Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część III/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.

Wszystko, co mówił książę Champdoce o wielkiem pragnieniu uszlachcenia się, które paliło p. Puymandour, i wszystko nawet co myślał o tem, było jeszcze dalekiem od smutnej a zarazem śmiesznej rzeczywistości.
Biedny człowiek!
Był szczęśliwym niegdyś, gdy nazwisko Palouzat, nazwisko jego ojca, człowieka uczciwego, wystarczało dla jego ambicji.
Wtedy posiadał powagę niezaprzeczona.
Wielkie dochody stawiły go o sto łokci wyżej od okolicznych panków zazdrośnych i gołych, a umizgających się do jego pieniędzy.
Cały ten urok znikł w dniu, w którym powziął fatalną myśl podpisania się na zaproszeniu na obiad: „Hrabia Puymandour.“
Od tej chwili zaczęły się jego kłopoty i klęski.
Między arystokracją, która drwiła z niego i nie chciała przyznać za swojego, a mieszczaństwem, które go się wyrzekło i drwiło z jego pretensyj, znalazł się jak piłka, rzucana to w tę to w ową stronę.
Łatwo domyśleć się, że to go oburzało.
Można sobie zatem wystawić, jak gorąco pragnął, aby córka jego została żoną potężnego magnata Dompair księcia Champdoce.
Małżeństwo to położyłoby koniec jego zmartwieniom. Zięć umiałby nakazać milczenie żartownikom.
Wszystko to wydawało mu się tak pięknem, iż ani słowa nie pisnął o tem przed nikim, nawet córce nic nie powiedział. Kobiety są gadatliwe.
Dopiero na drugi dzień po otrzymaniu stanowczego słowa księcia Champdoce pomyślał o tem.
Rano w pokoju zanadto zbytkownie umeblowanym, który nazywał swoją biblioteką, powziął to postanowienie.
Zadzwonił — wszedł lokaj.
— Pójdź, powiedział mu, i zapytaj panny Marji, czy zechce przyjąć mię i udzielić chwilę rozmowy.
Z najuroczystszą miną wydał ten szczególny rozkaz, który zresztą wcale nie zdziwił służącego. Tak bowiem urządzone były stosunki między ojcem a córką. Oddawna już hr. Puymandeur zaprowadził u siebie etykietę, z której śmiano się mówiąc, że zapożyczył ją u dworu jakiejś starej arcyksiężnej.
Mniej niż we dwie minuty po wyjściu lokaja zapukano do biblioteki.
Powiedział: „Proszę!“ i w tejże chwili ukazała się Marja i objąwszy ojca za szyję ucałowała go w oba policzki.
Nie bardzo go to zachwyciło. Być może, iż takie obejście się poczytał za zbyt pospolite.
Wydobył się z objęć dość szorstko i marszcząc brwi powiedział:
— Dla czegoś tu przyszła, Marjo, kiedym prosił, byś czekała na mnie u siebie?
— Eh, kochany ojcze, dla tego, że jestto rzecz naturalniejsza i że prędzej dała się zrobić. Nie, nie gniewaj się!
— Zawsze ta sama!... kiedy też przecie nabierzesz powagi, jaka przystoi o obie twego stanowiska?
I w złym humorze rzucił się na kanapę. mrucząc coś na młode dziewczęta, nie dbające o własną godność.
Marja spoglądała na niego jak dziewczyna, która chociaż widzi śmieszność ojca, nie sądzi go, a przede wszystkiem tłumaczy.
Była zachwycającą, i książę Champdoce, kreśląc jej portret Norbertowi, bynajmniej nie przesadził.
Piękność jej, chociaż zupełnie różna od piękności panny Sauvbourg, niemniej jednak była wielką i niepospolitą.
Słuszna i cudnie zbudowana, miała przytem owe niedbale ruchy, tak urocze w kobietach południowych.
Szczególnie zastanawiał w niej kontrast zachodzący między czarnemi, wielkiemi, aksamitnemi oczyma a cerą niezwykle biała. Włosy swe czarne, aż w niebieski prawie kolor wpadające, skręcała i układała jakby od niechcenia na wierzchu głowy.
Ale oprócz tego miała to, czego nie posiadała Diana: dusze czuła, zdolną do wszystkich poświęceń i naturalne usposobienie do uznawania się za szczęśliwa, byle czuła że jest kochaną.
— No, no, ojcze, zaczęła, gdy się jej zdało, że p. Puymandeur wysapał się, nie gniewaj się. Wszak wiesz, że tej zimy markiza d’Anglars dawała mi lekcje pańskiego obejścia. Przysięgam ci że ćwiczę się w skrytości i ty sam kiedyś przestraszysz się, gdy przybiorę wielką minę...
Pan Puymandour ruszył ramionami. Wstał, oparł się o kominek, rękę jedną zasunął za kamizelkę, drugą przygotował do gestykulacji, co zawsze robił, gdy zamierzał wywołać efekt oratorstwem, i tak zaczął:
— Udziel mi całej twej uwagi, moja córko. W roku przeszłym skończyłaś ośmnaście lat; czas pomyśleć o twoim losie. Mam ci udzielić wielką nowinę... Proszono mię o twoją rękę.
Marja spuściła oczy w nadziei, że tym sposobem ukryje swe pomieszanie.
— Nim coś postanowiłem w tej ważnej materji, mówił dalej p. Puymandour, zastanawiałem się głęboko... Potrzebowałem zapewnić się, że związek nam proponowany przedstawia wszelkie rękojmie ludzkiego szczęścia.. Nie podobna spodziewać się, ani nawet marzyć o czemś lepszem. Młody człowiek jest o kilka lat starszy od ciebie, przystojny, majątek ma znaczny i nosi tytuł markiza.
— Więc on mówił z tobą, ojcze? przerwała Marja nie bez drżenia w głosie.
— On?... kto on?
— On!...
P. Puymandour osłupiał.
— Kto: on?
— P. Jerzy Croisenois.
Nazwisko to wyrwało byłemu handlarzowi wełną zaklęcie, nie mające w sobie nic arystokratycznego.
— Co mi tam mówisz o Croisenois! zawołał. Co to za markiz Croisenois? Czy nie ten elegancik z wąsikami, który tej zimy uwijał się koło ciebie?
Biedna dziewczyna była okrutnie zmieszana.
— Tak jest, on, ojcze, wyszeptała.
