Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część II/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.

Być panem najwygodniejszego pomieszkania, urządzić się zupełnie według swego gustu, przywyknąć do przetrawiania tam w spokoju egoistycznych przyjemności człowieka bezżennego — a potem nagle zostać wywłaszczonym!
Czy można wystawić sobie większą mękę?
Takiej mianowicie męki doznawał doktor Hortebize, gdy dobry ojciec Tantaine w imieniu Mascarota prosił go o gościnność dla Pawła Violaine.
Zbladł i zadrżał miły epikurejczyk na samą myśl tej inwazji. Dzielić się swoim apartamentem a być z niego wypędzonym przez komornika, — wydawało mu się jednem i tem samem.
Widział w ponurym obrazie całe swoje życie wstrząśnięte, zwyczaje naruszone, swobodę skompromitowaną.
Co począć, co robić, dokąd iść, jak się bawić z takim przymusowym towarzyszem, śpiącym pod jego dachem, jadającym przy jego stole, chodzącym wszędzie razem, trzymającym się paltota jak dzieciak fartucha swej bony?
Skończyły się wytworne obiady w restauracjach w towarzystwie dowcipnych smakoszów. Skończyły się tajemnicze wizyty, na które nieraz czekał z niecierpliwością, wieczorem, zasunąwszy firanki, wysławszy służbę do teatru.
To też z całego serca posyłał do djabła zacnego stręczyciela i jego protegowanego.
Ale nie przyszło mu na myśl nawet próbować usunąć się od tego ciężkiego obowiązku.
Zupełnie prawie wtajemniczony w projekta Mascarota, czuł on, że pilnowanie Pawła w pierwszych dniach było niezbędnem.
Trzeba było chłopca tego oddalić od dawnego życia, olśnić, przeistoczyć, między jego przeszłością i przyszłością wykopać przepaść tak głęboką, aby żadną miarą nie mógł powrócić.
Czyż nie było koniecznem, aby nie wyjawiając Pawłowi całej prawdy, przygotować go do niej! Trzeba było zahartować umysł jego przeciw buntowi, jeżeli nie możebnemu, to zawsze przypuszczalnemu sumienia w ostatniej chwili.
Doktor więc zrezygnował się i umiał nadrobić miną.
Paweł znalazł w nim najprzyjemniejszego towarzysza, dowcipnego i łatwego doradcę, wyłączającego moralność wygodną i filozofię bez skrupułów.
Przez pięć dni nie rozstawali się. Śniadanie jadali w wielkich restauracjach, przejeżdżali się po lasku, obiadowali w klubie doktora.
Wieczory ich były wszystkie zajęte.
Spędzali je punktualnie u pana Martin-Rigal. Doktor grał z bankierem, gdy ten był w domu, — a Paweł z Flawią rozmawiali półgłosem, lub też zajmowali się muzyką.
Ale nic na tym świecie nie masz wiecznego. W piątym dniu tego przyjemnego istnienia ukazał się poczciwy Tantaine i oświadczył, że przybywa po Pawła i jego rzeczy.
— Wyszukałem panu i urządziłem, powiedział, najśliczniejszy lokalik, o jakim tylko marzyć można. Wprawdzie nie tak tam pięknie jak tu, ale wszystko zgodne jest z pozycją, jaką panu należy przybrać.
— Gdzież to jest?
Człeczyna uśmiechnął się znacząco.
— Myślałem o tem, żeby panu zaoszczędzić butów; nie będziesz pan mieszkał o milę od pana Martin-Rigal.
— Idźmy więc!.. zawołał młody człowiek zaciekawiony.
Jako factotum stary pisarz nie ma sobie równego. Wie wszystko, zna się na wszystkiem, przewiduje wszystko, myśli o wszystkiem.
Paweł przekonał się o tem, jak tylko rzucił okiem na swoje nowe pomieszkanie.
Znajdowało się ono przy ulicy Montmartre, prawie na rogu ulicy Joquelet.
Było to, jak już ojciec Tantaine dał do zrozumienia, skromne pomieszkanie artysty początkującego; ale takiego, który już pokonał pierwsze zawady, myślał o przyszłości i nawet zajmował się wygódkami w teraźniejszości.
Apartament położony na trzeciem piętrze, składał się z małego przedpokoiku, dwóch pięknych pokojów i dość obszernego gabinetu. W jednym pokoju urządzona była sypialnia; w drugim salonik; przy oknie stał fortepian.
Sprzęty, firanki, obicie wszelkie drobiazgi były czyste, ale nie nowe.
Jeden szczegół zastanowił Pawła.
Apartament ten, który jak mu mówiono, został dopiero od trzech dni wynajęty dla niego i umeblowany, zdawał mu się zamieszkałym. Zycie tam przebijało się wszędzie. Można było przysiądz, że lokator tylko co wyszedł i zaraz powróci.
Wszystko, od łóżka, które zdawało się jeszcze ciepłem, aż do niedopalonych świec w lichtarzach zdradzało codzienne życie niczem nie zamącone.
Pod łóżkiem stały pantofle już przechodzone, ogień na kominku jeszcze nie wygasł, tu i owdzie leżały kawałki niedopalonych cygar, na stole papier zalinjowany do nut, na którym rozpoczęto jakąś arję.
Wrażenie to, iż ktoś tu mieszkał, było tak silne, że Paweł nie mógł powstrzymać wykrzyknika:
— Ależ ten apartament jest zajęty, my tu jesteśmy u kogoś!
— Jesteśmy u pana, moje dziecię.
— Teraz, być może, gdyż pan zakupiłeś to wszystko razem; ale ten, kto panu sprzedał te ruchomości, zapewne tylko co się oddalił.
Słodki Tantaine miał zachwyconą minę szkolarza, któremu udała się psota.
Od roku, powiedział, jedynym lokatorem pan tu jesteś. Czyż nie poznajesz swego pomieszkania?
Paweł słuchał z otwartemi ustami, przeczuwając mistyfikację, albo tajemnicę.
— Żarty powiedział, byle się odezwać.
— Nigdy w życiu nie mówiłem tak serjo. Oto już przeszło rok przeniosłeś pan tu swoje penaty. Czy chcesz pan dowodów. Zaraz dam je panu.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł, nachylił się nad schodami i całym głosem krzyknął:
— Matko Bigot!... Wejdź no pani tu!
— To oddźwierna tutejsza, powiedział, zobaczysz pan.
W tej chwili weszła do apartamentu otyła stara kobieta, wstrętnego pozoru, czerwona z miną słodką i złośliwemi oczyma, błyszczącemi z pod siwych gęstych brwi.
— Dzień dobry, matko, rzekł do niej stary pisarz od komornika; przywołałem tu panią dla zasiągnięcia niejakich wiadomości.
— Jestem na usługi, panie Tantaine.
Człeczyna palcem wskazał na Pawła, ciągle zwracając się do odźwiernej.
— Znacie tego pana? zapytał.
— Czy to żarty? to nasz lokator.
— Jak się nazywa?
— Paweł.
— Tak krótko?
— A tak, Paweł, inaczej zwany Razem Nic. Czy nie będziesz mu pan wyrzucał, że nie zna swego ojca, ani matki?
— Jakiej pan jest profesji?
— Artysta daje lekcje fortepianu, komponuje arje i przepisuje nuty.
— Ile na tem zarabia?
— A!.. nie obliczałam z nim tego. Tak, od oka, musi zarabiać do czterech set franków miesięcznie.
— I to mu wystarcza?
— Rozumie się. Ale bo też to takie rozsądne, takie oszczędne! prawdziwa panienka. Do takiego stopnia, że ja, która mam córkę, chciałabym by ta była do niego podobna. A taki pracowity, a taki dystyngowany, a rządny!...
