Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część IV/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tem miejscu nagle urywał się rękopism Mascarota.
Paweł Violaine położył na stole gruby zeszyt, mówiąc tonem dość zdziwionym: — I to wszystko?...
Czas był już zresztą skończyć; przy ostatnich stronnicach zabrakło mu prawie głosu.
Pomimo, że się spieszył, upłynęło nie mniej nad sześć godzin na czytaniu tego opisu nędzy, szaleństw i zbrodni świetnego domu Champdoce.
Wypoczywał wszystkiego tylko kwadrans, i to obowiązany był za tę przerwę Baaumarehef’owi, który zawezwał szanownego stręczyciela do załatwienia pewnego interesu ajencji, nie cierpiącego zwłoki.
Prawda, że zachęcała go surowa i ciągła uwaga słuchaczów.
Ani Catenac, ani zacny doktor Hortebize nie pozwolili sobie najmniejszej uwagi. Nie odważyli się na najmniejsze poruszenie.
Co do Mascarota, to ten słuchał z pozornem zadowoleniem autora, delektującego się własnem dziełem. Ale w rzeczywistości, podczas gdy wychylony na fotelu w błogim spokoju obracał palcami, biegłym wzrokiem z po za okularów uważał jakie wrażenie historja sprawia na słuchaczach.
Wrażenie było wielkie, takie jakiego spodziewał się.
Czytanie ukończyło się już od niejakiego czasu, a Paweł, Catenac i Hortebize spoglądali na siebie ze zdumieniem i nie bez pewnego przerażenia. Każdy z nich silił się objąć myślą fakta, które go najwięcej zajęły.
Wszyscy zapytywali się z jakich powodów Mascarot zatrzymał się nagle, w chwili, gdy wypadało zakończyć i wyprowadzić wnioski.
Catenac, którego położenie w stowarzyszeniu było tak fałszywem, pierwszy rozpędził ciężką atmosferę domysłów, ciążącą nad obecnymi.
— Eh! eh! zawołał, uśmiechając się przymuszenie, zawsze mówiłem, że nasz przyjaciel, Baptysta, zrodzony na literata. Jak tylko weźmie za pióro, natychmiast stręczyciel znika, a występuje poeta. Zapowiedział nam notaty, pamiętniki, a dał romans.
Zacny Hortebize patrzał na adwokata niedowierzającem okiem.
— Czy naprawdę myślisz, że to romans? zapytał.
P— rzynajmniej co do formy...
Doktor ruszył ramionami.
Mascarot podczas tej rozmowy wstał i oparł się o kominek. Poprawił okulary ruchem sobie właściwym, który zawsze zapowiadał stanowcze wyjaśnienie.
— Lepiej niż kto inny, powiedział, Catenac powinienby ocenić i... zasmakować w tem co jest rzeczywistego w powyższem opowiadaniu; adwokat, doradca szlachetnego księcia Champdoce, to jest tego samego Norberta, którego opowiedziałem wam młodość.
— O! nie zaprzeczam treści! rzekł żywo Catenac.
— Czemu zaprzeczasz?
— Na serjo niczemu. Pozwoliłem sobie zażartować tylko z formy, cokolwiek... jakby to powiedzieć?... cokolwiek romansowej — ot i wszystko. Byłożby to zbrodnią?
— Nie, odrzekł zimno stręczyciel, na twojem miejscu to tylko głupota.
Zawsze jak tylko Catenac ściągnął na siebie jakikolwiek wyrzut mistrza, poczciwy doktor zachwycał się.
— Schowaj to do kieszeni, adwokacie, powiedział teraz.
Ale Mascarot nie był usposobiony do żartów.
— Catenac powiedział tonem nie bardzo przyjaznym, otrzymał pewne zwierzenia od swego szlachetnego klienta. Ale nam ich nie udzielił. Według jego zdania, według tego co wiedział, my narażaliśmy się na zgubę, i patrzał na to, ten czcigodny przyjaciel, zachwycony tem, że przecież pozbędzie się nas.
