Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część III/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIV.

Osoba, która napisała denuncjację, była dobrze poinformowana.
Księżna Champdoce w samej rzeczy czekała tego wieczora na Jerzego Croisenois.
Było to po raz pierwszy! Niestety! biedna kobieta wpadła w zasadzkę zastawioną na nią przez tę, którą poczytywała za najszczerszą swoją przyjaciółkę.
Dniem przedtem znajdowała się w salonie pani Mussidan sama jedna z Jerzym Croisenois i nie zdołała oprzeć się jego namiętnym błaganiom; straciła głowę i przyzwoliła na schadzkę.
— Dobrze, powiedziała, niech i tak będzie... jutro wieczorem o pół do jedynastej przyjdź pan do małej furtki ogrodowej, będzie tylko przymknięta... a gdy wejdziesz do ogrodu klaśnij rękami.
Słowa te słyszała Diana, która przez cały dzień nie opuszczała biednej Marji.
Dopiero zostawszy samą, księżna Champdoce zmierzyła cały ogrom swego błędu. O! jakże żałowała swej słabości! Cóżby dała za to, by odwołać fatalne swe przyrzeczenie.
Był jeszcze jeden sposób ratunku. Mogła zejść do ogrodu i zamknąć furtkę. Wstała by już biedz... za późno.
W ogrodzie dało się słyszeć klaśnięcie, które ozwało się w jej duszy jak dzwon pogrzebowy.
Szybko nachyliła się do kominka by zapalić świecę; ale tak drżała, że wosk spływał na ogień, rozniecał go, a knot się nie zapalał.
Spieszyła jednak. Czuła że jest otoczona atmosferą niebezpieczeństw.
Myśl, że Jerzy Croisenois dostanie się do pałacu, wejdzie do jej pokoju — lodowaciła ją.
Chciała biedz naprzeciw niemu, zaklinać by się oddalił — ale czy ją usłucha? W każdym razie gotowa była uciec się do podstępu, do kłamstwa, powiedzieć że nie jest sama, że ją pilnują.
Przekonaną była, że Croisenois pozostanie w ogrodzie dopóki mu na jego znak nie odpowie. Nie mogła przypuszczać, że ośmieli się wejść do pałacu.
Ale nie znała przewidującej przewrotności tej, która zaprzysięgła jej zgubę.
Diana bardzo zręcznie umiała uprzedzić Jerzego Croisenois, że dziś wieczorem nie będzie nikogo w pałacu Champdoce.
Przychodząc tam, wiedział on już, że księżna będzie sama, że książę znajduje się w Maison i że wszyscy słudzy są na weselu.
Nie wahał się więc. Wszedł do sieni, drzwi były otwarte; po omacku poszedł po schodach.
I gdy księżna ze świecą wyszła nakoniec, spotkała się z nim oko w oko.
Odskoczyła nazad krzyknąwszy.
— Uciekaj... zawołała, albo będziemy zgubieni!
Ale Jerzy zdawało się że jej nie słyszy. Szedł ciągle naprzód i tylko cztery czy pięć schodów rozdzielało ich jeszcze.
Księżna cofała się instynktowo... Cofała się aż do swego pokoju on szedł za nią, przymykając drzwi za sobą.
Wtedy poczucie obowiązku nadało jej energię nadnaturalną.
— Panie markizie, tak zaczęła głosem okropnie wzruszonym, trzeba byś się pan oddalił.... natychmiast. Wczoraj miałam chwilę szału... pan jesteś zanadto szlachetny, by z tego korzystać...
Jerzy patrzał na nią błagalnym wzrokiem. Mówiła dalej:
— Słuchaj pan niech moja szczerość będzie dowodem mego postanowienia niezłomnego. Ja kocham pana.
Croisenois krzyknął w uniesieniu.
— Tak jest, mówiła dalej księżna, aby być twoją oddałabym z rozkoszą całe życie. Kocham cię, Jerzy... ale głos obowiązku mówi we mnie głośniej aniżeli miłość. Być może, iż umrę ze smutku, ale przynajmniej za całun posłuży mi mój honor nieskalany... To jest wszystko co mogę powiedzieć... żegnam.
Markiz spuścił głowę; nie mógł przemódz na sobie by się oddalić.