— A zkądże ci przyszło, iż on mię prosił o twoją rękę? Jakie masz powody przypuszczać coś podobnego? Może panicz ten ośmielił się powiedzieć że cię kocha?
— Przysięgam na...
— Dość tego!... Jeżeli przysięgasz, to znaczy, że moje domysły są słuszne. Moja córka, hrabianka Puymandour słucha oświadczeń i nie uprzedza mmie! Morbleu! Może ten panicz pisał do ciebie?...
Nie była zdolną do wykrętów, zachowywała milczenie; twarz jej miała wyraz błagający.
— Milczysz? mówił dalej p. Puymandour, a zatem zgadłem... Coś zrobiła z jego listami?
— Ja...
— Zachowałaś je starannie, to się rozumie! Ale mnie nie można oszukać. Gdzie są?
— Ojcze, przysięgam ci...
Listy!... przerwał p. Puymandour straszliwym głosem, gdzie są listy? chcę je mieć. I będę miał choćbym miał przetrząść dom cały.
Drogie te listy, tak starannie przechowywane, Marja oddała.
Było ich cztery. Hrabia wziął jeden na chybi-trafi i począł czytać głośno, wtrącając tu i ówdzie wykrzykniki i zaklęcia.
„Pani!
„Chociaż niczego tak się nie obawiam jak narażenia się jej, ośmielam się jednak pisać pomimo jej zakazu. Przebacz mi pani... Dowiedziałem się, że wkrótce opuścisz pani Paryż na kilka miesięcy.
„Mam dwadzieścia cztery lat, jestem sierotą, i panem swych czynności; należę do wielkiej i, zacnej rodziny, majątek posiadam znaczny i..... kocham panią najgłębszą i najuczciwszą miłością.
„Błagam panią, byś mię upoważniła do proszenia p. Pumandour o jej rękę.
„Dziad mój cioteczny, p. Sairemeuse, który ma zaszczyt znać ojca pani, w imieniu mojem, będzie się stawił zaraz po swym powrocie z Włoch, gdzie zabawi najdłużej trzy lub cztery tygodnie.
„Racz mi pani przebaczyć i t. d.“
Pan Puymandour nie miał tyle taktu by zrozumieć, iż oschłość tego listu była delikatnością ze strony tego, kto go pisał.
— Pięknie zawołał, bardzo pięknie! Do licha! Jegomość wyraża się bez ogródki! Ten jeden list uwalnia mię od czytania innych... A ty? coś ty mu na to odpowiedziała?
— Żeby zgłosił się do ciebie, drogi ojcze.
— Proszę... Co za honor. I mogłaś sobie roić, że ja tak od razu przystanę na żądanie tego sowizdrzała!... A więc kochasz go?...
Odwróciła głowę bez afektacji; łzy, które dotąd powstrzymywała, trysnęły.
Wyznanie to — bo było niem — przyprowadziło do rozpaczy p. Puymandour.
— Kochasz go! wrzasnął i masz śmiałość wyznać mi to! W jakichże to czasach żyjemy?... Biedni ojcowie!... Zasypiamy na wiarę honorowych tradycyj naszych przodków, a córki nasze korzystają z tego, aby ukłdać małżeństwo z pierwszym lepszym paniczem, który olśnił je, prowadząc z gracją kotyliona. Córki nasze chcą postępować według własnego zdania. Ale ponieważ są głupie, ponieważ są niedoświadczone, wpadają w zasadzki, zastawione przez intrygantów.
Brutalstwo to oburzyło Marję.
— P. Croisenois, mój ojcze, odrzekła, jest z dobrego domu, jego rodzina...
— No, no!.. sama nie wiesz co mówisz. Pierw szy z tej rodziny był pisarczykiem u R chelieu’go, gryzipiórkiem. Ludwik XIII. nadał mu szlachectwo niewiadomo za jaką sekretną zaslugę. Znane są jego herby. Czy też ma przynajmniej przyzwoite środki utrzymania ten twój markizik?...
— Ma pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu.
— Tak sam twierdzi.
— A zresztą czyż nie jestem dość bogata na dwoje?
P. Puymandour skłonił się ironicznie.
— Aha! jesteśmy! rzekł drwiąco. Dość bogata na dwoje!... Do licha! tak pewno i on kalkulował, ten twój gagatek. A zatem ja dwadzieścia lat pracowałem dla tego tam Croisenois! Wybij to sobie z głowy! Jak to? ty, osoba tak rozsądna, dałaś się tak złapać!...
Nigdy biedna dziewczyna tyle nie wycierpiała.
— Mylisz się, ojcze, przerwała tonem niewzruszonego przekonania, ręczę za jego bezinteresowność tak jak za moją.
— Ot, gadanie! Czy chciałabyś nie uczyć? Sądzę o tym człowieku po jego czynach. Czego się on spodziewał, potajemnie zgłaszając się do ciebie? Zainteresować cię, skompromitować, uwieść i — kto wie! może uczynić niemożebnym twój związek z innym.
— O! dlaczegoż przypuszczasz?...
— Nie przypuszczam, ale twierdzę. Czy wiesz, co robi honorowy człowiek, gdy się zakocha?
— Mój drogi ojcze!...
— Idzie do swego notarjusza, moja panno.
— Jednak...
— Cicho!.. i przedstawia mu swoje położenie i zamiary. Notarjusz ten udaje się bezzwłocznie do notarjusza młodej osoby, a gdy oba rozpatrzą się i wystudjują właściwość związku, gdy go zatwierdzą, wtedy pozwala się sercu przemówić.
Co tu odpowiedzieć na to. Marja zalewała się gorzkiemi łzami.
— Zresztą, zaczął znowu p. Puymandour, nie ma co rozszerzać się nad tem: zapomnisz o p. Croisenois. Wybrałem ci męża i dałem za ciebie słowo. Ty go dotrzymasz. W niedzielę prezentacja młodego człowieka. W poniedziałek wizyta u ks. biskupa Poitiers, który pobłogosławi wasz związek. We wtorek przejażdżka po okolicy dla rozgłoszenia nowiny. We środę odczytanie intercyzy. We czwartek wielki obiad i zaręczyny. W piątek przygotowanie i oględziny wyprawy, w niedzielę zapowiedzie. A w końcu przyszłego tygodnia wesele.
Marja nie mogła wierzyć własnym oczom.
— Na miłość boską, ojcze! zawołała, nie podobna byś mówił serjo.
Ojciec ruszył ramionami.