Adwokat chciał protestować, ale stręczyciel zatrzymał go ruchem i mówił dalej:
— Dla anatoma dość jednej kości, aby odtworzyć szkielet całego zwierzęcia. Ze mnie byłby lichy dostrzegacz, gdybym przechodząc od ilości znanych do nieznanych, nie był w stanie odtworzyć dokładnej historji ludzi, których studjuje od tylu lat. Wierzcie jednak, żem nie bardzo wysilał wyobraźnię. Rękopism mój jest odwzorowaniem. Nawet tę formę cokolwiek za-romansowa nie mnie należy wyrzucać, ale kobiecie... hrabinie Mussidan, pani Dianie..
— Hrabinie Mussidan?
— Tak jest, kochany adwokacie, a także Norbertowi... Jestem pewny, że ustępy, które zwróciły twoją uwagę, są ich pióra. Ja je tylko przepisałem; uczucia ich wyrażone są własnemi ich słowami... To cię dziwi?...
— Zdawało mi się...
— Co?... więc zapomniałeś o korespondencji podchwyconej u pani Mussidan?... To kobieta wielce dbała. Zachowała ona nietylko listy Norberta, ale i swoje własne, które jej Norbert zwrócił...
— I mamy je?
— Wszystkie. Od razu podchwyciliśmy i pytania i odpowiedzi. Cały romans w listach i romans znakomity... Te coście słyszeli, jest tylko słabem streszczeniem.
Zacny Hortebize spojrzał z uwielbieniem na Mascarota.
— Teraz, zawołał, pojmuję trwogę pani Mussidan. A ja obwiniałem cię o nieostrożność, Baptysto!... O! masz słuszność! z taką bronią w ręku na wszystko możemy odważyć się... Pani Mussidan odda rękę swej córki, Sabiny, komu zechcemy.
Ale Mascarot nie miał czasu cieszyć się z tego małego tryumfu.
— To jeszcze nie wszystko, powiedział. Miałem, dla wyjaśnienia sobie niektórych ciemnych ustępów, głównego instygatora całej tej intrygi — Daumana...
— Prezydenta!... on żyje jeszcze?...
— Doskonale. To nasz człowiek, ty go znasz nawet!... nie jest wprawdzie pierwszej młodości, powłóczy nogami, wzrok ma krótki, ale mózg w zupełnym porządku.
Catenac głęboko się zamyślił.
— Co ty prawisz, mruknął zdumiony, co ty prawisz...
— Powiem ci jeszcze, że cała relacja o pojedynku i śmierci tego dzielnego Croisenois spisana została ze słów Karoliny Schimel... Rzeczywiście kobieta ta zamierzała, opuściwszy Paryż, jechać do swego krewnego do Ameryki... Ale dojechała nie dalej jak do Hawru. Wdzięki i słodkie słowa pewnego majtka, z którym poznajomiła się w drodze, zmieniły nagle jej postanowienie... Do póki były pieniądze, dane przez Jana, majtek był najprzyjemniejszym z ludzi. Ale potem znikł, wraz z ostatnim biletem bankowym.
Zrozpaczona i doprowadzona do najszkaradniejszej nędzy, Karolina powróciła do Paryża. Umierała z głodu.... Zgłosiła się do księcia Champdoce. Ten czuł się złapanym; dopomógł jej i cztery czy pięć razy próbował zapewnić jej jakiekolwiek stanowisko. Ale wszystkie podobne usiłowania rozbiły się o bezładne życie Karoliny.
W końcu książę zdecydował się na to, żeby być obdzieranym z dnia na dzień; przyjmując może ten wstyd jako karę...
Co do Karoliny, to trudno sobie wystawić jej życie. Czasami, zdjęta wyrzutami sumienia, przyjmuje miejsce i pracuje przez tydzień... Ale rychło przyzwyczajenie do próżniactwa bierze górę i biegnie po pieniądze do pałacu Champdoce.
