Niewolnicy paryscy/Część III/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W trzy dni ukończono przygotowania do ślubu Norberta z Marją.
Przyszli małżonkowie nie spodobali się sobie nawzajem. Od pierwszego spojrzenia uczuli ku sobie instynktowy wstręt, którego często lata zatrzeć nie mogą.
Norbert codziennie po obiedzie zjawiał się u pana Puymandour z ogromnym bukietem. Wprowadzano go do salonu, tam wręczał kwiaty Marji, bełkotał jakiś komplement; Marja dziękowała mu mocno rumieniąc się, a potem siadali, mając do towarzystwa jakąś starą kuzynkę, umyślnie na ten cel sprowadzoną.
Przez całe godziny Marja siedziała pochylona nad krosienkami, a Norbert nie wiedząc co z sobą zrobić, okrutnie zakłopotany, milczał najczęściej, pomimo ogromnych wysileń, by podtrzymać jaką taką rozmowę.
Nigdy tak się nie radował, jak gdy p. Puymandour proponował mu wycieczkę w okolice. Z nim przynajmniej ustawało nieznośne milczenie.
Ale wycieczki te nie były częste, bo p. Puymandour nie miał ani chwili wolnego czasu.
Nigdy nie widziano go tak hałaśliwym, zajętym, zakłopotanym, jak od czasu gdy to nieszczęśliwe małżeństwo stało się znanem.
Ciągle spotykano go na drodze, to konno, to w powozie. Sam rozwoził zaproszenia, a próżność jego zachwycała się powinszowaniami, któremi go zasypywano.
To jeszcze nie wszystko. Musiał pilnować przygotowań do wesela, a chciał by wesele to było wspaniałe.
Norbert wprawdzie przedstawiał mu, że cały ten przepych był nie w miejscu wobec położenia, w jakiem znajdował się książę Champdoce; p. Puymandour nie chciał słyszeć o tem.
W pałacu wszystko odnawiano, zdejmowano pokrowce, wyklejano ściany; na powozach malowano herb książąt Champdoce obok herbu hrabiego Puymandour.
Herby te wszędzie można było widzieć: po nad wszystkiemi drzwiami, na naczyniach, na najdrobniejszych przedmiotach; p. Puymandour, gdyby tylko śmiał, kazałby je sobie wymalować na piersiach.
Wśród tego gwaru smutek Norberta i Marji wzrastał, jak gdyby oboje przeczuwali przyszłe swe nieszczęścia.
Ale pan Puymandour miał oczy dla tego by nie widzieć. Gdy sam z niemi znajdował się występował z konceptami, często bardzo wątpliwego smaku.
Raz jednak złapał podczas swych wycieczek wiadomość, iż natychmiast pobiegł z nią do salonu.
— Wiecie, moje dzieci, krzyknął już na progu, że daliście dobry przykład? Mer i proboszcz będą mieli w tym roku nie mało do roboty.
Marja wzrokiem zapytała ojca.
— Tak, tak, mówił dalej. Dowiedziałem się o małżeństwie, które nastąpi wkrótce po waszem, a które będzie miało rozgłos...
— Jakie małżeństwo?...
— Znasz pan, zapytał Norberta, syna hrabiego Mussidan?
— Wicehrabiego Oktawiusza?
— Tak właśnie.
— Sądziłem że mieszka w Paryżu.
— Mieszkał tam rzeczywiście i hulał. Ale teraz jest tu, u swego ojca od tygodnia i już się zakochał. Zgadnijcie z kim go żenią? założę się, że ani przypuszczacie!
— Nie odgadniemy, ojcze, więc nie dręcz nas.
Pan Puymandour przybrał minę niezmiernie tajemniczą.
— Niech to będzie między nami, powiedział. Dowiedziałem się o tem od notarjusza, któremu przyrzekłem sekret. Owóż hrabia Oktawiusz Mussidan poślubi pannę Diane Sauvebourg.
