Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część II/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.

„Nikt tak nie dopilnuje jak pańskie oko,“ powiedział Lafontaine; trafność tej sentencji można było sprawdzić w biórze stręczeni przy ulicy Montorgueil.
Zaledwie od ośmiu dni Mascarot nie zajmował zwykłego swego miejsca w konfesjonale, a już cierpiała na tem ajencja i połączony z nią zakład dla służących bez miejsca. Klienci uskarżali się, Beaumarchefa znajdowano bardzo miłym, ale nie wystarczającym.
Były podoficer, przerażony własną odpowiedzialnością, odważył się na robienie ostrożnych uwag; ale otrzymał tak ostrą odprawę, że potem nie pisnął już ani słowa i poprzestawał na cichem stękaniu.
Ale co Mascarota obchodziła ajencja! Kto dba o środki, gdy już dochodzi do celu?
Na drugi dzień po wyprawie „pod Turka,“ podczas gdy Beaumar odpowiadał wszystkim klientom: „Pryncypał wyszedł,“ — pryncypał siedział zamknięty w swoim gabinecie.
Twarz jego nosiła ślady wielkiego znużenia. Kilkakrotnie podnosił okulary by przetrzeć sobie oczy; powieki miał czerwone i zapuchnięte. Na kominku stała filiżanka z ziółkami, z której od czasu do czasu popijał, jakby dla stłumienia ognia wewnętrznego.
On, zawsze tak zimny i spokojny, tak umiejący panować nad każdą namiętnością, teraz doznawał straszliwego wzruszenia.
Wielcy wodzowie, w przeddzień stanowczej bitwy, mogą się wydawać beznamiętnymi i osobom zbliżonym do nich, ale pomimo to nie są w stanie uniknąć gorączkowego rozdraźnienia, poprzedzającego akcję.
Owóż, dla Mascarota wybiła godzina walki stanowczej. Miał zrobić krok, po którym niepodobna już było cofnąć się.
Czekał na Catenac’a, Hortebize i Pawła, by im wykryć cały swój plan. Pierwszy przybył doktor Hortebize.
— Otrzymałem twoje instrukcje, Baptysto, powiedział już na progu i jestem posłuszny. Wracam prosto z pałacu Mussidan.
— Jakże tam wyglądają?
— Smutno, ale są zrezygnowani. Panna Sabina nigdy się nie odznaczała szaloną wesołością; ale teraz jest tylko poważniejsza i bledsza, aniżeli przed swą chorobą — nie więcej.
— Czy znalazłeś sposobność pozostania sam na sam z hrabiną?
— Znalazłem. Powiedziałem jej, że mi okrutnie dokuczają ludzie mający jej korespondencję, że powinna mieć się na ostrożności. Odpowiedziała na to z westchnieniem rozdzierającem duszę, że Croisenois ożeni się z Sabiną, ponieważ tak być musi; że sama jest w rozpaczy, ale że pewną jest przyzwolenia męża i powolności córki.
O ile słodki Tantaine był wynurzającym się, o tyle zacny stręczyciel nim nie był. Chociaż powinienby zachwycić się temi wiadomościami, odpowiedział jednak prawie zimno:
— To com postanowił, spełni się. Dziś rano widziałem markiza Croisenois i jeżeli będzie mi posłuszny — a nie może być inaczej — wyprzedzimy Andrzeja i pana Breulh. Markiz będzie już mężem Sabiny, a oni będą jeszcze czekać na ogłoszenie zapowiedzi. Po weselu, drwię ja sobie z nich. Co do naszej sprawy ostatecznej — już należycie obmyślałem plan towarzystwa, którego dyrektorem będzie Croisenois; za ośm dni wydane będą prospekta. Ale dziś chodzi wyłącznie o sprawę Champdece...
Przerwało mu pojawienie się Pawła, który wchodził bardzo trwożliwie, mocno przypuszczając złe przyjęcie, po szczególnem rozstaniu się z ojcem Tantaine.
Wbrew wszelkim oczekiwaniom przyjęcie było najprzyjaźniejsze, czy to, że stary pisarz od komornika nic jeszcze nie mówił, czy też, że zacny stręczyciel inaczej zapatrywał się na rzecz.
— Winszuję panu powodzenia, powiedział, u bankiera Martin-Rigal. Nie tylko podobasz się pan córce, ale zachwyciłeś i ojca...
