Niewolnicy paryscy/Część IV/XXXV
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Powolny instrukcjom Lecoq’a Andrzej w spokoju wyczekiwał w szpitalu Beaujon końca partji, którą grał za niego znakomity policjant. Nawet miał dość energii, by udawać, nie zdradziwszy się ani razu, ową głęboką obojętność co do przeszłości, która oszukała nawet szpiegów Mascarota.
Prawda, że nie szczędzono mu niczego, co mogło przyczynić się do uspokojenia go i dodania mu otuchy.
Codziennie sąsiad z prawej strony, ów chory, na którego wskazał mu Lecoq jako na swego agenta, sekretnie wręczał mu list, w którym zawierało się krótkie streszczenie wypadków. Listy takie Andrzej skrycie odczytywał, a potem palił.
Tymczasem dnie przechodziły jeden po drugim nudne, jednostajne, nieskończone, i Andrzej, czując, że nadchodzi chwila stanowcza, poczynał tracić cierpliwość; gdy wreszcie raz sąsiad jego wręczył mu, na ten raz otwarcie, kartkę, przy której czytaniu młody artysta krzyknął radośnie.
„Zwyciężyliśmy! pisał znakomity policjant, wszelkie niebezpieczeństwo jest usunięte. Poproś pan jutro doktora, by ci podpisał bilet wyjścia. Ubierz się pięknie i... znajdziesz mnie czekające go przy bramie.
Andrzej nie zupełnie przyszedł do zdrowia; musiał nosić rękę na temblaku jeszcze przez kilka tygodni, ale te względy nie zatrzymały go.
Wstawszy wcześnie na drugi dzień, ubrał się w najpiękniejsze swe suknie, po które posłał do siebie, i nakoniec koło dziewiątej godziny, pożegnawszy się z zacnemi szarytkami, które go pielęgnowały tak gorliwie, wyszedł.
Dniem przedtem dolegały mu jeszcze mocno rany, ale w tej chwili zapomniał o wszystkiem, jakby dotknął jakiej rószczki czarodziejskiej. Nigdy nie czuł się tak młodym, lekkim, silnym. Nigdy nadzieja nie drżała w nim tak mocno.
Stanąwszy w bramie i z rozkoszą wciągnąwszy w siebie całemi piersiami świeże powietrze, Andrzej spojrzał dokoła i zdziwił się, iż nie widzi człowieka, któremu zawdzięczał więcej niż życie.
Już rozmyślał nad tem co ma począć, gdy elegancki odkryty powóz całym kłusem dzielnych koni, pomimo pochyłości drogi, podjechał ku szpitalowi i zatrzymał się przed nim.
Andrzej nie mógł nie poznać poważnego mężczyzny w złotych okularach, który przyjechał tym powozem to też natychmiast rzucił się ku niemu, jak tylko ten zaczął wysiadać.
— Jesteś pan? dzięki Bogu! zawołał, już poczynałem niepokoić się.
P. Lecoq, gdyż on to był, spojrzał na zegarek.
— Prawda, odrzekł, spóźniłem się pięć minut; zatrzymano mię tam....
A gdy młody malarz zaczął mu dziękować, dodał:
— Siadaj pan koło mnie, mam z panem do pomówienia pogoda jest przepyszna, pojedziemy aż do lasku bulońskiego... Stangret, ruszaj!...
Siadając koło znakomitego policjanta. Andrzej zauważył wielką zmianę w jego twarzy, zwykle tak spokojnej i nieruchomej. Zaniepokoił się.
— Czy zdarzyło się co nieprzyjemnego? zapytał.
— Wcale nie.
— Bo uważam...
— A!... rozumiem pana! znajdujesz, że mam szczególną fizjonomię... Naprzód jestem strasznie zmęczony, gdyż całą noc przepędziłem na przeglądaniu papierów Mascarota. A przytem wracam z prefektury, gdzie byłem świadkiem widowiska, które mię niezmiernie wzruszyło, mnie, który przecież byłem świadkiem tylu okropieństw!...