— Odejdź pan!.... rzekła księżna dobitniej, odejdź!
A gdy nie ruszał się z miejsca, dodała:
— Jeżeli rzeczywiście kochasz mię, to honor mój powinien ci być drogi jak twój własny... Oddal się i nie staraj się nigdy mnie widzieć. Nie! nigdy już nie zobaczymy się!... Obecne niebezpieczeństwo oświeciło mię... Jestem księżną Champdoce i zachowam bez zmazy imię, które noszę. Nie umiem zresztą ani oszukiwać ani zdradzać...
Szlachetne uniesienie nadawało szczytny wyraz jej piękności.
Nigdy Croisenois tak jej nie kochał. Wydała mu się cudniejszą nad wszelkie marzenia; gotów był umrzeć dla niej.
— Co mi pani mówisz o zdradzie, zawołał. Tak jest, pogardzam kobietą, uśmiechającą się do męża którego oszukuje; ale utrzymuję że szlachetną i odważną jest ta, która śmiało naraża swe życie i rzuca wszystko dla tego, kogo kochała. Rzuć, Marjo, twój tytuł, twój majątek ogromny, wszystkie ułudy zbytku i próżności... i uciekajmy.
Ksieżna uśmiechnęła się smutno.
— Zanadto kocham cię, Jerzy, odrzekła, bym zgadzała się na złamanie twego życia... Nadejdzie dzień, w którym pożałujesz swego kroku... Kobieta zhańbiona musi być wielkim ciężarem!..
Jerzy nie zrozumiał znaczenia tych wyrazów.
— A!.... wątpisz o mnie!... zawołał, widzę to, czuję... Drżysz, bym z czasem nie zerwał węzła, który nas połączy. A więc znajdę węzeł, który cię zabezpieczy. Mówisz, że będziesz zhańbioną! Dobrze... I ja będę zhańbiony! Dziś w nocy, w klubie poszachruję w karty... dostanę policzek, nie odpowiem nic na to. Wypędzą mię, a ja wyjdę z pochyloną głowa. Będą wołać: „Croisenois złodziej!...“ Czy dość będę zhańbiony?... Jednak będę się miał za szczęśliwego, o! za najszczęśliwszego, jeżeli nazajutrz zechcesz uciec ze mną, daleko, daleko, dokąd zechcesz, pod przybranem nazwiskiem.
Przybliżył się, ujął za rękę księżnę Champdoce — nie cofała jej. Ten dowód miłości był tak wielki, tak niesłychany, iż czuła jak postanowienie jej chwieje się... I jaka przyszłość!... sami, daleko, daleko!...
Ale okropna myśl przyszła jej do głowy. Żywo cofnęła się, wołając:
— Ja nieszczęśliwa!... zapomniałam! Ach to być nie może, nie może!...
— Dlaczego? Ach! Jerzy, bo.. bo gdybyś wiedział!..
Łkania słowa jej przerwały.
Jerzy ujął ją w pół; słabo broniła się. Już się pochylił ku temu tak czystemu czołu, gdy wtem uczuł, że księżna mdleje w jego ręku, rysy jej zmieniają się straszliwie. Ku drzwiom wyciągnęła zesztywniałe ręce.
Jerzy żywo odwrócił się.
Drzwi były otwarte, a na progu stał nieruchomy książę Champdoce.
Markiz Croisenois był mężny; a jednak wszystka krew ścięła mu się w żyłach.
Jak przy świetle błyskawicy poznał swe położenie, okropne, rozpaczliwe, bez wyjścia.
— Nie podchodź pan!... krzyknął straszliwym głosem, nie podchodź!...
Był w obcym domu, w nocy, bez broni — i groził! Ale zdało mu się, że życie księżnej jest w niebezpieczeństwie i stracił przytomność umysłu.
Sardoniczny wybuch śmiechu Norberta oprzytomnił go. Poznał wielkość niebezpieczeństwa i wstyd mu się zrobiło wzruszenia doznanego.
Podniósłszy jak piórko księżne Champdoce, którą podtrzymywał dotąd, umieścił ją w fotelu.
Była nieruchoma i bezwładna, ale z poza długich przymkniętych rzęs błyszczało ostatnie spojrzenie miłości i przebaczenia dla tego, który ją zgubił.
