Niewolnicy paryscy/Część III/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Po brutalsku przepędzona przez Norberta Diana, ze śmiercią w duszy posła drogą ku Sauvebourg.
Ukazanie się księcia Champdoce przejęło ją niepojętą trwogą. Teraz dopiero poznała całą okropność zbrodni.
Ale wyobraźnia jej nie znosiła długich wrażeń. Powróciwszy po cichu do swego pokoju i zmieniwszy zabłocone ubranie, poczęła odzyskiwać spokojność.
Zastanawiając się doszła do tego przekonania, że gdyby książę nie pojawił się, to być może, iż odzyskałaby serce Norberta; powiedziała sobie, że słabością byłoby oddawanie się rozpaczy, dopóki fatalne tak nie zostało wymówione.
W takiem znajdowała się usposobieniu umysłu, gdy przedstawiano jej wicehrabiego Mussidan, przyjaciela zmarłego jej brata.
W owej epoce Oktawiusz Mussidan łączył w sobie w wysokim stopniu wszystkie przymioty, jakie zdają zapewniać długie lata szczęścia.
Słuszny, dobrze zbudowany, obdarzony bardzo ujmującą fizjonomią, żelaznego zdrowia, miał przytem za sobą wszystkie korzyści dobrego imienia i znacznego majątku.
Wyprawiony do Paryża w dwudziestym roku z dobrym zapasem pieniężnym, odrazu znalazł się, dzięki stosunkom rodzinnym, w najlepszem towarzystwie stolicy. Rychło też nabrał doświadczenia, które zdawało się, że go zabezpieczy od wszystkich nagłych uniesień namiętności.
Inaczej jednak stało się.
Na sam widok panny Sauvebourg uczuł wewnętrzne wzruszenie — zapowiedź jednej z tych miłości, które stanowią rozkosz lub męki całego życia.
To prawda, że i Diana nigdy dotąd nie była tak ponętną.
Oktawiusz Mussidan nie spodobał się jej, zanadto różnił się od Norberta.
Zresztą nic w świecie nie było w stanie zatrzeć obrazu tego ostatniego.
Oktawiusz zaś zakochał się i z roskoszą oddał się całkiem uczuciu, które nim owładło i które po każdej wizycie w Sauvebourg potężniało.
Ale zakochany po rycersku, pragnąc posiąść kobietę tylko zgodnie z własną jej wolą, naprzód więc zgłosił się do samej Diany.
Gdy mu się udało raz znaleźć ją samą, z wielkiem uszanowaniem i głosem drżącym zapytał, czy raczy mu pozwolić prosić o swą rękę markiza Sauvebourg.
Krok ten zdziwił ją mocno. Całkiem zaniepokojona walką, którą przedsięwzięła, nic nie zauważyła.
Oktawiusz zniewolił ją poniekąd do zastanowienia się nad rzeczywistością.
Wpatrzyła się głęboko w pana Mussidan i po długiem wahaniu przyrzekła dać na drugi dzień stanowczą odpowiedź.
Cała noc przeszła na rozmyślaniu. Wynikiem tego był list, który powierzyła Franciszce.
Obwiniony, oczekujący na wyrok sędziów, mających stanowić o jego życiu i śmierci, nie cierpi tyle, ile wycierpiała Diana, gdy na końcu parku wyczekiwała powrotu swej posłanki.
Trwało to prawie cztery godziny. Nakoniec ukazała się Franciszka zadyszana.
— Cóż ci powiedział? zapytała Diana.
— Nic!... to jest powiedział... rozkrzyczał się i wołał: nigdy!... nigdy!...
Nie wypadało by dziewczyna ta domyśliła się czegoś. Więc Diana zdobyła się na uśmiech.
— Dobrze, powiedziała, właśnie tegom sobie życzyła.
Potem wręczyła Franciszce luidora za drogę i dała znak by odeszła.
