[202]XIII.
Nadszedł wrzesień i chociaż czas był szkaradny, młody książę Champdoce w towarzystwie wiernego Jana przeniósł się do Maison, gdzie się znajdowały jego wyścigowe wierzchowce.
Zrobił to pod pretekstem, że sam chce dopatrzeć trenowania kilku koni, z których jeden, kosztujący go 30.000 franków, miał szansę wygrania wielkiej nagrody.
Poprawdzie zaś posprzeczał się z panią Mussidan i chciał pokonać ją swoją nieobecnością; słyszał bowiem w klubie, że nieobecność podobna jest do wiatru, który rozdmuchuje płomień.
Już dwa dni był w Maison i niepokoił się tem, że nie miał wiadomości od Diany, gdy wtem wieczorem dano mu znać, że jakiś człowiek chce się z nim widzieć.
Wyszedłszy ze stajni znalazł się wobec charłaka, znanego w okolicy, który żył częścią z jałmużny, częścią ze spełnienia rozmaitych zleceń.
— Czego chcesz? zapytał książę Champdoce.
Człeczyna wydobył z kieszeni, ale tylko do połowy, list i mrugnął, sądząc że bardzo sprytnie postępuje.
— To do jegomości, powiedział.
— Daj więc.
— Ale bo to, widzi jegomość... polecono mi wręczyć go, gdy jegomość będzie sam...
— Mniejsza o to! dawaj!
— Ha! jeżeli pan tak chce...
Według zdania Norberta list ten mógł pochodzić tylko od Diany.
Zlecenie dane komisjonerowi dowodziło, że osoba pisząca mocno się obawia być odkrytą. Może Diana była w Maison, o sto kroków od niego?
[203]Rzuc ił luidora biedakowi i podszedł ku latarni przy stajni.
Ale na adresie nie poznał delikatnego i arystokratycznego pisma Diany.
Litery były grube, niezgrabne, zdradzające rękę nieprzywykłą do pisania, rękę jakiejś kucharki.
Nawet był błąd gruby, szkaradny: zamiast Champdoce napisano było Champdosse.
— Któż to pisze? pomyślał Norbert.
Złamał pieczątkę. Papier był strasznie pospolity, miejscami zatłuszczony, pismo szkaradne, myłek ortograficznych mnóstwo.
List był taki:
„Mości książę!
„Przykro mi jest, iż muszę wyznać księciu prawdę, ale to przechodzi moje siły; muszę ulżyć memu sumieniu. Nie mogę dłużej znosić, by kobieta tak mało miała serca i honoru, aby zwodziła takiego człowieka jak książę.
„Chcę tem powiedzieć, że żona księcia zdradza go i wyśmiewa się z niego z innym.
„Możesz mi książę wierzyć, gdyż jestem uczciwa dziewczyna, i łatwo księciu przekonać się, że nie kłamię.
„Niech książę tego jeszcze wieczora ukryje się w takiem miejscu, zkąd widać małą furtkę do jego ogrodu, a między dziesiątą a jedynastą na pewno zobaczy wchodzącego kochanka. Klucz dawno mu już dano.
„Godzina schadzki dobrze wybrana. Służby, nie będzie w pałacu.
„Ale zaklinam księcia by nie robił hałasu dla, takiej błahostki. Nie chciałabym robić księżnie przykrości.
„A teraz piszę się itd.“
Jednym rzutem oka Norbert objął całą tę nikczemną bezimienną denuncjację.
Krew mu uderzyła do głowy. Ryknął, że aż stajenni nadbiegli.
[204] — Gdzie ten człowiek, zawołał, który tylko co przyniósł mi list? Biegnijcie za nim!... sprowadźcie go tu!... prędzej!... prędzej!...
Nie upłynęła minuta, a już charłaka prowadzili dwaj masztalerze.
— Ależ ja go nie ukradłem!.. krzyczał szamocąc się, dostałem go!... weźcie go sobie!..
Mówił o luidorze, którego mu dał Norbert.
Sądził że zaszła jakaś omyłka.
Norbert zrozumiał to.
— Puśćcie go! zawołał na masztalerzy.
A potem zwracając się do biedaka, dodał:
— Zatrzymaj sobie co ci dałem, ale odpowiadaj mi. Kto ci wręczył ten list?
— Nie wiem, panie, odrzekł biedak drżąc.
