Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część III/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.

Wyszedłszy z pokoju księżnej, Norbert widocznie niecierpliwił się coraz bardziej. Przyświecając jeszcze na schodach powtarzał ciągle:
— Spieszmy! spieszmy!...
Stanąwszy na dole wprowadził Jerzego do obszernego pokoju, podobnego do arsenału, tyle tam było broni wszelkiego rodzaju i z rozmaitych epok.
— Tu, rzekł drwiąco, znajdziemy czego nam trzeba.
Postawił świecę na stole, wskoczył na kanapę, zdjął ze ściany kilka par szpad i rzucił je na stół, mówiąc:
— Wybieraj pan!...
Croisenois niemniej gorąco od Norberta pragnął wszystko zakończyć.
Ostatnie spojrzenie księżnej sztyletem weszło mu w serce. Widząc jak Norbert odepchnął klęczącą swą żonę, niewiele brakowało do tego, by mu dał w twarz.
Nie raczył nawet obejrzeć szpad. Wziął jednę na chybi-trafi, mówiąc:
— Niech będzie pierwsza lepsza.
— Biorę drugą — odrzekł Norbert. Teraz chodźmy....
Ale gdy doszli do bramy ogrodowej, spotkali trudność, którą Croisenois przewidział.
Po deszczu nastąpiła mgła tak gęsta i noc tak była ciemna, że wyciągnąwszy rękę nie podobna było widzieć jej końca.
Norbert zaklął straszliwie.
— Niepodobna bić się wśród takiej ciemności, powiedział.
A gdy Jerzy nic na to nie odrzekł, dodał:
— Jak się panu zdaje?
— Mnie?... odrzekł ironicznie Croisenois, mnie zdaje się wszystko co się panu podoba.
— Ale to nas nie zatrzyma, zawołał Norbert. Chciej pan tylko iść za mną tędy, tym korytarzem, ażeby nie zwrócić uwagi odźwiernego.
Weszli do stajni. Norbert wziął tam latarnię i zapalił.
— Teraz, rzekł zadowolony, będziemy się widzieć.
Powrócili do ogrodu, przeszli go cały aż do miejsca, o którem wspominał Norbert.
Była to przestrzeń dość wielka, osłonięta bardzo zręcznie żywopłotem i drzewami. Tu ogrodnicy wyrzucali zielsko, potłuczone doniczki, nawóz, słomę, suche liście i gałęzie.
Norbert zawiesił latarnie na drzewie.
— Tu, rzekł wskazując na miejsce pod murem, wykopiemy dół w tym kącie. Rzecz nie będzie trudna, gdyż ziemia jest świeżo poruszona.
Zdjął okrycie, dał Jerzemu jedną łopatę, sam wziął drugą, mówiąc:
— Do roboty!...
Sam Croisenois przez całą noc nie dałby sobie rady. Ale książę Champdoce nie zapomniał jeszcze praktyk swej młodości. Za kazdem poruszeniem łopatą wydobywał ogromne bryły ziemi.
Po upływie czterdziestu minut dół był już gotów.
— Dość już zawołał.
I rzuciwszy łopatę, pochwycił za szpadę, dodawszy:
En garde! panie markizie!
Ale Croisenois nie ruszał się. Nie mógł oderwać oczu od otwartego dołu.
— No i cóż? zapytał surowo Norbert.
Croisenois zadrżał.
Za minutę, mości książę, rzekł uroczystym tonem, jeden z nas będzie tam leżał bez życia... Nie kłamie się wobec śmierci... Otóż przysięgam panu na mój honor i zbawienie, że księżna Champdoce jest niewinna...
Norbert niecierpliwie tupnął nogą.
— Jużeś mi pan to mówił, rzekł tonem wyraźnie dowodzącym, że wcale temu nie wierzy. Do czego powtarzać?...