Panna Sauvebourg była straszliwie znękana, bez wątpienia, ale zarazem doznała jakiejś nieokreślonej ulgi, jak gracz, który zaryzykowawszy całe swe mienie, postawił ostatnie pieniądze, przegrał je i powiedział sobie: Nakoniec!...
Od tej pory nie było już żadnej wątpliwości. Nie pozostała żadna nadzieja, oprócz nadziei — zemsty.
Teraz cieszyło ją oświadczenie się Oktawiusza. Bo powiedziała sobie, że wyszedłszy zamąż będzie wolną i może udać się za Norbertem i jego żoną do Paryża.
Powróciwszy do zamku zastała tam Oktawiusza.
Młody człowiek zapytał ją wzrokiem, a Diana skinieniem głowy, pełnem najcudniejszych przyrzeczeń, odpowiedziała mu: Tak.
Sądziła, że jest wolną od przeszłości — myliła się.
Zapomniała o swym wspólniku, Daumanie.
Dowiedziawszy się, że sprawa była chybiona, prezydent ściągnął ile mógł na prędce pieniędzy gotował się do ucieczki przy pierwszym alarmie.
Wiadomości, udzielone przez p. Paymandour, uspokoiły go nieco, zwłaszcza gdy się przekonał, że książę stanowczo stracił rozum i że lekarz nie bywa już w zamku.
Ale potem dostał pewnego rodzaju zawrotu głowy, jakiego doznaje człowiek, gdy zmierzył przepaść, w którą tylko co nie wpadł. Reakcja była tak silną, iż skończyła się gorączką, która przez kilkanaście dni nie dozwoliła mu wstać z łóżka.
Przyszedłszy do siebie dowiedział się o małżeństwie Norberta i śmierci księcia.
Nie upatrując teraz żadnego niebezpieczeństwa, począł rozmyślać z całą swobodą ducha.
Miał wekslów Norberta za dwadzieścia tysięcy; teraz było to czyste złoto. Ale apetyt przybywa przy jadle; prezydent znalazł, że to bardzo mała zapłata za całe jego ryzyko.
Szybko ułożył plan i jak tylko był w stanie wychodzić, począł wałęsać się pod zamkiem Sauvebourg.
Długo musiał być cierpliwym. Diana wychodziła wprawdzie codziennie na przechadzkę, lecz zawsze w towarzystwie służącej.
Nakoniec spotkał ją wreszcie raz samą, podążającą ku Bivron.
Widok jego zrobił na Dianie przykre wrażenie.
— Czego pan chcesz? zapytała ostro.
Dauman nie odpowiedział wyraźnie, ale począwszy najprzód przepraszać, przeszedł następnie do powinszowań przyszłego małżeństwa; wszyscy o tem tylko mówili; on sam był zachwycony, gdyż miał dla Diany najgłębszy szacunek, a był tego zdania, że pan Mussidan, jako człowiek, stał nierównie wyżej aniżeli...
Dumnym ruchem Diana zatrzymała tę powódź słów.
— Czy to wszystko, co masz mi pan powiedzieć? zapytała.
I już się miała odwrócić, gdy Dauman ośmielił się zatrzymać ją za koniec szala.
— Mam jeszcze dodać cokolwiek, odrzekł, względem tego... pani wie...
Diana zniecierpliwiła się.
— Względem czego? zapytała, nie ukrywając głębokiej pogardy.
Dauman uśmiechnął się nikczemnie, a potem zapewniwszy się wzrokiem, że nikt go słyszeć nie może, nachylił się ku Dianie i szepnął:
— Względem trucizny.
Młoda dziewczyna odskoczyła, jakby ujrzała gadzinę pod swemi nogami.
— Co pan śmiesz mówić?... zapytała.
Ale prezydent już znowu przybrał pokorną minę i począł narzekać. Jakiegoż to okropnego figla mu wypłatano!... Skradziono mu czarną flaszeczkę!.. Gdyby się odkryło, to niezawodnie przypłaciłby swoją głową za zbrodnię, której nie popełnił. Chorował ze zmartwienia.... i teraz jeszcze nie może zasnąć, bo go dręczą straszliwe wyrzuty...