— Nakoniec, dodał, mężem tym jest syn ks. Champdoce, pan markiz Norbert.
Biedna dziewczyna zbladła jak śmierć.
— Ależ ja go nie znam, szepnęła, nie będę mogła kochać go.
— Ja go znam... i tego dość. A przytem zkądże to wzięłaś, że małżeństwo jest miłostką?... Z jakiego romansu? Powiedziałem: będziesz księżną.
Marja kochała pana Croisenois więcej aniżeli to wyznała ojcu, więcej może aniżeli wyznawała sama przed sobą. To też zrazu opierała się z wytrwałością, można nawet powiedzieć z bohaterstwem dalekiem od jej słabego charakteru.
Ale pan Puymandour nie był człowiekiem, który by tak łatwo zrzekł się marzenia całego swego życia. Ani na chwilę nie opuszczał swej córki, pilnował ją, śledził, dokuczał. Na trzeci dzień wieczorem Marja uległa i wśród łkania wymówiła fatalne tak.
Zachwycony pan Puymandour zaledwie miał czas podziękować jej za to fatalne poświęcenie.
— Muszę biedz do Champdoce, powiedział, od trzech dni nie mam wiadomości o księciu; ostateczne nasze układy jeszcze nie uporządkowane.
I wyszedł mówiąc:
— Do widzenia, moja śliczna księżno!
P. Puymandour miał w swej stajni słynne na całą okolicę konie, a w wozowniach pojazdy wszelkiego rodzaju.
Niemniej jednak poszedł piechotą do zamku Champdoce. Sądził, że udawanie szlachetnej prostoty będzie w najlepszym guście, kiedy on, dorobkiewicz, udaje się z wizytą do magnata tak surowych obyczajów.
Szedł prędko pomimo wielkiego gorąca i pomimo swej tuszy, gdy wtem koło Bivron ujrzał Daumana z zajęciem rozmawiającego z córką matki Rouleau.
Była to dla pana Puymandour sposobność do zatrzymania się. Podgotowując, chociaż tego nie mówił, swoją kandydaturę na deputowanego, starał się o popularność i nigdy nie zaniedbywał rozmawiać z ludźmi mającymi pewne wpływy. Owoż Dauman, chociaż okrzyczany, był bardzo czynnym i bardzo ruchliwym ajentem wyborczym.
— Dzień dobry, prezydencie, zawołał, a co tam słychać?
Dauman skłonił się aż do ziemi.
— Bardzo przykra nowina, panie hrabio, odpowiedział, mówią, że książę Champdoce jest mocno chory.
— Książę?... czy być może?
— Ta oto dziewczyna uwiadomiła mię o tem, panie hrabio. Prawda Franciszko?
Franciszka nie poczerwieniała więcej niż zwykle, gdyż było to niepodobieństwem, ale dygnęła jak mogła najpiękniej i odrzekła:
— Mówiono mi w zamku, że nic z niego nie będzie.
— Cóż mu jest?
— Tego mi nie powiedziano.
P. Puymandour jakby skamieniał.
— Człowiek tak czerstwy... zdrów był jak dąb, mruknął, gdym go widział ostatni raz.
— Tak to się z nami dzieje, zauważył filozoficznie Dauman, niewiadomo kiedy śmierć zawita. Człowiek sądzi, że jest....
— Do widzenia, prezydencie, przerwał mu p. Puymandour, spieszę zasięgnąć dokładniejszych wiadomości.
Pobiegł z szybkością której niktby w nim nie przypuszczał, ale niepokój popędzał go.
Na dziedzińcu w Champdoce wszyscy zamkowi ludzie zebrawszy się rozprawiali.
Jak tylko ukazał się pan Puymandour jeden z nich podszedł ku niemu. Był to Jan, zaufany sługa księcia.
— Co tam?... zapytał go p. Puymandour.
— Ach!... panie hrabio! co za nieszczęście! mój biedny pan...
— Umarł?...
— Nie!... ale bardzo z nim źle!
Godny p. Puymandour drżał jak listek.
— Cóż to być może? zapytał, zkąd mu się to wzięło?
— O! spadło jak piorun, odrzekł Jan nie bez widocznego wahania. Było to przedwczoraj, o tej samej porze, książę pan znajdował się sam na sam z panem Norbertem w wielkiej sali. Wtem słyszymy krzyk, o! krzyk przerażający...
— Krzyk księcia Champdoce?
— Nie, pana Norberta, wzywającego pomocy. Przybiegamy. I cóż widzimy? Książę pan leży na ziemi, bez tchu, z twarzą rozdętą, czarną...
— Dostał uderzenia krwi?
— Nie ze wszystkiem. Doktor powiedział, że jestto... zaraz... jak on to nazwał... Koniec końcem to pewna, że jeżeli odrazu nie wyzionął ducha, to dla tego, że uderzył się głową o róg stołu i że krew zaraz popłynęła. Rozumie się, żeśmy zanieśli go na łóżko. Chrapał, szamotał się, oczy miał tak wywrócone, że tylko białka było widać.
— I żadnego doktora? szepnął p. Puymandour.
— Był już doktor. A tymczasem zawezwaliśmy Mechineta, naszego pastucha, który jest zarazem weterynarzem, a zna się i na chorobach chrześcjańskich. Puścił księciu krew i postawił bańki. Doktor przybywszy pochwalił to.
— A teraz?
— W tej chwili nie można powiedzieć, by książę pan nie żył, bo rusza się jeszcze... ale też nie można mówić że żyje, gdyż nic nie słyszy i nie widzi...
P. Puymandour wysilał się by zapanować nad swem wzruszeniem.
— Jeżeli kto nie wyzionął ducha od razu, zauważył, w chwili uderzenia krwi na mózg, to może przyjść do siebie.
Stary lokaj smutno pokiwał głową i odrzekł:
— Doktor utrzymuje, że jeżeliby książę przyszedł do zdrowia, to i w takim razie, uczciwszy uszy, pozostanie niespełna rozumu.
— Okropność!... okropność! Taki człowiek! Nie chcę, mój kochany, iść do księcia, nie, widok jego wywarłby na mnie zbyt przykre wrażenie, ale gdybym mógł zobaczyć się z p. Norbertem.
Jan przestraszył się.
— Czego się panu zachciewa! zawołał.
— Byłem przyjacielem jego ojca.... bardzo bliskim przyjacielem... i jeżeliby słowa pociechy mogły złagodzić gwałtowność jego boleści...
