Niewolnicy paryscy/Część III/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Droga, którą wybrał Dauman, aby powrócić do domu, była nierównie dłuższą od zwyczajnej, którą poszła panna Sauvebourg.
Ale nie miał wyboru, ponieważ szło mu głównie o to, by go nie widziała młoda dziewczyna.
Gdy stanął w domu pot lał się z niego kroplami; ale przybył pierwszy. Panny Sauvebourg nie było jeszcze.
Szybko wbiegł na strych i z dziury urządzonej w belce, a starannie zasłoniętej, wyjął flaszkę z czarnego szkła, zatkniętą korkiem szklannym i wsunął ją do kieszeni.
Powróciwszy do swego gabinetu, patrzał chwilę na ten flakon z okropnym uśmiechem, a po tem postawił go na biórku po za papierami.
Uczyniwszy to, odetchnął, obtarł czoło, włożył na głowę aksamitną czapeczkę i przy w dział brudny łachman, służący mu za szlafrok, Zapukano lekko do drzwi.
— Proszę wejść!.. powiedział.
Była to panna Sauvebourg.
Szła powoli, i ani jednem słowem nie odpowiadając na uniżone ukłony prezydenta, nie zdając się nawet dostrzegać jego obecności, usiadła, lub raczej padła na krzesło.
— Prezydencie, rzekła krótko, potrzebuję rady. Słuchaj pan: przed godziną może...
Rozpaczliwym ruchem Dauman przerwał jej.
— Niestety!.. zawołał wzdychając, wiem o wszystkiem!
— Pan wiesz?...
— Że pan Norbert jest uwięziony, wiem o tem; że pani spotkałaś księcia Champdoce w lesie — i to wiem. Więcej jeszcze: uwiadomiono mię o wszystkiem, co książę powiedział pani.
Diana nie była w stanie ukryć swego zdumienia i przerażenia.
— Uwiadomiono pana? wybełkotała, kto?...
— Jeden drwal, który tylko co ztąd wyszedł. O lasy są bardzo zdradliwe. Człowiek mówi głośno, wywnętrza się ze swych tajemnic, sądzi że jest sam bynajmniej. Za każdym pniem słucha dwoje uszu. Rozmowę pani słyszało czterech drwali i ci nie stracili z niej ani jednego wyrazu. Jak tylko pani opuściłaś księcia, oni rozeszli się w rozmaite strony, by rozgłaszać wiadomość w okolicy. Wprawdzie wymogłem na tym, który tu był, by milczał, ale na co się to zdało — to człowiek żonaty i pewnie wygada się przed swoją połowicą. A oprócz tego jest trzech innych! Któż zawiąże języki?
Zatrzymał się, jakby chciał odetchnąć, właściwie zaś, aby zauważyć jakie sprawił wrażenie. Mógł być zadowolony. Smiertelna trwoga wykrzywiła piękne rysy biednej dziewczyny.
— Jestem zgubiona, zawołała, zgubiona!
Dauman pochylił głowę. Była to odpowiedź.
Ale nie. Panna Sauvebourg nie mogła ustąpić tak, bez walki.
Schwyciła prezydenta za rękę i mocno ją wstrząsnąwszy, zawołała:
— Nie wszystko jeszcze skończyło się! Norbert dochodzi do pełnoletności, i jeżeli ja zechcę to się oprze. Czy nie możnaby spróbować?
— Czego?
— Eh! czy ja wiem? Pan powinieneś to wiedzieć. Co tu począć? Mów pan, jestem na wszystko gotowa, bo nie mam nic do stracenia. Nie! nie będzie powiedziano, że książę Champdoce upokorzył mnie nikczemnie, a ja nie zemściłam się! Czy chcesz pan dopomódz mi?...
Prezydent wydawał się nadzwyczaj przerażony gwałtownością swej klientki.
— Na miłość boską! zawołał, uspokój się pani!... mówmy ciszej!... O! ze wszystkiego widać, że pani nie znasz księcia Champdoce...
— Znaczy to, że pan obawiasz się go!...
— Tak jest bardzo się obawiam i nie rumienię się tego. Ach! co to za człowiek! Jeżeli zaweźmie się na kogo, to gotów na wszystko. Czy wiesz pani, że chciał mi kark skręcić, mnie, który to do pani mówię, za to, żem go zawezwał przed sędziego pokoju w imieniu jednego z moich klientów. To też gdy kto przybywa do mnie w sprawie przeciw niemu — uniżony sługa!
Zdziwiła się Diana i obruszyła na nagły zwrot prezydenta, nie odgadując jego manewrów.
