Niewolnicy paryscy/Część IV/XXVIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Stary pisarz od komornika znajdował się wówczas w środku Pól Elizejskich i właśnie zwracał ku Cyrkowi Cesarzowej, rozglądając się na wszystkie strony.
— Byle tylko Toto nie dał mi młynka, mruknął. Jednak, wyjaśniłem mu wcale dokładnie, że ma się znajdować przy Cyrku Cesarzowej, od strony wielkiej alei, między godziną dwunastą a pierwszą.
Zaczynał już niepokoić się, a nawet zżymać, gdy wreszcie ujrzał tego właśnie kogo szukał, ale nie tak już wystrojonego jak na balu „pod Turkiem“ w pięknej kurtce, którą tak się pysznił, lecz w szkaradnej połatanej bluzie.
— Toto stał przed stołem loteryjnym, jednym z tych, przy jakich łapią się zwykle fryce przynętą że „każdy bilet wygrywa“ i wiódł ożywioną rozmowę z właścicielem rzeczonego stołu.
— Toto!... zawołał z daleka Tantaine, hej! Chupin!...
Młody łotr niezawodnie musiał go słyszeć, gdyż szybko się obejrzał, ale nie ruszył z miejsca. Rozmowa musiała być bardzo zajmującą.
Ale stary pisarz zawołał nań znowu i już tonem nakazującym. Więc Toto najserdeczniej uścisnął rękę właściciela loterji i poszedł powoli.
— To szczególny pomysł!... mruczał przybliżając się do starego pisarza, pan przybywasz i wszystko muszę zarzucić!... Czyś pan chory, że tak drzesz się? To trzeba zaraz powiedzieć... poszuka się lekarza w biurze dobroczynności...
— Bardzo mi pilno, Toto.
— Być może. Roznosicielowi listów także jest pilno, gdy się spóźni. Ja byłem zajęty.
— Z tem tam indywiduum?
— Tak jest!... To indywiduum, jak się pan wyrażasz, nie takie głupie jak ja. Ile też na przykład jegomość zarabiasz dziennie? On wypracowuje sobie trzydzieści do czterdziestu franków co wieczór, od godziny szóstej do północy, jedynie wykrzykując: „To mi gratka!... wybierajcie panowie numera!... każdy los wygrywa!...“ To pięknie, co? nie licząc przyjemności, że się oszwabia głupców!... O taki zawód byłby mi na rękę!... Wszak to więcej warto, aniżeli piec kasztany... on ma pozwolenie od prefektury, płaci patent jak kupiec. Ale cierpliwości tylko!...
Cierpliwości!... pewno, że i Tantaine potrzebował ją w tej chwili.
— Sądziłem, powiedział, że zamierzasz stowarzyszyć się z tymi swoimi miłymi chłopcami, którym fundowałeś piwo „pod Turkiem“.
Na to przypomnienie Toto jęknął chrapliwie, jak człowiek, którego dotknięto do rany źle zabliźnionej.
— Ja miałbym stowarzyszać się!... zawołał gniewnie tego nie będzie!... Nie zna a już więcej tych nikczemników...
— Masz do nich żal, mój biedny Toto?...
— O! nie uskarżam się. Nauczyli mię oni, że właśnie z przyjaciółmi trzeba mieć się na ostrożności... dobrze! będziemy pamiętać o tem. Przedwczoraj wieczorem, spotkawszy się ze mną, zabrali mię z sobą na obiad, namówili do tego, żem pił więcej aniżeli wymagało tego pragnienie, a potem wciągnęli do gry w écarté. Kanalje!... nie pomogło nic, żem szachrował — przegrywałem ciągle. Naprzód wygrali wszystkie pieniądze, jakie miałem, a potem i to, com miał na grzbiecie... Wszystko poszło od kapelusza do butów. Znajdowaliśmy się sami w osobnym gabinecie u kupca win, oni byli silniejsi, ja pijany... musiałem rozpłacić się gotówką. Obdarli mnie!... Wczoraj rano przebudziłem się w piecu do wypalania gipsu, ubrany jak pan widzisz!... Zbóje!... zabrali mi moje okrycie... dobiorę się ja do ich własnej skóry!...
Nie bez trudności stary pisarz powstrzymywał wielką ochotę do śmiechu.
— Przepowiadałem ci coś podobnego, powiedział z powagą. Zawsze źle kończy ten, kto uczęszcza do złych towarzystw... otóż i ty źle skończysz, Toto. A nim to nadejdzie, dziś już jesteś zrujnowany.
— O!... kompletnie! Jeżeli pan chcesz pożyczyć mi sto sous, to z tem co mam w kieszeni, uczyni to razem pięć franków. Na szczęście widziałem wczoraj pryncypała.... pozwolił mi sprzedać piecyk na kasztany i pozostawać jeszcze przez rok pod bramą... W każdym razie, ten pan Mascarot to nie zły człowiek.
