Niewolnicy paryscy/Część III/XII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Było to w początkach marca.
Zamiast jeść śniadanie u siebie lub z przyjaciółmi w klubie, jak to zwykle robił, ks. Champdoce oznajmił, że będzie na śniadaniu u księżnej.
Był w doskonałym humorze; żona nigdy dotąd nie widziała go takim. Śmiał się, żartował, opowiedział parę najświeższych anegdot.
Gdy podano kawę prosił, by mu księżna pozwoliła zapalić cygaro i zasiadł wygodnie przy ogromnym piecu w sali stołowej.
Księżna Champdoce była zdumiona. Ta metamorfoza tak szybka i niespodziewana, zaniepokoiła ją i przeraziła.
Jak tylko służba oddaliła się i pozostał sam z żoną, podsunął krzesło do niej i pocałowawszy z wielką galanterją w rękę, rzekł nie bez pewnego wahania:
— Dawno już, droga Marjo, zamierzam otworzyć ci moje serce. Szczere i przyjacielskie wyznanie jest miedzy nami niezbędne.
— Mości książę!...
— Pozwól mi wytłumaczyć się. Od czasu jak jesteśmy w Paryżu, nie widujemy się prawie. Wychodzę wcześnie, powracam późno, czasami przez trzy dni nie przemówimy do siebie ani słowa....
— Nigdym się na to nie uskarżała, wyszeptała młoda kobieta.
— Wiem Marjo, boś zacna i godna istota... Ale jesteś młoda... niepodobna byś mię źle nie osądziła.
— Nie sądziłam pana.
— Tem lepiej!... Nie potrzebuję więc ani bronić się, ani uniewinniać. Ale chcę, byś wiedziała, Marjo, że byłaś moją jedyną myślą... Nie często pozostawałem w domu... bo rozmaite okoliczności... interesa.. projekta... Ale podczas gdyś może przypuszczała, że jestem zajęty rozrywkami, ja cierpiałem na tem, że siedzisz sama jakby opuszczona.
— Znam obowiązki uczciwej kobiety, rzekła z godnością księżna.
— Na miłość boską, Marjo, zawołał Norbert, niech między nami nigdy nie będzie mowy o obowiązkach! Znasz tak dobrze jak ja powody swego osamotnienia. Przyjaciółki panny Puymandour nie mogły zostać przyjaciółkami księżnej Champdoce.
— To też nie nalegałam.
— Tak jest. Z drugiej strony żałoba nie pozwala nam robić wizyt jeszcze cztery lub trzy miesiące.
Księżna wstała w nadziei, że przerwie tę niemiłą rozmowę.
— Czyż kiedy chciałam robić wizyty? zapytała.
— Nigdy. Tembardziej powinienem się sam zająć uprzyjemnieniem ci domu. O!... ile to razy pragnąłem widzieć przy tobie nie jedną z tych kobiet szalonych, myślących tylko o strojach, ale młodą osobę twojego wieku, stanowiska, jednem słowem przyjaciółkę... Ale gdzie znaleźć taką?... Stosunki między młodemi kobietami są pełne niebezpieczeństw...
Plątał się w frazesach.
— Nakoniec, zaczął znowu żywo, sądzę że wynalazłem taką towarzyszkę, o jakiej marzyłem dla ciebie. Miałem sposobność spotkać ją u pani d’Arlange, która ją niezmiernie wychwala... i sądzę, że dziś jeszcze poznacie się.
— Tu?
— Rozumie się. Cóż w tem nadzwyczajnego? Zresztą ta młoda osoba nie jest dla nas obcą; jest z naszego kraju i ty ją znasz.
Czuł że rumieni się, więc schylił się niby dla poprawienia drzwiczek od pieca i dodał:
— Przypominasz sobie zapewne pannę Sauvebourg?
— Pannę Dianę?
— Tak jest.
— O rzadko ją widywałam. Rodzice nasi nie bardzo dobrze, z sobą byli. Markiz Sauvebourg poczytywał nas za ludzi nie z jego sfery.
Norbert nabrał otuchy.