— Do rzeczy... zawołała Diana, tupnąwszy nogą, do rzeczy!...
— A więc powiem pani, odrzekł, że nie mogę pozostawać w kraju; umieram z niespokojności... chciałbym wynieść się za granicę... Cały majątek mój zrujnowała ta sprawa!...
— Więc czegóż pan chcesz?
Wzrok Diany mocno żenował prezydenta. Począł więc znowu rozszerzać się nad tem, iż chciałby czemkolwiek pocieszać się na wygnaniu... prosiłby o pamiątkę... o słabą pomoc... tak o maleńką rentę trzech tysięcy franków.
Panna Sauvebourg nie była w stanie pohamować swego oburzenia i wstrętu.
— Rozumiem, rzekła, pan chcesz zapłaty za to, co nazywasz swem poświęceniem?
— Pani!...
— I oceniasz je na sześćdziesiąt tysięcy franków!... to za drogo.
— Niestety!... to zaledwie połowa tego, co mię kosztuje ta nieszczęśliwa sprawa!...
— O wiem, co należy sądzić o tych wymaganiach!
Dauman podniósł ku niebu oczy.
— Wymaganiach! jęknął żałośnie. O! jakże gorzko być tak zapoznanym!... Cóż robię w tej chwili?... oto stoję przed panią z pokorą, jakbym prosił o jałmużnę!... Gdybym wymagał — to co innego!... Wtedy powiedziałbym chcę tyle a tyle albo wszystko wygadam!... Ale ja jestem stary, biedny człowiek!... Pan Norbert i pani, to inna rzecz państwo jesteście młodzi, bogaci, przyszłość się wam uśmiecha...
Zatrzymał się, by osądzić wrażenie, jakie zrobił.
Diana rozmyślała.
— Choćbyś pan i wygadał się, rzekła, to i wtedy nie uwierzonoby mu. Gdy się mówi pewne rzeczy pewnych osobach, to potrzeba dowodów.
— Tak jest, pani, ale któż pani powiedział że ich nie mam?... Eh, eh! ja jestem człowiek oględny i mam dowody na wiele rzeczy. Czy sądzisz pani naprzykład, że gdybym zgłosił się do markiza, ojca pani, to on nie dałby mi pięknej okrągłej sumy za bilecik, który tu mam, a któryby szczególnie wyświecił wszystko panu Mussidan? Ja pani oddaję pierwszeństwo, a pani jeszcze skarżysz się?
To mówiąc wyjął z zatłuszczonego pugilaresu papier, który widocznie był zrazu zmięty, a potem starannie wygładzony.
Diana stłumiła okrzyk przerażenia.
Poznała ostatni swójlist do Norberta.
— Ach! zawołała, Franciszka zdradziła mię... zapewne odwdzięczając się za to, żem uratowała jej matkę.
Prezydent trzymał list otwarty, Diana ruchem szybkim jak błyskawica próbowała wyrwać mu go.
Ale miał się na ostrożności. Odskoczył i ironicznie pogroził palcem.
— O! co to, to nie! zawołał tonem szkaradnej poufałości. Nie stanie się z tem to, co z flaszeczką!.... Ten bilet oddam pani wraz z innym, który pani pisałaś do mnie, gdy otrzymam to czego żądam. Aż do tego czasu... nic. Gdy mię pociągną do kryminału, chciałbym zasiadać tam w dobrem towarzystwie.
Panna Sauvebourg była w rozpaczy.
— Ależ ja nie mam pieniędzy! zawołała.
— Pan Norbert ma je.
— Więc zgłoś się pan do niego!
Dauman potrząsł głową.
— Oho! powiedział, nie głupim!... Gotów upiec mnie! Znam ja pana Norberta, to istny portret ojca... Tymczasem pani potrafi wyjednać to ze wszelką łagodnością... Pani jesteś, że tak powiem, interesowana w tem więcej niż on.