Croisenois podchwycił to spojrzenie; wystarczyło mu ono dla odzyskania całej zimnej krwi i rozpaczliwej odwagi.
Żywo odwrócił się do Norberta i powiedział:
— Jakiekolwiek mogą być pozory, masz pan tu tylko jednego winnego do ukarania: mnie. Najmniejszy cień podejrzenia, rzucony na księżnę Champdoce, byłby niesłuszną obrazą... Bez jej wiedzy i przyzwolenia ośmieliłem się przyjść tu, wiedząc, że w pałacu nie ma nikogo.
Norbert milczał.
On także potrzebował zebrać swe myśli.
Idąc po schodach wiedział że zastanie kochanka u księżnej; ale nie mógł przewidzieć, by kochankiem tym był właśnie człowiek, którego najmocniej w świecie nienawidził.
Jeżeli milczał to dlatego, iż nie chciał okazać pomięszania swych myśli.
Croisenois stojąc z założonemi rękami, mówił dalej:
— Wszedłem tylko co przed panem... Dlaczego, o mój Boże! nie słyszałeś pan naszej rozmowy!... Poznałbyś całą szlachetność, całą szczytność uczuć księżnej Champdoce!.. Czuję to, że obraza przeze mnie wyrządzona jest wielka... i dla tego jestem na rozkazy pana Gotów jestem dać mu wszelkie żądane zadośćuczynienie.
Te ostatnie wyrazy zdawało się że złamały urok, który przykuwał Norberta do progu. Wszedł do pokoju ciężkim krokiem i pozamykawszy wszystkie drzwi, klucze pochował do kieszeni.
Potem oparł się o kominek, mając żonę swą na pół omdlałą po prawej stronie, a Jerzego przed sobą.
— Jeżeli dobrze zrozumiałem, tak zaczął, to pan proponujesz mi pojedynek. To jest, zhańbiwszy mię dziś, raczysz zabić jutro... za wiele uprzejmości!
— Panie!
— Za pozwoleniem!.. Być może i jestem dzieckiem, tak jak to pan mówiłeś pani Mussidan, zawsz jednak mam dość doświadczenia, by wiedzieć że głupio jest zrzekać się zyskanych korzyści. W grze, jaką pan rozpocząłeś, ryzykuje się życie... a pan przegrałeś, czy tak?
Croisenois machinalnie kiwnął głową na znak że się zgadza. Imię pani Mussidan wykryło mu prawdziwe uczucia Norberta.
— Zginąłem, pomyślał, spoglądając na księżnę, ale nie ona tego przyczyną... lecz tamta.
Norbert mówił dalej, egzaltując się własnemi wyrazami:
— Pojedynek!... Gdzieżby tu były moje korzyści?... Zabiję pana — to czyż przez to będę mniej zhańbiony? Nie. Pan mnie zabijesz... jestem zhańbiony więcej jeszcze, a na domiar tego — śmieszny. Do czego ten pojedynek? Przychodzę w nocy, jestem uzbrojony strzelam panu w łeb!... prawo ma dla mnie wytłumaczenie.
To mówiąc wyjął z kieszeni rewolwer i zmierzył do Jerzego Croisenois.
Była to chwila straszliwa. Ale Jerzy ani drgnął. Widząc jednak, że Norbert stoi nieruchomy, zawołał:
— Strzelajże pan!
— Nie... odrzekł Norbert.

<poem> chowając rewolwer, dodał zimno:
— Rozmyśliłem... trup pana zawadzał by mi.
Croisenois poświęcił już swe życie; ale znosić wahanie człowieka szalonego, znaczyło to umierać dwa razy. Schwycił Norberta za rękę i wstrząsnąwszy nią mocno, powiedział:
— Niech się to raz skończy!... i moja cierpliwość ma granice!... Czegoż pan chcesz wreszcie?
— Chcę pana zabić! krzyknął książę tonem tak wielkiej zemsty i wściekłości, że Croisenois zadrżał, ale zabić nie kulą.... gdyż nie czułbym, gdy będzie wchodzić w ciało.