Żywo potrząsł głową, jakby chciał tym sposobem pozbyć się bardzo nieznośnych wrażeń; potem mówił dalej:
— Umysł Martin-Rigala nie zdołał wytrzymać katastrofy. Nędznik ten miał w sercu namiętność szczytna, uwielbiał swoją córkę. Gwałtownie z nią rozdzielony, wiedząc, że pozostała bez majątku, że ma męża, którego nikczemny charakter znał dobrze, zrozpaczał i dostał pomieszania zmysłów. Dla niego odosobniona cela w Bicetre zastapi galery. Uniknął on kary ludzkiej. ale nie uniknął kary boskiej, nierównie straszniejszej.
— Martin-Rigal oszalał!... zawołał Andrzej.
— Tak jest. I wiesz pan na jakim punkcie? Ciągle wyobraża sobie, że Paweł i Flawia nie mają środków do życia, są bez przytułku, bez chleba... Roi mu się, że Paweł spekuluje na piękność swej żony i chce zarabiać na swe utrzymanie jej hańbą... I ciągle słyszy głos córki, wołającej o pomoc, głos rozdzierający, rozpaczliwy!... więc woła dozorców, pada przed nimi na kolana i błaga, by mu pozwolili wyjść na dzień jeden, na godzinę... przysięga, że powróci jak tylko wyzwoli córkę od wstydu i hańby!... A ponieważ nikt nie słucha tych próśb, więc zakrwawia swe ręce usiłując wyłamać drzwi, wybić okno. Musiano przywiązać go do łóżka i właśnie w tem położeniu widziałem go wytężającego siły dla zerwania swych więzów, gryzącego sznury krępujące go. Widziałem tę twarz szkaradnie wykrzywioną, oczy krwią nalane i wytrzeszczone, usta pianą okryte, słyszałem ryczącego ze wściekłości i bólu. Poznał mię... uspokoił się nieco i powiedział! „Słyszysz pan glos Flawii?..“
Młody malarz zadrżał.
— I męka ta, mówił dalej Lecoq, będzie trwać może lata całe, dziesięć lat będzie on słyszał ciągle ten głos rozpaczliwy. A w każdej minucie tych lat zawierać się będzie więcej tortur, aniżeli wycierpiały wszystkie jego ofiary.
Nastąpiło długie milczenie.
Andrzej nie mógł powstrzymać się od pożałowania tego nędznika, pomimo że ten wszelkiemi sposobami usiłował wyrwać mu Sabinę i nawet chciał pozbawić życia.
— Jak pan widzisz, ciągnął dalej Lecoq, bitwa jest wygrana. Doktor Hortebize dogorywa w tej chwili. Otruł się on, ale subtelna trucizna, która powinna była, jak sądził, zabić na miejscu, zawiodła go... i oto już dwadzieścia cztery godziny trwa jego konanie. Catenac trzymał się dobrze, ale obwiniony i przekonany, że popełnił dzieciobójstwo, skazany będzie najmniej na dziesięć lat do ciężkich robót. Cała banda wpadła w sieci. Papiery Mascarota dostarczyły mi materjału i broni. Perpignan, Van-Klopen i Verminet pójdą według winy do sądu kryminalnego, lub do policji poprawczej. Los Toto Chupina nie jest jeszcze zdecydowany Przerażony swą zbrodnią, sam się zadenuncjował uwzględni się mu ten dobry postępek...
Ale wszystko to nie uspokajało jeszcze Andrzeja.
— A Croisenois?... zapytał z trwogą.
Znakomity stręczyciel stłumił uśmiech.
— Więc pan wątpisz o mnie? powiedział.
— O! panie!...
— No, dziecko pan jesteś! bądź spokojny. Przyrzekłem, że nazwisko Mussidan nie będzie wymówione. Markizowi Croisenois udało się umknąć!... Wczoraj spał w Brukseli w Hotelu Saskim w pokoju pod N. 9. Towarzystwo kopalni Tifla sądzone będzie jako szacherka zwyczajna. Kapitały nie były jeszcze wpłacone, promesy zostaną zwrócono komu należy, a Croisenois zostanie skazany zaocznie na dwa miesiące więzienia... Nakoniec jutro p. Gandelu syn otrzyma swoje sfałszowane weksle.