Słodki Tantaine pogardliwie wysunął usta.
— Dobry człowiek... powiedział... to zależy... Dopóki robi mu się co każe i nic nie żąda się — jest bardzo przyjacielski. Ale, jeżeli kto potrzebuje od niego jakiej usługi... dobranoc! nie ma mnie w domu!
Tak dziwnem było słyszeć podobne zdanie o szanownym stręczycielu z ust Tantaina, jego prawej ręki, iż Toto osłupiał.
— Nie to śpiewałeś mi pan onego czasu, odrzekł.
— Onego czasu nie znałem go. Ale teraz, kiedy pozostawia mię o głodzie i chłodzie, pomimo że mnie właśnie zawdzięcza swój majątek, powiedziałem sobie: Dość już tego. Tobie mogę się zwierzyć, Toto, boś ty chłopak dyskretny czekam tylko sposobności, by porzucić Mascarota i zacząć interes na własną rękę.
Urwis Toto obawiał się Tantaina, ponieważ ten uosabiał mu potęgę straszliwego pryncypała.
Ale nie miał wielkiego wyobrażehia o jego zdolnościach; sądził o nich po rezultatach, a widząc go w tak nędznym stanie, uznał, że nie musi posiadać wielkiej inteligencji.
— Interes na własną rękę, powiedział tonem zdradzającym gorzki zawód, łatwiej to powiedzieć aniżeli zrobić... wiem ja o tem cokolwiek.
— Jakto?... próbowałeś?
— Tak jest, papo... cokolwiek... Ale jakiż ze mnie głupiec!... Wszak pan wiesz o tem tak dobrze jak ja. Ale mniejsza o to mogę panu opowiedzieć historję. Otóż, pewnego dnia, gdym jeszcze był porządnie ubrany, widzę jak z fiakra z spuszczonemi firankami wysiada młoda dama, całkiem zastraszona... Idę za nią. Plan miałem gotowy; wiedziałem co mam jej powiedzieć. Jak tylko weszła do domu dzwonię. Tak dobrze obrachowałem, że da się wyzyskać, że nie dałbym za ośmdziesiąt franków gotówką owego stofrankowego biletu, który spodziewałem się, że wyłudzę u niej. Służąca otwiera mi, wchodzę... fatalność!... Znajduję ogromnego draba, który przyjmuje mię pięścią i ostatecznie wyrzuca za drzwi.
Podniósł kaszkiet, który mu spadł był aż na oczy i ukazując dwa guzy jeszcze sine, dodał:
— Oto jego cecha fabryczna.
Stary pisarz od komornika i Toto, rozmawiając w ten sposób, przeszli wielką aleję Pól Elizejskich i znaleźli się przed domem pana Gandelu, ogromnym gmachem, zaledwie wybudowanym, którego przyozdobienia rzeźbami podjął się Andrzej.
Poczciwy Tantaine podszedł ku ławce, znajdującej się naprzeciw frontu.
— Usiądźmy tu na chwilę, powiedział, jestem straszliwie zmęczony.
A gdy Toto zajął miejsce koło niego, dodał:
— Twoja historja, mój chłopcze, dowodzi mi, iż nie masz doświadczenia. Owóż, ja mam je. U Mascarota ja wszystkiem kierowałem, chociaż tego nie pokazywałem po sobie. Jak założę interes na siebie — za rok będę miał powóz. Jedna rzecz tylko powstrzymuje mnie — starzeję. Ot, uaprzyklad, w tej chwili mam interes przepyszny, wpłowie z góry zapłacony, a muszę, bo inaczej nis mogę, ustąpić go komu innemu, młodszemu, zwinniejszemu...
Toto okrutnie wytrzeszczył oczy, w których błyszczała niepohamowana chciwość.
— Czy nie mógłbym też zostać wspólnikiem pana? zapytał.
Człeczyna potrząsł głową.
— Ty jesteś za młody, odrzekł, a ja za stary. W twoim wieku ludzie mają dobre serce. W wielkich okazjach mógłbyś cofnąć się... Zresztą sumienie...
— A to mi się podoba!... zawołał Toto. Sumienie!... mam ci ja sumienie, ale takie same jak i ty, papo, ze sprężyną... Kiedy się wsiada do omnibusu, to się to zdejmuje, składa i chowa do kieszeni.
— Zresztą... może też moglibyśmy się porozumieć.
Stary pisarz wyjął z kieszeni kawałek kraciastej szmaty, która mu służyła za chustkę i nie zdejmując okularów, począł je przecierać.