— Innemi słowami, rzekła tonem najwyższej pogardy, doprowadziwszy do ostateczności, pan opuszczasz nas w ostatniej chwili.
— O!... pani! czyż możesz pani sądzić?...
— Jak sobie chcesz, prezydencie! pozostaje mi Norbert... tego dość!
Dauman melancholijnie potrząsł głową.
— Bądź pani ostrożną, powiedział; czyż możemy wiedzieć, że w tej chwili markiz nie mówi Amen na wszystkie propozycje swego ojca?
Znaczyło to dodać oliwy do ognia; prezydent dobrze o tem wiedział. Celował on w sztuce podbudzania namiętności przez obrachowany opór.
— Nie zawołała Diana, przypuszczać coś podobnego znaczyłoby to krzywdzić Norberta. On miałby zdradzić!... prędzej zabiłby się. Jest on trwożliwy, to prawda, ale nie podły.
Dauman padł na fotel stojący przed biórkiem, jakby złamany wrażeniami tej rozmowy.
— My tu rozumujemy na zimno, odrzekł, jesteśmy wolni i bezpieczni. Pan Norbert zaś jest w więzieniu, wystawiony na wszelkie możebne męki fizyczne i moralne, bez obrony wobec kaprysów najzłośliwszego i najupartszego z ludzi... Bywają chwile rozpaczy, w których najbardziej zahartowane charaktery miękną.
— Niech i tak będzie. Przypuszczam że Norbert opuści mnie, że ożeni się z inną, że ja będę zhańbioną, zgubioną, stanę się ofiarą plotek całej okolicy! I myślisz pan że na tem koniec?...
— Biorąc rzecz ściśle, pozostawałoby pani...
— Pozostanie mi życie, prezydencie, które z roskoszą oddam w zamian za straszliwą zemstę.
— Tak to się z nami dzieje!... Ja taki sam byłem owego wieczora, gdy zaskarżony przez ks. Champdoce musiałem stawać przed sądem. Pokazując pięść jego przeklętemu zamkowi powtarzałem jedno tylko: „O! zobaczysz! zobaczysz!“ Nic nie zobaczył. Wielu tak jak my poprzysiegało zemstę, a nie były to także mokre kury. Mówili, klnąc, że aż kogut spadłby z dzwonnicy: „Niech drży ten pan niegodziwy jeden wystrzał z za węgła lub z za płotu... oto co go czeka!“ I nabili broń i zasiedli... a książę zdrów jak ryba.
Westchnął głęboko, a potem mówił ciszej, jakby do samego siebie:
— Sprawiedliwość czuwa, a w jej oczach zabójstwo jest zbrodnią. A jednak gdyby czasem sędziowie wiedzieli... gdyby się należycie rozpatrzyli w okolicznościach... kto wie ilu nieszczęśliwym śmierć księcia Champdoce zapewniłaby szczęście!
Panna Sauvebourg zbladła słuchając tych złowrogich narzekań. Każdy wyraz prezydenta znajdował w niej jakby echo i wzbudzał szkaradne myśli.
— Ale, mówił dalej Dauman, książę będzie żył sto lat. Jest bogaty, potężny, poważany.... zgaśnie sobie spokojnie w łóżku, otoczony szacunkiem i zabieg mi... mnóstwo ludu zbierze się na pogrzeb... a ksiądz proboszcz w mowie będzie go wychwalał i zalecał...
Przed chwilą już prezydent wydobył z poza papierów swoją czarną flaszeczkę i obracał w ręku na pozór machinalnie.
— Tak jest, powiedział, książę Champdoce pochowa nas wszystkich, chybaby...
Odetkał flaszeczkę i z wielką ostrożnością wysypał sobie na dłoń część tego, co w sobie zawierała.
Był to proszek miałki, białawy, połyskujący jak mikroskopijne kryształy.
Powiedział głosem głuchym:
— Odrobina tego proszku — i nikt nie obawiałby się już tego straszliwego księcia... Nie ma co obawiać się człowieka, leżącego o sześć stóp pod ziemią, pod szerokim kamieniem z pięknym napisem.
Zatrzymał się, a wzrok jego spotkał się ze wzrokiem Diany.
Najmniej przez dwie minuty stali tak przeciw sobie, oko w oko, nieruchomi, drżący, milczący...
Była to wyraźna umowa, której warunki wzrokiem układali.
Porozumieli się, gdyż w końcu Dauman zaczął mówić bardzo cicho, jak gdyby obawiał się własnego głosu.
— To nie sprawia żadnych cierpień, powiedział.
— A!...
— Wystaw sobie pani uderzenie pałką w skroń, nie więcej. W dziesięć sekund wszystko skończone. Ani krzyku, ani konwulsji, ani nawet czkawki nic!...
