Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część IV/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIII.

Obdarzony trafnem okiem i ową sztuką pojmowania treści przedmiotu z jego powierzchowności, co jest szczególnie właściwe artystom, Andrzej odgadł niejako historję „Towarzystwa wzajemnych zaliczek,“ jak tylko spojrzał na dom przy ulicy Sainte-Anne.
— Hm... powiedział, coś mi się ta buda nie podoba.
— Pozory nieszczególne, to prawda, odrzekł młody Gaston, tonem zachęty, ale rzecz sama poważna, bardzo poważna... Odrabiają się tam interesa, jakich pan nawet nie podejrzywasz... O! Verminet, to człowiek znający się na obrotach.
Andrzej myślał toż samo.
Wyrobił on już sobie stanowcze zdanie o tym człowieku, tak dobrze znającym się na obrotach, zdolnym nadużyć łatwo wierności młodego idjoty i podającym do ręki nieletnim chłopcom pióro dla sfałszowania podpisu.
Nie zrobił wszakże najmniejszej uwagi i poszedł za panem Gandelu synem, który, jak się zdawało, wybornie znał miejscowość.
Szli długim niezmiernie, wązkim, ciemnym i brudnym korytarzem, potem znaleźli się na dziedzińcu wilgotnym jak studnia, następnie poszli po schodach o mokrych a śliskich poręczach i nierównych stopniach.
Stanąwszy na drugiem piętrze przed drzwiami ozdobionemi rozmaitemi napisami i ogłoszeniami, oznajmiającemi o godzinach otwarcia i zamknięcia kasy, Gaston zatrzymał się.
— To tu, powiedział do swego towarzysza, wejdźmy...
Pociągnął za dzwonek, według wskazówki na drzwiach umieszczonej i razem z Andrzejem weszli do obszernego i wysokiego pokoju, ozdobionego poobdzieranem tu i owdzie obiciem i ławkami pokrytemi brudno -zielonym aksamitem. Pokój ten rozdzielony był na dwoje gęstą kratą, po za którą czterech czy pięciu komisantów jadło właśnie śniadanie.
Wyziewy z żelaznego pieca, zbutwiałych papierów i wiktuałów, w tej chwili konsumowanych, tworzyły w pokoju atmosferę niezmiernie draźniącą powonienie.
— Pan Verminet?... zapytał Gaston.
— Zajęty! odrzekł jeden z komisantów z pełną gębą chleba.
Przyjęcie takie wydało się w najwyższym stopniu nieprzyzwoitem inteligentnemu młodemu człowiekowi. Jak można traktować go tak, bez ceremonii!...
— Co?.. zawołał podnosząc głos swój piskliwy i tonem tak impertynenckim na jaki tylko mógł się zdobyć, ja tak robię innym, ale mnie tak się nie robi...
I jednocześnie wyjąwszy z kieszeni swój bilet wizytowy, na którym w jednym rogu była wylitografowana korona hrabiowska, której widok przyprowadzał do rozpaczy i podnosił z krzesła uczciwego przedsiębiorcę, podał ją komisantowi.
— Jeżeli Verminet jest zajęty, to mu pan przerwij zajęcie! powiedział. Oświadcz mu pan, że to mnie każe on czekać na siebie, mnie Gastonowi de Gandelu!
Komisanta „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ tak zmięszała ta pyszna mina, że nie wyrzekłszy ani słowa, wstał, wziął bilet wizytowy i wyszedłszy z za kraty znikł bocznemi drzwiami, na których napisano było „Dyrekcja“.
Cóż to za zwycięstwo dla młodego Gastona! To też rzucił na Andrzeja wzrok tryumfujący, a we wzroku tym błyszczała najsłuszniejsza duma.
Komisant powrócił w tej prawie chwili.
— P. Verminet, powiedział, ma teraz konferencję i prosi, byś mu pan zechciał przebaczyć, że musisz czekać; przyjmie pana jak tylko skończy.
Potem, pragnąc zapewne zjednać sobie przychylność tak wielkiej osoby i zarazem wystawić w dobrem świetle swego pryncypała, dodał kłaniając się z wielkiem uszanowaniem:
— Pryncypal konferuje w tej chwili z panem markizem Croisenois.
— Ba, ba, ba!... zawołał Gaston, ten kochany markiz!... a to doskonałe!... Założę się o dziesięć luidorów, iż zachwyci się, gdy mi tu uściśnie rękę.
