Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część III/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Chcąc się udać z Poitieis do Loudun, najlepiej jest zamówić sobie miejsce w dyliżansie kursującym między stolicą departamentu Vienne a Saumur, najładniejszym z miast, które przeglądają się w błękitnych wodach Ligiery.
Kantor tego dyliżansu znajduje się o dwa kroki od Hotelu Francuskiego, między restauracją pod „Śmiałym Kogutem“ i „Kastylską Kawiarnią.“
Podróżnych przyjmuje tam bardzo uprzejmy urzędnik, któremu daje się pięć franków zadatku, a w zamian za to zaręcza on za dobre miejsce.
Gdy wszyscy są w komplecie, rozlega się trzask z bicza; dyliżans ruszył z miejsca.
Konduktor usiadłszy na koźle nakłada sobie fajkę.
Zacni podróżni! wychylcie się przez okno i spojrzyjcie na okolice.
Od strony Poitoix ciągną się rozległe pastwiska i wielkie lasy. Dolina nastepuje za doliną i jak okiem zajrzeć wszędzie widać czerwone pola, na których z rzadka sterczą kasztany, zwieszające gałęzie aż do ziemi.
Z tej strony leżą także grunta Bivron.
Miejsce to obfituje w zwierzynę, dla tego, że właściciel tutejszy, hrabia Mussidan, nie strzelił ani razu od dnia w którym miał nieszczęście zabić na polowaniu jednego ze swoich domowników. Jest temu dwadzieścia trzy lata.
Cokolwiek dalej, na prawo, leży zamek Mussidan. Na Boże Narodzenie minie dwa lata jak dziedziczka Chevauché, dzielna i zacna kobieta, według słów wieśniaków, zmarła tam, pozostawiwszy cały majątek wnuczce swej, pannie Sabinie.
Po drugiej stronie drogi ukazuje się, na pół ukryty między drzewami, wysoki zamek Sauvebourg. Jeden z natchnionych artystów z czasów Franciszka I. wyrzeźbił jego balkony i otoczył okna cudnemi girlandami, które czas uszanował.
Nakoniec dalej na szczycie stromego wzgórza, jak twierdza na skale, wznosi się imponujący budynek w staroświeckim stylu.
Jest to siedziba Champdoce.
Niemasz nic smutniejszego nad ten gmach, niegdyś najwspanialszy w okolicy Poitoux.
Opuszczony, zaniedbany przez swych panów od ćwierci wieku, z każdym dniem tracąc swą wartość, rozpada się on w ruinę.
Tam, około 1840. roku, żył ze swym jedynym synem, spadkobierca jednej z najświetniejszych rodzin francuskich, Cezar Wilhelm de Dompair książe Champdoce.
W okolicy poczytywano go za dziwaka.
Spotkać go można było na drodze, ubranego jak najbiedniejszy wieśniak, w połatanej kurtce, skórzanej czapce z uszami, ogromnych sabotach na nogach, zawsze uzbrojonego grubym kijem widłowato zakończonym.
W zimie zarzucał na grzbiet cielęcą skórę, całą podziurawioną, której nie włożyłby na siebie ostatni poganiacz wołów.
Byłto w owym czasie człowiek sześćdziesiątletni, potężnych kształtów, siły herkulesowej, jeden z egzemplarzy generacji z r. 1789., która się nadawała do wszelakiej pracy i wszelakich zbytków.
Już sam wzrok jego zdradzał wolę żelazną, jak jego muskuły.
Pod gęstemi krzaczystemi brwiami błyszczało mu dwoje małych jasno-siwych oczu, które gdy był zirytowany i gdy mu krew przypływała do mózgu, całkiem czerniały.
Służąc w armii Kondeusza, otrzymał cięcie szablą w górną wargę; blizna ta nadawała jego twarzy wyraz straszliwie surowy.
Nie był on jednak zły, ale obdarzony uporem dochodzącym do szaleństwa, despotyzmem szkaradnym i gwałtownością nadzwyczajną.
Na szczęście dla tych, którzy żyli w jego otoczeniu, trzy zaklęcia najdokładniej wyrażały stopień jego gniewu.
