Niewolnicy paryscy/Część III/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Ten Dauman nie był rodem z okolicy, nawet nie bardzo wiedziano zkąd się wziął, ani też jaką była jego przeszłość.
Mówił, że dawniej był komornikiem sądowym w Barbezieux, co zresztą mogło być, nikt tego nie sprawdzał.
Był to niewielki człowieczek, przeszło pięćdziesiątletni, z twarzą przypominającą kunę. Przedewszystkiem zwracał uwagę jego nos spiczasty, oczy ruchliwe i wąskie a płaskie usta. Sam jego widok wzbudzał nieufność.
Już mijało piętnaście lat, jak przybył do Bivron, jak to mówią, w jednym bucie i chodaku; ale miał szatańską chęć zrobienia majątku i gotów był na wszystko.
Dobrze mu się powiodło miał pola i winnice, a nawet dom w Croix du Patre, gdzie gininna droga z Bivron łączy się z wielkim gościńcem. Przypuszczano że i oszczędności ma dość spore.
Profesją jego przedewszystkiem było to, że nie miał żadnej, że mieszał się do wszystkiego, że wszędzie wściubiał się.
Nie obyła się bez niego żadna sprzedaż ani licytacja. Przede wszystkiem zajmował się pośredniczeniem. Kupował zboże na pniu i wysławiał siebie za biegłego mierniczego. Potrzebujący pieniędzy, lub zboża na zasiew, zgłaszali się do niego, i jeżeli przedstawiał pewne rękojmie, to chętnie im służył na pięćdziesiąt od sta.
Był wreszcie przysięgłym doradzcą wszystkich ludzi wątpliwej moralności i podżegaczem wszystkich hultajów na pięć mil w około.
Uchodził za nadzwyczaj zręcznego, za mogą cego wyratować każdego z największego kłopotu. „W prawie był kuty“, jak mówiono. Faktem jest, że nie mógł mówić przez jedną minutę bez tego, by nie przytoczyć jakiego artykułu kodeksu.
Marzeniem jego, jak utrzymywał, było polepszenie bytu wieśniaków. Dla tego też, wymagając od nich lichwiarskich procentów, podburzał zarazem przeciw szlachcie, mieszczanom i księżom.
Łatwość wymowy, wiadomości prawnicze i długi czarny surdut, który zwykle nosił, zjednały mu nazwę „prawnika“ albo „prezydenta“.
Był okrutnie zawzięty na ks. Champdoce dla tego, że książę otwarcie oświadczył się przeciw niemu po pewnej awanturze, która wytoczyła się aż do sądu karnego, i z której wydostał się tylko podstawiwszy kilku świadków.
Poprzysiągł wtedy że się zemści, i od pięciu lat wyczekiwał na sposobność do tego.
Takim był pod względem moralnym i fizycznym człowiek, którego Norbert na drugi dzień po rozmowie ze swym ojcem spotkał w Bivron.
Spełniając dany sobie rozkaz, przy wiózł on sam zboże i sam je zniósł do spichrza.
Właśnie wkladał na siebie kaftan i gotował się wracać z końmi do zamku, gdy Dauman podszedł ku niemu, skłonił się do ziemi i prosił, by mu dał miejsce na swoim wozie.
— Spodziewam się, powiedział, że pan markiz przebaczy mi moją niedyskrecję, mam niegodziwy reumatyzm, utrudniający mi chodzenie, starzeję, nie mam już szczęśliwego wieku pana markiza.
Dauman umiał każdego tytułować odpowiednio. Wyczytał on gdzieś, że starszy syn książęcy nosi tytuł markiza.
Norbert po raz pierwszy słyszał że go tak nazwano. O kilka dni wcześniej zdrowy rozsądek nakazałby mu mieć się na ostrożności wobec takiego pochlebstwa i ruszyłby tylko ramionami, ale teraz zgłodniała próżność jego szukała pożywienia.
— Bardzo proszę, prezydencie, odpowiedział, czekam tylko by mi zniesiono jeden próżny worek, o którym zapomniano podczas ostatniej dostawy.
Dauman znowu skłonił się z uśmiechem.
A sypiąc podziękowania, spoglądał z podełba na Norberta i myślał w duchu:
— Czyż byłaby to sposobność, tak gorąco wyczekiwana, dla uczynienia zadość nienawiści? Przeczuwał to.
