Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część IV/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XX.

W milczeniu, z pochyloną głową, ukrywając pod dwuznacznym uśmiechem złość wewnętrzną, Catenac usiadł przy biurku stręczyciela.
Rozłożył swą książkę do notat, wziął ołówek i rzekł:
— Czekam.
Mascarot znowu zajął ulubione swe miejsce przed kominkiem.
W jednej chwili rysy jego całkiem się zmieniły. Nie był to już stowarzyszony, odbywający naradę, ale władca nieograniczony, który wydaje rozkazy i nie znosi, by roztrząsano jego wolę.
Wyjął z kartonowego pudełka kilkanaście świstków, na których studjowaniu przepędzał życie i rozsunął je w ręku ze zręcznością gracza.
— Nastaw-że uszy, adwokacie, powiedział.
Potem zwróciwszy się do Pawła, dodał ostro:
— A pan staraj się nie stracić ani jednej sylaby.
Tylko Hortebize uśmiechał się, jak gdyby domyślał się co nastąpi.
— Powiedzieliśmy zatem, zaczął stręczyciel, że dziś mamy czwartek. Rozporządzisz się tak, adwokacie, by rozpocząć operacje pojutrze, to jest W sobotę. Czy podejmujesz się namówić księcia Champdoce i Perpignana, by w tym dniu pojechali do Vendome?
— O!... bardzo prawdopodobnie...
Mascarot, zawsze tak cierpliwy i spokojny, teraz gwałtownie tupnął nogą.
— Dość tych wykręcań się, zawołał, potrzebuję czegoś stanowczego. Czy jesteś pewny, że namówisz te dwie osoby? Tak czy nie?
— Więc... tak.
— To co innego. Więc w sobotę wyjeżdżacie. Przybywszy do Vendome, stajecie w Hotelu Pocztowym.
— Hotelu Pocztowym.... mruknął Catenac, tonem pisarza, powtarzającego ostatnie podyktowane wyrazy.
Stręczyciel nie zwrócił na to uwagi, ale Hortebize niecierpliwił się.
— Można się założyć, mówił dalej Mascarot, że w dniu waszego przyjazdu nie przedsięweźmiecie nic. Będziecie musieli wypocząć, rozpatrzeć miejscowość i zasięgnąć języka. Zresztą będzie to niedziela.
Jednak w tym dniu udacie się razem do domu podrzutków, aby odnowić zapas waszych wiadomości. Przełożona, kobieta światowa, najlepsza w świecie, chętnie będzie się starała być wam pożyteczną.
Od niej znowu otrzymacie rysopis dziecka, którego szukacie i dokładną datę jego ucieczki.
Powie wam, że 1856. roku 9. września, wieczorem dostrzeżono ją.
Powie, że w owym czasie był to chłopiec słuszny i dobrze zbudowany, o twarzy rozumnej, oku żywem, pulchny, rumiany, pełen zdrowia, lat dwunastu i pół, ale wydawał się, jakby miał piętnaście najmniej.
Przełożona uwiadomi was, że ten mały hultaj, uciekając, miał na sobie spodnie wełniane w pasy niebieskie i białe i bluzę z szarego płótna, na głowie czapkę bez daszka, a na szyi czarną chustkę w białe cętki.
Dalej, zawsze dla ułatwienia wam poszukiwań, zrobi uwagę, że niezawodnie urwis ten, bardzo przezorny, zabrał z sobą chustkę w kratki czerwone, białą bluzę, spodnie szare sukienne i parę nowych trzewików.
Adwokat z podełba ciekawie przypatrywał się stręczycielowi.
— Oho!... powiedział, doskonale jesteś poinformowany.
— Nieźle, odrzekł obojętnie Mascarot.
Szanowny stręczyciel ciągnął dalej:
— Powróciwszy do hotelu — i wtedy dopiero — rozumie się, że złożycie rade dla zastanowienia się nad planem kampanii. Ja przyjmuję ten, który zaproponuje Perpignan.
— Znasz go?
— Tak sądzę. Zaproponuje on wam podzielić okolice Vendome na kilka części i kolejno zwiedzać wszystkie domy w każdej.
— Projekt wydaje mi się rozsądnym.
— Jest nim. Ty pozostawisz inicjatywę Perpignanowi wpływu twego będziesz używał tylko dla zmodyfikowania wykonania. Zrobisz uwagę, że podział jest już zrobiony i że najprostszą rzeczą będzie zwiedzenie naprzód wszystkich gmin, a potem kantonów okręgu. Na poparcie twego zdania zażądasz jeograficznego słownika Bescherella i doradzisz by iść w porządku przez niego wskazanym. To jest zwiedzicie naprzód gminę Areines, potem gminę Azé, potem Marcilly... ale to więcej niż potrzeba.
— Areines, powtarzał Catenac, jak echo, Azé, Marcilly...
Mascarot przerwał sobie, pochylił się ku adwokatowi i palcem lekko dotknąwszy mu ramienia powiedział:
— Zanotuj, dobrze zanotuj porządek, w jakim wyliczam, wszystko od tego zależy.
— Bądź spokojny, już napisano; dalej...
Stręczyciel potakująco kiwnął głową.
— Gdy ułożycie sobie porządek, mówił dalej, niezawodnie przyjdzie wam na myśl wynaleźć kogo takiego, ktoby wam służył za przewodnika.
— Naturalnie.
— Przywołacie zatem właściciela Hotelu Pocztowego i poprosicie go, by wam wskazał człowieka znającego dobrze okolice Vendome na pięć do sześciu mil wokoło. Tu, mój przyjacielu, pozostawisz cokolwiek trafowi, nie mogąc uczynić inaczej. Można założyć się o sto przeciw jednemu, że właściciel hotelu zaleci wam niejakiego Fregot, którego używa do rozmaitych posyłek. Ale być może także, że wybór jego padnie na kogo innego. W takim razie, ty powinieneś zręcznie zażądać naszego człowieka...