— Prezydencie!
— O! co tam prezydent!... Jak to? ja przychodzę do pani z całą pokorą, a pani traktujesz mnie jak ostatniego z ludzi... W końcu muszę się zbuntować!... Jestem człowiek uczciwy, dowiedzie tego czterdzieści siedm lat zacnego życia. Ja nigdy nikogo nie otrułem... Dość tych przekomarzań!... Dziś mamy środę; jeżeli w piątek przed szóstą godziną nie będę miał tego czego żądam, to ojciec pani i pan Mussidan dowiedzą się czegoś odemnie. Czy chodzi pani o to by wyjść za mąż?...
Skłonił się ironicznie, wykręcił na piętach i odszedł mówiąc:
— Można przyjąć albo odrzucić!..
Panna Sauvebuig skamieniała od takiego bez wstydu. Dauman był już daleko, a jeszcze rozmyślała — i napróżno — nad tem, co ma odpowiedzieć.
— Nędznik zawołała, drżąc całem ciałem, nędznik!
Tak jest; ale nędznik ten może ją zgubić stanowczo gdy zechce.
Wszakże głupcy tylko oddają się rozpaczy zamiast działać. Silni szukają sposobu wyrwania się z niebezpieczeństwa.
Tak też zrobiła Diana. Nie miała jednak wyboru. Trzeba było spełnić żądania Daumana. Jedynym środkiem było — zgłosić się do Norberta.
Diana nie wątpiła, że Norbert zrobi wszystko w świecie, aby tylko zapobiedz niebezpieczeństwu, zagrażającemu tak samo jemu jak jej; ale myśl błagania go o pomoc oburzała jej dumę.
Oto do jakiej doszła ostateczności! Była na łasce istoty tak nikczemnej jak Dauman i zmuszona wlec się u nóg człowieka, którego przedtem zanadto kochała, by teraz nie nienawidzieć śmiertelnie.
Jednak nie wahała się.
Poszła prosto do matki Rouleau; poleciła Franciszce, by się udała do Norberta i powiedziała mu, że koniecznie potrzeba, by z nadejściem nocy znajdował się przy furtce parku w Sauvebourg, że będzie tam czekać na niego, że idzie tu o życie ich obojga.
Z zachowania się Franciszki łatwo było poznać, że zdradziła swą dobroczynną opiekunkę; ale Diana nie chciała nic widzieć. Mówiła do niej ze zwykłą łagodnością.
Przez resztę dnia pozostając w zamku była słodka i uśmiechnięta jak zwykle, pomimo wszelkich mak, jakich doznawała.
W miarę jak przybliżała się stanowcza chwila, coraz większa niepewność ogarniała ją.
Czy Norbert przyjdzie? Czy Franciszka potrafi dostać się do niego? A jeżeli wyjechał? Już od pięciu dni pogrzebano księcia Champdoce, a słyszała, że Norbert zamierza zamieszkać w Paryżu z żoną.
Tymczasem noc nadchodziła, do salonu wniesiono lampy.
Diana wymknęła się i pobiegła do furtki.
Norbert czekał na nia.
— Wezwałaś mię pani, rzekł ponuro.
— Tak jest, mości książę.
Przy tym tytule nieuważnie wymienionym oboje zadrżeli. Tytuł ten Norbert zawdzięczał śmierci swego ojca, a książę Champdoce umarł z powodu iż Diana chciała być księżną.
Pierwsza przyszła do siebie i czując potrzebę raz skończyć wszystko, poczęła opowiadać szkaradne pretensje Daumana, przesadzając jeszcze, chociaż bezpotrzebnie, donośność jego pogróżek.
Przypuszczała, że słysząc o takiej nikczemności Daumana, Norbert uniesie się gniewem; ale ten ku wielkiemu jej zdumieniu zachował się spokojnie. Tyle wycierpiał, że wpadł w rodzaj nieczułości, z której nic go wydobyć nie mogło.