Usłyszawszy nazwisko Croisenois, Andrzej zadrżał wszystka krew przypłynęła mu do głowy.
Croisenois!... ten człowiek, którego nienawidził całą energią swej duszy, ten nędznik, który uzbroiwszy się skradzioną tajemnicą, jak morderca nożem, miał zmusić Sabinę Mussidan do oddania mu swej ręki!... Był to właśnie ten nikczemny łotr, z którego p. Breulh-Faverlay, i on. Andrzej, i pani Bois-d’Ardon poprzysięgli zedrzeć maskę!
Ale Andrzej nigdy go nie widział. Zamyślał tego dnia jeszcze podpatrzeć go, poznać, śledzić jego kroki, podchwycić stan teraźniejszy, zbadać przeszłość, zgłębić wszystkie tajemnice jego życia.
Dreszczem przejmowała go myśl, że tylko drzwi jedne oddzielają go od tego śmiertelnego wroga, że zobaczy go, ze będzie on przechodził przez salę, że spotkają się ok w oko, że wzrok ich skrzyżuje się, że usłyszy dźwięk jego głosu, że będzie mógł wzrokiem przynajmniej sięgnąć do głębi tej zabłoconej duszy...
Wzruszenie jego było tak wielkie, iż zaledwie miał dość siły, by je ukryć. Na szczęście towarzysz jego nie zwracał wcale na to uwagi.
Wezwany przez komisanta, Gaston usiadł, raczej rozwalił się na krześle, założył nogę na nogę, rękę wsunął za kamizelkę, i tak się umieścił, by najkorzystniej przedstawić figurę swoją kilku zdumionym biedakom, pracującym za kratą.
Gdy uznał, że już sprawił żądany efekt, pociągnął Andrzeja za paletot i pochyliwszy swe krzesło ku niemu, powiedział:
— Pan znasz tego kochanego markiza?
A powiedział to tak głośno, by nikt w sali nie stracił ani jednego wyrazu.
Andrzej mruknął głucho. Gaston wziął to za odpowiedź przeczącą.
— Jakto zawołał, pan nie słyszałeś o nim!... a to wyśmienite!... na jakimże świecie pan żyjesz?... Henryk Croisenois jest jednym z moich dobrych przyjaciół!... nawet dłużny mi jest pięćdziesiąt luidorów, które wygrałem u niego w karty, u Ernestyny... at, drobnostka!...
Andrzej nie słuchał.
Zdumiony był i zmieszany tym szczególnym trafem, lub raczej tajemniczą drogą wybraną przez opatrzność.
Nigdy, poświęci wazy, tak jak sobie ułożył, cały ranek dzisiejszy na przedwstępne poszukiwania, nie wykryłby nic, coby choć w części zbliżało się do tego, co odkrył w tej chwili.
Otrzymał ważną wskazówkę, czuł to.
Pojmował Vermineta, a stosunki markiza Croisenois z tym więcej niż podejrzanym aferzystą miały całkiem jasne znaczenie. Widocznie, że ku tej stronie należało skierować poszukiwania.
Do tej pory Andrzej szamotał się wśród gęstych ciemności, które, jak to czuł niejasno, zaludnione były jego nieprzyjaciółmi; w tej chwili dostrzegł jakby światło. Miał się rzucić na chybi-trafi, a oto, zawało się, że pochwycił za koniec nitki, która go doprowadzi do labiryntu niegodziwości markiza.
Jak w grze w chowanego, gdy skazany na szukanie, kierowany jest przez współgrających drwiącemi wskazówkami, tak samo Andrzej czuł wewnątrz głos jakiś, wołający mu:
— „Ciepło!“
Oprócz tego pokazało się, że ten niedołęga Gaston, którego stał się mentorem, miał stosunki z tym nędznikiem Dla czegożby nie dało się wyprowadzić z tego jakich wniosków — może bardzo cennych?
— Doprawdy? zapytał, pan jesteś w przyjaźni z markizem Croisenois?...
— Ba... odrzekł interesujący młodzieniec, spytaj się pan Adolfa od Brèbanta... zresztą zaraz zobaczysz sam. Zwłaszcza jestem w bardzo bliskich stosunkach z pewną damą, która go kosztuje niesłychanie wiele... a tymczasem ja... O! to wyborne!.. ale tajemnica!... jak mówi Leoncya!... wielka tajemnica!...