— Fregota?
— Tak jest, pisz F, r, e, g, o, t... Ale pewno, że wam na niego wskażą.
— Cóż mu powiem?
— Wcale nic. On sam wie co ma robić, rola jego jest określona jeszcze dokładniej niż twoja... Ale nie potrzebujecie znać się.
Wszystko to było tak jasne, tak dokładne, że słuchacze Mascarota nie mogli powstrzymać okrzyku podziwu.
Sam Catenac wypogodził czoło. Instrukcje te, dawane z takim autorytetem talentu, przypominały mu przeszłość, młodość, owe błogie czasy, kiedy pożerany chciwością, a bez grosza, ślepo był posłusznym naczelnikowi straszliwego stowarzyszenia.
— Po uporządkowaniu tych czynności przedwstępnych, zaczął znowu stręczyciel: w poniedziałek rano rozpoczniecie pochód od gminy Areines, pod przewodnictwem Fregota. Ty, o ile będzie można, trzymaj się na dalszym planie, kierownictwo, a zatem i odpowiedzialność pozostaw Perpignanowi... ale koniecznie zrób tak, by książę wam towarzyszył.
Jak się weźmiesz do rzeczy?... eh!... bardzo prosto, po głupiemu, tak jak robi policja w podobnych razach.
Zgłosicie się naprzód do władz miejscowych... Te nic nie będą wiedziały. Potem będziecie chodzić od drzwi do drzwi, od domu do domu, wypowiadając mieszkańcom sentencję, zawczasu przygotowaą... coś prostego, a zrozumiałego. Tak naprzykład:
„Moi przyjaciele, szukamy pewnego chłopca; dziesięć tysięcy franków nagrody temu kto nas naprowadzi na jego ślad. W roku 1856. około miesiąca września musiał on przechodzić tędy, uciekłszy z domu podrzutków w Vandome. Czy kto z was nie przyjął go do siebie?... może kto rozmawiał z nim?... Dziesięć tysięcy franków wyliczymy gotówką!... Chłopak miał trzynaście lat, ale wydawał się piętnastoletnim itp. itp.“
Adwokat przerwał stręczycielowi.
— Zaczekaj, powiedział, niech napiszę... trudno wynaleść coś lepszego.
— Ispisał co mu Mascarot podyktował.
— W poniedziałek, mówił stręczyciel dalej, otrzymacie same nic nie znaczące odpowiedzi. Nie znajdziecie nic we wtorek, ani przez trzy dni następne. Ale w sobotę, uzbrój się przeciw zdziwieniu. W tym dniu Fregot wprowadzi was do wielkiego folwarku, zupełnie odosobnionego, nad brzegiem jeziora, a który w okolicy nazywają „Białym Słupem. Gospodaruje w nim niejaki Lorgallin, przy pomocy swej żony i dwóch synów.
Zacnych tych ludzi znajdziecie zapewne przy stole. Zaproszą was także; wy przyjmiecie zaproszenie.
Ale przy pierwszych wyrazach waszej przemowy zobaczycie, że twarze ich zmieniają się. Żona dzierżawcy poblednie i zawoła podnosząc ręce do góry:
— Matko boska! Lorgellinie! ci panowie mówią zapewne o naszym biednym Bez-Ojca!...
Od czasu, jak począł rozwijać ten plan, tak dokładnie obmyślany, Mascarot, zdawało się, że urósł na sześć stóp; jakiś duch przewrotności oświetlał jego rysy, zwykle tak nic niewyrażając.
Tryb jego wykładu był dobitny, ruchy pełne pewności, głos mimowolnie przenikał do głębi duszy i wzbudzał tam przekonanie, jakie ożywiało i mówiącego.
Mówił o wypadkach mających dopiero nastąpić, przypuszczalnych, uległych wszelkim możebnym ewentualnościom; ale rozwijał je z taką jasnością, z taką nieubłaganą logiką, że sam zdawał się przejęty poczuciem rzeczywistości.
— Jakto? żona dzierżawcy powie to? zawołał Catenac zdumiony.
— To, a nie co innego. A potem zaraz mąż jej wyjaśni wam, że nadał nazwę Bez-Ojca jednemu nieszczęśliwemu chłopakowi, którego pewnego poranku znalazł drżącego od zimna nad rowem przydrożnym, zabrał z litości i trzymał u siebie.
Powie wam, że właśnie było to w r. 1856. na początku września.
Wy zechcecie dać mu jego rysopis, a on wam zamknie usta i sam go wypowie, słowo w słowo tak jak wy.
Jeżeli macie rozum, to będziecie bardzo uważać na księcia Champdoce. Niepodobna by to niespodziane szczęście nie wywarło na nim niebezpiecznego wrażenia.
— A potem?...
— Potem, Lorgellin pocznie wam wychwalać dzieciaka. Opowie jaki był łagodny i roztropny: jak cały folwark napełniał wesołością, tak że dzierżawca żadną miarą nie mógł zdobyć się na odprowadzenie go do domu podrzutków w Vendome, chociaż czuł dobrze, że to było jego obowiązkiem.
Potem będzie słyszeć jak cała rodzina, matka i dwaj synowie — chłopy lat dwudziestu pięciu, lub sześciu — pocznie potwierdzać pochwały dzierżawcy. Taki zuch był z tego Bez-Ojca, taki sprytny!... W trzynastym roku pisał jak notarjusz... pokażą wam nawet jego pismo w jednej książce. Ale w końcu matka Lorgellin, ze łzami w oczach, opowie wam, że to dziecię, tak lubione, było niewdzięcznem i że następnego, 1857. roku, także koło miesiąca września opuściło rodzinę, która je przygarnęła.