Marja ruszyła się z niedowierzaniem.
— To być nie może, rzekła. Nie dawniej jak przed tygodniem panna Diana straciła brata.
— Ba! tem bardziej! Teraz została bogatą dziedziczką. Mussidanowie są przebiegli... bardzo być może, iż napisali do syna, by przybywał i wyprzedził innych, którzy pewno wystąpią. Otóż Oktawiusz przyjechał... kawaler bardzo miły — i doprawdy.... ja to znajduję całkiem naturalnem.
Norbert zrazu mocno poczerwieniał, potem zbladł. Tak się zmieszał, że upuścił album, które trzymał w ręku.
P. Puymandour mówił dalej:
— Zresztą pochwalam wybór wice hrabiego Mussidao. Panna Diana oprócz swej zdumiewającej piękności jest w moich oczach osobą doskonałą w całem znaczeniu. Niepodobna mieć bardziej pańskiej miny. Co za wyniosłość, co za duma!... Spojrzawszy na nią zaraz można odgadnąć, że to córka wielkiego rodu, głęboko pogardzająca pospolitym tłumem. Co do jej dowcipu — to sam doznałem jego żądła. To dla ciebie wzór, Marjo, właśnie gdy zostać masz księżną.
Marja wiedziała, że ojciec, wpadłszy na tę materję nie prędko zamilknie, więc korzystając z chwili gdy się zatrzymał by odetchnąć, wyszła pod pozorem, że ma wydać jakieś rozkazy.
Hrabia nie bardzo gniewał się na to, gdyż pozostał mu Norbert.
— Wracając do panny Diany, zaczął znowu, powiem panu, że tylko com ją spotkał jak wychodziła od matki Rouleau. Śliczna jest w czarnej sukni! zachwycająca! O! żałoba to gratka dla blondynek!.. Ale przepraszam, opiewam panu jej wdzięki, jak gdybyś nie wiedział o tem lepiej niż inni...
— Ja, panie hrabio?
— A tak, panie markizie... No, czy niechciałbyś pan czasami zaprzeczać żeś się do niej umizgał... i to bardzo blisko?... No, no, nie rumień się pan, nie ma czego. Cóż dziwnego że młody człowiek umizga się, ma metresy...
— Ale przysięgam panu hrabiemu...
P. Puymandour wybuchnął śmiechem.
— Gadaj to pan komu innemu!... zanadto często spotykano was pod leszczynami... eh! eh! dyskrecja tu zbyteczna.
Napróżno Norbert usiłował bronić się z całą energią prawdy. Miał do czynienia z człowiekiem nie dającym się przekonać.
— Zresztą, mówił dalej hrabia, nie masz pan co wyrzucać sobie. Wszakże nie oszukiwałeś panny Diany. Bo czyż mogła ona spodziewać się, że zostanie pańską żoną? Nie, bo nie miała ani szeląga. Teraz gdy brat jej umarł i jest bogatą — to inna historja...
Bezecna ta teorja tak obruszyła Norberta, że już miał na ustach bardzo ostrą odpowiedź. Ale powstrzymał się z rezygnacją.
Lecz tak był rozgniewany, iż nie mógł przemódz na sobie by pozostać na obiedzie, i pod pozorem, że ma dopilnować ojca, oddalił się.
Najsprzeczniejsze uczucia miotały nim gdy powracał do zamku Champdoce.
Wątpił jednak o prawdzie tego co słyszał od p. Puymandour i właśnie przemyśliwał nad sposobem wywiedzenia się jak rzeczy stoją, gdy idąc drogą ku Bivron usłyszał że go ktoś woła:
— Panie markizie! panie!...
Odwrócił się i ujrzał Montlouis, owego syna dzierżawcy, który przeszłej zimy był jego powiernikiem w Poitiers.
— Pan markiz nie zauważył mię przechodząc, rzekł Montlouis.