— Słuchaj, Toto, zaczął znowu, zróbmy takie przypuszczenie. Prawda, że śmiertelnie nienawidzisz twoich dwóch przyjaciół, tych łotrów, którzy sa siluiejsi od ciebie?.. Otóż, gdybyś wiedział, że oni cały boży dzień spacerują jak wiewiórki na rusztowaniach tego domu, który tu jest przed nami cobyś zrobił?
Toto wsunął rękę pod kaszkiet i przeszło minutę drapał się mocno w głowę, z całych sił myśli swe wytężając.
— Jeżeliby to przypuszczenie było prawdą: odrzekł nareszcie, to nie pozostawałoby im nic, jak tylko pisać do rodziców. W nocy podsunąłbym się do domu z piłą w ręku i tak... przypadkiem podpiłowałbym jedną z desek. A gdy nazajutrz jeden z moich rozbójników postawi na nią nogę... trra!.. rozumiesz, papo?
Usłyszawszy taką odpowiedź, poczciwy Tantaine z miną ojcowskiej zachęty, położył rękę na głowie szkaradnego urwisa.
— Nieźle.. powiedział, wcale nieźle, jak na ośmnastoletniego chłopaka.
Toto Chupin napuszył się.
— I zaręczam, dodał, że nie złapanoby mnie. Bo to, widzi pan... znam się na budownictwie. Przeszłej zimy pracowałem w tym wydziale z Friquetem; z jednym moim przyjacielem, który miał przykre zajścia z policją. Co nocy wyrabialiśmy narzędzia, które nazajutrz rano sprzedawaliśmy na górze świętej Genowefy, u wuja Rotona, starego filuta, utrzymującego garkuchnię...
Stary pisarz przybrał bardzo poważną minę.
— Im dłużej cię słucham, Toto, powiedział, tem mocniej przekonywam się, iż byłbyś właśnie wspólnikiem, jakiego mi trzeba, by zrobić grube pieniądze.
— A!.. wiedziałem, że tak będzie!
— Tembardziej, że twoja znajomość budownictwa jest to nieoceniona specjalność, która znakomicie się przyda w pysznym interesie, o którym mówiłem.
Chupin aż drgnął z radości.
— O cóż to idzie? zapytał.
— Trzeba byś wiedział, mówił dalej słodki Tantaine, że w liczbie moich znajomych, znajduje się jeden stary jegomość niesłychanie bogaty, mający śmiertelnego nieprzyjaciela: młodzieńca, który był tyle niedelikatny, iż uwiódł mu pewną piękną i ubóstwianą kobietę.
— Znamy to odrzekł Toto, tonem przekonywającym, że namiętność nie była mu nieznaną; stary musi być okrutnie zagniewany.
— Okrutnie. Owóż, jest rzecz taka, przyjacielu Toto, że ów młody człowiek, ów uwodziciel, spędza po dziesięć godzin dziennie na rusztowaniach tego tu domu przed nami. Dlatego też stary jegomość, wcale nie głupi, wpadł prawie na tę samą myśl co i ty. Ale nie jest już tak zwinny, ten bogacz, ma duży brzuch... obawia się, by go niepodśapano... Koniec końcem, ponieważ sam nie śnie przedsiębrać tej roboty, dałby chętnie cztery tysiące franków chłopczykowi, któryby się jej podjął... Gdybyśmy się stowarzyszyli — podzielilibyśmy się. Dwa tysiące franków, za kilka pociągnięć piłą!.. Toto! co myślisz o tem, hẹ?..
Pomimo, że Toto, jak sam utrzymywał, posiadał „sumienie ze sprężyną“, zbladł straszliwie usłyszawszy tę propozycję i bezwstydny wzrok jego jakby się obłąkał.
Ale zapanował nad tem wrażeniem i chociaż czuł, jak go coś dusiło w gardle, z zuchwałą miną odpowiedział:
— Trzeba pomyśleć.
Wzruszenie młodego łotra było nadto widocznem, by nie zastanowiło starego pisarza od komornika, ale zdawało się, iż nie zwrócił na nie uwagi.
— Przede wszystkiem, mój Toto, tak zaczął znowu, muszę ci wytłumaczyć, w czem projekt bogatego jegomościa różni się od twojego. Plan twój byłby doskonały, gdyby po tej grzędzie biegał tylko ten kamrat, z którym potrzeba porachować się. Ale tak nie jest. A zatem, gdyby poprostu podpiłować pierwszą lepszą deskę, możnaby narazić się na to, że jaki dobry chłopiec wstąpiłby na nią i wywrócił koziołka, gdy tymczasem tamten drugi spacerowałby sobie i potem zdrów jak ryba.
— Prawda i to powiedział Toto, mający tyle zdrowego zmysłu, iż umiał ustąpić przed rzeczywistością, masz pan słuszność...