Tak jest, opuściło, aby pójść z kuglarzami, którzy dniem przedtem, w niedzielę, dawali na wsi przedstawienie i których trąby i wyszywane trykoty rozpłomieniły jego młodą wyobraźnię.
Rozczuli was ubolewanie tych zacnych ludzi. Lorgellin nie będzie ukrywał przed wami, iż czynił rozmaite kroki dla odzyskania Bez-Ojca, że nawet chodził na jarmark do Chateau-Renault, na drugi wtorek w październiku, a raz nawet aż do Blois. Napróżno!...
Na zakończenie przedstawią wam pozostałości po chłopcu, jego ubranie, bluzę niedzielną, nową czapkę, którą mu nie na długo przedtem kupiono...
Jeżeli Catenac czekał na rozwiązanie, to pewno nie na takie; niezadowolenie jego wyraziło się tak komicznie, że zacny Hortebize nie mógł powstrzymać się od wykrzyknika:
— A... spadłeś z porządnej wysokości! co?
— Przyznaję to, ale wyznam także, iż nie widzę co nam z tego przyjdzie, gdy wysłuchamy całej historji tego Lorgelina.
Mascarot zrobił ręką poruszenie, oznajmujące, że prosi o cierpliwość, potem mówił dalej:
— Pozwólże mi skończyć...
W takiem położeniu, ty, bezwątpienia, byłbyś bardzo zakłopotany, ty adwokat paryski. Co się tyczy labiryntów, to ty znasz tylko prawne.
Ale Perpignan, który zna policyjne sposoby poszukiwań, nie będzie wahać się ani chwili, zaręczam ci.
Zobaczysz jak rozweselony oświadczy wam, że od chwili, kiedy trzyma koniec nitki, podejmuje się rozmotać cały kłębek nie zerwawszy jej i doprowadzić was aż do chłopca, jeżeli ten żyje, albo do jego mogiły, jeżeli umarł.
— Hm... może masz Perpignana za zręczniejszego, aniżeli jest rzeczywiście.
— Wcale nie!.. Każde rzemiosło ma swoje prawidła. To, co będzie miał do zrobienia jest abecadłem rzemiosła prywatnych przedsiębiorców poszukiwań, jeżeli mam mu nadać tytuł, jakiego używa w swych cyrkularzach.
Zresztą, gdyby zabłądził, stracił drogę, to przecież ty będziesz tam, by go naprowadzić na dobry trop rozumie się delikatnie. Ale on nie zbłądzi jestem tego pewny!
Pierwszym jego krokiem będzie to, że zaprowadzi was do merostwa w Azé, w którem leży folwark Biały Słup.
Tam zażądacie wykazu osób przejeżdżających i wykazów kart pobytu z roku 1857.
Wykazy to będą wam wydane; przejrzycie je i przekonacie się, że we wrześniu 1857. roku przejeżdżała i przebywała w Azé trupa artystów-kuglarzy, składająca się z dziewięciu osób i udająca się w dwóch brykach, pięcią końmi z Wersalu do Tours, pod dyrekcją niejakiego Vigoureux, zwanego „konikiem polnym.“
Catenac znowu wziął się do pisania, ołówek jego bystro suwał się po papierze.
— Powoli... powiedział, powoli, nie mogę nadążyć.
Po chwilowym przestanku, stręczyciel mówił dalej:
— Po dokładnem zbadaniu wykazu przekonacie się, że we wrześniu nie przejeżdżała przez Azé żadna inna trupa kuglarzy. A z tego wywnioskujecie, że mały Bez-Ojca musiał koniecznie powędrować z tą trupą, i na wszelki wypadek zanotujecie sobie rysopis konika polnego wypisany na marginesie wykazu. Rysopis ten będzie zawierał następujące pożyteczne wskazówki:
Vigoureux, urodzony w La Bourgonce (Wogezy), lat 47, wysokość 1 metr 72 centymetry, oczy małe, szare i zezowate. Cera smagła. Znaki szczególne drugi palec lewej ręki odcięty do pierwszego stawu.
Jeżeli z tem wszystkie weźmiecie jakiego innego kuglarza za niego, to już doprawdy nie bardzo z was mądrzy ludzie.
— Gdybym ja tylko miał go szukać... nruknął Catenac.
— Ależ będziecie mieli Perpignana, a to jest jego rzemiosłem. Zobaczysz jak zebrawszy notaty w merostwie, będzie się on pysznił, nadymał, jak głupiec, któremu się zdaje, że wykonywa jakie arcydzieło. Tonem pełnym powagi oświadczy on wam, że operacje w okolicy Vendome są już ukoń czone i że dalsze poszukiwania można robić tylko w Paryżu.
Ty zatwierdzisz to. Pozwolisz twemu szlachetnemu klientowi wynagrodzić, jak mu się spodoba Fregata i Lorgellina, ale ułożysz rzecz tak, by książę powrócił razem z wami.
Nie można, by sam tam pozostawał. Niewiadomo, co mogłoby się wydarzyć...
— O! sądzę, że mu pilno będzie wrócić.
— Ja także. W Paryżu zręczny Perpignan zaprowadzi was prosto na ulice Jerozolimską, gdzie powie wam, że niezawodnie Vigoureux musi mieć swoją osobną tekę, jak wszyscy wędrowni artyści.
W prefekturze naprzód odeszlą was z kwitkiem. Policja — i doprawdy, że to wielkie szczęście — bardzo jest skąpą w udzielaniu dokumentów, które posiada, i nie daje bynajmniej wyjaśnień pierwszemu lepszemu.
Ale jedno słowo księcia Champdoce do prefekta otworzy wam wszystkie szuflady jej.
