Niewolnicy paryscy/Część IV/XXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdy Andrzej pozbywszy się nakoniec młodego Gastona, stanął przed panem Gandelu, przeraził się ogromną zmianą, jaką dostrzegł w jego rysach.
Szczera i wesoła zwykle twarz jego, miała teraz wyraz głębokiego smutku i upadku na duchu. Był strasznie blady; krew uderzyła ma tylko na powieki, zaczerwienione i napuchłe, dolna warga obwisła.
Płakał, a od obcierania łez rękawem porobiły mu się czarne plamy na twarzy.
Ale gdy się ukazał Andrzej, szkliste oko pana Gandelu rozjaśniło się i wstał z krzesła.
— A, to pan, zawołał smutnym głosem; cieszy mię to, że pana widzę! Niech będzie błogosławiony szczęśliwy traf, który go ta sprowadza.
Andrzej smutno zwiesił głowę.
— Nie bardzo to szczęśliwy traf, odrzekł.
Wtedy dopiero przedsiębiorca zauważył jego niezwykłą powagę i zmarszczone czoło.
— Co panu jest, Andrzeju? zapytał żywo, czy zdarzyła się panu jaka przygoda?
— Zagraża mi wielkie nieszczęście.
— Panu?.. cóż to pan mówisz?
— Niestety!.. prawdę. A wynikiem tego nieszczęścia dla mnie, może być rozpacz... śmierć.
Blada twarz przedsiębiorcy nagle poczerwieniała.
— Święty i dobry Boże!.. zawołał gniewnie, czyż niemasz Opatrzności!.. Co ona robi? Czyż zawsze udziałem uczciwych i sprawiedliwych ludzi będzie cierpienie!.. Łotry i źli tryumfują, powodzi się im, szczęście dla nich jest tylko...
Zatrzymał się i utkwiwszy wzrok w Andrzeja, powiedział po chwili:
— Jestem twoim przyjacielem, mój chłopcze i chcę być ci przydatnym.
— Właśnie, z pełnem zaufaniem przychodzę prosić pana o wyświadczenie mi jednej usługi.
— A!.. myślałeś o mnie!.. Dobrze! to mię cieszy. Daj mi rękę, Andrzeju, lubię czuć twoją lojalną rękę w mojej; to mi przywraca nieco życia... mów!..
Młody artysta przez niejaki czas zbierał myśli.
— Jest to tajemnica mego życia, powiedział w końcu tonem uroczystym.
Pan Gandelu nic na to nie odrzekł, ale pieścią potężnie uderzył się w piersi, a ruch ten był lepszą rękojmią jego dyskrecji aniżeli największe przysięgi.
Andrzej zatem nie wahał się już i przemilczawszy tylko nazwiska, opowiedział zajmującą a prostą historję swojej miłości, swe zamiary, nadzieje i skończył dokładnem przedstawieniem swego obecnego położenia.
Gdy młody artysta skończył mówić, panGandelu zapytał go:
— Co mogę zrobić dla pana?
— Przyzwolić na to bym robotę, którą mi pan powierzyłeś, ustąpił jednemu z moich przyjaciół. Pozornie zachowam kierownictwo i odpowiedzialność za wykonanie, w rzeczywistości zaś będę tylko prostym robotnikiem... Taka kombinacja da mi swobodę i zarazem środek do zarobienia w kilku godzinach tyle bym mógł żyć.
— I to pan nazywasz wielką usługą?
— Panie...
— Cicho!... przerwał mu przedsiębiorca z udawanem brutalstwem. Rób sobie pan z przedsiębiorstwem co ci się spodoba, rozumiem — i z domem także... Rozwal go sobie, jeżeli ci to zrobi przyjemność. Za kogo to mnie masz? Kiedy stary ojciec Gandelu pokocha kogo, mój chłopcze, to nie w połowie; a taki człowiek pokochany może rozrządzać jego osobą i workiem...
