Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część II/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Widzieć tego handlującego informacjami, którego Poluche nazwał pryncypałem, i który nosi pyszne imię Perpignan, znaczy to wyrobić sobie o nim zdanie.
Niepodobna omylić się na tym znakomitym egzemplarzu łotra, w którym zawarło się coś z szarlatana, fryzjerskiego garsona, szpiega i handlarza końmi.
Perpignan jestto mały człowieczek apoplektyczny, bardzo otyły, krępy, czerwony o ustach bezwstydnych i ognistych oczach.
Zawsze jest bardzo porządnie ubrany. Rzekłbyś że okradł wystawę jakiego jubilera, tyle na nim pierścionków, łańcuszków, spinek i breloków.
Mówi jakoś z głębi żołądka, siedziby jego myśli, i to głosem basowym, którego skalę lubi przesadzać.
Takim przerażającym w swej pospolitości przedstawił się aks-kuchmistrz poczciwemu ojcu Tantaine, idącemu za profesorem po niebezpiecznych schodach.
Jeżeli Poluche zmięszał się ujrzawszy starego pisarza od komornika, to niemniej zmieszał się i jego prvncypał, ale zupełnie z innych powodów. Wiedział on, że Tantaine jest prawą ręką stręczyciela z ulicy Montorgueil.
— Do pioruna!... pomyślał, aby ludzie ci zadawali sobie tyle trudu, by dotrzeć aż tu, do tego miejsca, do tajników mojej eksploatacji, to muszą mieć na to ważne powody. Trzymajmy się ostro!
I ukrywając pod uśmiechem, zanadto hucznym by był szczery, przykre swe wrażenie, podał rękę Tantainowi.
— Cieszę się bardzo, że widzę kochanego pana, powiedział, tak jest cieszę się, słowo honoru. A zatem będę mógł być w czemkolwiek pożytecznym! Bo przyznaj pan, że zażądasz odemnie jakiejś małej usługi.
— O!.. zawołał poczciwy człeczyna, drobnostka!...
— Tem gorzej, do licha! tem gorzej! Ja lubię pana Mascarota!...
Przyjacielska ta rozmowa miała miejsce w korytarzu i co chwila przerywana była krzykiem i śmiechem uczniów Poluche’a, którzy siedząc za stołem zajadali strawę uwarzoną w kotle przez matkę Butor.
Jednocześnie z temi krzykami słychać było, jakby głuchy akompaniament, płacz i jęki.
— A! do wszystkich piorunów! zawołał Perpignan, głosem od którego zadrżałyby szyby, gdyby tylko znajdowały się w oknach, któż tu jest niezadowolony?
Ponieważ nie było żadnej odpowiedzi, więc Poluche sądził, że powinien interweniować.
— To ci dwaj nasi urwisi Paryżanie, których wsadziłem na dyetę. Niech mię powieszą, jeżeli dam im choć opłatek nim się nauczą!...
Ale tu się zatrzymał przerażony piorunującym wzrokiem pryncypała.
— Na dyete!... ryknął Perpignan, któż to śmie u mnie, bez mojej wiedzy, pozbawiać biedne dzieci żywności?... Ależ to niegodziwie, potwornie, nikczem nie!... Kroćsettysięcy piorunów!... panie Poluche, zkąd się panu wzięła ta śmiałość?
— Ależ pryncypale, wybłlkotał zakłopotany profesor, sam pan mówiłeś mi ze sto razy...
— Co?... żeś głupiec? to wielka prawda! Stul gębę i powiedz matce Butor, by dała jeść tym małym cherubinom!
Scena była przykra, ale nie do naprawienia.
Nie okazując by go ona obeszła, chociaż w rzeczywistości wściekał się, Perpignan wziął pod rękę ojca Tantaine i poprowadził wgłąb korytarza.
— Chcesz pan, rzekł, rozmówić się ze mną, na osobności? Bardzo dobrze. Chciej pan wejść do tego pokoiku... to moje bióro.
Bióro nie było świetne: mała izdebka brudna, smutna i spustoszona, jak i cały dom. Trzy krzesła, drewniany stół, półka z kilku rejestrami, stanowiły umeblowanie.
Usiadłszy, Tantaine i Perpignan dość długo patrzyli na siebie, nie mówiąc ani słowa. Każdy z nich wysilał się, by przeniknąć myśli drugiego.
Dwaj przeciwnicy ze szpadami w ręku, czekający na znak sekundantów, by zacząć walkę, nie wpatrują się w siebie z większą uwagą.
Ale w tej wstępnej scenie wszystkie korzyści były po stronie starego pisarza od komornika, który miał oczy zasłonięte ciemnemi okularami.
To też Perpignan pierwszy przerwał milczenie.
— A więc pan słyszałeś, tak zaczął, o moim małym zakładzie?
— O!... przypadkiem dowiedziałem się!.. odpowiedział ojciec Tantaine głosem najswobodniejszym. Biegając wszędzie, tak jak ja, można dowiedzieć się wielu rzeczy... Tak naprzykład wiemy bardzo dobrze, że przedsięwziąłeś pan wszelkie środki ostrożności, by nie być skompromitowanym.
— Co?... co?...
— Tak jest. Pan tu jesteś wynajmującym, czy też właścicielem rzeczywistym... pozornie jesteś pan niczem. Dla wszystkich założycielem instytucji jest mąż pańskiej gospodyni, niejaki Butor, i kontrakt najmu spisany jest na jego imię. Gdyby się zdarzyła jaka nieprzyjemność, gdyby sądy nacisnęły pana — raz, dwa, trzy!... pan znikłbyś jak djabelek ze sprężyną w skrzynce i policja nałożyłaby swoją szeroką łapę na tego podstawionego bałwana Butora. Jako pomysł, to rzecz elementarna, ale w praktyce obrót taki udaje się zawsze.