Jednak wiernie dotrzymała tajemnicy i gdyby nie fatalne zamiłowanie w kieliszku, wątpię, by Tantainowi udało się wydobyć z niej choć jedno słowo.
Zdawało się, że Mascarot mówił raczej do siebie a nie do swoich wspólników. Rzekłbyś, że zajęty jest zbijaniem pewnych zarzutów, jakie mu stawiał własny jego umysł.
— To pewna, mówił ciszej, że Karolina Schimel z natury nie jest zła. Tajemnica, którą podchwyciła, przyniosła jej nieszczęście. Owe pieniądze, tak łatwo zarobione, popsuły ją. O ile ją pojmuję, to jeżeli, przebudziwszy się, przypomni sobie o zwierzeniach, jakie się jej wyrwały po pijanemu, to gotowa zaryzykować wszystko i uprzedzić księcia Champdoce.
Usłyszawszy to Catenac podskoczył na krześle zaklął.
— Kroćset-tysięcy djabłów!.. w takim razie!..
Stręczyciel pogardliwie ruszył ramionami.
— Znowu, powiedział, nabijasz sobie głowę przywidzeniami!...
— On to nazywa przywidzeniem!...
— Rozumie się. Czyż byłbym tak spokojny jak mię widzisz, gdybym upatrywał choć cień niebezpieczeństwa? Zastanowiwszy się należycie, cóż nas może obchodzić to, co powie Karolina? Kogo obwini, że jej wyłudził tajemnicę? Starego pisarza od komornika, nazwiskiem Tantaine. Jakże możesz przypuszczać, aby książę, twój szlachetny klient, znajdował jakiś łącznik między tym człeczyną a szanownym mistrzem Catenac’iem.
— Rzeczywiście, trudnoby to było.
— Powiedz niepodobna, dorzucił Hortebize. Nie licząc tego, że przy najmniejszym alarmie Tantaine zniknie jak djabeł w czarodziejskiej sztuce... i nic się po nim nie zostanie...
Przyjacielskiem skinieniem głowy Mascarot potwierdził słowa doktora.
— Zresztą, dodał, napróżno zapytuję sam siebie, dlaczego mielibyśmy obawiać się ks. Champdoce? Czyż nie jest on tak samo w naszej mocy, jak wielbiona przez niego niegdyś hrabina Mussidan? Zdaje mi się, że mamy jego listy. Czyż nie wiemy coby się znalazło, gdyby dobrze poszukać w jego ogrodzie? A zauważcie, że tożsamość szkieletu łatwo byłoby udowodnić. Croisenois, gdy znikł, miał przy sobie około tysiąca franków w złocie portugalskiem; fakt ten zanotowany jest w protokole śledztwa, które wówczas się odbywało.
Łatwo było poznać z rysów Catenaca, że usposobienie jego zmieniało się, w miarę jak mu przedstawiano, iż wszystko ujdzie bezkarnie.
— Tak mi prawicie, powiedział z udaną opryskliwością, jakbym nie był w zależności od was! Czyż nie muszę iść z wami chcąc nie chcąc?
— Idzie nam o to byś czynił to chętnie.
Adwokat zdawał się namyślać przez chwilę, potem nagle wstawszy podał rękę stręczycielowi.
— Będę postępował lojalnie, powiedział, masz moje słowo. Przedstaw nam twój plan, a zaraz ci powiem, czego się dowiedziałem od księcia Champdoce.
Uśmiech zadowolenia zaigrał na ustach Mascarota. Nakoniec zwyciężył. Na ten raz bynajmniej nie wątpił o szczerości adwokata.
— Przede wszystkiem, rzekł, dłużny wam jestem koniec historji, którą Paweł wam czytał. Jest on prosty i opłakany.