— To być nie może, odpowiedział lokaj. Pan Norbert jest przy ojcu; nie opuszcza go ani na minutę i zabronił, by go wzywano dla jakiegokolwiek interesu... Nawet teraz muszę pójść do niego, gdyż czekamy na dwóch lekarzy z Poitiers...
— A więc odchodzę... Dziś wieczorem przyszlę dowiedzieć się.
P. Puymandour rzeczywiście odszedł, ale powoli, przytłoczony ponuremi myślami.
Czy też powiedziano mu całą prawdę? Czy ten nagły atak nie miał jakiego powodu, który starano się ukryć? Dla czego Norbert nie chciał przyjmować nikogo?
Szczególnie uderzyło go to, że Norbert od chwili wypadku był ciągle przy ojcu.
Mając jeszcze w świeżej pamięci opór swej córki, p. Puymandour wywnioskował, że i książę musiał w swoim synu napotkać taki sam wstręt, że nastąpiła gwałtowna scena i że w przystępie gniewu groźnemu magnatowi uderzyła krew na mózg.
— Jeżeli tak jest, pomyślał, to czy książę Champdoce umrze, czy zostanie idiotą tylko, Norbert zerwie nasze projekta związku.
To go okropnie przeraziło. Co począć w takim razie?
Tymczasem Norbert siedział przy łożu swego umierającego ojca i ze ściśnietem od trwogi sercem śledził w jego oczach iskierki życia lub odblasku rozsądku.
Trzy dni straszliwej rozpaczy zrobiły go zupełnie innym człowiekiem. Przepaść, którą sam czas nie zdołałby zapełnić, oddzielała go w tej chwili od niedawnej przeszłości, o której nie mógł pomyśleć bez drżenia.
Dopiero w ostatniej sekundzie, gdzie ojciec ustami już dotykał szklanki, pojął całą okropność i szkaradę swej zbrodni.
Cała jego istność oburzyła się. Zdawało mu się, jak gdyby słyszał straszliwy głos, wołający: Morderca Ojcobójca!...
Gdy ojciec upadł, Norbert miał siłę wołać o pomoc, ale zaraz potem zdjęty szaloną trwogą wybiegł w pole z największą szybkością, jak gdyby spodziewał się uciec przed mściwemi furjami, szarpiącemi sumienie...
— W pierwszych chwilach zamieszania, jakie nastąpiło po katastrofie, ludzie zamkowi myśleli że pobiegł po lekarza.
Tylko najdawniejszego sługę rodziny, Jana, świadka tej nagłej ucieczki, opanowały złowrogie domysły.
Posiadając całe zaufanie swych panów, wiedział on o nieporozumieniu istniejącem między ojcem a synem. Znał gwałtowność obu i wiedział, że miedzy nimi stała kobieta, podburzająca jednego przeciw drugiemu.
Świadek uniesienia się księcia Champdoce gdy ten uderzył syna, Jan zmieszał się, ujrzawszy powracającego Norberta. Z jakiemi zamiarami przybywał?
Zajęty jakąś robotą na dziedzińcu, widział jak Norbert rzucił przez okno szklankę i płyn znajdujący się w niej rozlał się po ziemi.
Wszystkie te okoliczności razem zebrane, wydały się staremu słudze tak ważnemi, tak formalnie obwiniającemi, że jak tylko księcia położono na łóżku, zszedł do wspólnej sali, pewny będąc, że tam jakiś ślad znajdzie.
Butelka z winem księcia stała jeszcze na stole w trzech czwartych częściach wypróżniona. Jak tu wytłumaczyć ten fakt?
Idąc za natchnieniem swego poświęcenia, Jan zabrał butelkę i pewny że go nikt nie podpatruje, zaniósł do swego pokoju i tam schował.
Następnie poszedł szukać Norberta.
Dwie godziny przeglądał napróżno okolicę.
Zmartwiony już powracał do zamku drogą z Bivron, gdy wtem pod lasem nad rowem zdało mu się, że dostrzega postać ludzką.
Podszedł bliżej... Norbert leżał w trawie.
Zacny sługa pochylił się ku swemu młodemu panu i przekonawszy się, że ten zaledwie był przy zmysłach, mocno targnął go za rękę.
Norbert zerwał się i krzyknął.
Jan raczej odgadł aniżeli dostrzegł ten ruch niezmiernego przerażenia.
— To ja, panie!... powiedział.
— Ach, tak, to ty!... czego chcesz?
— Szukałem pana by go zakląć, żeby powracał do Champdoce.
Norbert w tył odskoczył.
— Wracać do zamku!... rzekł stłumionym głosem, nie!.. nie teraz.
— Jednak tak trzeba koniecznie. Nieobecność pana wyda się niepojętą... ludzie poczną zastanawiać się, szukać... i kto wie?... Miejsce pańskie jest przy łóżku ojca.
— Nigdy za nic!...
Mówił to, ale nie ruszał się. Wtedy Jan wziął go za rękę i poprowadził.
Norbert nie opierał się temu rodzajowi gwałtu. Chwiał się jak człowiek pijany, utykał na wszystkich kamieniach; upadłby, gdyby go nie podtrzymywano. Po scenie, która wytężyła wszystkie jego siły, nastąpiła reakcja i wszystko w nim łamało się.
Razem z Janem przeszli przez dziedziniec i wstąpili na schody.
Ale przed drzwiami pokoju księcia Champdoce Norbert nagle stanął i wsparłszy się nogami, zamierzał stawić opór.
— Nie chcę!... bełkotał szamocąc się, nie mogę!...
Wierny sługa ścisnął mu mocno ręce i powiedział:
— Pan wejdziesz!... Bądź co bądź uratujesz pan przynajmniej honor domu!
Tych kilka wyrazów przywróciły mu nieco energii. Wszedł do pokoju i rzucił się ku łóżku.
Gdy uklakł i oparł czoło na zlodowaciałej ręce ojca, łzy dławiące go dotąd trysnęły.
Teraz już poczęło powoli rozjaśniać mu się w umyśle, a zarazem powracała zdolność do cierpienia.
Był dość panem siebie, by się okazać nie więcej jak zrozpaczonym synem, gdy przybył lekarz z Bivron.
Był to człowiek uczciwy, bardzo uczony, bez pretensji, słowem zupełnie na swojem miejscu.
