Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część IV/XXXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXII.

Markiz Croisenois mieszka przy bulwarze Malesherbes, prawie naprzeciw kościoła św. Augustyna, w pysznym nowym domu.
Tam, w skromnym apartamencie, kosztującym cztery tysiące franków rocznie, zebrał on wszystkie szczątki swej dawniejszej zamożności, aby zewnętrznym przepychem olśnić powierzchownego spostrzegacza.
Rozumie się, że wierzyciele nie pozostawiają w spokoju dzwonka markiza Croisenois; ale umiał on sobie poradzić z szykanami ich nawet najdalikatniejszemi.
Apartament ten był wynajęty na imię jego kamerdynera. Powóz jego i koń należały pozornie do jego stangreta. Bo trzymał konia i powóz, ten pan, zrujnowany do takiego stopnia, że raz musiał położyć się spać po ciemku, gdyż nie miał czterech sou dla kupienia sobie świecy.
Dwaj ludzie pełnili służbę przy panu Croisenois: stangret, który, oprócz swoich zajęć, odrabiał grubsze roboty w pomieszkaniu, i kamerdyner, dość znający się na kuchni, aby zaimprowizować kawalerskie śniadanie.
Kamerdynera tego Mascarot widział jeden raz tylko, a zrobił on na stręczycielu tak szczególne wrażenie, iż nie ufając mu zupełnie, począł pracować nad tem, by się wywiedzieć, kto on jest i zkąd się wziął.
Croisenois oświadczył Mascarotowi, iż przyjął go tylko na zalecenie jednego ze swoich przyjaciół, niejakiego sir Waterfielda.
Kamerdyner ten nazywał się Morel, ale musiał długo przebywać w Anglii, bo nieźle mówił po angielsku i prędzej zgodziłby się na odcięcie palca, aniżeli na to, by odpowiedzieć: „Tak jest, panie“, jak odpowiadają wszyscy. Mówił zawsze: „Yes, sir.“
Był to zresztą człowiek nieoceniony tak pod względem swych zalet jak i obejścia, które mogło zaszczyt przy nieść każdemu domowi. Sądzićby można, że co najmniej był w usługach kanclerza, tyle w nim było fachowej nadętości i powagi, tak ostro sterczały jego białe wykrochmalone kołnierzyki.
Andrzej nie znał tych szczegółów, ale wiedział cokolwiek o nich od pana Breulh, który także dał mu adres markiza.
Dlatego też nazajutrz po swem wymknięciu się, około godziny ósmej rano, przebrany i wysmarowany tak, iż mógł sądzić, że nikt go nie pozna, młody malarz wszedł do kupca win znajdującego się najbliżej od pomieszkania markiza Creisenois.
Umyślnie wybrał tę godzinę. Był on Paryżaninem, wiedział zatem, że w zamożniejszych dzielnicach zwykle służący podczas gdy panowie ich śpią jeszcze, przesiadają u pobliskich kupców, dla umorzenia robaka, pogawędzenia i odnowienia zapasu plotek.
Od wczorajszego dnia Andrzej był pewniejszym siebie.
Bo plan, który sobie ułożył przed wymknięciem się przez ulice Laval, plan który zarazem miał uratować Gastona i zapewnić ma energiczną pomoc, udał się lepiej, aniżeli przypuszczał.
Oto co zrobił:
Po wielkim zachodzie, uwagach, a nawet pogróżkach, używając i nadużywając swego wpływu, doszedł do tego, iż doprowadził Gastona do ojcowskiego domu.
Stanąwszy koło godziny drugiej na ulicy Chaus-sée-d’Autin nie zawahał się kazać obudzić przedsiębiorcę i wytłumaczywszy mu swoje przebranie, opowiedział wszystko: jak Gaston znalazł się wplątanym w intrygę, której sam on był ofiarą, jak wymuszono na nim fałszywy podpis i jak tylko co nie zastrzelił się.
Naturalnie, że położył wielki nacisk na żal Gastona, na dobre serce jakie okazał podczas sporu i kłótni z Zorą-Różą, na przyrzeczenia, iż zostanie porządnym i poważnym człowiekiem.
Pan Gandelu był mocno wzruszony, płakał poczciwiec... i przebaczył.
Uznał, że ta straszliwa lekcja poprawi syna, że zerwie on swoje szkaradne stosunki, że powróci do niego i pracą wyrobi sobie świetne stanowisko.
— Spiesz pan, rzekł do Andrzeja, wyszukaj go; niech się dowie odemnie, że go wyratujemy!
Andrzej nie potrzebował chodzić daleko, gdyż Gaston czekał w sąsiednim pokoju, dręczony najokropniejszą niespokojnością.
Był wzruszony gdy wchodził do ojcowskiego pokoju i to wzruszony w samej rzeczy, co mu się może nigdy dotąd nie zdarzyło w życiu. Płakał; a łzy wyrywała mu nie namiętność bezsensowna i nie głupia miłość własna. Było to żywe poczucie winy, żal, że sprawił tak wielkie cierpienie ojcu, temu tak dobremu człowiekowi.
Jednem słowem odradzał się, że tak powiemy; gdyż rzeczywiście postanowił był odebrać sobie życie, zbliska przypatrywał się śmierci.
— Chodź, Gastonie, rzekł do niego Andrzej.
Ale ten z gwałtownością, wcale niezgodną z jego charakterem, zawołał:
— O!.. nie nazywaj mię pan tak! Gaston!... fe! To tak samo jak ta korona na moich wizytowych biletach... słowo ho
noru, że to mi przykrość sprawia. Gaston!... markiz!... stotysięcy kijów głupcowi. Nazwisko moje jest Piotr Gandelu i papa jest stotysięcy razy poczciwy, iż pozwala mi je nosić!... Tak zaczęte pogodzenie się musiało przyjść do skutku. Dawno już zacny przedsiębiorca nie był tak szczęśliwy.