Dawno już powiedział sobie, iż spadkobierca starego magnata mógłby w jego ręku być straszliwem narzędziem zemsty, że dobrze by to było zadać ojcu cios przez syna.
Jeden z robotników przyniósł worek. Mistrz Dauman wlazł na wóz i usiadł na słomie. Norbert lekko skoczył na drabki i konie ruszyły.
„Prezydent“ zachowywał milczenie. Szukał właśnie dla rozpoczęcia rozmowy jakiegoż frazesu ogólnikowego, któryby nie wzbudził podejrzenia młodego Champdoce.
— Musiałeś pan wstać dziś bardzo rano, panie markizie, zaczął wreszcie, gdyż tak wcześnie skończył już robotę.
Młody człowiek nie odpowiadał.
— Księciu panu, ojcu pańskiemu, mówił dalej Dauman, bardzo na rękę, że ma takiego syna. O! nie jeden mieszkaniec Bivronu chciałby być tak szczęśliwym! Znam wielu, mówiących do swoich synów: „Bierzcie przykład z pana markiza. Patrzcie! czy nudzi go praca? czy się obawia, że mu ręce zgrubieją? A jednak to pan, ma wielkie dochody i od niego tylko zależy, by żył z założonemi rękami.“
Silne wstrząsnienie wozu przerwało mowę „prawnikowi“, ale po chwili znowu zaczął:
— Nie ma co mówić, żaden z nich pana nie wart. Tylko com się przypatrywał jak pan wnosiłeś worki ze zbożem, zdawało się że nie ważą więcej jak piórko... I powiedziałem sobie: „Cóż to za barki! co za ręce!..“
W innym razie Norbertowi pochlebiało to wychwalanie jego siły, z którą lubił popisywać się. Teraz nie spodobało mu się to i obraziło jak zniewaga.
Silne a nie potrzebne uderzenie biczem konia wyraziło gniew jego.
Prawdę to mówią, panie markizie, ciągnął dalej Dauman, że za dobrem życiem idzie dobre zdrowie i pełny worek. To właśnie odpowiadam tym, którzy żartują sobie z pana, żeś skromny jak panienka. Lepiej to, aniżeli naśladowanie mnóstwo urwisów, których znam, amatorów bilardu, hulanek i tam dalej, którzy grają, mają kochanki, bawią się jednem słowem używają!...
— Cała ta gadanina do rozpaczy przyprowadzała Norberta.
— Eh!... i ja robiłbym tak jak oni, gdybym mógł, zawołał.
— Co, co?... zapytał prezydent.
— Mówię, że żyje się jak można, ale nie jak chce się, i że gdybym był wolny, gdybym był panem siebie, gdybym miał pieniądze...
Nie dokończył, ale dość już powiedział, by oświecić Daumana.
Radość zabłysła mu w przyćmionych oczach.
— Wiem teraz gdzie siodło dolega, powiedział sobie. Daleko mogę zaciągnąć tego pięknego chłopca, a księcia Champdoce doprowadzić do tego, że będzie przeklinał i opłakiwał chwilę, w której wmięszał się do mego prywatnego życia. Ale uważmy, byśmy się nie splątali.
I półgłosom a tonem udanego współubolewania mruknął:
— Ach! bywają rodzice zanadto surowi.
Nagły ruch Norberta przekonał go, że się nie mylił, więc z większą już pewnością mówił dalej:
— Tak to, tak na świecie. Djabeł gdy starzeje staje się pustelnikiem. Czoło łysieje, krew oziębia się w żyłach i człowiek nie pamięta już, te tam kiedyś miał tyle włosów i ognia, — choć sprzedawać. Zapomniał o tem, że trzeba by młodość swoje wzięła, że młodym dla samego zdrowia potrzebna zabawa, roztargnienie, wyszumienie się. Ojciec pana w dwudziestym piątym roku nie był takim jak dziś.
— Mój ojciec?
— A on. Ktoby to przypuszczał... co? Ale spytaj się pan jego przyjaciół — opowiedzą oni ciekawe rzeczy.
Wóz dojechał do wielkiego gościńca.
— Otóż i przyjechaliśmy, panie markizie, rzekł Dauman, niewiem jak panu odwdzięczyć!... O! gdybyś mi pan pozwolił ofiarować sobie kieliszek prawdziwego koniaku, cóż to za honor byłby dla mnie!
