Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część IV/XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXX.

Andrzejowi zagrażało nieszczęście ogromne, nieuniknione prawie... jednak nie przekraczające granic jego przewidywań.
Śmiały artysta nie łudził się. Niezmierna donośność partji, w grze będącej, dawała mu miarę zuchwalstwa jego nieprzyjaciół.
Sam jeden stanowił on zawadę ich zamiarom; sam tylko stawał pomiędzy nimi a celem; jasnem zatem było, że uznają wszystkie środki za dobre, byle tylko pozbyć się go, że nie cofną się nawet przed zbrodnia.
Wszystkie kroki jego były śledzone, przekonał się o tem; wszędzie wlokła się za nim eskorta szpiegów; w jakim celu? w tym tylko, by podpatrzyć dobrą sposobność.
Ale taka perspektywa, taka pewność zasadzki nie była w stanie powstrzymać go. A jeżeli myślał o tem, by się mieć na baczności, to dla tego, że mówił sobie:
— Jeżeli zginę. Sabina jest zgubiona.
Gdyby był sam, szukałby niebezpieczeństwa, wywołałby je, umiałby znaleźć środek zmuszenia swych nieprzyjaciół, by się zdemaskowali, wystąpili.
Dla Sabiny zdecydował się na ostrożności, wcale niezgodne z jego charakterem. Niech tylko nastąpi jaki wybuch — Sabina zginie.
Wiedział dobrze, iż najdzie posiłki w prefekturze policji; ale znaczyłoby to tyle, co narażać na skompromitowanie rodzinę Mussidan.
Pewnym był, że z czasem i przy cierpliwości dojdzie do podchwycenia tajemnicy niegodziwych łotrów; czuł w sobie cierpliwość do przeniesienia po jednym ziarnku piasku całej góry — ale brakło mu czasu.
Minuty, oddzielające Sabinę od chwili okropnego i bezpowrotnego poświęcenia, były policzone; zdawało mu się, że jego życie upływa jak woda, wraz z godzinami...
Wstawszy równo z dniem, Andrzej usiadł przy swym roboczym stole i wsparłszy czoło na ręku, rozmyślał.
Jeden po drugim rozbierał wypadki dnia ubiegłego, usiłując zestawić je, uporządkować, jak dziecię, które kolejno przykłada jedną do drugiej rozrzucone części łamigłówki.
Szukał możebnego związku między niemi, wspólnego interesu wszystkich tych ludzi, którym przypatrzył się.
Ludzie ci byli: Verminet, Van-Klopen, Mascarot, Hortebize, Martin-Rigal...
Poddając najściślejszemurozbiorowi wszystkie wypadki dni ostatnich, młody malarz doszedł do Gastona Gandelu.
— Czy nie dziwnem to jest, mówił sam do siebie, że nędzny ten chłopiec stał się ofiarą szkaradnej machinacji, uknutej przez nędzników, którzy na nas się zawzięli, przez Vermineta, przez Van Klopena; czy nie powinno to zastanawiać?
Zadrżał i zatrzymał się nagle.
Myśl zupełnie nowa zabłysła mu w głowie, myśl bezkształtna, nieokreślona, niedokładna, zaledwie migocąca; ale myśl płodna w nadzieję wyzwolenia się.
Niewyjaśnione jakieś przeczucie mówiło mu, że zguba młodego Gastona była w związku ze zgubą jego i Sabiny, że uwikłani byli w sieć jednej i tej samej intrygi, że mądrze obmyślana szacherka ze sfałszowanemi biletami była manewrem zależnym od planu ogólnego...
Jak się to stało, jakim sposobem Gaston i on byli razem zawikłani, — tego Andrzej nie mógł sobie wytłumaczyć, ale gotów był poprzysiądz, że tak jest, miał bez względne przeświadczenie tego.
Kto zdenuncjował młodego Gastona przed ojcem? Catenac. Kto doradził podanie prokuratorowi skargi na Różę-Zorę? Tenże Catenac. Owóż ten Catenac, adwokat pana Gandelu, był także pełnomocnikiem Vermineta i markiza Croisenois... Czy nie działał on z ich natchnienia?...
Wszystko to było wprawdzie niejasne, zamącone, ciemne; pomiędzy każdem z tych dziwnych przypuszczeń istniały luki, pozornie nie mogące być zapełnionemi; jednak Andrzej postanowił, że rozpocznie dalsze poszukiwania w tym kierunku...
Wziął ołówek i zamierzał nakreślić sobie plan metodyczny, gdy wtem zapukano dyskretnie do drzwi.
Andrzej machinalnie spojrzał na zegar; nie było jeszcze dziewiątej.
— Proszę... powiedział wstając.