— Bo jestto moim obowiązkiem, panie, gdyż jeżeli umrę, to umrę w rozpaczy na myśl, że moja szalona namiętność zgubiła najszlachetniejszą i najczystszą z kobiet. O! wierz mi pan! umierający nie kłamią!... pan nie masz jej nic do przebaczenia... i patrz pan!... nie rumienię się... proszę pana, błagam... Jeżeli mię zabijesz, to niech ci to wystarczy! Bądź ludzkim dla swej żony... nie czyń z jej życia długiej męczarni!..
— Dość tego!.. zawołał Norbert, po raz trzeci mówię dość!... albo zacznę wierzyć temu żeś podły...
— Nędzniku!... zawołał Croisenois, a więc en garde! i niech los rozstrzyga.
Szpady skrzyżowały się i zaczęła się walka zawzięta, wściekła, milcząca.
Markiz Croisenois uchodził za zręcznego szermierza, za to Norbert obdarzony był ogromną siła, a przytem nauczył się od ojca cięć nagłych, gwałtownych, bardzo mogących zmieszać na razie.
To też zgubiło Jerzego Croisenois.
Gdy on nacierał, Norbert odskoczył w bok i parując z niezmierną siłą jego uderzenie, przeszył mu pierś na wylot.
Nieszczęśliwy upuścił szpadę, podniósł ręce do góry i padł na ziemię, nie wydawszy najmniejszego krzyku.
Trzy razy próbował wstać i trzy razy zdradzały go siły.
Chciał przemówić, krew buchnęła mu z ust.
Skręcił się konwulsyjnie, zaciśniętą ręką pochwycił ziemię i westchnął głęboko.
I skończyło się.
Jerzy Croisenois już nie żył.
Jerzy Croisenois nie żył, a Norbert Champdoce stał nad nim jak obłąkany, z oczami szeroko rozwartemi od trwogi, włosami najeżonemi, drgając nerwowo.
Wtedy poznał ile człowiek cierpi, patrząc na ostatnie drgania tego, którego o śmierć przyprawił.
Ale nie ta myśl, że zabił Jerzego, do szału doprowadzała Norberta. Sprawę swoją poczytywał on za słuszną, sądził że postąpił jak był powinien. Jeżeli oblewał się zimnym potem, to na myśl, iż będzie musiał nachylić się nad tym trupem, podnieść go i ciało jeszcze ciepłe i niezesztywniałe wrzucić do grobu.
Na to nie mógł się zdobyć.
Walczył z sobą przeszło dziesięć minut.
Nachylił się, wyciągnął ręce... potem odskoczył. Zabrakło mu odwagi.
Nakoniec, pokonawszy niewymowną trwogę, pochwycił trupa Jerzego podniósł w górę i jednym zamachem wrzucił do dołu.
Ciało padło z głuchym łoskotem, który odbił się aż we wnętrznościach Norberta.
Porwawszy łopatę, tę samą, którą przed chwilą nieszczęśliwy Jerzy trzymał w ręku, z nadludzką siłą i zręcznością począł przysypywać dół.
Po chwili ciało znikło. Wygładził ziemię i wydeptał. Potem rozrzucił na mogile suche liście i słomę.
— Tak się mści Dompair Champdoce, mruknął. Oto co kosztuje...
Nagle urwał.
O kilka kroków w cieniu pod drzewami, zdało mu się, że tuż przy ziemi widzi głowę ludzką i oczy straszliwie w niego wlepione.
Zjawisko to tak go przeraziło, że zachwiał się. Ale prędko przyszedł do siebie i instynktowym ruchem pochwyciwszy za szpadę jeszcze zakrwawioną, rzucił się ku miejscu, gdzie się pokazała głowa.
Przy pierwszem poruszeniu Norberta postać ludzka zerwała się z ziemi jednym skokiem, postać kobiety, która poczęła co sił uciekać ku pałacowi.
Norbert dopędził ją na ganku.
Czując się złapaną, kobieta padła na kolana i wyciągnąwszy ku niemu ręce krzyknęła rozpaczliwie:
— Litości!... nie zabijaj mnie pan!...