Dawniej Montlouis mówił Norbertowi ty; ale od trzech miesięcy ocierał się już w świecie i poznał niezmierną odległość rozdzielającą jego, syna dzierżawcy, nie mającego stu liwrów renty, od milionowego pana.
— Byłem bardzo zamyślony, odrzekł Norbert.
I obawiając się obrazić dawnego kolegę podał mu rękę.
— Już od tygodnia, zaczął znowu Montlouis, przybyłem tu z moim pryncypałem. Bo mam teraz pryncypała. Wicehrabia Mussidan stanowczo zamianował mię swoim sekretarzem lub raczej intendentem. Wprawdzie z panem Oktawiuszem sprawa nie bardzo łatwa, gdyż byle o co wpada zaraz w straszliwy gniew; ale w gruncie jest to człowiek najlepszy. Zachwycony jestem moją posadą.
— Tem lepiej, mój przyjacielu, tem lepiej!
Ale nie dla udzielenia tych szczegółów Montlouis zaczepił Norberta.
— A pan żenisz się z panną Puymandour, panie markizie? Gdy mi to powiedziano, spadłem z obłoków.
— A toż dla czego?
— Ba, panie markizie, myślałem jeszcze o owych czasach, kiedyśmy to razem czekali na końcu pewnego ogrodu, by się otworzyła pewna furtka.
— Powinienbyś zapomnieć o tem, Montlouis.
— O, panie! ja to tylko panu mówię, ale kto inny nie wydobyłby odemnie ani jednego słowa, choćby szło o moją głowę. Chciałem tylko powiedzieć, że dziwnie to się nieraz wydarza na świecie. Pomyśleć tylko, że dawna pańska...
Norbert przerwał mu groźnym ruchem.
— Nieszczęśliwy zawołał, co śmiesz mówić!..
— Panie!...
— Wiedz o tem, że panna Sauvebourg jest tak czysta jak w dniu, w którym ujrzałem ją po raz pierwszy. Była szalona, nierozsądna — tak; ale występna — nie! Przysięgam ci przed Bogiem...
— Wierzę panu, wierzę!
Poprawdzie jednak nie wierzył ani jednemu słowu, co łatwo było poznać z jego fizjonomii i tonu mowy.
— W każdym razie, zaczął znowu, panna Sauvebourg będzie moją panią.
— Ona?... czy jesteś tego pewny?
— Przynajmniej mam wszelkie powody tak sądzić; wszak o tem tylko mówią w Mussidan.
A więc pan Puymandour był dobrze poinformowany.
— Jednak, zapytał Norbert, kiedy to wicehrabia zobaczył pannę Dianę? gdzie? jak?
— O! stało się to w sposób bardzo prosty. W Paryżu p. Oktawiusz był dość zbliżony z synem markiza Sauvebourg i odwiedzał go podczas choroby. Jak tylko rodzice tego biednego młodzieńca dowiedzieli się, że pan wicehrabia jest tu, zaprosili go, a on przyjął zaproszenie. Naturalnie że zobaczył pannę Dianę, zachwycił się, zakochał i o niej tylko marzy.
Wzruszenie Norberta było tak widocznem, iż Montlouis zatrzymał się.
— Zresztą, dodał jakby dla pocieszenia, nic jeszcze dotąd nie ma stanowczego.
Ale Norbert nie mógł dłużej znieść gadaniny dawnego towarzysza. Uścisnął mu rękę, powiedział, „do widzenia“ i odszedł szybkim krokiem, pozostawiwszy go na drodze nieruchomym i oniemiałym z podziwu.
Nigdy, nawet w najpiękniejszych chwilach miłości — jedno imię Diany nie wywarło na Norbercie takiego wrażenia. Wściekał się sam na siebie.
— Jakto, myślał, po wszystkiem co zaszło nie mogę przemódz na sobie, by zapomnieć o niej!... Wiem, że drwiła sobie ze mnie, że byłem tylko narzędziem jej szkaradnej ambicji; że z zimną krwią przygotowywała śmierć memu ojcu — i miałbym kochać ją jeszcze?...