Drzwi otworzyły się, a wrażenie jakiego doznał młody malarz, było tak gwałtowne, tak niespodziane, że zachwiał się i zmuszony był oprzeć się o stalugę.
Porannym tym gościem był — ojciec Sabiny, hrabia Mussidan. Da razy w życiu widział go Andrzej, ale tego dość było, by go niezapomnieć na zawsze.
Hrabia także był wzruszony. Po długiej bezsennej i niespokojnej nocy, po najokrutniejszej walce wewnętrznej, zdecydował się on dopiero na krok swój obecny. Ale miał czas przygotować się.
— Darujesz mi pan, tak zaczął, że przychodzę o takiej porze, ale bardzo mi szło o to, by się widzieć z panem.
Andrzej ukłonił się. W dwóch sekundach tysiące najrozmaitszych przypuszczeń opanowało jhgo umysł. Jak się to stało, że brabia Mussidan przyszedł do niego? w jakim celu?.. Czy był to przyjaciel, czy nieprzyjaciel? Czy przychodził z własnej woli, czy też był przysłany? kto mu dał adres?
— Jestem wielkim miłośnikiem malarstwa, mówił dalej hrabia, a jeden z moich przyjaciół, człowiek gustu wytrawnego, z uniesieniem mówił mi o talencie pana. Niech to panu wytłumaczy mój krok; ciekawość mię sprowadza, chciałbym widzieć...
Koniec frazesu jakoś nie nastąpił; p. Mussidan urwał go i powiedział:
— Jestem markiz Bivron.
A zatem p. Mussidan sądził, że nie jest znany, miał nadzieję ukryć swoją osobistość. Była to już wskazówka.
— Bardzo mi pochlebia wizyta pana markiza, odrzekł Andrzej; na nieszczęście nie mam w tej chwili nic wykończonego; mam tylko studja i kilka szkiców... Jeżeli pan chcesz zobaczyć...
Hrabia nie kazał sobie powtarzać wezwania. Okropnie był zakłopotany własną swoją osobą i czuł, jak się rumieni pod śmiałem i otwartem spojrzeniem młodego malarza. A tu, jak na dobitek, zaraz gdy wszedł, dostrzegł w rogu pokoju ów tajemniczy obraz osłonięty, o którym mówił mu słodki Tantaine.
Począł więc przechadzać się po pracowni, pozornie przypatrując się z największą uwagą malowidłom, rozwieszonym na ścianach, a rzeczywiście wysilając się niezmiernie, aby zachować zimną krew i ukryć okropną boleść rozdzierającą mu duszę.
— A więc, myślał, nędznicy nie skłamali... ta perkalowa firanka osłania portret mojej córki!.. A więc ten człowiek jest kochankiem Sabiny!... Ona tu przychodziła... godziny przepędzała.... a ja niczego nie domyślałem się... Niestety! kto temu winien?... Czy mam prawo robić jej jakie wyrzuty?... Biedne dziecię!... Już tak dawno matka jej wyrzekła się domowego pożycia... ja także uciekałem z domu... pozostawała sama, pozbawiona pieszczot, rad, współczucia... Słuchała głosu swego serca i oddała się temu, kto przyrzekł jej pieszczoty, jakich odmówili jej rodzice.
Zawsze jednak hrabia zmuszony był wyznać sam przed sobą, że Sabina, o ile mu się zdawało, nie zrobiła wyboru niegodnego. Od pierwszego spojrzenia zastanowiła go pełna szlachetności postawa młodego artysty, jego męska piękność, energiczny wyraz twarzy.
— Niestety!... pomyślał, ona kocha go niezawodnie; a jednak, jak tylko dowiedziała się o naszem niebezpieczeństwie, poświęciła się bez wahania... tak jest, ona go kocha, gdyż chociaż miała odwagę wyrzec się, to omal że nie umarła od tego...
Ze swojej strony Andrzej, przyszedłszy do siebie, rozmyślał nad tem, jak się ma zachować.
— A!... pomyślał, pan hrabia przybywa do mnie pod zmyślonem nazwiskiem; niech i tak będzie, szanuję to incognito, ale będę z niego korzystał, by się dowiedział o całej prawdzie... powiem mu to, czego może przy innych warunkach nie śmiałbym nigdy wypowiedzieć....
Chociaż zajęty tak ważnemi sprawami, Andrzej mimo to pilnie przypatrywał się swemu gościowi i rychło zauważył, że wzrok hrabiego Mussidan ciągle zwraca się ukradkiem ku zasłoniętemu malowidłu.
— Zapewne, pomyślał, mówiono mu o tym portrecie i dla tego to przyszedł tu... Ale kto mógł mówić?... Nasi nieprzyjaciele. A zatem musiano oszkalować Sabinę...
