Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część IV/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVII.

Słodki ojciec Tantaine domyślał się tej rozpaczliwej sceny. Nie znajdował przeto dziwnem, że kazano mu czekać; nie robił z tego skrupułów.
Florestan zaprowadził go do owej obszernej i pięknej biblioteki, gdzie przyjęty był także Mascarot. Dla zabicia czasu Tautaine przeglądał ten pokój, surowego stylu sprzęty, ciężkie obicia, książki w pysznej oprawie, będącej arcydziełem pewnego londyńskiego introligatora, brązy na konsolach, jednem słowem wspaniały zbytek dawnych czasów i najwytworniejszego smaku.
— Eh, eh!.. pomrukiwał, próbując elastyczności fotelów, dobrze tu jest, bardzo dobrze!.. Jak pokończą się interesa, muszę i sobie urządzić takie gniazdko! Jestem pewny, że Flavia...
Odgłos kroków w korytarzu przerwał ten monolog, poczciwina zerwał się.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanął hrabia Mussidan, nadzwyczaj blady, lecz spokojny.
Słodki Tantaine skłonił się natychmiast aż do ziemi, przyciskając jednocześnie do piersi swój kapelusz, brudny i pomięty w skutek długoletniej służby.
— Najuniżeńszy sługa pana hrabiego... wybełkotał.
Ale hrabia stał jak skamieniały na progu.
— Za pozwoleniem, przerwał wreszcie, czy to pan kazałeś mi wręczyć ten wizytowy bilet, prosząc o chwilę rozmowy?
— Miałem ten honor.
— Jednak pan nie jesteś ten, którego nazwisko tam jest napisane.
— To prawda... nie jestem Mascarot. Jeśli ośmieliłem się posługiwać tem szanownem nazwiskiem, aby dostać się aż do pana hrabiego, to dlatego, że z mojego nazwiska pan hrabia nie dowiedziałby się nic; ja jestem Tantaine, Andrzej Tantaine, pisarz od komornika z powołania.
Z głębokiem zdumieniem hrabia Mussidan mierzył wzrokiem tego kościstego starca. Głupi wyraz jego twarzy, słodziuchny uśmiech i pokora niepokoiły go. Czuł, że byłoby szaleństwem ufać tej niepokaźnej figurze.
— Przychodzę, zaczął znowu, w interesie wiadomym panu hrabiemu. Konieczną jest rzeczą ukończyć go i zrobić układ.
Zrobić układ!.. Mówił to tak prosto, jakby szło o rzecz najnaturalniejszą!
Hrabia wszedł do biblioteki i zamknął za sobą drzwi na klucz.
Nikczemność osoby czyniła mu jeszcze przykrzejszem upokorzenie, już i bez tego tak trudne do zniesienia.
— Rozumiem, rzekł; ale dlaczego pan tu przychodzisz, a nie ten inny.. ten, którego już widziałem.
— Tamten miał przyjść, rzecz już była tak ułożona, ale w ostatniej chwili odmówił.
— A!..
— Tak jest. Bał się. Mascarot ma jeszcze wiele do stracenia, gdy tymczasem ja...
Wymówiwszy to ja, zatrzymał się i rozsuwając poły swego zatłuszczonego surduta, wykręcił się całą figurą, aby okazać całą szkaradę swego ubrania.
— Ja, powiedział, tyle tylko mam do stracenia ile jest na moim grzbiecie.
Mówił to tonem niby wesołym, ale od którego możnaby zadrzeć.
— A więc, rzekł krabia, mogę traktować z panem?
— Najzupełniej... tembardziej, że nie jestem pośrednikiem... jestem posiadaczem dokumentów.
— Jakto?.. więc to pan?
Człeczyna ukłonił się najpokorniej.
— Tak jest, ja, panie hrabio, odpowiedział, ja posiadam kartki wydarte z dziennika pana Clinchan, jak również dlaczegoźbym nie miał wyznać?.. posiadam takie całą korespondencję hrabiny Mussidan... Jeżeli z początku rozdzieliłem operację, to dlatego, że niebezpiecznie jest kłaść do kosza wszystkie jaja... Ale teraz, gdy pan hrabia i pani hrabina porozumieli się, możemy, jak sądzę połączyć jedno z drugiem.
— Niech i tak będzie!.. odrzekł hrabia, nie zadając sobie trudu ukrywania swego wstrętu, usiądź pan.
Tantaine bynajmniej nie dba o to, czy kto pogardza nim o ile na to zasługuje. Ale nie może znieść tego, gdy mu kto okazuje tę pogardę. Wielu ludzi ma taki charakter.
Oburzenie jego wyraziło się w zmianie obejścia, tak nagłej, że hrabia zdumiał się. Wszelka potulność znikła.
