic o tem nie wiem!...
Ten szczególny bezwstyd wzburzył krew Gastonowi i wyrwał go z głupiego osłupienia, w jakie wpadł był.
— To zawiele... zawołał, to zawiele! Jakto, panie Verminet, więc to nie pan powiedziałeś mi, że dla pańskiej rękojmi osobistej potrzeba panu jeszcze innego nazwiska ponad mojem?.. o!... tak się ze mną nie robi!... Wszakże to pan pokazałeś mi jakiś list i powiedziałeś: „Masz pan, naśladuj mniej więcej ten podpis; jest to podpis Martin-Rigala, bankiera z ulicy Montmartre...“ Ja nie chciałem, a wtedy dałeś mi pan najświętsze słowo, że jestto tylko formalność, która zobowiązuje mię tylko do akuratnego uiszczenia się; że papier ten nie wyjdzie z portfelu pana. A teraz pan zaprzeczasz?.. Nie!... to nie delikatnie... pan mi przykrość robisz.
Szanowny dyrektor słuchał z miną lodowatą.
— Obwinienie kłamliwe!... powiedział w końcu, dowody nie istnieją; towarzystwo nie jest zdolne do czynności karanej przez prawa.
— A jednak, rzeki Andrzej, nie wahałeś się pan puścić ten weksel w obieg! Czyś pan obliczył straszliwe skutki tego złamania słowa?... Cóżby się stało, gdyby fałszywy ten podpis zaprezentowano panu Martin-Rigal?
— Niebezpieczeństwo nieprawdopodobne. Gandelu podpisujący, Martin-Rigal indosant. Weksle, których termin upłynął, zawsze prezentują się podpisanemu na nich.
Gaston począł znowu robić wyrzuty; ale Andrzej dobrze zrozumiał, że dyskusja tu do niczego nie doprowadzi i że najsilniejsze dowody rozbiją się o plan dojrzale obmyślany i ułożony.
Zasadzka była widoczna, ale w jakim celu?
— Dajmy temu pokój, powiedział. Jeden tylko środek pozostaje nam do zapobieżenia niebezpieczeństwu. Trzeba nam zająć się pogonią za wekslami i starać się dopędzić je.
— Rozsądnie.
— Ale aby to zrobić, trzeba byś pan nam raczył powiedzieć, komu go odstąpiłeś?
Verminet ruszył ramionami, co oznaczało najzupełniejszą nieświadomość.
— Nie wiem, odrzekł, zapomniałem.
Andrzej zrobił mocne postanowienie być cierpliwym, zachować spokojność, nie okazać nawet wzruszenia.
Ale siły ludzkie mają swe granice. Powoli ożywił się. Beznamiętność tego zimnego łotra, niezmierny jego bezwstyd, sam tryb mówienia oburzał go tak dalece, iż zapomniał o swem postanowieniu.
— Otóż, ja, panie... powiedział głosem stłumionym, świadczącym o powstrzymywanem najgwałtowniejszem rozjątrzeniu. ja wzywam pana, we własnym jego interesie, abyś energicznie odwołał się do swej pamięci...
— Pogróżki?...
— ...Uprzedzając przytem pana litościwie, że jeżeli ona go zdradzi, to będzie to prawdziwie przykrem dla pana, tak jest, na honor!...
Nie było co łudzić się względem znaczenia słów młodego malarza; Verminet nie łudził się.
— Zaraz poszukam, tu niedaleko, odrzekł.
Wstał, licząc na to, że się wymknie, ale Andrzej rzucił się ku drzwiom.
— Znajdziesz pan, nie wychodząc ztąd, powiedział, i, do wszystkich piorunów, znajduj prędko!...
Najmniej dwie minuty stali jeden naprzeciw drugiego, nieruchomi, mierząc się wzrokiem, oceniając. Verminet, pozieleniały od strachu i okropnie zmieszany, Andrzej drżący od gniewu, z blademi ustami i rozpłomienionem okiem.
— Jeżeli ten nędznik ruszy się, pomyślał w duchu Andrzej, wyrzucę go za okno.
— Ten człowiek zbudowany jest jak Herkules, pomyślał w duchu Verminet, a jaka mina!... gotów zrobić mi co złego.
Przyszła mu myśl przywołać na pomoc komisantów, ale odrzucił ją z powodów, których Andrzej przypuszczać nie mógł.
Czując się złapanym, postanowił ustąpić, więc uderzywszy się w czoło, zawołał:
— Głowę stracił!.. wskazówka jest tu.
I pobiegłszy do biurka, wyjął z jednej szuflady grubą agendę, którą począł przerzucać z pospiechem.
Andrzej nie stracił z oczu żadnego jego ruchu. W końcu Verminet powiedział:
— A!... jest!... Weksel Gandelu i Rigal, franków pięć tysięcy, odstąpiony Van-Klopenowi, krawcowi damskiemu, zapłacony gotówką, komisowe otrzymane.
Młody malarz milczał.
Ze słów markiza Croisenois do wiedział się, że Verminet był w stosunkach z krawcem Van-Klopenem i bankierem Martin-Rigal.
Jakie zatem stało się, że Verminet kazał Gastonowi sfałszować podpis Martin-Rigala, i dlaczego mianowicie sfałszowany weksel odstąpił Van-Klopenowi?
Niepodobna było widzieć w tem prosty traf... musiał jakiś tajemniczy związek istnieć między tymi trzema ludźmi a markizem Croisenois.
— No i cóź P zapytał w końcu dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“, pan kontent?
— Czy tylko Van-Klopen będzie miał jeszcze to weksle, mruknął Gaston.
— Nie wiem.
— To nic, rzekł Andrzej, powie nam gdzie się one znajdują. Chodźmy Gastonie.
Wyszli, a jak tylko znaleźli się na ulicy, młody artysta, wziąwszy pod rękę swego towarzysza, pobiegł z nim prawie w kierunku ulicy Grammont.
— Nie chcę, powiedział, dawać Verminetowi możność uprzedzenia tego drogiego. Chcę spaść na Van-Klopena jak bomba.


XXIV.

Gdyby Andrzej lepiej był poinformowany, to wiedziałby, że do Van-Klopena nie wpada się jak bomba.
Zatarasowany w świątyni swych natchnień i wyroczni, straszliwy ten tyran mody otacza się większą stratą i większe mi ostrożnościami, aniżeli azjatycki despota w głębi swego haremu.
Kobietom, klientkom jego, udaje się czasami uniknąć nieuchronnego zwykle wyczekiwania w salonie recepcyjnym, mężczyznom nigdy.
Bo jakże można wiedzieć, czy mężczyzna przybywający nie jest czasem rozgniewanym mężem?...
Cóżby się w takim razie stało?... Jegomość, skąpy, a zazdrośny, mógłby przydybać jejmość wybierającą właśnie, lub zamawiającą suknie, za którą chcąc nie chcąc będzie musiał zapłacić w swoim czasie.
Kobiety, biedne anioły... byłyby u damskiego krawca ciągle niepewne!... Skończyłaby się klientela.
Dla tego też zaraz w podsieniu Andrzej i Gaston, mocno zadyszani, zatrzymani zostali przez ogromnych lokajów, których liberja złotem połyskująca, jest rodzajem szyldu przekonywającego o kwitnącym stanie zakładu.
— Pan Van-Klopen nie jest widzialny, oświadczyli lokaje.
— Jednak sprawa jest ważna, rzekł Andrzej, nagląca....
— Pan jest zajęty.
Prośby, pogróżki, próby przekupienia, nawet bilet stufrankowy zręcznie podsunięty — nic nie pomogło.
Andrzej uczuł w sobie szaloną chęć rozepchać tych drabów, których uśmiechnięta grzeczność wydawała mu się obrażającą. Ale już raz pożałował, że mu zabrakło rozwagi i cierpliwości u Vermineta.
Zrezygnował się więc, nie bez trudności i wraz z młodym panem Gandelu wszedł do owego sławnego salonu, który Van-Klopen nazywa swoim „czyśćcem“.
Widok tego salonu zdziwił go. W każdym innym razie wybuchnąłby śmiechem, spojrzawszy na portrety sukień, rozwieszone na ścianach, ale teraz był pod wrażeniem żywego niezadowolenia.
— Podczas gdy my tu będziemy siedzieć z założonemi rękami, mruknął, dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ będzie miał czas uprzedzić tego łotra krawca — i nic z tego nie będzie!..
Lokaje jednak powiedzieli prawdę. Pięć czy sześć klientek wzdychało w „czyśćcu“, oczekując na łaskawe względy najwyższego sędziego elegancji.
Wszystkie, przy wejściu dwóch młodych ludzi, spojrzały na tych zuchwalców, wszystkie.... wszakże z wyjątkiem jednej, która siedząc w zagłębieniu okna patrzała na ulicę, bębniąc po szybach palcami.
Obojętna ta kobieta zwróciła właśnie uwagę Andrzeja, który, ku najgłębszemu swemu zdumieniu, poznał w niej panią Bois-d’Ardon.
— Jakto?.. powiedział sam do siebie, wicehrabina u tego niegodnego krawca, po szkaradnej obrazie, wyrządzonej jej niedawno!.. No, p. Breulh mylił się, mówiąc mi: „To kobieta szalona, ale ma serce i będzie dla nas szczerym sprzymierzeńcem!..“
Przez ten czas Gaston kręcił się na krześle; czuł pięć par oczu zwróconych na siebie i wyszukiwał korzystnej postawy.
Andrzej zrazu zdziwił się, a potem oburzył.
— Muszę ulżyć memu sercu, pomyślał i zawstydzić ją.
Pochwycił tę myśli nie zwracając uwagi na obecnych, nie zważywszy, że okrutnie może skompromitować młodą kobietę, przeszedł przez cały galon i oddał jej ukłon.
Ale wicehrabina była tak zajęta tem, co się działo na ulicy, iż niedostrzegła go i zmuszony był przemówić.
— Pani wicehrabino!..
Żywo obróciła się i ujrzawszy Andrzeja nie mogła powstrzymać lekkiego krzyknięcia:
— Ach... pan!..
— Tak jest, ja, tu!..
Spojrzenie, towarzyszące tym wyrazom, było zanadto wymowne, by pani Bois-d’ Ardon nie domyślała się, co się działo w jego duszy.
Twarz jej, a nawet szyja okryły się mocną czerwonością. Wstała, by odpowiedzieć Andrzejowi swobodniej i nie być słyszaną.
— Obecność moja tu wydaje się niepojętą, rzekła, i pan wnosisz, że mam krótką pamięć i mało dumy.
Andrzej nie odpowiadał; ale była to także odpowiedź.

― Otóż, zaczęła znowu wicehrabina, z wyrzutem spojrzawszy na niego, pan mnie spotwarzasz. Jeżeli jestem tu, to dlatego, że dziś rano widziałam się z Breulhem, który powiedział mi, że w interesie projektów pańskich potrzeba, bym przebaczyła Van-Klopenowi i była z nim jak najlepiej... Widzisz pan, dodała, nigdy nie należy sądzić z pozorów... Zwłaszcza kobietę.
Teraz znowu artysta poczerwieniał. Szczerze żal mu było jego niesprawiedliwości. Oczy jego wyrażały skruchę i najgorętszą wdzięczność. Złożył ręce i błagalnym tonem zaczął:
— Czy przebaczysz mi pani?..
Szybkim ruchem, który jeden tylko Andrzej mógł dostrzedz, pani Bois-d’Ardon przerwała mu.
— Ostrożnie, mówił ten ruch, nie jesteśmy tu sami; patrzą na nas.
I jednocześnie odwróciła się ku oknu, dając mu znak, by naśladował ją, aby przynajmniej ukryć twarze od spostrzeżeń.
Rozmowa ta, z której nikt nie usłyszał ani jednego wyrazu, zaintrygowała mocno wszystkich w salonie. Dwie zwłaszcza damy, jedna należycie już skompromitowana, a druga z reputacją całkiem straconą, były nią żywo zaciekawione i pochyliły się jedna ku drugiej, by udzielić sobie nawzajem zdania o tem, co w litości swej poczytały za skandaliczną schadzkę.
Co do Gastona, zżymał się okropnie: nikt nie zwracał na niego uwagi.
— A to mi się podoba! mruczał, czy to słyszano kiedy!... ten artysta, który prawi mi o cnocie... No, proszę!... Ależ bo i mała ładniutka!...
Rozmowa między Andrzejem, a panią Bois-d’-Ardon szła dalej.
— Breulh, mówiła wicehrabina, zebrał już o markizie Croisenois sto razy więcej brzydkich wiadomości, aniżeli potrzebaby było jakiemukolwiek ojcu by mu odmówił ręki swej córki. Ale to nie wystarcza, gdyż hrabiemu Mussidan przyłożono nóż do gardła. Potrzeba wynaleźć w przeszłości markiza jakie grube bezeceństwo, by tem zmusić go do usunięcia się...
— Wynajdę, odrzekł Andrzej zacisnąwszy zęby, jestem pewny tego.
— Szczerze mówiąc, kochany panie, trzeba byś się spieszył. Według naszej umowy jestem dla niego z uprzejmością, sądzi, że całkiem jestem mu oddana, i nawet trocha umizga się do mnie. Jutro przedstawię go w pałacu Mussidan; tak już umówiliśmy się z hrabią i hrabiną...
Młody malarz z wielką trudnością powstrzymał gniewne poruszenie.
— Zrozumiałam zaraz, widząc ich, zaczęła znowu pani Bois-d’-Ardon, że w tem coś jest i że pan trafnie domyślałeś się. Naprzód Mussidan i żona jego, którzy dotąd bardzo źle z sobą żyli, teraz zbliżyli się do siebie, tulą się jedno ku drugiemu, by łatwiej stawić czoło niebezpieczeństwu... Potem zachowanie się ich, ruchy nawet, zdradzają niespokój, przymus, rozpacz... Z rozczuleniem, z pewnym rodzajem bolesnej wdzięczności, patrzą oboje na swoją córkę... Odgadłam, że od niej czekają zbawienia i wielbią ją, że ich ratuje.
— A ona, szepnął Andrzej, ona?
— Sabina, panie Andrzeju, jest szczytna!... tak jest, szczytna w oczach tego, kto tak jak ja zna całą prawdę. Zdecydowana na poświęcenie, przyjmuje je w pełni, całe, bez zastrzeżeń, bez szemrania... Poświęcenie to wielkie, ale co w niej zachwyca, to że umie ukryć przed rodzicami cały ogrom i okropność tej ofiary. Jest spokojna i poważna, tak jak przedtem, ale nie więcej. Znalazłam, że nieco schudła i pobladła; czoło jej, gdym ją całowała, przypiekło mi usta, jak rozpalone żelazo... Ale oprócz tego, nic nie zdradza jej nieznośnych cierpień... Można by aż zwątpić o nich; ale Modesta powiedziała mi, że to rola tylko, w której zamiera... i umrze uśmiechając się do tych, którym uratowała honor.
Wielkie łzy powoli i w milczeniu spływały po twarzy Andrzeja.
— Boże!... zawołał, jak tu zasłużyć na taką kobietę!...
Ale wtem drzwi się otworzyły. Na ten hałas Andrzej i pani Bois-d’-Ardon przerwali rozmowę i żywo się odwrócili.
Świetny Van-Klopen ukazał się.
Według swego zwyczaju, po każdej konsultacji, wołał wchodząc do swego „czyśćca.“
— Na kogo kolej?...
Ale ujrzawszy Gastona twarz jego zmieniła się i z uśmiechem nadzwyczaj ujmującym na ustach, zawezwał obu młodych ludzi, nakazującym ruchem usuwając na stronę pacjentkę, na którą przychodziła kolej, a która zaprotestowała przeciw temu obejściu prawa.
— Zapewne rzekł uprzejmie do p. Gandelu syna, przybywasz pan, by zamówić co dla cudnej Zory Chantemille?...
Okropna ironia!... inteligentny młody człowiek westchnął głęboko.
— Nie teraz, odrzekł... Zora jest... nieco cierpiąca...
Ale Andrzejowi, który ułożył małą historję w zamiarze opowiedzenia jej krawcowi, było bardzo spieszno, nie chciał więc tracić czasu na bezużytecznej gadaninie.
— Przyszliśmy, powiedział, w interesie nierównie ważniejszym. Przyjaciel mój, p. Gaston, zamierza opuścić Paryż na kilka miesięcy, a przed odjazdem życzy sobie wycofać swoje podpisy z obiegu. Tembardziej chodzi mu o to, że jego ojciec byłby bardzo niezadowolony, gdyby się dowiedział, że podpisywał weksle...
— Rozumiem.
— Otóż, pan możesz mu być bardzo użytecznym.
Młody i inteligentny Gaston czuł się uratowanym.
— A więc, mój kochany Klopenie, powiedział, zwróć mi pan weksle przeze mnie podpisane.
Świetny krawiec zwiesił głowę.
— Miałem je, odrzekł, tak jest!... bardzo dobrze przypominam sobie. Pięć wekslów, każdy na tysiąc franków, wartość otrzymana, podpisano Gandelu, indosowane Martin-Rigal... Otrzymałem je od „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“... już rozporządziłem niemi.
— Nie ma szansy?... mruknął Gaston okropnie zdenoncertowany.
— Tak jest, posłałem je na rachunek moim dostawcom w Saint-Etienne, panem Rollon, Viac i Spółka...
Van-Klopen jest niezaprzeczenie łotrem zręcznym ale urodził się w Rotterdamie, brak mu zręczności w obrabianiu szczegółów. A przytem, pominąwszy niezmierne jego zuchwalstwo profesyjne, w innych razach łatwo się mięsza. Dowodem tego było, że zażenowany wzrokiem Andrzeja, uporczywie w niego utkwionym, dodał: Jeżeli panowie nie wierzycie, to mogę okazać pokwitowanie tych panów z odbioru...
— To zbyteczne, panie, rzekł Andrzej, zbyteczne... jeżeli tylko pan dajesz nam słowo honoru...
— Rozumie się, że daję i najszczerzej, najuroczyściej... Ale to nic, pozwólcie mi panowie poszukać dowodów w tej paczce papierów...
Krawiec królowych, zdawało się, że szukał bardzo zawzięcie.
— O!... dość tego... rzekł znowu Andrzej bez najmniejszej ironii, bo szło mu o udanie, że jest wyprowadzony w pole, niech się pan tak nie trudzi... Weksle są w Saint-Etienne... jestto małe nieszczęście... ale poczekamy na termin. Pan Gandelu nie wydziedziczy za to swego syna... mam zaszczyt pożegnać pana...
A ponieważ czuł, jak mu się krew burzy, ponieważ obawiał się, że nie będzie panem siebie, wyszedł, zabrawszy z sobą Gastona, który koniecznie chciał zasięgnąć rady Van-Klopena, jakiby tu zrobić ubiór, o ile można „z szykiem“ dla Zory, gdy ta wyjdzie od św. Łazarza.
Gdy znaleźli się na ulicy o kilkadziesiąt kroków od pomieszkania damskiego krawca, Andrzej zatrzymał się i wydobywszy swój pugilares, zapisał na wszelki wypadek adres fabrykantów, dostawców Van-Klopena, pp. Rollon, Vrac i Spółka.
Gdy skończył, zapytał swego towarzysza:
— No, i coż pan myślisz o tym krawcu?
— Myślę, kochany panie, że Van-Klopen nie głupi... Zna on mnie. Gdyby mi wyrządził psotę, straciłby klientele... i to zaraz. Jestem dobry chłopiec, jak mówi Filip od Vachetta... ale nie lubię nacisku.. o! co nie, to nie!
— Więc, jak pan sądzisz, gdzie się znajdują weksle?
— Ba! w Saint Etienne!...
Uporczywa ufność Gastona wyrwała Andrzejowi wykrzyknik ubolewania i zniecierpliwienia.
Głupia taka naiwność w chłopcu zepsutym do szpiku wydała mu się niewyjaśnioną.
— Teraz jest trzecia godzina, powiedział; czasu mam bardzo mało, ale mogę jeszcze poświęcić panu kwadrans.
Przyszli na bulwar Włoski, a potem zwrócili w prawo ku ulicy Richelieu.
— Słuchaj mię pan, zaczął znowu Andrzej, i staraj się, jeżeli tylko możesz, przejąć się należycie okropnością swego położenia.
— Słucham, kochany panie, mów pan śmiało.
— Wszak prawda, że Van-Klopen odmówił panu kredytu, i że właśnie dla zapłacenia go zgłosiłeś się pan do Vermineta?
— Naturalnie...
— Bardzo dobrze. Ale jakże pan wytłumaczysz to, że ten sam człowiek, który w poniedziałek poczytywał pana za tak złego płatnika, iż odmówił mu kredytu, we wtorek wybrał właśnie weksle, wystawione przez pana, dla uiszczenia się mu, aby rozpłacić się ze swoimi dostawcami?
Uwaga była tak silna, tak jasno streszczała sytuację, że pan Gandelu syn zdumiał się. Nagła jasność rozświetliła mgły w jego mózgu.
— Do licha!... mruknął, widocznie zaniepokojony nie zastanowiłem się nad tem. A to szczególna. Czyżby chciano wyplatać mi figla?... Ależ jakiego?...
— Można przypuszczać, że Verminet i Van-Klopen mają zamiar „wyzyskiwania“ pana.
Wyraz ten nieprzyjemnie zadźwięczał w uszach inteligentnego młodego człowieka.
— Mnie wyzyskiwać, mnie... zawołał, o!.... co nie to nie. Znam się ja na tem. Takiego człowieka jak ja nie wyzyskuje się.
Andrzej ruszył ramionami.
— A więc, zrób mi pan tę grzeczność i zastanów się, co byś powiedział Verminetowi, gdyby w dniu, w którym ma nastąpić wypłata, przyszedł on do pana i rzekł: daj mi pan stotysięcy franków za te pięć papierków, albo zaniosę je do ojca jego.
— Powiedziałbym... a!... to dopiero!... powiedziałbym...
— Nic nie powiedziałbyś pan. Przekonałbyś się, że nadużyto twojej łatwo wierności, zaklinałbyś Vermineta, by zaczekał — a on zaczeka, jeżeli mu pan podpiszesz wekslów na stotysięcy franków, płatnych po dojściu do pełnoletności.
Gaston nie mógł strawić tego, że się tak dał wyprowadzić w pole.
— Stotysiecy kijów!.. zawołał, oto wszystko co otrzymałby Verminet. O! już ja taki jestem!.. Ze mną tak się nie robi... Opłacać tego niegodziwca!... niedoczeka się tego!... Wiem, że ojciec mój znalazłby to nie pięknem, i gdybym mu się nawinął w pierwszej chwili, to byłoby brzydko.. Ale... ts!... zabawię się w chowanego!...
Był mocno oburzony, ale pomimo to, w skutek przyzwyczajenia, nie znajdował na usługi swego gniewu innych wyrażeń, oprócz tych, z jakich składa się słownik owych dowcipnych młodzików, w krótkich żakietach, którzy zachwycają sobą bulwary.
— Sądzę, zaczął znowu Andrzej, że ojciec jeszcze trudniej przebaczyłby panu ten... krok nieostrożny, aniżeli niegodziwość, żeś przysłał do niego lekarza, aby obliczył ile jeszcze godzin zostaje mu do życia... Jednak przebaczyłby, bo jest ojcem pana... bo kocha go.
— Ba!.. pogróżki Vermineta!..
— Jeżeli pan nie będziesz obawiał się ojca, to Verminet zagrozi mu inną osobą... zagrozi prokuratorem.
Interesujący młody człowiek nagle zatrzymał się.
— O! zawołał, za taką bagatelę!..
— Tak jest; ale na nieszczęście bagetela ta w języku prawnym nazywa się fałszerstwem. A fałszerstwo udowodnione — to naprzód sąd kryminalny, a potem galery.
Gaston zbladł okropnie; spojrzał na Andrzeja ogłupiałym wzrokiem, drżący jak listek i zaledwie trzymając się na nogach.
— Galery!.. wybełkotał, nie, tego nie trzeba. Anatol mówi, że tam nie morzą głodem, że nawet nie źle jest tam przy pewnej protekcji... Ale zawsze... nie, niechcę... oddaję karty!..
Zdawał się rozmyślać; po chwili zaczął znowu z pewną gwałtownością:
— Ale jestem twardy i nie dam się wyzyskiwać. Gdy zostanę zaskarżony — zaproszę wszystkich moich przyjaciół na wielki obiad, a potem, przy kawie — paf!.. palnę sobie w łeb!.. Toż to pogłupieją wszyscy!.. A! jaka reklama dla Brébanta. Potem wszystkie damy będą dręczyć Filipa, by zastawił obiad w tym gabinecie, gdzie się scena odbyła... Już ja taki jestem!.. A w kieszeni znajdą u mnie list bardzo dowcipny, który ogłoszą wszystkie dzienniki!..
Zapomniał, że znajduje się na bulwarze, krzyczał całą siłą swego piskliwego głosu i wymachiwał rękami. Kilku przechodzących już się zatrzymało, w nadziei, że nastąpi bójka.
Andrzej ujął go pod rękę i uprowadził.
Ale Gaston był wzruszony do głębi, wszystkie struny jego duszy, milczące dotąd, poruszyły się.
— Zakładam się o dziesięć luidorów, mówił dalej, że stary umrze od tego!.. Biedny ojciec!.. ależ tego wysysałem go! Ja, który lada błahostką mogłem go pocieszyć!.. Gdym zostawał u niego na obiedzie, nie posiadał się z radości!.. Eh! gdyby to można było zacząć na nowo!.. Ale stało się!.. Karty rzucone — nic już nie idzie... W moim wieku, to jakoś nie w porę!.. Mieć dwadzieścia lat, majątek, szyk, być ubóstwianym przez Zorę — i gasić swój gaz... to wcale nie wesoło... Ale sąd kryminalny... nie!.. wolę pistolet!.. jestem synem uczciwego człowieka!..
Teraz znowu Andrzej zatrzymał się i spojrzał na swego towarzysza, zdumiony jak wiwisektor, który usłyszał, że przemawia zwierz galwanizowany.
Niesmak, jaki w nim wzbudzał Gaston, zmniejszył się. Wdzięczny mu był za jego energię, chociaż tak komicznie ujawniającą się.
— Czy doprawdy zrobiłbyś pan tak jak mówisz? zapytał.
— Ba... jestem sobie płochy, jeżeli chcecie, ale w wielkich okazjach poważny. Ciężko to bedzie ale tak będzie... stało się!... nie trzeba było włazić!...
Widocznie stanowczość błyszczała mu w oczach.
— Pochwalam tę energię, mój kochany Gastonie, odrzekł Andrzej, ale nie rozpaczajmy jeszcze. Sądzę, tak jest, mam to przekonanie, iż uda mi się ułożyć tę nieszczęśliwą sprawę... tylko bądź pan ostrożny zachowaj się spokojnie... i nie zapominaj, że każdej chwili mogę potrzebować go.
— Zgoda... Ale słuchajno pan, kochany panie, nie trzeba opuszczać Zory... to byłoby brzydko.
— Bądź pan spokojay... Jutro zobaczę się z panem... na dziś, żegnam... niemam ani chwili do stracenia.
To powiedziawszy i pozostawiwszy Gastona zdumionego, oddalił się szybkim krokiem.
Było mu tak pilno, ponieważ słyszał jak Verminet mówił: „Pójdę do Mascarota o czwartej,“ a ułożył sobie że będzie czekał przy wyjściu, a potem pójdzie ślad w ślad za dyrektorem „Towarzystwa wzajemnych zaliczek.“
Przez niego miał nadzieję dostać się do Mascarota, który w jego przekonaniu był wspólnikiem Markiza Croisenois.
Jak strzała przeleciał przez ulicę Grammont; biło pół do trzeciej na zegarze Biblioteki, gdy przybył na ulicę Sainte-Anne.
Tu odetchnął spokojniejszy nieco. A wtedy żołądek przypomniał mu że nie jadł dotąd śniadania.
Obejrzał się dokoła.
Właśnie naprzeciw siedziby „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ znajdował się handel winny.
Andrzej śmiało tam wszedł i tonem zwyczajnego gościa zażądał za dwa sous chleba, porcję szynki i kufel piwa, za co zaraz zapłacił, by nic nie spóźniło mu wyjścia gdy będzie potrzeba.
Potem stanąwszy w oknie począł patrzeć i jeść.
Nie bardzo był spokojny. Verminet powiedział że pójdzie także i na giełdę. Czy powróci do siebie ztamtąd, czy też pójdzie prosto do Mascarota? Wszystko zawisło od tego.
Jeżeli tak — to dobrze; jeżeli nie — to straci godzinę.
Było tak.
Właśnie kończył zajadać chleb i szynkę, gdy ujrzał wychodzącego z domu Vermineta.
Odrazu wychylił kufel i wybiegł.


XXV.

Patrząc na Vermineta na ulicy, niepodobna poznać w nim człowieka poważnego, kapitalistę, obrotnego spekulanta na nieczyste interesa.
Idzie kołysząc się, z czołem podniesionem, ustami uśmiechniętemi pogardliwie; spogląda na magazyny z miną milionowego pana, mogącego wszystko zakupić, a na kobiety okiem impertynenckiem.
Nie bardzo było Andrzejowi trudno iść za nim, chociaż był zupełnym nowicjuszem w rzemiośle śledzenia, trudniejszem aniżeli można przypuszczać, a które, tak jak inne rzemiosła, ma swoje niewzruszone zasady, uznane prawidła, wyrachowania, jednem słowem praktykę, szczególnie rzecz uproszczającą.
Czas był piekny, ciepły; więc szanowny dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“, korzystając z tego, wybrał sobie drogę najdłuższą, jako człowiek, który po dniu dobrze spędzonym, ze spokojnym sumieniem pozwala sobie nieco przechadzki.
Zamiast pójść ulicą Neuve-des-Petits-Champs zwrócił na bulwary, i przeszedł je w całej długości, paląc cygaro, kłaniając się na prawo i na lewo i ściskając ręce znajomych.
Andrzej idący za nim o piętnaście kroków, nie tracąc go z oczu, dziwił się, jak wiele ma znajomości ten szczególny finansista, i jak go uprzejmie wszyscy prawie witają.
— Czyżbym był w błędzie? pomyślał, zbity nieco z tropu. źle zwykle widzi, kto się zapatruje przez pryzmat namiętności... Czyżby ten Verminet nie był tym, za jakiego go poczytałem?... Czyżbym wziął za stanowcze wskazówki rojenia mojej wyobraźni?
Andrzej, pracowity artysta, zajęty jedynie swoją przyszłością i sztuka, nie miał żadnego pojęcia o tej części towarzystwa paryskiego, które uznaje za hańbę i niegodziwość tylko to, gdy się nie ma pieniędzy, mniejsza o to, czy swoich czy cudzych, zarobionych czy ukradzionych.
Jestto świat oddzielny, w którym pogarda nie istnieje, gdzie każdy, jeżeli tylko jest porządnie ubrany i ma dwadzieścia pięć luidorów w kieszeni, ma prawo do względów innych, nie zważając na to, co robił, robi, lub robić będzie.
Verminet jednak, doszedłszy do bulwaru Poissonniére, rzucił cygaro i nagle zmienił swe ruchy.
Szybkim krokiem przeszedł pomienioną ulicę i ulice Petit-Carreau.
Nakoniec na końcu prawie ulicy Montorgueil, niedaleko od Halli, zawrócił kręto, wszedł pod czerwoną bramę i znikł.
Dokąd wszedł?... Andrzejowi nie trudno było wywnioskować; dwa szyldy, znajdujące się po obu stronach bramy, wyjaśniły mu to.
Verminet wszedł do Mascarota, a Mascarot ten był poprostu stręczycielem służących i oficjalistów obojej płci.
Niepokaźna ta profesja mocno zdekoncertowała Andrzeja. Spodziewał się zrobić odkrycie świetniejsze, a zwłaszcza ważniejsze.
Ale pomimo to postanowił czekać na Vermineta. Dla nabrania kontenansu począł przechadzać się po ulicy i nie tracąc z oczu drzwi stręczyciela, zdawał się z wielkiem zajęciem przypatrywać trzem robotnikom, zakladającym okiennice w jednym nowym domu.
Na szczęście wartowanie to trwało nie długo.
Zaledwie upłynął kwadrans, gdy na dziedzińcu domu stręczyciela ukazał się Verminet.
Dwaj mężczyźni towarzyszyli mu. Jeden słuszny, chudy, w niebieskich okularach; drugi tłusty, pulchny, uśmiechnięty, mający ruchy właściwe osobom najlepszego towarzystwa.
Wkrótce wyszli na ulice i stojąc na chodniku kończyli rozmowę z pewnem ożywieniem.
Andrzej z pewnością dałby połowę dwudziestu tysięcy franków, które miał w kieszeni, byle tylko usłyszeć choć cokolwiek z ich rozmowy, i manewrował tak, by się przybliżyć ku nim, gdy wtem w pobliżu dały się słyszeć dwa gwizdnięcia tak gwałtowne, iż zapanowały nad całym ulicznym gwarem.
Gwizdnięcia te były przytem tak szczególne, iż zastanowiły Andrzeja. Zresztą nie on sam zwrócił na nie uwagę. Dostrzegł wyraźnie, że słuszny mężczyzna w okularach, rozmawiający z Verminetem zadrżał i żywo spojrzał dokoła.
Ale młody malarz nie przywiązywał żadnej wagi do tego wypadku i podsuwał się ciągle pod zasłoną przechodzących, gdy trzej rozmawiający nagle się rozeszli.
Mężczyzna w okularach wszedł do domu; Verminet i drugi mężczyzna o manierach dystyngowanych odeszli w kierunku Halli.
Przez dziesięć sekund Andrzej wahał się. Co począć? Czy miał starać się wywiedzieć kto byli, trzej nieznajomi?... przy drzwiach stręczyciela dostrzegł chłopca sprzedającego kasztany, być może iż ten udzieli mu jakich wyjaśnień...
— Ale nie! — powiedział sam do siebie — chłopaka tego zawsze tu znajdę; a tymczasem nie będę wiedział, gdzie się podział Verminet i jego towarzysz.
Poszedł zatem w ślad za nimi.
Niedaleko go doprowadzili. Przeszli przez ciemny pasaż Reine de Hongrie, zawrócili w prawo na ulicę Montmartre i weszli do domu porządnie wyglądającego.
Ale jak się dowiedzieć do kogo?... Najnaiwniejszy szpieg nie byłby tem zakłopotany. Ale Andrzej był nim niezmiernie, gdy podszedłszy bliżej ujrzał w głębi podsieni na marmurowej tablicy napis: „Bióro na pierwszem piętrze.“
Było to już pewnym rodzajem wyjaśnienia.
— A!... pomyślał — tu pewno mieszka bankier Martin-Rigal.
Wszedł tam także, zapytał odźwiernego: nie mylił się.
— Stanowczo mam szansę — powiedział sam do siebie — i jeżeli mój chłopak sprzedający kasztany będzie mógł wyjaśnić mi, kto byli ci dwaj panowie, tom się dobrze sprawił. Byle tylko nie oddalił się gdzie.
Nie tylko nie oddalił się, ale było ich dwóch teraz przy piecyku, dwóch młodych chłopaków, w bluzach, w kaszkietach na bakier, rozmawiających z takiem ożywieniem, iż nie dostrzegli Andrzeja, gdy ten stanął tuż przy nich.
Chłopcy ci targowali się.
— Dość już tego uwodzenia, mówił jeden z nich. Powiedziałem ostatnie słowo twemu ojcu. Chcecie mieć moje miejsce i piecyk... dwieście pięćdziesiąt franków.
— Stary nie da więcej jak dwieście.
— A to niech da pokój!... dwieście franków za miejsce, przynoszące dziennie pięć franków dochodu!... wszak to nieźle!... A czasami zdarzały mi się dnie, w których zarabiałem po dziesięć franków.... słowo Tota Chupina...
— Toto Chupin!... nazwisko to spodobało się Andrzejowi, zgłosił się więc do tego, co je nosił.
— Mój przyjacielu, zapytał, byłeś tu na tem miejscu niedawno; czyś widział, jak z tego domu wyszli trzej panowie i czas niejaki rozmawiali przy bramie?
Młody urwis zaczął od tego, że zmierzył niezmiernie zuchwałym wzrokiem pytającego, który ośmielił się przerywać mu, potem rzekł brutalskim tonem:
— A co to może pana obchodzić?. Idź pan swoją drogą.
Andrzej nie studjował giełdzistów, ale nieraz widział, i bliżej aniżeli może sam chciał, ten rodzaj ludności paryskiej, której Toto był jednym z egzemplarzy znał jej język i obyczaje.
— To nic, możesz powiedzieć, odrzekł, to ci nie podrapie gęby.
— No, to co?... widziałem... cóż dalej?...
— Dalej?... dalej jest to, że chciałbym znać ich nazwiska... czy nie znasz ich przypadkiem?...
Toto podniósł kaszkiet i podrapał się w głowę, co zwykle robił dla rozbudzenia swej inteligencji. A mnąc swe brzydkie płowe włosy, wpatrywał się w Andrzeja ciekawie, rozważał go, że tak powiemy obliczał.
— A gdybym znał tych panów, zapytał, gdybym powiedział panu ich nazwiska!... cobyś mi pan dał za to?
— Dziesięć sous.
Młody urwis wydał ile mógł jeden swój policzek i palnął się weń pięścią, co było u niego wyrazem najwyższej ironii i pogardy.
— Uważaj pan byś się nie naderwał! zawołał tonem szczególnym. Dziesięć sous!... no proszę!... może pan chcesz bym mu je pożyczył?
Andrzej spokojnie ruszył ramionami.
— Myślałeś może, odrzekł, że będę ci ofiarował dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu?
Ku wielkiemu jego zdziwieniu Toto wybuchnął śmiechem.
— Wygrana!... zawołał. Założyłem się sam z sobą, że pan nie jesteś modny panicz i wygrałem!... Winienem sobie kieliszek wódki...
— Z czegóż to poznajesz?...
— Oho!... taki panicz ofiarowałby mi pięć franków; ja żądałbym dwadzieścia, a zgodzilibyśmy się na franków dziesięć, to jest tyle ile mi pan dajesz sous.
Malarz nie mógł ukryć śmiechu.
— Tymczasem z panem, mówił dalej Toto, taka sztuka nie uda się...
Zatrzymał się, a ze ściśniętych ust i zmarszczonego czoła widocznem było, że wytężał swą myśl.
Toto Chupin był mocno zaintrygowany. Nazwiska te znał; ale czy miał je powiedzieć? Doskonały węch jego zwietrzył nieprzyjaciela. Ludzie mający dobre zamiary nie zgłaszają się po informacje do sprzedających kasztany. Powiedzieć, znaczyło to, według wszelkiego prawdopodobieństwa, narazić poniekąd Mascarota, lub którego z jego ludzi, naprzykład Beaumarchefa, albo słodkiego Tantaina.
To właśnie zdecydował Chupins.
— Basta!... zawołał, powiem panu te nazwiska!... Dziesięć sous zachowaj pan sobie... Powiem je panu zadarmo, bo mi się pan podobasz, słowo Tota. Wielki suchy, to pryncypał, papa Mascarot, co?... Drugi, tłusty tatulo, to jego przyjaciel, doktor Hortebize. Co do trzeciego... zaczekaj pan... zaraz...
— O! tego znam; nazywa się Verminet.
— Tak, tak!...
Andrzej tak był zachwycony Totem, że wyjął z kieszeni i rzucił mu na pokrywę piecyka sztukę pięciofrankową, mówiąc:
— Masz!.. to za fatygę.
Wykrzywiwszy się i podrygnąwszy jak małpa, urwis pochwycił monetę i powiedział:
— Dziękuję jaśnie księciu!
Chciał jeszcze dodać jakiś żart, ale rzuci wszy okiem na ulicę, nagle przybrał minę poważną, a nawet niespokojną i szczególnym sposobem wpatrzył się w malarza.
— Co to jest? zapytał Andrzej, zauważywszy to spojrzenie.
— Nic odrzekł Toto, o!.. nic wcale. Tylko, słuchaj pan, wyglądasz na dobrego człowieka i nie jesteś dumny... Otóż... ja na miejscu pana nie ufałbym...
— Czemu?..
— Ba.. albo ja wiem czemu?.. Tak mi to przyszło na myśl... jak gdyby chciano pana wyzyskiwać... Ale dość już tego — prawda?
Przy tych ostatnich wyrazach, wymówionych tonem cierpkim, odwrócił się i znowu rozpoczął targ z nabywcą swoim.
Młody malarz z trudnością ukrył swe zdumienie.
Zrozumiał, że ten szkaradny urwis musi wiedzieć wiele rzeczy, które byłyby mu szczególnie przydatne, ale zrozumiał także, iż na teraz zrobił postanowienie milczeć i za szaleństwem byłoby chcieć od niego wydobyć choć jedno słowo.
Uznał, iż lepiej nateraz poprzestać na tem, a powrócić jutro. Czyż nie był pewnym, że łotra tego znajdzie na tem samem miejscu, albo zresztą będzie mógł odszukać go przez nabywcę miejsca.
Zresztą nadchodziła godzina schadzki z panem Breulh-Faverlay.
— Do widzenia, Toto, powiedział, do innego razu.
Przejeżdżał właśnie fiakr. Andrzej zatrzymał go i kazał zawieść się naprzód do ronda na Polach Elizejskich.
Jeżeli nie dał powożącemu adresu kawiarni, w której miał spotkać się z panem Breulh-Faverlay, to dla tego, że według rady Tota stał się niedowierzającym. Tak jest, bardzo niedowierzającym.
Przypomniał sobie owe dwa szczególne gwizdnięcia, od których zadrżał Mascarot i po których nagle zerwała się rozmowa trzech panów. Przypomniał sobie, że rzuciwszy okiem na ulice, Toto-Chupin nagle spoważniał i wezwał go do ostrożności.
— Do licha zawołał, nagle przypomniawszy sobie historję, którą słyszał niegdyś, teraz rozumiem jestem śledzony...
Wrażenie, jakiego doznał uczyniwszy to odkrycie, było zanadto gwałtownem, by w tejże chwili pomyślał o wyprowadzeniu z tego wszystkiego logicznych i ostatecznych wyników.
— Zastanowię się nad tem później, powiedział sam do siebie i rozwiążę kwestję. Na teraz główną rzeczą jest zbicie z tropu śledzących.
Spuścił przednie okno powozu i pociągnął powożącego za płaszcz, aby zwrócić jego uwagę.
Gdy ten odwrócił się i nachylił, Andrzej rzekł mu:
— Słuchaj mię uważnie i nie zatrzymując koni.
— Słucham panie.
— Naprzód zapłacę ci za kurs pięć franków i to z góry. Oto masz, weź je.
— Ależ, panie.
— Teraz, mój kochany, zamiast jechać na Pola Elizejskie, to jest tam gdzie ci kazałem, zrobisz mi tę przyjemność, że zawrócisz ku ulicy Royale i przedmieściu Saint-Honoré. Będziesz jechał jak można najprędzej aż do ulicy Matignon, tam skręcisz... tylko skręcając ku tej ulicy zatrzymasz konie na pół minuty, potem znowu pojedziesz z całą szybkością... Gdy znajdziesz się na Polach Elizejskich, pojedziesz gdzie ci się spodoba... mnie już nie będzie w powozie.
Powożący świsnął, co miało znaczyć, że pojął o co rzecz idzie.
— Znamy to!... odrzekł. Pan jesteś śledzony i chcesz zgubić swój trop.
— Coś w tym rodzaju.
— A więc, panie uwaga na komendę: nie wyskakuj pan dopóki nie skręcę, bo skręcę ostro. A zwłaszcza nie wyskakuj pan na chodnik; ulica jest nie tyle niebezpieczna w razie poślizgnięcia się.
Powożący był roztropny i zręczny.
Przybywszy na ulicę Matignon tak się dobrze sprawił, że Andrzej mógł wyskoczyć, nie zrobi wszy sobie nic złego i miał czas wpaść w ciemne przejście koło jednego domu, pierwej nim ktobądźkolwiek zwrócił w ulicę.
— Tym sposobem, pomyślał, przekonam się, czy jestem śledzony i przez kogo.
Ale napróżno młody malarz, ukryty po za drzwiami przejścia, wypatrywał i słuchał.
Po pięciu minutach, które wydały mu się wiekiem, nie pokazało się nic, ani powóz, ani zaden pieszy.
— Miałżebym przerażać się bez potrzeby? pomyślał. Nie, tego nie można przypuszczać.
Nastawała noc, upłynął przeszło kwadrans. Andrzej nie bez wielkiego nieukontentowania postanowił opuścić swe stanowisko i udać się do p. Breulh.
— Bo pomimo wszystkiego tego, pomyślał, pewny jestem, że czekają na mnie.
Co do tego miał wielką słuszność.
Przybliżywszy się do małej kawiarni na Polach Elizejskich, wybranej na miejsce schadzki, poznał stojący w przeciwległej alei pojazd pana Breulh-Faverlay, a nieco dalej i jego samego przechadzającego się z cygarem w ustach.
W tejże samej chwili p. Breulh ujrzał także Andrzeja.
— A przybywajże pan prędzej zawołał pan Breulh, szybko podchodząc ku niemu i podając rękę. Czy wiesz pan, że już od dwudziestu może minut skazany jestem na wartowanie tu.
Młody malarz chciał tłumaczyć się, ale pan Breulh zatrzymał go.
— Daj pan pokój... rzekł przyjaznym tonem, domyślam się, iż musiały zatrzymać pana jakieś ważne okoliczności. Ale, jeżeli mam ci wyznać, kochany przyjacielu, zaczynałem już niepokoić się.
— O co?
— O pana!... Przypomnij pan sobie tylko com mu zalecał owego wieczora. P. Henryk Croisenois jestto łotr wielki...
Andrzej milczał, p. Breulh ujął go pod rękę, mówiąc:
— Przejdźmy się trochę, będzie to lepiej, aniżeli siedzieć za stołem w kawiarni.
— W samej rzeczy... chodźmy!...
— Chcę panu powiedzieć, rzekł p. Breulh, że zdaniem mojem ten nędznik markiz gotów jest na wszystko.. O! doskonale go pan odgadłeś od jednego razu. Sądzą o nim, że ma w perspektywie bardzo znaczną sukcesję, po swoim bracie Jerzym, sam mówi o tem bezustannie... Jestto tylko blichtr dla wierzycieli. Dawno już zmarnował on całą tę sukcesję... A człowiek, tak obsaczony, jest strasznie niebezpieczny!...
— O!... nie boję się go.
— Ale ja boję się za pana, kochany Andrzeju... Uspokajało mię tylko to, że ten nędznik nie zna pana.
Młody malarz potrząsnął głową.
— Nędznik ten, odrzekł, nie tylko mię zna, ale zapewne domyśla się moich zamiarów.
Usłyszawszy to, p. Breulh nagle stanął.
— To być nie może!... powiedział.
— Dziś przez cały dzień byłem śledzony. Nie mam na to materjalnych dowodów, ale włożyłbym własną rękę w ogień, że tak jest... Sam pan osądź.
I nie czekając na odpowiedź, Andrzej opowiedział w krótkości, ale zupełnie jasno wszystkie wypadki dnia tego.
Gdy skończył, p. Breulh powiedział głosem poważnym:
— Masz pan słuszność; jesteś pan na tropie bezecnych nikczemników, którzy zamierzają wyzyskać hrabiego i hrabinę Mussidan, ale państwo Mussidan wiedzą o tem i przedsięwzięli ostrożności. Tak jest, byłeś pan śledzony, nie masz wątpliwości. Odtąd nie zrobisz ani kroku, byś nie był otoczony szpiegami. Nawet w tej chwili, jestem tego pewny, gdziekolwiek niedaleko musi znajdować się para oczu podpatrujących nas...
To mówiąc spojrzał dokoła; ale było już ciemno i nic nie zobaczył.
— Na dziś przynajmniej, zaczął znowu, uśmiechając się na myśl, która mu przyszła do głowy, zmylimy ślad tym szpiegom i jeżeli będziemy razem jeść obiad, to z pewnością nie dowiedzą się gdzie... Chodź pan prędko...
Stangret drzemał na koźle. P. Breulh rozbudził go i wydał po cichu rozkazy.
— Zobaczysz pan, rzekł potem do swego towarzysza, siadając obok niego w powozie.
Zważywszy na niesłychaną szybkość koni, pędzących w kierunku alei cesarzowej, Andrzej domyślał się.
— Co pan myślisz o takim sposobie? zapytał go wesoło p. Breulh. Takim pędem będziemy jeździć całą godzinę, a powrócimy przez aleję Saint-Ouen i ulicę Clichy. Na rogu ulicy Chaussée d’Antin zatrzymamy się, wysiądziemy szybko i jesteśmy wolni... Ktoby za nami pędził, musiałby mieć dobre nogi.
Wszystko tak się odbyło. Tylko gdy p. Breulh wyskakiwał z powozu, ujrzał, jak gdyby cień oddzielający się od tegoż... ktoś pobiegł i zgubił się w tłumie na bulwarze.
— Do pioruna!... zawołał, ktoś siedział z tyłu. Sądziłem, że zmylę szpiega, a on tylko przejechał się.
I aby dokładne przekonać się, zdjął rękawiczki i kolejno dotknął się osi i resorów powozu.
— Nie masz wątpliwości, rzekł do Andrzeja, dotknij się pan — żelazo jest jeszcze ciepłe, łotr trzymał się z tyłu.
Młody malarz nic nie odpowiedział, ale niedawny zawód jego teraz mu się wyjaśnił. Gdy wpadał w ciemne przejścia, człowiek śledzący go pojechał dalej fiakrem.
Przygoda ta zasmuciła obu; po dziesiątej godzinie Andrzej rozstał się z p. Breulh. Był niezmiernie zmęczony.