— Bądź pani spokojna, odrzekł, zobaczę się z Daumanem.
Zdawało się, że zamierza odejść, zatrzymała go ruchem.
— Tak mię pan porzucasz, rzekła smutno, bez jednego słowa...
— Cóż mogę powiedzieć pani? Co może być wspólnego między nami?... Ojciec umierając przebaczył mi... ja przebaczam pani. Żegnam.
— Żegnam cię więc, Norbercie. Zapewne nie zobaczymy się więcej. Wychodzę za mąż, musiano to panu powiedzieć. Czyż mogłam opierać się woli rodziców?.. Zresztą do czego?...
Przerwała sobie jakby opadała pod ciężarem wrażenia, przetarła ręką oczy i dodała:
— Jeszcze raz żegnam!... Pamiętaj pan, że nikt tak gorąco nie pragnie jak ja byś był szczęśliwym.
— Szczęśliwym!... zawołał Norbert, ja! czy to być może? Więc pani możesz być szczęśliwą!... pani?... Nauczże mnie pani co należy czynić, by zapomnieć o przeszłości, zniszczyć myśl. Więc pani nie wiesz, że sama pamięć o tem będzie nieszczęściem całego mego życia, choćbym żył tysiąc lat! Więc pani nie wiesz...
Tu urwał, jakby przeraził się tem co miał powiedzieć, jakby pojął że się zdradza.
Szybko odwrócił się i znikł.
Złośliwa radość, radość przewidzianego tryumfu, musiała w tej chwili rozjaśnić twarz Diany.
— Ja go nie kocham już, szepnęła, a on kocha mnie więcej niż kiedykolwiek. Zemsta będzie łatwa.
Gdy ukazała się znowu w salonie, zadowolenie jej było tak widoczne, że wicehrabia Mussidan nie mógł przemódz na sobie, by nie zapytać jej o przyczynę tego.
Odpowiedziała żartobliwie ale uprzejmie, prawie czule, gdyż w ogóle była wielce słodką ze swoim przyszłym, co go czyniło najszczęśliwszym z ludzi.
— Byle tylko, myślała w duchu, Norbert w czas zobaczył się z Daumanem.
Zobaczył się z nim. Zaraz na drugi dzień Jan, wierny sługa domu Champdoce, podszedł ku Dianie gdy wracała z przechadzki i wręczył jej dość wielki pakiet.
Otworzyła go. Znalazła tam oprócz dwóch listów, które posiadał prezydent, całą swą korespondencję z Norbertem. Więcej niż sto listów, po większej części bardzo długich i niezmiernie kompromitujących.
Zrazu chciała spalić wszystkie.
Ale rozmyśliła się i cały pakiet złożyła w kryjówce, gdzie już znajdowały się listy Norberta do niej pisane.
— Kto wie?... szepnęła, może to się kiedy przyda...
Norberta kosztowało sześćdziesiąt tysięcy odebranie tego, co Dauman nazywał swoją gwarancją. Oprócz tego musiał mu zapłacić dwadzieścia tysięcy za swoje weksle.
Prezydent zebrawszy taki kapitalik i dołączywszy doń swoje oszczędności postanowił opuścić Bivron i szukać w Paryżu szerszego pola dla swych zdolności.
W tydzień potem dowiedziano się, że Dauman wyniósł się z Franciszką.
Niespodziewana ta dwoista ucieczka zachwyciła pannę Sauvǝbourg.
Norbert także wyjechał do Paryża wraz z żona, a p. Puymandour rozgłaszał wszędzie, że nie prędko okolice Bivronu ujrzą znowu księżnę Champdoce, jego córkę.
Diana zatem odetchnęła swobodnie. Badając horyzont, zdawało się jej, iż wszystkie groźne chmury już się rozwiały.
Przyszłość do niej należała. Mogła zająć się swem małżeństwem.
