Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Dauman także czekał, wiedząc że ptasznik, który zręcznie rozstawił sieci, może założyć ręce i być pewnym, że skowronki złapią się.
Jak wszyscy eksploatujący po wsiach kolejno to chciwość, to nędzę, Dumain miał szpiegów wszędzie.
Godzina po godzinie, że tak powiemy, wiedział o wszystkiem co się dzieje w zamku Champdoce.
Powtórzono mu prawie dosłownie ostatnią rozmowę księcia z synem.
Nie bardzo się tem niepokoił, przekonany bowiem był, że zwalniając swój despotyzm, książę Champdoce przyspiesza tylko bunt syna.
Często wieczorem, gdy po obiedzie według zwyczaju wychodził z fajeczką na przechadzkę na wielki gościniec, Dauman zatrzymywał się przy lasku Bivron, zkąd widać było zamek Champdoce.
Pięścią groził staremu budynkowi i głuchym głosem powtarzał:
— Przyjdzie, przyjdzie..
Przyszedł.
Po tygodniu walki wewnętrznej, w końcu Norbert ośmielił się zapukać do drzwi nieprzyjaciela swego ojca.
Dauman z okna dostrzegł, jak wstępował on powoli z góry ze strzelbą na ramieniu, wyżeł Bruno biegł przy nim.
Stary hipokryta miał zatem czas do ułożenia swej fizjonomji i przybrania miny zupełnie różnej od tej, jaką miał przy pierwszem spotkaniu.
Z oznakami przesadnego uszanowania przyjął „pana markiza,“ ale umiał okazać się zakłopotanym; Norbert postrzegł to.
On, zwykle tak wymowny, posiadający zawsze tak wielki zapas ogólników, które wypowiadał swym klientom, teraz jakby nie mógł znaleźć wyjścia z frazesów, pełnych szacunku, i powtarzał tylko:
Jestem na usługi pana markiza, całkiem na usługi.
Norberta, który spodziewał się gorącego przyjęcia, tak jak i za pierwszym razem, zmięszała ta szczególna oziębłość, tak że przez chwilę miał zamiar odejść.
Dziecinna próżność powstrzymała go. Powiedział sobie, że jeżeli już przyszedł, to powinien zdobyć się na tyle odwagi, by przemówić.
— Chciałem się poradzić pana, tak zaczął, względem tego co pan wiesz. Nie mając sam zadnego doświadczenia, postanowiłem skorzystać z doświadczenia pańskiego.
Dauman, zdawało się, że spadł z obłoków. Wychylił w tył głowę, oczy podniósł do góry, jakby szukał natchnienia u belek.
— Cóż ja wiem, powtarzał, cóż ja wiem...
— Czyż nie miałeś mi pan, odrzekł Norbert, wskazać środka do zmiany na lepszą sytuację, która mnie trapi?
— W samej rzeczy, zdaje mi się...
— Wskazałeś mi pan dwa sposoby i napomknąłeś o trzecim, jak zapewniałeś skuteczniejszym; co to za sposób?
Zdawało się, że zakłopotanie, tak zręcznie udawane przez Daumana, jeszcze wzrosło po tem zapytaniu, zanadto dobitnem, by je można było uniknąć.
— Jakto, odpowiedział, z najprostoduszniejszym uśmiechem, na jaki mógł się zdobyć, jak to, pan markiz jeszcze pamięta?
— Ciągle o tem myślałem.
Łotr zachwycony był w duchu, ale zawsze z tym samym uśmiechem odpowiedział:
— O! panie markizie, pan wiesz, że tyle rzeczy mówi się!.. Między zamiarem a faktem jest jeszcze kawałek drogi. Ja z natury jestem tak szczery, że nie zawsze umiem powstrzymać mój przeklęty język. Ja mówiłem na wiatr.
Norbert był bardzo nieświadomym, ale zarazem energicznym. Zresztą w żyłach jego płynęła czerwona a gorąca krew Dompairów Champdoce.