Wyjęła tabakierkę, zażyła sporą szczyptę i tonem przekonywającym dodała: I piękny chłopiec.
To oświadczenie rozweseliło ojca Tantaine. Mówił jednak dalej:
— Aby być tak dobrze poinformowaną, musisz pani oddawna znać już pana Pawła i zapewne mówiłaś z nim o jego interesach.
— Ba! na przyszły kwartał będzie już piętnaście miesięcy jak się tu sprowadził, a od tego czasu każdy boży dzień porządkuję mu jego gospodarstwo.
— A wiesz pani gdzie mieszkał przedtem?
— Naturalnie, ponieważ chodziłam tam aby się wywiedzieć. Mieszkał przy ulicy Jacob, za rzeką. Bardzo go tam nawet żałowano, ale musiał przenieść się bliżej do miejsca, gdzie pracuje, niedaleko ztąd, przy ulicy Richelieu, w bibliotece.
Człeczyna skinieniem powstrzymał odźwierną.
— Dość tego, matko Bigot, powiedział, zostaw mnie samego z panem.
Dziwnej tej rozmowy Paweł słuchał ze zdumioną miną człowieka, który sam siebie dotyka, aby się przekonać, czy śpi, czy czuwa, czy żyje, czy marzy.
Słodki ojciec Tantaine zamknął starannie drzwi za odźwierną i powrócił ku swemu protegowanemu, śmiejąc się głośno, zanadto nawet głośno, aby ten śmiech był naturalnym.
— No i cóż? zapytał, co pan powiesz o tej przygodzie?
Dwie minuty upłynęło nim Paweł mógł przemówić. Bohaterskie robił wysilenia, by zebrać rozpierzchłe myśli.
Przypomniał sobie rady, jakich od pięciu dni doktor Hortebize udzielał mu na wszystkie tony: „Przygotuj się pan do wypadków najszczególniejszych, nie dziw się niczemu i bądź gotów na wszystko.“
Jak na pierwszy szturm, nieźle się trzymał.
— Wnoszę, powiedział wreszcie, żeś pan dał lekcję tej kobiecie.
Skrzywienie się starego pisarza nie pozostawiało wątpliwości, że odpowiedź ta nie spodobała mu się.
— Do licha! powiedział z ironią, której ukrywać nie zadawał sobie trudu, jeżeli to jest wszystko coś pan pojął, to dalecy jeszcze jesteśmy od porozumienia się.
Drwiny te musiały do żywego dotknąć próżność protegowanego Mascarota.
— Przepraszam, odrzekł z zarozumiałością, pojmuję, że scena ta jest tylko przedmową i czekam na romans.
Było to powiedziane z taką pewnością, że stary pisarz od komornika zachwycił się.
— Tak jest, moje dziecię, zawołał rozczulonym głosem ojcowskiego wylania, tak, to tylko niezbędna przedmowa! Romans wykryje ci się, gdy nadejdzie właściwa pora... a zobaczysz jaką wspaniałą rolę zachowano dla ciebie, i pojmiesz jakie cię czeka powodzenie, jeżeli potrafisz być aktorem utalentowanym!
— Dlaczegóż nie powiedzieć wszystkiego odrazu?
Zacny człeczyna łagodnie kiwnął głową.
— Cierpliwości, powiedział, cierpliwości! Nie w jednym dniu Paryż zbudowano. Pozwól się prowadzić, mój synu! pozwól nam wymierzać ciężar według twoich sił, spuść się na naszą opiekę! Na dziś dość. Otrzymałeś pierwszą lekcję; teraz powtórz ją sobie..
— Lekcję?
— Albo repetycję, jak ci się podoba; tak jest moje dziecię. To, czego miałem cię nauczyć, ułożyłem w fakta, by cię żywiej zajęło, by głębiej wyryło ci się w umyśle.
Wyrazy te zostały wypowiedziane tak dobitnie, iż nie było co ani wątpić, ani wahać się.
— Wszystko, coś słyszał od tej kobiety, mówił dalej słodki Tantaine, kładąc nacisk na każdy wyraz, by mu tem większą nadać donośność, wszystko co powiedziała, powinno być prawdą. Gdy dojdziesz do tego, że sam w siebie to wmówisz, wtedy będziesz gotów do walki, aż do tej pory — nie. Pamiętaj o tem: można zmusić do wierzenia tylko w to, w co sami wierzymy. Niemasz żadnego znakomitszego oszusta, który by sam nie był najprzód pierwszą ofiarą swego oszustwa.
Usłyszawszy ten brzydki wyraz: oszust, protegowany Mascarota próbował protestować.
Ale było to jednym więcej powodem dla Tantaina, aby tem większy nacisk położyć na swoją replikę, tak jak się akcentuje frazes stanowczy, dający klucz do sytuacji nieznanej.
— Jeden z moich przyjaciół, tak mówił dalej, który żył w bliskich stosunkach z fałszywym Ludwikiem XVII., który miał swoich stronników, opowiadał mi mnóstwo szczegółów o nim. Chłopak ten, syn szewca z Amiens, tak dalece wyrzekł się sam siebie, aby się przeniknąć osobistością zapożyczoną, że raz znalazłszy się niespodziewanie wobec dziewczyny z własnej jego okolicy, która była niegdyś jego metresą, i którą kochał do szaleństwa nie poznał jej.
— O!... zawołał Paweł, jakaż historja!...
— Nie poznał. Do takiej perfekcji i pan dojść musisz. Nie uśmiechaj się kwestja jest bardzo poważna. Musisz dojść do tego, by się zupełnie wyzwolić od samego siebie i wejść w skórę człowieka nowego. Paweł Violaine, nieprawy syn handlarski z Poitiers, zanadto naiwny kochanek pięknej Róży nie istnieje już. Umarł z wycieńczenia na strychu w hotelu Peruwiańskim, jak to może zaświadczyć w razie potrzeby pani Loupias.
Stary pisarz od komornika nie żartował.
Zrzucił z siebie maskę ciemięgowatej dobroduszności i mówił tym nieprzepartym akcentem, który w najtwardsze mózgownice wbija myśli jak zaostrzone gwoździe.
— Pozbędziesz się tej indywidualności zawadzającej, mówił dalej, jak zużytego ubrania, które odrzuca się i zapomina. Taka jest cena powodzenia. I nie zalecam ci, byś stracił pamięć inteligencji, to niepotrzebne; nakazuję tylko stracić pamięć ciała, która jest ograniczona, głupia, zawsze zdradzająca. Nie trzeba, ażeby, jeżeli kto krzyknie na ulicy Viclaine!... tyś się odwracał machinalnie.
Paweł, chociaż przygotowany do tej lekcji, czuł jednak, że rozsądek jego chwieje się i drżyjak płomienie świecy na wietrze.
— Któż jestem? zapytał.
Słodki Tantaine pozwolił sobie uśmiechnąć się drwiąco.
— Odźwierna powiedziała to, odrzekł, bardzo dokładnie, lepiej i ja sam nie potrafiłbym. Masz imię Paweł, całkiem krótko, wychowany byłeś w domu podrzutków, nigdy nie znałeś swoich rodziców, od piętnastu miesięcy mieszkasz tu, a przeszłego roku mieszkałeś przy ulicy Jacob. Odźwierna, usługująca ci, nie wie nic więcej... Ale gdy pójdziesz ze mną na ulicę Jacob, to poznają cię tam odźwierni i powiedzą gdzieś mieszkał przedtem... gdy tam pójdziemy — również przypomną sobie ciebie.
— I będę tak mógł dojść do przeszłości? Ależ mój Boże! aż do dnia twego urodzenia. Być może, iż szukając dobrze, dojdziesz aż do twego ojca...
— O! panie!...
— Jeżeli ten nie dojdzie do ciebie.