Miało się odbyć za dwa tygodnie. Przybył już nawet jeden z przyjaciół Oktawiusza, p. Clinchan, mający służyć mu za świadka. Był to chłopiec miły, najgrzeczniejszy i najgładszy z ludzi, nieoceniony w chwilach nudów, gdyż miał wiele Śmieszności, z któremi popisywał się naiwnie.
Panna Sauvebourg zmierzyła całą wielkość miłości, jaką natchnęła Oktawiusza i postanowiła czynić wszystko co można, by ją jeszcze zwiększyć.
Oktawiusz złapał się i każdy inny złapałby się na jego miejscu. Diana posiadała dar uwodzenia i nigdy może dziwniejsza komedja miłości nie była odegraną przez bardziej wyrafinowaną kokietkę.
W dniu swego ślubu była rozpromieniona. Ale było to tylko udawanie. Czuła, że patrzą na nią. Gdy wychodziła z kościoła pomiędzy dwoma rzędami ciekawych mieszkańców Bivronu, podchwyciła nie jedno nieprzychylne spojrzenie.
Większe i rzeczywiste nieszczęście oczekiwało ją w zamku Mussidan, gdzie teraz zamieszkała.
Znalazła tam Montlouis i tak się zdziwiła, iż poczerwieniała aż do białek oczu, gdy go jej prezentowano.
On, przewidziawszy ten wypadek, miał czas przygotować się do niego.
Ale chociaż skłonił się z największem uszanowaniem pannie Dianie, teraz już pani Mussidan, zdawało się jej, iż dostrzegła w oczach jego ironiczny wyraz pogardy i pogróżki, jaki widziała u Daumana.
— Ten człowiek, pomyślała, nie może tu pozostać i nie pozostanie.
Najprostszą i najłatwiejszą rzeczą było zażądać od Oktawiusza by go odprawił. Ale było to zarazem ryzykownem. Było to jakby wyzywaniem tego młodego człowieka, by powiedział co wie o przeszłości.
Najrozsądniejszem było zachować dobrą minę, a odprawę odłożyć do pierwszej sposobności.
Na sposobność te nie trzeba było czekać długo. Oktawiusz był bardzo niezadowolony ze swego sekretarza.
Montlouis, bardzo gorliwy, gdy mieszkał ze swym panem w Paryżu, szczególnie się zaniedbywał od czasu pobytu w Mussidan. Zawiązał znowu stosunki z ową młodą dziewczyną z Chatellerault, którą ubóstwiał, i ani jeden tydzień nie przechodził, by nie znikał na całe dwa dni. To nie mogło trwać długo.
Ale nie z tej strony padł pierwszy cios na młodą małżonkę.
Od kilkunastu dni była już wicehrabiną Mussidan, gdy raz po obiedzie Oktawiusz zaproponował jej przechadzkę piechotą. Zarzuciła szal i wyszli, weseli jak szkolarze na wakacjach.
Szli droga koło miasta Bivron, gdy wtem dało się słyszeć szczekanie w krzakach.
W tej prawie chwili wybiegł ztamtąd wielki pies i ciągle szczekając rzucił się ku młodej kobiecie. Nie mogła powstrzymać krzyku. Poznała Brunona.
Wyżeł podbiegłszy oparł się jej przedniemi lapami na piersiach, podnosząc swój piękny pysk.
— Do mnie tu! Oktawiuszu!... krzyknęła.
Ale już pan Mussidan odpędził wyżła.
— Pies ten przestraszył cię, moja przyjaciółko? zapytał.
— Okropnie!...
Była bardzo blada i drżała jak listek. Drżała na myśl, jakie ten wypadek pociągnie za sobą skutki. Pan Mussidan przypatrywał się Brunonowi.
Zdziwiony przyjęciem, piękny wyżeł usiadł nieco opodal, a oczami zdawał się żądać wyjaśnienia.
— Pies ten pewno nie chciał ci zrobić nic złego, powiedział wreszcie Oktawiusz.