Powóz w tej chwili toczył się po wielkiej alei Bulońskiego lasku. Lecoq dał znak stangretowi, by zawrócił.
— Nadeszła chwila, powiedział, bym wyjaśnił panu, dlaczego przy pierwszem naszem widzeniu się pożegnałem go nazwiskiem Champdoce. Historję pana odgadłem; ale dopiero od dzisiejszej nocy znam jej szczegóły.
I nie czekając na odpowiedź, szybko i jasno streści gruby rękopism, który Mascarot dał do czytania Pawłowi.
Nie powiedział jednak wszystkiego. Zamilczał wszystko, co dotyczyło zbrodni i błędów księcia Champdoce i pani Mussidan. Chciał zaoszczędzić Andrzejowi bólu nienawidzenia lub zaniechania szacunku dla własnego ojca i matki Sabiny, pierwej nim ich pozna.
Znakomity policjant tak dobrze rozporządził się, iż właśnie w chwili, gdy skończył swe opowiadanie, stangret zawczasu uprzedzony, zatrzymał powóz naprzeciw ulicy Matignon.
— Wysiądź pan, rzekł swemu towarzyszowi, a uważaj na swoje ramię.
Andrzej machinalnia był posłuszny.
— Teraz, zaczął znowu Lecoq, który pozostał w powozie, słuchaj pan mię dobrze. Hrabia i hrabina Mussidan czekają pana ze śniadaniem dziś o godzinie jedynastej. Oto jest zaproszenie, które mi polecili wręczyć panu... A więc nie bardzo pan zapominaj o czasie przy pannie Sabinie. O czwartej godzinie bądź pan w swej pracowni.. będę miał zaszczyt przedstawić panu jego ojca. Do tej pory ani słowa.
Młody malarz chciał coś powiedzieć, oświadczyć swą wdzięczność, ale nie mógł.
Lecoq klasnął językiem w szczególny sposób, stangret zaciął konie i powóz zginął w tłumie mnóstwa innych w ulicy.
Andrzej literalnie był przerażony takim nadmiarem szczęścia.
Młoda dziewczyna, którą kochał, należąca do jednej z pierwszych rodzin francuskich, ogromny majątek — wszystko to spadło na niego, jak gdyby opatrzność znużona obchodzeniem się z nim po macoszemu, chciała mu wynagrodzić to odrazu.
Ale szał spowodowany niesłychanem powodzeniem trwał niedługo. Zawstydził się swej słabości i pewnym prawie krokiem poszedł ulicą Matignon i zadzwonił do wyzłoconej bramy pałacu Mussidan.
Mógł nakoniec wejść do tego domu, którego drzwi tak długo były przed nim zamknięte! Jakie przyjęcie czekało go tam? Czy hrabia Mussidan przypomni sobie o swej obietnicy? Czy też, gdy niebezpieczeństwo minęło, poprzestanie na zimnem podziękowaniu?
Otworzono mu, a z pełnego szacunku krzątania się służby, Andrzej wywnioskował, że jest oczekiwany i zalecony.
Był to dobry znak. A jednak, gdy w przedpokoju zapytano go o nazwisko, dla zaanonsowania, wymówił je z wielką trudnością.
Ale kiedy zmieszał się niezmiernie, to wtedy, gdy lokaj, otworzywszy drzwi wielkiego salonu, wygłosił z powagą to nazwisko, którego plebejska prostota zdziwić musiała arystokratyczne echa: „Pan Andrzej!“
Poszedł jednak naprzód, pomimo jednej niespodziewanej okoliczności, która przyczyniła się także do jego pomieszania. Na ścianie naprzeciw drzwi wisiał portret Sabiny, ten portret tak tajemniczo przez niego wykonany. Jakim sposobem znalazł się on tu? W tym rysie poznał pomysł Sabiny, której dopomógł Leccq.