Znowu w pół minuty zawzięcie drapał się w głowę, potem dodał:
— Ale niech mi kto znajdzie coś lepszego!...
— Znalazłem coś lepszego, Toto...
— O!... nie jestem ciekawy, ale chciałbym wiedzieć.
Tantaine zdawał się bardzo cieszyć z zakłopotania urwisa.
— Słuchaj mię więc, rzekł po chwili; widzisz — i wskazał palcem — tam pod samym szczytem tego domu naprzeciwko, tę małą budkę z desek, przymocowaną do fasady?...
— Widzę... to gniazdo dla rzeźbiarzy.
— Otwórzże oczy i zamknij gębę, powiedział surowo człeczyna. Ta budka, którą ci wskazuje, zawieszona o sto stóp nad ziemią, ma oprócz szyb stale wprawionych, jeszcze rodzaj okna. Trzeba podpiłować to okno z obu stron aż do samej podłogi.
— To za trudno... ale co potem?... nic nie rozumiem.
Człeczyna pogardliwie potrząsł głową.
— A!... zawołał tonem wyrzutu, sądziłem, że masz więcej inteligencji, mój Toto. Przypuść tylko, że nieprzyjaciel starego jegomościa, który to nieprzyjaciel nazywa się Piotr, będzie jutro siedział w tej budce i zajmował się rzeźbieniem... Wtem słyszy w alei głos kobiecy, wołający: „Ratuj Pietrze, to ja, twoja Adela!...“ Cóż mój zuch robi?... Rzuca się ku oknu, nachyla się... a ponieważ podstawa jest podpiłowana... teraz zrozumiałeś?...
— A do kroćset!... zawołał Toto — to mi się nazywa rzecz obmyślana!... To tak zmachinowane, jak w teatrze!... Niepodobna wymknąć się. Piotr wyciąga się naprzód, maszynerja — trraf!... i stary jegomość na zawsze już wyleczony od młodego człowieka!... A to mi dzielnie!...
— Rzeczywiście, że nieźle. Teraz trzeba tylko wiedzieć, czy podejmiesz się operacji.
Tak przyparty do muru, Chupin zamyślił się na chwilę, potem odpowiedział:
— Nie mówię nie; ale czy jegomość zapłaci? A jeżeli po zrobieniu interesu powie nam: figa!... Nie ma sposobu zaskarżyć go do komisarza!
— Zapłaci. A zresztą, czyż nie powiedziałem ci, że dał połowę z góry?
Oczy Tota zabłysły.
— A!... jest zadatek?... zawołał.
Stary pisarz rozpiął swój zatłuszczony surdut, wyjął i wziął w zęby szpilkę, którą przypięta była jego boczna kieszeń i tajemniczo wydobył z niej dwa bilety tysiącfrankowe, mówiąc: Oto jest!...
Chupin podskoczył.
— Szmatki po tysiączku! wybełkotał, dławiąc się ze chciwości. A jeżeli przystanę, to jeden będzie dla mnie?...
— Naturalnie, a drugi dostaniesz potem.
— A więc, papo... rzecz skończone!... ten kiep, kto się cofnie!... kiedyż otrzymam moją część?...
— Masz ją, odrzekł człeczyna, podając mu jeden bilet.
Dotknąwszy się papierka, Toto zadrżał od stóp do głów i w ciągu jednej sekundy dwadzieścia razy ucałował bilet. Potem opanowała go szalona radość. Zerwał się z ławki i nie zważając na przechodzących, wykonał na ulicy solo z piątej figury kadryla.
Po załatwieniu tych czynności przedwstępnych sprawa powinna była pójść jak po maśle.
Ułożono tak, że Toto tej jeszcze nocy zakradnie się do budynku p. Gandelu i nie wyjdzie ztamtąd dopóki nie ukończy swej operacji.
Robota jego na tem miała się ograniczyć. Jednak zawarowanem zostało, iż pozostanie gdziekolwiek w pobliżu by podpatrzeć rezultat.
Poczciwy Tantaine podjął się wskazać chwilę właściwą, na którą może trzeba będzie czekać dwa lub trzy dni; podjął się również przedsięwziąć wszelkie środki po temu, aby we właściwym czasie dał się słyszeć krzyk, któryby zwabił rzeźbiarza do okna.
Poczciwina myślał o wszystkiem. Był nawet tyle względny, iż wytłumaczył Totowi jaki rodzaj ręcznej piły powinien sobie wybrać i dał mu adres fabrykanta, który, jak utrzymywał, nie ma sobie równego pod względem wyrobu narzędzi tego rodzaju.