Żywo zerwał się i otworzywszy wielką żelazną skrzynię, stojącą w rogu gabinetu, wyjął z niej pęk bankowych biletów i położył przed Andrzejem, mówiąc:
— Do wojny, takiej jak pan przedsiębierzesz potrzeba pieniędzy, wiele pieniędzy.. Oto są. O!. nie marszcz pan brwi!... Oddasz mi je kiedy zechcesz.
Przychylność tego zacnego człowieka, który zapominał o własnych swoich troskach, by zająć się sprawą obcą, rozczuliła Andrzeja do łez.
— Ależ ja nie potrzebuję pieniędzy, zaczął wzruszonym głosem, mam niejakie oszczędności...
P. Gandelu ruchem nakazał mu milczenie.
— Weź pan te dwadzieścia tysięcy, powiedział; zachęcisz mnie tem do wyznania jakiej usługi zamierzałem żądać od pana, gdym posłał prosić byś zaszedł do mnie.
Odmówić, znaczyłoby to okazać dumę wcale nie na swojem miejscu. Andrzej przyjął i czekał.
Przedsiębiorca usiadł w fotelu i wsparłszy rękę na biórku a na niej czoło, zdawał się zagłębiać w najboleśniejsze rozmyślania.
— Mój kochany Andrzeju, zaczął wreszcie głosem stłumionym, mogłeś, będąc u mnie niedawno, zmierzyć cały ogrom mego nieszczęścia. Mój syn jest nędznik i przestałem go szanować.
Młody artysta domyślał się, że będzie mowa o Gastonie.
— Ma on wielkie wady, odpowiedział, ale jest młody.
P. Gandelu gorżko się uśmiechnął.
— Mój syn, odrzekł, jest stary jak występek. Zastanawiałem się nad tem i osądziłem go. Wczoraj zagroził mi, że się zabije... Oni zabić się!... zanadto jest nikczemny — i nie tego obawiam się. Przestrasza mię to, że w końcu zhańbi moje imię.
Andrzej zadrżał. Pomyślał o fałszerstwie, do którego przyznał się ten młody hultaj.
— Aż do dzisiejszego dnia, mówił dalej przedsiębiorca, byłem niegodnie pobłażliwy. Teraz już zapóźno okazywać surowość. Więc ustąpię. Ten biedny głupiec zakochał się do szaleństwa w niecnej kreaturze, imieniem Róża, którą wpakowałem do więzienia. Jestem zdecydowany oddać mu ją... Zgadzam się także na popłacenie jego długów. Jest to nikczemność, ja to czuję... ale jestem jego ojcem... nie szanuję go już... ale zawsze kocham... Rozdarł mi serce, ale strzępy do niego należą...
Młody malarz milczał, przerażony cierpieniem, jakie zdradzała ta okropna rezygnacja.
— Nie łudzę się, zaczął znowu po chwili p. Gandelu, mój syn jest zgubiony. Ja mogę tylko próbować powstrzymać zgubę. Jeżeli ta Róża nie jest istotą ostatecznie przewrotną, to możnaby zużytkować jej wpływ na tego nieszczęśliwego. Ale kto się podejmie układów?... Kto wymoże na moim synu szczere wyznanie, ile ma długów?... Andrzeju! liczę w tem na pana.
— I nie zawiedziesz się pan. Dziś jeszcze pomówię z panem Gastonem, a z Różą jak tylko zostanie wypuszczona na wolność.
Przystanie na to, by zająć się ratunkiem młodego Gastona, było ze strony Andrzeja czynem poświęcenia bohaterskiego, w chwili gdy nie było zanadto całej siły jego inteligencji, by pracować nad sprawą własnego zbawienia.
Oderwać myśl swoją od Sabiny, zagrożone, najokropniejszem nieszczęściem, jakie może dosięgnąć młodą dziewczynę, zdawało mu się prawie zbrodnią. Potrzebował, by się zdobyć na to, energicznego wytężenia swej woli.
Jednak, pomimo że prawdziwa namiętność jest w wysokim stopniu egoistyczną, uznał, że winien tak sobie postąpić z tym uczciwym człowiekiem, który tak wspaniałomyślnie oddawał mu do rozporządzenia tak ważny i tak potężny żywioł powodzenia, którego mu właśnie brakowało.