— Nic...
— I żadnych przygotowań. Jedna szczypta. Wpuszcza się ją w jakikolwiek płyn, do wina albo kawy... nim upadnie na dno, już się rozpuściła. Nie zmienia ani barwy. ani smaku, ani zapachu...
— Ale potem szukają... i znajdują...
— W Paryżu i wielkich miastach z— casami. Na wsi rzadko bardzo. A tam, gdzie nie masz podejrzeń — nigdy. A gdyby szukano...
— No i cóż?
— No... znalezionoby symptomata piorunującej apopleksji. W całej Francji zaledwie jest czterech lekarzy, którzyby poznali się na tem, a i to jeszcze...
Panna Sauvebourg wzięła krzesło i przysunęła się do Daumana.
— Zresztą, zaczął znowu Dauman, nie dość powiedzieć, że „tam znajduje się to i to“ — trzeba wynaleźć tego, kto to włożył.
— A tak, być może...
— Tu nie ma żadnego „być może“. Śledztwo prędkoby się skończyło. Nie wykryje tej...
Tu urwał sobie nagle, gdyż na ustach miał słowo, które nie śmiał wymówić. Kaszlnął, by zamaskować swe wahanie i powiedział żywo:
— Tego proszku nie wydają w aptekach. Jest to substancja rzadka, trudna do spreparowania i nadzwyczajnie kosztowna... Jeżeli w czterech lub pięciu laboratorjach znajduje się jej po kilka centygramów w stanie czystym, to jedynie dla potrzeb nauki. Niepodobna przypuszczać, by w tej okolicy ktokolwiek posiadał jej choćby jeden atom. Bo jak i zkąd mógłby dostać?
— Jednak pan...
— To inna historja. Gdym jeszcze zajmował się interesami, wyświadczyłem wielką usługę pewnemu znakomitemu chemikowi i on mi zrobił prezent z tej... z tego... produktu swej sztuki. Już temu jest dziesięć lat... a chemik nie żyje.
— Dziesięć lat!
— Przeszło. A jednak substancja ta starannie przechowana, nie straciła żadnego ze swych wielkich przymiotów.
— Żadnego?
— Przed miesiącem przekonałem się o tem... Wypadkiem!... Rozpuściłem szczyptę tego proszku w misce mleka, które dałem bardzo wielkiemu psu. Nie chlipnął dziesięciu razy, a już leżał bez ducha.
Przejęta niewysłowionem przerażeniem panna Sauvebourg cofnęła się szepcząc:
— Okropność!... okropność!...
Zaledwie dostrzeżony uśmiech przeleciał po wązkich ustach prezydenta.
— Dlaczego okropność? zapytał. Ten pies kąsał, mógł dostać wścieklizny, mógł mnie także ukąsić i wyzionąłbym ducha wśród najstraszliwszych męczarni. Czyż nie zachodzi tu wypadek legalnej obrony? Nie odchodźmy od rzeczy. Człowiek niebezpieczniejszy od psa, zamierza zamordować mie moralnie... ja go usuwam. Czy jestem winien? Prawo mówi że tak jest i potępia mię, ale moje sumienie mnie rozgrzesza. Lepiej zabić djabła...
Ręka Diany powstrzymała wykład potwornej teorji.
— Słyszysz pan! zawołała.
Na schodach słychać było odgłos ciężkich kroków.
— To Norbert!...
I wyrwawszy z rąk Daumana czarną flaszkę wsunęła ją sobie za gors.
Na widok Norberta prezydent i Diana krzyknęli jednocześnie.
Wszystko zdradzało w nim straszliwą katastrofę; jego ruchy automatyczne, wzrok błędny krew źle starta z twarzy.
Daumanowi przyszła na myśl zbrodnia.
— Pan jesteś raniony, panie markizie? zawolał.
— Tak jest... ojciec mię uderzył.
— Jakto?... on?...
— On...
Diana drżała jak listek podchodząc do Norberta.
— Pozwól mi pan, rzekła, opatrzeć ranę.
I objęła mu głowę rękami, podniósłszy się, by lepiej zobaczyć.
Ale Norbert lekko ją odsunął.
— Potem zajmiemy się tem dzieciństwem, rzekł głosem ostrym, jaki miewa człowiek po pokonanem niebezpieczeństwie, lub po powzięciu ważnego postanowienia. Uniknąłem ciosu straszliwego który miał mię o śmierć przyprawić. Gdyby nie instynktowy ruch, padłbym na miejscu z ręki ojca...
— Księcia? A to za co?... Cóż to się stało?