Paweł zamyślał się coraz głębiej.
— Ależ jeżeli będą mnie wypytywać o szczegóły mego życia, o to, com robił? Wszak to może się zdarzyć; mogę być zapytanym przez p. Martin-Rigal, przez pannę Flawię!...
— Aha!.. jesteśmy nakoniec!.. Otóż, bądź pan spokojny; udzieli mu się dokumentów tak dokładnych, iż z łatwością będziesz mógł opowiedzieć, godzina po godzinie, całe swoje dwadzieścia trzy lata.
— A więc, panie, ten którego mam zająć miejsce, był tak samo jak ja muzykiem, kompozytorem?..
Zniecierpliwiony pisarz od komornika, nie żenował się zakląć:
— Sacrebleu!.. zawołał, udajesz pan prostotę? Czyż mówiłem panu, że masz zająć czyjekolwiek miejsce?.. Co mi pan mówisz o jakimści innym? Tu tylko pan jesteś; Czyż nie słyszałeś co mówiła odźwierna?
— Tak, ale...
— Powiedziała panu, że jesteś artysta. Sam się wykształciłeś, jak wszyscy ludzie energii. Czy talent potrzebuje nauczycieli? Aby żyć do czasu, kiedy opery twoje poczną być przedstawiane, dajesz lekcje.
— Komu? Przecież będą mię pytać.
Ojciec Tantaine wyjął z kubka stojącego na kominku trzy bilety wizytowe i podał je Pawłowi, mówiąc:
— Oto są nazwiska i adresy trzech pańskich uczennic, z których każda płaci sto franków miesięcznie za dwie lekcje na tydzień. Te dwie zaświadczą, jeżeli będziesz wątpić o tem, że jesteś ich nauczycielem oddawna. Trzecia, pani Grodorge, wdowa, zezna nawet w sądzie pod przysięga, że lekcjom jego zawdzięcza wszystko co umie, umie wiele. Jutro przedstawisz się tym uczennicom w godzinach wskazanych na biletach. Przyjęty będziesz jak znajomy... staraj się być swobodnym, jak dawny nauczyciel.
— Postaram się.
— Jeszcze słowo. Obok lekcji, dla przysporzenia sobie dochodu, kopiujesz w bibliotece dla bogatych amatorów fragmenta dawnych oper nie wydanych. Oto na fortepianie leży niedokończona robota dla markiza Crois-nois, prześliczny utwór Valserry: I tredici mesi...
Na ten raz było dość. Wziął pod rękę Pawła i oprowadził go po całem mieszkaniu.
— Jak pan widzisz, mówił, nic nie zapomniano; sądzić można, że mieszkasz tu od wieków. Więcej jeszcze: jako chłopak porządny, pan nie wydajesz wszystkiego co zarabiasz. W szufladzie swego biórka znajdziesz ośm obligacyj kolei orleańskiej i około tysiąca franków — są to twoje oszczędności.
Tysiąc zapytań przychodziło jeszcze na myśl Pawłowi, ale już zacny człeczyna otworzył drzwi.
— Przyjdę tu jutro z doktorem, powiedział.
Potem zwracając się do swego pupilla z ironicznem błogosławieństwem, powiedział, jak niegdyś Mascarot:
— Będziesz księciem!..
We drzwiach swego pokoiku odźwierna domowa, matka Bigot, czekała na wyjście starego pisarza od komornika.
Ujrzawszy go powoli zstępującego ze schodów, z pochyloną głową, jak człowiek przytłoczony interesami, pobiegła ku niemu z szybkością, na jaką tylko pozwalała jej otyłość.
Jesteś pan kontent ze mnie panie Tantaine? zapytała najsłodszym swym głosem:
— Ts... odrzekł poczciwina, po brutalsku wpychając ją do pokoiku, cicho! Czyś oszalała? mówisz tak głośno, że cię posłyszeć może pierwszy lepszy przechodzący!
Dobry Tantaine wydawał się tak rozgniewanym, że odźwierna spuściła nos i zadrżała jak winowajca wobec sądu.
— Sądzę, rzekła, żem dobrze odpowiadała.
— Bardzo dobrze, matko Bigot; doskonaleś mnie zrozumiała. Oświadczę to p. Mascarotowi.
— Co za szczęście!... w takim razie jesteśmy uratowani, ja i mąż!
Stary pisarz ruszył głową z powątpiewaniem.
— Uratowani... odpowiedział, nie ze wszystkiem. Wprawdzie pryncypał ma ramię potężne, ale też i wy macie nieprzyjaciół, wielu nieprzyjaciół. Wszyscy słudzy tego domu nienawidzą was i bardzoby się cieszyli — tego ci ukrywać nie będę — gdybyście doznali jakiego kłopotu.
— O! panie... czy być może? czy można mówić coś podobnego! Ja i mój mąż jesteśmy dla nich tak dobrzy!
— Teraz, być może, bo się obawiacie ich świadectwa; ale dawniej!... Ach! i ty i twój mąż, oboje wleźliście w bardzo brzydką sprawę. Prawo mówi wyraźnie: Artykuł 386, paragraf 3. To pachnie więzieniem. Szczególniej ta przeklęta historja z pękiem kluczów, które widziała w waszych rękach bona z drugiego piętra to straszne.
— Teraz otyła kobieta zadrżała, złożyła ręce i błagającym głosem szepnęła:
— Ciszej panie!... zaklinam pana, ciszej!...
— Zbłądziliście bardzo, mówił dalej Tantaine, żeście tak późno zgłosili się do pryncypała. Już wiele gadano, policja była uprzedzona i nie mogła nie działać.
— To nic, gdyby p. Mascarot chciał...
— Ale i chce, kochana kobieto, chce być wam przydatnym. Jestem przekonany, że mu się uda zatrzeć poszukiwania; już kilka osób przyrzekło mu, że będą świadczyć przychylnie dla was... Tylko wiecie usługa za usługę, trzeba mu być najściślej posłusznym.
— O! kochany pryncypał!... Ja i Bigot poszlibyśmy w ogień dla niego; moja córka Eufemia poszłaby także...
Stary pisarz cofnął się ostrożnie. Obawiał się, że w przystępie rozczulenia odźwierna rzuci mu się na szyję.
— Pryncypał nie wymaga takich ofiar, odpowiedział. Wszystko czego od was żąda, to, byście nie plątali się w opowiadaniach o Pawle, byście zachowali największą dyskrecję. Jeżeli jednem słowem zdradzicie tajemnicę wam powierzoną, opuści was, a wtedy, jak powiedziałem artykuł 386...
Artykuł ten, stanowiący karę za złodziejstwo domowe, widocznie nabawiał kolek odźwiernę.
— Niech mi położą głowę na rusztowaniu, zawołała, a i wtedy utrzymywać będę, że pan Paweł jest naszym lokatorem od roku, że jest artystą, że go znam. Co do wygadania się jednem słowem, to wolałabym raczej uciąć sobie język!...
Ton tego oświadczenia był tak szczery, że stary pisarz od komornika powrócił do zwykłej swej słodyczy.
— Przy takich warunkach, powiedział, jestem umocowany oświadczyć wam: Miejcie nadzieję. Tak jest, w dniu, w którym ukończona zostanie sprawa naszego młodego człowieka, wyjedna się wam zaświadczenie, które uczyni was białymi jak śnieg i pozwoli twierdzić z otwartem czołem, żeście byli spotwarzeni.
Był to układ; matka Brigot widziała dobrze.
— A niechże się kończy najpomyślniej i najprędzej! zawołała.
— Nie potrwa to długo, zaręczam. Ale do tego czasu, wiecie? największy dozór i ciągły.
— Damy baczenie.