— Jednak tak mało go widziałem; wczoraj wieczorem także nie był w domu...
— Wiemy o tem. Był na obiedzie u jednego z naszych przyjaciół, który badał jego zamiary względem pana. Jeżeli jutro Hortebize będzie go prosić w imieniu pańskiem o rękę panny Flawii, to bankier nie powie: nie.
Paweł zachwiał się. Milion posagu panny Martin-Rigal mignął mu przed oczyma jak błyskawica.
— Uwaga!... zawołał Hortebize, słyszę w korytarzu drepczący krok Catenac’a.
Zacny doktor nie mylił się; był to w samej rzeczy adwokat, który, według swego zwyczaju, spóźnił się i osłaniał swoje niezadowolenie najsłodszym uśmiechem.
Ujrzawszy go, Mascarot uniósł się strasznym gniewem i podstąpił z miną tak groźną, że Catenac, przez ostrożność odskoczył.
— Co to znaczy? wybełkotał.
— Nie domyślasz się? odpowiedział stręczyciel straszliwym głosem. Zmierzyłem całą głębię twojej niegodziwości. Przed kilku dniami sprowadziłem cię tu do nas, ale zaledwie pozostałeś sam, już począłeś rozmyślać jakby nas zdradzić. Wierzyłem w szczery twój współudział, a ty zastawiałeś sidła, w które miałem wpaść w chwili tryumfu!
— Przysięgam ci, Baptysto...
— O! tylko bez przysiąg! Jedno słowo Perpignana wyjaśniło mi rzecz całą. Czy nie wiesz o tem, że książę Champdote może z pewnością poznać syna, którego szuka, po bliznach?
— Zapomniałem...
Ale tu zatrzymał się, zbity z tropu, pomimo pewności siebie, wzrokiem stręczyciela.
— Otóż, powiem ci otwarcie, mówił dalej Mascarot, że jesteś nikczemnik i zdrajca! Nawet galernicy między sobą dotrzymują słowa. Wiedziałem żeś lichy człowiek, ale nie do takiego stopnia...
— A więc dlaczego używacie mnie pomimo mojej woli?
To usiłowanie buntu, uniosło Mascarota takim gniewem, iż schwyciwszy Cantenac’a za kołnierz, wstrząsnął nim, jakby chciał udusić.
— Posługuję się tobą, gadzie jadowity, zawołał, ponieważ postawiłem się w niemożności szkodzenia. I będziesz mi służył, gdy ci dowiodę że twoja kradziona reputacja, twoje pieniądze, wolność, a może i życie zawisły od naszego powodzenia. A wiedziałem, na szczęście gdzie jest trup! Niezbite dowody twojej zbrodni — słuchaj mnie dobrze — są w ręku osoby pewnej. Niech mnie się nie uda, z jakiejkolwiek przyczyny, dowody te zostaną przesłane prokuratorowi.
Nastąpiło milczenie, które Pawłowi wydało się straszliwem.
— I proś Boga, dodał stręczyciel tonem lodowatym, aby nas Hortebize’a, Pawła i mnie zachował od wszelkiego wypadku. Gdyby jeden z nas umarł cokolwiek za nagle, skarga na ciebie w tym samym dniu wrzucona będzie do skrzynki pocztowej. Powiedziałem już, a dobra rada warta czegoś... Liczę na twój rozsądek.
Catenac stał z pochyloną głową, nieruchomy, jakby piorunem rażony.
Twarz jego, wykrzywiona od wściekłości, nie zapowiadała nic dobrego, ale któż dbał o to? Zresztą sam czuł, że jest związany, wciągnięty, tak że nie zdoła zrobić najmniejszego poruszenia.
Nie było sposobu wywinąć się, ani żadnej nadziei na zemstę.
Stanowisko swoje zawdzięczał wyzyskiwaniu, a teraz wyzyskiwanie zagrażało jemu.
Mascarot popił z filiżanki i spokojnie, jakby nic nie zaszło nadzwyczajnego, usiadł w fotelu przed ogniem i począł poprawiać okulary, nieco wykrzywione w skutek gwałtownych ruchów.
