Niewolnicy paryscy/Część III/XVI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Boleść, gniew, przerażenie przyprawiły księżnę o straszliwą gorączkę — i to ją właśnie podtrzymywało w obecności męża.
Wtenczas działała instynktowo, mówiła pod najżywszem wrażeniem, ożywiona chęcią pomszczenia się za Jerzego Croisenois.
Ale cała ta energja była w niej chwilową, przelotną jak błędny ognik. Duszę miała mężną, ale umysł trwożliwy.
Gdy została sama a niebezpieczeństwo przeszło, cała jej egzaltacja znikła, jak ogień z zapalonej słomy. Padła bez sił na kanapę i zalała się łzami.
A gdy służebne kobiety weszły z rana do sypialni, znalazły ją zupełnie ubraną, zesztywniałą, z pałającą głową i oczami błyszczącemi złowrogiem światłem.
W całym pałacu zaniepkojono się i zmartwiono. Służba uwielbiała księżnę.
Wszyscy stracili mniej więcej głowę. Czterech ludzi wysłano po lekarzy, gdy Norbert przyjechał z Maison.
Zaprowadzono go do pokoju księżnej. Nie poznał żony.
Jego także opanowała niezmierna niespokojność. Co zaszło w jego nieobecności?
Umieścił się przy łóżku żony, z mocnem postanowieniem nie ruszania się ztamtąd dopóki nie wyzdrowieje albo nie umrze.
Księżna była w strasznej gorączce i co chwila wyrywały się z ust jej frazesa o dreszcz przyprawiające Norberta.
Już drugi raz w życiu był w podobnem położeniu.
Niegdyś pilnował swego ojca, który mógł wyjawić jakiej straszliwej zbrodni tylko co nie popełnił. Dziś siedział przy żonie, aby zatrzymać na jej ustach w razie potrzeby historję Jerzego.
Zmuszony do wejrzenia w siebie przeraził się tem, ile już w swem życiu zbrodni miał sobie do wyrzucenia... a nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat. Jakaż przyszłość była możebną po takiej przeszłości?
I nietylko gorączka księżnej przyprawiała go o niepokój. Co kwadrans dzwonił, wypytując się, czy nie masz Jana, kamerdynera.
Widziano go bardzo rano, rozmawiał nawet z niektórymi służącymi, ale od kilku godzin wyszedł i nie masz go dotąd.
— Jak tylko powróci, powtarzał za każdym razem, przyszlijcie mi go tu natychmiast.
Nakoniec ukazał się Jan. Norbert zerwał się żywo i poprowadził go ku oknu.
— No i cóż? zapytał.
— Z tej strony wszystko już uporządkowane, odpowiedział wierny sługa, niech książę będzie spokojny.
— Więc Karolina...
— Wyjechała. Sam ją wsadziłem do wagonu wyliczywszy 20.000 fr. Opuszcza Paryż i Francję. Zamierza udać się do Ameryki, do jednego ze swych krewnych, który, jak się spodziewa, ożeni się z nią.
Norbert odetchnął swobodniej nieco.
— A druga sprawa? zapytał.
— Ta druga, odrzekł, przeraża mię. Widzę jasno jej niebezpieczeństwa — są ogromne, a korzyści nie upatruję.
— Powiedziałem ci już Janie, że co do tego moje postanowienie jest nieodwołalne.
— To też jestem posłuszny panu... i zrobiłem co tylko można było.
— A!
— Wynalazłem jednego komiwojażera, człowieka, jak mię zapewniano, uczciwego, którego wyprawiam do Egiptu z poleceniem zakupienia dla mnie partji bawełny... wmówiłem w niego, że puszczam się na spekulacje. Dziś jeszcze wyjeżdża zachwycony i dobrze zapłacony... Przy tej sposobności odda na pocztę dwa listy, które mamy od pana Croisenois, jeden w Marsylii a drugi w Kairze...
— I nie pojmujesz tego, że te dwa listy stanowią moje bezpieczeństwo?...
— Wypadek, niezręczność komiwojażera, mogą nas zdradzić...
— Tak być musi.
Jan umilkł. Listy zostały wyprawione.
Po upływie dwóch dni lekarze zaczęli robić niejaką nadzieje. Ale gorączka księżnej nie ustawała.
Przez tych dwa dni Norbert nie ośmielał się zmrużyć oka. Z drżeniem pozwalał kobietom slużebnym przybliżać się do łóżka księżnej. W gorączce chora ciągle widziała Jerzego przeszytego szpadą.
Nakoniec czwartego dnia księżna usnęła. Norbert miał czas zastanowić się.
Jak się to stało, że pani Mussidan, która przedtem bywała u księżnej codziennie, teraz ani się pokazała? To wydało mu się tak szczególnem, iż odważył się napisać do niej, uwiadamiając o chorobie żony.
W godzinę potem otrzymał następującą lakoniczną odpowiedź:
„Czy przypuścisz pan że to pretekst? Nie spodziewam się. Hrabia Mussidan postanowił, że przepędzimy zimę we Włoszech, i dziś tam wyjeżdżamy. Zegnam D.“
Czy to był pretekst tylko, czy nie, dość że Diana pozostawiała go samego, opuszczała, a odjeżdżając pozbawiała ostatniej nadziei szczęścia.
W pięć dni potem, gdy jeszcze był pod wrażeniem tego nowego ciosu a pani Champdoce wyszła już z niebezpieczeństwa, lekarz z tajemniczą a poważną miną odprowadził go na stronę.
Miał mu udzielić wielką, szczęśliwą, doskonała wiadomość.
Księżna Champdoce była w poważnym stanie.
Była to właśnie tajemnica, z której chciała się zwierzyć Jerzemu Croisenois, gdy nadszedł mąż.