— Każdemu, ktoby przyszedł do Pawła, wyjąwszy pryncypała, doktora i mnie, mówić, że go nie masz w domu.
— Rozumiem, nikt nie wejdzie.
— Oprócz tego trzeba wywiedzieć się o nazwisku tego kto przychodził i zaraz dać nam znać na ulicę Montorgueil.
— W pięć minut wiadomość będzie już tam.
Poczciwy Tantaine namyślał się nad tem, czy nie ma jeszcze czego zalecić.
— To już wszystko, rzekł po chwili. A! jeszcze! Notować trzeba najściślej godziny, w których ten piękny chłopiec wychodzi i powraca do domu; mówić do niego jak najmniej, ale podpatrywać wszystkie jego czynności.
To powiedziawszy i nie zwracając uwagi na oświadczenia gorliwej odźwiernej, odszedł powtarzając:
— Pilnujcie! pilnujcie! żeby nie zrobił głupstwa.
To ostatnie zalecenie, przynajmniej na teraz, było zupełnie zbytecznem.
Paweł nie był w stanie nic przedsięwziąć.
Dopóki czuł się pod okiem Tautaire’a, dopóty w szkaradnej swej próżności czerpał dość energii, by zachować pozory stanowczości. Ale jak tylko poczciwy człeczyna oddalił się, opanowało go takie przerażenie, że padł na fotel jak bez czucia.
Bo pomiędzy wszystkiemi pomysł mi wstrętnemi dla wyobraźni, nie masz wstrętniejszego nad stratę własnej osobistości.
Jeżeli umysł z łatwością uznaje potrzebę przebrania się, nakazaną okolicznościami, to dla tego, że przebranie jest tylko chwilowem i że zresztą pod fałszywem imieniem i zapożyczonem ubraniem człowiek pozostaje samym sobą.
Nie w takiem położeniu był Paweł.
Nie tylko widział się zmuszonym do zrzeczenia się swej indywidualności, ale i do przybrania indywidualności innego.
Być może, iż będzie bogaty i szczęśliwy, poślubi Flawie, będzie nosić znakomita imię; ale żona, pieniądze, szlachectwo, szczęście. wszystko to zawdzięczać będzie haniebnej komedji.
A po zawarciu układu, co się już prawie stało, niepodobna mu cofnąć się. Będzie on jak aktor, skazany na życie pod maską i w kostiumie swojej roli. Będzie musiał aż do samej śmierci być tym innym, którego ukradł przeszłość.
Zadrżał, przypomniawszy sobie ponure wyrazy Tantaina:
— Pawel Violaine umarł.
I zdawało mu się, że rzeczywiście coś w nim pękło.
Dręczył swoją pamięć, szukając pomiędzy swemi wspomnieniami jakiegokolwiek przykładu podobnie dziwnej sytuacji; nie znajdował żadnego.
Owszem, był jeden.
Przypomniał sobie historje pewnego Cognard, śmiałego bandyty wcielonego w hrabiego Sainte-Hélène, którego cały Paryż uwielbiał męską postawę i świetny uniform na czele wojska podczas przeglądów królewskich.
Cognard ten był galernikiem, którego zdradził jeden dawny towarzysz łańcucha.
Grając tę ryzykowną partję on także naraża się na galery.
Czyż także nie może być poznanym przez jakiego zapomnianego towarzysza, który w chwili tryumfu wskaże na niego palcem i krzyknie:
— Stójcie!.. To Paweł Violaine z Poitiers, syn właścicielki sklepiku z ulicy Vignet.
Co wówczas pocznie, co odpowie? Czy pod strasznem wrażeniem takiej chwili będzie miał dość siły, by okupić się śmiałością spojrzeć z uśmiechem na takiego skarżyciela mówiąc mu:
— Mylisz się, ja cię nie znam.
Nie czuł w sobie takiego zuchwałego bezwstydu, a przekonanie, że nie stoi na wysokości swej roli jeszcze zwiększał jego trwogę.
Gdyby już niebył poniekąd wciągnięty, gdyby wiedział co zrobić z sobą, dokąd iść, jak żyć, toby uciekł.
Ale czy mógł?
Niestety chociaż bardzo niedoświadczony, pojmował on, że tacy ludzie jak stręczyciel, Hortebize i Tantaine, nie rzucają swoich tajemnic na chybi trafi. Wszyscy trzej udzielili mu dość zwierzeń, aby go przekonać, że poczytują go jako całkiem pozostającego w ich mocy.
A wiedział, co ma trzymać o potędze Mascarota. Był pewnym, że w żadnym razie nie zdoła ukryć się przed jego zemstą.
Przyjąć umowę, znaczyło narażać się na niebezpieczeństwo, ale dalekie; może prawdopodobne, ale nie pewne.
Wywijać się od układu znaczyło to narażać się na niebezpieczeństwo niechybne i najwyraźniejsze.
Między temi pogróżkami, Paweł powinien był wybrać odleglejszą.
Były to zresztą ostatnie konwulsje jego umierającej uczciwości.
— Przyjmuję, mruknął, naprzód!.. Przyznać trzeba, że owe pięć dni. spędzonych w towarzystwie doktora Hortebize ogromnym ciężarem zaważyły na szali decyzji Pawła.
Szanowny doktor w najwyższym stopniu posiadał umiejętność przyozdabiania wszelkiego złego i czynienia go dostępnym wszelkiemu sumieniu.
Dla wykazania swych szkaradnych teoryj musiał on zawsze znaleźć wyrażenia potoczyste, przyjemne, przyzwoite.
Gdy, pomimo to, ktokolwiek zdawał się zdziwionym, doktor natychmiast przytaczał przykłady najzupełniej uspokajające.
Tak, że zdawało się nie podobieństwem, aby przy zetknięciu z nim uczciwość, zaledwie nieco zahartowna, młodzieńca pożeranego żądzami jeszcze nie nasyconemi, nie została zdezorganizowaną.
Chłopak mający zasady honoru nierównie mocniej wkorzenione aniżeli Paweł, prawdopodobnie uległ by pod temi bezustannemi atakami, z pozoru niewinnemi, a mającemi potęgę kropli wody, która w końcu rozsadza skalę.
Nikt tak jak doktor nie umiał porę występować z maksymami rozkładającemi, które są jakby pewnikami korrupcji.
Mówił, że wyznaje wiarę silnych.
Uznawał dwie moralności: moralność ludzi rozumnych i głupców.
— Od kogo chcesz pan pochodzić, pytał Pawła — od Abla, czy od Kaima? Bez odkładania trzeba zrobić wybór. Synowie Abla, wieczne barany, wiecznie też będą strzyżone. Potomkowie Kaima, przeciwnie, umieją uzbroić się w nożyce i strzydz. Czego się pan obawiasz? Dziś już nie Bóg woła z obłoków: Kaimie coś zrobił ze swym bratem? ale sprawiedliwość ludzka, która poporzestaje na zapytaniu, czy pozbyto się Abla, według przepisów kodeksu.
Potem wszystkie te rozmowy przyprawiał aforyzmami, wprowadzonemi w praktykę, jak utzymywał, przez szczęśliwych tego świata.
Mówił Pawłowi:
„Powodzenie usprawiedliwia wszystko.“
„Jedna porządna wielka podłość, zbogacająca od razu, oszczędza mnóstwo małych podłości szczegółowych, których pozwalają sobie najuczciwsi ludzie.“
Albo też:
„Wielka droga do fortuny jest tak zawalona, że ci tylko dochodzą do celu, którzy mieli tyle zręczności, iż puścili się manowcami.“
Nauki doktora miały w sobie to straszliwego, że w każdej chwili mógł postawić siebie, jako wzór i powiedzieć:
— Popatrz pan na mnie!