— Obraził panią, Diano, i ośmielił się powiedzieć mi to... chełpić się z tego... przede mną! Przez Boga żywego! czyż ma mię za pokurcza? czyż nie wie, że w moich żyłach płynie taka sama krew jak w jego, krew Dompairów Champdoce! Na jego podłą zniewagę odpowiedziałem pogróżka... i uderzył mnie.
Panna Sauvebourg zalała się łzami.
— I to ja, rzekła, ja jestem przyczyną tego!
— Pani?... Być może, iż pani uratowałaś mu życie. Gdyby nie pani, Diano, jabym na miejscu go ukarał za te zniewagę. Bić kijem mnie, mnie, jakby jakiego lokaja!... Pamięć o pani powstrzymała mię... uciekłem i już nigdy w życiu noga moja nie przestąpi progu zamkowego. Mówią o przekleństwie rodziców przekleństwo dzieci również nie powinno przynosić szczęścia. Książę Champdoce nie jest już moim ojcem... nie znam go... chcę zapomnieć o nim! albo nie!... chcę pamiętać, aby nienawidzieć i pomścić się.
W życiu swojem Dauman nie doznawał większej radości. Wszystkie jego szkaradne instynkta tryumfowały.
Uznał, że nadszedł czas by sam przemówił.
— W każdym razie, panie markizie, tak zaczął, nieszczęście zawsze na coś się przyda. Nakoniec ojciec pański popełnił błąd, który drogo będzie go kosztował... A! mości książę! dla człowieka tak zręcznego, jakiżto krok szkolarski!...
Trzymamy teraz waszą książęcą mość!...
— Co pan chcesz tem powiedzieć?
— To, że poprostu od nas zależy zrzucić od jutra jarzmo rodzicielskie. Mamy nakoniec podstawę do skargi!... Mamy uwięzienie, gwałt z pomocą osób trzecich, razy i rany życiu zagrażające... wszystko co potrzeba! Sprowadzimy lekarza, ten zrobi obdukcję głowy i spisze protokół. Czy fakta te dadzą się zaprzeczyć? Nie. Postawimy mnóstwo świadków. Co do rany, to prześwietny sąd może widzieć okropną bliznę. A na początku zrobimy podanie, aby nas uwolniono od obowiązku przemieszkiwania pod dachem rodzicielskim: „Zważywszy, że książę Champdoce zamierza pogwałcić najżywsze i najszacowniejsze nasze uczucia, upraszamy niniejszem i t. d. i t. d.“, jak wyraźnie stoi we wzorze 7. formularza. Nastąpi sąd, który nas usamo — wolni, a przynajmniej...
— Dość tego, przerwał Norbert. Czy sąd ten nada mi prawo poślubienia kogo mi się podoba, bez przyzwolenia księcia Champdoce?
Dauman zawahał się. Według jego zdania, zważywszy na okoliczności i stan umysłowy księcia, Norbert mógłby otrzymać przyzwolenie na zawarcie związku stosownego. Ale wyjawiać to znaczyło doradzać cierpliwość.
Odpowiedział więc śmiało:
— Nie, panie markizie.
— A zatem nie warto podawać skargi. Dompairowie Champdoce zawsze myli swą brudną bieliznę między sobą; ja uczynię toż samo.
Stanowczy ton Norberta zdziwił prezydenta.
— Jeżelibym śmiał, zaczął znowu, dać panu markizowi jedną radę...
— Radę? Nie. Zrobiłem już postanowienie; ale potrzebuję usługi. Potrzebuję, nim upłynie doba, wielkiej sumy dwudziestu tysięcy franków.
— Znajdzie się, panie markizie... ale będzie to wiele kosztować... bardzo wiele!...
— Mniejsza o to!
Panna Sauvebourg chciała zrobić jakąś uwagę, ale Norbert zatrzymał ją ruchem, mówiąc:
— Czyż nie pojmujesz pani, nie domyślasz się moich zamiarów? Tu nasze życie byłoby tylko długiem męczeństwem; ohydny kaprys rodziców rozdziela nas... Trzeba uciec. Wynośmy się... potrafię znaleść jakiekolwiek schronienie, gdzie będziemy żyć szczęśliwi i nieznani...
— Ależ to szaleństwo! zawołał Dauman przerażony.
— Czy tak pani sądzisz, Diano? zapytał Norbert.
Młoda dziewczyna pochyliła głowę i milczała.
— Posłanoby pogoń i niezawodnie wykryto, rzekł prezydent.
— Milcz pan!... krzyknął rozkazująco Norbert.