Usiadł więc przy panu Gandelu i z zimną krwią poczęli naradzać się, jak należy postąpić.
Ostrożność, a nawet udawanie było niezbędne.
Ostatnie wypadki tak zdemoralizowały młodego Gastona, że wszystko można było wymódz na nim. Ale należało spieszyć. Jasnem było, iż gdyby tylko domyślał się prawdziwego usposobienia ojca, to natychmiast nadużyłby go.
Ułożono się więc, że Andrzej będzie miał zupełną swobodę działania i że przedsiębiorca pozornie nigdy nie ustąpi, tylko na jego prośby.
Tym sposobem spodziewał się władzę ojcowską, której słabość była udowodnioną, zastąpić władzą obcą, nową, która zdoła nakazać dla siebie uszanowanie i wzbudzać obawę.
Młody Gaston był więcej upadły na duchu bardziej zrozpaczony, aniżeli nawet Andrzej przypuszczał. Z nie wysłowioną niespokojnością, przechadzając się po dziedzińcu, oczekiwał on powrotu swego ambasadora.
Jak tylko ujrzał go na progu domu, natychmiast pobiegł ku niemu.
— No, i cóż? zapytał, co papa mówi?
— Ojciec pana, odrzekł Andrzej, jest bardzo oburzony. Jednak mam niejaką nadzieję, że wymogę na nim pewne ustępstwa.
— Każe wypuścić Zorę?...
— Być może.
Dowcipny młody człowiek wykrzyknął wesoło.
— To mi szansa!...
I zrobi wszy kilka podskoków, dodał:
— Zaraz kopię jej powóz na ośmiu resorach!...
Andrzej przewidywał coś w tym rodzaju.
— Powoli, kochany panie, powiedział; hamuj się pan. Gdyby ojciec słyszał pana, Zora naraziłaby się na pozostanie tam, gdzie jest teraz...
— Cóż znowu?...
— Tak, tak. Bądź pan pewny, że ojciec nie odda mu Zory, ani nie popłaci długów, jak tylko, gdy mu pan przyrzeczesz zmienić swój tryb postępowania i być rozsądniejszym na przyszłość.
— O!.... co się tyczy przyrzeczenia — owszem!
— Ja tak sądzę... i ojciec jest tegoż zdania. Dla tego też w zamian za te ustępstwa, zażąda więcej aniżeli przyrzeczenia... zażąda rękojmi.
Wyraz ten widocznie oziębił radość Gastona.
— Co?... zapytał, rękojmi?... to mi się podoba! Czyż moje słowo nie wystarczy? Jakichże to rękojmi papa wymaga?
— Szczerze powiedziawszy panu — nie wiem. My sami musimy je wynaleźć. Potem, jeżeli będą mogły być przyjęte, zaproponuję je w imieniu pana, a pan Gandelu przyjmie je niezawodnie.
P. Gandelu syn spojrzał na Andrzeja z komicznem zdziwieniem.
— A to doskonałe!... krzyknął drwiąco. Więc pan możesz zrobić z papą co zechcesz?...
— Nie... ale jak pan odgadłeś, mam pewien wpływ na niego. Czy chcesz pan dowodu? Wyjednałem u niego sumę dla wykupienia wiadomych panu wekslów...
— Wekslów Vermineta?
— Tak sądzę... Mówię o tych, na których byłeś pan tyle nieoględny, żeś podrobił podpis...
Oczy młodego człowieka zamigotały.
Okropnie go dręczyła ta sprawa. Gdy myślał o niej, czuł się jak na rozżarzonych węglach.
Pojmował, że mogła pociągnąć za sobą skutki przerażające, których nie odwróci ani wpływ, ani majątek ojca.
— Jakto?... zawołał, klaszcząc w ręce. papa popuścił worka?... wyborna rzecz!... Dawaj pan, dawaj!...
Ale Andrzej drwiąco potrząsnął głową.