Pochwycił ją za suknię, podniósł i siłą wciągnął do ogrodu pod latarnię.
Była to dziewczyna ośmnastoletnia, brzydka, niezgrabna, brudna i źle odziana.
— Kto jesteś? zapytał.
Odpowiedziała strumieniem łez.
Zrozumiał, że nie wydobędzie z niej ani wyrazu, jeżeli przedtem nie uspokoi.
— Uspokój się, powiedział łagodnie, nie płacz i nie drżyj tak... ja ci nic złego nie zrobię. Kto jesteś?
— Jestem Karolina Schimel.
Nazwisko to nic mu nie wyjaśniało.
— Karolina?... powtórzył.
— Tak jest, proszę księcia, jestem przy kuchni księcia pana od trzech miesięcy.
Teraz przypomniał sobie, że widział ją raz na dziedzińcu.
Najważniejszą rzeczą było wywiedzieć się, co rzeczywiście dziewczyna ta podpatrzyła.
— Jakie znalazłaś się tu, w ogrodzie? zapytał Norbert.
— Ujrzałam światło w ogrodzie... pomyślałam, że to może złodzieje i zeszłam na palcach przez schody do kuchni...
— Cóżeś widziała?
Karolina za milkła; przestraszyła się.
— Mów, nalegał Norbert, drżący z niecierpliwości, ale zarazem czując potrzebę powstrzymywania się, nie obawiaj się wyznać mi całej prawdy... a jeżeli będziesz szczerą, to zostaniesz wynagrodzoną.
— Ha!... wszystko widziałam.
— Wszystko?... cóż takiego?
— Gdym przyszła książę pan kopał dół z tym drugim, kopał bardzo pilnie... zdziwiłam się poznawszy księcia!... Zrazu pomyślałam, że państwo wykopujecie skarb... Jakże się myliłam!... Wkrótce ten drugi począł coś mówić do księcia, ale nie słyszałam co... potem panowie zaczęli bić się!.... Boże wielki!... jakież to było śliczne!... Szpady błyszczały jak węże ogniste, gdy światło padało na nie... Byłam w okropnym strachu, a nie mogłam oderwać oczu... Potem widziałam jak ten drugi upadł nawznak.
— A potem?...
Karolina zadrżała tak, że aż jej zęby zadzwoniły, gdy mówiła głosem przerywanym:
— Potem, odrzekła z widocznem wahaniem, widziałam... jak książę pan... zakopał go... tam!...
Norbert zamyślił się. Należało powziąć coś stanowczego i to prędko.
— Słuchaj, moja kochana, powiedział po chwili, jeżeli umiesz milczeć, jeżeli potrafisz zapomnieć, to będzie dla ciebie wielkiem szczęściem żeś dziś zaszła do ogrodu.
— O! nie powiem nikomu! przysięgam!...
— Jeżeli tak, jeżeli dotrzymasz przysięgi to będziesz szczęśliwa. Jutro dam ci porządną sumę, wrócisz do domu i wyjdziesz za mąż za jakiego dzielnego chłopca, który ci się spodoba.
— Czy to być może?...
— Będzie. Teraz wróć do swej izdebki i kładź się spać. Jutro mój kamerdyner, Jan, powie ci co czynić należy; będziesz mu posłuszną jak mnie samemu.
— O! książę! książę panie!
I w uniesieniu radości śmiała się i płakała.
— Liczę na twoje milczenie, mówił dalej Norbert. Jeżeli będziesz dyskretną — to twoje szczęście. Jeżeli kiedy piśniesz choć słowo toś zginęła... Pojmujesz dobrze, że człowiek taki jak ja zrobi co zechce!... Teraz idź — i trzymaj język za zębami!...
Dwie potężne siły: interes i strach, zdawało się że ręczą za Karolinę Schimel i zapewniają że milczeć będzie.
Nie ulega wątpliwości, że najszczerzej przysięgała.