Zerwał się nagle i kolbą strzelby uderzył w podłogę.
— To jest, powiedział, wziąłeś mię pan za głupca!...
— O! panie markizie...
— I sądziłeś, że ze mną można igrać bezkarnie. Zabawnem wydało się panu wyrwanie mi mojej tajemnicy. Co pan zamyślasz zrobić z niej? Rozgłaszać dla wyśmiania?... to za drogo kosztowałoby pana, panie prezydencie!...
Przerwał, zdziwiony zasmuconą miną Daumana, pożałował prawie swego uniesienia, gdy usłyszał jak ten zawołał tonem najboleśniej wzruszonym:
— Tak pan o mnie sądzisz, panie markizie? przypuszczasz pan, że jestem zdolny do takiej nikczemności!...
— Więc cóż znaczy dzisiejsze zachowanie się pana?
Zdradziecka fizjonomja Daumana wyraziła najżywszy niepokój.
Wahał się, zdawał namyślać co było właściwszem — milczeć czy mówić.
— Nakoniec wstał. Widocznie powziął już postanowienie.
— Słuchaj pan, panie markizie, powiedział stanowczo — powiem panu prawdę. Będziesz się gniewał kiedy zechcesz.
— Nie będę się gniewał. Mów, pan śmiało.
— Otóż rozważyłem....
— A!
— Tak jest. Ja, panie markizie, jestem tylko biedny człowiek, i nie wiele potrzeba by mnie zgubić. Najmniejsza moja nieostrożność może być ukarana brakiem chleba. Cóż ja robię, dopomagając panu memi radami? Wyraźnie krzyżuję projekta pańskiego ojca. Spojrzyjże pan teraz na mnie, Daumana, walczącego z potężnym i bogatym księciem Champdoce... (Ta się skłonił.) Co się stanie, jeżeli kiedykolwiek książę dowie się o mojem zuchwalstwie! Uda się prosto do prokuratora jeneralnego... (Tu znowu uchylił czapeczkę.) A jutro przyjdą żandarmi po imci pana Daumana i zaprowadzą go do więzienia.
Norbert nie dostrzegł w tem związku.
— Żandarmi?... zapytał, a to po co?
— Jak to po co? Więc pan nigdy nie czytałeś kodeksu, panie markizie? Boże! jak to rodzice są niedbali. Ja znam pewien artykuł 354., z którego można wyciągnąć co się spodoba, nawet pięć lat więzienia dla jego najniższego sługi. Oho! prawo nie żartuje, gdy chodzi o nieletniego, będącego synem milionowego księcia!... Drżę na samą myśl o tem, że ojciec pana może dowiedzieć się, iż ja panu wyjaśniłem jego prawa.
— Jakże może dowiedzieć się?
Dauman nie odpowiadał; a to znaczące milczenie wydało się Norbertowi tak ubliżającem, iż tupnąwszy nogą, powtórzył:
— Pytam się pana, jak mój ojciec może dowiedzieć się?

― Niestety, panie markizie! pan zanadto szanujesz a przede wszystkiem obawiasz się swego ojca, co zresztą jest obowiązkiem pańskim...
— To jest, pan sądzisz, że jestem tak naiwny, że mu wszystko wygadam?
— Nie, ale książę może powziąć podejrzenie i badać pana. Sam pan mówiłeś mi, że jeżeli spojrzy na pana w pewien sposób, to wymoże na nim co zechce.
Wszystko wyjaśniło się Norbertowi. Gniew jego ochłonął, i tonem gorżkim, ale prawie zimno odpowiedział:
— Mogę być „dzikim“, ale jeżeli przyrzekłem zachować tajemnicę, to żadne pogróżki ani tortury nie wyrwą mi jej. Obawiam się mego ojca, trwoga moja w jego obecności silniejszą jest nad moją wolę, ale jestem Champdocem i nikogo więcej nie boję się czy słyszysz pan?