Książe i księżna Champdoce nie mieli razem pięćdziesięciu lat, nosili imię historyczne we Francji, otoczeni byli zbytkiem królewskim, a jednak życie ich było stracone, skończona, wszystko w nich zamarło, zrzekli się nawet nadziei szczęścia.
Pożycie ich musiało być piekłem, starali się jednak uratować choć pozory — i to się im powiodło. Nic nie wyszło na jaw z ich straszliwej nędzy domowej.
Księżna, ciągle prawie cierpiąca, zajmowała się tylko dobroczynnością. Książę zająwszy się własnem wykształceniem, uciekł się do pracy i stał się człowiekiem znakomitym, jakim go znacie.
— A pani Mussidan? zapytał Catenac.
— Zaraz. Tak kobieta, tak niepospolicie przewrotna, nie poczytywałaby siebie za należycie pomszczoną, gdyby Norbert nie wiedział, że to ona zmarnowała mu życie. Po powrocie z Włoch ośmieliła się wszystko wyjawić Norbertowi.
Tak jest, ośmieliła się powiedzieć mu, że ona to popchnęła niejako księżnę w objęcia Jerzego Croisenois, że ona uprzedziła go o schadzce, ona napisała ów list fatalny.
— I on jej nie zabił!.. zawołał Hortebize.
Stręczyciel świsnął z cicha, ale znacząco.
— Nie dotknął ani jednego włosa jej pięknej głowy, odpowiedział.
— O!.. na jego miejscu!..
— Na jego miejscu, doktorze, ty milczałbyś tak jak i on. Czyż nie miała wszystkich jego listów?.. Zagroziła mu niemi. O!.. ta kobieta ma zacięcie, a my nie ma by monopolu wyzyskiwania. Cóż tak na mnie patrzysz? Czy wątpisz? A jednak to czysta prawda. Ta szlachetna hrabina wyzyskiwała księcia Champdoce jak prosta łotrzyca. Znacie jej życie bezładne, jej marnotrawstwo... Gdy wpadnie w kłopoty — zgłasza się do Norberta. Nie masz więcej jak dziesięć dni, pożyczyła u księcia dziesięć tysięcy franków dla zaspokojenia Van-Klopena.
Stowarzyszeni ajencji byli widocznie skonfundowani.
— Co za kobieta! mruczał doktor, co za kobieta!... a ja ubolewałem nad nią z całego serca, w dniu, w którym przykładałem jej pistolet do piersi!
Mascarot ruchem nakazał mu milczenie.
— Czas już skończyć z przeszłością, powiedział. Pomówmy-no cokolwiek o tem dziecięciu owej Fougerousse, podłożonem na miejsce dziecięcia nieszczęśliwej księżnej i przedstawionem światu pod imieniem Gontrana Champdoce. Musiałeś go znać, doktorze? — Przynajmniej widziałem go nieraz; był to bardzo przystojny chłopiec...
— Rzeczywiście, ale przytem był wielki hultaj. Wychowany po książęcemu, chłopiec ten miał gusta i obyczaje lokajskie, i gdyby żył, to niezawodnie zhańbiłby imię, które nosił.
Przyprowadzał on do rozpaczy księcia i księżnę, gdy przed dziesięcią miesiącami wskutek orgii dostał gorączki i we trzy dni umarł.
Umarł, błagając o przebaczenie tych, których poczytywał za swoich rodziców, a książę i księżna zapomnieli o swej nienawiści, połączyli swe łzy i pogodzili się przy śmiertelnem łożu tego nieszczęśliwego, którego postępowanie było najstraszniejszą karą dla Norberta.
Widocznem było, że Mascarot chciał skończyć jak najprędzej.
On, lubiący pięknie wysławiać się, bo drwiny Catenac’a nie były bez podstawy, zdawał się myśleć tylko o tem, by rzecz skrócić.
Po tych ostatnich wyrazach odetchnął głęboko i z zadowoleniem, wyciągnął się w fotelu i powiedział: Teraz przystąpmy do nowego interesu.