— Muszę ci także powiedzieć, mości Catenac, że wyjąwszy tego szczegółu, który ukrywałeś przedemną, znam cokolwiek lepiej od ciebie sprawę księcia Champdoce. Bo cóż ty wiesz? Tyle tylko, ile księciu podobało się powiedzieć tobie i Perpignanowi. Czy myślisz, że książę powiedział wam prawdę? Na szczęście ja jestem cokolwiek lepiej poinformowany. Ciebie to nie zdziwi, gdy ci powiem, że już lata pracuję nad tym interesem...
— O! już dawno, dorzucił doktor.
— Zresztą, trzeba byście wiedzieli, jakim sposobem wpadłem na trop tej sprawy. Może przypominacie sobie tego pisarza publicznego, który miał swą budę przy pałacu sprawiedliwości i który próbował wyzyskiwać ludzi. Niezręczna spekulacja doprowadziła go do policji poprawczej i poszedł na dwa lata do więzienia.
— Rzeczywiście przypominam sobie...
— Był to łotr inteligentny. Kupował na wagę rozmaite rękopisma, a potem całą górę papierów przebierał, rozglądał, czytał...
Trudno wypowiedzieć ile to czasami można znaleźć pomiędzy korespondencjami oddawanemi gałganiarzom...
Pomyślcie tylko, iż nie masz człowieka, któryby przynajmniej raz w życiu nie pożałował, że umiał pisać w danej chwili. Czy jest jakikolwiek znakomitszy proces bez listu bardzo obciążającego, wyszukanego przez policję?..
Fakt ten zastanawiał mię tak często, iż sam siebie zapytuję, dlaczego ludzie ostrożni nie pisują tym szczególnym atramentem, który po upływie dni trzech, czterech, ośmiu, znika, nie pozostawiając śladu na papierze.
Krótko mówiąc, zrobiłem tak jak ten pisarz publiczny. Począłem kupować niepotrzebne papiery i między innemi ciekawemi rzeczami odkryłem następującą:
Wziął z biórka kawałek papieru, pomiętego, zabrukanego, poplamionego i podał doktorowi i Pawłowi mówiąc:
— Popatrzcie.
U góry tego papieru jakaś drżąca ręka napisała: okceizdezsanimjaddoanniweinmetsejeisjutilz
a pod tym szeregiem liter znajdował się tylko jeden wyraz, grubem pismem wypisany:
Nigdy!
Widocznem było, iż miałem przed sobą, tak zwany kryptogram, to jest pismo ułożone według szczególnej umowy, ażeby zabezpieczyć od niedyskrecji pewne zwierzenia się kompromitujące.
Ponieważ sama natura rzeczy przekonywała o tem, powiedziałem więc sobie, że przecież nie używa się ostrożności tak kłopotliwych w zwykłych stosunkach życia. Wywnioskowałem więc, że szpargał ten zawierał w sobie jakieś niebezpieczne zeznanie...
Catenac słuchał tego wszystkiego z mocnem postanowieniem stawiania jak można najsilniejszych zarzutów.
Należał on do rodzaju tych upartych, a zawziętych bojowników, którzy nigdy nie przyznają się do tego by ich ramię dotknęło piasku areny, ale którzy leżąc na ziemi jeszcze zaprzeczają rzeczywistości swej porażki.
— Konkluzję nie trudno było wyprowadzić, powiedział drwiącym tonem.
— Była to rzecz elementarna, to prawda; ale zawsze potrzeba było wpaść na nią. Właśnie to nad prostemi rzeczami zastanawiamy się najmniej, do takiego stopnia wszystko co proste wstrętnem jest naszej naturze. Dowodem tego rozbite jajko Kolumba. Co do mnie, to poczytywałem siebie za tem bardziej obowiązanego do odgadnięcia tej zagadki, żem był naczelnikiem stowarzyszenia, którego członkowie zręcznemu wyzyskiwaniu cudzych tajemnic zawdzięczają nie tylko pieniądze, które wypożyczają na wypłaty tygodniowe, ale jeszcze i fałszywą konsyderację, którą się osłaniają.
Hortebize spojrzał drwiąco na Catenac’a i powiedział:
— Schowaj to do kieszeni; pokwitowania nie wymaga się.
Skinieniem głowy zacny stręczyciel podziękował przyjacielowi:
— Było to rano, mówił dalej, zamknąłem drzwi i poprzysiągłem sobie, iż nie wyjdę z mego gabinetu, dopóki nie przetłumaczę tego hieroglifu.