Norbert wahał się chwilę. Tajemniczy głos mówił mu że źle robi, że powinien odmówić ale go nie usłuchał. Zatrzymał konie i poszedł za prezydentem.
Dom Daumana znamionował dobrobyt.
Posługiwała mu stara kobieta, tak jak on przybłęda. Rola jej nie była dokładnie określona; reputację zaś, pomimo bogobojnej powierzchowności, miała szkaradną.
Gabinet Daumana — gdyż mówił on „mój gabinet“, ni mniej ni więcej jak adwokat lub notarjusz — był poniekąd podobny do właściciela.
Z jednej strony widać było biuro zawalone papierami, z drugiej pod ścianą stały worki ze zbożem i jarzynami.
Były tam półki z książkami prawniczemi, a od belek zwieszały się paczki z nasionami.
Z oznakami służalczego uszanowania prezydent przyjął syna księcia Champdoce.
Usadowił go we własnym fotelu wybitym skórą, i zamieniwszy kapelusz na grecką czapeczkę, sam osobiście poszedł do piwnicy wyszukać co ma najlepszego.
— Spróbujno pan tego, panie markizie, powiedział, napełniwszy dwa kieliszki, wódkę tę mam od jednego właściciela z Archiac; dał mi on ją jeszcze kiedy zajmowałem się interesami, odwdzięczając za jedną wielką usługę, którą mu wyświadczyłem. O! bo ja, nie chwaląc się, wyświadczyłem nie jedną usługę, gdym był komornikiem sądowym — a nawet i potem.
Trzymał w ręku kieliszek i maczając w nim usta klaskał językiem i powtarzał:
— Debra, co? jaki bukiet! Teraz takiej kupić nie można.
Tyle uprzejmości i względów nie poszło na darmo.
Nie upłynęło pół godziny, a już Dauman wyspowiadał Norberta.
Nieszczęśliwy chłopak mógł być wytłumaczonym do pewnego stopnia.
Przebywał on tę porę, w której zwierzenie się komukolwiek jest potrzebą, niezmierną ulgą. A przytem nie wiedzieć jakim właściwie człowiekiem był Dauman.
Opowiedział mu więc wszystko bez ogródki.
A podczas gdy się tak wynurzał ze swemi najtajniejszemi myślami, słuchacz jego radował się w duchu; ale powierzchownie zachowywał poważny smutek lekarza, który zastanawia się nad niebezpieczną chorobą.
— Wszystko to jest okropne, powtarzał, okrutne. Biedny młody człowiek! Gdyby nie uszanowanie, jakie mam dla księcia Champdoce — to mówiąc podniósł rękę do greckiej czapki — powiedziałbym, że nie władza on wszystkiemi swemi zdolnościami umysłowemi...
Czyż dziecię, takie jak Norbert, mogło nie zaufać tak wyraźnym dowodom wspólubolewania?
— Oto w jakiem jestem położeniu, mówił on ze łzami wściekłości w oczach. Droga moja jest wytknięta, nic w niej nie zmienię. Muszę zrezygnować się, chybabym...
Zatrzymał się na chwilę, a potem głosem głuchym i zacisnąwszy zęby, dodał — Chybabym skończył raz z życiem! Czyż nie lepiej gnić w ziemi, aniżeli tak wegetować? Czyż nie lepiej....
Znowu urwał, głęboko zdziwiony dobrotliwym uśmiechem, który zaigrał na mezkich ustach Daumana i wykazał czarne jego zęby.
— A zawołał, pan myślisz że to jest dziecięca gadanina?
— Boże uchowaj! panie markizie. Za wiele pan ucierpiałeś, by nie myśleć o rozpaczliwych środkach. Tylko nie należy tak mówić, mając lat ośmnaście i najpiękniejszą przyszłość przed sobą.
— Przyszłość! przerwał Norbert, uniósłszy się przy tem jednem słowie, przyszłość! gdy moje cierpienia trwać mogą lat dziesięć, dwadzieścia!...
— Pan markiz przesadza.
— W czem? mój ojciec nie jest stary...
— Tak; ale pan nie będziesz mieszkać przy nim, ot i wszystko. Czyż nie będziesz pan pełnoletnim za trzy lata? Czyż nie będziesz mieć wtedy prawa reklamowania spadku po matce?