— Przede wszystkiem, mówił, uważaj dobrze, przyjacielu Chupin, byś nie pozostawił po sobie śladów przejścia, to mogłoby wzbudzić podejrzenia... Pamiętaj, że najmniejsze zdźbło opiłek drzewnych na podłodze może wszystko wykryć... Dobrze byłoby, gdybyś się zaopatrzył w ślepą latarkę... A zwłaszcza wysmaruj dobrze piłę tłustością, a gdy poczniesz piłować przymocuj na końcu wielki korek. Nic tak nie tłumi odgłosu zębów szarpiących drzewo. A gdy skończysz robotę, staraj się wszelkiemi siłami zamaskować ślady piłowania... rzuci się to w oczy, gdy wszystko pozostawisz tak jak będzie... Na twojem miejscu wziąłbym sobą trocha kitu szklarskiego dla zalepienia śladów, a potem wszystko to po wierzchu zamazałbym gipsem, który będziesz miał pod ręka...
Toto słuchał tego wszystkiego z otwartemi ustami. Nie przypuszczał on, by nowy jego wspólnik posiadał tyle doświadczenia.
Zapewnił, że postąpi sobie tak, iż wszystko pójdzie dobrze — i sądząc, że rozdział informacyj jest już skończony, wstał.
Ale stary pisarz nie skończył jeszcze.
— Kiedy już tu razem jesteśmy, powiedział, pomówmy cokolwiek o Karolinie Schimel. Powiedziałeś Beaumarchefowi, że ona obwinia mię jakobym ją upoił, i że szuka mnie wszędzie, by się zemścić; czy to prawda?
Urwis wybuchnął śmiechem.
— Nie byłeś pan wówczas moim wspólnikiem, papo, odrzekł, i mówiłem to tak, dla żartu — ot aby nastraszyć.. Prawdą jest tyle, iż tak podpoiłeś biedną kobiecinę, iż mocno zasłabła i zażądała, by ją odesłano do szpitalu.
To sprostowanie widocznie zadowolniło poczciwego Tantaine. Wstał także i w chwili, gdy Toto miał mu ściskać rękę, zapytał go:
— Ale, ale... gdzie mieszkasz?...
— A... to mi zapytanie... Wczoraj nocowałem w kamieniołomach amerykańskich, drugi piec na lewo od wejścia, ale teraz muszę się lepiej ulokować...
— Może przyjąłbyś mój pokój tymczasem?.. Wyniosłem się, ale moje poddasze należy jeszcze do mnie przez dni piętnaście.
— I owszem!... Gdzie to jest?
— Znasz je: przy ulicy Huchette, Hotel Peruwiański; dam ci kartkę do odźwiernej, pani Loupias.
Wyrwał rzeczywiście kartkę ze swego zatłuszczonego pugilaresu i napisał ołówkiem: „Prośba o ulokowanie młodego krewniaka pana T. Chupin, za którego ręczę.“
Toto umieścił ten dokument obok biletu tysiącfrankowego, w swoim krawacie, który w tej chwili stanowił jego skrzynię kasową i zarazem archiwum.
— A więc, powiedział, jutro rano zacznę chodzić dokoła budynku, by obmyśleć szczegóły planu.
I odszedł, włożywszy obie ręce w kieszenie i poświstując. Stary pisarz widział, jak przeszedł przez bitą drogę i zagłębił się w alei naprzeciwko.
W chwili gdy się znalazł przed samym domem pana Gandelu, przedsiębiorca wychodził właśnie z niego ze swoim synem i zatrzymał się, rozmawiając z jednym z rzemieślników. Około minuty Toto i młody Gaston stali naprzeciw siebie, tak blisko, iż licha bluza ulicznika dotykała żakiety eleganta.
Szczególny uśmiech zaigrał na ustach Tantaina, gdy ujrzał to ironiczne zbliżenie.
— Dwa egzemplarze dzieci paryskich, mruknął, piękne rezultaty cywilizacji, warte jeden drugiego. Tylko to jednego rozbestwił przesyt, a drugiemu bieda zaostrzyła inteligencję. Elegancik rozpiera się na chodniku, a ulicznik panuje w rynsztoku... Zresztą natury jednakie, mając też same gusta, instynkta i żądze!... Dlaczegoż to nie Toto kupuje cygara po dwadzieścia sous, a nie Gaston zbiera niedopalone końce?... Niewiadomo. Gdyby jednak przyszło do wyboru, to zawsze wolałbym Tota...
Ale nie miał czasu na filozofowanie; przejeżdżał omnibus z Palais-Royal; wsiadł do niego, a w pół godziny potem wysiadał przed domem przy ulicy Montmartre, gdzie ulokował Pawła Violaine.