Teraz należało zająć się uratowaniem nieszczęśliwego. P. Gandelu wpadł na tę samą myśl co i Andrzej.
— Nie sądzę, rzekł przedsiębiorca, aby nędznicy śmieli spełnić swe pogróżki i wytoczyli skargę do prokuratora. Nie, tego nie ośmielą się zrobić. Jakiż zresztą sędzia śledczy, powiadomiony o wszystkich okolicznościach, nie unieważniłby skargi?... Ale syn mój nie może zostawać pod naciskiem tego systemu zastraszenia. Zatem ja wytoczę skargę. Tak jest, jutro przed południem będę w sądzie i dowiemy się nakoniec, co to jest właściwie to „Towarzystwo wzajemnych zaliczek“, podłapujące nieletnich, pożyczające im pieniądze i wyłudzające fałszywe podpisy... A ponieważ wszystko należy przewidywać, więc mój syn jutro pojedzie do Belgii; ale zobaczysz pan, że niedługo tam pozostanie...
Resztę nocy Andrzej przepędził u pana Gandelu. W pokoju młodego Gastona, który teraz znowu został Piotrem, jak dawniej, młody malarz uzupełnił w szczegółach swoje przebranie.
Idąc szybkim krokiem po bulwarze Malesherbes, Andrzej wesoło roił sobie; przyszłość przedstawiała mu się w barwach różowych.
Tref, który on nazywał opatrznością, wyraźnie oświadczał się za nim. Czyż nie mógł spodziewać się wszystkiego od kroków, jakie zamierzał poczynić zacny przedsiębiorca? Sprawiedliwość będzie interweniować, zajmie się należytem rozpatrzeniem operacyj nędzników – czego też nie zdoła wykryć?
I ten egromny rezultat Andrzej osiągnie nic nie naraziwszy. Ani jego nazwisko, ani nazwisko hrabiego Mussidan nie będą wymówione.
Sam zaś zdecydowany był zająć się markizem Croisenois i jak cień nie opuszczać go ani na chwilę.
Handel, w którym ulokował się, był wybrany doskonale dla spostrzeżeń. Od wspólnego stołu można było widzieć najdokładniej drzwi pomieszkania markiza, a nawet okna jego. Przy jakiej takiej uwadze niezawodnie dostrzeże go, gdy będzie wychodził z domu.
A przytem, ponieważ w okolicy nie było żadnego innego handlu win, Andrzej powiedział sobie, iż być może, że słudzy markiza przychodzą tu na przekąskę.
W takim razie, myślał, że potrafi zaznajomić się z nimi. Rozpocznie rozmowę, potem zafunduje cokolwiek, potrafi zjednać sobie ich zaufanie... i dowie się niemało...
Młody malarz kazał sobie podać śniadanie na małym stoliku, umieszczonym pod oknem, którego pożółkłe firanki rozsunął. Ciągle zwracając uwagę na ulicę, przysłuchiwał się on i przypatrywał temu, co się działo dokoła niego.
Sala w tym handlu, będącym zarazem restauracją, obszerna i dość czysta, zapełniona była gośćmi, po największej części służącymi.
— Kto wie, pomyślał Andrzej, może są tu i słudzy markiza.
Łamał sobie głowę nad tem, jakby tu zawiązać rozmowę z właścicielem handlu, gdy weszło dwóch nowych gości w liberji, podczas gdy inni byli jeszcze w rannych kurtkach.
Jak tylko ukazali się, jakiś stary o dobrodusznej i zadowolonej twarzy, mocno zajęty dotąd gryzieniem twardego beefsteak’u tuż obok Andrzeja, klasnął w dłonie i zawołał:
— A!... otoż i panowie Croisenois!
Słudzy najczęściej nadają sobie nazwiska panów, u których pozostają w służbie; młody malarz wiedział o tem. Był więc poinformowany bez wypytywania się, które mogło wzbudzić podejrzenie.
— Gdyby też, pomyślał, panowie ci umieścili się jakim trafem obok tego staruszka, który ich zna, mógłbym słyszeć ich rozmowę.
Tak się też stało. Zasiadłszy, przywołali gospodarza i zamówili śniadanie, prosząc, by przedewszystkiem pospieszył, gdyż, jak utrzymywali, nie mieli chwili do stracenia.
— A!... pilno wam, rzekł stary, koło którego siedzieli, dla tego też jesteście już wygalowani o tej porze.
Młodszy z dwóch przybyłych, stangret markiza Croisenois, zabrał głos.
— Tak jest, odpowiedział, muszę zawieść pana do jego biura, bo ma teraz biuro; jest dyrektorem towarzystwa eksploatającego kopalnie miedzi. Doskonała afera!... Ponad drzwiami należałoby napisać: „Rzeźnia akcjonarjuszów!...“ Jeżeli pan masz jakie oszczędności, panie Benedykcie, a mieć musisz, to nadarza się doskonała zręczność.
Benedykt z powagą potrząsł głową.
— Nie mówię ani tak ani nie, odpowiedział; nie można wiedzieć. Często to, co się dobrem wydaje, dobrem nie jest, a to co się wydaje złem nie jest złem...
Był to człowiek rozsądny, który wiele widział i wiele zapamiętał, nie spieszył z sądem i nie kompromitował się nigdy.
— Ale, zaczął znowu, ponieważ wasz markiz wyjeżdża, więc pan Morel będzie wolny i zagramy sobie w pikietę.
No sir, odrzekł kamerdyner markiza.
— Jakto? pan także zajęty?
Yes sir, wezmę białe rękawiczki i zaniosę kosz kwiatów lilje, fijołki i kamelie, do narzeczonej pana markiza. Gdyż pan markiz żeni się, mogę to powiedzieć, bo wiadomość jest oficjalna. Zresztą piękny związek, wielka familia, suty posag! Widziałem młodą osobę, jest cokolwiek sztywna, ale pomimo to podobała mi się.
Cymbał ten z wykrochmalonemi kołnierzykami ośmielał się mówić tak o Sabinie.