Zdawał się rozmyślać, a potem dodał z obliczoną na efekt powolnością:
— Jeżeli mówię zawsze... to chcę tem powiedzieć, że w każdym razie, kiedy tylko nie masz nieprzyjaciela dość zręcznego, który by uczynił te ostrożności bezużytecznemi, przedstawiając dowody... współwinności...
Eks-kuchmistrz był zanadto przebiegły, by nie zrozumieć pogróżki i jej donośności.
— Do kroćset piorunów! pomyślał, ci ludzie muszą coś wiedzieć. Ale co?... ha!... gawędźmy dalej.
I głośno powiedział:
— Najpewniejszą rzeczą jest czyste sumienie. W takiem położeniu ja się znajduję. Nie mam nic do ukrywania. Widziałeś pan mój zakład; cóż myślisz o nim?
— Zdaje mi się, że jest urządzony na dobrą stopę.
— Prawda? Powiesz mi pan może, że spekulacja nie jest tego rodzaju, by mi mogła zjednać powszechne poważanie. Wiem o tem dobrze. Naturalnie, że wolałbym posiadać piękną fabrykę w Roubaix. Ale co pan chcesz! robi się co można.
Stary pisarz od komornika potakiwał głową.
— Nie masz głupich rzemiosł, powiedział.
— To samo i ja sobie mówiłem, ciągnął dalej eks-kuchmistrz. Zresztą nie ja jeden tak robię. Idź pan na ulicę Marguerite; mam tam kolegów. Ale nie lubię przedmieścia św. Antoniego. Tu moje cherubiny mają świeższe powietrze.
— Nie licząc tego, dodał Tantaine najniewinniej w świecie, że jeżeli przypadkiem krzyczą gdy się ich nieco karci, to nie masz sąsiadów, którzyby to słyszeli.
Perpignan nie uznał za właściwe podnosić tej uwagi.
— Dzienniki, mówił dalej, mocno na nas napadały. Do wszystkich piorunów!... niechby lepiej zajmowały się polityką. Bo w ostateczności, komu wyrządzamy szkodę? Nikomu, prawda? Tylko, na nieszczęście, ogromnie przesadzają nasze zyski.
— No, no!... zarabia się przecież na życie.
— Bez wątpienia; nie dokładam z własnej kieszeni; ale zapewniam pana, że w rzemiośle tem jest wiele takiego, co nie ma wartości. Ot, patrz pan w tej chwili sześciu moich cherubinów jest chorych, trzech na górze, a trzech w szpitalu, nie licząc, że ten, którego widziałeś pan w kuchni jak sądzę, wybiera się w drogę...
— Doprawdy! rzekł z powagą Tantaine, bardzo ubolewam nad panem.
Niczem nie zamacona zimna krew pisarza zaczęła mocno intrygować eks-kuchmistrza.
— Do kroćset!... zawołał, jeżeli spekulacja jest tak korzystna, to czemu Mascarot nie przedsiębierze jej? Słowo honoru, że gdyby kto słyszał pana, to mógłby pomyśleć, że takich dzieciaków jak moje, można zebrać ile się podoba. Trzeba jechać do Włoch, werbować, przeprawiać przez granicę jak kontrabandę, przywieźć aż tu. Wszystko to rujnuje.
Nie bez zamiaru Perpignan wynurzał się z taką przyjacielską swobodą.
Uprzedzał on pytania. Kto sam mówi, ten najlepiej wypowiada co chce.
Ale zacny Tantaine nie jest z tych, których wolę zatopić można w powodzi słów.
Perpignan zatrzymał się, by odetchnąć; uznał on za rozsądne skrócić ekspozycję, którą znajdował przydługą.
— W ogóle, zapytał Tantaine, tonem najniewinniejszym, ile też pan masz wychowańców?
— Czterdziestu, do pięćdziesięciu.
— Oho! to pan operujesz na szeroką skalę. A.... jakiej sumy wymagasz pan od każdego co wieczór?
Zapytanie było tak niedyskretne, że eks-kuchmistrz zawahał się.
— To zależy, odpowiedział.
— Ba! przecież masz pan jakąś średnią cyfrę.
— Przypuśćmy trzy franki.
Fizjonomia starego pisarza od komornika była tak naturalnie niewinną, iż doprawdy trudno było przypuszczać, by miał jaką myśl ukrytą.
— Niech będzie trzy franki, odrzekł, i liczmy tylko czterdziestu cherubinów, jak ich pan nazywasz, czyni to okrągło sto dwadzieścia franków dziennie...
Łagodna natarczywość człeczyny bardzo dziwiła Perpignana.
— Jak pan liczysz! zawołał. Czy myślisz pan, że każdy z moich urwiszów przynosi taką sumę?
— Ba!.. jak gdybyś to pan nie miał na to sposobów!
Eks-kuchmistrz nie mógł ukryć drżenia.
— Do kroćset! rzekł głosem nieco zachrypłym z powodu zaniepokojenia, co pan chcesz tem powiedzieć?
— O! nic takiego, coby pana mogło obrażać, odrzekł łagodny Tantaine z wylaniem. Kto chce’ skutków, ten chce i środków, prawda? Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że opinia jest panu przychylną. Między nami mówiąc, Gazeta Sądowa szkodzi panu. Podała ona do wiadomości publicznej pewne sposoby postępowania... nieco za żywe, jakich używają niektórzy z jego kolegów dla zachęcenia dzieciaków do pracy. Czyś pan nie słyszał o tym pryncypale, który przywiązywał swoich wychowańców na żelaznym łóżku i tak pozostawiał ich na całą dobę, czasami na dwa dni. Na co to został on skazany?