— Spodziewam się, powiedział, że córka okupi w twoich oczach winę ojca. Wkrótce po naszem pobraniu się panna Sauvebourg poślubiła wicehrabiego Mussidan, spokrewnionego z Comarin’ami... koniec końcem dziś złoży ci wizytę.
Księżna Champdoce nic nie odpowiedziała, ale nie uszło jej uwagi zakłopotanie Norberta.
Milczenie trwało już pewien czas, gdy wtem w dziedzińcu dał się słyszeć turkot powozu i prawie w tejże chwili lokaj zaanonsował panią Mussidan.
Norbert zerwał się, wziął żonę za rękę i prawie wciągnął do salonu, mówiąc:
— Chodźmy Marjo, to ona!
Nie bez długiego wahania Diana zdecydowała się na tę wizytę, na ten śmiały krok, naruszający wszelkie konwenanse. Przeszło minutę czekała już w wielkim salonie pałacu Champdoce, gdy nakoniec wszedł tam Norbert z żoną.
Chwila była stanowcza, serce Diany bić przestało i chociaż umiała panować nad sobą, rysy jej zdradzały okropną niespokojność.
Ale trwało to ledwie sekunde. Jedno spojrzenie na Marję przekonało ją, że ta nie ma najmniejszego podejrzenia.
Z pełną wdzięku swobodą i uśmiechem na ustach pani Mussidan poczęła przepraszać za swe natręctwo; ale nie mogła oprzeć się chęci odwiedzenia dawnej sąsiadki, pomówienia o Poitoux, Bivronie, Champdoce, o tym cudnym kraju, który ubóstwiała.
Księżna słuchała, nie odrzekłszy ani słowa. Skłoniła się bardzo zimno, a twarz jej wyrażała tylko zdziwienie.
Pani Mussidan usiadła przy ogniu. Norbert chodził tam i nazad po salonie. Nie wiedział co ma zrobić z sobą; czuł bowiem dobrze, jak szkaradną odgrywa rolę. Ale jak tylko między kobietami zawiązała się rozmowa, wyszedł, nie wiedząc czy ma go cieszyć, czy też smucić ta niegodna komedja.
Jednak gdy wyszedł z salonu trwoga jego znikła.
— Ba! powiedział sam do siebie, Diana da sobie radę.
Nie było to tak łatwo jak sądził.
Sądząc z tego co słyszała od Norberta o jego żonie, pani Mussidan mniemała, że zostanie przyjęta przez księżnę jak anioł zstępujący z nieba dla pocieszenia więźnia.
Spodziewała się znaleźć istotę prostoduszną, która już przy pierwszej wizycie rzuci się jej na szyję i rychło potem w uniesieniu wdzięczności cała się jej odda.
Ale prędko poznała, że Norbert, tak jak wielu innych mężów, źle znał swoją żonę; że Marja jest osobą, którą można opanować tylko przy zachowaniu największych ostrożności.
To jednak nie odjęło jej bynajmniej odwagi. A taką była potęga jej uroku, że gdy się oddaliła, pierwszy krok był już zrobiony.
Tegoż samego wieczora księżna Champdoce mówiła mężowi:
— Wicehrabina jest bardzo miła osoba.
— O, tak, odrzekł Norbert, zacna osoba. Cały Bivron płakał, gdy odjeżdżała; była tam bowiem prawdziwą opatrznością biednych...
W duchu cieszył się tem powodzeniem Diany.
— Co za zręczność i spryt! myślał.
Dwulicowość ta nie przerażała go, ale owszem zachwycała. Miał nowy powód do uwielbiania tej kobiety, tak górującej rozumem. Zresztą czyż nie dla niego to rozwijała tyle zręczności?
Zadowolenie jego zmniejszyło się znacznie nazajutrz, gdy spotkał panią Mussidan na Polach Elizejskich. Była smutna i zakłopotana.
— Co pani jest? zapytał.
— Jest mi to, że teraz gorzko żałuję, żem była powolną natchnieniu mego serca i błaganiom pana. Niestety!... popełniliśmy wielką nieostrożność!...
— My?... a to jaką?
— Norbercie, żona pana coś podejrzywa.
— Nie może być! Wynosiła panią pod niebiosa gdyś odjechała.