Pewno że nie był wtajemniczony w intrygi markiza Croisenois; ale miał sobie poleconem odniesienie bukietu do pałacu Mussidan, gdzie może zobaczy Sabinę. Andrzejowi chciało się udusić go.
— Załóżmy się, mówił tymczasem stangret, z pełną gębą jadła, załóżmy się, że pan markiz nie użyje posagu swej żony na zakupno akcyj!...
Ale propozycji tej nikt nie podniósł. Trzej goście przestali mówić o markizie Croisenois i zajęli się osobistemi swemi sprawami... nie bardzo zajmującemi.
Wkrótce potem przywołali gospodarza, rozpłacili się i wyszli, nie wymówiwszy nawet nazwiska Croisenois. Andrzej począł rozmyślać nad trudnościami rzemiosła szpiega. Oczy, zwrócone na niego były pełne niedowierzania.
— Co to za indywiduum o tak podejrzanej minie, musieli myśleć sobie goście, które ośmiela się włazić w nasze towarzystwo?
Rzeczywiście młody malarz miał powierzchowność wcale nie zalecającą się.
Oprócz tego nie umiał on robić spostrzeżeń, nie okazując tego, co właśnie jest pierwszym warunkiem. Nie znał sztuki okazywania się niezajętym, obojętnym.
A ponieważ był dość przenikliwym, by to zrozumieć, więc zakłopotanie jego jeszcze się zwiększyło.
Skończył jeść, powoli wypił kawę z arakiem, przy którego zapalaniu zmarnował mnóstwo zapatak, a potem zażądał kieliszka wódki.
Prawie wszyscy goście wynieśli się. Pozostało tylko pięciu czy sześciu przy jednym stole, grających w karty z wielkiem zajęciem, jak można było wnioskować z ich wykrzykników i śmiechów.
— Ja także dobrze zrobię, gdy wyjdę, p myślał Andrzej uplacuję się przed biurem stowarzyszenia, by wiedzieć, kto tam przychodzi i wychodzi. Pozostając tu, gdzie mi się tak przypatrują, mogę skompromitować się.
Jednak chciał przedtem jeszcze zobaczyć, jak markiz Croisenois będzie wsiadał do powozu; więc chociaż wódka była szkaradna, kazał sobie podać drugi kieliszek.
Właśnie, gdy mu nalewano, do handlu wszedł jakiś człowiek, ubrany szczególnym sposobem, zupełnie prawie tak samo jak on.
Był to wielki drab, zamaszysty, o wzroku bezwstydnym, bez brody, a tylko z dużym kosmykiem rudych włosów pod dolną warga. Na głowie miał szkaradny kaszkiet, a na grzbiecie kurtkę strasznie poplamioną.
Przeciągłym i zachrypłym głosem zażądał wołowiny i pół kwarty wina. Przechodząc, by usiąść przy stole, gdzie niedawno siedzieli słudzy markiza, wywrócił kieliszek Andrzeja.
Młody malarz nie powiedział na to ani słowa; to mógł być przypadek. Ale drab zamiast przeprosić, spojrzał na Andrzeja zuchwale, ruszył ramionami i uśmiechnął się drwiąco.
Palił cygaro; gdy mu podano jadł, położył niedopalony kawałek na końcu stołu i odwróciwszy się z nadzwyczajną zręcznością plunął na spodnie swego sąsiada.
Tym razem obelga było widoczną i musiała zastanowić Andrzeja. Co to znaczyło?.. Czyżby nie zmylił swych szpiegów, jak przypuszczał? Czy drab ten o wyzywającej minie, nie był na to nasłany, by wynaleźć zaczepkę?
Ostrożność doradzała Andrzejowi oddalić się. Ale w takim razie pozostałby w wątpliwości. która paraliżowałaby wszystkie jego zamiary. Lepiej było zostać i stanowczo przekonać się o zamiarach tego łotra.
O... co do tego, nie długo pozostawał w wątpliwości. Drab ogryzał swoją wołowinę i wszystkie żyły i kości bardzo zręcznie rzucał na sweg
o sąsiada. Po chwili nalał sobie szklankę wina, ale nie wypiwszy do dna, bryznął resztą na Andrzeja, mierząc teraz już nie w nogi, ale w plecy.
Tego było za wiele.
— Zrobię panu uwagę, rzekł młody malarz, drżąc od gniewu, że ja tu siedzę.
— Widzę. Czyś pan nie kontent?
— Nie.
— No i cóż?... ze mną, odrzekł drab, ze mną trzeba brać rzeczy jak są, bo w przeciwnym razie...
I zamiast kończyć frazes, zamachnął ręką o dwa cale od twarzy Andrzeja.
Młody malarz miał wiele powodów do zachowania cierpliwości; poprzysiągł sobie, że będzie spokojny w każdym razie, ale temperament przemógł.
Wstał i silnem uderzeniem pięścią w piersi powalił draba pod stół.
Na hałas sprawiony upadkiem, grający w karty odwrócili się.
Do tej pory dysputa nie zwracała wcale ich uwagi; nie wiedzieli wcale, jakieszkaradne obelgi doprowadziły do czynnego wystąpienia. A nie widząc nic, nie mogła powiedzieć, który z dwóch przeciwników miał słuszność.
Widzieli, że Andrzej stał w pozycji odpornej, blady pod swem malowaniem, z okiem płomieniejącem, ustami pobielałemi i drżącemi.
Drab wił się pod stołem między krzesłami.
— Tu się nie biją, słyszycie zawołał jeden z graczów z miną bardzo niezadowoloną; jeżeli chcecie kłócić się, to zapłaćcie co się należy i wynoście się na ulicę.
Ale drab, stanąwszy na nogi, nie usłuchał tego wezwania i rozpędziwszy się, rzucił się na Andrzeja z pochyloną głową i wyciągniętami naprzód rękami, by go schwycić w pół ciała.