Do tych nieznośnych udręczeń łączyła się w tej chwili jeszcze i najstraszliwsza niespokojność.
Zastanawiając się nad przyszłością, Norbert upatrywał w niej tylko nieszczęścia i przeczuwał najokropniejsze komplikacje. Wszystko zwracało się przeciw niemu.
Czuł się jakby w spiżowem kole, które coraz więcej ścieśnia się i grozi mu uduszeniem.
Widział pannę Sauvebourg poślubiającą wicehrabiego Oktawiusza Mussidan i spotykającą Montlouis w charakterze sekretarza swego męża.
Jakichże dozna ona wrażeń, gdy się znajdzie oko w oko z tym powiernikiem dawniejszych jej miłostek, który może dziesięć razy nosił jej listy od niego?
A Montlouis?... jak się on zachowa?.. Czy będzie miał dość zimnej krwi i taktu dla utrzymania się w położeniu tak delikatnem?
Co wyniknie z tego zbliżenia, które było jakby ironią Opatrzności?
Najpewniej, że kobieta nie zniesie obecności wspólnika błędów młodej dziewczyny. Wynajdzie jakiś pretekst do oddalenia go. A Montlouis, zagniewany tem że traci dobrą posadę, wygada się.
Wtedy p. Mussidan słusznie oburzony, że go tak nikczemnie oszukano, wypędzi żonę.
A co zrobi Diana, gdy się znajdzie tak bezpowrotnie zgubioną, wywołaną ze świata, na którym zamierzała panować?
Czy nie będzie mścić się na Norbercie?
Już myślał, czy śmierć nie byłaby dobrodziejstwem, gdy podchodząc do Champdoce ujrzał córkę matki Rouleau, która ukryta w krzakach czekała na niego od dwóch godzin.
— Mam do pana list, powiedziała dziewczyna.
Norbert rozpieczętował go i przeczytał.
„Mówisz, że cię nie kocham. Zapewne chcesz dowodów! A więc dobrze! uciekajmy dziś jeszcze... Będę zgubioną, ale będę twoją.
„Zastanów się, Norbercie, jeszcze czas. Jutro „będzie już zapóźno...“
I to panna Sauvebourg śmiała tak pisać!
Długo Norbert miał oczy utkwione w ten list, jakby silił się odgadnąć uczucie, które go podyktowało.
Pismo Diany, zwykle gładkie i równe, było teraz niewyraźne i pogmatwane, trzy ostatnie wyrazy prawie nieczytelne. W kilku miejscach były jakieś plamy... czy łzy?...
Ale pismo często kłamie... papier można zmoczyć kilku kroplami wody.
Pojmował jedno: że aby zdobyć się na krok tak stanowczy, aby się narazić na możebne upokorzenia, Diana musiała zadać okropny gwałt swej dumie.
— A gdyby mię kochała?... szepnął.
Wahał się przerażony tą myślą, że poświęca dla niego swój honor, rodzinę, majątek, że gdyby chciał byłaby jego, że od niego tylko zależy znaleść się przy niej nim dwie godziny upłynie, w głębi powozu, w drodze do jakiego nowego kraju. Serce biło mu gwałtownie, gdy o kilkadziesiąt kroków przed sobą ujrzał podchodzącego — swego ojca.
Po raz już drugi prosta obecność księcia Champdoce zatryumfowała nad najpotężniejszym urokiem Diany.
— Nigdy zawołał Norbert z takiem uniesieniem, że córka matki Rouleau aż odskoczyła nigdy! nigdy!
— I zmiąwszy list rzucił na drogę. Franciszka pochwyciła go, a Norbert poszedł ku ojcu.
Książę o tyle wyzdrowiał, że wstał, chodził, jadł i pił jak przedtem.