Gdy mu opowiedziano jaką pomoc dano przed jego przybyciem, począł długo rozglądać chorego, a potem napisał receptę, którą wręczył Norbertowi, mówiąc:
— Ojciec pana jest zgubiony. Być może, iż uratujemy mu życie, ale nigdy nie uratujemy rozumu... Krewnym należy się prawda, więc mówię ja. Pan mi wybaczy; jutro rano powrócę.
Norbert padł na krzesło i ścisnął rękami głowę, gdyż czuł, jakby mu pękała.
Siedział tak nieruchomy, potem nagle zerwał się tłumiąc krzyk.
Przyszła mu myśl straszliwsza nad wszystkie inne.
Przypomniał sobie o butelce, w którą wsypał truciznę, a która pozostała na stole... Co się z nią stało?... a jeżeli kto wypił znajdujące się w niej wino?... Wtedy wszystko odkryje się!...
Ogromna niespokojność przywróciła mu siły, zszedł do wspólnej sali.
Butelki nie było już na stole, ani też w zwykłem miejscu na półce.
Począł szukać po wszystkich szafach i kątach, gdy wtem drzwi otworzyły się i ukazał się Jan.
Na widok swego młodego pana wierny sługa doznał takiego wzruszenia, iż omal nie upuścił świecy, którą trzymał w ręku.
— Co pan tu robi? zapytał drżącym głosem.
— Chciałem.... odrzekł Norbert, szukałem....
Podejrzenia starego sługi zmieniły się w przerażającą pewność.
Podszedł do młodego człowieka i schyliwszy się do jego ucha szepnął:
— Pan szuka butelki?.. prawda? Bądź pan spokojny... Ja ją wziąłem, mam ją w moim pokoju.
Jan mówił bardzo cicho, tak że prawie trzeba było odgadywać jego słowa z ruchu ust.
A jednak Norbertowi zdawało się że ten głos przypominający jemu jego szkaradny czyn, huczał jak piorun i echem napełniał zamek.
— Milcz!!... odrzekł, wiodąc dokoła błędnym wzrokiem, milcz!...
— O! my jesteśmy zupełnie sami, szepnął Jan. Niech się pan niczego nie obawia.
Norbert zrozumiał, że stary sługa sądził go winniejszym niż był nim rzeczywiście.
— Nieszczęśliwy!.. przerwał, czemu ty śmiesz wierzyć?.. Mój ojciec nie pił tego wina: wyrwałem mu szklankę nim ją dotknął ustami i rzuciłem na dziedziniec, gdzie znajdziesz jeszcze kawałki...
— Nie jestem sędzią pana i nie masz pan potrzeby tłumaczyć się przedemną. Będę wierzył temu co pan chce...
— A!... on wątpi! zawołał Norbert, nie chce mi wierzyć!... Janie! przysięgam ci na wszystko co mam najświętszego, żem niewinny!
Stary sługa smutno pokiwał głową.
— Trzeba byś pan nim był, odrzekł, tak, potrzeba... Czyż nie powinniśmy ratować honor domu?... Nawet słuchaj mię pan: gdyby coś odkryto albo podejrzywano... no!... to zwal pan wszystko na mnie.. Ja będę bronił się, ale tak niezręcznie, że uwierzą iż jestem winny... I wiesz pan co? te butelkę zachowam... a gdy będą robić rewizję to ją znajdą... Będzie to dowód... Cóż to szkodzi, że taki biedak jak ja zostanie skazany?... Tymczasem gdyby był nim pan... Champdoce...
Norbert załamywał ręce z rozpaczy. Ten dowód szczytnego poświęcenia przekonywał go, że przekonanie Jana było niewzruszone.
Próbował jednak wyjaśnić mu co zaszło, gdy wtem na pierwszem piętrze dał się słyszeć stuk zamykających drzwi.
— Cicho! powiedział Jan, ktoś idzie. Nie potrzeba by nas tu zastano na naradzie, to by zaraz wzbudziło podejrzenie!.. Odejdź pan ztąd prędko!... a przede wszystkiem bądź ostrożny, staraj się być spokojnym... tu idzie o honor rodziny...
Norbert był posłuszny i odszedł.
W pokoju księcia, gdy tam stanął, nie było nikogo oprócz Mechineta, pastucha-weterynarza, który siedząc w oknie, walczył ze snem i silił się mieć otwarte oczy.
Gdy ukazał się „młody pan“ Mechinet wstał i rzekł:
— Przyniesiono lekarstwo przepisane przez doktora. Dałem jedną łyżkę księciu i zdaje mi się że skutkuje. Niech pan sam zobaczy...
Nie było co począć — wypadało spojrzeć.
Wydało się Norbertowi, że twarz księcia była mniej zapuchnięta. Jedna powieka podniosła się nieco i pokazało się oko zamglone, bez życia i ognia.
— Doktor zalecił, dodał Mechinet, dawać tę miksturę co pół godziny, dopóki flaszka nie wypróżni się.
— Dobrze.
— Bo to.. gdyby pan pozwolił... jestem okrutnie zmęczony... Jan przyrzekł mi, że przyjdzie. Gdybym teraz cokolwiek przespał się, jutro rano mógłbym znowu pilnować...
Norbert wskazał mu drzwi i podsunąwszy krzesło usiadł przy łóżku.
Jakieś niewyjaśnione uczucie, silniejsze nad wolę, pociągało go do bezwładnego ciała ojca.
Pogrążony w pewien rodzaj osłupienia silił się pomimo to rozważyć, jaki szereg wypadków doprowadził go aż do przepaści.
Zdawało mu się, że jeszcze słyszy surowy głos ojca, mówiącego mu:
„— Ta dziewczyna to tylko intrygantka; ona cię nie kocha; pragnie tylko twego imienia i majątku.“
Niestety książę miał słuszność... teraz trzeba było przyznać się do tego.
Pewność, że został tak wyprowadzony w pole, oburzyła go. A zatem naprawdę był takim prostakiem, takim głupcem, że niczego nie dostrzegł!
Przychodziło mu na myśl tysiące szczegółów.
Jakże nie dostrzegł, że ta dziewczyna narzucała mu się, że używała sposobów niegodnych uczciwej kobiety, że wszystko było w niej obmyślane, że skorzystała z jego niedoświadczenia, że powoli popychała go na drogę, na której końcu napotkał przepaść!
Prawdziwe znaczenie potwornej komedji, odegranej u Daumana, ukazało mu się w całem świetle.