Ze zdumionej miny Norberta prezydent przekonał się, że był on bardziej „niewinnym“ aniżeli przypuszczał, i że uwiadomił go o rzeczy, o której dotąd nie miał pojęcia.
Załował że się tak pospieszył, ale za daleko już zaszedł, by się zatrzymywać.
— Mężczyzna doszedłszy do pełnoletności, panie markizie, powiedział, może rozrządzać swoją osobą i majątkiem. Tak mówi prawo. Owóż dostanie się panu po świętej pamięci matce jego — tu uchylił czapki — dosyć majątku, by prowadzić swobodne życie.
Norbert, zdawało się, że źle słyszał.
— Nigdy nie ośmielę się, mruknął, reklamować cokolwiek od mojego ojca.
— To się rozumie. Książę pan, gdy się rozgniewa, sam o sobie zapomina. Ale takie rzeczy nie robią się osobiście. Daje się pełnomocnictwo notarjuszowi, który podejmuje się zrobić potrzebne kroki, i jeżeli się zdarzy, dostać nawet po grzbiecie widłowatym kijem. Kije liczą się osobno; przewidział to kodeks w księdze III. artykule 222. — od miesiąca do dwóch lat. A zatem pan musisz być cierpliwym co najwięcej trzy lata.
— Za nic niechcę czekać aż do tego czasu, odpowiedział Norbert, i głową nałożę, jeżeli nie znajdę jakiego środka do wyzwolenia się z tej tyranji.
— Na szczęście są środki...
— Tak sądzisz, prezydencie?
— Jestem tego pewny, panie markizie, i pozwolę sobie wskazać je panu. O! czemuż pan nie jesteś pełnoletni! byłaby to rzecz tak prosta. Poszedłbyś do adwokata, onby ułożył reklamację...
— O!
— Za pozwoleniem pana markiza, to się robi codziennie. Zdarza się często, że ojciec nie może zdecydować się, aby dzieci jego skorzystali z tego co ma... Ba! w takim razie trzeba go zniewolić legalnie. To rzecz bardzo zwyczajna w wielkich rodzinach.
Popił wódki i mówił dalej:
— Ale tu trzeba pomyśleć o innym sposobie. Nie jesteśmy pełnoletni.
Dauman zwykle tak gorąco zajmował się sprawami swoich klientów, że łącząc ich osobistość ze swoją, mówił „My“.
— Mamy ośmnaście lat i chcemy wyzwolić się od ojca, którego szaleństwo nas gnębi. Najprzód możemy zaciągnąć się do wojska na prostego żołnierza.
— To zawsze środek.
— Nędzny, panie markizie, wierz mi pan. Powtóre możemy wystąpić ze skargą do pana prokuratora tu podniósł grecką czapeczkę.
— Ze skargą!
— Rozumie się. Czy myślisz pan, że prawodawca nie przewidział wypadku nadużycia władzy ojcowskiej? Mylisz się pan.
Po chwili obmyślanego milczenia Dauman mówił dalej:
— Moglibyśmy w skardze, którąbym ja ułożył a pan przepisał, przedstawić sędziemu, że nie jesteśmy wychowani według naszego stanu, że pozbawiono nas dobrodziejstwa wykształcenia, że posługują się nami jak parobkiem. Czy ojciec nie uderzył kiedy pana?
— Nigdy!
— Mniejsza o to, ale my i to napiszemy. O! z kombinacjami naszemi będą mieli nie mało kłopotu obżałowani. „Jakowe fakta — powiemy — poświadczy cała okolica, gdyż chociaż ojciec nasz posiada na dwa przeszło miljony własności ziemskiej, jesteśmy w ogóle przedmiotem ogólnego politowania do takiego stopnia, że w gminie Bivron nazywają nas nie inaczej jak małym dzikim „Champdoce“...
Na te słowa Norbert zerwał się jak młody koń, ostro biczem zacięty.
— Kto śmie tak mię nazwać! krzyknął, kto?.. wymień mi go pan!
Prezydenta nie zdziwił ten wybuch, umyślnie podżegany.
— Nieprzyjaciele pańscy, albo przynajmniej nieprzyjaciele pańskiego ojca, a ma ich on nie mało. Nie tylko panu cięży jego despotyzm.
— Jednak, ja...