— Za pozwoleniem, powiedział, mam rozkaz wydania pieniędzy dopiero po otrzymaniu wekslów. Formalnie mi to nakazano. Ale jeżeli nic pana nie zatrzymuje, weksle te możemy wycofać dziś jeszcze, zaraz. Im prędzej tem lepiej.
Młody Gaston nie odpowiedział na razie. Wykrzywienie wyrażające zawód, zastąpiło tryumfujący uśmiech.
— A to brzydka rzecz!... zawołał wreszcie. Dziękuję za zaufanie. A z papy starowina przebiegły.
Ale zdecydował się.
— Zresztą, dodał, ponieważ nie można inaczej... chodźmy... Wezmę tylko okrycie, panie Andrzeju, i zaraz mu służę.
Wyraźnie pilno mu było, gdyż nie upłynął kwadrans, a powrócił wystrojony.
— To przy ulicy Saint-Anne, powiedział biorąc Andrzeja za rękę; pójdziemy tam piechotą, co?...
Rzeczywiście tak było. Verminet przy ulicy Saint-Anne umieścił „siedzibę towarzystwa“ — wyrażając się stylem jego cyrkularzy — „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“, którego jest jedynym naczelnym dyrektorem.
Dom, który wybrał i ozdobił marmurową tablicą ze złoconym napisem, nie wyglądał ponętnie. Przechodzący spojrzawszy przypadkiem na jego poczerniałe ściany, zatłuszczone firanki i brudne a zapylone okna, zapytują sami siebie:
— Jakiego też rodzaju przemysł zagnieździł się tu?
Pomysł Vermineta nie łatwo określić.
„Towarzystwo wzajemnych zaliczek,“ jak utrzymują prospekta, założone jest jedynie w celu dostarczenia kredytu tym, którzy go już nie mają i pieniędzy takim samym.
Pomysł wielce filantropijny, ale trudny do przeprowadzenia w praktyce.
Sposób operowania Vermineta, który on nazywa swoim „systemem finansowym,“ jest wszakże bardzo prosty.
Jeżeli biedny zrujnowany kupiec, w przeddzień bankructwa, zgłasza się do towarzystwa — Verminet pociesza go, każe podpisać weksle na żądaną sumę i daje mu w zamian... inne weksle, podpisane przez innego kupca, tak samo zrujnowanego i bliskiego bankructwa jak pierwszy.
I każdemu z nich mówi:
— Pan nie znajdziesz pieniędzy na swój podpis. Ale oto jest podpis, równający się złotu w sztabach, który pan zeskontujesz tak łatwo, jak bilet bankowy.
Potem najspokojniej bierze komisowe, płatne w gotówce, w stosunku dwóch od sta od całej sumy na jaką weksle były podpisane.
Takim, którzy nie poprzestają na jednym podpisie, daje dwa, trzy, cztery... O! nie bardzo w to wgląda!
Zkąd Verminet bierze klientów?
Łatwo to sobie wytłumaczyć, wiedząc na co zdobyć się może biedny handlujący, prześladowany przez widmo bankructwa, gdy straci głowę... chwyta on wszelki podpis, jak tonący słomkę.
Czasami taka wymiana podpisów udaje się na jaki dzień. Ten, którego sytuacja jest znaną, znajduje kredyt na podpis tego, którego położenie znanem nie jest. Dzień wypłaty bywa tem straszniejszy.
To pewna, że ktokolwiek wchodzi do Vermineta z jaką taką nadzieją poprawienia sobie interesów wychodzi ztamtąd zgubiony bezpowrotnie.
Jest to jedna dopiero strona operacyj „Towarzystwa wzajemnych zaliczek.“
Dochody jego najznaczniejsze pochodzą z 828cherki nierównie gorszej jeszcze.
Prowadzi ono obroty tak zwanemi „efektami cyrkulacyjnemi, które przerażają i do rozpaczy przyprowadzają bank francuski. Wszyscy kulisjerowie wiedzą o tem, że towarzystwo prowadzi handel podpisami na wekslach. Niemasz syndyka, któryby nie był pewny, że Verminet fabrykuje weksle zmyślone i należytości fałszywe dla użytku bankrutujących.
Mówią, że Verminet grubo zarabia.