Ta, którą miał za szlachetną i czystą dziewicę, była wspólniczką prezydenta. Oboje porozumieli się, by nienawiść jego spotęgować aż do szaleństwa... i w ostatniej chwili wręczyli mu truciznę, którą miał zadać ojcu.
Dreszcz go przejmował, gdy przekonywał się o tem; i tę Dianę Sauvebourg, którą kochał aż do zbrodni — teraz znienawidził z taką samą gwałtownością.
Nadchodził dzień. Norbert był złamany i usnął snem niespokojnym, pełnym widziadeł.
Było już około południa gdy się przebudził. Doktor stał przy łóżku chorego.
Po krótkiem obejrzeniu przybliżył się do Norberta i powiedział:
— Ciało uratujemy.
Doktor nie mylił się.
Tegoż samego wieczora ks. Champdoce mógł już podnieść się. Na drugi dzień wymówił kilka wyrazów niezrozumiałych. Następnego dnia dał do zrozumienia że jest głodny.
Był uratowany, ale lepszą byłaby śmierć.
Potężna wola, ożywiająca to herkulesowe ciało, znikła. Oko straciło ogień, rysy inteligencję; dolna warga opadła na dół z przykrym wyrazem idiotyzmu.
I żadnej nadziei wyleczenia. Książę miał pozostać takim na zawsze.
Uznawszy ogrom zbrodni Norbert mógł zmierzyć i ogrom kary...
Wtedy to dopiero Jan ośmielił się napomknąć o wizycie p. Puymandour; a Norbert był w takiem usposobieniu umysłu, iż uznał to za wskazówkę nieba.
Przynajmniej, powiedział sobie, wola ojca zostanie spełni?.
I nie tracąc ani chwili napisał do p. Puymandour, że czeka na niego i że spodziewa się, że nieszczęście, które go nawiedziło, nie zmieni w niczem zawartych układów.
Tak zawyrokował o swej, przyszłości.


∗             ∗

Diana wyszedłszy od Daumana pospieszyła prosto do domu.
Godziny, jak to przewidziała, wlokły się jej śmiertelnie długo i boleśnie.
Pomimo całej potęgi swej energii, pomimo ogromnej władzy nad sobą, nie mogła w zupełności ukryć niespokoju, który ją pożerał, a który wzrastał w miarę, jak nadchodził wieczór.
Podczas wieczerzy, którą w zamku Sauvebourg zawsze zastawiano o dziewiątej, nie była prawie w stanie mówić i potrzebowała niesłychanych wysileń by przełknąć coś.
Na szczęście ani markiz ani markiza nie zwracali na nią uwagi. Otrzymali bowiem tegoż samego dnia wiadomość, że syn ich mocno zasłabł w Paryżu. Niepokoili się więc i mówili o podróży do stolicy.
Nie wiele zatem zajęło ich, gdy wstawszy od stołu, Diana powiedziała, że ma straszną migrenę i prosiła o pozwolenie odejścia do siebie.
Pozostawszy sama w pokoju i odesławszy służącę, odetchnęła swobodniej nieco. Nie potrzebowała nakoniec przymuszać się, układać fizjonomię, jednem słowem pilnować się.
Nie przychodziło jej na myśl kłaść się spać. Owinęła się w wielki szal i otworzywszy okno, oparła się na niem.
Zdawało się jej niepodobieństwem, by Norbert nie szukał i nie znalazł jakiego sposobu zawiadomienia jej, czy mu się udało... czy nie.
Tymczasem dzień nadchodził. Niebo na wschodzie czerwieniało i liście na drzewach poczęły się poruszać od porannego wiatru.
Diana, do kości przeziębła, zamknęła okno i drżąca wsunęła się pod kołdrę, nie śmiejąc przywoływać snu.
— Norbert, powiedziała sama do siebie, zapewne uznał za właściwe nie oddalać się; niepodobna, bym prędzej jak przed śniadaniem miała od niego wiadomości.
Ale wszystkie te wyrachowania nie uspakajały jej. Pierwsza w całym zamku wstała i wyszedłszy do ogrodu stanęła w miejscu, zkąd widać było drogę.
Nikt się nie pokazał. Dzwonek począł zwoływać na śniadanie; musiała zasiąść do stołu z rodzicami. Było to powtórzenie wczorajszej męczarni tysiąckroć boleśniejsze.
Nakoniec koło trzeciej godziny, nie mogąc dłużej wytrzymać, pobiegła do Daumana.
Wnosiła, że prezydent musi coś wiedzieć, a w każdym razie znajdzie jaki sposób uspokojenia jej choć cokolwiek. Myliła się.
Dauman nie lepsze od niej spędzał godziny; pocił się całą noc ze strachu.
Przez cały ranek siedział zamknięty w swym gabinecie, drżąc przy najmniejszym szmerze i zaledwo przed chwilą zdobył się na to by wyjść, w nadziei że czegoś się dowie.
Nadzieja ta nie ze wszystkiem go zawiodła. Jeden z mieszkańców Bivronu, którego spotkał, opowiedział mu, że wczoraj wieczorem zawezwano lekarza do ks. Champdoce, który umierał.
Dauman powrócił z tą jedną wiadomością, bardzo groźną, gdy przybyła Diana.
Na jej widok twarz mu poczerwieniała, oczy zabłysły, i nie dbając już o grzeczność zakłął najszkaradniejszem zaklęciem z całego swego repertouru.
— A! to pani! powiedział ostro, czego pani chcesz? Chybaś pani oszalała że tu przychodzisz!.. Czy chcesz pani wszystkim ogłosić że jesteśmy wspólnikami Norberta?
— Wielki Boże!... cóż się stało?
— Stało się to, że ten przeklęty książę żyje, i jeżeli przyjdzie do zdrowia, tośmy przepadli! Kiedy mówię my, to znaczy: ja. Panią w każdym razie wyplączą; pani jesteś córką magnata, a wielcy panowie nie zjadają jeden drugiego. Ja to zapłacę za wszystkich!
— A mówiłeś pan, że to było.... piorunujące....
— Ja tego nie mówiłem!... to fałsz!... O! gdybym wiedział!..
. Ale wyprę się wszystkiego, tak jest!... Was wszystkich panów z błotem zmięszam. Ja jestem uczciwy człowiek!... Trzeba było byś sama pani tem się zajęła, pani jesteś zuch; nie straciłabyś głowy.... a ten bałwan, kochanek pani, pokpił sprawę!... Być tak obrażoną i przez takiego nędznika! Diana próbowała zbuntować się.