Od niejakiego czasu, Perpignan, czując się naciskanym, wstał.
— A czy ja wiem! za wołał tonem gniewnym. Czy mnie obchodzą podobne historje?.. W życiu mojem nie popełniłem żadnego gwałtu...
Stary pisarz od komornika mordował swoje okulary, jak to czynił zawsze, gdy przystępował do węzła kwestji.
— Można być, powiedział, bardzo ludzkim, mieć serce złote, a pomimo to być... wciągniętym przez okoliczności.
Stanowcza chwila przybliżała się. Perpignan czuł to dobrze, ale nadrabiał miną.
— Niech mię piorun roztrzaska, zawołał, jeżeli pana rozumiem!
— A więc, weźmy przykład: Przypuśćmy, że dziś wieczorem masz pan powód być niezadowolonym z jednego ze swych cherubinów. Cóż pan robisz? Zamykasz go w piwnicy. Przeciw temu nie ma co mówić. Potem kładziesz się pan do łóżka ze spokojnem sumieniem i spisz w najlepsze. A tymczasem, w nocy, powstaje ogromna ulewa; strumień płynący w pobliżu zamula się i woda wpada do piwnicy. Rano idąc wypuścić cherubina, znajdujesz pan tylko trupa... dziecko zalała woda.
Czerwona zwykle twarz eks-kuchmistrza, teraz posiniała.
— Dalej?.. powiedział.
— Tu dopiero zaczyna się „wciąganie przez okoliczności.“ Naturalnie, powstaje naprzód zapytanie co począć? Pójść do komisarza policji i opowiedzieć mu wszystko, byłoby rzeczą najprostszą... Ale znaczyłoby to wywoływać poszukiwania, zwracać uwagę sądów... Z drugiej strony... człowiek jest sam... nikt nie wie, że dziecko było zamknięte w piwnicy. Więc wykopuje się dół, wrzuca się tam trupa... i sza!
Perpignan oparł się o drzwi swego gabinetu, zamykając tym sposobem pisarzowi od komornika drogę do odwrotu.
— Pan wiesz bardzo wiele, panie Tantaine, powiedział, zanadto wiele!...
Nie było co wątpić, słysząc akcent pryncypała pana Poluche.
Ale zdawało się, że ojciec Tantaine bynajmniej nie zwracał uwagi na te nieprzyjacielskie przygotowania.
Owszem uśmiechał się swoim najsłodszym uśmiechem, zadowolony z siebie jak dzieciak, po dopuszczeniu się szkaradnego wybryku, którego nie obliczył ciężkich skutków.
— To nic, mówił dalej; co najwięcej zabójstwo w skutek nieprzezorności. Trzeba sądów djabelnie zawziętych, by skazać za to więcej jak na pięć lat więzienia. I to jeszcze sąd musiałby powoływać się na anteriora... Ale, jeżeli panu o to idzie, to mu przypomnę coś ważniejszego naprzykład pewną podróż w okolice Nancy...
Tego było już za wiele, eks-kuchmistrz wybuchnął.
— Kroćset piorunów!... zawołał, czego pan żądasz odemnie? wytłumacz się przecie!...
— Już miałem przyjemność nadmienić: żądam małej usługi...
— Doprawdy?... I dla takiej drobnostki probujesz pan zastraszyć mnie, ni mniej ni więcej tylko jak gdybyś chciał wyzyskiwać!
— O, panie! O jednej tylko rzeczy zapominasz pan, że nie tak łatwo mnie zastraszyć...
— Przepraszam; wszak pan pierwszy rozpocząłeś rozmowę o swoim... przemyśle.
— A więc to dlatego, by mi się przypodobać, pan od godziny opowiadasz mi głupie historje?
Za całą odpowiedź, stary pisarz od komornika ruszył lekko ramionami.
— No!... zaczął znowu Perpignan, usiłując hamować się, czy chcesz pan bym i ja powiedział mu co myślę?
— Owszem; niech się pan nie żenuje.
— Powiem zatem panu, iż zdarzają się sprawy, których człowiek sam nie podejmuje się. Ażeby przyjść do człowieka, takiego jak ja, i mówić mu to co pan mnie mówisz, na to trzeba być nie tak starym jak pan i cokolwiek silniejszym. Ja przekonam pana, że nieroztropnie jest, gdy kto dba o swoją skórę, zaawanturowywać się do takiego domu jak ten, zupełnie odosobnionego.
— Eh, mój Boże! cóż mi się może stać?
Perpignan nie odpowiedział. Ale skurczona twarz, oczy krwią nalane i pobielałe usta zdradzały ów przystęp wściekłości, podczas którego człowiek najsilniejszej woli przestaje być panem siebie.
Prawą swą rękę wsunął pod paletot i widocznie coś poruszał w bocznej kieszeni.
Ale zacny Tantaine, bardzo uważający, chociaż nie okazywał tego, nie tracił z oczu Perpignana. Dostrzegłszy nagły jego ruch i wściekłą nienawiść we wzroku, zerwał się i poskoczył ku niemu.
Eks-kuchmistrz jest niepospolicie silny i jak wół barczysty jednak gdy Tantaine nacisnął go swą żelazną ręką, zgiął się i zachwiał.
Po straszliwem wysileniu wyprostował się, począł szamotać i machać na chybi trafi rękami. Tantaine pochwycił go za krawat, który skręcił w ręku i począł dusić. Perpignan zachrapał.