I ukląkłszy przed Dianą, powiedział głosem drżącym od najżywszego uczucia:
— Czyż być może, Diano, abyś wahała się powierzyć mi swe życie, jeżeli zaprzysięgnę przed Bogiem, iż poświęcę ci całe moje istnienie, wszystkie myśli? jeżeli błagam cię na kolanach i ze złożonemi rękami, czyż nie zechcesz uciec ze mną?..
Ze zmiany rysów panny Sauvebourg można było łatwo domyśleć się, iż wrzała w niej gwałtowna walka.
— Nie mogę, szepnęła wreszcie, nie mogę.
Norbert zerwał się.
— A! bo mnie nie kochasz! krzyknął głosem rozpaczy. Szalony byłem, żem wierzył... Pani mię nigdy nie kochałaś!
Diana podniosła w górę swe piękne oczy i zawołała ze szczytnem uniesieniem:
— Boże! ty go słyszysz! mówi że go nie kocham!...
— A więc dla czegoż odrzucasz jedyny środek ratunku?... Rozumiem: obawiasz się świata, przesądów, opinii...
Przerwał sobie, znękany wzrokiem wyrzutu, jaki nań Diana rzuciła.
— Czyż trzeba, rzekła, bym zstąpiła aż do usprawiedliwień? Co mi mówisz o przesądach? czyż nie pogardziłam niemi?... Czy obawiałam się ukazywać wśród białego dnia na publicznej drodze ręka w rękę z tobą? Świat!... On już mię potępił, chociaż nie miał za co... Wszystko cośmy mówili mogę powtórzyć nie rumieniąc się mojej matce — a znajdź kogo, by temu uwierzył. Opinia?... co mi ona może jeszcze odebrać? Czyż reputacja moja nie jest zgubiona, chociaż poprawdzie nigdy nie przekroczyłam granic najsurowszej wstydliwości? Gdy w Bivron mówią o pannie Sauvebourg, dodają: „A! to kochanka młodego markiza Champdoce!“
Głos jej był tak słodki i zarazem tak przenikający, że sam Dauman wzruszył się. W kącie pod powieką czuł rodzaj świerzbu, zapowiadającego pojawienie się łzy, gdy wtem wydało mu się, że Diana robi mu znak jakiś...
Nie podobna było łudzić się. — Nie podobna było nie zrozumieć spojrzenia, które nań rzuciła: nakazywała mu oddalić się. Dla czegożby nie był posłuszny?
— Ach, wołają mię!... zawołał, przepraszam...
I wyszedł, z hałasem zamykając drzwi za sobą.
— Okrutna pani jesteś, zaczął alem przejęty Norbert po wyjściu Daumana. Jaką przysięgą mam poprzysiądz, iż nigdy nie będę miał innej żony oprócz pani?
Panna Sauvebourg nie odpowiadała; Norbertowi zdało się, jakby jakieś światło zabłysło mu wśród ciemności.
— Wielki Boże! zawołał z drżeniem nadziei, czy pani nie chcesz uciekać ze mną dla tego, że wątpisz o mnie?
— Nie, toby mię nie zatrzymało.
— A więc cóż, jeżeli pani gardzisz głupi gadaniną ludzi? Czyż nie wolność i szczęście proponuję pani? Cóż cię zatrzymuje?
Podniosła się dumnie i stanowczym głosem odpowiedziała.
— Sumienie!
Norbert osłupiał.
Do tej pory podtrzymywała go nadzieja, która kazała mu zapominać o doznanej obeldze i o nienawiści; i oto nadzieja ta uciekała mu jak woda, którą usiłował utrzymać w dłoni.
Diana mówiła dalej:
— Tak jest, moje sumienie, którego głosu nie potrafię stłumić, sumienie, które dotąd dodawało mi odwagi i pozwalało iść z podniesionem czołem, pomimo szemrań, które słyszałam po drodze. W tej chwili sumienie to woła na mnie: „Stój! Dalej nie pójdę. Ciężką jest moja powinność, ale choćby mi serce pękło, nie zachwieję się — nie pójdę.
Spazm nerwowy przerwał jej mowę, ale stłumiła go i zaczęła znowu z energia:
— Gdybym sama była na świecie może — bym się jeszcze wahała. Ale mam rodzinę, w której honor jest świętym zakładem.
— Rodzinę, która panią poświęca starszemu bratu!...
— Niech i tak będzie!... tem większą jest moja zasługa! Zkądże to pan wziąłeś, że cnota jest rzeczą łatwą?
Podburzała do buntu, a dawała przykład miłości rodzinnej... Ale Norbert nie był w stanie dostrzedz tej sprzeczności.