Odskoczywszy na bok, Andrzej uniknął ciosu a lewą nogą uderzył tak silnie napastnika poniżej kolana, iż ten zatrzymał się nagle.
Zwrot był bardzo zręczny. Obecni przyklasnęli. Już nie uskarżali się. Wrażenia, jakich doznawali, były tak samo silne, jak wrażenia przy grze w karty.
Trzy razy drab rzucał się na Andrzeja i trzy razy młody malarz odbijał go tak zręcznie, iż łatwo było poznać, że w wolnych swych chwilach ćwiczył się w owej ludowej szermierce zwanej savatte, a której znajomość bywa czasami bardzo przydatną.
Szkaradny napastnik zmienił następnie taktykę i udał że sam przybiera postawę obronną; z machnął się szybko sześć czy siedm razy, potem schylił się pod łokieć Andrzeja i zrobiwszy bystrą woltę, pochwycił go w pół ciała.
Od owej chwili walka przybrała inny charakter, obaj przeciwnicy wysilali się na obalenie się nawzajem.
Gracze w karty powstawali i otoczyli ich kołem. Ale żaden z nich nie był tak kompetentnym, by zauważyć, że drab widocznie oszczędzał Andrzeja. Naprzód żadne z jego uderzeń nie trafiało celu; potem pochwyciwszy go w pół ciała, starał się tylko narobić hałasu. Kolejno wywrócił stół i piec, wreszcie cofając się aż do wystawy rozbił szkło ramieniem.
Krzyk towarzyszący tej bójce rozbudził właściciela handlu drzemiącego za bufetem. Nadbiegł strasznie zagniewany, wraz z jednym z garsonów ogromnie barczystym, i we dwóch udało się im rozdzielić zapa śników.
— Teraz, moi kochani, powiedział właściciel, wynoście się i zapamiętajcie adres mego zakładu, aby noga wasza, więcej tu nie postała. Ale przedtem musimy uregulować rachunek.
Jednym rzutem oka obliczył stratę i dodał:
— Szkody jest na siedmnaście franków. Dawajcie pieniądze... a spieszcie się, jeżeli nie macie ochoty przepędzić dwudziestu czterech godzin w policji.
Usłyszawszy wyraz policja drab uniósł się bardzo, i ze zdumiewającą gładkością począł obrzucać najszkaradniejszemi obelgami, nie tylko właściciela handlu, ale i gości jego.
Krzyczał tak głośno, tak się odgrażał, wymachiwał rękami i stukał w stół, iż nikt nie mógł słyszeć Andrzeja, który wydobywszy swą portmonetę, wołał, że ma pieniądze, że z chęcią zapłaci za szkody.
— Dość tego!... wołali gracze; za nadto jesteś pan cierpliwy, panie gospodarzu; poszlij już raz po sierżantów miejskich.
Jeden z garsonów poszedł już po nich. Przybyli w tejże chwili i Andrzej, zanim zmiarkował co się dzieje, już znalazł się na bulwarze, między dwoma policjantami, obok swego przeciwnika, który klął i wymyślał.
— Idźcie równo, brzydkie nasienie, mówili sierżanci.
Opierać się byłoby szaleństwem; młody malarz zrezygnował się.
A idąc starał sobie zdać sprawę z tego szczególnego wypadku. Wszystko zaszło tak szybko, że mu się aż w głowie zakręciło. Jasnem było, że brutalska ta napaść miała jakiś tajny cel, którego nie mógł odgadnąć.
Sierżanci miejscy zatrzymali się przed dość wązkiem wejściem do jakiegoś starego domu; więźniom swym kazali iść przed sobą.
Poszli, a Andrzej poznał wkrótce, że nie prowadzono ich do kordegardy, lecz do komisarza policji.
Wkrótce znaleźli się w biórze, gdzie pracował sekretarz komisarza i dwóch urzędników.
Skończona robota, rzekli śmiejąc się sierżanci, do widzenia!..
I odeszli.
Andrzej ogromnie wytrzeszczył oczy. W aresztowaniu tem upatrywał coś nadzwyczajnego, nienormalnego.
Inne jeszcze czekały go niespodzianki.
Drab, który szukał z nim kłótni, jak tylko postawił nogę w biórze, zupełnie zmienił zachowanie się swe i obejście. Kaszkiet swój rzucił na ławkę, poprawił włosy i przybliżywszy się do sekretarza uścisnął mu rękę, zapytując:
— Czy pryncypał jest?
— Jest, właśnie rozmawia w tej chwili z panem komisarzem; ale zadzwoniłem by go uprzedzić, wie zatem żeś pan przybył.
Zadowolony z odpowiedzi drab zbliżył się do Andrzeja.
— Pozwól pan, powiedział, złożyć sobie moje powinszowanie. O!... dzielną masz pan pięść!... Pierwsze uderzanie, które mi pan zadałeś, było bardzo szczęśliwe, nie ma co mówić. Gdybym nie upadł pierwej, nim mnie cios dosięgnął, byłbym rozbity. Ale djabeł się wmieszał i nie mogłem również szczęśliwie uniknąć uderzenia nogą, które także było bardzo piękne i z całkiem dobrej szkoły.
Tu przerwał sobie. W głębi bióra otworzyły się drzwi i ozwał się głos:
— Niech wejdzie!
Andrzej został wprowadzony, lub raczej wepchnięty przez swego niedawnego przeciwnika w wąski korytarz. Drzwi za nim zamknęły się i znalazł się w pokoju, wyklejonym obiciem zielonem, z takiegoż koloru firankami. Był to właściwy gabinet komisarza policji.
Na prawo przed oknem stało biórko, a przy nim z głową wspartą na łokciu siedział mężczyzna średniego wieku, powierzchowności dystyngowanej, w białym krawacie i złotych okularach; słowem był to skończony typ naczelnika bióra, lub wyższego urzędnika ministerstwa.
24 — Chciej pan usiąść, panie Andrzeja, rzekł ten jegomość z wykwintnem ugrzecznieniem do malarza.