Ale Dauman nie dał jej mówić. Trwoga człowieka nikczemnego nie zna litości.
— Nie mam czasu wkładać rękawiczek, by mówić z panią, zaczął znowu, i to mówić w chwili gdy czuję, że mi głowa chwieje się na karku. A więc zrób mi pani tę grzeczność wynieś się ztąd i nie pokazuj się więcej.
— Niech i tak będzie!.... poszlę kogo do Champdoce.
— Do kroćset piorunów! krzyknął Dauman z groźnym ruchem, tego jeszcze brakowało!... Dlaczegoż, jeżeli już tak jest, nie pójdziesz pani sama spytać księcia Champdoce, jak mu smakowała trucizna?...
Ale panna Sauvebourg trzymała się mocno. Po prośbach uciekła się do gróźb i w końcu wymogła na Daumanie, iż na zwiady wyprawi do Champdoce córkę matki Rouleau.
Miał doskonały pretekst do otwarcia jej podwojów zamkowych, a mianowicie żądać od Mechineta, pastucha-weterynarza, zapłacenia dłużnych mu kilkudziesięciu franków.
Przywołał więc Franciszkę i zręcznie ją poinformował, jak ma zasięgnąć najważniejszych wiadomości.
Nawet dla większej pewności i ponieważ pożerała go niecierpliwość, sam odprowadził ją aż pod górę zamkową; tu powiedział, że będzie czekał na nią i usiadł.
Czekał nie długo.
Zaledwie upłynęło dwadzieścia minut, gdy ujrzał powracającą swoją posłankę szybkim bardzo krokiem. Zerwał się cały drżący.
— No i cóż? zawołał, czy ten lichy płatnik Mechinet oddał należność?
— Gdzietam, prezydencie, nawet nie widziałam go.
— Nie było go?
— Zdaje się, że od czasu jak książę zachorował wszystkie drzwi zamku są zamknięte i nikogo tam nie wpuszczają. Z tym biednym księciem jest źle, bardzo źle...
— Czy powiedziano ci przynajmniej na co jest chory?
— Nie. To co panu mówię wiem od jednego parobka, którego spotkałam na dziedzińcu; mówiłby on ze mną dłużej, ale nadszedł pan Jan...
— Stary sługa księcia?
Franciszka kiwnęła głową.
— On sam, odrzekła. Pan Jan był rozwścieczony. Ty, wrzasnął na parobka, pójdź do obory i zobacz czy mnie tam nie ma! Potem zwrócił się do mnie i zapytał: „A ty czego chcesz?“ Naturalnie że powiedziałam mu, iż przychodzę do Mechineta. A on mi rzekł: „Nie ma go tu, więc ruszaj z Bogiem i przychodź w przyszłym miesiącu.“
— A ty, głupiutka, nie rozkrzyczałaś się?
— Owszem, nalegałam. Ale on wytrzeszczył na mnie okrutnie oczy i zapytał: „Kto tu ciebie przysyła, mały szpiegu?“
Prezydent zadrżał.
— A!... zawołał, tak powiedział?... A ty mu co na to?
— Ba!... powiedziałam że pan!...
— Tak, to słusznie... A potem co?...
— Pan Jan podrapał sobie podbródek i powiedział: „A! przychodzisz od prezydenta!... Powinien byłem domyśleć się tego. Dobrze, dobrze, będzie on miał wiadomości.“
Przy tem opowiadaniu Dauman doznał takiego wzruszenia iż mało nie upadł, nogi mu drżały.
Nie wypytywał się już więcej. Usłyszał że go ktoś woła. Był to pan Puymandour, idący do zamku.
Pewny, że zasięgnie od niego dokładniejszych wiadomości, Daumau odprawił Franciszkę.
Przewidywania jego sprawdziły się. Dowiedział się nareszcie jakiej natury była choroba księcia i że Norbert nie cofnął się; więc nie można było wytoczyć mu procesu bez wytoczenia go zarazem Norbertowi, więc czuł się prawie uratowanym.
Z wielkiem zadowoleniem w kilka chwil potem udzielił tych wiadomości Dianie.
— Pan Norbert, powiedział, widocznie nie wsypał dość wielkiej dozy; ten przeklęty książę ma końskie zdrowie; działanie nie było kompletne. Ale bądź pani spokojna, substancja ta nie przebacza; jeżeli książę odżyje to zostanie idiotą, w każdym razie cel nasz będzie osiągnięty.
Diana rozmyślała.
— Co to znaczy, szepnęła, że Norbert nic do mnie nie pisze?... dlaczego...
— Dlaczego?... bo jest ostrożny. Zkąd pani możesz wiedzieć, że go nie szpiegują? To dzielny młodzieniec, pojmujący iż są rzeczy, których nigdy się nie pisze. Pozostaje nam tylko czekać...
Czekali. Ale przeminął cały tydzień bez wiadomości od Norberta.
Panna Sauvebourg cierpiała okropnie w ciągu tych dni, które wydawały się jej nieskończonemi.
Nadeszła niedziela.
Wstawszy rano, markiza Sauvebourg poszła na cichą mszę i zaleciła córce by się wybrała na sumę wraz ze służącą. Rozporządzenie takie bardzo spodobało się Dianie. Może tu zobaczy Norberta...
Niestety nie. Gdy przybyła msza już się zaczęła. Ale ławka rodziny Champdoce była próżna.
Powoli poszła na swoje miejsce, ukląkłszy próbowała czytać, a nawet modlić się, ale nie mogła.
Ksiądz wszedł na ambonę. W Bivron była to ważna część nabożeństwa, gdyż przed kazaniem zawsze wygłaszano zapowiedzi.
Mężczyźni, którzy dotąd stali przy progu, podsunęli się bliżej; cisza tak wielka zaległa, iż słychać było jak pobożni zażywali tabakę.
Ksiądz powiódłszy okiem po zgromadzeniu, głośno wytarł nos, odchrząknął, wreszcie wydobywszy z brewiarza kartkę zapisanego papieru, począł czytać:
„Wstępują w stan małżeński...“
Wszyscy ciekawie nastawili uszu, ksiądz przeczekał chwilę, potem donośnym głosem czytał dalej:
„Pan Ludwik-Norbert Dompair markiz Champdoce, nieletni i prawy syn Wilhelma — Cezara Dompair i zmarłej Izabeli Barneville, małżonki jego, zamieszkały w tutejszej parafii...“
„I panna Anna-Marja Palouzat, córka nieletnia i prawa Augusta Palouzat hrabiego Puymandour i zmarłej Zoe Staplet, jego małżonki, również z tutejszej parafii...“
Piorun z ambony uderzył w Dianę. Serce jej bić przestało. Zdawało się jej że umiera.