Ale dusza nie kierowała tem ciałem. Inteligencja na zawsze zgasła.
Kierując się instynktem, tą pamięcią ciała, książę robił mechanicznie to do czego był przywykł: przypatrywał się pracującym robotnikom, zwiedzał stajnie i obory, ale nie miał żadnego przeświadczenia o swych czynnościach.
Taki stan księcia postawił Norberta w położeniu bardzo trudnem, z którego nie wydobyłby się, gdyby nie pomoc p. Puymandour.
Zacny ten hrabia zawsze ruchliwy, w obecnych okolicznościach cudu dokazał. Dzięki radzie familijnej i rozmaitym decyzjom sądowym, wyjednał on Norbertowi usamowolnienie i prawo zarządzania tymczasowo majątkiem.
Wszystko to spóźniło nieco małżeństwo, ale wreszcie nadszedł i ten dzień.
Po niespokojnie przepędzonej nocy Norbert został pochwycony przez swego teścia, przedstawiony sproszonym gościom i wydany na łup ich komplementom.
O jedynastej wsiadł do powozu, zawieziono go naprzód do merostwa, potem do kościoła. O dwunastej wszystko już było skończone.
Jeden tylko wypadek z owego dnia pozostał mu na zawsze w pamięci.
Przed obiadem przedstawiono mu wicehrabiego Oktawiusza Mussidan, który skorzystał z tej sposobności, by uwiadomić go o przyszłem swem małżeństwie z panną Sauvebourg.
W pięć dni potem młodzi małżonkowie osiedlili się w Champdoce.
Znalazłszy się między kobietą której nie mógł kochać i której smutek zdawał mu się wyrzutem, a ojcem idiotą, Norbert zamyślał już o samobójstwie.
Trawiony żalem i wyrzutami sumienia, nie upatrując końca swych męczarni, wzmacniał się coraz bardziej w tej myśli, gdy pewnego poranku dano mu znać, że ojciec nie chce wstać z łóżka.
Posłano po lekarza, który znalazł, że książę jest w niebezpieczeństwie.
Nastąpił pewien rodzaj reakcji. Chory przez cały dzień wił się na łóżku. Język, zdawało się, odzyskuje władzę; z nadejściem nocy książę mógł już mówić z łatwością. Wtedy począł okropnie majaczyć. Jan i Norbert musieli oddalić wszystkich ludzi, z obawy, by nie wykrył tajemnicy swej choroby, gdyż ciągle plótł coś o ojcobójstwie, truciźnie...
Koło jedynastej jednak uspokoił się i zadrzemał. Ale wkrótce zerwał się i krzyknął:
— Do mnie!
Norbert i Jan rzucili się ku niemu i skamienieli...
Książę odzyskał dawny swój wyraz twarzy, oczy mu błyszczały, usta drgały, jak kiedy był rozgniewany.
— Przebacz!.. jęknął Norbert, padając na kolana, przebacz mi ojcze!
Książę Champdoce łagodnie wyciągnął ku niemu rękę i powiedział:
— Duma moja była szalona. Bóg mię skarał. Synu mój przebaczam ci.
Nieszczęśliwy młodzieniec łkał.
— Zrzekam się moich projektów, Norbercie, mówił dalej książę, nie chcę byś poślubiał pannę Puymandour, ponieważ nie kochasz jej.
Norbert podniósł się.
— Byłem ci posłuszny, mój ojcze, odrzekł, ona jest moją żoną.
Przy tych słowach twarz księcia Champdoce zmieniła się straszliwie, oczy w słup mu stanęły, wyciągnął ręce jakby chciał odegnać jakieś widmo i zachrypłym głosem ryknął:
— Nieszczęśliwy... zapóźno!...
Skurczył się, padł na poduszki — już nie żył.
Jeżeli to prawda, że czasami przed umierającymi spada zasłona przyszłości, to książę Champdoce zobaczył ją.