Ta to myśl zatrzymała ją w domu mężowskim i dała siły do oparcia się błaganiom Jerzego, gdy on zaklinał ją by uciekała z nim.
Wiadomość ta rozbudziła całą wściekłość Norberta. Silił się jednak ukryć swe wrażenie.
— Dziękuję ci, doktorze, rzekł stłumionym głosem, dziękuję za dobrą nowinę!... Ale pozwolisz pan, że pobiegnę do księżnej.
I wyszedł spiesznie, pozostawiając lekarza zdziwionego i zaintrygowanego.
Zamiast udać się do żony, zamknął się w bibliotece.
Potrzebował samotności, by puścić wodze swym uczuciom, by zbadać nowe swoje położenie.
Po tem co zaszło, ten ostatni wypadek był fatalniejszym aniżeli wszystko co się stać mogło.
Im więcej zastanawiał się, tem większego nabierał przekonania, że był niegodnie oszukiwany.
Zaczął od zwątpienia, a w końcu był już pewnym, że to przyszłe dziecię nie było jego dziecięciem. Zdawało mu się, że nie ma w tem najmniejszej wątpliwości.
A więc będzie doprowadzony do takiej hańby, iż zmuszony zostanie uznać za swoje dziecię Jerzego Croisenois...
Jakto?... dziecię to będzie rosnąć w jego domu, nosić jego nazwisko, a potem odziedziczy ogromny majątek książąt Champdoce...
— O!... nigdy! zawołał, nigdy! Raczej uduszę je własnemi rękami.
Potem pomyślał, iż będzie musiał taić się z prawdziwemi swemi uczuciami, pieścić to dziecię, aby świat czego nie domyślił się i nie czuł się zdolnym do takiej potwornej komedji ojcowstwa.
— Tysiąc razy wolę, mówił do siebie, wychować jakiego dzieciaka, wziętego na chybi-trafi z domu podrzutków; tego przynajmniej nie będę nienawidził, a w tym ciągle zdawać mi się będzie iż widzę podobieństwo do rysów tego przeklętego Croisenois.
Ale właśnie dla tych powodów, że gotów był na wszelki krok gwałtowny, przymuszał się do udawania i z księżną obchodził się ze wszelkiemi względami.
Bo w pierwszych chwilach mógł obawiać się od niej wszystkiego. Tajemnicze zniknięcie Jerzego Croisenois fatalnie się rozgłosiło, i jeżeli listy oddane na pocztę przez wysłańca Jana, zaciemniły fakt, to z drugiej strony ani policja, ani opinia nie były zadowolone.
Ale z czasem wszystko znuży: zapomniano i o Jerzym. Norbert mógł sądzić, że już jest zupełnie bezpieczny.
Dręczony wyrzutami sumienia ten wielki pan, któremu tak zazdroszczono, Norbert Champdoce, wiódł żywot najopłakańszy.
Nie żył jeszcze, a już czuł się znudzonym, przesyconym. Nie miał dwudziestu pięciu lat, a już z żadnej strony nie widział najmniejszego błysku nadziei.
Upłynęło trzy miesiące od wyjazdu Diany, a nie miał od niej żadnej wiadomości; od żony oddzielała go cała otchłań krwi; między znajomymi nie widział żadnego przyjaciela; rozpusta znudziła go.
Żył w pałacu swym sam, smutny i ponury.
Myśli swych nie mógł oderwać od tego dziecięcia, które miało przyjść na świat.
Od czterech miesięcy myślał nad tem, jakby go się pozbyć, i ciągle powracał do swej pierwotnej myśli, którą tak wyformułował:
W miejsce dziecięcia księżnej podstawić dziecię inne, mniejsza o to zkąd się je weźmie.
Czas upływał, postanowił więc że tak zrobi. A co do wykonania tego zamiaru to w tem liczył na Jana, wiernego sługę, z którego zrobił wspólnika swych zbrodni.
Po raz pierwszy Jan oparł się. Czyn taki wydał mu się szkaradnym. Ale gdy zauważył, że Norbert gotów jest zgłosić się do kogo innego, mniej skrupulatnego, popłakał i przyrzekł być posłusznym.
W miesiąc potem Jan oświadczył swemu panu, iż gdyby tylko udało się namówić księżnę by się przeniosła do zamku L*, który rodzina Champdoce posiadała w okolicy Montoir, on, Jan, odpowiada za wszystko.
Zaraz na drugi dzień Norbert wyjechał z żoną do zamku L*.
Biedna księżna!... Była już tylko cieniem siebie samej. Nikt w tej bladej, wychudzonej kobiecie nie poznałby dawniejszej uśmiechniętej Marji Puymandour.
Z czasem Norbert i ona żyli pod jednym dachem jakby zupełnie obcy sobie. Często nie widywali się po całych tygodniach. W razie potrzeby pisywali do siebie.
Zamek L* był doskonale wybrany. Księżna była w nim zupełnie na łasce męża. Pomocy od nikogo spodziewać się nie mogła. Ojciec jej umarł wskutek
przeziębienia, gdy objeżdżał wyborców.
Co zaszło w L* po rozwiązaniu księżnej?
Tajemnica dobrze była zachowana. Tylko ta kartka, na której nieszczęśliwa matka napisała: „Zlituj się oddaj mi moje dziecię!“ zdradzała jakąś okropną walkę, która niezawodnie musiała się odbyć.
To pewna, że dziecię księżnej Champdoce odniósł Jan do szpitalu w Vendome.
I to także pewna że dziecię, które przy chrzcie nazwano Antoni-Rene-Gontrand Dompair markiz Champdoce, było synem jednej biednej dziewczyny z okolic Montoir, nazwiskiem Fougereusse.