Andrzej wziął krzesło, i nie bardzo wiedząc co robić, usiadł.
Czy było to we śnie, czy na jawie? Poprawdzie niczego już teraz nie był pewny. Zwątpił o sobie, o swojej inteligencji, rozsądku, o samem świadectwie własnych zmysłów.
— Przedewszystkiem, zaczął znowu jegomość w złotych okularach, powinienem pana przeprosić za postępowanie cokolwiek... jakby to powiedzieć, cokolwiek za niegrzeczne, na jakie sobie pozwoliłem, aby mieć przyjemność rozmówienia się z panem. Ale nie miałem wyboru. Jesteś pan zbliska pilnowany, a mnie nadzwyczaj chodzi o to, by ci, którzy pana szpiegują, nie domyślili się naszej rozmowy.
— Jestem szpiegowany!... wybełkotał Andrzej.
— Tak jest... przez niejakiego La Candele, łotra bardzo sprytnego... może najzręczniejszego do tych rzeczy w Paryżu. To pana dziwi?
— W samej rzeczy, sądziłem, przypuszczałem.
Jegomość w białym krawacie uśmiechał się bardzo uprzejmie.
— Przypuszczałeś pan, odrzekł, żeś zmylił swych szpiegów. Zrozumiałem to dziś rano, ujrzawszy pana przebranego. Na nieszczęście, wszystko cobyś pan zrobił, naraziłoby go tylko na stratę czasu i naraziło rzeczywiście... Wszak wiadomo tym ludziom, że pan sam podpatrujesz markiza Croisenois?... Owóż rozstawiwszy się w okolicy pomieszkania markiza, byli oni pewni, że pana tam znajdą...
Uwaga ta była dziecinnie prostą, ale pomimo to nie przyszła na myśl malarzowi.
— A jednak to prawda, wybełkotał.
Jegomościa w złotych okularach zdawało się cieszyć pomieszanie Andrzeja. Podwoiwszy jeszcze swą uprzedzającą grzeczność, zaczął on znowu:
— Z drugiej strony, kochany panie, przyznać trzeba, że przebranie pańskie wiele pozostawia do życzenia. Powiesz mi pan, że jestto pierwsza próba człowieka niewprawionego w rzemiosło. O!... jeżeli tak, to doskonale! Jeżeli ma to być przebranie między swoimi, to pewno oszukałoby oko pospolite. Ale La Candèle nie mógł złapać się na nie. Ja ztąd widzę dobrze podmalowania. A to co ja widzę i inni widzieć mogą.
Wstał i przybliżył się do Andrzeja.
— Do czego, mówił, oblepiać sobie twarz wszystkiemi temi farbami; co czyni pana podobnym do Indjanina, który pomalował się przed wojną?... Aby przeistoczyć fizjognomie, dość dwóch pociągnień miękkim ołówkiem, czarnym lub czerwonym, pod rzęsami, tu, w miejscu gdzie nos się zarysowuje, i tu jeszcze, przy zacięciu ust. Patrz pan...
Do teorji przyłączył demonstrację praktyczną. Wyjął z kieszeni piękny srebrny porte-crayon, i w miarę jak mówił, poprawiał niedokładną robotę malarza.
Gdy skończył, Andrzej wstał, by spojrzeć w zwierciadło nad kominkiem i zdziwił się. Zmarszczone i zbliżone do siebie brwi, rozszerzone usta i nos bezkształtny nadawały twarzy jego wstrętny wyraz bezwstydu i złośliwości.
— Czy pojmiesz pan teraz, mówił jegomość w białym krawacie, całą bezowocność swej próby? La Candele poznał pana. Mnie znowu szło o to, by rozmówić się z panem. Wysłałem więc Palota, jednego z moich ajentów, aby rozpoczął kłótnie z panem; dwaj sierżanci miejscy aresztowali go i oto jesteś pan tu, a nikt nie domyśla się, że jesteśmy razem. Racz pan zetrzeć moje retuszowanie; zauważą je, gdy będziesz ztąd wychodzić, a to wzbudzi podejrzenia.
Andrzej był posłuszny i końcem swej chustki od nosa począł ścierać ślady ołówka.
Podczas gdy pracował nad tem aż do zdrapania skóry, umysł jego błądził w obszarze przypuszczeń.
Widocznie znajdował się wobec urzędnika prefektury, to bez wątpienia ważniejszego.
Czego on mógł chcieć od niego? Jakim sposobem policja dosięgła aż do niego? a więc policja musiała już coś zwietrzyć.
Jegomość w złotych okularach znowu usiadł w swem krześle i obracał w ręku tabakierkę, ruchem jakiego pozazdrościłby mu aktor, grywający finansistów w Teatrze Francuskim.
— A teraz, powiedział, pomówmy z sobą.
Andrzej powrócił na swoje miejsce, bardzo zmięszany.
— Jak się pan przekonałeś, zaczął znowu jegomość, ja znam pana. Jan Lantier, pański pryncypał, który przyjął pana do siebie przed jedynastu laty, w dniu, w którym przybyłeś do Paryża, uciekłszy z zakładu w Vendome, Jan Lantior twierdzi, że gotów całą swoją osobą ręczyć za pana. Doktor Lorilleux, jego zięć, utrzymuje, iż nie zna człowieka szczytniejszego jak pan charakteru, większej odwagi i czystszej prawości.
— Panie wybełkotał młody malarz, rumieniąc się jak dziewica, która usłyszała pierwsze wyznanie miłości, doprawdy, panie!...
— Pozwól mi pan skończyć. P. Gandelu mówi każdemu, kto tylko zechce go słuchać, iż oddałby panu cały swój majątek bez rewersu, a wszyscy pańscy koledzy, z Vignolem na czele, mają dla pana szacunek prawie. Oto jest strona moralna. Co do przyszłości, to dwaj znakomici malarze, których nazwisk panu nie wyjawię, oświadczyli mi, że z czasem możesz pan zostać jednym z mistrzów szkoły francuskiej. W tej chwili malarstwo i praca rzeźbiarska muszą panu dawać około piętnastu franków dochodu dziennie. Czy dokładnie jestem poinformowany?