Tymczasem hrabia Mussidan obejrzał wszystkie szkice i miał czas zebrać całą swoją energię. Zwrócił się do Andrzeja i powiedział:
— Szczerze winszuję panu; pochwały mego przyjaciela, które poczytywałem za przesadzone, nie dorównały jeszcze talentowi pana. W każdym razie bardzo żałuję, że pan nie masz nic ostatecznie wykończonego, bo wszak nie ma nic?...
— Nic, panie.
Hrabia powiódł wzrokiem dokoła i drżącym głosem zapytał:
— A ten obraz, którego pyszne ramy wystają z za perkalowej zasłony?
Młody malarz mocno poczerwieniał, chociaż był przygotowany na to pytanie.
— Obraz ten, odrzekł, jest zupełnie wykończony, tylko nie pokazuję go nikomu.
Usłyszawszy to hrabia Mussidan nie mógł już wątpić, że stary pisarz od komornika powiedział mu prawdę.
— Domyślam się, powiedział, to portret kobiety.
— Tak jest, panie.
Położenie było szczególne: oba byli mocno zmieszani; oba odwrócili się jednocześnie, by ukryć to pomięszanie.
Ale hrabia postanowił sobie dojść do końca.
— To rzecz bardzo prosta, powiedział z wymuszonym uśmiechem, kochamy się... Wszyscy wielcy malarze unieśmiertelnili piękność swych metres...
Oczy Andrzeja zabłyszczały.
— Stój pan! zawołał, pan się mylisz!... Jestto portret najczystszej i najniewinniejszej ze wszystkich kobiet. Ja ją kocham; przestać kochać ją byłoby dla mnie tak niemożebnem, jak niemożebnem byłoby jedyną siłą woli powstrzymać krążenie mojej krwi... ale szanuję ją jeszcze więcej. Ona!... moją metresą!... wielki Boże!... Pogardzał bym sobą, jak ostatnim z nędzników, gdybym raz nadużywszy jej świętego zaufania, szepnął jej do ucha słowo, jedno słowo, któregoby nie śmiała powtórzyć swej matce!
Przez całe swe życie hrabia Mussidan nie doznał bardziej błogiego wrażenia. Andrzej mówił prawdę, czuł to w jego głosie... i chciało mu się uścisnąć mu rękę, rzucić się na szyję.
— Darujesz mi pan, odrzekł; ale portret, w pracowni, każe przypuszczać, że przychodził tu model.
— Przychodziła tu, panie, sama, bez wiedzy rodziców, kryjąc się jakby co złego robiła, narażając swój honor, reputacje, życie... składając mi tym sposobem największy dowód swego... współczucia.
Smutno zwiesił głowę i mówił dalej:
— Niestety... być może, iż źle zrobiłem przyjmując tak szczytne poświęcenie... a nie tylko przyjąłem je!... błagałem o nie na kolanach ze złożonemi jak do modlitwy rękami!... Bo jakże mógłbym inaczej widywać ją, mówić do niej, słyszeć dźwięk jej głosu? Kochamy się; ale rozdziela nas tyle przesądów, tyle konwencjonalności, że między nami leży przepaść, trudniejsza do przebycia aniżeli Ocean. Ona jest z wielkiego bardzo domu, na nieszczęście bardzo bogata, bardzo dumna, a tymczasem ja...
Tu przerwał sobie. Czekał, spodziewał się odpowiedzi, jednego wyrazu zachęty, lub nagany...
Hrabia zachowywał milczenie. Andrzej więc mówił dalej, z pewnem roznamiętnieniem, ale bez goryczy:
— Wiesz pan kto jestem? Jestem biedny podrzutek, potajemnie wrzucony do żłobka może przez jaką nieszczęśliwą uwiedzioną dziewczynę... Pewnego poranku, mając dwanaście lat, umknąłem z zakładu w Vendome z dwudziestu frankami w kieszeni i przybyłem do Paryża. Od tego czasu walczę... Oto już dziesięć lat mija, jak zrana budzę się z wolą gorętszą aniżeli wczoraj. I czy daleko zaszedłem?... Pan widzisz tylko świetną stronę mego istnienia. Tu jestem artystą; w każdem innem miejscu rzemieślnikiem. Tak jest. Patrz pan na moje ręce — i pokazał je — są one grube, spracowane, bo stwardniały od dłuta i młota. Sądzę, że mam talent; mam nadzieję, że mógłbym dojść do czegoś; ale trzeba było pracować by żyć... Otóż, panie, rzemieślnik żywił artystę, opłacał za niego lekcje, kupował mu farby, pędzle, płótno...