Zatrzymał się. Przez boczne bowiem drzwi wszedł w tej chwili Verminet z markizem.
Henryk Croisenois był w ubiorze porannym, bardzo wykwintnym, modnym, ale nie śmiesznym, tak jak ubiórp. Gandelu syna.
W rękach trzymał wieczne cygaro, a końcem pięknego pręta ze złotą gałką uderzał się po sukiennych spodniach jasno-szaraczkowych.
Jednem spojrzeniem, spojrzeniem, w którem skupił swoją duszę, wszystką inteligencje i przenikliwość, Andrzej objął całą postać markiza, tak żeby jej nigdy już nie zapomnieć, by być w stanie zrobić jego portret po upływie lat dwudziestu.
Minę jego znalazł fałszywą i zdradziecką, a pod pozorami obojętności i sceptycyzmu wyższego towarzystwa zdawało się mu, że dopatrzył rozmyślną chytrość, zimną złośliwość i ową straszliwą determinację ludzi na wszystko gotowych.
Wzrok, zwłaszcza, zdziwił go swoją ruchliwością. Oczy jednak wydały mu się mętne, niespokojne, zastraszone, jak u człowieka, który zrobiwszy coś złego, wie, że powinien wszystkiego się obawiać, że może w każdej chwili i wszędzie spotkać się z niebezpieczeństwem.
— Nie może być, pomyślał Andrzej, by ten człowiek nie był zbrodniarzem.
W odległości pięciu kroków markiz ze swemi starannie utrzymanemi wąsikami wydawał się jeszcze młodym człowiekiem; ale Andrzej poznał, że w rzeczywistości musiał być starszym aniżeli wyglądał.
Pod osłoną umiejętnej toalety, pod cold-creamem i proszkiem ryżowym, artysta widział wyraźnie przekwitłe rysy zużytego libertyna.
Wzruszenia gry, noce spędzone na rozpuście, niespokojności istnienia coraz trudniejszego, zbytek niepomierny, namarszczyły mu czoło, przerzedziły włosy; usta wyblakły, a powieki obrzękły.
Zresztą pan Croisenois zdawał się być w najdoskonalszym humorze. Verminet i on tonem bardzo wesołym kończyli rozmowę zaczętą, lub raczej streszczali ją, jak to się prawie zawsze robi po dłuższej konferencji, w chwili rozstania.
— A zatem, rzecz ułożona, mówił markiz; ja nie mam potrzeby zajmować się sprawą, która tylko mnie i pana dotyczy.
— Zadnej potrzeby!... ja sam dopilnuję!...
— Ale pilnuj się pan!... do licha!... Spóźnienie, nieporozumienie, zapomnienie się może pociągnąć za sobą ważne skutki.
Zalecenie to naprowadziło na poważne myśli Vermineta, gdyż pochyliwszy się ku swemu klientowi, począł mu coś szeptać bardzo cicho do ucha. Ale wkrótce oba się zaśmieli.
Co mówili? Napróżno Andrzej słuch wytężył — ani jednej sylaby nie dosłyszał.
Ale i to już wiele znaczyło, iż wiedział, że ten szlachetny pan i dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ mieli wspólne interesa.
Gaston także nastawiał uszu, bardzo zbity z tropu tem, że go nie dostrzeżono, pomimo głośnych hm! hm!
Wkrótce nie mogąc już wytrzymać, podszedł do markiza Croisenois, zdecydowany przerwać mu wyprostował się i wyciągnął rękę.
— Eh!.. zawołał, przesadzając jeszcze swój szkaradny akcent, kochany markiz!.. A to wyborne. Nigdy nie spodziewałem się spotkać tu pana. A Sara?.. czy zawsze grają u niej?..
Jeżeli markiz był zadowolony ze spotkania, to bynajmniej nie okazał tego. Zdawał się zdumiony, ale nie zbyt przyjemnie. Brwi mu nawet namarszczyły się.
Jednak końcem palców uścisnął lekko podawaną sobie rękę i powiedział tonem wcale niezachęcającym:
— Cieszę się, widząc pana, doprawdy, że się cieszę.