— Tak jest, odrzekł Andrzej zdumiony, tak jest!...
Jegomość uśmiechnął się.
— Na nieszczęście, mówił dalej, moje wiadomości stanowcze i nieomylne na tem się ograniczają. Środki, jakiemi policja może się posługiwać przy poszukiwaniach, są, niestety bardzo ograniczone. Aby zajęła się jaką robotą, na to trzeba by ją widziała, lub też by jej o tem doniesiono. Policja może działać tylko na podstawie faktów, a nie zamiarów. Dopóki wola nie ujawniła się w czynie, policja jest bezsilną. I zawsze tak będzie, dopóki policjant nie znajdzie sposobu podnoszenia górnej części czaszki, jak pokrywy od pudła, aby zobaczyć co się wewnątrz zawiera. Tak samo ja przed czterdziestu ośmią godzinami po raz pierwszy usłyszałem o panu, a mam biografię pańską w kieszeni. Mogłem dowiedzieć się, żeś pan przedwczoraj przechadzał się z synem pana Gandelu, żeś wsiadł do powozu z p. Breulh-Faverlay, że z tyłu za tym powozem umieścił się La Candele... to są fakta. Ale...
Tu się zatrzymał i wlepił w Andrzeja wzrok z takiem wytężeniem, jakby chciał go magnetyzować.
A potem powoli, cedząc słowa, dodał:
— Ale nie umiano mi wyjaśnić dlaczego pan śledziłeś Vermineta, dlaczego czatowałeś przed pomieszkaniem stręczyciela Mascarota, dlaczego nakoniec przebrałeś się za ulicznika w celu podpatrywania czynów i ruchów szanownego markiza Croisenois. — Bo nie możemy pochwycić zamiaru, bo sama wola jest dla nas niedostępną.
Przynajmniej dwie minuty czasu dał Andrzejowi dla należytego rozważenia tych słów i wyprowadzenia z nich wniosków; potem zaczął znowu:
— Tylko na pana liczyłem. iż sam mi powiesz, co mianowicie masz na celu, ku któremu zamierzasz środkami tak dalekiemi od swego prawego charakteru.
Andrzej wił się na krześle pod tym upartym a przenikliwym wzrokiem, który, że tak powiemy, poruszał mu prawdę w głębi duszy i prawie gwałtem wyciągał ją na usta.
— Nie mogę, panie, powiedział, nie mogę!..
— A!
— Jest to tajemnica panie...
— Rozumie się.
— Tajemnica!.. która nie do mnie należy; a gdybym ją panu wyjawił, gdyby tylko napomknął o niej, popełniłbym czyn niegodziwy.
Zaledwie dostrzeżony uśmiech prześliznął się na ustach jegomości w złotych okularach.
— Pan w niczem nie chce mi się zwierzyć, powiedział... no, to ja sam będę mówił. Opowiedziałem panu, jakie mam wiadomości pewne... mam także i domysły. Tak jest, sądzę, że nawet znaną mi jest prawda, a zobaczysz pan jeszcze, przez jaki szereg rozumowań i wywodów doszedłem do niej. Dlaczego podpatrujesz pan markiza Croisenois? Bo masz żal do niego. Z jakiego powodu? Czyżby dlatego, że założył towarzystwo Kopalni w Tifla? Nie. A więc dla tego, że ma ożenić się z panną Mussidan? Dobrze!.. oto już się pan rumienisz! A to jeszcze nie wszystko...
Rzeczywiście, Andrzej cały poczerwieniał.
— Mówiliśmy więc, ciągnął dalej jegomość w złotych okularach, że pan chcesz przeszkodzić temu małżeństwu. Z jakiej racji?.. Czybyś czasem nie był zakochany w pannie Mussidan? czy byłbyś pewny, że i ona go kocha? Tak jest. To już racja; ale ona nie tłumaczy i nie usprawiedliwia przebrania pańskiego. Zatem zachodzi tu coś innego. Co? Czyż panna Mussidan nie miała przedtem poślubić pana Breulh-Faverlay?.. Tak mię zapewniano. A zatem hrabia i hrabina Mussidan przenieśli nad człowieka powszechnie poważnego w Paryżu lichego zrujnowanego markiza? To być nie może. Jasno, że oddają rękę swej córki markizowi Croisenois, tylko by samym się obronić, pomimo, że gardzą tym człowiekiem, że nienawidzą go. I oto człowiek tak, staje się członkiem rodziny, pomimo tej rodziny i wbrew woli panny. Co to znaczy? Czy czasem w życiu hrabiego, lub hrabiny nie masz jakiej strasznej tajemnicy, którą Croisenois pochwycił i z której broń sobie zrobił?..
— To fałsz, panie!.. zawołał Andrzej, fałsz wierutny!
Jegomość w okularach ruszył ramionami i odrzekł spokojnie:
— Dobrze!.. Jeżeli pan z taką energią wykrzykujesz, że to fałsz, to dlatego, i wiem dobrze, że się nie mylę. Nie potrzebuję już innych dowodów. Wczoraj pan Mussidan był u pana, a ajent mój doniósł mi, że twarz miał rozpromienioną, gdy się oddalał. Ba! dlaczegoźby nie?.. Pan mu przyrzekłeś, że wybawisz go od markiza Croisenois, nierozgłaszając tajemnicy, a w zamian za to hrabia Mussidan przyrzekł panu rękę swej córki. Tym sposobem tłumaczy się ten kaszkiet, ta bluza i to pomalowanie. No powiedz mi pan teraz, że się mylę.
Młody malarz kłamać nie umiał; nie śmiał odpowiedzieć.