— Ale tu, mówiła dalej, mój rozsądek i sumienie zgadzają się. Dla młodej dziewczyny wystąpienie z ciasnych ram konwencjonalności, to śmierć. Pan sam rychło przestałbyś szanować tę, którą wszyscy gardzą.
— Czyż myślisz, że jestem....
— Myślę, że jesteś mężczyzną, mój przyjacielu. Przypuść, że dziś pójdę za tobą, i że jutro dadzą ci znać, że mój ojciec z powodu jakiego odezwania się o mnie pojedynkował się i został zabity... co wtedy zrobisz?
Tyle uwag naraz przeszło przez myśl biednemu chłopcu, iż nie wymówił ani słowa.
— Wierz mi, zaczęła znowu Diana, uciekaj... ale sam. Życie w tych okolicach obok ojca byłoby dla ciebie nieznośnem. Czuję, że byłoby rozsądniejszem, gdybyś mu był posłuszny, ale doradzać ci, byś poślubił.... te inną to nad moje siły. Jedź, mój przyjacielu... nie masz boleści, którejby czas nie ułagodził... Zapomnisz o mnie... ja tego chcę!...
— Zapomnieć!... wykrzyknął Norbert, ja!...
I ująwszy za rękę panne Sauvebourg, dodał:
— Więc pani mogłabyś zapomnieć o mnie?
Stał tak blisko koło niej, iż czuła na swej twarzy jego gorący oddech.
— Ja!... wyszeptała, ja!...
Norbert cofnął się nieco, jakby chciał lepiej wpatrzeć się w nią.
— A jeżeli odjadę, zapytał, to co pani zrobisz?...
To pytanie zdawało się że ostatecznie złamało pannę Sauvebourg. Łkanie pierś jej podniosło, energia ją opuszczała.
— Ja, odrzekła głosem łagodaym i zrezygnowanym, jakim musiał być głos męczenniczek, wchodzących do cyrku, ja znam mój los. W tej chwili widzimy się po raz ostatni Powrócę do Sauvebourg... tam pewno wszystko wiedzą! Ojca znajdę zagniewanym i grożącym. Każe mi wsiąść do powozu i... jutro... będę w klasztorze.
— O! nigdy! Czyż nie wiem, że byłoby to dla pani powolnem konaniem, czy nie powiedziałaś tego sama?
Podszedł, by ją podtrzymać, gdyż chwiała się.
— Tak jest, odrzekła, ale tak być musi, to obowiązek... Aby uratować mię w tej chwili, na to trzebaby... cudu: przyzwolenia twego ojca. Tam będę żyć wspomnieniami naszemi... A zresztą... gdy ciężar jest tak wielki, że aż przytłacza — to go się zrzuca. Bóg nie zechce karać za to. Konanie będzie trwało tylko dopóki zechcę.
I to mówiąc wsunęła rękę za gors i wyjęła ztamtąd flaszeczkę z czarnego szkła.
Norbert zrozumiał.
— Nieszczęśliwa zawołał.
Chciał wziąć flaszeczkę, ale opierała się temu, szamotała, wreszcie udało mu się pochwycić ją.
Ale walka ta, zdawało się, że wyczerpała wszystkie siły Diany. Piękne jej oczy zamknęły się, głowę w tył wychyliła i bezwładna padła na ręce Norberta, który przerażony zapytywał sam siebie, czy nie przyjmuje ostatniego jej tchnienia.
Rzekłbyś że umiera, a jednak słabym głosem szeptała jeszcze jakieś wyrazy.
Zaklinała Norberta, by jej oddał flaszeczkę, stanowiącą całą jej wolność. Potem z wielką dokładnością powtórzyła wszystkie objaśnienia Daumana.
— O mój jedyny przyjacielu, mówiła, oddaj mi ją. To nie sprawia żadnego cierpienia... dziesięć sekund... szczypta do wina lub do kawy... Niczego nie można domyśleć się...
Na myśl, że chciała umrzeć, ona, kochanka jego duszy, i umrzeć ponieważ odrywają ją od niego — i to jaką śmiercią umrzeć!... Norbert czuł, że myśli mu się mącą.
— Diano!... powtarzał, pochyliwszy się ku niej, Diano!...
Ale ona jakby w przystępie gorączkowego obłędu, mówiła dalej:
— Umrzeć... po tylu niebiańskich rojeniach! Ach!... książę Champdoce! tyś bez litości!... Zabrałeś mi szczęście, potrzeba ci było jeszcze mojego dziewiczego honoru, teraźniejszości i przyszłości!... Litości, książę!
Norbert ryknął straszliwie rykiem rozpaczy i wściekłości, który aż przestraszył Daumana, zaczajonego w korytarzu.
