Niewolnicy paryscy/Część IV/XXV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Patrząc na Vermineta na ulicy, niepodobna poznać w nim człowieka poważnego, kapitalistę, obrotnego spekulanta na nieczyste interesa.
Idzie kołysząc się, z czołem podniesionem, ustami uśmiechniętemi pogardliwie; spogląda na magazyny z miną milionowego pana, mogącego wszystko zakupić, a na kobiety okiem impertynenckiem.
Nie bardzo było Andrzejowi trudno iść za nim, chociaż był zupełnym nowicjuszem w rzemiośle śledzenia, trudniejszem aniżeli można przypuszczać, a które, tak jak inne rzemiosła, ma swoje niewzruszone zasady, uznane prawidła, wyrachowania, jednem słowem praktykę, szczególnie rzecz uproszczającą.
Czas był piekny, ciepły; więc szanowny dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“, korzystając z tego, wybrał sobie drogę najdłuższą, jako człowiek, który po dniu dobrze spędzonym, ze spokojnym sumieniem pozwala sobie nieco przechadzki.
Zamiast pójść ulicą Neuve-des-Petits-Champs zwrócił na bulwary, i przeszedł je w całej długości, paląc cygaro, kłaniając się na prawo i na lewo i ściskając ręce znajomych.
Andrzej idący za nim o piętnaście kroków, nie tracąc go z oczu, dziwił się, jak wiele ma znajomości ten szczególny finansista, i jak go uprzejmie wszyscy prawie witają.
— Czyżbym był w błędzie? pomyślał, zbity nieco z tropu. źle zwykle widzi, kto się zapatruje przez pryzmat namiętności... Czyżby ten Verminet nie był tym, za jakiego go poczytałem?... Czyżbym wziął za stanowcze wskazówki rojenia mojej wyobraźni?
Andrzej, pracowity artysta, zajęty jedynie swoją przyszłością i sztuka, nie miał żadnego pojęcia o tej części towarzystwa paryskiego, które uznaje za hańbę i niegodziwość tylko to, gdy się nie ma pieniędzy, mniejsza o to, czy swoich czy cudzych, zarobionych czy ukradzionych.
Jestto świat oddzielny, w którym pogarda nie istnieje, gdzie każdy, jeżeli tylko jest porządnie ubrany i ma dwadzieścia pięć luidorów w kieszeni, ma prawo do względów innych, nie zważając na to, co robił, robi, lub robić będzie.
Verminet jednak, doszedłszy do bulwaru Poissonniére, rzucił cygaro i nagle zmienił swe ruchy.
Szybkim krokiem przeszedł pomienioną ulicę i ulice Petit-Carreau.
Nakoniec na końcu prawie ulicy Montorgueil, niedaleko od Halli, zawrócił kręto, wszedł pod czerwoną bramę i znikł.
Dokąd wszedł?... Andrzejowi nie trudno było wywnioskować; dwa szyldy, znajdujące się po obu stronach bramy, wyjaśniły mu to.
Verminet wszedł do Mascarota, a Mascarot ten był poprostu stręczycielem służących i oficjalistów obojej płci.
Niepokaźna ta profesja mocno zdekoncertowała Andrzeja. Spodziewał się zrobić odkrycie świetniejsze, a zwłaszcza ważniejsze.
Ale pomimo to postanowił czekać na Vermineta. Dla nabrania kontenansu począł przechadzać się po ulicy i nie tracąc z oczu drzwi stręczyciela, zdawał się z wielkiem zajęciem przypatrywać trzem robotnikom, zakladającym okiennice w jednym nowym domu.
Na szczęście wartowanie to trwało nie długo.
Zaledwie upłynął kwadrans, gdy na dziedzińcu domu stręczyciela ukazał się Verminet.
Dwaj mężczyźni towarzyszyli mu. Jeden słuszny, chudy, w niebieskich okularach; drugi tłusty, pulchny, uśmiechnięty, mający ruchy właściwe osobom najlepszego towarzystwa.
Wkrótce wyszli na ulice i stojąc na chodniku kończyli rozmowę z pewnem ożywieniem.
Andrzej z pewnością dałby połowę dwudziestu tysięcy franków, które miał w kieszeni, byle tylko usłyszeć choć cokolwiek z ich rozmowy, i manewrował tak, by się przybliżyć ku nim, gdy wtem w pobliżu dały się słyszeć dwa gwizdnięcia tak gwałtowne, iż zapanowały nad całym ulicznym gwarem.