Poczną szukać, i za jaki tydzień uwiadomią was, że artysta Vigoureux był w r. 1864. skazany na dwa lata więzienia za razy i rany, że zaszczytnie odsiedział karę i że obecnie, zostając jeszcze pod dozorem, zmienił profesję i trzyma handel win w okolicach dawnej rogatki Etoile, na rogu ulicy Dupleix.
— Zaraz!... zawołał adwokat, niech zanotuję ten adres.
Nie bez słuszności Catenac powiedział: „zaraz.“ Mascarot bowiem, mniej przywiązując wagi do tych instrukcyj, spieszył się.
Mówił dalej:
— Przyszedłszy na ulicę Dupleix, od jednego rzutu oka poznacie waszego Vigoreux. Jest to szkaradny brutal, którego jedno nazwisko Bez-Ojca rozwścieczy. Oświadczy on wam, że rzeczywiście ten mały rozbójnik był w jego trupie około dziesięciu miesięcy.
Był to, powie wam, łotr bardzo zdolny, ale dumny jak pan i leniwy niesłychanie. Rzeczywiście miał tylko wyraźne usposobienie do muzyki i lubił tylko starego Alzatezyka, imieniem Fryc, który był naczelnikiem orkiestry w trupie.
Stary ten i młody chłopak tak sobie podbechtali wyobraźnię, iż pewnego dnia drapnęli razem z towarzystwa, pozostawiając je w wielkim ambarasio.
Naturalnie, że zapytacie, co się stało ze starym Frycem, a Vigoureux pocznie wam wymyślać. Ale ty, jako adwokat, zagroź mu małem zaskarżeniem za podchwytywanie dzieci — i Vigoureux od razu zmięknie jak rękawiczka. Poprzysięgnie wam, że zaraz się zabierze do odszukania go.
Nie upłynie ośmiu dni, a już Vigoureux uwiadomi was że nakoniec znalazł Fryca i że wy znajdziecie go także w szpitalu Saint-Magloir, gdzie udało mu się zostać przyjętym.
Dawno już Catenac, uśmiechnięty Hortebize i nawet Paweł Violaine stracili wszelkie illuzje.
Dawno już, zwłaszcza doktor i adwokat, przestali się dziwić wszelkim niespodziankom przy swem awanturniczem życiu.
A jednak z rzeczywistem zdumieniem słuchali tych rozmaitych zwrotów i przejść w poszukiwaniach, pozornie tak prostych, wysnuwających się, jakby same z siebie, ale które dla nich świadczyły o niepospolitej znajomości wszystkich stosunków społecznych, szczególniejszej przenikliwości i niezrównanem pojmowaniu wszelkich środków, jakie przedstawia cywilizacja.
— Fryc, zaczął znowu Mascarot, jestto szczwany lis, jak wszyscy Alzatczycy zresztą, osłaniający pozorami dziecinnej prostoty południową chytrość, połączoną z normandzką przebiegłością.
Znajdziecie w St. Magloir starca drżącego, jak światełko, które zgaśnie lada chwila, osądzicie go jako gadułę, który zupełnie prawie stracił głowę.
Powiedz księciu Champdoce, by mu tylko w połowie wierzył.
Alzatczyk ten opowie wam strasburgskim akcentem, we trach rozmoczonym, ile robił poświęceń dla swego małego ulubieńca, opowie, ile razy on, Alzatczyk, pozbawiał się tytuniu i „sznapsu“ by opłacić lekcje kompozycji i fortepianu za biednego Bez-Ojca.
Bo przysięgnie wam, że zamierzał oddać go do konserwatorjum. Poznał w chłopcu zdolności zdumiewające i żył nadzieją, iż z czasem ujrzy go wielkim kompozytorem, jak Weber, albo Mozart.
Jestem pewny, że te łzy krokodyle rozczulą twego szlachetnego klienta. Ujrzy on swego syna wyrwanego z błota nędzy, i to bez obcej pomocy, jedynie siłą swego geniuszu. Będzie mu się zdawało, iż poznaje w nim krew Dompairów Champdoce...
Podchwycić prawdziwą myśl Mascarota jest rzeczą trudną, prawie niemożebną.
Od trzech kwadransów Catenac, ten artysta w sztuce przewrotności, wysilał się na odgadnięcie tego sfinksu w okularach, a wiedział tyle co i w pierwszej minucie.
Dokąd zmierzał stręczyciel? kiedy był szczerym? kiedy drwił, a kiedy mówił serjo? Co należało przyjąć, a co odrzucić z jego planu?
Od tego mogła się zbić z tropu domyślność największa.
— Dalej, dalej, mówił adwokat, czas uchodzi, a wszystko co mi opowiadasz wyniknie z samych faktów...
Jedno spojrzenie Mascarota, spojrzenie ironiczne i zarazem jakieś litościwe, któremu towarzyszyło ruszenie ramionami, powstrzymało uwagi adwokata.
— Charakter dziecinny, mruknął stręczyciel, głupi i uprzedzony, zuchwały i trwożliwy, zły i przewrotny.
A głośno dodał:
— Z faktów, mój kochany, wyniknie tylko to, co ja zechcę... i jeżeli twoja domyślność odgaduje rozwiązanie, to pozwól, że wszystko objaśnię naszemu młodemu przyjacielowi, Pawłowi Violaine, którego rola będzie więcej skomplikowana, aniżeli twoja.
Zniecierpliwiony temi przerwami i liczący na efekt końcowy, doktor gniewnie spoglądał na Catenac’a.
— Ale Alzatczyk Fryc, mówił dalej stręczyciel, rozczuli was głęboko opowiadaniem zmartwienia, jakiego doznał w dniu w którym malec czując się dość silnym, aby lecieć dalej o własnej odleciał, pozostawiwszy go samego, w mocy smutku, bez chleba.