Ale nie znaczyło to jeszcze iż będzie miała dość siły do zniesienia całego ciężaru straszliwej tajemnicy.
Teraz cztery osoby posiadały tę tajemnicę Norberta ta która napisała list bezimienny, księżna, Karolina i nakoniec Jan, któremu zmuszony będzie zwierzyć się.
Norbert poszedł do pokoju księżnej.
Sądził że znajdzie ją bez zmysłów, umierającą, leżącą na tem samem miejscu, na które rzucił.
Przewidywania zawiodły go.
Księżna siedziała w krześle przed kominkiem, blada, z okiem suchem i błyszczącem gorączkowym ogniem.
Gdy mąż wszedł, wstała, utkwiła w niego wzrok tak dziwny, że nie mogąc go znieść pochylił głowę.
Ale prawie w tejże chwili podniósł ją, zawstydzony i sam na siebie oburzony za to, co poczytywał za niegodną siebie małoduszność.
— Honor mój jest pomszczony, powiedział złośliwie. Markiz Croisenois nie żyje!... zabiłem kochanka pani...
Księżna była przygotowana na ten cios, gdyż ani drgnęła. Tylko wyraz jej twarzy stał się jeszcze pogardliwszym, a ogień czarnych oczu jeszcze się podwoił.
— Mylisz się pan, odrzekła głosem, w którego dźwięku nie było najmniejszego drżenia, pan Croisenois... Jerzy, nie był moim kochankiem.
— O!... możesz sobie pani zaoszczędzić to kłamstwo!... nie żądam od pani nic...
Spokojna postawa księżnej obrażała i drażniła Norberta. Gotów był zrobić wszystko, byle ja wyrwać z tego spokoju, niewyjaśnionego dla niego.
Ale napróżno. Księżna wzniosła się do takiej wysokości, iż nie mógł jej dosięgnąć.
— Nie kłamię, odpowiedziała. Na cóż mi się zda oszukiwać i udawać? Czegoż mogę odtąd obawiać się? Chcesz pan wiedzieć prawdę?... Dobrze. Wiedz zatem, że nie bez mojej wiedzy Jerzy przyszedł tu dziś wieczorem. Zaprzeczał temu... nieszczęśliwy!.. chciał mnie ratować. Ale prawdą jest, że jeżeli przyszedł tu, to dla tego żem mu wyznaczyła schadzkę, żem czekała na niego.... umyślnie dla niego pozostawiłam niezamkniętą ogrodową furtkę.
— Pani?!...
— Gdyś pan się zjawił, on tylko co wszedł, wszedł po raz pierwszy do mnie... Mogłam pana opuścić, zdradzić nie!... Jerzy miał duszę zanadto prawą i wielką, aby zniżyć się do nikczemnych układów cudzołóstwa. Gdyś go pan zastał u nóg moich, on mię zaklinał, bym z nim uciekała. W tej chwili miałam w ręku jego życie i honor... i wahałam się... Teraz żyłby jeszcze, bylibyśmy daleko ztąd... jutrzenka nowego istnienia i szczęścia wznosiłaby się nad nami...
Ożywiała się, mówiąc, ona, zwykle tak trwożliwa i oględna; usta jej drżały, przelotny rumieniec występował na bladą twarz... Ogień namiętności dotknął jej ust.
— O!... wszystko panu powiem!... mówiła dalej, wszystko!... ponieważ sam chcesz tego. Kochałam go, tak jest, kochałam całą siłą mej duszy, całą potęgą mego umysłu.... w całej mojej istocie nie było ani jednego tętna, któreby do niego nie należało... I kochałam go tak na długo przedtem, nim na moje nieszczęście dowiedziałam się, że pan istniejesz. Jeżelim płakała potem, tom opłakiwała moją złamaną miłość, opłakiwałam ten dzień przeklęty, w którym byłam tak słaba, tak nikczemną, żem panu oddała moją rękę! Czy sadzisz pan, żeś zabił Jerzego?... Nie panie! Pamięć o nim jest teraz we mnie żywszą niż kiedykolwiek, promienistszą, niespożytą!...