Ale też tyle tylko powiedział. Potem nie bardzo grzecznie odwrócił się tyłem do Gastona i znowu począł mówić do Vermineta:
— Co do reszty, to wszystkie trudności są usunięte; a ponieważ nie ma minuty do stracenia, zobacz się pan dziś jeszcze z Martin-Rigalem i Mascarotem...
Andrzej drgnął. Czy ludzie, o których mówił Croisenois, nie byli jego wspólnikami?.. Wszędzie widział wspólników.
W każdym razie dwa te nazwiska utkwiły mu w pamięci.
— Ojciec Tantaine przychodził dziś rano, odrzekł Verminet. Naznaczył mi na czwartą godzinę schadzkę u pryncypała. Spotkam tam Van-Klopena i pomówię z nim o pięknej pani!..
Markiz ruszył ramionami i wybuchnął głośnym śmiechem.
— Słowo daję zawołał, zapomniałem o tym szatanku!.. a jesteśmy w pełnym karnawale... potrzeba sukień, jedwabiów, koronek... Pomów pan, kochany panie, z Van-Klopenem, pomów... ale wiesz!.. żadnych zbytków!.. Drwię ja sobie teraz. z takiej Sary.
— Rozumiem, odrzekł Verminet, rozumiem. Unikajmy rozgłosu; ale zawsze nagle zrywać niebezpiecznie. Może nastąpić ruch flankowy... likwidacja z tej strony...
— O! z tej strony, odrzekł markiz, nie ma czego obawiać się.
Po raz ostatni uścisnął rękę dyrektorowi „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“ i dodał:
— A więc — do jutra.
Wszystko zostało ułożone. Markiz szybko przeszedł przez salę i oddalił się, lekko kiwnąwszy głową Gastonowi, nie racząc nawet zauważyć obecności Andrzeja, który zresztą o ile mógł, trzymał się w cieniu.
Gaston podszedł do młodego artysty.
— Jaki szyk!.. zawołał, zdumiewający!.. To prawdziwy markız — Julek od Bonnefoy zaręczał mi.. i — widziałeś pan — to mój przyjaciel.
Widocznie zamierzał udzielić wielu jeszcze zajmujących szczegółów o Sarze, gdy przerwał mu Verminet.
— Jestem na usługi panów, zawołał ten zacny finansista. Raczcie wejść... Po tysiąckroć przepraszam!.. Bardzo pilno!... Już pierwsza... a nie byłem na giełdzie!.. kulisa zaniepokoi się!..
Gdy Andrzej i Gaston weszli, starannie drzwi zamknąwszy za sobą, pan Varminet usiadł na krześle.
P. Verminet wygląda lepiej aniżeli jego bióro, i świetniej niż komisanci tego bióra.
Naprzód trzyma się czysto. Postawę jego, podobną do postawy młodych likwidatorów — najwykwintniejszych giełdzistów — bardzo wychwala krawiec.
Czy jest młody, czy stary? Trudno powiedzieć. Nie ma on daty, tak jak pięciofrankówka.
Jest pulchny, rumiany, świeży, jasnowłosy, nosi faworyty angielskie, a przyćmione oko jego przypomina nieco otwór piwniczny.
Wielkiem zadaniem jego jest wydawanie siebie za człowieka poważnego, bardzo poważnego, dokładnie znającego się na wartości wszystkiego. Dla zaoszczędzenia czasu, tego tak cennego kapitału, używa on języka murzynów i telegrafów.
— Niech panowie siadają, powiedział.
Panu Gandela synowi także było spieszno.
— Dziękuję!... odrzekł, nie będziemy natrętni. Jedno tylko słowo... proste słowo. Przeszłego tygodnia pożyczyłeś mi pan pieniądze.
— Tak jest. Żądasz pan jeszcze?
— O, nie!... przeciwnie, przyszliśmy wycofać nasze weksle.
Lekka chmura zasępiła czoło Vermineta.
— Termin dopiero piętnastego przyszłego miesiąca, odpowiedział.
— Mniejsza o to... mam gotówkę, a zatem... pojmujesz pan... Chciej mi więc zwrócić te szpargały...
— Niepodobna.
— Co?... dlaczego?
— Są znegocjowane.
Wyraz ten spadł jak pałka na łeb Gastona.
— Znegocjowane!... wybełkotał słabnącym głosem, znegocjowałeś pan mój podpis!... A! ja to znajduję brzydkiem, bardzo brzydkiem!... Ale nie, to być nie może, pan żartujesz... co?