— A!... tak!...
— Nikt i nigdy nie dowie się odemnie, żeś mi pan powiedział cokolwiek, daję panu na to moje słowo honoru.
Rysy prezydenta przybierały znowu wyraz sympatycznego współczucia, które takiem zaufaniem napełniało Norberta.
— Doprawdy, powiedział, widząc moje wahanie się, powiedziałby kto, że zamierzam podmawiać pana do czego złego, panie markizie, gdy tymczasem przeciwnie... Ale doświadczenie czyni ostrożnym. Ja miałbym dawać złe rady?! Nigdy! Czy to ja nie znam kodeksu? To mój brewiarz, to wskazówka mego postępowania, moja wiara i moje sumienie.
Wziął z biurka małą grubą książkę, zatłuszczoną w skutek częstego używania, i dumnie podnosząc ją dodał:
— Ale trzeba znać wszystko co się tam zawiera.
Panegiryk ten szczególnie zainteresował Norberta.
— A więc, zapytał, co mam robić?
Dauman mrugnął okiem i odrzekł:
— Nic, panie markizie. Nie całe trzy lata braknie panu do pełnoletności, trzeba mieć cierpliwość, czekać...
— Eh! gdybym czuł, że mam na to dość odwagi, to nie byłbym tu!
— A jednak jest to jedyny rozsądny sposób. Ojciec pana jest stary, po co go martwić? Pozwól mu pan jeszcze trzy lata pieścić się swemi rojeniami.
Silnem uderzeniem w stół Norbert przerwał mu.
— Jeżeli tylko tyle masz mi pan do powiedzenia, zawołał, to żałuję żem tu przyszedł.
— Wstał, gwizdnął na psa, jakby miał odchodzić.
Dauman nie ruszał się, pewny, że jednem słowem potrafi powstrzymać Norberta.
— Pan taki żywy, panie markizie, powiedział, iż nie dajesz mi skończyć.
— Więc kończ pan, rzekł młody człowiek nie siadając.
Ale Dauman, pomimo to, nie mówił ani prędzej, ani wolniej.
— Zauważ pan, panie markizie, tak zaczął, iż jeżeli wzywam pana abyś oszczędzał ojca, to z drugiej strony nie namawiam, byś znosił wszystkie jego fantazje. Czegoż ja chce? Widzieć was obu szczęśliwymi. Jestem w tej chwili jako poczciwy sędzia, usiłujący pogodzić dwóch przeciwników. Porozumienie może nastąpić w sytuacjach najtrudniejszych. Czyż nie mógłbyś pan, zachowując pozory najpowolniejszego syna, w rzeczywistości postępować według swego upodobania? Nigdy nie należy otwarcie sprzeciwiać się rodzicom. Iluż te młodych ludzi znajduje się w tem co i pan położeniu! Przed papą i mamą choć do komunii ich posyłaj, a poza plecami to istne djabełki. Gdzie nie ma siły, tam trzeba sprytem nadrabiać.
Z miny swego „klienta“ Dauman mógł sądzić o wrażeniu. Było ono wielkie.
— Czy teraz nie masz pan już pewnej swobody, panie markizie? mówił dalej Dauman. To rzecz główna. Czy ojciec pana może wiedzieć jak jej używasz? Czy na to by polować, czy też na co innego?
— Na co?
Dauman wybuchnął głośnym śmiechem.
— Ba!... czy ja wiem na co? To zależy od gustu. Ja mogę mówić tylko o tem, co robiłbym sam, gdybym był na jego miejscu...
— Mów pan!