XXVI.

Pani Bois-d’Ardon dość dokładnie opisała położenie mieszkańców pałacu Mussidan, gdy w „czyścu“ Van-Klopena mówiła Andrzejowi:
„Nieszczęście zbliżyło hrabiego i hrabinę; a Sabina, uznawszy, że obowiązkiem jej jest ratować honor rodziny, Sabina jest szczytna w swej abnegacji“.
Rzeczywiście, państwo Mussidan zrozumieli, że nienawiść ich powinna zniknąć wobec strasznego niebezpieczeństwa, i że połączonych ich wysileń nie będzie zanadto aby stawić opór niegodnym łotrom, trzymającym ich jakby pod nożem.
Na nieszczęście zbliżenie to nie nastąpiło w pierwszych dniach. Po groźnem wystąpieniu uśmiechniętego doktora Hortebize i przekonawszy się, że wszystkie listy zostały skradzione, pierwszą myślą Diany nie było wcale wyznanie wszystkiego mężowi — daleką była od tego.
Korespondencja ta kompromitowała księcia Champdoce, przynajmniej tyle co ją samą; od Norberta zatem zażądała pomocy.
Ale zawiodła ją nadzieją.
Pierwszy jej list pozostał bez odpowiedzi. Napisała drugi — też same milczenie.
Nakoniec w trzecim liście, nie wystawiając całej sytuacji, umiała o niej dość powiedzieć, aby książę mógł zrozumieć jakiej kradzieży padła ofiarą i jakie niebezpieczeństwo zagraża Sabinie.
Ten trzeci list odniesiony jej został przez lokaja, rozpieczętowany, ale w kopercie.
Książę widocznie czytał go, gdyż w poprzek wierszy napisał:
„Broń, którą pani zachowywałaś przeciw mnie, teraz zwraca się przeciw pani. Bóg jest sprawiedliwy“.
Diana sądziła, że oszaleje przeczytawszy te dwa wiersze.
Zdawało się jej, iż jestto proroctwo natchnione przez same niebo, że zapowiada jej najokropniejsze nieszczęście, że nakoniec trzeba będzie odpokutować za winy całego życia i że godzina kary nadeszła.
Po raz pierwszy ta dusza zakamieniała doznała wyrzutów sumienia.
Poczęła modlić się i płakać.
Biedna, szalona!.. Błagała Boga, by zgładzoną została ta straszliwa przeszłość, jak gdyby cała potęga jego mogła sprawić, aby odstało się to co już się stało!
Wtedy przekonała się, że wszystko było stracone i że należy zgłosić się do męża, jeżeli nie chce, by przesłano mu kopię listów zbrodniczych.
Stało się to wieczorem, w małym salonie położonym obok pokoju Sabiny, jeszcze mocno chorej. Hrabina opowiedziała mężowi czego od niej wymagano i jak straszne niebezpieczeństwo jej zagraża.
Niestety musiała koniecznie mówić o tych fatalnych listach i o tem, co się w nich zawiera. Zrobiła to z ową cudowną zręcznością kobiet, które, nie kłamiąc, umieją nie powiedzieć prawdy.
Ale nie mogła nic opowiedzieć, jakim sposobem znalazła się wmięszaną w sprawę śmierci księcia Champdoce i tajemniczego zniknięcia Jerzego Croisenois.
Hrabia skamieniał.
Pomimo wszelkiej zręczności z jaką przedstawiono mu fakta, były one jeszcze tak szkaradne, iż wyobraźnia jego przeraziła się.
Patrzał na hrabinę i zapytywał sam siebie, jak mogły te rysy tak jeszcze piękne ukrywać pod sobą tyle przewrotności i tyle niegodziwości.
Przywołał na pamięć wspomnienia Sauvebourga i stanęła mu przed oczy ma owa Diana z czasów, gdy ją poznał i pokochał. Jakie czystą wydawała mu się wtedy; ile anielskiej słodyczy było w jej spojrzeniu... a jednak już wtedy doradzała ojcobójstwo!..
Ale jeszcze jedna okoliczność zastanowiła hrabiego Mussidan.
Aż do tej pory przekonany był, że Diana przed zamąż pójściem, a niestety i potem, była metresą Norberts Champdoce.
A jednak hrabina zaprzeczała teraz temu, zaprzeczała stanowczo, z całą swoją energią, w chwili, gdy doszła do tego, iż zmuszoną była podnieść ostatnią zasłonę, ukrywającą jej przeszłość...
A on wątpił o swem ojcowstwie!.. Czyż zatem nie powinienby teraz wyrzucać sobie jak zbrodni swej obojętności dla Sabiny?..
Nie wyrzekł jednak ani słowa. Gdy hrabina przestała mówić, wstał i wyszedł chwiejąc się jak człowiek pijany.
Słyszała tylko jak powtarzał:
— Co tu począć?.. co począć?
Na nieszczęście nie sam tylko pan Mussidan słyszał te wyznania swej żony.
Hrabia i hrabina sądzili, że córka ich śpi; ale nie spała. Sądzili, że umysł jej za mącony jest majaczeniem nerwowej gorączki, która zagrażała jej utratą życia, a tymczasem umysł ten nigdy może nie był tak potężnym.
Sami czuwali nad nią, gdyż obawiali się, by kto nie czynił wniosków z tego co mogła mówić w gorączce; wierna Modesta poszła wypocząć. Drzwi od pokoju Sabiny pozostawili otworem, aby słyszeć gdy ich przywoła i przybiedz, gdyby choroba jęk jej wyrwała.
Tak jest, popełnili tę nieostrożność. Drzwi od małago salonu były otwarte, — i straszliwe wyrazy ruina... hańba... rozpacz... koniec wszystkiego... doszły aż do uszu Sabiny.
Zrazu wątpila sama. Może to się jej tak roi w gorączce?... Siliła się na odpędzenie tej straszliwej mary.
Ale rychło musiała przeświadczyć się o rzeczywistości. To co wzięła za złowrogi sen, było prawdą.
Podniósłszy się na łóżku, drżąc z przerażenia, podczas gdy zimny pot wystąpił jej na czoło, nadstawiła uszy i słuchała.
Wiele zapewne wyrazów i całych okresów nie dosłyszała, ale nie mogła mieć wątpliwości o ogólnem znaczeniu rozmowy.
Konkluzja zresztą była jasna. Zbrodnie jej matki rozgłoszą się, zostaną ukarane — honor nazwiska przepadnie, jeżeli ona, Sabina, nie przystanie na poślubienie człowieka, którego nie znała, markiza Croisenois.
Na jedną myśl o tem obruszyła się cała jej istota. A jednak nie wahała się. Obowiązek nakazywał to. Poprzysięgła sobie, że się poświęci.
Czuła to, że męka nie będzie długą. Wyrwać jej z serca miłość ku Andrzejowi, znaczyło to wyrwać samo życie... Powiedziała sobie, iż znajdzie w sobie dość odwagi, by żyć dopóki wszystko nie zostanie uratowane... tak trzeba. Potem będzie miała prawo szukać wypoczynku i zapomnienia w grobie.
Ale ciało omal że nie zdradziło energii duszy.
W nocy powróciła gorączka i życiu jej zagroziło wielkie niebezpieczeństwo.
Raz jeszcze została uratowana; a gdy przyszła do siebie, postanowienie jej ani się nie zmieniło, ani osłabło. Pierwszym czynem, gdy już jej powróciła swoboda umysłu, było napisanie do Andrzeja owego pożegnalnego listu, od którego nieszczęśliwy artysta omal że nie oszalał.
Potem, obawiając się, by ojciec jej w rozpaczy nie dopuścił jakiej ostateczności, wyznała mu, że wie o wszystkiem...
— Zresztą, dodała, nie ma czego martwić się, nie kochała nigdy pana Breulh i gotowa jest poślubić markiza Croisenois, nie będzie to, jak utrzymywała, wielkiem poświęceniem z jej strony.
Czy p. Mussidan dał się złapać na to szlachetne kłamstwo?... wcale nie.
A przytem sama myśl, że szczęście, życie, osoba jego córki, będą okupem jego honoru zagrożonego, myśl ta była mu nieznośną.
Sam, nie wahałby się stawić czoła wszystkim skutkom mogącym wyniknąć z zabicia Montlouis.
Ale czy może narażać na rozgłoszenie tajemnicę księżnej?...
Wprawdzie sprawa była załatwiona, ale czy nie będzie wznowienia śledztwa? Henryk Croisenois nie zaniedba żądać go, i wyjedna, dla legalnego skonstatowania śmierci Jerzego.
A wtedy jaki skandal!... jakie gadaniny!...
Wobec żony i córki uznawał on konieczność ustąpienia, zdawał się zrezygnowanym; ale w rzeczywistości nie mógł żadną miarą wymódz tego na sobie, by uledz niegodnemu naciskowi.
Tymczasem dnie upływały, a nędznicy nie dawali znaku życia; nawet doktor Hortebize nie pokazywał się. Co miało znaczyć to milczenie? Były chwile w których hrabinie powracała prawie nadzieja.
— Może zapomnieli o nas, myślała; może za jaką sprawkę wpadli w ręce sprawiedliwości!...
Nie, nie zapomnieli.
Szanowny stręczyciel nie tracił z oczu ani jednej kratki z tej rozległej szachownicy, na której grał ostatnią swoją partję. Z podziwu godną precyzją i w najwłaściwszym czasie posuwał on swe piony i figury.
Wszystko tak było wykombinowane, aby sprawa Champdoce powiodła się, aby Pawła podstawić w miejsce prawdziwego dziedzica księcia; wszystkie ostrożności, jakie tylko wskazywała roztropność, były przedsięwzięte.
Mascarot znowu zajął się markizem Croisenois, hrabią i hrabiną Mussidan, pozornie zaniedbanemi przez cały tydzień.
Z tej strony operacja była dwojakiego rodzaju.
Naprzód potrzeba było wymódz na hrabinie i jej mężu przyzwolenie na małżeństwo markiza Croisenois z Sabiną.
Powtóre potrzeba było zmusić markiza do należytego zaprezentowania w świecie owego słynnego stowarzyszenia przemysłowego, które miało zamaskować praktyki w dziedzinie wyzyskiwania, wykonywane przez Mascarota i jego wspólników.
Przedewszystkiem niezbędnem było zrobienie stanowczego kroku w pałacu Mussidan.
Poczciwy ojciec Tantaine został wyprawiony.
Dla posłannictwa takiej wagi, jak to, które mu powierzono, do takich osób, każdy inny na miejscu słodkiego Tantaine uznałby za właściwe zająć się nieco toaletą, przynajmniej wyczyścić swoje wykrzywione buty i pociągnąć choć raz szczotką po zabłoconym surducie.
Ale ten poczciwina ma zasady niewzruszone, które nieraz wyjaśniał wykwintnemu Beaumarchefowi pogardza on tem, co nazywa mizdrzeniem się i jest zdania, że habit nie stanowi mnicha.
Często słyszano od niego, i nigdy on pierwszy nie rzuca ubrania; a przypatrzywszy mu się bliżej, trzeba przyznać, że musi mówić prawdę.
Dba on o swe łachmany, jak o własną skórę. Mówi, że zmieniając je maskowałby swą osobistość. Wie on czem jest w tych łachmanach, a nie wie czem byłby w ubraniu nowem.
Dlatego też, gdy o jedenastej godzinie rano służba w pałacu Mussidan ujrzała wchodzącego do przedpokoju tego wysokiego brudnego starca, który żądał widzieć się z hrabią lub hrabiną, nie wahano się odpowiedzieć mu, że pan i pani wydalili się na kilkanaście lat.
Żart ten, zdawało się, że bynajmniej nie zbił z tropu poczciwiny.
Nie zmieniając swej pokornej i trwożliwej miny, począł on nalegać w imieniu swego pryncypała, stręczyciela z ulicy Montorgueil. Potem wyjąwszy z kieszeni wizytowy bilet Mascarota, począł zaklinać „drogich panów“, aby go wręczyli swoim państwu, twierdząc, że jak tylko ci przeczytają nazwisko, dadzą niezawodnie rozkaz wpuszczenia go.
Wpływ nazwiska szanownego stręczyciela był wielki; a jednak lokaje wahali się, gdy piękny Florestan, który właśnie wszedł w tej chwili, podjął się zlecenia, utrzymując, że jeden człowiek tyle wart co i drugi.
Hrabia Mussidan właśnie zasiadał do śniadania wraz z hrabiną, gdy Florestan przyniósł mu wizytowy bilet stręczyciela z ulicy Montorgueil.
Przeczytawszy nazwisko Mascarota, które dobrze mu utkwiło w pamięci, hrabia zbladł jak chusta, żołądek jego ścisnął się tak mocno, iż potrzebował wielkiego wysilenia, by przełknąć kawałek chleba.
— Zaprowadź tego... pana do biblioteki i powiedz, że przyjdę tam, jak skończę śniadanie.
Florestan wyszedł; hrabia Mussidan pokazał wizytowy bilet żonie, powiedział tylko:
— Patrz pani!...
Ale hrabina, bledsza od śmierci, struchlała, nie podniosła nawet głowy, by spojrzeć.
— Domyśliłam się... szepnęła.
— Tak jest... rzekł hrabia; nastąpił czas wypłaty... Skończyło się. Nazwisko to, na tym kawałku papieru to wyrok ostateczny.
— Zerwał się tak gwałtownie, iż wszystko, co się znajdowało na stole, popadało.
— I nie módz nic przeciw tym nikczemnikom... zawołał, nic... Czuć się przytłoczonym i nie śmieć nawet krzyknąć!... Znosić najokropniejsze obelgi — i milczeć! Od tego można oszaleć!
Przygnębiony gwałtownem wzruszeniem, padł na krzesło, ręce oparł o poręcz i zakrył sobie twarz rękami, zapewne by ukryć łzy... bo płakał.
Widząc męża tak zrozpaczonym, hrabina wstała chwiejąc się, uklękła u stóp jego i wziąwszy za rękę pocałowała ją.
— Przebacz, Oktawiuszu!... szepnęła, o! przebacz... Jestem nędznica. Bóg nie jest sprawiedliwy... Ja sama tylko popełniłam zbrodnię, dla czegoż nie sama ponoszę karę!...
Hrabia Mussidan odsunął ją bez gniewu.
Tyle cierpiał, iż nie przyszło mu na myśl robić wyrzuty tej kobiecie, żonie swojej, która jednak z życia jego zrobiła jedną długą torturę, która jedna była przyczyną tej strasznej katastrofy.
— A Sabina, zawołał, moja córka, hrabianka Mussidan, ma poślubić jednego z tych nikczemnych łotrów. Nie! tak być nie może!... Poświęcać córkę, by samym wyratować się od hańby, byłoby szkaradną podłością, zbrodnią większą aniżeli wszystkie inne!...
Tylko jedna panna Mussidan zdawała się zachowywać zimną krew. Cierpienia jej nie były tego rodzaju co rodziców, i była niewinną!... Ale miała heroizm obowiązku; twarz jej pozostała spokojną.
— Ach, kochany ojcze! zawołała z udaną wesołością, w takiej chwili, do czego rozpaczać?... Kto wie czy markiz Croisenois nie będzie bardzo dobrym mężem?...
Hrabia zwrócił się ku Sabinie i objął ją całą wzrokiem uwielbienia i czułości.
— Droga córko szepnął, droga, kochana Sabino!...
Przykład takiego poświęcenia opamiętał go; wstał.
— Zrezygnujmy się, powiedział; przynajmniej pozornie. Wszystkiego możemy spodziewać się od czasu... czekajmy. Niech rzeczy idą swoim torem... Zobaczymy co jeszcze zajdzie przy drzwiach merostwa.
A więc ojciec i kochanek schodzili się na jednej myśli wspólnej. To, co teraz powiedział hrabia, Andrzej powiedział już dawniej.
Postanowienie to przywróciło hrabiemu Mussidan całą jego energię. Przybliżył się do stołu, wypił wielką szklankę wody i wyszedł mówiąc:
— Ha!... odwagi!...


XXVII.

Słodki ojciec Tantaine domyślał się tej rozpaczliwej sceny. Nie znajdował przeto dziwnem, że kazano mu czekać; nie robił z tego skrupułów.
Florestan zaprowadził go do owej obszernej i pięknej biblioteki, gdzie przyjęty był także Mascarot. Dla zabicia czasu Tautaine przeglądał ten pokój, surowego stylu sprzęty, ciężkie obicia, książki w pysznej oprawie, będącej arcydziełem pewnego londyńskiego introligatora, brązy na konsolach, jednem słowem wspaniały zbytek dawnych czasów i najwytworniejszego smaku.
— Eh, eh!.. pomrukiwał, próbując elastyczności fotelów, dobrze tu jest, bardzo dobrze!.. Jak pokończą się interesa, muszę i sobie urządzić takie gniazdko! Jestem pewny, że Flavia...
Odgłos kroków w korytarzu przerwał ten monolog, poczciwina zerwał się.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął hrabia Mussidan, nadzwyczaj blady, lecz spokojny.
Słodki Tantaine skłonił się natychmiast aż do ziemi, przyciskając jednocześnie do piersi swój kapelusz, brudny i pomięty w skutek długoletniej służby.
— Najuniżeńszy sługa pana hrabiego... wybełkotał.
Ale hrabia stał jak skamieniały na progu.
— Za pozwoleniem, przerwał wreszcie, czy to pan kazałeś mi wręczyć ten wizytowy bilet, prosząc o chwilę rozmowy?
— Miałem ten honor.
— Jednak pan nie jesteś ten, którego nazwisko tam jest napisane.
— To prawda... nie jestem Mascarot. Jeśli ośmieliłem się posługiwać tem szanownem nazwiskiem, aby dostać się aż do pana hrabiego, to dlatego, że z mojego nazwiska pan hrabia nie dowiedziałby się nic; ja jestem Tantaine, Andrzej Tantaine, pisarz od komornika z powołania.
Z głębokiem zdumieniem hrabia Mussidan mierzył wzrokiem tego kościstego starca. Głupi wyraz jego twarzy, słodziuchny uśmiech i pokora niepokoiły go. Czuł, że byłoby szaleństwem ufać tej niepokaźnej figurze.
— Przychodzę, zaczął znowu, w interesie wiadomym panu hrabiemu. Konieczną jest rzeczą ukończyć go i zrobić układ.
Zrobić układ!.. Mówił to tak prosto, jakby szło o rzecz najnaturalniejszą!
Hrabia wszedł do biblioteki i zamknął za sobą drzwi na klucz.
Nikczemność osoby czyniła mu jeszcze przykrzejszem upokorzenie, już i bez tego tak trudne do zniesienia.
— Rozumiem, rzekł; ale dlaczego pan tu przychodzisz, a nie ten inny.. ten, którego już widziałem.
— Tamten miał przyjść, rzecz już była tak ułożona, ale w ostatniej chwili odmówił.
— A!..
— Tak jest. Bał się. Mascarot ma jeszcze wiele do stracenia, gdy tymczasem ja...
Wymówiwszy to ja, zatrzymał się i rozsuwając poły swego zatłuszczonego surduta, wykręcił się całą figurą, aby okazać całą szkaradę swego ubrania.
— Ja, powiedział, tyle tylko mam do stracenia ile jest na moim grzbiecie.
Mówił to tonem niby wesołym, ale od którego możnaby zadrzeć.
— A więc, rzekł krabia, mogę traktować z panem?
— Najzupełniej... tembardziej, że nie jestem pośrednikiem... jestem posiadaczem dokumentów.
— Jakto?.. więc to pan?
Człeczyna ukłonił się najpokorniej.
— Tak jest, ja, panie hrabio, odpowiedział, ja posiadam kartki wydarte z dziennika pana Clinchan, jak również dlaczegoźbym nie miał wyznać?.. posiadam takie całą korespondencję hrabiny Mussidan... Jeżeli z początku rozdzieliłem operację, to dlatego, że niebezpiecznie jest kłaść do kosza wszystkie jaja... Ale teraz, gdy pan hrabia i pani hrabina porozumieli się, możemy, jak sądzę połączyć jedno z drugiem.
— Niech i tak będzie!.. odrzekł hrabia, nie zadając sobie trudu ukrywania swego wstrętu, usiądź pan.
Tantaine bynajmniej nie dba o to, czy kto pogardza nim o ile na to zasługuje. Ale nie może znieść tego, gdy mu kto okazuje tę pogardę. Wielu ludzi ma taki charakter.
Oburzenie jego wyraziło się w zmianie obejścia, tak nagłej, że hrabia zdumiał się. Wszelka potulność znikła.
— Będę mówił zwięźle, rzekł tonem stanowczym. Czy pan hrabia ma zamiar wnieść skargę do sądu? Masz pan do tego prawo. Wyzyskiwanie jestto występek... niezawodnie będziemy pociągani...
— Powiedziałem już, że skargi nie wniosę.
— Więc będziemy układać się?
— Tak jest, ale właśnie o układzie trzeba porozumieć się.
Stary pisarz pogardliwie ruszył ramionami.
— Z nami, odrzekł, nie ma co porozumiewać się. My stawiamy warunki — one przyjmują się lub odrzucają.
Powiedziano to było tonem tak bezwstydnym, że przelotny rumieniec wystąpił na czoło hrabiego Mussidan. Zawahał się, czy nie najlepiej będzie, gdy wyrzuci za okno tego łotra.
Ale przyrzekł niedawno sam sobie, iż wysłucha wszystkiego.
— Jakie są pańskie warunki? zapytał.
Tantaine wyjął z kieszeni zatłuszczony pugilares, a z niego „traktat“ zawczasu spisany.
— Oto jest, powiedział, nasze ostatnie słowo; czytam:
„Hrabia Mussidan oddaje rękę swej córki, panny Sabiny, markizowi Croisenois; daje jej sześć-kroćstotysięcy franków posagu i zobowiązuje się odbyć uroczystość w czasie ściśle określonym.
„W dniu jutrzejszym markiz Croisenois będzie oficjalnie przedstawiony w pałacu Mussidan i przyjęty jak najlepiej.
„Za cztery dni zostanie zaproszony na obiad.
„Od dziś za dni piętnaście hrabia Mussidan da wielki bal z okazji podpisania kontraktu.
„Kartki i korespondencje zostaną wręczone hrabiemu Mussidan po wyjściu z merowstwa.......“
Hrabia miał dosyć mocy nad samym sobą, aby wysłuchać, nie wybuchnąwszy przy czytaniu tych niesłychanych warunków.
— Bardzo dobrze powiedział zimno, ale któż mi zaręczy, że dotrzymacie waszych zobowiązań, że papiery to będą mi zwrócone?
Stary pisarz spojrzał na niego z ubolewaniem.
— Prosty zdrowy rozsądek, odrzekł. Na cóż pan przydasz się nam, gdy będziemy mieli jego córkę i majątek?.. Na nic!... prawda?
Ktoby przed miesiącem opowiedział hrabiemu Mussidan rzeczywiste przejścia takiej zmowy jakiej w tej chwili był ofiarą, temu odpowiedziałby uśmiechem niedowierzania.
Człowiek tak już jest stworzony, iż nie chce przypuszczać wypadków wychodzących poza zakres jego przewidywań; a jednak rama tych przewidywań jest bardzo ciasną, jeżeli porównamy ją z nieskończoną ilością kombinacyj, wynikających z gry namiętności i interesów.
Hrabia Mussidan był najzupełniej zbity z tropu bezwstydną logiką starego pisarza od komornika.
Co on mu mówił?
Że pozostawiony będzie w spokoju, gdy już niczego nie można będzie spodziewać się od niego.
To wyraźnie podpadało pod zmysły; a oczywistość była tak potężną, iż warta była tyle co i najpewniejsze rękojmie.
Hrabia jednak nie odpowiedział odrazu i przeszło minutę przechadzał się dużemi krokami po bibliotece, ukradkiem przypatrując się swemu straszliwemu gościowi, wytężając cały swój umysł na wynalezienie jakiejkolwiek wady w tej zbroi, z cynizmu i zuchwalstwa ukutej.
— Słuchaj pan, rzekł wreszcie tonem człowieka, który zrobił już postanowienie, zrzekam się walki. Trzymacie mię... przyznaję się, żem zwyciężony. Pomimo, że warunki są niezmiernie ciężkie — przyjmuję je.
— To bardzo dobrze, szepnął słodki Tantaine, to mi się nazywa mówić.
— Tylko, rozmówmy się szczerze, bez ogródki.. W punkcie na jakim znajdujemy się, nie możemy liczyć na to, byśmy sobie imponowali... Wszelkie wybiegi są zatem zbyteczne.
— O!... najzupełniej.
— W takim razie, zaczął znowu hrabia, w którego oku zabłysnął promyk nadziei, do czego mówić mi, bym oddał rękę mojej córki markizowi Croisenois? Pretekst ten jest teraz zbytecznym. Czego chcecie właściwie? Sześciu-kroćstotysięcy franków, które mam wypłacić przy podpisie kontraktu, wszak tak? No!... to weźcie je sobie, a zostawcie mi Sabinę. Daję wam posag mojej córki — to piękny zarobek...
— Zatrzymał się z niespokojem, oczekując na to jaki efekt zrobi ta propozycja. Sądził, że efekt ten będzie stanowczy. Mylił się.
— To nie wszystko jedno, odrzekł Tantaine, nasz cel tym sposobem nie zostanie osiągnięty.
— Mogę ofiarować więcej. Udzielcie mi miesiąc zwłoki... W ciągu tego czasu jestem w możności, przy pomocy banku hipotecznego i moich przyjaciół, zebrać miljon... tak jest, miljon!... pięćdziesiąt tysięcy liwrów w rencie...
Ale ogrom sumy, zdawało się, że nie wywarł żadnego wrażenia na Tantaina, z pozoru wydającego się tak lichym, że możnaby kupić go całego za dwa sous.
— W samej rzeczy, odrzekł, pan hrabia martwi mię... A jednak miałem honor oświadczyć mu, że warunki nasze są stanowcze... nieodwołalne...
To rzekłszy wstał, prawiąc dalej:
— Sądzę, że najlepiej będzie zerwać w tem miejscu rozmowę, która być może, iż doprowadziłaby do irytacji. Wszystko jest należycie ułożone. Pan hrabia przyjmuje traktat, pan Croisenois będzie jutro dobrze przyjętym.
Hrabia Mussidan odpowiedział skinieniem, że tak.
— A zatem, dodał stary pisarz od komornika, mogę odejść. Niech pan hrabia dotrzyma swoich zobowiązań, my dotrzymamy naszych.
Już przyłożył był rękę do klamki, gdy hrabia zatrzymał go ruchem.
— Jeszcze słowo, powiedział; mogę ręczyć za siebie, ale nie za pannę Mussidan, naszą córkę.
Przy tej uwadze twarz Tantaina nagle zmieniła się.
— Nie rozumiem!... powiedział tonem, świadczącym właśnie, że rozumie najlepiej, nie wiem...
— Być może, że córka moja odrzuci pana Croisenois.
— Dlaczego?... markiz jest przystojny, miły, dowcipny...
— A gdyby jednak odrzuciła?
Stary pisarz zgrabnie zaprzeczył ruchem.
— O!... odrzekł, panna Mussidan jestto młoda osoba zanadto dobrze wychowana, aby nawet pomyśleć o opieraniu się woli rodziców.
Hrabia Mussidan domyślał się mniej więcej, że jest otoczony szpiegami, ale nie mógł przypuszczać, by znanem być mogło bohaterskie poświęcenie Sabiny. Nalegał wiec:
— Wszystko należy przewidzieć, mówił, aby uniknąć nieporozumień. Moja córka miała zawsze wielką swobodę i charakter ma stanowczości rzadkiej. Miała poślubić p. Breulh-Faverlay i być może...
— A więc dobrze!... przerwał ostro człeczyna, jeżeli panna Mussidan będzie opierać się, pan mi wyjednasz rozmowę z nią na pięć minut... Potem przystanie na wszystko, zapewniam pana.
— Cóż pan ośmielisz się powiedzieć mojej córce?...
— Powiem... tak jest!... powiem, że jeżeli kocha kogo, to z pewnością nie tego pana Breulh.
To powiedziawszy chciał wynieść się, ale hrabia nogą przytrzymał drzwi, już otwierające się, zawoławszy:
— Nie wyjdziesz pan ztad, nie wytłumaczywszy mi tego krzywdzącego napomknienia. Co chciałeś tem powiedzieć?...
Słodki Tantaine zdawał się namyślać. Niecierpliwość uniosła go po za granice, jakie sobie nakreślił i znalazł się złapanym.
— Mój Boże!... odrzekł, poprawiając sobie okulary, nie zamierzałem powiedzieć nic innego, oprócz tego com powiedział... z pewnością nie miałem żadnego zamiaru ubliżenia...
Zatrzymał się, wahał, z dziesięć sekund stał niezdecydowany, wreszcie tonem wykwintnej ironii, bardzo dziwnej w człowieku takich pozorów, mówił dalej:
— Wiadomo mi jest, że szlachetna dziedziczka może, bynajmniej nie kompromitując się, pozwolić sobie wiele takich rzeczy, z których najmniejsza zgubiłaby reputację dziewczyny mieszczanki... Jestem przekonany, że p. Breulh wiedział bardzo dobrze, że jego przyszła przepędzała codziennie popołudniu po parę godzin u jednego młodego człowieka...