— Kobieta czy mężczyzna?
— MęzczyznaMężczyzna.
— I ty na prawdę nie znasz go?
Biedak podniósł w górę rękę jakby brał niebo na świadka.
— Nigdym go nie widział, odrzekł. Wysiadł z fiakra, zatrzymał się przy moście. Ja przechodziłem tamtędy; zbliżył się do mnie i powiedział: „Widzisz ten list? Powierzam go tobie. Jak wybije pół do ósmej, ni pierwej ni później, oddasz go księciu Champdoce, którego dom znajduje się przy drodze do lasu.“ Opowiedziałem: „Dobrze.“ Potem człowiek dał mi list i pięć franków, wsiadł do fiakra i odjechał.
— Która godzina była wtedy?
— Koło czwartej.
Norbert zawiódł się. Przez chwilę miał nadzieję dopędzić fiakra.
— A jak wyglądał ten człowiek? zapytał.
— Ot tak sobie, zwyczajnie. Miał gruby złoty łańcuch przy zegarku... a z pozoru był sobie niczego... ni wielki ni mały, ni młody ni stary.
— Dość tego... możesz odejść.
Gniew Norberta był gwałtowny i cały zwracał się ku autorowi bezimiennego listu.
[205] Nie wierzył temu by go księżna zdradzała: nie kochał jej, nawet nie nienawidził, ale szanował.
— Moja żona, mówił do siebie, jest kobieta uczciwa; to pewno jaka służąca mści się.
Ale począł odczytywać szkaradny list; zdało mu się, że złośliwy styl jego nie był naturalnym, lecz wyszukanym. Wskazówka by nie robić hałasu była poprostu drwinami.
Jedno jeszcze irytowało go: napomknienie że nie będzie służby. Zawołał Jana.
— Czy to prawda, że dziś w pałacu nie będzie nikogo?
— Tak jest, wieczorem i przez część nocy.
— A to dlaczego?
— Książę nie przypomina sobie? Drugi stangret żeni się i wszyscy słudzy są zaproszeni na bal, książę sam pozwolił...
— Prawda, ale jeżeli księżna będzie czego potrzebować?
— Księżna pani była tak dobra, iż powiedziała, że nie chce nikogo pozbawiać przyjemności, i byle tylko pozostał odźwierny z żoną, tego będzie dość.
Po chwili uniesienia Norbert począł udawać wielki spokój. Ale było to kłamliwem. Zwątpienie opanował jego umysł.
Spojrzał na zegarek — była ósma.
— Tyle tylko mam czasu, mruknął, by dojechać do Paryża.
Poszedł do domu i przywołał Jana.
Wobec tego sługi tak wiernego uznał, że udawanie jest zbytecznem.
— Janie, powiedział krótko, muszę natychmiast jechać do Paryża.
Poczciwy sługa smutno kiwnął głową.
— Z powodu tego listu? zapytał z uszanowaniem.
— Tak jest.
— Oszkalowano księżnę panią?
[206] — Zkąd wiesz o tem?.... zapytał Norbert groźnie.
— Niestety!... łatwo było domyśleć się.
— A więc prędko! ubierać się!.. niech konie zakładają. Powóz będzie czekać na mnie przy klubie. Pójdę piechotą.
Jan ośmielił się zaprzeczyć swemu panu.
— Tak być nie może, powiedział. Ludzie muszą mieć takie same podejrzenie jak ja. Bóg wie coby sobie myśleli, gdyby zobaczyli że książę odjeżdża. Jeżeli książę chce koniecznie udać się do Paryża, to trzeba to tak zrobić, by potem mógł powrócić i nikt o tem nie wiedział.
— Może masz słuszność... ale jak to zrobić?
— Podejmuję się wyprowadzić potajemnie jednego konia ze stajni na drugą stronę mostu, gdzie książę przyjdzie. Potem będę czekał na powrót księcia w jakim szynku.
— Dobrze, ale spiesz się, minuty mam policzone.
Jan wyszedł, a Norbert słyszał jak mówił:
— Niech przyrządzą dla księcia zimną wieczerzę.
Książę Champdoce wszedł do swego pokoju sypialnego, wziął okrycie, długie buty i włożył do kieszeni rewolwer, którego odnowił naboje.
Potem wyszedł tylnemi schodami, pewny że nikt go nie dostrzegł.
