Niewolnicy paryscy/Część IV/XXIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdyby Andrzej lepiej był poinformowany, to wiedziałby, że do Van-Klopena nie wpada się jak bomba.
Zatarasowany w świątyni swych natchnień i wyroczni, straszliwy ten tyran mody otacza się większą stratą i większe mi ostrożnościami, aniżeli azjatycki despota w głębi swego haremu.
Kobietom, klientkom jego, udaje się czasami uniknąć nieuchronnego zwykle wyczekiwania w salonie recepcyjnym, mężczyznom nigdy.
Bo jakże można wiedzieć, czy mężczyzna przybywający nie jest czasem rozgniewanym mężem?...
Cóżby się w takim razie stało?... Jegomość, skąpy, a zazdrośny, mógłby przydybać jejmość wybierającą właśnie, lub zamawiającą suknie, za którą chcąc nie chcąc będzie musiał zapłacić w swoim czasie.
Kobiety, biedne anioły... byłyby u damskiego krawca ciągle niepewne!... Skończyłaby się klientela.
Dla tego też zaraz w podsieniu Andrzej i Gaston, mocno zadyszani, zatrzymani zostali przez ogromnych lokajów, których liberja złotem połyskująca, jest rodzajem szyldu przekonywającego o kwitnącym stanie zakładu.
— Pan Van-Klopen nie jest widzialny, oświadczyli lokaje.
— Jednak sprawa jest ważna, rzekł Andrzej, nagląca....
— Pan jest zajęty.
Prośby, pogróżki, próby przekupienia, nawet bilet stufrankowy zręcznie podsunięty — nic nie pomogło.
Andrzej uczuł w sobie szaloną chęć rozepchać tych drabów, których uśmiechnięta grzeczność wydawała mu się obrażającą. Ale już raz pożałował, że mu zabrakło rozwagi i cierpliwości u Vermineta.
Zrezygnował się więc, nie bez trudności i wraz z młodym panem Gandelu wszedł do owego sławnego salonu, który Van-Klopen nazywa swoim „czyśćcem“.
Widok tego salonu zdziwił go. W każdym innym razie wybuchnąłby śmiechem, spojrzawszy na portrety sukień, rozwieszone na ścianach, ale teraz był pod wrażeniem żywego niezadowolenia.
— Podczas gdy my tu będziemy siedzieć z założonemi rękami, mruknął, dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ będzie miał czas uprzedzić tego łotra krawca — i nic z tego nie będzie!..
Lokaje jednak powiedzieli prawdę. Pięć czy sześć klientek wzdychało w „czyśćcu“, oczekując na łaskawe względy najwyższego sędziego elegancji.
Wszystkie, przy wejściu dwóch młodych ludzi, spojrzały na tych zuchwalców, wszystkie.... wszakże z wyjątkiem jednej, która siedząc w zagłębieniu okna patrzała na ulicę, bębniąc po szybach palcami.
Obojętna ta kobieta zwróciła właśnie uwagę Andrzeja, który, ku najgłębszemu swemu zdumieniu, poznał w niej panią Bois-d’Ardon.
— Jakto?.. powiedział sam do siebie, wicehrabina u tego niegodnego krawca, po szkaradnej obrazie, wyrządzonej jej niedawno!.. No, p. Breulh mylił się, mówiąc mi: „To kobieta szalona, ale ma serce i będzie dla nas szczerym sprzymierzeńcem!..“
Przez ten czas Gaston kręcił się na krześle; czuł pięć par oczu zwróconych na siebie i wyszukiwał korzystnej postawy.
Andrzej zrazu zdziwił się, a potem oburzył.
— Muszę ulżyć memu sercu, pomyślał i zawstydzić ją.
Pochwycił tę myśli nie zwracając uwagi na obecnych, nie zważywszy, że okrutnie może skompromitować młodą kobietę, przeszedł przez cały galon i oddał jej ukłon.