Pani Brigot, zacna odźwierna, która gotowa była przysiądz, że Paweł mieszkał u niej od wielu już lat, pilnowała na dziedzińcu z widocznem zajęciem jednego z lokatorów, ściągającego wino w butelki, gdy sylwetka starego pisarza od komornika zarysowała się na bramie.
Ujrzawszy go, porzuciła wszystko i potoczyła się ku Tantainowi, uśmiechając się najuprzejmiejszym uśmiechem i kłaniając najgrzeczniejszym ukłonem.
Jeszcze pod wpływem rozmyślań, które go zajmowały gdy jechał omnibusem, Tantaine nie raczył nawet palcem dotknąć brzegów swego kapelusza zatłuszczonego. Z miną roztargnioną i tonem zagniewanym zapytał odźwiernej:
— Jak się ma nasz młody człowiek?
— Lepiej, panie, daleko lepiej... wczoraj wieczorem zrobiłam mu tak doskonałą zupę, że oblizywał sobie palce po same łokcie... zrana miał minę królewską, a pan doktor przysłał mu dwanaście butelek wina, które pewno na zdrowie mu pójdzie...
Ojciec Tantaine, który tak mało dbał o odpowiedź jak i o zapytanie, poszedł ku schodom, ale matka Brigot zastąpiła mu drogę.
— Wczoraj wieczorem, rzekła tajemniczo, przychodzono tu dowiadywać się o zdrowiu pana Pawła.
Wiadomość ta zatrzymała nagle zacnego człeczynę, który jakby opamiętał się, i przypomniał sobie swoją obecną sytuację, widocznie z przykrością.
— Kto przychodził?... zapytał z żywością, zdradzającą wielki niespokój.
— Jakiś pan. Pytał mnie, czy znam p. Pawła i od jak dawna, i co on robi, i czy ma wielu przyjaciół, i gdzie mieszkał przedtem i tamto i owo...
— A cożeś pani odpowiedziała?
— To coś mi pan rozkazał, ani mniej, ani więcej...
— Jak ten pan wyglądał?... zapytał Tantaine po chwili.
— O!... to mogę powiedzieć, gdyż dobrze mu się przy patrzyłam, według rozkazu pana... mam jego portret...
— Zobaczmy ten portret.
— Naprzód wystaw pan sobie człowieka jak wszyscy ludzie, ni słusznego ni małego, ani bardzo tłustego ani chudego... mina porządna... rozmawialiśmy z nim przeszło kwandrans... ale skąpy... nie dał mi nawet pięciu franków!... at... nędza!...
Po tak dokładnych wskazówkach stary pisarz wiedział równo tyle co i przedtem. Nie ukrył też swego niezadowolenia.
— Cóż, zapytał, nie dostrzegłaś pani w nim nic szczególnego?
— Owszem złote okulary z drutami cienkiemi jak nitki... i dewizkę przy zegarku grubą jak palec...
— I to wszystko?
Pani Brigot głęboko wpatrzyła się w swoją tabakierkę, zwyczajna źródło jej natchnień.
— Zdaje mi się, że wszystko, odrzekła. A!... to jeszcze nic... Ten jegomość, zdaje się, że zna pana...
— Mnie?... zkądże to pani wnosisz?
— Bo, widzisz pan, podczas gdy mnie się wypytywał, zdawało się, że był jak na węglach... co chwila zwracał oczy do drzwi wchodowych. Uczciwszy uszy pańskie wydawał się niespokojnym jak Minetka, moja kotka, która kradnie mi mięso jak tylko się odwrócę...
— No, dość tego, dziękuję, matko Brigot, pilnuj pani dobrze!...
Szanowna odźwierna chciała koniecznie poczęstować Tantaina tabaczką, ale odmówił i powoli, bardzo powoli, wbrew swemu zwyczajowi, poszedł po schodach. Zatrzymywał się prawie na każdym stopniu.
— Kto to może być?... myślał.
Umysł jego, zawsze czujny, przebiegał cale bezbrzeżne obszary przypuszczeń, domysłów — a nigdzie nie mógł znaleźć punktu do podejrzeń.
— I ten człowiek zna mnie, mówił sam do siebie, bo ta głupia odźwierna, która nie umiała dać mi jego rysopisu, opisała mi go pomimo to tak, iż opisu tego pozazdrościłby najwytrawniejszy policjant. Jeżeli był niespokojny, wzruszony, jeżeli obawiał się, bym go nie przydybał, to dlatego, że działa przeciw mnie, że zamiary jego są złe.
W miarę jak się zastanawiał, niespokojność jego zmieniała się w przestrach.
— Do wszystkich piorunów! mruknął, czy ten szpieg nie wyprawiony jest czasem z ulicy Jerozolimskiej?.. Czyżby policja tropiła mię?..