Gwizdnięcia te były przytem tak szczególne, iż zastanowiły Andrzeja. Zresztą nie on sam zwrócił na nie uwagę. Dostrzegł wyraźnie, że słuszny mężczyzna w okularach, rozmawiający z Verminetem zadrżał i żywo spojrzał dokoła.
Ale młody malarz nie przywiązywał żadnej wagi do tego wypadku i podsuwał się ciągle pod zasłoną przechodzących, gdy trzej rozmawiający nagle się rozeszli.
Mężczyzna w okularach wszedł do domu; Verminet i drugi mężczyzna o manierach dystyngowanych odeszli w kierunku Halli.
Przez dziesięć sekund Andrzej wahał się. Co począć? Czy miał starać się wywiedzieć kto byli, trzej nieznajomi?... przy drzwiach stręczyciela dostrzegł chłopca sprzedającego kasztany, być może iż ten udzieli mu jakich wyjaśnień...
— Ale nie! — powiedział sam do siebie — chłopaka tego zawsze tu znajdę; a tymczasem nie będę wiedział, gdzie się podział Verminet i jego towarzysz.
Poszedł zatem w ślad za nimi.
Niedaleko go doprowadzili. Przeszli przez ciemny pasaż Reine de Hongrie, zawrócili w prawo na ulicę Montmartre i weszli do domu porządnie wyglądającego.
Ale jak się dowiedzieć do kogo?... Najnaiwniejszy szpieg nie byłby tem zakłopotany. Ale Andrzej był nim niezmiernie, gdy podszedłszy bliżej ujrzał w głębi podsieni na marmurowej tablicy napis: „Bióro na pierwszem piętrze.“
Było to już pewnym rodzajem wyjaśnienia.
— A!... pomyślał — tu pewno mieszka bankier Martin-Rigal.
Wszedł tam także, zapytał odźwiernego: nie mylił się.
— Stanowczo mam szansę — powiedział sam do siebie — i jeżeli mój chłopak sprzedający kasztany będzie mógł wyjaśnić mi, kto byli ci dwaj panowie, tom się dobrze sprawił. Byle tylko nie oddalił się gdzie.
Nie tylko nie oddalił się, ale było ich dwóch teraz przy piecyku, dwóch młodych chłopaków, w bluzach, w kaszkietach na bakier, rozmawiających z takiem ożywieniem, iż nie dostrzegli Andrzeja, gdy ten stanął tuż przy nich.
Chłopcy ci targowali się.
— Dość już tego uwodzenia, mówił jeden z nich. Powiedziałem ostatnie słowo twemu ojcu. Chcecie mieć moje miejsce i piecyk... dwieście pięćdziesiąt franków.
— Stary nie da więcej jak dwieście.
— A to niech da pokój!... dwieście franków za miejsce, przynoszące dziennie pięć franków dochodu!... wszak to nieźle!... A czasami zdarzały mi się dnie, w których zarabiałem po dziesięć franków.... słowo Tota Chupina...
— Toto Chupin!... nazwisko to spodobało się Andrzejowi, zgłosił się więc do tego, co je nosił.
— Mój przyjacielu, zapytał, byłeś tu na tem miejscu niedawno; czyś widział, jak z tego domu wyszli trzej panowie i czas niejaki rozmawiali przy bramie?
Młody urwis zaczął od tego, że zmierzył niezmiernie zuchwałym wzrokiem pytającego, który ośmielił się przerywać mu, potem rzekł brutalskim tonem:
— A co to może pana obchodzić?. Idź pan swoją drogą.
Andrzej nie studjował giełdzistów, ale nieraz widział, i bliżej aniżeli może sam chciał, ten rodzaj ludności paryskiej, której Toto był jednym z egzemplarzy znał jej język i obyczaje.
— To nic, możesz powiedzieć, odrzekł, to ci nie podrapie gęby.
— No, to co?... widziałem... cóż dalej?...
— Dalej?... dalej jest to, że chciałbym znać ich nazwiska... czy nie znasz ich przypadkiem?...
Toto podniósł kaszkiet i podrapał się w głowę, co zwykle robił dla rozbudzenia swej inteligencji. A mnąc swe brzydkie płowe włosy, wpatrywał się w Andrzeja ciekawie, rozważał go, że tak powiemy obliczał.