— Będę mówił zwięźle, rzekł tonem stanowczym. Czy pan hrabia ma zamiar wnieść skargę do sądu? Masz pan do tego prawo. Wyzyskiwanie jestto występek... niezawodnie będziemy pociągani...
— Powiedziałem już, że skargi nie wniosę.
— Więc będziemy układać się?
— Tak jest, ale właśnie o układzie trzeba porozumieć się.
Stary pisarz pogardliwie ruszył ramionami.
— Z nami, odrzekł, nie ma co porozumiewać się. My stawiamy warunki — one przyjmują się lub odrzucają.
Powiedziano to było tonem tak bezwstydnym, że przelotny rumieniec wystąpił na czoło hrabiego Mussidan. Zawahał się, czy nie najlepiej będzie, gdy wyrzuci za okno tego łotra.
Ale przyrzekł niedawno sam sobie, iż wysłucha wszystkiego.
— Jakie są pańskie warunki? zapytał.
Tantaine wyjął z kieszeni zatłuszczony pugilares, a z niego „traktat“ zawczasu spisany.
— Oto jest, powiedział, nasze ostatnie słowo; czytam:
„Hrabia Mussidan oddaje rękę swej córki, panny Sabiny, markizowi Croisenois; daje jej sześć-kroćstotysięcy franków posagu i zobowiązuje się odbyć uroczystość w czasie ściśle określonym.
„W dniu jutrzejszym markiz Croisenois będzie oficjalnie przedstawiony w pałacu Mussidan i przyjęty jak najlepiej.
„Za cztery dni zostanie zaproszony na obiad.
„Od dziś za dni piętnaście hrabia Mussidan da wielki bal z okazji podpisania kontraktu.
„Kartki i korespondencje zostaną wręczone hrabiemu Mussidan po wyjściu z merowstwa.......“
Hrabia miał dosyć mocy nad samym sobą, aby wysłuchać, nie wybuchnąwszy przy czytaniu tych niesłychanych warunków.
— Bardzo dobrze powiedział zimno, ale któż mi zaręczy, że dotrzymacie waszych zobowiązań, że papiery to będą mi zwrócone?
Stary pisarz spojrzał na niego z ubolewaniem.
— Prosty zdrowy rozsądek, odrzekł. Na cóż pan przydasz się nam, gdy będziemy mieli jego córkę i majątek?.. Na nic!... prawda?
Ktoby przed miesiącem opowiedział hrabiemu Mussidan rzeczywiste przejścia takiej zmowy jakiej w tej chwili był ofiarą, temu odpowiedziałby uśmiechem niedowierzania.
Człowiek tak już jest stworzony, iż nie chce przypuszczać wypadków wychodzących poza zakres jego przewidywań; a jednak rama tych przewidywań jest bardzo ciasną, jeżeli porównamy ją z nieskończoną ilością kombinacyj, wynikających z gry namiętności i interesów.
Hrabia Mussidan był najzupełniej zbity z tropu bezwstydną logiką starego pisarza od komornika.
Co on mu mówił?
Że pozostawiony będzie w spokoju, gdy już niczego nie można będzie spodziewać się od niego.
To wyraźnie podpadało pod zmysły; a oczywistość była tak potężną, iż warta była tyle co i najpewniejsze rękojmie.
Hrabia jednak nie odpowiedział odrazu i przeszło minutę przechadzał się dużemi krokami po bibliotece, ukradkiem przypatrując się swemu straszliwemu gościowi, wytężając cały swój umysł na wynalezienie jakiejkolwiek wady w tej zbroi, z cynizmu i zuchwalstwa ukutej.
— Słuchaj pan, rzekł wreszcie tonem człowieka, który zrobił już postanowienie, zrzekam się walki. Trzymacie mię... przyznaję się, żem zwyciężony. Pomimo, że warunki są niezmiernie ciężkie — przyjmuję je.
— To bardzo dobrze, szepnął słodki Tantaine, to mi się nazywa mówić.
— Tylko, rozmówmy się szczerze, bez ogródki.. W punkcie na jakim znajdujemy się, nie możemy liczyć na to, byśmy sobie imponowali... Wszelkie wybiegi są zatem zbyteczne.
— O!... najzupełniej.
— W takim razie, zaczął znowu hrabia, w którego oku zabłysnął promyk nadziei, do czego mówić mi, bym oddał rękę mojej córki markizowi Croisenois? Pretekst ten jest teraz zbytecznym. Czego chcecie właściwie? Sześciu-kroćstotysięcy franków, które mam wypłacić przy podpisie kontraktu, wszak tak? No!... to weźcie je sobie, a zostawcie mi Sabinę. Daję wam posag mojej córki — to piękny zarobek...
— Zatrzymał się z niespokojem, oczekując na to jaki efekt zrobi ta propozycja. Sądził, że efekt ten będzie stanowczy. Mylił się.