Walka trwała nie więcej nad cztery sekundy. Trzy razy zacny człeczyna okręcił swego potężnego przeciwnika, potem nagle pochwyciwszy go w pół z siłą, jakiej niktby w nim nie przypuszczał, podniósł do góry i na pół zduszonego rzucił na krzesło.
I wszystko. Ani jednego słowa. Ani jednego krzyku.
Ale pewno nikt w tej chwili nie poznałby potulnego ojca Tantaine. Zdawało się, że urósł na stopę i odmłodniał o dwadzieścia lat; twarz jego, zwykle tak słodka, wyrażała najgłębszą pogardę i lodowatą złośliwość.
— A! chciałeś pobawić się z nożem! powiedział do Perpignana, który z trudnością oddychał; a! chciałeś, tak sobie, trocha zabić biednego starego człowieka, który ci nigdy nie zrobił nic złego! Czy masz mnie za tak naiwnego, żem tu do twej jaskini wlazł nie przedsięwziąwszy należytych ostrożności?
Wyjął do połowy i pokazał kolbę rewolweru.
— Jak widzisz, miałem ci czem odpowiedzieć!.. No, rzuć twój scyzoryk!
Zacny człeczyna nie omylił się. Perpignan, przebierając ręką w kieszeni, usiłował otworzyć bardzo ostry sztylet... Ale teraz był tak zdemoralizowany, tak upokorzony, iż usłuchał rozkazu staro winy i rzucił swoją broń w kąt.
— Tak, to co innego! powiedział pisarz od komornika; widzę, że poczynasz powracać do rozsądku; ale przed chwilą byłeś szalony... Jak to? ty, mający sławę człowieka tak sprytnego, chciałeś... Ależ nie zastanowiłeś się, nieboraku! Przyszedłem tu sam, to prawda; ale wiadomo żem tu przyszedł, ponieważ posłano mię. Gdybym nie powrócił dziś wieczorem, czy myślisz, że mój pryncypał, p. Mascaret, nie zdziwiłby się? Jutro byłby już niespokojny. Pojutrze poszedłby do pana prokuratora jeneralnego, a we dwie godziny potem siedziałbyś już pod kluczem!... A! musisz postawić mi tęgą świecę... i jeżeli nie zgodzisz się na to, by zrobić wszystko czego zażądam — toś niewdzięcznik!
Rysy eks-kuchmistrza wyrażały bolesne przygnębienie. Pobito go i wyśmiewano! Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek doznał podobnego upokorzenia.
— Musi być posłusznym, powiedział ponuro, kto jest słabszy.
— Bardzo słusznie. Powinienbyś był zrozumieć to od razu.
— Straciłem głowę. Zagrażałeś mi pan, widziałem dobrze, że będziesz żądał odemnie rzeczy... rzeczy...
— Właśnie mylisz się... A może też przychodzę z doskonałym interesem...
— W takim razie, do kroćset piorunów!... Do czego tyle korowodów? Do czego?...
Nakazującym ruchem Tantaine przerwał mu.
— Do tego, odpowiedział sucho, że nim ci co wyjawię, chciałem dowieść, że więcej jesteś zależnym od Mascarota, aniżeli twoje biedne małe chłopcy są zależni od ciebie. Oni są twoimi niewolnikami... ty jesteś jego niewolnikiem. Ty, mój kochany, jesteś w jego ręku jak jajko. Ruszysz się i już jesteś stłuczony... Zna on twoje historje i ma w ręku dowody.
Eks-kuchmistrz uchylił głowę i wybełkotał:
— Ten wasz Mascarot, to djabel; niepodobna oprzeć się djabłu.
— Doskonale!... takim chciałem cię właśnie widzieć! Teraz możemy pomówić jak dwaj przyjaciele.
Z miną bardzo nieszczęśliwą Perpignan usiadł naprzeciw ojca Tantaine, po drugiej stronie stołu, i o ile można starając się poprawić nieład swego ubrania.
— No, mruknął, usiłując obrócić wszystko w żart, gdy nie mogło być inaczej, jestem teraz wzięty na uzdę, rób pan co chcesz!
Ale stary pisarz nie był z tych, którzy nadużywają swej potęgi. Przybył on z planem gotowym; przewidywania zawiodły go po części — więc zastanowić się musiał przed rozpoczęciem akcji.
— Zapomnijmy, powiedział, o tem co zaszło, i zacznijmy od początku. Oto już od kilku dni każesz pan śledzić niejaką Karoline Schimel.
— Ja?...
— Tak, cokolwiek, mój kumie. Do śledzenia jej używasz najstarszego ze swoich cherubinów, wielkiego draba, lat szesnastu, lub siedmnastu, grywającego na arfie, i nazywającego się Ambrozio, co nie jest jego imieniem rzeczywistem.
— Ha! prawda!
— Ten urwis, trzeba mu oddać sprawiedliwość, jest dość niezręczny. Najprzód ze wszelką łatwością przyjmuje kieliszek od każdego, kto go nań zaprosi; a powtóre co jest wielką wadą w śledzącym łatwo się upija. Wczoraj wieczorem, ponieważ obawialiśmy się, by jego nieobecność nie wzbudziła w panu podejrzeń, byliśmy zmuszeni wpakować go do fiakra i złożyć na ziemi o parę ztąd kroków, na rogu ulicy Anglaise...
Eks-kuchmistrz uderzył się w czoło, jakby sobie coś nagle przypomniał.
— Więc to wy chodzicie za Karoliną Schimel?...
— Zgadłeś pan!...