— Jeżeli tak, to jest jeszcze sprytniejsza, aniżeli przypuszczałam!.... A pan mi mówiłeś, że jest prosta i łatwowierna!... Ma ona nie mniej od nas sprytu.
Ton Diany był tak poważny, że Norbert na serjo przeraził się.
— Cóż począć w takim razie? zapytał.
— Najlepiej byłoby zrzec się naszych schadzek...
— O!... za nic! nigdy!
— Więc pozwól, mój przyjacielu, niech się namyślę.... a do tego czasu bądź ostrożny!.... zaklinam.
Wynikiem namysłu pani Mussidan było, że Norbert na raz zmienił tryb życia. Rozstał się z klubem, z wycieczkami, z kolacyjkami; nie przepędzał już noce na grze w karty lub piciu.
W dzień wyjeżdżał z żoną, wieczorami przesiadywał w pałacu.
W klubie pomawiano go, że chce zostać wzorowym mężem.
Zmiana ta nie odbyła się bez buntu. Oburzało go ciągłe udawanie, na jakie był skazany. Ale delikatna i biała rączka Diany miała siłę żelazną.
— Trzeba byś tak żył, odpowiadała na jego skargi, naprzód dla tego że trzeba, a powtore, że ja tak chcę. Zresztą od teraźniejszego twego zachowania się zależy bezpieczeństwo nasze w przyszłości.. Trzeba żeby wraz ze mną weszło dla księżnej Champdoce szczęście do domu.
Co na to odpowiedzieć? Norbert był teraz zakochany więcej niż kiedykolwiek i okropna trwoga lodowaciła mu na ustach wszystkie zarzuty.
I był posłuszny.
Pocieszał się tem, że przynajmniej zabiegi pani Mussidan nie pozostawały bezowocnemi.
Przez długi czas trzymając się odporni, księżna nie była wreszcie w stanie oprzeć się urokowi tej przyjaźni, pełnej względów i inteligencji, jaką jej ofiarowała Diana, i skończyło się na tem, iż całkiem oddała się w ręce śmiertelnej swej nieprzyjaciółki.
Wkrótce nie miała już dla niej żadnych tajemnic i pewnego dnia, mocno rumieniąc się, wyznała jej pierwszą swą miłość — jedyną miłość dziewiczą, której wspomnienie pozostało w jej sercu jak woń cudna. Ośmieliła się wymienić Jerzego Croisenois.
Pani Mussidan zadrżała z radości.
Dawno już czekała na to wyznanie, potrzebowała go dla przeprowadzenia swoich zamysłów; robiła co tylko mogła by je wywołać.
Jaką z tego wydobędzie korzyść? Wiedziała o tem dobrze, że kobiety więcej zgubiły kobiet, aniżeli uwiedli ich mężczyźni.
— Trzymam ją nakoniec! pomyślała, nareszcie zostanę pomszczona!
W obecnym czasie dwie te kobiety żyły z sobą jak dwie siostry, nie rozstawały się prawie. Doszło to do takiego stopnia, że sam Norbert począł być zazdrośny o tę wielką przyjaźń, którą sam przecież ukartował.
Bo przyjaźń ta nie tylko nie ułatwiała mu, ale owszem utrudniała nawet stosunki o jakich sobie roił.
Od czasu jak Diana bywała prawie codziennie w pałacu Champdoce, rzadko mógł ją widywać na osobności, czasami przechodziły tygodnie, a ani razu nie znaleźli się sam na sam.
Kilka razy omal że nie wybuchnął; ale zawsze pani Mussidan dla zamknięcia mu ust miała gotowy zapas mniej więcej zręcznych rozumowań.
To żartowała sobie z niego nielitościwie, to znowu imponowała mu, mówiąc:
— A czegożeś się pan spodziewał?... Do jakich to nikczemności uważasz pan mię za zdolną?
Widocznie Diana igrała z nim jak z dzieckiem, jak z głupcem. Widział to, czuł.
Widocznem było że chytre te manewra zmierzały ku jakiemuś celowi. Ku jakiemu?
Gdyby przynajmniej mógł widywać panią Mussidan tak jak przedtem!... Ale i po za obrębem pałacu była strzeżona. Czy to przejeżdżała się po lasku, czy była na wyścigach, zawsze jakiś usłużny kawaler galopował przy drzwiczkach jej karety. To p. Sairmeuse, to p. Clairin, a najczęściej Jerzy Croisenois.