I rzeczywiście przedstawiał on jeden z przykładów, które kazały wątpić o sumieniu i sprawiedliwości.
W nim występek tryumfował, używał, jeździł powozem i śmiejąc się zabryzgiwał błotem uczciwą biedę.
Co do kary, która następuje prędzej lub później, — jeżeli obawiał się jej, to nie przyznawał się do tego.
Nie powiedział Pawłowi, że medalion ozdobiony drogiemi kamieniami, kołyszący się na jego brzuchu finansisty, zawiera subtelną truciznę, na którą liczy w razie katastrofy.
Nie mówił tylko:
— Odwagi, przyjacielu Pawle! spuść się pan na Mascarota, tak jak ja, jak markiz Croisenois, jak Van-Klopen, jak tylu innych. Mascarot może wszystko czego zechce, jest przywiązany i niezawodzi. Gdy między fortuną a którymkolwiek z jego przyjaciół znajduje się błoto, nie waha się; jak święty Krzysztof bierze on na swe potężne barki przyjaciela i przechodzi.
Co do tego ostatniego punktu, to doktor przemawiał do wierzącego.
Daleki od powątpiewania o potędze Mascarota, Paweł raczej chętnie przesadzał ją. Po ostatniej scenie nie upatrywał on, że tak powiemy, granic tej potęgi, opartej na terroryzmie.
Jeżeli od czasu opuszczenia hotelu Peruwiańskiego olśniony był szybkością wypadków, to zainstalowanie go w apartamencie przy ulicy Montmartre, zdawało mu się rodzajem cudu.
Zdumiony był ilością osób, które zacny stręczyciel umiał wprawiać w ruch i zmuszać do współdziałania przy przeprowadzeniu swoich projektów.
Ta odźwierna, zapewniająca, że go zna, ci ludzie z ulicy Jacob, u których można było wywiedzieć się, te uczennice, które mu wynalazł czyż wszyscy oni nie byli niewolnikami, których tajemnica wydała z powiązanemi rękami i nogami na łaskę Mascarota?
Czyż mógł się obawiać rozbicia z takiemi żywiołami powodzenia? Czy ryzykował nawet co, protegowany przez człowieka, któremu nie zdoła się wymknąć, który, zdaje się, że według swej woli rozrządza wypadkami, organizuje traf według tego jak mu potrzeba?
— I ja miałbym się wahać! mówił Paweł, niespokojnie chodząc po swym nowym apartamencie, i miałbym jeszcze skrupuły? O toby było za głupio!
Jednak źle mu się spało tej pierwszej nocy. Kilka razy zrywał się. Zdawało mu się, że dokoła jego łóżka błąka się mściwy cień człowieka, któremu ukradł osobistość.
Ale na drugi dzień, gdy nadeszła godzina pierwszej lekcji, czuł w sobie odwagę, lub raczej bez wstyd, i lekkim krokiem, z podniesioną głową i pewną miną udał się według adresu wskazanego na bilecie do pani Grodorge wdowy, tej, która miała być jego najstarszą uczennicą.
Nie domyślał się bynajmniej, że dwaj jego protektorowie, ukryci za węgłem, podpatrywali go.
Tak jednak było.
Powodowani wspólną chęcią przekonania się jak Paweł przyjmuje nową swą sytuacje, gdy jest pozostawiony sam sobie, Tantaine i Hortebize spotkali się na ulicy Jacquelet, właśnie w samą porę, by widzieć jak uczeń ich przechodzi i pochwycić wyraz jego twarzy.
Widząc go jak szedł napuszony, zamienili z sobą tryumfujące spojrzenie.
— Ohoho! zawołał stary pisarz od komornika, młody nasz kogucik podnosi już czub, który nie dalej jak wczoraj zwisał mu jeszcze... dobrze idzie!
— Tak, odrzekł doktor; już się puścił, dojdzie daleko.
Dla dokładniejszego jednak przekonania się, weszli do matki Brigot.
Z najuniżeńszemi oznakami nieograniczonego szacunku, stara odźwierna przyjęła przybyłych i odpowiadała na ich zapytania.
— Nikt nie był u młodego człowieka, powiedziała. Wczoraj wyszedł z domu dopiero o siódmej. Prosił mię, bym mu wskazała najbliższą restaurację; posłałam go do Duvala, tuż obok. O ósmej godzinie powrócił; przebrał się i wyszedł znowu. O dwunastej już spał.
— A dziś?
— Dziś, gdym do niego przyszła rano, było około dziewiątej. Wstał już i kończył ubierać się. Gdym uporządkowała apartament, prosił mię, bym poszła po śniadanie i przyrządziła kawę. Byłam posłuszną. Potem zaczął zajadać z takim apetytem, iż powiedziałam sobie: ptaszek przywykł już do klatki!
— Dalej?
— Począł śpiewać, zawsze jak ptaszek. Potem grał na fortepianie. Ach! drogi chłopczyk! głos ma tak piękny jak buzię! Słowo daję, że możnaby oszaleć od tego chłopczyka! Na szczęście moja córka Eufemia nie często przychodzi do mnie...
Reszta frazesu utonęła w ruchu, jaki zrobiła pociągając ogromną szczyptę tabaki.
— A gdy odchodził, rzekł ojciec Tantaine, czy nie powiedział jak długo zabawi?
— Tyle czasu, ile zajmą lekcje. Wie on, że pan ma przyjść...
— Dobrze.
Zadowolony z dozoru Tantaine, zwrócił się do doktora Hortebize.
— Może pan doktor pójdzie do ajencji? zapytał.
— Tak właśnie, chciałbym zobaczyć się z Mascarotem.
— Niemasz go w domu ale jeżeli pan każesz mu co oświadczyć, to racz wejść ze mną do apartamentu młodego człowieka; ja muszę rozmówić się z nim i zaczekam na niego.
— Niech i tak będzie, odrzekł doktor.
Był to jakby rozkaz dla odźwiernej. Wręczyła natychmiast dwom gościom klucze, pozostawione przez lokatora. Poszli szybko po schodach.
Doktor Hortebize lepiej aniżeli Paweł mógł sądzić o zręczności z jaką urządzono apartament, tak by wyglądał, jak dawno zamieszkały przez człowieka spokojnego i pracowitego.
— Sacrebleu! mój stary!.. zawołał tonem Szczerego uwielbienia, jak ty to umiesz robić!..
Jednym rzutem oka objął on najdrobniejsze szczegóły i mówił dalej:
— Słowo honoru! na sam widok tej małej pracowni, ojciec oddałby córkę zamieszkującemu ja.
Ale zatrzymał się, zdziwiony milczeniem starego pisarza od komornika. Spojrzał na niego i uderzyła go ponura mina Tantaine’a.
— Co ci jest? zapytał z pewnym odcieniem niespokojności, co się stało?
Tautaine przez chwilę nie odpowiadał. Usiadł, skrzyżowawszy nogi przed ogniem gasnącym na kominku i zaczął go gwałtownie rozdmuchiwać.
— To mi jest, mruknął, że nam zaczynają plątać się karty.
Na to oświadczenie wesołe czoło doktora zachmurzyło się także.
— Zawadza ci Perpignan, powiedział. Spotkałeś u niego trudności nieprzezwyciężone?..
— Nie. Perpignan jest poprostu głupiec. Zrobi właśnie to, co mu doradzę zrobić. Trzymamy księcia Champdoce...
Zacny Hortebize, przed chwilą znękany, odetchnął z zadowoleniem.
— W takim razie, powiedział, niewidzę...
— Co?.. zapominasz o małżeństwie markiza Croisenois? Tu jest przeszkoda. Robota tak umiejętnie wykombinowana, prowadzona z taką przezornością! Wczoraj jeszcze głową moją zaręczyłbym za powodzenie.
— A!.. może szedłeś ze zbytnią pewnością.