Usiłował nabrać pewności, wzmocnić swoją zachwianą śmiałość, ale nie bardzo mu się to udawało.
— A... mniejsza o to, rzekł wreszcie, muszę spieszyć... Jak się wszystko odbędzie, jestem pewny, że potrafię zniszczyć wszystkie moje ślady... ale trzeba spieszyć!...
Stanął na trzeciem piętrze przed drzwiami pomieszkania Pawła.
Zadzwonił — otworzono mu natychmiast.
Ale ujrzawszy osobę, która nadbiegła na odgłos dzwonka, cofnął się, podniósł ręce do góry i nie był w stanie powstrzymać okrzyku zdziwienia i zarazem wściekłości.
Kobietą, która mu otworzyła drzwi, była Flawia, córka bankiera Martin-Rigal.
Od jednego rzutu oka, słodki Taataine, ten dostrzegacz tak subtelny, przekonał się, że Flawia nie przyszła do Pawła z prostą wizytą na kilka minut. Była bowiem bez kapelusza i okrycia, a w ręku trzymała jakąś robótkę.
— Co pan sobie życzy?.. zapytała.
Stary pisarz chciał odpowiedzieć, ale nie był w stanie wymówić jednego wyrazu. Rzekłbyś, że jakaś żelazna ręka ścisnęła mu gardło. Poczerwieniał jak człowiek w apopleksji.
On, będący zawsze panem siebie, którego nieruchome rysy tak dobrze zawsze przechowywały tajemnicę najgłębszych wzruszeń, on, którego zdawało się, że nic nie zdoła zadziwić, był zbity z tropu, wzruszony, drżący, stracił całą zimną krew.
Flawia patrzyła na niego wzrokiem ciekawym i z widocznym niesmakiem. Nigdy nie była tak blisko takiej nędzy. A jednak ten stary, tak brudny, tak cuchnący wszelkiemi obrzydliwościami, do którego czuła wstręt nieprzezwyciężony, zdawało się, jakby był jej znany... rysy te miały wyraz, który coś jej przypominał, jakby kiedyś widziała coś podobnego...
Ale gdy Tantaine milczał, Flawia powtórzyła zapytanie.
— Chciałbym pomówić z panem Pawłem, wybełkotał stary pisarz głosem zaledwie dosłyszanym, dał mi on jedno zlecenie i czeka pewno...
— Jeżeli tak, to proszę wejść; muszę jednak uprzedzić pana, że doktor jest w tej chwili u Pawła.
To rzekłszy Flawia, usunęła się na stronę, aby przepuścić słodkiego ojca Tantaine i uniknąć o ile można dotknięcia się do niego.
Potem poszła naprzód a on za nią, kłaniając się bardzo nisko.
Flawia weszła do salonu Pawła i jako osoba, obeznana z miejscowością, nie zapukawszy nawet, otworzyła drzwi do sypialni i wprowadziła tam Tantaina.
Tu czekał go widok niemniej szczególny.
Paweł, bardzo blady, siedział na łóżku z obnażonem ramieniem, a uśmiechnięty doktor Hortebize zwijał się inteligentnie koło niego.
Pomoc ta była potrzebną. Począwszy od szyi przez całe ramię aż do łokcia, na plecach i piersiach miał Paweł ogromną żywą ranę, jak się zdawało niezmiernie bolącą.
Stojąc tuż koło łóżka, zacny doktor starannie przykładał do tej okropnej rany płatki, napuszczone poprzednio rozczynem, znajdującym się we flaszeczkach, ustawionych na nocnym stole.
Przy wejściu ojca Tantaine odwrócił się.
Dwaj ci ludzie tak się doskonale pojmowali i umieli porozumiewać się, że dla wymiany myśli dość im było jednego spojrzenia, którego Paweł nie zauważył.
— Flawia tu!... mówiło spojrzenie ojca Tantaina, sama, u tego młodego człowieka!... czy oszalała!...
— Eh!... wiem o tem dobrze, odpowiedział wzrok doktora, ale cóż na to poradzić?
Paweł także odwrócił się i wykrzyknikiem zadowolenia powitał starego pisarza.
Ze wszystkich ludzi, którzy go otaczali i którzy imponowali mu, od czasu, jak ze związanemi rękami i nogami oddał się w moc stręczyciela z ulicy Montorgueil, przenosił on nad wszystkich słodkiego Tantaina. Poczytywał go nie za tak niegodziwego jak inni stowarzyszeni i miał w nim pewne zaufanie.
— Przybliż się pan, powiedział mu wesoło, przybliż się i zobacz, do jakiego nieszczęśliwego stanu doprowadził mnie doktor z Mascarotem!...
Człeczyna nie czekał na to przyjacielskie wezwanie, by się przybliżyć.