Ale wicehrabina była tak zajęta tem, co się działo na ulicy, iż niedostrzegła go i zmuszony był przemówić.
— Pani wicehrabino!..
Żywo obróciła się i ujrzawszy Andrzeja nie mogła powstrzymać lekkiego krzyknięcia:
— Ach... pan!..
— Tak jest, ja, tu!..
Spojrzenie, towarzyszące tym wyrazom, było zanadto wymowne, by pani Bois-d’ Ardon nie domyślała się, co się działo w jego duszy.
Twarz jej, a nawet szyja okryły się mocną czerwonością. Wstała, by odpowiedzieć Andrzejowi swobodniej i nie być słyszaną.
— Obecność moja tu wydaje się niepojętą, rzekła, i pan wnosisz, że mam krótką pamięć i mało dumy.
Andrzej nie odpowiadał; ale była to także odpowiedź.
― Otóż, zaczęła znowu wicehrabina, z wyrzutem spojrzawszy na niego, pan mnie spotwarzasz. Jeżeli jestem tu, to dlatego, że dziś rano widziałam się z Breulhem, który powiedział mi, że w interesie projektów pańskich potrzeba, bym przebaczyła Van-Klopenowi i była z nim jak najlepiej... Widzisz pan, dodała, nigdy nie należy sądzić z pozorów... Zwłaszcza kobietę.
Teraz znowu artysta poczerwieniał. Szczerze żal mu było jego niesprawiedliwości. Oczy jego wyrażały skruchę i najgorętszą wdzięczność. Złożył ręce i błagalnym tonem zaczął:
— Czy przebaczysz mi pani?..
Szybkim ruchem, który jeden tylko Andrzej mógł dostrzedz, pani Bois-d’Ardon przerwała mu.
— Ostrożnie, mówił ten ruch, nie jesteśmy tu sami; patrzą na nas.
I jednocześnie odwróciła się ku oknu, dając mu znak, by naśladował ją, aby przynajmniej ukryć twarze od spostrzeżeń.
Rozmowa ta, z której nikt nie usłyszał ani jednego wyrazu, zaintrygowała mocno wszystkich w salonie. Dwie zwłaszcza damy, jedna należycie już skompromitowana, a druga z reputacją całkiem straconą, były nią żywo zaciekawione i pochyliły się jedna ku drugiej, by udzielić sobie nawzajem zdania o tem, co w litości swej poczytały za skandaliczną schadzkę.
Co do Gastona, zżymał się okropnie: nikt nie zwracał na niego uwagi.
— A to mi się podoba! mruczał, czy to słyszano kiedy!... ten artysta, który prawi mi o cnocie... No, proszę!... Ależ bo i mała ładniutka!...
Rozmowa między Andrzejem, a panią Bois-d’-Ardon szła dalej.
— Breulh, mówiła wicehrabina, zebrał już o markizie Croisenois sto razy więcej brzydkich wiadomości, aniżeli potrzebaby było jakiemukolwiek ojcu by mu odmówił ręki swej córki. Ale to nie wystarcza, gdyż hrabiemu Mussidan przyłożono nóż do gardła. Potrzeba wynaleźć w przeszłości markiza jakie grube bezeceństwo, by tem zmusić go do usunięcia się...
— Wynajdę, odrzekł Andrzej zacisnąwszy zęby, jestem pewny tego.
— Szczerze mówiąc, kochany panie, trzeba byś się spieszył. Według naszej umowy jestem dla niego z uprzejmością, sądzi, że całkiem jestem mu oddana, i nawet trocha umizga się do mnie. Jutro przedstawię go w pałacu Mussidan; tak już umówiliśmy się z hrabią i hrabiną...
Młody malarz z wielką trudnością powstrzymał gniewne poruszenie.