― Nędzniku... zawołał hrabia, szalejąc z boleści i gniewu, nikczemniku!... kłamiesz!
Hrabia Mussidan mówiąc to zrobił tak groźne poruszenie, że słodki Tantaine w tył odskoczył i wyjął do połowy rewolwer, z którym nigdy nie rozstawał się, a który tak w porę pokazał niegdyś Perpignanowi.
— Powoli... powiedział z ohydaym uśmiechem, powoli, jeżeli łaska, panie hrabio. Obelgi i razy płacą się osobno... Nie kłamię rozumiesz pan? Jakiż interes mógłbym mieć w kłamaniu?.. Jestem lepiej od pana poinformowany ot i wszystko!... Dwa razy miałem honor widzieć pannę Sabinę wchodzącą pod Nr.... domu przy ulicy Tur-d’Auvergne, wypytującą się u odźwiernej o pana Andrzeja, artystę-malarza, a potem lekko jak ptaszek przeskakującą schody!... Być może, iż nic tam nie zaszło złego...
Hrabia znajdował się w stanie godnym politowania. Krew przypływała mu do gardła i dusiła go. Machinalnie zerwał z siebie chustkę...
— Dowody... wybełkotał, dowody!
Stary pisarz od komornika manewrował tymczasem tak zręcznie, iż między nim a hrabią znalazł się wielki stół biblioteczny.
Po za tym zaimprowizowanym szańcem czuł się swobodniejszym.
— Dowody!... odrzekł, tych nie mam przy sobie i potrzebowałbym najmniej ośm dni, by podchwycić korespondencję młodych ludzi... Byłoby to za długo. Ale jest bardzo prosty sposób przekonania się czy mówię prawdę. Niech jutro przed ósmą godziną pan hrabia uda się według adresu, który mu dam i niech śmiało wejdzie do pracowni pana Andrzeja. Tam znajdzie ukryty, jakby statua Madonny, za zieloną perkalowa firanką, portret panny Sabiny, portret, doprawdy, że bardzo trafiony!... który, jak sądzę, nie da się zrobić z pamięci, ani bez modelu...
Hrabia czuł, że nie był panem siebie, że mu się w głowi mąci.
— Odejdź pan... krzyknął zachrypłym głosem, odejdź!...
Tantaine nie kazał powtarzać sobie dwa razy tego wezwania. Pobiegł ku drzwiom i otworzył je należycie by zapewnić sobie odwrót. Potem głosem drwiącym dodał:
— A niech pan hrabia nie zapomni adresu Andrzeja, artysta-malarz, ulica Tour-d’Auvergne, Nr..., przed ósmą godziną.
Widział jak przy tej ostatniej zniewadze hrabia zerwał się, skoczył na środek pokoju. Ale sam szybko zamknął drzwi i wybiegł na schody.
— Szczerze powiedziawszy, mruczał przez zęby, nie było to tak trudnem jak sobie wyobrażałem. To prawda, że materjał był znakomicie podgotowany. A przytem, znajdźcie mi człowieka, któregoby charakter, chociaż najmocniej zahartowany, był w stanie oprzeć się piętnastu dniom niespokojności i trwogi.
Gdy doszedł do przedpokoju, twarz jego przybrała już swój zwykły wyraz. Z najgłębszym szacunkiem ukłonił się panom lokajom i wyszedł na ulicę.
— Eh eh!.. mówił sam do siebie, zdaje mi się, że nieźle ułożyłem... Czy hrabia Mussidan oprze się pokusie sprawdzenia tego, com powiedział? Rozumie się, że nie! I oto Andrzej i hrabia zbliżeni i to zbliżeni przezemnie.. Co z tego wyniknie?.. Czy nie za bardzo pospieszyłem się?..
Zatrzymał się i począł mordować swe okulary.
— Ale nie, mówił dalej idąc ulicą; owszem, miałem bardzo szczęśliwe natchnienie... Andrzej wie, że jest szpiegowany... ów kapszuk z tytoniem, zapomniany przez Florestana, mógł go oświecić... a zatem nic to nie będzie dla niego nowego. Tymczasem, z drugiej strony, hrabia Mussidan prawie chętnie przyjmie markiza Croisenois za zięcia, gdy będzie pewnym, że jego ubóstwiana córka miała kochanka... i to jakiego! podrzutka, więcej rzemieślnika aniżeli artystę, chłopaka, którego nie mogłaby poślubić w żadnym razie, nawet choćby...
Mówił to słodki Taataine, bynajmniej nie wątpiąc, że Sabina była metresą Andrzeja.
Myśl o czystej i szlachetnej miłości jaką była miłość tych dwojga ludzi, nie mogła postać mu w głowie.
— Zresztą, mówił do siebie dalej, kto może obliczyć wyniki wizyty hrabiego Mussidan u tego przeklętego malarza?.. Magnat ten jest niezmiernie porywczy... artysta także ma tyle cierpliwości co osa... Od słowa przyjdzie do słowa... a od obelg do czynów, jest nie więcej jak odległość ręki... Gdyby też przyszło między nimi do kłótni?.. Dlaczegoż nie mieliby pojedynkować się?.. Dlaczego Andrzej nie miałby zginąć?..


XXVIII.

Stary pisarz od komornika znajdował się wówczas w środku Pól Elizejskich i właśnie zwracał ku Cyrkowi Cesarzowej, rozglądając się na wszystkie strony.
— Byle tylko Toto nie dał mi młynka, mruknął. Jednak, wyjaśniłem mu wcale dokładnie, że ma się znajdować przy Cyrku Cesarzowej, od strony wielkiej alei, między godziną dwunastą a pierwszą.
Zaczynał już niepokoić się, a nawet zżymać, gdy wreszcie ujrzał tego właśnie kogo szukał, ale nie tak już wystrojonego jak na balu „pod Turkiem“ w pięknej kurtce, którą tak się pysznił, lecz w szkaradnej połatanej bluzie.
— Toto stał przed stołem loteryjnym, jednym z tych, przy jakich łapią się zwykle fryce przynętą że „każdy bilet wygrywa“ i wiódł ożywioną rozmowę z właścicielem rzeczonego stołu.
— Toto!... zawołał z daleka Tantaine, hej! Chupin!...
Młody łotr niezawodnie musiał go słyszeć, gdyż szybko się obejrzał, ale nie ruszył z miejsca. Rozmowa musiała być bardzo zajmującą.
Ale stary pisarz zawołał nań znowu i już tonem nakazującym. Więc Toto najserdeczniej uścisnął rękę właściciela loterji i poszedł powoli.
— To szczególny pomysł!... mruczał przybliżając się do starego pisarza, pan przybywasz i wszystko muszę zarzucić!... Czyś pan chory, że tak drzesz się? To trzeba zaraz powiedzieć... poszuka się lekarza w biurze dobroczynności...
— Bardzo mi pilno, Toto.
— Być może. Roznosicielowi listów także jest pilno, gdy się spóźni. Ja byłem zajęty.
— Z tem tam indywiduum?
— Tak jest!... To indywiduum, jak się pan wyrażasz, nie takie głupie jak ja. Ile też na przykład jegomość zarabiasz dziennie? On wypracowuje sobie trzydzieści do czterdziestu franków co wieczór, od godziny szóstej do północy, jedynie wykrzykując: „To mi gratka!... wybierajcie panowie numera!... każdy los wygrywa!...“ To pięknie, co? nie licząc przyjemności, że się oszwabia głupców!... O taki zawód byłby mi na rękę!... Wszak to więcej warto, aniżeli piec kasztany... on ma pozwolenie od prefektury, płaci patent jak kupiec. Ale cierpliwości tylko!...
Cierpliwości!... pewno, że i Tantaine potrzebował ją w tej chwili.
— Sądziłem, powiedział, że zamierzasz stowarzyszyć się z tymi swoimi miłymi chłopcami, którym fundowałeś piwo „pod Turkiem“.
Na to przypomnienie Toto jęknął chrapliwie, jak człowiek, którego dotknięto do rany źle zabliźnionej.
— Ja miałbym stowarzyszać się!... zawołał gniewnie tego nie będzie!... Nie zna a już więcej tych nikczemników...
— Masz do nich żal, mój biedny Toto?...
— O! nie uskarżam się. Nauczyli mię oni, że właśnie z przyjaciółmi trzeba mieć się na ostrożności... dobrze! będziemy pamiętać o tem. Przedwczoraj wieczorem, spotkawszy się ze mną, zabrali mię z sobą na obiad, namówili do tego, żem pił więcej aniżeli wymagało tego pragnienie, a potem wciągnęli do gry w écarté. Kanalje!... nie pomogło nic, żem szachrował — przegrywałem ciągle. Naprzód wygrali wszystkie pieniądze, jakie miałem, a potem i to, com miał na grzbiecie... Wszystko poszło od kapelusza do butów. Znajdowaliśmy się sami w osobnym gabinecie u kupca win, oni byli silniejsi, ja pijany... musiałem rozpłacić się gotówką. Obdarli mnie!... Wczoraj rano przebudziłem się w piecu do wypalania gipsu, ubrany jak pan widzisz!... Zbóje!... zabrali mi moje okrycie... dobiorę się ja do ich własnej skóry!...
Nie bez trudności stary pisarz powstrzymywał wielką ochotę do śmiechu.
— Przepowiadałem ci coś podobnego, powiedział z powagą. Zawsze źle kończy ten, kto uczęszcza do złych towarzystw... otóż i ty źle skończysz, Toto. A nim to nadejdzie, dziś już jesteś zrujnowany.
— O!... kompletnie! Jeżeli pan chcesz pożyczyć mi sto sous, to z tem co mam w kieszeni, uczyni to razem pięć franków. Na szczęście widziałem wczoraj pryncypała.... pozwolił mi sprzedać piecyk na kasztany i pozostawać jeszcze przez rok pod bramą... W każdym razie, ten pan Mascarot to nie zły człowiek.
Słodki Tantaine pogardliwie wysunął usta.
— Dobry człowiek... powiedział... to zależy... Dopóki robi mu się co każe i nic nie żąda się — jest bardzo przyjacielski. Ale, jeżeli kto potrzebuje od niego jakiej usługi... dobranoc! nie ma mnie w domu!
Tak dziwnem było słyszeć podobne zdanie o szanownym stręczycielu z ust Tantaina, jego prawej ręki, iż Toto osłupiał.
— Nie to śpiewałeś mi pan onego czasu, odrzekł.
— Onego czasu nie znałem go. Ale teraz, kiedy pozostawia mię o głodzie i chłodzie, pomimo że mnie właśnie zawdzięcza swój majątek, powiedziałem sobie: Dość już tego. Tobie mogę się zwierzyć, Toto, boś ty chłopak dyskretny czekam tylko sposobności, by porzucić Mascarota i zacząć interes na własną rękę.
Urwis Toto obawiał się Tantaina, ponieważ ten uosabiał mu potęgę straszliwego pryncypała.
Ale nie miał wielkiego wyobrażehia o jego zdolnościach; sądził o nich po rezultatach, a widząc go w tak nędznym stanie, uznał, że nie musi posiadać wielkiej inteligencji.
— Interes na własną rękę, powiedział tonem zdradzającym gorzki zawód, łatwiej to powiedzieć aniżeli zrobić... wiem ja o tem cokolwiek.
— Jakto?... próbowałeś?
— Tak jest, papo... cokolwiek... Ale jakiż ze mnie głupiec!... Wszak pan wiesz o tem tak dobrze jak ja. Ale mniejsza o to mogę panu opowiedzieć historję. Otóż, pewnego dnia, gdym jeszcze był porządnie ubrany, widzę jak z fiakra z spuszczonemi firankami wysiada młoda dama, całkiem zastraszona... Idę za nią. Plan miałem gotowy; wiedziałem co mam jej powiedzieć. Jak tylko weszła do domu dzwonię. Tak dobrze obrachowałem, że da się wyzyskać, że nie dałbym za ośmdziesiąt franków gotówką owego stofrankowego biletu, który spodziewałem się, że wyłudzę u niej. Służąca otwiera mi, wchodzę... fatalność!... Znajduję ogromnego draba, który przyjmuje mię pięścią i ostatecznie wyrzuca za drzwi.
Podniósł kaszkiet, który mu spadł był aż na oczy i ukazując dwa guzy jeszcze sine, dodał:
— Oto jego cecha fabryczna.
Stary pisarz od komornika i Toto, rozmawiając w ten sposób, przeszli wielką aleję Pól Elizejskich i znaleźli się przed domem pana Gandelu, ogromnym gmachem, zaledwie wybudowanym, którego przyozdobienia rzeźbami podjął się Andrzej.
Poczciwy Tantaine podszedł ku ławce, znajdującej się naprzeciw frontu.
— Usiądźmy tu na chwilę, powiedział, jestem straszliwie zmęczony.
A gdy Toto zajął miejsce koło niego, dodał:
— Twoja historja, mój chłopcze, dowodzi mi, iż nie masz doświadczenia. Owóż, ja mam je. U Mascarota ja wszystkiem kierowałem, chociaż tego nie pokazywałem po sobie. Jak założę interes na siebie — za rok będę miał powóz. Jedna rzecz tylko powstrzymuje mnie — starzeję. Ot, uaprzyklad, w tej chwili mam interes przepyszny, wpłowie z góry zapłacony, a muszę, bo inaczej nis mogę, ustąpić go komu innemu, młodszemu, zwinniejszemu...
Toto okrutnie wytrzeszczył oczy, w których błyszczała niepohamowana chciwość.
— Czy nie mógłbym też zostać wspólnikiem pana? zapytał.
Człeczyna potrząsł głową.
— Ty jesteś za młody, odrzekł, a ja za stary. W twoim wieku ludzie mają dobre serce. W wielkich okazjach mógłbyś cofnąć się... Zresztą sumienie...
— A to mi się podoba!... zawołał Toto. Sumienie!... mam ci ja sumienie, ale takie same jak i ty, papo, ze sprężyną... Kiedy się wsiada do omnibusu, to się to zdejmuje, składa i chowa do kieszeni.
— Zresztą... może też moglibyśmy się porozumieć.
Stary pisarz wyjął z kieszeni kawałek kraciastej szmaty, która mu służyła za chustkę i nie zdejmując okularów, począł je przecierać.
— Słuchaj, Toto, zaczął znowu, zróbmy takie przypuszczenie. Prawda, że śmiertelnie nienawidzisz twoich dwóch przyjaciół, tych łotrów, którzy sa siluiejsi od ciebie?.. Otóż, gdybyś wiedział, że oni cały boży dzień spacerują jak wiewiórki na rusztowaniach tego domu, który tu jest przed nami cobyś zrobił?
Toto wsunął rękę pod kaszkiet i przeszło minutę drapał się mocno w głowę, z całych sił myśli swe wytężając.
— Jeżeliby to przypuszczenie było prawdą: odrzekł nareszcie, to nie pozostawałoby im nic, jak tylko pisać do rodziców. W nocy podsunąłbym się do domu z piłą w ręku i tak... przypadkiem podpiłowałbym jedną z desek. A gdy nazajutrz jeden z moich rozbójników postawi na nią nogę... trra!.. rozumiesz, papo?
Usłyszawszy taką odpowiedź, poczciwy Tantaine z miną ojcowskiej zachęty, położył rękę na głowie szkaradnego urwisa.
— Nieźle.. powiedział, wcale nieźle, jak na ośmnastoletniego chłopaka.
Toto Chupin napuszył się.
— I zaręczam, dodał, że nie złapanoby mnie. Bo to, widzi pan... znam się na budownictwie. Przeszłej zimy pracowałem w tym wydziale z Friquetem; z jednym moim przyjacielem, który miał przykre zajścia z policją. Co nocy wyrabialiśmy narzędzia, które nazajutrz rano sprzedawaliśmy na górze świętej Genowefy, u wuja Rotona, starego filuta, utrzymującego garkuchnię...
Stary pisarz przybrał bardzo poważną minę.
— Im dłużej cię słucham, Toto, powiedział, tem mocniej przekonywam się, iż byłbyś właśnie wspólnikiem, jakiego mi trzeba, by zrobić grube pieniądze.
— A!.. wiedziałem, że tak będzie!
— Tembardziej, że twoja znajomość budownictwa jest to nieoceniona specjalność, która znakomicie się przyda w pysznym interesie, o którym mówiłem.
Chupin aż drgnął z radości.
— O cóż to idzie? zapytał.
— Trzeba byś wiedział, mówił dalej słodki Tantaine, że w liczbie moich znajomych, znajduje się jeden stary jegomość niesłychanie bogaty, mający śmiertelnego nieprzyjaciela: młodzieńca, który był tyle niedelikatny, iż uwiódł mu pewną piękną i ubóstwianą kobietę.
— Znamy to odrzekł Toto, tonem przekonywającym, że namiętność nie była mu nieznaną; stary musi być okrutnie zagniewany.
— Okrutnie. Owóż, jest rzecz taka, przyjacielu Toto, że ów młody człowiek, ów uwodziciel, spędza po dziesięć godzin dziennie na rusztowaniach tego tu domu przed nami. Dlatego też stary jegomość, wcale nie głupi, wpadł prawie na tę samą myśl co i ty. Ale nie jest już tak zwinny, ten bogacz, ma duży brzuch... obawia się, by go niepodśapano... Koniec końcem, ponieważ sam nie śnie przedsiębrać tej roboty, dałby chętnie cztery tysiące franków chłopczykowi, któryby się jej podjął... Gdybyśmy się stowarzyszyli — podzielilibyśmy się. Dwa tysiące franków, za kilka pociągnięć piłą!.. Toto! co myślisz o tem, hẹ?..
Pomimo, że Toto, jak sam utrzymywał, posiadał „sumienie ze sprężyną“, zbladł straszliwie usłyszawszy tę propozycję i bezwstydny wzrok jego jakby się obłąkał.
Ale zapanował nad tem wrażeniem i chociaż czuł, jak go coś dusiło w gardle, z zuchwałą miną odpowiedział:
— Trzeba pomyśleć.
Wzruszenie młodego łotra było nadto widocznem, by nie zastanowiło starego pisarza od komornika, ale zdawało się, iż nie zwrócił na nie uwagi.
— Przede wszystkiem, mój Toto, tak zaczął znowu, muszę ci wytłumaczyć, w czem projekt bogatego jegomościa różni się od twojego. Plan twój byłby doskonały, gdyby po tej grzędzie biegał tylko ten kamrat, z którym potrzeba porachować się. Ale tak nie jest. A zatem, gdyby poprostu podpiłować pierwszą lepszą deskę, możnaby narazić się na to, że jaki dobry chłopiec wstąpiłby na nią i wywrócił koziołka, gdy tymczasem tamten drugi spacerowałby sobie i potem zdrów jak ryba.
— Prawda i to powiedział Toto, mający tyle zdrowego zmysłu, iż umiał ustąpić przed rzeczywistością, masz pan słuszność...
Znowu w pół minuty zawzięcie drapał się w głowę, potem dodał:
— Ale niech mi kto znajdzie coś lepszego!...
— Znalazłem coś lepszego, Toto...
— O!... nie jestem ciekawy, ale chciałbym wiedzieć.
Tantaine zdawał się bardzo cieszyć z zakłopotania urwisa.
— Słuchaj mię więc, rzekł po chwili; widzisz — i wskazał palcem — tam pod samym szczytem tego domu naprzeciwko, tę małą budkę z desek, przymocowaną do fasady?...
— Widzę... to gniazdo dla rzeźbiarzy.
— Otwórzże oczy i zamknij gębę, powiedział surowo człeczyna. Ta budka, którą ci wskazuje, zawieszona o sto stóp nad ziemią, ma oprócz szyb stale wprawionych, jeszcze rodzaj okna. Trzeba podpiłować to okno z obu stron aż do samej podłogi.
— To za trudno... ale co potem?... nic nie rozumiem.
Człeczyna pogardliwie potrząsł głową.
— A!... zawołał tonem wyrzutu, sądziłem, że masz więcej inteligencji, mój Toto. Przypuść tylko, że nieprzyjaciel starego jegomościa, który to nieprzyjaciel nazywa się Piotr, będzie jutro siedział w tej budce i zajmował się rzeźbieniem... Wtem słyszy w alei głos kobiecy, wołający: „Ratuj Pietrze, to ja, twoja Adela!...“ Cóż mój zuch robi?... Rzuca się ku oknu, nachyla się... a ponieważ podstawa jest podpiłowana... teraz zrozumiałeś?...
— A do kroćset!... zawołał Toto — to mi się nazywa rzecz obmyślana!... To tak zmachinowane, jak w teatrze!... Niepodobna wymknąć się. Piotr wyciąga się naprzód, maszynerja — trraf!... i stary jegomość na zawsze już wyleczony od młodego człowieka!... A to mi dzielnie!...
— Rzeczywiście, że nieźle. Teraz trzeba tylko wiedzieć, czy podejmiesz się operacji.
Tak przyparty do muru, Chupin zamyślił się na chwilę, potem odpowiedział:
— Nie mówię nie; ale czy jegomość zapłaci? A jeżeli po zrobieniu interesu powie nam: figa!... Nie ma sposobu zaskarżyć go do komisarza!
— Zapłaci. A zresztą, czyż nie powiedziałem ci, że dał połowę z góry?
Oczy Tota zabłysły.
— A!... jest zadatek?... zawołał.
Stary pisarz rozpiął swój zatłuszczony surdut, wyjął i wziął w zęby szpilkę, którą przypięta była jego boczna kieszeń i tajemniczo wydobył z niej dwa bilety tysiącfrankowe, mówiąc: Oto jest!...
Chupin podskoczył.
— Szmatki po tysiączku! wybełkotał, dławiąc się ze chciwości. A jeżeli przystanę, to jeden będzie dla mnie?...
— Naturalnie, a drugi dostaniesz potem.
— A więc, papo... rzecz skończone!... ten kiep, kto się cofnie!... kiedyż otrzymam moją część?...
— Masz ją, odrzekł człeczyna, podając mu jeden bilet.
Dotknąwszy się papierka, Toto zadrżał od stóp do głów i w ciągu jednej sekundy dwadzieścia razy ucałował bilet. Potem opanowała go szalona radość. Zerwał się z ławki i nie zważając na przechodzących, wykonał na ulicy solo z piątej figury kadryla.
Po załatwieniu tych czynności przedwstępnych sprawa powinna była pójść jak po maśle.
Ułożono tak, że Toto tej jeszcze nocy zakradnie się do budynku p. Gandelu i nie wyjdzie ztamtąd dopóki nie ukończy swej operacji.
Robota jego na tem miała się ograniczyć. Jednak zawarowanem zostało, iż pozostanie gdziekolwiek w pobliżu by podpatrzeć rezultat.
Poczciwy Tantaine podjął się wskazać chwilę właściwą, na którą może trzeba będzie czekać dwa lub trzy dni; podjął się również przedsięwziąć wszelkie środki po temu, aby we właściwym czasie dał się słyszeć krzyk, któryby zwabił rzeźbiarza do okna.
Poczciwina myślał o wszystkiem. Był nawet tyle względny, iż wytłumaczył Totowi jaki rodzaj ręcznej piły powinien sobie wybrać i dał mu adres fabrykanta, który, jak utrzymywał, nie ma sobie równego pod względem wyrobu narzędzi tego rodzaju.
— Przede wszystkiem, mówił, uważaj dobrze, przyjacielu Chupin, byś nie pozostawił po sobie śladów przejścia, to mogłoby wzbudzić podejrzenia... Pamiętaj, że najmniejsze zdźbło opiłek drzewnych na podłodze może wszystko wykryć... Dobrze byłoby, gdybyś się zaopatrzył w ślepą latarkę... A zwłaszcza wysmaruj dobrze piłę tłustością, a gdy poczniesz piłować przymocuj na końcu wielki korek. Nic tak nie tłumi odgłosu zębów szarpiących drzewo. A gdy skończysz robotę, staraj się wszelkiemi siłami zamaskować ślady piłowania... rzuci się to w oczy, gdy wszystko pozostawisz tak jak będzie... Na twojem miejscu wziąłbym sobą trocha kitu szklarskiego dla zalepienia śladów, a potem wszystko to po wierzchu zamazałbym gipsem, który będziesz miał pod ręka...
Toto słuchał tego wszystkiego z otwartemi ustami. Nie przypuszczał on, by nowy jego wspólnik posiadał tyle doświadczenia.
Zapewnił, że postąpi sobie tak, iż wszystko pójdzie dobrze — i sądząc, że rozdział informacyj jest już skończony, wstał.
Ale stary pisarz nie skończył jeszcze.
— Kiedy już tu razem jesteśmy, powiedział, pomówmy cokolwiek o Karolinie Schimel. Powiedziałeś Beaumarchefowi, że ona obwinia mię jakobym ją upoił, i że szuka mnie wszędzie, by się zemścić; czy to prawda?
Urwis wybuchnął śmiechem.
— Nie byłeś pan wówczas moim wspólnikiem, papo, odrzekł, i mówiłem to tak, dla żartu — ot aby nastraszyć.. Prawdą jest tyle, iż tak podpoiłeś biedną kobiecinę, iż mocno zasłabła i zażądała, by ją odesłano do szpitalu.
To sprostowanie widocznie zadowolniło poczciwego Tantaine. Wstał także i w chwili, gdy Toto miał mu ściskać rękę, zapytał go:
— Ale, ale... gdzie mieszkasz?...
— A... to mi zapytanie... Wczoraj nocowałem w kamieniołomach amerykańskich, drugi piec na lewo od wejścia, ale teraz muszę się lepiej ulokować...
— Może przyjąłbyś mój pokój tymczasem?.. Wyniosłem się, ale moje poddasze należy jeszcze do mnie przez dni piętnaście.
— I owszem!... Gdzie to jest?
— Znasz je: przy ulicy Huchette, Hotel Peruwiański; dam ci kartkę do odźwiernej, pani Loupias.
Wyrwał rzeczywiście kartkę ze swego zatłuszczonego pugilaresu i napisał ołówkiem: „Prośba o ulokowanie młodego krewniaka pana T. Chupin, za którego ręczę.“
Toto umieścił ten dokument obok biletu tysiącfrankowego, w swoim krawacie, który w tej chwili stanowił jego skrzynię kasową i zarazem archiwum.
— A więc, powiedział, jutro rano zacznę chodzić dokoła budynku, by obmyśleć szczegóły planu.
I odszedł, włożywszy obie ręce w kieszenie i poświstując. Stary pisarz widział, jak przeszedł przez bitą drogę i zagłębił się w alei naprzeciwko.
W chwili gdy się znalazł przed samym domem pana Gandelu, przedsiębiorca wychodził właśnie z niego ze swoim synem i zatrzymał się, rozmawiając z jednym z rzemieślników. Około minuty Toto i młody Gaston stali naprzeciw siebie, tak blisko, iż licha bluza ulicznika dotykała żakiety eleganta.
Szczególny uśmiech zaigrał na ustach Tantaina, gdy ujrzał to ironiczne zbliżenie.
— Dwa egzemplarze dzieci paryskich, mruknął, piękne rezultaty cywilizacji, warte jeden drugiego. Tylko to jednego rozbestwił przesyt, a drugiemu bieda zaostrzyła inteligencję. Elegancik rozpiera się na chodniku, a ulicznik panuje w rynsztoku... Zresztą natury jednakie, mając też same gusta, instynkta i żądze!... Dlaczegoż to nie Toto kupuje cygara po dwadzieścia sous, a nie Gaston zbiera niedopalone końce?... Niewiadomo. Gdyby jednak przyszło do wyboru, to zawsze wolałbym Tota...
Ale nie miał czasu na filozofowanie; przejeżdżał omnibus z Palais-Royal; wsiadł do niego, a w pół godziny potem wysiadał przed domem przy ulicy Montmartre, gdzie ulokował Pawła Violaine.
Pani Brigot, zacna odźwierna, która gotowa była przysiądz, że Paweł mieszkał u niej od wielu już lat, pilnowała na dziedzińcu z widocznem zajęciem jednego z lokatorów, ściągającego wino w butelki, gdy sylwetka starego pisarza od komornika zarysowała się na bramie.
Ujrzawszy go, porzuciła wszystko i potoczyła się ku Tantainowi, uśmiechając się najuprzejmiejszym uśmiechem i kłaniając najgrzeczniejszym ukłonem.
Jeszcze pod wpływem rozmyślań, które go zajmowały gdy jechał omnibusem, Tantaine nie raczył nawet palcem dotknąć brzegów swego kapelusza zatłuszczonego. Z miną roztargnioną i tonem zagniewanym zapytał odźwiernej:
— Jak się ma nasz młody człowiek?
— Lepiej, panie, daleko lepiej... wczoraj wieczorem zrobiłam mu tak doskonałą zupę, że oblizywał sobie palce po same łokcie... zrana miał minę królewską, a pan doktor przysłał mu dwanaście butelek wina, które pewno na zdrowie mu pójdzie...
Ojciec Tantaine, który tak mało dbał o odpowiedź jak i o zapytanie, poszedł ku schodom, ale matka Brigot zastąpiła mu drogę.
— Wczoraj wieczorem, rzekła tajemniczo, przychodzono tu dowiadywać się o zdrowiu pana Pawła.
Wiadomość ta zatrzymała nagle zacnego człeczynę, który jakby opamiętał się, i przypomniał sobie swoją obecną sytuację, widocznie z przykrością.
— Kto przychodził?... zapytał z żywością, zdradzającą wielki niespokój.
— Jakiś pan. Pytał mnie, czy znam p. Pawła i od jak dawna, i co on robi, i czy ma wielu przyjaciół, i gdzie mieszkał przedtem i tamto i owo...
— A cożeś pani odpowiedziała?
— To coś mi pan rozkazał, ani mniej, ani więcej...
— Jak ten pan wyglądał?... zapytał Tantaine po chwili.
— O!... to mogę powiedzieć, gdyż dobrze mu się przy patrzyłam, według rozkazu pana... mam jego portret...
— Zobaczmy ten portret.
— Naprzód wystaw pan sobie człowieka jak wszyscy ludzie, ni słusznego ni małego, ani bardzo tłustego ani chudego... mina porządna... rozmawialiśmy z nim przeszło kwandrans... ale skąpy... nie dał mi nawet pięciu franków!... at... nędza!...
Po tak dokładnych wskazówkach stary pisarz wiedział równo tyle co i przedtem. Nie ukrył też swego niezadowolenia.
— Cóż, zapytał, nie dostrzegłaś pani w nim nic szczególnego?
— Owszem złote okulary z drutami cienkiemi jak nitki... i dewizkę przy zegarku grubą jak palec...
— I to wszystko?
Pani Brigot głęboko wpatrzyła się w swoją tabakierkę, zwyczajna źródło jej natchnień.
— Zdaje mi się, że wszystko, odrzekła. A!... to jeszcze nic... Ten jegomość, zdaje się, że zna pana...
— Mnie?... zkądże to pani wnosisz?
— Bo, widzisz pan, podczas gdy mnie się wypytywał, zdawało się, że był jak na węglach... co chwila zwracał oczy do drzwi wchodowych. Uczciwszy uszy pańskie wydawał się niespokojnym jak Minetka, moja kotka, która kradnie mi mięso jak tylko się odwrócę...
— No, dość tego, dziękuję, matko Brigot, pilnuj pani dobrze!...
Szanowna odźwierna chciała koniecznie poczęstować Tantaina tabaczką, ale odmówił i powoli, bardzo powoli, wbrew swemu zwyczajowi, poszedł po schodach. Zatrzymywał się prawie na każdym stopniu.
— Kto to może być?... myślał.
Umysł jego, zawsze czujny, przebiegał cale bezbrzeżne obszary przypuszczeń, domysłów — a nigdzie nie mógł znaleźć punktu do podejrzeń.
— I ten człowiek zna mnie, mówił sam do siebie, bo ta głupia odźwierna, która nie umiała dać mi jego rysopisu, opisała mi go pomimo to tak, iż opisu tego pozazdrościłby najwytrawniejszy policjant. Jeżeli był niespokojny, wzruszony, jeżeli obawiał się, bym go nie przydybał, to dlatego, że działa przeciw mnie, że zamiary jego są złe.
W miarę jak się zastanawiał, niespokojność jego zmieniała się w przestrach.
— Do wszystkich piorunów! mruknął, czy ten szpieg nie wyprawiony jest czasem z ulicy Jerozolimskiej?.. Czyżby policja tropiła mię?..
Usiłował nabrać pewności, wzmocnić swoją zachwianą śmiałość, ale nie bardzo mu się to udawało.
— A... mniejsza o to, rzekł wreszcie, muszę spieszyć... Jak się wszystko odbędzie, jestem pewny, że potrafię zniszczyć wszystkie moje ślady... ale trzeba spieszyć!...
Stanął na trzeciem piętrze przed drzwiami pomieszkania Pawła.
Zadzwonił — otworzono mu natychmiast.
Ale ujrzawszy osobę, która nadbiegła na odgłos dzwonka, cofnął się, podniósł ręce do góry i nie był w stanie powstrzymać okrzyku zdziwienia i zarazem wściekłości.
Kobietą, która mu otworzyła drzwi, była Flawia, córka bankiera Martin-Rigal.
Od jednego rzutu oka, słodki Taataine, ten dostrzegacz tak subtelny, przekonał się, że Flawia nie przyszła do Pawła z prostą wizytą na kilka minut. Była bowiem bez kapelusza i okrycia, a w ręku trzymała jakąś robótkę.
— Co pan sobie życzy?.. zapytała.
Stary pisarz chciał odpowiedzieć, ale nie był w stanie wymówić jednego wyrazu. Rzekłbyś, że jakaś żelazna ręka ścisnęła mu gardło. Poczerwieniał jak człowiek w apopleksji.
On, będący zawsze panem siebie, którego nieruchome rysy tak dobrze zawsze przechowywały tajemnicę najgłębszych wzruszeń, on, którego zdawało się, że nic nie zdoła zadziwić, był zbity z tropu, wzruszony, drżący, stracił całą zimną krew.
Flawia patrzyła na niego wzrokiem ciekawym i z widocznym niesmakiem. Nigdy nie była tak blisko takiej nędzy. A jednak ten stary, tak brudny, tak cuchnący wszelkiemi obrzydliwościami, do którego czuła wstręt nieprzezwyciężony, zdawało się, jakby był jej znany... rysy te miały wyraz, który coś jej przypominał, jakby kiedyś widziała coś podobnego...
Ale gdy Tantaine milczał, Flawia powtórzyła zapytanie.
— Chciałbym pomówić z panem Pawłem, wybełkotał stary pisarz głosem zaledwie dosłyszanym, dał mi on jedno zlecenie i czeka pewno...
— Jeżeli tak, to proszę wejść; muszę jednak uprzedzić pana, że doktor jest w tej chwili u Pawła.
To rzekłszy Flawia, usunęła się na stronę, aby przepuścić słodkiego ojca Tantaine i uniknąć o ile można dotknięcia się do niego.
Potem poszła naprzód a on za nią, kłaniając się bardzo nisko.
Flawia weszła do salonu Pawła i jako osoba, obeznana z miejscowością, nie zapukawszy nawet, otworzyła drzwi do sypialni i wprowadziła tam Tantaina.
Tu czekał go widok niemniej szczególny.
Paweł, bardzo blady, siedział na łóżku z obnażonem ramieniem, a uśmiechnięty doktor Hortebize zwijał się inteligentnie koło niego.
Pomoc ta była potrzebną. Począwszy od szyi przez całe ramię aż do łokcia, na plecach i piersiach miał Paweł ogromną żywą ranę, jak się zdawało niezmiernie bolącą.
Stojąc tuż koło łóżka, zacny doktor starannie przykładał do tej okropnej rany płatki, napuszczone poprzednio rozczynem, znajdującym się we flaszeczkach, ustawionych na nocnym stole.
Przy wejściu ojca Tantaine odwrócił się.
Dwaj ci ludzie tak się doskonale pojmowali i umieli porozumiewać się, że dla wymiany myśli dość im było jednego spojrzenia, którego Paweł nie zauważył.
— Flawia tu!... mówiło spojrzenie ojca Tantaina, sama, u tego młodego człowieka!... czy oszalała!...
— Eh!... wiem o tem dobrze, odpowiedział wzrok doktora, ale cóż na to poradzić?
Paweł także odwrócił się i wykrzyknikiem zadowolenia powitał starego pisarza.
Ze wszystkich ludzi, którzy go otaczali i którzy imponowali mu, od czasu, jak ze związanemi rękami i nogami oddał się w moc stręczyciela z ulicy Montorgueil, przenosił on nad wszystkich słodkiego Tantaina. Poczytywał go nie za tak niegodziwego jak inni stowarzyszeni i miał w nim pewne zaufanie.
— Przybliż się pan, powiedział mu wesoło, przybliż się i zobacz, do jakiego nieszczęśliwego stanu doprowadził mnie doktor z Mascarotem!...
Człeczyna nie czekał na to przyjacielskie wezwanie, by się przybliżyć.
Z uwagą i ciekawością znawcy począł on rozglądać ranę Pawła i śledzić ruchy lekarza.
— Jak jest teraz, powiedział, to możnaby przysiądz, że to niedawne oparzenie nie ma co mówić. Pozostaje wiedzieć czy i blizna będzie miała takież same pozory.
— Najzupełniej takie same.
— Bo tu idzie o oszukanie oczu wprawnych, nie oczu księcia Champdoce, który uwierzy wszystkiemu, czemu zechcemy, ale oczu jego lony, przyjaciół, może nawet lekarzy.
— Oszukamy ich.
Z tonu mowy doktora łatwo było zrozumieć, że tak, jak mówił, był najzupełniej pewny siebie.
— Trzeba jeszcze wiedzieć, mówił dalej Tantaine, ile czasu potrzeba będzie, aby blizna pobielała i wydawała się bardzo dawną.
— Nie upłynie miesiąc, ojcze Tantaine, a będziemy mogli przedstawić Pawła księciu Champdoce...
— O!...
— Tak jest. Rozumie się, że blizna nie będzie naturalną; ale wynalazłem sposób naśladowania naturalności, którego pewno nikt nie domyśli się.
Po obandażowaniu Paweł wsunął się między poduszki.
— Będę leżał spokojnie, powiedział, dopóki znajdować się będzie przy mnie siostra miłosierdzia, której kroki słyszycie w salonie, i która pewno z wielką niecierpliwością czeka, byście się wynieśli...
Zawsze uśmiechnięty Hortobize namarszczył brwi i spojrzał gniewnie na swego pacjenta, który nie pojął tego spojrzenia, mówiącego wyraźnie: „Milcz!...“
— Od jak dawnego czasu, zapytał Tantaine Pawła głosem zmienionym, jest przy panu ta siostra miłosierdzia?
— Ba!... od czasu jak leżę w łóżku, odpowiedział Paweł z niesłychaną chełpliwością. Napisałem do niej, że jestem cierpiący i przyjść nie mogę... więc sama tu przyszła. List mój otrzymała o dziewiątej, a w dziesięć minut potem była już u mnie.
Zacny doktor, porządkując narzędzia, któremi posługiwał się, manewrował w ten sposób, iż przesunął się po za słodkim Tantainem i począł dawać Pawłowi rozpaczliwe znaki by milczał — ale napróżno.
— Zdaje mi się, mówił dalej obrzydliwy samochwał, że p. Martin-Rigal całe życie przepędza W swym gabinecie. Jak tylko wstanie, zaraz idzie tam, zamyka się i nie wychodzi przez cały dzień. Tym sposobem Flawia jest wolna jak powietrze. Jak tylko przekona się, że szanowny ten bankier zasiadł pomiędzy swemi papierami, — zarzuca szal na ramiona i przybiega. Słowo honoru!... nie można być uprzejmiejszą!
Zaśmiał się impertynencko i mówił dalej: Nie wiele ryzykowałbym, gdybym puścił z kwitkiem Mascarota.
— Wierz mi pan, że źle zrobiłbyś, odrzekł surowo doktor.
Paweł dostrzegł nakoniec znaki, które towarzyszyły tym słowom doktora, ale nie zrozumiał ich znaczenia.
— O!... nie mam tego zamiaru, odrzekł żywo. Chcę tylko powiedzieć, że gdyby teraz przyszło panu Martin-Rigal do głowy odmówić mi rękę swej córki, to nie poszłoby mu to tak gładko. Między ojcem, a mną, Flawia nie za wahałaby się.
Od czasu jak począł mówić protegowany Mascarota, stary pisarz od komornika ciągle zawzięcie mordował swe okulary.
— Pan się przechwalasz, wybełkotał.
— Bynajmniej!... Flawia kocha mię — wszak tak! otóż w tem cała rzecz Biedna dziewczyna!.. Mam się z nią ożenić i ożenię... ale gdybym zechciał...
— Nędzniku!... krzyknął słodki ojciec Tantaine, nędzny łotrze!...
Twarz jego zdradzała gniew tak wściekły, ruch był tak groźny, że Paweł, zdumiony i przerażony, cofnął się na łóżku aż do ściany.
— Trzeba być głupcem, mówił dalej człeczyna, głupcem i nikczemnikiem, by ośmielić się mówić tak o biednej dziewczynie, której jedynym błędem jest, że kocha takiego samochwała niegodnego jej. I myślisz, smarkaczu, że ja zniosę...
Dalej nie mógł mówić, ponieważ uśmiechnięty Hortebize przerwał mu, przyłożywszy rękę do ust. Potem wyprowadzając go z pokoju szepnął:
— Chodź, chodź!... gubisz nas!..