Noc była ciemna; padał deszcz drobny, gęsty, zimny, zwiększający jeszcze ciemność.
Stary sługa czekał już z koniem. Norbert wskoczył na siodło.
— Nie dostrzeżono mnie, rzekł Jan, wszystko dobrze idzie. Powrócę i każę podać wieczerzę, jak gdyby książę był w domu. Nawet zjem cokolwiek, by się nie domyślano.
— Dobrego apetytu, stary Janie.
Starzec westchnął głęboko.
— Książę może jeszcze żartować... rzekł tonem wyrzutu. Niech i tak będzie! za trzy godziny [207]będę w tym tu szynku na lewo. Gdy książę powróci proszę zastukać dwa razy w okno wyjdę natychmiast.
— Dobrze.
Wsiadł na konia, ścisnął go nogami i popędził jak strzała.
Ale gdy dojechał do pierwszych domów przedmieścia, nieufność jego obudziła się.
Gdyby też zażartowano sobie z niego? Gdyby list ten napisał który z przyjaciół klubowych, teraz podpatrujący go?...
Ileżby było śmiechu!... „A! książę zazdrośny!“
Więc pojechał stępo bulwarami.
Ale teraz powstało pytanie — co zrobić z koniem?
Już myślał przywiązać go poprostu do drzewa, gdy wtem spotkał żołnierza wolno przechodzącego się.
— Czy chcesz, mój przyjacielu, zapytał go, wyświadczyć mi wielką usługę i zarazem zarobić dwadzieścia franków?
— Bardzo chętnie, jeżeli to nie sprzeciwia się regulaminowi.
— Idzie o to, byś mi potrzymał konia i przeprowadzał go, by się nie zaziębił. Ja mam tu zrobić jedną wizytę w okolicy.
— O! jeżeli tylko tyle, tom gotów.
Norbert zsiadł z konia i umówiwszy się gdzie go ma znaleźć następnie, szybko oddalił się.
Poszedł na ulicę Barbet de Jony, na którą wychodziła furtka z ogrodu przy pałacu Champdoce.
Umieścił się w ciemnym kącie i czekał. Wybiła dziesiąta godzina.
Przedtem jeszcze rozpatrzył całą ulicę; przekonał się że nikt go nie szpieguje. Więc nie obawiał się już mistyfikacji.
Szło teraz tylko o przekonanie się, czy denuncjacja nie była prostem oszczerstwem. [208]Postanowił zatem czekać do północy — gdyby do tej pory nikt się nie pokazał, w takim razie niewinność księżnej byłaby widoczną i wróciłby do Maison.
— Z miejsca w którem umieścił się, widać było część pałacu Champdoce. Trzy tylko okna sypialni księżnej były oświetlone. Co ona ona robi w tej chwili? Zapewne siedzi samotna i płacze.... jak zwykle.
Długo przesiedział zamyślony. Jak długo? Nie wiedział.
Już myślał odejść, gdy wtem zdało mu się, że słyszy lekki szmer na końcu ulicy. Nadstawił uszu.
Wyraźnie słychać było czyjeś kroki.
Wkrótce dostrzegł jakby cień, przesuwający się pod murem. Stanąwszy przed furtką ogrodową cień zatrzymał się.
Nastąpiła cisza. Cień — zdawało się — że się rusza... Potem coś jakby stuknęło i wszystko znikło.
Ale stuk ten przekonał Norberta, że furtka otworzyła się i zamknęła.
Jakiś człowiek wszedł do ogrodu... Niepodobna było wątpić — a jednak Norbert wątpił.
Może to prosty złodziej?... Może człowiek ten przychodzi do jakiej służącej?
Spojrzał na okna sypialni swej żony. Po chwili oświetliły się one jaśniej...
Widocznie zapalono świece. Widział jak jasność migała w przedpokoju, potem na schodach.
Teraz trzeba było ustąpić rzeczywistości!... prychodziłprzychodził kochanek.... księżna czekała na niego. Zapewne dał umówiony znak i księżna wyszła na przeciw niemu.
Norbertowi krew uderzyła do głowy.
— Jak ukarać nędznika, — który plamił jego honor?!
[209] Krzyknął. Szatańska myśl mu przyszła do głowy. Przyjął ją jak natchnienie z nieba.
Pobiegł do furtki i wyłamawszy ją wpadł do ogrodu.
| . |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
.
|
| . |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
.
|
| . |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
.
|