Uwaga Catenac’a, doktora i Pawła, znużona posiedzeniem, przeszło sześć godzin trwającem, rozbudziła się, żywsza niż dotąd. Nakoniec wyjawione im będzie ostatnie słowo.
— Gdy umarł Gontran, tak zaczął Mascarot, ród książąt Champdoce skazany został na wygaśnięcie.
Wtedy to Norbert, uproszony przez żonę zgodził się na myśl, która zresztą i jemu samemu nieraz przychodziła do głowy, aby wyszukać to nieszczęśliwe dziecię, niegdyś wydziedziczone i oddane do domu podrzutków. Nie miał on możności odrobienia tego co zrobił i cierpiał na tem mocno, ale zawsze wolno mu było adoptować dziecię i przekazać mu swój majątek i imię. Teraz nie wątpił już o swem ojcowstwie.
Z sercem przepełnionem nadzieją pojechał do Vendome, zaopatrzywszy się we wskazówki niezbędne dla poznania chłopca.
Czekał go najokropniejszy zawód.
Przyznano wprawdzie w zakładzie, iż w dniu i godzinie, wskazanych przez Norberta, przyniesiono tam dziecię w powijakach jakie opisywał. Świadczyły też o tem i wykazy. Nawet pokazano mu medalik, jaki miała na szyi mała opuszczona istota.
Ale dziecię to nie było już w zakładzie i nie wiedziano co się z niem stało.
W dwunastym roku, gdy wszyscy zachwyceni byli jego inteligencją i postępowaniem, chłopak uciekł z zakładu i najpilniejsze poszukiwania nie zdołały wykryć jego śladów.
Ze źle ukrytem niezadowoleniem Catenac słuchał tych szczegółów, tak dokładnych.
Wyraźnie stowarzyszeni jego byli poinformowani o całej sprawie tak dobrze, jeżeli nie lepiej, niż on, któremu jednak zwierzył się sam książę.
A właśnie liczył na ważne wskazówki, których udzieli, dla okupienia dawniejszej swej zdrady!!! Ale Mascarot nie chciał widzieć tego niezadowolenia i spieszył ze swem opowiadaniem.
— Nowe to nieszczęście strasznie przygnębiło księcia Champdoce.
Tyle wycierpiał od dwudziestu lat, tak był ze wszystkich stron nękany, tyle wylał tajemnych łez, i sądził, że zbrodnia jego jest okupiona i że w końcu sprawiedliwości boskiej uczyniło się zadość.
Po nędzach i szaleństwach młodości, po dotkliwych wyrzutach sumienia w wieku dojrzałym, zdawało mu się, że na starość będzie miał spokój i wypoczynek w braku szczęścia. A tymczasem znękało go nieszczęście niepowrotne.
Rzucony z wysokości najsłodszych nadziei w największą głębię otchłani, doznał tak wielkiego wzruszenia, iż omal nie upadł pod ciosem.
Zestarzał się o dwadzieścia lat, gdy powrócił, aby powiedzieć księżnej, która na niego czekała, drżąc z obawy i nadziei, że wszystko skończyło się, że Bóg nie przebaczył, że potępiony jest nieodwołalnie.
Jednak, po kilku dniach, przyszedłszy nieco do siebie po straszliwem wstrząśnięciu, począł zastanawiać się i uznał, że zaniechanie wszystkiego byłoby nikczemnością nie do przebaczenia.
Z długich jego a boleśnych rozmyślań, zabłysnął promyk, słaby wprawdzie i wątły, ale zawsze promyk, przerywający rozpaczliwą jednostajność ciemności.
Cóż mu przeszkadzało zająć się wyszukaniem tego nieszczęśliwego opuszczonego, i dla czegoż nie miałby go znaleźć?
Wprawdzie świat jest ogromny, a biedak bez imienia i majątku, wyrwawszy się z domu podrzutków, jest w nim niedojrzanym atomem; ale przy pomocy czasu i pieniędzy spełniają się cuda.