— To nie wszystko jedno, odrzekł Tantaine, nasz cel tym sposobem nie zostanie osiągnięty.
— Mogę ofiarować więcej. Udzielcie mi miesiąc zwłoki... W ciągu tego czasu jestem w możności, przy pomocy banku hipotecznego i moich przyjaciół, zebrać miljon... tak jest, miljon!... pięćdziesiąt tysięcy liwrów w rencie...
Ale ogrom sumy, zdawało się, że nie wywarł żadnego wrażenia na Tantaina, z pozoru wydającego się tak lichym, że możnaby kupić go całego za dwa sous.
— W samej rzeczy, odrzekł, pan hrabia martwi mię... A jednak miałem honor oświadczyć mu, że warunki nasze są stanowcze... nieodwołalne...
To rzekłszy wstał, prawiąc dalej:
— Sądzę, że najlepiej będzie zerwać w tem miejscu rozmowę, która być może, iż doprowadziłaby do irytacji. Wszystko jest należycie ułożone. Pan hrabia przyjmuje traktat, pan Croisenois będzie jutro dobrze przyjętym.
Hrabia Mussidan odpowiedział skinieniem, że tak.
— A zatem, dodał stary pisarz od komornika, mogę odejść. Niech pan hrabia dotrzyma swoich zobowiązań, my dotrzymamy naszych.
Już przyłożył był rękę do klamki, gdy hrabia zatrzymał go ruchem.
— Jeszcze słowo, powiedział; mogę ręczyć za siebie, ale nie za pannę Mussidan, naszą córkę.
Przy tej uwadze twarz Tantaina nagle zmieniła się.
— Nie rozumiem!... powiedział tonem, świadczącym właśnie, że rozumie najlepiej, nie wiem...
— Być może, że córka moja odrzuci pana Croisenois.
— Dlaczego?... markiz jest przystojny, miły, dowcipny...
— A gdyby jednak odrzuciła?
Stary pisarz zgrabnie zaprzeczył ruchem.
— O!... odrzekł, panna Mussidan jestto młoda osoba zanadto dobrze wychowana, aby nawet pomyśleć o opieraniu się woli rodziców.
Hrabia Mussidan domyślał się mniej więcej, że jest otoczony szpiegami, ale nie mógł przypuszczać, by znanem być mogło bohaterskie poświęcenie Sabiny. Nalegał wiec:
— Wszystko należy przewidzieć, mówił, aby uniknąć nieporozumień. Moja córka miała zawsze wielką swobodę i charakter ma stanowczości rzadkiej. Miała poślubić p. Breulh-Faverlay i być może...
— A więc dobrze!... przerwał ostro człeczyna, jeżeli panna Mussidan będzie opierać się, pan mi wyjednasz rozmowę z nią na pięć minut... Potem przystanie na wszystko, zapewniam pana.
— Cóż pan ośmielisz się powiedzieć mojej córce?...
— Powiem... tak jest!... powiem, że jeżeli kocha kogo, to z pewnością nie tego pana Breulh.
To powiedziawszy chciał wynieść się, ale hrabia nogą przytrzymał drzwi, już otwierające się, zawoławszy:
— Nie wyjdziesz pan ztad, nie wytłumaczywszy mi tego krzywdzącego napomknienia. Co chciałeś tem powiedzieć?...
Słodki Tantaine zdawał się namyślać. Niecierpliwość uniosła go po za granice, jakie sobie nakreślił i znalazł się złapanym.
— Mój Boże!... odrzekł, poprawiając sobie okulary, nie zamierzałem powiedzieć nic innego, oprócz tego com powiedział... z pewnością nie miałem żadnego zamiaru ubliżenia...
Zatrzymał się, wahał, z dziesięć sekund stał niezdecydowany, wreszcie tonem wykwintnej ironii, bardzo dziwnej w człowieku takich pozorów, mówił dalej:
— Wiadomo mi jest, że szlachetna dziedziczka może, bynajmniej nie kompromitując się, pozwolić sobie wiele takich rzeczy, z których najmniejsza zgubiłaby reputację dziewczyny mieszczanki... Jestem przekonany, że p. Breulh wiedział bardzo dobrze, że jego przyszła przepędzała codziennie popołudniu po parę godzin u jednego młodego człowieka...

― Nędzniku... zawołał hrabia, szalejąc z boleści i gniewu, nikczemniku!... kłamiesz!
Hrabia Mussidan mówiąc to zrobił tak groźne poruszenie, że słodki Tantaine w tył odskoczył i wyjął do połowy rewolwer, z którym nigdy nie rozstawał się, a który tak w porę pokazał niegdyś Perpignanowi.