— Nigdy nie żartuję.
Biedny chłopiec nie mógł wierzyć swym uszom; nie był w stanie wystawić sobie, by to było prawdą. Był ostatecznie zbity z tropu, zmięszany, przerażony.
— Ależ tak się nie robi! zawołał, to nie jest gra!... cofam moją stawkę. Jeżeli podpisałem, to dlatego, iż umówionem zostało, iż weksle te nie wyjdą z portfelu pana, tak pan przyrzekłeś...
— Nie mówię nie; ale przyrzec i dotrzymać, to dwie rzeczy różne. Sprawa ciężka, korzyści niepewne, znalazłem kupca, oddałem weksel.
Wszystko to nie bardzo zdziwił Andrzeja, przeczuwał on mniej więcej coś podobnego. To też widząc, że p. Gandelu syn całkiem traci głowę, uznał, iż teraz jemu wypada odezwać się.
— Za pozwoleniem pana, rzekł do lakonicznego dyrektora, zdaje mi się, że pewne okoliczności... wyłączne... wkładały na pana obowiązek dotrzymania układu.
Verminet skłonił się całą swoją osobą i zamiast odpowiedzi, zapytał:
— Z kim mam honor mówić?
Andrzej, który stawał się coraz bardziej niedowierzającym, w miarę jak się wdawał w tę sprawę, nie uznał za właściwe wymienić swoje nazwisko.
— Jestem, odrzekł wymijająco, przyjacielem pana Gandelu.
— Bardzo dobrze.
— Zaczynam więc. Pożyczyłeś pan memu przyjacielowi dziesięć tysięcy franków.
— Przepraszam pięć tysięcy.
— Andrzej, nieco zdziwiony, zwrócił się do swego towarzysza, który z bladego stał się karmazynowym.
— Co to ma znaczyć? zapytał.
— Żart doskonały!... Powiedziałem panu dziesięć tysięcy, ponieważ reszty potrzebowałem dla Zory, pojmujesz pan?
— Niech i tak będzie, odrzekł młody malarz. A zatem, panie Verminet, dałeś pan pięć tysięcy franków mojemu przyjacielowi na jego podpis. Nic nad to naturalniejszego. Nie tyle już jest naturalnem żeś go pan podmówił do... naśladowania podpisu innej osoby... To, panie, fałszerstwo!...
Verminet zerwał się z krzesła.
— Fałszerstwo!... mruknął, nic o tem nie wiem!...
Ten szczególny bezwstyd wzburzył krew Gastonowi i wyrwał go z głupiego osłupienia, w jakie wpadł był.
— To zawiele... zawołał, to zawiele! Jakto, panie Verminet, więc to nie pan powiedziałeś mi, że dla pańskiej rękojmi osobistej potrzeba panu jeszcze innego nazwiska ponad mojem?.. o!... tak się ze mną nie robi!... Wszakże to pan pokazałeś mi jakiś list i powiedziałeś: „Masz pan, naśladuj mniej więcej ten podpis; jest to podpis Martin-Rigala, bankiera z ulicy Montmartre...“ Ja nie chciałem, a wtedy dałeś mi pan najświętsze słowo, że jestto tylko formalność, która zobowiązuje mię tylko do akuratnego uiszczenia się; że papier ten nie wyjdzie z portfelu pana. A teraz pan zaprzeczasz?.. Nie!... to nie delikatnie... pan mi przykrość robisz.
Szanowny dyrektor słuchał z miną lodowatą.
— Obwinienie kłamliwe!... powiedział w końcu, dowody nie istnieją; towarzystwo nie jest zdolne do czynności karanej przez prawa.
— A jednak, rzeki Andrzej, nie wahałeś się pan puścić ten weksel w obieg! Czyś pan obliczył straszliwe skutki tego złamania słowa?... Cóżby się stało, gdyby fałszywy ten podpis zaprezentowano panu Martin-Rigal?
— Niebezpieczeństwo nieprawdopodobne. Gandelu podpisujący, Martin-Rigal indosant. Weksle, których termin upłynął, zawsze prezentują się podpisanemu na nich.