— Otóż pozostawałbym w zamku równo tyle tylko, ile potrzeba, by się papa nie niepokoił. Resztę czasu spędzałbym w Poitiers. Wynająłbym tam mały apartamencik i żyłbym sobie jak młody człowiek, będący panem siebie. W Champdoce chodziłbym w kurtce i sabotach, ale w Poitiers miałbym śliczne ciżemki i suknie od najlepszego krawca. Potem wdałbym się w towarzystwo studentów, wesołych chłopców, przepędzających noce przy ponczu, bilardzie i śpiewkach. To się nazywa życiem. Miałbym przyjaciół, kochanki; chodziłbym na widowiska, na bale, do kawiarni. Praktykowałem ja to gdym odbywał studja!...
Tu przerwał sobie i nagle zapytał:
— W liczbie koni, które ojciec pana markiza hoduje, są pewno dobre bieguny...
— Rozumie się!
— A więc, cóż łatwiejszego jak wydresować jednego z nich dla swego użytku? Przypuszczam, że przyszła panu ochota jechać do Poitiers — cóż pan wtedy robisz? Wieczorem, gdy wszyscy myślą że już śpisz, pan wysuwasz się po cichu ze strzelbą i tym pięknym wyżłem co tu leży, siodłasz konia i marsz! we dwa tempa galopu jesteś pan w Poitiers. Konia zostawiasz w oberży, ubierasz się jak panicz, bo rzeczywiście jesteś nim — i ruszasz do przyjaciół. Jeżeli podoba się panu pozostać dłużej, to w zamku będą mówili, nie widząc ani psa, ani strzelby: „Poszedł na polowanie“, I sza!...
Norbert miał charakter prawy i silny. Myśl o takiem istnieniu, polegającem na ciągłem oszukaństwie, kłamstwach i podstępach, szczególnie była mu wstrętną.
Z drugiej strony ten obraz łatwych przyjemności, jaki mu przedstawiał Dauman, tak dobrze się zgadzał z jego rojeniami, że aż zbladł, tak mocnego doznał wzruszenia, i ogień najgorętszych żądz zabłysł mu w oczach.
— Tak, tak, powiedział, właśnie o tem myślałem.
— Więc cóż panu przeszkadza?
Biedny chłopak nie mógł powstrzymać głębokiego westchnienia i szepnął bardzo cicho:
— Na to trzeba pieniędzy, wiele pieniędzy, a ja ich nie mam. Gdybym prosił o nie ojca, to odmówiłby mi; zresztą nigdybym nie śmiał...
— Jakto, panie markizie? pan, który będziesz tak bogaty za trzy lata, pan nie masz przyjaciela, któryby mógł mu przyjść w pomoc?
— Nie mam nikogo!
I przytłoczony uczuciem własnej bezsilności, Norbert ciężko upadł na krzesło.
Dauman, zmarszczywszy brwi, zdawał się rozmyślać. W jego duszy odbywała się gwałtowna walka między dwiema całkiem sprzecznemi ideami.
— Otóż nie, panie markizie! zawołał wreszcie, nie będzie powiedziano, że byłem nieużyty widząc pana w nieszczęściu, i że nie starałem się być mu pomocnym. Źle to jest wprawdzie wkładać palce między drzwi — ale mniejsza o to — ryzykuję. Pożyczy się panu ile będzie trzeba.
— Pan mi pożyczysz, panie prezydencie?
— Na nieszczęście, nie ja! Ja jestem biedny człeczyna, nie mam nic odłożonego, zaledwie z największą trudnością zchodzi mi się koniec z końcem; ale mam zaufanie u wielu okolicznych zamożnych dzierżawców, którzy mi oddają swoje oszczędności dla lokacji. Któż mi przeszkodzi rozrządzić niemi na korzyść pana?
Norbert zaledwie oddychał, tak niepewność i nadzieja ściskały mu serce.
— O! gdyby to dało się zrobić, zawołał.
— Da się, panie markizie. Tylko będzie to drogo kosztować. Zażądają od pana i słusznie procentów, stosownie do ryzyki i strat, które mogą być znaczne.
— Mniejsza o to.