— Zrozumiałam zaraz, widząc ich, zaczęła znowu pani Bois-d’-Ardon, że w tem coś jest i że pan trafnie domyślałeś się. Naprzód Mussidan i żona jego, którzy dotąd bardzo źle z sobą żyli, teraz zbliżyli się do siebie, tulą się jedno ku drugiemu, by łatwiej stawić czoło niebezpieczeństwu... Potem zachowanie się ich, ruchy nawet, zdradzają niespokój, przymus, rozpacz... Z rozczuleniem, z pewnym rodzajem bolesnej wdzięczności, patrzą oboje na swoją córkę... Odgadłam, że od niej czekają zbawienia i wielbią ją, że ich ratuje.
— A ona, szepnął Andrzej, ona?
— Sabina, panie Andrzeju, jest szczytna!... tak jest, szczytna w oczach tego, kto tak jak ja zna całą prawdę. Zdecydowana na poświęcenie, przyjmuje je w pełni, całe, bez zastrzeżeń, bez szemrania... Poświęcenie to wielkie, ale co w niej zachwyca, to że umie ukryć przed rodzicami cały ogrom i okropność tej ofiary. Jest spokojna i poważna, tak jak przedtem, ale nie więcej. Znalazłam, że nieco schudła i pobladła; czoło jej, gdym ją całowała, przypiekło mi usta, jak rozpalone żelazo... Ale oprócz tego, nic nie zdradza jej nieznośnych cierpień... Można by aż zwątpić o nich; ale Modesta powiedziała mi, że to rola tylko, w której zamiera... i umrze uśmiechając się do tych, którym uratowała honor.
Wielkie łzy powoli i w milczeniu spływały po twarzy Andrzeja.
— Boże!... zawołał, jak tu zasłużyć na taką kobietę!...
Ale wtem drzwi się otworzyły. Na ten hałas Andrzej i pani Bois-d’-Ardon przerwali rozmowę i żywo się odwrócili.
Świetny Van-Klopen ukazał się.
Według swego zwyczaju, po każdej konsultacji, wołał wchodząc do swego „czyśćca.“
— Na kogo kolej?...
Ale ujrzawszy Gastona twarz jego zmieniła się i z uśmiechem nadzwyczaj ujmującym na ustach, zawezwał obu młodych ludzi, nakazującym ruchem usuwając na stronę pacjentkę, na którą przychodziła kolej, a która zaprotestowała przeciw temu obejściu prawa.
— Zapewne rzekł uprzejmie do p. Gandelu syna, przybywasz pan, by zamówić co dla cudnej Zory Chantemille?...
Okropna ironia!... inteligentny młody człowiek westchnął głęboko.
— Nie teraz, odrzekł... Zora jest... nieco cierpiąca...
Ale Andrzejowi, który ułożył małą historję w zamiarze opowiedzenia jej krawcowi, było bardzo spieszno, nie chciał więc tracić czasu na bezużytecznej gadaninie.
— Przyszliśmy, powiedział, w interesie nierównie ważniejszym. Przyjaciel mój, p. Gaston, zamierza opuścić Paryż na kilka miesięcy, a przed odjazdem życzy sobie wycofać swoje podpisy z obiegu. Tembardziej chodzi mu o to, że jego ojciec byłby bardzo niezadowolony, gdyby się dowiedział, że podpisywał weksle...
— Rozumiem.
— Otóż, pan możesz mu być bardzo użytecznym.
Młody i inteligentny Gaston czuł się uratowanym.
— A więc, mój kochany Klopenie, powiedział, zwróć mi pan weksle przeze mnie podpisane.
Świetny krawiec zwiesił głowę.
— Miałem je, odrzekł, tak jest!... bardzo dobrze przypominam sobie. Pięć wekslów, każdy na tysiąc franków, wartość otrzymana, podpisano Gandelu, indosowane Martin-Rigal... Otrzymałem je od „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“... już rozporządziłem niemi.
— Nie ma szansy?... mruknął Gaston okropnie zdenoncertowany.
— Tak jest, posłałem je na rachunek moim dostawcom w Saint-Etienne, panem Rollon, Viac i Spółka...