— A gdybym znał tych panów, zapytał, gdybym powiedział panu ich nazwiska!... cobyś mi pan dał za to?
— Dziesięć sous.
Młody urwis wydał ile mógł jeden swój policzek i palnął się weń pięścią, co było u niego wyrazem najwyższej ironii i pogardy.
— Uważaj pan byś się nie naderwał! zawołał tonem szczególnym. Dziesięć sous!... no proszę!... może pan chcesz bym mu je pożyczył?
Andrzej spokojnie ruszył ramionami.
— Myślałeś może, odrzekł, że będę ci ofiarował dwadzieścia tysięcy franków rocznego dochodu?
Ku wielkiemu jego zdziwieniu Toto wybuchnął śmiechem.
— Wygrana!... zawołał. Założyłem się sam z sobą, że pan nie jesteś modny panicz i wygrałem!... Winienem sobie kieliszek wódki...
— Z czegóż to poznajesz?...
— Oho!... taki panicz ofiarowałby mi pięć franków; ja żądałbym dwadzieścia, a zgodzilibyśmy się na franków dziesięć, to jest tyle ile mi pan dajesz sous.
Malarz nie mógł ukryć śmiechu.
— Tymczasem z panem, mówił dalej Toto, taka sztuka nie uda się...
Zatrzymał się, a ze ściśniętych ust i zmarszczonego czoła widocznem było, że wytężał swą myśl.
Toto Chupin był mocno zaintrygowany. Nazwiska te znał; ale czy miał je powiedzieć? Doskonały węch jego zwietrzył nieprzyjaciela. Ludzie mający dobre zamiary nie zgłaszają się po informacje do sprzedających kasztany. Powiedzieć, znaczyło to, według wszelkiego prawdopodobieństwa, narazić poniekąd Mascarota, lub którego z jego ludzi, naprzykład Beaumarchefa, albo słodkiego Tantaina.
To właśnie zdecydował Chupins.
— Basta!... zawołał, powiem panu te nazwiska!... Dziesięć sous zachowaj pan sobie... Powiem je panu zadarmo, bo mi się pan podobasz, słowo Tota. Wielki suchy, to pryncypał, papa Mascarot, co?... Drugi, tłusty tatulo, to jego przyjaciel, doktor Hortebize. Co do trzeciego... zaczekaj pan... zaraz...
— O! tego znam; nazywa się Verminet.
— Tak, tak!...
Andrzej tak był zachwycony Totem, że wyjął z kieszeni i rzucił mu na pokrywę piecyka sztukę pięciofrankową, mówiąc:
— Masz!.. to za fatygę.
Wykrzywiwszy się i podrygnąwszy jak małpa, urwis pochwycił monetę i powiedział:
— Dziękuję jaśnie księciu!
Chciał jeszcze dodać jakiś żart, ale rzuci wszy okiem na ulicę, nagle przybrał minę poważną, a nawet niespokojną i szczególnym sposobem wpatrzył się w malarza.
— Co to jest? zapytał Andrzej, zauważywszy to spojrzenie.
— Nic odrzekł Toto, o!.. nic wcale. Tylko, słuchaj pan, wyglądasz na dobrego człowieka i nie jesteś dumny... Otóż... ja na miejscu pana nie ufałbym...
— Czemu?..
— Ba.. albo ja wiem czemu?.. Tak mi to przyszło na myśl... jak gdyby chciano pana wyzyskiwać... Ale dość już tego — prawda?
Przy tych ostatnich wyrazach, wymówionych tonem cierpkim, odwrócił się i znowu rozpoczął targ z nabywcą swoim.
Młody malarz z trudnością ukrył swe zdumienie.
Zrozumiał, że ten szkaradny urwis musi wiedzieć wiele rzeczy, które byłyby mu szczególnie przydatne, ale zrozumiał także, iż na teraz zrobił postanowienie milczeć i za szaleństwem byłoby chcieć od niego wydobyć choć jedno słowo.
Uznał, iż lepiej nateraz poprzestać na tem, a powrócić jutro. Czyż nie był pewnym, że łotra tego znajdzie na tem samem miejscu, albo zresztą będzie mógł odszukać go przez nabywcę miejsca.
Zresztą nadchodziła godzina schadzki z panem Breulh-Faverlay.
— Do widzenia, Toto, powiedział, do innego razu.
Przejeżdżał właśnie fiakr. Andrzej zatrzymał go i kazał zawieść się naprzód do ronda na Polach Elizejskich.