— Wcale nie. Przytrafiło się nieszczęście ot i wszystko. Czyż istnieje mądrość ludzka?.. Mądrość ludzka!.. to tylko wyraz. Zaradzić można temu, co nie było przewidziane, ale nie temu, co jest niemożebne.
— Jednak...
— Tak jest. Nigdy zręczny nieprzyjaciel nie wymyśli takiego szeregu przeszkód, jakie traf może przeciwstawić. Bywasz w świecie, doktorze powiedz więc czyś słyszał w r. 1868 o dziedziczce, bardzo pięknej i bardzo wysoko urodzonej, nieczułej na ponęty zbytku i próżności i zdolnej do wielkiej i prawdziwej namiętności...
Doktor uśmiechnął się tak, iż uśmiech ten stał za wszystkie zaprzeczenia.
— Otóż, mówił dalej, dziedziczka taka istnieje i nazywa się Sabina Mussidan. Kocha — i wiesz kogo?.. człowieka, którego już trzy razy w życiu spotkałem na mojej drodze, artystę, malarza... Chłopak ten musi posiadać największą energię, jaką tylko wystawić sobie można.
— Ba!.. artysta, zapewne bez majątku, bez stosunków...
Ruchem Tantaine przerwał mu.
— Na nieszczęście artysta ten nie jest bez stosunków; ma przyjaciela — i to jakiego!.. tego samego, który miał poślubić Sabinę, pana Breulh-Faverlay.
Wiadomość była tak dziwna, że doktor Hortebize nie zdołał wymówić ani słowa.
— Jakim sposobem doszło do tego zbliżenia, mówił dalej Tantaine, tego sobie wyjaśnić nie mogę. Musi to być genialny pomysł Sabiny. Koniec końcem fakt istnieje. Ci ludzie we dwóch umieli zjednać sobie kobietę, którą przeznaczałem do popierania kandydatury markiza Croisenois.
— Ale to być nie może!
— I ja jestem tego zdania. Nie przeszkadza to jednak temu, że wczoraj wieczorem wszystko troje naradzali się i poprzysięgli — tak przynajmniej sądzę uczynić co tylko można, byle przeszkodzić temu małżeństwu.
Doktor podskoczył na fotelu.
— Co?... zawołał, co?... domyśleli się projektu markiza! A?... a toż jak?
Stary pisarz smutno kiwnął głową.
— Otóż to właśnie!... jak? odpowiedział. Jenerał nie może być na wszystkich punktach, gdzie toczy się wielka bitwa, i zawsze pomiędzy jego pomocnikami znajdą się niedołęgi, lub zdrajcy. Ułożyłem między Vau-Klopanem a markizem komedję, która miała nam wydać wice-hrabinę Bois-d’Ardon. Wszystko było przewidziane, wykombinowane, ułożone; obmyślałem wszystkie szczegóły, jak ja jeden to umiem. Nie mogłem nie liczyć na tryumf zupełny... Na nieszczęście, po jeneralnej próbie przewybornej, samo przedstawienie wypadło nędznie. Ani Croisenois, ani Van-Klopen nie zadali sobie trudu, by odegrać role swe na serjo. Przygotowałem im arcydzieło pod względem dowcipu i sytuacji, a zrobili z niego scenę brutalską, śmieszną, oburzającą, parodję!... Sądzili niezdary, że łatwo oszukać kobietę... A tu, jak na dobitek, markiz, któremu zaleciłem największą oględność natychmiast zdemaskował swoje baterje!... tak, jest!... ten próżny głupiec mówił o Sabinie. Od tej chwili wszystko było stracone. Wicehrabina, za chwilę oszukana, zastanowiła się, i porozumienie, istniejące między aktorami, rzuciło się jej w nocy. Domyślając się zasadzki, wpadła w wielki strach, i krzycząc „Ratuj cie!“ poleciała do pana Breulh.
Doktor słuchał widocznie zmięszaby.
— Któż cię mógł tak o tem poinformować? zapytał.
— Nikt — odgaduję. Widzę rezultaty, domyślam się więc przyczyn. O!... już dane jest hasło, by się mieć na ostrożności!...
Słodki Tantaine nie jest z liczby ludzi marnujących na niepotrzebnych rozmowach czas, który nazywa swoim kapitałem.
Jeżeli otwiera usta, to znaczy że ma coś do powiedzenia i słowa jego, pozornie najbłahsze, mają zawsze poważną donośność.
Doktor dobrze o tem wiedział.
Dla tego też niespokojność jego wzrastała w miarę jak czuł, że przybliża się do celu, którego nie mógł domyśleć się.
— Do czego mówisz mi to wszystko? zapytał; dla czego nie powiesz bez ogródki, że partja jest przegrana?
— Bo jeszcze nie jest przegrana.
— Jednak, słysząc ciebie...
— Powiedziałem, że jest mocno narażona, nie więcej a to co innego. Gdy grasz w écarté o pięć punktów, twój przeciwnik ma cztery a ty ani, jednego, czy rzucasz wtedy kartę i grę? Nie. Masz nadzieję zrobić jeszcze pięć punktów, czy tak?
Niczem nie zamącona flegma pisarza od komornika, do rozpaczy przyprowadzała doktora.
— A zatem, za wołał, opierasz się przy tem by walczyć dalej?
— Naturalnie.
— Ale to szaleństwo, to znaczy biedz z lekkiem sercem prosto w przepaść, której zmierzyliśmy głębokość.
Stary pisarz pozwolił sobie gwizdnąć w sposób wielce drwiący.
— A cóż mamy robić, zapytał, według zdania waszej ekscelencji?
— Nic. Zarzucić tę kombinację a szukać innej, może nie tak korzystnej, ale też nie tak niebezpiecznej. Tobie się chce grać dalej? Byłaby to, doprawdy, próżność wcale nie na miejscu. Chciałeś ukąsić ten kawałek, ale za twardy, prawda? Rzuć więc go; na co masz się upierać i łamać sobie zęby? Obejrzeliśmy tych ludzi; są to gracze nad nasze siły, dajmy im pokój. Zresztą, co to nas może obchodzić, czy pana Mussidan zaślubi markiza Croisenois, czy pana Breulh, czy kogo innego? Czy w tem leży spekulacja? Na szczęście nie. Pomysł rzeczywiście produkcyjny, pomysł utworzenia towarzystwa, do którego zapiszą się wszyscy twoi daunicy, pozostaje cały i nietknięty. Zajmijmy się nim. A tymczasem, wierz mi, przyznajmy się między sobą do porażki, zatrąbmy do odwrotu i udawajmy zabitych.
Zatrzymał się, zmieszany szyderskim uśmiechem ojca Tantaine.
— Zdaje mi się, dodał tonem urażonym, że w mojej propozycji nie ma nie śmiesznego, że jest rozsądna.
— Być może. Pozostaje tylko rozpatrzeć czy jest praktyczna.
— Nie upatruję nic takiego, coby ci przeszkadzało przyjąć ją.
— Doprawdy? W takim razie przestrach ukazuje tobie sytuacje przez szczególniejsze okulary. Zadaleko zaszliśmy, kochany doktorze, aby mieć jeszcze wolność wyboru. Iść naprzód jest dla nas koniecznością niezbędną. Cofać się w tej chwili, znaczyłoby to naprowadzać przeciwników na nasze tropy. Bądź co bądź, musimy to rozplątać. Lepiej zatem wybrać miejscowość dla bitwy i zaczynać. Przy równych siłach, atakujący ma trzy pewne szanse na dziesięć. To już obrachowano.
— Wszystko to tylko słowa...
— Ba!... — a nasze zwierzenia się markizowi Croisenois — czy także tylko słowa?...