Niezadowolony, wykrzykiwał: Jarnicoton! rozgniewany: Jarnidieu! Dotąd nie było czego obawiać się. Ale gdy potężnym swym glosem ryknął: Jarnitonnere! wtedy najlepiej było usunąć się coprędzej w miejsce, gdzieby nie dosięgnął jego kij widłowaty.
Strasznie go się obawiano.
Z szacunkiem, połączonym ze strachem, zdejmowano przed nim czapki w niedzielę, gdy w towarzystwie syna przechodził przez miasteczko Bivron, udając się do kościoła, gdzie miał ławkę przed samym ołtarzem.
Podczas mszy czytał półgłosem w grubej książce od nabożeństwa, albo nucił, dopomagając śpiewakom. Przy kweście dawał regularnie pięć franków.
Ta ofiara tygodniowa, koszta prenumeraty Gazette de France, pięć talarów rocznie wyznaczonych cyrulikowi, który go golił dwa razy na tydzień, stanowiły cały jego osobisty wydatek.
Nie znaczy to jednak, by się źle żyło u niego. Tłusty drób, zwierzyna, soczyste jarzyny, wyborne owoce były tam w obfitości. Ale nigdy na jego stole nie okazywało się nic takiego, coby nie było zebrane lub zabite w jego posiadłościach. Mięso rzeźne było ztamtąd ostatecznie wywołane, ponieważ za nie płacić trzeba.
Często zapraszany na obiady i uczty przez sąsiednich właścicieli, którzy pomimo wszystkiego poczytywali go za swego szefa, zawsze wymawiał się, utrzymując że szlachcic nie może przyjmować nic bez tego, by się nie odwzajemnić — a odwzajemnienie kosztuje.
— 2 To pewna, że nie ubóstwo zniewalało księcia Champdoce do takich oszczędności.
Wiadomo było w Poitoux i okolice, że miał przeszło za milion dwakroćstotysięcy gruntów, nie licząc lasu Champdoce, który umiejętnie zagospodarowany przynosił rocznie do trzydziestu tysięcy franków.
Przypuszczano przytem, i najsłuszniej, że majątek jego w gotowiżnie przewyższa znacznie majątek w ziemi.
Naturalnie że miano go za skąpca — ale w tem mylono się. Nie był on skąpcem w zwykłem znaczeniu tego wyrazu.
Uparty ten magnat wykonywał poprostu plan oddawna obmyślany i stanowczo ułożony.
Przeszłość jego mogła pod pewnym względem wytłumaczyć takie postępowanie.
Urodzony w roku 1770., książę Champdoce emigrował i służył w armii Kondeusza. Nieubłagany wróg rewolucji, mieszkał on w Londynie przez cały czas trwania cesarstwa, zmuszony dla utrzymania się przy życiu, dawał lekcje szermierki.
Powróciwszy do Francji wraz z Burbonami, szczególnemu trafowi zawdzięczał to, że odzyskał jedną część ogromnych dóbr swej rodziny.
Ale cóż znaczyła ta część dla niego? Nic. Porównywając swoje teraźniejsze bogactwo z książęcym przepychem przodków, poczytał się za nędzarza.
A tu, jak na dobitek, obok starej arystokracji, próżniaczej i zdenerwowanej, widział jak wzrasta arystokracja nowa, młoda, ambitna, ruchliwa, dumna ze swych bogactw, jakby losem przeznaczona do wydarcia dawniejszej arystokracji całego jej wpływu i uroku.
Wtedy to ten człowiek, którego rodowa duma egzaltowała aż do szału, powziął myśl, której następnie poświęcił całe życie.
Sądził, że wynalazł środek przywrócenia dawnemu rodowi Champdoce całej jego przeszłej świetności i potęgi. Trzy czy cztery generacje miały się poświęcić na korzyść potomności.
— Mogę, powiedział sobie, żyjąc jak prosty wieśniak, wyrzekłszy się wszelkich przyjemności, we trzydzieści lat potroić moje kapitały. Niech tylko syn mój pójdzie tym śladem, a za sto lat książęta Champdoce, dzięki swemu monarszemu majątkowi, odzyskają stanowisko, do jakiego ród ich daje im prawo.
