Niewolnicy paryscy/Część III/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Mężczyźni bardzo chętnie chełpią się swoją konsekwencją, stałością, wytrwałością. Jestto z ich strony czysta próżność.
Tylko u kobiet znaleźć można wytrwałość, uparta, nieugiętą, dochodzącą do szału.
Pod tym względem panna Diana Sauvebourg była po dziesięćkroć kobietą.
Piękna ta i naiwna dziewczyna, pozornie zajęta drobnostkami, którą ojciec nazywał żartem „chorągiewką“, pod tą płochą powierzchownością ukrywała żelazną wolę i prędzejby umarła, aniżeli dobrowolnie zrzekła się projektu raz ułożonego — zostania księżną Champdoce.
Jednak długie jej przechadzki po okolicy, umiejętnie obmyślane dla spotkania, które, jak sądziła, będzie stanowczem, pozostały bezowocnemi.
Chociaż pogoda nie sprzyjała, było zimno, a na ścieżkach pełno błota, Diana ciągle odbywała w miłosiernym celu wycieczki dokoła zamku Champdoce.
— Przyjdzie przecież dzień, myślała, że ujrzę tego niewidzialnego.
Dzień ten, tyle upragniony, nadszedł.
Było to w połowie listopada, we czwartek; od początku tygodnia ociepliło się nieco.
Niebo błękitniało, ostatnie liście drżały wiatrem poruszane, kawki przelatywały po drzewach z gałęzi obnażonych.
Panna Sauvebourg, sama, z małym koszykiem w ręku, szła ścieżką, wiodącą do Mussidan, pod lasem Bivrou, od którego oddzielał ją tylko rów i gęsty wysoki żywopłot.
Szła powoli, gdy w tem na szmer łamiących się gałęzi podniosła głowę.
Spojrzała — i wszystka krew zbiegła jej do serca.
Po za płotem, po drugiej stronie, poznała tego, którym myśl jej była zajęta przeszło od dwóch miesięcy — Norberta.
Przybliżał się bardzo powoli, z ostrożnością myśliwca, z utkwionemi w jeden punkt oczyma i palcem na cynglu strzelby.
Nieprzezwyciężone wzruszenie przykuło Dianę do miejsca. Czuła, że siły ją opuszczają, myśli jej mącą się. Zmierzyła otchłań oddzielającą marzenia od rzeczywistości i cała piękna fantasmagorja jej projektów rozwiała się.
Sposobność, tak gorąco pożądana, tak cierpliwie wyczekiwana, przedstawiła się nakoniec; ale przerażenie jej było tak wielkie, iż czuła, że nie potrafi z niej skorzystać. Nie była w stanie wymówić ani jednego słowa.
Co to będzie?
Norbert przejdzie koło niej, skłoni się, ona odpowie mu skinieniem głowy, potem odejdzie ot i wszystko. A potem może znowu trzeba będzie czekać miesiące na drugie spotkanie.
Wszystkie te uwagi przez myśl jej przechodziły szybko jak błyskawice.
Bohaterskie robiła wysilenie, by zebrać całą swą odwagę, gdy wtem dostrzegła wymierzoną ku sobie strzelbę Norberta.
Groziła jej podwójna lufa. Chciała krzyknąć — nie mogła....
Ostry ból, jakby od ukłócia rozpaloną igłą, uczula w ciele, nieco wyżej ponad kostka. Podniosła ręce do góry, krzyknęła i padła na ścieżkę.
Nie straciła jednak zupełnie przytomności, gdyż słyszała huk wystrzału, straszny krzyk, który odpowiedział na jej wykrzyknik, a potem szczekanie psa i wielki łomot gałęzi.
Prawie w tejże chwili uczuła na swej twarzy jakby gorący oddech, potem coś mokrego.
Otworzyła oczy. Bruno, piękny legawiec, stał nad nią i lizał jej ręce.
W tejże chwili gałęzie rozsunęły się pod potężnym naciskiem i ukazał się Norbert, blady, zmieszany, z włosami najeżonemi od przerażenia.
Widok jego miał ten cudowny skutek, iż od razu przywrócił pannie Sauvebourg przytomność umysłu i zimną krew. Pojęła dobrą stronę swego położenia, postanowiła skorzystać z niej i zamknęła oczy.
Norbert, wobec tej kobiety leżącej na ziemi, nieruchomej i bledszej od marmuru, czuł że go szał opanowuje. Poznał ją — zabił pannę Sauvebourg!...
Pierwszym jego zamiarem było uciekać, biedz ile si stanie. Ale wrodzone uczucie obowiązku powstrzymało go.
Przybliżył się, drżąc straszliwie; schylił i poznał, że nie mogła być nieżywą.
Wtedy ukląkł przed tą dziewczyną, którą często zachwycał się w kościele, ostrożnie podniósł piękną jej głowę i sparł ją na swem ramieniu. Szukał gdzie otrzymała ranę.
— Pani, powiedział głosem z trwogi zaledwie zrozumiałym, pani! ulituj się! przemów choć jedno słowo!
Ona nie odpowiadała, namyślała się, błogosławiąc wypadek.