Ksiądz mówił dalej:
„Zapowiedź pierwsza i ostatnia z powodu dyspensy, jaką strony otrzymały od jaśnie wielmożnego arcypasterza.“
Potem mrucząc wypowiedział zwykłą formułę: Ktoby wiedział o przeszkodach i t. d.
O przeszkodach!... jaka przerażająca ironia!... Panna Sauvebourg dobrze wiedziała, jakie zachodzą przeszkody.
Nakoniec dało się słyszeć Ite missa est. Diana schwyciła rękę swej służącej i wyszła, nie wymówiwszy ani słowa. Pragnęła samotności, jak szermierz śmiertelnie raniony i usiłujący ukryć swe konanie przed widzami.
W domu czekało ją nowe wzruszenie.
Gdy weszła, ujrzała ojca i matkę siedzących obok siebie i zapłakanych. Przystąpiła bliżej i wtedy ojciec, sadzając ją na swych kolanach, przycisnął do serca, mówiąc jakby w szale:
— Biedna córko! biedne moje ukochane dziecię już tylko ciebie jedną mamy!...
— Brat Diany umarł. Wiadomość ta nadeszła, gdy była w kościele.
Została jedynaczką i dziedziczką sześćdziesięciu tysięcy liwrów dochodu. A więc najświetniejszą partją w okolicy.
To najpierwej przyszło jej na myśl.
Płakała jednak tak jak rodzice, ale były to łzy wściekłości.
Gdyby katastrofa ta wydarzyła się o ośm dni wcześniej, byłaby uratowaną; małżeństwo jej z Norbertem byłoby niewątpliwem; oszczędziłaby sobie szkaradnej zbrodni.
Teraz był to tylko okrutny żart przeznaczenia, kara.
Brata nie żałowała. Myśli swych nie mogła oderwać od Norberta; fatalne zapowiedzie ciągle brzęczały jej w uszach.
Zkąd się wzięło to dziwne postanowienie, to przeklęte małżeństwo?
Dzień przeszedł na domysłach i szukaniu sposobu, jakby zerwać zamierzony związek. Bo Diana nie zrzekła się walki, jeszcze nie rozpaczała. Teraz majątek mógł przechylić szalę na jej stronę.
Przeczuwała, że niezawodnie odniesie zwycięstwo, jeżeli choć minutę będzie się widzieć z Norbertem. Czy potrafi on oprzeć się jej prośbom łzom? Zobaczy go u nóg swoich jak przedtem, gdyby tylko mogła powiedzieć mu:
— Ja cię kocham, ty jesteś panem swej woli a poślubiasz inną?...
Ale trzeba było dostać się do Norberta i to prędko. Czas naglił. Każden dzień wart był tyle co rok.
Postanowiła zatem, że tej jeszcze nocy wymknie się z Sauvebourg i pójdzie do Champdoce.
Przedsięwzięcie było ryzykowne, prawie szalone. Znaczyło to stawić na kartę całą przyszłość, może biedz w przepaść.
Po północy zarzuciwszy okrycie i zapewniwszy się że wszyscy śpią w domu, zeszła po cichu ze schodów i wybiegła za bramę.
Nie bardzo była zakłopotana tem jak potrafi znaleźć Norberta. Często opisywał on jej wnętrze zamku Champdoce; wiedziała, że pokój jego znajduje się na dole i ma dwa okna, wychodzące na dziedziniec. Tego było jej dość.
Przybywszy na miejsce zawahała się. A jeżeli omyli się co do okna?...
Ale, powiedziała sobie, że już nie czas cofać się, że jeżeli kto inny a nie Norbert otworzy okno, to ucieknie i na chybi-trafi zapukała, zrazu słabo, potem mocniej, potem z całej siły.
Norbert otworzył okne i zapytał:
— Kto tam?...
— To ja, Norbercie, ja, Diana...
Norbert poznawszy ją krzyknął i cofnął się.
Skorzystała z tej chwili i przez okno wskoczyła do pokoju.
— Czego pani chcesz, zapytał Norbert jakby obłąkany, po coś tu pani przyszła?
Diana patrzała na niego i nie poznawała, tak dziwną wydała się jej jego fizjonomia. Przestraszyła się, zmieszała.
— Żenisz się z panną Puymandour? szepnęła.
— Tak jest.
— A jednak utrzymywałeś że mię kochasz!..
Całe oburzenie powróciło Norbertowi. Podstąpił ku niej i powiedział:
— Byłem dzieckiem, byłem nieświadomy wszystkiego, gdy na nieszczęście spotkałem panią na mojej drodze. Któżby nie uwierzył pani, mającej oczy tak czyste, że aniołowie mogliby ich pozazdrościć?... O! tak! kochałem panią szalenie, aż do zbrodni!... A pani szukałaś tylko tytułu i majątku!
Diana zrobiła rozpaczliwy ruch.
— Nieszczęśliwy!... zawołała, czyż znajdowałabym się tu, o tej porze, gdyby tak było jak mówisz? Brat mój umarł, Norbercie, jestem tak jak ty bogatą, a jednak jestem tu!.. Obwiniasz mnie o szkaradne wyrachowanie! I dla czego? Zapewne dla tego, żem nie chciała uciekać z tobą!... O mój jedyny przyjacielu! Broniłam naszego przyszłego szczęścia... wszak...
Tu nagle przerwała, oczy słupem stanęły jej od przerażenia.
Otworzyły się drzwi, a przez nie wszedł książę Champdoce, bełkocąc coś niezrozumiałe i śmiejąc się strasznym śmiechem idiotów.
— Czy pojmujesz teraz pani, rzekł Norbert, dlaczego wspomnienie o naszej miłości jest mi wstrętnem? Czy ośmielisz się pani mówić o szczęściu wobec tego widma mojego ojca?
I ręką wskazał jej na okno.
Diana wyskoczyła uniesiona wściekłością i zazdrością, a pożegnanie jej było pogróżką.
— Zemszczę się, Norbercie, zawołała, do zobaczenia!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.