Około roku 1820., wierny planowi zbogacenia się, ożenił się wbrew swemu usposobieniu z młodą dziewczyną, brzydką, ale należycie wyposażoną, osiedli się z nią w zamku Champdoce.
Związek ten nie był szczęśliwy.
Po roku pożycia żona powiła mu syna, któremu na chrzcie dano imiona Ludwik Norbert.
Ale w sześć miesięcy potem zmarła w skutek przestrachu, jakim nabawił ją mąż.
Księcia wcale nie zmartwiła ta śmierć, owszem cieszył się nią w duchu. Miał sukcesora zdrowego i dobrze zbudowanego, a majątek matki pozyskany był dla rodziny Champdoce. Cóż go mogła obchodzić reszta?
Wdowieństwo dało nawet pretekst do nowych oszczędności. Książe stanowczo przyswoił sobie ubiór i obyczaje sąsiadujących z nim dzierżawców.
Osobiście zarządzając majątkiem i wchodząc w najdrobniejsze szczegóły, nie oszczędzał on i sam siebie.
Wstawszy przededniem, szedł z robotnikami na pole i pracował jak oni. Jeździł na targi i jarmarki, i sam sprzedawał swoje zboże i bydło ze sknerstwem nieokrzesanego chłopa.
Synem zajmował się tylko o tyle, że zastanawiał się nad tem, czy będzie on dość silnym, aby prowadzić dalej rozpoczęte dzieło.
Gdy syn ten doszedł dziewięciu lat, rozpoczęła się jego wiejska edukacja.
Norbert był wychowany tak samo jak dzieci dzierżawców, ani lepiej, ani gorzej. Pozwalano mu wałęsać się swobodnie, tarzać po murawie, babrać w błocie latem bosonogiemu, a zimą w sabotach słomą wysłanych.
Naprzód pasał krowy, uzbrojony długim prętem. Wychodził równo ze dniem, niosąc z sobą w koszyku przez ramię przewieszonym jadło na cały dzień.
Potem w miarę jak mu lat przybywało uczył się orki głębokiej i płytkiej, koszenia, siejby od ręki, obliczania od oka ile jaki grunt da zbioru, wreszcie targowania się.
Długo książę Champdoce wahał się czy ma swego syna uczyć czytać i pisać.
Jeżeli rozwiązał tę kwestję twierdząco, to zapewne namówiony do tego przez miejscowego proboszcza.
Wszystko szło dobrze, aż do dnia, w którym Norbert doszedł do lat szesnastu, albo raczej do dnia, w którym ojciec po raz pierwszy zabrał go z sobą do miasta Poitiers.
W szesnastym roku Ludwik Norbert Champdoce wydawał się dziewiętnastoletnim, i był młodzieńcem pięknym w całem znaczeniu tego słowa.
Miał wyraz twarzy zamyślony, właściwy skromnym pracownikom wiejskim, przywykłym do samotności, skupionym w sobie, pozostającym w ciągłem zetknięciu z naturą.
Ogorzała od słońca twarz jego błyszczała bogatem cieniowaniem starych brązów, włosy miał czarne, lekko faliste i wielkie niebieskie melancholijne oczy, oczy matki. Biedna kobieta! była to cała jej piękność.
Ciężka praca, do której był przyniewalany, nadała muskułom jego rzadką siłę, bez nadwerężenia jednak wrodzonej zgrabności; ręce, chociaż zgrubiałe, zachowały szczególnie poprawne kształty.
Był to zresztą chłopak najzupełniej dziki.
Trzymany przez ojca w najściślejszej zawisłości, nigdy o milę nie oddalał się od zamku.
Dla niego miasteczko Bivron ze swemi sześćdziesięcią domami, merostwem, małym kościołem i wielką oberżą, było miejscem rozkosznem, pełnem gwaru i ruchu.
W życiu swojem nie przemówił do trzech obcych osób; liczni robotnicy, używani przez księcia Champdoce, zanadto obawiali się swego pana, by ośmielić się wymówić przed jego synem jedno słowo, któreby coś wyjaśniło mu, lub dało co do myślenia.
Tak wychowany, Norbert nie pojmował żadnego innego istnienia, oprócz swego własnego. Wstawać gdy kogut zapieje, pracować do nocy, pochyliwszy się nad skibą, a potem spać po dobrej wieczerzy, zdawało mu się jedynym celem człowieka na ziemi.