Van-Klopen jest niezaprzeczenie łotrem zręcznym ale urodził się w Rotterdamie, brak mu zręczności w obrabianiu szczegółów. A przytem, pominąwszy niezmierne jego zuchwalstwo profesyjne, w innych razach łatwo się mięsza. Dowodem tego było, że zażenowany wzrokiem Andrzeja, uporczywie w niego utkwionym, dodał: Jeżeli panowie nie wierzycie, to mogę okazać pokwitowanie tych panów z odbioru...
— To zbyteczne, panie, rzekł Andrzej, zbyteczne... jeżeli tylko pan dajesz nam słowo honoru...
— Rozumie się, że daję i najszczerzej, najuroczyściej... Ale to nic, pozwólcie mi panowie poszukać dowodów w tej paczce papierów...
Krawiec królowych, zdawało się, że szukał bardzo zawzięcie.
— O!... dość tego... rzekł znowu Andrzej bez najmniejszej ironii, bo szło mu o udanie, że jest wyprowadzony w pole, niech się pan tak nie trudzi... Weksle są w Saint-Etienne... jestto małe nieszczęście... ale poczekamy na termin. Pan Gandelu nie wydziedziczy za to swego syna... mam zaszczyt pożegnać pana...
A ponieważ czuł, jak mu się krew burzy, ponieważ obawiał się, że nie będzie panem siebie, wyszedł, zabrawszy z sobą Gastona, który koniecznie chciał zasięgnąć rady Van-Klopena, jakiby tu zrobić ubiór, o ile można „z szykiem“ dla Zory, gdy ta wyjdzie od św. Łazarza.
Gdy znaleźli się na ulicy o kilkadziesiąt kroków od pomieszkania damskiego krawca, Andrzej zatrzymał się i wydobywszy swój pugilares, zapisał na wszelki wypadek adres fabrykantów, dostawców Van-Klopena, pp. Rollon, Vrac i Spółka.
Gdy skończył, zapytał swego towarzysza:
— No, i coż pan myślisz o tym krawcu?
— Myślę, kochany panie, że Van-Klopen nie głupi... Zna on mnie. Gdyby mi wyrządził psotę, straciłby klientele... i to zaraz. Jestem dobry chłopiec, jak mówi Filip od Vachetta... ale nie lubię nacisku.. o! co nie, to nie!
— Więc, jak pan sądzisz, gdzie się znajdują weksle?
— Ba! w Saint Etienne!...
Uporczywa ufność Gastona wyrwała Andrzejowi wykrzyknik ubolewania i zniecierpliwienia.
Głupia taka naiwność w chłopcu zepsutym do szpiku wydała mu się niewyjaśnioną.
— Teraz jest trzecia godzina, powiedział; czasu mam bardzo mało, ale mogę jeszcze poświęcić panu kwadrans.
Przyszli na bulwar Włoski, a potem zwrócili w prawo ku ulicy Richelieu.
— Słuchaj mię pan, zaczął znowu Andrzej, i staraj się, jeżeli tylko możesz, przejąć się należycie okropnością swego położenia.
— Słucham, kochany panie, mów pan śmiało.
— Wszak prawda, że Van-Klopen odmówił panu kredytu, i że właśnie dla zapłacenia go zgłosiłeś się pan do Vermineta?
— Naturalnie...
— Bardzo dobrze. Ale jakże pan wytłumaczysz to, że ten sam człowiek, który w poniedziałek poczytywał pana za tak złego płatnika, iż odmówił mu kredytu, we wtorek wybrał właśnie weksle, wystawione przez pana, dla uiszczenia się mu, aby rozpłacić się ze swoimi dostawcami?
Uwaga była tak silna, tak jasno streszczała sytuację, że pan Gandelu syn zdumiał się. Nagła jasność rozświetliła mgły w jego mózgu.
— Do licha!... mruknął, widocznie zaniepokojony nie zastanowiłem się nad tem. A to szczególna. Czyżby chciano wyplatać mi figla?... Ależ jakiego?...