„— Bo porzucił mnie samotnego w mojej nędznej norze, tak będzie jęczał, a sam przeniósł się do wspaniałego hotelu przy ulicy Arras-Saint-Victor, do pięknego pokoju, dokąd sprowadził sobie fortepian. Talent jego poczynał przynosić mu owoce; miał dwóch uczniów płacących po trzydzieści franków miesięcznie, a wieczorem grywał na kontrabasie w jednym lokalu.“
Zmęczy was to opowiadanie starego Fryca, pierwej aniżeli on przestanie wynurzać swe żale, tem bardziej, że pod temi skargami dopatrzycie zawiść obrażonej chciwości i chybioną nadzieję wyzyskiwania; w końcu wszakże nadmieni, iż obecne swe dobre położenie zawdzięcza „temu małemu niewdzięcznikowi.“.
Naturalnie, że książę da mu dowód swego zadowolenia; potem popędzicie na ulicę Arras całą szybkością waszych koni.
Tam zawiadowca hotelu, gderliwy, powie wam, że mija już cztery lata, jak pozbył się tego artysty, jedynego, który miał śmiałość wleźć do takiego zakładu. Ale przy niejakiej zręczności i po wsunięciu mu w rękę dwudziestu franków, dowiecie się o nazwisku i adresie jednej z owoczesnych uczennic artysty, pani Grodorge, wdowy, przy ulicy Saint-Louis.
Ta kobieta, jeszcze bardzo ponętna, odpowie wam, mocno rumieniąc się, iż nie zna teraźniejszego pomieszkania swego nauczyciela, ale że przedtem mieszkał on przy ulicy La Harpe pod nr. 57.
Z ulicy La Harpe poszlą was na ulicę Jacob, nakoniec ztamtąd wyprawią na ulicę Montmartre, róg ulicy Joquelet...
Zacny stręczyciel przerwał sobie by odetchnąć, uśmiechając się tym śmiechem bezgłośnym, który zwykle zapowiada rychle i szczęśliwe rozwiązanie żartu.
— Uspokój się, przyjacielu Catenac, zaczął znowu, tam się skończą wasze wędrówki. Odźwierna z ulicy Montmartre, matka Brigot, najgadatliwsza z odźwiernych, z wielką własną przyjemnością opowie wam, że „artysta“ trzyma dotąd swój kawalerski apartament, ale go już nie zajmuje.
— Bo miał szansę, doda, co mnie mocno cieszy; przed miesiącem ożenił się z córką bogatego bankiera z naszej ulicy, która się w nim za kochała, z panną Martią-Rigal.“
Catenac musiał zapewne przewidywać coś podobnego, nie mógł jednak nie wykrzyknąć.
— No, proszę!...
— Tak jest, odrzekł skromnie Mascarot. Książę Champdoce, drżąc z nadziei, zabierze was z sobą do naszego przyjaciela bankiera Martin-Rigal. A tam znajdziecie... naszego młodego protegowanego, tu obecnego, Pawła, który został szczęśliwym mężem pięknej Flawii.
Wyprostował się, poprawił okulary, które mu się zsunęły nieco w skutek szybkiego poruszenia i zwróciwszy się do Catenaca, powiedział:
— No, mistrzu, bez urazy, przekonaj, że masz spryt i pokłoń się szczerze Pawłowi-Gontranowi markizowi Champdoce!...
Rozwiązanie takie doktor Hortebize bez wątpienia przewidywał. Znał sztukę, gdyż miał udział w jej opracowywaniu; ale pomimo to był nią zajęty, ni mniej ni więcej jak prosty autor dramatyczny, obecny na jeneralnej próbie swego dramatu.
— Brawo!... zawołał klaszcząc w dłonie, brawo, Baptysto!...
Paweł, chociaż był uprzedzony, padł na krzesło; głowa mu się zawracała, serce ściskało.
— Dobrze... zawołał Mascarot dźwięcznym głosem, tak jest!... przyjmuję pochwały bez skromności i pychy. Przyjmuję, bo powodzenie jest pewne, bo nie potrzebujemy obawiać się nawet tego niedojrzanego ziarnka piasku, od którego wywracają się czasami najlepiej kierowane wozy.
Przedłożyłem wam moje kombinacje, studjujcie je, a jeżeli dostrzeżecie jaką wadliwość, wskażcie mi ją — poprawię.
Kto jest naszym najcenniejszym narzędziem? Perpignan. Otóż, ten cymbał próżny będzie nam służył, sam nie wiedząc o tem. Tak jest, będzie nam służył z tem lubem przekonaniem, które zresztą wmówi w niego Tantaine, iż krzyżuje plany Mascarota.
Czy książę będzie mieć jakie podejrzenie, kiedy sam będzie szedł tym labiryntem, i po takich drobnostkowych poszukiwaniach, które trwać będą około dwóch miesięcy, i po zebraniu tylu dowodów? Nie.
A mam jeszcze jeden projekt, aby z umysłu jego usunąć cień nawet wątpliwości. Gdy dojdzie do celu, zmuszę go, że pójdzie wstecz tą samą drogą.
Kolejno poprowadzi Pawła do wszystkich punktów, gdzie pozostały ślady jego syna i nabierze jeszcze silniejszego przekonania.
Pawła, zięcia bankiera Martin-Rigal, męża Flawii, poznają przy ulicy Montmartre i przy ulicy Jacob i przy ulicy La Harpe; powitają go po imieniu przy ulicy Arras-Saint-Victor. Fryc rzuci się w objęcia „swego małego“. Vigoureux przypomni mu jego zdumiewające zdolności do koziołków. Nakoniec Lorgellinowie przycisną do serca swego kochanego Bez-Ojca.