XXIX.

Drzwi gwałtownie zatrzasnęły się za doktorem i starym pisarzem od komornika i Paweł znalazł się sam, pierwej niż zdołał wymówić jedno słowo.
Był jakby ogłuszony, wyraźnie spadał z obłoków.
Czemu miał przypisać niesłychane wystąpienie słodkiego ojca Tantaine? źle zrobił, bez wątpienia, że mówił zanadto lekkomyślnie o młodej dziewczynie, wcale godnej szacunku, a która przede wszystkiem miała prawo do jego wdzięczności; ale to, zdaniem jego, nie było dostatecznym powodem i jeżeli postępowanie Flawii nie usprawiedliwiało jego samochwalstwa, to z drugiej strony tłumaczyło je do pewnego stopnia.
Drobna okoliczność zwiększyła jeszcze jego zdziwienie i uzupełniła niezadowolenie: pewność siebie była w nim więcej udaną, aniżeli szczerą. Nie stał on jeszcze na punkcie drwiącego pogardzania wszelką moralnością, ale sądził, że popisując się z tem, podniesie się do wysokości swoich wspólników i zasłuży na ich pochwały... A tymczasem wypadło inaczej.
Zrozumiałby i przyjął uwagi uśmiechniętego doktora Hortebize. Doktor był bliskim przyjacielem bankiera Martin-Rigala, i co za tem idzie naturalnym protektorem Flawii.
Ale jaki stosunek istniał między ojcem Tantaine, tym rodzajem cynicznego żebraka i bogatym bankierem, który dawał swej córce miljon posagu? Zdaje się, że żaden.
Zkądże to wściekłe oburzenie? te wyrażenia tak gwałtowne?...
Zapominające ostrych bolach, jakie mu sprawiała rana przy najmniejszem poruszeniu się, Paweł podniósł się na łóżku i wyciągnąwszy szyję i nastawiwszy uszu, począł słuchać, w nadziei, że podchwyci choć cokolwiek z tego co się działo w drugim pokoju.
Ale na nic to się nie zdało. Ściana, a nie przepierzenie, oddzielała sypialnię od małego salonu — i nic nie słyszał.
— Co oni tam robią, zapytał sam siebie, co knują?...
Słodki ojciec Tantaine i zacny Hortebize przeszli szybko przez salon, ale zatrzymali się na schodach.
Uśmiechnięty doktor przybrał minę okolicznościową i silił się na pocieszenie Tantaina, który wydawał się zrozpaczony.
— Odwagi, mówił stłumionym głosem, odwagi, do licha!... Po co tak irytować się?... Czy możesz zmienić to co się stało? Prawda, że nie? Prawda, że za późno? Zresztą, gdybyś nawet mógł, to nie miałbyś ani woli, ani siły...
Stary pisarz od komornika wyjął swą kraciastą chustkę i obcierał nią, nie szkło swoich okularów, ale oczy — płakał.
— A!... szepnął, teraz dopiero rozumiem, co musiał cierpieć hrabia Mussidan, gdym mu dowodził, że córka jego ma kochanka... Byłem surowy, nieubłagany; teraz jestem ukarany za to!... o! ciężko ukarany!...
— No, no, stary kolego, nie przypisujmy wielkiej wagi gadaninom; Paweł jest dzieciak!...
Starowina potrząsł głową.
— Paweł jest nędznik, odrzekł, Paweł nie kocha Flawii, a ona go uwielbia. O! prawdą jest, co nam powiedział, wielką prawdą, czuję to: między swoim ojcem a nim, ona niezawaha się. Biedna dziewczyna!... co za przyszłość!...
Przerwał sobie nagle i dzięki energicznemu wytężeniu woli, udało mu się, przynajmniej pozornie, odzyskać zimną krew.
— Ale nie chcę, powiedział, pozostawiać tu Flawii... Nie mogę rozmówić się z nią... postaraj się, doktorze, doprowadzić ją do opamiętania.
Zacny doktor Hortebize nie mógł ukryć swego wykrzywienia.
— Na nic się nie przyda moja wymowa, odpowiedział; ty nie potrafisz zapanować nad sobą, a wtedy... pomyśl tylko, mój stary przyjacielu, że jedno słowo wyda naszą tajemnice...
— Proszę cię!... poprzysięgam ci, że coby nie zaszło, potrafię się powstrzymać.
— Niech i tak będzie, sprobuję...
To rzekłszy, powrócił do salonu, a Tantaine usiadł na schodach i zakrył swe czoło rękami.
Flawia właśnie zamierzała iść do Pawła, gdy doktor ukazał się w salonie.
— Pan tu?... zawołała z niezadowoleniem, sądziłam że pan już daleko!...
— Pozostawiłem drzwi otwarte, odrzekł doktor, bo zamierzałem powrócić, by rozmówić się z panią, a co więcej, rozmówić poważnie. Masz tobie!... już pani marszczy swoje piękne brwi!... dowodzi to, że domyślasz się... Otóż... tak jest chcę powiedzieć, że nie tu jest miejsce dla panny Martin-Rigal...
— Wiem o tem.
Odpowiedź ta była dana tonem tak spokojnym i zimnym, iż uśmiechnięty doktor tylko co nie zbił się z tropu.
— A zatem, zdaje mi się... tak zaczął.
— Co?... że nie powinnam tu być?... Cóż pan chcesz!... Obowiązek stawię wyżej nad konwenanse. Paweł jest mocno cierpiący, nie ma nikogo przy sobie... któż go będzie doglądać, jeżeli opuści ta, która ma zostać jego żoną?... Czyż Paweł nie jest już jakby moim mężem? czy nie ma przyrzeczenia mego ojca?...
Hortebize rozmyślał. Wyszukiwał pomiędzy argumentami takiego, który by mógł wywrzeć wpływ na wyobraźnię tego namiętnego dziecka.
— Tembardziej, odrzekł, powinnaś pani wynieść się ztąd i nigdy nie powracać. Jestem przyjacielem twoim, Flawio... słuchaj pani głosu mego doświadczenia Mężczyźnitak już są stworzeni, iż nigdy nie przebaczają kobi-cie, która się skompromitowała, choćby dla nich samych... Zawsze nadejdzie chwila, w której wyrzucają postępki, niegdyś najbardziej pochlebiające ich miłości własnej. Czy wiesz pani co powiedzą na drugi dzień po waszem pobraniu się, gdy się dowiedzą, że pani tu przychodziłaś? Powiedzą, że Paweł był kochaukiem pani, i że to tylko zdołało wyrwać przyzwolenie ojca pan. Wierz mi pani, nie narażaj się na plotki, która prędzej czy później zamącą wasze domowe pożycie.
Flawia poczerwieniała jak piwonia. Widocznie doktor trafił dobrze. Zawahała się.
— Mamże pozostawić Pawła samego?... zapytała, co on sobie pomyśli?...
— Paweł, moje dziecię, już prawie zdrów. I słuchaj pani!... jeżeli będziesz rozsądna, przyrzekam, że jutro cię odwiedzi.
Argument ten zdecydował Flawię.
— Niech i tak będzie odrzekła, jestem panu posłuszną. O! nie powiesz pan, żem uparta. Pożegnam tylko Pawła i odchodzę. Do widzenia!
Doktor oddalił się, szczególnie zdziwiony tym łatwym tryumfem, ale nie wątpiąc o tem, że zawdzięcza go podejrzeniu, które już przebudziło się we Flawii, a które on wzmocnił.
— Zwyciężyliśmy, rzekł do swego godnego wspólnika; wynośmy się prędko, ona idzie za nami.
Dopiero znalazłszy się na ulicy słodki Tantaine przyszedł całkiem do siebie.
— Zwyciężyliśmy, rzekł, tak jest... na dziś... ale jutro... W każdym razie muszę przyspieszyć małżeństwo Pawła... Teraz mogę to zrobić bezpiecznie. Jedyna zawada, oddzielająca go od milionów rodziny Champdoce, zniknie nim upłyną dwie doby.
Zacny Hortebize pobladł usłyszawszy to zwierzenie się, chociaż nie było ono bynajmniej niespodzianem.
— Jakto?... wybełkotał, Andrzej?...
— Andrzej jest bardzo chory, przyjacielu doktorze. Zdecydowałem się na plan, o którym ci mówiłem... najtrudniejsza część roboty będzie dokonana tej jeszcze nocy przez Tota.
— Przez tego urwisa?... A miałeś go za tak niebezpiecznego, nie dalej jak przed dwoma tygodniami, iż zamyślałeś pozbyć się!...
— I teraz myślę o tem... i jednym zamachem zadam dwa ciosy. Gdy po upadku Andrzeja przekonają się, że okno było podpiłowane, poczną wyszukiwać sprawcy. Ostrożności przedsięwziąłem: Tota znajdą w Hotelu Peruwiańskim. Udowodnią mu, że mieniał bilet tysiącfrankowy i kupował ręczną piłę...
Doktor podniósł rozpaczliwie ręce.
— Czyś oszalał!... zawołał, Toto cię zadenuncjuje!
— Tak myślę... ale do tego czasu pogrzebiemy już tego poczciwego ojca Tantaine. Potem, kochany doktorze, pogrzebiemy Mascarota. Beaumarchef, jedyny człowiek, który nam dobrze służył, będzie w Ameryce... Farsa będzie odegrana ― niech sobie policja szuka.
Trudno było, prawie niepodobna, przypuszczać, że poczciwy ojciec Tantaine, tak swobodnie wyrażający się o policji, sam jeszcze nie miał pewności, czy też jego tropów nie śledził jeden z najzręczniejszych wyżłów policyjnych.
Uśmiech powrócił na rumiane usta doktora.
— Nie ma co mówić, odrzekł — powiedzie mi się, ale na miłość boską, spiesz!.. wszystkie te alternatywy, te ciągłe obawy przyprawią mię o chorobę.
Dwaj szanowni spólnicy rozmawiali w ten sposób na rogu ulicy Joquelet, zasłonięci wielką bryką.
Jedna i ta sama myśl zatrzymała ich tam. A mianowicie, czy przyrzeczenie Flawii było szczerem, czy też młoda dziewczyna chciała poprostu tylko pozbyć się natrętnego doktora Hortebize. Potrzebowali przekonać się o tem.
Flawia powiedziała prawdę, gdyż zaledwie dziesięć minut upłynęło, ujrzeli ją przechodzącą o kilka kroków od nich.
— Teraz rzekł stary pisarz, odchodzę cokolwiek spokojniejszy... do widzenia doktorze.
I nie czekając na odpowiedź, szybko oddalił się w kierunku ulicy Montorgueil, a idąc, ciągnął dalej swój monolog.
— Jakim sposobem, mruczał, dotrzeć aż do tego ciekawego jegomościa w złotych okularach!.. A nikomu nie mogę zwierzyć się z mego niepokoju. Ale co tam... gdy jest trzy osobistości na odmianę, zawsze jedna da się uratować...
Przerwał mu Beaumarchef, zastępując drogę właśnie w chwili, gdy wchodził w bramę domu zacnego stręczyciela.
— Czekałem na pana, rzekł były podoficer. Wystaw sobie pan, że tam na górze jest markiz Croisenois i dokucza mi niezmiernie. Przyszedł, by się rozmówić z pryncypałem; powiedziałem mu, by się pofatygował nieco później; ale markiz rozsiadł się, powiedział, że będzie czekać i nie mogę się go pozbyć.
Okoliczność ta, zdawało się, iż była bardzo nie na rękę ojcu Tantaine.
— Powróć, powiedział oficjaliście, i poproś, by ten groszowy markiz był nieco cierpliwy; pryncypał za chwilę przybędzie.
Potem, zapewniwszy się, że Beaumarchef nie widzi go, przebiegł szybko pasażem Reine de Hongrie i znikł u wejścia do domu bankiera Martin-Rigal.
— Niech tam sobie, mruknął, Beaumarchef myśli co chce!.. Za piętnaście dni będzie daleko!..
Niesłusznie podejrzywał Beaumarchefa. Były podoficer trzymał się tylko rozkazu. Powiedziano mu: wracaj — i wrócił. Powiedziano mu, by wezwał markiza Croisenois do cierpliwości — i czynił to, wysilając całą swoją wymowę.
Ale najwymowniejsze dowody nie zdołały rozbroić markiza, który był zdania, że takie wyczekiwanie w biurze stręczeń ubliżało jego godności.
Sacrebleu!.. wykrzykiwał, nie powinnoby się zapominać o danem przyrzeczeniu...
Zatrzymał się. Drzwi przybytku ajencji otworzyły się, a w nich ukazał się Mascarot we własnej swojej osobie.
— Nie ja to jestem nieakuratny, panie markizie, rzekł stręczyciel. Akuratność polega nie na tem, by przyjść przed czasem, ale by stawić się na czas umówiony. Chciej pan spojrzeć na swój zegarek i pofatygować się za mną...
Markiz, tak impertynencki z Beaumarchefem, zdrobniał bardzo usiadłszy w fotelu szanownego stręczyciela Nie śmiał nawet zacząć mówić i tylko niespokojnem okiem śledził ruchy Mascarota, który, jak się zdawało, szukał czegoś pomiędzy kupą zadrukowanych papierów, zawalających całe biórko.
Gdy znalazł to co chciał, zaczął tak:
— Zawezwałem pana markiza w sprawie tego ważnego przedsiębiorstwa przemysłowego, które, według naszej umowy, pan masz rozpocząć.
— Tak jest, wiem... musimy pomówić, porozumieć się, wystudjować tę kwestje... Nic jeszcze nie postanowiono, prawda?... trzeba rozpatrzeć, zbadać grunt...
Szanowny stręczyciel pozwolił sobie gwizdnąć z cicha wcale impertynencko.
— Jak widzę, kochany panie, odpowiedział, pan masz mię za człowieka, który gotów jest czekać dopóki panu nie przyjdzie fantazja... Pozbądź się pan tego błędu. Kiedy ja się zajmę interesem, to on idzie. Podczas gdyś pan się bawił, ja pracowałem za niego z moim przyjacielem Catenac’iem. Już wszystko gotowe...
— Jakto, wszystko?
— A tak! Bióra pańskie są wynajęte przy ulicy Vivienne; statuta pańskie są złożone u notarjusza; członkowie rady pańskiej są wybrani; wczoraj przyniesiono mi z drukarni akcje, prospekta, cyrkularze, afisze; podpisałeś pan umowę o ogłoszeniach... jutro zaczniemy ogłaszać w gazetach.
— Ale to nie podobna, to.
— Lepiej przeczytaj pan, przerwał mu Mascarot, podając arkusz papieru; przeczytaj pan, a przekonasz się.
Croisenois, zdumiony, wziął papier i począł czytać głośno:

KOPALNIE MIEDZI W TIFLA.
(w Algerji).

Towarzystwo komandytowe na akcjach.
MARKIZ CROISENOIS i Sp.
Kapitał Cztery miljony franków.

Towarzystwo kopalni Tifla nie zgłasza się do zuchwałych spekulantów, którzy ubiegają się za lokacjami ryzykownemi w nadziei wielkich zysków. Nasi akcjonarjusze nie powinni liczyć na procenta wyższe nad sześć do siedmiu od sta...
— No i cóż?... zapytał stręczyciel, co pan powiesz o tem wystąpieniu?
Markiz nic nie odpowiedział, ale czytał dalej po cichu cyrkularz.
— Wszystko to, mruczał, wydaje się prawdziwem, najzupełniej prawdziwem, rzeczywistem!..
Połechtało to przyjemnie miłość własną Mascarota, chociaż nie okazał tego po sobie.
— Robi się co można, odrzekł skromnie. Muszę wynaleźć dobry pretekst dla ludzi, których zamierzam „wyzyskiwać“; wybrałem jaki mi się zdawał najlepszym...
Croisencis doznawał straszliwego wzruszenia. Był on z tych ludzi, którzy, zmuszeni żyć z dnia na dzień rozmaitemi obrotami i wybiegami, bez troski i wahania zobowiązują się na przyszłość, jak gdyby mieli nadzieję, że między chwilą w której przyrzekają, a tą w której trzeba będzie dotrzymać przyrzeczenia, wydarzy się coś niespodziewanego a szczęśliwego, co ich wybawi.. naprzykład spadek jaki, trzęsienie ziemi.
Doprowadzony do sytuacji bez wyjścia, próbował bronić się.
— Pretekst jest tak doskonały, powiedział, że prospekt ten ściągnie nam niezawodnie akcjonarjuszów poważnych. Co zrobimy z ich pieniędzmi?
— Nie przyjmiemy ich. O! Catenac jest zuch! umie on obchodzić się z paragrafami. Przeczytaj pan swoje statuta. Artykuł 50. mówi wyraźnie, że akcje są nominalne, i że pan zastrzegasz sobie prawo przyjmować, lub odrzucać podpisy, według upodobania.
Markiz zajrzał do owych sławnych statutów. Artykuł taki znajdował się w nich rzeczywiście.
— Dobrze, powiedział; ale to nie wszystko. Co zrobimy, gdy jeden z tych nieszczęśliwych, któremu pan narzucisz pewną liczbę akcyj, sprzeda je pozornie lub rzeczywiście komu trzeciemu i zechce nas procesować przez tego trzeciego?...
Poważny Mascarot uśmiechnął się.
— Artykuł 21, odrzekł, przewidział manewr tego rodzaju; słuchaj pan:
„Rejestr transfertów złożony będzie w siedzibie towarzystwa. Transfert wtedy tylko będzie miał wartość, gdy zostanie zatwierdzony przez dyrekcję i zapisany w rejestrze transfertów.“
— A jakie się skończy ta komedja?
Bardzo naturalnie. Pewnego pięknego poranku ogłosisz pan, że przedsiębiorstwo pochłonęło dwie trzecie kapitału, że podajesz się do likwidacji według brzmienia artykułu 47... W sześć miesięcy potem uwiadamiasz pan, że z likwidacji okazało się: zero franków, zero centymów, umywasz pan ręce i wszystko skończone.
Pobity na wszystkich punktach markiz Croisenois uciekł się do ostatecznego argumentu.
— Jeżeli w tej chwili, powiedział, rzucę się do przemysłu, to czy okoliczność ta nie zwiększy w panu Mussidan wstrętu do oddania mi ręki córki?... Gdybym się już ożenił, to co innego...
Suchy, drwiący uśmiech szanownego stręczyciela przerwał słowa markiza.
— Gdy się pan ożenisz, odpowiedział, gdy otrzymasz posag panny Sabiny, wtedy ukłonisz się nam i zemkniesz. Tak pan sobie to układasz, kochany panie. Dzieciństwo. Wierz mi pan, że i potem tak go będę miał w ręku jak i dziś.
Jasnem było, że dalszy opór byłby szaleństwem.
— Więc niech pan ogłosi w gazetach, powiedział markiz.
Mascarot podał mu rękę.
— Tak, to co innego, zawołał. Pierwsze ogłoszenia ukażą się jutro w dziennikach porannych. Za to pojutrze popołudniu zostaniesz pan oficjalnie przyjęty w pałacu hrabiów Mussidan. Śmiało przedstawiaj się pan i staraj spodobać pannie Sabinie.....

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gdy Martin-Rigal wyszedł tego wieczora ze swego bióra, córka jego była z nim nierównie czulszą niż zwykle.
— Jakże cię kocham, drogi ojcze, rzekła całując go, jakiś ty dobry!...
Na nieszczęście bankier był tak zajęty, iż nie miał czasu zapytać Flawii, zkąd się jej raptem zebrało na taką czułość.


XXX.

Andrzejowi zagrażało nieszczęście ogromne, nieuniknione prawie... jednak nie przekraczające granic jego przewidywań.
Śmiały artysta nie łudził się. Niezmierna donośność partji, w grze będącej, dawała mu miarę zuchwalstwa jego nieprzyjaciół.
Sam jeden stanowił on zawadę ich zamiarom; sam tylko stawał pomiędzy nimi a celem; jasnem zatem było, że uznają wszystkie środki za dobre, byle tylko pozbyć się go, że nie cofną się nawet przed zbrodnia.
Wszystkie kroki jego były śledzone, przekonał się o tem; wszędzie wlokła się za nim eskorta szpiegów; w jakim celu? w tym tylko, by podpatrzyć dobrą sposobność.
Ale taka perspektywa, taka pewność zasadzki nie była w stanie powstrzymać go. A jeżeli myślał o tem, by się mieć na baczności, to dla tego, że mówił sobie:
— Jeżeli zginę. Sabina jest zgubiona.
Gdyby był sam, szukałby niebezpieczeństwa, wywołałby je, umiałby znaleźć środek zmuszenia swych nieprzyjaciół, by się zdemaskowali, wystąpili.
Dla Sabiny zdecydował się na ostrożności, wcale niezgodne z jego charakterem. Niech tylko nastąpi jaki wybuch — Sabina zginie.
Wiedział dobrze, iż najdzie posiłki w prefekturze policji; ale znaczyłoby to tyle, co narażać na skompromitowanie rodzinę Mussidan.
Pewnym był, że z czasem i przy cierpliwości dojdzie do podchwycenia tajemnicy niegodziwych łotrów; czuł w sobie cierpliwość do przeniesienia po jednym ziarnku piasku całej góry — ale brakło mu czasu.
Minuty, oddzielające Sabinę od chwili okropnego i bezpowrotnego poświęcenia, były policzone; zdawało mu się, że jego życie upływa jak woda, wraz z godzinami...
Wstawszy równo z dniem, Andrzej usiadł przy swym roboczym stole i wsparłszy czoło na ręku, rozmyślał.
Jeden po drugim rozbierał wypadki dnia ubiegłego, usiłując zestawić je, uporządkować, jak dziecię, które kolejno przykłada jedną do drugiej rozrzucone części łamigłówki.
Szukał możebnego związku między niemi, wspólnego interesu wszystkich tych ludzi, którym przypatrzył się.
Ludzie ci byli: Verminet, Van-Klopen, Mascarot, Hortebize, Martin-Rigal...
Poddając najściślejszemurozbiorowi wszystkie wypadki dni ostatnich, młody malarz doszedł do Gastona Gandelu.
— Czy nie dziwnem to jest, mówił sam do siebie, że nędzny ten chłopiec stał się ofiarą szkaradnej machinacji, uknutej przez nędzników, którzy na nas się zawzięli, przez Vermineta, przez Van Klopena; czy nie powinno to zastanawiać?
Zadrżał i zatrzymał się nagle.
Myśl zupełnie nowa zabłysła mu w głowie, myśl bezkształtna, nieokreślona, niedokładna, zaledwie migocąca; ale myśl płodna w nadzieję wyzwolenia się.
Niewyjaśnione jakieś przeczucie mówiło mu, że zguba młodego Gastona była w związku ze zgubą jego i Sabiny, że uwikłani byli w sieć jednej i tej samej intrygi, że mądrze obmyślana szacherka ze sfałszowanemi biletami była manewrem zależnym od planu ogólnego...
Jak się to stało, jakim sposobem Gaston i on byli razem zawikłani, — tego Andrzej nie mógł sobie wytłumaczyć, ale gotów był poprzysiądz, że tak jest, miał bez względne przeświadczenie tego.
Kto zdenuncjował młodego Gastona przed ojcem? Catenac. Kto doradził podanie prokuratorowi skargi na Różę-Zorę? Tenże Catenac. Owóż ten Catenac, adwokat pana Gandelu, był także pełnomocnikiem Vermineta i markiza Croisenois... Czy nie działał on z ich natchnienia?...
Wszystko to było wprawdzie niejasne, zamącone, ciemne; pomiędzy każdem z tych dziwnych przypuszczeń istniały luki, pozornie nie mogące być zapełnionemi; jednak Andrzej postanowił, że rozpocznie dalsze poszukiwania w tym kierunku...
Wziął ołówek i zamierzał nakreślić sobie plan metodyczny, gdy wtem zapukano dyskretnie do drzwi.
Andrzej machinalnie spojrzał na zegar; nie było jeszcze dziewiątej.
— Proszę... powiedział wstając.
Drzwi otworzyły się, a wrażenie jakiego doznał młody malarz, było tak gwałtowne, tak niespodziane, że zachwiał się i zmuszony był oprzeć się o stalugę.
Porannym tym gościem był — ojciec Sabiny, hrabia Mussidan. Da razy w życiu widział go Andrzej, ale tego dość było, by go niezapomnieć na zawsze.
Hrabia także był wzruszony. Po długiej bezsennej i niespokojnej nocy, po najokrutniejszej walce wewnętrznej, zdecydował się on dopiero na krok swój obecny. Ale miał czas przygotować się.
— Darujesz mi pan, tak zaczął, że przychodzę o takiej porze, ale bardzo mi szło o to, by się widzieć z panem.
Andrzej ukłonił się. W dwóch sekundach tysiące najrozmaitszych przypuszczeń opanowało jhgo umysł. Jak się to stało, że brabia Mussidan przyszedł do niego? w jakim celu?.. Czy był to przyjaciel, czy nieprzyjaciel? Czy przychodził z własnej woli, czy też był przysłany? kto mu dał adres?
— Jestem wielkim miłośnikiem malarstwa, mówił dalej hrabia, a jeden z moich przyjaciół, człowiek gustu wytrawnego, z uniesieniem mówił mi o talencie pana. Niech to panu wytłumaczy mój krok; ciekawość mię sprowadza, chciałbym widzieć...
Koniec frazesu jakoś nie nastąpił; p. Mussidan urwał go i powiedział:
— Jestem markiz Bivron.
A zatem p. Mussidan sądził, że nie jest znany, miał nadzieję ukryć swoją osobistość. Była to już wskazówka.
— Bardzo mi pochlebia wizyta pana markiza, odrzekł Andrzej; na nieszczęście nie mam w tej chwili nic wykończonego; mam tylko studja i kilka szkiców... Jeżeli pan chcesz zobaczyć...
Hrabia nie kazał sobie powtarzać wezwania. Okropnie był zakłopotany własną swoją osobą i czuł, jak się rumieni pod śmiałem i otwartem spojrzeniem młodego malarza. A tu, jak na dobitek, zaraz gdy wszedł, dostrzegł w rogu pokoju ów tajemniczy obraz osłonięty, o którym mówił mu słodki Tantaine.
Począł więc przechadzać się po pracowni, pozornie przypatrując się z największą uwagą malowidłom, rozwieszonym na ścianach, a rzeczywiście wysilając się niezmiernie, aby zachować zimną krew i ukryć okropną boleść rozdzierającą mu duszę.
— A więc, myślał, nędznicy nie skłamali... ta perkalowa firanka osłania portret mojej córki!.. A więc ten człowiek jest kochankiem Sabiny!... Ona tu przychodziła... godziny przepędzała.... a ja niczego nie domyślałem się... Niestety! kto temu winien?... Czy mam prawo robić jej jakie wyrzuty?... Biedne dziecię!... Już tak dawno matka jej wyrzekła się domowego pożycia... ja także uciekałem z domu... pozostawała sama, pozbawiona pieszczot, rad, współczucia... Słuchała głosu swego serca i oddała się temu, kto przyrzekł jej pieszczoty, jakich odmówili jej rodzice.
Zawsze jednak hrabia zmuszony był wyznać sam przed sobą, że Sabina, o ile mu się zdawało, nie zrobiła wyboru niegodnego. Od pierwszego spojrzenia zastanowiła go pełna szlachetności postawa młodego artysty, jego męska piękność, energiczny wyraz twarzy.
— Niestety!... pomyślał, ona kocha go niezawodnie; a jednak, jak tylko dowiedziała się o naszem niebezpieczeństwie, poświęciła się bez wahania... tak jest, ona go kocha, gdyż chociaż miała odwagę wyrzec się, to omal że nie umarła od tego...
Ze swojej strony Andrzej, przyszedłszy do siebie, rozmyślał nad tem, jak się ma zachować.
— A!... pomyślał, pan hrabia przybywa do mnie pod zmyślonem nazwiskiem; niech i tak będzie, szanuję to incognito, ale będę z niego korzystał, by się dowiedział o całej prawdzie... powiem mu to, czego może przy innych warunkach nie śmiałbym nigdy wypowiedzieć....
Chociaż zajęty tak ważnemi sprawami, Andrzej mimo to pilnie przypatrywał się swemu gościowi i rychło zauważył, że wzrok hrabiego Mussidan ciągle zwraca się ukradkiem ku zasłoniętemu malowidłu.
— Zapewne, pomyślał, mówiono mu o tym portrecie i dla tego to przyszedł tu... Ale kto mógł mówić?... Nasi nieprzyjaciele. A zatem musiano oszkalować Sabinę...
Tymczasem hrabia Mussidan obejrzał wszystkie szkice i miał czas zebrać całą swoją energię. Zwrócił się do Andrzeja i powiedział:
— Szczerze winszuję panu; pochwały mego przyjaciela, które poczytywałem za przesadzone, nie dorównały jeszcze talentowi pana. W każdym razie bardzo żałuję, że pan nie masz nic ostatecznie wykończonego, bo wszak nie ma nic?...
— Nic, panie.
Hrabia powiódł wzrokiem dokoła i drżącym głosem zapytał:
— A ten obraz, którego pyszne ramy wystają z za perkalowej zasłony?
Młody malarz mocno poczerwieniał, chociaż był przygotowany na to pytanie.
— Obraz ten, odrzekł, jest zupełnie wykończony, tylko nie pokazuję go nikomu.
Usłyszawszy to hrabia Mussidan nie mógł już wątpić, że stary pisarz od komornika powiedział mu prawdę.
— Domyślam się, powiedział, to portret kobiety.
— Tak jest, panie.
Położenie było szczególne: oba byli mocno zmieszani; oba odwrócili się jednocześnie, by ukryć to pomięszanie.
Ale hrabia postanowił sobie dojść do końca.
— To rzecz bardzo prosta, powiedział z wymuszonym uśmiechem, kochamy się... Wszyscy wielcy malarze unieśmiertelnili piękność swych metres...
Oczy Andrzeja zabłyszczały.
— Stój pan! zawołał, pan się mylisz!... Jestto portret najczystszej i najniewinniejszej ze wszystkich kobiet. Ja ją kocham; przestać kochać ją byłoby dla mnie tak niemożebnem, jak niemożebnem byłoby jedyną siłą woli powstrzymać krążenie mojej krwi... ale szanuję ją jeszcze więcej. Ona!... moją metresą!... wielki Boże!... Pogardzał bym sobą, jak ostatnim z nędzników, gdybym raz nadużywszy jej świętego zaufania, szepnął jej do ucha słowo, jedno słowo, któregoby nie śmiała powtórzyć swej matce!
Przez całe swe życie hrabia Mussidan nie doznał bardziej błogiego wrażenia. Andrzej mówił prawdę, czuł to w jego głosie... i chciało mu się uścisnąć mu rękę, rzucić się na szyję.
— Darujesz mi pan, odrzekł; ale portret, w pracowni, każe przypuszczać, że przychodził tu model.
— Przychodziła tu, panie, sama, bez wiedzy rodziców, kryjąc się jakby co złego robiła, narażając swój honor, reputacje, życie... składając mi tym sposobem największy dowód swego... współczucia.
Smutno zwiesił głowę i mówił dalej:
— Niestety... być może, iż źle zrobiłem przyjmując tak szczytne poświęcenie... a nie tylko przyjąłem je!... błagałem o nie na kolanach ze złożonemi jak do modlitwy rękami!... Bo jakże mógłbym inaczej widywać ją, mówić do niej, słyszeć dźwięk jej głosu? Kochamy się; ale rozdziela nas tyle przesądów, tyle konwencjonalności, że między nami leży przepaść, trudniejsza do przebycia aniżeli Ocean. Ona jest z wielkiego bardzo domu, na nieszczęście bardzo bogata, bardzo dumna, a tymczasem ja...
Tu przerwał sobie. Czekał, spodziewał się odpowiedzi, jednego wyrazu zachęty, lub nagany...
Hrabia zachowywał milczenie. Andrzej więc mówił dalej, z pewnem roznamiętnieniem, ale bez goryczy:
— Wiesz pan kto jestem? Jestem biedny podrzutek, potajemnie wrzucony do żłobka może przez jaką nieszczęśliwą uwiedzioną dziewczynę... Pewnego poranku, mając dwanaście lat, umknąłem z zakładu w Vendome z dwudziestu frankami w kieszeni i przybyłem do Paryża. Od tego czasu walczę... Oto już dziesięć lat mija, jak zrana budzę się z wolą gorętszą aniżeli wczoraj. I czy daleko zaszedłem?... Pan widzisz tylko świetną stronę mego istnienia. Tu jestem artystą; w każdem innem miejscu rzemieślnikiem. Tak jest. Patrz pan na moje ręce — i pokazał je — są one grube, spracowane, bo stwardniały od dłuta i młota. Sądzę, że mam talent; mam nadzieję, że mógłbym dojść do czegoś; ale trzeba było pracować by żyć... Otóż, panie, rzemieślnik żywił artystę, opłacał za niego lekcje, kupował mu farby, pędzle, płótno...
Jeżeli p. Mussidan milczał, to dlatego jedynie, iż nie mógł powstrzymać się, by nie uwielbiać tego pięknego charakteru, który sam mu się odkrywał, a nie chciał zdradzić się.
— Wszystko to, zaczął znowu Andrzej, ona wie, a pomimo to kocha mię. Ma we mnie ufność. Gdy rozpaczam, ona mi mówi: odwagi! O! ma słuszność, jeżeli cierpliwość i wola nadaje geniusz. Tu, na tem miejscu poprzysięgła mi, że nigdy nie będzie żoną innego — i wierzę temu przyrzeczeniu. Nie dalej jak przed miesiącem jeden z najświetniejszych młodych ludzi Paryża starał się o jej rękę... opowiedziała mu nasze dzieje i on cofnął się wspaniałomyślnie, a dziś jest moim najszczerszym przyjacielem...
Tu urwał, gdyż wzruszenie głos mu tłumiło; przemawiał w sprawie własnego szczęścia i niespokojność jego była wielką.
— A teraz, panie, zaczął znowu po chwili, czy chcesz pan widzieć portret tej dziewczyny?
— Tak jest, odrzekł hrabia, będę panu wdzięczny za tę oznakę zaufania.
Andrzej podszedł do ramy i już dotknął firanki. Ale wnet zmienił zamiar, zwrócił się ku hrabiemu zawołał:
— Nie!... nie!... przedłużać tę komedję byłoby niegodnem mnie.
Hrabia Mussidan zbladł. Słowa te mogły mieć straszliwe znaczenie.
— Co pan chcesz tem powiedzieć? wybełkotał.
— To, że znam pana, że wiem, iż mówię do hrabiego Mussidan, a nie do markiza Bivron. Nie odsłonię tego obrazu, nie uprzedziwszy pana, nie powiedziawszy mu...
Uprzejmym ruchem hrabia nie dał mu skończyć.
— Wiem, odrzekł, że zobaczę portret Sabiny, odsłon go pan, proszę.
Młody malarz był posłuszny. Przez chwilę hrabia Mussidan stał zachwycony przed tym utworem, w samej rzeczy znakomitym.
— Tak, to ona, szepnął, to jej uśmiech, wyraz oczu... jakież to piękne!
Te kilka wyrazów wymówił cicho; potem poszedł powoli i usiadłszy na krześle młodego artysty, zdawał się zatopionym w myślach.
Nieszczęście, to mistrz surowy. Na kilka tygodni przedtem hrabia zaśmiałby się i ruszył ramionami, gdyby mu kto proponował, by oddał ręce swej córki temu nieznanemu malarzowi. Wtedy myślał o panu Breulh-Faverlay.
Teraz przyjąłby jak wielką łaskę nieba, gdyby miał możność wybrania dla Sabiny Andrzeja. Bo myślał o markizie Croisenois.
Na wspomnienie tego przeklętego nazwiska hrabia zadrżał.
Jeżeli Andrzej czuje się tak pewnym siebie, pomyślał, to zapewne nie znane mu są ostatnie wypadki.
Zapytał go i wyszedł z błędu.
Pewny wygranej, młody malarz ośmielił się wyjawić hrabiemu Mussidan wszystko, co wiedział, jak i przez kogo dowiedział się. Opowiedział o chętnych usługach pana Breulh-Faverlay, o tem, jaką rolę przyjęła na siebie pani Bois-d’Ardon; nakoniec o swych przypuszczeniach, krokach, poszukiwaniach, przeczuciu powodzenia, projektach, nadziejach...
Mówił z nadzwyczajnem ożywieniem; energii a jego ujawniała się, uniesienie nadawało wzrokowi wyraz szczytny, a ogniste słowa jego ożywiały w panu Mussidan gasnącą już nadzieję.
— Tak jest, mówił, odniesiemy tryumf, czuję to, słyszę w sobie głos, który mię zapewnia!
Długo jeszcze zastanawiali się nad sytuacją, a wynikiem ich roztrząsań było, iż potrzeba podwoić ostrożność, taić się, nie mówić nic Sabinie i nie wzbudzać podejrzeń w markizie Croisenois.
Przedewszystkiem nie powinni wcale widywać się, i starannie ukrywać serdeczne swe porozumienie.
Jedynasta godzina wybiła, gdy pan Mussidan wstał by odejść.
Zatrzymawszy się chwil kilka przed portretem Sabiny, zwrócił się ku młodemu malarzowi i wziąwszy go za rękę, rzekł wzruszonym głosem:
— Panie Andrzeju masz pan moje słowo! Jeżeli uda się nam wyzwolić od nędzników, przykładających nam nóż do gardła... Sabina będzie twoją żoną...