Miał jednak i rozrywki.
Niedzielne nabożeństwo było dla niego wielką uroczystością. Bawiło go patrzeć na odświętnie wystrojone grupy wychodzące z kościoła. Zachwycał się przystrojonym w pióra hełmem szarlatana, wychwalającego swój towar.
Od roku już młode wieśniaczki spoglądały na niego ukradkiem i czerwieniały po same uszy, gdy do nich przemówił; ale Norbert był zanadto naiwny by to zauważyć.
Nie miał najmniejszego wyobrażenia o życiu rzeczywistem, o świecie, towarzystwie; żadnego pojęcia o stosunkach ludzi między sobą, o wartości pieniędzy, o niczem.
Takim był Norbert, gdy jednego wieczora ojciec polecił mu, by się przygotował do wyjazdu nazajutrz razem z nim do Poitiers.
Dniem przedtem książę Champdoce otrzymał znaczne pieniądze za drzewo i od swoich dzierżawców; szło mu więc o umieszczenie ich, gdyż kapitałom swoim nie pozwalał próżnować.
Jeżeli postanowił, że syn będzie mu towarzyszył, to dla tego, że czuł konieczną potrzebę wtajemniczenia go w zarząd ogromnego majątku, który mu pozostawi, z obowiązkiem by go potroił.
Wyjechali bardzo rano w małym niewygodnym wózku, zawieszonym na czterech resorach.
W nogach ich leżało około czterdziestu tysięcy franków w srebrze, które tak ciężyły, iż resory gięły się i przy każdym wzgórku trzeba było wysiadać i iść piechotą. Norbert był rozpromieniony.
Od roku przeszło pałał chęcią widzenia Poitiers, od którego zamek Champdoce oddalony był tylko o pięć mil.
Tak często słyszał opowiadania o tem „pięknem mieście“, że począł doznawać jakiegoś nieokreślonego drżenia w miarę jak się ku niemu przybliżali.
Prawdę powiedziawszy, Poitiers nie należy właściwie do najweselszych miast Francji. Nie jeden uczeń szkoły prawa poziewa tam, lub wzdycha pomyślawszy o Paryżu. Bruk jest szkaradny, ulice wązkie i krzywe, domy wysokie i czarne, jakby stały od dziesięciu wieków. Ale Norbert był zachwycony.
Był to dzień targowy; zdumiewał go ruch i hałas panujący wśród tłumu. Być może iż nie przypuszczał nawet, by ziemia miała tylu mieszkańców.
Tak był zajęty, iż nie zauważył, że koń stanął sam, nie zatrzymywany, przed domem ozdobionym szyldem notarjusza. Ojciec musiał go wstrząsnąć, jak gdyby spał.
— Przyjechaliśmy! powiedział.
Wysiedli; ale myśli Norberta błąkały się po mieście.
Machinalnie dopomógł do wydobycia worków z pieniędzmi i nie dostrzegł, z jakiemi oznakami szacunku notarjusz wyszedł na ich spotkanie. Nie słyszał ani słowa z nieskończonej rozmowy tego urzędnika ze swym ojcem.
Nakoniec książęwyszedł z bióra, zabrawszy z sobą syna.
Konia umieścili w wielkiej oberży przy placu targowym i zjedli śniadanie, składające się z kawałka słoniny i kwaśnego wina, we wspólnej sali, między parobkami i dwoma poganiaczami wołów, należycie podpiłymi.
Zjadłszy skromne śniadanie, książę kazał synowi czekać na siebie a sam wyszedł.
Norbert siadał na ławce przed oberżą, nieco zakłopotany tem, że pozostał sam pomiędzy tylu nieznajomymi ludźmi, gdy wtem uczuł, jak go ktoś trąca w ramię.
Zadrżał i odwróciwszy się nagle, znalazł się przed chłopcem tych samych co on lat, który zawołał głośno śmiejąc się:
— Cóż to nie poznajemy już dawnych przyjaciół?
Norbert musiał zamyśleć się na chwilę, nim sobie przypomniał tego przyjaciela. W końcu zawołał:
— Montlouis!