Odsunął się nieco i mówił dalej:
— Chciałbym zabić pana z korzyścią dla mojego honoru. Mówią, że krew zmywa błoto... to fałsz Gdybym wycisnął z pana wszystką krew to jeszcze nie zmyłbym plamy, którą pan zrobiłeś na mojej tarczy herbowej. Trzeba by jeden z nas znikł tak, by nigdy nie odszukano jego śladów...
— Znajdź pan środek!
Norbert zdawał się rozmyślać.
— Znalazłbym go, szepnął, gdybym był pewny, że nikt w świecie nie wie... nie domyśla się że pan tu jesteś.
— Nikt o tem nie wie i wiedzieć nie może.
Uśmiech tryumfu rozjaśnił twarz Norberta.
— W takim razie, powiedział, zamiast korzystać z mego prawa zabicia pana, zgadzam się postawić moje życie przeciw jego życiu.
Croisenois nie bez trudności stłumił westchnienie ulgi. Był młody, bogaty, szczęśliwy przedstawiała mu się szansa ratunku.
— Powiedziałem, że jestem na rozkazy pana, odrzekł.
— Ale nie łudź się pan, ciągnął dalej Norbert, nie będzie to pojedynek zwyczajny, wśród białego dnia, wobec świadków, którzy zawyrokują, że honorowi stało się zadość zupełnie, trochę, lub wcale nie...
— Będziemy się bili jak pan zechcesz...
— Bardzo dobrze. A więc na szpady, zaraz, w ogrodzie.
Markiz spojrzał przez okno.
— Sądzisz pan, rzekł Norbert, że noc jest tak ciemna, iż niepodobna dojrzeć końca szpady?
— Tak jest.
— Bądź pan spokojny, dość będzie światła dla tego, który będzie konać... gdyż jeden z nas musi zostać na miejscu, pan to pojmujesz...
— Pojmuję!... idźmy więc.
Norbert otrząsł głową.
— Tak panu spieszno, panie markizie? powiedział, pozwólże mi skończyć...
— Mów pan.
— W końcu ogrodu jest dość obszerna przestrzeń, tak wilgotna, że się tam nic nie sadzi i nikt do niej nie zbliża się. Tam pana zaprowadzę. Weźmiemy każdy po łopacie i wykopiemy dół dość głęboki dla umieszczenia w nim tego, który będzie zabity. Potem dopiero weźmiemy szpady i będziemy się bić, dopóki jeden z nas nie padnie. Ten który utrzyma się, dobije drugiego, wepchnie w dół i zasypie ziemią.
Straszliwe przerażenie opanowało Jerzego.
— Nigdy! zawołał, nigdy nie przyjmę takich warunków!
— Ha! w takim razie, odrzekł Norbert, ja skorzystam z mego prawa.
I podniósłszy rewolwer, dodał:
— Za cztery minuty wybije jedenasta... jeżeli z pierwszem uderzeniem zegara pan się nie zdecydujesz strzelę.
Ani jeden muskuł nie drgnął na twarzy Jerzego. Poczwórna lufa rewolweru wymierzona mu była prosto w piersi przez śmiertelnego wroga.
Ale miał cztery minuty do zastanowienia się, zebrania myśli.
Od pół godziny tyle zaszło wypadków, iż te wydały się mu absurdem i zapytywał sam siebie, czy nie jest igraszką jakiego szkaradnego snu. W głowie mu się mąciło.
— Panie markizie, powiedział Norbert, pozostaje panu tylko dwie minuty.
Croisenois drgnął. Wzrok jego kolejno przechodził z Norberta na księżnę Champdoce.
Biedna Marja zdawała się bliską śmierci. Spazm nerwowy wstrząsał ją od głowy aż do stóp i kania w nierównych odstępach przerywały ciszę ponura.
Norbert zachowywał swoją postawę posągu. Croisenois uważniej przypatrując się mu, dostrzegł dziwny jakiś blask w jego oczach.
— Niech nas Bóg ma w swojej opiece, pomyślał, jesteśmy na łasce szalonego. Dla mego ratunku, dla uratowania tej, której życie byłoby tylko długiem konaniem, muszę zabić księcia Champdocǝ.
Przy tej myśli ostatnie jego wahanie znikło.
— Przyjmuję!.. powiedział stanowczym głosem.