Nakoniec zrobiła poruszenie, które Norbertowi wyrwało okrzyk radości; potem bardzo powoli podniosła swe długie rzęsy i powiodła dokoła okiem zdumionem osoby, która się przebudza.
― To ja, pani, bełkotał biedny chłopiec, ja, Norbert Champdoce; czyż pani mię nie zna? Wielki Boże! co za okropne nieszczęście! Ja to panią zraniłem. Czy przebaczysz pani mi to kiedy? Pani pewno bardzo cierpi?
Niespokojność jego była szczera, panna Diana zlitowała się nad nim i nie nadużyła jej. Ruchem pełnym nieskończonej słodyczy odsunęła rękę podtrzymującą ja i wstała.
— Uspokój się pan, rzekła, ja to powinnam pana prosić o przebaczenie, żem zemdlała z powodu takiej błahostki, bo więcej doznałam strachu aniżeli bolu.
Uśmiechała się tak cudnie, mówiąc to, iż Norbert sądził, że niebo otwiera się nad nim. Odetchnał.
— Mogę więc biedz po ratunek? zapytał.
— Do czego? Wszak to nic więcej jak draśnięcie bez znaczenia.
— Wysunęła nóżkę, od której zawróciłaby się głowa silniejsza aniżeli Norberta i dodała:
— Patrz pan, to tu.
Rzeczywiście nieco wyżej butynka dość duża plama krwi zaczerwieniła cieniutką pończoszkę.
Na ten widok znowu Norberta ogarnęło przerażenie. Zerwał się żywo.
— Biegnę do zamku, powiedział, i najdalej za godzinę...
— Zabraniam panu, przerwała młoda dziewczyna; powtarzam że to nic. Patrz pan, mogę przecież poruszać nogą we wszystkich kierunkach.
I rzeczywiście poruszała wdzięcznie i zalotnie.
— Jednak proszę pani...
— Milcz pan! zaraz zobaczymy co to jest.
To rzekłszy, wyjęła z kieszeni mały scyzoryk i rozciąwszy pończochę, odkryła to, co nazywała straszliwą swoją raną.
Prawdę powiedziawszy, była to drobnostka. Trafiona została dwoma ziarnkami śrótu. Jedno zadrasnęło skórę, a drugie uwięzło w mięsie, ale nie głęboko, tak że można było widzieć je.
— Potrzeba lekarza, rzekł Norbert.
— Do tego?... E! nie warto zachodu.
I bardzo zręcznie końcem scyzoryka wydobyła ziarnko śrótu, które potoczyło się na ziemię.
Na środku ścieszki, nieruchomy, dech zatrzymując jak dziecko budujące już trzecie piętro pałacu z kart, Norbert przypatrywał się zachwycony pięknej dziewczynie, u stóp jego siedzącej.
Nigdy nie wystawiał sobie, aby ludzka istota mogła zjednoczyć w sobie tyle wdzięków. Nie miał wyobrażenia o przyjęciu tak przyjacielskiem i zarazem wesołem. W życiu swojem nie słyszał podobnego głosu, słodkiego i dźwięcznego zarazem, idącego prosto do serca.
A przytem jakie była piękna, niezupełnie jeszcze pozbywszy się wzruszenia. Łza drżała jeszcze w jej uroczych oczach, a jednak piękne usta już się uśmiechały. Cera jej była tak przejrzystą, że dawało się, iż można było widzieć krew nieco szybciej krążącą. Włosy, na pół rozplecione przez upadek, z dziwnym wdziękiem spadały złotemi zwojami na ramiona.
Norbert, tak łatwo zatrważający się, nie czuł bynajmniej pomieszania.
Panna Sauvebourg podarła swą batystową chustkę i zrobiła z niej cztery bandaże, któremi obwinęła ranę.
— Już rzecz skończona, rzekła, złe już naprawione.
To rzekłszy, podała mu swą delikatną rączkę, by pomógł jej wstać.
Stanąwszy, próbowała iść i zrobiła kilka kroków, lekko kulejąc może naumyślnie.
— Ach! zanadto dobrze widzę, rzekł Norbert, że pani cierpisz.
— Ależ nie, zapewniam pana. Piecze mię cokolwiek w tej chwili, ale do wieczora zapomnę już o tem.
Uśmiechnęła się donośnie i szczerze, jak pensjonarka, i z przyjacielską ironią dodała:
— A choćby i tak było, panie markizie, będzie to pamiątka naszego pierwszego spotkania.
Norbert zdziwił się, że Diana nazwała go panem markizem. Do tej pory tylko Dauman tak go tytułował. Grzeczność ta była jakby balsamem na zakrwawione ciągle rany jego miłości własnej.
— Przynajmniej, pomyślał, nie pogardza mną.
Panna Sauvebourg mówiła dalej:
— Ta tragi-komiczna przygoda powinna być dla mnie nauką. Mama zawsze mi zaleca, bym chodziła wielką drogą, ale ja tego nie lubię, to mię nudzi. O ileż przenoszę tę cienistą i wąską ścieżkę, z której widać całą naszą dolinę...