Ten Montlouis, syn jednego z dzierżawców księcia Champdoce, był kolegą Norberta.
Dawniej często umawiali się, by razem wypędzać krowy na pastwisko, dnie przepędzali na wspólnej zabawie, stawianiu trzcinowych młynków na wodzie i wydzieraniu gniazd.
Dopiero od pięciu lat stracili się z oczu.
Norbert zawahał się z razu, z powodu ubioru swego kolegi. Montlouis miał na sobie mundur kolegium, w którym kończył nauki.
Podczas gdy wielki pan pracował nad tem, by ze swego syna zrobić wieśniaka, wieśniak ze swego zamierzał zrobić „pana.“ Norbert tak był zdziwiony, iż zapomniał języka w gębie.
— Co tu porabiasz? zapytał Montlouis.
— Czekam na ojca.
— Ja także. Mamy zatem dość czasu, by wypić filiżankę kawy razem.
I nie czekając na odpowiedź byłego kolegi, zaciągnął go do małej kawiarni.
— Gdyby bilard nie był zamówiony, rzekł Montlouis, proponowałbym ci partję. Prawda że to kosztuje, a ojciec twój pewno nie wiele ci daje pieniędzy.
W życiu swojem Norbert nie posiadał nawet dziesięciu sous. Teraz czuł się głęboko upokorzonym i poczerwieniał.
— Mój ojciec, mówił dalej Montlouis, nic mi nie odmawia. Ale bo też pracuję ogromnie. Jestem pewny, że na popisie otrzymam dwie nagrody. Gdy ukończę nauki, hrabia Mussidan weźmie mię do siebie na sekretarza, pojadę do Paryża, będę się bawił. A ty co będziesz robił?...
— Ja?... nie wiem.
— E! to rzecz wiadoma. Będziesz orał ziemię, jak twój ojciec. Czy cię to bawi?... I powiedzieć sobie tylko, że jesteś synem wielkiego pana, człowieka najbogatszego w Poitou, a nie jesteś nawet tak szczęśliwy jak ja, syn jego dzierżawcy... Zresztą...
Rozstali się, a gdy książę Champdoce powrócił do oberży, znalazł syna na tem samem miejscu gdzie go był zostawił.
— No, zaprzęgajmy! powiedział.
Powrót do Champdoce był milczący. Rozmowa z Montlouis zapadła w umysł Norberta jak kropla subtelnej trucizny w naczynie z czystą wodą.
Dwadzieścia nierozważnych słów dzieciaka zniszczyło dzieło szesnastu lat pracy i wytrwałości.
Od owego dnia nastąpił kompletny przewrót w charakterze Norberta, przewrót, którego nikt się nie domyślał. Jak przedtem tak i teraz ze zwykłą pilnością wykonywał on swoje codzienne roboty, które niegdyś lubił, a któremi obecnie brzydził się.
Ale często widziano go jak — sądząc że jest sam — stał całe godziny nieruchomy, wsparty na rękojeści łopaty, z namarszczonemi brwiami, w zamyśleniu; on, który dawniej był tak swobodnej myśli jak ptaszek śpiewający w krzakach.
Rozbudzona przez Montlouis inteligencja jego czuwała teraz. Odkrywał mnóstwo okoliczności, dawniej nie dostrzeżonych, a które teraz były dlań tyluż wskazówkami.
Przypatrując się na przykład stosunkom swego ojca z wieśniakami, zmierzył rychło, pomimo pozornej familjarności, otchłań, która ich rozdzielała.
Stary hrabia Mussidan, tak imponujący swemi białemi włosami, markiz Sauvebourg, tak dumny, a któremu wieśniacy kłaniali się do ziemi, z widocznem ugrzecznieniem podawali rękę księciu Champdoce i jego synowi, wychodząc z kościołu.
Najpiękniejsze i najdumniejsze damy, które jak królowe przechodziły przez dziedziniec, zamiatając proch ogonami swych pysznych sukień, tak jest, najbardziej nawet wyniosłe pomiędzy niemi zdawały się być uszczęśliwione, gdy książę Champdoce, który pod grubemi sukniami zachował maniery dawnego dworu, z galanterją całował je w ręce.