Jeżeli p. Mussidan milczał, to dlatego jedynie, iż nie mógł powstrzymać się, by nie uwielbiać tego pięknego charakteru, który sam mu się odkrywał, a nie chciał zdradzić się.
— Wszystko to, zaczął znowu Andrzej, ona wie, a pomimo to kocha mię. Ma we mnie ufność. Gdy rozpaczam, ona mi mówi: odwagi! O! ma słuszność, jeżeli cierpliwość i wola nadaje geniusz. Tu, na tem miejscu poprzysięgła mi, że nigdy nie będzie żoną innego — i wierzę temu przyrzeczeniu. Nie dalej jak przed miesiącem jeden z najświetniejszych młodych ludzi Paryża starał się o jej rękę... opowiedziała mu nasze dzieje i on cofnął się wspaniałomyślnie, a dziś jest moim najszczerszym przyjacielem...
Tu urwał, gdyż wzruszenie głos mu tłumiło; przemawiał w sprawie własnego szczęścia i niespokojność jego była wielką.
— A teraz, panie, zaczął znowu po chwili, czy chcesz pan widzieć portret tej dziewczyny?
— Tak jest, odrzekł hrabia, będę panu wdzięczny za tę oznakę zaufania.
Andrzej podszedł do ramy i już dotknął firanki. Ale wnet zmienił zamiar, zwrócił się ku hrabiemu zawołał:
— Nie!... nie!... przedłużać tę komedję byłoby niegodnem mnie.
Hrabia Mussidan zbladł. Słowa te mogły mieć straszliwe znaczenie.
— Co pan chcesz tem powiedzieć? wybełkotał.
— To, że znam pana, że wiem, iż mówię do hrabiego Mussidan, a nie do markiza Bivron. Nie odsłonię tego obrazu, nie uprzedziwszy pana, nie powiedziawszy mu...
Uprzejmym ruchem hrabia nie dał mu skończyć.
— Wiem, odrzekł, że zobaczę portret Sabiny, odsłon go pan, proszę.
Młody malarz był posłuszny. Przez chwilę hrabia Mussidan stał zachwycony przed tym utworem, w samej rzeczy znakomitym.
— Tak, to ona, szepnął, to jej uśmiech, wyraz oczu... jakież to piękne!
Te kilka wyrazów wymówił cicho; potem poszedł powoli i usiadłszy na krześle młodego artysty, zdawał się zatopionym w myślach.
Nieszczęście, to mistrz surowy. Na kilka tygodni przedtem hrabia zaśmiałby się i ruszył ramionami, gdyby mu kto proponował, by oddał ręce swej córki temu nieznanemu malarzowi. Wtedy myślał o panu Breulh-Faverlay.
Teraz przyjąłby jak wielką łaskę nieba, gdyby miał możność wybrania dla Sabiny Andrzeja. Bo myślał o markizie Croisenois.
Na wspomnienie tego przeklętego nazwiska hrabia zadrżał.
Jeżeli Andrzej czuje się tak pewnym siebie, pomyślał, to zapewne nie znane mu są ostatnie wypadki.
Zapytał go i wyszedł z błędu.
Pewny wygranej, młody malarz ośmielił się wyjawić hrabiemu Mussidan wszystko, co wiedział, jak i przez kogo dowiedział się. Opowiedział o chętnych usługach pana Breulh-Faverlay, o tem, jaką rolę przyjęła na siebie pani Bois-d’Ardon; nakoniec o swych przypuszczeniach, krokach, poszukiwaniach, przeczuciu powodzenia, projektach, nadziejach...
Mówił z nadzwyczajnem ożywieniem; energii a jego ujawniała się, uniesienie nadawało wzrokowi wyraz szczytny, a ogniste słowa jego ożywiały w panu Mussidan gasnącą już nadzieję.
— Tak jest, mówił, odniesiemy tryumf, czuję to, słyszę w sobie głos, który mię zapewnia!
Długo jeszcze zastanawiali się nad sytuacją, a wynikiem ich roztrząsań było, iż potrzeba podwoić ostrożność, taić się, nie mówić nic Sabinie i nie wzbudzać podejrzeń w markizie Croisenois.
Przedewszystkiem nie powinni wcale widywać się, i starannie ukrywać serdeczne swe porozumienie.
Jedynasta godzina wybiła, gdy pan Mussidan wstał by odejść.
Zatrzymawszy się chwil kilka przed portretem Sabiny, zwrócił się ku młodemu malarzowi i wziąwszy go za rękę, rzekł wzruszonym głosem:
— Panie Andrzeju masz pan moje słowo! Jeżeli uda się nam wyzwolić od nędzników, przykładających nam nóż do gardła... Sabina będzie twoją żoną...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.