Z uwagą i ciekawością znawcy począł on rozglądać ranę Pawła i śledzić ruchy lekarza.
— Jak jest teraz, powiedział, to możnaby przysiądz, że to niedawne oparzenie nie ma co mówić. Pozostaje wiedzieć czy i blizna będzie miała takież same pozory.
— Najzupełniej takie same.
— Bo tu idzie o oszukanie oczu wprawnych, nie oczu księcia Champdoce, który uwierzy wszystkiemu, czemu zechcemy, ale oczu jego lony, przyjaciół, może nawet lekarzy.
— Oszukamy ich.
Z tonu mowy doktora łatwo było zrozumieć, że tak, jak mówił, był najzupełniej pewny siebie.
— Trzeba jeszcze wiedzieć, mówił dalej Tantaine, ile czasu potrzeba będzie, aby blizna pobielała i wydawała się bardzo dawną.
— Nie upłynie miesiąc, ojcze Tantaine, a będziemy mogli przedstawić Pawła księciu Champdoce...
— O!...
— Tak jest. Rozumie się, że blizna nie będzie naturalną; ale wynalazłem sposób naśladowania naturalności, którego pewno nikt nie domyśli się.
Po obandażowaniu Paweł wsunął się między poduszki.
— Będę leżał spokojnie, powiedział, dopóki znajdować się będzie przy mnie siostra miłosierdzia, której kroki słyszycie w salonie, i która pewno z wielką niecierpliwością czeka, byście się wynieśli...
Zawsze uśmiechnięty Hortobize namarszczył brwi i spojrzał gniewnie na swego pacjenta, który nie pojął tego spojrzenia, mówiącego wyraźnie: „Milcz!...“
— Od jak dawnego czasu, zapytał Tantaine Pawła głosem zmienionym, jest przy panu ta siostra miłosierdzia?
— Ba!... od czasu jak leżę w łóżku, odpowiedział Paweł z niesłychaną chełpliwością. Napisałem do niej, że jestem cierpiący i przyjść nie mogę... więc sama tu przyszła. List mój otrzymała o dziewiątej, a w dziesięć minut potem była już u mnie.
Zacny doktor, porządkując narzędzia, któremi posługiwał się, manewrował w ten sposób, iż przesunął się po za słodkim Tantainem i począł dawać Pawłowi rozpaczliwe znaki by milczał — ale napróżno.
— Zdaje mi się, mówił dalej obrzydliwy samochwał, że p. Martin-Rigal całe życie przepędza W swym gabinecie. Jak tylko wstanie, zaraz idzie tam, zamyka się i nie wychodzi przez cały dzień. Tym sposobem Flawia jest wolna jak powietrze. Jak tylko przekona się, że szanowny ten bankier zasiadł pomiędzy swemi papierami, — zarzuca szal na ramiona i przybiega. Słowo honoru!... nie można być uprzejmiejszą!
Zaśmiał się impertynencko i mówił dalej: Nie wiele ryzykowałbym, gdybym puścił z kwitkiem Mascarota.
— Wierz mi pan, że źle zrobiłbyś, odrzekł surowo doktor.
Paweł dostrzegł nakoniec znaki, które towarzyszyły tym słowom doktora, ale nie zrozumiał ich znaczenia.
— O!... nie mam tego zamiaru, odrzekł żywo. Chcę tylko powiedzieć, że gdyby teraz przyszło panu Martin-Rigal do głowy odmówić mi rękę swej córki, to nie poszłoby mu to tak gładko. Między ojcem, a mną, Flawia nie za wahałaby się.
Od czasu jak począł mówić protegowany Mascarota, stary pisarz od komornika ciągle zawzięcie mordował swe okulary.
— Pan się przechwalasz, wybełkotał.
— Bynajmniej!... Flawia kocha mię — wszak tak! otóż w tem cała rzecz Biedna dziewczyna!.. Mam się z nią ożenić i ożenię... ale gdybym zechciał...
— Nędzniku!... krzyknął słodki ojciec Tantaine, nędzny łotrze!...
Twarz jego zdradzała gniew tak wściekły, ruch był tak groźny, że Paweł, zdumiony i przerażony, cofnął się na łóżku aż do ściany.
— Trzeba być głupcem, mówił dalej człeczyna, głupcem i nikczemnikiem, by ośmielić się mówić tak o biednej dziewczynie, której jedynym błędem jest, że kocha takiego samochwała niegodnego jej. I myślisz, smarkaczu, że ja zniosę...
Dalej nie mógł mówić, ponieważ uśmiechnięty Hortebize przerwał mu, przyłożywszy rękę do ust. Potem wyprowadzając go z pokoju szepnął:
— Chodź, chodź!... gubisz nas!..