Jeżeli nie dał powożącemu adresu kawiarni, w której miał spotkać się z panem Breulh-Faverlay, to dla tego, że według rady Tota stał się niedowierzającym. Tak jest, bardzo niedowierzającym.
Przypomniał sobie owe dwa szczególne gwizdnięcia, od których zadrżał Mascarot i po których nagle zerwała się rozmowa trzech panów. Przypomniał sobie, że rzuciwszy okiem na ulice, Toto-Chupin nagle spoważniał i wezwał go do ostrożności.
— Do licha zawołał, nagle przypomniawszy sobie historję, którą słyszał niegdyś, teraz rozumiem jestem śledzony...
Wrażenie, jakiego doznał uczyniwszy to odkrycie, było zanadto gwałtownem, by w tejże chwili pomyślał o wyprowadzeniu z tego wszystkiego logicznych i ostatecznych wyników.
— Zastanowię się nad tem później, powiedział sam do siebie i rozwiążę kwestję. Na teraz główną rzeczą jest zbicie z tropu śledzących.
Spuścił przednie okno powozu i pociągnął powożącego za płaszcz, aby zwrócić jego uwagę.
Gdy ten odwrócił się i nachylił, Andrzej rzekł mu:
— Słuchaj mię uważnie i nie zatrzymując koni.
— Słucham panie.
— Naprzód zapłacę ci za kurs pięć franków i to z góry. Oto masz, weź je.
— Ależ, panie.
— Teraz, mój kochany, zamiast jechać na Pola Elizejskie, to jest tam gdzie ci kazałem, zrobisz mi tę przyjemność, że zawrócisz ku ulicy Royale i przedmieściu Saint-Honoré. Będziesz jechał jak można najprędzej aż do ulicy Matignon, tam skręcisz... tylko skręcając ku tej ulicy zatrzymasz konie na pół minuty, potem znowu pojedziesz z całą szybkością... Gdy znajdziesz się na Polach Elizejskich, pojedziesz gdzie ci się spodoba... mnie już nie będzie w powozie.
Powożący świsnął, co miało znaczyć, że pojął o co rzecz idzie.
— Znamy to!... odrzekł. Pan jesteś śledzony i chcesz zgubić swój trop.
— Coś w tym rodzaju.
— A więc, panie uwaga na komendę: nie wyskakuj pan dopóki nie skręcę, bo skręcę ostro. A zwłaszcza nie wyskakuj pan na chodnik; ulica jest nie tyle niebezpieczna w razie poślizgnięcia się.
Powożący był roztropny i zręczny.
Przybywszy na ulicę Matignon tak się dobrze sprawił, że Andrzej mógł wyskoczyć, nie zrobi wszy sobie nic złego i miał czas wpaść w ciemne przejście koło jednego domu, pierwej nim ktobądźkolwiek zwrócił w ulicę.
— Tym sposobem, pomyślał, przekonam się, czy jestem śledzony i przez kogo.
Ale napróżno młody malarz, ukryty po za drzwiami przejścia, wypatrywał i słuchał.
Po pięciu minutach, które wydały mu się wiekiem, nie pokazało się nic, ani powóz, ani zaden pieszy.
— Miałżebym przerażać się bez potrzeby? pomyślał. Nie, tego nie można przypuszczać.
Nastawała noc, upłynął przeszło kwadrans. Andrzej nie bez wielkiego nieukontentowania postanowił opuścić swe stanowisko i udać się do p.
Breulh.
— Bo pomimo wszystkiego tego, pomyślał, pewny jestem, że czekają na mnie.
Co do tego miał wielką słuszność.
Przybliżywszy się do małej kawiarni na Polach Elizejskich, wybranej na miejsce schadzki, poznał stojący w przeciwległej alei pojazd pana Breulh-Faverlay, a nieco dalej i jego samego przechadzającego się z cygarem w ustach.
W tejże samej chwili p. Breulh ujrzał także Andrzeja.
— A przybywajże pan prędzej zawołał pan Breulh, szybko podchodząc ku niemu i podając rękę. Czy wiesz pan, że już od dwudziestu może minut skazany jestem na wartowanie tu.
Młody malarz chciał tłumaczyć się, ale pan Breulh zatrzymał go.
— Daj pan pokój... rzekł przyjaznym tonem, domyślam się, iż musiały zatrzymać pana jakieś ważne okoliczności. Ale, jeżeli mam ci wyznać, kochany przyjacielu, zaczynałem już niepokoić się.