XXXI.

Po tem przyrzeczeniu, które, zważywszy na okoliczności, w jakich było dane, miało cechę bardzo uroczystą, pan Mussidan wyszedł, a Andrzej rzucił się na szeroką sofę w pracowni.
Mężny ten artysta, tak silny w przeciwnościach, upadał pod nadmiarem szczęścia. Wobec hrabiego mógł on, dzięki nadludzkim wysileniom, panować nad strasznem swem wzruszeniem, pozostawać spokojnym, gdy wszystko w nim się burzyło, okazywać się zimnym, podczas gdy mu głowa pałała i w sercu kipiało.
Gdy sam pozostał, oddał się bez fałszywego wstydu uniesieniom namiętności.
— Ona będzie moją!... zawołał jakby w szale, Sabina będzie moją!...
Ale ten paroksyzm zachwytu i optymizmu trwał nie długo.
Złudzenie rozwiało się, ustępując miejsca żywemu poczuciu rzeczywistości.
Tak jest, Sabina będzie jego... ale gdy potrafi zdobyć ją sobie. Między nim a nią stał Croisenois ze swymi wspólnikami. Czuł Andrzej w sobie siłę do zmierzenia się z nimi, ale trzeba było dotrzeć do nich i zwalczyć.
— Do roboty... zawołał wstając, do roboty!...
Ale zatrzymał się i nadstawił uszu.
Usłyszał na schodach wybuchy niepomiarkowanego śmiechu. Ponad tym śmiechem, śmiechem kobiecym, panował piskliwy głos męzki, zdający się gderać.
Andrzej nie miał czasu zmiarkować coby to być mogło, gdy drzwi jego z trzaskiem otworzyły się i do pracowni wpadła cała lawina jedwabiu, aksamitu i koronek.
W lawinie tej młody malarz dopatrzył, nie bez zdziwienia, piękną Różę-Zorę Chantemille.
Za nią szedł młody Gaston, który odezwał się w te słowa:
— To my... we własnych i naturalnych osobach. Co? prawda, że to przedziwne. Czyś pan czekał na nas?...
— Przyznam się, że wcale nie.
— To niespodzianka papy. Biedny człowiek! Słowo honoru, że upiększę jego starość!... Dziś rano wszedł do mego pokoju i powiedział: „Poczyniłem wczoraj wszystkie kroki, aby osoba, którą uwielbiasz, została wypuszczoną na wolność. Biegaj więc po nią“. Co>... prawda, że to pięknie? Biegnę, zabieram Zorę i oto jesteśmy.
Andrzej słuchał tego wszystkiego z roztargnieniem. Przypatrywał się on Róży, która obiegała pracownię wydając najrozmaitsze wykrzykniki. Dobiegła do portretu Sabiny i chciała już odsunąć firankę; ale Andrzej niedopuścił do tego, mówiąc:
— Za pozwoleniem!.. ten obraz musi wyschnąć...
A ponieważ portret stał na ruchomej staludze, wsunął go do swego pokoju.
— Teraz, zaczął p. Gandelu syn, idzie o to, by należycie uczcić wyzwolenie; przychodzę prosić pana na śniadanie.
— Dziękuję za zaprosiny, ale mam robotę...
— A, to mi się podoba!.. wszak pan wiesz, że zemną tak się nie robi!.. prędko! ubieraj się pan!
— Doprawdy, że wyjść nie mogę.
Młody Gaston pomyślał z dziesięć minut, potem uderzywszy się w czoło zawołał:
— Nie chcesz pan iść na śniadanie?.. dobrze!.. to śniadanie przyjdzie do pana!.. A wyborna myśl!.. idę, by je zamówić.
Andrzej wybiegł za nim na schody, wołał, krzyczał, ale na próżno. Powrócił mocno niezadowolony.
Niezadowolenie to Róża dostrzegła.
— Oto jaki on jest, rzekła, ruszając ramionami. I myśli, że bardzo ponętny!.. Ot głupi gagatek!...
Ton młodej kobiety zdradzał tak wielką pogardę dla p. Gandelu syna, że młody malarz spojrzał na nią ze zdumieniem.
— Dziwi pana, że to mówię? ciągnęła dalej Róża. Zaraz widać, że pan go nie znasz. Cóż to za cymbał!.. I wszyscy jego znajomi do niego podobni. Mdłości porwałyby pana, gdybyś ich słuchał godzinę. Patrz pan! na samo przypomnienie wieczorów, które z nimi spędziłam — ja poziewam.
Rzeczywiście ziewnęła, potem dodała z westchnieniem.
— Gdyby przynajmniej kochał mnie!..
— On!.. ale on panią ubóstwia, odrzekł Andrzej, który niemógł nic wyznać przed sobą, że Róża zdrowy sąd miała; on mało nie oszalał, gdyś pani była... tam...
Zora-Róża zrobiła poruszenie, którego pozazdrościłby sam Toto-Chupin.
— I pan temu wierzysz!.. zawołała. Gaston szalejący za kobietą!.. Zanadto on głupi na to. Wiesz pan, co on we mnie kocha?.. Suknie, które mi każe robić i brylanty, które kupuje. Gdy przechodzący spoglądają na mnie i mówią: „Do kroćset!.. jaki szyk!..“ ten głupiec podnosi się na piętach i odpowiada z tryumfem: „O tak!.. co do szyku — to mamy szyk!..“ Gdybym miała na sobie perkalikowy szlafroczek, nie spojrzałby nawet na mnie, a jednak... warta jestem tego.
Rzeczywiście, powietrze więzienia Świętego Łazarza wcale nie zaszkodziło Róży. Bezwstydna jej piękność nigdy nie jaśniała takim blaskiem; cała osoba promieniała młodością, życiem, namiętnością, zuchwalstwem...
— Gagatek, mówiła dalej, elegancik, zdrobniały rozpustnik!.. Moje imię, Róża, drapało mu jego obrzydliwą gębę i przezwał mię Zorą... psiem nazwiskiem. I myśli, że go nie wywiodę w pole!.. Zobaczymy. Ma pieniądze ale drwię ja sobie z pieniędzy. Mój mały Paweł nie miał grosza przy duszy, a jednak kochałam go. Boże!.. jakże to nieraz chychotaliśmy!.. Z nim nie zawsze miałam co jeść, byłam bardzo nieszczęśliwa... ale zawsze były to dobre czasy.
— Dlaczegoż opuściłaś pani tego biednego Pawła?
— A powiedz mi pan, dlaczego jest aksamit po 45 franków metr? Chciałam wiedzieć, jakie to sprawia wrażenie, gdy się włoży na ramiona kaszmir indyjski... i pewnego pięknego poranku drapnęłam. Ale kto wie?.. Może Paweł mnie opuściłby!.. Był ktoś taki, co starał się nas rozdzielić: nasz sąsiad z Hotelu Peruwiańskiego, przy ulicy Hachette, stara małpa nazwiskiem ojciec Tantaine, pisarz od komornika...
Usłyszawszy to nazwisko, Andrzej literalnie tylko co nie upadł nawznak. Tantsine.... stary.... pisarz od komornika... to ten sam!...
Pomimo, że doznał bardzo żywego wrażenia, zdołał jednak ukryć je.
— Ba... powiedział tonem obojętnym, jakiż interes mógł mieć ten człeczyna w tem, by was rozdzielać?...
— Nie wiem, odrzekła Róża, nagle spoważniawszy, ale niezawodnie musiał mieć jakiś. Nie daje się tak za nic biletów bankowych; a widziałam, jak Tantaine dawał Pawłowi bilet pięćsetfrankowy. Więcej jeszcze! przyrzekł, że da mu możność zarobienia grubych pieniędzy, za pośrednictwem jednego ze swoich przyjaciół, stręczyciela, niejakiego Mascarota...
Na ten raz Andrzej był już przygotowany. Przeczuwał, że będzie mowa o szanownym stręczycielu.
Ale umysł jego przerażał się rozmiarami, jakie przybierała intryga, która miał udaremnić Nie wątpił bowiem, że wszystkie manewra, jakie wykrywał kolejno, zmierzały ku jednemu celowi.
W tej chwili Andrzej przypomniał sobie i wizycie, jaką mu oddał Paweł pewnego dnia, pod pozorem zwrócenia dwudziestu franków i o szczególnej minie, jaką miał wówczas. Przypomniał sobie, że Paweł chwalił się, że zarabia po tysiąc franków miesięcznie, ale nie umiał powiedzieć ani gdzie, ani też jakim sposobem.
— Może Paweł zapomniał o mnie, zaczęła znowu Róża, obawiam się tego. Raz spotkałam go u Van-Klopena i nic mi nie powiedział. Prawda, że był z tym Mascarotem. Ale mniejsza o to! postanowiłam wyszukać go i prosić o przebaczenie... on mi przebaczy...
Ze wszystkiego tego jasny wypływał wynik.
Paweł był protegowany przez stowarzyszenie... a zatem był mu przydatny, służył mu. Róża była prześladowana, a więc zawadzała.
Tak myślał Andrzej.
— A nawet, dodał w duchu, jeżeli Catenac sprawił, że Różę uwięziono, to dla tego, że nędznicy mają jakiś powód do obawiania się jej. Jeżeli starali się, by znikła, to dla tego, że sama jej obecność może im połamać szyki...
Ale nie miał czasu na dalsze wywody. Piskliwy głos p. Gandelu syna dał się słyszeć na korytarzu, a wkrótce ukazał się i on sam, wołając:
— Miejsce dla festynu!... niech się uczta zaczyna!...
Dwóch garsonów z restauracji szło za Gastonem, niosąc ogromne kosze, pełne prowizji.
W każdym innym razie, Andrzej wściekałby się na taką inwazję wiktuałów, taką perspektywę śniadania, które potrwa przynajmniej dwie godziny i wszystko mu poprzewraca w pracowni.
Ale w tej chwili błogosławił natchnienie pana Gandelu syna znajdował go pięknym, miłym, dowcipnym i z najpiękniejszą w świecie gracją, przy pomocy Zory-Róży uprzątnął wielki stół, by na nim zastawić jadło.
Tylko Gaston nie robił nic — perorował.
— O, moi drodzy, mówił, spieszcie się!.. opowiem wam coś ciekawego!... Wystawcie sobie, że markiz Croisenois, Henryk, jeden z moich najbliższych przyjaciół, założył stowarzyszenie przemysłowe.
Andrzej omal nie opuścił karafki, którą trzymał.
— Kto to panu powiedział? zapytał żywo.
— Be... ogromny afisz żółty, który oznajmia to wszystkim przechodzącym: Kopalnie w Tifla, towarzystwo komandytowe! Nie! zachoruję!... Kapitał cztery miljony! Nieźle, markizie?... A chleb?...
Twarz młodego malarza zdradzała tak ogromne zdumienie, że pan Gandelu syn wybuchnął śmiechem.
— Prawda, że to komiczne?... zawołał. Gdym stał przed tym djabelskim afiszem z otwartą gobą, ktoś mógłby powiedzieć, że czekam na omnibus. Croisenois dyrektorem kompanii?... O! zapłaci mi on za to! Gdybym przeczytał w dzienniku, że pan obrany zostałeś papieżem, nie zdumiałbym się wiecej. Kopalnie Tifla!... a dajże mi pokój... Tifla... Ale zinami tak się nie robi, o! nie!... Akcje po pięćset franków. To na pół darmo, słowo honoru!... ale nie mam przy sobie pieniędzy!... przyjdź pan później!...
Tymczasem śniadanie zostało zastawione, garsoni restauracyjni oddalili się. Gaston najpiskliwszym swym głosem zawołał:
— Do stołu!... do stołu!...
Ale niestety owo śniadanie, które zaczęło się najweselej w świecie, miało się źle zakończyć.
P. Gandelu syn, niemając dość mocnej głowy, pił pomimo to nad miarę. Wkrótce gdy wyziewy wina w ciasnej jego mózgownicy pomieszały się z wyziewami próżności, znikła i ta odrobina zdrowego rozsądku jaką posiadał. Począł robić Róży gorzkie wyrzuty, nie pojmując, jak twierdził, jakim sposobem człowiek taki jak on, poważny i przeznaczony do odegrania z czasem wielkiej roli w społeczności, mógł dać się uwieść takiej kobiecie.
Wprawdzie Gaston posiadał niezły zapas rozmaitych wyrazów niezbyt potoczystych, ale Róża pod tym względem była jeszcze zamożniejszą od niego. Atakowano ją, broniła się tak energicznie, i pan Gandelu syn, czując się pobitym, zerwał się, schwycił kapelusz i wyszedł, oświadczając, że nigdy już nie zobaczy się z Zorą, że pozostawia jej z dobrego serca wszystko, co otrzymała z jego wspaniałomyślności: ruchomości i stroje; że będzie bardzo szczęśliwy, jeżeli za tę cenę pozbędzie się jej na zawsze.
Oddalenie się to nie bardzo zmartwiło Andrzeja. Pozostawszy sam na sam z młodą kobietą, spodziewał się, iż przy niejakiej zręczności, wywie się od niej o wielu szczegółach, dotyczących tego Pawła, którego zaliczał teraz do rzędu swych nieprzyjaciół.
Próżna nadzieja! Róża Zora była także w rozpaczy i nie chciała słyszeć o niczem.
Szybko pochwyciła swe wielkie aksamitne okrycie, zawiązała kapelusz bez uwagi i nie spojrzawszy nawet w zwierciadło wybiegła, powiedziawszy jednak, że zaraz zacznie szukać Pawła, że zasjdzie go i potrafi namówić do tego, iż zażąda satysfakcji od Gastona, za to że ją obraził.
Wszystko to odbyło się tak prędko, iż młody malarz nie mógł opamiętać się.
Można było sądzić, że Opatrzność, stanowczo ująwszy się za nim, przysłała mu tę parę kochanków jedynie dla dostarczenia nowych wskazówek największej wagi.
I rzeczywiście zwierzenia się Róży, chociaż tak niedokładne, wyjaśniały całą jedną część intrygi, otoczonej dotąd głębokiemi ciemnościami.
Stosunki Pawła z ojcem Tantaine tłumaczyły dlaczego Catenac pracował nad uwięzieniem Róży, i co za tem idzie, sfałszowanie podpisów wymożone na niedoświadczonym Gastonie.
Ale z drugiej strony, co znaczyło owe towarzystwo przemysłowe, utworzone przez markiza Croisenois w tym samym czasie, gdy się starał o rękę panny Mussidan?
Andrzej uznał, że przede wszystkie powinien zająć się szczegółami; więc nie myśląc nawet o zamianie swej czerwonej kurtki na paletot, pobiegł na róg ulicy Martyrs, gdzie jak mu powiedział Gaston, znajdował się afisz.
Był on tam w samej rzeczy, świetny, pociągający oczy z odległości dwudziestu kroków, dość ponętny, by na jego widok drgnęły pieniądze najtrwożliwszego kapitalisty.
Nic w nim nie brakowało, nawet widoku Tifli (w Algierji) pysznej winiety, przedstawiającej robotników wiozących w taczkach drogocenny minerał.
Na samym wierzchu jaśniało nazwisko Croisnois wydrukowane półłokciowemi literami.
Już od pięciu minut Andrzej przypatrywał się temu arcydziełu, gdy wtem promień rozsądku oświetlił jego umysł.
— Nieszczęśliwy... rzekł sam do siebie, co tu robisz? Kto wie, ilu łotrów wypatruje właśnie, jakie ten afisz sprawia na tobie wrażenie!...
Szybko obejrzał się dokoła, ale o sto kroków nie dostrzegł żadnej podejrzanej twarzy.
— Mniejsza o to... pomyślał, trzeba wrócić do domu i wynaleźć jaki sposób, bym mógł zgubić własny ślad.
Zmylić szpiegów!... od tego zależało powodzenie, dobrze to rozumiał. Jak dotrzeć do nędzników i pobić ich, tych nędzników, tak dobrze świadomych najmniejszego jego kroku, i którzy zawsze mają czas przedsięwziąć ostrożności?...
To też powróciwszy do siebie, myślał tylko o tem, jakby się prześliznąć pomiędzy szpiegami. Wkrótce, zdało mu się, że znalazł sposób.
Pod jego oknami znajdował się obszerny ogród, należący do pewnej instytucji, której front wychodził na ulice Laval. Mur, wysoki wszystkiego na siedm stóp, oddzielał dziedziniec jego domu od ogrodu.
Dlaczego nie miałby wymknąć się tamtędy?
— Mogę, powiedział sobie, przebrać się tak, iż nie będę poznany; jutro o świcie przeskoczę przez mur i wydostanę się na ulicę Laval, podczas gdy szpiegi czatować będą na mnie przy ulicy Tour d’Auvergne pod mojemi drzwiami. Czy mam koniecznie mieszkać tu? Nie. Otóż dopóki będzie trwała moja kampania, zażądam gościnności u Vignola, który w razie potrzeby dopomoże mi.
Vignol ten, był to jeden z przyjaciół Andrzeja, dzielny chłopiec, który w jego nieobecności zawiadował robotami przy domu p. Gandelu.
— Tym sposobem, myślał Andrzej, tak doskonale zemknę przed markizem Croisenois i jego bandą, że będę prawie mógł wmięszać się do ich gry, a nie domyślą się tego. Muszę również przestać widywać tych, którzy przyrzekli mi pomoc: Breuhla, Mussidana, i poczciwego ojca Gandelu, ale od czegoż poczta? W razie nagłej potrzeby będę miał telegraf; a on będzie dyskretny, gdyż wybiorę wyrażenia umówione i zapowiedziane w korespondencji.
Zrobiwszy to postanowienie, napisał do trzech osób, które się nim zajmowały, długie listy, w których wyjaśniał im swój plan.
Noc nadchodziła, gdy skończył; nie podobna było nic przedsiębrać o tej porze; poszedł na obiad do pobliskiej restauracji, potem oddawszy listy na pocztę, powrócił do siebie, aby przygotować sobie przebranie i zrobić z niem, że tak powiemy, „próbę“.
Zastanowiwszy się nad tem, jakie stanowisko społeczne będzie najprzydatniejszem dla jego zamiarów, postanowił, że nada sobie powierzchowność tych brzydkich łotrów, jakich spotyka się co dzień w szynkach podrogatkowych, przy zatłuszczonych bilardach, a wieczorem przy drzwiach teatrów i balów publicznych.
Ubiór miał pod ręką, pomiędzy staremi gratami w pracowni znalazł bluzę, stare kraciaste spodnie, liche obuwie i kaszkiet od wielu lat zniszczony.
Pozostawało zmienić twarz; tem też zajął się Andrzej.
Zaczął od ostrzyżenia brody, nie bardzo jeszcze wielkiej, ale którą nosił całą; potem przystrzygł sobie włosy na przodzie, pozostawiwszy po bokach dwa pęki, które przylepił na skroniach.
To zrobiwszy, wyszukał farb i pędzlem zaczął się podmalowywać, co jest trudniejszem aniżeli przypuszczać można.
Zasmarować się łatwo; ale przebierając się trzeba zupełnie zmienić rysy. Do tego zaś dochodzi się tylko zmieniwszy wyraz ust i oczu, tych głównych siedlisk fizjonomii.
Andrzej, chociaż malarz, nie wiedział o tem. To też dopiero po długich próbach otrzymał dość znośny rezultat. Potem dopiero ubrał się, na szyi okręcił stary krawat i zwiesił kaszkiet na bakier, wierzch jego zsunąwszy w tył, a daszek na prawe oko.
Tak przystrojony spojrzał w źwierciadło i uznał że jest szkaradny. Jednak, jako sumienny artysta, począł jeszcze szukać wad w swem dziele, aby je poprawić, gdy wtem zapukano do drzwi.
Była dziewiąta; nie spodziewał się nikogo. Garsony z restauracji zabrali już naczynie; któż więc przychodził? Musiała to być chyba odźwierna. Andrzej zaś postanowił nie pokazywać się jej nie miał bowiem wielkiego zaufania w dyskrecji pani Poilveu.
— Kto tam? zapytał.
— Ja, odpowiedział głos płaczliwy, ja, Gaston.
Miałże nie dowierzać temu chłopcu? Uznał, że było to zbytecznem. Otworzył drzwi.
Tak jest, był to rzeczywiście p. Gandelu syn; ale w jakim stanie?... Blady, chwiejący się na nogach, z twarzą strasznie wykrzywioną.
Padł raczej, a nie usiadł na krześle.
— Czy pan Andrzej wyszedł?... zapytał, zdało mi się, żem słyszał jego głos.
Tak go oszukało przebranie. Tryumf ten dodał otuchy Andrzejowi i przypomniał mu, że powinien zmienić także głos jak i resztę.
— Jakto?... zawołał, pan mię nie poznajesz? Popatrz pan dobrze.
Gustaw musiał jeszcze patrzeć dziesięć sekund.
— A! to pan! mruknął wreszcie ze smutnym uśmiechem... to brzydko... nie!... to bardzo ładnie... ale sam już nie wiem co mówię.
Widocznie jakaś katastrofa spotkała p. Gandelu syna. Niepodobna było przypuszczać, żeby doszedł do tak opłakanego stanu w skutek tego, że upił się rano.
— Ale pan także! zapytał Andrzej, co się panu stało?...
— Stało się to, mój drogi panie, że przyszedłem pożegnać go... Wyszedłszy od pana, pójdę, mniejsza o to dokąd, i wypalę sobie w łeb...
— Czyś pan oszalał.
Gaston z ponurą miną uderzył się w czoło.
— Ani na źdźbło, odrzekł, tylko nadszedł termin zapłacenia fałszywych wekslów. Być wyzyskiwanym lub umrzeć!... Nie chce być wyzyskiwanym. Dziś wieczorem, gdym wstawał od stołu, zjadłszy obiad z ojcem, kamerdyner powiedział mi do ucha, że jakiś stary jegomość czeka na mnie na ulicy. Wychodzę i znajduję rodzaj żebraka, w brudnym surducie, wstrętnego, szkaradnego...
— Ojca Tantaine!.. zawołał Andrzej.
— Eh!.. nie znam jego nazwiska!.. Powiedział mi on słodziuchnym tonem, że posiadacz moich wekslów zdecydowany jest przesłać je jutro prokuratorowi, ale że pozostaje mi środek ratunku.
— A środkiem tym jest, byś pan pojechał z Różą do Włoch.
Zdumienie p. Gandelu syna było tak wielkie, iż zerwał się na równo nogi.
— Kto to panu powiedział?.. krzyknął.
— Nikt... odgadłem. Dlatego to właśnie, by w danym razie zmusić pana do nagłego wyjazdu, namówiono go, byś podrobił podpis bankiera Martin-Rigal. Cóżeś pan odpowiedział na to?..
— Że mi się to niepodoba i że nie pojadę. Jest to głupio, bez sensu, wiem o tem — ale ja już taki jestem, wyrobiony z jednej sztuki, za stali. Zresztą pojmuję plan: nazajutrz po mojej ucieczce pójdą do papy, by go wyzyskać — i wyzyskają. O! nie!.. Biedny poczciwina! Lepiej uderzyć go nożem w grzbiet, aniżeli powiedzieć, że syn jego jest fałszerzem. Dlategoteż poszedłem, kupiłem ten oto śliczny rewolwer i za godzinę wszystko skończy się...
Andrzej nie słuchał, ale gorączkowym krokiem przechadzał się po pracowni. Widocznie trzymał w swem ręku życie tego nieszczęśliwego chłopca. Co tu począć?
Radzić mu, by jechał, znaczyło to oddalać Różę, pozbawiać się znakomitej szansy. Tak go pozostawić... nie mógł. Nie mógł zapomnieć o tem, co ojciec Gastona zrobił dla niego.
Posłuchaj mnie, Gastonie, powiedział w końcu, mam jedną myśl zbawczą, i zwierzę ci się z niej, gdy ztąd wyjdziemy. Tylko z powodów, które zadługo byłoby przytaczać, musze wyjść na ulicę, nie przechodząc przez bramę mego domu... mogę to zrobić, gdy mi zechcesz dopomódz. Oddalisz się ztąd i równo o północy zadzwonisz do bramy domu, przy ulicy Lavas pod nr... otworzą ci; zapytasz o cokolwiek odźwiernego. Będziesz się starał, by brama pozostała na półotwartą, a ponieważ ja będę znajdował się w Ogrodzie tego domu, więc wymknę się...
P. Gandelu syn miał przynajmniej tę cnotę, i dokładnie spełniał dane sobie instrukcje. Plan powiódł się. O kwandrans na pierwszą szli już z Andrzejem bulwarami..
Młody artysta był pełen nadziei. Naprzód pewny był, że zmylił szpiegów. Potem, dzięki Gastonowi, upatrywał możność zrobienia dywersji w kampanii swej przeciw markizowi Croisenois i jego wspólnikom.


XXXII.