— Eh!... wiedziałem dobrze, że nie ja sam to robię; widocznie nie znasz pan odwrotnej strony Paryża. Obok prawdziwej policji, i wbrew jej woli, rusza się, uwija, intryguje, nie wiem wiele policyj nieznanych. Jeżeli kto upiera się przy tem, by sobie jaką rzecz wyjaśnić, to naraża swoją skórę, a ja ogromnie dbam o moją.
Widocznie chciał Perpignan wprowadzić rozmowę na manowce.
— No, no, przerwał mu Tantaine, wracajmy do rzeczy; dla czego śledzisz pan Karolinę Schimel?...
— Dla czego?... ba!... dla czego... Doprawdy nie wiem czy mogę... Pan znasz dewizę moich cyrkularzy Szybkość i dyskrecja. Dotykasz pan tajemnicy, która nie jest moją, która powierzona została mojej uczciwości.
Poczciwy Tantaine skrzywił się ze zniecierpliwienia i zapytał:
— Czy gramy w otwarte karty?
— O! rozumie się.
— A więc do czego tu mówić o dyskrecji kiedy właśnie śledzisz pan Karolinę na własny swój rachunek, w nadziei, że przez nią owładniesz tajemnicą, której powierzono panu tylko małą cząstkę?
Eks-kuchmistrz, chociaż mocno przygnębiony, jeszcze próbował wykręcić się.
— Czyś pan pewny tego co utrzymujesz? zapytał.
— Tak pewny, że mogę panu powiedzieć, że ów klient posiadający tajemnicę, zalecony został panu przez pewnego adwokata, nazwiskiem Catenac.
Perpignan stanowczo był pobity. Nie zdziwienie już wyrażała twarz jego, ale osłupienie, przerażenie.
— Do kroćset piorunów!.. zawołał, podnosząc ręce w górę, cóż to za gracz ten Mascarot! Wie wszystko! wszystko!..
Nakoniec stary pisarz od komornika doczekał się pożądanego efektu ― i z widocznem zadowoleniem począł mordować swe okulary.
— Nie, odrzekł, pryncypał nie wie wszystkiego; a przekonywa o tem okoliczność, iż chce się dowiedzieć od pana, co mianowicie zaszło między klientem Catenac’a a panem. Oto jest usługa, jakiej wymagamy od pańskiej uprzejmości.
— I wyświadczę wam ją, sacrebleu!.. Mascarot ma niezaprzeczenie tęgą glowe... stoję po jego stronie!.. I, słuchaj pan! słowo honoru!.. Będę szczerym!.. Oto co jest! Już temu trzy tygodnie, pewnego poranku wyekspedjowałem u siebie przy ulicy Du Tour kilkunastu klientów, gdy wtem gospodyni moja przynosi mi bilet wizytowy. Czytam:„ Catenac, adwokat.“ Odpowiadam: nieznam, niech wejdzie. Wchodzi i po krótkiej rozmowie zapytuje, czy byłbym wstanie odszukać osobę, której ślady zaginęły już od dawna. Mówię, że mogę, bo przecież jest to moje rzemiosło. Następnie prosi mię, bym był u siebie w domu na drugi dzień rano, gdyż około godziny dziesiątej zostanę bliżej poinformowany. I rzeczywiście, na drugi dzień, punkt o dziesiątej, wchodzi do mnie człowiek poważny, ubogo ubrany. Lat sześćdziesiąt, surdut, jakby pisarka bez miejsca, kapelusz zużyty, ale czysty. Ale, Bogu dzięki, człowiek ma węch. Spoglądam na bieliznę — biała jak śnieg, cienka jak jedwab. Spoglądam na obuwie — buty pierwszego gatunku. Rozpatruję ręce — skóra delikatna, paznokcie wygładzone i starannie utrzymane... Z ugrzecznieniem podsuwam mu mój własny fotel. Siada i nie każąc się prosić, opowiada swój interesik:
„— Jak mię pan widzisz, mówi, nie zawsze byłem szczęśliwy. Był czas, w którym do takiego stopnia brakowało mi wszystkich środków do życia, iż musiałem zanieść do domu podrzutków małego chłopczyka, syna mojego i kobiety, która już nie żyje... Jest temu dwadzieścia cztery lata. Dziś jestem chory, sam jeden na świecie, mam niejaką fortunkę... Dałbym połowę jej, byle odszukać to dziecię... Czy sądzisz pan. że to jest możebnem?“
Perpignan mówi gładko, pomimo że był tylko kuchmistrzem i kieruje biórem wywiadowczem, utrzymując przytem trupę małych śpiewaków.
Podchlebiała mu niezmiernie uwaga, z jaką słuchał go ojciec Tantaine i to, że, jak mu się wydawało, sam pod pewnym względem wart był Mascarota.
Dlatego też mówił powoli, by wzbudzić niecierpliwość w swym słuchaczu, kładąc nacisk na to, co zamierzał robić, przebierając we frazesach i wyrazach.
— Łatwo pan pojmiesz, kochany pani Tantaine, zaczął znowu po chwili, że naiwne położenie tego starca mocno mię rozweseliło. Sądziłem, że będę miał do zrobienia rzecz zupełnie prostą, polegającą na tem, by się udać do szpitalu, dokąd odniesiono dziecię, o którem mowa. Powiedziałem sobie, że ten stary byłby chyba bardzo ubogi gdyby połowa, a nawet czwarta część jego majątku nie wynagrodziła mię hojnie za moją pracę. Powiedziałem więc śmiało,
iż podejmuję się uczynić zadość jego żądaniu, byleby udzielił mi na to nieco czasu. Ale, jak pan zobaczysz, zawcześnie radowałem się; stary jegomość był to lis przebiegły. Dawszy mi mówić, potem przerwał. „— Nie dałeś mi pan skończyć, powiedział; wytłumaczę mu wszystkie okoliczności, a może zapał pana ostygnie nieco i uznasz, że zadanie nie jest tak łatwem.“
Naturalnie, i odrzekłem, że przy niepospolitych środkach do poszukiwań, jakie posiadam, nic nie zdoła ukryć się przedemną; że Europa jest dla mnie klatką, do której dość mi sięgnąć ręką, aby wyjąć ptaka jaki mi się spodoba, tak pewnie jak on był pewny, że się ukrył. Bo w samej rzeczy organizacja bióra mego jest taka, iż nie chwaląc się...