Kolejno, Paweł, doktor Hortebize i nawet Catenac rozglądali z największą uwagą papier podany im przez Mascarota.
Litery te zestawione jakby przypadkowo, w oczach ich nie miały żadnego sensu.
— Niepotrzebnie łamię sobie głowę, rzekł w końcu doktor zniecierpliwiony. W życiu mojem nie odgadłem żadnego logogryfu.
Zacny stręczyciel uśmiechał się. Nie bardzo on grzeszył brakiem miłości własnej, a miał powody do przedłużania zdziwienia swoich słuchaczów.
— Nie odgadujecie? zapytał wreszcie, biorąc z rąk Pawła kawałek papieru.
— Wcale nie, odrzekł cierpko adwokat.
— Przyznam się, zaczął znowu Mascarot, że na pierwszy rzut oka i ja zrozumiałem nie więcej aniżeli wy w tej chwili. Jednak nie rzuciłem do kosza tego szpargału, który dostał się do mnie może już z dziesiątych rąk, jak tego dowodziły plamy, któremi był pokryty. Pożółkły papier i wyblakły atrament przekonywały, że dokument ten był dawno pisany. A przytem jakiś tajemny głos mówił mi, że trzymam w ręku narzędzie, za którego pomocą wszyscy trzej dojdziemy do fortuny.
— Zwykle wielcy ludzie słyszą podobny głos, mruknął adwokat.
Ale Mascarot nie uznał za właściwe podnosić ten przycinek.
— W zakątkach umysłu każdego człowieka, mówił dalej, ukrywa się jakaś niewyjaśniona żądza poznania, niepojęty instynkt ciekawości. Temu to zawdzięczają swe powodzenie rebusy i szarady, lichy pokarm, rzucony próżniaczej ciekawości.
A zauważcie to jeszcze, że dla podbudzenia siebie nie miałem entuzjazmu dziecinnej pewności. Mogłem dojść do błahostki, tak samo jak i do odkrycia ogromnego. Szanse były równe, nie łudziłem się co do tego.
Naprzód, rozglądając z wielką uwagą ten zagadkowy szpargał wyróżniłem na nim dwa rodzaje pisma, zupełnie odmienne. Jeżeli kobieta ułożyła rebus, to ten, kto na dole podpisał „Nigdy“ był niezawodnie mężczyzną.
Jasnem było, że owo „nigdy“ stanowiło konieczną odpowiedź na niezrozumiały wiersz poprzedzający.
Wszystko zatem było jakby rozmową między dwiema osobami. Kobieta o coś prosi, mężczyzna odmawia.
Teraz, dla czego użyto w tem dwóch języków, że tak powiem? Dla czego ten frazes tajemniczy, a pod nim jedno słowo napisane zwykłym sposobem?
Krótkie zastanowienie wyjaśniło mi tę pozorną anomalie.
Zadanie kobiety, niebezpieczne ze swej natury, mogło wyjawić fakta, które wszelkiemi siłami chcianoby zachować w tajemnicy; lakoniczna zaś odpowiedź „Nigdy!“ nic nie kompromitowała.
Ale jak się stało, zapytacie, że żądanie i odmowa znajdują się na jednej i tej samej ćwiartce papieru, na tej samej stronie? Pytanie to, które i ja sobie postawiłem, rychło zostało rozwiązane.
List, którego kawałek trzymam w ręku, nigdy nie był przeznaczony na pocztę i nigdy też tam się nie znajdował. Korespondencja wymieniona była między dwoma sąsiedniemi domami, między dwoma piętrami jednego domu, a kto wie? może między dwoma pokojami jednego apartamentu.
Pod wpływem straszliwych wzruszeń i naglących okoliczności, kobieta napisała te litery i przez służącego kazała je zanieść człowiekowi, którego błagała o coś. On, uniesiony gniewem, pochwycił pióro, napisał tę nieubłaganą odmowę i oddał papier służącemu, mówiąc: „Oddaj to swojej pani“. Po zrobieniu takich przypuszczeń, pozostawało wyczytanie kryptogramu. Bardzo niedoświadczony w tej robocie, doznawałem — nie będę tego ukrywał przed wami — niezmiernych trudności. Wskutek tego uprzedzenia bardzo zwykłego, że się w innym przypuszcza więcej przebiegłości aniżeli w sobie samym, niesłychanie wytężałem mój umysł, zapuszczając się w kombinacje coraz zawilsze.