— O co?
— O pana!... Przypomnij pan sobie tylko com mu zalecał owego wieczora. P. Henryk Croisenois jestto łotr wielki...
Andrzej milczał, p. Breulh ujął go pod rękę, mówiąc:
— Przejdźmy się trochę, będzie to lepiej, aniżeli siedzieć za stołem w kawiarni.
— W samej rzeczy... chodźmy!...
— Chcę panu powiedzieć, rzekł p. Breulh, że zdaniem mojem ten nędznik markiz gotów jest na wszystko.. O! doskonale go pan odgadłeś od jednego razu. Sądzą o nim, że ma w perspektywie bardzo znaczną sukcesję, po swoim bracie Jerzym, sam mówi o tem bezustannie... Jestto tylko blichtr dla wierzycieli. Dawno już zmarnował on całą tę sukcesję... A człowiek, tak obsaczony, jest strasznie niebezpieczny!...
— O!... nie boję się go.
— Ale ja boję się za pana, kochany Andrzeju... Uspokajało mię tylko to, że ten nędznik nie zna pana.
Młody malarz potrząsnął głową.
— Nędznik ten, odrzekł, nie tylko mię zna, ale zapewne domyśla się moich zamiarów.
Usłyszawszy to, p. Breulh nagle stanął.
— To być nie może!... powiedział.
— Dziś przez cały dzień byłem śledzony. Nie mam na to materjalnych dowodów, ale włożyłbym własną rękę w ogień, że tak jest... Sam pan osądź.
I nie czekając na odpowiedź, Andrzej opowiedział w krótkości, ale zupełnie jasno wszystkie wypadki dnia tego.
Gdy skończył, p. Breulh powiedział głosem poważnym:
— Masz pan słuszność; jesteś pan na tropie bezecnych nikczemników, którzy zamierzają wyzyskać hrabiego i hrabinę Mussidan, ale państwo Mussidan wiedzą o tem i przedsięwzięli ostrożności. Tak jest, byłeś pan śledzony, nie masz wątpliwości. Odtąd nie zrobisz ani kroku, byś nie był otoczony szpiegami. Nawet w tej chwili, jestem tego pewny, gdziekolwiek niedaleko musi znajdować się para oczu podpatrujących nas...
To mówiąc spojrzał dokoła; ale było już ciemno i nic nie zobaczył.
— Na dziś przynajmniej, zaczął znowu, uśmiechając się na myśl, która mu przyszła do głowy, zmylimy ślad tym szpiegom i jeżeli będziemy razem jeść obiad, to z pewnością nie dowiedzą się gdzie... Chodź pan prędko...
Stangret drzemał na koźle. P. Breulh rozbudził go i wydał po cichu rozkazy.
— Zobaczysz pan, rzekł potem do swego towarzysza, siadając obok niego w powozie.
Zważywszy na niesłychaną szybkość koni, pędzących w kierunku alei cesarzowej, Andrzej domyślał się.
— Co pan myślisz o takim sposobie? zapytał go wesoło p. Breulh. Takim pędem będziemy jeździć całą godzinę, a powrócimy przez aleję Saint-Ouen i ulicę Clichy. Na rogu ulicy Chaussée d’Antin zatrzymamy się, wysiądziemy szybko i jesteśmy wolni... Ktoby za nami pędził, musiałby mieć dobre nogi.
Wszystko tak się odbyło. Tylko gdy p. Breulh wyskakiwał z powozu, ujrzał, jak gdyby cień oddzielający się od tegoż... ktoś pobiegł i zgubił się w tłumie na bulwarze.
— Do pioruna!... zawołał, ktoś siedział z tyłu. Sądziłem, że zmylę szpiega, a on tylko przejechał się.
I aby dokładne przekonać się, zdjął rękawiczki i kolejno dotknął się osi i resorów powozu.
— Nie masz wątpliwości, rzekł do Andrzeja, dotknij się pan — żelazo jest jeszcze ciepłe, łotr trzymał się z tyłu.
Młody malarz nic nie odpowiedział, ale niedawny zawód jego teraz mu się wyjaśnił. Gdy wpadał w ciemne przejścia, człowiek śledzący go pojechał dalej fiakrem.
Przygoda ta zasmuciła obu; po dziesiątej godzinie Andrzej rozstał się z p. Breulh. Był niezmiernie zmęczony.