— Pomińmy to, pomińmy!... rzekł ojciec Tantaine, to rzecz znana...
— Niech i tak będzie, odrzekł eks-kuchmistrz. To też pan jesteś w stanie pojąć co mogę powiedzieć klientowi. Ale on, który nie znał tej rzeczy tak jak pan, słuchał mnie z wielkiem zadowoleniem.
„— Tem lepiej, odpowiedział, tem lepiej, jeżeli pan jesteś tak zręcznym jak utrzymuje pan Catenac i tak potężnym jak sam mówisz. Nigdy nie nadawała się piękniejsza sposobność do okazania zręczności. Jak łatwo pan domyślisz się, ja także z mojej strony próbowałem różnych kroków, ale nadaremnie. A naprzód udałem się do szpitalu, gdzie zaniesione było moje dziecię. Pamiętano je tam dobrze. Pokazano mi rejestr, w którym zapisana była data przyjęcia. Ale nie wiedziano co się następnie stało z nieszczęśliwym chłopcem. W trzynastym roku życia uciekł i od tego czasu nie było żadnej o nim wiadomości. Wszelkie usiłowania w celu odszukania go pozostały bez skutku. Nie wiedziano dokąd się udał, ani co się z nim stało, ani nawet czy żyje.
— Oho! rzekł uśmiechając się ojciec Tantaine, zadanie piękne, niema co mówić.
— Piękne!... odrzekł Perpignan, tak się to mówi; ja zaś utrzymuję, iż jest prawie nie do rozwiązania. Szukaj pan po upływie dziesięciu lat tropu dzieciaka, który stał się mężczyzną.
— Zdarzały się rzeczy trudniejsze!
Ton starego pisarza od komornika wyrażał tak mocne przekonanie, że Perpignan zmieszał się i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
Mógł przypuszczać, że sprawa ta była proponowana Mascarotowi, że podjął się jej i prowadził z niejaką nadzieją na powodzenie.
— Trudne czy nie, odpowiedział, nie ukrywając tego, że czuł się obrażonym w swej próżności, ale ponieważ nie mam pretensji być tak potężnym jak pryncypał pana, propozycja mego klienta dała mi wiele do myślenia. Jednak nie okazałem tego i zapytałem, czy nie możnaby mieć rysopisu chłopca. Odpowiedział, że rysopis otrzymam jak najdokładniejszy, ponieważ wiele osób, a w tej liczbie przełożona szpitalu, bardzo dobrze przypominały go sobie, i że oprócz tego dane mi będą jeszcze rozmaite inne wskazówki, mogące być wielce przydatnemi.
— I zapewne pan już masz ten rysopis i te wskazówki?
— Jeszcze nie.
— No, no! To chyba żarty.
— Czysta prawda, słowo honoru!... Nie wiem czy stary jegomość wyczytał w mojej twarzy jakie wahanie się, dość, że na ten raz stanowczo odmówił wszelkich dalszych wyjaśnień. Być może, iż w tym dniu przybył tylko dla zasiągnięcia rady.
„— Sprawa tego rodzaju, powiedział mi, zasługuje na to, by się nad nią zastanowić, by się namyśleć. Tembardziej jest trudną i delikatną, że wszelkie poszukiwania wypadnie odbywać w najgłębszej tajemnicy. Nie można myśleć ani o zażądaniu pomocy policji, ani o ogłoszeniach za pomocą dzienników“.
Sądziłem, że stary przede wszystkiem potrzebował zapewnień; począłem mu więc dowodzić, że zakład mój jest grobem tajemnic. Odpowiedział mi po prostu, że wierzy temu. Potem zawezwawszy mię, bym mu nakreślił projekt zamierzanych poszukiwań i wręczył go panu Catenac, dodał, że nie chce bym napróżno marnował mój czas, i wyjąwszy z pugilaresu bilet pięćsetfrankowy, położył go na stole. Nie przyjąłem go, chociaż to wiele mię kosztowało. Było to albo za wiele, albo za mało; spodziewałem się lepiej obłowić w przyszłości. Ale począł nalegać, mówiąc, że jeszcze zobaczymy się, i że tymczasem będę się porozumiewał z jego adwokatem Catenac’iem. Potem wstał i wyszedł pozostawiając mię nie tyle zajętego przyszłemi poszukiwaniami, ile zaintrygowanego tą sprawą... Ot i wszystko!...
Jasnem było dla ojca Tantaine, że eks-kuchmistrz mówił prawdę. Jednak, ponieważ opuścił pewien ważny punkt, więc go zapytał:
— Jakto?... i nie starałeś się pan dowiedzieć, kto był ten starzec, uciekający się do przebrania?
Przez chwilę Perpignan zdawał się namyślać. Ale prędko zrozumiał, że z człowiekiem tak dokładnie poinformowanym, jak wysłannik Mascarota, wszelkie wybiegi byłyby dzieciństwem.