— Bo widzisz pan, kodeks nie uznaje tranzakcji tego rodzaju; a ja, wdając się w to, rozmijam się z zasadami całego mego życia. Powiedzą że to lichwa. Być może. Ja odpowiem że zysk, jeżeli jest niepewny, powinien być wielki. Obowiązkiem moim jest uprzedzić pana; — teraz niech się pan zastanowi. Wyraźnie oświadczam, że na jego miejscu nie zgodziłbym się na tę pożyczkę, czekałbym lepszej sposobności.
— Nie chcę czekać.
Dauman ruszył ramionami.
— Jak się panu podoba, odpowiedział. Pojmuję że pan nie wiele dbasz o to. Doszedłszy do pełnoletności będziesz pan tak bogaty, że zapłacenie kilku tysięcy franków nie zrobi mu różnicy.
I zaraz, dla zaspokojenia swego sumienia, jak mówił, chociaż Norbert nie słuchał go, począł mu wyliczać warunki pożyczki, z umysłu kładąc nacisk na najbardziej uciążliwe, twierdząc że obcym był tym śmiesznym pretensjom, że spełnia tylko zlecenia swych mocodawców.
— Rozumiesz pan? powtarzał za każdym frazesem, rozumiesz pan?
Norbert rozumiał tak doskonale, że z największą radością w zamian za dwa tysiące franków podpisał dwa weksle, na cztery tysiące każdy — a podpisałby dziesięć — na rzecz niejakich panów Besson i Lantaine, dwóch rolników z okolicy, podupadłych i pozostających całkiem na lasce Daumana, ich wierzyciela.
Przytem zobowiązał się honorem, że w żadnym razie nie wyzna, że prezydent wmięszany był w ten interes.
— Przede wszystkiem, panie markizie, ostrożność, ostrożność jak największa!... Nie mów pan ani żywej duszy o naszych stosunkach, a przychodząc do mnie ukrywaj się.
Była to ostatnia rada Daumana, po której „klient“ jego oddalił się.
Pozostawszy sam w gabinecie, prezydent począł odczytywać weksle Norberta, czy były w porządku, czy nie zawierało się w nich nic takiego, coby mogło je unieważnić.
Nie. Znał prawo, o niczem nie zapomniał, przewidział wszystko.
Naturalnie że Dauman miał nadzieję, że operacja nie zakończy się na tej niewielkiej pożyczce. Liczył na to, że Norbert prędko roztrwoni te dwa tysiące, sumę ogromną gdy idzie o jej zarobienie, a nic nie znaczącą gdy się ją rzuca przez wszystkie okna swej fantazji.
Namiętność ma sposoby i wybiegi niespodziewane. Niezmierna obawa, jaką Norberta napełniał ojciec, stała mu za dziesięć lat dyplomacji.
Czasami niedowierzał sobie i zapytywał sam siebie, czy naprawdę jemu, tak nieszczęśliwemu dotąd, zabłysło tak nadzwyczajne szczęście — i dla zapewnienia się, że nie był igrzyskiem snu, przebierał w kieszeni bankowe bilety.
Noc wydała mu się wieczną. Pożerany istną gorączką niecierpliwości, wił się na łóżku, gwałtownie pragnąc usnąć, aby stracić pamięć o zbyt powolnych godzinach.
Równo ze dniem był już na drodze do Poitiers, ze strzelbą na ramieniu, szybko krocząc i gwiżdżąc na psa, który przystawał na każdem polu.
Plan miał ułożony.
— Przyjdę, mówił sobie, wynajmę mały piękny apartamencik; pójdę do krawca, poznajomię się ze wszystkimi studentami i t. d. i t. d.
Na nieszczęście między życzenie a spełnienie wsunie się zawsze jakaś przeszkoda.
Przybywszy do Poitiers, gdzie był dotąd wszystkiego jeden raz, Norbert uczuł się zagubionym jak ptak wychowany w klatce, który wyleciał z niej, a nie umie posłużyć się swemi skrzydłami.