Okropny zamiar błysnął mu w głowie.
Podniósł Dianę, posadził na krześle prezydenta i powiedział stłumionym głosem:
Nie, ty nie zabijesz się — i ja nie odjadę....
Spojrzał na nią raz jeszcze. Diana nastawiła usta jakby do pocałunku i wyszeptała jego imię.
Gdyby jeszcze miał cokolwiek rozsądku, to ta ostatnia kropla dopełniłaby miary szału.
— Będziesz moją, szepnął, a ta trucizna, dla ciebie przeznaczona, będzie karą i zemstą...
I natychmiast wyszedł chwiejnym krokiem lunatyka.
Jeszcze słychać było odgłos jego kroków W sieni, a już Dauman wpadł do gabinetu.
Twarz miał siną, a zęby mu dzwoniły.
Ta scena, z której nie stracił ani jednego wyrazu, straszliwie go wzruszyła.
Ale omal nie stanął słupem, gdy wszedłszy ujrzał Dianę (która, jak sądził, leży, bez zmysłów) stojącą w oknie i spoglądającą jak Norbert oddalał się.
— Co za kobieta! mruknął, co za kobieta!
Norbert zszedł z głównej drogi. Panna Sauvebourg nie mogła go już więcej widzieć i odwróciła się.
Była blada, ale nie bardzo. Powieki miała zaczerwienione i napuchłe, ale duma zwycięstwa błyszczała w jej oczach.
— Jutro, prezydencie, jutro, zawołała, będę księżną Champdoce.
Dauman był tak tem wszystkiem zmieszany, iż nie mógł wymówić ani słowa.
— Chybaby, dodała Diana, wszystko odkryło się jeszcze dziś wieczorem...
Prezydent uczuł, jak mu dreszcz przebiega po ciele. Mówiła to takim tonem... brr!...
Jednak na wszelki wypadek próbował urządzić podstawy przyszłego systemu obrony.
— Nie rozumiem pani, wybełkotał, co się ma odkryć? co pani chcesz tem powiedzieć?...
Diana spojrzała na niego wzrokiem tak pełnym pogardy i ironii, iż skamieniał i owa zamarły mu w gardle.
Uznał swój błąd. Chciał igrać z Dianą jak kot z myszką — a tu ona go sama wyprowadziła w pole.
— Powodzenie zdaje się niezawodnem, tak zaczęła znowu, tylko że Norbert jest niezręczny.
Z udaną spokojnością, prawie nie do uwierzenia po wszystkich doznanych od samego rana wzruszeniach, poprawiła sobie włosy i suknię.
Skończywszy to i po raz ostatni spojrzawszy w zwierciadło, powiedziała:
— W Sauvebourg zapewne niepokoją się, że mnie tak długo nie ma, muszę wracać...
A potem tonem, w którym pomimo całej jej mocy nad sobą przebijała śmiertelna trwoga, miotająca nią, dodała:
— Ach! dzisiejszej nocy godziny będą długie!.. Dla czego to już nie jutro! Gdy się zobaczymy, prezydencie, wszystko będzie zdecydowane! Teraz... adieu!
Wszystko to odbyło się tak prędko, tak niespodzianie, iż Dauman zapytywał sam siebie, czy to nie sen.
Ale nie. Czuwał. Przed odejściem swem panna Sauvebourg, jakby naumyślnie, rzuciła w duszę jego niepokój, który wzrastał co chwilę, dusił jak widmo, tłoczące we śnie piersi.
Te trzy wyrazy: „Norbert jest niezręczny“; były jak kamień młyński, zawieszony nad jego głową i kołyszący się.
Rzucił się na krzesło i wsparłszy głowę na ręku próbował zastanowić się, opamiętać.
Norbert szedł tymczasem boczną drogą do Champdoce.
W ciemnościach zalegających mu rozsądek, postanowienie powzięte jaśniało wyraźnie. Wiedział dokładnie jak sobie ma postąpić.
Wszyscy domownicy zamkowi i Norbert wraz z nimi pijali wino, zbierane w okolicy, bardzo zdrowe, ale i bardzo zwyczajne. Książę dla swego własnego użytku trzymał wino lepsze.
To „pańskie wino“, jak mówiono w zamku, podawano w wielkiej butelce, którą po każdym obiedzie stawiano na półce we wspólnej sali, bez obawy, aby go kto dotknął.
Norbertowi przyszła na myśl ta butelka.
Poszedł prosto do wspólnej sali. Nikogo w niej nie było. Odetchnął.
Z nadzwyczajną szybkością podbiegł do butelki, odkorkował ją zębami i wsypał nie jedna, ale dwie czy trzy szczypty proszku z flaszeczki.