— Powoli... powiedział z ohydaym uśmiechem, powoli, jeżeli łaska, panie hrabio. Obelgi i razy płacą się osobno... Nie kłamię rozumiesz pan? Jakiż interes mógłbym mieć w kłamaniu?.. Jestem lepiej od pana poinformowany ot i wszystko!... Dwa razy miałem honor widzieć pannę Sabinę wchodzącą pod Nr.... domu przy ulicy Tur-d’Auvergne, wypytującą się u odźwiernej o pana Andrzeja, artystę-malarza, a potem lekko jak ptaszek przeskakującą schody!... Być może, iż nic tam nie zaszło złego...
Hrabia znajdował się w stanie godnym politowania. Krew przypływała mu do gardła i dusiła go. Machinalnie zerwał z siebie chustkę...
— Dowody... wybełkotał, dowody!
Stary pisarz od komornika manewrował tymczasem tak zręcznie, iż między nim a hrabią znalazł się wielki stół biblioteczny.
Po za tym zaimprowizowanym szańcem czuł się swobodniejszym.
— Dowody!... odrzekł, tych nie mam przy sobie i potrzebowałbym najmniej ośm dni, by podchwycić korespondencję młodych ludzi... Byłoby to za długo. Ale jest bardzo prosty sposób przekonania się czy mówię prawdę. Niech jutro przed ósmą godziną pan hrabia uda się według adresu, który mu dam i niech śmiało wejdzie do pracowni pana Andrzeja. Tam znajdzie ukryty, jakby statua Madonny, za zieloną perkalowa firanką, portret panny Sabiny, portret, doprawdy, że bardzo trafiony!... który, jak sądzę, nie da się zrobić z pamięci, ani bez modelu...
Hrabia czuł, że nie był panem siebie, że mu się w głowi mąci.
— Odejdź pan... krzyknął zachrypłym głosem, odejdź!...
Tantaine nie kazał powtarzać sobie dwa razy tego wezwania. Pobiegł ku drzwiom i otworzył je należycie by zapewnić sobie odwrót. Potem głosem drwiącym dodał:
— A niech pan hrabia nie zapomni adresu Andrzeja, artysta-malarz, ulica Tour-d’Auvergne, Nr..., przed ósmą godziną.
Widział jak przy tej ostatniej zniewadze hrabia zerwał się, skoczył na środek pokoju. Ale sam szybko zamknął drzwi i wybiegł na schody.
— Szczerze powiedziawszy, mruczał przez zęby, nie było to tak trudnem jak sobie wyobrażałem. To prawda, że materjał był znakomicie podgotowany. A przytem, znajdźcie mi człowieka, któregoby charakter, chociaż najmocniej zahartowany, był w stanie oprzeć się piętnastu dniom niespokojności i trwogi.
Gdy doszedł do przedpokoju, twarz jego przybrała już swój zwykły wyraz. Z najgłębszym szacunkiem ukłonił się panom lokajom i wyszedł na ulicę.
— Eh eh!.. mówił sam do siebie, zdaje mi się, że nieźle ułożyłem... Czy hrabia Mussidan oprze się pokusie sprawdzenia tego, com powiedział? Rozumie się, że nie! I oto Andrzej i hrabia zbliżeni i to zbliżeni przezemnie.. Co z tego wyniknie?.. Czy nie za bardzo pospieszyłem się?..
Zatrzymał się i począł mordować swe okulary.
— Ale nie, mówił dalej idąc ulicą; owszem, miałem bardzo szczęśliwe natchnienie... Andrzej wie, że jest szpiegowany... ów kapszuk z tytoniem, zapomniany przez Florestana, mógł go oświecić... a zatem nic to nie będzie dla niego nowego. Tymczasem, z drugiej strony, hrabia Mussidan prawie chętnie przyjmie markiza Croisenois za zięcia, gdy będzie pewnym, że jego ubóstwiana córka miała kochanka... i to jakiego! podrzutka, więcej rzemieślnika aniżeli artystę, chłopaka, którego nie mogłaby poślubić w żadnym razie, nawet choćby...
Mówił to słodki Taataine, bynajmniej nie wątpiąc, że Sabina była metresą Andrzeja.
Myśl o czystej i szlachetnej miłości jaką była miłość tych dwojga ludzi, nie mogła postać mu w głowie.
— Zresztą, mówił do siebie dalej, kto może obliczyć wyniki wizyty hrabiego Mussidan u tego przeklętego malarza?.. Magnat ten jest niezmiernie porywczy... artysta także ma tyle cierpliwości co osa... Od słowa przyjdzie do słowa... a od obelg do czynów, jest nie więcej jak odległość ręki... Gdyby też przyszło między nimi do kłótni?.. Dlaczegoż nie mieliby pojedynkować się?.. Dlaczego Andrzej nie miałby zginąć?..



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.