Wszystko to musiało oświecić Norberta. Czuł on siebie równym wszystkim tym dumnym ludziom. A jednak jakaż to różnica między nim a nimi!
Podczas gdy on wraz z ojcem szedł do kościoła piechotą, w ogromnych podkutych trzewikach, tamci przybywali w pysznych powozach ze wspaniałymi lokajami.
Jak na dobitek, wszystkim tym szczęśliwym tego świata towarzyszyli młodzi ludzie, tychże co i Norbert lat, ich synowie. Wszystkie tortury zazdrości dręczyły go aż do łez, gdy się przyrównywał do nich. Czasami, gdy powracał z pola, zapędzając woły z batem w ręku, spotykał któregokolwiek z nich, jadącego na pięknym rumaku.
Przy takich spotkaniach znajomi wołali do niego:
— Dzień dobry, Norbercie!
A to przyjaźne powitanie wydawało mu się zniewagą.
Młodych tych ludzi poczytywał za zuchwalców nienawidził ich.
Jakież może być ich życie w mieście, dokąd powracali z pierwszem zimnem, podczas gdy on zajmował się siejbą? Tego nie mógł sobie wystawić, a nieświadomość jego błądziła w przypuszczeniach bez sensu.
To co dotąd słyszał wymienianym jako przyjemność, nie przedstawiało jego wyobraźni nic godnego zazdrości. Wieśniacy nazywają zabawą zamknięcie się w izbie karczemnej, gdzie piją, krzyczą, spierają się, a w końcu — często biją.
Tamci — rozumiał to dobrze — musieli mieć inne rozrywki, więcej wyszukane, wesołość całkiem różną od wesołości pijaka, powracającego ze śpiewką na ustach do domu. Ale co to było?
Po za tą pustynią, nakreśloną dokoła niego ręką ojcowską, czuł on, że porusza się świat, dla niego cudowny jak wszystko nieznane. Co tam się działo, niepodobna odgadnąć.
A kogoż zapytać? komu zwierzyć się?
Wtedy to oburzyła go straszliwa nieświadomość, w której był trzymany, podczas gdy Montlouis, syn dzierżawcy, chodził do kolegium.
I on, który dotąd poziewał na sam widok drukowanej stronnicy, który musiał sylabizować każdy wyraz, złożony więcej aniżeli z trzech sylab, teraz zawzięcie wziął się do czytania.
Ale namiętność ta nie mogła się podobać ks. Champdoce, który pewnego wieczora oświadczył mu, iż nie lubi, „próżniaczych czytelników“.
Zapał Norberta wzmógł się od tego, podburzony przeszkodami i ciągłą niespokojnością. Począł kryć się.
Wiedział, iż w jednej z sal zamkowych wyższego piętra pełno było książek, w tej liczbie najmniej pięćset romansów, które w ostatnich latach swego życia czytywała jego matka.
Norbert rzucił się do tych książek jak zgłodniały do chleba. Czytał wszystko, nie przebierając, bez zastanowienia.
I z czasem wszystko mu się pomięszało w głowie, romans i historja, przeszłość i teraźniejszość. Jednak z tego chaosu wyłoniły się dwie myśli.
Uznał siebie za najnieszczęśliwszego w świecie i znienawidził swego ojca nienawiścią zimną i z całą gwałtownością niewyjaśnionych palących go żądz. I gdyby tylko śmiał...
Ale nie śmiał. Książę Champdoce przejmował go nieprzezwyciężoną trwogą.
Sytuacja taka trwała już ośmnaście miesięcy, gdy książę Champdoce uznał, iż nadeszła chwila, w której może wykryć swe myśli i nadzieje synowi, mającemu prowadzić dalej dzieło odrodzenia.
Było to w niedzielę po wieczerzy we wspólnej sali, z której kazał wyjść wszystkim służącym.
Nigdy Norbert nie widział swego ojca z tak uroczystą miną. Wyprostował on swe barki pochylone od roboty w polu. Cała duma rasowa, przez tyle lat ukrywana, błyszczała mu w oczach. Opowiedział on dzieje rodziny Champdoce, której początek ginie w legendach kronikarskich. Opowiedział życie wszystkich bohaterów, którzy ją uświetnili; jakiemi zaszczytami była zasypana, ile liczy pokrewnych związków z domami panujacemi, jak była bogatą i potężną w czasach, kiedy Dompairowie de Champdoce, istni monarchowie, pobierali podatki, mieli swoje fortece i wojska.