— Owszem!... odpowiedział. Klient mój był jeszcze na schodach, a ja już wziąłem bluzę, kaszkiet na głowę i puściłem się w trop za nim. Stanąwszy na ulicy ujrzałem go o dziesięć kroków przed sobą. Poszedłem za nim i wkrótce dostrzegłem jak wchodził, zupełnie tak jak do siebie, do pięknego pałacu przy ulicy Varennes.
Szczerość taka powinna była trafić do serca starego pisarza od komornika.
— Rzeczywiście klient pański był u siebie, powiedział miałeś pan zaszczyt odbyć naradę z księciem Champdoce we własnej osobie.
— Tak jest. Zaliczam do moich klientów ks. Champdoce, co mogę powiedzieć, jest wcale dla mnie pochlebnem. Ale niech mię diabli zaduszą, gdy pan tego nie uczyniłeś, jeżeli domyślam się, jak pan mogłeś wykryć to wszystko.
— O!.. odpowiedział skromnie Tantaine, traf tak czasem posłuży!.. Ale czego nie pojmuję, to owego łącznika między księciem a Karoliną.
Eks-kuchmistrz skrzywił się ironicznie.
— Doprawdy?.. powiedział. Więc dlaczegoż każecie ją śledzić?.. Moje powody są bardzo proste. Jak możesz pan domyślić się, zasiągałem wszelkich możebnych wiadomości o księciu Champdoce. Powiedziano mi, że jest to wielki pan, niezmiernie bogaty i obyczajów bardzo surowych. Żonaty i żyje bardzo dobrze z żoną. Mieli syna jedynaka, którego stracili w przeszłym roku i od czasu tej śmierci są niepocieszeni. Wtedy powiedziałem sobie: I książę jest człowiekiem. W młodości swej musiał uwieść jaką dziewczynę, a potem odesłał dziecię do szpitalu i zapomniano o niem. Po śmierci legalnego swego spadkobiercy, niemajac komu przekazać majątku i nazwiska, książę przypomniał sobie o owem dziecięciu, które w każdym razie jest jego dziecięciem i chce je odszukać... Co pan myślisz o tej konkluzji?
— Wydaje mi się logiczną; ale nie wyjaśnia mi wcale kroków pana względem Karoliny Schimel.
Nie masz wątpliwości że Perpignan nie był tej siły co słodki wysłannik Mascarota. Ale nie był do takiego stopnia ograniczonym, by nie czuć że jest formalnie badanym.
Jeżeli nie oburzał się na to, chociaż tak zarozumiały, to dla tego, że zanadto mocno był przekonany o zupełnej swej zależności.
Zresztą, gdy się już raz spowiedź zaczęła, to najlepiej niech będzie szczerą i zupełną. W ostatnim wyniku tych badań dopatrywał on jakąkolwiek korzystną propozycję.
— Łatwo się pan domyślisz, kochany panie Tantaine, że wyrozumowawszy sobie powody postępowania księcia Champdoce, pierwszem mojem staraniem było wywiedzieć się o jego przeszłości. Nie miałem pretensji dochodzić aż do matki dziecięcia, ale zawsze spodziewałem się zebrać niejakie szczegóły biograficzne. Przykro mi wyznać, że moje poszukiwania pozostały zupełnie bezowocnemi.
— Jakto?... z danemi jakie pan masz?...
— Śmiej się pan ze mnie; a jednak tak jest. Z trzydziestu służących, zapełniających przedpokoje, kuchnie i stajnie księcia Champdoce, niemasz ani jednego który by był w służbie dłużej nad dwanaście lat. Gdzie się podzieli ci, którzy służyli u księcia, gdy był młody? Niemogłem wykryć tego. Byłem niezmiernie zmartwiony, gdy w tem pewnego dnia, trafem najszczególniejszym, wszedłszy do jednego handlu win przy ulicy Varennes, posłyszałem mówiących o jednej kobiecie, która była w służbie książęcej przed dwudziestu pięciu laty i która dotąd otrzymuje małą pensyjkę. Kobietą tą była Karolina Schimel. Dostałem jej adres od jednego lokaja i teraz śledzę ją...
— Czegoż pan spodziewasz się od niej?
— Przyznam się, że nie wiele. Jednak owa mała pensja, wypłacana tej kobiecie, każe przypuszczać, że swojego czasu wyświadczyła ona swoim państwu pewną usługę. Czyż nie może też ona mieć jakich wiadomości o urodzeniu tego dziecka naturalnego?
— Przypuszczenie nie bardzo prawdopodobne, odpowiedział pisarz tonem najobojętniejszym...
— Zresztą, rzekł Perpignan, nie widziałem już więcej księcia Champdoce.
— A pana Catenac?
— Tego widziałem trzy razy.
— I nie dał panu żadnych nowych wskazówek? Nie powiedział nawet do jakiego szpitala oddane było dziecię?
— Nic... Tak że podczas ostatniej jego tu wizyty oświadczyłem mu, że zaczyna mię już nudzić ta cała sprawa. Zażądałem, by mi wyjawił wszystko co sam wie. Ale gdzietam! Gotówbym poprzysiądz, że sam chce się zrzec wszystkiego i że nawet żałuje że się w to wmięszał.
Tantaina nie dziwiło to wahanie się zacnego adwokata. Poznawał on w tem skutek pogróżek Mascarota. Ale zdawało się, że podziela niezadowolenie Perpignana.
— Czy te wszystkie wykręty nie wydały się panu szczególnemi? zapytał.