Gaston począł znowu robić wyrzuty; ale Andrzej dobrze zrozumiał, że dyskusja tu do niczego nie doprowadzi i że najsilniejsze dowody rozbiją się o plan dojrzale obmyślany i ułożony.
Zasadzka była widoczna, ale w jakim celu?
— Dajmy temu pokój, powiedział. Jeden tylko środek pozostaje nam do zapobieżenia niebezpieczeństwu. Trzeba nam zająć się pogonią za wekslami i starać się dopędzić je.
— Rozsądnie.
— Ale aby to zrobić, trzeba byś pan nam raczył powiedzieć, komu go odstąpiłeś?
Verminet ruszył ramionami, co oznaczało najzupełniejszą nieświadomość.
— Nie wiem, odrzekł, zapomniałem.
Andrzej zrobił mocne postanowienie być cierpliwym, zachować spokojność, nie okazać nawet wzruszenia.
Ale siły ludzkie mają swe granice. Powoli ożywił się. Beznamiętność tego zimnego łotra, niezmierny jego bezwstyd, sam tryb mówienia oburzał go tak dalece, iż zapomniał o swem postanowieniu.
— Otóż, ja, panie... powiedział głosem stłumionym, świadczącym o powstrzymywanem najgwałtowniejszem rozjątrzeniu. ja wzywam pana, we własnym jego interesie, abyś energicznie odwołał się do swej pamięci...
— Pogróżki?...
— ...Uprzedzając przytem pana litościwie, że jeżeli ona go zdradzi, to będzie to prawdziwie przykrem dla pana, tak jest, na honor!...
Nie było co łudzić się względem znaczenia słów młodego malarza; Verminet nie łudził się.
— Zaraz poszukam, tu niedaleko, odrzekł.
Wstał, licząc na to, że się wymknie, ale Andrzej rzucił się ku drzwiom.
— Znajdziesz pan, nie wychodząc ztąd, powiedział, i, do wszystkich piorunów, znajduj prędko!...
Najmniej dwie minuty stali jeden naprzeciw drugiego, nieruchomi, mierząc się wzrokiem, oceniając. Verminet, pozieleniały od strachu i okropnie zmieszany, Andrzej drżący od gniewu, z blademi ustami i rozpłomienionem okiem.
— Jeżeli ten nędznik ruszy się, pomyślał w duchu Andrzej, wyrzucę go za okno.
— Ten człowiek zbudowany jest jak Herkules, pomyślał w duchu Verminet, a jaka mina!... gotów zrobić mi co złego.
Przyszła mu myśl przywołać na pomoc komisantów, ale odrzucił ją z powodów, których Andrzej przypuszczać nie mógł.
Czując się złapanym, postanowił ustąpić, więc uderzywszy się w czoło, zawołał:
— Głowę stracił!.. wskazówka jest tu.
I pobiegłszy do biurka, wyjął z jednej szuflady grubą agendę, którą począł przerzucać z pospiechem.
Andrzej nie stracił z oczu żadnego jego ruchu. W końcu Verminet powiedział:
— A!... jest!... Weksel Gandelu i Rigal, franków pięć tysięcy, odstąpiony Van-Klopenowi, krawcowi damskiemu, zapłacony gotówką, komisowe otrzymane.
Młody malarz milczał.
Ze słów markiza Croisenois do wiedział się, że Verminet był w stosunkach z krawcem Van-Klopenem i bankierem Martin-Rigal.
Jakie zatem stało się, że Verminet kazał Gastonowi sfałszować podpis Martin-Rigala, i dlaczego mianowicie sfałszowany weksel odstąpił Van-Klopenowi?
Niepodobna było widzieć w tem prosty traf... musiał jakiś tajemniczy związek istnieć między tymi trzema ludźmi a markizem Croisenois.
— No i cóź P zapytał w końcu dyrektor „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“, pan kontent?
— Czy tylko Van-Klopen będzie miał jeszcze to weksle, mruknął Gaston.
— Nie wiem.
— To nic, rzekł Andrzej, powie nam gdzie się one znajdują. Chodźmy Gastonie.
Wyszli, a jak tylko znaleźli się na ulicy, młody artysta, wziąwszy pod rękę swego towarzysza, pobiegł z nim prawie w kierunku ulicy Grammont.
— Nie chcę, powiedział, dawać Verminetowi możność uprzedzenia tego drogiego. Chcę spaść na Van-Klopena jak bomba.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.