Wszyscy ci panowie strasznie niepodobali się Norbertowi; ostatni miał szczególny dar irytowania go. Jerzego Croisenois poczytywał Norbert za impertynenta i samochwała. Sądził go jednak bardzo błędnie.
W dwudziestym piątym roku życia — tyle bowiem liczył wówczas — markiz Croisenois poczytywany był za jednego z najdowcipniejszych ludzi wyższego towarzystwa paryskiego. Reputacja ta była całkiem zasłużona; a przytem, rzecz rzadka, nie był złośliwy. Mógł mieć wielu zazdroszczących, ale nie nieprzyjaciół. Szanowano go i lubiano za prawość. Charakter jego miał pewne strony rycerskie i awanturnicze, co się w nim szczególnie podobało.
Był to męzczyżna średniego wzrostu, kształtny, ciemny brunet, o czole otwartem i inteligentnem, ślicznych czarnych włosach, spojrzeniu łagodnem i uśmiechu nieco sarkastycznym.
— Bardzobym chciał wiedzieć, pytał Norbert pani Mussidan, jaką przyjemność znajdujesz pani w towarzystwie tego impertynenta?
Na to odpowiadała Diana zawsze z szatańskim uśmiechem:
— Bardzoś pan ciekawy.... dowiesz się później.
Gdyby Norbert był oględniejszy i więcej się zastanawiał, to podobne odpowiedzi powinneby były zaniepokoić go. Zamiast unosić się bez sensu począłby analizować postępowanie Diany, a bardzo być może, iż takie studjum naprowadziłoby go na ślad prawdy.
Tymczasem pani Mussidan z niesłychaną wytrwałością i zarazem nadzwyczaj ostrożnie prowadziła dalej swoje dzieło zniszczenia.
Ani jeden dzień nie upłynął bez tego, by między nią a księżną Champdoce nie było mowy o Jerzym Croisenois. Powoli umiała przyzwyczaić umysł księżnej do zastanowienia się z zimną krwią nad tysiącem możliwych wypadków, przypuszczeń, o których jedna myśl na kilka miesięcy przedtem dreszczem przejęłaby ją.
Po zdobyciu tego ważnego stanowiska, Diana uznała, iż nadeszła chwila zbliżenia dwojga kochanków i zarazem, że jedno niespodziewane spotkanie warte będzie więcej, aniżeli najprzebieglejsze namowy.
Otóż pewnego dnia, gdy księżna Champdoce zajechała po Dianę, by ja zabrać z sobą na przejażdżkę, poproszono ją, by się zatrzymała chwilę w salonie. Weszła tam i znalazła markiza Croisenois.
Oboje krzyknęli jednocześnie, poznawszy się, potem pobledli. Księżna tak się wzruszyła, że padła na fotel koło progu.
Jerzy był niemniej wzruszony. Kochał on głęboko Marje Puymandour i dotąd nie pocieszył się po jej zamążpójściu.
— Niegdyś wierzyłem pani, rzekł głosem ledwie dosłyszanym, a pani zapomniałaś o mnie...
— Pan sam nie wierzysz temu co mówisz, odrzekła księżna, na pół podnosząc się.
Ale prawie natychmiast padła znowu, mówiąc dalej, lecz nie zdając sobie sprawy z własnych słów.
— Ojciec kazał... byłam posłuszna... byłam słaba... nic nie zapomniałam.
Przytulona za drzwiami pani Mussidan nie traciła ani jednego wyrazu. Szkaradna radość opanowała jej serce. Powiedziała sobie, że spotkanie, tak się zaczynające, nie może być ostatniem.
Nie myliła się. Wkrótce usłyszała, jak księżna układała się z Jerzym, by się znowu zobaczyć bez wiedzy pani Mussidan.
Ale zanadto była zręczną, by okazać że wie cokolwiek.
Czegoż jeszcze trzeba było dla sprowadzenia katastrofy tak cierpliwie podgotowanej? Wypadku, trafu, drobnostki, która porusza lawinę i rzuca ją z góry.
Traf taki nadarzył się.