Na szczęście hrabia Mussidan zrozumiał jego ogromne zakłopotanie. Podszedł ku niemu z wyciągniętą ręką i podprowadzając do hrabiny, rzekł:
— Diano, oto jest przyszły mąż naszej córki.
Andrzej skłonił się głęboko i począł coś mówić o wdzięczności; ale hrabia znowu go odciągnął i kładąc jego rękę w rękę Sabiny, powiedział głosem wzruszonym:
— Jeżeli szczęście może być na tym świecie nagrodą, to wy będziecie szczęśliwi.
Dopiero po upływie długiej chwili, Andrzej, zdoła wszy zapanować nad swem wzruszeniem, ośmielił się spojrzeć na Sabinę.
Biedna dziewczyna!... była już tylko cieniem samej siebie, po torturach tych długich miesięcy, podczas których musiała przyjmować zalety markiza Croisenois i uśmiechać się do niego.
— O!... moja droga, szepnął jej Andrzej do ucha, o moja ubóstwiana, wiele musiałaś wycierpieć!..
— Jak widzisz, odrzekła z prostotą, nie kłamałam, umarłabym.
O! wiele odwagi potrzebował Andrzej, by nie wyjawić swej tajemnicy tej kobiecie tak ukochanej i tak godnej miłości, przez całe popołudnie, które spędził przy niej, w ciągu tych błogich godzin, w których opowiadała mu o swych śmiertelnych niepokojach i nadziejach.
Ale potrzebował nadludzkich wysileń, by się oddalić, gdy wybiła trzecia godzina. I to jeszcze tak się wahał, tak zwłóczył, iż omal nie spóźnił się.
Zaledwie od pięciu minut znajdował się w swej pracowni, gdy zapukano do drzwi. Otworzył — wszedł Lecoq w towarzystwie starca o wyniosłych nieco manierach. Starcem tym był ks. Champdoce... Norbert.
— Panie, rzekł on bez żadnego wstępu do Andrzeja, znane są zapewne panu powody, które mię tu sprowadzają. Pan wiesz kto jesteś i kto ja jestem.
Andrzej twierdząco skinął głową.
— Ten oto pan, mówił dalej książę, wskazując na Lecoq’a, opowiedział mu w jak smutnych okolicznościach rozstałem się z panem, który jesteś moim synem. Nie będę usiłował tłumaczyć się... Zresztą gorzko to przypłaciłem. Spojrzyj pan na mnie... nie mam jeszcze czterdziestu ośmiu lat.
Rzec można było, że ma sześćdziesiąt najmniej. Andrzej mógł powziąć wyobrażenie ile wycierpiał ten człowiek, będący jego ojcem.
— I błąd mój ciągle mię prześladuje, mówił dalej książę. Dziś, gdy to jest najgorętszem mojem życzeniem, nie mogę uznać pana za mego syna. Prawo pozostawia mi jeden tylko środek dla przekazania panu mego majątku i nazwiska: adopcję.
Młody malarz milczał. Książe Champdoce zaczął znowu z widocznem wahaniem:
— Wiem, że pan możesz wytoczyć mi proces o restytucję; ale w takim razie musiałbym powiedzieć, wyznać...
— Ależ panie!.. przerwał mu Andrzej, jakież to uczucia przypuszczasz pan we mnie?.. Jak to?.. przed przyjęciem nazwiska pańskiego, które jest mojem, ja hańbiłbym je?..
Książę odetchnął. Przyjęcie Andrzeja zatrwożyło go. Jakaż to różnica między tą wyniosłością a patetyczna sceną odegraną przez Pawła w dniu poprzednim!
— Jednak, mości książę, zaczął znowu Andrzej, przede wszystkie chcę prosić pana o pozwolenie przedstawienia kilku... uwag.
— Uwag?..
— Tak jest, mości książę; nie śmiem mówić: warunków. Otóż naprzód, nigdy nie miałem pana nad sobą. Niezależność moja zawiele mię kosztowała, bym się jej zrzekał. Jestem malarzem i za nic w świecie nie zrzeknę się malarstwa.