Szedł oszołomiony ulicami, spoglądając na domy, przypatrując się sklepom, śmiertelnie zakłopotany tem, jak sobie poradzi.
Zrozpaczony, zamierzył już powrócić do Champdoce, o tyle smutny, o ile z rana był wesoły.
Ale znalazł się Dauman.
Naśmiawszy się należycie z Norberta, poznajomił go z jednym ze swych przyjaciół, który za dobre komisowe podjął się być kierownikiem młodego „dzikiego“, wynajął mu mały apartament umeblowany, a potem zaprowadził do krawca, gdzie zamówił mu za 500 franków ubrania.
Wtedy sądził Norbert, że życzenia jego spełniły się w zupełności. Zachowując przez długie lata wstrzemięźliwość, znalazł się przy dobrym stole — i nic jeść nie mógł.
Stało się z nim to, co się zwykle zdarza z tymi, którzy żyli marzeniem.
W porównaniu z kłamliwą wyobraźnią, rzeczywistość wydała mu się zimną, wstrętną, odpychającą.
Zresztą trwożliwość, dzikość, poczucie własnej nieświadomości życia, paraliżowały go i nie dozwalały nasycić się żadną z tych przyjemności, jakie sobie przyrzekał. Potrzeba mu było przyjaciela — zkąd go wziąć?
Pewnego wieczora ośmielił się wejść do Kawiarni Kastylskiej. Chociaż był to czas wakacyj, znalazło się tam kilku studentów. Hałaśliwa ich wesołość strwożyła go i uciekł.
Żył więc sam w Poitiers, jak w Champdoce, nawet smutniej.
Godziny wycieczek przepędzał samotnie w swym apartamencie, w towarzystwie psa, który pewno wolałby biegać po polach. Lub też zdjąwszy kurtkę, przywdziewał piękne swe suknie i wychodził na przechadzkę.
Ogółem tylko pięć przyjemnych wieczorów spędził w teatrze.
A ileż to ryzyki kosztowała taka skąpa przyjemność, ile potrzeba było zachować ostrożności, ile nakłamać!
A potem ileż trwogi! Czyż ojciec nie mógł otworzyć oczu?
Książę rzeczywiście dostrzegł te wydalania i nieobecność syna, ale o sto mil od prawdy, przypisywał je rozmaitym innym przyczynom, przeciw którym niewiele miał do zarzucenia.
Jednak pewnego poranku począł wyśmiewać się z niezręczności myśliwskiej Norberta. Od czasu jak miał strzelbę, nie przyniósł on ani trzech sztuk zwierzyny.
— Przynajmniej dziś, powiedział mu, staraj się powrócić z pełną torbą, bo jutro będziemy mieli na obiedzie jednego znajomego.
— Znajomego?...
— Tak jest, odpowiedział książę Champdoce, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, będzie tu pan Puymaadour. Nawet na jego przyjęcie kazałem otworzyć i uporządkować sale jadalną na drugiem piętrze; tam będziemy jeść obiad.
Norbert oddalił się znowu zaintrygowany.
Ten obiad i te przygotowania były to wypadki nadzwyczajne. Ale wybór współbiesiadnika by! jeszcze dziwniejszy.
— Mniejsza zresztą o to! powiedział sobie, pójdę, może co upoluję.
Ale nie zawsze wystarcza chęć. Norbert był bardzo niedoświadczony.
Napróżno zrobił około sześciu mil rano i zmarnował mnóstwo prochu.
Jednak koło drugiej godziny, podchodząc do krzaków pod Bivron, zdało mu się, że o dwadzieścia kroków pod płotem dostrzegł jakiegoś nieostrożnego królika, zajętego skubaniem lucerny. Doskonała sposobność!
Z nadzwyczajnemi ostrożnościami podsunął się, zmierzył i wystrzelił.
Gdy huk strzału ucich, krzyk bolu czy przerażenia — krzyk straszliwy — odpowiedział na naszczekiwanie psa, który rzucił się w krzaki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.