Tak będzie, mój adwokacie, bo ten trop, po którym pójdziecie, ja sam utworzyłem. Ponieważ wszyscy ci ludzie, począwszy od matki Brigot aż do Lorgellina, to moi ludzie; trzymam ich, są to moi niewolnicy, nie mogący mieć innej woli oprócz mojej.
Ośmiel się więc teraz twierdzić, przyjacielu Catenac, że tryumf nie jest zapewniony, i że nie możemy od dziś już podzielić się dwunastu milionami rodziny Champdoce!...
Catenac wstał powoli.
— Uwielbiam, Baptysto, powiedział twoją cierpliwość i twój geniusz Tak jest, na honor! Tylko... niestety!... i tu jest tylko!... Jednem słowem wywrócę cały ten gmach twoich nadziei... tak być musi.
Catenac mógł być tchórzem, którego przejmowała obawa skompromitowania fortuny, nabytej ceną niesłychanych nikczemności; mógł być zdrajca, gotowym bez wahania wydać swoich wspólników, dla wyjednania tem własnej swojej bezkarności...
Niemniej jednak był człowiekiem niepospolitej przezorności, nieocenionym doradcą, który dawniej w wielu sprawach dowiódł swej wartości.
To też doktor Hortebize nie mógł ukryć przykrego drżenia, słysząc jak oświadczał z całą stanowczością, iż należy zrzec się wszelkiej nadziei.
Ale stręczyciel nie stracił swego tryumfującego uśmiechu.
— Mów rzekł do adwokata.
— Otóż, Baptysto, stary mój kolego, odpowiedział Catenac, nie uda ci się wyprowadzić w pole księcia Champdoce.
Mascarot spojrzał na niego z ubolewaniem.
— Czyś tylko pewny, odrzekł, że ja zamierzam jego właśnie wyprowadzić w pole? Któż ci powiedział, że w tem wszystkiem ty tylko jeden nie jesteś oszukany? Czyś szczerze postępował z nami? Nie. Dlaczegoż ja nie miałbym szachrować?... Czy mam zwyczaj zwierzać się tym, którym nie ufam? Czy Perpignan podejrzywa role, którą mu przeznaczam? Dla czegoźby w celu, którego nie upatrujesz, ja nie miałbym ukrywać właśnie przed tobą tego, że Paweł, którego tu widzisz, jest rzeczywiście dziecięciem, którego szukacie?...
Streczyciel mówił z taką powagą, był to człowiek, który, aby dojść do celu. gotów był chwycić się sposobów tak szczególnych, że Catenac, zmieszany, szeroko otworzył oczy i milczał.
Przebiegły adwokat nie miał ani czystego sunmienia, ani spokojności umysłu. Zdrada jego była jasna jak dzień — dla czegoźby więc i stowarzyszeni nie mieli go zdradzać? Kto mu zaręczy, że aby zemścić się, nie zrobili na niego jakiej chytrej zasadzki, w której utopi swe pieniądze, swą skradzioną reputację, a może nawet wolność?...
W jednej sekundzie niespokojny jego umysł zmierzył wszystkie te możebności.
Ale napróżno zastanawiał się nad wszelkiemi rozwiązaniami, jakie tylko mógł sobie wyobrazić — nie dostrzegł ani cienia niebezpieczeństwa dla siebie.
— Pragnąłbym, odrzekł przychodząc nieco do siebie, pragnąłbym dla nas samych, aby Paweł był rzeczywiście tym, co mówisz... Jednak bardzo o tem wątpię. Czyż sam nie wyznałeś mi zupełnie co innego? Zresztą do czego tyle zabiegów? Tylko... wiedz o tem na pewno i stanowczo, że książę ma najnieomylniejszy sposób wykrycia podejścia.. Co chcesz? tak się to w życiu dzieje. Okoliczność najbłahsza, najgłupsza, wystarczy dla rozbicia najuczeńszych kombinacyj i obrócenia w nic cudów geniuszu.. Nie znam takiego cudownego pomysłu, który by ostał się przeciw faktowi.
Stręczyciel ruchem przerwał swemu wspólnikowi.
— Paweł jest rzeczywiście synem ks. Champdoce, odpowiedział.
Co to miało znaczyć?.. Catenac domyślił się komedji i uzna ją za dziecinną, śmieszną, głupią.
— Tak mówisz? zapytał. W takim razie pozwól mnie samemu przekonać się o prawdzie.
— O!.. ile chcesz!.. o to mniejsza!..
Adwokat przybliżył się do Pawła i z pewną żywością powiedział:
— Chciej pan wstać i zrób mi tę grzeczność, zdejm twój surdut.
Mascarot i doktor Hortebize spojrzeli po sobie jakby porozumiewając się, a potem oba uśmiechnęli się ironicznie.
Doktor Hortebize, oprócz tego, odetchnął długo i głęboko, jako człowiek, którego pierś pozbyła się odrazu ogromnego ciężaru.
— Jeżeli tylko tyle, mruknął, no!.. to wszystko skończy się tylko na strachu. Gmach trzyma się teraz mocniej, niż kiedykolwiek...
Paweł jednak wahał się i wzrokiem zapytywał Mascarota.
— Zrób zadość, moje kochane dziecię, rzekł stręczyciel, spełnij żądanie naszego przyjaciela...
Paweł zdjął surdut i położył go na poręczy krzesła.
— Teraz, dodał Catenac, podnieś pan prawy rękaw koszuli, wysoko, aż do ramienia...
Zaledwie młody człowiek spełnił to żądanie, zaledwie adwokat spojrzał na ramię, odwrócił się do swych wspólników i powiedział:
— To nie on!