— Będziesz pan zawsze panem swych czynności.
Teraz znowu młody artysta za wahał się, tak jak ojciec jego; mocno się zarumienił.
— To jeszcze nie wszystko, odrzekł. Kocham młodą osobę i jestem przez nią kochany; małżeństwo nasze jest ułożone i sądzę...
— Spodziewam się, rzekł żywo książę, iż możesz pan kochać tylko kobietę godną naszego domu.
Usłyszawszy to Andrzej, smutno się uśmiechnął.
— Wczoraj nie byłem niczem, odrzekł łagodnie. Ale bądź pan spokojny: jest ona godną rodziny Champdoce, tak pod względem imienia, jak i majątku. Według konwencyj towarzyskich stała ona daleko wyżej odemnie. Ta którą chcę... poślubić, jest córką hrabiego Mussidan.
Książę Champdoce usłyszawszy to nazwisko, zbladł.
— Nigdy zawołał, nigdy! wolałbym raczej widzieć pana trupem, aniżeli mężem panny Mussidan.
— A ja, mości książę, wole tysiąc razy umrzeć, aniżeli zrzec się jej.
— Jednak, gdybym panu odmówił mego przyzwolenia, gdybym zabronił...
Andrzej smutno potrząsł głową.
— Książę, odrzekł, nie masz mi nic do odmówienia, ani do zabronienia. Władza ojcowska, mości książę, nabywa się latami poświęcenia i opieki. Książę nie dałeś mi nic i ja nie jestem mu nic dłużny. Niech książę zapomni o mnie, tak jak nie pamiętał dotąd... niech książę idzie swoją droga, a ja pójdę moją.
Książę Champdoce milczał. Straszliwa walka staczała się w nim.
Pozostawało mu, rozumiał to dobrze, albo zrzec się syna, tak cudownie odszukanego, albo widzieć go mężem panny Mussidan. Obie te alternatywy wydawały mu się jednakowo okropnemi.
Hrabina, powiedział, nigdy nie przystanie na to małżeństwo. Ona nienawidzi mnie, tak jak ja ją!
Lecoq, niemy świadek tej sceny, uznał, iż nadeszła teraz chwila do wdania się.
— Podejmuję się, powiedział, wyjednać przyzwolenie hrabiny Mussidan.
Książę nie opierał się dłużej. Otworzył ramiona i powiedział do Andrzeja:
— Chodź tu, mój synu, i niech się stanie według twej woli.
Ale młody malarz niedługo pozostał w objęciach ojca. Puścił wreszcie wodze uczuciu, które go dusiło niemal.
— Moja matka!... zawołał, silnie ściskając rękę księcia, idźmy do matki.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tego wieczora Marja Puymandour, księżna Champdoce, całując syna, tak długo opłakiwanego, zrozumiała, że szczęście nie jest czczym wyrazem.
∗ ∗
∗ |
Książę odgadł. Dowiedziawszy się, że Andrzej jest synem Norberta, hrabina Mussidan oświadczyła, że stanowczo sprzeciwia się ożenieniu jego z Sabiną.
Ale Lecoq nigdy nie przyrzeka napróżno. W papierach Mascarota znalazł on korespondencję wykradzioną hrabinie. Odniósł ją jej, a w zamian uzyskał przyzwolenie.
Znakomity policjant utrzymuje, że to wcale nie jest wyzyskiwanie.
∗ ∗
∗ |
Andrzej i Sabina mieszkają obecnie w zamku Mussidan, przepysznie odnowionym. Może pozostaną tam nazawsze, tak im jest miły lasek Bivron, świadek ich pierwszej miłości.
Ponad balkonem zamkowym Andrzej chętnie pokazuje swym gościom girlandę kamienną, którą zaczął był robić, by usprawiedliwić swój pobyt w Mussidan, a która dotąd nie jest skończoną. Zapewnia on, że ją wkrótce wykończy, o czem można wątpić, gdyż bardzo rozleniwiał.
Co pewna, to to, że wkrótce spodziewają się chrzcin w Mussidan.