— Oto, czem byliśmy! mówił donośnym głosem. Cóż nam pozostaje z takiej świetności? Pałac w Paryżu przy ulicy Varennes, ten zamek, trocha gruntów, trocha kapitału, najwięcej dwakroćstotysięcy liwrów dochodu — nie całe pięć miljonów!...
Norbert wiedział, że jego ojciec jest bogaty, ale nie w takim stopniu. Ogromna ta cyfra pięciu miljonów zdumiała go. Potem, mniej niż w sekundę, tysiące myśli przebiegło mu po głowie.
Pięć miljonów!... A jego zmuszano do nużącej pracy człowieka, który aby żyć potrzebuje zarobić trzydzieści sous dziennie. Dwakroćstotysięcy liwrów dochodu!... a ta wspóln
a sala, gdzie w tej chwili znajdował się z ojcem, podobna była do prostej izby włościańskiej. Przodkowie jego mieli całą armię sług, a tu wszyscy parobcy z okolicy mówili mu ty. Jakże zgodzić się na tyle upokorzenia i na takie ubóstwo, będąc tak szlachetnie urodzonym i tak bogatym?.
Po egzaltacji, jaka opanowała księcia gdy opowiadał o przeszłej świetności swej rodziny, nastąpił ogromny upadek na duchu.
Ciężkim krokiem począł przechadzać się po sali, zwiesiwszy głowę na piersi.
— To mało, szeptał, bardzo mało.
Bardzo mało... A Norbert wiedział, że żadna z rodzin, poczytywanych w okolicy za bogate, nie posiadała nawet połowy tej ogromnej sumy.
Mussidanowie mieli wszystkiego sześćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu. Sauvebourgowie z pewnością nie mieli stu.
Był wprawdzie w okolicy niejaki p. Puymadour, którego miano za arcymiljonowego; ale szlachectwo jego było co najmniej wątpliwem, a przytem mówiono, że nie należy bardzo wglądać w jego majątek, jeżeli kto nie chce dopatrzeć tam błota w samem źródle.
Zagniewanem okiem Norbert wodził za swym ojcem, który przechadzał się ciągle, od czasu do czasu wykrzykując bez związku.
Nakoniec książę Champdoce stanął przed swym synem.
— Majątek mój, powiedział gorzkim tonem, jest niczem, niczem w czasach kiedy tryumfuje mieszczaństwo zbogacone, próżne i zarozumiałe. Ludzie ci, ponieważ kupili nasze zamki i do swoich śmiesznych nazwisk pododawali nazwiska majątków, poczytują się za szlachtę, i silą się kopiować, nie nasze zalety, ale wady. Prawdziwa szlachta nie pojęła swej epoki, podupada i skończy na tem, że wymrze z głodu. Teraz niczem być nie można bez pieniędzy. Aby walczyć z tymi ludźmi od wczoraj bogatymi, tymi książętami finansów, których herbem jest skradziony talar, takiemu Champdoce trzeba mieć najmniej miljon dochodu. Słyszysz, mój synu?... miljon!...
Nor bert wytrzeszczył zdumione oczy; pomimo wytężonej uwagi, rozsądek jego nie był w stanie pojmować dokładnie wyjaśnień ojca.
— Ani ty, ani ja, mój synu, mówił dalej książę, nie będziemy widzieli w naszych skrzyniach kapitału, który by mógł dać taki dochód. Ale nasi potomkowie, jeżeli spodoba się Bogu, znajdą go tam. Męstwem i mieczem przodkowie nasi ufundowali potęgę naszego domu; do nas należy okazać się godnymi ich i utrwalić go pracą i oszczędnością.
Stary magnat przerwał sobie, mocno zdziwiony, iż tak rozwijał przedmiot własnych rozmyślań.