Markiz Croisenois mieszka przy bulwarze Malesherbes, prawie naprzeciw kościoła św. Augustyna, w pysznym nowym domu.
Tam, w skromnym apartamencie, kosztującym cztery tysiące franków rocznie, zebrał on wszystkie szczątki swej dawniejszej zamożności, aby zewnętrznym przepychem olśnić powierzchownego spostrzegacza.
Rozumie się, że wierzyciele nie pozostawiają w spokoju dzwonka markiza Croisenois; ale umiał on sobie poradzić z szykanami ich nawet najdalikatniejszemi.
Apartament ten był wynajęty na imię jego kamerdynera. Powóz jego i koń należały pozornie do jego stangreta. Bo trzymał konia i powóz, ten pan, zrujnowany do takiego stopnia, że raz musiał położyć się spać po ciemku, gdyż nie miał czterech sou dla kupienia sobie świecy.
Dwaj ludzie pełnili służbę przy panu Croisenois: stangret, który, oprócz swoich zajęć, odrabiał grubsze roboty w pomieszkaniu, i kamerdyner, dość znający się na kuchni, aby zaimprowizować kawalerskie śniadanie.
Kamerdynera tego Mascarot widział jeden raz tylko, a zrobił on na stręczycielu tak szczególne wrażenie, iż nie ufając mu zupełnie, począł pracować nad tem, by się wywiedzieć, kto on jest i zkąd się wziął.
Croisenois oświadczył Mascarotowi, iż przyjął go tylko na zalecenie jednego ze swoich przyjaciół, niejakiego sir Waterfielda.
Kamerdyner ten nazywał się Morel, ale musiał długo przebywać w Anglii, bo nieźle mówił po angielsku i prędzej zgodziłby się na odcięcie palca, aniżeli na to, by odpowiedzieć: „Tak jest, panie“, jak odpowiadają wszyscy. Mówił zawsze: „Yes, sir.“
Był to zresztą człowiek nieoceniony tak pod względem swych zalet jak i obejścia, które mogło zaszczyt przy nieść każdemu domowi. Sądzićby można, że co najmniej był w usługach kanclerza, tyle w nim było fachowej nadętości i powagi, tak ostro sterczały jego białe wykrochmalone kołnierzyki.
Andrzej nie znał tych szczegółów, ale wiedział cokolwiek o nich od pana Breulh, który także dał mu adres markiza.
Dlatego też nazajutrz po swem wymknięciu się, około godziny ósmej rano, przebrany i wysmarowany tak, iż mógł sądzić, że nikt go nie pozna, młody malarz wszedł do kupca win znajdującego się najbliżej od pomieszkania markiza Creisenois.
Umyślnie wybrał tę godzinę. Był on Paryżaninem, wiedział zatem, że w zamożniejszych dzielnicach zwykle służący podczas gdy panowie ich śpią jeszcze, przesiadają u pobliskich kupców, dla umorzenia robaka, pogawędzenia i odnowienia zapasu plotek.
Od wczorajszego dnia Andrzej był pewniejszym siebie.
Bo plan, który sobie ułożył przed wymknięciem się przez ulice Laval, plan który zarazem miał uratować Gastona i zapewnić ma energiczną pomoc, udał się lepiej, aniżeli przypuszczał.
Oto co zrobił:
Po wielkim zachodzie, uwagach, a nawet pogróżkach, używając i nadużywając swego wpływu, doszedł do tego, iż doprowadził Gastona do ojcowskiego domu.
Stanąwszy koło godziny drugiej na ulicy Chaus-sée-d’Autin nie zawahał się kazać obudzić przedsiębiorcę i wytłumaczywszy mu swoje przebranie, opowiedział wszystko: jak Gaston znalazł się wplątanym w intrygę, której sam on był ofiarą, jak wymuszono na nim fałszywy podpis i jak tylko co nie zastrzelił się.
Naturalnie, że położył wielki nacisk na żal Gastona, na dobre serce jakie okazał podczas sporu i kłótni z Zorą-Różą, na przyrzeczenia, iż zostanie porządnym i poważnym człowiekiem.
Pan Gandelu był mocno wzruszony, płakał poczciwiec... i przebaczył.
Uznał, że ta straszliwa lekcja poprawi syna, że zerwie on swoje szkaradne stosunki, że powróci do niego i pracą wyrobi sobie świetne stanowisko.
— Spiesz pan, rzekł do Andrzeja, wyszukaj go; niech się dowie odemnie, że go wyratujemy!
Andrzej nie potrzebował chodzić daleko, gdyż Gaston czekał w sąsiednim pokoju, dręczony najokropniejszą niespokojnością.
Był wzruszony gdy wchodził do ojcowskiego pokoju i to wzruszony w samej rzeczy, co mu się może nigdy dotąd nie zdarzyło w życiu. Płakał; a łzy wyrywała mu nie namiętność bezsensowna i nie głupia miłość własna. Było to żywe poczucie winy, żal, że sprawił tak wielkie cierpienie ojcu, temu tak dobremu człowiekowi.
Jednem słowem odradzał się, że tak powiemy; gdyż rzeczywiście postanowił był odebrać sobie życie, zbliska przypatrywał się śmierci.
— Chodź, Gastonie, rzekł do niego Andrzej.
Ale ten z gwałtownością, wcale niezgodną z jego charakterem, zawołał:
— O!.. nie nazywaj mię pan tak! Gaston!... fe! To tak samo jak ta korona na moich wizytowych biletach... słowo ho
noru, że to mi przykrość sprawia. Gaston!... markiz!... stotysięcy kijów głupcowi. Nazwisko moje jest Piotr Gandelu i papa jest stotysięcy razy poczciwy, iż pozwala mi je nosić!... Tak zaczęte pogodzenie się musiało przyjść do skutku. Dawno już zacny przedsiębiorca nie był tak szczęśliwy.
Teraz należało zająć się uratowaniem nieszczęśliwego. P. Gandelu wpadł na tę samą myśl co i Andrzej.
— Nie sądzę, rzekł przedsiębiorca, aby nędznicy śmieli spełnić swe pogróżki i wytoczyli skargę do prokuratora. Nie, tego nie ośmielą się zrobić. Jakiż zresztą sędzia śledczy, powiadomiony o wszystkich okolicznościach, nie unieważniłby skargi?... Ale syn mój nie może zostawać pod naciskiem tego systemu zastraszenia. Zatem ja wytoczę skargę. Tak jest, jutro przed południem będę w sądzie i dowiemy się nakoniec, co to jest właściwie to „Towarzystwo wzajemnych zaliczek“, podłapujące nieletnich, pożyczające im pieniądze i wyłudzające fałszywe podpisy... A ponieważ wszystko należy przewidywać, więc mój syn jutro pojedzie do Belgii; ale zobaczysz pan, że niedługo tam pozostanie...
Resztę nocy Andrzej przepędził u pana Gandelu. W pokoju młodego Gastona, który teraz znowu został Piotrem, jak dawniej, młody malarz uzupełnił w szczegółach swoje przebranie.
Idąc szybkim krokiem po bulwarze Malesherbes, Andrzej wesoło roił sobie; przyszłość przedstawiała mu się w barwach różowych.
Tref, który on nazywał opatrznością, wyraźnie oświadczał się za nim. Czyż nie mógł spodziewać się wszystkiego od kroków, jakie zamierzał poczynić zacny przedsiębiorca? Sprawiedliwość będzie interweniować, zajmie się należytem rozpatrzeniem operacyj nędzników – czego też nie zdoła wykryć?
I ten egromny rezultat Andrzej osiągnie nic nie naraziwszy. Ani jego nazwisko, ani nazwisko hrabiego Mussidan nie będą wymówione.
Sam zaś zdecydowany był zająć się markizem Croisenois i jak cień nie opuszczać go ani na chwilę.
Handel, w którym ulokował się, był wybrany doskonale dla spostrzeżeń. Od wspólnego stołu można było widzieć najdokładniej drzwi pomieszkania markiza, a nawet okna jego. Przy jakiej takiej uwadze niezawodnie dostrzeże go, gdy będzie wychodził z domu.
A przytem, ponieważ w okolicy nie było żadnego innego handlu win, Andrzej powiedział sobie, iż być może, że słudzy markiza przychodzą tu na przekąskę.
W takim razie, myślał, że potrafi zaznajomić się z nimi. Rozpocznie rozmowę, potem zafunduje cokolwiek, potrafi zjednać sobie ich zaufanie... i dowie się niemało...
Młody malarz kazał sobie podać śniadanie na małym stoliku, umieszczonym pod oknem, którego pożółkłe firanki rozsunął. Ciągle zwracając uwagę na ulicę, przysłuchiwał się on i przypatrywał temu, co się działo dokoła niego.
Sala w tym handlu, będącym zarazem restauracją, obszerna i dość czysta, zapełniona była gośćmi, po największej części służącymi.
— Kto wie, pomyślał Andrzej, może są tu i słudzy markiza.
Łamał sobie głowę nad tem, jakby tu zawiązać rozmowę z właścicielem handlu, gdy weszło dwóch nowych gości w liberji, podczas gdy inni byli jeszcze w rannych kurtkach.
Jak tylko ukazali się, jakiś stary o dobrodusznej i zadowolonej twarzy, mocno zajęty dotąd gryzieniem twardego beefsteak’u tuż obok Andrzeja, klasnął w dłonie i zawołał:
— A!... otoż i panowie Croisenois!
Słudzy najczęściej nadają sobie nazwiska panów, u których pozostają w służbie; młody malarz wiedział o tem. Był więc poinformowany bez wypytywania się, które mogło wzbudzić podejrzenie.
— Gdyby też, pomyślał, panowie ci umieścili się jakim trafem obok tego staruszka, który ich zna, mógłbym słyszeć ich rozmowę.
Tak się też stało. Zasiadłszy, przywołali gospodarza i zamówili śniadanie, prosząc, by przedewszystkiem pospieszył, gdyż, jak utrzymywali, nie mieli chwili do stracenia.
— A!... pilno wam, rzekł stary, koło którego siedzieli, dla tego też jesteście już wygalowani o tej porze.
Młodszy z dwóch przybyłych, stangret markiza Croisenois, zabrał głos.
— Tak jest, odpowiedział, muszę zawieść pana do jego biura, bo ma teraz biuro; jest dyrektorem towarzystwa eksploatającego kopalnie miedzi. Doskonała afera!... Ponad drzwiami należałoby napisać: „Rzeźnia akcjonarjuszów!...“ Jeżeli pan masz jakie oszczędności, panie Benedykcie, a mieć musisz, to nadarza się doskonała zręczność.
Benedykt z powagą potrząsł głową.
— Nie mówię ani tak ani nie, odpowiedział; nie można wiedzieć. Często to, co się dobrem wydaje, dobrem nie jest, a to co się wydaje złem nie jest złem...
Był to człowiek rozsądny, który wiele widział i wiele zapamiętał, nie spieszył z sądem i nie kompromitował się nigdy.
— Ale, zaczął znowu, ponieważ wasz markiz wyjeżdża, więc pan Morel będzie wolny i zagramy sobie w pikietę.
No sir, odrzekł kamerdyner markiza.
— Jakto? pan także zajęty?
Yes sir, wezmę białe rękawiczki i zaniosę kosz kwiatów lilje, fijołki i kamelie, do narzeczonej pana markiza. Gdyż pan markiz żeni się, mogę to powiedzieć, bo wiadomość jest oficjalna. Zresztą piękny związek, wielka familia, suty posag! Widziałem młodą osobę, jest cokolwiek sztywna, ale pomimo to podobała mi się.
Cymbał ten z wykrochmalonemi kołnierzykami ośmielał się mówić tak o Sabinie.
Pewno że nie był wtajemniczony w intrygi markiza Croisenois; ale miał sobie poleconem odniesienie bukietu do pałacu Mussidan, gdzie może zobaczy Sabinę. Andrzejowi chciało się udusić go.
— Załóżmy się, mówił tymczasem stangret, z pełną gębą jadła, załóżmy się, że pan markiz nie użyje posagu swej żony na zakupno akcyj!...
Ale propozycji tej nikt nie podniósł. Trzej goście przestali mówić o markizie Croisenois i zajęli się osobistemi swemi sprawami... nie bardzo zajmującemi.
Wkrótce potem przywołali gospodarza, rozpłacili się i wyszli, nie wymówiwszy nawet nazwiska Croisenois. Andrzej począł rozmyślać nad trudnościami rzemiosła szpiega. Oczy, zwrócone na niego były pełne niedowierzania.
— Co to za indywiduum o tak podejrzanej minie, musieli myśleć sobie goście, które ośmiela się włazić w nasze towarzystwo?
Rzeczywiście młody malarz miał powierzchowność wcale nie zalecającą się.
Oprócz tego nie umiał on robić spostrzeżeń, nie okazując tego, co właśnie jest pierwszym warunkiem. Nie znał sztuki okazywania się niezajętym, obojętnym.
A ponieważ był dość przenikliwym, by to zrozumieć, więc zakłopotanie jego jeszcze się zwiększyło.
Skończył jeść, powoli wypił kawę z arakiem, przy którego zapalaniu zmarnował mnóstwo zapatak, a potem zażądał kieliszka wódki.
Prawie wszyscy goście wynieśli się. Pozostało tylko pięciu czy sześciu przy jednym stole, grających w karty z wielkiem zajęciem, jak można było wnioskować z ich wykrzykników i śmiechów.
— Ja także dobrze zrobię, gdy wyjdę, p myślał Andrzej uplacuję się przed biurem stowarzyszenia, by wiedzieć, kto tam przychodzi i wychodzi. Pozostając tu, gdzie mi się tak przypatrują, mogę skompromitować się.
Jednak chciał przedtem jeszcze zobaczyć, jak markiz Croisenois będzie wsiadał do powozu; więc chociaż wódka była szkaradna, kazał sobie podać drugi kieliszek.
Właśnie, gdy mu nalewano, do handlu wszedł jakiś człowiek, ubrany szczególnym sposobem, zupełnie prawie tak samo jak on.
Był to wielki drab, zamaszysty, o wzroku bezwstydnym, bez brody, a tylko z dużym kosmykiem rudych włosów pod dolną warga. Na głowie miał szkaradny kaszkiet, a na grzbiecie kurtkę strasznie poplamioną.
Przeciągłym i zachrypłym głosem zażądał wołowiny i pół kwarty wina. Przechodząc, by usiąść przy stole, gdzie niedawno siedzieli słudzy markiza, wywrócił kieliszek Andrzeja.
Młody malarz nie powiedział na to ani słowa; to mógł być przypadek. Ale drab zamiast przeprosić, spojrzał na Andrzeja zuchwale, ruszył ramionami i uśmiechnął się drwiąco.
Palił cygaro; gdy mu podano jadł, położył niedopalony kawałek na końcu stołu i odwróciwszy się z nadzwyczajną zręcznością plunął na spodnie swego sąsiada.
Tym razem obelga było widoczną i musiała zastanowić Andrzeja. Co to znaczyło?.. Czyżby nie zmylił swych szpiegów, jak przypuszczał? Czy drab ten o wyzywającej minie, nie był na to nasłany, by wynaleźć zaczepkę?
Ostrożność doradzała Andrzejowi oddalić się. Ale w takim razie pozostałby w wątpliwości. która paraliżowałaby wszystkie jego zamiary. Lepiej było zostać i stanowczo przekonać się o zamiarach tego łotra.
O... co do tego, nie długo pozostawał w wątpliwości. Drab ogryzał swoją wołowinę i wszystkie żyły i kości bardzo zręcznie rzucał na sweg
o sąsiada. Po chwili nalał sobie szklankę wina, ale nie wypiwszy do dna, bryznął resztą na Andrzeja, mierząc teraz już nie w nogi, ale w plecy.
Tego było za wiele.
— Zrobię panu uwagę, rzekł młody malarz, drżąc od gniewu, że ja tu siedzę.
— Widzę. Czyś pan nie kontent?
— Nie.
— No i cóż?... ze mną, odrzekł drab, ze mną trzeba brać rzeczy jak są, bo w przeciwnym razie...
I zamiast kończyć frazes, zamachnął ręką o dwa cale od twarzy Andrzeja.
Młody malarz miał wiele powodów do zachowania cierpliwości; poprzysiągł sobie, że będzie spokojny w każdym razie, ale temperament przemógł.
Wstał i silnem uderzeniem pięścią w piersi powalił draba pod stół.
Na hałas sprawiony upadkiem, grający w karty odwrócili się.
Do tej pory dysputa nie zwracała wcale ich uwagi; nie wiedzieli wcale, jakieszkaradne obelgi doprowadziły do czynnego wystąpienia. A nie widząc nic, nie mogła powiedzieć, który z dwóch przeciwników miał słuszność.
Widzieli, że Andrzej stał w pozycji odpornej, blady pod swem malowaniem, z okiem płomieniejącem, ustami pobielałemi i drżącemi.
Drab wił się pod stołem między krzesłami.
— Tu się nie biją, słyszycie zawołał jeden z graczów z miną bardzo niezadowoloną; jeżeli chcecie kłócić się, to zapłaćcie co się należy i wynoście się na ulicę.
Ale drab, stanąwszy na nogi, nie usłuchał tego wezwania i rozpędziwszy się, rzucił się na Andrzeja z pochyloną głową i wyciągniętami naprzód rękami, by go schwycić w pół ciała.
Odskoczywszy na bok, Andrzej uniknął ciosu a lewą nogą uderzył tak silnie napastnika poniżej kolana, iż ten zatrzymał się nagle.
Zwrot był bardzo zręczny. Obecni przyklasnęli. Już nie uskarżali się. Wrażenia, jakich doznawali, były tak samo silne, jak wrażenia przy grze w karty.
Trzy razy drab rzucał się na Andrzeja i trzy razy młody malarz odbijał go tak zręcznie, iż łatwo było poznać, że w wolnych swych chwilach ćwiczył się w owej ludowej szermierce zwanej savatte, a której znajomość bywa czasami bardzo przydatną.
Szkaradny napastnik zmienił następnie taktykę i udał że sam przybiera postawę obronną; z machnął się szybko sześć czy siedm razy, potem schylił się pod łokieć Andrzeja i zrobiwszy bystrą woltę, pochwycił go w pół ciała.
Od owej chwili walka przybrała inny charakter, obaj przeciwnicy wysilali się na obalenie się nawzajem.
Gracze w karty powstawali i otoczyli ich kołem. Ale żaden z nich nie był tak kompetentnym, by zauważyć, że drab widocznie oszczędzał Andrzeja. Naprzód żadne z jego uderzeń nie trafiało celu; potem pochwyciwszy go w pół ciała, starał się tylko narobić hałasu. Kolejno wywrócił stół i piec, wreszcie cofając się aż do wystawy rozbił szkło ramieniem.
Krzyk towarzyszący tej bójce rozbudził właściciela handlu drzemiącego za bufetem. Nadbiegł strasznie zagniewany, wraz z jednym z garsonów ogromnie barczystym, i we dwóch udało się im rozdzielić zapa śników.
— Teraz, moi kochani, powiedział właściciel, wynoście się i zapamiętajcie adres mego zakładu, aby noga wasza, więcej tu nie postała. Ale przedtem musimy uregulować rachunek.
Jednym rzutem oka obliczył stratę i dodał:
— Szkody jest na siedmnaście franków. Dawajcie pieniądze... a spieszcie się, jeżeli nie macie ochoty przepędzić dwudziestu czterech godzin w policji.
Usłyszawszy wyraz policja drab uniósł się bardzo, i ze zdumiewającą gładkością począł obrzucać najszkaradniejszemi obelgami, nie tylko właściciela handlu, ale i gości jego.
Krzyczał tak głośno, tak się odgrażał, wymachiwał rękami i stukał w stół, iż nikt nie mógł słyszeć Andrzeja, który wydobywszy swą portmonetę, wołał, że ma pieniądze, że z chęcią zapłaci za szkody.
— Dość tego!... wołali gracze; za nadto jesteś pan cierpliwy, panie gospodarzu; poszlij już raz po sierżantów miejskich.
Jeden z garsonów poszedł już po nich. Przybyli w tejże chwili i Andrzej, zanim zmiarkował co się dzieje, już znalazł się na bulwarze, między dwoma policjantami, obok swego przeciwnika, który klął i wymyślał.
— Idźcie równo, brzydkie nasienie, mówili sierżanci.
Opierać się byłoby szaleństwem; młody malarz zrezygnował się.
A idąc starał sobie zdać sprawę z tego szczególnego wypadku. Wszystko zaszło tak szybko, że mu się aż w głowie zakręciło. Jasnem było, że brutalska ta napaść miała jakiś tajny cel, którego nie mógł odgadnąć.
Sierżanci miejscy zatrzymali się przed dość wązkiem wejściem do jakiegoś starego domu; więźniom swym kazali iść przed sobą.
Poszli, a Andrzej poznał wkrótce, że nie prowadzono ich do kordegardy, lecz do komisarza policji.
Wkrótce znaleźli się w biórze, gdzie pracował sekretarz komisarza i dwóch urzędników.
Skończona robota, rzekli śmiejąc się sierżanci, do widzenia!..
I odeszli.
Andrzej ogromnie wytrzeszczył oczy. W aresztowaniu tem upatrywał coś nadzwyczajnego, nienormalnego.
Inne jeszcze czekały go niespodzianki.
Drab, który szukał z nim kłótni, jak tylko postawił nogę w biórze, zupełnie zmienił zachowanie się swe i obejście. Kaszkiet swój rzucił na ławkę, poprawił włosy i przybliżywszy się do sekretarza uścisnął mu rękę, zapytując:
— Czy pryncypał jest?
— Jest, właśnie rozmawia w tej chwili z panem komisarzem; ale zadzwoniłem by go uprzedzić, wie zatem żeś pan przybył.
Zadowolony z odpowiedzi drab zbliżył się do Andrzeja.
— Pozwól pan, powiedział, złożyć sobie moje powinszowanie. O!... dzielną masz pan pięść!... Pierwsze uderzanie, które mi pan zadałeś, było bardzo szczęśliwe, nie ma co mówić. Gdybym nie upadł pierwej, nim mnie cios dosięgnął, byłbym rozbity. Ale djabeł się wmieszał i nie mogłem również szczęśliwie uniknąć uderzenia nogą, które także było bardzo piękne i z całkiem dobrej szkoły.
Tu przerwał sobie. W głębi bióra otworzyły się drzwi i ozwał się głos:
— Niech wejdzie!
Andrzej został wprowadzony, lub raczej wepchnięty przez swego niedawnego przeciwnika w wąski korytarz. Drzwi za nim zamknęły się i znalazł się w pokoju, wyklejonym obiciem zielonem, z takiegoż koloru firankami. Był to właściwy gabinet komisarza policji.
Na prawo przed oknem stało biórko, a przy nim z głową wspartą na łokciu siedział mężczyzna średniego wieku, powierzchowności dystyngowanej, w białym krawacie i złotych okularach; słowem był to skończony typ naczelnika bióra, lub wyższego urzędnika ministerstwa.
24 — Chciej pan usiąść, panie Andrzeja, rzekł ten jegomość z wykwintnem ugrzecznieniem do malarza.
Andrzej wziął krzesło, i nie bardzo wiedząc co robić, usiadł.
Czy było to we śnie, czy na jawie? Poprawdzie niczego już teraz nie był pewny. Zwątpił o sobie, o swojej inteligencji, rozsądku, o samem świadectwie własnych zmysłów.
— Przedewszystkiem, zaczął znowu jegomość w złotych okularach, powinienem pana przeprosić za postępowanie cokolwiek... jakby to powiedzieć, cokolwiek za niegrzeczne, na jakie sobie pozwoliłem, aby mieć przyjemność rozmówienia się z panem. Ale nie miałem wyboru. Jesteś pan zbliska pilnowany, a mnie nadzwyczaj chodzi o to, by ci, którzy pana szpiegują, nie domyślili się naszej rozmowy.
— Jestem szpiegowany!... wybełkotał Andrzej.
— Tak jest... przez niejakiego La Candele, łotra bardzo sprytnego... może najzręczniejszego do tych rzeczy w Paryżu. To pana dziwi?
— W samej rzeczy, sądziłem, przypuszczałem.
Jegomość w białym krawacie uśmiechał się bardzo uprzejmie.
— Przypuszczałeś pan, odrzekł, żeś zmylił swych szpiegów. Zrozumiałem to dziś rano, ujrzawszy pana przebranego. Na nieszczęście, wszystko cobyś pan zrobił, naraziłoby go tylko na stratę czasu i naraziło rzeczywiście... Wszak wiadomo tym ludziom, że pan sam podpatrujesz markiza Croisenois?... Owóż rozstawiwszy się w okolicy pomieszkania markiza, byli oni pewni, że pana tam znajdą...
Uwaga ta była dziecinnie prostą, ale pomimo to nie przyszła na myśl malarzowi.
— A jednak to prawda, wybełkotał.
Jegomościa w złotych okularach zdawało się cieszyć pomieszanie Andrzeja. Podwoiwszy jeszcze swą uprzedzającą grzeczność, zaczął on znowu:
— Z drugiej strony, kochany panie, przyznać trzeba, że przebranie pańskie wiele pozostawia do życzenia. Powiesz mi pan, że jestto pierwsza próba człowieka niewprawionego w rzemiosło. O!... jeżeli tak, to doskonale! Jeżeli ma to być przebranie między swoimi, to pewno oszukałoby oko pospolite. Ale La Candèle nie mógł złapać się na nie. Ja ztąd widzę dobrze podmalowania. A to co ja widzę i inni widzieć mogą.
Wstał i przybliżył się do Andrzeja.
— Do czego, mówił, oblepiać sobie twarz wszystkiemi temi farbami; co czyni pana podobnym do Indjanina, który pomalował się przed wojną?... Aby przeistoczyć fizjognomie, dość dwóch pociągnień miękkim ołówkiem, czarnym lub czerwonym, pod rzęsami, tu, w miejscu gdzie nos się zarysowuje, i tu jeszcze, przy zacięciu ust. Patrz pan...
Do teorji przyłączył demonstrację praktyczną. Wyjął z kieszeni piękny srebrny porte-crayon, i w miarę jak mówił, poprawiał niedokładną robotę malarza.
Gdy skończył, Andrzej wstał, by spojrzeć w zwierciadło nad kominkiem i zdziwił się. Zmarszczone i zbliżone do siebie brwi, rozszerzone usta i nos bezkształtny nadawały twarzy jego wstrętny wyraz bezwstydu i złośliwości.
— Czy pojmiesz pan teraz, mówił jegomość w białym krawacie, całą bezowocność swej próby? La Candele poznał pana. Mnie znowu szło o to, by rozmówić się z panem. Wysłałem więc Palota, jednego z moich ajentów, aby rozpoczął kłótnie z panem; dwaj sierżanci miejscy aresztowali go i oto jesteś pan tu, a nikt nie domyśla się, że jesteśmy razem. Racz pan zetrzeć moje retuszowanie; zauważą je, gdy będziesz ztąd wychodzić, a to wzbudzi podejrzenia.
Andrzej był posłuszny i końcem swej chustki od nosa począł ścierać ślady ołówka.
Podczas gdy pracował nad tem aż do zdrapania skóry, umysł jego błądził w obszarze przypuszczeń.
Widocznie znajdował się wobec urzędnika prefektury, to bez wątpienia ważniejszego.
Czego on mógł chcieć od niego? Jakim sposobem policja dosięgła aż do niego? a więc policja musiała już coś zwietrzyć.
Jegomość w złotych okularach znowu usiadł w swem krześle i obracał w ręku tabakierkę, ruchem jakiego pozazdrościłby mu aktor, grywający finansistów w Teatrze Francuskim.
— A teraz, powiedział, pomówmy z sobą.
Andrzej powrócił na swoje miejsce, bardzo zmięszany.
— Jak się pan przekonałeś, zaczął znowu jegomość, ja znam pana. Jan Lantier, pański pryncypał, który przyjął pana do siebie przed jedynastu laty, w dniu, w którym przybyłeś do Paryża, uciekłszy z zakładu w Vendome, Jan Lantior twierdzi, że gotów całą swoją osobą ręczyć za pana. Doktor Lorilleux, jego zięć, utrzymuje, iż nie zna człowieka szczytniejszego jak pan charakteru, większej odwagi i czystszej prawości.
— Panie wybełkotał młody malarz, rumieniąc się jak dziewica, która usłyszała pierwsze wyznanie miłości, doprawdy, panie!...
— Pozwól mi pan skończyć. P. Gandelu mówi każdemu, kto tylko zechce go słuchać, iż oddałby panu cały swój majątek bez rewersu, a wszyscy pańscy koledzy, z Vignolem na czele, mają dla pana szacunek prawie. Oto jest strona moralna. Co do przyszłości, to dwaj znakomici malarze, których nazwisk panu nie wyjawię, oświadczyli mi, że z czasem możesz pan zostać jednym z mistrzów szkoły francuskiej. W tej chwili malarstwo i praca rzeźbiarska muszą panu dawać około piętnastu franków dochodu dziennie. Czy dokładnie jestem poinformowany?
— Tak jest, odrzekł Andrzej zdumiony, tak jest!...
Jegomość uśmiechnął się.
— Na nieszczęście, mówił dalej, moje wiadomości stanowcze i nieomylne na tem się ograniczają. Środki, jakiemi policja może się posługiwać przy poszukiwaniach, są, niestety bardzo ograniczone. Aby zajęła się jaką robotą, na to trzeba by ją widziała, lub też by jej o tem doniesiono. Policja może działać tylko na podstawie faktów, a nie zamiarów. Dopóki wola nie ujawniła się w czynie, policja jest bezsilną. I zawsze tak będzie, dopóki policjant nie znajdzie sposobu podnoszenia górnej części czaszki, jak pokrywy od pudła, aby zobaczyć co się wewnątrz zawiera. Tak samo ja przed czterdziestu ośmią godzinami po raz pierwszy usłyszałem o panu, a mam biografię pańską w kieszeni. Mogłem dowiedzieć się, żeś pan przedwczoraj przechadzał się z synem pana Gandelu, żeś wsiadł do powozu z p. Breulh-Faverlay, że z tyłu za tym powozem umieścił się La Candele... to są fakta. Ale...
Tu się zatrzymał i wlepił w Andrzeja wzrok z takiem wytężeniem, jakby chciał go magnetyzować.
A potem powoli, cedząc słowa, dodał:
— Ale nie umiano mi wyjaśnić dlaczego pan śledziłeś Vermineta, dlaczego czatowałeś przed pomieszkaniem stręczyciela Mascarota, dlaczego nakoniec przebrałeś się za ulicznika w celu podpatrywania czynów i ruchów szanownego markiza Croisenois. — Bo nie możemy pochwycić zamiaru, bo sama wola jest dla nas niedostępną.
Przynajmniej dwie minuty czasu dał Andrzejowi dla należytego rozważenia tych słów i wyprowadzenia z nich wniosków; potem zaczął znowu:
— Tylko na pana liczyłem. iż sam mi powiesz, co mianowicie masz na celu, ku któremu zamierzasz środkami tak dalekiemi od swego prawego charakteru.
Andrzej wił się na krześle pod tym upartym a przenikliwym wzrokiem, który, że tak powiemy, poruszał mu prawdę w głębi duszy i prawie gwałtem wyciągał ją na usta.
— Nie mogę, panie, powiedział, nie mogę!..
— A!
— Jest to tajemnica panie...
— Rozumie się.
— Tajemnica!.. która nie do mnie należy; a gdybym ją panu wyjawił, gdyby tylko napomknął o niej, popełniłbym czyn niegodziwy.
Zaledwie dostrzeżony uśmiech prześliznął się na ustach jegomości w złotych okularach.
— Pan w niczem nie chce mi się zwierzyć, powiedział... no, to ja sam będę mówił. Opowiedziałem panu, jakie mam wiadomości pewne... mam także i domysły. Tak jest, sądzę, że nawet znaną mi jest prawda, a zobaczysz pan jeszcze, przez jaki szereg rozumowań i wywodów doszedłem do niej. Dlaczego podpatrujesz pan markiza Croisenois? Bo masz żal do niego. Z jakiego powodu? Czyżby dlatego, że założył towarzystwo Kopalni w Tifla? Nie. A więc dla tego, że ma ożenić się z panną Mussidan? Dobrze!.. oto już się pan rumienisz! A to jeszcze nie wszystko...
Rzeczywiście, Andrzej cały poczerwieniał.
— Mówiliśmy więc, ciągnął dalej jegomość w złotych okularach, że pan chcesz przeszkodzić temu małżeństwu. Z jakiej racji?.. Czybyś czasem nie był zakochany w pannie Mussidan? czy byłbyś pewny, że i ona go kocha? Tak jest. To już racja; ale ona nie tłumaczy i nie usprawiedliwia przebrania pańskiego. Zatem zachodzi tu coś innego. Co? Czyż panna Mussidan nie miała przedtem poślubić pana Breulh-Faverlay?.. Tak mię zapewniano. A zatem hrabia i hrabina Mussidan przenieśli nad człowieka powszechnie poważnego w Paryżu lichego zrujnowanego markiza? To być nie może. Jasno, że oddają rękę swej córki markizowi Croisenois, tylko by samym się obronić, pomimo, że gardzą tym człowiekiem, że nienawidzą go. I oto człowiek tak, staje się członkiem rodziny, pomimo tej rodziny i wbrew woli panny. Co to znaczy? Czy czasem w życiu hrabiego, lub hrabiny nie masz jakiej strasznej tajemnicy, którą Croisenois pochwycił i z której broń sobie zrobił?..
— To fałsz, panie!.. zawołał Andrzej, fałsz wierutny!
Jegomość w okularach ruszył ramionami i odrzekł spokojnie:
— Dobrze!.. Jeżeli pan z taką energią wykrzykujesz, że to fałsz, to dlatego, i wiem dobrze, że się nie mylę. Nie potrzebuję już innych dowodów. Wczoraj pan Mussidan był u pana, a ajent mój doniósł mi, że twarz miał rozpromienioną, gdy się oddalał. Ba! dlaczegoźby nie?.. Pan mu przyrzekłeś, że wybawisz go od markiza Croisenois, nierozgłaszając tajemnicy, a w zamian za to hrabia Mussidan przyrzekł panu rękę swej córki. Tym sposobem tłumaczy się ten kaszkiet, ta bluza i to pomalowanie. No powiedz mi pan teraz, że się mylę.
Młody malarz kłamać nie umiał; nie śmiał odpowiedzieć.
— A czy znasz pan tę tajemnicę, mówił da lej jegomość w okularach, czy hrabia Mussidan wyjawił ją panu?... Tego nie wiem. Wszakże, gdybym zachciał sobie zadać trudu i szukał, gdybym dobrze poszukał... Słuchaj pan! ludzie sądzą, że policja zapomina, prawda?... Otóż — ludzie mylą się. Nie masz instytucji, któraby miała tak okrutną pamięć. Dopóki sprawa nie została wyprowadzoną na czysto, jak mawiał mój mistrz, ojciec Tabaret, niespokojna policja śpi tylko jednem okiem. Znam takie zapomniane zbrodnie, które trzy generacje policjantów przekazywały sobie z rzędu... Czy słyszałeś pan, naprzykład, że nasz Croisenois miał brata imieniem Jerzy, nierównie starszego od niego?... Jerzy ten pewnego pięknego wieczora znikł w sposób nader tajemniczy. Co się z nim stało? Jerzy ten w swoim czasie, jest temu dwadzieścia trzy lata, był w liczbie przyjaciół pani Mussidan. Czy też owe dawniejsze zniknięcie nie mogłoby wytłumaczyć teraźniejszego małżeństwa?
Młody malarz zerwał się drżący.
— Któż pan jesteś? zapytał. Chcę wiedzieć, z kim mówię.
Jegomość w złotych okularach odpowiedział:
— Jestem Lecoq.
Usłyszawszy nazwisko znakomitego policjanta, Andrzej cofnął się zmieszany, wątpiąc prawie i bełkocąc:
— Pan Lecoq!... pan Lecoq!...
Najsilniejszy człowiek ma swoje słabe strony. Mość własna znakomitego policjanta była delikatnie połechtaną, gdy ujrzał, jakie wrażenie sprawiło same jego nazwisko.
— Tak jest, odrzekł, Lecoq. A teraz, kiedy mię pan już znasz, kochany panie Andrzeju, czy mogę liczyć na to, iż będziesz pan rozsądniejszy? O! Ja wiem wiele.... zaraz przekonam pana o tem....
Rzeczywiście wiedział wiele, pod pewnym względem więcej nawet, aniżeli sam młody malarz.
Hrabia Mussidan nie wyjawił całej tajemnicy Andrzejowi ale dość mu powiedział, aby teraz młody malarz mógł zmiarkować, jak mało Lecoq oddalał się od prawdy.
— Możemy jeszcze porozumieć się, zaczął znowu policjant, i źleby bardzo było, gdyby moja otwartość nie wywołała otwartości ze strony pana. Potrzebuję pana i zarazem mogę być panu przydatnym starajmy się zatem byśmy oba byli nawzajem uprzejmi i pożyteczni... Naprzód trzeba byś pan wiedział, że prosty traf doprowadził mię do pana. Byłem na łowach, a pan przebiegłeś mi drogę. Widziałem najdokładniej żeś pan był szpiegowany przez ludzi, których ja właśnie mam na oku; powiedziałem więc sobie zaraz: Ten jest ważną osobą w intrydze. Kazałem śledzić pana i oto od kilkunastu już dni chodzisz pan pomiędzy moimi szpiegami i szpiegami tamtych ludzi. A dziś, rozważywszy wszystko należycie, przekonany jestem żem się nie mylił. Pan mianowicie dostarczysz mi rozwiązania, którego szukam.
— Ja, panie?
— Tak, pan, Andrzej, artysta-malarz, ornamentysta... w oczekiwaniu czegoś lepszego.
— W oczekiwaniu czego?
Andrzej nie śmiał podnosić obrachowanej widocznie dyskrecji policjanta.
— Od wielu już lat, zaczął znowu Lecoq, mam tę pewność, że w Paryżu utworzył się rodzaj stowarzyszenia dla wyzyskiwań; doprawdy że utworzyli je ludzie zręczni!... w celu wyzyskiwania niegodnie podchwyconych tajemnic. Łotry te nie zajmują się ani zbrodniami, ani nawet wykroczeniami — i w tem leży ich siła. Czepiają się przede wszystkiem rozmaitych brudów prywatnych, nie dostępnych dla działa prawnych. Infamie szczególne, wstyd rodzin, namiętności śmieszne lub brzydkie, czynności hańbiące, nieostrożności to ich połów. Ludzie ci usystematyzowali cudzołózstwo i mają z niego stotysięcy franków dochodu rocznie.
— Ach!... mruknął Andrzej, i ja podejrzywałem coś podobnego.
— Naturalnie, że raz zapewniwszy się o istnieniu faktu, powiedziałem sobie: Podłapię tych łotrów! Łatwiej jednak było powiedzieć to, aniżeli wykonać. Bo, widzi pan, wyzyskiwanie ma to do siebie, iż ci, którzy się niem zajmują, są prawie pewni bezkarności. Niech panu kto wyjmie pięć franków z kieszeni, a pan zaraz będziesz wołał: Złodziej! Ale jeżeli kto zażąda od pana tysiąca franków, zagroziwszy, że rozgłosi jaki fakt, który może narazić pana na śmiech, albo na wstyd — pan zapłacisz i nie piśniesz ani słowa. Dwadzieścia razy widziałem gołębie, które tylko co podskubano; jeszcze ciekła krew po wyrwanych piórach, a jednak nigdy żaden z nich nie zgodził się na to, by podać broń przeciw nędznikom. Mówiłem im: spuśćcie się na mnie, policja jest dyskretna, tajemnica wasza będzie uszanowana, przysięgam... Ba! gdzie tam!... nikt nie chciał zaufać mojej dobrej wierze. Głupcy!...
Lecoq zdawał się być oburzonym przeciw wszystkim tym ludziom; którzy wątpili o jego słowie; a rozpacz jego była tak komiczną, iż Andrzej nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Rychło, mówił dalej policjant, przekonałem się o bezsilności moich zabiegów, o niemożebności dotarcia do łotrów za pomocą ich ofiar. Wtedy postanowiłem sobie dotrzeć do ich ofiar przez nich. O na to trzeba było wiele cierpliwości. Oto już od trzech lat czatuję na sposobność. Od ośmnastu miesięcy jeden z moich agentówjest kamerdynerem markiza Crosenois. Rozbójniki jestem pewny, że do tego czasu kosztują oni „zakład“ najmniej dziesięć tysięcy franków.
Młody malarz domyślał się, że „zakład“ oznacza obszerny budynek, mający wejście od ulicy Jerozolimskiej, to jest policję.
— Tak jest, dziesięć tysięcy! powtórzył Lecoq, a nie liczę tego, ile mi krwi napsuli. Jednemu Mascarotowi zawdzięczam najmniej tuzin siwych włosów. Bo wierzyłem w Tantaina i w Martin-Rigala. Nie mogłem wpaść na domysł, że istnieje komunikacja między domen bankiera z ulicy Montmartre a domem stręczyciela z ulicy Montorgueil. O!... to łotr zmyślny i obrotny!...
Zmyślny, niezaprzeczenie, ale nie tyle, ile ten, kto potrafił odgadnąć go. Mówił to wyraźnie uśmiech znakomitego policjanta.
— Ale na ten raz, mówił dalej, stopniowo ożywiając się, na ten raz łotry to sięgnęli zadaleko ― i trzymam ich. Eh! eh... zakładać towarzystwo przemysłowe, aby jednem zapuszczeniem sieci wyłowić pieniądze wszystkich fryców — pomysł piękny. Ale, hola!... ja czuwam czuwam — i niegodziwcy są zgubieni. Bo teraz znam ich wszystkich począwszy od naczelnika, Mascarota, Rigala czy tam Tantaina, nazywaj go sobie pan jak chcesz, aż do Tota Chupina, najpodrzędniejszego ich ajenta, do Pawła, powolnego narzędzia ich woli. Podłapiemy całą bandę i doktora Hortebiza, i Vermineta, i markiza Croisenois i Beaumarchefa. Może także będziemy mieli Van-Klopena; Catenac także nie wyśliźnie się. W tej chwili podróżuje on po prowincji w okolicy Vendome z księciem Champdoce i niejakim Perpignanem, łotrem dojrzałym do szubienicy... Ale to nic nie znaczy! Wlecze on poza sobą moich dwóch aniołów stróżów, co godzina nadsyłających mi wiadomości. Pułapka moja jest nastawiona, przynęta leży w niej... Wszyscy wpadną...
Młody malarz słuchał wytężywszy całą swoją uwagę — czuł, że mu się w głowie kręci.
Przeciwnicy, których miał zwalczyć, nagle poczęli przybierać w jego oczach rozmiary ogromne. Czuł się jakby zgubionym wśród plątaniny intryg jakie mu się ukazywały.
— A teraz, panie Andrzeju, zapytał Lecoq, czy jeszcze będziesz pan się wahał zwierzyć mi się z tego co wiesz, jeżeli pod słowem honoru przyrzeknę panu, iż w każdym razie szanować będę jego zwierzenie?
Andrzej nie myślał wahać się.
Jak wszyscy zbliżający się do znakomitego policjanta, tak i on uległ pod dziwnym jego wpływem.
Zresztą, co tu ukrywać przed człowiekiem, dla którego zdawało się być igraszką rozjaśnienie i zmylenie intryg najciemniejszych?
Czy tego, o czem mu dziś przemilczy się, nie dowie się on jutro? Najrozsądniejszem było zaskarbić sobie jego życzliwą pomoc.
— Jestem na rozkazy pana, powiedział młody malarz.
I krótko, ale z rzadką dokładnością i najzupełniejszą otwartością opowiedział swoją historję i wszystko o czem wiedział.
Gdy skończył, Lecoq wstał.
— Teraz, zawołał, widzę wszystko zupełnie jasno i pojmuję całość manewrów naszych łotrów. A... oni chcieli zmusić syna pana Gandelu do wyjazdu z Różą!... O!... zobaczymy!
Oczy mu błyszczały pod złotemi okularami. Ułożył już plan kampanii.
— Od tej chwili, powiedział, śpijpan spokojnie. Przed upływem miesiąca panna Mussidan będzie jego żoną, przyrzekam to panu. A kiedy Lecoq przyrzeka, to znaczy, że może dotrzymać. Odpowiadam za wszystko!
Przerwał sobie, pomyślał chwilę, a potem dodał powoli:
— Tak jest, odpowiadam za wszystko, wyjąwszy za życie pana. Tyle ogromnych interesów ześrodkowuje się na głowie pana, iż łotry będą próbowali rzeczy niemożebnych nawet, byle się go pozbyć. Mówię to panu, ponieważ szanuję jego energię. Na miłość boską, bądź pan ostrożny; nie ufaj nikomu, nie zapominaj się ani na chwilę... Nie jedz dwa razy z rzędu w jednej i tej samej restauracji; nie dotrącaj się do potraw mających jaki niezwykły zapach; unikaj zbiegowisk na ulicy; wystrzegaj się powozów; nie wychylaj się z okna nie przekonawszy się pierwej czy mocno jest osadzone... Jednem słowem, obawiaj się wszystkiego, podejrzywaj wszystko.
Młody malarz, podziękowawszy, gotował się do wyjścia; ale Lecoq zatrzymał go skinieniem.
— Jeszcze słowo, powiedział. Czy nie masz pan przypadkiem na ramieniu, tu, w tem miejscu, blizny, znamienia, jakiegokolwiek znaku?
— Mam panie dawną bliznę po wielkiem oparzeniu.
Lecoq nie trudził się z ukryciem swego zadowolenia.
— No, no powiedział, zgadłem najzupełniej.
I znowu wyprowadzając młodego malarza z gabinetu, ukłonił mu się i pożegnał słowami, które Mascarot często powtarzał protegowanemu swemu Pawłowi:
— Do zobaczenia, książę Champdoce!...


XXXIII.