Ku niesłychanemu jego zdumieniu, Mascarot i Hortebize wybuchnęli głośnym śmiechem.
— Nie, upierał się adwokat, nie, to nie jest syn opuszczony przez księcia Champdoce, i książę pozna to lepiej niż ja... Śmiejecie się!.. bo nie wiecie...
— Dość tego przerwał stręczyciel.
I zwracając się do doktora, dodał: Wytłumacz naszemu lojalnemu przyjacielowi, powiedział, że i my wiemy nie mało...
Zacny doktor przybliżył się z miną dwuznaczna, na poł uroczystą, na pół drwiącą, jaką zwykle przybierał, wystawiając swoim klientom zalety i korzyści homeopatji.
— A więc mistrzu Catonac, powiedział, biorąc za rękę Pawła, utrzymujesz, że to nie jest ten, za kogo go podajemy, ponieważ nie widzisz na ręku pewnych znaków, o których ci mówiono...
Byłyby już teraz te znaki, gdybyś, jako lojalny wspólnik, wykrywszy naszą nieświadomość, uprzedził nas o niej.
Znajdą się one w dniu, w którym Paweł będzie przedstawiony księciu Champdoce; będą widoczne, namacalne tak, że przekonają najniewierniejszego Tomasza...
— Jakto, chcesz...
— Pozwól mi skończyć. Jeżeli Paweł, w dzieciństwie, kiedy miał zaledwie kilkanaście lat, oblany został wiadrem gorącej wody, co spowodowało ranę gnojącą się, to dziś miałby na ramieniu szeroką bliznę, której natura i szczególna forma świadczyłaby o pochodzeniu; to jest mielibyśmy bliznę o trzech odgałęzieniach; środkowe, głębokie byłoby na ramieniu, a pomniejsze szłyby, zwężając się po plecach i grzbiecie, według fizycznych praw rozlewania się płynu gorącego, spadającego z góry. Oprócz tego mielibyśmy tu i ówdzie lekkie blizny, rozmaitych rozmiarów, okrągławe, przedstawiające krople spadłej gorącej wody...
Catenac potakiwał głową i ręką.
— Tak, tak, mówił, zupełnie tak...
— Otóż słuchaj:
— Wiesz co zrobię, rozstawszy się z tobą?
— Zaprowadzę Pawła do mnie, do mojego gabinetu konsultacyjnego. Położę go na znajdującem się tam „łożu boleści“ i uspić chloroformem... bo nie chcę by poczciwy chłopiec cierpiał... Do trzymania gąbki będę miał Baptystę. Gdy Paweł będzie należycie uśpiony, obnażę mu ramię i przyłożę na skórę kawałek flaneli, poprzednio namoczonej w pewnym płynie, zrobionym według przepisu mnie wiadomego... Eh eh!... miałem kiedyś talencik! Sądzę, że zbytecznem jest mówić ci, że ten kawałek flaneli, znajdujący się w tej chwili w jednej szufladzie mego biórka, został przezemnie artystycznie wykrojony, tak, aby jak najdokładniej przedstawiał kapryśne zarysy rany, wynikającej z oparzenia. Kilka małych kawałków przedstawi krople do złudzenia wiernie.
Gdy taki kompres jątrzący wywrze pożądany skutek, to jest po upływie ośmiu do dziesięciu minut, odejmę go, obandażuję, według mojej metody, ranę, obudzę Pawła... i siądziemy do obiadu z najlepszym apetytem.
— Ty zrobisz to?...
— Za godzinę. Jeżeli lubisz dobrze podjeść to chodź z nami; będzie bażant i sandacz. A przytem i operacja ciekawa. Zobaczysz prześliczną bliznę...
Mascarot zacierał sobie ręce.
— No!... zapytał Catenaca, całkiem ogłupiałego, co na to powiesz?
— Powiem, odrzekł adwokat, że pomysł jest szatański...
— O!...
— Ale, te zapominacie o jednym szczególe.
— Naprzykład?
— A tak. Nie obliczyliście, że tylko czas jedynie nadaje bliźnie pewną powierzchowność...
— Trarararara!... przerwał doktor, oto co ci na to odpowiem:
1. Gdybyśmy potrzebowali tylko czasu: trzy miesiące, sześć miesięcy, rok, nawet więcej, to o tyle oddalilibyśmy chwilę, w której książę Champdoce odszuka swego syna.
To zrobić możemy — nieprawdaż?
2. Podejmuję się, ja, Hortebize, nim upłynie dwa miesiące, przedstawić wam, dzięki pewnemu sposobowi bandażowania, bliznę białą, stwardniałą, jak mówili nasi starzy podoficerowie, niewystarczającą wprawdzie dla oszukania profesora medycyny sądowej, ale wystarczającą dla przekonania człowieka światowego i nawet zwyczajnego lekarza... Widzisz bo, mój kochany, homeopatja to śliczna rzecz...
Adwokat rozmyślał. Przedstawiono mu tyle szans powodzenia, iż teraz gorżko sobie wyrzucał swe wahanie, które niezawodnie będzie mu policzone w chwili rozpłaty.
W jego małych oczach, zwykle zimnych i ponurych, teraz błyszczał ogień chciwej duszy, rozpłomieniony tą cudowną cyfrą: dwanaście miljonów.
— Tem gorzej!... zawołał z uniesieniem na teraz szczerem, do djabła wszystkie przesądy, skrupuły i niepokoje. Jeżeli zginiemy, to w sprawie, która warta zachodu. Moi przyjaciele! liczcie na starego Catenac’a, on jest wasz z duszą i ciałem. Schylam się przed wami i upokarzam. Jesteście silni, a ja jestem tylko głupiec.
Na ten raz spojrzenia, które wymienili między sobą Mascarot i Hortebize, nie miały nic dwuznacznego.