— Nie bardzo. Założyłbym się, że ten p. Catenac nie więcej wie odemnie. Najprawdopodobniej książę sam waha się z wyjawieniem wszystkiego. Bo zgodzisz się pan, że to rzecz ważna. Na jego miejscu ja tyleż obawiałbym się odszukać chłopca, ilebym pragnął tego. Kto wie, co teraz robi przyszły spadkobierca książąt Champdoce? Może gdzie wałęsa się pod rogatkami, jeżeli nie uzupełnia swego wykształcenia w jakim domu kary. Czego można spodziewać się od urwisa, który w trzynastym roku uciekł z miejsca, gdzie mu było bardzo dobrze?
Perpignan, tyran czterdziestu małych śpiewaków, pojmuje lepiej aniżeli kto inny w jakie okropne położenie wpaść może dziecię opuszczone.
— Obmyślałem, wszakże, plan wcale nie zły, mówił dalej. Przy pieniądzach i cierpliwości w materji poszukiwań można spełnić cuda.
— I ja jestem tego zdania.
— Oto com zamierzał zrobić. Dokoła miasta nakreśliłem jakby koło idealne, które metodycznie zwiedzałem. Mówiłem sobie: będę wstępował we wszystkich wsiach, do wszystkich domów do wszystkich oberży; będę zbierał mieszkańców i mówił do nich tak: Czy nie pamięta z was który, aby w tym a tym czasie przyjął do swego domu, albo może widział dziecko tylu a tylu lat, ubrane tak a tak, wyglądające tak a tak i t. d.“ A niezawodnie znalazłby się ktoś kto by mi powiedział: „Ja pamiętam. Owoż bądź pan pewny, że gdybym tylko pochwycił koniec takiej nitki przewodniej, to dostałbym się z czasem i do kłębka.
System ten okazał się tak sprytnym i praktycznym ojcu Tantaine, iż nie sądził, by należało ukryć wrażenie jakiego doznał.
— Nieźle pomyślano! zawołał.
Ale eks-kuchmistrz nie bardzo się pysznił z tego uznania. Pisarz od komornika miał tak szczególny sposób udzielania pochwał i nagany, iż niezmiernie trudno było odróżnić jedne od drugiej.
— Eh do kroćset piorunów! zawołał Perpignan, w końcu wmówisz pan we mnie żem głupiec. Nie masz w tem nic dziwnego — trzymacie mnie. Nie przeszkadza mi to jednak miewać natchnienia. Tak, naprzykład co do tego dziecięcia, przyszła mi pewna myśl, która należycie przeprowadzona, mogłaby być bardzo korzystną.
— Czy można też poznać ja?
— Panu można ze wszystkiego bezpiecznie zwierzyć się, prawda? Otóż powiedziałem sobie: Wynaleźć to dziecię jest prawie niepodobieństwem, ale dlaczegoźby zamiast niego nie podstawić kogo innego dobrze wyuczonego?
Usłyszawszy tę niespodziewaną propozycję Tantaine zerwał się z krzesła i gwałtownie poprawił okulary.
— To za śmiało!... zawołał, to zuchwalstwo!
Perpignan dobrze podpatrzył wzruszenie starego pisarza, ale poczytał je za oznakę uznania dla swego pomysłu. Zręczniejszy, a mniej głęboko przekonany o swej niższości, co jest jedną z największych wad, poczułby pewno, że wykrył słabe miejsce zbroi.
— Tak! powiedział, to rzecz djabelnie ryzykowna. Ale nie myślę już o tem.
— Boisz się pan?
— Ja?... i to pan pytasz mnie, czy się boję?... Do wszystkich piorunów!... czyż pan mnie nie znasz?... Bać się!... ja!...
Stary pisarz musiał być wzruszony, gdyż głos jego stawał się coraz słodszym.
— A więc dlaczego zrzekłeś się pan? zapytał.
— Dla czego?... naiwne zapytanie! Dlatego luby tatulu, że nie masz sposobu... dlatego, że jest przeszkoda.
— Nie widzę jej, powiedział stanowczo Tantaine, który chciał przeniknąć aż do głębi myśl Perpignana.
— Ach!... sacrebleu!... prawda, żem pominął ten szczegół!... Książę Champdece wyraźnie mi powiedział, iż ma niezawodny sposób przekonania się o tożsamości swego syna, dzięki pewnym bliznom.
— Jakiego rodzaju?
— A!... za wiele pan wymagasz.
Na tę odpowiedź stary pisarz zerwał się nagle, ukrywając tem swoje wzruszenie i najswobodniejszym tonem powiedział:
— Doprawdy, kochany panie Perpignan, martwi to mię mocno, żem go zaniepokoił. Pryncypał mój przypuszczał, że pan tropisz tę samą zwierzynę co i on — omylił się!... Znaczy to, że pozostawiamy panu wolne pole.
Eks-kuchmistrz chciał odpowiedzieć, ale Tantaine już otworzył drzwi i mówił dalej:
— Na miejscu pana trzymałbym się pierwszego planu. Do dziecięcia pewno pan nie dojdziesz, ale jeżeli będziesz umiał należycie rzecz prowadzić, to wyciągniesz od księcia Champdoce niemało biletów tysiącfrankowych. Jeszcze raz przepraszam... i żegnam.
Czy eks-kuchmistrz złapał się na to oświadczenie? Tantaine nawet nie zadawał sobie tego pytania. Co go to mogło obchodzić!... Szło mu głównie o to, by nie okazać swego wzruszenia, obawiał się zdradzić. Dla tego tak pospiesznie opuścił „fabrykę“ Perpignana.
— Są blizny, mruczał idąc ulicą Reculettes, a ja nie wiedziałem o tem, a Catenac, zdrajca, nie uprzedził mnie!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.