— To nic... odpędź go!...
I sama podeszła do Brunona z podniesioną parasolką. Ale pies nie uciekł. Sądząc, że dawna jego przyjaciółka chce się z nim bawić, jak niegdyś, począł skakać dokoła niej, wesoło naszczekując.
— Ależ ten pies zna cię Diano, zauważył p. Mussidan.
— Mnie?... a to zkąd?...
— Patrz sama.
Bruno w tej chwili lizał jej rękę.
— Zresztą być może, odrzekła, sama nie wiedząc co mówi, możem go kiedy pogłaskała, a ma lepszą pamięć aniżeli ja... Jednak boję się; chodźmy, Oktawiuszu.
Poszli i zapewne zapomnieliby o całym wypadku, gdyby Bruno nie uparł się biedz za nimi krok w krok.
— To rzecz szczególna, powtarzał Oktawiusz, bardzo szczególna.
Robił co mógł by odpędzić wyżła, rzucał na niego kamieniami, gdy wtem na polu dostrzegł pracującego wieśniaka.
— Słuchajno, mój kochany, zawołał, czy znasz ty tego psa?
— Znam dobrze, panie.
— Do kogo on należy?
— Do naszego pana, księcia Norberta Champdoce.
Diana drgnęła jakby dotknięta baterją elektryczną.
— Ach, prawda! zawołała, teraz przypominam sobie... psa tego często widywałam u matki Rouleau... dawałam mu chleba... Tak, tak! teraz poznaje go, nazywa się Bruno.
Pójdź tu, Bruno! Pies podbiegł. Diana nachyliła się ku niemu, nie dla tego by go pogłaskać, ale by ukryć swój rumieniec.
Oktawiusz podał żonie rękę, nie mówiąc ani słowa. Podejrzenie dotknęło go swojem niedoperzem skrzydłem. Scena ta wydała mu się nienaturalną; wzruszenie Diany było widocznem. Nieokreślona nieufność przebudziła się w nim.
Diana również dręczyła się. Czy wypadek ten nie był przestrogą?
Od owego dnia pani Mussidan jedną myśl miała odjechać, opuścić Bivron, uciekać, mniejsza o to dokąd, byle uciec.
Przeczuwała jakąś katastrofę, czuła ją w powietrzu.
Katastrofa nastąpiła.
Było to 26. października, we czwartek, koło czwartej godziny po południu.
Diana ukończyła swą toaletę i usiadłszy w oknie wsparła się na ręce, gdy wtem cały dziedziniec zamkowy zapełnił się tłumem widocznie wzruszonym. Kilka kobiet płakało, obcierając sobie łzy fartuchami.
Prawie w tejże chwili weszli wieśniacy z noszami na ramionach.
Nosze pokryte były zakrwawionem płótnem, a pod niem zarysowały się nieruchome kształty trupa.
Na ten widok Diana uczuła jak zimno przejmuje ją aż do kości.
Tego samego rana mąż jej i pan Clinchan w towarzystwie Montlouis i jednego służącego, imieniem Ludwik, wyszli na polowanie.
Niezawodnie jeden z tych ludzi leżał na noszach, ale który?
Cała ta scena trwała niedługo. Ukazał się Oktawiusz blady jak trup. P. Clinchan i Ludwik prowadzili go pod ręce.
Trupem był Montlouis...
A więc nie trzeba już będzie używać podstępów, aby wyjednać oddalenie nieszczęśliwego sekretarza. Nie ma już obawy by się wygadał.
Ta szkaradna myśl dodała młodej kobiecie sił, by zejść na dół i wywiedzieć się. Ale na połowie schodów pan Clinchan schwycił ją nagle za rękę i powiedział głuchym głosem:
— Wróć się pani, wróć!...
— Cóż się stało, na miłość boską?
— Okropne nieszczęście. Wróć pani do siebie... mąż zaraz przyjdzie.