— O! pan, panie markizie, masz tylko przyjaciół, i nawet więcej jak sądzisz, zwłaszcza między kobietami. Ot nie dalej jak przeszłego czwartku mówiono o panu w obecności panny Diany de Sauvebourg, która usłyszawszy pańskie nazwisko poczerwieniała jak grzebień mojego koguta. Pan markiz zna pannę Dianę?
Młody człowiek, czując że czerwienieje, pochylił głowę i milczał.
— Sufficit! rzekł Dauman, przyjdzie czas, w którym będziemy wolni i zabawimy się. Wracając tedy do owej skargi...
Ale Norbert, którego wzrok padł na stary zegar, zdobiący gabinet prezydenta, wstał nagle.
— Dwunasta godzina! zawołał, u nas siadają do stołu. Co powie mój ojciec!...
— Jak to więc pan go się tak boisz?
Ale Norbert nie słyszał tych drwiących wyrazów, powrócił do woza i wyjechał szybkim kłusem.
Z progu swego domu prezydent przeprowadzał go wzrokiem.
— Spiesz, spiesz, mój chłopcze. Nie powiedziałeś mi do widzenia, ale powrócisz. Mam ja na ciebie jeszcze inny sposób i tego się chwycisz, bo ja tak chcę. Jedź! rzuciłem ci w mózgownicę ziarno, które zejdzie i owoc wyda. A, mości książę! za grzeszek miłośny wysyłasz ludzi na galery!.. Zobaczymy dokąd ja wyszle twego spadkobiercę.
Dauman nie kłamał, gdy dla podniecenia gniewu Norberta mówił:
— Nie nazywają pana inaczej jak „dzikim z Champdoce.“
Tylko do przezwiska tego nie przywiązywano nic krzywdzącego. Uczucia bowiem sąsiadów względem księcia Champdoce w ciągu dwudziestu lat uległy szczególnym zmianom.
Wszyscy jego dalecy przyjaciele i sąsiedzi poczęli zastanawiać się, widząc że bezustannie dodaje do swych posiadłości to winnicę, to łąkę, że rozszerza się, zdobywa terytorjum jak morze, ciągle w jedną stronę uderzające.
Od owego czasu punkt zapatrywania zmienił się.
Śmieszność księcia Champdoce podnoszono jako ekscentryczność, skąpiec stał się oryginałem, surowość uznano za męzką energję, chciwość zysku za rozsądek i dobre pojmowanie administracji.
Pyszniono się nim. Promienie miljonów nadawały jego samodziałowej kurtce świetniejszy połysk, niżeli atlas lub aksamit.
Więcej aniżeli mężczyźni zajmowały się Norbertem kobiety.
Matki, mające córki na wydaniu, marzyły o „dzikim z Champdoce.“ Bo cóżto za związek!
Na nieszczęście ojciec pilnował go bardzo ściśle. Jak tu dostać się aż do niego, albo też przywabić do siebie?
To dzieło uwiedzenia, którego żadna matka nie ośmieliła się spróbować, postanowiła spełnić młoda dziewczyna.
Śmiałą tą istotą była panna Diana Sauvebourg.
Ale też miała szanse.
W ośmnastym roku (bo tyle lat miała), panna Diana uchodziła za najpiękniejszą w całem Poitoux.
Była dość słusznego wzrostu i bardzo jasnowłosa. Biała jej i gładka cera miała połysk niezrównany; włosy były tak obfite, że aż jej kłopot sprawiały; niepodobna było oprzeć się urokowi jej uśmiechu.
Jedna wszakże rzecz w niej zaniepokoiłaby spostrzegacza.
Oczy jej, gdy zagłębiała się w tajnych swych myślach, błyszczały ponurym ogniem i zdradzały ambicję i energję, które stanowiły podstawę jej charakteru.
Wychowaną była w klasztorze w Niort i rodzice jej życzyli sobie by została mniszką.
Następnie zabrali ją do siebie, naprzód w skutek wielokrotnych jej prośb, potem także na żądanie przełożonej, bardzo zaniepokojonej pensjonarka, która ciągle odgrażała się, że ucieknie przelazłszy przez mur klasztorny.
Ojciec jej był bardzo bogaty; ale miała brata starszego od siebie o dziesięć lat, a stary pan bez ceremonji oświadczył, że cały swój majątek pozostawi dziedzicowi swego imienia.