Traf podał mi klucz, którego szukałem.
Machinalnie podniósłszy do góry ten kawałek papieru literami ku światłu, od razu przeczytałem co było napisane na drugiej stronie.
Miałem przed sobą próbkę kryptografii prawdziwie dziecięcej. Litery i wyrazy zamiast od lewej strony ku prawej, szły od prawej ku lewej; dla doczytania się do sensu, dość było ustawić je w zwykłym porządku.
Szybko pochwyciłem ołówek i przepisałem wszystkie litery, poczynając od końca: z, l, i, t, u, j, 8, i, ę i t. d. Porozdzielałem wyrazy naumyślnie pozłączane i otrzymałem taki znaczący frazes:
Zlituj się, jestem niewinna, oddaj mi nasze dziecko!
Zacny Hortebize już pochwycił szpargał lążacy na biurku i powtórzył wskazany manewr.
— Prawda zawołał, to niemowlęctwo sztuki.
Zacny stręczyciel mówił dalej:
— A zatem przeczytałem; ale była to rzecz najmniejsza. Ten kawałek listu znaleziony był pomiędzy pięciu czy sześciuset funtami szpargałów kupionych podczas licytacji jednego zamku w okolicy Vendome jak tu dojść do jego autorów?
Wątpiłem bardzo, by mi się to udało. W tem na rogu tego świstka — popatrzcie sami — dostrzegłem ślady dewizy. Nie zrozumiała dla mnie, była ona łatwą do wyczytania dla jednego mego przyjaciela, byłego ucznia szkoły dyplomatyki. Jestto dewiza szlachetnego i damnego domu Champdoce...
Wstał, jak gdyby chciał rzucić te wyrazy z wyższego miejsca, oparł się o kominek i mówił dalej:
— Taki był, panowie, mój punkt wyjścia. Idea była wątła. Słabe światełko miało mię prowadzić. Inny zniechęciłby się; ja — nie.
Jestem cierpliwy i umiem budzić się z tą samą myślą, z którą zasnąłem.
W sześć miesięcy potem widziałem już, że ten błagalny frazes zwrócony był przez księżnę Champdoce do jej męża, kiedy i w jakich okolicznościach.
Potem, z czasem, przeniknąłem tajemnicę o której istnieniu przekonywał mię ten list.
Jeżeli nie działałem szybciej, to dlatego, że jeden punkt, jeden tylko, pozostawał dla mnie nie wyjaśnionym., Od wczoraj już nim nie jest.
— A!.. zawołał doktor, Karolina Schimel wygadała się!
— Tak jest. Trunek wyrwał z jej ust tajemnice, zachowywaną przez dwadzieścia trzy lata.
To rzekłszy, zacny stręczyciel otworzył jedną z szuflad swego biurka, wyjął z tamtad gruby rękopism i podniósł go tryumfalnie do góry.
— Oto jest moje arcydzieło! zawołał, wyjaśnienie tego, com zrobił w ostatnich piętnastu dniach. Wysłuchawszy to opowiadanie, pojmiecie, jakim sposobem w jednej i tej samej sieci trzymam księcia i księżnę Champdoce i Dianę Sauvebourg, hrabinę Mussidan. Słuchaj doktorze, ty, który miałeś we mnie ślepe zaufanie; słuchaj i ty, Catenac, który chciałeś mię zdradzić — a potem powiecie mi, czy przesadzam, twierdząc, że jestem pewny powodzenia.
Podał rękopism Pawłowi i dodał:
— A ty, moje kochane dziecię, czytaj. Przedewszystkiem dla ciebie to napisałem. Czytaj z całą uwagą do jakiej jesteś zdolny; jest to historja wielkiego domu. I zauważ to dobrze, iż nie masz tam ani jednego szczegółu, choćby wydał ci się on najbłahszym, któryby nie miał wielkiego znaczenia dla twojej przyszłości... Paweł otworzył zeszyt i głosem drżącym zrazu, ale który stopniowo wzmacniał się, począł czytać smutną historję spisaną przez Mascarota.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.