— A czy znasz pan tę tajemnicę, mówił da lej jegomość w okularach, czy hrabia Mussidan wyjawił ją panu?... Tego nie wiem. Wszakże, gdybym zachciał sobie zadać trudu i szukał, gdybym dobrze poszukał... Słuchaj pan! ludzie sądzą, że policja zapomina, prawda?... Otóż — ludzie mylą się. Nie masz instytucji, któraby miała tak okrutną pamięć. Dopóki sprawa nie została wyprowadzoną na czysto, jak mawiał mój mistrz, ojciec Tabaret, niespokojna policja śpi tylko jednem okiem. Znam takie zapomniane zbrodnie, które trzy generacje policjantów przekazywały sobie z rzędu... Czy słyszałeś pan, naprzykład, że nasz Croisenois miał brata imieniem Jerzy, nierównie starszego od niego?... Jerzy ten pewnego pięknego wieczora znikł w sposób nader tajemniczy. Co się z nim stało? Jerzy ten w swoim czasie, jest temu dwadzieścia trzy lata, był w liczbie przyjaciół pani Mussidan. Czy też owe dawniejsze zniknięcie nie mogłoby wytłumaczyć teraźniejszego małżeństwa?
Młody malarz zerwał się drżący.
— Któż pan jesteś? zapytał. Chcę wiedzieć, z kim mówię.
Jegomość w złotych okularach odpowiedział:
— Jestem Lecoq.
Usłyszawszy nazwisko znakomitego policjanta, Andrzej cofnął się zmieszany, wątpiąc prawie i bełkocąc:
— Pan Lecoq!... pan Lecoq!...
Najsilniejszy człowiek ma swoje słabe strony. Mość własna znakomitego policjanta była delikatnie połechtaną, gdy ujrzał, jakie wrażenie sprawiło same jego nazwisko.
— Tak jest, odrzekł, Lecoq. A teraz, kiedy mię pan już znasz, kochany panie Andrzeju, czy mogę liczyć na to, iż będziesz pan rozsądniejszy? O! Ja wiem wiele.... zaraz przekonam pana o tem....
Rzeczywiście wiedział wiele, pod pewnym względem więcej nawet, aniżeli sam młody malarz.
Hrabia Mussidan nie wyjawił całej tajemnicy Andrzejowi ale dość mu powiedział, aby teraz młody malarz mógł zmiarkować, jak mało Lecoq oddalał się od prawdy.
— Możemy jeszcze porozumieć się, zaczął znowu policjant, i źleby bardzo było, gdyby moja otwartość nie wywołała otwartości ze strony pana. Potrzebuję pana i zarazem mogę być panu przydatnym starajmy się zatem byśmy oba byli nawzajem uprzejmi i pożyteczni... Naprzód trzeba byś pan wiedział, że prosty traf doprowadził mię do pana. Byłem na łowach, a pan przebiegłeś mi drogę. Widziałem najdokładniej żeś pan był szpiegowany przez ludzi, których ja właśnie mam na oku; powiedziałem więc sobie zaraz: Ten jest ważną osobą w intrydze. Kazałem śledzić pana i oto od kilkunastu już dni chodzisz pan pomiędzy moimi szpiegami i szpiegami tamtych ludzi. A dziś, rozważywszy wszystko należycie, przekonany jestem żem się nie mylił. Pan mianowicie dostarczysz mi rozwiązania, którego szukam.
— Ja, panie?
— Tak, pan, Andrzej, artysta-malarz, ornamentysta... w oczekiwaniu czegoś lepszego.
— W oczekiwaniu czego?
Andrzej nie śmiał podnosić obrachowanej widocznie dyskrecji policjanta.
— Od wielu już lat, zaczął znowu Lecoq, mam tę pewność, że w Paryżu utworzył się rodzaj stowarzyszenia dla wyzyskiwań; doprawdy że utworzyli je ludzie zręczni!... w celu wyzyskiwania niegodnie podchwyconych tajemnic. Łotry te nie zajmują się ani zbrodniami, ani nawet wykroczeniami — i w tem leży ich siła. Czepiają się przede wszystkiem rozmaitych brudów prywatnych, nie dostępnych dla działa prawnych. Infamie szczególne, wstyd rodzin, namiętności śmieszne lub brzydkie, czynności hańbiące, nieostrożności to ich połów. Ludzie ci usystematyzowali cudzołózstwo i mają z niego stotysięcy franków dochodu rocznie.
— Ach!... mruknął Andrzej, i ja podejrzywałem coś podobnego.
— Naturalnie, że raz zapewniwszy się o istnieniu faktu, powiedziałem sobie: Podłapię tych łotrów! Łatwiej jednak było powiedzieć to, aniżeli wykonać. Bo, widzi pan, wyzyskiwanie ma to do siebie, iż ci, którzy się niem zajmują, są prawie pewni bezkarności. Niech panu kto wyjmie pięć franków z kieszeni, a pan zaraz będziesz wołał: Złodziej! Ale jeżeli kto zażąda od pana tysiąca franków, zagroziwszy, że rozgłosi jaki fakt, który może narazić pana na śmiech, albo na wstyd — pan zapłacisz i nie piśniesz ani słowa. Dwadzieścia razy widziałem gołębie, które tylko co podskubano; jeszcze ciekła krew po wyrwanych piórach, a jednak nigdy żaden z nich nie zgodził się na to, by podać broń przeciw nędznikom. Mówiłem im: spuśćcie się na mnie, policja jest dyskretna, tajemnica wasza będzie uszanowana, przysięgam... Ba! gdzie tam!... nikt nie chciał zaufać mojej dobrej wierze. Głupcy!...
Lecoq zdawał się być oburzonym przeciw wszystkim tym ludziom; którzy wątpili o jego słowie; a rozpacz jego była tak komiczną, iż Andrzej nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Rychło, mówił dalej policjant, przekonałem się o bezsilności moich zabiegów, o niemożebności dotarcia do łotrów za pomocą ich ofiar. Wtedy postanowiłem sobie dotrzeć do ich ofiar przez nich. O na to trzeba było wiele cierpliwości. Oto już od trzech lat czatuję na sposobność. Od ośmnastu miesięcy jeden z moich agentówjest kamerdynerem markiza Crosenois. Rozbójniki jestem pewny, że do tego czasu kosztują oni „zakład“ najmniej dziesięć tysięcy franków.