Co do córki, ojcowska hojność jego dochodziła tak daleko, iż przyrzekł, w razie gdyby kiedy za mąż poszła, dać jej czterdzieści tysięcy franków w gotówce i ani szeląga więcej.
— A zatem, moje biedne dziecię, powiedział jej gdy powróciła do domu, musisz polować na męża swoją własną bronią, to jest twojemi pięknemi oczyma. Sądzę wszakże, iż pomimo całego twego sprytu narażasz się na powrót za klauzurę.
Wykołysana w myśli, że będzie wydziedziczoną na korzyść swego brata, panna Sauvebourg oswoiła się z tem.
— Pozwól mi ojcze spróbować, odpowiedziała. Jeżeli nie uda się — no! to będzie jeszcze czas uwięzienia mię.
— Jak chcesz, moje dziecię, spróbuj, spróbuj, zobaczemy.
Pan Sauvebourg ganił przedtem bardzo energicznie postępowanie księcia Champdoce, który według jego zdania poświęcał swego syna.
Poświęcenie córki znajdował zupełnie naturalnem.
A uparta dziewczyna powtarzała:
— Uda mi się, jestem tego pewna.
W takiem usposobieniu była panna Diana, gdy po raz pierwszy usłyszała o „dzikim Champdoce.“
— Dlaczegożby ten nie był moim mężem? powiedziała sobie.
I zaraz na drugi dzień, z cudowną zręcznością, jaką kobiety rozwijają w podobnych razach, poczęła zbierać wiadomości. Były one tak świetne o jakich zaledwie śmiała marzyć. Wzięła się do studjowania silnych i słabych stron swego położenia.
Silną stroną było: zostać księżną, posiadać dwakroćstotysięcy liwrów dochodu, mieszkać w Paryżu, mieć loże we włoskiej operze, olśniewać przedmieście Saint-Germain.
Słabą trudność spotkania Norberta, a jeszcze więcej — skąpstwo księcia.
— Ale ba! pomyślała, przecież on nie wieczny. Ile lat może żyć jeszcze? Sześć albo siedm. Będę więc miała dwadzieścia pięć lat gdy umrze.
Jednak, nic nie decydując sama, postanowiła zobaczyć pierwej Norberta. Kazała go sobie pokazać w kościele w niedzielę, i od pierwszego spojrzenia doznała głębokiego i żywego wrażenia. Zdumiała ją męzka jego piękność, ognisty wyraz oczu i postawa, pełna szlachetności pod ubogą odzieżą.
Gdy po mszy wychodzono z kościoła, poprzysięgła sobie że będzie żoną Norberta. Ale nie powiedziała o swych zamiarach rodzicom.
Zresztą nie wątpiła, że się jej powiedzie.
Panna Diana Sauvebourg była bardzo romansowa, i nieraz w klasztorze wyrzucano jej egzaltację; ale jednocześnie była bardzo pozytywną.
Tylko kobiety mają dość siły do zespolenia tych dwóch usposobień, tak sprzecznych; umiała zachować zimną głowę, gdy serce pałało.
Młodziutka ta dziewczyna umiała, oddając się rojeniom, pozostawać rozsądną i rachować. Wielu rzeczy nauczyła się w klasztorze; dziewicza jej postawa i niewinny wyraz twarzy ukrywały znakomite doświadczenie, a przede wszystkiem doskonałe pojmowanie interesów społecznych.
Głównie szło naprzód o to, by spotkać Norberta, i to spotkać najniespodziewaniej. Jak?
Nagle opanowało ją nadzwyczajne miłosierdzie. Nieść pomoc chorym, starcom, dzieciom, stało się jej najmilszem zajęciem.
Ciągle spotykano ją w okolicy, czasem ze służącym, niosącym koszyk, ale najczęściej samą.
— Często można nie pojmować własnego swego powołania, mówił pan Sanvebourg. Diana wyraźnie urodziła się na siostrę miłosierdzia.
Nie zauważył tego zacny szlachcic, a wraz z nim nikt nie zauważył, że wszyscy protegowani panny Diany mieszkali w stronie Bivron, w okolicy zamku Champdoce.
Nie przypuszczano także, że w ten sposób z góry sobie zastrzegła prawo ukazywania się sama i gdzie się jej podoba, bez narażania się na gadaniny.