Potem kilka razy potrząsł butelką, by przy spieszyć rozpuszczenie proszku.
Wszystko było ukończone mniej niż w minutę.
Postawił butelkę na swojem miejscu, a potem usiadł w kącie i czekał...
Książę Champdoce chodził wtedy wielkiemi krokami po alei kasztanowej.
Po raz pierwszy może w życiu ten człowiek uparty aż do szaleństwa prawie, ten despota, żałował tego co zrobił.
Nie dla samego czynu, bo był zdania, że Norbert zasłużył w zupełności na skarcenie, ale z powodu skutków jakie mogły nastąpić.
Widział wszystkie motywa do skargi sądowej. Jakie będą tego wyniki? O! nie łudził się. Wiedział, że tryb życia, jakie prowadził, przedstawiał wszystkie cechy monomanii.
Czyż trybunał, raz pochwyciwszy te sprawę, nie odbierze mu całej władzy nad synem?
Zgłoszenie się do sądu nie przyjdzie na myśl Norbertowi, tak rozumował, ale czyż nie znajdzie doradców, którzy mu to podszepną?
Wszystkie te uwagi oburzały go, ale zarazem wykazywały niezbędną konieczność udawania, działania z największą ostrożnością.
Nie zrzekał się on widoków na pannę Puymandour, ale aby dojść do celu postanowił gwałtowność zastąpić przebiegłością.
Najważniejszą i zarazem najtrudniejszą rzeczą było sprowadzenie nazad Norberta.
Potem nie tak już będzie trudno ułagodzić go i skłonić karesami do zapomnienia szkaradnej sceny.
W tych właśnie myślach był pogrążony, gdy dano mu znać, że Norbert powrócił.
— Mam go! pomyślał.
I szybkim krokiem powrócił do zamku.
Gdy wszedł do wspólnej sali, Norbert zapominając o należytym szacunku nie wstał.
To naruszenie prawideł domowej etykiety bardzo zdziwiło księcia.
— Jarnicoton! pomyślał, czy ten cymbał poczytuje się za uwolnionego już od wszystkich obowiązków?
Ale nie okazał niespokojności, jakiej doznał z tego powodu. Zresztą krew, którą ujrzał na twarzy syna, zrobiła na nim pewne wrażenie.
— Norbercie, mój przyjacielu, powiedział, czyś cierpiący? Dla czego nie kazałeś sobie opatrzeć rany?
Czekał na odpowiedź. Nie było jej.
— Do czego ta krew w tej chwili jeszcze, mówił książę dalej, czy to wyrzut? Nie potrzeba tego, mój synu, abym żałował mego uniesienia... mojej gwałtowności.
Norbert milczał ciągle, a milczenie to bardzo niepokoiło księcia.
W tej ostateczności, więcej dla nadania sobie kontenansu aniżeli z pragnienia, wziął z półki szklankę, postawił na stole i przysunąwszy następnie butelkę, napełnił ją do połowy winem.
Dreszcz przerażenia przebiegł po całem ciele Norberta.
— Słuchajno, mój synu, jakże ma się przed tobą tłómaczyć ojciec? Mów, człowiek sam siebie szanuje, gdy się przyznaje do winy.
Wziął szklankę i machinalnie podniósł ją w górę.
Norbert nie oddychał prawie; zdawało mu się że dokoła niego tworzy się jakaś próżnia.
Głowa mu się zawracała, w uszach dzwoniło, w żyłach jakby lawa toczyła się... Jednak nie ruszył się.
— Przykro to, mówił dalej książę, boleśnie upokarzać się przed synem... i upokarzać napróżno.
Darmo Norbert odwracał głowę... widział.
Książę Champdoce już miał przyłożyć szklankę do ust i napić się...
Ale Norbert nie mógł znieść tego.
Jednym skokiem przybliżył się do ojca i wyrwawszy mu z rąk szklankę, rzucił ją za okno, krzyknąwszy przeraźliwym głosem:
— Nie pij, ojcze!
Poruszenie Norberta, wyraz jego twarzy, głos — warte były tyle, co wszelkie możebne wyjaśnienia.
Straszliwe światło ukazało się księciu.
Twarz jego skurczyła się, poczerwieniała, oczy krwią się zalały; otworzył usta by przemówić i wydał tylko jakiś głos chrapliwy, potem podniósł ręce do góry, machnął niemi w powietrzu i padł jak długi na wznak, uderzywszy się tyłem głowy o dębowy kredens.
Norbert wybiegł z sali i krzyknął:
— Na pomoc! ratujcie!... zabiłem ojca!