— Nakoniec trzymamy go, pomyśleli.
— Ale podzielimy się, wszak prawda? dodał adwokat. Przybywam najpóźniej, jestem robotnikiem ostatniej godziny, ale moja robota jest ważna, delikatna, bezemnie nic nie poradzicie.
— Dostaniesz twoją część, odpowiedział wymijająco stręczyciel.
— Chcę by była równą waszej.
— Niech i tak będzie.
— Będziesz ją widział!... mruknął przez zęby doktor.
Ale wykrzyknik ten przeszedł niepostrzeżony. Z uniesieniem najczulszej przyjaźni trzej wspólnicy uścisnęli sobie ręce, zdecydowawszy ostatecznie zgubę rzeczywistego spadkobiercy księcia Champdoce.
— Teraz, zaczął znowu adwokat, jeszcze jedno wyjaśnienie. Czy jesteście pewni, że książę nie ma innych jeszcze sposobów poznania syna?
— Tej pewności nie mamy, ale tego niepodobna przypuszczać... Książę nie widział nawet dziecięcia, gdy się urodziło. Uniesiono je nim księżna przyszła do siebie.
— Ale Jan je widział, a Jan żyje jeszcze. Ma ośmdziesiąt siedm lat, sam zdziecinniał prawie; ale gdy idzie o rodzinę Champdoce, której poświęcał więcej niż życie, powraca mu cała inteligencja...
— Więc cóż?
— Jan, jak wiecie, sprzeciwiał się wszelkiemi siłami substytucji. Czy nie można przypuszczać, iż przewidział wypadek, gdy książę dozna wyrzutów sumienia?...
Twarz stręczyciela spoważniała.
— Myślałem o tem, rzekł; ale jak się dowiedzieć?...
— Ja się dowiem!... zawołał Catenac. Jan ufa mi; ja go wybadam.
Niepodobna było poznać zimnego Catenac’a rozruszał się, okazywał gorliwość, jak wszyscy którzy tylko co przystąpiwszy do interesu, sądzą że zaraz staną się przydatnymi.
— Z tej strony, powiedział, wszystko już ułożone. Ale z drugiej?.. Kto mię zapewni, że nikt nie pozna Pawła?
— Ja, który wiem jak nędza go osamotniła ja, który tymczasem wysłałem do św. Łazarza metresę, którą miał, piękną Różę. Ty ją znasz Catenac, przeciw niej to namówiłeś przedsiębiorcę Gandelu do wytoczenia skargi. Przez chwilę byłem niespokojny, wiedząc, że Paweł ma protektora, którego nie znałem... Ale protektor ten wyście odgadli go pewno to hrabia Mussidan, zabójca jegoojca, ponieważ Paweł jest synem Montlouis’a.
— Konkluzja rzekł doktor, nie ma czego obawiać się.
— Nie ma. Niech Catenac robi swoje; ja podejmuję się wyrobić Pawłowi dokumenta, potrzebne do ożenienia się z Flawią Martin-Rigal. A wierzcie mi, że wśród tych zabiegów nie zaniedbam i innej operacji, i że przed upływem miesiąca Henryk Croisenois puści w świat nasze towarzystwo i zostanie mężem Sabiny Mussidan.
Nadeszła noc i wspólnicy zaledwie mogli widzieć własne twarze.
— Nieźlebyłoby pójść na obiad, zauważył doktor.
I zwróciwszy się do protegowanego przez stowarzyszonych, dodał:
— No, Pawle, w drogę.
Ale Paweł nie ruszył się z miejsca i wtedy dopiero zauważano, że biedny chłopak był na pół omdlały. Musiano mu skronie skropić wodą, aby przyszedł do siebie.
— Jakto? zawołał doktor, od jednej myśli o małej operacji, której nawet nie poczujesz, już ci się źle robi?...
Paweł smutno potrząsnął głową.
— To nic to, odrzekł.
— Cóż więc?
— To, zaczął znowu ze drżeniem, że on istnieje, ja znam go, wiem gdzie się znajduje.
Wspólnicy myśleli, że Paweł oszalał.
— Kto — on?... zapytali.
— On... syn księcia Champdoce!
Piorun, uderzający w ajencję stręczeń, nie wywołałby takiego przerażenia.
— Zaraz, zaraz, odezwał się Mascarot, który pierwszy odzyskał zimną krew. Wytłumacz się!... co chcesz powiedzieć?
— To, że ostatnie szczegóły, przytoczone przez pana, rozjaśniły mi rzecz... i dla tego to źle mi się zrobiło... Znam młodego człowieka, dwudziestu trzech lat, który oddany był do domu podrzutków w Vendome, który uciekł ztamtąd mając dwanaście lat, który na ramieniu ma bliznę od oparzenia, z czasów, gdy był w terminie u garbarza.
— To on... zawołał Catenac.
— A gdzież jest ten młody człowiek? zapytał żywo stręczyciel, co robi? jak się nazywa?
— Jest rzeźbiarzem, nazywa się Andrzej, mieszka...
Przerwało mu straszliwe zaklęcie Mascarota.
— Miljon piorunów!... ryknął wściekle, oto już trzeci raz ten przeklęty artysta staje między nami a naszym celem!... ale to już będzie po raz ostatni przysięgam!...
Catenac i Hortebize pobledli.
— Co chcesz zrobić? zapytali.
Dzięki ogromnemu wysileniu stręczyciel odzyskał pozory zimnej krwi.
— Nic nie chcę robić! odrzekł. Tylko, wiecie: ten Andrzej jest ornamentystą i rzeźbi fronty domów, często niezmiernie wysokich... Czyi nie słyszeliście, że życie takich ludzi, pracujących jakby w powietrzu, często wisi na włosku?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.