Ale napróżno robiła coraz częstsze wycieczki, zmieniała godziny, chodziła to bocznemi drogami, to wielkim gościńcem, — „dziki z Champdoce“ pozostawał niewidzialnym.
Nawet nie zawsze widywano go na mszy w niedzielę. Często książę przychodził sam.
Bo wypadek, bez znaczenia dla innych, a dla niego ogromny i zupełnie niespodziewany, sprawił przewrót w życiu Norberta.
W tydzień po wyjawieniu tego, co nazywał „rozumem stanu“ domu Champdoce, ojciec zatrzymał go po objedzie we wspólnej sali, do którego razem przy jednym stole zasiadali panowie i około czterdziestu sług zamkowych. Było to w końcu sierpnia i wszyscy zajęci byli żniwami.
— Nie ma potrzeby, mój synu, zaczął stary magnat, byś szedł do robotników.
― Ależ, mój ojcze...
— Pozwól mi mówić, proszę cię. Od dnia dzisiejszego nie będziesz już pracował jak dotąd. Przeznaczam cię do czynności mniej ciężkich może, ale trudniejszych. Będziesz dozorował i wydawał rozkazy pod mojem kierownictwem.
Z miny Norberta możnaby wnosić, iż nie wierzy temu. by ojciec jego mówił serjo.
— Nie jesteś już dzieckiem, mówił książę dalej, za życia mego jeszcze chcę cię przyzwyczaić do niezawisłości, aby po mojej śmierci wolność nie olśniła cię.
Wstał, wziął z kąta bardzo piękne myśliwskie przybory, położył przed synem i dodał:
— Jestem kontent z ciebie i oto dowód. Masz tu co potrzeba do polowania. Mój leśniczy, Tomasz, dziś rano sprowadził dla ciebie wyżła. Będziesz polował. Młody człowiek potrzebuje roztargnienia. Oprócz tego, ponieważ strzelec miewa wydatki nieprzewidziane, oto są pieniądze, które proszę byś oszczędzał, pamiętając o tem, że niewłaściwa rozrzutność może opóźnić chwilę, w której nasi potomkowie odzyskają swe stanowisko.
Długo jeszcze mógł mówić stary magnat. Syn słuchał go z otwartemi ustami, nie wyciągnowszy nawet ręki, by wziąć sześć sztuk pięciofrankówek, które mu podawał.
Ta pozorna obojętność nie podobała się księciu, który spodziewał się radośnych uniesień.
— Jarnicoton! zawołał, przyjmujesz to tak zimno... sadziłem że ci zrobię przyjemność.
Norbert pojął, że dłużej nie może zachowywać milczenie, i zrobiwszy wysilenie nad sobą wybełkotał:
— Bardzo dziękuję ojcu, bardzo jestem wdzięczny.
Ale książę zniecierpliwiony, odwrócił się mrucząc:
— Jarnibleu! Co to znaczy? Czy chłopak powziął jaki zły zamiar?
To zwolnienie rygoru, które przed rokiem napełniłoby radością serce Norberta, teraz nie sprawiło mu żadnej przyjemności. Było już za późno.
Nienawiść jego ku ojcu, którego nazywał swoim tyranem, była zanadto wielką, by mogła być w ten sposób rozbrojoną.
Zresztą jakąż to taką wielką łaskę robił mu? Dawał strzelbę — wielka rzecz! Trzydzieście franków!...
Czyż przez to będzie on mniej licho odziany, mniej niezgrabny, mniej śmieszny, mniej ciemny, mniej samotny? Czyż i nadal nie będą go nazywać „dzikim?“
Ale pora polowania nadeszła, Norbert polował, nie tyle znajdował przyjemności w marnowaniu prochu, ile w wałęsaniu z pięknym psem, nazwiskiem Bruno. Miał wreszcie towarzysza, przyjaciela, który czytał w jego oczach i który według tego, jak on sam, był smutny, lub wesoły, szedł ze zwieszonym łbem, lub skakał.
Ale nie mógł przestać myśleć o Daumanie.
Wypytywał się kilku robotników i wszyscy odpowiadali mu, że prezydent był człowiekiem niebezpiecznym, gotowym na wszystko.
Pomimo to, Norbert był zdecydowanym pójść do niego i żądać rady. Wahał się jednak, nie śmiał. Ostatni błysk rozumu oświetlał przepaść, w którą miał rzucić się.