— Można przypuszczać, że Verminet i Van-Klopen mają zamiar „wyzyskiwania“ pana.
Wyraz ten nieprzyjemnie zadźwięczał w uszach inteligentnego młodego człowieka.
— Mnie wyzyskiwać, mnie... zawołał, o!.... co nie to nie. Znam się ja na tem. Takiego człowieka jak ja nie wyzyskuje się.
Andrzej ruszył ramionami.
— A więc, zrób mi pan tę grzeczność i zastanów się, co byś powiedział Verminetowi, gdyby w dniu, w którym ma nastąpić wypłata, przyszedł on do pana i rzekł: daj mi pan stotysięcy franków za te pięć papierków, albo zaniosę je do ojca jego.
— Powiedziałbym... a!... to dopiero!... powiedziałbym...
— Nic nie powiedziałbyś pan. Przekonałbyś się, że nadużyto twojej łatwo wierności, zaklinałbyś Vermineta, by zaczekał — a on zaczeka, jeżeli mu pan podpiszesz wekslów na stotysięcy franków, płatnych po dojściu do pełnoletności.
Gaston nie mógł strawić tego, że się tak dał wyprowadzić w pole.
— Stotysiecy kijów!.. zawołał, oto wszystko co otrzymałby Verminet. O! już ja taki jestem!.. Ze mną tak się nie robi... Opłacać tego niegodziwca!... niedoczeka się tego!... Wiem, że ojciec mój znalazłby to nie pięknem, i gdybym mu się nawinął w pierwszej chwili, to byłoby brzydko.. Ale... ts!... zabawię się w chowanego!...
Był mocno oburzony, ale pomimo to, w skutek przyzwyczajenia, nie znajdował na usługi swego gniewu innych wyrażeń, oprócz tych, z jakich składa się słownik owych dowcipnych młodzików, w krótkich żakietach, którzy zachwycają sobą bulwary.
— Sądzę, zaczął znowu Andrzej, że ojciec jeszcze trudniej przebaczyłby panu ten... krok nieostrożny, aniżeli niegodziwość, żeś przysłał do niego lekarza, aby obliczył ile jeszcze godzin zostaje mu do życia... Jednak przebaczyłby, bo jest ojcem pana... bo kocha go.
— Ba!.. pogróżki Vermineta!..
— Jeżeli pan nie będziesz obawiał się ojca, to Verminet zagrozi mu inną osobą... zagrozi prokuratorem.
Interesujący młody człowiek nagle zatrzymał się.
— O! zawołał, za taką bagatelę!..
— Tak jest; ale na nieszczęście bagetela ta w języku prawnym nazywa się fałszerstwem. A fałszerstwo udowodnione — to naprzód sąd kryminalny, a potem galery.
Gaston zbladł okropnie; spojrzał na Andrzeja ogłupiałym wzrokiem, drżący jak listek i zaledwie trzymając się na nogach.
— Galery!.. wybełkotał, nie, tego nie trzeba. Anatol mówi, że tam nie morzą głodem, że nawet nie źle jest tam przy pewnej protekcji... Ale zawsze... nie, niechcę... oddaję karty!..
Zdawał się rozmyślać; po chwili zaczął znowu z pewną gwałtownością:
— Ale jestem twardy i nie dam się wyzyskiwać. Gdy zostanę zaskarżony — zaproszę wszystkich moich przyjaciół na wielki obiad, a potem, przy kawie — paf!.. palnę sobie w łeb!.. Toż to pogłupieją wszyscy!.. A! jaka reklama dla Brébanta. Potem wszystkie damy będą dręczyć Filipa, by zastawił obiad w tym gabinecie, gdzie się scena odbyła... Już ja taki jestem!.. A w kieszeni znajdą u mnie list bardzo dowcipny, który ogłoszą wszystkie dzienniki!..
Zapomniał, że znajduje się na bulwarze, krzyczał całą siłą swego piskliwego głosu i wymachiwał rękami. Kilku przechodzących już się zatrzymało, w nadziei, że nastąpi bójka.