— Pani!... krzyknął Norbert, bądź ostrożną, bo...
— Bo co?... Bo i mnie pan zabijesz?... Zabij, nie będę bronić mego życia... jest ono niczem bez niego. Nie masz go... skończyło się. Śmierć! oto jedyne dobrodziejstwo, jakie jest w pańskiej mocy zrobić dla mnie!... Uderz pan!... Połączysz nas w śmierci, nas, którzy nie mogliśmy być połączeni za życia! Padnę, mówiąc panu: dzięki!
Norbert słuchał zdumiony, przerażony, skamieniały, dziwiąc się, że jeszcze może doznawać jakichkolwiek wzruszeń, gdy sądził że w ciągu tej straszliwej nocy wszystkie się już wyczerpały.
Byłaż to ona, Marja, jego żona? Czy ona to wyrażała się z taką niesłychaną gwałtownością, rozdzierającą zasłonę całej przeszłości? czy ona to tak śmiało w oczy wyzywała go?...
Czy być może by dotąd nie znał jej?...
Zapomniał się, uwielbiając ją nawet w gniewie. Zdawała mu się przeistoczoną; piękność jej stała się jakąś nadziemską, cała jej postać jakby dźwięczała, niezrównane zuchwalstwo błyszczało w jej rozpłomienionych oczach, a ciężkie zwoje czarnych włosów miotały iskry gdy się poruszyła.
Była to namiętność prawdziwa, a nie cień wiotki, który go już znudził oddawna. To Marja była zdolna kochać, a nie Diana, ta kobieta jasnowłosa, o oczach stalowego koloru, dla której miłość była tylko turniejem lub igraszką.
Dnie tracił na uganianiu się za chimerą, a szczęście znużyło się, czekając nań w domu.
Pewien rodzaj nagłego przewrotu odbył się w nim. Cóżby teraz dał by zgładzić przeszłość?... Myśl szalona, bez sensu, przyszła mu do głowy. Może też żona przebaczy mu?...
Podszedł ku niej z wyciągniętemi rękami, bełkocąc:
— Marjo!.. Marjo!...
Zatrzymała go wzrokiem nieubłaganej pogardy.
— Zabraniam panu, zawołała, zabraniam nazywać mię Marja!
Nie odpowiedział nic i znowu podstąpił, gdy wtem księżna gwałtownie odskoczyła i krzyknęła:
— Boże!... on ma na rękach krew Jerzego!..
Norbert zatrzymał się i spojrzał. Tak było rzeczywiście.
Całą lewą dłoń miał zaczerwienioną, a na mankietach plamy krwi.
Na ten widok osłupiał, ale po chwili odważył się na błagalne poruszenie.
Za całą odpowiedź księżna pokazała mu drzwi.
— Wyjdź pan! zawołała z niesłychaną gwałtownością, wyjdź!... Nie zdradzą pana, zachowa w tajemnicy twoją zbrodnię.. ale nie żądaj odemnie nic więcej!... I pamiętaj na zawsze, że między nami jest trup i że cię nienawidzę.
Wszystkie furje wściekłości i zazdrości rozdzierały serce Norberta. Croisenois — nieżywy — jeszcze go zwyciężał.
— A! pani, rzek ponurym głosem, pani zapominasz, że jestem jej mężem, że do mnie należysz, że mogę wszystkie chwile jej życia zrobić jedną męczarnią. Przypomnę to pani!... Jutro o dziesiątej będę tu. Do widzenia.
Gdy wyszedł biła już druga godzina.
Żołnierz wierny przyrzeczeniu trzymał konia.
W godzinę potem Norbert pukał w okiennicę szynkowni, gdzie na niego czekał stary Jan.
— Uważaj by cię nie spostrzeżono, jak będziesz wyprowadzał konia, powiedział mu, a potem przyjdź do mnie... potrzebuję twego doświadczenia...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.