Argument ten, jeżeli nie pokonał doktora, to wstrząsł go żywo.
— Czyż byłby on tak nikczemnym by nas zdradzić zawołał.
— Czemu nie! jeżeli będzie miał w tem interes? Zastanów się i osądź: Croisenois goni ostatkami; olśniliśmy go perspektywą fortuny książęcej. Czego się on chwyci, gdy mu powiemy: „Przepraszamy! nic się nie da zrobić; jesteś pan w nędzy; pozostań w niej.“
— Możnaby go załagodzić, dopomódz mu.
— A dokąd że to nas doprowadzi? Czy chcesz popłacić jego długi, wyzwolić sukcesję, podtrzymywać jego wymagania? Od chwili, gdym mu wyjawił tajemnicę naszego stowarzyszenia, on trzyma nas tak dobrze jak my jego; lepiej nawet, bo ma mniej do stracenia. Nauczyliśmy go muzyki, doktorze, a teraz on nam każe tańczyć.
— O!... byłeś bardzo nieostrożny!
— Sacrebleu!... trzeba przecież zwierzyć się komuś. Zresztą dwie sprawy: księcia Champdoce i Sabiny, są z sobą w związku. Razem je ułożyłem i obie też powiodą się, albo zgruchoczą w mojem ręku.
— A więc chcesz wytrwać?
— Więcej aniżeli kiedykolwiek.
Od niejakiego czasu doktor z afektacją, która nie mogła ujść uwagi starego pisarza, poruszał i pobrzękiwał złotym medaljonem wiszącym na łańcuszku od zegarka.
— Poprzysiągłem niegdyś, powiedział z bladym uśmiechem, że losy nasze będą wspólne. Nie cofam słowa. Idź! a chociaż tak niebezpieczną wydaje mi się droga, przy której upierasz się, ja pójdę za tobą do samego końca... do przepaści. Mam pod ręką co trzeba dla uniknięcia cierpień upadku: Lekkie ściśnięcie gardła, jak przy przełykaniu pigułki, piorunująca konwulsja, zawrót głowy, czkawka... i wszystko skończone.
Ta złowroga przezorność doktora zawsze oburzała Tantaine’a. W tej chwili szczególnie była mu niemiłą.
— O! dość tego! zawołał. Gdy sprawa przyjmie ostatecznie zły obrót, wtedy zrobisz użytek z twego medalionu; do tego czasu, daj mu pokój, jeżeli łaska.
Wstał z miną wielce niezadowoloną, oparł się o kominek i mówił dalej:
— Dla ludzi naszego hartu, niebezpieczeństwo znane nie jest już niebezpieczeństwem. Zagrażają nam — będziemy bronić się. Biada temu kto zawadza! W najgorszym razie ucieknę się do środków stanowczych.
Przerwał sobie, poszedł otworzyć wszystkie drzwi, aby być pewnym, że nikt nie podsłuchuje i powróciwszy na swoje miejsce zaczął znowu głuchym głosem:
— Wszystko dobrze zważywszy, jeden tylko człowiek zawadza nam: Andrzej. Usuńmy go a wszystko pójdzie jak z płatka.
Zacny Hortebize podskoczył jakby dotknął rozpalonego zelaza.
— Nieszczęśliwy zawołał: chciałbyś...
Stary pisarz uśmiechnął się przerażająco i odrzekł:
— Jednak, gdyby było potrzeba!... Czyż nie lepiej zabić djabła, aniżeli być zabitym przez niego.
Przerażenie doktora było tak wielkie, iż dzwonił zębami. Przystawał on na to, by żądać od ludzi „pieniędzy lub honoru“, ale nie „pieniędzy lub życia“...
— A gdyby nas wykryto! wybełkotał.
— Nas? Co znowu? Przypuść, że zbrodnia jest popełniona: sprawiedliwość będzie szukać, komu ona korzyść przynosi. Czy dosięgnie do nas? Nigdy. Będzie ona wiedzieć naprzykład, że wskutek tej śmierci pan Breulh może otrzymać rękę osoby, którą ubóstwia, a która przenosiła nad niego Andrzeja...
— Okropność!... zawołał doktor oburzony.
— Eh! wiem o tem. To też będę robił wszystko co można, aby uniknąć tej ostateczności. Gwałtowne środki są mi wstrętne tak jak i tobie. Będę szukał, znajdę coś lepszego.
Nagle zatrzymał się. Wszedł Paweł z listem w ręku.
Protegowany Mascarota był rozpromieniony; z miną śmiesznej pewności siebie podał rękę doktorowi Hortebize i staremu pisarzowi od komornika.
— Słowo daję powiedział tonem nadzwyczaj swobodnym, żem liczył na wasze uprzejme odwiedziny, ale nie tak wcześnie. Dziękuję trafowi, który natchnął mię myślą zajścia do siebie na chwile.
Ojciec Tautaine z trudnością powstrzymał ruszenie ramionami.
Mimowolnie porównywał on teraźniejszą zarozumiałość Pawła z jego rozstrojeniem w tem samem miejscu przed dwudziestu czterma godzinami.
— Więc interesa idą według życzenia? zapytał doktor.
— Idą tak dobrze, że nawet, choćbym chciał, nie znalazłbym powodu do uskarżania się.
— Wracasz pan z lekcji?
— Tak jest. Tylko com rozstał się z panią Grodorge. Co to za miła i śliczna kobieta! A jak uprzejmą była ze mną!...
Gdyby Paweł najzupełniej nie wiedział dla czego i jakim sposobem drzwi pani Grodorge stanęły dla niego otworem, to i w takim razie nie wyrażałby się inaczej.
— Jeżeli tak, to łatwo można sobie wytłumaczyć pańskie zadowolenie, odrzekł doktor z małym odcieniem szyderstwa, którego Paweł nie dostrzegł.
— O! powiedział, taka błabostka nie bardzoby mię rozruszała. Jeżeli wydaję się panu zachwyconym, to dla tego, że mam inne powody... ważniejsze...
— Czy byłoby to niedyskrecją zapytać jakie?
Paweł przybrał minę poważną i tajemniczą młodzieniaszka, którego dławi pierwszy sekret miłośny.
— Nie wiem z pewnością, czy mam prawo mówić... zaufanie wkłada obowiązki.
— Do licha!... miłośna przygoda!... już!...
Zarozumiałość Pawła rozkoszowała się.
— Zachowaj pan swoją tajemnicę, kochany panie, zachowaj, doradzał ojciec Tantaine.
To był właśnie środek rozwiązania mu języka; zacny człeczyna przewidział to.
— O panie, zawołał, czy masz mię pan za tak niewdzięcznego, bym cokolwiek ukrywał przed wami!...
Tryumfująco machnął papierem, który trzymał w ręku i spekulując na wywołanie efektu, mówił dalej:
— Oto list, który mi wręczyła odźwierna, gdym wchodził. Przyniósł go posługacz z banku. Zgadnijcie od kogo? No, nie łamcie sobie głowy — od panny Flawii Martin-Rigal i nie pozostawia żadnej wątpliwości co do uczucia, jakie ma dla mnie.
— O!...
— Tak, tak. W dniu, w którym na serjo tego zażądam, panna Flawia będzie panią... moją żoną.
Przelotny rumieniec, który znikł natychmiast, ukazał się na zgrubiałej i pomarszczonej twarzy starego pisarza od komornika.
— Szczęśliwy pan jesteś! zawołał, nie bez pewnego drżenia w głosie, bardzo szczęśliwy!...
Paweł, niedbale odchyliwszy swoje paletot i wsunąwszy palce w dziurkę od guzika, odpowiedział:
— Ach mój Boże! tak jest!.. Ale wierzcie mi panowie, że bez wielkich wysileń. Nie byłem wstrętny pannie Flawii i przy trzeciej mojej wizycie wyznała mi to ona bardzo uprzejmie.