Młody malarz domyślał się, że „zakład“ oznacza obszerny budynek, mający wejście od ulicy Jerozolimskiej, to jest policję.
— Tak jest, dziesięć tysięcy! powtórzył Lecoq, a nie liczę tego, ile mi krwi napsuli. Jednemu Mascarotowi zawdzięczam najmniej tuzin siwych włosów. Bo wierzyłem w Tantaina i w Martin-Rigala. Nie mogłem wpaść na domysł, że istnieje komunikacja między domen bankiera z ulicy Montmartre a domem stręczyciela z ulicy Montorgueil. O!... to łotr zmyślny i obrotny!...
Zmyślny, niezaprzeczenie, ale nie tyle, ile ten, kto potrafił odgadnąć go. Mówił to wyraźnie uśmiech znakomitego policjanta.
— Ale na ten raz, mówił dalej, stopniowo ożywiając się, na ten raz łotry to sięgnęli zadaleko ― i trzymam ich. Eh! eh... zakładać towarzystwo przemysłowe, aby jednem zapuszczeniem sieci wyłowić pieniądze wszystkich fryców — pomysł piękny. Ale, hola!... ja czuwam czuwam — i niegodziwcy są zgubieni. Bo teraz znam ich wszystkich począwszy od naczelnika, Mascarota, Rigala czy tam Tantaina, nazywaj go sobie pan jak chcesz, aż do Tota Chupina, najpodrzędniejszego ich ajenta, do Pawła, powolnego narzędzia ich woli. Podłapiemy całą bandę i doktora Hortebiza, i Vermineta, i markiza Croisenois i Beaumarchefa. Może także będziemy mieli Van-Klopena; Catenac także nie wyśliźnie się. W tej chwili podróżuje on po prowincji w okolicy Vendome z księciem Champdoce i niejakim Perpignanem, łotrem dojrzałym do szubienicy... Ale to nic nie znaczy! Wlecze on poza sobą moich dwóch aniołów stróżów, co godzina nadsyłających mi wiadomości. Pułapka moja jest nastawiona, przynęta leży w niej... Wszyscy wpadną...
Młody malarz słuchał wytężywszy całą swoją uwagę — czuł, że mu się w głowie kręci.
Przeciwnicy, których miał zwalczyć, nagle poczęli przybierać w jego oczach rozmiary ogromne. Czuł się jakby zgubionym wśród plątaniny intryg jakie mu się ukazywały.
— A teraz, panie Andrzeju, zapytał Lecoq, czy jeszcze będziesz pan się wahał zwierzyć mi się z tego co wiesz, jeżeli pod słowem honoru przyrzeknę panu, iż w każdym razie szanować będę jego zwierzenie?
Andrzej nie myślał wahać się.
Jak wszyscy zbliżający się do znakomitego policjanta, tak i on uległ pod dziwnym jego wpływem.
Zresztą, co tu ukrywać przed człowiekiem, dla którego zdawało się być igraszką rozjaśnienie i zmylenie intryg najciemniejszych?
Czy tego, o czem mu dziś przemilczy się, nie dowie się on jutro? Najrozsądniejszem było zaskarbić sobie jego życzliwą pomoc.
— Jestem na rozkazy pana, powiedział młody malarz.
I krótko, ale z rzadką dokładnością i najzupełniejszą otwartością opowiedział swoją historję i wszystko o czem wiedział.
Gdy skończył, Lecoq wstał.
— Teraz, zawołał, widzę wszystko zupełnie jasno i pojmuję całość manewrów naszych łotrów. A... oni chcieli zmusić syna pana Gandelu do wyjazdu z Różą!... O!... zobaczymy!
Oczy mu błyszczały pod złotemi okularami. Ułożył już plan kampanii.
— Od tej chwili, powiedział, śpijpan spokojnie. Przed upływem miesiąca panna Mussidan będzie jego żoną, przyrzekam to panu. A kiedy Lecoq przyrzeka, to znaczy, że może dotrzymać. Odpowiadam za wszystko!
Przerwał sobie, pomyślał chwilę, a potem dodał powoli:
— Tak jest, odpowiadam za wszystko, wyjąwszy za życie pana. Tyle ogromnych interesów ześrodkowuje się na głowie pana, iż łotry będą próbowali rzeczy niemożebnych nawet, byle się go pozbyć. Mówię to panu, ponieważ szanuję jego energię. Na miłość boską, bądź pan ostrożny; nie ufaj nikomu, nie zapominaj się ani na chwilę... Nie jedz dwa razy z rzędu w jednej i tej samej restauracji; nie dotrącaj się do potraw mających jaki niezwykły zapach; unikaj zbiegowisk na ulicy; wystrzegaj się powozów; nie wychylaj się z okna nie przekonawszy się pierwej czy mocno jest osadzone... Jednem słowem, obawiaj się wszystkiego, podejrzywaj wszystko.
Młody malarz, podziękowawszy, gotował się do wyjścia; ale Lecoq zatrzymał go skinieniem.
— Jeszcze słowo, powiedział. Czy nie masz pan przypadkiem na ramieniu, tu, w tem miejscu, blizny, znamienia, jakiegokolwiek znaku?
— Mam panie dawną bliznę po wielkiem oparzeniu.
Lecoq nie trudził się z ukryciem swego zadowolenia.
— No, no powiedział, zgadłem najzupełniej.
I znowu wyprowadzając młodego malarza z gabinetu, ukłonił mu się i pożegnał słowami, które Mascarot często powtarzał protegowanemu swemu Pawłowi:
— Do zobaczenia, książę Champdoce!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.