Był już czas. Zegar bić począł.
— Dziękuję panu, rzekł zimno Norbert.
Ale Croisenois postanowił teraz bronić swe życie i życie księżnej.

― Przyjmuję, powtórzył, lecz przy pewnych warunkach.
— Umówiliśmy się...
— Pozwól mi pan wytłumaczyć się: Będziemy bili się w pańskim ogrodzie, w nocy, bez świadków, nad brzegiem rowu przez nas wykopanego zgoda. Ten który zostanie przy życiu przysypie ziemią drugiego i na to zgoda!... Ale czy myślisz pan, że na tem wszystko się skończy i że ziemia zachowa wieczną tajemnicę?...
Norbert pogardliwie ruszył ramionami.
— Pan nie wiesz, zaczął znowu Croisenois, co się stanie, jeżeli kiedykolwiek przypadkiem odkryje się coś...
— A!...
— Ten, który zostanie przy życiu, pan czy ja, będzie obwiniony o morderstwo.
— Zapewne.
— Będzie przytrzymany, uwięziony, stawiony przed sądem, skazany, wysłany na galery...
— Tak sadze.
— Pan tak sądzisz i mniemasz, że narażę się na takie ryzyko?
— Rzeczywiście, że ryzyko takie istnieje, odrzekł Norbert, ale to właśnie stanowi dla mnie rękojmię. Ta obawa sądu zapewnia mnie, że w razie gdy zostanę zabity, śmierć moja zostanie zatajona, jak tego sobie życzę.
Widocznem było, że Norbert zaledwie powstrzymywał się.
— Uważaj pan, panie markizie, rzekł głuchym głosem, skończyć się może na tem, iż będę myślał, że pan się boisz.
Boję się być obwinionym o morderstwo... tak jest.
— Toż same niebezpieczeństwo i mnie zagraża.
Ale Croisenois był mocno zdecydowany nie ustępować.
— A więc, powiedział tonem niezłomnego postanowienia, jeżeli tak jest — nie przyjmuję pojedynku... Nie chcę bić się w takich warunkach, iż zmuszony byłbym chcieć raczej być zabitym, aniżeli zostać przy życiu. Szanse nasze nie są równe. Niech ja zniknę, a pewno nikt nie będzie szukać tu mego trupa. Pan jesteś u siebie i możesz przedsięwziąć wszelkie ostrożności... Jeżeli ja pana zabije... to co wtedy?... Czy mam prosić księżnę Champdoce o pomoc?... Czy sama księżna nie będzie wtedy podejrzywaną?
Norbert zamyślił się. Uwagi Jerzego trafiały powoli do jego przekonania.
Pomyślał o owym bezimiennym liście, o tej która go napisała, która posiadała jego tajemnicę i mogła wydać.
— Więc jakże pan chcesz zrobić? zapytał.
— Niech każdy z nas nie wyjawiając powodów pojedynku, spisze jego warunki; następnie takie deklaracje wymienimy.
— Dobrze, ale spieszmy.
Wyjął z małego biórka pióra i papier wkrótce deklaracje takie były gotowe.
Potem zgodnie z propozycją Jerzego każdy z przeciwników napisał listy datowane z zagranicy, który ten kto zostanie przy życiu, odda na pocztę w miejscu, zkąd będą datowane; tym sposobem wszelkie poszukiwania wprowadzone zostaną w mylną drogę.
Gdy wszystko zostało ułożone Norbert wstał.
— Teraz chodźmy, powiedział.
Wychodzili, gdy Norbert uczuł, że go ktoś ciągnie za okrycie.
Księżna nie mogąc utrzymać się na nogach, przyczołgała się do niego na kolanach.
Biedna kobieta! Wszystko słyszała i ze złożonemi rękami poczęła błagać:
— Norbercie!... zlituj się!.. jestem niewinna, przysięgam!... Nie kochasz mnie... dla czegoż macie bić się?... Zlituj się!.... jutro wstąpię do klasztoru na całe życie... zlituj się!...
— Eh!.... zawołał Norbert, proś pani Boga, by kochanek twój mnie zabił.... potem będziesz wolna...
I odepchnąwszy nieszczęśliwą kobietę, która upadła, zamknął drzwi za sobą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.