To mówiąc wyciągnęła rękę, a Norbertowi zdawało się, że przy tym ruchu podnosiła się zasłona jak w teatrze i że po raz pierwszy ujrzał krajobraz, wśród którego żył dotąd.
— Prawda, że to śliczne, powiedział.
— Ja codziennie przechodzę tędy, mówiła dalej Diana, chociaż to bardzo brzydko być matce nieposłuszną. Chodzę tędy do tej biednej Besson, której dom leży tam pod górą. Biedna kobiecina! umiera na piersiową chorobę i doktor sądzi, że nie przeżyje zimy. Robię co mogę, by jej dopomódz, noszę bułki, buljon, trochę mięsa...
Wyrażała się z rozczuleniem prawdziwej zakonnicy św. Wincentego à Paulo. Kobieta znikała ustępując miejsca aniołowi. Norbertowi zdawało się, że brak jej tylko skrzydeł.
— Ale to jeszcze nie wszystko, mówiła dalej, ta biedna Besson ma troje dzieci, którym brak wszystkiego. Zkąd może ona co dostać dla ich przyodziania, gdy nie zawsze miewa dość chleba, by ich nakarmić? Ojciec tych nieszczęśliwych jest próżniak. Zarabia niewiele, a i to co zarobi trwoni w szynku, powróciwszy zaś do domu, gdy jest podpiły, bije żonę.
Właśnie to na imię tego Bessona, pijaka, którego żona była żebraczką prawie, Norbert podpisał weksel na 4000 franków.
Ale Norbert nie zwrócił uwagi na tę okoliczność.
Jedno tylko rozumiał: że Diana wkrótce opuści go, powróci do Sauvebourg i że nie zobaczy już jej więcej.
Młoda dziewczyna podniosła już koszyk, który upuściła padając.
— Przed rozstaniem się z panem, zaczęła z widocznem wahaniem, chciałabym... gdybym śmiała... prosić pana markiza o jedną grzeczność....
— Mnie?... o błagam! mów pani!
Nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc uniesienie Norberta.
— Bardzo będę panu obowiązaną, tak zaczęła, jeżeli pan nikomu nie powiesz o dzisiejszym wypadku. Gdyby wiadomość o tem doszła do moich rodziców, toby się zaniepokoili i może pozbawili tej odrobiny wolności, jaką mam teraz, a z której tyle korzystają moi ubodzy.
— Będę milczał; nikt się nie dowie o okropnym wypadku, który...
— Dziękuję panu markizowi, przerwała Diana, dziękuję.
I skłoniwszy się z wdziękiem, dodała wesoło:
— Na drugi raz, nim pan wystrzelisz, dobrze będzie gdy się zapewnisz przedtem, że nikogo nie ma na ścieżce.
Potem oddaliła się.
Ale już nie kulała; była tak szczęśliwa, że zdawała się nie dotykać ziemi stopami.
Bo dobrze zrozumiała spojrzenie Norberta, drżenie jego głosu, ruchy, zachowanie się. Czytała w jego twarzy i sercu myśli najtajniejsze i nie wątpiła, że wywarła wielkie wrażenie.
Zresztą kobiety mają jakby szósty zmysł, który im wszystko wykrywa.
— Teraz, powiedziała sobie, nie masz już wątpliwości — będę księżną Champdoce.
O! jakże błogosławiła ów strzał, który mógł ją o śmierć przyprawić...
W kilku frazesach i zachowując wszelkie pozory dziewicze niewinności, uwiadomiła Norberta o wszystkiem, co powinien był wiedzieć.
Powiedziała, że codziennie chodzi tą ścieżką. Nie znaczyło to, iż spodziewa się spotkać go tam, ale że nie zdziwi się gdyby spotkała.
Mówiła o pewnej swobodzie, jaką miała; czyż nie znaczyło to, że, gdyby co zaszło, nie będzie zmuszoną do obliczania minut rozmowy?
Pewną była, że Norbert nie był w stanie odgadnąć jej tak jak była pewną, że żadne jej słowo nie przepadnie marnie.
A zatem nie upatrywała przeszkód.
Po oddaleniu się Diany biedny chłopak uczuł, jak gdyby mu się coś rozdarło wewnątrz. Długo wiódł za nią oczyma i chociaż nie widział już, czuł się jednak jeszcze pod wpływem jej uroku.
Ale czy nie śnił?... Czy naprawdę była ona tuż przy nim przed chwilą, patrzała nań, mówiła do niego?...
Przyszło mu natchnienie, które uznał za boskie. Mógł mieć dowód rzeczywistości swych wrażeń — i jaki dowód?...
Ukląkł na ścieżce i po pilnych poszukiwaniach w trawie wynalazł owo ziarnko, którem zranił Dianę. Nawet cokolwiek krwi przywrzało na niem.
Zwolna, pogrążony w najsłodszych marzeniach, poszedł ku zamkowi.
Ku wielkiemu swemu zdumieniu, wszedłszy na dziedziniec, zastał główne drzwi otwarte, a w nich ojca, który, ujrzawszy go, zawołał:
— Jesteś nareszcie! Chodźże prędzej! przedstawię cię naszemu gościowi.