— Spełniłem moją powinność, zaczął znowu, spokojniejszym już tonem, teraz ty spełnij swoją. Nie miałem piętnastu tysięcy liwrów dochodu gdym się wziął do dzieła — a powiedziałem ci co mam teraz. Będziesz mnie naśladował. Ożenisz się z jaką bogatą dziewczyną, która ci da syna, wychowasz go surowo, jak ja ciebie wychowałem. Żyjąc tak jak ja, zostawisz mu do piętnastu miljonów. Niech on nas naśladuje, a zostawi swemu synowi fortune monarszą. Oto co powinno być, co będzie — bo tak trzeba, bo ja tak chcę.
Teraz Norbert zrozumiał i milczał, bo mu się zawracało w głowie od tak dziwnego zwierzenia.
— Trudny obowiązek wkładam na ciebie, mówił dalej książę, ale jest to obowiązek wszystkich naczelników znakomitych rodzin. Kto chce założyć wielki dom, ten powinien żyć w przyszłości a nie w teraźniejszości, powinien zapomnieć o sobie a myśleć o potomności. Tak ja robiłem. Istnieję, że tak powiem, dla moich potomków i przez nich. Żyję myślą o świetnem życiu, jakie im zgotujemy, i za które będą nam obowiązani.
Norbertowi zdawało się, że śni.
— Widziałeś mnie, mówił dalej książę Champdoce, jak przez całe godziny targowałem się o jednego nędznego luidora, bo mówiłem sobie, że luidor ten potomkowie moi rzucą kiedyś wspaniałomyślnie ze swej karety ubogiemu. Ze wszystkiego co zbieram, robię w ten sposób użytek dla nich. Na przyszły rok powiozę cię do Paryża — zwiedzisz pałac, który tam mamy. Obaczysz tam obicia, jakich już nie ma, sprzęty jedyne w swoim rodzaju, arcydzieła najznakomitszych artystów. Ja ten pałac pielęgnuje, upiększam, jak kochanek lokal przeznaczony dla swej oblubienicy, bo przeznaczam go dla naszych dzieci, Norbercie, dla przyszłych Dompairów de Champdoce.
Mówił to głosem tryumfującym, wszystko co opisywał widział oczy ma duszy.
— Opowiedziałem ci to wszystko, zaczął znowu tonem nie znoszącym repliki, dla tego, że jesteś w takim wieku, iż możesz poznać prawdę. Wskazałem ci regułę twego przyszłego życia. Jesteś już mężczyzną, mój synu, i powinieneś przywykać do postępowania według własnej woli, tak jak dotąd postępowałeś, by mnie być powolnym. Powiedziałem. Jutro rano wydasz dwadzieścia pięć worków zboża, które sprzedałem do Bivron... Możesz odejść.
Norbert odszedł chwiejąc się.
Jak wszyscy despoci, nie przywykli do spotykania przeciwnego zdania, tak i stary magnat nie przypuszczał, aby wola jego mogła napotkać nie opór, ale nawet wahanie.
Nie upatrywał przeszkód żadnych; a jednak w tej samej chwili Norbert najstraszliwszemi przysięgami zaklinał się w duchu, iż nie będzie posłuszny.
Gniew jego, powstrzymywany obawą, dopóki się znajdował pod okiem ojca, wybuchnął nakoniec swobodnie.
Poszedł w wielką aleję orzechową po za zamkiem, i tam rzucił na świat wśród nocy tysiące pogróżek i gniewnych wyrzutów.
Widział siebie skazanym, i to skazanym nieodwołalnie.
Dopóki poczytywał swego ojca za skąpca, dopóty miał nadzieje: namiętności miewają zwroty wsteczne. Teraz, pomimo niedoświadczenia, pojął, że nie burzy się rojeń takich, jak te, które miał książę Champdoce.
— Mój ojciec jest szalony!... powtarzał, szalony!
Wszystko, co słyszał niedawno, wydawało mu się potwornem i bez sensu.
Zdecydowany był, przynajmniej w tej chwili, wyzwolić się, bądź co bądź, z tej nieznośnej tyranji; ale jak? co począć?
Niestety źli doradzcy znajdują się tak łatwo! Zaraz nazajutrz Norbert wyszukał jednego z nich w Bivron. Był to niejaki Daumau, nieprzyjaciel księcia Champdoce.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.