Andrzej żywo odwrócił się, ale drzwi już były zamknięte i usłyszał tylko jak klucz skrzypnął w zamku.
Znowu znalazł się w pierwszej sali, a sekretarz komisarza, dwaj urzędnicy i jego antagonista niedawny spoglądali na niego uśmiechając się, ale życzliwie.
Nie pozostawało mu jak wynieść się, co też uczynił, wybełkotawszy kilka wyrazów niezrozumiałych.
Pożegnanie Lecoq’a intrygowało go niezmiernie.
Co znaczą te słowa: „Do widzenia książę Champdoce!“ Czy był to żart? Jeżeli tak, to co znaczy? gdzie w tem był mianowicie dowcip?
Prawda, że Andrzej miał umysł pozytywny, dowiódł, że nie zdolny jest karmić się rojeniami; ale Andrzej był podrzutkiem.
Dlaczegoźby on jeden z liczby tych nieszczęśliwych, nie znających ani ojca ani matki, a marzących o przyszłych wielkich swych losach, nie mógł przypuszczać, iż może odepchnięty jest przez jaką świetną rodzinę, która z czasem zamierzy go odszukiwać?…….
Wszak istnieją podobne przykłady, tak zdumiewające, tak cudowne!...
— Któż ja jestem właściwie?... szeptał sobie. Czyż miałaby radość pomieszać mi zmysły?
Ale miał odtąd potężnego pomocnika, protektora, który zajął się nim więcej aniżeli mógł przypuszczać.
Zaraz po wyjściu Andrzeja, Lecoq otworzył drzwi od gabinetu i przywołał swego agenta.
— Palot!...
Palot zerwał się i pobiegł z pospiechem, który był więcej aniżeli posłuszeństwem, a świadczył raczej o bezwzględnej powolności dla przełożonego, którego szanuje się i kocha.
— Mój kochany, rzekł ma znakomity policjant, widziałeś tego człowieka, który tylko co wyszedł ztąd?
— Widziałem, panie.
— Otóż... jest to bardzo zacny młodzieniec, mający serce i energię, honor i uczciwość niepokalaną. Zresztą ja go szanuję, ja, który mam wiele powodów do nieszanowania wielu ludzi. To prawdziwy człowiek... i mój przyjaciel.
Z ruchu agentamożna było łatwo wywnioskować, że od tej chwili młody malarz będzie dla niego osobą świętą.
— Będziesz go pilnował, mówił dalej Lecoq, i to zbliska, gdyż nie idzie oto, by wiedzieć co robi, ale by go bronić. Banda Mascarota zawzięła się na niego, mógłbym poręczyć to głową... a ja nie chcę by mi go zabito. Jesteś najlepszym z moich pomocników i najwierniejszym... powierzam go tobie. Jest on uprzedzony, ale brak mu doświadczenia; twoją będzie rzeczą widzieć niebezpieczeństwa, których on nie dostrzeże. Jeżeli będzie wciągnięty w jaką kłótnię — ty także wmieszaj się do niej i obróć rzecz tak, by wszyscy zostali wyłapani, nie wyjawiając, kto sam jesteś. Jeżeli dla odwrócenia niebezpieczeństwa potrzeba ci będzie rozmówić się z nim, to rozmów się; ale tylko w ostatniej potrzebie szepnij mu do ucha nazwisko mojej służącej, Janouille, a domyśli się, że przychodzisz w mojem imieniu; uprzedziłem go o tem. Jednem słowem, odpowiadasz mi za niego własną głową.
Zastanowił się, przebiegając w myślach, czy czego nie zapomniał, a uznawszy że instrukcja jest kompletną, dodał:
— Ale przede wszystkiem trzeba, aby szpiegi z bandy Mascarota nie poznali się na tem, że ty sam mięszasz się do każdej burdy. Odgadliby wszystko. Jakie masz ubranie pod bluzą?..
— Mam ubiór komisjonera.
— Bardzo dobrze!.. przebierz się i uporządkuj sobie starannie twarz i głowę.
Palot natychmiast umieścił się przed zwierciadłem i wydobywszy z kieszeni małą torebkę, wyjął z niej rudą brodę i perukę tegoż samego koloru, w które przystroił się ze zręcznością, jaką tylko praktyka nadaje.
Skończywszy przebranie w ciągu dwudziestu minut, stanął przed pryncypałem, który zaczął coś pisać i zapytał:
— Czy tak dobrze?
Znakomity policjant obejrzał go z uwagą drobnostkową podoficera, robiącego przegląd żołnierzy przed paradą i potakująco skinął głową.
— Nieźle.. odrzekł tonem ojcowskim, wcale nieźle.
Był to rzeczywiście typ komisjonera w jego pierwotnej czystości. Spojrzawszy tylko na niego każdy Auwerniak podałby mu rękę i zapytał, co tam słychać u nich.
— A teraz, rzekł Palot, proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę osobę?
— W okolicach pomieszkania Mascarota, — gdyż zaleciłem mu, by nie porzucał swej roli szpiega bez mego rozkazu. No, ruszaj!...
Palot poleciał jak strzała i rzeczywiście, przybywszy na ulicę Montmartre, na wysokości ulicy Jeuneurs, dostrzegł tego, którym miał opiekować się.
Andrzej szedł powoli chodnikiem, rozmyślając o przestrogach Lecoq’a i o potrzebie wydawania się tak, jakby ciągle podpatrywał swych przeciwników, gdy wtem jakiś młody człowiek, idący w tę samą stronę co i on, wyprzedził go.
W tym młodym człowieku wydawało się Andrzejowi, że poznaje Pawła. Pewny, że sam nie został poznany, wyprzedził go... Był to rzeczy wiście kochanek, opłakiwany przez Różę.
Spotkanie to wyrwało młodego malarza z jego rozmyślań. Dlaczego Paweł miał rękę na temblaku?... Takie pierwsze pytanie przyszło mu na myśl.
W skutek fenomenu, który często zdarza się zresztą, gdy myśl ześrodkowana jest na jednym punkcie, przeczuł on niejako prawdę, ujrzał ją nagle, jakby przy świetle błyskawicy.
— Przynajmniej, pomyślał, dowiem się dokąd idzie.
Udał się za nim i widział, jak wszedł do domu Mascarota.
Dwie kobiety rozmawiały przy bramie gdy Paweł przechodził i Andrzej słyszał dobrze, jak jedna z nich powiedziała:
— To narzeczony panny Flawii Martin-Rigal, córki bankiera.
A zatem Paweł miał ożenić się z córką naczelnika szkaradnego stowarzyszenia. Czy Lecoq wiedział o tem? Wiedział bez wątpienia. Andrzej jednak postanowił, że napisze do niego, gdyż znakomity policjant dał mu swój adres. Mieszkał przy tej samej ulicy Montmartre, o parę kroków od domu Martin-Rigala.
Tymczasem godziny upływały, a zajęcie Andrzeja nie przeszkadzały mu myśleć i o tem, że musi spieszyć na Pola Elizejskie do budynku pana Gandelu, jeżeli chce zastać tam jeszcze Vignola, tego przyjaciela, w którego domu spodziewał się znaleść gościnność.
Spieszył tak, że jeszcze był jasny dzień, gdy przybył; wszyscy robotnicy byli jeszcze przy robocie.
Towarzysze jego nie mieli rysich oczu ajentów Mascarota i żaden go nie poznał, gdy spytał się o Vignola.
— Jest tam na górze, przed frontem, idź schodami na lewo, odpowiedziano mu.
Front ten był najważniejszą częścią roboty rzeźbiarskiej; przed nim właśnie zawieszona była budka.
— Gdy Andrzej tam wszedł, Vignol pracował sam i krzyknął głośno usłyszawszy jak młody artysta wymienił swe nazwisko. Nie poznał dawnego swego kolegi w tem przebraniu.
Rozumie się, iż zażądał wyjaśnień.
— Ot!... miłośna sprawa, odrzekł obojętnie Andrzej.
— I to aby dosięgnąć do serca twej piękności, tak się przebrałeś?...
— Cicho bądź. Wytłumaczę ci wszystko, odrzekł Andrzej. Na teraz przyszedłem tylko by cię zapytać, czy będziesz mógł przyjąć imię do twego pomieszkania...
Tu nagle urwał sobie. Zbladł straszliwie. Zdało mu się, że słyszy krzyk okropny, a potem swoje imię i imię panny Mussidan...
Nie mylił się. Ten sam głos, głos kobiecy, rozpaczliwy, powtórzył:
— Andrzeju!... to ja Sabina... ratuj!...
Szybko jak błyskawica młody malarz rzucił się ku oknu, otworzył je i wychylił się.
Niestety. Toto Chupin, ten nędznik, zarobił bilet tysiącfrankowy u słodkiego ojca Tantaine!
Podpora usunęła się ze złowrogim trzaskiem. Andrzej wyleciał.
Budka była przymocowana najmniej o dwadzieścia metrów nad brukiem, upadek był okropny.
I tem okropniejszy jeszcze, iż upłynęło przeszło dwie sekundy między chwilą w której nieszczęśliwy Andrzej wyleciał z okna, a tą w której ciało jego, pokaleczone i skrwawione, uderzyło się ostatecznie o ziemię.
Dwie sekundy... dwa wieki najstraszliwszej trwogi... wieczność.
Bo Andrzej miał jasne i zupełne przeświadczenie o niegodnej zasadzce. Zrozumiał i mógł ocenić cios, który go dosięgnął w pełni życia, w pełni nadziei.
Czuł jak pada, mierzył padanie, i widział w dole śmierć niechybną.
A w ciągu tych dwóch sekund cały świat myśli przesunął się przed nim.
Cała przeszłość, od chwili, w której uciekł z zakładu, ukazała mu się odrazu.
A w przyszłości widział Sabinę, wspartą na ramieniu markiza Croisenois.
Ostatnia myśl jego była o Sabinie. Gdy on umrze, kto ją bronić będzie!...
Nędznik Mascarot tryumfował!...
Na Polach Elizejskich najmniej trzysta osób było obecnych przy tem straszliwem widowisku.
Gdy Vignol krzyknął rozpaczliwie, wszyscy przechadzający się stanęli i przerażeni, dech zatrzymawszy, patrzyli... Nie stracić z oczu żadnego szczegółu.
Wyleciawszy głową na dół, Andrzej spadał na jedną z poprzecznych belek, podtrzymujących słupy rusztowania.
Z dołu najdokładniej widziano, jak w powietrzu rozmachiwał rękami, pięści kurczyły mu się i prostowały.
Usiłował zaczepić się, pochwycić cokolwiek, słup, deskę, jaki koniec liny...
Pochwyciłby sztabę rozpalonego żelaza.
Ale nie pochwycił nic i o pięć metrów niżej uderzył się o kamienne obramowanie okna naprzód nieco wysunięte; uderzył się bokiem...
Ztamtąd spadł na drugą belkę poprzeczną, potem na deskę na rusztowaniu pierwszego piętra...
Elastyczna deska ugięła się pod jego ciężarem i jak trampolin rzuciła go daleko w aleje, nie na żwir, ale na piasek.
Wtedy dopiero tłum strwożony wydał okropny krzyk i dokoła nieszczęśliwego, leżącego na ziemi, zakrwawionego i bez ducha zebrało się ciasne koło ciekawych.
Ale już wszyscy robotnicy pracujący przy budynku zbiegli za Viguolem, który szalejąc prawie, zdołał im wszakże wytłumaczyć, że człowiek ten o minie tak szkaradnej, był to ich towarzysz, Andrzej.
Z wielką trudnością usunęli ciekawych, którzy chciwi wrażeń tłoczyli się i dusili, by zobaczyć jak kona nieszczęśliwy, spadłszy z wysokości przeszło stu stóp.
Niestety... biedny Andrzej nie dawał znaku życia.
Twarz jego, strasznie potłuczona, była blada i nieruchoma jak marmur; oczy miał zamknięte, członki zupełnie bezwładne.
Strumień krwi płynął mu z ust, gdy Vignol, bledszy od niego i drżący jak listek, podniósł mu głowę i wsparł ją na swem kolanie.
— O!... nie żyje!... powtarzali gapiący się, nie przyjdzie już do siebie!
Robotnicy nie słuchali już; naradzali się między sobą, co należy począć.
— Trzeba go zanieść do szpitalu w Beaujon, powiedział nakoniec Vignol, który począł już odzyskiwać zimną krew; to o parę ztąd kroków.
Jakiś poczciwy człowiek pobiegł dać znać do pobliskiego posterunku i nadbiegli sierżanci miejscy, za którymi niesiono owe ponure nosze, przykryte perkalem w pasy, jakie tak często spotkać można na ulicach paryskich.
Rzeźbiarze położyli na nie swego towarzysza; dwaj z nich ponieśli Andrzeja przez ulicę Oratoire do szpitalu Beaujon.
Gdyby tłum mniej był zajęty, to dostrzegłby pewną okoliczność, któraby go mocno zaintrygowała.
W chwili, gdy Andrzej padał, jakiś komisjoner rzucił się na przechodzącą młodą kobietę. Była to jedna z tych nędznic, które we dnie zamiatają ogonami swych sukien poboczne aleje Pól Elizejskich.
Ona to krzyknęła.
Widząc tego człowieka, rzucającego się na nią jak szalony, kobieta próbowała uciec, wyrwać się, ale komisjoner pochwycił ją za rękę i uścisnąwszy ją silnie, powiedział:
— Milcz!... i nie ruszaj się!... bo!...
A głos jego, wzrok i ruch były tak groźne, że nędznica, trwogą przejęta, stanęła nieruchoma i milcząca.
— Dlaczego wołałaś? zapytał komisjoner.
— Nie wiem...
— Kłamiesz!
— Nie, przysięgam panu. Przed chwilą podszedł ku mnie jakiś jegomość i powiedział: „Jeżeli zechcesz krzyknąć dwa razy w odstępie półminutowym: „Andrzeju!... to ja, Sabina, ratuj!...“ dam ci dwa luidory“. Naturalnie, żem zgodziła się na to. Dał mi czterdzieści franków i zrobiłam co chciał.
— A jak wyglądał ten jegomość?
— Słuszny, stary, bardzo brudny, w zielonych okularach, nigdy przedtem nie widziałam go.
Komisjoner zamyślił się na chwile.
— Otóż widzisz, nędznico!... rzekł potem okrzyk, który wydałaś, przyprawi może o śmierć człowieka, tego biednego chłopca, który co tylko spadł z poddasza...
— A!... a po co tam łaził?...
Głupia taka obojętność tak oburzyła komisjonera, że nie powiedziawszy ani słowa więcej, zaprowadził młodą kobietę do sierżanta miejskiego, podążającego ku tłumowi i rzekł mu, dawszy się poznać poprzednio:
— Zaprowadź ją do posterunku, a pilnuj dobrze, to ważny świadek dla sądu kryminalnego.
Komisjonerem tym był wierny agentLecoq’a.
— Kobieta ta, pomyślał, pewno mówi prawdę, nie wiedziała co robi; a te dwa luidory dał jej Tantaine. Teraz podłapiemy tego rozbójnika, rachunek jego załatwi się... Ale na nieszczęście wszystka krew, rozlana przez kata, nie przywróci życia temu zacnemu młodzieńcowi.
Ale przedewszystkiem Palot musiał zająć się sprawą, zebrać dane dla swego raportu.
Jakim sposobem wydarzył się ten wypadek?...
Łatwo było przekonać się o tem. Część obramowania okna spadła razem z Andrzejem i rozbiła się na kilkanaście kawałków na chodniku. Agentpodniósł jeden z nich i począł oglądać.
Zbrodnia, o której zresztą nie wątpił, była widoczna.
Deska była podpiłowaną z obu stron, a nawet po brzegach znajdowały się na niej ślady kitu, przyłożonego zapewne dla ukrycia śladów piły.
Był to corpus delicti, zanadto ważny, by go zaniedbać.
To też fałszywy komisjoner przywołał jednego z robotników, którego rysy znamionowały inteligencję, i wskazawszy mu dokładnie ślady, które sam zauważył, wezwał do zebrania wszystkich ka wałków i złożenia ich w bezpiecznem miejscu.
— A pilnuj pan ich dobrze, powiedział, będą potrzebne do śledztwa, które się wkrótce rozpocznie.
Po dokonaniu tego mógł wreszcie Palot przybliżyć się do grupy ciekawych. Zapóźno. Odniesiono już Andrzeja.
Spojrzał dokoła, szukając kogokolwiek, by się rozpytać, gdy wtem na sąsiedniej ławce ujrzał indywiduum, które miał już zręczność śledzić z dziesięć razy, w czasach, gdy Lecoq nie podchwycił jeszcze tajemnicy troistej osobistości Mascarota.
Indywiduum to — był Toto Chupin.
Toto nie miał na sobie brudnych łachmanów poza wczorajszych. Zrobił już on użytek z zadatku danego mu przez pisarza od komornika. Od stóp do głów ubrany był jak z igły i tak śmiesznie, jak gdyby silił się na przesadzenie wszystkich śmieszności młodego Gastona.
Ale zdawał się być nieczułym na ten przepych, tak pożądany niedawno.
Siedział na ławce pochylony, jakby bliski zemdlenia. Twarz jego, zwykle blada, teraz była sina; w oczach miał okropny wyraz szału, a szczęki jego poruszały się konwulsyjnie jakby usiłować ściągnąć nieco śliny do wyschłej gęby.
Okoliczność ta mocno zastanowiła Palota.
Nie darmo jest on faworytem Lecoq’a. Ulubiony uczeń przyswoił sobie poniekąd teorję mistrza.
— Niezawodnie, powiedział sobie w duchu, że to sprawa tego urwisa, który teraz przeraził się własną zbrodnia.
Tak było rzeczywiście. Toto szamotał się wewnętrznie pod naciskiem uczucia zupełnie dlań nowego, którego nie domyślał się nawet dotąd: uczucia zgryzoty.
I podczas gdy agent Lecoq’a przypatrywał mu się, Toto zastanawiał się nad tem, czy nie powinienby pójść do najbliższego biura policji i tam wyznać wszystko; nie dla tego, by wyznaniem tem zjednać sobie życzliwość sędziów, ale że miał śmiertelny żal do Tantaina i postanowił zemścić się na tym starcu, który zrobił z niego mordercę.
Zapewnienie się o osobie Tota i ulokowanie go w miejscu pewnem, musiało przyjść na myśl Palotowi, i przyszło.
Ale nauczył się już mieć się na ostrożności przed pierwszem natchnieniem.
— Nie róbmy głupstwo!... mruknął. Jeżeli pochwycę tego urwisa, spłoszę tem całą bandę. Niech sobie odlatuje!... Paryż jest wielki, to prawda, ale znajdziemy go w nim, gdy nam będzie potrzebny. Może nawet źle zrobiłem, żem aresztował tę kobietę.
Począł więc znowu rozpytywać się; ale nie dowiedział się nic ważnego, oprócz że poranionego człowieka odniesiono do szpitalu Beaujon.
— Najlepiej zrobię gdy tam pójdę, powiedział sobie.
I pobiegł natychmiast.
Już nie był pod bezpośredniem wrażeniem wypadku i przez drogę obmyślał jego skutki.
— Co powie pryncypał? tak myślał. Powie, że jestem do niczego. A!... będzie miał słuszność. Powierza mi jednego ze swoich przyjaciół, a ja nie umiem go obronić! Jestem zhańbiony. Jakto! wiem że życie tego chłopca trzyma się na włosku i dopuszczam do tego, że wchodzi do budującego się domu!... Jestto to samo, co zabić go własną ręką!..
Przybywszy do szpitala Beaujon, Palot z drżeniem zapytał jednego z lekarzy, będących na służbie o młodego człowieka, którego niedawno przyniesiono, może przed półgodziną.
— Zapewne mówisz pan o numerze 17, odrzekł lekarz, jest on w stanie opłakanym; obawiamy się rozbicia czaszki, wstrząśnienia mózgu!
Nic podobnego nie było; ale zawsze dopiero po upływie siedmdziesięciu dwóch godzin po upadku Andrzej odzyskał tyle przytomności, aby zastanowić się nad swem położeniem.
Młody malarz przyszedł do siebie w nocy; blade światło nocnej lampy zaledwie cokolwiek rozjaśniało ciemności w ogromnej sali szpitalnej; od razu domyślał się gdzie jest.
Dziwnem mu się wydało że żyje, i tem dziwniejszem, iż nie czuł żadnego ostrego bólu. Zabolało go dopiero, gdy chciał poruszyć się na łóżku. Jednak swobodnie mógł władać nogami i jednem ramieniem.
— Wyliżę się z tego... pomyślał, ale od jak dawna jestem tu?
Chciał zebrać myśli; ale myśli mu się mąciły jak u człowieka, który długi czas był uśpionychloroformem... Zasnął.
Gdy się Andrzej przebudził, był już wielki dzień, w sali pełno było ludzi i gwaru. Była to właśnie pora wizyty lekarskiej.
Naczelny chirurg, człowiek wcale jeszcze młody, o twarzy rozumnej i ujmującej, chodził od łóżka do łóżka w towarzystwie około dwudziestu uczniów, którzy kolejno zdawali mu sprawę z pacjentów. Chirurg rozdzielał pomiędzy chorych uprzejme słowa, będące jakby przedsmakiem bistura.
Gdy przyszła kolej na Andrzeja, doktor oznajmił mu, że miał tylko wywichnięte ramię, lewą rękę złamaną w dwóch miejscach, ogromną ranę na głowie i że całe jego ciało było jednym wielkim sińcem... I powinszował mu, że wywinął się z biedy za taką małą cenę.
Młody malarz zaledwie go słuchał. Wraz z przytomnością powróciła mu pamięć o Sabinie i z przerażeniem zapytywał sam siebie, co się z nią stanie przez ten czas, gdy on będzie przykuty do łóżka.
Niespokojność o to wysunęła mu łzy. Ale wtem ujrzał, jak z grupy uczniów oddziela się i przybliża ku niem jakiś otyły jegomość z ogromnemi rudemi faworytami, w grubej białej chustce na szyi, kapeluszu jakiejś odwiecznej formy, którego można wziąć za jednego z tych prowincjonalnych lekarzy, którzy zawsze, znajdując się w Paryżu, uczęszczają na lekarskie wizyty w szpitalach.
Jegomość ten pochylił się ku Andrzejowi i szepnął:
— Janouille.
Usłyszawszy ten wyraz, po którym, według umowy, miał poznawać Lecoq’a, Andrzej nie mógł powstrzymać poruszenia, wskutek którego krzyknął z bólu.
— Jak uważam, rzekł cichem głosem otyły jegomość, pan nie poznajesz mnie.
Młody malarz nie wierzył własnym oczom.
Sztuka przebierania się, podniesiona do takiej doskonałości, było czemści genialnem.
— Pan Lecoq! wybełkotał.
— Ciszej, na miłość boską!.. Być może, iż nas tu szpiegują. Prędko: dwa słowa. Przyszedłem tu, aby uspokoić umysł pański, co więcej przyczyni się do wyzdrowienia aniżeli wszystkie lekarstwa. Zajmij się pan własnem zdrowiem ja czuwam. Już nawet, bynajmniej nie skompromitowawszy pana, widziałem hrabiego Mussidan i dostarczyłem mu pretekstu do odłożenia dłużej niż na miesiąc ślubu jego córki z markizem Croisenois. Potrzebuję miesiąca na złapanie całej bandy odrazu. Przez ten czas pan pozostaniesz tu... Mogą zastawić na pana nową pułapkę, a Bóg nie codzień robi cuda... Tu jesteś pan stosunkowo bezpieczny, jednak miej się na ostrożności... Nie jedz nic przyniesionego z poza obrębu szpitala, chybaby ten, który ci co przyniesie, wymówił umówiony wyraz. Podsuną panu pewno jakiego szpiewga — więc nie wdawaj się z nim w rozmowę... Zapewne przyjdzie tu odwiedzić pana przedsiębiorca Gandelo... syn jego wyplątał się z kłopotu. Jeżeli zechcesz pan pisać do mnie, gdyby zdarzyło się coś niespodziewanego, w takim razie zgłoś się do chorego leżącego po prawej stronie. Jest to jeden z moich ludzi... Ten biedny Palot jest tak zmartwiony wypadkiem pańskim, iż nie miałem odwagi zmyć mu głowę... A teraz do widzenia! Codziennie będziesz pan otrzymywał wiadomości odemnie; staraj się mieć dość energii, by zdobyć się na cierpliwość.
— Potrafię czekać, odrzekł Andrzej, ponieważ mam nadzieję.
— O!.. mruknął Locoq, odchodząc, nadzieja — to życie.


XXXIV.

Jeżeli Lecoq zalecał Andrzejowi bezczynność i nadzieję, nieruchomość upadku na duchu, według jego wyrażenia, jeżeli agentomswoim nakazał największą czujność, jeżeli sam otaczał się ostrożnościami drobiazgowemi — to dlatego, że był sam dość silnym, aby oddawać słuszność zręczności swych przeciwników.
Poczytywał ich za ludzi zdolnych zwąchać szpiegowanie tak daleko, jak kruk zapach prochu, i przewidywał, iż przy najmniejszym pozorze niebezpieczeństwa wszyscy rozlecą się, każdy w inną stronę i pozostawią go samego, z dowodami z taką trudnością zebranemi, a które na nic się już nie zdadzą.
Często agencijego, znużeni trudną pracą, która zdawało się, że do niczego nie doprowadziła, błagali go, by znowu począł działać. Umiał hamować ich niecierpliwość.
— Nie robi się szelestu sieciami, mówił im, gdy się chce złapać rybę.
Wypadki przekonały, że miał zupełną słuszność.
Tak teraz, dla rozegrania wielkiej partji, najważniejszej i ostatniej, tajemnicze stowarzyszenie zmuszone było wystawić się na światło dzienne, odkryć się.
Już można było dowieść, że naczelnik, ten, który ukrywał się pod troistą osobistością, był głównym instygatorem morderstwa.
Ale tego nie dość było. Lecoq nie chciał przedwcześnie robić użytku z tego odkrycia; poprzysiągł sobie, że wyłowi całą bandę.
A poszukiwania jego prowadzone były tak skrycie, sieć, którą ich otaczał, była tak subtelna, ii nic nie podejrzywali.
Mascarot zgubiony był bezpowrotnie właśnie w chwili, gdy więcej niż kiedykolwiek sądził się być bezpiecznym.
Zaraz na drugi dzień po wypadku przesłał on do prefektury policji list, w którym na czysto zdenuncjował Tota i podał wskazówki, według których łatwo go można było odszukać.
— Toto, pomyślał, pewno że nie zaniecha wygadać się o Tantainie; ale człeczyna ten już nie istnieje i nie da się wskrzesić.
I rzeczywiście tegoż samego poranku rozniecił wielki ogień i spalił do ostatniej nitki szkaradne łachmany, które przywdziewał, gdy dla swoich operacyj odgrywał rolę starego pisarza od komornika.
Sam się śmiał nad trafnością swego podstępu, patrząc jak od łachmanów gorejących wznosił się gęsty dym.
— Teraz szukajcie, drodzy przyjaciele, mruczał sam do siebie, wspólnik Tota ulotnią się w powietrzu.
Tantaine zatem poleciał z dymem przez komin; pozostawało jeszcze puścić tą samą drogą Mascarota.
Tu rzecz stawała się trudniejszą. Pisarz od komornika był to stary wagabunda bez kąta i domu; nikt nie będzie niepokoić się o niego.
Mascarot nie mógł zniknąć w ten sposób. Mascarot był człowiekiem zajmującym pewne stanowisko, płacącym regularnie czynsz i dość grube podatki; znano go i szanowano w całej dzielnicy, zawiadywał zakładem prosperującym, a mianowicie stręczeniem służących obojej płci; zniknięcie jego sprawiłoby pewne wrażenie; gadanoby o tem i policja zaniepokoiłaby się.
Najprostszą rzeczą było uciec się do wyprowadzenia na scenę odjazdu.
Więc zacny stręczyciel począł opowiadać każdemu, kto się nawinął, że interesa familijne, nadwątlone zdrowie, wielkie dziedzictwo do zlikwidowania, zmuszają go do sprzedania ajencji, i to prędko; dla tego też nie będzie się drożył.
Jednocześnie szukał nabywcy, znalazł go i we dwadzieścia cztery godzin interes był rozpoczęty, ułożony i umowa podpisana.
O! nie bardzo spokojnie Mascarot przepędził noc, która poprzedziła objęcie ajencji przez nowego właściciela.
Przy pomocy Beaumarchefa przeniósł do gabinetu bankiera Martin Rigala wszystkie papiery, któremi zawalona była ajencja.
Przenosiny te sekretne wykonane były przez drzwi, o których istnieniu były podoficer nie wiedział wcale, i o których pewno nie wiedzieli i właściciele obu domów.
Drzwi te, lub raczej dziura, wybite były w ścianie i tworzyły prostą komunikację między pokojem stręczyciela z ulicy Montorgueil i gabinetem bankiera z ulicy Montmartre.
Gdy ostatni kawałek papieru został przeniesiony, Mascarot wskazał wiernemu swemu pomocnikowi na kilkanaście cegieł i wór mielonego gipsu w kącie. Teraz należało zamurować dziurę.
Robota była długa i nużąca, ponieważ oba nie mieli wprawy. Jednak zrobili wreszcie co należy, a tynk, którym pokryli cegły, z trudnością można było odróżnić od dawniejszego.
O ósmej godzinie rano wszystko było skończone to jak można najlepiej. Wszystkie ślady cegły i gipsu pościerane i nawet podłoga na nowo wywoskowana.
Wtedy nastąpiła scena rozczulająca. Beaumarchef dniem przedtem otrzymał dwanaście tysięcy franków, pod warunkiem, że przesiedli się do Ameryki. Nadeszła chwila odjazdu i podoficer rozstając się na zawsze ze swym „pryncypałem“ zalewał się rzewnemi łzami...
Służył on temu „pryncypałowi“ z całem poświęceniem; gdy otrzymywał rozkaz, spełniał go ślepo, a ponieważ wcale nie zalecał się przenikliwością, nie zwrócił uwagi na bardzo wiele rzeczy i bezwiednie brał udział w wielu niegodziwościach...
Odlali się tak zasmucony, iż nie pomyślał nawet o poprawieniu sobie wąsów, właśnie w chwili, gdy wchodził nowy stręczyciel p. Robinet.
Mascarotowi było bardzo spieszno. Podłoga tego domu, który mu przypominał tyle szkaradnych czynów w przeszłości, paliła mu stopy. Nie czuł się w nim bezpiecznym. Poświęcił Tantaina, by się wybawić od Tota; przez Tantaina można było dobrać się do niego, i kto wie? mógł być aresztowanym. W takim razie ostatnia jego osobistość, najlepsza, którą sobie w brał dla zapewnienia spokojnej starości, stawała się bezużyteczną.
Ale musiał następcy swemu wyjaśnić wiele szczegółów, nie tylko dotyczących bióra stręczeń, ale i połączonej z nim oberży; musiał okazać rejestra zapisów, wydać księgi rachunkowe, jednem słowem wskazać, jak ma użytkować z nabytej ajencji.
Na tych zajęciach i kilku odwiedzinach rozmaitych dostawców upłynął mu cały dzień. Była już czwarta godzina, gdy wreszcie mógł kazać znieść do fiakra, po którego posłał, swoje rzeczy i odjechać, życząc wszelkiego powodzenia nowonabywcy.
Od tej pory przeszedł w stan płynny, stał się wspomnieniem. Na tablicy nadedrzwiami czytano już napis J. Robinet, dawniej B. Mascarot.
Jako człowiek znający się na wpływie wywieranym przez najdrobniejsze okoliczności, na wielkie wypadki, kazał się zawieść do dworca kolei zachodniej i wsiadł do pociągu odchodzącego do Rouen.
Miał się na baczności, mógł być szpiegowany, a szło mu o to, by mieć wszystkie szanse po swojej stronie. Sądził, ze nie pozostawia żadnych śladów po sobie.
Dopiero w Rouen ośmielił się pozbyć swoich pakunków i rzeczy, które przywiózł z sobą, a zrobił to popsuwszy wszystko, jak sądził, do niepoznania, tak, że nigdy nieznalazłyby się ślady mogące świadczyć przeciw niemu.
W Rouen nakoniec zrzucił długi surdut, brodę i okulary stręczyciela, zniszczył Mascarota, tak jak przedtem ulotnił Tantaina.
A gdy nazajutrz powrócił na ulicę Montmartre do domu bankiera, do siebie, gdzie zapowiedział przedtem małą wycieczkę, pozostała już tylko jedna osobistość z trzech, które przez dwadzieścia lat przeszło przedstawiał, a mianowicie osobistość Martin-Rigala, ojca kapryśnej i zalotnej Flawii, powszechnie poważanego bankiera, łysego i o wybladłej twarzy.
W drodze nie zwrócił uwagi na pewnego młodego człowieka, bruneta, o oku żywem, ustach drwiących, mającego wszystkie pozory komiwojażera, gadatliwego i poczciwego chłopca, który podróżował razem z nim.
Powróciwszy do siebie i czule uściskawszy ukochaną swą córkę, pierwszem staraniem Mascarota — to jest Martin-Rigala — było pobiedz do gabinetu, tego tajemniczego przybytku, od którego klucz zawsze nosił przy sobie i gdzie pozornie spędzał dotąd całe dnie, tak, że nikt nie śmiał go tam niepokoić.
Tam ściana naprzeciw drzwi na dość znacznej przestrzeni była obnażona, więcej wysoko, aniżeli szeroko, a na miejscu zdartego obicia ukazywał się mur z cegieł niezgrabnie ułożonych.
Była to odwrotna strona roboty wykonanej w nocy po drugiej stronie ściany przedziałowej, w pomieszkaniu stręczyciela.
— Muszę, mruknął bankier, wykończyć tę grubą robotę, zwierzchu pokryć wszystko tynkiem a na to nakleić obicie.
Tymczasem z wielkim pośpiechemi szybkością pozbierał starannie gruzy rozsypane na podłodze, rzucił w komin, potłukł i zmieszał je z popiołem. Potem zamiótł gabinet i stanąwszy na czworakach, pozdmuchiwał najdrobniejszy pył.
Następnie na otworze tak niedokładnie zamurowanym zawiesił wielkie pudło kartonowe, które dotąd przeznaczone było do maskowania tego tajemniczego przejścia, a które według potrzeby odsuwał lub zasuwał przedtem.
To zrobiwszy i przekonawszy się, że wszystko jest w porządku, rzucił się na wielki safianem wybity fotel, i odetchnął z zadowoleniem.
Po takich przejściach pełnych trwogi, nastąpiło wewnętrzne słodkie przekonanie o bezwzględnem bezpieczeństwie; nieskończona błogość rozpostarła mu się w duszy.
Tak tryumfował i przyklaskiwał swej przebiegłości i śmiałości, gdy do gabinetu jego wszedł uśmiechnięty doktor Hortebize.
— No i co, sceptyku!... zawołał, nim się drzwi zamknęły, czy jeszcze będziesz powątpiewać?... czy dotykasz nakoniec palcem rezultatu?... Cóż mi powiesz o Mascarocie i Tantainie... nie żyją, lub raczej nigdy nie istnieli. Beaumarchef przechadza się w tej chwili po pokładzie zaatlantyckiego parowca. La Caudèle, nim ośm dni upłynie, będzie w Londynie. Podrzędni nasi ajenci przy odprawie otrzymali gratyfikację, i wszyscy sądzą, żem zamknął budę zrobiwszy majątek. Możesz wyrzucić twój medaljon z trucizną. Do nas miliony!...
— Dałby to Bóg! odrzekł doktor.
— Martin Rigal wstał, upojony zuchwalstwem szczęścia i wyrażając się z uniesieniem dalekiem dotąd od jego charakteru, zawołał:
— Jakto, dałby Bóg!... ależ zdaje mi się, że już dał, bitwa wygrana i wygrana na wszystkich punktach...
— Ta!...nie opiewaj zwycięstwa, to sprowadza nieszczęście...
— Ba!... nie mamy czego obawiać się!... reszta twoich zwątpień rozleciałaby się, gdybyś tak jak ja znał całą sytuację. Kto był najniebezpieczniejszym nieprzyjacielem? Andrzej. Tego nie ma już co liczyć. Prawda, że nie zabił się, ale przynajmniej przez miesiąc nie będzie zdolny do walki. Zresztą zrezygnował się. Przedwczoraj otrzymałem ostatni raport od jednego z naszych ludzi, który umiał wkręcić się do szpitalu w Beaujon; inteligentny ten spostrzegasz zapewnił mnie, że artysta nasz nie był przez nikogo odwiedzany i nie napisał ani litery od piętnastu dni, jak przyszedł do zmysłów.
— Miał przyjaciół!...
Szanowny bankier ruszył ramionami.
— Doprawdy, doktorze, odrzekł, zachwycasz mnie! Jakto? więc ty, ty wierzysz w przyjaciół, którzy myślą o tobie w nieszczęścia i po piętnastu dniach nieobecności!... O! ty będziesz młody całe życie!... Jacyż to są przyjaciele Andrzeja? Breulh-Faverlay?.. Alei właśnie nastąpiła pora wyścigów i Breulh nie wychodzi ze stajni. Pani Bois-d’Ardon?... wiosenne mody wystarczą dla zapełnienia jej głowy. Gandelu?... dość on ma roboty z własnym synem... Innych niema co liczyć.
— A młody Gaston?
— Ten usłuchał dobrych rad Tantaina, mój kochany lekarzu, pogodził się ze śliczną Różą i oboje pojechali do Florencji...
Wszystko to jeszcze nie rozpraszało ostatecznie chmur zasępiających czoło doktora.
— Niepokoi mię rodzina Mussidan, powiedział.
— Dlaczego? Croisenois umizga się i jest przyjmowany, mogę cię zapewnić, bardzo przyzwoicie. No, panna Sabina nie rzuca mu się jeszcze na szyję, ale już z wielkim wdziękiem dziękuje mu co wieczór za bukiety, które przesyła jej co rana. Czegoż jeszcze chcesz?
— Chciałbym, by hrabia nie odkładał ślubu swej córki z naszym kochanym markizem. Do czego to opóźnienie? Ono właśnie mię niepokoi.
— A mnie tylko nudzi — nie więcej. Bądź spokojny nie łudzą nas wymyślonym pretekstem. Wywiedziałem się, przekonałem... trzeba koniecznie czekać. Cóż w tem upatrujesz podejrzanego?
— Nic, odpowiedział doktor, nic.
Rzeczywiście bankier umiał wlać w umysł swego przyjaciela pewność, która jego samego ożywiała.
— Z tej strony, dodał uśmiechający się Hortebize, sądzę, że w samej rzeczy wszystko idzie dobrze.
— Z innych stron idzie jeszcze lepiej, odrzekł bankier. Akcje Kopalni Tifla idą doskonale, przyjacielu doktorze; akcjonarjusze nasi rzeczywiście nie bardzo narzekają. To prawda, że i ja nie jestem surowy. Strzygę, ale nie drapię więc nikt nie krzyczy. Otaksowałem każdego według jego środków, od tysiąca do dwudziestu tysięcy franków. Już mamy około miliona promes na akcje...
— A u nas promesa, to tak samo jak akcja.
— Tak jest, wielki homeopato. Nie ma pieniędzy nie ma zwrotu dokumentów... U nas po krycie odbywa się w porządku. Na twoją część, doktorze, otrzymasz milion.
Zacny Hortebize zacierał sobie ręce.
Czarodziejski ten wyraz „milion“ ukazywał mu przyszłość w promiennych barwach.
— Z drugiej strony, zaczął znowu Martin-Rigal, widziałem Catenac’a, po powrocie z Vendome, gdzie wszystko poszło jak przewidziałem. Ks. Champdoce drży z niecierpliwości i nadziei, śledząc rop, który, jak mniema, doprowadzi go do syna. Ach!... doktorze!... ten fałszywy trop, przezemnie utworzony, to moje arcydzieło. Sam ten pomysł wart tyle ile nam przyniesie. Ale też ile było trudu, zabiegów, obietnic, pogróżek! Ani nieboszczyk Tantaine, ani zmarły Mascarot nie oszczędzali siebie.
— A Perpignan?... mówiłeś mi, że to lis.
Zacny stręczyciel zrobił poruszenie głębokiej pogardy.
— Perpignan, odrzekł, jest wyprowadzony w pole tak samo jak i inni, i lepiej jeszcze może!... ot głupiec!... Wyobraża sobie, że to on wykrywa tę drogę, którą ja wytknąłem, wszystkie te drogowskazy ustawione przeze mnie między zakładem w Vendome a Pawłem. Przedwczoraj znajdowali się u Vigoureux, byłego skoczka, kupca win, przy ulicy Dupleix, który da im adres Fryca, starego muzykanta. Zobaczymy ich tu w tych dniach. Ale wtedy Paweł będzie już mężem mojej córki a Flawia będzie księżną Champdoce, będzie miała sześćkroćstotysięcy liwrów dochodu...
Przerwał sobie, gdyż zapukano do drzwi i prawie w tej chwili weszła Flawia.
Panna Rigal była piękna, ale nigdy piękność jej nie promieniała tak jak w tych dniach nadziei i radości, kiedy pochlebiała sobie, iż zdobyła serce człowieka, którego kochała, i którego zostanie żoną.
Przyjacielskiem skinieniem powitała doktora i lekko jak ptaszek wskoczyła na kolana ojca, objęła za szyję i ucałowała po kilkakroć, głośno, z przyciskiem.
Uśmiechnięty Hortebize przypatrywał się swemu przyjacielowi, chociaż widowisko to nie było nowem dla niego — i dziwił się.
— Bo rzeczywiście, patrząc na bankiera, nie można było poznać w nim człowieka, który nie dalej jak przed dziesięcią minutami z zimną krwią mówił o morderstwie, które ułożył.
Od chwili jak ukazała się Flawia, zdumiewający przewrót odbył się w nim. Cała inteligencja znikła z fizjonomii, dając miejsce błogiemu uniesieniu i uwielbieniu bez granic.
— O! o!... zawołał wesoło, piękna przedmowa! Teraz posłuchajmy prośby, bo pewno jest prośba, prawda, moje dziecię?
Flawia pochyliła głowę z minką nadąsaną i tonem, który się używa dla wyłajania ulubionego dziecka, zawołała:
— Fe, ojczulku!... brzydki jesteś!.. Czy mam zwyczaj sprzedawać panu moje pieszczoty?... Gdy chcę czego, czyż potrzebuję przed nowy?... mówię: tak chcę!
— To prawda... ale widząc cię wchodzącą...
— Przyszłam poprostu, aby cię uprzedzić, że czekamy z obiadem i że Paweł i ja jesteśmy bardzo głodni. A jeżeli uściskałam cię i ucałowałam, to dla tego, że kocham. Ty jesteś taki dobry, taki dobry... Wiesz, że gdybym miała do wyboru wszystkich ojców całego świata, to i wtedy ciebie wybrałabym.
Bankier uśmiechnął się zachwycony, przymrużając oczy, jak kot gdy się go drapie w głowę.
— Przyznaj przynajmniej, powiedział, że od jakich może sześciu tygodni kochasz mnie cokolwiek więcej niż przedtem.
— Nie, odrzekła z okrutna naiwnością, nie od sześciu tygodni, ale od piętnastu dni dopiero.
— Jednak już przeszło miesiąc, jak przyjaciel, doktor, przy prowadził nam na obiad pewnego młodego człowieka...
Młoda dziewczyna wybuchła śmiechem szczerym i dźwięcznym.
— Kochałam ciebie za to, odrzekła, tak jest, kochałam bardzo, ogromnie... ale kocham ciebie jeszcze więcej za co innego... bo, widzisz, jak pomyślę...
Nie dokończyła, ale kilkanaście pocałunków w czoło ojcowskie, wytłumaczyły jej myśli wymowniej, aniżeli wszystkie frazesa w świecie.
— Cóż to takiego? zapytał bankier.
— A!.. to tajemnica, wielka tajemnica, której ci nie wyjawię.
— Ależ proszę!
— Pan ciekawy!.. a jak się pan rozgniewa?
— Nie, daję ci słowo.
— Dobrze więc!.. oto od piętnastu dni znam twoje przywiązanie w całej pełni. Biedny, kochany ojciec!.. Wiesz, żem się zalewała rzewnemi łzami, gdym się przekonała, ileś ty zadał sobie trudu, by dogodzić twojej niegodziwej córce, gdym rozumiała, ile trudności musiałeś pokonać, by do stóp moich doprowadzić ukochanego artystę. Pomyśleć tylkoże miałeś odwagę ubrać się w ta brudne suknie, i przyprawić sobie wielką brzydką brodę, i włożyć zielone okulary.. O! jakiś ty był szkaradny!.. ale jaki szkaradny!..
Usłyszawszy to Martin-Rigal, zerwał się tak nagle, iż Flawia tylko co nie upadła. Zbladł jak śmierć...
— Co chcesz powiedzieć?.. wybełkotał.
— O! ty mnie dobrze rozumiesz. Czyż ojciec może zmylić oko córki?.. Inni nie poznali cię; ale ja...
— Mylisz się, Flawio, zawiodło cię jakieś podobieństwo...
Przerwała mu drwiącym ruchem.
— A więc, rzekła, utkwiwszy w nim wzrok, więc to nie ty przychodziłeś przebrany do Pawła, pewnego dnia, gdy ja... no! niech mi pan spojrzy w oczy... gdy ja poszłam do Pawła także, i to sama, a nie zadrżałeś?.. biorę doktora na świadka! A zatem wiedziałeś, żem popełniła to szaleństwo, zatem nie mylę się...
— Jesteś szalona. Posłuchaj...
— Nie chcę słuchać. Zresztą nie chcę i kłamać przed tobą, kochany ojcze. Bez tego moralnego dowodu, jaki mi dałeś, ja już materjalnie byłam zapewniona. Trzeba byś wiedział, że jestem nie mniej od ciebie sprytna. Gdyś wszedł do Pawła, to pomimo twego lichego ubrania miałam jakieś podejrzenie nieokreślone, przeczucie. Postawa twoja, gdym ci otwierała drzwi a ty spojrzałeś na mnie, utkwiła mi w pamięci. To też, gdyś wyszedł z doktorem, przyłożyłam ucho do drzwi wchodowych. I słyszałam cośkolwiek z waszej rozmowy. I to jeszcze nie wszystko: wyszedłszy od Pawła, przybiegłam tu, ukryłam się za drzwiami i widziałam, jak ty przybyłeś, wyjąłeś klucz z kieszeni i wszedłeś do gabinetu, w tɩórym teraz znajdujemy się. No, czy i teraz zaprzeczysz?..
Bankier nie myślał zaprzeczać. Zdawało się że tracił zmysły.
— Oto, mruknął, co może kosztować nieostrożność, jedna nieostrożność. Potrzebowałem powrócić do siebie, Croisenoie czekał na mnie; obawiałem się podejrzeń.
Potem, jakby mu nagle jakaś okropna myśl przyszła do głowy, zapytał żywo:
— Przynajmniej przemilczałaś o twem odkryciu! Prawda, Flawio, że nie powiedziałaś o tem nikomu?
— O!... nikomu, przysięgam!
Odetchnął.
— Pawła nie liczę, dodała młoda dziewczyna, ale on, czyż to nie ja?...
— Nieszczęśliwa.... zawołał Martin-Rigal, biedna moja córko!...
Poruszanie jego było tak przerażające, głos tak rozpaczliwy i zarazem groźny, iż panna Martin-Rigal przestraszyła się go po raz pierwszy w życiu.
— Ale cóż tak złego zrobiłam? odrzekła zmieszana i gotowa zapłakać. Powiedziałam Pawłowi: O mój drogi i jedyny przyjacielu, bylibyśmy potworami nie wdzięczności, gdybyśmy nie uwielbiali naszego ojca; powinniśmy całować ślady stóp jego. Nie wiesz, na co się on zdobył dla nas. Nie obawiał się przywdziać łachmanów, by dostać się a do ciebie, by cię zjednać...
Doktor, dotychczas niemy świadek tej sceny, przerwał Flawii:
— A cóż Paweł powiedział na to?
— Paweł?.. naprzód zdawał się bardzo zmięszany, a potem uderzył się w czoło, mówiąc: „Teraz wszystko rozumiem!...“ I zaczął się śmiać, ale to śmiać...
Bankier, który dotąd wielkiemi krokami chodził po gabinecie, miotany żywem wzruszeniem, nagle stanął przed swą córką i powiedział gorzkim tonem:
— A ty, biedne dziecię, tyś nie zrozumiała tego śmiechu. Paweł teraz wie, że ty byłaś w zmowie ze mną. Dotąd mógł jeszcze wątpić, ale ty mu dowiodłaś, żem działał według twoich rozkazów, gdym go wyszukiwał....
— Cóż to szkodzi?
— Niestety... Taki człowiek, jak Paweł, nie będzie kochał kobiety, która go poszukiwała sama. Choćby kobieta taka rozsypała przed nim wszystkie skarby miłości i wdzięków... on zawsze będzie sobie mówił, że mu się narzuciła. Przyjmie wszystkie oznaki czułości i poświęcenia, ale odpowie na nie tyle, co drewniany bałwan na kadzidła jemu ofiarowane. Ty tego nie widzisz... Dałby Bóg, aby nigdy nie spadła ci z oczu przepaska, jaką zasłoniła ci je namiętność. Obyś nigdy nie przeniknęła nikczemnego charakteru tego głupca, tego zera bezdarnego, nadętego próżnością, bez rozumu, bez energii, bez woli, bez serca...
Flawia poczerwieniała.
— Dość tego, przerwała suchym głosem, dość tego... Nie będę do tego stopnia nikczemną, bym pozwoliła żyć mego męża i potrafię bronić go przeciw wszystkim.... nawet przeciw mojemu ojcu...
Bankier zwiesił głowę i milczał.
Już sam przestraszył się swej śmiałości i wyrzucał sobie, że dał się unieść gniewowi. To, co powiedział, mógł opłacić przywiązaniem swej córki — a drżał na tę myśl.
Zapytywał sam siebie, jakimby sposobem osłabić wrażenie swego uniesienia, gdy uśmiechnięty Hortebize wmięszał się znowu do rozmowy.
Kochany ten doktor ujął wpół Flawię i chociaż ta opierała się nieco, wyprowadził ją łagodnie z gabinetu.
— Oddal się, kochane dziecię, szepnął jej do ucha, ojciec twój jest w złem usposobieniu i sam me wie co mówi.
Było to w samej rzeczy zdaniem zacnego doktora i nie ukrył tego przed swoim przyjacielem.
Gdy się znaleźli sami, Hortebize rzekł do Martin-Rigala:
— Doprawdy, nie mogę wytłumaczyć sobie twego gniewu. Przecież dawniej od ciebie wyłącznie zależało przeszkodzić temu małżeństwa. Dlaczego zabrakło ci odwagi. Teraz rekryminacje są już bezużyteczne...
Martin-Rigal był bardzo zmieszany.
— Stało się, wybełkotał; teraz jestem na łasce tego nędznika Pawła.
— Zdaje mi się, że nie więcej, aniżeli przed wygadaniem się twej córki. Czyż Paweł nie jest naszym wspólnikiem? Czegóż możemy obawiać się od niego? Znał on tajemnice stowarzyszenia. Czyśmy zostali więcej skompromitowani przez to, że zna teraz tajemnicę twojej troistej osobistości?
— O!.. ty nie kochasz Flawii, przerwał mu bankier, ty nie jesteś jej ojcem; nie jesteś w stanie, tak jak ja, zrozumieć okropnych wyników tego odkrycia. Do tej pory Paweł wierzył, że nie znałem Mascarota, i że byłem ofiarą wyzyskiwania. W tem zawierała się moja siła. Gdy był w tym błędzie, szanował mię, trzymałem go wtedy; jako wspólnik, on mi się wymyka...
Zamyślił się na chwilę, potem wyprostowawszy się z rozpaczliwą energią, dodał:
— Jednem słowem, złe jest nie uleczone; trzeba się zdecydować. Najlepiej będzie przyspieszyć poszukiwania księcia Champdoce. Chodźmy na obiad, jutro napiszę do Catenc’a.
Rzeczywiście w końcu tygodnia następnego odbył się ślub, i Paweł, opuściwszy małe swe pomieszkanie, przeniósł się do wspaniałego apartamentu, który bankier kazał mu urządzić w domu, gdzie sam mieszkał.
Przejście było nagłe, ale Paweł nie dziwił się już niczemu.
Biedny ten głupiec tak się przejął zasadami szanownego Mascarota i zacnego doktora Hortebize, iż sam w siebie wmówił, iż przygody podobne do tych, które jemu się przytrafiły, czekają w Paryżu wszystkich młodych ludzi, obdarzonych inteligencją. I zarazem zachwycał się nad tem, jak to wygodnie nie być uczciwym człowiekiem i jakie to daje dochody.
Wyrzutów sumienia nie miał żadnych. Jednego tylko obawiał się: by nie zrobić fiasko, gdy nadejdzie scena stanowcza, która da mu stanowisko w świecie i tytuł księcia.
Chwili tej pożądał całą siłą swej duszy i poczerwieniał z radości w dniu, w którym Martin-Rigal powiedział mu:
— Zbierz wszystkie swe siły, nastąpi to dziś wieczorem.
— O! będę miał siłę! odpowiedział.
I rzeczywiście miał ją. Gdy wieczorem książę Champdoce przybył w towarzystwie Perpignana i Catenac’a, młody oszust umiał podnieść się do wysokości swych mistrzów i z największą dokładnością odegrał trudną rolę, jaką nakazywały okoliczności.
Ale mógł być bezpiecznie niezgrabnym i niezręcznymi w takim razie książę Champdoce nie dostrzegłby nic.
Człowiek ten, którego istnienie było długiem pasmem nędzy, i który tak okropnie odpokutował za zbrodnie młodości, był jakby szałem zdjęty.
Gdyby go usłuchano, to Paweł natychmiast przeniósłby się z żoną do pałacu Champdoce. Ale co do tego Martin-Rigal począł robić pewne uwagi.
Szanowny bankier starał się okazać, iż nie bardzo go to raduje, że zięć jego stał się nagle księciem i miljonowym panem.
Zauważył, że jest już dość późno, że księżna nie jest wcale przygotowana na tak wielki wypadek...
Ułożono się wreszcie, że książę Champdoce przyjedzie jutro na śniadanie do Martin-Rigala, a potem zabierze swego syna.
O godzinie jedynastej oczekiwano księcia przy ulicy Montmartre. Ale nie wybiła jeszcze dziesiąta, gdy już anonsowano go w gabinecie bankiera, gdzie odbywali naradę Catenac, Hortebize i Paweł.
Prawie tuż za księciem Champdoce weszła Flawia.
Biedna istota!... Nie podejrzywała nawet niegodnej komedji i od dnia wczorajszego myśl, że mąż jej był jedynym spadkobiercą wielkiego imienia, do szału ją prawie przyprowadzała.
Widziała w tem nie świetny tytuł księżnej, który stawał się jej tytułem, ale usprawiedliwienie swego wyboru.
— No i cóż, mówiła ojcu, którego naiwne jej wynurzenia dręczyły niewymownie, no i cóż?.. czy jeszcze będziesz żartował sobie ze mnie, że kochałam biedaka, artystę bez sławy i majątku... boś nie śmiał mówić, że bez talentu? Pokazało się, że ten artysta, ten biedak, jest Dompair książę Champdoce, i że ojciec jego posiada miljony!...
Weszła do gabinetu na palcach i stanęła przy drzwiach wzruszona, zachwycona, dech zatrzymując.
Książę Champdoce siedział na kanapie koło Pawła i ściskał ręce młodego człowieka, którego poczytywał za swego syna.
Opowiadał, jak się niepokoił przez całą noc.
Chciał przygotować umysł księżnej do tego ogromnego wypadku, tembardziej niespodziewanego, iż przemilczał przed nią o wszystkich swoich poszukiwaniach, a kilka tylko słów nieokreślonej nadziei omal że nie zagroziły niebezpieczeństwem jej życiu.
— Dziś rano, dodał, ma się nierównie lepiej, jest uprzedzona już, ma nadzieję... Tu nagle urwał.
Po drugiej stronie ściany, naprzeciw drzwi, dało się słyszeć mocne stukanie.
— O!... zawołał książę Champdoce, jak widzę, sąsiedzi nie żenują się.
Nie! nie żenowali się. Widocznie rozbijali mur młotami i żelaznemi drągami, nie zachowując żadnych ostrożności. Cały dom drżał, a karton zawieszony na ścianie kołysał się.
Trzej szanowni stowarzyszeni pobledli i wymienili między sobą rozpaczliwe spojrzenia.
Dla nich jasnem było, że rozbijano mur wzniesiony przez Mascarota i Beaumarchefa.
Dlaczego rozbijano go, w jakim celu?...
Stanowcze zaniechanie ostrożności zdradzało ludzi, którzy wiedzieli dobrze i mieli prawo robić to co robili.
Książę Champdoce zdumiał się. Przerażenie trzech wspólników nie mogło ujść jego uwagi; czuł jak ręka Pawła drżała straszliwie w jego ręku i nie mógł wytłumaczyć sobie tak wielkiego przerażenia z powodu kilku uderzeń w ścianę.
Jedna tylko osoba, nic nie podejrzywająca, Flawia, nie zmieszała się bynajmniej.
— Trzeba się dowiedzieć, rzekła, kto to sobie pozwala robić taki hałas.
Proste to spostrzeżenie przerwało niemą scenę.
— W samej rzeczy, odrzekł Martin-Rigal, poszlę...
Ale zaledwie otworzył drzwi, cofnął się w tył z twarzą okropnie zmienioną, oczy ma wytrzeszcz0nemi, rękami skurczonemi i wyciągniętemi naprzód, jakby jakie straszliwe widmo wyskoczyło z ziemi i nagle stanęło przed nim.
Jedno i to samo nazwisko zerwało się z ust trzech szanownych wspólników:
— Lecoq!... krzyknęli.
I jednocześnie okropne przeświadczenie opanowało ich umysły:
— Jesteśmy zgubieni.
Znakomity policjant kroczył powoli, przypatrując się ciekawemu widowisku, jakie miał przed oczyma.
Rysy jego, pomimo powagi, zdradzały coś podobnego do owego błogiego zadowolenia, jakiego doznaje autor dramatyczny, gdy widzi, jak doskonale odegrywa się scena, której efekt przewidział i obmyślał w swoim gabinecie.
— Eh! eh!... powiedział, wiedziałem dobrze, że gdy się uderzy we właściwe miejsce po tamtej stronie ściany, to z tej strony ktoś wyskoczy.
Ale już, dzięki potężnemu wysileniu woli, bankier zdołał przyjść do siebie, przynajmniej pozornie.
— Czego pan chcesz? zapytał torem zarozumiałym, co znaczy to pogwałcenie domu?
Lecoq ruszył ramionami.
— Oto jest pan komisarz, odrzekł, on panu wytłumaczy. A ja tymczasem, aresztuję pana, panie Martin-Rigal, inaczej zwany Tantaine, inaczej zwany Mascarotem, panie były stręczycielu z ulicy Montorgueil.
— Nie rozumiem pana.
— Doprawdy?... sądzisz pan, że Tantaine tak sobie dobrze umył ręce, iż na rękach Martin-Rigala nie pozostawała ani kropla krwi zamordowanego Andrzeja?
— A!.. to pewno zakład!...
Człowiek z prefektury wydobył z kieszeni list delikatnie złożony i otworzywszy go odrzekł:
— Poznajesz pan pismo swej córki?... Otóż słuchaj pan co ona pisała do Pawła przed miesiącem: „Kochany i jedyny przyjacielu mego serca, bylibyśmy potworami niewdzięczności, gdyby...“
— Dość tego, zawołał bankier stłumionym głosem, dość!...
I nie mając już energii, by się oprzeć przerażeniu, które go coraz bardziej przejmowało, padł na krzesło bełkocąc:
— Zgubiony przez nią!... przez moją córkę!.. przez Flawię!...
Z trzech tych wspólników, tak rozmaitych temperamentów, najspokojniejszym był ten, który zwykle najprędzej się zatrważał: uśmiechnięty doktor Hortebize.
Poznawszy Lecoq’a zacny doktor, wydobył ze złotego medaljonu, przywieszonego do łańcuszka od zegarka, małą gałkę szarawą i trzymał ją w ręku.
Z okiem utkwionem w Martin-Rigala czekał na chwilę, w której człowiek ten, tak obfity w pomysłach, nie oświadczy, że zginęła wszelka nadzieja ratunku.
Tymczasem ajent bezpieczeństwa, odszedłszy od bankiera, zwrócił się do Catenac’a.
— Pana takie, powiedział, aresztuję w imieniu prawa.
— Mnie?...
— Pan jesteś adwokat Catenac?
Być może, iż dla tego że był adwokatem, Catenac nie raczył odpowiedzieć ajentowi, ale zwrócił się do komisarza.
— Jestem ofiarą, rzekł mu, bardzo nieprzyjemnego nieporozumienia, ale w sadach mam dość poważania, byś pan namyślił się pierwej...
— W każdym razie, przerwał mu komisarz, rozkaz stawienia pana przed sądem jest zupełnie w porządku, mogę okazać go panu na żądanie.
— O! niepotrzeba!... Zadam tylko od pana, bym natychmiast został zaprowadzony do urzędnika, który go podpisał. W pięć minut usprawiedliwię się.
Wzrok komisarza policji był tak wymowny, te Catenac nagle zatrzymał się.
— W najgorszym razie, rzekł po chwili, zapewne idzie nie więcej jak o jakieś błahe wykroczenie.
— Tak pan sądzisz?... zapytał Lecoq drwiącym tonem. Jak widzę, pan nie znasz wypadku, który przedwczoraj poruszył całą gminę Varennes. Robotnicy, kopiąc rów, znaleźli trup dziecięcia zamordowanego, obwinięty w jedwabną chustkę i szal. Uprzedzona o tem policja nie straciła czasu i już trzyma matkę, dziewczynę imieniem Klaryssa...
Adwokat rzuciłby się niezawodnie na Martin-Rigala, gdyby Lecoq nie zatrzymał go.
— Nędzniku!... ryknął, zdrajco podły! sprzedałeś mnie!...
— Ach!... mruknął bankier, skradziono mi papiery!...
Teraz dopiero domyślił się, że uderzenia po drugiej stronie ściany były tylko podstępem. Lecoq chciał tylko nastraszyć winowajców, aby tem łatwiej zbić potem z tropu.
Zacny Hortebize już się nie uśmiechał. Teraz już partja przegrana była bezpowrotnie.
— Mam uczciwych krewnych, pomyślał, noszących toż samo co i ja nazwisko, nie zhańbię ich... trzeba skończyć.
I przełknął trzymaną w ręku pigułkę, szepcąc:
— W moim wieku!... przy takim niezrównanym żołądku!... kiedy nigdy jeszcze nie czułem się tak młodym... lepiej było zajmować się praktyką!....
Nikt nie zwracał uwagi na doktora. Lecoq zdjął karton ze ściany i pokazywał komisarzowi w miejscu dawnego przejścia Martin-Rigala, otwór świeżo zamurowany, przez który mógł przecisnąć się człowiek.
Ale nagły stuk przerwał te wyjaśnienia.
Biedny Hortebize stoczył się na ziemię w okropnych konwulsjach.
— I ja nieprzewidziałem tego!.. zawołał znakomity policjant. Jakiż ze mnie niezdara!.. Otruł się!.. wymknął się nam!.. Prędzej! zanieście go na łóżko i biegnijcie po lekarza.
Podczas gdy trzej agencispełniali te rozkazy, inni pochwycili bankiera i Catenac’a, by zaprowadzić do fiakra czekającego na ulicy.
Martin-Rigal wydawał się jak ogłupiały. Sprężyny tej inteligencji, tak mocno zahartowanej do złego, osłabły pod naciskiem trwogi śmiertelnej.
— A moja córka!.. bełkotał, Flawia!.. Co się z nią stanie?.. Ani majątku, ani nic!.. a jest żoną nędznika, który nie jest zdolny zarobić na własne życie.. Moja córka! Boże!.. czy będzie zawsze miała choć kawałek chleba!..
Komisarz policji udał się za Hortebizem. Lecoq pozostał sam z księciem Champdoce, Pawłem i Flawią.
Nieszczęśliwa kobieta widziała, jak się oddalał jej ojciec, ale nie miała siły wymówić ani jednego wyrazu. Leżała bez zmysłów na krześle, a przeraźliwy blask jej oczu zdradzał pomieszanie myśli. Nie mogła wierzyć w rzeczywistość sceny, jaka się odbyła.
Przez chwilę znakomity policjant patrzał na Dią ze współczuciem, pewno, że nie udanem. Wahał się przemówić. Wstrętnem mu było zadawać nowy cios, straszliwszy, aniżeli inne temu biednemu dziecku niewinnemu, a które miało być najokropniej dotknięte.
Ale czas naglił. Przybliżył się więc do księcia Champdoce, który stał jak skamieniały ze zdumienia i rzekł:
— Muszę księcia uprzedzić, że jesteś pan ofiarą szkaradnego podstępu. Ten młody człowiek nie jest księcia synem. Nazywa się Paweł Violaine, a matka jego była ubogą robotnicą w Chatellerault.
Paweł, chociaż przerażony, próbował jednak utrzymać się w swej roli, chciał zaprzeczać, bronić się. Ale na znak Lecoq’a, jeden z agentów wprowadził do pokoju damę w świetnej toalecie; była to Róża-Zora.
Młody oszust nie dał jej wymówić ani słowa.
— Wyznaję, zawołał, zalawszy się łzami, wyznaję wszystko byłem uwiedziony, wciągnięty, zagrożono mi; nie miałem siły oprzeć się... przebaczcie!..
Lecoq odepchnął go pogardliwym ruchem i wskazując na Flawię, powiedział:
— Nie mnie należy prosić o przebaczenie, ale te biedną kobietę, żonę pana... która umiera.
Książę Champdoce miał odejść zrozpaczony z tego domu, do którego wchodził z sercem przepełnionem nadzieją, gdy znakomity policjant podprowadził go ku oknu i rzekł:
— Wiedz pan, mości książę, że ci nędznicy oszukali go tylko w połowie. Syn, którego książę szukasz, istnieje i oni wiedzieli o tem... Ale i ja go znam, i jutro, ja, Lecoq, zaprowadzę księcia do niego.