Otóż książę oddawał swe życie i majątek.
Znajdował się w takiem położeniu, że przy wielkich swych stosunkach mógł zainteresować w poszukiwaniach całą dyplomację.
Dość posiadał miljonów, by mu łatwo było wziąć na swój żołd i zorganizować całą armię oddaną jego zamiarowi, złożoną z najzręczniejszych ajentów policyjnych Europy.
Czy mu się powiedzie, czy nie zawsze spełni tem swój obowiązek. To będzie odtąd dla niego bodźcem i celem życia.
Poprzysiągł sobie, że się nie zatrzyma i że nie odda się rozpaczy, chyba w dniu, w którym będzie miał dowody niezaprzeczone, faktyczne, że syn jego nie żyje!
Nie zwierzył się jednak ze swego zamiaru księżnej.
Obawiał się w niej przejść, które przewidywał, od obawy do nadziei. Zdrowie biednej kobiety było tak nadwerężone, że zawód, albo fałszywa radość mogły ją zabić.
Zrobiwszy takie postanowienie, należało zacząć i zaczął rzeczywiście od zgłoszenia się do tej opatrzności, która z głębi ulicy Jerozolimskiej czuwa nad ruchem machiny socjalnej, to jest do policji.
Ale od policji nie dowiedział się nic nowego książę Champdoce. Powiedziano mu: „Dobrze... zanotujemy to... zobaczymy... Proszę przyjść za miesiąc...“
Nadmienić tu trzeba, że wyjątkowe jego położenie, przeszłość, której nie wolno było poruszać, nakazywały mu największą ostrożność. Nie mówił całej prawdy, źle przedstawiał kwestję; jednem słowem wcale nie zainteresował.
Wyraźnie nieszczęściło mu się, gdyż wskazano mu pewnego jegomościa wcale zręcznego, posiadającego wielką reputację w prefekturze, który sąsiadował z przyjacielem naszym, panem Martin-Rigal, niejakiego Leccq...
Ku wielkiemu zdumieniu Pawła, to nazwisko wywarło na doktora takie wrażenie, jakby go kto smagnął biczem po łydkach.
Machinalnie sięgnął ręką do medalionu zawieszonego na łańcuszku od zegarka i zerwał się blady i przerażony.
— Stójcie!... zawołał stłumionym głosem, jeżeli ten Lecoq wmieszany jest w tę grę — to cofam moją stawkę. Nic nie idzie!... wynoszę się!..
Trwoga jego była tak dziwną, że Catenac raczył uśmiechnąć się.
— Eh eh! zawołał, pojmuję twoje wzruszenie, doktorze... Ale uspokój się: Lecoq nie ma tu już nic do czynienia.
Zapewnienie to jednak nie uspokoiło zacnego doktora i stał z podniesioną nogą, wzrokiem zapytując Mascarota.
— Nie ma nic... potwierdził stręczyciel z naciskiem. Ten hultaj, kapryśny jak piękna kobieta, odpowiedział, że stanowisko jego nie pozwala mu zajmować się poszukiwaniami prywatnemi, co jest prawdą, i że przytem sprawa ta przechodzi jego możność. Książę dawał mu zmaczne pieniądze, gdyby zechciał opuścić swą posadę — odmówił, pod pozorem, że nie pracuje dla pieniędzy, ale dla sztuki tylko.
— Tak jednak jest, zauważył Catenac.
— Eh... ale zawsze... mruknął Hortebize, ponuro spoglądając na swój medalion, zawsze ta jedna myśl, że radzono się Lecoq’a niepokoi mię.
— A toż dla czego? Może i ty wierzysz, że to czarownik? Nie jest on sprytniejszy od innych, tylko lepiej pojmuje reklamę, ot i wszystko... Jednem słowem, po odmowie tego Lecoq, ks. Champdoce zgłosił się do Catenac’a, który nastręczył mu Perpignana... Czy to wszystko?