Wepchnął ją prawie do salonu. W tej chwili wpadł tam Oktawiusz.
Ujrzawszy żonę wyciągnął ręce, przycisnął ją do siebie i wybuchnął głośnem łkaniem.
— Płacze, szepnął pan Clinchan, jest uratowany!... zrazu sądziłem że oszaleje.
Nakoniec po długich wypytywaniach i odpowiedziach niejasnych pani Mussidan domyśliła się że mąż jej zabił Montlouis na polowaniu przypadkowo.
W kilka godzin Ludwik opowiadał całą rzecz w salonie, dowodząc, że pan jego nic nie winien, że to prosta fatalność.
Diana uwierzyła temu.
A jednak nie powiedziano jej prawdy.
Montlouis zginął przez nią, tak samo jak ks. Champdoce. Zginął dla tego że znał jej tajemnicę. Oto jak się rzecz miała:
Po myśliwskiem śniadaniu w lesie, Oktawiusz podochocony butelką wina, począł żartować sobie z Montlouis, jego częstych wycieczek i drwić z kobiety, która była tego przyczyną.
Przez czas niejaki Montlouis pozwolił naśmiewać się nad tą, którą kochał do szaleństwa; ale w końcu, dotknięty sarkazmem nieco za ostrym, obruszył się i odpowiedział dość niegrzecznie.
Tego było dość dla zirytowania pana Mussidan. Oświadczy wszy swemu sekretarzowi, iż nie myśli tolerować dłużej jego wybryków, począł mu potem gorzko wyrzucać, iż naraża dobre swe stanowisko dla dziewczyny, która tego nie warta, która go zwodzi, drwi sobie z niego z innymi, która wreszcie jest hultajka.
Montlouis zbladł jak chusta.
— Ani słowa więcej panie! zawołał.
Ton jego był tak groźny, iż Oktawiusz, sądząc że się rzuci na niego, podniósł rękę by go uderzyć.
Odskoczywszy na bok Montlouis uniknął ciosu, ale oszalał od gniewu. Ta ostatnia obelga do reszty zawróciła mu głowę.
— Co pan tu mówisz o zwodzeniu, zawołał, pan, któryś sam poślubił cudzą metresę!... Co pan mówisz o hultajkach, pan, którego własna żona jest...
Ostatnie słowo nie zostało wymówione. Padł trafiony w piersi całym nabojem ze strzelby Oktawiusza.
Jak się to stało, że p. Mussidan ukrył prawdę przed Dianą? Dla czego nie starał się wywiedzieć ile jest prawdy w szkaradnym zarzucie Montlouis?
Bo nie śmiał. Szalenie kochał swą żonę, a prawdziwa namiętność zdolna jest do wszystkich kapitulacyj i wszystkich nikczemności. Czuł że nigdy nie będzie miał odwagi by się rozejść z Dianą; wolał przebaczyć wszystko.
A przytem do czego tu wywiadywać się? Lepszą była wątpliwość, aniżeli smutna pewność. Wątpliwość — to w każdym razie drzwi otwarte dla iluzji.
Uniewinniony przez sędziów, dzięki śmiałej inicjatywie Ludwika, nie był nim wobec własnego sumienia.
Kazał szukać owej dziewczyny kochanej przez Montlouis, i w końcu udało mu się wynaleźć ją. Biedna istota! powiła syna i wygnana przez rodzinę ginęła z nędzy.
Oktawiusz wyratował ją od rozpaczy i nie mówiąc co go do tego powodowało, poprzysiągł jej, że dopomoże do wychowania dziecięcia, któremu dał imię Paweł.
W kilka dni potem państwo Mussidan opuścili Poitou. Diana koniecznie chciała zamieszkać w Paryżu. Potrafiła wciągnąć do swojej służby dawną służące panny Puymandour, i od tej dziewczyny dowiedziała się, że przed zamążpójściem swem Marja kochała Jerzego Croisenois. Liczyła na to, by się zemścić na Norbercie.