Andrzej ujął go pod rękę i uprowadził.
Ale Gaston był wzruszony do głębi, wszystkie struny jego duszy, milczące dotąd, poruszyły się.
— Zakładam się o dziesięć luidorów, mówił dalej, że stary umrze od tego!.. Biedny ojciec!.. ależ tego wysysałem go! Ja, który lada błahostką mogłem go pocieszyć!.. Gdym zostawał u niego na obiedzie, nie posiadał się z radości!.. Eh! gdyby to można było zacząć na nowo!.. Ale stało się!.. Karty rzucone — nic już nie idzie... W moim wieku, to jakoś nie w porę!.. Mieć dwadzieścia lat, majątek, szyk, być ubóstwianym przez Zorę — i gasić swój gaz... to wcale nie wesoło... Ale sąd kryminalny... nie!.. wolę pistolet!.. jestem synem uczciwego człowieka!..
Teraz znowu Andrzej zatrzymał się i spojrzał na swego towarzysza, zdumiony jak wiwisektor, który usłyszał, że przemawia zwierz galwanizowany.
Niesmak, jaki w nim wzbudzał Gaston, zmniejszył się. Wdzięczny mu był za jego energię, chociaż tak komicznie ujawniającą się.
— Czy doprawdy zrobiłbyś pan tak jak mówisz? zapytał.
— Ba... jestem sobie płochy, jeżeli chcecie, ale w wielkich okazjach poważny. Ciężko to bedzie ale tak będzie... stało się!... nie trzeba było włazić!...
Widocznie stanowczość błyszczała mu w oczach.
— Pochwalam tę energię, mój kochany Gastonie, odrzekł Andrzej, ale nie rozpaczajmy jeszcze. Sądzę, tak jest, mam to przekonanie, iż uda mi się ułożyć tę nieszczęśliwą sprawę... tylko bądź pan ostrożny zachowaj się spokojnie... i nie zapominaj, że każdej chwili mogę potrzebować go.
— Zgoda... Ale słuchajno pan, kochany panie, nie trzeba opuszczać Zory... to byłoby brzydko.
— Bądź pan spokojay... Jutro zobaczę się z panem... na dziś, żegnam... niemam ani chwili do stracenia.
To powiedziawszy i pozostawiwszy Gastona zdumionego, oddalił się szybkim krokiem.
Było mu tak pilno, ponieważ słyszał jak Verminet mówił: „Pójdę do Mascarota o czwartej,“ a ułożył sobie że będzie czekał przy wyjściu, a potem pójdzie ślad w ślad za dyrektorem „Towarzystwa wzajemnych zaliczek.“
Przez niego miał nadzieję dostać się do Mascarota, który w jego przekonaniu był wspólnikiem Markiza Croisenois.
Jak strzała przeleciał przez ulicę Grammont; biło pół do trzeciej na zegarze Biblioteki, gdy przybył na ulicę Sainte-Anne.
Tu odetchnął spokojniejszy nieco. A wtedy żołądek przypomniał mu że nie jadł dotąd śniadania.
Obejrzał się dokoła.
Właśnie naprzeciw siedziby „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ znajdował się handel winny.
Andrzej śmiało tam wszedł i tonem zwyczajnego gościa zażądał za dwa sous chleba, porcję szynki i kufel piwa, za co zaraz zapłacił, by nic nie spóźniło mu wyjścia gdy będzie potrzeba.
Potem stanąwszy w oknie począł patrzeć i jeść.
Nie bardzo był spokojny. Verminet powiedział że pójdzie także i na giełdę. Czy powróci do siebie ztamtąd, czy też pójdzie prosto do Mascarota? Wszystko zawisło od tego.
Jeżeli tak — to dobrze; jeżeli nie — to straci godzinę.
Było tak.
Właśnie kończył zajadać chleb i szynkę, gdy ujrzał wychodzącego z domu Vermineta.
Odrazu wychylił kufel i wybiegł.