XXXV.

Powolny instrukcjom Lecoq’a Andrzej w spokoju wyczekiwał w szpitalu Beaujon końca partji, którą grał za niego znakomity policjant. Nawet miał dość energii, by udawać, nie zdradziwszy się ani razu, ową głęboką obojętność co do przeszłości, która oszukała nawet szpiegów Mascarota.
Prawda, że nie szczędzono mu niczego, co mogło przyczynić się do uspokojenia go i dodania mu otuchy.
Codziennie sąsiad z prawej strony, ów chory, na którego wskazał mu Lecoq jako na swego agenta, sekretnie wręczał mu list, w którym zawierało się krótkie streszczenie wypadków. Listy takie Andrzej skrycie odczytywał, a potem palił.
Tymczasem dnie przechodziły jeden po drugim nudne, jednostajne, nieskończone, i Andrzej, czując, że nadchodzi chwila stanowcza, poczynał tracić cierpliwość; gdy wreszcie raz sąsiad jego wręczył mu, na ten raz otwarcie, kartkę, przy której czytaniu młody artysta krzyknął radośnie.
„Zwyciężyliśmy! pisał znakomity policjant, wszelkie niebezpieczeństwo jest usunięte. Poproś pan jutro doktora, by ci podpisał bilet wyjścia. Ubierz się pięknie i... znajdziesz mnie czekające go przy bramie.

L.“

Andrzej nie zupełnie przyszedł do zdrowia; musiał nosić rękę na temblaku jeszcze przez kilka tygodni, ale te względy nie zatrzymały go.
Wstawszy wcześnie na drugi dzień, ubrał się w najpiękniejsze swe suknie, po które posłał do siebie, i nakoniec koło dziewiątej godziny, pożegnawszy się z zacnemi szarytkami, które go pielęgnowały tak gorliwie, wyszedł.
Dniem przedtem dolegały mu jeszcze mocno rany, ale w tej chwili zapomniał o wszystkiem, jakby dotknął jakiej rószczki czarodziejskiej. Nigdy nie czuł się tak młodym, lekkim, silnym. Nigdy nadzieja nie drżała w nim tak mocno.
Stanąwszy w bramie i z rozkoszą wciągnąwszy w siebie całemi piersiami świeże powietrze, Andrzej spojrzał dokoła i zdziwił się, iż nie widzi człowieka, któremu zawdzięczał więcej niż życie.
Już rozmyślał nad tem co ma począć, gdy elegancki odkryty powóz całym kłusem dzielnych koni, pomimo pochyłości drogi, podjechał ku szpitalowi i zatrzymał się przed nim.
Andrzej nie mógł nie poznać poważnego mężczyzny w złotych okularach, który przyjechał tym powozem to też natychmiast rzucił się ku niemu, jak tylko ten zaczął wysiadać.
— Jesteś pan? dzięki Bogu! zawołał, już poczynałem niepokoić się.
P. Lecoq, gdyż on to był, spojrzał na zegarek.
— Prawda, odrzekł, spóźniłem się pięć minut; zatrzymano mię tam....
A gdy młody malarz zaczął mu dziękować, dodał:
— Siadaj pan koło mnie, mam z panem do pomówienia pogoda jest przepyszna, pojedziemy aż do lasku bulońskiego... Stangret, ruszaj!...
Siadając koło znakomitego policjanta. Andrzej zauważył wielką zmianę w jego twarzy, zwykle tak spokojnej i nieruchomej. Zaniepokoił się.
— Czy zdarzyło się co nieprzyjemnego? zapytał.
— Wcale nie.
— Bo uważam...
— A!... rozumiem pana! znajdujesz, że mam szczególną fizjonomię... Naprzód jestem strasznie zmęczony, gdyż całą noc przepędziłem na przeglądaniu papierów Mascarota. A przytem wracam z prefektury, gdzie byłem świadkiem widowiska, które mię niezmiernie wzruszyło, mnie, który przecież byłem świadkiem tylu okropieństw!...
Żywo potrząsł głową, jakby chciał tym sposobem pozbyć się bardzo nieznośnych wrażeń; potem mówił dalej:
— Umysł Martin-Rigala nie zdołał wytrzymać katastrofy. Nędznik ten miał w sercu namiętność szczytna, uwielbiał swoją córkę. Gwałtownie z nią rozdzielony, wiedząc, że pozostała bez majątku, że ma męża, którego nikczemny charakter znał dobrze, zrozpaczał i dostał pomieszania zmysłów. Dla niego odosobniona cela w Bicetre zastapi galery. Uniknął on kary ludzkiej. ale nie uniknął kary boskiej, nierównie straszniejszej.
— Martin-Rigal oszalał!... zawołał Andrzej.
— Tak jest. I wiesz pan na jakim punkcie? Ciągle wyobraża sobie, że Paweł i Flawia nie mają środków do życia, są bez przytułku, bez chleba... Roi mu się, że Paweł spekuluje na piękność swej żony i chce zarabiać na swe utrzymanie jej hańbą... I ciągle słyszy głos córki, wołającej o pomoc, głos rozdzierający, rozpaczliwy!... więc woła dozorców, pada przed nimi na kolana i błaga, by mu pozwolili wyjść na dzień jeden, na godzinę... przysięga, że powróci jak tylko wyzwoli córkę od wstydu i hańby!... A ponieważ nikt nie słucha tych próśb, więc zakrwawia swe ręce usiłując wyłamać drzwi, wybić okno. Musiano przywiązać go do łóżka i właśnie w tem położeniu widziałem go wytężającego siły dla zerwania swych więzów, gryzącego sznury krępujące go. Widziałem tę twarz szkaradnie wykrzywioną, oczy krwią nalane i wytrzeszczone, usta pianą okryte, słyszałem ryczącego ze wściekłości i bólu. Poznał mię... uspokoił się nieco i powiedział! „Słyszysz pan glos Flawii?..“
Młody malarz zadrżał.
— I męka ta, mówił dalej Lecoq, będzie trwać może lata całe, dziesięć lat będzie on słyszał ciągle ten głos rozpaczliwy. A w każdej minucie tych lat zawierać się będzie więcej tortur, aniżeli wycierpiały wszystkie jego ofiary.
Nastąpiło długie milczenie.
Andrzej nie mógł powstrzymać się od pożałowania tego nędznika, pomimo że ten wszelkiemi sposobami usiłował wyrwać mu Sabinę i nawet chciał pozbawić życia.
— Jak pan widzisz, ciągnął dalej Lecoq, bitwa jest wygrana. Doktor Hortebize dogorywa w tej chwili. Otruł się on, ale subtelna trucizna, która powinna była, jak sądził, zabić na miejscu, zawiodła go... i oto już dwadzieścia cztery godziny trwa jego konanie. Catenac trzymał się dobrze, ale obwiniony i przekonany, że popełnił dzieciobójstwo, skazany będzie najmniej na dziesięć lat do ciężkich robót. Cała banda wpadła w sieci. Papiery Mascarota dostarczyły mi materjału i broni. Perpignan, Van-Klopen i Verminet pójdą według winy do sądu kryminalnego, lub do policji poprawczej. Los Toto Chupina nie jest jeszcze zdecydowany Przerażony swą zbrodnią, sam się zadenuncjował uwzględni się mu ten dobry postępek...
Ale wszystko to nie uspokajało jeszcze Andrzeja.
— A Croisenois?... zapytał z trwogą.
Znakomity stręczyciel stłumił uśmiech.
— Więc pan wątpisz o mnie? powiedział.
— O! panie!...
— No, dziecko pan jesteś! bądź spokojny. Przyrzekłem, że nazwisko Mussidan nie będzie wymówione. Markizowi Croisenois udało się umknąć!... Wczoraj spał w Brukseli w Hotelu Saskim w pokoju pod N. 9. Towarzystwo kopalni Tifla sądzone będzie jako szacherka zwyczajna. Kapitały nie były jeszcze wpłacone, promesy zostaną zwrócono komu należy, a Croisenois zostanie skazany zaocznie na dwa miesiące więzienia... Nakoniec jutro p. Gandelu syn otrzyma swoje sfałszowane weksle.
Powóz w tej chwili toczył się po wielkiej alei Bulońskiego lasku. Lecoq dał znak stangretowi, by zawrócił.
— Nadeszła chwila, powiedział, bym wyjaśnił panu, dlaczego przy pierwszem naszem widzeniu się pożegnałem go nazwiskiem Champdoce. Historję pana odgadłem; ale dopiero od dzisiejszej nocy znam jej szczegóły.
I nie czekając na odpowiedź, szybko i jasno streści gruby rękopism, który Mascarot dał do czytania Pawłowi.
Nie powiedział jednak wszystkiego. Zamilczał wszystko, co dotyczyło zbrodni i błędów księcia Champdoce i pani Mussidan. Chciał zaoszczędzić Andrzejowi bólu nienawidzenia lub zaniechania szacunku dla własnego ojca i matki Sabiny, pierwej nim ich pozna.
Znakomity policjant tak dobrze rozporządził się, iż właśnie w chwili, gdy skończył swe opowiadanie, stangret zawczasu uprzedzony, zatrzymał powóz naprzeciw ulicy Matignon.
— Wysiądź pan, rzekł swemu towarzyszowi, a uważaj na swoje ramię.
Andrzej machinalnia był posłuszny.
— Teraz, zaczął znowu Lecoq, który pozostał w powozie, słuchaj pan mię dobrze. Hrabia i hrabina Mussidan czekają pana ze śniadaniem dziś o godzinie jedynastej. Oto jest zaproszenie, które mi polecili wręczyć panu... A więc nie bardzo pan zapominaj o czasie przy pannie Sabinie. O czwartej godzinie bądź pan w swej pracowni.. będę miał zaszczyt przedstawić panu jego ojca. Do tej pory ani słowa.
Młody malarz chciał coś powiedzieć, oświadczyć swą wdzięczność, ale nie mógł.
Lecoq klasnął językiem w szczególny sposób, stangret zaciął konie i powóz zginął w tłumie mnóstwa innych w ulicy.
Andrzej literalnie był przerażony takim nadmiarem szczęścia.
Młoda dziewczyna, którą kochał, należąca do jednej z pierwszych rodzin francuskich, ogromny majątek — wszystko to spadło na niego, jak gdyby opatrzność znużona obchodzeniem się z nim po macoszemu, chciała mu wynagrodzić to odrazu.
Ale szał spowodowany niesłychanem powodzeniem trwał niedługo. Zawstydził się swej słabości i pewnym prawie krokiem poszedł ulicą Matignon i zadzwonił do wyzłoconej bramy pałacu Mussidan.
Mógł nakoniec wejść do tego domu, którego drzwi tak długo były przed nim zamknięte! Jakie przyjęcie czekało go tam? Czy hrabia Mussidan przypomni sobie o swej obietnicy? Czy też, gdy niebezpieczeństwo minęło, poprzestanie na zimnem podziękowaniu?
Otworzono mu, a z pełnego szacunku krzątania się służby, Andrzej wywnioskował, że jest oczekiwany i zalecony.
Był to dobry znak. A jednak, gdy w przedpokoju zapytano go o nazwisko, dla zaanonsowania, wymówił je z wielką trudnością.
Ale kiedy zmieszał się niezmiernie, to wtedy, gdy lokaj, otworzywszy drzwi wielkiego salonu, wygłosił z powagą to nazwisko, którego plebejska prostota zdziwić musiała arystokratyczne echa: „Pan Andrzej!“
Poszedł jednak naprzód, pomimo jednej niespodziewanej okoliczności, która przyczyniła się także do jego pomieszania. Na ścianie naprzeciw drzwi wisiał portret Sabiny, ten portret tak tajemniczo przez niego wykonany. Jakim sposobem znalazł się on tu? W tym rysie poznał pomysł Sabiny, której dopomógł Leccq.
Na szczęście hrabia Mussidan zrozumiał jego ogromne zakłopotanie. Podszedł ku niemu z wyciągniętą ręką i podprowadzając do hrabiny, rzekł:
— Diano, oto jest przyszły mąż naszej córki.
Andrzej skłonił się głęboko i począł coś mówić o wdzięczności; ale hrabia znowu go odciągnął i kładąc jego rękę w rękę Sabiny, powiedział głosem wzruszonym:
— Jeżeli szczęście może być na tym świecie nagrodą, to wy będziecie szczęśliwi.
Dopiero po upływie długiej chwili, Andrzej, zdoła wszy zapanować nad swem wzruszeniem, ośmielił się spojrzeć na Sabinę.
Biedna dziewczyna!... była już tylko cieniem samej siebie, po torturach tych długich miesięcy, podczas których musiała przyjmować zalety markiza Croisenois i uśmiechać się do niego.
— O!... moja droga, szepnął jej Andrzej do ucha, o moja ubóstwiana, wiele musiałaś wycierpieć!..
— Jak widzisz, odrzekła z prostotą, nie kłamałam, umarłabym.
O! wiele odwagi potrzebował Andrzej, by nie wyjawić swej tajemnicy tej kobiecie tak ukochanej i tak godnej miłości, przez całe popołudnie, które spędził przy niej, w ciągu tych błogich godzin, w których opowiadała mu o swych śmiertelnych niepokojach i nadziejach.
Ale potrzebował nadludzkich wysileń, by się oddalić, gdy wybiła trzecia godzina. I to jeszcze tak się wahał, tak zwłóczył, iż omal nie spóźnił się.
Zaledwie od pięciu minut znajdował się w swej pracowni, gdy zapukano do drzwi. Otworzył — wszedł Lecoq w towarzystwie starca o wyniosłych nieco manierach. Starcem tym był ks. Champdoce... Norbert.
— Panie, rzekł on bez żadnego wstępu do Andrzeja, znane są zapewne panu powody, które mię tu sprowadzają. Pan wiesz kto jesteś i kto ja jestem.
Andrzej twierdząco skinął głową.
— Ten oto pan, mówił dalej książę, wskazując na Lecoq’a, opowiedział mu w jak smutnych okolicznościach rozstałem się z panem, który jesteś moim synem. Nie będę usiłował tłumaczyć się... Zresztą gorzko to przypłaciłem. Spojrzyj pan na mnie... nie mam jeszcze czterdziestu ośmiu lat.
Rzec można było, że ma sześćdziesiąt najmniej. Andrzej mógł powziąć wyobrażenie ile wycierpiał ten człowiek, będący jego ojcem.
— I błąd mój ciągle mię prześladuje, mówił dalej książę. Dziś, gdy to jest najgorętszem mojem życzeniem, nie mogę uznać pana za mego syna. Prawo pozostawia mi jeden tylko środek dla przekazania panu mego majątku i nazwiska: adopcję.
Młody malarz milczał. Książe Champdoce zaczął znowu z widocznem wahaniem:
— Wiem, że pan możesz wytoczyć mi proces o restytucję; ale w takim razie musiałbym powiedzieć, wyznać...
— Ależ panie!.. przerwał mu Andrzej, jakież to uczucia przypuszczasz pan we mnie?.. Jak to?.. przed przyjęciem nazwiska pańskiego, które jest mojem, ja hańbiłbym je?..
Książę odetchnął. Przyjęcie Andrzeja zatrwożyło go. Jakaż to różnica między tą wyniosłością a patetyczna sceną odegraną przez Pawła w dniu poprzednim!
— Jednak, mości książę, zaczął znowu Andrzej, przede wszystkie chcę prosić pana o pozwolenie przedstawienia kilku... uwag.
— Uwag?..
— Tak jest, mości książę; nie śmiem mówić: warunków. Otóż naprzód, nigdy nie miałem pana nad sobą. Niezależność moja zawiele mię kosztowała, bym się jej zrzekał. Jestem malarzem i za nic w świecie nie zrzeknę się malarstwa.
— Będziesz pan zawsze panem swych czynności.
Teraz znowu młody artysta za wahał się, tak jak ojciec jego; mocno się zarumienił.
— To jeszcze nie wszystko, odrzekł. Kocham młodą osobę i jestem przez nią kochany; małżeństwo nasze jest ułożone i sądzę...
— Spodziewam się, rzekł żywo książę, iż możesz pan kochać tylko kobietę godną naszego domu.
Usłyszawszy to Andrzej, smutno się uśmiechnął.
— Wczoraj nie byłem niczem, odrzekł łagodnie. Ale bądź pan spokojny: jest ona godną rodziny Champdoce, tak pod względem imienia, jak i majątku. Według konwencyj towarzyskich stała ona daleko wyżej odemnie. Ta którą chcę... poślubić, jest córką hrabiego Mussidan.
Książę Champdoce usłyszawszy to nazwisko, zbladł.
— Nigdy zawołał, nigdy! wolałbym raczej widzieć pana trupem, aniżeli mężem panny Mussidan.
— A ja, mości książę, wole tysiąc razy umrzeć, aniżeli zrzec się jej.
— Jednak, gdybym panu odmówił mego przyzwolenia, gdybym zabronił...
Andrzej smutno potrząsł głową.
Książę, odrzekł, nie masz mi nic do odmówienia, ani do zabronienia. Władza ojcowska, mości książę, nabywa się latami poświęcenia i opieki. Książę nie dałeś mi nic i ja nie jestem mu nic dłużny. Niech książę zapomni o mnie, tak jak nie pamiętał dotąd... niech książę idzie swoją droga, a ja pójdę moją.
Książę Champdoce milczał. Straszliwa walka staczała się w nim.
Pozostawało mu, rozumiał to dobrze, albo zrzec się syna, tak cudownie odszukanego, albo widzieć go mężem panny Mussidan. Obie te alternatywy wydawały mu się jednakowo okropnemi.
Hrabina, powiedział, nigdy nie przystanie na to małżeństwo. Ona nienawidzi mnie, tak jak ja ją!
Lecoq, niemy świadek tej sceny, uznał, iż nadeszła teraz chwila do wdania się.
— Podejmuję się, powiedział, wyjednać przyzwolenie hrabiny Mussidan.
Książę nie opierał się dłużej. Otworzył ramiona i powiedział do Andrzeja:
— Chodź tu, mój synu, i niech się stanie według twej woli.
Ale młody malarz niedługo pozostał w objęciach ojca. Puścił wreszcie wodze uczuciu, które go dusiło niemal.
— Moja matka!... zawołał, silnie ściskając rękę księcia, idźmy do matki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tego wieczora Marja Puymandour, księżna Champdoce, całując syna, tak długo opłakiwanego, zrozumiała, że szczęście nie jest czczym wyrazem.

∗             ∗

Książę odgadł. Dowiedziawszy się, że Andrzej jest synem Norberta, hrabina Mussidan oświadczyła, że stanowczo sprzeciwia się ożenieniu jego z Sabiną.
Ale Lecoq nigdy nie przyrzeka napróżno. W papierach Mascarota znalazł on korespondencję wykradzioną hrabinie. Odniósł ją jej, a w zamian uzyskał przyzwolenie.
Znakomity policjant utrzymuje, że to wcale nie jest wyzyskiwanie.

∗             ∗

Andrzej i Sabina mieszkają obecnie w zamku Mussidan, przepysznie odnowionym. Może pozostaną tam nazawsze, tak im jest miły lasek Bivron, świadek ich pierwszej miłości.
Ponad balkonem zamkowym Andrzej chętnie pokazuje swym gościom girlandę kamienną, którą zaczął był robić, by usprawiedliwić swój pobyt w Mussidan, a która dotąd nie jest skończoną. Zapewnia on, że ją wkrótce wykończy, o czem można wątpić, gdyż bardzo rozleniwiał.
Co pewna, to to, że wkrótce spodziewają się chrzcin w Mussidan.

KONIEC.




  1. Więzienie za długi. P. T.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.