Ojciec Tantaine, jak gdyby sądził, że okulary nie dość ukrywają jego wzruszenie, słuchał zasłoniwszy sobie twarz rękami.
— Wczoraj wieczorem, wszakże, zaczął znowu Paweł, panna Flawia była rozpaczliwie obojętna. Może myślicie, żem starał się ja zmiękczyć? Wcale nie. Powiedziałem sobie: „Napróżno tracisz czas, moja śliczna“ i wyniosłem się wcześniej niż zwykle.
Kłamał; zaniepokoił się tem okropnie.
— I mądrze sobie postąpiłem, mówił dalej. Biedna dziewczyna walczyła z własnem sercem, by się okazać surową względem mnie. Ale posłuchajcie lepiej co pisze:
Odrzucił w tył głowy włosy, przybrał najkorzystniejszą, jak sądził, pozę i zaczął czytać:
„Mój przyjacielu!
„Wczoraj byłam niedobra i żałuję tego. Całą noc spać nie mogłam, rozmyślając o głębokim smutku, jaki widać było w oczach pana, gdyś odchodził. Pawle, to była próba. Czy przebaczysz mi? Więcej cierpiałam, aniżeli ty, wierz mi.
„Ktoś taki, kto kocha mnie bardzo, niestety! być może więcej niż ty, ciągle mi powtarza, że, młoda dziewczyna, wyjawiająca temu, którego kocha, całą swoją myśl, naraża całe swoje szczęście.
„Czy to prawda? “ Byłoby to okropnie, Pawle, bo ja nigdy nie potrafię udawać. A na dowód tego, powiem ci wszystko. Mój drogi ojciec jest najlepszym, najzacniejszem z ludzi; czego ja chcę — i on chce. Jestem pewną, że gdyby twój przyjaciel, nasz dobry doktor Hortebize, w twojem imieniu przedstawił mu pewne żądania, to nie odpowiedziałby — nie. Jestem pewna, że gdybym ja także poprosiła go, jak to umiem, odpowiedział» by mi — tak...“
— I ten list nie rozczulił pana? zapytał ojciec Tantaine.
— Szczerze powiedziawszy: rozczulił. Bo widzisz pan, jest milion posagu...
Usłyszawszy te chełpliwe wyrazy stary pisarz od komornika, zerwał się tak groźny, że Paweł odskoczył, zdziwiony tym niepojętym napadem gniewu.
Ale od jednego spojrzenia zacnego doktora Hortebize, pisarz od komornika opamiętał się.
— Gdyby przynajmniej tak myślał, jak mówi, mruknął gdyby zbrodnia jego nie była fanfaronadą.
— To nasz uczeń!.. rzekł doktor z uśmiechem.
Poczciwy Tantsine przybliżył się do Pawła. Szeroką swoje rękę położył mu na głowie i prawie po brutalsku, mnąc jego piękne włosy, powiedział:
— Nigdy nie dowiesz się, mój chłopcze, ile masz zawdzięczać pannie Flawii! Ta szybka scena, tem większe wywarła na Pawła wrażenie, że nie mógł pojąć ani jej motywów, ani donośności.
Oto dwaj ludzie, którzy wprawili w ruch dwie najpotężniejsze dźwignie fatalnego swego rozumu, aby wywrócić w nim wszelkie podstawy moralności; on wprowadza ich nauki w praktykę, w nadziei zjednania sobie pochwał, a zamiast tego oni go traktują z największą pogardą. To rzecz nie pojęta.
Ale nim się opamiętał, by zapytać, już ojciec Tantaine zapanował nad swojem wzruszeniem.
— Kochane dziecię, powiedział; zlecenie moje już spełniłem. Jeżeli chciałem cię widzieć, to jedynie dlatego, że obawiałem się, iż ci może zabraknąć energii.
— Jednak, panie...
— O!.. wracam honor! Pan jesteś silniejszy, nierównie silniejszy aniżeli przypuszczałem.
— Chłopaczek zrobił postępy, dodał doktor.
— Takie postępy, że nadeszła chwila, by go już uznać za człowieka. Dziś wieczorem kochany Pawle, pan Mascarot otrzyma od Karoliny Schimel słowo zagadki, którego szuka. Jutro o drugiej bądź pan w ajencji dowiesz się o wszystkiem.
— Paweł chciał odpowiedzieć, poinformować się; ale poczciwy Tantaine nie dał mu na to czasu.
Przerwał pożegnaniem bardzo suchem i wyszedł, zabrawszy z sobą doktora, z miną człowieka unikającego wyjaśnień przykrych i niebezpiecznych.
— Chodźmy, powiedział mu do ucha, jeszcze chwila, a wygrzmocę tego błazna. O Flawio! Flawio!... twoje dzisiejsze szaleństwo przypłacisz kiedyś krwawemi łzami!...
Dwaj stowarzyszeni zeszli już ze schodów, a protegowany Mascarota stał jeszcze na środku swego małego salonu z wyciągniętą ręką, otwartemi ustami, nieruchomy i przedstawiający najdoskonalszy posąg ogłupienia.
Cała zarozumiałość, którą nadymał się przed chwilą, rozwiała się jak gaz balonu, który pękł od ukłucia szpilką.
— Bóg wie, co powie sobie o mnie ten nędzny doktor i ten szkaradny pisarz od komornika. Zapewne śmieją się z mojej naiwności i drwią sobie z moich pretensyj!...
Myśl ta przyprowadzała go do takiej rozpaczy, że aż zazgrzytał zębami.
Gniew niesłuszny!... Ani doktor, ani poczciwy Tantaine nie wymówili nawet jego imienia, gdy wyszli.
Krocząc ulicą Montmartre, Tantaine i doktor zajmowali się tylko wynalezieniem sposobu sparaliżowania działań Andrzeja.
— Informacje moje są zanadto nieokreślone, mówił Tantaine; za mało wystudjowałem grunt, aby coś przedsięwziąć. Taktyka moja w tej chwili polega na tem, aby nie dawać znaku życia; w tym duchu dałem instrukcję markizowi Croisenois. Ale odkomenderowałem do każdego z naszych przeciwników po jednym ajencie. Andrzej, pan Breulh, wicehrabina, nie ruszą się bez tego, bym nie wiedział o tem. Mam uszy przy ich drzwiach, oko w dziurce ich zamków, wtedy właśnie, gdy czują się najbezpieczniejszymi. Wkrótce będę jasno widział ich grę, a wtedy... Bądź spokojny, tak jak dotąd, i spuść się na mnie.
Doszli do bulwaru. Stary pisarz od komornika nagle zatrzymał się i wydobył wielki swój srebrny zegarek.
— Już czwarta godzina! zawołał. Jak czas uchodzi! Żegnam cię, bo nie mam ani chwili do stracenia. Czyż nie powinienem dopilnować moich ajentów, i zapewnić się, czy są na posterunkach!..
— Ale przynajmniej zobaczymy się wieczorem?...
— Wątpię. Jak mnie widzisz, mam zamiar jeść objad w jednej z restauracyj na bulwarach zewnętrznych.
Doktor wytrzeszczył oczy.
— O!... pewno, że nie dla mojej przyjemności, mogę ci zaręczyć, dodał Tantaine. Dziś wieczorem mam schadzkę „pod Turkiem“ z tym urwisem Totem. Mam tam znaleźć Karolinę Schimel, która posiada dałbym na to rękę w ogień tajemnicę księcia Champdoce. Jest ona dyskretna, przebiegła, zapewne pod strachem groźby; ale lubi kieliszek, i źleby było, gdybym nie wynalazł takiego płynu, który rozwiąże jej język. A teraz spieszno mi... do jutra.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.