Adwokat wstał i odpowiedział:
— Wszystko. Dodam tylko — ale o tem musicie wiedzieć — że książę polecił mi pilnować ludzi, którzy podejmą się poszukiwań.
— Macie jaki plan?
— Nie jeszcze. Rozkaz księcia brzmi tak: Wyszukać, choćby trzeba było wypytywać się wszystkich ludzi na świecie, jednego po drugim. Jak widzicie — pole szerokie.
— Czy zaczęto operacje?
— Nie jeszcze. Do tej pory tylko sam książę jeździł do Vendome, gdzie bez wątpienia będzie główna kwatera; w tych dniach i my tam mamy się udać.
— Bardzo dobrze.
— Zresztą, dodał Catenac, ruszając ramionami, jestem zdania Perpignana: przedsięwzięcie całkiem nie ma sensu...
— Lecoq mówi, że może się udać...
— Tak mówi, to prawda; ale gdyby tak myślał, to sam zająłby się tą sprawą.
Od niejakiego czasu Mascarot uśmiechał się łagodnie. ciągle mordując swe okulary.
— Otóż ja, powiedział, od pierwszego dnia byłem tego samego zdania co Lecoq.
— A!...
— I dla tego zaraz wziąłem się do roboty.
— Ty?... Jeździłeś do Vendome?... byłeś...
— Co cię to może obchodzić?... Szukałem... i teraz wiem gdzie się znajdzie jedyny spadkobierca rodziny Champdoce.
Catenac okrutnie wytrzeszczył oczy.
— Żartujesz, wybełkotał.
— Nigdy w życiu nie mówiłem tak serjo. Znalazłem go... Tylko, ponieważ niepodobna, bym sam występował, więc tobie i Perpignanowi pozostawiam przyjemność powrócenia tego dziecięcia ojcu. Wy tylko sami otrzymacie wspaniałą nagrodę, którą książę niezawodnie wam udzieli. Więc targujcie się, ułóżcie należycie warunki.
Adwokat nie mógł przyjść do siebie ze zdumienia.
Błędny wzrok jego przenosił się kolejno z Mascarota na Hortebiza i nawet na Pawła Violaine, jak gdyby chciał zapewnić się, że z niego nie żartowano...
— Nie chcesz występować, powiedział nakoniec swemu wspólnikowi tonem podejrzanym, dlaczego? Więc zwąchałeś niebezpieczeństwo? Czy nie zastawiasz czasem łapki na mnie?
Stręczyciel ruszył ramionami.
— Naprzód, powiedział, ja nie jestem zdrajcą, ty wiesz o tem, powtóre interes nasz odpowiada twoje bezpieczeństwo. Czy jeden z nas może być skompromitowany bez skompromitowania się innych? Wszak nie. Zresztą uspokoi cię sama prostota twej roli. Wszakżesz tylko początek śladu. Inni pójdą nim dalej na własne ryzyko. Ty będziesz całkiem na stronie.
— Jednak...
Ale Mascarot, zniecierpliwiony, straszliwie namarszczył brwi.
— Dość tego powiedział ostro. Nie idzie o gadaninę, ale o działanie. Czy ja tu przewodzę?..
Kiedy ten djabeł nie człowiek odezwie się w taki sposób, opierać się mu, znaczy to, tracić tylko czas napróżno. Ponieważ zawsze kończy się na tem, iż należy zrobić co on chce, więc najlepiej być mu posłusznym odrazu.
— Catenac zamilkł, bardzo upokorzony w duchu, ale więcej jeszcze zaintrygowany.
— Siadaj tu przy biórku, zaczął znowu Mascarot i notuj skrupulatnie to, co ci będę mówił. Powodzenie, jak ci powiedziałem, jest pewne, ale zawsze potrzebować będę pomocy. Wszystko zależy od twojej akuratności. Jeden fałszywy manewr może wszystko popsuć. Jesteś więc uprzedzony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.